wtorek, 22 lutego 2022

Ryzykantka -24

 Jako osoba wielce  zorganizowana Ewa  chciała jeszcze przed  wyjazdem  zarezerwować jakiś hotel w Szczyrku.Wybór i ilość hoteli nieco ją przeraził- obecny Szczyrk w niczym nie przypominał tego sprzed  lat.

 Szalenie ubawił ją Robert, który  niektóre  hotele , które miały Spa, basen i inne ciekawe udogodnienia  odrzucał bo....łóżka były nie  zestawione  razem, ale  miały pomiędzy sobą mały odstęp. A  przecież Ewa  wie, że on chce typowe podwójne małżeńskie łoże, tak żeby zawsze, w każdej minucie mógł się do Ewy przytulić. W związku z tym Ewa stwierdziła,  że pojadą w ciemno, zobaczą na miejscu i coś wybiorą. Ze  zdjęć i opisów  gości Ewa  zapisała sobie 4 hotele, które  miały Spa i nie były w centrum Szczyrku. Wszystkie one  miały oczywiście śniadania, niektóre również restauracje. Wszystkie  zdaniem gości miały miłą obsługę i bardzo dobre śniadania i duże łazienki. 

Jechali właściwie  między sezonami, więc była duża szansa, że miejsca raczej na pewno będą. Ewa stwierdziła, że to Robert będzie na  miejscu wybierał hotel, ona  poczeka  na niego na parkingu- nie ma  zamiaru przyprawiać  dziewczyn z recepcji o ataki śmiechu pytaniami, czy łóżka są ze sobą razem zestawione. Poza tym tak się Szczyrk zmienił, że niektórych miejsc zupełnie nie kojarzy. 

Podróż minęła całkiem nieźle, chyba tylko jeden mandat im strzelił automat i po 4 godzinach i 40 minutach wjeżdżali do Szczyrku. O nie! jęknęła Ewa- gdzie się podział Szczyrk, który mam w pamięci? Przecież tu wszystko nawalone na gęsto! Po obu stronach drogi, na stokach stał dom na domu i domem  poganiał. O tu gdzieś  powinien być jeden z hoteli ze Spa - o jest strzałka, Hotel Skalite , patrz, tam wyżej. Robert przyhamował i skręcili w ulicę prowadzącą nieco w górę. Zajechali pod  hotel, który się całkiem nieźle prezentował . Wyglądał jak kilka willi razem  zestawionych, ale tak naprawdę był jednym budynkiem.  No to  idź kochanie i sprawdź te łóżka, ja  zaczekam w samochodzie. Poszedł i.....przepadł. Po 20 minutach wrócił radosny niczym  skowronek o poranku- myślę, że tu zostaniemy, mamy pokój z pięknym widokiem.

Powiedziałem na recepcji, że to spóźniona podróż poślubna i dostałem dwa pokoje do wyboru. Każdy  miał podwójne łóżko, jeden  miał wystrój z czerwonymi dodatkami, drugi z  ciemno zielonymi i wybrałem właśnie ten. No i mamy również balkon. Łazienka jest duża, z kabiną prysznicową, suszarka do włosów  na  wyposażeniu. 

Z atrakcji jest  fajny basen, z wydzielonym basenikiem dla dzieci,  sauna fińska, sauna infrared, jaccuzi, siłownia. Poza  tym masaże rekreacyjne i lecznicze, oraz zabiegi upiększające cokolwiek to znaczy. No to chodźmy. Robert wyciągnął z bagażnika  walizki i ruszyli do hotelu.

Recepcjonista się rozpromienił - a już  myślałem, że się pan rozmyślił i pojechał do innego hotelu. Nie, nie rozmyśliłem się, tylko się zagadałem z żoną.

To ja  poproszę państwa dowody, aby  państwa zameldować oraz  numer pańskiego samochodu- bo pilnujemy, żeby nam tu obcy goście  nie parkowali. Czy zamierzają państwo korzystać z jakichś zabiegów jak masaże, Spa, z którejś sauny ?

O tak, dobry masażysta jest  potrzebny nam obojgu, poza tym sauna infrared też dla nas obojga, ja pewnie trochę się ponaciągam na siłowni, np. na wiosełkach, a o zabiegach upiększających to nie mam  bladego pojęcia.

A czy jest tu jakiś sklep z akcesoriami sportowymi, potrzebuję kostium kąpielowy - bo gdy byłam sto lat temu w Szczyrku  to był tu tylko jakiś wątły sklepik spożywczy i kiosk przy skrzyżowaniu dróg oraz schronisko PTTK, gdzie po obiad  stało się w kolejce. A poza tym chcemy gdzieś zjeść lunch stwierdziła Ewa.

Ojej, to rzeczywiście  musiała pani tu być bardzo dawno. Sporo jest sklepów w centrum i zapewne  zakupi  pani kostium. Z lunchem też  nie będzie  problemu. A gdy państwo wrócą, to pozwolę sobie pchnąć do państwa  masażystę, by się  zorientował co może państwu zaoferować z różnych zabiegów. Co prawda jeszcze nie  sezon, ale zaraz weekend i się goście zjeżdżają pomału, więc umieści państwa w  grafiku, byście  nie  czekali potem na  zabiegi. Zaraz  kolega państwa walizki dostarczy do pokoju, proszę się  z nimi nie męczyć. Proszę bardzo, tu jest państwa  klucz do pokoju. Gdy będą państwo wychodzić, to  prosimy by zostawiać klucz w recepcji. Mieliśmy się unowocześnić by zlikwidować  klucze, ale to jakoś się przeciąga w czasie. Zawsze  tu jest ktoś  z obsługi w służbowym  stroju, więc łatwo nas poznać. Mówię to każdemu, bo kiedyś mieliśmy nieprzyjemny przypadek - gość wychodząc z hotelu cisnął klucz na ladę, recepcjonista był w tym momencie  w lobby a ktoś widząc taką sytuację po prostu ten klucz  zabrał. Nie było potem wesoło,  wierzcie  mi państwo. I teraz gdy któryś z nas musi nawet na  minutę odejść, drugi musi być na recepcji a żeby nas nie pomylić z kimś spoza obsługi zafundowano nam te urocze  kamizelki.

Eee nie są takie złe, w sumie dość wesołe- pocieszyła recepcjonistę Ewa. Kamizelki były z satyny w pionowe żółte i czarne paski.

Pokój bardzo się Ewie podobał, był przestronny, oceniała go na 16 metrów kwadratowych. Widok z niego również był niezły. Dołem płynęła rzeczka Żylica, w której nie jeden raz brodziła, wzdłuż niej był odnowiony całkiem deptak spacerowy a Ewa wciąż miała przed oczami widok z tamtych lat- rozlatująca się  skocznia  na Skalitem, na którą raz się wdrapała do wysokości , na której wtedy stała chyba wieża sędziowska, rozlatująca się tak samo jak prowadzące do niej schodki. Tylko zejść było 100 razy trudniej. Gdy stamtąd  zeszła była mokra z wrażenia. Teraz był kompleks  trzech skoczni, całość  została po prostu przebudowana. 

W ogóle zaskoczył ją całkowicie widok  Szczyrku. Miejscowość była usytuowana na zboczach dość głębokiej V dolinki. Życie  skupiało się wzdłuż przebiegającej  dnem doliny szosy. Wtedy na zboczach stały nieliczne  zabudowania, rozdzielone kawałkami poletek uprawnych.  Brzegi Żylicy były zarośnięte  trawą i rosły tam  duże kępy łoziny, czasem ktoś tam wypasał krowy. Oprócz kęp łoziny królowały całe poletka dorodnych pokrzyw.  Było zero atrakcji, no może tylko ta, że Żylica była płyciutka, miała  jak każda górska rzeka  kamieniste dno i Ewa zbierała kamyki  z dna- chyba tylko po to, żeby za chwilę z powrotem wróciły do rzeki. A teraz, deptak nad  Żylicą jest bardzo ładnym  miejscem spacerowym, a pokracznych  krzaków  łoziny już nie ma. I brzeg rzeki dochodzący do zbocza góry był teraz  Parkiem  Krajobrazowym, o  czym informowała tablica.

Ucywilizował się  Szczyrk, wyrosło masę przeróżnych domów wczasowych  wabiących turystów i  zimą i latem. Jedne były w gestii prywatnych właścicieli, inne w gestii znanych firm turystycznych. No pełna kultura- pomyślała Ewa. Tylko, że teraz to jest właściwie coś jak  Zakopane, a wtedy była to wiocha. Różne domy wczasowe chełpiły się teraz tym, że można do nich podjechać na  nartach. I zimą było tu teraz pełno wyciągów  narciarskich- w końcu nie  każdy był na tyle doświadczonym narciarzem by zjeżdżać ze Skrzycznego i do szczęścia wystarczało mu zjeżdżanie ze znacznie  mniejszego stoku. A z tego co pamiętała to wszyscy uważali trasy zjazdowe ze Skrzycznego za "wymagające", bo można było nagle  znaleźć się na drzewie. Zupełnie  nie mogła poznać teraz Szczyrku - wtedy praktycznie  nie było tu ulic. W głębi duszy była rozczarowana- wolałaby gdyby tu było mniej tego wszystkiego. Co za szczęście, że to jeszcze nie sezon urlopowy- powiedziała do Roberta. 

Właściwie tak, ale tam gdzie jest nasz hotel jest jeszcze   trochę przestrzeni. Podejrzewam, że w weekendy jest tu też tłoczno bez względu  na porę roku - zapewne Śląsk tu przyjeżdża-stwierdził Robert. Zawsze tu Śląsk przyjeżdżał - powiedziała Ewa. Tylko teraz zapewne przyjeżdża własnymi  samochodami, a  kiedyś przyjeżdżali zakładowymi  autokarami. 

I to była  "kara  boska", jak mówiła mamcia. Przywożono ich autokarami w soboty po  pracy. W każdym  autokarze była olbrzymia  beka piwa, rozstawiali nad Żylicą  stoły, które ze sobą przywozili i balowali. Niektórzy to już w drodze pili i często  ich z autokarów wynoszono, bo sami nie byli w stanie wyjść. Pamiętam, że w soboty  i niedziele to albo wcześnie  rano gdzieś szliśmy  na wycieczkę albo nie wolno  było nam wyjść  z ogrodu przydomowego.  Mamcia i jej   siostra przyrodnia rozsiadały się wtedy w ogrodzie i nas pilnowały. A my wyłyśmy z nudów. A w poniedziałki  nie wolno nam było wchodzić do Żylicy, bo były tam potłuczone butelki, które klnąc w głos wybierali  letnicy. I wiesz, wtedy jeszcze nie znałam Zakopanego i Tatr i wszystkie okoliczne  górki uważałam za niezmiernie wysokie i dalekie. 

W sumie  to byłam w Szczyrku ze trzy razy, niestety ostatni raz to aż całe  dwa miesiące  wakacji. Na szczęście na ten ostatni pobyt  byłam dobrze zaopatrzona w książki i czas spędzałam głównie na leżaku w ogrodzie czytając.I wtedy byłam pierwszy raz na randce z chłopakiem. On był po liceum,  a ja właśnie skończyłam pierwszą  licealną. Nie  podobał  mi się, bo był jasnym blondynem, ale jak mówią  " na bezrybiu i rak ryba",  imponowało mi, że on właśnie  szedł na studia. A poza tym to był jakoś dobrze wychowany, bo zawsze się pytał  mamci, czy  może mnie  zabrać na spacer i pytał o której mam być w domu. Ale jakoś nie pytał się mamci czy może  mnie  całować, więc  mu  to wypomniałam i się  skutecznie obraził.

Lunch zjedli w barze restauracyjnym u stóp Skrzycznego. Przez  moment zastanawiali się, czy nie pojechać wyciągiem  na Skrzyczne,  ale  akurat była jakaś przerwa, więc  zrezygnowali.  Ewa kupiła dla siebie kostium, chociaż nie mogła stwierdzić z ręką na sercu, że się jej podobał, ale był lepszy od tego który miała w walizce, bo był na ramiączkach a nie na "chomącie"  na karku. Za to kolor pasował do oczu Roberta - ten sam odcień  niebieskiego. Dokupili też ręczników  frotowych, by swobodnie  korzystać z sauny infrared. Każdy seans w tej saunie  wymagał korzystania z trzech ręczników- jeden musiał być pod stopami, na drugim się  siedziało a trzecim ocierało się pot z ciała. Ręczników wzięli 10 sztuk- 5 białych i pięć granatowych.

 Gdy wrócili do hotelu  recepcjonista spytał, czy  za około pół godziny  może ich nawiedzić masażysta i omówić z nimi plan ich odnowy biologicznej.

Gdy wrócili do pokoju z przyjemnością odnotowali fakt, że na stoliku stały dwie  butelki wody  mineralnej lekko gazowanej a w  wazonie stojącym na biurku były trzy czerwone  róże.

W kwadrans później rozległo się pukanie do drzwi  i na Roberta "proszę wejść" do pokoju wszedł młody, trzydziestoparoletni dobrze  zbudowany mężczyzna, jak odnotowała  kobieca  natura Ewy - "niezłe ciacho". Ciacho witając się z Ewa kulturalnie ograniczył się do uścisku ręki a do Roberta rzekł- nawet w snach nie podejrzewałem, że pan profesor  będzie  kiedykolwiek  moim pacjentem. Jestem Wojciech K., absolwent Konstancina. Gdy tylko dostałem państwa  dane z recepcji pozwoliłem sobie sprawdzić w sieci czy aby  to nie pan profesor jest naszym gościem.

                                                                    c.d.n.













poniedziałek, 21 lutego 2022

Ryzykantka - 23

 Robert aż pobladł - nie dobijaj  mnie - gdy  mi z jakiegokolwiek powodu  źle, to marzę bym mógł być wielkości twojej szminki do ust byś mnie  mogła schować w swojej kieszeni. Wszystko we mnie  żebrze przytul  mnie, nie patrz na nikogo innego, bądź tylko ze mną i dla mnie, a ty mi mówisz, że mogę sam jechać. Nie mogę jechać  sam. I jeśli podejmiemy decyzję , że wyjedziemy z Polski to nie pojadę  sam nawet tylko miesiąc  wcześniej. Masz rację, to co usłyszałem od Pawła wykończyło mnie, bo nagle okazało się, że byłem podłym egoistą.  Nie chciałem przejrzeć na oczy- wygodniej było   wychodzić z  założenia, że  dziecku matka  bardziej potrzebna  niż ojciec.

Odkąd Paweł jest  z nami jest to dla mnie  czyściec - z jednej strony wciąż odkrywam jak bardzo wiele cech ma  moich, zachwycam się jego intelektem a jednocześnie cały czas mam tę świadomość, jaki byłem przez tyle lat ślepy i głuchy, a właściwie podły. A na dodatek on mnie  kocha, a ja  mam świadomość, że nie zasługuję na jego miłość.

Ewa przytuliła Roberta i powiedziała - w życiu  tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak "zasłużyć na miłość". Gdyby rozpatrywać każdy jeden przypadek to okazałoby się,  że nikt z nas nie  zasługuje na miłość. Można  zasłużyć na  szacunek, na podziw, ale nie na miłość. Awanturnicy, dranie a nawet mordercy są przez kogoś kochani. Ktoś kiedyś powiedział, że miłość to wielce nielogiczne uczucie. Tym bardziej, że często zdajemy sobie  sprawę, że osoba którą kochamy w oczach innych jest zwykłym draniem i na pewno tego uczucia  nie jest warta.  Ale pomimo tego  darzymy ją uczuciem. To tyle w  kwestii uczuć. 

Przestań grzebać w ranie - było, minęło. Teraz jest z tobą twój syn, który jest naprawdę bardzo wartościowym człowiekiem, który wybrał ciebie a nie swą porąbaną  rodzicielkę. Przyjmij od losu ten dar, kochaj go i traktuj to uczucie, którym on cię darzy normalnie. Mamy teraz dziecko - mówię mamy, choć go przecież nie urodziłam a ktoś mógłby powiedzieć, że nie mam prawa uważać go za swoje dziecko bo nie wyszedł z mojego brzucha i nie zasługuję na to, by on mnie pokochał. Kochamy się, ty i ja, a znaliśmy się bajecznie krótko - czy w tym przypadku możesz powiedzieć że któreś z nas nie  zasługuje na miłość? 

Z tego co wiem, to szef twojej kliniki to mądry facet i gdy mu powiesz, że przez te  dwa tygodnie   nie zdołałeś jeszcze się "odrestaurować" i stanąć na wysokości zadania z pewnością powie, żebyś wziął tyle urlopu, ile  ci potrzeba żeby dojść do siebie. To że masz w tej chwili w sumie 7 tygodni urlopu jest dowodem na to, że jesteś po prostu przepracowany. W końcu chirurgia ortopedyczna to nie jest  łowienie   rybek w  akwarium. Poradzi sobie, znajdzie zastępstwo za te pieniądze. Nie martw się o finanse, wiesz, ile mam na koncie walutowym i złotówkowym. Jeśli cię nowy wygryzie to wyjedziemy stąd  bardzo szybko, albo zmienisz klinikę na konkurencyjną a jestem pewna, że szef o tym wie i nie urządza go to byś stąd odszedł. Bo jesteś znany. W najgorszym  razie możemy sprzedać oba mieszkania, albo oba wynajmować,wszak mamy dom. Paweł też jest  zabezpieczony finansowo. Przez czas naszej nieobecności Paweł sobie świetnie poradzi, on już doszedł do siebie po tych wszystkich   zmianach w jego życiu. A moi rodzice na szczęście  całkiem dobrze jeszcze  funkcjonują. Mamcia się trochę przez ten  wyjazd na Słowację ucywilizowała i nie  sądzę by sprawili Pawłowi jakiś  kłopot. On poczuje się ważny i doroślejszy, bo będzie  dbał o  nich, a oni będą bardzo uważać na to co robią, żeby mu nie sprawić  kłopotu. A ja jestem  dumna, że  Paweł uznał mnie za matkę i tak mnie nazywa i traktuje. I ten urlop rodzinny bardzo dobrze na niego wpłynął. Był jakby przypieczętowaniem tej zmiany, która  nastąpiła w jego życiu.

Gdy wczoraj mnie poprosił  "mamo, zobacz co mnie  tak za uchem swędzi" omal nie padłam z zachwytu- pierwszy raz poprosił o coś tak osobistego- tak właśnie  dziecko traktuje  własną matkę. Bez względu na to ile samo ma lat.

Gdy wyjedziemy to przecież będziemy  z nimi wciąż w kontakcie - telefony dobrze działają- skoro kilka lat wcześniej był tam  zasięg to i teraz  będzie. A ja tam byłam z 3 trzema naszymi na kursokonferencji dot. budownictwa jednorodzinnego. Ten ośrodek jest czynny cały rok właśnie  dzięki takim imprezom.

W jednym budynku są pokoje i na dole  sala konferencyjna, w  drugim budynku sala restauracyjna, wieczorem  zamieniająca się  w klub-kawiarnię,  nawet  można wino  zamówić. Nad  samym  jeziorem są  domki  campingowe, ale te pokoje  hotelowe są lepsze. A jeśli będzie  wszystko zajęte to poproszę o   adresy kwater prywatnych.

Otwierasz  okno i masz leśne powietrze w pokoju. Dobrze, że są siatki w oknach bo inaczej by człowieka komary zeżarły, bo jezioro,  całkiem spore jest tuż, tuż. Musimy tylko kupić przed wyjazdem  Autan- bez niego każdy spacer będzie udręką. Niestety  komarów tam nie brak.Byliśmy ta w upalne, sucho lato i też ich było pełno, ale  Autan świetnie nas chronił.

Albo możemy  pojechać w ciemno, w Bory Tucholskie do Tlenia bo zawsze gdzieś miejsce  załapiemy, bo to jeszcze  nie wakacje.  Możemy sobie  postawić Hotel ze SPA, wziąć trochę masaży, jednym  słowem zrelaksować się. To ci powinno dobrze  zrobić. Poza tym już samym relaksem będzie to, że musimy zadbać tylko o siebie a nie o tych co  są z nami. A ponieważ jesteśmy małżeństwem to będziemy mieć  wszystkie  zabiegi razem. Popływamy sobie w baseniku, poleniuchujemy na  całego. Połazimy po lesie, tam są fajne, szerokie  drogi  w lesie i można iść i iść kilometrami.  Można też będzie  wziąć kajak  albo pychówkę i popływać. Można też wziąć  malutką żaglówkę, do której nie  trzeba  mieć patentu sternika, bo ona jest  na  moje oko wielkości niepełnowymiarowej wanny. Co prawda  wcale nie jest łatwo  nią pływać- taka  balia z  żagielkiem.  Gdy byłam w  Tleniu to jeszcze tego hotelu ze SPA  nie było, ale wiem od koleżanki, która rok w rok tam jeździ, że powstał i nosi ksywkę "wiejskie SPA" ale nie pamiętam nazwy  samego  hotelu, jakaś ekskluzywna. Znajdę w necie. Byłam w  Tleniu przejazdem z byłym bo wtedy byliśmy w Osiu i zwiedzaliśmy okolicę. I szukaliśmy jakiejś kawiarni, bo mu się  ciasta  zachciało. Akceptujesz? No jasne, akceptuję wszystko co sobie  zażyczysz. Zupełnie nie wiem jak ja mogłem żyć na tym świecie  bez ciebie? Ewa roześmiała się - wierze ci na słowo.Ale chciałabym byśmy pojechali tam, gdzie ty chcesz, przecież gdzieś jeździłeś na urlopy. Robert skrzywił się - rzadko jeździłem bo byłem sam a gdy jednej  zaproponowałem wyjazd nad  jakieś jezioro, gdzie byłaby cisza i spokój to więcej do mnie  nie  zadzwoniła.

No dobrze- Ewa usadowiła się  na  kolanach Roberta - no to pomyślmy - powiedz co wolisz- wyjazd nad morze, nad jezioro czy w góry, ale bez łażenia na długie  wyrypy?  Jesteś okropna- stwierdził Robert- gdy  mi siedzisz na  kolanach to nie umiem myśleć. Umiesz, umiesz- myśl, w nagrodę za myślenie będą pieszczotki- przekonywała go Ewa. No to co wolisz?  Góry. Dobrze, zapamiętuję, że góry. A to muszą być Tatry czy może jakieś inne, nie tak wysokie, np. któraś część Beskidów?  A może Bieszczady?

Mogą być Beskidy, nigdy jeszcze nie byłem w Beskidach. To może w takim razie pojedźmy do Szczyrku. Byłam tam w latach szkolnych. Od tego czasu  podobno bardzo się ucywilizował. Chcesz mieszkać na prywatnej kwaterze czy w pensjonacie z wyżywieniem? 

W niedużym pensjonacie, z wyżywieniem. Dobrze, mądry z ciebie  chłopiec. Weźmiemy ze sobą worek upieczonej owsianki, żebym miała co jeść. Jeśli jeszcze funkcjonuje miejsce, w którym kiedyś mieszkałam, to był pensjonat Orbisu, to byłoby fajnie. Stał nad Żylicą, widoki  z okien ładne, dobrze  karmili, jak  zawsze w Orbisie. Pokoje z łazienkami. Można robić wycieczki w okolice będące w moich  możliwościach fizycznych, więc i ty je wytrzymasz. Poszukam czegoś z basenem i SPA, albo z jakąś fizjoterapią - stać nas na to. Ale dla mnie- stwierdził Robert - najlepszą fizjoterapią jest twój dotyk. Wiem o tym, kochanie i gwarantuję, że ci tego nie  zabraknie. Wpierw cię wymaca jakiś  specjalista od macania, potem ja się poznęcam nad tobą. No to jak? Mam to załatwiać? Ale może wpierw skontaktuj się ze swoim szefem, żebym wiedziała od kiedy i na jaki okres czasu.  

Dobrze, zaraz do niego zatelefonuję, bo jeśli się pokażę w szpitalu to zaraz  mnie  zgarną. Będę łgał, że jeszcze nie wróciłem bo nie czuję się na siłach. Pewnie  mnie  zeklnie, gdy mu powiem, że wezmę wszystkie zaległe dni, co daje 3  tygodnie. Pojedziemy tam na dwa tygodnie, ale ten trzeci tydzień przyda  mi się w Warszawie, na aklimatyzację. Masz rację, trzeba trochę pożyć własnym życiem a nie wciąż żyć życiem kliniki. To było dobre, gdy byłem sam. A on dobrze wie, że nie może mi odmówić wykorzystania  zaległego urlopu.

Rozmowa  Roberta z szefem bardzo rozśmieszyła Ewę, bo całość rozmowy Robert dał na pełną głośność. Padło kilka niecenzuralnych słów ze strony szefa, który na głos myślał. Ale gdy Robert wytoczył argument, że teraz już nie musi żyć samą pracą żeby nie  zwariować i że jeżeli nadal ma być czynnym chirurgiem to musi  naprawdę jeszcze się trochę zregenerować, bo jeśli nie to zostanie tylko i wyłącznie  diagnostą i będzie musiał sobie szef szukać nowego chirurga, "tylko pytanie, kto z  takim satrapą jak ty, mój kochany wytrzyma" - w odpowiedzi szef burknął- dobra, weź cały  zaległy urlop. Zgłoszę w kadrach, że jeszcze masz urlop, a ty wrzuć im  maila.  A tak nawiasem ty też jesteś  jako szef satrapą, tylko nieco  kulturalniejszym ode mnie.W końcu rozmowa przeszła na  bardziej prywatne tory i Robert  musiał obiecać, że po powrocie przedstawi swego szefa swojej żonie, którą widziało już 3/4 kliniki i profesor R. ale nie on. Gdy Robert powiedział, że jeśli chce  zobaczyć jego żonę to wystarczy by ruszył tyłek do gabinetu Roberta i usiadł na jego krześle, Ewa wybiegła z pokoju, żeby się swobodnie wyśmiać.

No ładnie, ładnie  sobie  porozmawialiście. A na tym zdjęciu, które tam umieściłeś to wyglądam  na przestraszoną faktem, że  żyję. Ale ja lubię to zdjęcie a poza tym to wcale nie wyglądasz na przestraszoną tylko na zastanawiającą się nad czymś. Wiesz, muszę przejrzeć zdjęcia i dać jakieś bardziej aktualne i najlepiej takie, na którym jesteśmy oboje, np. to ostatnie  z juniorem pod Kopcem Kościuszki. Co prawda widać na nim, że macam twą pierś, ale uważam, że wyglądamy na nim na  bardzo szczęśliwą rodzinę.  No bo jesteśmy przecież szczęśliwą rodziną, a że tobie jakoś  zawsze ręka  ląduje na  mojej  piersi już się przyzwyczaiłam - stwierdziła Ewa. Wyglądam na waszym tle niczym krewna Calineczki.

                                                                       c.d.n.


niedziela, 20 lutego 2022

Ryzykantka - 22

 Pobyt na Słowacji był bardzo udany, wszyscy byli  zadowoleni. Mamcia była zachwycona porządkiem i czystością. Pawłowi wszystko się podobało i stwierdził, że jeszcze nie jeden raz tu przyjedzie. Bo wszystko jest tu frontem do turystów, a na dodatek jedzonko smaczne, czyściutko podane i porcje "słuszne". 

Mamcia była zachwycona, że bez trudu  może się  dogadać z miejscowymi i z właścicielem domu ucinali sobie nawet dość długie  pogawędki. I tak się oswoiła, że bez obaw została z dziadkiem obok schroniska  na czas krótkiego wypadu Roberta, Ewy i Pawła na symboliczny cmentarz tych  wspinaczy, którzy  zginęli w górach. Była  bardzo wzruszona  faktem, że ktoś  wpadł na taki pomysł, by w ten sposób uwiecznić pamięć o tych, których umiłowanie gór doprowadziło do śmierci i to nawet w zupełnie innych górach  niż Tatry. Jest tu upamiętniony również Mieczysław Karłowicz- kompozytor, który zginął w lawinie,  Klemens Bachleda-zasłużony ratownik górski, alpinista  Jerzy Kukuczka, Długosz i wielu innych polskich  alpinistów i słowackich. 

A na jednej z tablic są nazwiska 24 pasażerów samolotu, który w 1944r. rozbił się  mając na pokładzie ochotników chcących wesprzeć słowackie  powstanie. Ten symboliczny  cmentarz  ofiar gór powstał pod Osterwą  z inicjatywy Otokara Staffa, czeskiego taternika, malarza i narciarza, który również  zaprojektował małą kamienną kapliczkę, stojącą pośrodku tego cmentarzyka usytuowanego na stoku góry. Na  ścieżkach prowadzących  po cmentarzu stoją bardzo  malownicze kolorowe  drewniane krzyże wykonane przez rzeźbiarzy z Detwy. A pamiątkowe tablice są przymocowane do  wystających z podłoża fragmentów skał i kamieni.  

Jak powiedziała Ewa góry to wielce  zaborcza kochanka - pozbawia  życia tych, którzy te  góry bardzo mocno ukochali i nie wyobrażają sobie życia bez ich  zdobywania. A dzięki nowoczesnej technice wszystko to co oni  zobaczyli i sfotografowali  mogli natychmiast pokazać rodzicom, którzy czekając na nich podziwiali panoramę rozpościerającą się wokół Popradzkiego Stawu, nad którym oni siedzieli. Przed wyruszeniem w drogę powrotną zjedli obiad w schronisku zachwycając się daniem o nazwie "popradzka róża". Rodzice  bez trudu pokonali drogę powrotną do  samochodu zostawionego na parkingu w pobliżu stacji elektrycznej  kolejki. 

Tym razem  wszyscy jechali jednym samochodem. Robert stwierdził, że najbardziej  zazdrości Słowakom tej elektrycznej kolejki kursującej wzdłuż  pasma gór, co bardzo ułatwia turystom dotarcie w góry. Ewa była oczarowana panoramą Popradzkiego  Stawu- widziała ją już raz zimą, ale ta letnia  panorama była o niebo piękniejsza. A i widok Popradzkiego Stawu od  strony Osterwy też był piękny.

Bardzo podobał się jej ten symboliczny cmentarz, nie mniej również  zasmucił, bo wśród tych upamiętnionych było bardzo wielu wspinaczy młodszych od Pawła, którzy odeszli, bo jeden nieostrożny krok lub nagłe załamanie pogody uniemożliwiające powrót wysłał ich w nicość. A przecież żaden z nich nie chciał odejść tak  młodo, każdy marzył by zdobywać kolejne  szczyty i każdego opłakiwali rodzice. Mamcia podsumowała dyskusję - jakie to szczęście Pawełku, że ty  nie wdrapujesz się na żadne góry! Jak dobrze, że nikt ci ich wcześniej nie pokazał, nie namówił do takich  grożących wypadkiem wycieczek. 

A Ewa dodała- i jak dobrze, że tatuś nie  zafundował mu motocykla  na 18 urodziny! Jeden z moich kolegów, z pozoru bardzo poukładany facet, wpadł na pomysł  żeby synkowi sprawić na 18 urodziny motocykl. No i sprawił a w niecałe dwa  lata później zmiatano resztki Młodego z  szosy. A zrozpaczony ojciec dwa lata spędził na oddziale psychiatrycznym i do dzisiaj miewa przerwy  w życiorysie na leczenie  depresji. I ze trzy  miesiące  temu odeszła od  niego żona - nie była w stanie wytrzymać tego, że syn  nie żyje a mąż co jakiś czas ląduje w psychiatryku. A Zigi i ja odwalamy za niego rozpoczętą robotę. I tak chodząc dziś po tym cmentarzyku pomyślałam o tych matkach i żonach, które nagle  zostały same. 

Ten twój Zigi to bardzo porządny facet - stwierdził Robert. Tak - porządny, choć  czasem wygląda jak ostatni niechluj i jakby do pięciu nie umiał zliczyć, ale to naprawdę porządny facet. Zobacz- nie zredukował mnie do 1/2 etatu, bo to by potem  źle wyglądało przy emeryturze. Tylko premię mam mniejszą. Stwierdził, że to jego firma i może robić tak, jak mu pasuje. I takich fajnych  ludzi mi do remontu domu naraił.

Ej, to może on się w tobie podkochuje- podśmiewał się Robert. Nooo, na pewno, bo bardzo się cieszył gdy wzięłam rozwód i identycznie był zachwycony gdy wzięłam z tobą ślub. On jest  zakochany w mojej pracy i w tym, że rozumiem co on ma na myśli gdy cedząc półsłówka  rysuje  coś  w powietrzu. Znamy się tyle lat, że głowa mała. Od chwili gdy ukończyłam studia  pracujemy razem - wpierw mnie  ściągnął do biura w którym pracował i pracowaliśmy w jednym zespole, potem razem przelecieliśmy kilka biur a gdy stworzył to własne też mnie  zaraz  ściągnął. Ktoś kiedyś powiedział, że jestem dla niego jak ulubione wieczne pióro. 

A że czasem się na siebie  złościmy i to tak, że przysłowiowe wióry lecą dookoła, jakoś nam w pracy  nie przeszkadza. Jak było w firmie  krucho z forsą  to nawet za kreślarkę robiłam i to docenił- po prostu  swoje  projekty sama wykreślałam. Podobno kupił dla mnie jakieś specjalne krzesło ortopedyczne, żeby odciążać kręgosłup skoro mam problemy z siedzeniem. Czasem się śmiejemy, że zapewne kiedyś , kiedyś, w innej rzeczywistości, byliśmy rodzeństwem.

W czasie tego pobytu na Słowacji mamcia tylko raz się głośno zastanawiała jak tam w  domu "pozostawionym na pastwę losu". Ależ "kruszynko", on nie jest zostawiony na pastwę losu, jest wszak pod ochroną  firmy ochroniarskiej, włączony jest alarm, wszędzie są czujniki. Ja to się tylko  boję żeby jakaś mysz  nie włączyła któregoś z czujników. Co prawda jeszcze  ani razu nie  znalazłem w piwnicy żadnej myszy, no ale  wszystko wszak się zdarzyć może- tłumaczył "kruszynce"  mąż. 

No ale  wtedy, dziadku, uruchomi się  alarm i zaraz przyjadą ochroniarze  i sprawdzą co się stało - tłumaczył Paweł. Przecież mają  klucze od  bramy i klucze od  domu, wejdą i sprawdzą która czujka  zadziałała. Poza tym ja opuściłem i zabezpieczyłem kłódkami żaluzje od strony ogrodu.  Ojej, dałeś radę?- zdziwił się  dziadek. No dałem, one trochę ciężko chodzą, ale dałem radę. Po powrocie trzeba będzie zajrzeć do firmy, która je instalowała- podejrzewam, że trzeba tam w środku gdzie one są zwinięte coś posmarować albo i je oczyścić. No patrzcie, ja na to nie wpadłem, jednak młoda głowa lepiej  myśli. Starzeje  się człowiek i coraz bardziej głupieje  na starość.

To nie tak, dziadku. Po prostu gdyby one były często używane to lepiej by to wszystko działało. To nie ma nic wspólnego ze starością, naprawdę. Dziadek wziął rękę Pawła i delikatnie  ją    przycisnął do swego policzka mówiąc - mądre i dobre z ciebie  dziecko. Dziadku, jak na dziecko to chyba już jestem za stary, skończyłem  już 25 lat! No to co- podsumowała  babcia - dla mamy, taty i dla nas  zawsze będziesz dzieckiem.  Babciu, znam takich co w moim  wieku to już byli  żonaci  i  mieli dziecko w  drodze.

Ale im to per saldo na  zdrowie  nie wyszło- dokończyła Ewa. Ale w końcu spotkał ten młody głupek dobrą wilczycę i zdjęła  z niego zły czar - włączył się do opowieści Robert.  Nie  słyszałam takiej  bajki- stwierdziła  z wielkim przekonaniem babcia, coś się wam pokręciło. Bo to nie bajka- to żywa prawda, więc nie mogłaś takiej bajki słyszeć babciu - powiedział Paweł, całując  babcię w policzek.

W drodze powrotnej do Warszawy znów się  zatrzymali w Krakowie, tym razem przespacerowali się plantami a obiad zjedli w jednym z  moteli już  za Krakowem. Ledwo znaleźli miejsca do zaparkowania, tak dużo było na parkingu ciężarówek. A, to dobry  znak- powiedziała Ewa. Zigi, który ciągle się szlaja po drogach twierdzi, że kierowcy ciężarówek wiedzą najlepiej gdzie jest smaczne i świeże jedzenie. Jeżeli parking jest zastawiony ciężarówkami to  znak, że tu dobrze i smacznie  dają jeść. I rzeczywiście- wszystko było świeże i smaczne.

Zgodnie z przewidywaniami w domu było wszystko w porządku, Paweł wyłączył alarm i powiadomił  dyżurnego pracownika  dozorującej  firmy, że już wrócili i wyłączyli  alarm i że wszystko jest w porządku. W pół godziny później patrol przywiózł im  klucze od  mieszkania i posesji.

Ewa zajęła się szykowaniem dla wszystkich  kolacji, w czym pomagał jej Paweł, rozmrażając już gotowe, wcześniej przygotowane dania, dziadek poszedł sprawdzić jak ogród zniósł jego nieobecność,  a Robert zatelefonował do Aliny, że już wrócili cali, zdrowi i  bardzo  zadowoleni. Umówili się,  że jeśli nic się nie wydarzy przynajmniej ich trójka przyjedzie do Aliny i  Franka w weekend. Bo nie wykluczone, że starsi państwo zechcą pozostać w domu, w którym nie byli obecni przez  calutkie  dwa tygodnie. 

Babcia ze  zdziwieniem  stwierdziła, że przez te  dwa tygodnie wcale  mieszkanie nie  zarosło kurzem a  biała ściereczka wcale nie poszarzała od wycierania nią kurzu. Kruszynko, przecież przez 2 tygodnie były na  mur zamknięte okna i nikt tu w  butach  nie  spacerował. I popatrz- okna też nie  zakurzone, bo były zaciągnięte   żaluzje antywłamaniowe, więc kurz z elektrociepłowni też nie wlatywał. Więc odłóż tę ściereczkę i wyciągnij się wygodnie w  fotelu z  nogami na pufie, bo tyle godzin siedziałaś z nogami  w dół. A prosiłem , żebyś usiadła w poprzek i położyła nogi na moich  kolanach! Mogłaś nawet leżeć sama  na tylnym siedzeniu a ja mogłem się przesiąść do przodu, koło Ewy.

No i znowu niestety wraca  codzienność- zauważył smętnie Robert. Oooo, to znaczy, że urlop był zbyt krótki- stwierdziła Ewa. Ale ty masz podobno sporo  niewykorzystanego urlopu, więc możemy jeszcze gdzieś się wybrać. Ja mogę sobie  wymyślać projekty wszędzie, wystarczy, że wezmę  ze sobą  założenia. Byle bym nie  wyjechała poza Europę, bo połączenia  by mnie  zrujnowały.

Możecie  śmiało gdzieś sobie jeszcze pojechać - stwierdził Paweł. Ja  muszę być w Warszawie, bo nie za wiele  napisałem na tej Słowacji. Poza tym muszę wpaść kilka razy na uczelnię. Ale generalnie będę cały czas na miejscu więc dziadkowie  nie  zostaną  sami. Będziemy się  sobą wzajemnie opiekować. Na ogół nie będę  poza  domem dłużej niż 4, może 5 godzin a i to  nie  codziennie. Zakupy zrobię dla dziadków i siebie bez problemu. A  co do  Świerczewskiego - ponieważ jest to centrum miasta  z dobrą komunikacją we wszystkich  kierunkach to można je  zgłosić do bazy hotelowej, bo oni podobno poszukują mieszkań, które mogą być wykorzystywane dłużej niż  7 dni. Przy okazji się zorientuję jak to wygląda i jak wrócicie to już coś  pewnie będę wiedział. A jak to nie wypali, to mogę dać ogłoszenie  na uczelni - ciągle ludzie  poszukują mieszkań. A tych łebków z uczelni łatwo sprawdzić, bo uczelnia  ma ich wszystkie dane. To też ważne. Jak  zawiśnie ogłoszenie, że jest do wynajęcia kawalerka z wyposażeniem to kolejka chętnych będzie stała  aż do parteru.

No świetnie synku, zorientuj się, ale pamiętaj, że  twoja  magisterka  ważniejsza od kwestii wynajęcia tego  mieszkania. To teraz  najważniejsze.  Nie jestem pewien, czy uda mi się od razu dostać następny urlop, choć mam  zaległego jeszcze ze trzy tygodnie plus ten  bieżący, co w sumie daje  7 tygodni. Ale jeszcze by  mi się trochę odpoczynku przydało -takiego słodkiego lenistwa z późnym wstawaniem i włóczeniem się  gdzieś po lesie lub  ze spacerami brzegiem  morza. I ta świadomość, że niczego  nie muszę. Ani wyglądać przyzwoicie ani się gdzieś spieszyć ani gadać z ludźmi. Mdli mnie na samą  myśl o kontakcie  z pacjentami.

No to pojedźmy do Szwajcarii Kaszubskiej, znam tam fajny ośrodek -  las dookoła, obok jezioro, a gałęzie sosen włażą na balkony. I można kilometrami chodzić i nikogo nie spotkać. Śniadanie  wydają do 10 rano i jest to systemem szwedzkiego stołu, obiad też tym systemem od 16 do 18, kolacja już płatna oddzielnie-  można tam, można gdzieś  (ale chyba tylko do Kościerzyny) podjechać. Można robić przejażdżki bryczką po lesie, można pojeździć konno, można  kajakiem po jeziorze się powłóczyć. Nie masz jakiegoś kolegi, który dał by ci zwolnienie lub wskazał, że urlop ci jest  niezbędny bo jesteś wypalony  zawodowo?  Bo wydaje  mi się, że ostatnio miałeś jednak zbyt dużo pracy a  może i za dużo wrażeń osobistych i stąd to wszystko. Bo przecież działo się u nas sporo, prawda? Nie wmówisz  mi, że to wszystko czego się dowiedziałeś od Pawła spłynęło po tobie jak woda po gęsi. Ale możesz również też sam gdzieś pojechać- zrozumiem to, naprawdę. 

                                                                         c.d.n.


Ryzykantka - 21

 Tak jak planowali, na Słowację pojechali dwoma  samochodami. Ewa  samochodem Roberta wiozła rodziców, a Paweł w roli kierowcy jechał z Robertem jej samochodem. Ewie  zależało na tym,  by Paweł mógł mieć przez cały dzień ojca tylko dla siebie i mogli sobie  porozmawiać. W okresie przedurlopowym Robert bywał od rana do późnego wieczora w klinice bo nieco zmieniali dotychczasowe metody funkcjonowania.

Nie da się bowiem ukryć, że nie jest łatwo funkcjonować na zasadach pełnopłatnej  kliniki w kraju, którego obywatele  nie uginają się pod  ciężarem dźwiganych w kieszeniach pieniędzy i nie opływają w dostatki, a wyceniane przez państwową służbę  zdrowia  różne procedury  medyczne nie dbały właściwie  ani o personel medyczny ani o pacjentów. W wielu placówkach bardziej dbano o to, czy dany zabieg jest opłacalny z punktu widzenia  placówki a nie  czy pomoże pacjentowi.

A  na świecie wciąż powstawały nowe metody badań, powstawała nowa skomplikowana i bardzo droga aparatura, która  na dodatek musiała być serwisowana przez firmy specjalistyczne, których pracownicy  byli  szkoleni u producenta danego sprzętu medycznego i te szkolenia  wcale a wcale  nie były darmowe. Diagnostyka  stawała się coraz droższa a tym samym rosły  koszty leczenia.

Skończyły się czasy, gdy do naprawy sprzętu "uniwersalny pan Kazio" mógł użyć kawałka drutu i zardzewiałych  płaskoszczypów, a resort zdrowia tego nie  dostrzegał.  Skończyła się też diagnostyka "na oko" i liczenie np. ilości czerwonych lub  białych  krwinek "na piechotę". Teraz  wszystko było skomputeryzowane, wynik  badania  mógł być odczytany  natychmiast.  Państwowe placówki  zdrowia ordynowały tylko najtańsze procedury, a lekarze wciąż  mieli po kilka etatów żeby zarobić nieco więcej pieniędzy.  I choć Robert nieźle w tej klinice lądował finansowo pomału  miał dosyć pracy w polskiej służbie  zdrowia. 

Nie on jeden  marzył o tzw. "świętym spokoju w pracy", czyli o przepisach ułatwiających pracę a nie ją komplikujących. Miał kilku kolegów w różnych  krajach Unii Europejskiej i utrzymywał  z nimi dość serdeczne kontakty. I najprawdopodobniej gdyby  nie  spotkał na swej  drodze Ewy już by się  przymierzał do opuszczenia  Polski, albo i nawet już pracowałby w innym kraju.  Ale teraz "obrósł" rodziną i nie chciał za nic  w świecie rozdzielić się z Ewą lub odzyskanym synem. Zdawał sobie też sprawę z faktu, że najprawdopodobniej Ewa nie zostawiłaby w Polsce  swych rodziców  samych. Była jedynaczką, więc  cały trud opieki nad starzejącymi się rodzicami spadał na  nią. Na razie byli jeszcze  samowystarczalni, ale to wszystko mogło w  każdej  chwili  się zmienić.

I właśnie o tych sprawach  każde  z nich chciało porozmawiać w drodze. Najmniejszy problem był z Pawłem - skończył dobry kierunek  studiów, pracę magisterską na pewno obroni, absolwenci tego kierunku byli wszędzie  poszukiwani a jest jeszcze  młody i drugi język obok angielskiego na pewno szybko opanuje.

Co do rodziców to Ewa  miała spore wątpliwości. Mamcia była typową "panią domu", której głównym  zajęciem było dbanie o domowników. Nigdy sama nie wyjeżdżała jeżeli nie jechał razem z nią mąż.  Wakacje  Ewa spędzała głównie w ogródku koło  domu lub na wczasach pracowniczych, jeżeli ojcu udało się je  załatwić i jechali na nie  we troje. Dla  mamci całym światem był dom i ogródek koło  niego. Ojciec był bardziej  ciekawy świata, ale wyjeżdżał służbowo tylko do krajów socjalistycznych, "zgniłego kapitalizmu" nigdy  nie oglądał w naturze tylko w różnych czasopismach. Miał co prawda  brata w Anglii, ale ani tamten  nie przyjechał po wojnie  ani razu do Polski, ani nie  zaprosił nigdy do Anglii swego brata. Ewa nie wiedziała nawet czy on jeszcze żyje.

Ewa już omawiała z Robertem ten problem i stwierdzili, że trzeba  mamcię nieco na świat otworzyć, stąd wziął się pomysł wspólnego wyjazdu, na początek niedalekiego. I Ewa i Robert  nieźle  znali  Słowację, Ewa bywała tu w studenckich czasach a Robert zimą obtłukiwał tutejsze stoki. Oboje lubili Słowację choćby tylko za to, że miała znacznie  lepszą infrastrukturę  niż Zakopane a Słowacy byli naprawdę milsi od zakopiańskich gazdów i potrafili znacznie lepiej wykorzystywać unijne fundusze.

Ponieważ  mamcia  nigdy jeszcze  nie była w Krakowie to właśnie tam zjedli obiad i zrobili objazd Krakowa. Podjechali też pod  Kopiec Kościuszki i zrobili nieduży  spacer. W czasie  spaceru Robert powiedział, że pomysł wyjazdu z Polski  Paweł akceptuje, ale tylko w układzie, że pojadą  wszyscy, bo on nie chce znów być bez rodziny, dosyć już był "bezprzydziałowy". Bo tak ogólnie jest za tym, żeby się już nie rozdzielać. Rozumie, że może nie pojadą wszyscy na raz, no ale chce by ten okres rozłąki był jak najkrótszy. 

Ewa się roześmiała- ja go rozumiem, bo mamcia dba o niego jak o młodego księcia. Teraz, gdy Paweł wciąż  siedzi przy komputerze ona dba by jadł i pił, ciągle mu coś  podsyła na górę przez tatę, by to "biedne dziecko " coś przegryzło a minimum raz dziennie idzie sama na górę i zawsze go przytuli i pogłaszcze po głowie. Ona  go  całkowicie  zaadoptowała, niewątpliwie jest jej wnuczkiem. Ale ty też go Ewuś  zaadoptowałaś -stwierdził Robert- gdy do mnie mówi coś o tobie to już nie mówi  "mama Ewa" a tylko mama. I wiesz, jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy, chociaż nadal mam żal do siebie, że tak łatwo z niego zrezygnowałem, bo wszystko przesłaniała  mi moja  nienawiść do Harpii. Nie umiałem sobie  z tym wszystkim poradzić. Nienawidziłem siebie,  nienawidziłem  swego apodyktycznego ojca, Harpii i niczemu nie winnego dzieciaka.

A Paweł powiedział mi też ostatnio, że jesteś bardzo równa i nowoczesna i zaakceptowałaś jego nowy image i on już ma swojego fryzjera i że włosy ma ostrzyżone tak, by razem z tym zarostem tworzyły  całość. A namiary na tegoż fryzjera dostał od ciebie. A nie powiedział ci że ten zarost ma pod wpływem nie  moim a siostry swego kolegi? Ja to mu tylko  powiedziałam, że pielęgnowanie takiego zarostu jest bardziej kłopotliwe niż codzienne  golenie się i stwierdziłam, że nieźle z tym wygląda. I poleciłam mu fryzjera, do którego lata  cały  personel naszego biura  projektowego - wszyscy się tam strzygą a jeden ma właśnie taką brodę. Zwróciłeś uwagę jak ma  zadbaną linię wąsów nad górną wargą? Wszystkie  włosy są 1,5 mm nad linią ust.  On ma teraz 2 maszynki do golenia, ale to wiem od personelu, bo personel lubi opowiadać o sobie i swojej  dziewczynie, która ma co tydzień inny kolor  włosów. Czasem mnie kusi by spytać, czy wszędzie. Bo kiedyś w SPA widziałam panienkę z fioletowymi włosami łonowymi. Na głowie też był fiolet. A co ty Ewuś robiłaś w SPA?  Brałam maskę czekoladową na całe ciało ale nie zauważyłam by mi od tego wypiękniało  ciało. Koleżanka mnie na to namówiła. Jej też nie pomogło, ale przyjemnie się leży chłonąc  zapach  czekolady.

No to wsiadamy i jedziemy dalej - Robert zapędził towarzystwo do samochodów. Około godziny 18,00 wylądowali  na swej kwaterze. Mieli dla siebie piętrowy domek.  Na piętrze był pokój jednoosobowy,  z małą łazienką i niedużym balkonem, na parterze były dwa pokoje dwuosobowe i spora  łazienka z wanną i kabiną prysznicową. Na poziomie -1 była duża kuchnia z  aneksem jadalnym. Okazało się, że śniadania są wliczone  w cenę wynajmu i codziennie  rano przychodzi pani, która przynosi świeże bułeczki z piekarni i szykuje śniadanie - jest kozi ser pleśniowy i  świeży, są wędliny, kawa, herbata i mleko - krowie i kozie. Obiad i kolacje  we własnym  zakresie, w małej restauracyjce , 5 minut jazdy samochodem od  tego domu. Do dyspozycji jest ogród, w ogrodzie altana, w schowku przy kuchni są leżaki. 

Właściciel dał im 2 komplety kluczy od domu i furtki. Powiedział, że obok telefonu, który jest w kuchni jest  numer kontaktowy do niego i jakby tylko im coś było potrzebne to niech dzwonią. Ale on i tak zawsze pod wieczór  wpada tu sprawdzić czy goście mają  to wszystko co im potrzebne.  W kuchni był też  spory odbiornik TV.

Gdy wyszedł mamcia stwierdziła, że bardzo  miły ten pan tylko "tak jakoś śmiesznie  mówił po polsku i ona nie wszystko zrozumiała". Była bardzo  zdziwiona, że był to język słowacki, a nie polski.

Ponieważ mieli jeszcze  zapas jedzenia  nie pojechali na  kolację, tylko ją tu zrobili. Po kolacji stwierdzili, że dobrze będzie trochę przed snem pospacerować. Okazało się, że jest to całe osiedle domów jednopiętrowych. Nie były na szczęście takie  same, właściwie nie było dwóch jednakowych. Samochód Ewy zostawili przed bramą wjazdową, a samochód Roberta wprowadzili na posesję. Tak im zresztą doradził właściciel domu.

Powietrze było tu rzeczywiście czyste, było cicho i spokojnie a nad wszystkim rozpościerało się czyste, bardzo rozgwieżdżone niebo. Ewa westchnęła - tu jest cudnie, tak cicho,  spokojnie  i czuję się trochę tak, jakbym była w planetarium, nad  Warszawą nie widziałam  tylu gwiazd. 

Paweł "zamieszkał" na pięterku, parter zajęły dwa małżeństwa. Zaraz po godzinie 22,00 w domku zaległa  cisza - wszyscy poszli spać.

Tuląc w objęciach Ewę Robert powiedział - a czy ty wiesz, że to jest osiedle romskie? I nasz  gospodarz też jest Romem. No coś ty, wcale nie wygląda na Cygana. Nie wygląda  ale jest, całe to osiedle  zostało dla  nich wybudowane. A nieco dalej od osiedla mają swoje pola. Oni wszyscy są członkami  spółdzielni rolniczej i w niej pracują. Udomowieni Romowie. I nie mów o nich  Cyganie, to ich obraża. Są Ludem Romskim. Pomału wtapiają się w tą społeczność Słowaków, są już mieszane małżeństwa. Skąd o tym wszystkim wiesz? Bo byłem tu  kiedyś, w sąsiedniej  miejscowości na konferencji  międzynarodowej, właśnie  z tym kolegą, który mi podał adres do tego naszego gospodarza. On tu był już kilka razy zimą. Ale tu nie ma żadnych gór do zjeżdżania. No nie ma, ale można w kilkanaście  minut  dojechać do dobrych tras  narciarskich i biegowych i  zjazdowych. Można też pojechać na Chopok, gdzie masz  tylko dwanaście tras  zjazdowych a nie  musisz jak  u nas "pędzlować" tylko jeden stok. I nie ma tu kolejek do wyciągów, bo wyciągów i różnych tras  zjazdowych, o bardzo zróżnicowanej skali trudności jest multum. A obok drogi, którą tu dojeżdżaliśmy jest  zimą "ośla łączka" dla  dzieciaków. No to coś dla mnie- stwierdziła Ewa- w sam raz  na  moje umiejętności. Nie martw się - pocieszył ją Robert - moje  osiągnięcia w tej dziedzinie też marnieńkie. Wolę biegówki lub narty śladowe. Tyle  tylko, że moi kumple są fanami nart  zjazdowych i zawsze patrzyli na mnie  z odrazą gdy ryłem tyłkiem na zjazdówkach. I wiesz Ewuś- jeżeli tylko ci się tu spodoba, to możemy tu przyjechać  zimą i człapać sobie we własnym tempie na  nartach. Kupimy sobie   narty  śladowe i będziemy na nich dostojnie  spacerować.

                                                                    c.d.n.




sobota, 19 lutego 2022

Ryzykantka - 20

 Transakcja odkupienia mieszkania od Roberta przez panią Ninę przeszłą szybko i bezboleśnie i obie  strony były w pełni zadowolone. Równie  sprawnie  przeszła  papierkowa zamiana mieszkań pomiędzy Ewą a jej własnym mężem, bo zawierając  związek zrobili przezornie rozdzielność majątkową. Gdy już  wszystkie papierki były w porządku Robert sporządził zapis testamentowy, zapisując dwupokojowe mieszkanie Pawłowi. Cała posesja rodziców Ewy wraz z domkiem już  wcześniej była zapisana testamentem na Ewę. 

W domu rodziców Ewa  przeprojektowała parter, zmniejszyła nieco salon, w efekcie  końcowym uzyskała na dole kuchnię  z aneksem jadalnym i trzy pokoje  nadające się na sypialnię lub na  pokój do pracy. Wybrali w sklepie większą lodówkę, wraz z  zamrażarką a dotychczasowa  powędrowała do piwnicy. Do obu łazienek ( na dole i na górze) dokupili nieco szafek, podobnie do przedpokoi na obu  kondygnacjach. Przesuwanie ścian  poszło szybko i  sprawnie bo wszystkie  ścianki działowe nie były z cegły tylko z płyt drewnianych, teraz  zastąpionych  nowszym  materiałem i wyciszone  korkiem. Dach i ściany na strychu  dodatkowo ocieplono, dodano 2 okna, zainstalowano  też szafy, jak określiła Ewa,  na rzeczy różne. Na piętrze były trzy pokoje, dwa skrajne były jako  sypialnie, pomiędzy  nimi był wspólny "pokój dzienny", który mógł służyć  jako gościnny, bo stojąca  w nim sofa była rozkładana. Rodzice Ewy, którzy obawiali się nieco tej przebudowy byli mile  zaskoczeni, że tylko  3 dni musieli spędzić w mieszkaniu Ewy i Roberta, a junior był w tym  czasie na  Świerczewskiego.

W tzw. "międzyczasie" Paweł otrzymał paszport i z Aliną poleciał do Zurichu. Gdy  już  miał pieniądze na swoim koncie Alina  namówiła go, by nabył porządny garnitur, bo przecież w dżinsach  nie  będzie  bronił pracy oraz zmusiła do kupienia  kilku ładnych  sportowych koszul i bardzo  praktycznej kurtki typu 3 w jednym. 

Paweł uparł się, że musi kupić coś dla  prawdziwej mamy, czyli dla Ewy i wybrał dla niej szkicownik w aktówce z piękną  reprodukcją obrazu Gustawa Klimta "Pocałunek", a dla Roberta wypatrzył w sklepie z zaopatrzeniem dla medyków chodaki z  wyściółką pamięciową. Cały pobyt rejestrował na otrzymanym w ramach urodzin nowym  poręcznym laptopie.  Codziennie  pisał do Ewy i do Roberta. Nie  zapomniał też o  "babci i dziadku"- dla  dziadka  kupił zestaw nasion roślinek do kamiennego ogrodu a dla babci lekką, ozdobną podpórkę do książek, którą można było oprzeć na poręczach fotela i regulować kąt pochylenia opartej  na  niej książki. 

Bardzo dużo rozmawiał z Aliną a ona  nadziwić się nie mogła, że chłopak  nie  sfiksował od tej "opieki" swej biologicznej  matki. Alina  już nieźle  znała Zurich i pokazywała bratankowi  różne  ciekawe  miejsca. Bardzo się Pawłowi w Zurichu podobało, o  czym od  razu napisał do Ewy i Roberta.

Na warszawskim  lotnisku czekali na  nich Robert z Ewą. A że dla Roberta był to dzień wolny, od razu odwieźli Alinę do jej domu. Wzmocnili się kawą i zaraz wrócili do Warszawy. Całą  drogę Paweł opowiadał swe wrażenia z tego pobytu i zachwycał się  swą ciotką - że taka kontaktowa i troskliwa i świetnie się  z nią rozmawia.

Babcia i  dziadek witali się z Pawłem tak, jakby wrócił do kraju po rocznym pobycie   na  antypodach. Babcia była zachwycona tą podpórką do książek, bo można  było z  niej korzystać również gdy stała na stole lub leżała na  babcinych  kolanach. Dziadek od  razu poszedł po specjalne  doniczki i mini szklarenkę, by posiać nieco tych  roślinek. Ewa była wzruszona szkicownikiem i zapewniła Pawła, że miał świetny pomysł, a okładka  z reprodukcją jej ulubionego  malarza dopełnia szczęścia. Paweł się przyznał, że  nie wiedział, że Klimt jest ulubionym malarzem Ewy, ale ten obraz nierozłącznie mu się kojarzy z Ewą i Robertem. 

Przebojem wśród prezentów były chodaki Roberta - założył  je, chwilę w nich postał i stwierdził, że gotów jest lecieć do Zurichu po następne bo są niebywale wygodne. Wkładka była miękka, ale sprężysta, a wnętrze chodaka uwzględniało swym kształtem budowę stopy. Paweł był wielce uradowany i stwierdził, że chyba  nie trzeba będzie lecieć po nie do Zurichu, bo można je zapewne zamówić przez internet i on się tym  zajmie.

Po powrocie Paweł intensywnie  zajął się pisaniem  pracy. Babcia nie  mogła wyjść z podziwu, ile czasu "ten biedny chłopiec" spędza przy komputerze   w "dziennym pokoju". Co jakiś czas posyłała do niego dziadka "z  czymś do przegryzienia i do popicia".  

Po dwóch tygodniach od  posiania wykiełkowały roślinki posiane przez  dziadka. Najdorodniejsze  z nich miały ze dwa centymetry wysokości. Jak na  razie  nie przypominały żadnych  znanych roślinek,  a dziadek  otaczał je  czułą opieką.

Pewnego pięknego popołudnia gdy siedzieli  wszyscy w  salonie przy kawie  Robert  powiedział - coś wam  powiem, tylko nie pospadajcie  z krzeseł - wielce  szanowny profesor R.  poprosił  mnie  dzisiaj, bym był    świadkiem  na jego ślubie.  Zrobiłem się strasznym prosięciem i powiedziałem, że w tym czasie  nie będzie  nas w Polsce, bo jedziemy za granicę. No i teraz muszę to zrealizować. Przepatrzyłem  kilka biur podróży i klęska -  wszystkie  ciekawsze wycieczki już od  dawna  wykupione.Naród wykupuje wycieczki z  pół roku wcześniej. Poza tym my potrzebujemy trzy  pokoje  dwuosobowe. 

A dlaczego aż trzy pokoje potrzebujecie?-  zdziwiła się  babcia.  Nie wystarczą wam dwa? Nie wystarczą, bo nas jest przecież pięć osób - przecież  was tu samych  nie  zostawimy!  

Ale poratował mnie  kolega i podpowiedział mi wyjazd na  Słowację i mieszkanie  w letniskowym domku. On ma tam znajomego Słowaka, więc jeżeli tylko podamy termin, zarezerwuje dla  nas dom. Tato, ale ja muszę pisać pracę, jęknął Paweł.  No to dobrze, będziesz pisał, weźmiesz  laptop i będziesz pisał siedząc na balkonie lub w przydomowym ogrodzie,na świeżym  powietrzu. Poza  tym   ja nie mogę wziąć więcej niż 2 tygodnie urlopu. Pojedziemy albo w dwa samochody albo wezmę od Aliny ich brykę na 7 osób.Odpowiedź muszę dać jutro. Ale co my tam będziemy robić-  zapytała się babcia- będziemy jeździć po Słowacji, Słowacja jest  bardzo ładna. I jest tam czyste  powietrze i ładne widoki. A dom jest w podgórskiej  miejscowości i jest z ogrodem. Jeść będziemy w różnych miejscach  bo będziemy  podjeżdżać   samochodem. A jedzenie jest tam smaczne i tanie.

Tata, ja  nie dam rady pojechać, muszę być w Warszawie, mam za 4 dni konsultację z  promotorem. I jak znam tego faceta, to będę  miał kociokwik, bo to znarowiony  facet. Jedźcie w czwórkę  z  dziadkami. Póki co to jeszcze  potrafię sam sobie  coś zrobić do jedzenia a wychodząc z domu  zamknąć okna i drzwi.

Synku, a czy ja  powiedziałem, że wyjeżdżamy jutro? Mam jeszcze  dwie poważne operacje przed sobą i muszę  być na bardzo  ważnej naradzie i wyjazd będzie  możliwy najwcześniej za tydzień. No i oczywiście  naprawdę  nie masz obowiązku jechać z nami. Tylko pomyślałem, że może łyknięcie dużej dawki świeżego  powietrza i dostarczenie twym zmysłom ładnych widoków sprawi, że mniejszym kosztem nerwów obronisz pracę. A znasz już termin obrony? No nie,  ale pewnie  na tym najbliższym spotkaniu poznam. 

No to wszystko gra- podsumował Robert. Poza tym pamiętaj, że zawsze możesz kogoś ze sobą wziąć- swoją  dziewczynę lub kumpla. Za swoją  dziewczynę ty poniesiesz koszty (masz już teraz  własne pieniądze), twój kumpel płaci sam za siebie, a za dziadków my  - jasne?

Nie  jasne- odezwał się  dziadek, za nas  ja  zapłacę. Nie, nie - chórkiem odezwali się Ewa i Robert. Co najwyżej postawicie  nam jakiś obiad na Słowacji.  

No to na dziś  koniec tematu, zaczekamy z tym wszystkim do  momentu, aż Paweł będzie  znał prawdopodobny termin obrony pracy - bo jak znam życie to na  każdej uczelni pracuje  kupa świrów i zgranie terminów wcale nie jest łatwe - podsumowała Ewa. I optuję  za wzięciem dwóch samochodów, to lepsze rozwiązanie niż ten ekskluzywny samochód Aliny. Bo na  pewno nie  wszędzie będziemy jechać  wszyscy razem. A "kierowców ci u nas dostatek" - mówiąc Sienkiewiczem. No fakt- zgodził się z Ewą Robert - tylko babcia  nie ma prawa  jazdy.

Wieczorem, gdy byli sami Ewa spytała Roberta co myśli o tym, że profesor R. się żeni z panią  Niną. Nic nie  myślę, jest ode mnie sporo starszy, a nawet jeśli nie  bardzo wie co robi to i tak zakochanemu  facetowi nikt  nie wytłumaczy, że być może robi źle. Z reguły facetom ciężko jest coś wytłumaczyć, mam wrażenie, że my uczymy się głównie  doświadczalnie, nie  snujemy prawdopodobnych scenariuszy. A przynajmniej większość  z nas. Chociaż pisarze sf rekrutują się właściwie głównie z rodzaju męskiego.

W dwa dni później Paweł zły niczym podrażniony szerszeń pożalił się  Ewie, że powiadomiono go, że jego pan promotor wyjechał, więc  spotkania nie będzie ale jeśli ma pracę na ukończeniu to niech kończy, asystent p. promotora sprawdzi tę pracę, oceni, czy już można ją uznać za skończoną i wyznaczy prawdopodobny termin obrony. A obrona będzie  zapewne dopiero na jesieni, być może we wrześniu, jeszcze przed rozpoczęciem nowego roku akademickiego. 

Ewa pogłaskała go po kilkudniowym zaroście- no widzisz - kupa świrów  siedzi na uczelniach.   Zapuszczasz brodę? Nie wiem, ale jedna z koleżanek stwierdziła, że byłoby ciekawiej, gdybym zarostem podkreślił kształt swej facjaty. Ma dziewczyna dobre oko- stwierdziła Ewa. Ale uprzedzam cię, że hodowanie określonej linii zarostu i dbałość o to, by zarost był ozdobą  a nie wyrazem niechlujstwa pochłania więcej czasu niż codzienne golenie się. A na początek trzeba  mieć dobrego fryzjera i dość często go odwiedzać. 

A ta panienka jest z twojego wydziału? Nie, to siostra jednego z moich kolegów, jest na  trzecim roku biotechnologii.To ciekawy kierunek i chyba dość rozbudowany i chyba jest na SGGW? - dociekała Ewa.  Tak, a ja nieco jej podpadłem w ubiegłym roku, bo nie bardzo wiedziałem co to za studia. Ale  teraz  już mi to wybaczyła, bo ją przekonałem, że tak jak ja nie wiedziałem nic o jej studiach tak samo ona nie wie o naszych i co możemy po tym kierunku robić.  

Nie przejmuj się Pawełku, gdybyśmy wszystko wiedzieli bylibyśmy bogami  a nie ludźmi. A co do brody - przejdź się do fryzjera męskiego w hotelu Metropol, zapytaj się o swego imiennika - on ma oko  rysownika i świetnie  umie dobrać  kształt  zarostu do twarzy. Jeden z moich kolegów  w pracy ma właśnie taki ukształtowany zarost i naprawdę dobrze to wygląda. I przy okazji  zapytaj się go o wytyczne co do codziennej pielęgnacji, a potem sobie  kupisz odpowiednią  golarkę, którą  ci ten fryzjer poleci oraz kosmetyki, które też ci on poleci i  do fryzjera  będziesz chodził zapewne w raz w miesiącu, albo raz na trzy tygodnie. Co prawda mój personel bywa u tego fryzjera co dwa tygodnie, ale to dlatego, że jak twierdzi w domu nie ma warunków by o siebie dbać. No ale on mieszka z lekko stukniętą dziewczyną, która więcej niż pół życia spędza w łazience. I co tydzień ma inny kolor włosów.

Wiesz mamuś, ty jesteś super! Można z tobą o wszystkim porozmawiać, wszystko w lot rozumiesz, niczemu się nie  dziwisz i jesteś na bieżąco ze wszystkim. Ewa roześmiała się - to pewnie dlatego, że jestem jedyną  kobietą w męskim  zespole projektantów i oni już dawno zapomnieli, że jestem kobietą i traktują mnie  jak kumpla. Po prostu przestałam być  drobiazgowa.

                                                                c.d.n.


piątek, 18 lutego 2022

Ryzykantka -19

 Opowieść o psie ogromnie rozbawiła Alinę. A Franek z 10  minut  nabijał się z Roberta, że jednak wygrał z psem  walkę o zostanie domowym  zwierzątkiem Ewy. Alina  zaraz "od  ręki" skontaktowała się z Niną, mówiąc jej o tym, że jest do kupienia  "jeszcze  ciepłe", nie używane  mieszkanie w Miasteczku Wilanów. Oczywiście powiedziała kto  chce je  sprzedać i  z grubsza wyjaśniła dlaczego. Nina dopytała się dokładnie ile  pieniędzy sprzedający już w  ten biznes włożył, stwierdziła, że wie po jakich cenach "chodzą" aktualnie  mieszkania w tej lokalizacji, stwierdziła, że ją urządza pokój dzienny otwarty na przedpokój,  i że jak najszybciej chciałaby sfinalizować tę  transakcję i wcale  nie musi tego mieszkania oglądać, więc  może umówiliby się do notariusza- ona ma swojego,  bardzo "oblatanego" w  temacie, więc może by Robert podał termin, w którym mógłby dokonać transakcji.  

Robert był nieco zdziwiony, że Nina   chce  kupić to mieszkanie  "w ciemno", ale Alina stwierdziła - nie martw się, to kobieta  na  cztery nogi kuta, dobrze wie, że ci co na tym osiedlu wykupili lub wykupują mieszkania  nie należą do biedaków i szybko zostaną jej klientami - ona obsługuje  nie tylko wesela i  komunie ale i  zwykłe przyjęcia domowe. Poza tym mam  wrażenie, że chce  mieć przy okazji zakamuflowane  mieszkanie tylko dla  siebie. Czy wiecie, że ona  spotyka się z tym profesorem, który był świadkiem Roberta? I wcale nie rozmawiają tylko o pszczółkach i motylkach. Podobno ten  gość jest bardzo dziarski i  z wielką fantazją w "bliskich spotkaniach trzeciego stopnia". 

I ona tak o tym opowiada? - zdziwiła się Ewa. A Alina stwierdziła- kolejna której się wydaje, że tą drogą można sobie ustawić karierę życiową. Ty  Ewuniu masz własny tytuł zawodowy, a niektórym go brak i wykorzystują tytuł swego męża.  W niektórych kręgach tytuł "pani profesorowa" brzmi dla uszu  lepiej niż tylko pani "iksińska", restauratorka po szkole  gastronomicznej. A on  wszak rozwiedziony chyba jest. A jeśli nie, to ona  na łbie  stanie i go rozwiedzie. To kobieta z powiedzonka, że gdy  diabeł nie może czegoś  załatwić to babę  pośle. Znam się  z nią od czasu przedszkola- jedno co trzeba jej przyznać- w interesach jest bardzo uczciwa. A jeśli się  za tego kolegę Roberta wyda to będzie o niego dbała niczym kura o pisklaka.  No, no, Robert pokręcił głową - jak mu odbije to się  gotów  z nią ożenić. Alina roześmiała się - kochany, jego gotowość  nie ma tu nic  do rzeczy- jeśli ona stwierdzi, że ją  wielce takie małżeństwo urządza to za niego wyjdzie. Mało tego - tak go podprowadzi, że facet będzie święcie przekonany, że to jego pomysł a nie jej. Nie wiem jak ona to robi, ale już dwóch mężów przećwiczyła.  I nawet ją w pewnym sensie  podziwiam, że ma taki talent.

To jak z tym paszportem Pawełku? No nie mam, muszę go  załatwić. No to szybko załatwiaj, polecimy do Zurichu samolotem. Gdy już będziesz  znał termin odbioru paszportu to mi go podaj, zarezerwuję dla nas bilety i hotel. 

A tak jeszcze w temacie  mieszkaniowym - uważam, że Wasz pomysł  z zamieszkaniem w domku razem z rodzicami Ewy jest bardzo dobry. Ale  zostawcie  sobie  jedno mieszkanie wolne, żeby było w rezerwie, niech nawet  nie  zarabia  na siebie. Bo tak myślę, że gdy Paweł całkowicie się  wyleczy z traumy dzieciństwa to zapewne poczuje chęć do  samodzielnego mieszkania. Zwłaszcza wtedy  gdy się  zakocha. On teraz odrabia zaległości z dzieciństwa - ma wreszcie ojca, czyli element/wzorzec  niezbędny dla każdego chłopca, ma Ewę, która choć sama tego nie  wie, emanuje ciepłem i troszczy się o swych domowych  mężczyzn, widzi też, że wy się kochacie i wzajemnie  szanujecie - ma to wszystko czego mu w dzieciństwie  brakowało i ogarnia to już nie intuicją dziecka ale rozumem. Wiem, że chcesz go Ewuś  skierować na psychoterapię - zaczekaj jeszcze, bo mam  wrażenie, że sam pobyt z wami, wasza  bliskość i uczucia wasze wzajemne i wasze do niego mają moc terapeutyczną. I jest to kuracja mniej  bolesna  niż psychoterapia. 

Zmieniłaś mojego  brata, który był w pewnym okresie swego życia tak miły jak  dotyk kolców opuncji, więc  jestem pewna, że i Paweł się zmienia w wyniku kontaktu z tobą, z wami obojgiem. Pomyśl ile lat miał skorodowaną rodzinę - wpierw regularne kłótnie rodziców, potem permanentny  brak ojca a obok siebie miał kobietę, która nie potrafiła sprostać wychowaniu dziecka, ale nim manipulowała dla własnych  korzyści.  Uważam, że jest z  niego bardzo myślący chłopak, właściwie  już mężczyzna i sam, mając świadomość, że oboje go kochacie , dojdzie do równowagi. Nie każdy ma w życiu takie  szczęście Pawełku - powiedziała odwracając się  w stronę bratanka.  A twoi rodzice Ewo też będą  mieli w tym udział, że tworzą wraz z Wami rodzinę dla Pawła. A wiecie co w tym wszystkim jest bardzo ważne? Wiecie? Ewa i Robert pokręcili  głowami na  znak  zaprzeczenia- najważniejsze jest to, że my o tym wszystkim tak szczerze i rzeczowo rozmawiamy. Życie  mnie nauczyło, że o wszystkim trzeba rozmawiać ze swymi mężami, żonami, partnerami, rodzicami, dziećmi- tylko wtedy  można się wzajemnie zrozumieć, każdy konflikt jest rozwiązywany w  chwili  nim dorośnie do rangi konfliktu. Franek do dziś narzeka, że ciągle gadam, ale już się nauczył że warto o wszystkim rozmawiać. Co prawda jakoś  mu nie starcza tej wiedzy przy Klonach. Bo nie da się ukryć, że dwoje maluchów na raz to przez długi okres prawdziwy koszmar. Na początku myślałam, że się  powieszę - w pieluchy to lali jednocześnie, ale wrzeszczeli z przesunięciem w  fazie. Jeden spał,  to drugi go  budził  swoim wrzaskiem, potem pierwszy zasypiał, to drugi go budził wrzaskiem. Wyrywali sobie  wszystko z rąk- nie szkodzi, że każdy  miał swoją  bułkę w  łapie- na pewno ten drugi miał lepszą bułkę, należało mu ją zabrać. Czułam się jak w małpim cyrku. Niewiele  brakowało a trzymałabym ich w  klatkach - byli upiorni. 

Ewa zanosiła się śmiechem. Jak to dobrze,  że mam już dorosłego syna! Bez  ciąży, porodu, pieluch i karmienia  piersią! - stwierdziła, I w pełni tę sytuację  doceniam! Alinko, twoje opowieści o dzieciach  są cudne!

Ciociu, a co jeśli się nie wie dlaczego się coś  zrobiło?- spytał Paweł. Alina uśmiechnęła się - wbrew pozorom zawsze się to wie, tylko nie  zawsze sobie to człowiek  potrafi uzmysłowić lub po prostu nie chce. Gdy śpisz lub   masz wysoką temperaturę lub jesteś z innego powodu pozbawiony świadomości to wtedy możesz coś  zrobić nieświadomie. Nasze działania  jednak  zawsze wynikają  albo z bieżących okoliczności albo z przeszłych. Po prostu trzeba analizować  swoje postępowanie, trzeba poznać  siebie  samego, co czasem ani miłe ani bezbolesne. Nasi rodzice zawsze gdy coś przeskrobaliśmy zamęczali nas pytaniami dlaczego to zrobiliśmy i to było największą karą. I ani twój tata ani ja nigdy nie byliśmy bici. A za grzeczni to też nie byliśmy.

My z Frankiem mieszkaliśmy z moimi rodzicami do samego ich odejścia, chociaż  marzyłam o tym, byśmy  mieszkali oddzielnie. A starszy wiek niesie  za sobą wiele dziwnych  niespodzianek. Starsi ludzie  nie zdają sobie  zupełnie sprawy z tego, że  już nie są tak sprawni jak kiedyś, że reagują nie tylko wolniej na  zaistniałe  sytuacje  ale i też często niewłaściwie. To przez to, że nikt nie jest w stanie zaobserwować dokładnie  siebie z zewnątrz. Teraz brat Franka  mieszka z ich rodzicami i często z nimi rozmawiamy o tym i obśmiewamy niektóre  sytuacje- łatwiej wtedy to wszystko znieść. Ojciec  Franka  już kilka razy "zagubił" się na terenie  własnego ogrodu, który jest naprawdę ogromny, bo jest tam plantacja  porzeczek, którą  sam  zakładał.  Teraz  brat Franka postawił kilka masztów z kolorowymi chorągiewkami i tata wie, że trzeba iść od  masztu do masztu a największa zielona chorągiewka oznacza, że blisko niej jest  dom. Długość życia  nam się poprawiła , niestety wydolność organizmów  niewiele. I jeszcze  coś - nie oszczędzajcie zbytnio rodziców-  ruch, konieczność rozwiązywania pewnych problemów są dobrą  gimnastyką ich mózgów a poza tym oni wtedy czują się potrzebni. Co prawda czasami coś nie coś trzeba po nich poprawić i człowiek myśli "po jakie licho matka to robiła, teraz i tak muszę to zrobić", ale jeśli ma się tę świadomość, że nas  czeka to samo, to łatwiej wtedy wznieść się na wyżyny wyrozumiałości.

Śmiejemy się z Frankiem, że jego  brat  niedługo będzie  musiał w ogrodzie  zainstalować system tabliczek informujących rysunkiem gdzie co jest (niczym na  szlaku turystycznym), żeby się tata  nie pałętał po ogrodzie  niczym turysta po jakimś  ogromnym parku narodowym. A ja się śmieję, że powinien też zainstalować  w ogrodzie WC, bo z końca plantacji do domu tata nie  zdąży się doczłapać  i będzie wielki płacz, że się  zsikał, bo wiadomo, że nie pójdzie  podlać  nawet płotu, nie mówiąc o drzewach lub krzakach porzeczek. A pampersa też nie chce  nosić, chociaż są  takie dla  mężczyzn. I wtedy brat Franka będzie mógł dawać etykietkę, że ma porzeczki "bio" bo zbieracze mają  normalną, regularną toaletę z umywalką i nie  sikają w  miejscu zbierania  owoców. Bo gdy jest rok, że porzeczki naprawdę świetnie owocują to  on zatrudnia  zbieraczy. Kiedyś, gdy pomagaliśmy mu w zbiorach, wzięliśmy ze sobą Klony, ale tak się  najedli porzeczek, że skończyło się to wizytą u lekarza a oni do dziś nawet  nie spojrzą na porzeczki. A mówiliśmy- nie jeść nie  mytych- prosto z krzaka wcale nie są czyste, bo muchy na  nich siadają. A wiadomo, że muchy na wszystkim siadają ,  na gnojówce u sąsiada również. W trzy dni później dorwałam ich gdy się przymierzali do  degustacji truskawek prosto z grządki. Wielkie  zdziwienie, że znów się mogą pochorować - "mamuś, to na truskawkach też siadają  muchy?"
Te nasze klony to ani miejskie ani wiejskie dzieciaki. Stoi jeden  z drugim u sąsiada  koło gnojówki która przylega do ściany obory w której akurat jest otwarta  dolna  klapa, przez którą  właśnie wylatują nieczystości a te orły się pytają "a z czego jest ta gnojówka i dlaczego tak śmierdzi"- no ręce opadają. A  zaprowadziłam ich tam właśnie po to, by zobaczyli te stada  much i poczuli ten ożywczy smród.

Wszyscy się śmieli a Franek stwierdził, że byłoby dobrze, gdyby Ewa ze  swymi "przyległościami" częściej u nich bywali, bo jednak powietrze u  nich lepsze niż warszawskie, nawet jeśli rodzice Ewy mają ogródek- po prostu nie ma takiego  zapylenia  jak nad Warszawą.  Gdy ostatnio wyczytał  jakie jest zapylenie  nad Warszawą to go  zatkało z wrażenia. A przecież teraz już jest zakończony sezon grzewczy, elektrociepłownie pracują na pół gwizdka, dają tylko ciepłą wodę. Stąd  wniosek, że wszystkiemu  winien jest ruch  samochodowy. 

Zaproszenie zostało przyjęte, tylko Robert zastrzegł, że pod żadnym pozorem  nie  da się  zaprowadzić w okolice tego sąsiada, który  posiada gnojówkę. A Ewa stwierdziła, że może gdy będą  to wybiorą się  wszyscy do lasu, bo już  bardzo dawno żadne  z nich  nie było w lesie i jej rodzice  zapewne też chętnie  się wybiorą do lasu.

Alina w pewnej chwili powiedziała - umieram z ciekawości jak nasze  dzieciaki zareagują na  Pawła- pewnie go zamęczą- taki duży a  młody kuzynek to atrakcja!

                                                                           c.d.n.


czwartek, 17 lutego 2022

Ryzykantka - 18

 W cukierni zakupili ptysie (wiadomo, dla Pawła), eklerki dla Roberta, czekoladowo-kokosowe ciastka dla Ewy, dla rodziców coś bardziej tradycyjnego -mały torcik bezowo-czekoladowy i keks ogromnie "wypakowany" bakaliami a wśród  nich skórką pomarańczową, czyli czymś co zdaniem Ewy było niejadalne.

Mamcia była tego dnia w dobrej formie - bez problemu rozpoznała od razu Roberta, potem spojrzała na Pawła i stwierdziła, że jest szalenie podobny do Roberta, pochwaliła wybór,  którego dokonali w cukierni, a  nawet zaczęła zwracać się do Roberta po imieniu. Gdy mamcia zniknęła na moment w kuchni Ewa  zapytała  ojca: czy mama bierze amfę, że taka  nagle  zorganizowana i przytomna?  Ojciec zaprzeczył - nie, dostaje  różne tabletki, ale amfetaminy tam nie ma. W ośrodku jest  nowy lekarz bardzo sympatyczny. Zapisał  suplementy ułatwiające przepływ krwi w mózgu, witaminęD3, cały wachlarzyk witaminy B. A zauważyłem, że mama rzadko się widuje teraz z twoją byłą teściową. Bo ona się obraziła, gdy mama jej powiedziała,  że wyszłaś za mąż i masz bardzo dobrego i przystojnego męża. Podejrzewam, że owe rzadkie spotkania to najlepsze lekarstwo. Nie wiem, czy ona  mamę czymś podtruwała czy  może tylko to jej ględzenie tak na mamę źle działało. Poza tym zmusiłem mamę do codziennych spacerów, codziennie jeździmy do parku wilanowskiego. Byliśmy tam nawet na wystawie  rzemiosła. 

Oj, to super, ucieszyła się Ewa. To zrozumie, bez trudu, że  Robert i Paweł należą do rodziny i Paweł jest w pewnym sensie  waszym wnukiem. Zresztą Paweł Wam to ułatwi - zgodziłam się, żeby mówił do mnie  "mamo". Fajnie jest mieć już takie gotowe dziecko,  bez tych  etapów pośrednich w rodzaju ciąży, porodu, karmienia i pieluch.

Tatuś, a moglibyśmy dziś dokładnie obejrzeć całe "gospodarstwo"? Gdy byliśmy poprzednim razem było już późno a i ja byłam  mocno padnięta. No i nie miałam jeszcze wtedy dziecka- zaśmiała  się. I wiesz, chciałabym obejrzeć plany tego domku. Bo przyszło mi na myśl, że moglibyśmy tu wszyscy razem  mieszkać, wystarczy tylko trochę pokombinować.  Można by też zawalczyć  o rozbudowę wszerz na krańcach, ale to wtedy byłby za duży bałagan. Zezwolenie by dali, bo to rozbudowa tyłu domu by była  a nie od  strony ulicy. My w trójkę na  górze, wy na dole. Bo to, że teraz  akurat  mamci lepiej, nie będzie zapewne stanem constans.  I, żeby było jeszcze ciekawiej, to my mamy gdzie  mieszkać, ale Młody jest orędownikiem rodzin wielopokoleniowych mieszkających pod jednym dachem. Miał wredne dzieciństwo i marzy mu się pełna rodzina.  Zadziwił mnie, on marzy o mieszkaniu z nami, nawet gdy będzie  miał własną rodzinę. A ja dla Roberta zrobię  wszystko - to  facet  mojego życia- jego dziecko  jakoś stało się dla mnie moim  dzieckiem. Teraz syn Roberta  mieszka w paskudnym miejscu, na Świerczewskiego. Robert ma dostać (za ciężkie pieniądze, nie za  frajer) mieszkanie 3 pokojowe na Miasteczku Wilanów  do końca tego roku, więc na  potem planowaliśmy taką  roszadę- Robert i ja  bierzemy Wilanów, Paweł bierze  moje  mieszkanie  a ta imitacja  mieszkania  na Świerczewskiego idzie pod wynajem. Ale ruszyło mnie, że ten dzieciak miał zrujnowane dzieciństwo przez matkę i potrzebuje ciepła rodzinnego i stąd ten mój pomysł.

On kończy informatykę, w lutym będzie  miał absolutorium a pracę  magisterską już pisze. Nie baluje,  nie pije, nawet piwa  nie rusza, nie pali, nie łajdaczy się. I umie dbać o porządek. I wiesz, on bardzo chciałby, żeby mógł do was mówić per "babcia, dziadek". Aż mi się płakać  zachciało, gdy to powiedział. Pomyślałam, że musiał mieć  super   wredne dzieciństwo. Robert dawał babie (matce Pawła) pieniądze,  ale nie sprawdzał jej wydatków. Alimenty płacił takie, jakby był sułtanem. I nadal płaci, tyle tylko, że babsko ma  już  zablokowany dostęp do tych pieniędzy. Przestanie płacić gdy Paweł skończy studia i zacznie pracować. No bo wiesz, do ukończenia 26 roku, dopóki się dzieciak uczy przysługują  mu alimenty.A w sądzie dzieciak nie wybrał ojca, bo matka mu cały  czas  mówiła, że ojciec jeździ wciąż za granicę bo tam ma kochankę i za którymś  razem nie wróci a wtedy dziecko zabiorą do Domu Dziecka. A to podła świnia- podsumował ojciec. Co prawda porównanie jej ze świnią ubliża świni- to są dobre matki.

Córeńko, to straszne. Ja mu zaraz  sam  zaproponuję, by  mi dziadkował - szepnął Ewie do ucha. W tej  chwili mamcia  zawołała, że prosi o pomoc w zabraniu herbaty z kuchni, więc  szybko do kuchni ruszył Paweł. A ojciec Ewy podszedł do Roberta, poklepał go po ramieniu i powiedział- masz naprawdę fajnego syna. Widzę, że Ewa jest z tobą  szczęśliwa, możesz mi mówić nie  tylko po imieniu, możesz mnie nawet nazywać tatą, a  twój syn będzie mi "dziadkował". Wypijemy herbatę i pójdziemy zobaczyć dom od strony ogrodu, potem pokażę wam go w środku.

Gdy Paweł przyniósł tacę ze szklankami herbaty i wszyscy  nałożyli sobie na talerzyki to co lubią, ojciec Ewy  powiedział  zwracając się do swej żony -  Kruszynko  moja, dzięki małżeństwu Ewy  doczekaliśmy się już gotowego, dorosłego wnuka. Popatrz, Kruszynko, marzyłaś o wnuku i masz. Nie  grymasi, nie  marudzi a nawet pomaga. Będzie nam  miło, gdy ten  młody człowiek będzie  nam mówił tak jak jest w zwyczaju mówienia do swoich dziadków.  Paweł lekko się zarumienił i powiedział- dziękuję, jestem naprawdę szczęśliwy. Wypicie herbaty  nie zajęło dużo czasu i wszyscy znaleźli się wkrótce w ogrodzie.

I tu czekała Ewę mała niespodzianka - okazało się, że ojciec Ewy  zaczął zakładać mały japoński ogród kamienny. Na  razie wyglądało to jak bardzo płytki basen wyłożony żwirem - szarym i matowym, półprzezroczystym   białym, w jednym  jego miejscu były usytuowane trzy  stare kamienie, robiące wrażenie  jakby  były w tym miejscu "od  zawsze". Po przeciwnej stronie, po skosie rosły zminiaturyzowane sosny wysokości może  z 70 centymetrów w ich pobliżu miał powstać mały basenik z  zamkniętym przepływem wody. Co prawda prawdziwy Japończyk postukałby się  wymownie  w głowę, bo w prawdziwym japońskim ogrodzie kamiennym każdy element coś wyraża, ale jak powiedziała Ewa, tu nic niczego nie symbolizowało, ale po prostu dzięki temu było mniej trawy do koszenia. W  kolejnym  miejscu kamiennego  placyku były wkopane różne  kamienie obrośnięte wokół mchem i rosły miniaturowe  iglaki. Poduszeczki mchu miały określone  kształty. Robert stwierdził, że o taki ogród to on mógłby dbać i bardzo  mu się taki ogród podoba. 

Tata w pewnej chwili powiedział- pewna  małpa  nas podgląda, Ewa pokaż jej, jak bardzo kochasz  swego męża- no tego to Ewie  nie trzeba  było  dwa razy powtarzać zaraz  zawisła na szyi Roberta, a on jak zwykle  zajął się jej  całowaniem i tuleniem. Rodzice i Paweł poszli dalej i dziadek tłumaczył świeżo upieczonemu wnuczkowi - podgląda nas sąsiadka, która kiedyś była teściową Ewy. O fajnie, podchwycił Paweł i zatrzymał  się  zawołał głośno: mamoo, tatoo, chodźcie prędzej. Ewa i Robert ruszyli w jego stronę nadal się całując, jako że całowanie się w marszu  nie stanowiło dla  nich problemu. Gdy doszli do Pawła, oboje go objęli. W tej chwili usłyszeli trzask  zamykanego ze złością okna.  "kruszynka" zadowolona szła obok swego męża mówiąc - od jej wzroku to nawet  kamienie są w stanie  zwiędnąć. Dobrze, że się ta   znajomość skończyła. A Ewa  powiedziała- musiało to nieźle wyglądać jak taki dryblas  jak Pawełek woła  mamę wielkości nieco wyrośniętego krasnoludka i ojca  nieco od siebie niższego. 

Oprócz tego jeszcze  niedokończonego  kamiennego ogrodu stała tu nieduża  altana latem okryta pnączami. Ławki były w środku podnoszone, żeby ewentualnie rozłożyć  w niej leżak. Doszli do miejsca, w którym była drewniana wiata na 2 samochody. Jej dach był okryty grubą plandeką, która letnią porą była częściowo zrolowana, a  zimą, opuszczona w dół spełniała rolę ściany, chroniąc  samochody przed  zacinającym śniegiem. A okalający posesję żywopłot był zimozielony i przystrzygany przez  zaprzyjaźnioną  firmę ogrodniczą.

Wrócili do  domku i zaczęło się oglądanie wnętrza- piwnica  zrobiła na Robercie i Pawle  wrażenie- stały w  niej specjalne  regały, które ojciec Ewy  ściągał jeszcze z NRD. Przechowywano tu  niemal wszystko, łącznie z przetworami na  zimę. Pod jedną ze ścian stały szafy ubraniowe, bo jak tłumaczył Ewie tata, oni na górze przechowują tylko odzież na dany sezon i dzięki temu wystarczają dość małe szafy. Było  czyściutko i schludnie, wszystko  opisane i zabezpieczone by się nie kurzyło. W  kąciku stał odkurzacz, bo tu też się sprząta, jak poinformowała "kruszynka".

Po oględzinach Ewa  stwierdziła, że tak naprawdę by tu zamieszkać  w dwie  rodziny to trzeba by powiększyć  kuchnię  usuwając z niej stół i krzesła, ale to nie problem, bo obok kuchni był pokój, który przedtem był werandą łączącą dwie części domu,a gdyby przebić do niego drzwi  z kuchni, mógłby służyć  za  małą, codzienną jadalnię. No i może jeszcze  dokupić  zamrażarkę i drugą  lodówkę. Lodówka  mogłaby stać w  małej jadalni, a  zamrażarka stanęłaby w  tej pięknej piwnicy. Co prawda wtedy na dole  byłyby tylko dwie  sypialnie a nie trzy. A na górze są naprawdę trzy duże pokoje i tylko trzeba  pomyśleć, czy zrobić na tej  powierzchni 4 mniejsze pokoje, czy  zostawić tak jak jest, bo jest jeszcze strych i gdyby dobrze  docieplić  dach , wstawić veluxy lub innego typu okna to tam wyszłyby fajne pokoje  do pracy, minimum  dwa. Tam co prawda są okna, ale  za małe. Nie mam pojęcia  czy i jak on jest ocieplony.  Ja to mogę mieć  w razie  czego biurko w  sypialni- stwierdziła Ewa. A ja wcale  nie będę potrzebował biurka stwierdził Robert. Ja też nie, gdy  napiszę już  magisterkę - powiedział Paweł.

"Kruszynka" nagle  stwierdziła- chyba pójdę jutro zapalić  świeczkę w kościele, żebyście podjęli decyzję zamieszkania  z nami. Ewa uśmiechnęła się - szkoda powietrza  zatruwać. Musimy to  wszystko spokojnie przemyśleć. Ale myśleć to będziemy dopiero  w poniedziałek, bo jutro przyjeżdża do Warszawy siostra Roberta  i będą u nas około południa.

Około godz 20,30 Ewa zarządziła powrót do domu. W drodze stwierdziła, że skoro  następnego dnia jest to spotkanie  rodzinne, to właściwie byłoby bezsensem odwozić Pawła na Świerczewskiego, niech on zostanie u nich na noc.  Paweł  nie ukrywał, że go ten fakt  bardzo cieszy.

W domu jeszcze dość długo trwała dyskusja na temat  czy  nie będzie  aby im wszystkim  za ciasno na tym piętrze. Zdaniem Ewy trzeba by się  zainteresować tym strychem  nawet  nie szykując go na miejsce  zamieszkania i sprawdzić jak  jest z jego ociepleniem. Bo tam  można mieć dodatkowe  szafy na rzeczy  mniej potrzebne  na co dzień. A te  pokoje na górze to są spore, mają po 22 metry, czyli są o 5 metrów kwadratowych większe niż pokój, w którym śpią teraz. Będą mieli na górze 1 pokój  "rezerwowy"  w razie choroby któregoś z nich a na co dzień będzie służył jako pokój dzienny. Małych dzieci wszak nie ma, więc  1 pokój dzienny na 3 osoby to świat i ludzie, zwłaszcza, że na dole był jeszcze "salon". Mieszkanie na Wilanowie zupełnie  nie podobało się Ewie. Tak naprawdę były to dwie sypialnie i pokój dzienny łączony z przedpokojem i żeby zamknąć go drzwiami trzeba by było dorobić kawałek ściany, by móc w niej zrobić drzwi.  A nie wiadomo czy spółdzielnia, dopóki mieszkanie  nie jest spłacone, zezwoliłaby na dorobienie tego kawałka ściany. Bo zdaniem jakiegoś  architekta to było nowoczesne, ciekawe rozwiązanie. Zdaniem Ewy to nawet na lokatę się nie nadawało.

Robert stwierdził, że dojrzał do decyzji, by dać ogłoszenie o sprzedaży tego  jeszcze nie  zamieszkanego mieszkania. Przyznał się , że zapisując się na to mieszkanie zupełnie się nie interesował  szczegółami. Bo myślał, że to są rzeczywiście 3, normalne,  regularne pokoje. W tym układzie może jedynym  mądrym posunięciem jest "powachlowanie" mieszkaniami tak  by Robert został właścicielem tych dwóch pokoi z kuchnią, które oczywiście albo od razu potraktuje  jako darowiznę dla Pawła albo zostawią je jako mieszkanie rezerwowe  i tylko od razu zrobi  zapis testamentowy na Pawła.

W niedzielę, tak jak było planowane, Robert pojechał na umówione  miejsce, skąd  przyholował Alinę i Franka. Alina oczywiście przywiozła  w  termo torbie już upieczone  kurczaki. Poza  tym mnóstwo różnej zieleniny i jajek od kur  "zielononóżek". Robert rżał ze śmiechu. Kury  zielononóżki! Jakieś kosmitki czy co? 

Oczywiście  nie obeszło się bez opowieści jak to się Paweł od Harpii wyprowadzał, była też opowieść o tym, że chyba będą mieszkać z rodzicami  Ewy i Pawłem, a na  koniec  Robert  powiedział, że ma do "spuszczenia" jeszcze  nie zasiedlone  mieszkanie. Jesteś pewien? Ależ tak, zapewnił ją Robert. No to może ja  mam kupca, a raczej kupcową. Okazało się, że pani restauratorka Nina jest  mocno zainteresowana  mieszkaniem w Miasteczku Wilanów. Umówili się  z nią na popołudnie by jej pokazać plan  mieszkania i zawieść ją do Miasteczka,  by obejrzała lokalizację.

A potem Alina powiedziała - Pawełku, mój kochany  bratanku - od  chwili twego przyjścia na świat minie  niedługo 25 lat. Przez te  wszystkie lata  w dniu twych urodzin, na  Boże  Narodzenie i Wielkanoc odkładałam różne  kwoty na  założone dla  ciebie  konto. Był  i jest tylko jeden mały szkopuł -to konto jest w Banku Szwajcarskim, ponieważ  tu nie można było założyć konta  noworodkowi. Drugi problem - by teraz sobie przepisać to konto na siebie musisz  pojechać ze mną do Szwajcarii z przetłumaczonym przez  tłumacza przysięgłego odpisem swego aktu urodzenia, czyli metryki. Jeśli nie masz paszportu to musisz go szybko wyrobić. Szwajcaria jest W UE, wiza nie będzie potrzebna. Jednocześnie wyrób sobie  konto walutowe w którymś z banków w Polsce- na to konto dewizowe, by je  założyć wpłacisz  zawartość tej koperty. Oczywiście załatw sobie byś mógł dokonywać operacji on line. Co do reszty operacji- wszystkiego dowiemy się na miejscu. Tu masz aktualny wyciąg z tego twojego konta- i to jest   prezent od nas na twoje 25 urodziny. I ogromnie się ciesze z dwóch rzeczy - że wreszcie mój brat ma  normalną żonę a mój bratanek super fajną tak zwaną  macochę.  I nie palnij przypadkiem, że to jest za dużo. Gdybym  była bardziej systematyczna to byłoby  dwa razy tyle. Moje dzieci dostaną więcej, bo i Franek odkładał dla  nich,więc nie gadaj, że to  za dużo. A Paweł siedział jak skamieniały i tylko łzy mu leciały po policzkach. A teraz wytłumaczcie mi co było z tym psem?  Stanowczo odradzam posiadanie  psa w mieście, za duży kłopot!

                                                                  c.d.n.