piątek, 13 maja 2022

Trudny wybór - 17

 Z planów  świątecznych  nie  za bardzo "wypaliła" choinka. Adela  się złościła, bo wprawdzie  było sporo  punktów sprzedaży choinek, choinek  też  było sporo, ale przeważały jakieś "powygryzane" świerki, które robiły  wrażenie  już używanych w  roku ubiegłym. W jednym punkcie  były jodełki,  ale ich cena była powalająca i tym  razem, gdy Emil  już sięgał po portfel - Adela  zaprotestowała. 

Nie ma najmniejszego  sensu by kupować tak  drogą  choinkę, która  w dwa tygodnie  później  wyląduje  na śmietniku, bo przecież  nie nadaje  się  do posadzenia w gruncie. No to co  zrobimy, przecież tak  zaplanowałaś, a teraz  nie chcesz już takiej ładnej  choinki?- Emil był zdruzgotany. Adela chwyciła go  za rękę i pociągnęła  za sobą- chodź,  jedziemy  na Puławską, do ogrodnika.  Za te  pieniądze to możemy kupić drzewko, które będzie można posadzić w ogródku i jak będziemy o  nie  dbali, to długo z nami pobędzie i jeszcze je  nam do  domu  sami przywiozą. Dobrze  skarbie - zgodził  się Emil, jedźmy.

Adela znała  ten punkt  sprzedaży, bo kilka razy  kupowała tam kwiaty na  balkon, za każdym razem krążąc po całym sporym terenie i wiedziała, że ten ogrodnik  ma  wiele  drzewek do sprzedania, w tym też iglaki. Gdy weszli na teren z miejsca  ruszyła na poszukiwanie pana  właściciela. Znalazła go w  kantorku i powiedziała, że chce kupić drzewko w pojemniku, jakiegoś nietrudnego do pielęgnacji iglaczka, żeby można go co roku ubierać  na Święta   Bożego Narodzenia. 

Pan ogrodnik przepytał jaki to ogród, jaka tam ziemia, czy to miejsce słoneczne czy raczej mocno zacienione, wysłuchał uważnie  co  powiedziała  Adela  i potem  powiedział - w tym układzie proponuję,  by państwo  kupili tuję  "szmaragd"-  jest  wysmukła, ale  gęsta, nadaje  się  do małych  ogrodów, przycina się ją dwa razy do roku. Ale, jeśli ma  pani  plany  długoletnie, to byłoby  dobrze, by wiosną posadził ją do gruntu fachowiec. Wtedy i    miejsce  będzie  dobrze  przygotowane i od  razu  się ją  przytnie. A do wiosny posiedzi  sobie  w pojemniku, który jest zabezpieczony tak , by  korzenie  nie przemarzły. No to  zapraszam do ogrodu - i dziarsko  ruszył przodem.

Trochę  smutno wygląda  ogród przygotowany do zimowej drzemki - zwłaszcza  te wszystkie  niemal gołe,  bezlistne krzewy liściaste.  Alejka,  w której były  "żywotniki  zachodnie", czyli tuje, prezentowała się  milej  dla oczu. Drzewka  miały lśniące ciemną zielenią  gałązki. Ogrodnik  przepytał  się  jeszcze  Adeli jakie to ozdoby ma  zamiar powiesić  na drzewku, a gdy dowiedział się, że  zawisną nieduże, lekkie plastikowe bombki  w kształcie   gwiazdek  oraz równie  lekki różnokolorowy łańcuch, do drzewka  dodał z własnej  inicjatywy gwiazdkę na  jego czubek, którą  sam  zamocował. Drzewko miało być dostarczone po godzinie  siedemnastej  następnego dnia. Samo drzewko  było niewiele wyższe od Adeli, którą  trudno  było  zaliczyć  do wysokich kobiet, "wzrostu"  dodawał mu nieco  pojemnik.  Żywotnik  wraz z pojemnikiem i transportem kosztował 50  złotych  mniej niż owa  ścięta  jodła. Fakt  ten mocno zadziwił Emila.  Ogrodnik  zapraszał, by przyjechali wiosną i może  wybiorą jakieś  sadzonki kwiatów. Adela z rozbrajającą  szczerością "wyznała", że niestety nie ma talentu do hodowli  roślin  i jedyne rośliny, które wytrzymują  jej brak  talentu to są po prostu chwasty typu pokrzywy i mlecze. Ogrodnik obiecał, że do żywotnika dołączy  "instrukcję  obsługi", którą przywiezie jego  pracownik.

I tak  jak było umówione, następnego  dnia pracownik ogrodnika, którym był jeden  z jego synów, przywiózł żywotnik i ustawił  go w ogródku Adeli i  Emila.  Obejrzał ogródek, wręczył Adeli "instrukcję obsługi" drzewka i powiedział, że to on  wiosną przesadzi drzewko z pojemnika do gruntu.

W tym  roku była jakaś zima-nie zima, regularnym opadem był śnieg z deszczem, było szaro, mokro i....brudno. Ojciec  Emila  wypatrzył w jednym  ze sklepów bardzo ładne domki- karmniki  dla  małych ptaków i dwa zakupił. Stwierdził, że jeżeli młodzi  nie  zechcą  mieć  w swoim ogródku karmnika to u nich mogą stać dwa.  Do nich dokupił 2 stelaże zrobione z cienkich brzozowych  pni i od  razu w sklepie z karmą  dla  różnych  zwierzątek kupił  w  sumie 3 kg karmy dla ptaków. Stelaże były dość  zmyślnie skonstruowane - można   było na  nich też  zawieszać pokarm dla  sikorek, miały też uchwyt na miseczkę  na wodę, ale  dostęp do pokarmu w karmniku  był dostosowany tylko dla niedużych  ptaszków , czyli dyskryminował  gołębie.  Emil gorąco zaprotestował przeciwko karmnikowi, mówiąc, że on  nie ma  zamiaru codziennie  topić się  w ogródkowym  błocie i  co najwyżej raz na  tydzień może, w  weekend wybrać  się  do ogródka,  by powiesić siateczki z orzechami i  kolby tłuszczowe z pestkami słonecznika.

Problem "rozwiązała" Adela, która z pomocą teścia  umocowała  karmnik na parapecie jednego z okien wychodzących na ogródek i karmę   można był dosypywać otwierając okno. Żarciuszko  dla sikorek było uzupełniane raz  w tygodniu. Przed zainstalowaniem karmników ich  daszki zostały zabezpieczone odpowiednio przyciętymi  płytkami plexiglasu, by drewno  nie nasiąkało  wodą. Dzieło Piotra.

Lodówki w obu rodzinach   niemal pękały  z nadmiaru  wiktuałów, chociaż zaopatrując  dom na święta  nie postawiono na ilość, ale  na różnorodność jedzenia. Adela kupiła w kwiaciarni  dwie małe choinki - jedną przybraną  w ozdoby srebrne a  drugą w tzw. królewski błękit. Srebrna  stanęła u  nich,  błękitna  u Piotrów. 

Po raz  pierwszy od lat Piotr odstąpił od upieczenia chlebka. Powiedział  synowi, że wraz  ze śmiercią  matki Emila skończyła się pewna epoka   i on  nie ma  zamiaru wywoływać duchów. Jest  z nim nowa, inna  kobieta i trzeba teraz wypracować  nowe obyczaje. Kochał swą   zmarłą żonę, teraz  kocha Helenę i nie chce  jej sprawiać przykrości przywracając obyczaje, które kultywował w poprzednim związku.  Po prostu kupił w pobliskim  kościele opłatek i nim się  podzielą. To  nie jest wszak istotne czym się dzielą,   ważne jest to co przy tym myślą i mówią. No i rodzice Adeli  przynajmniej nie doznają  wielkiego  szoku. Adela była  wzruszona takim jego  podejściem, o czym od razu mu  powiedziała.

Wszyscy,  nawet matka Adeli, pałaszowali indyka, który po upieczeniu  wyglądał niczym  reklama z kulinarnego czasopisma, czyli że to menu było  trafione. W przeddzień wigilii Adela  wpadła  na  pomysł by  zrobić tort Pischingera, czyli wafle przekładane masą czekoladowo-orzechową i oblane masą  czekoladową. I to był  tak  zwany "strzał w  dziesiątkę", bowiem  okazało się, że każdy zajadał  się tym tortem w  dzieciństwie. Drugie  miejsce zajął makowiec , kupny, który  miał bardzo  dużo masy  makowej  i  cienką   warstewkę  ciasta. Miejsce trzecie zajęły kruche ciasteczka  z grubym  kryształowym  cukrem. Dobrze, że Helena  napiekła ich  naprawdę mnóstwo.  A na deser były mandarynki, pomarańcze  i różne  suszone  owoce oblane  czekoladą.  

Trzydziestego grudnia  były urodziny i imieniny matki Adeli , następnego  dnia Sylwester, więc obie   z Heleną  postanowiły sprezentować  jej  pięciodniowy pobyt  w jednym  z Nałęczowskich  ośrodków wczasowych dysponujących  SPA, a żeby na pewno  z niego  skorzystała to  pojadą w trzy rodziny,  dwoma  samochodami. Tym  sposobem   będzie równocześnie  załatwiona  sprawa  Sylwestra.  Każda  z nich  miała jeszcze  kilka  dni zaległego urlopu. Ani Adela  ani Helena  nie przepadały za imprezami Sylwestrowymi, ich  mężowie również. Przecież  potańczyć można  każdego  dnia,  niekoniecznie w Sylwestra  w  tłoku i hałasie- twierdził Emil.   Jedno  co było pewne - należało  wziąć koniecznie  ciepłe,  grube  skarpety, kalosze i parasole, żeby nie  siedzieć  całymi  dniami tylko w hotelu, ale też pospacerować  po Parku  Zdrojowym, lub w pobliskim lesie.

W wigilię pogoda się  zreflektowała i przynajmniej   nie leciała  z góry mokra  breja. Adela  zaprosiła rodziców na godzinę 17,30. Tym  razem impreza  była w mieszkaniu Piotrów, bo u Adeli  nadal nie  było jeszcze  zmywarki. Kolejny raz   żałowali, że nie  są sąsiadami "przez  ścianę", a  rozdziela ich przychodnia,  ale jak tłumaczyła Adela, to może  wcale nie jest złe i za jakiś  czas to docenią.  Emil się bardzo zdenerwował, że nadal nie ma blatu, no  ale  nie była to wina  punktu,  w którym go  zamówili, tylko wina producenta. Proponowano mu blat w innej okleinie,  ale powiedział, że wybrał taki   a nie inny, bo  mu pasuje kolorem i grubością do już posiadanych blatów.

W czasie gdy Piotr z Emilem pojechali po rodziców Adeli, Helena i ona nakryły stół, przygotowały to wszystko co miało być podane na  zimno, w piecyku  w  niewysokiej temperaturze "dochodził" indyk, a tak dokładnie to jego połówka, bo  druga  połowa  została po upieczeniu szybko  schłodzona i wylądowała  w  zamrażarce. Ryby  w galarecie oczywiście  nie było, był śledź w śmietanie,  wędzony węgorz i wędzony  łosoś, obie  ryby już poukładane  na tartinkach, na gorąco  miał być łosoś pieczony na  plastrach  pomarańczy no i oczywiście indyk. Zamiast tradycyjnych  kartofli do indyka był przewidziany  ryż (czekał na  swój występ w termosie) a  do łososia......makaron  z cukinii. Nie mniej Adela przezornie nie powiedziała  z czego jest  makaron,   dopóki goście go  nie  skonsumowali usiłując dociec co to za spaghetti. Zbyt często spotkała się  z  sytuacją, że ktoś  czegoś  nawet nie spróbował, bo kierując  się   samą nazwą skreślał tę potrawę ze  swego jadłospisu. 

Przy świątecznych słodkościach Helena powiedziała: prezentów pod  choinkę  wprawdzie nie ma,  ale za kilka  dni są  Żeniu twoje imieniny i  urodziny i z tej okazji mamy z Adelą nieco  nietypowy prezent dla Ciebie -  pobyt w SPA w Nałęczowie. Ażeby  ci tam nie było smutno samej tylko z  własnym mężem i żeby on  się tam nie nudził gdy ty będziesz  się  relaksować, jedziemy  i my. Pojedziemy w dwa  samochody. Na Sylwestra my  nie  reflektujemy, ale jeśli wy będziecie  mieli ochotę to możecie pójść. Weźcie  tylko  jakieś  cieplutkie buty odporne  na te paskudne  pseudo zimowe pogody. Ale  nie wiadomo jak będzie  z pogodą bo może przecież  przyjść  nagle mróz, więc  o tym pamiętajcie. A że jedziemy  w  dwa  samochody to  nie oszczędzaj na zabieranych z domu  rzeczach - w najgorszym  wypadku coś  się  przeleży w walizce lub  torbie - miejsca w samochodach  mamy sporo. Wrócimy 2 stycznia popołudniu.

Doba zaczyna  się tam  chyba o godzinie   szesnastej,  więc  nie  będziemy  musieli  wyjeżdżać  stąd bladym  świtem. Mamy  zapewnione śniadania i obiadokolacje,  kawa i herbata  są serwowane bez ograniczeń, obiekt jest  fajny bo  nie wolno tam przyjeżdżać z dziećmi, więc nie będzie nikt tupał i się  wydzierał,  ze  zwierzętami też nie, więc powinno tam być cicho, panowie  mają tam  siłownię. My jedziemy w strojach  sportowych czy też pół sportowych, codziennych. Żadnych  "małych czarnych" czy też kreacji  koktajlowych  nie bierzemy. Ma być nam wygodnie i  ciepło. Zresztą i tak najwięcej  czasu to będziemy krążyć w  firmowych szlafrokach. 

Przyzwoicie  bo parking jest  bezpłatny, jest Wi-Fi, też  darmowe. Co prawda pojęcie  "bezpłatny" nie jest  prawdą, bo używanie  parkingu i Wi-Fi jest  po prostu wliczone w  cenę pobytu, ale o  tym się nie mówi. Jeśli będzie przyzwoita  pogoda, czyli jeśli nie będzie  gołoledzi czy innego dopustu Bożego to wyskoczymy do Kazimierza nad Wisłą. Jeszcze  nigdy  nie byłam w Kazimierzu  zimą.

Ale  -zaczęła Żenia -  nie ma żadnych   "ale" przerwała jej  Helena - masz urodziny i imieniny i w tym roku zamiast kosmetyków dostajesz SPA. Jeśli ci  czegoś  brak  z ubrań to  powiedz, najlepiej  teraz , zaraz, to ci  pożyczę, tylko  wpierw  przymierzysz. Weź ze sobą   ciepłe rajstopy i dres.

                                                                           c.d.n.

 


czwartek, 12 maja 2022

Trudny wybór - 16

 Wieczorem, tuląc do  siebie  Adelę, Emil powiedział - przypatrywałem  się   dziś ojcu - on  naprawdę  kocha Helenę. I myślę, że ta miłość sprawiła, że zaczął bardziej  dbać o swoje  zdrowie, ale też  zwraca baczną  uwagę na dobrostan Heleny. Po śmierci  mamy skonstatował, że za mało dbał o mamę, że gdyby zwracał więcej  uwagi na to co mama robi,  jak  reaguje  na różne  sytuacje, to na pewno mama żyłaby  dłużej. Teraz to on dostrzega to, czego latami  nie widział przy  mamie.

Pamiętasz?- któregoś  wieczoru nagle  zniknął nam  z pola  widzenia, a za  chwilę przyszedł z ciepłymi  skarpetkami  dla  Heleny i prosił, by je  założyła, bo wcale  nie jest  ciepło i chodząc  boso w klapkach może  się  zaziębić. Często pyta  się,  czy nie jest  zmęczona, już zapisał ich oboje  na badania kontrolne u naszych  sąsiadów, dba  by  regularnie oboje zażywali przepisane  przez  lekarza "lekarstewka". Popatrz - i Helena i ty jesteście  obie dla   niego " Dziecinkami",  a ja tylko  synem. Nie mówię  tego powodowany  zazdrością, ale  widzę  po prostu jak bardzo  się  zmienił.  

Jest bardzo przejęty tym, że to będzie  nasze   pierwsze Boże  Narodzenie w nowych układach rodzinnych, bo chociaż  nie  można  powiedzieć, że jest dobrym katolikiem, do kościoła  wszak  nie  chodzi wcale, to  nadal  jak  dziecko   cieszy się, że będzie  choinka , będą  prezenty, że razem spędzimy ten  czas. Chętnie  bym wyjechał na ten  czas do Zakopanego albo gdzieś indziej  w góry, ale z drugiej  strony  nie  wiem ile jeszcze lat będzie ojciec z nami, więc  pomyślałem, że zrobimy  w  domu święta. Pomogę  ci  we wszystkim. A poza  tym coraz  więcej można  kupić "gotowców", bo sporo jest teraz  małych  prywatnych  firemek. Tylko trzeba  by już w tym  tygodniu  wszystko pozamawiać. W pierogarni będą na święta  pierogi z prawdziwkami i podgrzybkami i kapustą - ojciec  już mi o tym doniósł. I myślę, że na te pierwsze nasze  święta zaprosimy też twoich  rodziców . Porozmawiaj tylko z Heleną, żeby nie robić wiwisekcji. Twoja  mama się nie  zmieni, jest  niewątpliwie  mocno rozczarowana swoim życiem, zapewne  też i małżeństwem, ale teraz to już niewiele można  zmienić. Nie sądzę by twoim  rodzicom pomógł rozwód, bo w tym  wieku ciężko jest  budować nowe życie samemu. Że już pominę kwestię  mieszkaniową. A ty  już nawet to zwerbalizowałaś - czas  zakończyć  tę  wojenkę siostrzaną. Możesz  teraz  powiedzieć, że mój ojciec jednak podjął się odbudowy swego życia, ale on miał udane  życie  z mamą to raz,  a dwa- miał z kim to swoje  życie odbudowywać. A mam  wrażenie, że twoi  rodzice mają oboje jakieś poczucie klęski, bo zapewne nie tak  wyobrażali sobie małżeństwo. Helena  kiedyś  powiedziała, że to małżeństwo  zostało im  wmówione i że oni nie tylko  nie kochają się  ale i nie lubią, a na  dodatek każde z nich samo siebie  nie lubi. Być może  ma rację.  Nie  wyznaję się w tych  niuansach psychologicznych. Wiem tylko, że kocham ciebie i bez ciebie moje  życie zawaliło by się kompletnie. I chcę  byś się czuła ze mną szczęśliwa. Przecież jestem z tobą szczęśliwa i dlatego jesteśmy razem. Nie jestem typem, który lubi  się umartwiać. Gdybym nie była  szczęśliwa  nie bylibyśmy razem. I masz rację - trzeba  jakoś ucywilizować stosunki rodzinne.

Pomyślałam, że choinkę w mieszkaniu to będziemy mieli taką malutką,  z kwiaciarni, a kupimy też drugą, żywą i ustawimy ją w  ogródku i ubierzemy sami. Co o tym sądzisz? Skarbie,  będzie tak  jak  zarządzisz, dekoracje  nie są moją  mocną  stroną. Milku, ja nie chcę być  zarządzającą, ja chcę by decyzje  tego  rodzaju były naszym  wspólnym wymysłem,  wyborem.

Zmieniłaś mi imię -  zauważył Emil. Dlaczego? Bo ty jesteś po prostu taki  milusi, taki, że cały czas chciałabym  cię tulić, głaskać, pieścić,  całować. Ale tak to tylko ja  będę cię nazywać, dla innych jesteś po prostu Emilem, dla mnie - Milkiem, moją milusieńką przytulanką. No chyba, że ci się nie podoba takie nowe imię - to powiedz.  Kochanie,  mnie się  wszystko podoba co wymyślisz, o ile nie jest to pomysł który by nas  rozdzielał.  Co prawda takie imię   bardziej mi się kojarzy z  czekoladą niż z przytulanką, ale ty  czekoladę  lubisz, więc  wszystko gra.

No to musimy pomyśleć nad  prezentami pod choinkę dla rodziny i to szybko. Myślę, że jutro przy obiedzie  porozmawiamy o tym, bo może ojciec i Helena mają jakieś  inne plany. Chociaż  wątpię, bo ojciec  w  kwestii  Bożego  Narodzenia jest tradycjonalistą, co nie  znaczy, że będziemy śpiewać kolędy lub gnać na Pasterkę,  lub  dzielić się opłatkiem. Pewnie upiecze  z pomocą Heleny mały chlebek i podzieli go na tyle  części ile ma być gości przy stole i przed kolacją wygłosi zdanie  "obyśmy zawsze  mieli czym  się dzielić" i to będzie  wszystko. A chlebek będzie miał w środku rodzynki i płatki migdałowe. Nie mam pojęcia  skąd  mu taki pomysł wpadł do  głowy,  może gdzieś  wyczytał, spodobało  mu się i wprowadził w życie. Mama twierdziła, że równie  dobrze mógłby to być zwykły, kupny  chleb, ale tata twierdził, że musi to być chleb upieczony w domu i mieć konkretne  przeznaczenie. Bo, jak czasem mówisz, każdy ma  swego  świra. Ale nim upiecze  chlebek zrobi pseudo techniczny rysunek tego chlebka, potem wytnie z białego brystolu szablon i według niego uformuje ciasto. Oczywiście  na jeszcze  surowym  cieście cienkim  patyczkiem, takim od szaszłyków, zaznaczy miejsca,  w których  potem będzie chlebek kroił. Proponowałem, że zamówię w jakimś  warsztacie  odpowiednią  foremkę,  ale nie chciał o  tym  nawet  słyszeć. Bo  przecież może być i więcej osób to foremka i tak  nie zda wtedy egzaminu. Adela  śmiała się, że Helenie  to pewnie  oczy  wyjdą z orbit gdy jej  mąż  zacznie robić szablon a potem  będzie patyczkiem  wyznaczał te  linie  cięcia.

Mileczku, ale powiedz  mi co powinniśmy przygotować na tę kolację  rodzinną - bo chcę by to były wszystkie te  potrawy  jakie lubicie. Bo ja nie chciałabym robić stricte postnej  kolacji. Zamiast rybnego trupa  na  stole wolę trupa indyczego albo gęsiego. Widok ryby w galarecie  przyprawia  mnie po prostu o mdłości. Przez  kilka  lat wyjeżdżałam notorycznie  na święta i kolację  wigilijną zjadałam w towarzystwie protestantów, którzy  nie poszczą z okazji Bożego Narodzenia. Śmiałam  się, że osoba  mi towarzysząca cierpi  w święta  na widok żony  przy stole a ja  na widok karpia, więc jedynym  rozsądnym  rozwiązaniem jest wyjazd. A potem to nie robiłyśmy z Heleną  świąt jako  takich, korzystałyśmy po prostu z faktu, że są dni wolne od jakichkolwiek obowiązków. A teraz, gdy obydwie  stałyśmy  się porządnymi, regularnymi  mężatkami to chcę by te święta były świętami,  w które je  się to co się lubi  a nie to co wypada jeść bo tradycja  tak  nakazuje.

A ty wcale  nie jesz  ryb, czy  tylko masz  awersję do  niektórych? - dociekał  Emil.  Jadam  ryby,  ale najchętniej to smażone lub  pieczone, lubię też wędzone, lubię świeżutkiego smażonego pstrąga, lubię smażone flądry, dorsza  atlantyckiego- jest smaczniejszy od  bałtyckiego.

No to  nie ma  problemu z jedzeniem - lubimy  to samo. Jedyna  według  mnie ryba, która jest  smaczna w galarecie to sandacz,  ale nie wiem  czy jeszcze  takowe pływają w naszych  wodach. Tylko raz  w życiu jadłem  sandacza i bardzo  mi smakował. Myślę, że możemy  spokojnie  zrobić i ryby i może indyka, zupę taką  do popitki, oczywiście na chudym rosołku- twoje   zupy na twojej produkcji rosołku są hiper-super, pierogi  to zamówimy,  ciasta to zamówię w Hortexie albo w barku Hotelu  Europejskiego. Nie chcę byś sterczała  przy garach. Do barku w  Europejskim  to możemy  pojechać  razem, bo oni tam mają nie tylko ciasta na  zamówienie, może jeszcze  coś tam  sobie  zamówimy.  Wściekły jestem na tych co nam mieli blat przyciąć, bo kuchnia  wygląda  dziwnie bez  niego. Mam zamiar jutro do nich podjechać, bo będę w ciągu  dnia na mieście. Oczywiście przyjadę pod  koniec  dnia po ciebie. 

Zróbmy inaczej-  nie ma sensu  byś po mnie przyjeżdżał- wrócę  autokarem i spotkamy  się pod  biblioteką. Emil  zamyślił  się - powinnaś  mieć  drugi samochód.  A po  co? - spytała. No właśnie po to, żebyś mogła się swobodnie  poruszać  po mieście.  

No chyba, że ktoś  wymyśli  samochód składany na płasko , który  można  schować do damskiej torebki, lub powiesić  w  worku w jakiejś szatni - stwierdziła Adela. Popatrz- nowe osiedle a też   brakuje   parkingów. Za to  jedno  miejsce parkingowe płacimy sporo a to tylko miejsce pod  chmurką, parking  nie jest nawet ogrodzony, nie mówiąc już o tym, że nie jest  strzeżony. Ostatnio płaciliśmy  w mieście za postój na parkingu 10 zł za godzinę. No niestety nie  wygląda to radośnie. Pytałam  się o garaż  w spółdzielni - pani była na tyle opanowana, że nie postukała  mnie  w głowę.  Garaż, jeśli kiedyś będą  budować  domy z podziemnymi  garażami, kosztuje  tyle  samo co dwa pokoje  z kuchnią i........nie było na nie chętnych,  więc nie będzie budynków  z podziemnymi garażami. Staliśmy  się  bardzo zmotoryzowanym  narodem - 2 samochody  na rodzinę w dużych  miastach to nic  nadzwyczajnego.

Adela  z Heleną omówiły dokładnie  sprawę świąt, porozpisywały co która  załatwi,  zamówi,   zakupi, ugotuje. Tym  razem to Helena wybrała się osobiście do swej  siostry by ich zaprosić na  wigilię, uprzedzając, że nie  mogą liczyć na  typową, polską  wigilię, bo ani ona   ani Adela nie  są praktykującymi  katoliczkami, więc siłą   rzeczy wigilia jako  całość, będzie  nietypowa,  ale pomimo tego znajdą  się na  stole dania  dość typowe dla  katolickiej  wigilii. Będą dania  postne ale będą również inne i każdy będzie mógł wybrać  to, co  mu pasuje. I będzie miło gdy matka  Adeli powstrzyma się od  jakichkolwiek  komentarzy, gdy  zobaczy na talerzach innych osób  kawałek  pieczonego indyka a nie ryby. 

Poza tym nie będzie żadnych  prezentów, więc  niech przypadkiem nie głowią  się  nad  prezentami.  Nie  była to prawda, ale Adela i Helena  postanowiły, że w tym  roku wigilia będzie skromną  kolacją, a prezenty pod choinką  będą  dopiero w pierwszy  dzień świąt. Helena  zdawała  sobie   sprawę z  faktu, że jej szwagier nie zarabia  dobrze,  siostra  również  nie, więc lepiej  powiedzieć, że święta  będą bez prezentów, żeby nie narażać ich na  wydatki.  A  dobrym pretekstem do takiego postawienia  sprawy było to, że obie  pary właśnie  miały za sobą  zmiany mieszkań i związane  z tym  wydatki.  Przecież  Adela poszła  do pracy  zaraz po liceum właśnie dlatego , że jej  rodzice mieli kłopoty finansowe.

Mężowie obu pań nie protestowali. Obaj ubóstwiali  swe  żony i obaj uważali, że one wiedzą  co mówią i robią.

                                                                 c.d.n.


środa, 11 maja 2022

Trudny wybór - 15

Jak  na początek grudnia pogoda  była całkiem  strawna,  tylko raz  padał deszcz  ze śniegiem. Adela długo się  zastanawiała jaka  zupa  będzie  pasowała do pierogów i zdecydowała  się na  ugotowanie  krupniku z cieniutko pokrojonymi suszonymi grzybami. Był to ukłon głównie  w stronę Emila i jego taty- tak ugotowany krupnik mogli jeść przez  kilka  dni  z rzędu. I zawsze byli  zachwyceni. Gdy go gotowała  "dla  swoich" było to wtedy  właściwie  danie  jednogarnkowe - zupa  była "zawiesista", wzbogacona różnego rodzaju kawałkami  mięsa ugotowanymi na tak miękko, że rozpływały się w ustach. Obowiązkowo zawsze były wtedy w środku mięciutkie paseczki bardzo  chudego, pozbawionego  tłuszczu, wędzonego boczku. Tym razem z ulubionych  dodatków były tylko suszone  grzybki, bo na drugie  danie były przewidziane  pierogi. W charakterze  surówki była tarta marchew z dodatkiem jabłka. Surówka  była doprawiona niewielką ilością  białego, lekkiego  wina. Dodatek niewielkiej ilości lekkiego,  białego wina był  wynikiem pewnej katastrofy, gdy Adela przewróciła niechcący stojącą na blacie otwartą butelkę z resztką białego wina, a zawartość butelki wylała się na talerz, na którym leżała starta  marchew. Marchewka  postała wtedy dość długo z tą niewielką ilością wina i ją wchłonęła. Adela  zamierzała tą "skażoną  winem" marchewkę wyrzucić, ale gdy już po obiedzie  Emil przyszedł do  kuchni i zobaczył talerz z marchewką, nic nie wiedząc o tym, że jest "nasączona" niechcący winem, ucieszył się, że jeszcze jest marchewka i szybko się  zajął jej  konsumpcją,  dziwiąc się nieco, że jakoś inaczej smakuje, ale jest bardzo  smaczna. Poszedł do  pokoju  z talerzem marchewki, którą dojadał i  zapytał się, co Adela  dodała do  surówki, bo jest wyśmienita. Adela spróbowała , ze zdziwieniem skonstatowała, że faktycznie  jest smaczna i wtedy opowiedziała o tym, że po prostu wlało się do marchewki wino. I od tej  pory do marchewki zawsze dodawała białego, lekkiego wina. Wpierw tarła  marchew na małych  oczkach tarki, potem dolewała pół kieliszka  wina i odstawiała na jakiś  czas, by marchewka  nasiąkła winem i dopiero później  łączyła ją z jabłkiem tartym na dużych oczkach tarki.

W czasie gdy wszyscy  zmagali  się z krupnikiem, Adela  przepytała się rodziców  na jakie  pierogi  mają chęć bo jest  ich aż pięć  rodzajów:  z mięsem, z nadzieniem  zwanym ruskim, z kapustą i pieczarkami, z soczewicą i z jagodami. Ojciec  Adeli  wybrał pierogi  z mięsem, matka  z nadzieniem ruskim, a dla  swoich i siebie  Adela naszykowała po jednym  pierogu z każdego rodzaju. 

Na deser były pieczone jabłka - w miejscu gniazd nasiennych Adela umieściła masę   marcepanową a upieczone  już jabłka  dostały jeszcze  pierzynkę z  bitej śmietany i "piegi" z rodzynek namoczonych przez  noc  w rumie.

Bardzo się mama Adeli  zdziwiła,  gdy dowiedziała się, że pierogi były gotowe kupione  a nie  robione przez Adelę lub Helenę, zdziwiona  też była,  że pieczone  jabłka to jesienią i  zimą są niemal  codziennie w tym  domu jadane ale bez  bitej  śmietany.

Ale największa niespodzianka  spotkała mamę Adeli przy  poobiedniej  kawie - w pewnej chwili Helena powiedziała:  zupełnie  zapomniałam  ci  powiedzieć, że wyszłam  za mąż za Piotra . I w tej  chwili oboje  z Piotrem pokazali jej swoje  "zaobrączkowane" dłonie.

Zaskoczona wiadomością matka  powiedziała po chwili - i nic mnie,  swojej  siostrze  nie powiedziałaś tylko sobie wyszłaś  za mąż? Helena roześmiała  się - no cóż, jako osoba  bardzo pełnoletnia  nikogo o  pozwolenie wyjścia za mąż  nie muszę  się  pytać,  nie  mniej powiedzieliśmy o swoich planach Adelce i Emilowi, a oni ten  plan  pochwalili. A tobie nic nie mówiłam, bo nie lubię  być przesłuchiwana przez trzy lata starszą ode  mnie  siostrę. Bo ty  nie zadajesz pytań- ty zawsze prowadzisz przesłuchanie niczym oficer dochodzeniowy.

I mieszkacie w tym Milanówku? spytała nieco  zaskoczona tą  wiadomością  matka Adeli. Nie, nie  mieszkamy  w Milanówku, mieszkamy w tym samym bloku co Adela, Piotr  sprzedał swój dom w Milanówku. Mieszkania w Warszawie nie są niestety tanie. Poza tym młodzi oboje  pracują w Warszawie, nie  mieszkaliby w Milanówku, są zawodowo związani z Warszawą.  O wielu sprawach jeszcze  nie wiesz,  między innymi i o tym, że twoja córka już ma tytuł magistra. Ciągle patrzysz na nią przez pryzmat tego, że jest kobietą  a nie mężczyzną. Bo ty koniecznie  chciałaś urodzić  syna. Ale  zapewniam  cię, że niejeden facet ma znacznie  mniejsze osiągnięcia  niż ona.  I wiesz? nie  musisz  jej kochać ale powinnaś ją szanować. Jest bardzo zdolną i inteligentną dziewczyną i życzliwą innym. My z Piotrem  kochamy całym  sercem oboje - tak  samo mocno. 

Do rozmowy wtrącił się ojciec Adeli  - czepiasz się Heleno- nie  wiedzieliśmy  nawet za dobrze, że Adela studiuje, mieszkała przecież u ciebie od kiedy złamałaś  nogę. Helena pokiwała  głową - a nie zastanowiło was nigdy  dlaczego wasza córka nie chce  mieszkać z wami a woli  mieszkać ze mną? W 95% każde dziecko woli  mieszkać z własnymi rodzicami niż z krewnymi. Gdy jeszcze była w szkole to żadne z was nawet na  wywiadówki nie chodziło - tak mało obchodziło was własne dziecko.

Adela postukała widelczykiem  w talerzyk -  skończcie już - skończyłam studia, mam tytuł magistra, jestem z siebie  dumna, mam naprawdę  cudownego męża i super fajnego teścia i ciocię, którą kocham  całym  sercem i wgłębi  duszy  traktuję jakby to ona wydała  mnie na świat.  Już od  dawna przestało mi przeszkadzać, że biologiczni rodzice woleli oboje  chłopca  niż dziewczynkę.  Może mnie to wszystko nieco pokrzywiło psychicznie, ale teraz  mi to już tak  nie przeszkadza. Tatku- zwróciła się do  Piotra- weźcie razem z Emilem naszych gości na przejażdżkę po Ursynowie. Ja tu tymczasem nieco ładu  wprowadzę. Tylko nie  zmywajcie, proszę - powiedział Emil. My to  zrobimy po powrocie.  Adela uśmiechnęła się - mam nadzieję, że wreszcie ci od  przeróbki blatu w  kuchni do nas dotrą i będzie można kupić  zmywarkę.

W dwie godziny później dotarli do domu Piotr i Emil - sami. Odwieźliśmy ich po objeździe Ursynowa  do domu. Moja  teściówka była  bardzo zaskoczona obszarem jaki zajmuje Ursynów, a teść nieco podsypiał, tak go ta  wycieczka nudziła. Przy  okazji znaleźliśmy całkiem  fajny sklep ogrodniczy, ale już był zamknięty. Teren tego ogrodnika  jest  ogromny, wydawał mi się  większy niż ten szkolny, który mamy za  chodnikiem.  Pewnie  wybierzemy się tam wiosną , bo mają też krzewy -przynajmniej  tak  głosi  napis przy  bramie  wejściowej. Byliśmy na samym  końcu Ursynowa,więc pojechałem drogą już poza  osiedlem i wylądowaliśmy w  Powsinie. Wróciłem tą samą drogą, potem pokazałem im  Imielin i Puławską odwiozłem towarzystwo do ich   domu bo twój ojciec już regularnie  spał. Helena  machnęła ręką- on ma talent  do spania, on potrafi zasnąć  w autobusie  jadąc nawet tylko  trzy przystanki. 

Pomyślałem sobie, że jeszcze  trochę a Warszawa będzie sięgała  do Piaseczna. Teraz mieszkamy w  właściwie  w centrum Ursynowa.  A na Puławskiej ruch większy  niż ostatnio o tej  porze na Marszałkowskiej. Więc dla nas  dobrze, że nie wybraliśmy Imielina, bo wtedy musielibyśmy głównie jeździć przez  Puławską. Okropnie  dużo  się pobudowało po obu stronach  Puławskiej- z tego co widać  z drogi a na pewno w głębi też pełno  nowych domków.

I ogromnie  się cieszę, że mamy w niedalekiej  perspektywie zmianę miejsca pracy.   G. oglądał ostatnio lokale nadające się na kancelarię, którą zamierza otworzyć jeszcze zanim powstaną odgórnie te  kancelarie rzecznikowskie. Bo doszedł do  wniosku, że kancelaria może nie  wyżyć z samych orzeczeń w sprawach  patentowych, więc rozstaje  się  z kolegami i zakłada własną kancelarię. I planuje byśmy niedługo tam zaczęli pracę. I pewnie  ty pierwsza tam  wylądujesz, przede mną. Oczywiście jeżeli tylko będziesz  chciała. Wszak już skończyłaś studia prawnicze, a Arek  G. ma o tobie  bardzo  wysokie  mniemanie. Masz nade mną tę przewagę, że jesteś  magistrem prawa. 

No ale  ja jeszcze przecież  chodzę na kurs, więc będę wychodziła z pracy - nie  sądzę  by był z tego powodu  szczęśliwy. No przecież on o tym wie.  W kancelarii to tylko sekretarka musi siedzieć kołkiem na miejscu, reszta  jest  w ciągłym ruchu. W kancelarii prawniczej nie płaci się ludziom  za obecność ale  za wykonaną  pracę. Mam podejrzenie, że on chce  ciebie na początku   jako swoją osobistą prawą rękę, bo literat z niego  dość kiepski  a twój styl pisania uważa za doskonały. Ale na pewno już na początku wrzuci  ci jakąś sprawę żebyś  sama rozwiązała. 

Patrząc  realnie to za szybko ta kancelaria  nie  zacznie  działać, na początku to będzie tylko on, ty i pewnie jakaś pindzia jako  sekretarka. Ale  póki co jeszcze do końca roku siedzimy w OBR.  Pan G. jest bystrym  człowiekiem, dobre ustawionym w swoich  kręgach i na pewno jako jeden  z pierwszych przestawi  się na kancelarię  rzecznikowską. Gdy ostatnio  z nim rozmawiałem, to stwierdził, że ty i ja  tworzymy idealny  duet do takiej kancelarii - ty bo jesteś prawnikiem a do tego będziesz  w niedługim czasie i  rzecznikiem, no a ja jako inżynier i rzecznik uzupełniam  to. I jak  stwierdził, to przynajmniej  przez rok,  a może i dłużej będziemy takim  jedynym tandemem. Chce  dobrać jeszcze kogoś od spraw rodzinnych, bo  rozwodów   jakoś  nie ubywa a przybywa. A jak  rozwody to i sprawy  majątkowe się na to nałożą.

Helena  słuchała tego  co mówi Emil "jednym uchem" - zastanawiała się,  czy  aby jej szwagier  nie cierpi na  narkolepsję. Ale wcale  nie  miała  ochoty wspominać o  tym swej  siostrze,  bo zaraz  dowiedziałaby się że jest złośliwa i  nie lubi  swego szwagra. A ponieważ jej szwagier nie  prowadził  samochodu, to  postanowiła nic  nie mówić. Zresztą jeśli to jest  narkolepsja to jest  to choroba  nieuleczalna a diagnozowanie  jej trwa długo i jest  dość  sporo badań.  A podawane  leki na ogół niemal  nie pomagają.

Adela  wstała mówiąc - ja to bym coś  zjadła - mamy jeszcze różne pierogi, więc  może je  wsadzę do  piekarnika i w ten sposób podgrzeję- ma jeszcze  ktoś ochotę na pierogi? Okazało się, że wszyscy  mieli, więc włączyła  piekarnik, potem położyła na blasze pierogi na pergaminie i polała je niewielką ilością oliwy i gdy piekarnik  był już rozgrzany do 180 stopni, wstawiła do niego pierogi.  Postawiła też na  stole pojemniczek  ze słodką śmietaną, żeby była do polania pierogów z jagodami.

Po kolacji Adela stwierdziła, że jakoś  bardzo szybko  mija  czas i tylko  patrzeć gdy będzie Boże Narodzenie.  Czas  mija z taką  samą, stałą prędkością, ale gdy  mamy wiele  różnych  wydarzeń w dość krótkim czasie to mamy  wrażenie, że czas przyspieszył - stwierdził jak  zwykle  dokładny Emil. W ciągu ostatniego półrocza nastąpiło w naszym życiu wiele istotnych  zmian. Można  śmiało powiedzieć, że to my przyspieszyliśmy   a nie czas. U niektórych  przez dziesięć lat  nie  nastąpiło tyle  zmian co u nas.

W pierwszych  dniach maja pojechałem po ciebie na prośbę Kamila. A potem  wszystko leciało do przodu jak po sznurku. Zakochałem się  tobie w dziesięć minut i to tak na wieki, zaczęliśmy razem pracować, umarł Kamil, wzięliśmy ślub, ojciec się  zakochał w Helenie, pobrali  się,  sprzedaliśmy dwa  mieszkania, kupiliśmy  nowe mieszkania, dzięki Helenie  mamy  nowy  samochód,  mieszkamy z rodzicami blisko  siebie, skończyłaś wielce pomyślnie studia, aplikujesz na rzecznika - cudna moja- niektórzy  przez  20 lat mają w swym życiu   mniej  wydarzeń. Pędzimy oboje przez życie niczym rakieta  kosmiczna.   Ale chyba  nam  z tym dobrze. Wolę takie zwariowane  nieco życie  niż tkwienie  w  miejscu. Jeśli ta ustawa dotycząca  rzeczników  wejdzie  w życie to znów nam  się coś zmieni.

                                                                        c.d.n.






wtorek, 10 maja 2022

Trudny wybór - 14

 Adela  była  pełna podziwu  dla  swego teścia, który do sprzedaży wystawił dom razem z wyposażeniem. Twierdził, że doszli razem  z Heleną  do wniosku, że wezmą meble z mieszkania  mokotowskiego, a jeżeli coś będzie   brakowało to po prostu  dokupią. Oczywiście przepytali oboje Adelę i Emila,  czy oni chcą zabrać z tego  mieszkania  jakieś  meble,  ale oni  nie  chcieli żadnych  mebli. Postanowili  wziąć to wszystko co było w  mieszkaniu Emila i  potem pomału się  domeblowywać. Chętnych  na Milanówek  było sporo, mogli  w kupcach  przebierać. Wybrali dość młodych ludzi, którzy oczekiwali już trzeciego dziecka, a obejrzawszy meble  stwierdzili, że one  są naprawdę  w  świetnym stanie, a wyposażenie  salonu, gdyby te  meble  wstawić  do DESY, to sprzedałoby się "na pniu".

Pierwsi zamieszkali w nowym  mieszkaniu Helena  i Piotr. Helena  doszła do  wniosku, że takie  pakowanie, chociaż niewątpliwie męczące ma jednak  swoje  dobre  strony - to świetny remanent, przejrzenie  dokładne  wszystkiego co się posiada i możliwość  zorientowania  się czego jeszcze  brak. Okazało się, że Helena zgromadziła wszystkiego  niemal  zbyt dużo i  teraz   wszystkie  "nadmiary" przeszły w ręce Adeli i Emila. Wiele kompletów bielizny pościelowej było jeszcze  nie używanych. I na części pudeł przybyły  naklejki z literami AE, co oznaczało, że ma to trafić do mieszkania młodych.  Adela  w pewnej chwili stwierdziła, że chyba będzie  musiała dokupić garnków, ale usłyszała- a po co,  nie sądzisz  chyba, że będziemy jadali sami, bez  was, obiady  i kolacje. Poza tym garnków, talerzy, sztućców itp. jest u nas  w nadmiarze, bo są  i z Milanówka i z Mokotowa. Po prostu musicie  sobie  to wszystko przejrzeć  i zabrać to, na co będziecie  mieli ochotę. 

Zadomowianie się trwało długo, chociaż meble do swojego mieszkania młodzi  kupili stosunkowo  szybko. Obecność przychodni za ścianami ich  mieszkań  nie była uciążliwa. Nikomu  nie robiono tam wiwisekcji, więc  nie było żadnych  hałasów. Ale uciążliwością był brak miejsc  parkingowych, co było  bolączką  całej stolicy. Po wielu  staraniach udało  się wykupić miejsce  parkingowe nieco  dalej od ich  bloku. Przydomowy  ogródek nie przeraził Adeli. Był już  ogrodzony i przy  siatce posadzono już  jakieś krzewy w roli żywopłotu.  Z tego  co się  dowiedzieli,   żywopłot będzie   strzyżony przez pracownika  administracji. Poza tym można posadzić  w  swoim ogródku jakieś  kwiatki ewentualnie kwitnące  krzewy, ale założenie  ogródka warzywnego odpada. Ta ostatnia  wiadomość bardzo się Adeli  spodobała. Zdaniem  Adeli jej talent  ogrodniczy  zabijał bezlitośnie  wszystkie  rośliny bez  żadnego  wyjątku.

Gdy  już nieco "okrzepli" w  nowych  mieszkaniach,  Adela stwierdziła, że trzeba zawiadomić rodziców, że ona i Helena  już nie  mieszkają   na  Mokotowie.  I chyba  wypada  ich  zaprosić. No więc Adela  zatelefonowała do matki, przepytała  się  wpierw co u  nich słychać,  czy  zdrowi i cali , w końcu powiedziała - ciocia Helena i ja już nie  mieszkamy  na Mokotowie. Przeprowadziłyśmy się na Ursynów. Weź kartkę i ołówek i  zapisz sobie nasz  adres. 

Przecież ten Ursynów jest obrzydliwy! - autorytatywnie stwierdziła  matka. A  byłaś  tu  kiedyś?- spytała Adela. Tak, byłam ze 4 lata wcześniej- byłam  dwa razy, czyli pierwszy i ostatni.  No to widzę, że niepotrzebnie podaję ci  adres. Numer telefonu  jest ten  sam  co na Mokotowie, bo go przeniosłyśmy. Ale jeśli masz ochotę zobaczyć gdzie i jak mieszkamy to zatelefonuj ze dwa  dni wcześniej  nim  zdecydujesz  się przyjechać sama  lub  z ojcem.  

A co z tym  mieszkaniem na  Mokotowie? - zapytała  matka. No cóż, sprzedałam. A  nie  mogłaś  się ze mną zamienić i  moje wtedy  sprzedać? Nie  mogłam, bo  musiałam  mieć  pieniądze a wasze  mieszkanie nie jest własnościowe, ono jest z  zasobów  miasta i nadal  do  miasta  należy. Dziadkowie  wynajmowali je przed  wojną od prywatnego  właściciela a potem przejęło je państwo  ludowe. Mieszkanie   cioci  Heleny ja  wykupiłam od  miasta, więc  mogłam je teraz  sprzedać i spłacić kredyt, który wzięłam.

Ciekawe po kim  masz  taką  głowę  do interesów- spytała  z przekąsem  matka. A na to  pytanie  ja   nie znam odpowiedzi - odpowiedziała  Adela- ty wiesz kto mnie  spłodził, ja nie wiem. W moim akcie  urodzenia  figuruje twój mąż, więc przyjmuję, że rzeczywiście jest  moim ojcem, ale jeśli ty masz  jakieś  wątpliwości to nie moja wina. 

Jesteś strasznie  złośliwa córeczko. Ja jestem  złośliwa?- zdziwiła  się Adela. Ja  nie  kwestionuję ojcostwa człowieka,  który  w mojej metryce  figuruje  jako mój ojciec. 

Matka  wyraźnie  się z lekka  "zapowietrzyła"- no to kiedy mamy do was przyjść?- wydusiła  z siebie. Myślę, że najlepiej będzie gdy przyjedziecie w sobotę, dajmy na to około godziny  szesnastej. Adela  podała numer  autobusu którym  mają  przyjechać, na którym przystanku  wysiąść a gdy wsiądą do autobusu to niech zatelefonują do   Adeli na komórkę, że już jadą, to ona poczeka na  nich na przystanku, żeby nie błądzili. A od  autobusu jest do nich może nawet 200 metrów. Ale  trafić trudno,  bo specjalnością Ursynowa są dziwne adresy  - adres  wcale  nie odzwierciedla tego, przy której ulicy stoi dany blok. Jedziesz  ulicą Jastrzębowskiego a po obu stronach ulicy  ani jeden blok nie ma  takiego  adresu, a na dodatek lewa strona  ulicy ma  nazwy z adresami zupełnie innymi  niż  prawa.

Gdy Adela odłożyła  słuchawkę telefonu Emil zapytał - o co chodzi  z tym ojcostwem? Eee, o  nic, po prostu ona  znacznie  więcej  mówi  niż myśli. Chciała mi jakoś  dogryźć i powiedziała, że jest  ciekawa po kim to ja mam taką głowę do interesów,  a resztę  słyszałeś. Jeszcze  gdy  chodziłam  do szkoły miałam  spore  wątpliwości  czy  aby na pewno  jestem ich córką. Potem byłam pewna, że jestem  córką Heleny,  a teraz to już mnie to nie obchodzi. To nie ma  żadnego znaczenia, nawet jeśli oboje lub jedno z nich nie jest  moim  rodzicem. Ważne jest to jaka ja jestem. 

Czytałam że mniej więcej  5% dzieci ma ojca innego  niż ten  metrykalny i oczywiście  ojcowie nic o tym  nie wiedzą. Te 5%  jest z pewnością ilością  zaniżoną - po prostu wiadomo to dlatego, że dziecko  miało jakieś problemy  zdrowotne, robiono badania genetyczne i przykra  dla ich  ojców prawda  wychodziła na jaw. Poza tym jest  kilka  chorób, które  dziecku może przekazać tylko ojciec. Najzabawniejsze jest dla  mnie to, że inteligencję  dziedziczymy po matce, ale ojciec ma wpływ na sprawność  myślenia. To matki przekazują nam tempo w jakim  się starzejemy, osteoporozę, nadciśnienie,  niedoczynność tarczycy, żylaki, chorobę Alzheimera, endometriozę,  mięśniaki macicy a ponadto sposób   w jaki zasypiamy, jakość  naszego  snu, ulubione  pozycje  w  czasie  snu. Kiedyś  bardzo  interesowałam  się genetyką i epigenetyką.

Emil patrzył się na Adelę, uważnie  słuchał  a potem  powiedział- wiem co to jest genetyka,  ale nie mam pojęcia co to jest epigenetyka.  Adela uśmiechnęła  się - to jest po prostu badanie zmian  ekspresji  genów, które nie są powiązane ze zmianami w sekwencji nukleotydów w DNA. A ekspresja  genów  jest  procesem fenotypowej informacji genetycznej,  a fenotyp jest zespołem cech wykształconych w trakcie rozwoju organizmu.  Przedrostek "epi" oznacza poza czymś,  w tym wypadku  poza genetyką.

O Boże, jęknął Emil - to powiedz  mi jeszcze  czemu poszłaś  studiować prawo a nie medycynę lub biologię?  No wtedy  mnie genetyka  bardzo interesowała to sobie  trochę poczytałam o tym  wszystkim. Poza tym to prawo  można  studiować niestacjonarnie a biotechnologii nie. Proste.

Kochanie  moje, a może chciałabyś sobie   tak dla przyjemności studiować biotechnologię? Jeśli tak to  nie ma  problemu, wyżyjemy z jednej pensji, mam  rezerwy  finansowe. Adela przytuliła go i  powiedziała - jesteś naprawdę  cudowny,  ale ja  zrobię tego "rzecznika", bo muszę przecież  wypracować sobie  emeryturę. I szkoda by mi było nie wykorzystać tych pięciu lat i przerzucić  się nagle  na inne studia. Pociąga  mnie perspektywa  wspólnej naszej  pracy w kancelarii rzecznikowskiej.  Nie wiem  co to jest, ale  jakoś   nigdy nie  mam  za dużo twojej obecności  przy mnie. Jestem chyba  uzależniona, działasz jak narkotyk. Gdy jestem na kursie to nie  mogę  się  nadziwić, że siedzi obok  mnie ktoś obcy a ciebie  nie ma.

Chodź, pójdziemy do naszych rodziców. Popatrz  jak  mamy  zabawnie - Piotr jest dla  mnie teściem i ojczymem,  a Helenka dla  ciebie  macochą,  ale nie teściową. Szalenie  mnie to bawi. Ale i tak mówimy na  nich jeszcze inaczej, bo ja Helenę  nazywam wciąż  ciocią a ty mamą, ale twego tatę nazywam tatą. Gdyby ktoś obcy się temu przysłuchiwał to by się  całkiem  pogubił.  Zauważyłeś  jak tu jest  cicho  tak  mniej więcej od godziny 17,00. Ta przychodnia jest czynna do godziny 20,00 ale pacjenci nie hałasują.

Podobno dziś mamy jakąś  gorącą kolację - co obstawiasz? - spytała Adela.  Naleśniki z mięsem i warzywami i kilka pustych by potem je napełnić  czymś  słodkim, może syropem daktylowym? A ja stawiam na  risotto,  bo dawno nie było. U Piotrów okazało się, że tym razem są placki kartoflane z gulaszem. Po tej uczcie Adela  powiedziała, że zaprosiła na  najbliższą sobotę swoich  rodziców  i w związku z tym zamówi w pierogarni kilka rodzajów  pierogów. Tę pierogarnię  "odkryli" przypadkowo. Pierogi ich produkcji były niesamowicie  smaczne i już kilka  razy je   kupowali, a Helena  z Piotrem czasami tam  wpadali wracając  z  zakupów i jedli je tam na  miejscu.  I oni i młodzi byli  zadowoleni, że mieszkają  na Ursynowie. W soboty i niedziele obiady i  kolacje robiła Adela i wtedy było bardzo  ciasno  w kuchni, bo chcieli wszyscy pomagać. 

Niedaleko bloku w którym mieszkali otworzyła  swe podwoje hinduska restauracja- szefem kuchni  był Hindus, właścicielką- Polka. Gdy  wchodziło się  do holu budynku,  w którym  mieściła się  restauracja to aż w nosie  kręciło od  bardzo intensywnych  zapachów różnych przypraw.  Kusiło ich by któregoś dnia wybrać  się tam na obiad, ale jakoś nie mogli się zdecydować. Któregoś dnia, gdy Piotr razem z Emilem stali w  Tesco w  kolejce do kasy wpadła im  w ucho rozmowa dwóch pań- jedna  z nich opowiadała o tej  restauracji. Jak wynikało z podsłuchanej  rozmowy pani była w Indiach  dwa razy i stwierdziła, że niestety poza nazwą i wystrojem oraz ogromną ilością przypraw to miejsce w niczym nie przypomina jedzenia jakie serwowano w Indiach.  Tu , jej zdaniem, jedzenie  było stanowczo  za słodkie i  za ostre. Opowiadała też o innej hinduskiej  restauracji w  Warszawie, która serwuje  znacznie  smaczniejsze dania, nie  naładowane tak bardzo ostrymi przyprawami. I tym sposobem nie wybrali się do tej niedalekiej hinduskiej restauracji.

Gdy Adela i Emil  wprowadzili się do swego nowego mieszkania jeden z mniejszych  pokoi przeznaczyli na "garderobę" jak mówił Emil, a Adela nazywała go magazynem. Dzięki temu pokojowi nigdzie  nie było szaf. Tu zamiast  typowych  szaf na stelażach wisiały w pokrowcach ich ubrania, a że pokrowce były przezroczyste łatwo  było wszystko znaleźć. Przy dwóch  ścianach były szafy z szufladami na  rzeczy, które normalnie leżały na półkach. Szuflady swą czołową płytę miały przezroczystą i od  razu było wiadomo co w danej  szufladzie  się  znajduje. W dwóch sypialniach były komody a w pokoju dziennym na dwóch ścianach stały regały pełne  książek. W oknach były wszędzie  żaluzje, nie było zasłon,  nad oknami były za to ozdobne  lambrekiny. Z pokoju  dziennego w obu  mieszkaniach było wyjście na mini ogródek. Adela postanowiła, że ich ogródek to będzie  tylko trawa, bo  nie  ma  zamiaru hodować  jakichkolwiek kwiatków, a Helena  planowała postawienie w ogrodzie stelażu blisko okien i na  nim  latem miały stać doniczki z kwiatami. Zdobiły  by ogródek i byłyby dobrze   widoczne  z okien. Do piwnicy obie  rodziny  zamówiły półki i porządne  drzwi.

W sobotę Adela przed  południem przygotowała obiad tak, by potem jak  najmniej  czasu spędzić  w kuchni. Normalnie  oni i Piotry jadali wszystkie  posiłki w kuchni, ale gdy do  stołu  miało usiąść sześć osób mogłoby być nieco  za ciasno, więc obiad miał być  podany w  dziennym  pokoju. 

Na przystanek autobusowy razem  z Adelą poszedł Emil.  Gdy szli te 200 metrów do domu matka stwierdziła, że rzeczywiście  Ursynów  bardzo  się zmienił.  Emil  szarmancko  zaproponował, że po obiedzie może obwieźć teściów trochę po Ursynowie, bo obejść go spacerkiem  już się nie da. Zbyt duży teren.

                                                                           c.d.n.

Trudny wybór - 13

 Termin obrony pan profesor załatwił na sam koniec października i, tak jak mówił, nie obchodziło go czy  jest choć jeszcze jeden student chętny do obrony. Sprawdzenie tekstu czy  aby  nie ma  jakichś błędów, drukowanie, oprawa- wszystko  spadło na Emila,  ale nie narzekał. Przed obroną Adela  wzięła tydzień urlopu. Denerwowała się okrutnie  czy  aby na pewno obroni  pracę, ale Emil stwierdził, że jeszcze  nie słyszał by czyjąś  pracę odrzucono  w trakcie obrony. 

Gdy  zaczęła mówić o swojej pracy, pan  promotor zaraz wtrącił  swoje trzy grosze wyciągając same  superlatywy i opowiadając jak pięknie pod każdym względem  jest  owa praca   napisana, po prostu  czyta  się ją  bez wysiłku, bo  wszystko jest bardzo dobrze i w jasny  sposób sformułowane. Napomknął też, że Adela szykuje  się  do  roli rzecznika  patentowego i jego  zdaniem  bez  trudu   zaliczy egzamin na rzecznika  patentowego. Panowie  wyrazili  swój podziw, że ma ochotę  zajmować  się w przyszłości prawem patentowym, a Adela opowiedziała o źródłach,  z których  korzysta teraz  w swojej pracy. Gdy wyliczyła tytuły prasy fachowej, które musi regularnie czytać nie będąc  wcale inżynierem,  jeden z opiniodawców powiedział - chylę czoła, nawet nie  bardzo  rozumiem o  czym pani  mówi. No i  po dwóch  godzinach panowie  pogratulowali Adeli tytułu.  Na pożegnanie każdy cmoknął ją w rękę i zmordowana wyszła prosto w objęcia Emila. 

Była tak zmęczona że nie  miała siły by przejść  do szatni- dała  numerek Emilowi, który przyniósł jej płaszcz. Emil ubrał ją niczym  małą  dziewczynkę i wyszli. W  samochodzie Adela wybuchnęła płaczem. Wraz  ze łzami  schodziło z niej wielodniowe  napięcie. Poprosiła  by jeszcze  nie  jechali do  domu, chciała  się  wpierw uspokoić. Tuliła  się do Emila i przepraszała go  cały czas za to, że płacze zamiast skakać  z radości. Przy  drugiej paczce chusteczek jednorazowych Emil  powiedział - uprzedzam, że to ostatnia  paczka chusteczek. Jedziemy , trzeba uzupełnić  zapas. I opowiedz  mi o co cię pytali i  co mówili. I w ten  sposób sprawił, że Adela zdołała  się pozbierać  w całość. A w domu, oprócz obiadu  czekał na  nich tort zrobiony przez ciocię  Helenę a w  chińskim alabastrowym  wazonie  tak  bardzo lubiane przez Adelę herbaciane  róże. Prezentem  był głównie  ów alabastrowy wazon wypatrzony i  kupiony przez Piotra. Do  niego była przyczepiona karteczka o  treści - "dla Pani  magister".  A świeżo  upieczona   pani  magister z zapuchniętymi od  płaczu  oczami głaskała wazon  mówiąc : naprawdę  nie  wiem, jak mam  wam  dziękować, prześliczny jest ten wazon. Sama wciąż  nie  mogę uwierzyć, że to już  koniec tych  pięciu lat mordęgi.

W pracy zebrała gratulacje od kadrowej,  nowego dyrektora i kierowniczki  biblioteki. Kadrowa nie ukrywała swego   podziwu  dla  wytrwałości Adeli,  a najbardziej  ją  zadziwiał fakt, że "jeszcze  jej  się  chce" zdawać  egzamin  na rzecznika.  W kilka  dni później zatelefonował prawnik, który był kuzynem jej promotora i stwierdził, że gdy  tylko  Adela będzie  miała tytuł rzecznika patentowego to razem utworzą kancelarię rzecznikowską, bo od następnego  roku  będą już takowe  powstawać. Więc on, będąc  z natury zapobiegliwym  człowiekiem  już myśli nad tymi zmianami, które  nadejdą i sądzi,  że zalążkiem takiej  nowej  kancelarii mogą być oboje z Emilem no i on.  Bo projekt  przewiduje "wyprowadzenie"  rzeczników patentowych z obrębu placówek przemysłowych. Bo teraz  to  rzecznikom  patentowym za pracę płacą przedsiębiorstwa państwowe, a kancelarie będą po prostu  same  na  siebie  zarabiać. No a  założenie każdej firmy musi mieć dobre podstawy nie  tylko pod  względem  merytorycznym, bardzo  się  w tej materii liczy tzw.  czynnik ludzki- nie  łączą się  wszak ze sobą w spółki osoby które się nie lubią,  nie znają i mają  zupełnie odmienne  poglądy.

W kilka  dni po tym  wielkim  wydarzeniu jakim  dla Adeli było uzyskanie  tytułu  magistra dowiedziała  się, że egzamin  na rzecznika  będzie  zdawała wczesną  wiosną. No i bardzo, bardzo  dobrze- orzekł Emil. To możemy się teraz  spokojnie  rozejrzeć w kwestii mieszkań. Pokręćmy  się  wszyscy  razem po różnych osiedlach, odwiedźmy  kilka  dużych spółdzielni  mieszkaniowych, bo one  są jednak  pewniejsze od tych  małych, które co i raz  plajtują  a ludzie zostają bez  pieniędzy i bez  mieszkań. I chociaż niewątpliwie  miło jest mieć  dom   z ogrodem to trzeba   wziąć pod uwagę  fakt, że dom wymaga  więcej nakładów  finansowych i więcej pracy. Chyba jednak lepiej  będzie kupić dwa  mieszkania blisko  siebie,  może nawet  w jednym budynku. Wyobrażam  sobie jaki  będzie   płacz  kuzynki , że chcemy  sprzedać  dom w Milanówku.  Jest  tylko jedna  sprawa do rozwiązania - czy mamy  szukać  dwóch większych  mieszkań, czy dla mnie i Adeli 4 pokojowego   a dla  was dwóch  mieszkań 3 pokojowych, czy dla  was też  dużego , takiego jak  dla  nas.  Bo nie  bardzo  wierzę, że uda  się nam znaleźć jakiś dom w dobrym  stanie i dobrym  miejscu. Muszę się skontaktować z jednym  z kolegów, którego żona pracuje w którejś  ze spółdzielni mieszkaniowych. Wydaje  mi się, że ona  miała coś  wspólnego z Ursynowem. Nie  da się ukryć, że w tym państwie nieodzownym  czynnikiem w  zdobywaniu wiadomości są  znajomi.

Synu, my z Heleną zdecydowaliśmy, że chcemy mieszkać razem i zdecydowani jesteśmy w jeszcze jednej kwestii - weźmiemy ślub, bo niestety konkubinaty nie  mają w Polsce żadnych  praw. Starzejemy  się, wystarczy, że któreś  z nas  zachoruje, to drugie  już  nie  zasięgnie o stanie  zdrowia  swego partnera  żadnej informacji. No i bardzo  chcemy mieszkać jak najbliżej  Was.  Milanówek byłoby  dobrze  sprzedać jak  najszybciej, bo będzie  z tego gotówka. A ja podjąłem jeszcze jedną  decyzję - sprzedam sad. Jego wartość jako  sadu jest teraz  znikoma,  ale to jednak ziemia i za nią będą całkiem niezłe pieniądze. Tak  na  zdrowy  rozum to  nic  z niego  nie mam oprócz stałych wydatków- czas z tego  się  wyplątać. Dla mnie teraz   ważniejsza jest Helena i wy oboje. Sad  kupi ode mnie ten, kto się teraz  nim  opiekuje. Stopniowo wymieni  sobie  w nim drzewa na te  rodzące jabłka rok w  rok. Gdy  sprzedamy na początku Milanówek i sad, to będziemy  mieli czym działać. Na razie będziemy  na dwóch mieszkaniach i "nieobecność  Milanówka" nam  w niczym  nie przeszkadza. No co tak  milczysz synu, powiedz  coś.

Jestem po prostu zaskoczony, że tak bez żalu rozstajesz  się  z sadem. Ale  uważam  twój tok rozumowania  za właściwy. A to, że chcecie  z Heleną związać  się  ślubem to też  mnie   nie dziwi  ani  nie uważam  tego za  dziwny  pomysł.

No to dobrze  synku, bo już wyciągnęliśmy z archiwum  nasze  dokumenty i na dniach  je  złożymy w dzielnicowym Urzędzie . Was poprosimy na świadków, żadnych więcej osób o tym nie  zawiadomimy. To tylko urzędowa  formalność. Żadne wydarzenie. Helenka   nie ma  zamiaru informować  nawet  swojej siostry.

No i proszę - roześmiała  się  Adela- jednym  słowem uknuliście  spisek  za  naszymi  plecami. A ja  się  z tego waszego  postanowienia  ogromnie  cieszę. Wiecie co byłoby najfajniejsze? Dwa  duże  mieszkania obok  siebie. Ale jeśli będą na tym  samym  osiedlu to już i tak będzie  nieźle. To jakie chcecie mieszkanie dla  siebie? Musimy sobie  to wszystko spisać. Pamiętajcie  tylko o tym, że w teraz  budowanych  domach pokoje  nie są takie jak mieszkaniu na Mokotowie i trzy pokoje  z kuchnią to nie będzie ponad 100 metrów. Ale może być takie   mieszkanie  nieco większe od tego, które ma  Emil. To jakby na to  nie spojrzeć 2 sypialnie i pokój  dzienny.

Ślub Heleny i Piotra odbył się w dzielnicowym  USC-Adela i Emil byli świadkami. I- jak  powiedziała  Adela- 15  minut i  po krzyku, tak  powinien  wyglądać   każdy  ślub. Poślubny obiad  dzieci państwa młodych zamówiły w Konstancinie,  w restauracji "Konstancja". Po obiedzie był krótki  spacer  po  Parku Zdrojowym, bo pogoda  była  niezbyt  łaskawa. A prezentem  ślubnym - znalezienie i umówienie kupca  na dom w Milanówku . Kuzyni, którzy wynajmowali za grosze piętro domu "obrazili  się  śmiertelnie" na  Piotra i Emila że chcą  sprzedać swój  dom i pewnego pięknego  dnia po prostu się wyprowadzili, informując o tym  fakcie  Emila  wtedy, gdy już wyjeżdżał spod  domu wóz meblowy z ich  meblami. A że  zrobili  to około południa, Emil  musiał wyjść z pracy by odebrać od nich klucze od domu i bramy  wjazdowej. Ponieważ  rozstawali  się z kuzynami  raczej  w niemiłej  atmosferze, ojciec  stwierdził, że należy  zmienić zamki w domu i  na  bramie. A Emil, który pomału wyciągał od  ojca  wiadomości jak wyglądała  z bliska ich  opieka  nad  nim,  gdy on  był w Meksyku, na  pożegnanie  powiedział kuzynce - gdybym wcześniej wiedział jak  naprawdę  wyglądała wasza opieka   nad ojcem to już dawno  byście  tu  nie  mieszkali.   

Likwidowanie domu, w którym spędziło się  wiele  lat, zawsze jest  dość   bolesnym  wydarzeniem. Najwięcej czasu na poszukiwanie nowego  lokum  dla 2 rodzin poświęcili Helena i  ojciec.  Codziennie spędzali  mnóstwo  czasu przemierzając Ursynów głównie  w tych jego  częściach,  gdzie  akurat trwała jeszcze lub  rozpoczynała  się  budowa. W tzw.  "międzyczasie" Emil umówił  się  na  spotkanie  z panią, która znała  plany  rozbudowy osiedla. Poza tym obiecała, że  zorientuje  się,  w których  miejscach  są przewidziane bloki z dużymi  mieszkaniami. Pocieszającą wiadomością było to, że przy obecnych cenach  mieszkań nie było zbyt  wielu  chętnych na duże  metraże. O ile mieszkania  trzypokojowe  cieszyły  się  dużym  zainteresowaniem to większe  już nie. Ponieważ budowano coraz  więcej domów czteropiętrowych, ale nie  wyposażonych w  windy, nieomal  wszyscy bili się o  mieszkania na 1 i II piętrach, na partery i IV piętra  jakoś nie było chętnych.  Ale  obie  rodziny stwierdziły, że jeżeli blok będzie  stał  gdzieś  bardziej  w głębi osiedla, a nie przy samej ulicy, to im parterowe  mieszkanie  wcale  nie będzie  przeszkadzało.  Poza tym przy  niektórych  blokach partery  miały mieć  ogródki. Co prawda słowo "ogródek" powodowało u Adeli grymas  niechęci  na twarzy, ale w końcu  ogródek na parterze  spełniał w pewien  sposób  funkcje  balkonu, a w handlu już były całkiem  lekkie  elektryczne  kosiarki, więc może taki ogródek był do wytrzymania? No  a trawę  można  przecież  kupić  już gotową, w postaci rolki. Oczywiście jest  droższa, no ale pieniądze z Milanówka  plus  te z  Mokotowa wystarczą  i   na  te mieszkania i nawet na tę trawę. Zresztą Emil  chciał również sprzedać to mieszkanie w "firmowym" bloku, które już  miał  spłacone, własnościowe.  Ursynów obecnie a w chwili gdy tylko został oddany  do  zasiedlania to dwie  różne  opowieści- początek jak na  każdym nowym osiedlu -nie było sklepów, kłopoty  z komunikacją, teraz  już lada moment miało działać  metro, były nowe  supermarkety, sporo różnych punktów usługowych, przychodnie  lekarskie, szkoły i to nie tylko podstawowe. 

Po wielu dniach oglądania, wybierania, dyskusjach znaleźli dwa mieszkania czteropokojowe - obydwa  parterowe,  z ogródkami, w jednym długim budynku czteropiętrowym, rozdzielone pomieszczeniami, w których miała  być specjalistyczna przychodnia lekarska.  Wzdłuż ogródków przebiegała wewnętrzna uliczka, czyli  sam chodnik  bez jezdni, za  nim  był teren szkoły, czyli  boisko, a za nim,   z boku budynek  szkoły,a wszystko było bardzo  blisko  głównej ulicy przecinającej Ursynów. 

                                                                      c.d.n.



niedziela, 8 maja 2022

Trudny wybór - 12

Gdy dojechali do  domu z ojcem, którego jedyny posiłek tego  dnia stanowiły herbatniki  zakupione w kiosku znajdującym  się w holu prywatnej  kliniki, wpierw szybko zjedli obiad, a potem zaczęli omawiać zaistniałą  sytuację. 

Oczywiście   wszyscy byli  szczęśliwi, że Piotr  nie ma  chłoniaka.  Piotr i Helena opowiadali młodym o  tym, jak koszmarnie  dużo pacjentów jest  w Instytucie, że czeka  się  godzinami w kilometrowych kolejkach by się  zapisać   na badania  lub do lekarza, że olbrzymi  parking jest zapchany  kompletnie  a cały personel jest  tu  totalnie przeciążony. Adela przypomniała  sobie, że ze trzy  lata wcześniej była tu jako osoba  towarzysząca koleżance, która była  pacjentką tzw. "chirurgii jednego  dnia", po prostu usuwali jej  znamię na skroni, na które  zwrócił uwagę jej  fryzjer, mówiąc, że chyba powinna pójść z tym do onkologa. I wtedy też  były tłumy w holu do recepcji,  ale koleżanka była już po wszystkich   badaniach i miała się zgłosić  już na oddziale. U pielęgniarki oddziałowej podpisała oświadczenie że: dostała miejsce leżące, służbowe kapcie i służbową  tunikę, a tak  naprawdę nie  dostała nic- przed  zabiegiem siedziała pod  gabinetem  zabiegowym na twardym,  drewnianym  krześle, a po zabiegu siedziała  dwie godziny w  fotelu w dawnej "świetlicy" tego oddziału, do samego  zabiegu nie dostała żadnej  tuniki, leżała na  stole w majtkach i biustonoszu, nakryta ręcznikiem. Zabieg wykonywał osobiście ordynator  oddziału, który przeprosił ją  za spartańskie  warunki, znieczulenie miejscowe było kiepskie i cały  zabieg wycinania znamienia był bardzo  bolesny. Pan ordynator powiedział jej po  zabiegu, że powinna temu fryzjerowi podziękować za wysłanie jej do onkologa, bo zmiana była już  na tyle  głęboko, że typowe dla tego zabiegu  znieczulenie tak głęboko  nie  sięgało, stąd bolało. No a jak widać to  pacjentów onkologicznych  z  roku  na rok przybywa a warunki się tylko pogarszają i nie jest  to wina  lekarzy. 

Nowy dyrektor przyjechał do biura o  zupełnie niechrześcijańskiej porze,  czyli o godzinie 8,00 rano- zaledwie w pół godziny po tym  jak  zaspani  ludzie zasiedli  przy  swoich  biurkach. Jak stwierdziła  potem sekretarka, to przez  niego nie zdążyła kwiatków w sekretariacie i jego gabinecie  podlać. No istna  tragedia!

Dobrze, że dosłownie 15 minut przed jego przyjazdem do  firmy, zaprzyjaźniona z sekretarką jedna  z pracowniczek Zjednoczenia  zatelefonowała do niej, że właśnie jedzie  do  nich  nowy dyrektor, więc przynajmniej "na  bramie" był porządek, a portierzy nieco ogarnięci.

Nowy dyrektor polecił sekretarce by na  godzinę 12,00 przyszli  do  sali konferencyjnej wszyscy  kierownicy działów  Ośrodka Badawczo Rozwojowego i Zakładu Doświadczalnego.  Hmmm, chrząknął Emil - coś mi ta godzina przypomina, 12,00, czyli spotkanie  w samo południe. Nie  znam  go, chyba  zbyt rzadko bywałem w Zjednoczeniu. No  ale dobrze, że nikt nie  wpadł  na  pomysł by awansować na to  miejsce naszego technicznego. Na  wszelki wypadek  napiję  się wcześniej  kawy,  bo  nie wiadomo jak długo nas tam  potrzyma. Wrócił po 25  minutach i  powiedział - zawodowo wydaje  mi się  niezły, chyba tylko trochę  za bardzo  sam  sobą  jest  zachwycony. Chociaż -  mam wrażenie że to poza.

Jeszcze  tego  samego dnia Adela   miała okazję ujrzeć  "nową  miotłę". Akurat rozmawiała z pełnym szacunkiem ze swym promotorem gdy po króciutkim stuknięciu otworzyły  się  drzwi i stanął w nich  nowy naczelny. Wszedł do środka i szepnął - poczekam - zamknął za sobą  drzwi i zaczął intensywnie wpatrywać  się  w Adelę i słuchać co mówi. A jedyne  co mówiła to  było "tak,  panie  profesorze,  oczywiście panie  profesorze, rozumiem panie profesorze, oczywiście, sprężę  się, tak, tak, oczywiście,  dziękuję, rozumiem,  to bardzo uprzejme z pana  strony,staram  się" i szybko coś  zapisywała  na kartce.

Gdy  skończyła rozmowę i odłożyła  słuchawkę telefonu,  niezbyt przytomnym wzrokiem obrzuciła przybyłego i  powiedziała: przepraszam, rozmawiałam z profesorem, moim  promotorem,  już  słucham  pana, w  czym  mogę  pomóc?   

Przybyły z uśmiechem powiedział - eeech,  w niczym, robię po prostu  obchód by poznać innych  pracowników, bo  kierowników już  spotkałem na naradzie.  A panią to ja  już  chyba kilka  razy  gdzieś widziałem.  Ale ja raczej pana nie widziałam, panie  dyrektorze, albo po prostu  nie  pamiętam odpowiedziała  Adela. 

Dyrektor  stał nic  nie mówiąc i  chyba  szukał w  pamięci gdzie  widział Adelę - coś mi się  w pani wyglądzie  nie  zgadza, ale  kojarzę  panią z Czechosłowacją . Chyba to jednak pani  była  asystentką dyrektora G. i protokołowała   pani naradę z Czechami. A potem jeszcze  widziałem panią  w ministerstwie. Dbała  pani o tego faceta  niczym kwoka o  pisklę, była pani ozdobą programu "asystent dyrektora". Aż  szkoda, że ta inicjatywa jakoś się mało przyjęła. 

Adela już "odzyskała teren" i powiedziała -  program  się  nie przyjął, bo niektórzy dyrektorzy uważali, że asystent dyrektora to  nowa   nazwa  kogoś kto  jest rodzajem służącej,  niańki i dziewczyny  do towarzystwa. Akurat dyrektor G. prawidłowo rozumiał moje  obowiązki, więc  się nam dobrze razem pracowało. Jego  córka jest  moją rówieśnicą.  Odeszłam  stamtąd, bo kończę studia  prawnicze i trudno było czasowo wszystko poukładać, bo  musiałam  wyjeżdżać z  dyrektorem we  wszystkie jego podróże. Właśnie po tym tygodniowym pobycie w Czechosłowacji odeszłam z ministerstwa. A w czasie tej  rozmowy  dowiedziałam się od  pana profesora G. że obrona musi być najpóźniej na  początku listopada, bo on potem  wyjeżdża z Polski na 6 miesięcy.   I jak, zdąży pani?     Muszę, bo jednocześnie robię aplikację na  rzecznika  patentowego, ale przystępując do egzaminu  muszę  mieć tytuł magistra.

Podziwiam i współczuję. A co mąż na  to? Rozumie moją  sytuację i pomaga mi, bo sam jest rzecznikiem patentowym. A gdzie ten pani mąż jest teraz? U konstruktorów, omawiają jakieś nowe urządzenie. A czy rzecznik  patentowy nie  powinien  aby mieć  wykształcenia technicznego? Adela odpowiedziała- rzecznik  patentowy musi być  albo inżynierem w  branży w której zajmuje  się ochroną patentową  albo magistrem prawa. Takie  są  wymogi. 

Czy  nie obrazi  się pani, jeśli  zadam nieco prywatne pytanie?  Adela uśmiechnęła  się - postaram  się nie obrazić. A jak  to jest być z mężem razem 24 godziny  na dobę?- spytał.  Da się to  wyrobić, jesteśmy dopiero co po ślubie - odpowiedziała  z  uśmiechem Adela. Nie jestem z nim  całymi dniami  w biurze,chodzę na kurs w Urzędzie  Patentowym, poza tym w domu piszę pracę  magisterską, mam konsultacje  z profesorem na uczelni. W biurze też  nie  siedzimy cały  czas razem, bo on musi wiele czasu  być z konstruktorami, a ja muszę wciąż przeglądać aktualności,  buszować  w  Biuletynach Urzędu Patentowego i sprawdzać co nowego opatentowano i jak to się ma do prac naszego OBR,  więc  wiele czasu spędzam  w  naszej bibliotece.   

Ufff, to jest pani  zapracowana! A jaki  ma pani temat  pracy magisterskiej?  Powiązany z moją przyszłą  pracą - piszę o  ochronie  praw autorskich.

W tym  momencie  do pokoju wszedł Emil - oooo, pan dyrektor! Właśnie wracam z Zakładu Doświadczalnego, chyba  coś opatentujemy! To byłoby świetne! - rozpromienił się dyrektor. A ja zajmuję czas  pana zapracowanej  żonie.  Adela  wstała od  biurka i  powiedziała - za chwilę zrobię  kawę, czy pana, panie dyrektorze, też mam uwzględnić?  Jak najbardziej! Przy  kawie porozmawiamy o tym  ewentualnym patencie. Po kawie,  do której Adela podała  domowe chipsy  serowe własnej  roboty dyrektor poszedł dalej poznawać personel OBR-u. Gdy wychodził Adela przekazała Emilowi "tajemnym  znakiem" wiadomość, że wszystko w porządku i facet też  w porządku.

No popatrz kochana- okazuje się, że zna  ciebie  pół Warszawy! To może  szkoda, że nie pracowałam w URM-ie - wtedy  znała  by mnie już  zapewne cała Warszawa - odgryzła  się Adela.  Gdybyś bywał w Ministerstwie i załatwiał sprawy inwestycyjne to też  byś mnie  znał już  wcześniej. Śmiać  mi się  chce, bo facet w pewnej  chwili stwierdził, że kojarzy  mnie z konferencją która  była w Czechosłowacji, tylko coś  mu się  nie  zgadza w moim  wyglądzie. Pominęłam to głębokim  milczeniem- ja po prostu wtedy miałam włosy w  zupełnie innym  kolorze. Poza tym zadał mi  pytanie jak to jest  być z własnym mężem 24 godziny na dobę, więc  mu powiedziałam, że  da się to przeżyć, bo jesteśmy  dopiero  co  po ślubie. No i przy  okazji  wpuściłam mu, że wychodzę 3 razy  w tygodniu  wczesniej, że robię aplikację na  rzecznika. 

Powiedziałabym, że to całkiem sympatyczny  facet, ciekawa jestem  jak się będzie z nim pracowało   sekretarce, bo facet robi na  mnie  wrażenie poukładanego, dociekliwego i pamiętliwego. Powiedział mi, że dbałam o swego  dyrektora  jak  kura o pisklaka.  Nie  powiedziałam  mu, że musiałam  dbać bo  facet  był cukrzykiem, który nie  chciał się  pogodzić z różnymi ograniczeniami i  wymogami jakie niesie  ze sobą  ta  choroba.  Wolałam zadbać, wysłuchać narzekań,  niż widzieć jak facet pada na glebę i trzeba szybko wzywać pogotowie modląc  się  w  duchu by na  moich oczach  nie odszedł w inny  wymiar.

Ale jeszcze  nie  powiedziałam ci najważniejszego, o czym powiedziałam  dyrekcji, bo wkitłasił  się tu gdy  akurat  rozmawiałam z promotorem- obrona  musi być najdalej w listopadzie, bo potem on wyjeżdża z Polski na dość  długo. I stwierdził, że to załatwi, nawet gdybym  miała być jedyną broniącą  swej pracy. No i mam  mu dać do  poczytania to co już napisałam. Więc wynika  z tego, że na razie  muszę odłożyć ad acta wszystkie inne sprawy i tylko tym się  zająć no i  chodzeniem na kurs. Koniec z wolnymi  weekendami dla  mnie! 

Oooo, to fajna  wiadomość. Pomogę ci we wszystkim,  nie ma  sprawy-  zapewnił  ją  Emil.

                                                                 c.d.n.


sobota, 7 maja 2022

Trudny wybór - 11

 Dlaczego tak krótko trwa niedziela?- zastanawiał  się na głos Emil jadąc z rodziną  do Warszawy. To taki  fajny czas, gdy  możemy  być  wszyscy razem.  Adela   roześmiała  się - a gdyby niedziela trwała 7 dób to byś się  zastanawiał dlaczego trwa tak  długo. Mamy zwyczaj narzekać  na to co jest i jak jest - to  chyba  naczelna ludzka cecha. Ale nie jest  to zła  cecha- stwierdziła   ciocia  Helena- dzięki  niej istnieje postęp. Czujemy się  czymś  znudzeni lub po prostu  zmęczeni i staramy się  to  zmienić.

Myślę, że my i  tak mamy nieźle - stwierdziła Adela- mamy w sumie trzy  mieszkania - to w bloku "firmowym" Emila, dom w Milanówku i mieszkanie cioci i moje. Zastanawiałam  się ostatnio,  co zrobić żeby tata nie  mieszkał sam - bo w moim odczuciu to mu ta  samotność szkodzi. Gdybyśmy z Emilem nie  musieli być  codziennie w pracy, to moglibyśmy spokojnie wszyscy  mieszkać w Milanówku, tyle  tylko, że może  wtedy trzeba by mieć  jednak piętro bez  lokatorów. To co  prawda  nie  byłby taki wielki problem, bo moglibyśmy im   zaoferować jedno z dwóch  mieszkań w Warszawie.

Też  się nad  tym  zastanawiałem i sądzę, że powinniśmy zrobić na ten  temat  naradę rodzinną, bo jak widać,  to nam się  wszystkim razem  nieźle żyje pod jednym dachem.  I nawet na  tych 109 metrach wspólnie  wyrabiamy. Jedynym mankamentem jest właściwie to  trzecie  piętro  bez  windy. W Milanówku też się jakoś bez problemu odnajdujemy  na połowie domu, ale przed Adelką i  mną jeszcze  sporo lat pracy i raczej miejscem   naszej  pracy  zawsze będzie  Warszawa a nie Milanówek. 

A więc - dokończyła  za niego Helena - faktycznie  musimy to  wszystko razem  szczerze i bez  niedomówień omówić. Tylko mam  wrażenie, że robi się  z tego kwadratura  koła.  Ojciec, który dotąd milczał podsumował - po prostu trzeba by rozważyć poszukanie w granicach Warszawy jakiegoś  domu, w którym moglibyśmy  wszyscy razem  zamieszkać. Tylko każde  z nas musi chcieć takiego wspólnego domu - ja - nie ukrywam tego - chciałbym byśmy mieszkali wszyscy  razem. Mam tylko nadzieję, że Helenka nie jest temu  przeciwna. Ojciec, gdyby była  przeciwna to przecież nie przebywalibyśmy razem ani w Milanówku ani w Warszawie- uświadomił ojca Emil.

Synku, we  wtorek mam kontrolę w Instytucie Onkologii - pojedziesz  ze mną?  Ja  z tobą Piotrze pojadę - stwierdziła  bardzo stanowczym głosem Helena. Będziesz przecież nocował w Warszawie,  możesz  u nas,  możesz w mieszkaniu Emila, gdzie będziesz  chciał.  Zamówię taksówkę na określoną  godzinę,  nie ma problemu.  Wrócimy też taksówką, bo  pod Instytut ciągle  podjeżdżają taksówkami pacjenci.

Mamuś - będę wdzięczny, jeśli  z ojcem pojedziesz. Ten tydzień będziemy   mieli  w pracy nieco zaćkany- Adelka będzie  zatopiona w papierach a ja mam kilka nasiadówek z konstruktorami. I, jak  znam tych ludzi, to będzie upiornie.  Synku,  a co to  znaczy "zaćkany"?   Tatku, wiesz  przecież, że to znaczy "zatkany". No to  wyrażaj  się  po polsku, a nie  w jakiejś chińszczyźnie. Helena zaśmiała  się głośno - to jest po polsku, tylko to gwarowe  wyrażenie, ale  nie  mam  pojęcia z którego regionu  Polski.

Wieczorem gdy już byli w swojej  sypialni, Adela wpatrując  się w Emila powiedziała- nie  wiedziałam, że tatko jest  takim  rygorystą językowym. Emil wzruszył ramionami - ja też  nie  wiedziałem,  ale  podejrzewam, że on  chce wciąż   robić jak  najlepsze  wrażenie na Helenie. Co prawda to ojciec  z reguły dbał zawsze   o czystość języka i nie jeden  raz oberwało mi  się, gdy nadawałem  coś  szkolnym lub uczelnianym żargonem. A co ty,  moja  cudna,  myślisz o  wspólnym domu  dla nas  wszystkich? 

Idea  mi się podoba,  też  chciałabym by ciocia i ojciec  z nami mieszkali. Trzeba  będzie zacząć poszukiwania. Mam znajomą, która zajmuje  się wynajmowaniem nieruchomości, więc  zapewne zna też tych, którzy nimi obracają. Muszę odszukać  namiary  na  nią.  Nie  mam oporu by sprzedać to mieszkanie. Obawiam  się  tylko, że nie będzie łatwo coś  znaleźć co by nam odpowiadało. I dobrze byłoby znaleźć naprawdę  duże  mieszkanie, rozkładowe, bo domki to już  dawno są tak samo daleko od centrum Warszawy jak dom w Milanówku. Straszliwie  się miasto rozrosło! No i nie chciałabym  byśmy  mieszkali na prawym  brzegu Warszawy a pracowali na lewym. Za mało mostów jest na Wiśle. I jeszcze  coś - zauważyłam, że te  nowo budowane  domki wcale  nie są duże.  Bo płaci  się  coraz  więcej  za grunt, więc domki są nieduże i trawnik przydomowy awansował do nazwy ogródka. Myślę, że trzeba  się będzie uzbroić w cierpliwość i  szukać  czegoś na rynku wtórnym. Co prawda  trzeba  się wtedy liczyć z tym, że dom może wymagać generalnego remontu. A często taki  remont jest równie  drogi jak nowy  dom.

Tak sobie  pomyślałam, że może najlepiej byłoby kupić dwa  mieszkania w jednym budynku, takie dwa mieszkania typu M4, czyli takie  jak twoje. Pomyśl  jakie  to szczęście, że ono  jest własnościowe i już je wykupiłeś.  Trzeba  sobie  zapisać wszystkie  nasze  wymagania, żeby  czegoś  nie przeoczyć gdy  się będzie  szukało mieszkania- samemu lub przez  pośrednictwo.  Ursynów się na potęgę rozszerza, już na szczęście nie powstają same wieżowce, staje  się miastem w mieście. I Wilanów się buduje- trzeba się  dokładnie  rozejrzeć. Trochę jest niedobrze, że mam teraz na głowie tę magisterkę i potem egzamin rzecznikowski. No ale  skoro wiesz, że  niedługo będzie  znacznie trudniej   z tym zdobyciem  tytułu  rzecznika, to  muszę  się teraz na tym  skoncentrować, a na ciebie spadnie sprawa mieszkaniowa.  Emil mocno ją przytulił -  ty się skarbie  martw tylko magisterką i tą  aplikacją rzecznikowską, resztę   zostaw  mnie. A gdy  uda  ci  się znaleźć namiary na tę  znajomą to tylko dowiedz  się czy zna  kogoś  w tej  branży  obrotu nieruchomościami i weź namiary, resztę już będę załatwiał.  Dobre jest  to, że nie mamy przysłowiowego noża na gardle. Ojciec to ma jeszcze inny pomysł - ale nie wiem na ile realny,  bo mi go  jeszcze  nie  sprzedał,więc na razie nie ma o czym  dyskutować. 

W poniedziałek kadrowa poprosiła Adelę do kadr by zmienić dane Adeli w  aktach, skoro Adela nie  została przy swoim panieńskim nazwisku. Powiedziała też, że byłoby dobrze gdyby Adela możliwie szybko zmieniła swój dowód osobisty. Bardzo ładnie wyglądaliście państwo w tym dniu, widziałam na tym zdjęciu - a widząc wielce zdziwioną minę Adeli powiedziała -przecież zdjęcie wasze  wisi na tablicy ogłoszeń.  Ale ani ja ani mąż nie dawaliśmy tam żadnego zdjęcia -  nie mam pojęcia kto je  zrobił i tam powiesił! No to ja się  dowiem kto to zdjęcie zrobił i zadzwonię do pani gdy   już będę  wiedziała.  

Adela podziękowała,  przepytała z kolei  kadrową o stan zdrowia jej  chorej  siostry i obiecała, że gdy będzie  na wykładach  "rzecznikowskich" wstąpi do fotografa i potem złoży dokumenty na  nowy dowód osobisty. Gdy opuszczała pokój kadrowej czuła się nieomal jej przyjaciółką. A "dowodem" owej zażyłości było to, że kadrowa powiedziała jej w wielkim zaufaniu, kto najprawdopodobniej zostanie dyrektorem naczelnym. Adela zmobilizowała   w sobie  wszystkie cechy nabyte w trakcie pracy na stanowisku sekretarki i  nie zareagowała na dźwięk tego nazwiska, a na pytanie "zna go pani?" odpowiedziała - znam  nazwisko, ale nigdy nie pracowałam z tym panem, był w  zupełnie innym pionie. Nawet  nie  za bardzo wiem jak  wygląda. Podobno nieciekawie - stwierdziła  kadrowa.

Gdy dotarła do pokoju  powiedziała do Emila - będziemy  mieli kolejnego głąba. Ciekawa jestem jak  się będą dwa głąby ze sobą dogadywały.  Kamil to się pewnie w grobie przewraca z oburzenia. Dobrze, że nie pracujesz w konstrukcyjnym. Coś czuję,  że połowa zespołu poszuka gdzie indziej  pracy. Że też muszę  wpierw mieć owo "mgr"  przy nazwisku  by przystępować do egzaminu na rzecznika! Ale w sumie to  mam szczęście, że pracuję w  samodzielnym dziale i tylko tobie podlegam  służbowo. Gdybym tu była  sekretarką to przezornie bym zmarła. A co tak cichutko mówisz?  Trenuję, bo  niedługo ściany będą  miały uszy.  Kamil zawodowo był w porządku, tylko w życiu prywatnym daleko mu było do porządności. Czy wiesz, że nasze zdjęcie ze ślubu wisi na tablicy ogłoszeń? Kadrówka mi  o nim powiedziała. Skomplementowała  nas, że ładnie  wyglądaliśmy. No to idę obejrzeć - stwierdził Emil. A ja się  biorę  do pisania - stwierdziła Adela.

Kadrowa rzeczywiście znalazła  autora zdjęcia. Nie  było to jedyne  zdjęcie, które  zrobił. Gdy Emil zgłosił się  do  niego mówiąc, że oni  wcale  nie mają żadnych zdjęć, fotograf-amator udostępnił Emilowi kartę na której były  zdjęcia i Emil zamówił u fotografa po 3 kopie każdego zdjęcia oraz zostały  wgrane  na dysk zewnętrzny. Jednocześnie Emil z wdzięczności zakupił dla  autora  nową  kartę, pasującą do jego  aparatu oraz ładnie  oprawiony  album do zdjęć. Obaj  panowie byli  bardzo  zadowoleni z tej transakcji.

 W dwa tygodnie  później kadrowa zatelefonowała do Adeli i poprosiła ją  do siebie. Adela odłożyła  słuchawkę i na pytające  spojrzenie Emila  powiedziała- nowa przyjaciółka ma do  mnie  jakąś  sprawę. Okazało się, że  jednak kandydatura owego "głąba" nie przeszła i na to stanowisko miał trafić "inżynier z krwi i kości", znający  się jednak na ekonomii, a na dodatek znający owo biuro,  bo pracował od 2 lat w Zjednoczeniu na jednym  z kierowniczych  stanowisk. A przedtem był na placówce w Wlk. Brytanii. Obie z kadrową były zdania, że to lepsza  kandydatura, bo i facet młodszy i w świecie bywały. I podobno straszny  z niego babiarz, co  mu zresztą  zaburzyło karierę za  granicą. No i nadal nieżonaty. To może  szkoda, że już jestem mężatką- zaśmiała  się Adela.  Pani Adelko- ponoć on  za granicą właśnie mężatkę podrywał! - konspiracyjnym szeptem powiedziała kadrowa.

Gdy Adela  wróciła do pokoju powiedziała do Emila - Kamil zadziałał  zza grobu. Kto inny  będzie jednak dyrektorem. Podobno nie tylko dobry fachowo jako inżynier ale i na  ekonomii się  zna,  pracuje od 2 lat w naszym  Zjednoczeniu i- tylko uważaj -  jest  babiarzem,  podrywał za granicą mężatkę i dlatego  stamtąd wyleciał.  Doszłam  więc do  wniosku, że skoro toalety są  blisko klatki schodowej i tym  samym blisko sekretariatu, to będę  musiała uważać, żeby  mu nie  wpaść  w ręce. A na  dodatek udawać analfabetkę, żeby  mnie  czasem na  zastępstwo  nie wziął gdy sekretarka bryknie na urlop. Z kwadrans oboje  dusili  się  ze śmiechu.

Ale wiadomo jak jest  w życiu - śmiech na ogół przeplata  się ze  łzami. W trzy dni po wizycie w Instytucie Onkologii zatelefonowała  do Emila pielęgniarka, mówiąc, że jego ojciec  musi po raz  drugi przybyć na  badania bo te wyszły dziwnie. Gdy dopytywał się o co chodzi,  powiedziała, że po prostu  trzeba  drugi raz  wykonać te  same badania, bo coś tu  nie gra. Następnego dnia rano Adela pojechała do  pracy autokarem służbowym, bo  samochód zabrał Emil.  Adela  daremnie  czekała  na  wiadomości, ale gdy po pracy wyszła  z budynku by jechać  autokarem  do Warszawy to okazało się, że na podwórku czeka na  nią Emil wraz z ojcem. No i co  się stało,  czekałam  cały  dzień  na wiadomość. 

Przepraszam, ale  byłem tak wściekły, że nie masz pojęcia. Tam jest  totalny  bałagan. Jak ci  mówiłem wyszło w badaniach, że ojciec  ma  chłoniaka. Dostał leki, brał je,  jak  sama wiesz i gdy teraz pobrali mu krew  to wyszło, że wcale a wcale nie ma  chłoniaka.  A ponieważ to co wykazały poprzednie  badania  wykluczało  aby dało się  go wyleczyć , to gdy teraz wyszło, że wcale  nie ma chłoniaka to wezwali tatę na badania. Czekaliśmy na wyniki, bo powiedziałem, że nie mogę na okrągło wychodzić z pracy i......tego chłoniaka nie ma. Prawie  cały dzień  miał mnóstwo badań i chłoniaka nie ma. Okazuje się, że jest tu w tej przychodni zarejestrowany jeszcze jeden Piotr o tym samym nazwisku, z tego samego rocznika  co tata, mieszka gdzieś na Podlasiu. Tyle tylko, że tamten musi przyjeżdżać równo co dwa miesiące na badania i też wg lekarzy ma  chłoniaka. Najprawdopodobniej tacie wpisano  wtedy wynik badania tamtego faceta. No więc zrobiłem  nieco  awantury, że ojciec i my się  zamartwialiśmy a na  dodatek  brał niepotrzebnie  leki. No ale jak stwierdził lekarz, że lekiem w tym przypadku jest tylko preparat na podniesienie odporności, więc  żadnej  szkody zdrowotnej tata  nie poniósł. Fakt, że on się dobrze  fizycznie przedtem  czuł, a trafił do Instytutu bo bardzo krótko na rejonie  był jakiś niedouk, którego już dawno nie ma,  a który nagminnie kierował pacjentów  do  Onkologii. No a tu nikt nie  zwrócił uwagi na to, że jeden Piotr mieszka  w Warszawie a drugi nie i do przegródki taty wsadzono wyniki tamtego gościa, patrząc tylko na imię,  nazwisko i rok urodzenia.  Fakt, że tata w ciągu ostatniego roku nawet kataru nie  miał, faktycznie te  leki podniosły  mu odporność. A cośmy  się nadenerwowali to nasze. Ale  wracając  stamtąd wpadliśmy do prywatnej  kliniki i korzystając z faktu, że tata na głodniaka jest, zapłaciłem za  badanie cito - nie ma  chłoniaka. I w ogóle wykupię ojcu karnet w tej  klinice. Zapisałem go nawet do lekarza, to blisko, pojedzie  sam albo z Heleną. Ale do Heleny dzwoniłem - już wie, że wszystko jest ok, więc przyjechaliśmy po ciebie.  Nie dziwię się, że tam bałagan - dziki tłum  ludzi w kolejce do recepcji i wszędzie, przed każdym gabinetem. Instytut jeden a pacjenci  z  całej  Polski. Noooo, uśmiechnij się, proszę!

                                                                      c.d.n.