niedziela, 19 stycznia 2025

Córeczka tatusia - 182

 Rozbudowa i niewielkie  przeróbki  wnętrza  letniego domu były bardzo udanym  posunięciem. Śniadania i kolacje nowi  nabywcy robili  sobie  sami, obiady robiła była  właścicielka. 

Z wielkim  trudem udało się ją przekonać, że tak naprawdę to nic a nic  się  nie stanie, jeśli dwa  dni  z rzędu  zupa lub  drugie  danie  będzie takie  samo jak poprzedniego  dnia.  My przecież  w domu prawie  zawsze  gotujemy tak, żeby obiad  był na  dwa  dni - przekonywała ją mama Andrzeja. A nasi chłopcy to  niektóre   zupy jedliby najchętniej   codziennie,  z tym że jeden to grzybową z lanymi  kluskami, a drugi każdą, którą  można  nazwać zupą  jarzynową. Ostatnio  to nawet krupnik polubili, a zrobiłam eksperymentalnie  na niepalonej kaszy gryczanej. I obaj nie lubią zupy pomidorowej. Za to surowe pomidory jedzą i lubią.

Pati  się śmiała, że przy tej ilości  dzieci ona nie  musi zajmować  się  Ewunią , która jest niemal  dla wszystkich dzieciaków atrakcją - wszystkie  czują  się w jej obecności mądrzejsze i starsze i chcą  się nią opiekować. Niewielkie wycieczki z  dziadkami do lasu wyraźnie straciły na atrakcyjności - dwaj najstarsi najchętniej siedzą na  huśtawkach .....i lekko się kołysząc czytają książki.  Irenka wchodzi do kojca Ewuni i bawi  się razem  z nią, opowiadając  jej  różne historyjki  lub bawiąc  się z nią lekką piłką. Ewa już biega po kojcu a za kojcem to tupta trzymając  się najchętniej ręki lub jakiejś  części garderoby Irenki. Irenka  jest wyraźnie  zachwycona   faktem, że jest dla kogoś z  dziecięcej  grupy  "ta  starsza". 

Oczywiście  wszystkie  starsze  dzieciaki sto razy   na  dzień  dopytują  się,  czy one  też były takie  małe, czy też miały pieluchy i czy też nie rozmawiały  "po ludzku".  Już po pierwszym  tygodniu pobytu w towarzystwie starszych dzieci Ewunia  stała  się niemal gadułą. Co prawda nie były to zrozumiałe  słowa  a tylko sylaby lub jakieś dziwne  zestawy  sylab, ale "mama" i "baba" były wymawiane wyraźnie i nawet w odpowiednim momencie.  Ale już pojęła, że istnieje słowo "nie" i umiała je  zastosować gdy nie  chciała czegoś  zjeść. A wszystkie  starszaki czuły  się szalenie  ważne, bo Pati powiedziała im, że dzięki ich obecności i temu, że mówią dużo do dziecka, to Ewa bardzo poszerzy swój repertuar wymawianych  wyrazów.  

Misia szybko przebolała  fakt, że nie jest jedyną atrakcją w tym  gronie, a dzieciaki zaczęły nałogowo myć ręce, "żeby jakiegoś paskudztwa nie sprzedać Ewuni",  czyli powtarzały  słowa Pati. Piotruś z pełną powagą pokazywał małej obrazki w  dziecięcej książeczce i "dziobiąc" palcem w obrazek mówił  nazwę tego  co przedstawiał obrazek. Wszystkie trzy babcie podśmiewały  się ukradkiem, że Piotruś  wychowuje swoją przyszłą żonę. 

Andrzej, który codziennie rozmawiał ze  swoimi dzieciakami był znakomicie poinformowany o tym co one robią i  jakie nowe umiejętności zdobyła Ewunia i zaraz po każdej rozmowie  z nimi , jeśli tylko  aktualnie  mógł, to przekazywał  Marcie i Wojtkowi  najnowsze wiadomości. I zawsze  było z tej okazji mnóstwo śmiechu.

Ale pewnego wieczoru wszystkie wiadomości spod Warszawy przyćmiła  wiadomość z Londynu, bowiem Henio poinformował Andrzeja, że zmienił  swój stan cywilny. I zapewne  nie  byłaby to żadna  sensacja, gdyby nie fakt, że żoną Henia wcale  nie  została panna, z którą  dotychczas przyjaźnił  się Henio. Andrzej nie  wytrzymał i zatelefonował do Henia, zadając pytanie,  co się stało z panną, z którą dotychczas się Henio spotykał. 

No nic  się nie stało - wyjaśniał Henio -  żyje, nie umarła  ale rozstaliśmy  się bo ja jednak chcę  wrócić  do Polski, a ona niestety nie zamierzała opuszczać Londynu. No a moja żona (słowo żona było napisane samymi dużymi literami)  ma w Polsce "kawałek" rodziny, bo jej "wujeczny  dziadek" był Polakiem i w czasie II wojny światowej stacjonował w RAF-ie, jako że był  pilotem myśliwca.  Nie wiem tylko co to za pokrewieństwo "wujeczny  dziadek".  A Gladys to nawet zna odrobinę język polski i jest również z branży medycznej, bo jest farmaceutką. A poznali  się bo Gladys pracuje  w szpitalnej  aptece. Z widzenia to się znają niemal od  początku  stażu Henia, który zaraz po rozpoczęciu swego  szkolenia  musiał porozmawiać z farmaceutą na temat pewnego leku, którego w Polsce nie znał.  Potem  się widywali na "służbowych  spotkaniach" i tak jakoś w końcu zostali parą. Być może, że poprzednia dziewczyna, z która  się  spotykał była zdaniem niektórych kolegów ładniejsza, no ale-  jak stwierdził Henio - ja nie jestem młodym bogiem i nie muszę mieć  za żonę "Miss Europy". 

Oczywiście zaraz  wszyscy wysłali Heniowi gratulacje i  zapewnili  go, że na pewno się jego żonie Polska spodoba i cieszą  się, że jest bardzo szczęśliwy. Hmmm - mruknął Andrzej gdy w  weekend się wszyscy spotkali - ja to nawet nie wiedziałem, że tamten szpital ma  własną aptekę - jakoś mi to umknęło, bo tym to  się zajmują interniści i pielęgniarki. Ja  tylko ludzi kroję i odpowiadam za stan tego, co się dzieje w okolicach tego co zostało usunięte. Resztą zajmuje się internista.

Marta, która zastępowała  szefa podczas jego nieobecności miała całkiem  sporo pracy, ale z racji okresu urlopowego musiała  wziąć udział tylko w jednej  branżowej naradzie i tym  samym znieść bardzo zdziwione spojrzenia pozostałych uczestników, że "taka młodziutka" a zastępuje szefa. Oczywiście Marta była niemal cały  czas w kontakcie telefonicznym z szefem, tyle  tylko, że nawet nikt z pracowników o tym nie  wiedział a tym bardziej z przedstawicieli innych pokrewnych firm. 

Trochę była przerażona, bo szef poprosił by trochę przyjrzała  się planom produkcyjnym na  drugie półrocze i oceniła jak  się one  mają do sytuacji  na rynku kosmetycznym. I zrób to nie  tylko na podstawie wiadomości podawanych przez producentów, powęsz nieco w sklepach tej branży - sprawdź  swym kobiecym okiem czego jest  niewiele, przyjrzyj się cenom, poczytaj etykiety na opakowaniach, przyjrzyj się  składowi. No i nie  tylko tym rodzimym produktom, tym z importu również. Jak  cię  coś zaciekawi to kup, w  miarę możliwości przetestuj, tylko weź koniecznie rachunek na  zakupiony towar, żebyś  dostała  zwrot pieniędzy  za dokonany  zakup.

W samej końcówce lipca przyjechał do Warszawy ojciec Milosza. Tak jak przewidywała  Marta Wojtkowy ojciec odstąpił mu na  czas pobytu w Polsce swoje  mieszkanie. W tym samym  czasie mama Milosza miała udać  się do Tatrzańskiej Łomnicy razem z kuzynką, która  miała  zaopiekować   się domem Milosza. Kuzynka jechała  razem ze  swoją ulubienicą, czyli puchatą kotką bo przecież nie  mogła zostawić kocicy samej  w domu na kilka dni.

Ojciec  Milosza zrobił na Marcie i Wojtku bardzo dobre  wrażenie. Przede  wszystkim  szalenie  się  cieszył, że udało  się Andrzejowi namówić Milosza na dokończenie  studiów. Wypytywał Martę i Wojtka jak sobie  tu Milosz  daje  radę, wysłuchał z uwagą ich uwag odnośnie wyboru miejsca  na  dom, omówili wspólnie kilka  wariantów, w tym również ten, że Milosz chce odkupić to małe mieszkanie w bloku. Oczy ojcu  nieco wyszły z orbit, gdy usłyszał, że to raptem 38 metrów kwadratowych, no ale skoro Milosz póki co jest sam, pracuje dużo i o różnych porach i ma   z tego miniaturowego  mieszkania bardzo blisko do pracy to takie mieszkanie z pewnością jest wystarczające.  W ramach informacji poglądowych  Wojtek wziął Miloszowego tatę w objazd - w końcu wylądowali w Konstancinie. 

Wielu domów w stosunkowo dobrym stanie nie było na sprzedaż, tyle tylko że te które były przeznaczone  do kupna to były nieomal ruinami stojącymi na  szalenie dużym kawałku  ziemi, a ziemia w Konstancinie  była tak droga, jakby to były tereny  złotonośne. Dodatkowo znajomy ojca  Andrzeja, zajmujący  się sprzedażą parcel i domów tłumaczył cierpliwie gościowi, że może się tak zdarzyć, że któryś  z domów do generalnego remontu jest niestety  domem zabytkowym o czym nabywca bardzo często dowiaduje  się dopiero po zakupie no i wtedy nie  zostaje  nic innego jak samobójstwo. Bo dom musi być remontowany według pierwotnego planu  - i ma taki być nie  tylko z  zewnątrz ale i wewnątrz. No a wtedy remont  idzie  w miliony złotych. I dlatego nadal tak wiele domów w Konstancinie to obraz nędzy i rozpaczy.

No to faktycznie - niezbyt dobrze to wygląda- w tej sytuacji to faktycznie na pewno lepiej  by Milosz kupił to malutkie mieszkanko. Dopóki jest sam to może  być. 

Wojtek uśmiechnął się - do dziś szalenie  dużo osób i to wcale  nie  samotnych  mieszka w takich malutkich  mieszkaniach. W Warszawie wciąż jest  brak mieszkań a mieszkania w blokach budowanych  z betonowych płyt są niemal marzeniem. Bloki na osiedlu na którym  mieszkamy są z cegły, bo osiedle było budowane  w pięć lat po wojnie. Dom mojego ojca był wybudowany w 1939 roku.

Za czasów  niejakiego pana  Gomółki zainwestowano w  system W-70, czyli w fabrykę  płyt betonowych, z których powstawały bloki. System był wzięty z NRD, tyle  tylko, że mieszkania budowane tym systemem w Niemczech mają znacznie  większe metraże niż te budowane w Polsce, bo pan Gomółka  był wielce oszczędnym facetem i jego zdaniem  na rodzinę trzyosobową wystarczą  mieszkania o powierzchni 38- 42,5 m kwadratowych. Te o powierzchni 42,5 to już niemal luksus i są wysokości 2,65m. No a przy tych gomółkowskich to nasze mieszkania wybudowane  w 1948 roku to istne pałace. No ale  cóż wymagać od człowieka, który część  swego życia  spędził w więzieniu z przyczyn politycznych poglądów.

No tak- cicho powiedział Miloszowy tata - a Milosz  coś mówił o domkach wzdłuż ulicy Puławskiej. No oczywiście - to kiedyś  był już teren podwarszawski, teraz  jest w granicach  miasta - umówmy  się  zatem na jutro - zaproponował  pośrednik. Ja  dziś przejrzę  dokładnie co jest do kupienia i przejedziemy się  by zobaczyć na żywo jak to  się prezentuje.

W domu Miloszowy tata łyknął kilka  różnych tabletek i potem stwierdził, że jest nieco rozczarowany tą sytuacją.  

No a może jutro pojechalibyście panowie  do miejscowości graniczących z Konstancinem - zaproponowała  Marta. Tam też jest ładnie, a  z tego co wiem to ceny parcel są znacznie niższe niż te które  są w Konstancinie. Konstancin ma  status uzdrowiska, więc  automatycznie  ceny ziemi lecą w górę. A wszystko przez tę tężnię. Może ja  bym teraz zatelefonowała  do tego pośrednika i zamiast  wzdłuż Puławskiej  niechby poszukał  czegoś w pobliżu Konstancina, może w Jeziornej? A te  wszystkie  miejscowości wzdłuż Puławskiej też  będą miały wyższe  ceny gruntów. I nie  czekając na odpowiedź gościa wybrała numer  swojej znajomej, mieszkającej właśnie w  Jeziornej. Wojtek uśmiechnął się - coś jakby zgodnie z powiedzeniem "gdzie  diabeł nie może tam  babę pośle" - powiedział cicho.

                                                                            c.d.n.

niedziela, 12 stycznia 2025

Córeczka tatusia - 181

 Jak wiadomo, nawet  najlepszy  plan może nie  wypalić - rodzice Milosza planowali, że przyjadą  do Warszawy oboje, ale w końcu okazało  się,  że ojciec przyjedzie  sam, co Milosza wcale  nie zmartwiło.  No i dobrze - stwierdził Milosz - przecież tak  naprawdę to mama nie jest tu, w  Warszawie, do czegokolwiek  potrzebna.  

W końcu okazało  się, że  do Tatrzańskiej Łomnicy to pojedzie mama Milosza, jako lepiej zorientowana "w majątku"  syna i jak twierdził Milosz mama jest o  niebo lepsza od ojca we wszystkich negocjacjach .  Bo mama  potrafi zawsze  zachować  "zimną krew" a  ojciec to się  za bardzo zacietrzewia .  Zakup jakiegoś domu w  Polsce to też nie jest coś  pilnego, Miloszowi  naprawdę nieźle się  mieszka w Konstancińskim  bloku, zwłaszcza, że przejął mieszkanie po jednym  z lekarzy, który na  dniach przeprowadza  się  do Warszawy, więc Milosz będzie sam w 38- metrowym mieszkaniu i  będzie  miał więcej  czasu na ewentualne znalezienie domu. I dotychczasowy  lokator zostawia niemal wszystkie meble. Jak na  razie to Milosz nie tęskni za kolejnym związkiem, ma dostatecznie  wiele zajęć. I być może dogada   się z właścicielem mieszkania i odkupi te  dwa pokoje  z kuchnią, bo ma  stamtąd  bardzo blisko do pracy. 

A rodzice jeśli  chcą  to niech  sobie jakiś  dom kupią. Jak na  razie to Milosz ma związku zwanego małżeństwem po  dziurki w nosie, a  w domu to bywa głównie po to by się wykąpać i przespać. I to mieszkanie jest o tyle  lepsze od wolno  stojącego  domu, że jest podłączone do sieci ciepłowniczej, nie będzie  go tu interesować wywóz śmieci, odśnieżanie koło domu no i ma  blisko do pracy. I gdy nie pada  deszcz lub  śnieg to może  się  nawet przejść piechotą do pracy. Tak naprawdę to on  w domu głównie sypia. I ma tyle pracy, że nawet za górami  nie tęskni, a ta ilość zieleni dookoła dobrze na  niego wpływa. 

No i masz stamtąd całkiem niedaleko nad  Wisłę - stwierdziła  Marta. I podejrzewam, że nadal  tam dziko i żeby zejść nad  Wisłę  to trzeba samochodem pokonać wał przeciwpowodziowy. A przedtem przejechać  przez wieś, w której szosą kury spacerują, potem pokonać spory kawałek pola, potem ten  wał  i znajdziesz  się nad płyciutkim kawałkiem  Wisły, za którym jest wysepka mocno zarośnięta krzaczorami i drzewami, ale  dojście  do niej  przez  wodę nie jest bezpieczne, bo dno rzeki jest zdradliwe i można  wpaść w bardzo głęboką dziurę. Ponoć  zdarzały  się utonięcia, Wisła ma  ruchome piaski.  Byłaś  tam?- niezbyt mądrze  zapytał  się Milosz.  

Bywaliśmy tam ze trzy razy z  Wojtkiem  w ramach wagarów, no ale to było już bardzo dawno i być  może coś się tam zmieniło od tego czasu.  Ale  my to raczej nie sprawdzaliśmy ani dna  rzeki ani tego co jest na tej wyspie.  Raz chcieliśmy się rozsiąść pod takim fajnym  wielkim dębem, ale na  nim było gniazdo szerszeni, więc zwialiśmy spod  dębu i potem omijaliśmy dąb  z daleka. W ostatniej  klasie podstawówki to jakoś   bardzo mało bywaliśmy w  szkole pod koniec  roku. Nie  chcieliśmy jeździć na  wycieczki szkolne i gdy klasa jechała  na  wycieczkę my mieliśmy  zawsze własny pomysł na to jak spędzić czas. 

My oboje szalenie nudziliśmy się  w szkole, bo oboje bardzo dużo wiedzy wynieśliśmy z domu. Z moim tatą mogliśmy oboje porozmawiać  o wszystkim - nigdy nie usłyszałam czegoś  w rodzaju, że jestem jeszcze za młoda lub  za głupia  by coś zrozumieć. Mój tata traktował nas  poważnie. Bardzo dużo mu zawdzięczam. A Wojtka to mój tata też  traktował jak własne  dziecko. Nigdy nas za nic  nie  zrugał. Zresztą nasi ojcowie pracowali w jednej firmie i  się przyjaźnili. A przez  to,  że sytuacja wymusiła na tacie  decyzję o rozwodzie, kariera zawodowa taty mocno się przyhamowała, bo nie  chciał bym została  sama w Polsce w szkole z internatem. Bo naprawdę  w niewielu krajach  są szkoły z polskim językiem. Wojtek to strasznie  dostał w kość, bo  musiał nagle  nauczyć  się niemieckiego, bo go po podstawówce rodzice zabrali do Austrii. Oboje  byliśmy mocno nieszczęśliwi z tego powodu. 

Milosz - przemyśl jeszcze raz kwestię waszego rozwodu - może jednak szkoda byście  się rozwodzili -zaproponowała  Marta.  Milosz roześmiał się  cichutko a potem powiedział - zapewniam cię, że dobrze to wszystko przemyślałem i dzięki temu  dotarło do  mnie, że prawdziwej miłości i przyjaźni to nie  było w tym związku - jej najbardziej  odpowiadało to, że wyszła  za mąż nie  za "miejscowego" ale  za "miastowego."  Upolowała  faceta  z Brna i to było dla  niej ważne. A teraz to ona wystąpiła o rozwód - nie ja. I tak naprawdę to mało mnie obchodzi co ona  w tym pozwie wysmażyła na  mój temat.  I wcale mi nie jest z tego powodu  smutno. Bez  problemu dostanie ten rozwód. 

A najwięcej  mnie  śmieszy, że dzięki rozdzielności majątkowej, która  była pomysłem jej rodziców, moja chata nie jest  wspólnym  majątkiem.  Ona  nawet  jednego  dnia nie  była  w niej zameldowana u  mnie w tym  domu bo nie  chciało się jej iść do urzędu. Już omówiłem  z prawnikiem wszystkie posiadane przeze mnie  dokumenty i nie ma takiej opcji żeby dostała  cokolwiek z tej chałupy. 

Ciotka, która  będzie tam  mieszkać dostała wykaz prezentów, które kiedyś dostaliśmy od  rodziców Hanki i gdy mama będzie w Tatrzańskiej to wszystkie  te  rzeczy spakuje i zaniesie do jej rodziców i poprosi o pokwitowanie.  Jak będą chcieli to mogą nawet zabrać budę dla  Luny, bo ta jest nowa i część desek na budę  była od  nich, a tamta u rodziców Hanki to jakaś odnowiona  stara buda.  Żal mi psa, że nie będę jej miał, ale wiem, że teściowa na pewno dobrze  się nią opiekuje a to pies, który potrzebuje  dużo  naprawdę  czystego, świeżego powietrza, a tu to nawet w Konstancinie nie jest za czyste powietrze. Poza  tym tu siedziałaby psica od  rana do wieczora  sama - przecież mnie całymi dniami nie ma  w domu. Ona  by  tu po prostu zdziczała.  Ciotka  z kolei nie  za bardzo nadaje  się do hodowania takiego dużego, silnego psa. Poza tym ja  raczej sprzedam ten dom, chociaż go polubiłem. A za ten dom kupię sobie coś w Polsce. Myślałem nawet, że może bym kupił coś na przykład   na Bukowinie  albo udział w jakimś prywatnym domu wczasowym. Ale z drugiej  strony to wiem, że mi tu pracy nie  zabraknie, więc  chyba jednak będę się rozglądał  za czymś w okolicy Konstancina.  Ojej - muszę  być za  pół godziny na  dyżurze, więc  chyba muszę kończyć rozmowę. Jesteś naprawdę  wielce  wyrozumiałą osobą, że pozwoliłaś mi bym tak  długo z tobą rozmawiał. 

Gdy skończyli  rozmowę Marta stwierdziła, że chyba  zupełnie  nie  zna się na ludziach, bo gdy byli w Tatrzańskiej Łomnicy to odniosła  wrażenie, że Hanka i Milosz  są udanym związkiem. Zamyśliła  się bardzo, a potem powiedziała  sama do siebie - no cóż, przez  dwie  godziny to i lew może poudawać łagodnego kociaka - oczywiście   miała na  myśli Hankę.

W kilka  dni później Marta ekspediowała  na wakacje rodziców i Ewunię oraz  Misię. Gdy w sobotę przed południem  dojechali w trzy rodziny na  miejsce to Marta  aż  oczy przetarła  ze  zdumienia. Dom wyraźnie "rozrósł się" wzdłuż i wszerz. "Przybyła"  nieistniejąca dotąd oszklona weranda, która pełniła teraz  rolę dużej jadalni. Pod  nią na  zewnątrz  była długa ławka,  a ściana domu służyła  za oparcie. A ogólnie to przybyły też trzy dwuosobowe sypialnie z małymi łazienkami. "Tylna"  część domu tym  samym znalazła  się właściwie już w lesie.  Z nowości to  przybyła piaskownica, 2 huśtawki,  i długa   ławka pod  ścianą  domu oraz tkwiły w czterech miejscach złożone i ochronione  pokrowcami parasole przeciwsłoneczne, mała zjeżdżalnia.  Było też miejsce do grillowania w bezpiecznej odległości od domu.  Nim  Marcie ze  zdumienia  wróciła  mowa dojechali pozostali "wczasowicze". Nagle  zrobiło się tłoczno od samochodów. I wtedy z domu wyszedł.....Ziuk i  otworzył bramę  posesji mówiąc - podjedźcie na tył domu, tam jest coś niby parking. Gdy wszyscy wysiedli Ziuk powiedział - zapraszam wszystkich do naszego wspólnego domu letniego. Bo ten dom jest teraz naszą wspólną własnością.  No nie mogę - wykrztusiła  z siebie   Marta - co jest grane!? 

Noooo, grane jest  to, że odkupiliśmy ten dom i ten kawałek gruntu i jest teraz własnością trzech staruszków a właściwie czterech, bo ojciec  Wojtka  też ma swój udział. To taka nasza niespodzianka dla was.  Jak widzę udało się nam utrzymać wszystko w tajemnicy - sądząc po waszych wszystkich zdziwionych twarzach.  Remont i rozbudowę zrobiła ekipa "pana  majstra". I całość jest wspólną własnością. A była  właścicielka , która nadal  mieszka obok będzie  miała  cały rok "oko" nad tym domem i doszliśmy do  wniosku, że w czasie, gdy my  nie będziemy z niego korzystać będziemy pokoje wynajmować innym chętnym a ona  będzie tym wynajmem  zarządzać. I nadal będzie prowadzić kuchnię. Bo sporo osób od lat tu przyjeżdża jesienią.  A dom jest ogrzewany, więc w jesienne dni nie  będzie  się tu marznąć.

No ale dlaczego to wszystko zrobiłeś w takiej tajemnicy? - spytała  się Ala. No bo bardzo lubię robić niespodzianki tym których  kocham i tym, których ogromnie  lubię. I całość należy do rodziców Andrzeja, Marty i Wojtka  i do mnie. A ja jestem taki dziwak, który  lubi oglądać te  wasze  szeroko otwarte ze zdumienia oczy. Poza tym  to nie  była  znowu taka w  stu procentach tajemnica, bo przecież współwłaścicielami  są rodzice  Andrzeja, rodzice Marty i Wojtka oraz my. A  "pan majster" jest tak szczęśliwy  mieszkając w moim poprzednim  domu, że wziął za remont  i rozbudowę jakieś szalenie  małe pieniądze, bo jego zdaniem  sprzedałem hacjendę za "psie pieniądze" a do tego  z pełnym  wyposażeniem za które nie  wziąłem pieniędzy. Tłumaczyłem  mu, że musiałem wiele mebli zostawić, bo po prostu nie  nadawały  się do współczesnego  mieszkania w  bloku. A rozbiórka tamtej kuchni zniszczyłaby całkiem  tamte  meble no i wymiarowo też nie  pasowałyby do innego metrażu - tamte  były  robione na  wymiar tamtej kuchni. A tamte ogromne  fotele też nie  nadawały  się  do współczesnych  metraży.

Ewunia była cała  w skowronkach, bo wszyscy się nią  zachwycali, a  Piotruś zapewniał wszystkich, że gdy oboje dorosną to on się z Ewunią ożeni.  Wszystkich nieco skręcało ze śmiechu,  ale bardzo starali  się zachować powagę, żeby chłopca nie urazić. W dwie  godziny po przyjeździe wszyscy byli już rozlokowani, Ewa  spała  w pokoju przy otwartym oknie  zabezpieczonym  siatką przed nieproszonymi latającymi  gośćmi a reszta dzieciaków  wybrała  się z dziadkami do lasu.

W ogrodzie było też wyznaczone miejsce na  kojec dla Ewuni - kojec  miał być rozkładany na  specjalnym drewnianym podeście, a podest był z kolei na starannie ubitym piasku, "żeby  jakieś  robactwo nie wlazło do  kojca", jak  wytłumaczył  Ziuk Marcie. I nad kojcem był zrobiony dwustronnie spadzisty daszek, bo zdaniem pana majstra takie  maleństwo  nie  mogło wszak przebywać na słońcu, a parasol niewiele  chronił. 

Maryla z Andrzejem wrócili tego wieczoru do Warszawy, bowiem następnego dnia od rana pracowali. Marta z  Wojtkiem i  ich "komplet rodziców" pozostali na niedzielę, Ala z Michałem wrócili do   Warszawy. Gdy wszystkie  dzieciaki były  już  spolaryzowane dorośli objęli w posiadanie werandę.

                                                            c.d.n.


sobota, 11 stycznia 2025

Córeczka tatusia - 180

 Kilka   dni później, wieczorem, zatelefonował do Marty  Milosz. Poinformował ją, że Hanka go powiadomiła telefonicznie, że.........wystąpiła  do  sądu o rozwód. Bo co to za małżeństwo gdy  się mieszka kilka  setek kilometrów od  siebie. Milosz  się  zastanawiał  czy  sama na to  wpadła,  czy może raczej  jej rodzice, a raczej ojciec.  I  zapewne  za kilka  dni Milosz dostanie na  swój polski adres pozew rozwodowy. No to się będzie działo - stwierdziła  Marta.

Milosz  opowiedział też  Marcie jak przebiegła rozmowa z Hanką i że nie powiedział Hance, że jego będzie  reprezentował na  rozprawie prawnik, bo on jak na  razie  to  nie może  wziąć urlopu no a poza  tym to ma jeszcze dwa ważne  egzaminy i nie  może ich  zawalić. 

Milosz nawet  już  rozmawiał z prawnikiem z Brna i jeszcze  dziś wyśle mu wszystkie potrzebne  dokumenty a ojciec Milosza powiedział, że weźmie na  siebie całą  finansową stronę przedsięwzięcia, byle  tylko Milosz nie  zawalił któregoś  z egzaminów. I ojciec pojedzie na weekend  do Tatrzańskiej Łomnicy i dopilnuje by Hanka zabrała wszystkie  swoje  rzeczy i przywiezie tę kuzynkę i pomoże  się jej  zagospodarować tam na  miejscu. I gdy  to  wszystko  załatwi, a Milosz już będzie po egzaminach to wpadną oboje z matką do Warszawy. I wtedy rozejrzą  się za jakimś domem, bo jest bardzo  możliwe, że wtedy kupili by jakiś dom dwurodzinny blisko Konstancina. 

Ojciec Milosza już nawet teraz przegląda ogłoszenia na polskich  stronach internetowych, ale tylko przegląda. I rozmawia z różnymi  znajomymi na temat  czy lepiej kupić stary  dom czy nowy. Bo te  stare to są zazwyczaj  w bardziej sympatycznych miejscach, no ale wszyscy, na  szczęście, tłumaczą  mu, że lepiej kupić niedawno wybudowany i o ile to możliwe,  żeby to było jakieś osiedle domków, bo wtedy i ogródki są małe i na ogół takie osiedle jest podłączone do  miejscowej sieci grzewczej, a nawet jeśli  nie, to ma nowoczesny system ogrzewania, np. piec na gaz. Bo nawet  jeśli osiedle  nie jest podłączone  do miejskiego gazu to w tych nowych  domkach jest piec na gaz, który można kupować w butlach i podobno nawet są firmy, które same przywożą gaz na  miejsce, demontują  zużyty pojemnik i instalują nowy. I na ogół w planach takich osiedli domków to od  razu powstaje odpowiednia infrastruktura- cokolwiek to znaczy.  No nie wiem  - przerwała mu Marta - my byliśmy rozczarowani tym co nam zaoferowano do kupna - no ale może u was lepiej  to  wszystko funkcjonuje. Znam z opowieści osiedla domków w których oczywiście  w planach były wszystko- szkoły, przedszkola, sklepy, ale z bliżej nieznanych przyczyn przez pierwsze lata po  zamieszkaniu trzeba było ciągać  dzieciaki  do przedszkoli i szkół do innych dzielnic. Oglądaliśmy nawet taki domek, ale to był tylko domek i nie  było garażu i nawet  nie bardzo była  szansa na wiatę, bo rzeczywiście ogródek był maleńki. A wewnątrz  też nie  było nic fajnego. W każdym razie gdy będziesz coś wybierał to ci polecam byś to zrobił w towarzystwie  naszych ojców - oni się na tym znają i wiedzą gdzie zaglądnąć by sprawdzić jakość wykonania i funkcjonalność.

I już im  tłumaczyłem- ciągnął dalej Milosz-   dlaczego lepiej będzie kupić coś poza Konstancinem, albo  coś co jest bardzo blisko trasy autobusu miejskiego który kursuje na trasie Warszawa Konstancin- wiesz, te osiedla które są po obu stronach Puławskiej. Ale oni, chociaż jeszcze niczego tu nie  widzieli a  tylko oglądali plan Warszawy to woleliby by to było bliżej Konstancina, bo to byłoby lepsze  dla  mnie. No i jak twierdzą to wcale nie musi  być nowy dom, może  być do remontu, a poza tym, co mnie ogromnie cieszy,  to nie chcą dużego ogrodu - np. takiego jak jest w Tatrzańskiej, bo odkryli, że już nie  są młodzi. I całe szczęście, że sami na to wpadli. Ja natomiast  chcę bym mógł w razie  czego dojechać do pracy miejskim transportem ewentualnie przewlec się niespiesznie samochodem nawet  gdy będzie ślizgawica.

No to jak słyszę- stwierdziła  Marta- twoi  rodzice nie przepadali jakoś za Hanką.  Dam ci znać jeszcze  dziś czy ojciec Wojtka użyczy  twoim  rodzicom swojego mieszkania  na kilka dni -  jestem  co prawda pewna, że tak,  ale  wolę usłyszeć  potwierdzenie od  niego. On ostatnio  wciąż śpi u nas, co mnie osobiście pasuje, no ale wolę by on się  wypowiedział na ten temat. No to jak  widzę sprawa  nabiera tempa i według  mnie to dobrze - po co ciągnąć w nieskończoność coś co nie rokuje  dobrze. A temat pracy dyplomowej  już masz  uzgodniony? 

Tak, już nawet ze  dwie  strony zdołałem napisać. Wolno piszę,  bo cały czas sprawdzam wszystko w słowniku, żeby nie  wyszły  z tego pisania  śmieszne i dziwne zdania.  Marta roześmiała  się - nie ma  problemu- nim dasz do wstępnego poczytania promotorowi pokażesz  tekst  mnie i w razie  potrzeby naniosę poprawki, żeby nie było błędów. Ale pewnie  będzie ich malutko, bo ty już mówisz bezbłędnie. Mogę  cię  tylko pocieszyć, że nawet rodowici Polacy robią sporo błędów nie tylko ortograficznych ale i gramatycznych. Bo jak mówią niektórzy  ucząc  się polskiego to "polska język trudna jest", ale masz o tyle  łatwiej, że to praca nie z językoznawstwa a z jednej z  działek medycyny z którą masz na co dzień  do czynienia. Wiesz, gdy mi Wojtek  pokazał  brudnopis swojej pracy to wpatrywałam  się tekst i nic a nic z tego nie pojęłam. Sprawdziłam  tylko ortografię, ale my mieliśmy w podstawówce świetną polonistkę a na  dodatek jak szkolny rok  długi  to dwa razy w  tygodniu kartkówki  z ortografii.

Wiesz, zauważyłam, że gdy  mówiłam kiedyś koleżankom, że mieszkamy bardzo blisko naszych rodziców i że jestem  z tego powodu bardzo zadowolona, to patrzyły  się na  mnie jak na  wariatkę - nieomal miały wyraźnie ochotę postukać  mnie  w czoło. Bo każda  z nich  marzyła by po ślubie  mieszkać jak najdalej od  swoich rodziców i teściów. A  ja naprawdę jestem zadowolona , że moi rodzice mieszkają 200 metrów od nas a ojciec  Wojtka raptem kilometr dalej,  ale bardzo często śpi u nas.  Bo przecież wiadomo, że w  miarę upływu czasu to rodzice  coraz  częściej będą wymagali jakiejś pomocy,  czy wręcz opieki, więc jest dobrze  gdy mieszkają blisko dorosłych  dzieci. I tak

Ewunia od pierwszych  dni swego życia wie że świat składa  się z wielu osób  a nie  tylko z mamy i taty. A poza tym nasi rodzice nie  czują  się odstawieni na  boczny tor, biorą udział w naszym życiu. Za kilka  dni wyjadą z małą pod Warszawę, jadą też dzieciaki Michała ze  swoimi dziadkami i dzieciaki Andrzeja, też z  dziadkami. A my będziemy  tam spędzać wszystkie weekendy. I być może, że w  wakacje będę pracowała po 8 godzin, bo szef  coś mętnie szeptał, że  zostawi mnie  w  wakacje na zastępstwie gdy pójdzie na urlop, no a  wtedy będę musiała  być całe osiem godzin w pracy. Zresztą tak naprawdę oficjalnie to ja jestem na pełnym etacie, a siedzę w robocie tylko 4 godziny. Bo jak szef  mówi, to ja pracuję głównie głową a nie  ciałem i jemu jest zupełnie obojętne czy  wymyślam  coś  w domu czy w laboratorium - wszystkie badania  to oczywiście  robię w laboratorium. 

On mnie  zna jeszcze z czasów gdy  studiowałam, bo miałyśmy praktyki w laboratorium i ja wtedy jako jedyna zgodziłam  się popracować w  wakacje i było to na tyle fajne doświadczenie, że mój szef potem naraił mi bardzo fajnego promotora - mocno starszy facet, ale  szalenie sympatyczny i bardzo kulturalny człowiek. No i potem już tu przyszłam do pracy po dyplomie. W laboratorium jestem jedyną kobietą, ale moi koledzy są na poziomie - sami chemicy i  zawsze  się śmiejemy, że między nami wszystkimi  jest chemia. Są jeszcze  dwie kobiety oprócz mnie - pani kadrowa i pani, która sprząta. 

A kiedy jedziecie na te extra rodzinne  wakacje?  - spytał Milosz. W ostatni tydzień czerwca, ale w lipcu Wojtek musi być w Warszawie i  Michał też. Tak naprawdę to my będziemy tam z  rodzinami tylko w weekendy, bo to jest  blisko, więc będziemy dojeżdżać- to jest raptem 65 km od Warszawy. Będą tam moi  rodzice, mój teść,  teściowie Ali, rodzice Andrzeja, czyli "fura dorosłych".  Poza  tym  żadna  z  babć nie  będzie  stała przy garach, bo to pobyt  z  wyżywieniem.  No i jeszcze jest ten  plus, że teren jest na skraju lasu i jest ogrodzony, więc się  dzieciaki nie pogubią. A dla nas wypoczynkiem będzie  to, że nie  będzie tu małej.  Ona  nie jest kłopotliwa, no ale  tu to trzeba  z nią wychodzić na spacery, a tam wyrzucasz  towarzystwo do ogrodu i tylko  sprawdzasz czy na pewno brama jest zamknięta  na klucz, który masz  w kieszeni.  Ojciec Wojtka będzie w  wakacje w Warszawie, bo w tym ich ośrodku informacji latem są  straszliwe  pustki, większość pracowników,  a jest ich mniej więcej tyle  co palców  u jednej  ręki, wszak ma  dzieciaki w  wieku  szkolnym, więc biorą urlopy.  Jak  dla mnie  to wyjście na te  4 godziny do pracy to żaden problem i ewentualne zastępowanie  szefa  nawet 8 godzin  dziennie to też bezproblemowa   sprawa, bo w  okresie  wakacji raczej  nie będzie żadnych ważnych spotkań  służbowych. A nawet jeśli ktoś upadnie na mózg i zorganizuje jakieś spotkanie  a mój  szef uzna, że jego obecność  jest  niezbędna to na dwa lub trzy  dni  zjedzie  do Warszawy.

W  mojej firmie  latem są  super pustki, bo większość ma  dzieciaki i stara  się urlop spędzać z dzieciakiem, żeby nadrobić codzienne "niedoróby  wychowawcze".  Większość ma dzieciaki jeszcze  w podstawówkach, najstarszy to jest  szef i  ma już dość podrośnięte  córki- i to aż trzy, ale one to jeżdżą albo na jakieś obozy harcerskie  albo do rodziny, bo tam jest jakaś  wspólna  rodzinna duża  chałupa, gdzieś na   Mazurach.

Ja bardzo lubię Warszawę w okresie  wakacyjnym - wreszcie nie ma korków samochodowych, z góry wiadomo, gdzie się kręcą  wycieczkowicze i że należy omijać Krakowskie Przedmieście, Starówkę, Łazienki, nie należy też wpaść na pomysł by się wybrać  na  zwiedzanie Wilanowa.  No i zawsze zaczyna się  robić  tłoczno mniej  więcej od  dwudziestego  sierpnia, bo zaczynają wracać z wakacji stali  mieszkańcy Warszawy. I już  wtedy zaczynają  się robić   korki samochodowe.  Wojtek może  wziąć urlop  w sierpniu lub we wrześniu, ale  nie wiem  czy  się już dogadali w  trójkę ze  swoim  szefem. Poza  tym to Wojtek przecież  "dłubie  ten  doktorat". Powiem  ci szczerze - uważam, że  to jakieś  dobre  zrządzenie losu, że Wojtek wybrał na promotora Michała.  Bardzo  się zaprzyjaźnili, razem pracują i zawsze jeden drugiego  zastępuje. A gdy poznasz na dodatek teściów Ali z jej pierwszego małżeństwa to na pewno się nimi  zachwycisz. 

To Ala rozwiodła się z pierwszym mężem ? - spytał. Nie, on zginął w  wypadku samochodowym gdy ich synek  był malutki. A teściowie Ali traktują ją od  samego początku jak własną córkę i gdy Michał zakochał się w Ali, to w tajemnicy przed  nią pojechał do nich, przedstawił się i wręcz poprosił ich o to, by wyrazili  zgodę  na ich małżeństwo i usynowienie ich  wnuczka. Dla  mnie to bardzo wzruszająca historia.  

To Ala jest sierotą, nie ma już swoich rodziców?   Ma tak zwanych rodziców, którzy nienawidzili jej męża, bo on razem ze swoimi rodzicami  mieszkał pod Warszawą  i oni go uważali za wieśniaka, bo to była  taka miejscowość, w której  mieszkali głównie ogrodnicy produkujący  warzywa i kwiaty i uważali, że mąż Ali jest wieśniakiem. Ala zerwała  z nimi kontakty i chyba nawet nie  wiedzą, że Ala  wyszła  drugi  raz za mąż, że ma dwojaczki.  A teść Ali jest profesorem i pracuje naukowo. No i teraz oni wszyscy razem tworzą fajną  rodzinę, teść  Ali odkupił od  Wojtka mieszkanie w Warszawie na Ursynowie by mieszkali bliżej Ali. A  mieli pod  Warszawą piękną "hacjendę".  Oni bardzo pomagają Ali i Michałowi w opiece nad tą trójką  dzieci. Poznasz ich gdy zamieszkasz na stałe w Warszawie lub blisko Warszawy. 

                                                                    c.d.n.

czwartek, 2 stycznia 2025

Córeczka tatusia - 179

W sobotę przed południem, Marta stojąc przy kuchennym  stole  zauważyła, że na podwórko zajechał "znajomy  samochód" i zapytała Wojtka,  czy  się umawiał może z Andrzejem, bo chyba  właśnie on  zajechał na ich podwórko. Wojtek wyjrzał zza jej ramienia i nim  cokolwiek  zdążył powiedzieć z samochodu wysiadł Andrzej i zaczął z bagażnika  coś wyciągać. Nie  czekając na dzwonek  do drzwi Wojtek poszedł otworzyć drzwi od  budynku. Andrzej dzierżył kilka toreb. Okazało  się, że jedzie do pracy,  ale jego ojciec był z  samego rana  "na  wsi", już o 7 rano tam pojechał,  więc są dwa wiejskie  kurczaki i jajka i trochę "własnych"  kartofli. A poza  tym  to Andrzej ma ogromną  prośbę  do Marty.

Oczywiście Wojtek natychmiast  chciał zwracać Andrzejowi pieniądze,  ale ten twierdził, że on nic o jakichkolwiek pieniądzach  nie  wie, bo przecież to ich ojcowie się wzajemnie  rozliczają,  ale on to ma  wielką prośbę do Marty, bo w nowo powstającej prywatnej  lecznicy jest  wakat na  stanowisko tzw. "przełożonej pielęgniarek" , a właściciel jest dobrym kolegą Andrzeja i zapytał  się, czy Andrzej  nie  chciałby usadowić na  tym stanowisku Maryli, która  wszak nie jest  już  debiutantką w  tym  zawodzie. Andrzej oczywiście  rozmawiał już z Marylą na ten  temat, ale  Maryla stwierdziła, że nie  czuje  się na  siłach by objąć  takie  stanowisko, więc Andrzej przyjechał  prosić Martę, by ta wpłynęła na Marylę, no bo przecież Maryla już dwa razy  zastępowała w klinice przełożoną pielęgniarek .

Marta popatrzyła badawczo na  niego, a potem powiedziała - Maryla jest bardzo  mądrą kobietą - i wierzę, że nie czuje  się na  siłach by objąć takie  stanowisko. Jest naprawdę  świetna w  swojej  specjalności -     jest  w stanie bardzo prawidłowo ocenić stan rany pooperacyjnej, potrafi opanować lęk  pacjenta przy  zmianie opatrunku, potrafi go w kilka  sekund nauczyć jak się ma zachować, by bólu przy  zmianie opatrunku lub usuwaniu cewnika nie  było, przy  tym  wszystkim jest miła i kulturalna.  Ale  gdy zastępowała  przełożoną pielęgniarek to miała przez  nią zapewnione zaopatrzenie oddziału na  cały czas nieobecności przełożonej, nie  musiała planować zakupów ani uzgadniać żadnych  spraw personalnych, bo to  wszystko przełożona   zrobiła przed urlopem. Praca przełożonej pielęgniarek to cała masa papierkowej roboty i pilnowanie  by oddział był we  wszystko na  czas  zaopatrzony. I Maryla o tym  dobrze  wie, więc  nie  dziw  się i nie naciskaj  na nią, jeśli mówi, że nie  reflektuje  na takie  stanowisko. Ona wie znacznie  więcej o tej pracy  niż  ty. To nie jest z jej  strony brak wiary we własne możliwości , ale  realna  ocena  sytuacji. Masz szczęście, że macie na chirurgii tak dobrą pielęgniarkę  chirurgiczną.  Dzięki niej automatycznie i wasza praca  jest lepiej oceniana, bo nie ma  żadnych paprzących się ran pooperacyjnych.  Andrzej  chwilę milczał a potem powiedział - właściwie  to masz  rację - jakoś nie  pomyślałem o  tym w ten  sposób. Mam jeszcze pół godziny- mogę zajrzeć do "synowej"? Jasne , że możesz,  twoja synowa okupuje kojec razem z Misią, więc będziesz miał dwie  swoje ulubienice  jednocześnie.

Andrzej wszedł do kojca a mała  spryciula   natychmiast zamanifestowała  chęć  by ją wujek  wziął na  ręce, a Misia dostała  "głupawki" i co chwilę  lizała Andrzeja  po rękach. Marta  roześmiała  się  tylko i poszła  zrobić kawę dla dorosłych. Andrzej  stwierdził, że jednak jego   chłopcy  nigdy  nie  byli tacy słodcy jak Ewunia, a potem powiedział - gdy pomyślę, że nawet  takie  maluszki muszą  czasem  mieć jakieś  zabiegi chirurgiczne to aż mi  się zimno  robi. Chyba  nie mógłbym  być chirurgiem dziecięcym. Już przy  tobie byłem na  wpół sparaliżowany, to byłaś taka malutka na  tym stole.

Oczywiście mała  zaraz  wykorzystała obecność  Andrzeja   w kojcu i potraktowała  go jako obiekt  do wspinaczki, potem bardzo chciała sprawdzić czy Andrzej ma  bardzo głębokie  dziurki w nosie i uszach i Andrzej stwierdził, że małą interesuje medycyna. Ale  Marta przerwała tę zabawę, mówiąc spokojnie,  ale  stanowczo małej, że tak  nie  wolno robić. Andrzej  był wręcz rozczarowany, ale Marta była nieugięta mówiąc, że nie może małej pozwolić na taką  zabawę, bo ona niechcący  może dorosłemu zrobić krzywdę. Nawet malutki paluszek wpakowany w gałką oczną może wyrządzić  nieodwracalną kontuzję, bo te maleńkie paluszki  są jednak  wyposażone w paznokietki a poza  tym maluszki mają koszmarny chwyt, taki jakby od  niego  zależało ich życie.

Półgodzinna wizyta minęła szalenie  szybko i Andrzej wyściskawszy  Ewunię i jej  rodziców pojechał do pracy. Zapisał sobie  kiedy  ojciec Wojtka  ma wizytę u kardiologów i powiedział, że na pewno pojedzie  z nim  do Anina.

Pod wieczór  (tak jak  było umówione) przyjechał  Milosz. Długo opowiadał o wszystkich swych zastrzeżeniach  które ma  do Hanki i jej rodziców i że nie  może  się nadziwić, że Hanka nie  może zrozumieć tego, że zrobienie  dyplomu lekarza  fizjoterapeuty jest dla  Milosza bardzo  ważne.  Ona chyba sama  nie wie czego  chce - gdy rzuciłem studia powiedziała  tylko, że to moja sprawa, ale  gdy zacząłem pracę jako przewodnik górski to  zaraz  usłyszałem, że  to dlatego,  bo jestem "babiarzem", a to, że na  takie wycieczki  głównie szli faceci ewentualnie jeśli jakaś para małżeńska  i  to raczej oboje w mocno  średnim  wieku  to tego  już  nie   dostrzegała.  No a teraz, gdy już jestem  w Polsce to każda  rozmowa  z  nią  to jest wysłuchiwanie jej  bzdurnych tekstów i pretensji. Próbowałem  rozmawiać o  tym z jej  rodzicami,  ale albo  słyszałem tekst, że to nie ich  sprawa  albo - to tekst nadawany przez teściową - że nie ma  dymu bez ognia i że  serce kobiety  zawsze wyczuwa  gdy  coś jest na rzeczy. I powiem  wam  szczerze- już mi jakoś powoli  mija tęsknota  za Hanką i  doszedłem  do  wniosku, że chyba jednak  nie mam o co  walczyć. Ona  w ogóle  nie interesuje  się moimi  studiami,  a gdy  z nią rozmawiam  to jedyne  pytania, jakie mi  zadaje,  dotyczą  ilości  dziewczyn na tych  studiach i czy  dużo ładnych pielęgniarek  jest w Konstancinie.  No  najzwyczajniej  w  świecie odechciewa  mi  się  nawet  z nią rozmawiać. 

A moi rodzice  to niemal  zaczadzieli  ze  szczęścia, że jednak  dokończę te  studia i ojciec zaproponował, by w tej chałupie nim skończę studia zamieszkała taka nasza  dość  daleka  kuzynka, ona już po czterdziestce, rozwiedziona, ale ma dobrze poukładane  w  głowie i ona będzie  się opiekować chałupą i wynajmować na noclegi. Ona jest  na rencie inwalidzkiej, tylko jakoś nie  mogę  się  dowiedzieć  z jakiego powodu i mam  podejrzenie, że głownie z powodu rozlicznych  jej znajomości wśród lekarzy. Bo tak  na oko to nic  jej  nie  brakuje,  wszystkie  widoczne  "części człowieka" są naturalne i wyglądają normalnie.Gdy  skończę studia to  się na  nowo sytuację przeanalizuje i albo  się pogodzę z Hanką,  albo rozejdę a wtedy  się  wspólnie  zastanowimy co dalej  z tą  chałupą. 

Na razie  to ojciec  wybiera  się  tu żeby na  własne  oczy obejrzeć Konstancin, bo chce przejść  na  nieco  wcześniejszą emeryturę "by jeszcze pożyć"  i rozejrzy  się jak  wygląda obecnie  w Tatrzańskiej Łomnicy i w Konstancinie, bo jego  zdaniem nie  wykluczone jest, że zjadą na  stałe  do Polski. Na  gust  ojca  to  Polska  jest  dostatecznie  "zachodnio-europejska" no i  nie  ma problemu z "dogadaniem  się", choć akurat ojciec nie ma  problemu  ani z  angielskim  ani  z  niemieckim. I jak  znam życie, to na pewno nie przyjedzie  tu  sam,  ale  razem  z mamą, bo oni  są jak  papużki  nierozłączki i aż  się  dziwię, że ojciec tyle  lat pracuje poza  domem, a nie w  domu, żeby być razem   z nią. 

Trochę mu opowiedziałem o  was, o  tym, że Wojtka   ojciec jest z wami  tak blisko i o tym, że wy  jesteście  parą  od  podstawówki i ojciec   jest  tak  zainteresowany  tym  wszystkim, że  chce jak najszybciej tu przyjechać i "na własne oczy to wszystko  zobaczyć" - tak mi powiedział.  Mama  z kolei sugeruje,  bym koniecznie pojechał na trochę  do  Hanki, bo rozmowa  z bliska jest lepsza. No ale - tak  z ręką  na  sercu - wcale  a wcale nie mam na  to ochoty. Na odległość to Hanka jakoś waży swe słowa, (bo nie jest  wcale  pewna  czy jestem  aktualnie  sam, bo na pewno jest  ze mną  z tuzin  bab i wyszłaby  wtedy na jędzę)   ale tak "oko w oko" to zupełnie  się  nie hamuje i byłaby jedna, wielka  awantura, bo ona  wtedy  się nie hamuje. To bardzo żywiołowa kobieta. Ale o  tym to oni  nie wiedzą, nie  znają  Hanki od tej  strony. 

Co do  Luny - przemyślałem  sprawę - niech  zostanie w górach, jakby  nie  było to pies przyzwyczajony  do gór,  a wiem, że teściowa  bardzo o nią zadba, bo ona  dawno marzyła o  takim psie, tylko Polacy  nie  chcieli jej kiedyś takiego  sprzedać, co mnie zdziwiło. No  ale  górale po obu  stronach Tatr  to mają jakiś bałagan w mózgach, bo i jedni i  drudzy za dużo piją wódy. Dla mnie   zawsze najśmieszniejsze  są  opowiadania słowackich  górali o polskich  góralach i  polskich  górali o słowackich, bo tak naprawdę  to niewiele się od  siebie górale  różnią - mogliby razem na jednym terenie mieszkać i nikt  by ich nie odróżnił gdyby byli tak  samo ubrani. Zresztą po obu  stronach Tatr nikt na  co  dzień nie  chodzi w tradycyjnym  góralskim  stroju, a polscy  górale często , tak  słyszałem, zaopatrują  się w regionalne   ciuchy w  słowackim  Kieżmarku. Zresztą te stroje góralskie  w obu państwach mają jeszcze podziały wewnętrzne zgodne  z krainami geograficznymi i to jeszcze   z podziałów sprzed obu wojen światowych. Zupełnie  się  w  tym wszystkim  nie  wyznaję i przyznaję  się  do tego bez bicia. Mnie  to zupełnie  obojętne który góral z jakiej części Tatr się  wywodzi.

Marta wszystkiego  słuchała uważnie obserwując  Milosza, a gdy  skończył powiedziała - mam nadzieję, że nie oczekujesz  od nas jakiejś  porady, bo my z Wojtkiem  to jesteśmy  dość nietypową  parą, bo tak  naprawdę  bardzo  rzadko  taka  "szczeniacka  miłość" kończy  się małżeństwem, a na  dodatek to nasi ojcowie  nadal  się przyjaźnią i "nadają na tej  samej linii", więc to co powstało u nas  kiedyś - jakimś  cudem nadal trwa.  

Wydaje  mi  się, że nim podejmiesz jakąś  decyzję to powinieneś porozmawiać  z Hanką w tak  zwane  cztery oczy - nie  chcesz jechać do niej, to może  zaproś ją do Warszawy, masz w końcu  do dyspozycji  dwa pokoje  z kuchnią, w których nikt  wam  nie  będzie przeszkadzał  ani nie  będzie  się wtrącał do  waszej  rozmowy i żadne  z was  nie będzie górą mając  blisko swoją rodzinę. Wtedy nie  będziesz  musiał nawet  brać bezpłatnego urlopu na  wyjazd do Słowacji.  To będzie wszak spotkanie na  neutralnym terenie, bo  mieszkanie  nie jest  twoje. Ty jesteś szalenie opanowanym  człowiekiem a Hanka jest raczej bardzo żywiołowa, więc nic  dziwnego, że nie  zawsze możecie  się dogadać, bo tę samą sytuację każde  z was inaczej odbiera.

Milosz długo milczał , w końcu  cicho powiedział - właśnie  sobie uświadomiłem, że  wcale  nie mam ochoty się  z nią spotkać  i że wcale a wcale za nią nie tęsknię. I dotarło do mnie, że od  samego początku nie  miałem od  niej nigdy  ani słowa  wsparcia w czymkolwiek co robiłem  lub  planowałem. I wcale a wcale nie chcę być  z nią pod jednym  dachem a na dodatek dyskutować. Muszę porozumieć  się ze  swoim prawnikiem, bo mam  wrażenie, że może mi  się udać rozejść z nią na odległość. Co prawda prawnik  jest z Brna, ale to nie ma znaczenia, co najwyżej nadszarpnę swoje oszczędności. Uzupełnię je gdy chałupa zacznie  być  wynajmowana. Myślałem nawet początkowo o sprzedaniu tego  domu, ale choć jest  mój, to  nie  sprzedam go dopóki  rodzice  żyją, bo oni lubią ten  dom i ponoć  się w nim bardzo  dobrze  czują.  Zresztą może  rzeczywiście  ten kawałek gruntu ma  dobrą  energię, bo nie ma na nim żadnych  cieków  wodnych. A śmiałem  się ogromnie  gdy  rodzice  kupowali ten kawałek ziemi i  nim go kupili  to ze  trzy dni włóczył się po nim różdżkarz. I wtedy ojciec podsunął mi książkę o  tym jak jeszcze za czasów  rzymskich wybierano teren dobry  do osiedlenia  się. Bo  choć  teraz  wszyscy laicy się naśmiewają z różdżkarzy, to jednak geolodzy ich  szanują. No a  za rok to wasza "ociupka" bez problemu  zniesie podróż do Tatrzańskiej Łomnicy i będzie miała do  dyspozycji ogromny ogród, a po sąsiedzku wszystkie warzywka i owoce a do tego dobre powietrze.  

Marta  roześmiała  się - a Hanka wszystkim krewnym i znajomym  rozpowie, że  ani chybi wasz rozwód nastąpił przez mnie a Ewa jest owocem twego występku.  Mnie to oczywiście w niczym nie  zaszkodzi. Tyle  tylko, że jest nieco za  wcześnie  by snuć plany  wakacyjne na przyszły  rok. Jak na  razie to prześpij  się spokojnie z dwoma planami na nowe rozdanie, czyli życie bez Hanki i na  dalsze życie  z Hanką. Porównaj  sobie obydwa  obrazki , raz obydwa w błękicie a drugim razem w wersji szaro-burej, bo to będzie twoje życie- nie twoich  rodziców ani też przyjaciół. I podziękuj  w myśli  swoim teściom, że to od  nich  wyszedł plan byście  mieli oboje  rozdzielność majątkową, co wynikło głównie  z faktu, że ich  dom, który odziedziczy  Hanka  jest dużo większy od  twojego. Ty za to masz  większy teren i gdyby  się ktoś uparł, to twój dom  można bez trudu powiększyć.

                                                                              c.d.n.

piątek, 27 grudnia 2024

Córeczka tatusia - 178

 Marta, tak jak postanowiła zatelefonowała  do Milosza, pytając go jak mu idzie w konstancińskim Centrum Kompleksowej Rehabilitacji i kiedy będzie już miał  dyplom w  kieszeni. Rozmawiali dość  długo i w trakcie rozmowy  Marta zaprosiła  Milosza na sobotnią obiadokolację, jeżeli to  nie sprawi  mu żadnego kłopotu. Milosz  był wyraźnie ucieszony  tym  zaproszeniem, bo jak  powiedział to nie dzwonił i nie przychodził  do  nich bo........nie chciał im przeszkadzać, przecież  w domu jest małe  dziecko, a Marta  łączy pracę i opiekę nad  dzieckiem więc nie  chciał po prostu  przeszkadzać.  A poza  tym to w pewnym  sensie  ważą  się aktualnie  losy  jego małżeństwa, bo dostał propozycję stałej pracy w Konstancinie  i jest  zdecydowany przeprowadzić  się do Polski, zwłaszcza, że odkąd oba kraje są w UE to żaden problem. Nie  wie tylko jak na  to wszystko zareaguje  Hanka, bo jak na razie  to ciągle jest obrażona, że wyjechał by skończyć  studia. Natomiast jego rodzice "pieją  z zachwytu", ojciec zaraz  mu podesłał na konto sporo gotówki i podobno jego  rodzice  są zdecydowani by go tu odwiedzić, bo gdyby rzeczywiście dostał tu stały etat to oni też by  się  do Polski przeprowadzili i może do spółki z Miloszem kupiliby jakiś domek , taki na  dwie  rodziny.  No i Milosz  doskonale  zdaje  sobie  sprawę z tego, że mieszkaliby nie w samym Konstancinie ale blisko Konstancina.  On na razie mieszka w  wynajętym mieszkaniu w Konstancinie, ale już robił wstępne  rozeznanie i oglądał domy w Klarysewie, skąd  miałby do Konstancina przysłowiowy rzut beretem. Bo żadna  granica  nie dzieli  tych  miejscowości i są takie miejsca,  o których  jedni mówią, że to Konstancin, a inni, że Klarysew.

No to masz  człowieku o  czym  myśleć - skonstatowała  Marta. Już raczej niewiele muszę  myśleć - ze  smutkiem  w  głosie stwierdził Milosz- rodzice  Hanki i ona też- od  samego początku nie pochwalali tego, że zdecydowałem się na  wyjazd  do Polski. Kilka razy prosiłem  Hankę  by przyjechała do Polski, ale za każdym razem była odpowiedź odmowna, bo przecież jej tatuś  ją potrzebuje w gabinecie i  ona nie może go tak nagle zostawić  samego. Przypomniałem jej, że kiedyś każdy dentysta obywał się bez  "pomocy dentystycznej"  a mimo tego funkcjonowali. A teraz napisałem jej, że tym razem idzie o moją karierę zawodową a nie jej ojca, bo  tu już pracuję i jestem w pełni doceniany, zarabiam  pieniądze a nie żyję z napiwków od kuracjuszy, no  więc  niech  sobie wszystko sama spokojnie przemyśli. Bo w 90% na  100% nadal nie  dostałby normalnego  etatu w żadnym z  sanatoriów i żyłby z napiwków od kuracjuszy. Zresztą głównie z tego powodu zająłem  się  turystyką - na  zasadzie  przyjemne  z pożytecznym. A swój  dom sprzedam, więc jeśli ona zdecyduje, że zostaje na Słowacji, to niech zabierze z niego wszystkie swoje rzeczy, ja przyjadę po swoje gdy sprzedam dom.

 Ale, jest jeszcze jedna opcja, o czym jej  nie  napisałem, że  zamieszka w nim daleka kuzynka mego ojca, ona będzie w nim mieszkać, zajmować się wynajmowaniem  go  w lecie i ewentualnie  też  w  zimie. I wtedy Luna mieszkałaby z nią razem. Ja mam tu w lipcu dwa  tygodnie urlopu i do tego  czasu muszę  wiedzieć "na  czym  siedzę".  Złości mnie, że ona właściwie  nie ma   zupełnie  własnego  zdania w tej materii. Moi rodzice nie  byli  zachwyceni ani tym, że  się ożeniłem z Hanką, ani  tym, że przerwałem studia, ale  stwierdzili, że to moje życie  a nie ich i to ja będę  zbierał konsekwencje swojego  wyboru   a nie oni.  No i  zbieram.  Wygląda to wszystko tak, w moim odczuciu, jakby Hance było zupełnie obojętne  czy będziemy razem czy  nie, a kwestia mego życia  zawodowego to jej zupełnie nie interesuje. I w tej  sytuacji bardzo dobrze  się złożyło,  że  dzieci nie mamy. 

Staram się panować nad  nerwami i rozmawiać  z nią spokojnie, a tak naprawdę to bym już najchętniej  wcale  z nią więcej  nie  rozmawiał. A jej  głupie pytania czy  dużo  tu ładnych  dziewczyn wśród personelu to  mnie przyprawiają o mdłości. Ostatnio jej powiedziałem, że niestety jej poziom intelektualny okrutnie   się obniżył i wciąż gada same głupoty. Bo ja teraz  to mam nie tylko pracę ale  do tego muszę  się jeszcze uczyć a jej głupie gadki to mi w tym nie pomagają. 

Proponowałem, jak komu  mądremu, żeby tu przyjechała,  zobaczyłaby gdzie pracuję, ile tu ludzkiego nieszczęścia,  jak bardzo niesprawni są pacjenci, to może by przestała podejrzewać mnie, że mam tu jakąś metresę. Jej się wydaje, że tu są ludzie na  wczasach leczniczych tak jak w tych sanatoriach  w okolicy Tatrzańskiej Łomnicy.  Ona  sobie  ubzdurała, że ja tu jestem głównie  dlatego, że mi się  bardzo spodobała Ala- a  wszystko przez  to, że nieopatrznie powiedziałem, że ładna  z  niej kobieta, tylko szalenie skromna i niczym nie podkreśla swej urody. A gdy jej przypomniałem, że Ala  ma troje dzieci i  męża to stwierdziła, że to żadna przeszkoda. No normalnie coś  się jej  w głowie poprzestawiało. A na  dodatek powiedziała, że jej matka  nie odda mi Luny, bo te psy "szalenie"  marnieją na nizinach- to po pierwsze,  a po  drugie, że jej matka "szalenie"  się przywiązała do Luny i nie odda mi jej. Nie  ciągnąłem tematu, bo to jak  rozmowa  ze ślepym o kolorach. Teraz  tylko  się cieszę, że wszystkie oficjalne  dokumenty mam skopiowane i kopie są poświadczone przez prawnika.  I kolejny plus - Hanka nie wie o tym, że istnieją  ani gdzie one  są. A na zakończenie  rozmowy mi powiedziała, że na  całe  szczęście  nie mamy dziecka, więc nie jest samotną matką z  dzieckiem. Więc jej tylko powiedziałem, że faktycznie to się  dobrze składa, bo z tej racji jest na świecie  mniej o  jedno  dziecko, którego matka jest niespełna rozumu i się wyłączyłem.  Gdybym miał nieco mniej lat, to pewnie  bym do  niej jeszcze  potem zadzwonił, ale stwierdziłem, że to raczej wszystko  nie ma  sensu. Nie będę  sobie  przez taką idiotkę rujnował szansy na dyplom i dobrą pracę. Bo  z tym  dyplomem to i tu i tam będę miał dobrą pracę.

Nie brzmi to wszystko dobrze - stwierdziła Marta. I faktycznie to nawet  dobrze, że  nie macie  dzieci, bo nawet najmniejszemu  dziecku potrzebna  jest  stabilizacja i jednomyślność  rodziców  a nie  sytuacja gdy każde ma  zupełnie inne plany. A gdy  byliśmy u was  to miałam  wrażenie, że się  dobrze rozumiecie. Milosz  roześmiał  się - nawet  nie masz bladego pojęcia jak świetną aktorką  jest Hanka- ona   się wręcz marnuje nie pracując  w  tym  zawodzie. Jestem pewien, że swym koleżankom naopowiadała  bzdur dlaczego wyjechałem. Na szczęście nikt nie  zna mojego polskiego numeru komórki, więc nie mam  kontaktu, nowego maila  też nikt  nie  zna, ona też  nie.  Adresu domowego też nikt nie  zna, bo mam skrytkę pocztową, a jej numer  zna tylko Hanka, o ile nie  zapodziała  gdzieś kartki z tym  numerem. Na  szczęście ona  nie lubi pisać. Jestem zmęczony tą  dziwną, jak dla  mnie, sytuacją  i zastanawiam się gdzie ja  miałem  rozum gdy się  w  niej  zakochałem - powiedział cichutko.

Marta roześmiała  się - nikt nie wie co  się  dzieje z naszym rozumem gdy się zakochujemy -niektórzy są zdania, że wtedy  nasz  rozum śpi głębokim snem a potem gdy  się  budzi i przytomnieje wyrywa sobie  włosy z głowy- oczywiście  zakładając, że  rozum takowe  posiada. Po prostu każdy z nas zmienia   się wraz z upływem  czasu, zmieniają  się też nasze upodobania i dotyczy  to właściwie wszystkiego co nas otacza,  z czym i  z kim  mamy kontakt. A obiekt, który kiedyś wybraliśmy też  zmienia swe upodobania w  miarę upływu  czasu.  Myślę, że jeżeli od  samego początku znajomości wymienia   się stale swe myśli z partnerem, wszystko  się omawia i szczerze  mówi  się o tym co każde z nas  myśli na dany temat to jest szansa na przetrwanie w danym  związku wiele  lat i nawet calutkie życie. 

No to przyjdź Milosz  do nas   w sobotę, ale nie przynoś żadnych  kwiatów, to będzie  taka  zwykła  obiadokolacja, zupełnie  bezokazyjna. Nawet  nie  wiem czy będzie ojciec, bo czasem w  soboty on  wraca  później i jest już po kolacji. A poza tym to ojciec ostatnio śpi u nas w "kajutce", ale  tak  zwany gościnny pokój jest wolny i będziesz  mógł u nas spać, jeśli się zagadamy. No i  żebyś mógł  wypić  chociaż  kieliszek  wina przy kolacji.  Ja  wolę, że ojciec u nas jest teraz  stale, bo widzę co  się z nim  dzieje i  nie muszę go przepytywać jak  się czuje. Bo on dopóki nie padnie  to cały  czas twierdzi, że czuje   się świetnie. Niedługo będzie miał  kolejne   badania  kontrolne w Instytucie Kardiologii. 

To może ja przełożę sobie zajęcia na inną godzinę i pojadę z nim do Instytutu- zaproponował Milosz. Nie, nie, na 95% jest pewne, że pojedzie  z nim Andrzej, bo przy okazji spotka się  ze  swym kumplem, a gdyby nie mógł to albo Wojtek pojedzie albo ja, bo ostatnio  godziny pracy  mam nieco  ruchome i często bardziej mi pasuje pojechać do pracy dopiero około godziny13,00, a do Instytutu to się jedzie na 8,00 rano i najlepiej jest gdy jedzie  z ojcem Andrzej, bo zawsze od kumpla więcej się dowie niż ja lub Wojtek. Bo wszak my nie jesteśmy lekarzami, a więc wiedzą nie dorastamy kardiologowi do pięt. Ostatnio taki jeden palant  był zdumiony, że  wiem skąd  się bierze prawokomorowa  niewydolność  serca. Na szczęście ojciec Wojtka  dość krótko palił a potem wiele lat mieszkał w "klimatycznym" miejscu i "dobrze się prowadził" i nadal o siebie  dba.

A o której mam być  w  sobotę? - spytał Milosz. No gdy skończysz pracę to przyjedź. Jedyne  co  ci grozi to ewentualnie zabawianie Ewuni, ale ona  nie ma  jakichś nadzwyczajnych  wymagań w tej materii - będzie pewnie  wędrować po swoim kojcu i wyrzucać  z  kojca piłkę. A ty  będziesz piłkę  wrzucać  do kojca. Kojec wędruje po mieszkaniu i chyba  tylko w łazience jeszcze  nie  stał. Wojtek albo będzie  albo  nie- nie  mam pojęcia - on czasem  musi zastąpić Michała na  wykładach. Nie jestem  w  stanie połapać   się w ich "rozkładzie  jazdy"- bo w  soboty są wykłady dla tych  zaocznych i czasem się zdarza, że Wojtek zastępuje  Michała. Wiesz- przy trójce dzieci dzieją  się  różne cuda w  domu. Gdy coś jest zaplanowane  z góry to Ala i  Michał mają do dyspozycji Ziuka i jego żonę,  ale  czasem coś  wypada  nagle i np. szef nagle sobie  zamarzy wziąć gdzieś  ze sobą Michała i ten  zamiast  wykładać to siedzi z szefem a  wykład  bierze wtedy na  siebie Wojtek. No ale Wojtek już okrzepł jako  wykładowca a poza  tym świetnie opanował odczytywanie  notatek Michała i  już nie jest to  dla niego sytuacja stresowa. Teraz to tam chyba wszyscy są zaćkani  sprawdzaniem wyników  egzaminów wstępnych. Zdaniem  Wojtka, to zawsze jest  na uczelni jakiś "syf z malarią i korniki". A specjalnością szefa  są jakieś dwu lub trzydniowe wyjazdy i bardzo mu pasuje  do wyjazdów Wojtek. Wiesz- Wojtek to  wszystko dzielnie  znosi bo przecież "tworzy" doktorat. A szef zawsze  mu  coś jeszcze  dorzuci, bo zdaniem  Wojtka  to podczas jazdy szef ma  jakieś złote  myśli na temat tegoż  doktoratu i  dzieli  się nimi z Wojtkiem. Zresztą  to  całkiem  sympatyczny i kulturalny facet - poznałam jego i jego  żonę. Ale o  tym to ci opowiem  gdy będziesz  w  sobotę.

Gdy Marta wróciła tego  dnia z pracy opowiedziała Wojtkowi o kłopotach  rodzinnych Milosza i o  tym, że go zaprosiła na sobotnią obiadokolację. Dobrze  zrobiłaś - pochwalił żonę  Wojtek. Jestem w pewien sposób rozczarowany Hanką - wydawała  mi się nieźle ogarnięta a tu takie kwiatki wychodzą. Powinna  się  cieszyć, bo już niedługo będzie  żoną lekarza  fizjoterapeuty. Ciekawe  jak  będzie  w  tym układzie z Luną - ja mam wrażenie, że ona sama wybierze sobie u kogo będzie  mieszkać. Jeśli teraz  jest głównie u rodziców  Hanki to jest logiczne  by u nich  została. A wiesz - ja też słyszałem , że  podhalany bardzo marnieją  na  nizinach i nie powinny zmieniać klimatu. Ale nie mam pojęcia  czy tak jest naprawdę.  Może to szło o to, że w  miastach to mało jest domów  z ogrodem i taki pies  może   bardzo źle  znosić pobyt całodobowy w mieszkaniu. Poza  tym to gdyby  ją Milosz  wziął do  siebie to biedny pies siedziałby  całymi dniami sam w ogrodzie, więc to też byłoby  mało dla niego radosne. Bo jego przecież nie ma całymi dniami  w  domu bo ma oprócz pracy jeszcze jakieś zajęcia na uczelni. No a poza tym  nie  da  się ukryć, że póki co to on tu nie ma  wszak  swojego domu z ogrodem i naprawdę nikt nie  wie czy  będzie  miał.  No popatrz  - chcieliśmy dla Milosza dobrze, a de  facto to ma  chłopak  problem teraz  z tym psem. A poza tym powiedzmy  sobie  szczerze - matka Hanki na pewno dobrze   się opiekuje Luną, ona ma przecież w ogrodzie Hanki rodziców  drugą budę.  Ciekawe  czy  rodzice Milosza naprawdę zjechaliby  do Polski czy to taka "ściema", żeby Milosz  nie przerwał studiów. 

Marta wzruszyła ramionami - nie mam  pojęcia, ale zapewniam cię, że nie  będzie  mi  to spędzać snu z powiek. Co sobie   jego rodzice  wymyślą to będzie  jego dotykało,  nie  nas. Na  szczęście gdy on  zacznie  tu pracować i uda mu  się jakoś osiąść w jednym  domu z  rodzicami, to pies  raczej  będzie  miał całkiem fajnie.  Milosz zapewne kwestię sprzedaży tego  domu sceduje  na rodziców, bo on nie  da rady połączyć  bezkolizyjnie  sprzedaży tej  chaty i jednocześnie pracy i studiów.  Ale  to niech  sobie on omawia ze  swoimi  rodzicami.  On po ostatnim egzaminie pewnie pojedzie   na kilka dni na Słowację, ale jak narzekał to  nie  może mu to zająć więcej niż 3, 4  dni.  Z opowieści Hanki to wiem, że  rodzice  Milosza  to bardzo "obrotni" są, mają znajomych prawników, więc zapewne będą dobrze przygotowani do tego by "odzyskać syna i dom". 

                                                               c.d.n.

 

 


niedziela, 22 grudnia 2024

Córeczka tatusia - 177

 Ojciec Michała  spędził niemal miesiąc w klinice, ale w  śpiączce farmakologicznej tylko 12  dni. Michał w tym czasie kilka  razy  rozmawiał ze wspólnikiem  ojca, który mu przekazywał w  skrócie  jak przebiega kuracja. Lekarz  nadzorujący kurację raz poświęcił  cały kwadrans   swego drogocennego czasu na  rozmowę z Michałem. I zapewnił  Michała, że gdy  tylko jego ojciec całkowicie powróci  do równowagi psychicznej to na pewno  sam do Michała  zatelefonuje. Oczywiście   Michał pytał lekarza czy ojcu dobrze  zrobiłby na psychikę przyjazd  do Polski, ale lekarz  stwierdził, że nie jest  wróżką i nie  wie jak to mogłoby  wpłynąć na ojca psychikę i że przez okres  kilku najbliższych  miesięcy na pewno  nie byłoby to  wskazane  podobnie  jak i wizyta  Michała  w Stanach, bo na razie  to trzeba ojcu oszczędzić napływu nowych wrażeń. W międzyczasie  wspólnik ojca nadesłał Michałowi kopie i  oryginały dokumentów dotyczących  zapisów majątkowych dla Michała i jego  dzieci. Ponieważ Michał wyraził  zdziwienie wspólnik ojca  powiedział, że jego zdaniem tak będzie najlepiej i....najbezpieczniej. Ten ostatni przymiotnik szalenie zdziwił Michała, ale nie  skomentował tego. Opowiadając o  tym Wojtkowi powiedział, że nie  dopytywał się co  wspólnik ojca miał na myśli, bo on osobiście nigdy  nie liczył i nadal nie liczy na jakikolwiek spadek po ojcu - ma własne zasoby  finansowe które  sam własną pracą osiągnął i nie liczy na  żaden  spadek. A to głównie  dlatego, że znając ojca  wcale  by się nie  zdziwił, gdyby kwestia przejęcia  spadku była obwarowana jakimiś specyficznymi  warunkami, których na pewno Michał nie chciałby  spełnić.  W ramach oszczędzania ojcu "napływu  nowych  wrażeń" Michał nie  telefonował do ojca  tylko do jego wspólnika. Poza tym obaj z Wojtkiem mieli jak  co roku o tej  porze masę pracy, której nie miał kto  za nich  zrobić.

Ewunia "podeptała  roczek", czyli zrobiła  swe pierwsze  kroki prawie tydzień  przed ukończeniem pierwszego roku życia. A wszystko za sprawą kojca, który małej wielce przypadł do gustu. Był "rozległy" - w jednym narożniku Marta urządziła  kącik wypoczynkowy z miejscem do poleżenia a reszta miała świetną sztywną podłogę a rozstaw szczebelków umożliwiał małej Misi wchodzenie do kojca, co się ogromnie podobało Ewuni i zdaniem Marty to wędrówki Misi po kojcu zdopingowały Ewunię do poruszania  się po kojcu- wpierw do raczkowania  a potem do ruszenia w pogoń za  psiną już na nóżkach.  Co prawda  nieco  się  dziecina   jeszcze  chwiała i zataczała  często lądując  pupką na podłożu,  ale wcale   jej to nie  frustrowało.Wśród przyjaciół Marty i Wojtka  krążyło zdjęcie Ewuni leżącej w kojcu w  swoim kąciku wypoczynkowym i obejmującej Misię - obie  spały. Teść Marty był "dumny i  blady", bo kojec był prezentem od  niego. Poza tym kojec był tak skonstruowany, że zależnie od potrzeb  mógł być większy lub  mniejszy i być albo mocno wydłużonym prostokątem  albo kwadratem. Na  dodatek była  do niego dołączona brezentowa bardzo  duża "podkładka" by mógł być rozkładany w ogrodzie oraz preparat, który odstraszał nieproszone owady. Ale ojciec  Wojtka, który już wcześniej znał wymiary kojca zamówił w stolarni składany podest  do tego kojca, więc stwierdził, że kojec będzie  zawsze  na  wakacjach stał na tej prezentowej płachcie i na  podeście. Z przyjaciół to pierwszy "wpadł"  do Wojtków Andrzej gdy  wracał z kliniki. Nakręcił  smartfonem króciuteńki filmik by pokazać go u siebie  w domu. 

A wiesz, że gdy pokażesz  ten  filmik dzieciakom  to zaraz  obaj będą  cię zamęczali by do nas  przyjechać? Zaraz  usłyszysz, że oni nigdy  nie byli w kojcu zwłaszcza  z  Misią - powiedziała Marta. Andrzej uśmiechnął  się - właśnie na  to liczę. Na  wyjeździe, dzięki obecności Ewinki, nie  będą  ciągać  wciąż moich rodziców  do lasu i oszczędzą im  tym samym nerwów i ciągłego  wypatrywania  co który  z nich wkłada do buzi. Będą  dla  nich  dwie  atrakcje - Ewa i Misia, a  to wszystko na zamkniętym na klucz terenie, z lasem na  wyciągnięcie  ręki, więc powietrze jak  należy. Co prawda  będą nas potem  zamęczać by koniecznie było jakieś zwierzątko w  domu, ale  ojciec mi powiedział, że po prostu  zaproponuje  się im jakieś "klatkowe" zwierzątko, może świnki morskie albo  miniaturowego królika. Uwielbiam waszą Ewunię i dopilnuję by była  moją  synową. Te maluśkie "księżniczki" są  cudowne, a ona  zwłaszcza. Te jej   malusie paluszki są śliczne. 

Marta popatrzyła  się na niego i powiedziała - twoi chłopcy gdy byli w jej wieku też  mieli takie  same śliczne  malusie paluszki i też  byli tak  samo  zachwycający jak teraz Ewa. Tylko ty wtedy byłeś wielce zarobiony a poza tym pomału już dostrzegałeś wady Leny, ale nie zastanawiałeś  się nad  tym wszystkim poważnie. I twoje  zastrzeżenia  względem niej jakoś obciążały  chłopców.  Przepraszam, że ci psuję  mówieniem o  tym nastrój, ale mówię prawdę. I mam też  do siebie nieco żalu, że nie polubiłam wtedy Leny, że ją w jakimś sensie  "skreśliłam", choć z początku była mi znacznie  bliższa niż Ala. 

Myślę, że i tak  masz  wiele  szczęścia, że trafiłeś na Marylę która kocha i  ciebie i chłopców i jest  dla  nich pełnowymiarową mamą. Bo ty nie jesteś  facetem łatwym na co  dzień, ja to bym  się z tobą  pół  dnia kłóciła, choć bardzo, bardzo  cię cenię i lubię. Andrzej patrzył na  nią milcząc a potem cicho powiedział - kocham cię. Marta uśmiechnęła  się - wiem o tym - by być czyimś dobrym przyjacielem trzeba go kochać - nieco inaczej niż żonę lub  męża, ale jednak trzeba go darzyć uczuciem. Dobrze, że  to  rozumiesz. I kto wie - może faktycznie będziesz kiedyś teściem  Ewy. 

A teraz weź ją na  chwilę na ręce, zobacz  jak  się wprasza  do ciebie. Po prostu usiądź w kojcu i wtedy ją na  chwileczkę weź na  ręce i  przytul do siebie. Odkryliśmy z  Wojtkiem, że wtedy ona jakoś pojmuje, że nadal  musi  być  w kojcu  a nie  będzie  noszona po mieszkaniu, co bardzo  lubi. Wiesz- to może śmieszne,  ale gdy masz  w  domu takiego  maluszka to codziennie uczysz  się czegoś nowego. 

Mój  szef  stwierdził, że dopiero przy moim pół etacie zrozumiał, że pracownicy umysłowi mogą tyle  samo pracy  wykonać na pół etacie co i na  całym. Bo to nie produkcja, której wynikiem jest jakiś fizyczny produkt, którego wykonanie pochłania konkretną i stałą ilość  czasu i im  dłużej pracujesz tym więcej sztuk tego wykonasz. Poza tym to ja  często w  domu  myślę o tym nad  czym  aktualnie  pracuję- robię sałatkę a  myślę zupełnie nie o  sałatce ale o reakcji skóry na któryś  ze  składników jakiegoś mazidła. Jak na  razie  to podzielność  uwagi mam  dobrą, dopiero raz  zapomniałam posolić to co robiłam.  Uważaj, ona  cię zaraz  ugryzie w brodę - uwielbia to. Ząbki jej idą na  potęgę, ale  gryzaka nie  chce, woli gryźć tatę lub mamę w brodę.  I walenie taty w głowę łyżką też jest jej zdaniem fajne, więc normalne  sztućce są u nas  zmienione  na plastikowe ewentualnie  drewniane, a te  drewniane  mają skrócone uchwyty, żeby  sobie  dziecko oka  nie wyjęło przypadkiem.

No patrz- przyjechałem do ciebie, bo mam wiadomość od Henia, ale jakoś tak o tym nieco zapomniałem. Bo Henio mi napisał, że chyba  nie  wróci do Polski. Bo nie jest pewien, czy jego wybranka zechce się przeprowadzić do Polski. No i już  sobie  wyobrażam co usłyszę od  szefa, gdy mu Henio złoży listownie wymówienie. Stary mnie powiesi. 

Marta  roześmiała  się - spokojna  głowa,  nie powiesi  cię, bo straciłby kolejnego dobrego chirurga. Skorzystaj z tej wiadomości i zacznij intensywnie  któregoś  z młodych  szkolić - powiedzmy  sobie szczerze- wiemy, że  są niektórzy wielce  w tym kierunku uzdolnieni, no ale to tak trudna dyscyplina, że  ci mniej zdolni po prostu dość  szybko odpadają a w zawodzie zostają ci uzdolnieni z "lekką ręką". Ale pamiętaj o  tym, że w tej specjalności ważna jest też bardzo dobra diagnostyka a nie  tylko zdolności manualne.  Teraz jest w  chirurgii podział na  specjalizacje, a kiedyś chirurg to rżnął to wszystko co należało wyciąć - musiał tak samo dobrze  wyrżnąć   migdałki jak i wyrostek lub kawał żołądka. Np. teraz kardiochirurdzy mają się za o wiele lepszych  od  wszystkich innych chirurgów i znacznie lepiej od  nich zarabiają. Jeszcze  nie  spotkałam  sympatycznego i empatycznego kardiochirurga. Są wyniośli, mają  się za lepszych. Na pocieszenie - kolegów kardiologów też nie poważają.

A jaki ja jestem?-zapytał Andrzej. Marta  chwilę milczała - chyba  zdajesz   sobie  sprawę, że moja opinia o tobie może  być  mało obiektywna, bo dla  mnie jesteś  częścią mojej  rodziny a do tego wszystkiego podobasz  mi  się jako facet - jesteś  w moim  typie. I mam  do ciebie  stuprocentowe  zaufanie. I Wojtek o tym wszystkim  wie. I jak widzę to jesteś  też w typie Ewy- nie każdy może ją wziąć na ręce i tulić do  siebie. 

Powiedz  mi a jak Milosz? Jest jeszcze w  Warszawie czy już  skończył to szkolenie?-spytała. Milosz to jeszcze jest w Polsce,  ale przeprowadził się do Konstancina i tam coś wynajmuje z kimś do spółki-wyjaśniał Andrzej. No patrz- a tata Wojtka  nic mi o  tym nie mówił. A może   dlatego nie mówi, bo mu jest jednak wygodniej  z nami mieszkać  niż samemu. Ja to nawet  wolę gdy on pomieszkuje u nas, bo mam go wtedy "na oku"  i  nie  muszę  się martwić jak  się czuje, bo go codziennie widzę. Czasami to Wojtek  się śmieje, że jego ojcu się wydaje , że jestem jego rodzoną  córką. A wiesz jak idzie Miloszowi w  tym Konstancinie?  

No wiem, bo rozmawiałem z jednym z lekarzy - idzie mu tak dobrze, że najchętniej to oni zatrudniliby go na stałe. Chłopak ćwierka już po polsku i twierdzą, że jest bardzo  zdolny i dobry  w  tym co robi. I chyba Milosz zaczyna   się zastanawiać czy aby nie przeprowadzić się do Polski. On to by  chciał, bo w pewnym  sensie ma  dość "opieki" swych teściów, bo ojciec Hanki zatrudnia ją nielegalnie, nie płaci za nią ubezpieczenia a jej daje  jakieś grosze.I Milosz teraz  intensywnie   się zastanawia jak to dalej rozegrać. A dlaczego Milosz nam o tym  wszystkim  nie powiedział? - dziwiła   się  Marta. 

No bo czeka na reakcję Hanki na  list, w którym jej napisał jak on widzi dalszy  ciąg tej sprawy. Wiesz- ten dom z ogrodem w Tatrzańskiej Łomnicy to jest tylko jego, bo był wyłączony ze  wspólnego majątku Hanki i jego. Milosz ostatnio powiedział, że czeka  na odpowiedź Hanki i jej wybór - on i Polska czy jej rodzice i Słowacja.  I rozgląda  się po Konstancinie i ogląda co jest oferowane  do sprzedaży. Z tego co  się dowiedziałem to jest  ceniony pod  względem zawodowym i lubiany  przez  pacjentów. Może zapuści tu  korzenie. Tyle  tylko, że jemu  nie opłaca  się by zamieszkać w  Warszawie, może  raczej gdzieś pomiędzy Warszawą a Konstancinem. A ziemia  w Konstancinie  na  wagę  złota- drożej miejscami niż w  Warszawie. A najlepsze, że jego rodzice stwierdzili, że może oni by się do Polski przeprowadzili z tego Brna, nawet pod Warszawę.  No i Milosz ma  w tej sytuacji o czym  myśleć. Ja  mu nic  a nic  nie  doradzę - to jego życie  nie moje. Oczywiście  jak mnie poprosi bym obejrzał jakąś lokalizację i ocenił, to oczywiście obejrzę i powiem jak  to oceniam. Mogę nawet podsunąć jakiegoś rzeczoznawcę, bo ja  się na chałupach nie  znam, ale mój ojciec ma dobrego kolegę  z tej  branży.

Ostatnio Milosz powiedział, że tęskni za  Luną a gdyby mieszkał poza Warszawą i  miał chałupę  z kawałkiem ogrodu to mógłby nadal mieć  Lunę. I tak jakoś mi przyszło do  głowy,  że może to jego małżeństwo nie  było takie  super skoro słyszę, że myśli o Lunie bardziej niż o Hance. Za  to ponoć jego rodzice  szczęśliwi, że robi  tę  fizjoterapię. Jedno  co łączyło jego rodziców i rodziców  Hanki to wściekłość na  niego, że przerwał kiedyś  studia i  zajął  się "przewodnictwem"- no bo co to za  zawód "prowadzenie po górach  turystów". Bo to, że łączył własne hobby z pracą,  za którą mu płacono jakoś żadna  ze  stron  nie brała pod uwagę. No a do was  nie dzwoni, bo jak  stwierdził to  mu głupio głowę wam zawracać. No to ja do niego zadzwonię - stwierdziła  Marta.

                                                         c.d.n.

piątek, 20 grudnia 2024

Już za chwileczkę, już za momencik......

 czarowny,  rodzinny wieczór  zacznie  się kręcić.....


 

Wszystkim, którzy tu zaglądają i czytają te moje polskie harlequiny (oparte jednak o prawdziwe historie) życzę by spełniły się najskrytsze Wasze  marzenia a czekające pod choinką prezenty sprawiły radość!!!