czwartek, 9 czerwca 2022

Trudny wybór - 39

 Wieczorem tego  dnia Adela "odkryła", że zrobił  się jej pęcherz na  najmniejszym palcu  stopy. Nogi zostały wymoczone, wycałowane, wygłaskane  i zostało  wdrożone   śledztwo- prowadził je oczywiście Emil - główne pytanie brzmiało "dlaczego to się  stało"? 

 Adela patrzyła na męża jak na kompletnego wariata, ale nic  nie mówiła. Ścisły  umysł Emila  wydedukował, że w jednej  skarpetce ze  szwu zwisała dość  długa  nitka z supełkiem na końcu i to ten  supełek śmiał uszkodzić  paluszek ukochanej żony. Druga  myśl, która  mu zaświtała to było totalne   zdziwienie  jak  można mieć tak delikatną  skórę na palcu stopy.  Wszelkie  pytania męża  zbyła krótko:  "nie wiem, ja mam często takie  atrakcje, ale po prostu taka moja  uroda". Latem nigdy  nie chodzę bez  skarpetek, bo chodzenie  bez  skarpetek zawsze kończy się otarciem. Powinnam  była po prostu wziąć  nieco grubsze  skarpety, zgapiłam się. Zaraz   zrobię  z tym porządek- wymoczę nogi, przekłuję pęcherz, posmaruję maścią z propolisem i  zalepię plastrem.  

Gdy Adela przekłuwała  pęcherz igłą  miała nieodparte  wrażenie, że przekłuwa Emilowi jakąś  wyjątkowo delikatną   część jego  ciała - ją to nic  nie bolało, ale on się krzywił i wyraźnie cierpiał. Oczywiście rodzice  zaraz  zostali poinformowani jaki to straszny  przypadek spotkał Adelę, a Helena  go "pocieszyła", że to nic  nowego- po prostu trzeba przekłuć pęcherz  i w ciągu  jednego  dnia wszystko wróci  do normy i nic jej z tego powodu  nie będzie. A następnego dnia będzie już pamiętać o  tym, żeby założyć skarpetkę  szwem na  zewnątrz, lub dokupić bezszwowe skarpety. 

W związku z tą "straszną kontuzją" następnego dnia postanowiono pojechać  na Gubałówkę - oczywiście samochodem, żeby nie nadwyrężać biednego małego  paluszka. 

Kolejka do wjazdu nawet nie  była tym  razem porażająca  swą  długością, pogoda  była  dobra więc i widokowo wszystko było w porządku. Można  było kupić oscypki,  w przystępnej  cenie te z mieszanego mleka  krowio-owczego i drogie,  ale "prawdziwe", czyli z mleka  owczego. Kupili po oscypku na rodzinę (tego "prawdziwego")by go wziąć  ze  sobą  do Warszawy i jeden  na teraz, ominęli stragan ze swetrami i skarpetami,  za to uwagę panów  przyciągnęła plackarnia i bohatersko  stanęli w długiej  kolejce,  a panie poszły  poszukać jakiejś ławki. Po trzech  kwadransach panowie  przynieśli usmażone, rumiane, pachnące placki  kartoflane. Było trochę  śmiechu, bo Helena   zauważyła, że jakieś  spore te  porcje, panowie  po sobie  spojrzeli i przyznali  się, że na każdym talerzu są po  dwie  porcje. I ci w kolejce  za nimi to chyba  mieli ochotę ich pobić. 

Nie da się  ukryć, że latem nie  za bardzo jest co robić  na  szczycie  Gubałówki więc zdecydowali  się na powrót. A że godzina jeszcze "młoda była" a pogoda  ładna pojechali  Drogą Oswalda  Balzera-przez Jaszczurówkę,Cyrhlę, Brzeziny, Zazadnią,Głodówkę  do parkingu na  Palenicy  Białczańskiej. Droga Balzera jest co prawda  wąska a w typowo turystycznym  tu sezonie , czyli w lipcu i sierpniu przyprawia  wszystkich o ból głowy bo droga  kręta  i  zatłoczona, ale  widoki są piękne.

Maleństwo,  a kim był ten Oswald Balzer?- bo jakoś  go   nie kojarzę - stwierdził Emil. Adela uśmiechnęła się-  nie kojarzysz, bo w  szkołach o nim nie uczą, a powinni. To był profesor, historyk, wykładowca  a potem rektor Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Był historykiem i napisał kilka dzieł historycznych, np. "Genealogia Piastów",  założył Towarzystwo  Naukowe we Lwowie. Reprezentował Polskę, a właściwie  rząd Galicji w  sporze z Węgrami o Morskie  Oko. Jego wywód dotyczący granicy trwał cztery  dni i granice, które  wtedy wyznaczył w Tatrach w rejonie  Rysów i  Żabiego Szczytu obowiązują do dziś. Poza tym w 1918 roku zaproponował i uzasadnił nazwę nowej  waluty - złoty polski, domagał  się skutecznie  by Orzeł Biały posiadał koronę a nazwa naszego państwa polskiego  brzmiała  Rzeczpospolita  Polska. A w 1921 roku został odznaczony Orderem Orła  Białego. Umarł w 1933roku, żył 75 lat, pochowany jest na cmentarzu Łyczakowskim  we Lwowie. Zakopiańczycy  wiedzą ile mu  zawdzięczają i ma pan profesor drogę  swego imienia- długą  i z pięknymi widokami. 

Na parkingu w Palenicy  Białczańskiej nie było tłoku - wszak jeszcze nie  wakacje- gdyby to była  druga połowa  czerwca to o tej porze nie byłoby  ani skrawka  wolnego  miejsca. Dalszą  drogę do Morskiego Oka można  było odbyć bryczką lub wozem i ewentualnie na własnych  nogach. Adela zaproponowała, by  przeszli się  spacerkiem w stronę Morskiego Oka, bo po drodze są Wodogrzmoty Mickiewicza , podejdą tam i zobaczą co  dalej. Z tego parkingu do Morskiego Oka jest spacerek długości około 8  kilometrów z kawałeczkiem , co może zająć dwie i pół godziny  dreptania  w jedną  stronę. Droga dobra, asfalt  gładki. Kiedyś  samochodem  można  było podjechać  bliżej, aż do  Polany Włosienica.  W trakcie króciutkiej narady ustalili, że gdy dojdą do Wodogrzmotów to zdecydują się czy idą odpocząć do schroniska w Dolinie  Roztoki, które jest oddalone od  Wodogrzmotów o 10 minut,  czy idą  dalej, nad Morskie Oko i  odpoczną w tamtejszym schronisku. Adela  z koleżanką dreptały tędy zimą aż  dwie i pół godziny i tylko  cudem udało im się załapać miejsce w Schronisku koło Morskiego  Oka. Umordowały  się,  bo były skazane na komunikację  autobusową z i do Zakopanego. 

Po tej minionej  trzydniówce  deszczowej  w Zakopanem w wyższych partiach gór było dość  biało, co tylko dodawało krajobrazowi  uroku. Wyminęli  z odrazą konne dorożki i wozy. Przy Wodogrzmotach  zdecydowali, że przedrepczą aż do Morskiego Oka.  Adela i tym razem  stwierdziła, że mimo  wszystko lepiej  się idzie szosą  latem  niż zimą. Szli cały  czas tą drogą,  chociaż  było klika skrótów, ale Adela  wiedziała, że te skróty to drogi leśne, kamieniste i nie chciała iść po kamieniach, bo była w adidasach  a nie w  wibramach. Emil się wciąż  dopytywał, czy nie boli ją  stopa, ale Adela naprawdę miała to "nadwyrężone" miejsce dobrze  zaopatrzone  specjalnym plastrem. Na Polanie Włosienica pozachwycali  się trzema  szczytami  Mięguszewieckimi-  Szczytem Czarnym, Pośrednim i Wielkim, Cubryną, Żabią  i Wołową Turnią. Masyw  "Mięguszy" robił wrażenie, to były góry dla  zaawansowanych, tych co "drapią się tam, gdzie ich  nie swędzi". Od masywnego Szczytu Mięguszowieckego Czarnego odchodząca Kazalnica Mięguszewiecka została  zdobyta latem  dopiero 1942 roku a zimą dopiero w 1957. A kultowa już ściana  zwana  Filar Kazalnicy  "padła" dopiero w 1962 roku, zdobyła go  czwórka  wspinaczy: Chrobak, Heinrich, Kurczab i Zdzitowiecki.

Szło im  się  dobrze, nie było "tabunów" turystów. Adela twierdziła, że gdy ostatni raz była tu  zimą to było znacznie  więcej  chętnych  niż teraz. Gdy tak wędrowali Emil powiedział - jak na osobę, która odżegnuje się od  wspinaczek to bardzo  dużo na temat gór i ludzi  z nimi związanych wiesz.  

No bo ja mam taki feler -jeżeli dokądś  jadę na dłużej niż jeden  dzień to staram  się poczytać o  tym miejscu. Tak było właśnie z Zakopanem. Przeczytałam  sporo książek o wspinaniu się, o górach  na  całym świecie i pewnie gdybym  była  normalna to nie poprzestałabym na czytaniu, tylko zajęła  się tym bardziej konkretnie, ale ja nie bardzo  wierzę we własne  możliwości fizyczne, więc poprzestałam  na  zachwycie osiągnięciami innych. Ja po prostu  nie mam predyspozycji  fizycznych,  mam słabą statykę  mięśni, znacznie  gorszą niż dynamikę  i  nie przepadam za umęczeniem  się fizycznym tak, że ledwo na oczy patrzę. I bardziej pociąga  mnie w facetach ich umysł niż siła fizyczna. 

Towarzystwo spoconych, brudnych, złachanych wspinaczy zupełnie mnie nie pociąga.  Gdy czytam o tym jak siedzą w wysokich górach w tych swoich  namiocikach i nawet wyjście za potrzebą fizjologiczną nie jest czymś oczywistym i normalnym, to zastanawiam  się kto tu jest normalny- ja  czy oni. Dziewczyny  z liną- bo i tych  nie brakuje- zawsze się zastanawiam czy one mają  wszystkie hormony  w porządku. Być może, że się mylę- ale w moim odczuciu  bycie wspinaczem to rodzaj ucieczki od  zwykłego życia. Tylko nie  wiem po jakie licho oni się żenią, płodzą  dzieci, nie rozumiem też tych  dziewczyn, że wiążą się z nimi. 

Tak na logikę -Tatry są maleńkie, złazi taki jeden  z drugim Tatry dość  wcześnie, no to trzeba jechać gdzie indziej- Dolomity, Alpy, Himalaje, Andy.  Fura  forsy na to potrzebna, to nie jest tani sprzęt- musi być dobry, a dobry znaczy drogi. I nie  da się pracować tydzień  za biurkiem a w piątek  wieczorem jechać  w góry prosto od  biurka. 

Znałam jednego, który wprawdzie się nie  wspinał, ale miał bzika  na punkcie nart i tenisa- zmarł na serce. Nie można cały tydzień siedzieć na  zadku a w weekendy letnie starać się być Nadalem a w zimowe super zjazdowcem. To się udaje przez krótki czas. I wiesz kogo mam na myśli.

Postanowili wpierw wyrównać poziom płynów  w  swych  organizmach i zacumowali w schronisku. Adela i Emil stwierdzili, że przejdą  się dookoła Morskiego Oka, a Helena i ojciec w tym czasie odpoczną i popilnują stolika, bo  obiad zjedzą  dziś w  schronisku.  Obejście jeziora dookoła zajęło młodym równo godzinę. Wypatrywali  w  jeziorze pstrągów i zastanawiali  się czy iść jeszcze po obiedzie nad Czarny Staw pod Rysami. No ale Adela stwierdziła, że właściwie to nie ma po co, skoro nie idą  na Rysy. A na Rysy  nie pójdą, bo w czerwcu chodzi się jeszcze  wariantem zimowym, potrzebne są raki. A tak ogólnie  rzecz ujmując to  aż tak ambitna to ona nie jest, żeby wchodzić na Rysy. A jeśli jej kiedyś odbije to na pewno wtedy poszłaby z wykwalifikowanym przewodnikiem. I zapewne wtedy musiałaby  zanocować  w Morskim  Oku, bo jak  się przeleci per pedes od  Palenicy  Białczańskiej pod Rysy to już nie będzie miała  siły by wchodzić na Rysy. 

Emil stwierdził, że w jego odczuciu Tatry w gruncie rzeczy  są  mało dostępne. Przecież gdyby im  się  zachciało pójść na Granaty,  czy  może jeszcze ambitniej na Orlą Perć czy też Świnicę to znów musieliby wlec  się na Halę Gąsienicową. A gdyby się im zamarzyło wejście na Świnicę od innej strony to musieliby wpierw  "upolować" miejsce w kolejce  linowej na Kasprowy i przewlec się granią przez  Beskid, Liliowe, przełęcz Świnicką, Świnicę, zejść potem  na Halę Gąsienicową przez Przełęcz Świnicką lub Liliowe i znów iść przez Boczań do Kuźnic. No właśnie- Adela aż klasnęła  w ręce- dobry jesteś- już załapałeś trochę tych gór!  Jedyna  pociecha, że tu, w porównaniu do Himalajów to są małe odległości.

Obiad im bardzo  smakował, po obiedzie  jeszcze napili się kawy i jak to określiła Adela wyruszyli w drogę  do  samochodu- po prostu Tatrzański Park  Narodowy  dba o to, by turystom nie odkładało się sadełko po obiedzie. Emil miał wielką ochotę by wziąć dorożkę, ale obydwie panie  gorąco  zaprotestowały mówiąc, że im końskie wyziewy po obiedzie  absolutnie nie odpowiadają. Po drodze  z pięć razy  musiała Adel  zapewniać  swego męża, że nic a nic nie boli   ją otarte miejsce na  małym palcu. Gdy dotarli na parking teść powiedział: no nie  wiem jak wy, ale ja to bym  mógł już  zjeść drugi obiad. Wszystko co zjadłem już wydatkowałem na tę przechadzkę.

W samochodzie teść przekonywał wszystkich, że stanowczo teraz  powinni udać się  do jakiejś restauracji na porządną obiado- kolację, ale obie  panie wyciszyły go mówiąc, że zrobią po prostu na kolację omlet z pieczarkami,  więc  na pewno nie pójdzie  spać  głodny.

W domu  Emilowi zamarzyło się, by obejrzeć obejrzeć "ten biedny  paluszek", ale na marzeniu  się skończyło, bo Adela stwierdziła, że teraz to ona  się zajmie   robieniem kolacji, więc  będzie  miło jeśli on pomoże jej  w tym zajęciu, a paluszek to obejrzy już po  kolacji, gdy Adela  będzie się kąpać. 

                                                                         c.d.n.


wtorek, 7 czerwca 2022

Trudny wybór - 38

 Trzy  dni opadów Adela  spędziła  głównie w pozycji  horyzontalnej, ograniczając do  minimum swą   aktywność. Bardzo  dużo spała, bardzo mało jadła. Emil dotrzymywał  jej  towarzystwa, też  sporo  spał i dużo  czytał. Helena i Piotr wychodzili  na krótkie  spacery a czasem spędzali czas przed telewizorem. Gdy  wreszcie przestało padać i pokazało się  słońce Adela  stwierdziła- "no to nie ma rady, trzeba iść w góry". Kto pójdzie  ze mną  do Strążyskiej? To taki  spacerek, w  sam raz  na rozruszanie  się po tym leżeniu odłogiem. Po raz pierwszy  będę w Strążyskiej nie  zimą a  latem. I po raz pierwszy  będę płaciła  za spacerek z widokiem Giewontu przed  nosem. 

Oczywiście  poszli wszyscy razem, jak na pierwszą połowę  czerwca to było nawet  sporo  osób. A że Dolina Strążyska krótka  jest, to jeszcze  poszli potem ścieżką Pod Reglami. Tak  im  się  dobrze szło, że doszli  niemal do Doliny Kościeliskiej i zawrócili.  Wiecie  co? właśnie odkryłam, że chodzenie  latem Pod  Reglami jest znacznie  fajniejsze niż  zimą- nie uciekają mi nogi  w różne  strony, no pełna kultura! -Adela  była pełna  entuzjazmu. To jutro możemy się wybrać do Doliny  Kościeliskiej albo do Chochołowskiej albo na Halę Gąsienicową. Tylko lojalnie uprzedzam - pod górę to ja  się  szalenie  wlokę.

Następnego  dnia pobudka  była już o 7 rano- nieduże  śniadanie, podjazd do  Kuźnic i wejście na szlak  przez  Boczań. Szli niespiesznie i bardzo  długo  byli na trasie  sami. Potem przemknęło koło  nich  kilka grupek młodych turystów, których  potem  "dogonili", gdy ci nieco zmęczeni kłusowaniem  w górę odpoczywali. A oni pomału,  bez przystawania,  niespiesznie  dotarli na  Halę  Gąsienicową. W  schronisku  zjedli  drugie śniadanie. Adela żałowała, że to  nie  pora  obiadowa,  bo wtedy byłyby zapewne  kopytka, ale "Murowańcowa" jajecznica też była dobra. 

Schronisko  Murowaniec,  jak  zwykle,  pełne było młodych  ludzi- nic  w tym  dziwnego,  bo z Hali Gąsienicowej jest  naprawdę  sporo dróg na okoliczne i  dalsze  szczyty.  Niektórzy  wyraźnie wybierali  się  na wspinaczki  z liną a Adela zastanawiała  się  ilu   z nich  przysporzy  bólu  głowy górskim  ratownikom.  Siedzący z prawej strony Adeli  młody  człowiek  trącił ją lekko łokciem i zagadnął: "a pani tak  sama idzie  w góry?" Adela spojrzała  się na  intruza i  z miną niewiniątka  odpowiedziała - nie  sama z mężem i rodzicami. A to przepraszam - młodzieniec był nieco speszony. Bo  wie pani, samemu niebezpiecznie jest  chodzić po górach. Siedzący po lewej  stronie Adeli  Emil poza jej plecami wyciągnął rękę i  poklepał chłopaka  po  ramieniu  mówiąc - "dobrze  kolego mówisz, ale nie przeszkadzaj  mojej żonie  w jedzeniu". Młody odsunął się szybciutko nieco  dalej od Adeli  i zajął się swoją  zupą mleczną.

Gdy wyszli ze schroniska Adela  zaczęła się  śmiać - chyba popsułeś temu  chłopakowi humor. No to pójdziemy teraz nad Czarny Staw Gąsienicowy a potem może jeszcze nad Zmarzły Staw. A może rodzice pospacerowali by sobie sami nad  obydwa Stawy, a my poszlibyśmy sobie na  Kościelec? To nie jest tak obłędnie  wysoko, jakieś dwa tysiące sto pięćdziesiąt osiem  metrów, czyli dla  nas do pokonania mniej  niż 700 metrów  w górę. A idąc  dziś  z Kuźnic zrobiliśmy  pięćset dwadzieścia metrów  w górę, bo Kuźnice są na wysokości tysiąca metrów nad poziomem morza. Różnica  głównie w kącie nachylenia, Boczań nie  był stromy, tu się niemal  z każdym krokiem  będzie  nabierało wysokości. 

Adela  wyciągnęła z tylnej  kieszeni  spodni kartkę i  zaczęła  czytać na głos:  nad Czarnym Stawem wybrać czarny  szlak na przełęcz Karb. Idziemy rumowiskiem, potem  kamiennymi  stopniami, teren urwisty. Wchodzimy  na   Mały  Kościelec, stąd  pięć  minut do przełęczy, nadal czarny szlak. Kamienne  schody  przechodzą w wąską ścieżkę. I-sza trudność- pokonanie wąskiego progu skalnego z pomocą rąk, brak ułatwień np. klamer lub  łańcuchów, wchodzimy na strome pochyłe skalne płyty (nie chodzić tam po deszczu i zimą), wygodny trawers. Dalej trudniej, duże skupisko kamieni, dochodzimy do skalnej ściany po głazach, blisko krawędzi. Kolejną ścianę pokonujemy wąską ścieżką,  przepaść blisko po prawej  stronie.  Ze szczytu oglądamy Orlą Perć, Świnicę, Kasprowy,  Giewont. Zejście  tą samą drogą. 1,5 godziny na szczyt. Jeszcze na nim nie byłam, bo zawsze byłam w Tatrach zimą. I głównie wygniatałam leżak na  Gubałówce albo wydeptywałam  dolinki  reglowe. I w związku z tym, może ze mną iść albo Emil albo ciocia, bo mają dobre buty. Tatko ma adidasy, więc przez te  dwa odcinki sprawa odpada. No i co wy na to?

Emil wpatrywał się w Adelę jakby ją pierwszy raz zobaczył na oczy, a właściwie  więcej  było w tym badawczym spojrzeniu  podejrzliwości, że jego ukochana żona nieco "odleciała" od  rzeczywistości. 

No co tak milczycie?  Dziwiła  się Adela. Jesteśmy przecież   w górach. Nie wiem czy będzie nam się chciało drugi raz dreptać na Halę Gąsienicową. Co prawda  znam takich, którzy niemal  codziennie tu bywali, bo zdobywali Granaty, robili wspinaczkę z liną na Fajki, przedreptali całą Orlą Perć ( w tym 3 Granaty), szli przez Świstówkę i Opalone do Morskiego Oka, a od Kuźnic do Murowańca szli tylko godzinę. Ja  aż tak ambitna to nie jestem. Nawet nad Granatami  się mało zastanawiam,  bo wiem od  "wtajemniczonych", że tam jest jedno  miejsce trudne do pokonania  dla osób z niedomogą  wzrostu . Bo wąska ścieżka  nagle kończy się stopniem o wysokości 95 centymetrów i niskie osoby  mają naprawdę  spory problem z pokonaniem go. 

Piotr wybuchnął śmiechem- no właśnie, zauważyłem, że mam mało ambitną  synową, która  z powodu  braku ambicji  jest magistrem prawa i  rzecznikiem patentowym. Porażający  jest ten twój  brak ambicji,  córeczko!

No dobrze, to ja pójdę  tobą na Kościelec- stwierdził Emil. A rodzice  zaczekają na nas  albo tu albo będą w Murowańcu. A chodziłeś już  kiedyś po górach? - zapytała  Helena. Nie, ale kiedyś trzeba  zacząć, stwierdził Emil. 

Maleństwo,  a co masz  w plecaku? Picie i kurtkę od deszczu, rękawiczki, czapkę, czekoladę -  lekki jest. To włóż to do mojego plecaka, a swój zostaw. Jeden plecak nam wystarczy. Gdy pakował zawartość plecaka  Adeli do swojego zdziwił się bardzo, że on też ma  w nim czekoladę, swoje rękawiczki i czapkę, której nigdy dotąd nie widział. A co to za czapka? Twoja, kupiłam ją specjalnie na wyjazdy - idąc w góry  trzeba  mieć zawsze  coś od  deszczu , rękawiczki i czapkę, bo góry są jeszcze bardziej pogodowo  niestabilne  niż psychika  kobieca. Zapomniałam ci o tym powiedzieć, przepraszam. A ta  czapka jest cienka, ale z wełny kaszmirowej, głowa się w niej  nie poci. A że są w tym  samym kolorze, to moja ma na czubku maluteńki pomponik, z innej  kolorem  włóczki, wielkości pięciu groszy. Kupiłam je od Aliny, przywiozła je kiedyś z Włoch, gdy już nie  byłam z Kamilem. Ciut się przeleżały w  mojej szafie. A wtedy Alina stwierdziła - no i fajnie, będziesz  miała na prezent dla kogoś, kto będzie  tego  wart. W ostatniej chwili  przed  wyjazdem przypomniałam sobie o tych  czapkach. A czekoladę to nam Helena dziś przyniosła. Pewnie  kupili  w tej pijalni czekolady.  Rękawiczki  się nam przydadzą, bo trzeba  będzie  sobie  tu pomóc trochę rękami na tych ściankach. Oooo, skoro tu jest pijalnia czekolady to musimy  się koniecznie tam  wybrać. No to chodź Maleństwo, idziemy tym czarnym szlakiem na tę jakąś przełęcz. Idź przede mną, wtedy  mi będzie łatwiej dostosować swoje  tempo do twojego. A co to jest właściwie "rumowisko" w nomenklaturze  wysokogórskiej? No po prostu różnego rodzaju ukruszone kamienie po zimowych lawinkach, pozostawione tak  jak upadły,  nie porządkowane w ścieżkę przez TOPR. W końcu i  kamienie kruszeją narażone jak rok  długi na zmienne warunki  atmosferyczne. 

Szło im  się  całkiem dobrze, chociaż  chwilami jak na gust Adeli było mało wygodne dreptanie po rumowisku. W półtorej godziny doczłapali się na  szczyt i  zapewne tylko dlatego, że to był dopiero początek sezonu byli jak na razie jedynymi turystami. I bardzo  dobrze, bo szczyt Kościelca jest mały, miejsca na nim góra dla pięciu osób. Oboje stali trwając w zachwycie. Adela zrobiła kilka zdjęć komórką, a Emil żałował, że nie  wziął ze sobą aparatu.

W drodze powrotnej Adela opowiedziała  nieco o Kościelcu. Jak niemal  wszystkie góry miał Kościelec na sumieniu ofiary. Jedną  z  nich był Mieczysław Karłowicz, kompozytor i dyrygent, autor powiedzenia "szanujcie  ciszę i majestat gór!", wielki propagator zimowej turystyki górskiej,  współzałożyciel Tatrzańskiego Ochotniczego  Pogotowia  Ratunkowego. Jak na ironię pierwszą akcją tegoż TOPR było odnalezienie ciała  Karłowicza zasypanego lawiną śnieżną, która zeszła z Kościelca. I jak po każdej takiej katastrofie wszyscy spekulowali czemu tak  się  stało - jedna z teorii mówiła o tym, że Karłowicz miał do nart umocowane  kawałki foczego futra by móc bez trudu  podchodzić w nich pod niewielkie  wzniesienia i po prostu  przez to nie mógł wykorzystać ich poślizgu i nie  zdołał uciec przed lawiną.A był znakomitym narciarzem.

Druga  znaną postacią był Jan Długosz, doświadczony alpinista, ratownik  TOPR, pisarz, który  podczas rutynowej kontroli Grani Kościelców, na Zadnim Kościelcu odpadł od ściany. A wcale  nie była to trudna wspinaczka ale o  wysokiej  ekspozycji i część społeczności taterników i  alpinistów podejrzewała, że Długosz po prostu  popełnił samobójstwo. Nie wiadomo jak to było, nie mniej teraz nie ma wytyczonej  drogi na Zadni  Kościelec, ale jeśli ktoś się uprze to musi   zgłosić w Murowańcu , że ma zamiar zdobyć ten  szczyt i wpisać  się do książki wyjść taternickich. A Długosz był naprawdę bardzo zdolnym  alpinistą, zrobił wiele pierwszych wejść nie tylko w Polsce ale i w Alpach. Gdy zginął miał zaledwie 33 lata.

A ty  Maleństwo masz jakieś ciągoty do wspinania  się? Adela odpowiedziała pytaniem- a czy ja wyglądam na osobę co ma świra i uwielbia ryzyko plus naprawdę spory wysiłek  fizyczny?  Lubię góry bo są malownicze, ten  spacerek na Kościelec starczy mi do końca naszego pobytu. Poza tym znacznie  lepiej się  czuję nad morzem, najlepiej  ciepłym i mocząc  się  w ciepłej  wodzie lub siedząc pod parasolem z zimnym piciem w  szklance. Na resztę pobytu przewiduję Dolinę Kościeliską z przejściem  na Ornak przez Iwaniacką przełęcz i dolinki reglowe. I może nawet Dolinę Chochołowską. Nawet nie chce mi  się wjechać na  Kasprowy. Możemy wjechać na Gubałówkę, bo  widokowo jest w porządku. Ale chciałabym przyjechać z tobą w końcu lutego lub w marcu do Zakopanego i pokazać  ci jak bardzo jest kolorowa  zima. 

Ale powiedz  mi , kochany, jak ci się podobała  ta  wycieczka?   No trochę się denerwowałem gdy szłaś przede mną i uświadomiłem sobie, że tak blisko jest ta ścieżka  przepaści. Ale widziałem, że idziesz jakoś tak bez żadnego  wahania, pomyślałem wręcz, że już tu byłaś. Nie byłam, ale nie jestem zbyt wrażliwa na ekspozycję,  wszak myłam okna na trzecim piętrze. I, jak  widać, nie  wypadłam. Nie mam lęku wysokości, ale bardzo uważam jak stawiam nogi, patrzę się ciągle na podłoże. Trochę mi to rumowisko tu nie pasowało.  Dobrze, że mam wibramy, bo chronią  kostki i dobrze przylegają  do  podłoża. A najfajniejsze to  było to, że cały czas  byliśmy na tej  drodze w obie  strony  sami, bo ścieżka naprawdę wąziutka i naprawdę trudno byłoby się z kimś wyminąć.

Rodziców "upolowali"  niedaleko Murowańca. Zjedli w  schronisku gorący krupnik i wyruszyli w  drogę powrotną  do Kuźnic. W samochodzie wspomogli się jeszcze czekoladą. A Emil, wsiadając do samochodu powiedział - ciągle  mnie to moje  Maleństwo zaskakuje. Szła tak, jakby od  dziecka chodziła po górach.

To dobrze  synu, to dobrze, nie będziesz szukał wrażeń po bokach - stwierdził Piotr. W kwadrans  później  już parkowali koło domu.

                                                             c.d.n.






niedziela, 5 czerwca 2022

Trudny wybór - 37

 W drogę do Zakopanego wyruszyli 1 czerwca, wybierając nieco dłuższą  trasę (472 km) przez Polichno, Częstochowę, Dąbrowę Górniczą, Myślenice. Za kierownicą wpierw urzędował Emil, potem, od parkingu w okolicy Częstochowy  zmieniła go Adela. Nie pamiętała dobrze  drogi gdy  jechała z Kamilem  do Zakopanego, bo wtedy  całą  drogę przespała  na tylnym siedzeniu - poprzedniego  dnia  siedziała w pracy do  godziny 23,00 a pakowała  się na  drogę po powrocie  do  domu, więc rano o 6,00 gdy wyjeżdżali to zasypiała gdy tylko usiadła. Kamil ustawił za  fotelami torby z ich  rzeczami, żeby  nie  spadła na podłogę a co najwyżej na torby,bardzo  dziwnie  zapiął ją  w pozycji leżącej środkowym  pasem i Adela aż do Krakowa  spała na tylnej kanapie, przykryta kurtką Kamila, mając kocyk jako poduszkę. Pamiętała  tylko, że koło Obidowej stali w korku, bo kilka  samochodów wylądowało w przydrożnym  rowie i droga  była  "na szybko" szykowana  przez  drogowców. Nie da się ukryć, że  zimowe podróże w polskim klimacie nie zawsze były usłane  różami.

Teraz tuż pod  Krakowem zjedli w motelu obiad, który  wszystkim smakował. W Zakopanem Adela nieco się pogubiła co jej nawet  nie zdziwiło, ale aplikacja Google naprowadziła ich na  wskazany  adres. Dom stał w drugim  rzędzie  domów tej ulicy, parter był  tylko dla właścicieli, którzy  rzadko tu  zjeżdżali, ale  czekała na  nich pani zarządzająca tą willą. Zostawiła im  dwa komplety  kluczy, zebrała  dane  meldunkowe, oprowadziła po piętrze które było całe do ich  dyspozycji, zostawiła im  namiary na siebie i  zapewniła, że w każdej chwili jest  gotowa  do pomocy. Pokazała przejście pomiędzy domami do domu wczasowego, ponarzekała na  niebywały  wprost rozrost Zakopanego,  w którym niedługo  nie będzie  czym oddychać, bo odległości pomiędzy domami zrobiły się tragicznie  małe i jedni  drugim zaglądają w okna.

Podobało się to lokum wszystkim - sypialnie były rozdzielone pokojem  dziennym, z którego  było wyjście na  długi balkon. Kuchnia  była nieduża,  ale bardzo ergonomicznie  urządzona,  z dużą lodówką i sporą  zamrażarką .  Łazienka była ładna, ściany miała wyłożone  bardzo ładną glazurą z delikatnym  wzorem irysów.  Nie  było wprawdzie  w łazience  kabiny prysznicowej, ale wanna miała prysznic stały, osłonięty składanym parawanem z plexiglasu tak, by  nie  zachlapać reszty pomieszczenia. Lustro nad  dużą umywalką kryło za sobą szafkę z wieloma półkami.  Oprócz  sedesu w łazience było też WC oddzielne, wyposażone w małą umywalkę i lustro. A sedes w łazience był odgrodzony ścianką z matowego, grubego tworzywa. 

Obejrzawszy dokładnie całe "gospodarstwo" postanowili wyjść na zakupy i kupić  "coś" na kolację i śniadanie. Przedreptali aż na Krupówki. Adela miała  mieszane  uczucia - zupełnie nie poznawała Zakopanego. Stwierdziła, że  w gruncie  rzeczy wolała tamto Zakopane, nieco  zapyziałe i stanowczo mniej komercyjne. Szła  zamyślona aż Emil nie wytrzymał i  zapytał - kochanie, co jest  grane? 

Adela uśmiechnęła  się - chyba  się bardzo a  bardzo postarzałam nagle albo mam atak super sklerozy, bo prawie nie poznaję  tych  miejsc. Zrobiło się tu rzeczywiście ciasno. Popatrz - to są dwie różne posesje i jeśli te okna otwierają  się na zewnątrz to chyba tylko ta  siatka sprawia, że się nie dotykają. To jakiś koszmar. Niczego tu  nie mogę poznać. I ta kostka Bauma. Poginęły  mi  miejsca,  które znałam. Walczy  we mnie obiektywizm i subiektywizm. 

Lubiłam te byle jakie Krupówki na których można było orła zimą wywinąć bo  nie  zawsze były dobrze obsypane żużlem. Nikt ich  nie odśnieżał.  Brak mi nawet tych paskudnych drewnianych  bud robiących za sklepy. Patrz, jest nawet  "Żabka", identyczna jak w Warszawie. Chyba sobie  kupię plan Zakopanego, żebym wiedziała jak gdzie trafić. To już teraz  wiem, dlaczego Irena   powiedziała, że będę "wstrząśnięta"  a może nawet  "zmieszana". No i kurczę jestem - i wstrząśnięta i zmieszana. 

Wiem to głupie. Przyszły pieniądze z UE to się je wykorzystuje. Nie przejmuj  się mną, moim nastrojem, po prostu jestem  zdumiona  ale nie  zachwycona. Ursynów też mnie  cały nie  zachwyca, ale jego niektóre  fragmenty są świetne. Mam nadzieję, że gdy się wybierzemy w plener to mi wszystko przejdzie. Podejrzewam, że nikt nagle nie wybetonował dróg w dolinkach  reglowych, chociaż jak  znam ludzi to i takie plany na pewno  były. Na szczęście jeszcze  nie  sezon  w pełni i stonki  nie będzie. Stonki? - zdziwił się Emil. Nie ma tu pól kartofli. Bo to inna stonka,  nie  ziemniaczana, to wycieczki szkolne,  a raczej  jakieś kolonie letnie przyjeżdżające tu z okolic Zakopanego.

Emil śmiał się -  zapomniałem, że nie przepadasz za dziećmi. Adela roześmiała się - dla  mnie  dzieci to są  fajne takie co są powyżej 25 roku życia. Z takimi to już nawet da się  rozmawiać. A tak ogólnie  to należę do tych co własne potomstwo nazywają  dziećmi a  cudze bachorami. Wszystkie  moje koleżanki będące matkami tak uważają, co mnie  bardzo bawi.

Tego wieczoru wszyscy zgodnie stwierdzili, że trzeba  iść wcześnie  spać.Umówili się  też, że nie będą robić śniadań o określonej  z góry  godzinie, że zawartość  lodówki jest wspólna i każdy bierze to na co ma ochotę. Lunche będą zjadali gdzieś  w trasie, a obiado-kolacje  przetestują w okolicznych hotelach, których się zdaniem Adeli  namnożyło  niczym  grzybów po deszczu.

Łóżko było szerokie, jak  się śmiał Emil spokojnie mogliby spać rodzice z dwójką bachorów. Pościel  była bardzo ładna, w niebieskie  różyczki. 

W nocy coś wytrąciło Adelę ze  snu - jak  zwykle  w takiej  sytuacji wyciągnęła rękę w  stronę, gdzie powinien  znajdować  się Emil i....napotkała pustkę. Natychmiast oprzytomniała i usiadła. Emila  nie  było w pokoju więc wyskoczyła na bosaka  z łóżka i wyszła do przedpokoju. W łazience paliło się światło, więc wróciła  do łóżka. W chwilę później przyszedł Emil, który przeraził się,  widząc Adelę  siedzącą na łóżku a nie leżącą w nim. Maleństwo, co się  stało?  Chyba nic, zapewniła go  Adela, ale obudziłam  się a ciebie w łóżku  nie było, więc  siedzę i czekam na ciebie. 

A ja po prostu nie piłem nic w drodze, potem  wieczorem  za dużo jednak wypiłem płynów na jeden raz i  musiałem  się "odwodnić."  Przepraszam, że cię obudziłem. Nie obudziłeś, sama się obudziłam, nie znalazłam  cię w zasięgu ręki, więc poszłam  cię  szukać. A kapciuszki założyłaś? hmm, chyba  zapomniałam. No to dawaj  stópki, ogrzeję  je. Ogrzewanie  stópek miało dość oryginalny przebieg i zarwało im kawałek nocy. Gdy rano wyplątali  się z pościeli dochodziła dziesiąta a Piotr z Heleną byli już po śniadaniu i  kończyli poranną kawę.  

Pogoda  była  nieco mętna,teoretycznie nie miało być deszczu, ale temperatura  też  nie  rozpieszczała, więc Helena  z Piotrem stwierdzili, że przejdą  się pod  Wielką  Krokiew i posnują  się  po okolicy. Wzięli kurtki  przeciwdeszczowe, swoją parę  kluczy i poszli, mówiąc, że będą z młodymi  w kontakcie. Adela stwierdziła, że ona przyjechała  głównie  wypocząć i wyspać   się na  zapas. Emil  stwierdził, że on  również, bo wprawdzie  nie  zdawał w ostatnim roku żadnych  egzaminów, ale przeżywał egzaminy Adeli, więc też musi wypocząć. W dwadzieścia minut później oboje  spali niczym niemowlaki.  

W międzyczasie Helena  z Piotrem spacerkiem udali  się na  Antałówkę, która  jest świetnym  punktem  widokowym. Oboje nie  byli  w Zakopanem już od wielu  lat- i podobnie jak Adela wspominali tamto,  nieco  siermiężne  Zakopane, ale w sumie  bliższe naturze. Teraz  Zakopane organizowało  atrakcję  za  atrakcją, a to termy, a to papugarnia, a to  motylarnia  i oboje mieli bardzo  mieszane  uczucia. Oboje  stwierdzili, że chyba jednak woleliby mniej  szpanu i rozrywki  a  więcej natury. Helena  powiedziała w końcu  do Piotra- wiesz, dobrze że tu przyjechaliśmy przed sezonem, to nas tu jeszcze  nie  rozdepczą. Jedno co jest pewne- ja tu więcej  na pewno nie przyjadę. Ciekawa jestem jak  nasze  dzieci to odbierają - oni co prawda zachowują się jakby byli w podróży  poślubnej, co  mnie  nie dziwi - podróży  poślubnej  wszak  nie  mieli, a na  co  dzień  są nieźle  zaorani. Co prawda Adelka twierdzi, że w porównaniu do poprzedniej  pracy to  tutaj  ona niemal  wypoczywa, zwłaszcza, że jej  szef jest jej mężem   zakochanym  w niej po czubki  włosów. No ale miała naprawdę dużo pracy- i koniec  studiów i ten kurs  rzecznikowski dały jej  w kość. 

Helenko, to że mieszkamy z nimi  tym razem  w jednym mieszkaniu to przecież nie  znaczy, że będziemy  się  wszędzie  poruszać  całą  rodziną. Wiesz, przed  ślubem pognałem Emila  na  kompleksowe  badania czy  aby  nie odziedziczył czegoś po swojej  mamie. Ale na szczęście  wszystko jest   w porządku. Cieszy  mnie, że  oni  dbają o  siebie  wzajemnie, że nie palą, że jednak dobrze  się odżywiają. I zawsze mi się  chce śmiać, gdy Emil mówi do niej "Maleństwo". Trochę  to śmieszne, ale i takie  nieco  rozczulające. I jestem ciekawy czy zdecydują  się  na  dziecko gdy trochę  już okrzepną w tym małżeńskim stanie. A cała prawda  wygląda tak , że zaakceptuję oczywiście  każdą ich  decyzję w tej materii. No oczywiście  poza  sytuacją, że co rok  prorok aż do  pięciu.  Mieliśmy w Milanówku taką  sąsiadkę - czwórka  dzieci rok  po roku. Nie mam  pojęcia  jak ona te  dzieci rozróżniała. Mam nadzieję, że jeszcze  żyje, bo chorowała na raka piersi i z tymi dziećmi przeprowadzili  się do jej  siostry, chyba do Komorowa, żeby miała pomoc w opiece nad tą  zgrają  dzieci. 

Antałówka była  cała  w rozbudowie, poznikały gdzieś znane im z poprzednich pobytów domy  wczasowe. Były rozbierane i w ich miejsce powstawały  nowe obiekty. Przeszli przez Antałówkę na  Pardałówkę, gdzie  też nowe  domy  rosły  na potęgę. Zajrzeli pod Skocznię i pomału, spacerkiem poszli do  domu.

W domu , w dziennym pokoju na kanapie  siedziała  Adela, a na podłodze, na złożonym  kocu siedział Emil z głową opartą o kolana Adeli. Adela rozczesywała mu palcami  włosy a on mruczał z  zadowolenia. Był włączony telewizor i oglądali........kreskówkę Disneya. Oboje byli  w dresach i wyglądali na wielce zadowolonych  z życia. Jak się  skończy  film - odezwała  się Adela- to będę  robiła omlet z zielonym  groszkiem. Czy któreś z  Was też  reflektuje na taki omlet? Powiedzcie , proszę,  to od razu   zrobię  większą porcję.

Siedźcie grzecznie i oglądajcie film, a ja  z Piotrem  zrobię ten omlet - stwierdziła  Helena. Ciekawe  czy  mają tu coś  do ubijania  piany? Mają, jest w  szafce na górze,  taki patent   z korbką - odpowiedział Emil. A groszek mamy tym razem w puszce. A na deser mamy bezy, które polejemy gorzką  czekoladą.

Omlet wyszedł ekstra, a malutkie bezy oblane  czekoladą były świetnym  dopełnieniem całości. Ojej, jak mi dobrze - Adela przeciągała  się we  wszystkie strony. Dawno nie miałam takiego luzu - zero obowiązków! Nie zdawałam  sobie  sprawy  z tego, że jestem  tak zmęczona. Mnie  się nawet czytać  nie  chce! A oglądać to najwyżej  coś durnego, żeby się pośmiać  z byle  czego. Kreskówki są do tego świetne.

Ja  dziś jeszcze nigdzie nie pójdę, mogę  co najwyżej  poleżeć na  balkonie. Nie wiem dlaczego, ale nadal czuje  się tak,  jakbym tu przyszła z Warszawy piechotą  a nie przyjechała  samochodem. Dziwne to  wszystko,  w końcu  w Warszawie  pracowałam głównie głową a nie  mięśniami. A może cię łapie  jakaś infekcja? - martwił się  Emil. Nie, raczej nie, to wyłazi ze mnie zmęczenie. Chyba  to wszystko  spowodowane  jest świadomością, że niczego  nie muszę- po prostu mam po raz pierwszy od kilku lat absolutny luz- zero obowiązków, zero  musu. Wcale  nie masz  zero obowiązków - stwierdził Emil - masz obowiązek  mnie kochać. Eeee, to nie obowiązek, moje DNA już się  samo przeprogramowało na  kochanie  ciebie, teraz  wszystko idzie samo, poza  moją świadomością, tak jak krążenie krwi. No to ja ci  zrobię leżanko na  balkonie - na jednym  kocu będziesz leżała, a drugim  cie nakryję, bo nie jest  dziś zbyt ciepło -zaoferował Emil. Nieeee, wolę jeszcze poleżeć w łóżku, tylko sobie okno otworzę na  całą  szerokość. Na leżaku nie ma jak  poleżeć na boku, a ja nie lubię  leżeć na  wznak. Dobrze księżniczko, zaraz poprawię łóżeczko i otworzę okno. A co ty będziesz robił gdy ja będę "nic" robiła? - dopytywała  się Adela. Będę muchy od  ciebie odganiał, sprawdzał czy się  aby  nie odkryłaś i próbował odgadnąć co ci  się śni. A utulisz mnie, żeby mi się lepiej spało? Utulę, wycałuję, będę cały czas przy tobie. Uwielbiam, gdy jesteś  cały czas przy mnie - marudziła  Adela. A co robią  rodzice? Zaraz  idą  gdzieś  na spacer. Chodź Maleństwo do  sypialni. Popatrz jaki patent- okna otwierają  się na zewnątrz, czyli od  strony zewnętrznej można je umyć tylko wtedy, gdy się jest  na  balkonie.

W pół godziny później oboje spali  "snem sprawiedliwych" spleceni uściskiem, w dresach i nakryci  dwoma  kocami. Za oknem gromadziły  się coraz ciemniejsze chmury i w końcu zaczął padać  deszcz. Jego spadające na  dach nad balkonem krople obudziły Emila, który cichutko  wstał, zamknął okno i czym prędzej wrócił do Adeli. Chwilę jeszcze  wpatrywał się w jej twarz, po czym spokojnie udał  się w objęcia  Morfeusza,  tuląc  jednocześnie  do siebie Adelę.

W tym czasie Piotr i Helena przeczekiwali deszcz w działającej "od  zawsze" kawiarni  "Kmicic". Tyle  tylko, że "Kmicic" nie był już własnością PBP "Orbis" i nie  było już w Zakopanem tak dobrze  znanych Helenie pensjonatów orbisowskich. Ale szarlotka w Kmicicu  nadal im  smakowała.

Deszcz padał trzy dni, czyli było normalnie, jak to w Zakopanem, w którym  "deszczowe  trzydniówki"  nie były  czymś niezwykłym. Na kampingu w okolicach  Skoczni w widoczny  sposób  "przerzedziło" się- przebywanie pod  namiotem gdy pada  deszcz jest jednak mało zabawne. Helena z Emilem poświęcili jeden dzień na  zakupy żywnościowe i  zawartość lodówki wyraźnie się  poprawiła.

                                                                     c.d.n.

Trudny wybór -36

 Emil złościł się - tak pięknie  sobie  zaplanował ich urlop w Austrii nad jeziorem, a tu się nagle okazało, że wszystkie  miejsca  blisko jeziora już dawno  są wykupione. Podobno  już w  marcu nie było ani jednego wolnego  miejsca w niedalekiej  odległości od  jeziora. Poza tym z rozmów w Urzędzie  Patentowym wynikało, że aktualnie  może przejść Adela i mogłaby  zacząć pracę od 1 sierpnia, a Emil  dopiero od października. Na razie  musieli  w  czwórkę pojechać do Zurichu. No a skoro nie jadą potem do Austrii a przejść muszą po wykorzystaniu urlopu, Adela  zaproponowała  by pobyt w Zurichu i podróż w obie  strony ograniczyć do minimum.Więc po prostu zamiast  się tłuc samochodem polecą  samolotem, dwie lub trzy  noce  spędzą w hotelu w Zurichu co i tak będzie znacznie tańsze niż pobyt nad jeziorem  w Austrii. 

A ona podzwoni  do dwóch  koleżanek, które pracują w biznesie turystycznym i może pojechaliby w  czerwcu na urlop - jeśli nad  morze to może do Turcji, a może by tak w rodzime  góry, do któregoś  z uzdrowisk albo na Słowację albo może do  Hiszpanii? Helena i Piotr  stwierdzili, że oni to chętnie pojechaliby do Zakopanego albo  na Słowację albo do Nałęczowa lub  Ciechocinka. Nie mają ochoty na zbyt długie  wojaże.  Adela obstawiała Włochy, Turcję lub Zakopane. Emil Hiszpanię ewentualnie  Zakopane.

Hiszpania odpadła  w przedbiegach, bo na  Costa Brava musieliby dojechać  własnym transportem a i oferty nie były  zbyt ciekawe. W  końcu  Hiszpania nie jest tuż  za rogiem, jak  stwierdziła Adela.

Po długich  i nieco burzliwych  dyskusjach zdecydowali  się na  Zakopane. Burzliwe dyskusje były głównie pomiędzy Adelą a Emilem, który dobrze  pamiętał, że Adela była w Zakopanem  z Kamilem. Tak, mówiła mu Adela- byłam z Kamilem,  ale byłam tylko raz i to zimą. I ty mi wmawiasz, że nie jesteś   zazdrosny o to, że kiedyś byłam  z Kamilem parą!  Ja  się nie  czepiam z kim sypiałeś  przede mną. Nie  znaliśmy  się wtedy,  nie  wiedzieliśmy o  swym istnieniu więc o  co tu boje  toczyć?  Ja jeszcze nigdy  nie byłam  latem w Zakopanem. 

Do środy koleżanka  trzyma dla nas 2 pokoje z kuchnią i łazienką w dobrym miejscu. 100m od tego  domu jest dom wczasowy,  w którym możemy sobie załatwić albo  całodzienne  wyżywienie  albo tylko obiado - kolacje. I trzyma  także  dwa pokoje w kompleksie Antałówka& Med ze śniadaniami i obiado-kolacjami.  Z Kamilem mieszkałam w hotelu, który teraz jest przebudowany i super  luksusowy, z koleżanką mieszkałam w kwaterze  prywatnej,  gdy  byłam  sama to też mieszkałam na kwaterze prywatnej i  miałam pokój trzydziestometrowy  z wyjściem  na ogród, na który nie  wychodziłam. Gdybyśmy  wzięli te  2 pokoje  z kuchnią i łazienką to moglibyśmy  mieszkać  wtedy razem  z rodzicami - oczywiście  jeśli chcesz. A tak w ogóle- jedziemy  w pierwszej  połowie  czerwca i nie  będzie  problemu  ze znalezieniem  czegoś na  miejscu. Od  mojego ostatniego  pobytu Zakopane  się przeogromnie   rozbudowało a poza tym czuje oddech  Słowacji, która już  wcześniej miała lepszą infrastrukturę  niż Zakopane i jest tańsza niż Zakopane. A jest tańsza bo oni weszli do strefy euro  a my nie.Więc  może wpadnijmy  do rodziców, powiemy  co i gdzie jest proponowane i zdecydujemy. 

No i jest jeszcze  jedna opcja -  możemy po prostu 2  tygodnie  posiedzieć  w Warszawie. Przemyśl sobie  to  wszystko w miarę  szybko. A ja potem wpadnę  do piwnicy i skasuję pozostałość  po Kamilu - może wtedy będzie  ci lepiej. Mnie te moje podobizny  nie były i nie są potrzebne.A jego wiersze - już pocięte.

Maleństwo, przepraszam, trochę jestem  zawiedziony tym, że ta  Austria  nie wypaliła. I ciągle mi  żal, że nie poznaliśmy się wcześniej.

No ale się jednak poznaliśmy, jesteśmy  razem, kocham cię ogromnie i byłoby  mi najlepiej, gdybym  mogła być tuż obok  ciebie  całą dobę. Ale się  nie da.

Gdy się  rozstałam z Kamilem jedynym moim odczuciem  był żal do siebie  samej,  że uległam jego urokowi, temu, że o mnie jednak dbał. I jak widzisz  robił to  do końca- tę pracę  załatwił   mi już po rozstaniu bo wiedział, że trudno  mi jednocześnie studiować i być tą  asystentką dyrektora. Nie  będę ci wszystkiego opowiadać o nim i o mnie - niech  ci  wystarczy to, że nigdy nie przeżyłam z nim tego, co przeżywam z tobą za każdym razem. I gdy mi się to właśnie  z tobą przydarzyło pierwszy raz  w życiu - byłam wręcz przerażona. A ty mi  tylko scałowałeś łzy i tak cudownie  długo, długo trzymałeś   mnie w objęciach i nadal byłeś we mnie. I nie  zadałeś mi idiotycznego pytania czy  było mi dobrze - ty wiedziałeś, że było. 

Może nie tyle wiedziałem co  czułem, wyprzedziłaś  mnie o dwie  sekundy i to było dla mnie też  cudowne przeżycie. A teraz wpadamy razem na metę i to też jest cudowne, wiesz? Chodź Maleństwo, bo jeszcze chwila i  donikąd   nie dojdziemy, poza łóżkiem. 

I może weźmy to mieszkanie, bo ja naprawdę wolę jeść śniadanie w domu, z tobą na moich  kolanach , rodzice  się   nie zgorszą gdy będziemy jeszcze  w negliżu, zresztą weźmiemy  ze sobą szlafroki. Wiesz co, nawet nie mów o tym kompleksie na  Antałówce. Możemy oczywiście tam wpaść na jakieś  zabiegi lub  basen, o ile jest. 

Jest  basen, z widokiem na Giewont. Koleżanka, z którą  byłam  w Zakopanem była na  nim kiedyś latem ale był wtedy tylko basen, żadnego ośrodka jeszcze  nie było. Poza tym, skoro będziemy  samochodem to możemy  pojechać na Bukowinę  do term. Zrobić  wypad  na Słowację. Byłam raz,  ale  strasznie  dawno z jakąś zbiorową wycieczką, oczywiście  w  zimie.

Emil zatelefonował  do ojca, że chcą do  nich  na moment  wpaść i  porozmawiać o urlopie, bo chyba  z tych  wszystkich  planów  najlogiczniejszy jest  wyjazd  do Zakopanego, więc jeśli i oni są takim  wyjazdem zainteresowani, to zaraz on z Adelką przyjdzie i wszystko omówią  wspólnie. Ojciec się ucieszył, że młodzi  przyjdą, bo Helenka zrobiła prawdziwe pyzy i zaraz będą je  gotować. Och,  to już do was lecimy.

Przed  wyjściem  Emil  jeszcze raz przytulił Adelę i spytał - niczym  mały  chłopczyk - a już nie  gniewasz się na mnie? Adela ujęła jego twarz w dłonie i  powiedziała- ja się nie gniewam na ciebie, jestem po prostu smutna, że sobie tak spaprałam  życie Kamilem.  Maleństwo, myślę, że dla  mnie lepiej, że to był żonaty i dzieciaty  Kamil rozrywany pomiędzy uczuciem do ciebie a obowiązkami wynikającymi z ojcostwa. Gdyby to był ktoś wolny, to już nie miałbym pewnie  szans, już  byłabyś mężatką. Ty Maleństwo masz rację - widać tak  musiało być.

Helena z Piotrem nagotowali pyz jak na pułk  wojska. A Adela i Emil objedli się okrutnie, bo domowe pyzy rzadko się pojawiały.

Pomysł z wyjazdem  do Zakopanego  zyskał pełną   aprobatę rodziców, a  zwłaszcza fakt, że będzie  to po prostu  mieszkanie  z pełnym wyposażeniem, dwa pokoje sypialne, jeden pokój  dzienny, kuchnia, łazienka, pralka. Helena i Piotr byli zdania, że wygodniej  jest  zjeść rano  w domu niż wychodzić  gdzieś  na śniadanie, tym bardziej, że w czasie  tego pobytu  nie będą  musieli się "spinać " i będą mogli pospać spokojnie do 9 rano.

Młodzi opowiedzieli o tym, że Adela  pierwsza zmieni pracę, Emil dopiero  na jesieni, za to oboje  będą  nadal w jednej instytucji pracować. Emil  zapewnił  ojca, że jeżeli coś nie wyjdzie  z tą spółką Arkadiusza  to Emil ma na tę okoliczność odłożone  pieniądze, bo dzięki swej  niezwykle trzeźwej żonie  nie  kupił domku w Hiszpanii na  Costa  Brava. Chociaż mu się taki domek  marzył.

Urlop wzięli oboje jednocześnie,  co  nieco zdenerwowało naczelnego,  ale "przyjaciółka" Adeli wyjaśniła mu, że mają  takie prawo bo gdyby był sam Emil to też byłby zakład bez rzecznika. Nie jest to wszak dział taki, że ktoś mógłby rzecznika  zastąpić, a ponadto  pan  rzecznik ma sporo zaległego urlopu i on bierze zaległy urlop. A Adela przyszła tu z niewykorzystanym jeszcze urlopem z poprzedniego miejsca pracy. Jednocześnie  Adela  złożyła prośbę o rozwiązanie  z nią umowy o pracę w drodze porozumienia  stron.

W rozmowie z naczelnym Adela wyjaśniła, że ona specjalizuje  się  w prawie ochrony  własności i brak jej jednak doświadczenia inżynierskiego, więc tak naprawdę nie mogłaby zastąpić Emila gdy będą występowały kwestie techniczne.

W ostatni tydzień maja polecieli razem z rodzicami do Zurichu. I Emil i Piotr już tu  bywali, ale Adela i  Helena były tu po raz pierwszy. Obu bardzo  podobało się miasto, ale znacznie  mniej podobały im się  ceny. Co prawda "jakość" niemal kłuła w oczy,  ale ceny przyprawiały o  zawrót głowy. Ale największego zawrotu  głowy Adela dostała w  banku gdy zobaczyła swoje konto - bo Emil, tak jak mówił wszystkie zarobione na kontrakcie pieniądze podzielił na pół i połowę dał Adeli na konto. Helena  też była zaskoczona , bo Piotr zrobił to  samo ze swoim kontem. Poza tym obaj  dali  swym  żonom upoważnienie  do swoich osobistych  kont. Zostały też określone sumy, które miały być przekazywane na konta Adeli i Heleny w Polsce. Emil ubłagał wręcz Adelę by sobie  tu kupiła coś  z ubrania, bo naprawdę stać ich na te wydatki, więc z bólem serca kupiła  półszpilki, cardigan z włóczki kaszmirowej w kolorze  śliwkowym i dwa biustonosze. A po przyjeździe  do Polski, nie mogła się  nadziwić skąd w jej  szafie  znalazły się dwa półgolfy i torebka, którą w sklepie oglądała, chwaląc jej  liczne przegródki. I śliczny, lekki szlafrok bardzo mięciutki w ciemnobłękitnym  kolorze. Teraz  dopiero  do  niej dotarło, że Emil z ojcem wyszli z kawiarni   nieco  wcześniej, mówiąc, że chcą jeszcze  coś zobaczyć w sąsiednim sklepie z aparatami fotograficznymi. Helena kupiła dla siebie kurtkę sportową "wielofunkcyjną", tak zwaną "trzy  w jednym" , sportowe spodnie i buty trekkingowe, a Emil ciepły sweter. Piotr nabył aparat fotograficzny.

                                                               c.d.n.


czwartek, 2 czerwca 2022

Trudny wybór- 35

 Żal mi tej matki  Kamila - dobrze, że choć bratowa  z nią  mieszka. W starszym  wieku mieszkanie  samemu może być nie  tylko przykre  dla psychiki  ale i  niebezpieczne, jeśli  nikt nie  opiekuje  się starszym  człowiekiem. Skończyły  się wielopokoleniowe  rodziny  mieszkające pod  jednym dachem. Jak to  dobrze, że Helena wyszła za Twego tatę i mieszkamy tak  blisko  siebie! Umówiłam się  z Heleną, że z raz  w tygodniu zatelefonuje  do  swej siostry i  przepyta się co u  nich.  I wiesz, jesteś  absolutnie   niesamowity, że zaoferowałeś matce Kamila naszą pomoc  w razie potrzeby. Jestem  dziwnie  pewna, że niewiele osób zrobiłoby  coś takiego!

Emil roześmiał  się- kochanie  moje,  ja nie jestem zazdrosny o to co łączyło ciebie i Kamila, to minęło, no a teraz gdy Kamil  nie żyje  to tym bardziej  nie ma  znaczenia to, że jakiś  czas byliście parą. A gdyby  żył to on by cierpiał, a nie ja. Nie  mniej  tak  się jakoś  złożyło, że poznaliśmy  się przez  niego. A zawartość pudełka  możesz  sprawdzić  nawet przy mnie,  nie przeszkadza  mi to. Nie jestem  zazdrosny o to co  było kiedyś,  tylko  mi trochę  szkoda, że my nie poznaliśmy  się  wcześniej. Ale złożyło się tak,   a nie inaczej i  zakładam, że tak właśnie  z jakiegoś powodu musiało być. Może po prostu oboje  musieliśmy nabrać  doświadczenia życiowego, przeżyć trochę  rozczarowań by umieć docenić to co mamy teraz. 

Przejrzę zawartość pudełka przy tobie, nie mam przed tobą żadnych tajemnic i nie chcę  ich mieć. Ale tak na  wszelki wypadek zaparzę  dla  siebie herbatkę  z melisy, wszak muszę dbać o  stan swoich nerwów. No to ja  ci tę herbatkę  zaparzę, a ty zacznij przeglądać co tam jest. Jestem zawsze za rozwiązywaniem trudnych spraw jak najprędzej a nie odkładanie  ich "na  zaś" - powiedział Emil podając jej  swój scyzoryk. Poprzecinaj tę  taśmę, tak  będzie  prościej- odklejanie  jej jest  karą   za wszystkie grzechy, przeszłe i przyszłe.

To ty przetnij taśmę, ja  nożem to  tylko kurczaka dobrze operuję. Emil obejrzał dokładnie   pudełko, potem  obmacał, zrobił trzy  nacięcia wzdłuż krawędzi i  podał pudełko Adeli - proszę, udało  się otworzyć bez dynamitu - powiedział ze śmiechem. 

Pudełko  było pełne zaklejonych kopert. Na każdej adresatem była Adela,  ale na tej, która  była na  samym  wierzchu adresatami byli oboje- Adela i Emil. Adela  szybko przełożyła pudełko dnem do góry, tak, by leżący dotąd  na  samym spodzie  list    był pierwszym do otwarcia.   W większości kopert były zdjęcia robione  Adeli " z  zaskoczenia" lub w czasie  snu. Te  w czasie  snu to były  głównie wybrane  fragmenty jej ciała. I trzeba  przyznać, że były to naprawdę bardzo  dobre  zdjęcia. Do zdjęć były dołączone ich klisze. W kilku kopertach  były wiersze adresowane do Adeli.

Ojej, jęknęła Adela- jakoś nie mogę pojąć, że on pisał  wiersze, bo na co  dzień nie było w nim  ani skrawka poezji.  I po co komu fotografować moje  ślady na piasku  albo wygnieciony koc w grajdole i pisać, tu przed  chwilą   leżała  Adela. Jestem nieco przerażona, że byłam  z kimś, kto  się tak znakomicie maskował w życiu  codziennym, że uważałam go  za wzorzec trzeźwości i racjonalności umysłu. Ukrywał przede mną to kim jest  naprawdę. Ja nawet  nie  wiedziałam zbyt  dobrze co lubi jeść, jakie książki czyta i co lubi u  mnie, we  mnie. I cała masa  zdjęć jest robionych niemal  z ukrycia. Te wszystkie  zdjęcia to niczym  zdjęcia "Lenin  w czapce i bez czapki". Takie "mono" w pełnym  wymiarze - i kolorystycznym  i tematycznym. Teraz  do mnie  dotarło, dlaczego tak  źle znoszę fotografowanie. Spójrz, normalnie  wszystkie  odbitki u fotografa mają na odwrocie  jakieś  znaczki, podejrzewam, że sam wszystko wywoływał, pewnie u  matki. I nigdy  mi ich  nie pokazał.

Maleństwo, ale obiektywnie rzecz ujmując to miał facet talent  do robienia  dobrych  zdjęć. Te monochromatyczne jego  zdjęcia  są po prostu świetne, te kolorowe tylko niektóre są tej  samej  klasy. Ja myślę, że on  był bardzo "rozdarty" wewnętrznie. Zobacz, jest naprawdę piękna ta czarno biała panorama Tatr. I zobacz - kawałek zapewne twojej ręki wskazującej na jakiś  szczyt, ale  nie  wiem na jaki. Adela  zajęta unicestwianiem poezji Kamila  spojrzała na fotografię - pokazywałam mu gdzie jest Świnica. 

Kochanie, prościej będzie jeśli te listy wsadzisz  do  niszczarki, łapięta  cię  będą  bolały od tego  darcia. Tylko  nie  wkładaj  do niszczarki więcej  niż 3 kartki na jeden  raz, bo ona jest  taka  domowa,  mała. To my mamy niszczarkę?- zdziwiła  się Adela. No pewnie, że mamy, przywiozłem ją do  domu, gdy likwidowaliśmy Milanówek. Zaraz ci ją tu przyniosę z piwnicy. I mam do ciebie  prośbę - nie niszcz  tych zdjęć, one naprawdę  są dobre. Pójdę teraz do piwnicy a potem zrobimy sobie przerwę na kolację i na spanie. Jutro dokończysz przeglądanie tych kopert. Adela pokręciła przecząco głową- wolę  dziś to  zakończyć. Po prostu zaraz otworzę  wszystkie koperty, jutro sobota,  nie  musimy rano wcześnie się  zrywać.

Emil powędrował do piwnicy po niszczarkę a Adela otworzyła teraz , poza  kolejnością, kopertę zaadresowaną do nich obojga. List był pisany zapewne tuż po  tym gdy Kamil i Emil rozmawiali ze  sobą. Było to tylko  kilka  zdań, w których Kamil stwierdzał, że oboje dokonali bardzo dobrego wyboru i że    jest pewien, że to będzie bardzo dobry i trwały związek a on im  życzy by  zawsze  się kochali i dbali o siebie wzajemnie. Oboje  zasługujecie na życie w  szczęściu - tak brzmiało ostatnie   zdanie. Adela wyjęła potem wszystkie inne listy i już bez  czytania przygotowała je do unicestwienia. Zdjęcia  powędrowały do plastikowego pudełka, które Adela  opatrzyła  tytułem "zdjęcia od Kamila". Dosyć tej ceremonii pogrzebowej - stwierdziła.

Gdy z piwnicy  wrócił Emil,  Adela stwierdziła, że zaraz  zrobi  kolację, na którą  będą jego ulubione  racuszki ze serka  śmietankowego z dodatkiem wiórków  kokosowych. A ty wiesz, że dopiero przy  tobie polubiłem smak kokosa?- przedtem to nawet ciastek kokosanek  nie jadłem. Ale te racuszki  mnie wręcz uwiodły! Te  wszystkie  listy do pocięcia?- spytał. Tak, koniec  ceremonii pogrzebowej  w  tym domu. Czuję  się oszukana przez  Kamila. I dlatego  proszę cię - mów mi  zawsze co robię nie tak jak ty to sobie  wyobrażasz, mów co lubisz,  czego  nie lubisz i błagam-  niech ta ocena  nie  dotyczy  tylko jedzenia. Chcę wiedzieć co ci  się podoba i  nie podoba  w tym co robię, co gotuję,  w co się ubieram, sposób w jaki cię pieszczę. Nie  chcę  zasłony  dymnej typu "wszystko co  robisz jest  cudowne". Bo na pewno nie jest, a my jeszcze  wciąż jesteśmy na początku wspólnej  drogi,  więc mówmy  sobie  prawdę. Prawda nas  nie  rozdzieli, tylko bardziej  nas  scali.

Emil przyglądał się jej zdumiony - ale ja naprawdę nie widzę w twoim postępowaniu, zachowaniu, sposobie prowadzenia  domu itp. czegokolwiek co by mi  nie odpowiadało- naprawdę  wszystko mi jak najbardziej  pasuje. Mogłabyś tylko częściej stosować  swój pewien  patent - uwielbiam gdy to robisz! Adela wytrzeszczyła oczy- jaki patent, nie mam  żadnych  patentów. Emil uśmiechnął się - masz, ale o  nim nie wiesz. Uwielbiam, gdy zewnętrznym grzbietem dłoni tak delikatnie  przejeżdżasz mi wzdłuż pachwiny- oczywiście  wtedy gdy jestem goły. A poza tym wszyściutko co robisz jest  naprawdę  cudowne, to nie jest  z mojej  strony zasłona  dymna.

 A ty wiesz jak bardzo  delikatne  masz  ciało w pachwinie? Zupełnie  jakbyś był maleńkim dzieckiem. Ale ponieważ zawsze wywołuje to u ciebie lekkie drgnięcie,  a nie powiedziałeś  nigdy, że ci to sprawia frajdę, to rzadko to robię. I nawet się  boję cię tam  całować, bo może to wcale nie sprawia  ci  przyjemności? - tłumaczyła  Adela.  

Maleństwo kochane,  ja  naprawdę uwielbiam wszystkie twoje pieszczoty,  nawet i  to gdy mi czasem przy kąpieli dłubiesz w pępku tłumacząc, że najlepiej  jest myć pępek patyczkiem do czyszczenia uszu. I uwielbiam gdy  mi głowę myjesz bo mamy wtedy bardzo ciekawą pozycję. Ja  naprawdę uwielbiam  każdy twój  dotyk. Zrobiłem się przy  tobie  stworzeniem wielce dotykowym. Podejrzewam, że często jestem  jak pies, który  zawsze  reaguje całym  swym  ciałem na pieszczotę od  swego pana. 

A zauważyłeś czym najczęściej się kończy to mycie  twojej  głowy i jak  bajecznie  długo trwają nasze ablucje? No ale ja  nie umiem nie  reagować gdy stoisz obok golutka a na  dodatek mnie  dotykasz. To ponad  moją  wytrzymałość. Masz taki cudowny,  zmysłowy dotyk. 

Dobrze,  że  weszła  nam  do łazienki ta kabina 120 cm. A ojciec wziął dziewięćdziesiątkę, twierdząc, że na jedną osobą dość szczupłą to wszak taka powierzchnia jest wystarczająca.  Więc mu delikatnie  tłumaczyłem, że ja  muszę  być obok ciebie w kabinie żebyś przypadkiem się nie poślizgnęła i  nie upadła. Wpierw popatrzył na  mnie jak  na kompletnego wariata,  a potem powiedział rozumiem,  rozumiem, będziesz tam robił za chodzik, bo na tak wyrośnięte  dziecko nie produkują. 

Adela  śmiała  się- dobrze, że tata  ma poczucie  humoru i nie jest ponurakiem. No i że mnie  traktuje tak jak  ciebie, jakbym  była jego  dzieckiem.Twój tata w pewnym  sensie  mnie  adoptował. Tak, masz rację- zgodził  się z nią Emil. Przypadłaś mu do serca od pierwszego  spotkania. Powiedział mi- no wreszcie  przyprowadziłeś miłą, kulturalną i  ładną   pannę. Zupełnie tak  jakbym dotychczas przyprowadzał jakieś wyciruchy. A  ja nigdy od przyjazdu nie przyprowadziłem do  domu jakiejkolwiek kobiety. Więc strasznie mnie ta jego  uwaga  rozbawiła. A wiesz Maleństwo  co  ciągle  mam przed oczami? Pewnie  mnie, bo stoję przed tobą- roześmiała  się  Adela. No pewnie, że  ciebie, ale w chwili gdy otworzyła  się brama, ty zrobiłaś pół kroku do przodu, popatrzyłaś przez  moment na samochód, nabrałaś powietrza  i prościutko , leciuteńko kręcąc biodrami szłaś do  samochodu. Pomyślałem- nooo niezła ta  nowa. Byłaś na bardzo wysokich szpilkach i jak zwykle  pomyślałem  sobie - że też  się te  kobiety  nie pozabijają na tych cieniutkich  obcasach. A potem, gdy jeszcze  siedziałaś w  sekretariacie ciągle słyszałem od konstruktorów  jaka jesteś ładna, miła, uprzejma i  kulturalna. I byłem bardzo  ciekawy,  czy Kamil  dotrzyma  słowa i skieruje ciebie do mnie.

Na ogół to on  słowa  dotrzymywał. On był specjalistą od inwestycji i jako  taki miał jechać  do Iraku.Namawiał  mnie, bym jechała też, czyli żebym rzuciła dopiero co  rozpoczęte  studia i pojechała na 2 lata do Iraku.Powiedziałam wtedy, że nie pojadę i że nie będziemy  się więcej widywać bo to nie ma  sensu. Jeśli wróci za dwa lata i jeszcze  coś będziemy do  siebie czuli to wtedy porozmawiamy co  dalej.

Wiedział, że narzekam na pracę w ministerstwie - sekretariat tu to kaszka manna  z malinami, a tam ciągle urwanie  głowy.Byłam pewna, że dzwoni z Iraku, więc wyobrażasz sobie co przeżyłam gdy usłyszałam jego głos gdy ty do niego wszedłeś, mówiąc, że mnie  przywiozłeś.

Ale nie przychodziłeś często do sekretariatu, z tego co pamiętam. Nie, nie przychodziłem i bez tego byłem nieco  skołowany, bo bardzo  mi się podobałaś. I tak sobie kombinowałem - nie  nosi obrączki, miała dwa pierścionki srebrne na lewej  ręce, no  ale chyba już dość dorosła, bo Kamil wszak starszy  był ode mnie,  a mówił, że znacie się na gruncie  prywatnym. No tak, był od ciebie  starszy o osiem lat. 

A ja wychodząc pomyślałam- o do licha, oryginalna  włoska  pięćsetka,  a więc  nie kupiona  w Polsce,  a za kółkiem średni blond bardzo  dobrze wychowany, bo ruszył  zadek zza kierownicy i  to   w dobie, gdy szczytem uprzejmości  jest otwarcie  pasażerowi  drzwi od  środka. Druga  refleksja- blondyn,  ale fajny. Trzecia  refleksja- kolor   oczu  nie pasuje do blond włosów. I to był koniec  refleksji bo gdy usłyszałam  głos Kamila to  miałam  przemożną  chęć uciec. Ale stanął na  wysokości zadania - po imieniu mówił do  mnie  tylko półgłosem i tylko  wtedy, gdy  byliśmy sami. I moje zatrudnienie u ciebie  uzależnił od tego jakie odniosę wrażenie  podczas  naszej pierwszej  służbowej rozmowy. Może  szkoda, że poszedł do psychologa  tylko w  sprawie  syna, jemu też by się pewnie  przydała  jakaś  dobra psychoterapia. Po tej rozmowie  z jego matką to jego  śmierć przestała  być dla  mnie  czymś tajemniczym. Myślę, że  życie go jednak  przerosło - kiepskie małżeństwo a do tego kłopoty teraz z  synem i- o czym jestem  przekonana- jego pewność, że on ma  nadal  "końskie  zdrowie" tylko lekarze  są przewrażliwieni, więc żadne  tabletki  nie są  mu potrzebne, doprowadziło do jego śmierci. I- chociaż to  brzmi może nieludzko - dobrze, że zmarł nagle   a nie dostał np. udaru mózgu i leżał zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią. Roślinka w kształcie  człowieka.

No patrz , byłabym   zapomniała- wiem za co "cudnego" wygrzmocili z placówki - uwodził niewłaściwą kobietę, bo żonę szefa  placówki. Moja nowa "przyjaciółka" mi to  doniosła. Szalenie  mnie to ubawiło. Ale zrobiłam duże oczy i  powiedziałam "ojej, to okropne". A pomyślałam - widocznie  szef placówki był dość kiepski w "te  klocki". I w ogóle to "cudny"  jest ponoć już dwukrotnym rozwodnikiem, ale dzieci swym  byłym  żonom  na  pamiątkę nie zrobił. A nasze  biurowe panie są nim  zachwycone, więc obie czekamy która mu się podłoży. Przyjaciółka  moja już wie, której  się bardzo podoba- kobietka jest  rozwódką z dzieckiem płci   męskiej, dwunastolatkiem,  ona ubiera  się  jakby była nastolatką a wiosenek ma czterdzieści. Ty podobno też  byłeś na jej celowniku, no ale ja ją w  wyścigu do  ciebie ubiegłam. I obie  mamy niezłą  zabawę.  Ja ją chyba  z raz  widziałam na oczy, ale nawet  nie wiem  w jakim  dziale  pracuje- jedno jest pewne, nie u konstruktorów ani nie  w tym obok - w tym obok pracuje jedna blondynka, aktualnie  w stanie odmiennym. I ponoć ma męża wiecznego studenta, bo on już chyba trzeci fakultet robi.

                                                              c.d.n.                 



Trudny wybór - 34

 Dni mijały  jakby  niepostrzeżenie. Dom -praca, dom- praca i tak w kółko. Odbierając swój paszport Adela doznała lekkiego  szoku - nie  wytrzymała i  powiedziała do urzędniczki: przecież jak któryś z pograniczników naszych lub  zagranicznych  spojrzy  na to zdjęcie i   na  mnie to  mnie  zamkną  za nieuprawnione przekroczenie  granicy.  Urzędniczka   spokojnie   wytrzymała jej  spojrzenie i  powiedziała - oni  co innego  widzą na tym  zdjęciu  niż pani, to  zdjęcie to nie portret do powieszenia na ścianie lub zdjęcie  na pamiątkę. Proszę  sprawdzić  czy  wszystkie  dane  się  zgadzają. Adela  sprawdziła i jakimś  cudem  wszystko się  zgadzało.

Pewnego późnego popołudnia, gdy  już byli po obiedzie zadzwoniła komórka i Adela doznała  lekkiego  szoku-  na ekraniku wyświetlił  się numer komórki.......Kamila. Była tak  zszokowana, że aż jęknęła-  przecież to niemożliwe żeby telefonował Kamil! 

Emil podszedł,  wyjął jej  komórkę  z ręki i się zgłosił. Starczy damski głos po  drugiej  stronie   zapytał się czy może  rozmawiać z panią Adelą , Emil odparł, że oczywiście i że  zaraz żona  podejdzie do telefonu. Wręczył  komórkę  Adeli mówiąc szeptem- spokojnie, to jego matka pewnie. Adela  nieco drżącym  głosem powiedziała - tak,  słucham? Starsza  pani  wpierw przeprosiła, że ją niepokoi, ale jej syn, przed  tym niefortunnym  wyjazdem do Niemiec był u  niej i zostawił dla Adeli pudełko, ona  nie  wie  co tam jest,  ale syn  to określił, że to są pamiątki i on chce je zwrócić, żeby  nie trafiły w niepowołane  ręce, gdyby jemu się  coś stało. Nie  wiem czy pani  wie, ale syn umarł nagle w tej  delegacji. On chyba przeczuwał, że się  coś  złego stanie. Czy mogłaby pani do  mnie po  to przyjechać, bo ja już prawie  nie  wychodzę  z domu. 

Oczywiście, a czy mogłabym to zrobić jeszcze  dziś ? Przyjechałabym razem  z mężem, tylko proszę mi podać  swój adres. Matka Kamila mówiła adres, Adela  go powtarzała a Emil  zapisywał. W takim  razie my będziemy u pani w ciągu pół godziny - zapewniła  Adela  matkę Kamila.

Maleństwo, weź tabletkę z walerianą,  bo się ogromnie  zdenerwowałaś- stwierdził Emil. Myślę, że to  całkiem  miłe  ze strony tej  pani, że zatelefonowała  do ciebie. Jak  znam życie  to większość zbolałych mam albo by przejrzała i  wyrzuciła,  albo najzwyczajniej odłożyła jako  pamiątkę  po synu. Myślę, że dla każdego z rodziców przeżycie  własnego dziecka jest straszliwą  traumą. Bo o ile naturalne  jest, że to dzieci odprowadzają  rodziców do  grobu, to odwrotna sytuacja jest nienormalna.

Podany adres był na Górnym Mokotowie. Ulica jeszcze  z czasów przedwojennych nosiła   ślady  swej urody. Były tu stare  wille, niektóre modlące  się wręcz o remont,  ale było też sporo pięknie wyremontowanych. Willa, która była pod  podanym Adeli  adresem musiała  być kiedyś piękna, teraz po prostu przydałoby  się odnowienie  elewacji. Nacisnęli  guzik  domofonu zgodnie  z instrukcją udzieloną przez telefon, Emil  podał swoje   nazwisko i furtka otworzyła  się. Emil obejmował Adelę i prowadził wprost do  drzwi, w których stała   starsza pani  w czerni, powtarzając- proszę, proszę, wchodźcie.

W tle przesunęła  się jakaś wysoka  chuda kobieta  mówiąc - zaraz  podam herbatę, już się  zaparzyła. Emil szarmancko pochylił się nad podaną mu dłonią,  ale nie  cmoknął jej, Adela po prostu wymieniła  z matką Kamila uścisk ręki.  Pokój  do którego weszli miał piękne, jeszcze przedwojenne  meble,  na ścianach wisiały obrazy, a serwantka pełna  była ozdobnych drobiazgów.  Adela podeszła do jednego z obrazów  mówiąc - ojej, to  przecież Kossak!  Tak, jak najbardziej, stwierdziła starsza pani- chciałam im dać ten  obraz, ale  synowej się nie podobał. Jej się tu  nic  nie podobało, nie  mówiąc już o  mnie. Na przeciwnej ścianie wisiał portret bardzo ładnej ciemnowłosej dziewczynki i niewiele od  niej  starszego chłopca. A na tym portrecie to chyba jest pani! - skonstatowała  Adela i to pewnie  pani brat. Tak, to ja i mój brat, był straszliwie  nadąsany, bo musiał siedzieć grzecznie w jednym  miejscu kilka godzin. Całą wojnę te obrazy przetrwały w piwnicy i choć tu się  toczyły w czasie  powstania w 44 roku całkiem  zajadłe walki, to żadna bomba nas nie  dosięgła. Może dlatego, że w willi obok mieszkali Niemcy. Chuda, nieco  tyczkowata  kobieta przyniosła na tacy filiżanki i dzbanek herbaty, oraz kryształowy  koszyk pełen  malutkich  ciasteczek. Teresko,  nalej  nam  herbaty, bo ja to  zawsze coś rozleję obok, chociaż  ręce mi się jeszcze  nie trzęsą. A te  ciasteczka to takie na jeden łyk, Tereska je piecze  coraz  mniejsze, bo ja łakoma jestem. Tereska to  moja  bratowa, od śmierci mego  brata mieszka  ze mną. We dwie raźniej.

Pomyślicie pewnie  państwo, że jestem nienormalna, ale nie zaakceptowałam nigdy żony Kamila i bardzo się ucieszyłam, gdy Kamil poznał panią i zaczął mówić o rozwodzie i bardzo przeżyłam jego rozstanie z panią. Sporo mi o pani opowiadał a ja już w  wyobraźni widziałam was jako małżeństwo. Przepraszam, że o  tym mówię,  ale skoro pani tu przyjechała  z mężem, to zapewne pani mąż o  nim wie.  W ubiegłym roku, nie, dwa lata wcześniej, Kamil miał atak serca i wylądował w szpitalu, miał operację, ale wcale o siebie nie dbał. Nawet nie  wiem, czy na pewno brał przepisane  mu leki. No nic,  nie mówmy już o nim. Teresko, kochana, przynieś to pudełko, które  leży na  moim nocnym  stoliku.

Pani Adelko, a pani  rodzice  zaakceptowali pani męża? Adela roześmiała  się - u  mnie  rodzice na trzy tygodnie  przed  ślubem  dowiedzieli  się, że wychodzę  za mąż. Od szesnastego  roku życia  mieszkałam  z siostrą  mojej mamy a gdy skończyłam  18 lat to się do niej przemeldowałam. A ciocia zaanektowała  mego męża w stu  procentach. I żeby było zabawniej wyszła za mąż za mojego teścia. Obie panie słuchały opowieści Adeli z wielkim przejęciem. Ależ to naprawdę  chyba  rzadko spotykana  historia- stwierdziła bratowa. 

Podniosła  się z krzesła i poszła  do  sypialni pani  domu. Za chwilę  przyniosła  nieduże pudełko oklejone starannie elastyczną,  srebrną taśmą i podała je Adeli. Adela  spojrzała na nie i powiedziała- ulubiony sposób Kamila  na pakowanie - koniecznie elastyczna,  srebrna  taśma.  Potrząsnęła pudełkiem i powiedziała - pozwoli pani, że  zajrzę tam  dopiero w  domu? Podejrzewam, że tam są po prostu zdjęcia i to chyba ich  sporo. 

Ależ oczywiście, niemal chórem odpowiedziały obie  panie. Milczący dotąd  Emil  powiedział - a gdyby trzeba było paniom  w czymś pomóc to proszę  do nas  zatelefonować. Jestem  coś winien  Kamilowi - dzięki niemu  poznałem Adelę gdy już nie byli parą. 

Mój Boże - westchnęła matka  Kamila - są jednak jeszcze w tym kraju kulturalni ludzie! Ale nawet jeśli niczego  nie  będę potrzebowała to chętnie  bym  państwa  u siebie  zobaczyła.W kwadrans potem po wymienieniu wszelakich uprzejmości,  wracali  już do domu.

Matka Kamila była kiedyś bardzo ładną kobietą, piękny jest ten jej portret.  Myślę, że jest jej bardzo  ciężko bez niego. Trochę  się obawiałam tej  wizyty, ale już  się uspokoiłam. Nie  miałam pojęcia, że Kamil opowiadał swej matce o nas. On  chyba  naprawdę nie  kochał swojej żony. Tylko dlaczego się z nią ożenił?

Nie  wiesz? zdziwił się Emil - zapewne klasyk - zaszła w ciążę i trzeba  było albo usunąć  albo wziąć  ślub. Podobno usunięcie pierwszej  ciąży jest  wielce  szkodliwe, ale  kiedyś pewien położnik powiedział, że tak  samo niebezpieczne i  szkodliwe dla  kobiety jest każde usunięcie  ciąży, nieistotne jest czy to pierwsza czy piąta ciąża.   Niebezpieczne tak  samo jak każda interwencja  chirurgiczna, a  szkodliwe, bo następuje gwałtowne przemeblowanie hormonalne. Organizm już jest nastawiony na dziecko a  tu nagle dziecko  znika. Mnóstwo jest takich bredni wygłaszanych. Tak  samo jak  brednią jest to, że gdy kobieta  nie  urodzi  dziecka to na pewno  będzie  miała  raka piersi. A raka piersi mają i wieloródki i te które nigdy nie  rodziły. Jedna z sąsiadek w Milanówku, matka czwórki dzieci też miała raka piersi, jakoś jej  te  porody  przed rakiem  nie uchroniły.

Nie wiedziałam, że Kamil miał leczony  operacyjnie zawał  serca, nie  pochwalił mi się  tym gdy byłam w  sekretariacie. On był tak naprawdę  strasznie zestresowany  tym dyrektorowaniem i ten  awans  go wykończył a nie wiadomość, że się  pobieramy. A do tego miał kłopoty z synem, narzekał, że  musi dzień w dzień siedzieć  wieczorami  w domu, żeby smarkacza pilnować. Bo smarkacz już trenował dorosłość- palił, kilka  razy  się upił a na dodatek zaczynał ćpać. Musiało nie być  zabawnie  skoro nawet do psychologa poszedł. Bo zawsze  się  dziwił  tym, którzy wędrowali ze  swymi problemami  do psychologa. Bo jego  zdaniem on  sobie  sam  ze wszystkim  świetnie  radził. Żony nie kochał,  ale dzieci tak- w końcu to był jego produkt.

                                                               c.d.n.

środa, 1 czerwca 2022

Trudny wybór - 33

 Konrad absolutnie  nie chciał  przyjąć  pieniędzy  za  wspólne  zdjęcia Adeli i Emila, ale Adela  zagroziła, że w takim  razie nigdy więcej tu nie  wpadnie, choć  mieszka  niemal  tuż obok. Obejrzeli jeszcze serię  zdjęć dwojaczków, które teraz miały dwa lata a ich starszy brat 3 lata.  To tyś się ożenił zaraz po szkole- wydedukowała Adela. A twoją żonę  znam czy  nie? Chyba  znasz, to Baśka M. z równoległej klasy, była tam "przewodniczącą klasy", wiesz o kim mówię?  Wiem, wiem, pamiętam  ją -stwierdziła  Adela starając  się  zdusić  w sobie  pytanie co też Konrad dostrzegł w  owej Baśce, bo zdaniem  wielu osób była wielce  niemiłą  osobą- zarozumiałą nie wiadomo  z jakiego powodu. 

To ty biedaku  studiowałeś niańcząc dzieci- stwierdziła.  No nie, ja tylko studiowałem a dzieci  niańczyła  Basia i jej mama. A teraz od  rana do wieczora  jestem  w pracy, więc nadal Baśka i teściowa  się nimi  zajmują. Teściowa jest na wcześniejszej emeryturze, bo to nauczycielka z  zawodu, więc  stwierdziła, że  żłobek i przedszkole nie jest  miejscem odpowiednim  dla jej  wnuków.  A my  z teściem mamy  dzięki temu  święty  spokój, bo obaj pracujemy,  nie ingerując wzajemnie w to  co myślimy i robimy. No a teraz  na  co  dzień elektronika wyparła chemię w  zakładzie fotograficznym. Nie  mniej jeszcze  robię nieco zdjęć starymi technikami.

Adela wstała mówiąc - bardzo  się  cieszę, że mamy cię tu  za sąsiada. Ale teraz to już musimy iść,  wpadliśmy tu w drodze z pracy do  domu. Wpadajcie tu państwo  czasem, nawet gdy  nie  będziecie potrzebować  zdjęć - miło zobaczyć kogoś,  z kim się przez  cztery  lata umierało ze strachu  przed niektórymi klasówkami - powiedział Konrad, odstawiając ich licealne   pożegnanie, czyli "niedźwiedzia" z Adelą i Emilem.

Idąc do  samochodu Adela powiedziała-  coś jest  w tym porzekadle, że góra  z góra  się nie  spotka,  a człowiek  z człowiekiem  zawsze. Głos po mutacji nic  mu się nie zmienił, ale mijając go na ulicy to bym go  nie poznała. To był jeden z milszych kolegów, nigdy  nie przeklinał i dobrze  się uczył. I zawsze  wyglądał jakby przed  momentem wytarł głowę ręcznikiem i nie skorzystał potem  z grzebienia. Mam wrażenie, że mu każdy  włos na  głowie  rośnie pod innym kątem.  On  zawsze mówił na mnie  Adelajda, bo mi powiedział, że  Adela to brzmi jak  "szpadela", a Adelajda to bardziej romantycznie  brzmi. No i w końcu  musiałam reagować na Adelę, Adelajdę i Adę. A najzabawniejsze, że to są tak naprawdę trzy  zupełnie  różne imiona. 

I będziesz do niego wpadała?- zapytał Emil. Sama na pewno nie. Poza tym  nie sądzę, żeby mi więcej  zdjęć  było potrzebnych. A wspólnych tematów do rozmów  szybko by nam  zabrakło. Mnie naprawdę nie interesuje  ani jego Basia  ani jego  dzieci.  Mnie na  razie jeszcze  żadne dzieci nie interesują, nie ma we mnie  ani cienia instynktu  macierzyńskiego.  Jestem  samolubna, chcę  mieć  ciebie tylko i  wyłącznie  dla siebie a nie  dzielić  się tobą  z dzieckiem.  Dziecko powinno być czymś wymarzonym, bardzo  chcianym. 

A to się świetnie  składa - stwierdził z pełną powagą Emil- odczuwam to samo co ty, na razie jeszcze nie pragnę dziecka, też  jestem samolubny, nie  chcę się tobą  z kimś  dzielić, nawet z naszym  dzieckiem. Jeszcze poczekajmy aż  zatęsknimy za dzieckiem. I nim  się  zdecydujemy to musisz  być dobrze i dość wszechstronnie przebadana, żeby  nie było tak jak  z naszymi  matkami.

Wpisałaś się na jutro do książki wyjść? Tak, wpisałam. No to świetnie, to weź teraz z mojego portfela dowód  rejestracyjny  samochodu. Nie  wiem dlaczego nie wydają tego w  dwóch  egzemplarzach,  skoro samochód jest  zapisany  na dwóch właścicieli. Zawsze  mnie  zadziwia  jakiś niedowład umysłowy ludzi rządzących.

Rano Adela  chciała podwieźć Emila do autokaru, ale ten stwierdził, że to nonsens, bo  wsiądzie  w pospieszny  autobus i pojedzie  nim do śródmiejskiego przystanku autokaru albo wręcz pojedzie podmiejskim pociągiem, bo dla niego spacer od  stacji do biura to przysłowiowe  "małe piwko", a deszczu na  następny  dzień  nie przewidują.

Adela złożyła swe dokumenty w tempie zaiste ekspresowym, była trzecia  w kolejce. Do pracy dojechała tuż po  godzinie 11,00. Panowie  strażnicy zrobili  "wielkie oczy", Adela  zajechała na parking i poszła  do "biurowca". Pokój  był zamknięty, więc poszła  do sekretariatu, bo Emil z reguły tam zostawiał klucz gdy opuszczał pokój a nie było w  nim  Adeli. Klucz  był,  a  sekretarka poinformowała ją, że Emil jest  w gabinecie  naczelnego. To fajnie - stwierdziła Adela,  wzięła  klucz i pomaszerowała do ich  pokoju. Zrobiła  sobie  kawę, wyciągnęła przygotowane  poprzedniego dnia  czasopisma , które miała przejrzeć i  zagłębiła  się w lekturze robiąc w trakcie  czytania  notatki. W godzinę później wrócił  do pokoju Emil.

Ucałował Maleństwo, zapytał czy długo czekała na  złożenie dokumentów, zrobił sobie kawę a gdy usiadł powiedział- zaczyna  być  ciekawie, "cudny" chce  pozbyć  się technicznego. To  mnie  akurat  nie  dziwi, stwierdziła  Adela, Kamil twierdził, że większego bufona i głąba to on jeszcze nie widział. Ale nie zdążył się go pozbyć, bo  za krótko tu pracował.

Naczelny jest  mną  baaardzo rozczarowany bo  zaproponował mi wstąpienie  do jedynej słusznej partii, a ja powiedziałem, że nie jestem  zwolennikiem żadnej partii,  tak jak nie jestem zwolennikiem któregokolwiek kościoła  czy też  religii. A zaproponował mi to dlatego, że chce  moją kandydaturę zgłosić na  stanowisko technicznego. Bardzo był  zdziwiony, że zupełnie  nie jestem zainteresowany takim   awansem. Oczywiście przynależność do partii byłaby wtedy bardzo pożądana. Bo zawsze tak było zawsze i wszędzie, że na stanowiskach  muszą być ludzie zaufani. Tak jest  zresztą na całym świecie, tylko się o  tym głośno  nie mówi.  Tłumaczyłem  mu, że ja nigdy do żadnej organizacji nie  należałem, ani do harcerstwa ani nawet  do motoklubu- czuję po  prostu organiczny  wstręt  do  wszelkich takich  struktur zrzeszających  ludzi wzajemnej  adoracji. Być może, że coś przez  to tracę, ale generalnie  nie jest  mi z  tym  źle. Poza tym powiedziałem, że wtedy nie  moglibyśmy pracować ty i ja w jednej firmie, a tego właśnie  chcemy. Stwierdził, że to się nam  znudzi, bo bycie  ciągle razem zawsze  w pewnej  chwili  się  znudzi każdej parze. 

Powiedziałem mu jeszcze, że ja  na pewno pomogę mu w pozbyciu  się naszego kiepskiego technicznego, ale niech moją kandydaturę sobie odpuści, bo  mnie się taki  awans nie marzy- nie lubię rządzić  ludźmi, nie mam do tego predyspozycji. A poza tym nie miałby rzecznika  patentowego bo ty jesteś dopiero co po aplikacji i jeszcze kilka  miesięcy, może nawet rok  minie  nim będziesz mogła pracować  samodzielnie, zwłaszcza, że nie masz wyszkolenia  zawodowego w  elektrotechnice, a tu jest ono niezbędne.  Bo jesteś co prawda  świetna  w kwestiach  praw własnościowych, ale jeszcze istnieją tu kwestie techniczne. A ja nie za bardzo  mogę sobie wyobrazić  pracy jako dyrektor  techniczny jednocześnie wspomagający ciebie w sprawach  patentowych. I na koniec  wyjaśniłem mu twój udział w projekcie tej paskudnej lampki. Na razie po prostu posiedzimy tu i  zaczekamy  spokojnie na rozwój sytuacji. Nikomu tu  nie przeszkadza, że pracujemy razem, podwyżkę wynagrodzenia  dostaniesz dlatego, bo zrobiłaś stopień  rzecznika i to ci się po prostu  z przepisów należy,  a nie dlatego, że jesteś  moją żoną. I każdy o tym  wie.  

Jest jeszcze  jedna opcja - już mi kilka  razy to proponowano - praca  w naszym Urzędzie Patentowym. Kokosów tam nie ma, ale nam   akurat  na kokosach nie  zależy, poza tym mamy dobry  dojazd, mają parking, otoczenie też przyzwoite, Park Mokotowski po drugiej  stronie ulicy i Biblioteka Narodowa , Stodoła i SGH po tej  samej  stronie ulicy co  Urząd- żyć  nie umierać. Jeśli nawet  nie będziemy w jednym  pokoju to przynajmniej  w jednym budynku. W każdym  razie  wydaje  mi się to pewniejsze od pracy z Arkadiuszem. Kilka lat wcześniej  to nie chciałem tam iść, potem  zaliczyłem kilka  nieciekawych  miejsc i  w końcu wyjechałem.

No to rozejrzyj się w Urzędzie - stwierdziła  Adela. Zaoszczędzimy  na paliwie. Bo masz rację - mogę  zawsze bez problemu dać  sobie  radę od strony prawnej, ale mogę  nie wychwycić niektórych niuansów technicznych robiąc rozeznanie  patentowe.  I chyba byśmy się  wynieśli  dopiero po urlopie,  bo nie wiadomo  czy  przyjęto  by nas  z niewykorzystanymi urlopami. Tylko nie mów  "cudnemu" dokąd  mamy  zamiar  się przenieść,  nie  musi  wszak  wiedzieć.  

To jasne, że nic  mu  nie powiem, niech ma złudzenie, że przechodzimy  do kancelarii prawnej. Wiesz  Maleństwo, nie bardzo mi się ten "cudny" podoba. Nie  wiem  czemu,  ale  facet  nie  budzi mego pełnego  zaufania. Kamil jako dyrektor o  wiele  bardziej mi odpowiadał.  Nie miałem nigdy nawet cienia  wątpliwości że jest  szczery.  Pomijam  już fakt, że dzięki niemu  poznałem   ciebie. 

Adela  roześmiała  się - pomiń, pomiń . A wiesz, on  wtedy  bardziej  zadbał o  mnie  niż o ciebie. Wręcz mi powiedział, że jeśli mi się nie  spodobasz po naszej pierwszej  służbowej  rozmowie to trafię do planowania.  No ale mi się spodobałeś jako  mój przyszły  szef.  Dobrze  zareklamowałeś to  co  będę mogła  robić.  Ciekawe czy gdyby  wtedy  przewidział, że się w  sobie   zakochamy to też by  mnie u ciebie umieścił. Pewnie tak,  bo on   nie miał natury psa  ogrodnika.  I dobrze  wiedział, że moje "nie" znaczy tylko i wyłącznie "nie"   a nie  może jednak?"

Wiesz Maleństwo, jestem  pewny, Kamil cię naprawdę  kochał nawet gdy  już nie byliście  razem, bo mało który facet potrafi  się odnaleźć  po zerwaniu  jako prawdziwy  przyjaciel.  Mógłby zaśpiewać  ci stare tango "y  todavia te quiero", czyli   "i nadal cię kocham". Nie  mógłby, nie  miał  za pięć  groszy talentu  do  śpiewania, musiałby kogoś  do tego  zatrudnić - stwierdziła  Adela. Zaczynasz mnie uczyć hiszpańskiego?  Zwrot  "te quiero" znam i wiem, że  "corazon" znaczy   serce. 

Emil roześmiał  się - no to podstawowe słownictwo już  znasz, mi carinito! Odpowiada ci kochanie taka  nauka  języka obcego? Tak i chciałabym  zawsze, do końca  swych dni  słyszeć od  ciebie "te  quiero!"

A wiesz Maleństwo - jeszcze żadnej  kobiecie, poza  tobą, nie powiedziałem "te quiero", ani w Polsce ani w Meksyku. Bo to bardzo  ważne  słowa, które mówi się tylko wtedy, gdy jest to prawda. Jesteś moją pierwszą, prawdziwą  miłością, moją dziewczyną  ze snów. Może to brzmi  dziwnie w ustach niemal trzydziestosześciolatka, który  nie trwał w celibacie, ale do pewnych rzeczy wcale nie  jest potrzebne prawdziwe uczucie, wystarczy zwykłe pożądanie. Siedziałaś na wprost mnie a ja teoretycznie   zaczytany w tym co mam przed  sobą rozłożone zastanawiałem  się czy ci jest  wygodnie, czy w pokoju nie jest zbyt  zimno lub  może  za ciepło dla ciebie i rozmyślałem  nad  tym jak cię chronić przed wszystkimi i nawet przede  mną. Nie byłem  nigdy  nieśmiałym facetem a nagle nie potrafiłem  się  ciebie   zapytać  wprost czy masz kogoś,  czy jesteś  w jakimś  związku. Zrobiłem to  w końcu, nieco  pokrętnie,  a potem  bałem się tego co  mogę  usłyszeć. A potem byłem niemal  nieprzytomny ze szczęścia. Po prostu kocham  cię, jesteś dla  mnie najważniejsza, jesteś tym co mnie  prowadzi w życiu, wręcz  motywuje do wielu rzeczy.

                                                                    c.d.n.