wtorek, 1 marca 2022

Ryzykantka - 32

Pomału, jakby bocznym  wejściem do rodziny weszła Ewelina, teraz  przechrzczona na "Welę", co zdaniem  Ewy brzmiało znacznie  lepiej niż Ewela. Spotkanie obu rodzin, czyli obu par rodziców Weli,  oraz rodziców Pawła nastąpiło  w Konstancinie, w przemiłej restauracji o wdzięcznej nazwie "Świerkowa". Dziadkowie  nie brali w nim udziału twierdząc, że to dla nich już zbyt męczące. Menu uzgadniali Wela i Paweł, a koszty  ponieśli do spółki rodzice narzeczonych. Gdy Ewa zobaczyła ojczyma Weli stwierdziła, że tak naprawdę to on i Wela są do siebie podobni, a starszy brat Weli był podobny do pierwszego męża matki Weli, który  według metryki był ojcem i Weli i jej brata. Teraz dotarło do Ewy dlaczego ta  rodzina jest taka patchworkowa. Podejrzewała, że metrykalny ojciec Weli wiedział co jest  grane, ale  z jakiegoś  względu zdecydowano się na taki układ. No ale to Ewie  nie przeszkadzało, była to wewnętrzna  sprawa tamtej rodziny. Wela do obu ojców zwracała się po imieniu i tak samo do obu matek.

Trochę  dziwne to wszystko- myślała  Ewa, tym bardziej, że odkąd Wela nieomal każdy weekend  spędzała w domu Ewy i Roberta, zaczęła do Ewy mówić tak jak Paweł - mamuś. Młodzi  nie chcieli  ślubu kościelnego - miał być taki zwyczajny cywilny ślub jak Ewy i Roberta, a zaraz potem nowożeńcy pojadą na tydzień na Słowację- to będzie  znacznie milsze niż siedzenie w jakiejś knajpie za stołem i  najadanie  się. Miejsce już nawet jest  zarezerwowane, w tym samym domu, gdzie byli z dziadkami Pawła. W toku narady rodzice Weli stwierdzili, że do chwili ukończenia studiów będą ją  nadal finansować, tak jak to robią rodzice Pawła względem jego osoby. Ślub miał być 2 sierpnia, w środku tygodnia, w  czwartek, następnego  dnia  mieli jechać na Słowację , samochodu miał im użyczyć ojczym Weli.

Gdy wracali do  domu, Ewa powiedziała, że woli  aby Młodzi na  Słowację  pojechali jej  samochodem, bo Paweł ma już ten  samochód "wjeżdżony". Mamuś, pojedziemy taty samochodem, bo jedziemy tam wszyscy- tzn. prawie  wszyscy, czyli ty i tata oraz  my. Dziadek z babcią  wolą zostać w domu.

A to jakiś spisek? Robert  roześmiał się- nie,  nie spisek, tylko niespodzianka dla Ciebie. Paweł we  wrześniu broni, więc sobie  pomyślałem, że będzie dobrze jak trochę po górach polata- dotleni się trochę. A nie pomyślałeś, że może nie  będę mogła jechać z uwagi na prace, które będą w tym czasie w domu? Pomyślałem, ale sama mi mówiłaś, że to przesunięcie tej ściany i zrobienie  łazienki to pestka, zresztą oni przecież  zaczną od  drugiego końca i gdy się  wezmą  za  łazienkę to już będziemy z powrotem. Dziadek nie jedzie, więc  dopilnuje. Dziadek naprawdę jest bardzo przytomny, ty go nie  doceniasz po prostu.Wszystko mu wypiszemy i będziemy w kontakcie. Poza tym będziemy raptem dzień drogi od Warszawy. W najgorszym razie, jeśli będziemy potrzebni w Warszawie to oni wrócą sami autobusem ze Słowacji do Krakowa i z Krakowa pociągiem. Przecież są dorośli.

Ewa westchnęła. Wela, a ty celowo rozjaśniłaś na dziś swoje  włosy? Tak , mamuś. Nie pomyślałaś, że  to może być dla mnie  szok? Przepraszam  mamuś. Miałam  straszne opory, by ci to wyjaśnić. Robert się obruszył- nie  rób dziewczynie afery, że  włosy rozjaśniła. Niczego  kochany nie  rozumiesz, w domu ci to z Welą wytłumaczymy. A coś  się  wydarzyło złego?  Nie, teraz się nie wydarzyło ale kiedyś. Ale wiesz  sam jak jest  - czasem wydarza  się coś niezbyt  złego, ale skutki ciągną się latami.  

Po kolacji, gdy  dziadek z  babcią włączyli sobie  w salonie jakiś  film,  na górze  we wspólnym ich saloniku Wela  snuła opowieść.  Otóż była kiedyś para młodych ludzi -  Bogna i Roman. Spotykali się przez ostatnie dwa lata liceum, snuli plany, że gdy skończą studia to się pobiorą, bo się wszak kochają. Ale ojciec Romana , który  pracował w  ministerstwie spraw  zagranicznych załapał się na placówkę do jednego z krajów Europy Zachodniej i tuż przed  maturą rodzice zgarnęli Romana, tłumacząc mu, że nie zostawią go samego w Polsce, bo będzie dla niego lepiej, jeśli studia  zrobi za granicą. Poza tym jest za młody by mieszkał sam. Roman tłumaczył, że kocha pewną dziewczynę, że chcą się pobrać gdy tylko  skończy owe  magiczne 21 lat, ale rodzice  stwierdzili - jeżeli naprawdę się kochacie, to na siebie  zaczekacie. Mniej więcej po roku od rozstania listy przychodziły coraz rzadziej, Roman tam  studiował, miał już grono  nowych przyjaciół. Tu Bognę zaczął pocieszać pewien Sławek, namówił ją na małżeństwo, argumentując, że Roman już na pewno ma inną i tu nie wróci. Wzięli ślub i z tego związku urodził im  się  szybciutko syn, Piotr. Mniej więcej w tym samym czasie Roman wrócił do Polski i swe pierwsze kroki skierował do Bogny. 

Podobno stara  miłość nie  rdzewieje, zwłaszcza taka niespełniona. Bogna  nie jeden raz   zdradziła Sławka ze swą "starą miłością" i  za którymś razem zaszła w ciążę z Romanem i na świat przyszła Wela, ale oficjalnie  jej ojcem był Sławek. Po kilku latach Bogna  rozeszła się ze Sławkiem i wyszła za Romana, który teraz wg dokumentów był  ojczymem Piotrka i Weli. A  Sławek ożenił się z kuzynką Romana, Alicją. I wszystko by tak sobie  trwało cicho i grzecznie, gdyby  nie studia  Weli, która  bardzo  zainteresowała się  genetyką i w ramach ćwiczeń porobiła badania  genetyczne  całej swojej  rodzinie.

Wpierw sprawę wpuściła matce, która stwierdziła, że to nie ma  żadnego znaczenia i   ona nie ma  najmniejszego  zamiaru wyprostowywać całej  sprawy.No i żeby nic  nie  mówiła Piotrkowi. Co dziwniejsze, Roman też poprosił ją , by zostawiła sprawę tak jak jest. To przecież  wszystko jedno i dochodzenie  sądowne  prawdy  nikomu  nic  dobrego nie przyniesie. W gruncie  rzeczy on jest przecież z nią i nie ma  dla niego znaczenia że na papierze jest tylko ojczymem. Nie  kocha jej  z tego powodu mniej, o czym ona przecież wie. A poza tym to dla niego żadna  nowina, bo i on i Bogna od dawna wiedzą, że Wela jest jego  dzieckiem i pokazał Weli swoje  zdjęcie gdy był chyba  półtorarocznym  bobasem - Wela  z tego okresu wyglądała identycznie.

Wela, ale  dlaczego to ukrywałaś  przede mną?- spytał Paweł z wyraźną pretensją w głosie. Ja ci przecież powiedziałem, że Ewa  nie jest  moją biologiczną mamą, ale  kocham ją tak, jakby nią była. 

Nie umiem  ci tego wytłumaczyć. To właśnie  dlatego, że twoja mama jest taką szczerą i otwartą osobą  zdecydowałam się to wszystko powiedzieć. Bo ja choć bardzo się staram, nie mogę  jakoś pokochać  swego biologicznego ojca. Ten  papierkowy był dla mnie  bardzo  dobrym ojcem i to był jego pomysł byśmy się  wszyscy spotykali w  święta i by lansować trend "wszystkie  dzieci są nasze", nie istotne jest jak to jest  z tą biologią. To nie ja go zdradziłam, ale moja  matka, a czuję się z tym źle.

Ewa powiedziała- ja cię rozumiem. Ale pamiętaj , że genetyka  to nie tylko kwestia ustalenia  ojcostwa ale to nauka, która  może nam pomóc w  zwalczaniu  wielu chorób, bo niektóre   geny już można poprawiać. I zapamiętaj  sobie - nie  możemy odpowiadać za grzechy naszych rodziców. My i oni to dwa różne pokolenia. Nie płacz, obydwaj twoi ojcowie to mądrzy faceci. I obaj chcieli dla  ciebie  jak najlepiej. Paweł, utul ją, ta cała sprawa ją boli i ją zmęczyła. Ale wpierw zejdź na dół, w zielonej szafce w kuchni jest melisa,  zaparz jej  herbatkę z melisy i przynieś tu na górę. A ty idź przemyć buzię  chłodną wodą. W szafce  łazienkowej są kropelki do oczu, po1 kropli do każdego oka.

Popatrz- jak jedna  głupota  może zmarnować życie dziecka. Ale ty już to wiesz, więc  zamykamy temat. Gdy  Paweł wrócił z melisą  Wela  była jeszcze w  łazience. Idź do niej, ucałuj, przytul i powiedz że się nie gniewasz, że ci nie  powiedziała. Nooo, nie gap się na mnie, idź do niej. A herbatkę  postaw  na  stoliku, bo jeszcze ją rozlejesz.

Robert przytulił Ewę i  powiedział- ty się marnujesz, powinnaś założyć przychodnię terapeutyczną. Taaak, najlepiej  połączoną z sauną infrared.  Może byśmy poszli do sauny, mamy  niedaleko. Możemy też  dzieci namówić. 

A ja to bym sobie  jakiś masaż  zafundował, widziałem gdzieś po drodze jakąś  reklamę,  chyba  na stacji benzynowej. Masaż to ja ci mogę sama zrobić, po prysznicu. Oj, przydałaby  się nam jakaś Odnowa  Biologiczna taka jak u Wojtka.  Poszukam jutro w sieci. Będzie tu zdecydowanie  taniej , bo za hotel  nie  będziemy  płacić. Robert,  zapytaj się u siebie  rehabilitantów, oni  powinni wiedzieć gdzie tu jest dobra odnowa  biologiczna lub  przynajmniej dobry masażysta. Podejrzewam, że w Miasteczku Wilanów już jest takie  udogodnienie  jak masaże, muszę  się wybrać na objazd. Bo  ty kochany to jeździsz tylko  najkrótszą drogą dom-klinika a tam po drodze nic nie ma, oprócz tego bunkra zwanego świątynią opatrzności. Jeżdżę najkrótszą drogą bo mi się zawsze spieszy do domu, do ciebie.

Żal mi się dziś  zrobiło tej małej - czuje się winna, że jej  matka zafundowała sobie  ciążę zdradzając męża. 

Z łazienki wyszli  wreszcie młodzi- Wela spłakana zawisła na szyi Ewy - dziękuję ci mamuś, że mnie  rozumiesz i  że się na mnie  nie gniewasz. No to się  napij herbatki z melisy i idźcie  spać. Wszystko będzie  dobrze, zobaczysz. No to my idziemy się "okąpać," jak mówią  panowie  kolarze. Gdy wyszli z  łazienki młodzi  już  byli w  swojej  sypialni.  No to my też idziemy do łózia- to był męczący dzień.

A ty naprawdę  zrobisz  mi masaż? No naprawdę, zobacz  mam nawet jakiś  balsam Ojca Grzegorza, właśnie  do masażu.  A co to  za ojciec Grzegorz? Ewa wzruszyła  ramionami- pojęcia  nie  mam ale do masażu to się  ten balsam nadaje. Nawet ładnie  pachnie.Czekaj, położę  wpierw ręcznik kąpielowy,żeby  nie wyświnić prześcieradła  tym balsamem. Nie  napracowała się tym masowaniem, bo Robert  stwierdził, że Ewa  ma  zbyt podniecający dotyk i może w takim  razie zajmą się  zupełnie  czym innym, a do masażu to jednak wynajmą  masażystę.

Czas jak zwykle pomykał raźno i ani się obejrzeli a już był ślub Pawła i Weli. Po ślubie Wela i Paweł zjedli  obiad z dziadkami   i rodzicami Pawła, potem spakowali się na  tygodniowy pobyt na Słowacji. Ewa  zostawiła swemu ojcu bardzo szczegółowy plan co i jak ma  być zrobione- plan  wpierw omawiała długo z  majstrem, który dowodził  ekipą - tą samą, która wcześniej  już ocieplała poddasze. Przy okazji wszystkie  trzy  łazienki dostały dodatkowe wyposażenie  w postaci bidetów, a w kabinie prysznicowej u dziadków zmieniono  stołeczek na   bardziej  stabilny w postaci  krzesełka i zainstalowano wewnątrz  kabiny poręcze, by łatwiej  mogli wstawać z krzesełka.

Domek na Słowacji  mieli ten  samo co poprzednio. Bo jeśli się już sprawdziło, że gospodarz  miły a domek się  sprawdził, to po co  zmieniać. Sporo  korzystali  tym razem z kursującej kolejki  elektrycznej. Podjeżdżali do  niej  samochodem,  samochód zostawał na  parkingu oni wyruszali  na szlak w góry,   kilka kilometrów  szli do wyznaczonego celu, potem  schodzili w dół  i  kolejką  dojeżdżali do  zostawionego na parkingu  samochodu.  Zwiedzili Demianowskie  Jaskinie  - Robert i Ewa  tylko jedną, a Paweł i Wela  wszystkie, które były dostępne. Jeździli  wszyscy razem, ale  często  trasę pokonywali tylko młodzi, bo Robert  nie  chciał by Ewa się  zbytnio zmęczyła, więc oni zwiedzali okolicę  samochodem, a czasem gdzieś siedzieli  w widokowym miejscu i potem podjeżdżali  po "dzieci". Oczywiście  pojechali też na Łomnicę kolejką i było to  dla  wszystkich  niezapomniane  przeżycie. Jeden  dzień spędzili w Popradzie w termach. Ewa i Robert od razu poszli do SPA, młodzi nie chcieli  żadnych  zabiegów, szaleli w Aquaparku.

Tydzień  minął podejrzanie  szybko, ale  młodzi  byli bardzo  zadowoleni- zwłaszcza że cały pobyt był prezentem ślubnym od Roberta i Ewy.

Do Warszawy  wracali wypoczęci a młodzi obiecywali sobie, że  będą przyjeżdżać co roku w Słowackie  Tatry.

                                                                             c.d.n.

Ryzykantka -31

Do Warszawy  wracali obładowani owocami, bo każda osoba   dostała  "własną " łubiankę  truskawek. W  samochodzie Roberta omawiano propozycję, którą Paweł otrzymał  z uczelni. Robert promieniał. Wszyscy pochlebnie  wyrażali się o dziewczynie Pawła, że taka  miła, mądra i skromna.Gdy Ewa  powiedziała, że Paweł chciałby zawsze  mieszkać z rodzicami i dziadkami pod jednym dachem, również wtedy, gdy się ożeni, babcia  miała niemal łzy w oczach i zaraz była wygłoszona  cała litania pochwał dla Pawła, że: miły, spokojny, bez  nałogów, nie bałagani, zawsze chętny do pomocy i w ogóle to jest naj, naj. No po prostu nie ma  na świecie  lepszego wnuczka  niż Pawełek.

 Ewa całą drogę  zastanawiała się jak jeszcze  można przeprojektować  wnętrze domu,by wszyscy  mieli wygodę. A tak intensywnie  myślała, że aż  się Robert zaniepokoił, czemu tak milczy  cały  czas  i kilka razy się  pytał, czy  aby na pewno wszystko jest  w porządku. Ponieważ była jeszcze  "młoda godzina" postanowili  zaprosić młodych, by jeszcze  z nimi trochę posiedzieli i zjedli  kolację i by Ewelina  zobaczyła jak mieszkają.  Ewa zatelefonowała do Pawła by mu o tym powiedzieć,  Ewelina przyjęła  zaproszenie, ale  chciała wpierw  podrzucić  łubiankę truskawek do domu i powiedzieć, że jeśli wróci to  późno, albo wcale. Młodzi szybko się  uwinęli z tą dostawą truskawek i przyjechali gdy Ewa i  mamcia  kończyły przygotowanie  obiado-kolacji. 

Dawno nie było przy  kolacji tyle  śmiechów. Paweł promieniał, zwłaszcza, gdy oprowadzał  Ewelinę po całym  domu i  żaden kącik  nie  został pominięty, a Ewa, jak każda pani domu,  zastanawiała się  czy aby wszędzie jest porządek. Gdy wrócili  "z obchodu" Paweł zadał wszystkim  zagadkę: "zgadnijcie , które pokoje  najbardziej się spodobały Ewelinie". Okazało się, że pokoje, które  są na poddaszu i są  wg Ewy przeznaczone  jako pokoje do pracy. Bo jest  z nich bardzo ładny widok i mogą być jako 2 oddzielne  pokoje ale są też połączone  ze sobą drzwiami i  mogą być również jednym, naprawdę  dużym pokojem. Ale tam  nie ma łazienki- zauważyła  Ewa- a na  łazienkę trzeba by "ukraść" kawałek pokoju. Ale  można też odzyskać metraż zmniejszając powierzchnię  strychu i dodając jeszcze jedno okno. To nawet nie byłoby bardzo  pracochłonne, bo całe poddasze jest  teraz  dobrze ocieplone i jest też ogrzewane. Czy mam wasze zachwyty  poddaszem rozumieć, że chcielibyście  właśnie  tam uwić  swoje gniazdko?- spytała  z uśmiechem Ewa. Właśnie tak- z entuzjazmem w głosie potwierdził Paweł, a  Ewelina tylko pokiwała głową. A kiedy zaczniecie owo wicie  gniazdka? - bo każda przeróbka  wymaga jednak  trochę czasu i lepiej  ją przeprowadzać gdy pomieszczenia  nie  są  jeszcze  zagospodarowane. Ja to bym chciał już, teraz  zaraz - stwierdził Paweł.   

Kochany - teraz,  zaraz to masz do dyspozycji  swoje  mieszkanie dwupokojowe, do którego dotrzesz  samochodem w 10 minut licząc  zaparkowanie, albo swój pokój tutaj.  W mieszkaniu masz nawet pełną  zamrażarkę, bo uzupełniłam tam zapasy. Chyba tylko  kawy tam nie ma, więc  możecie  wziąć stąd, albo na kawę wpaść rano do nas. Dziadkowie to zawsze  wstają o świcie, a my, jak wiesz  różnie, raczej w dni wolne od pracy  to się lenimy. A jak wyglądają wasze plany matrymonialne? To moje  pytanie  nie ma nic wspólnego z moim  zapatrywaniem się na małżeństwo itp., ale po prostu "tu i teraz" łatwiej jest  być oficjalnym  związkiem żyjąc pod jednym dachem.

Ewelina pokiwała głową i powiedziała- wiemy o tym i właściwie pewnie powinnam wpierw  skończyć  studia- mam jeszcze 2 lata. Kochanie, jeśli tylko  nie wpadniesz na pomysł by teraz -zaraz  mieć  dziecko, to małżeństwo ci w ukończeniu studiów nie przeszkodzi - my oboje  bardzo cenimy dziewczyny które studiują i raczej im pomagamy niż w tym przeszkadzamy. W kwestiach finansowych też wam pomożemy, niezależnie od tego gdzie będziecie  mieszkać - tu czy oddzielnie. A skoro wspierasz Pawła i namawiasz na robienie  doktoratu, to wiesz, że będzie to pewnie również wymagało  od was obojga pewnych wyrzeczeń. Jedną z dobrych rzeczy będzie to, że  zaoszczędzicie  nieco czasu  nie chodząc na randki, lub  nie zapadając nagle w stupor marząc o tym, by się  wreszcie  zobaczyć i utulić. Ewelina podeszła do Ewy,  zarzuciła jej ręce na szyje i długo coś szeptała do ucha. Paweł i Robert stali i  patrzyli z dużym  zainteresowaniem. Tato, one coś się namawiają, nie wiem czy to dobrze.

Nooo, być może- ze śmiechem stwierdził Robert. Ale sto razy lepiej by się namawiały niż kłóciły! W efekcie tych  szeptów obie poszły na piętro, zostawiając w salonie obu panów. Po jakimś czasie Ewa weszła do salonu mówiąc do Pawła - masz  dzikiego lokatora  w swoim pokoju. Paweł obdarzył Ewę pocałunkiem w policzek, tak samo Roberta i pognał do swojego pokoju.

Oj, starzejemy się- westchnął Robert- stajemy się pomału teściami. Ewa roześmiała się - ty się ciesz, że nie od razu dziadkami. Dobrze, że nie trafiła się nam jakaś odmiana niedorozwiniętej umysłowo  Harpii. A propos Harpii- nie telefonowała do Ciebie? Nie, odkąd nie ma dostępu do konta Pawła nie telefonuje- a czemu pytasz? Bo się pytałam Pawła, czy widział się może z matką, ale on stwierdził że nie,bo on nie ma na to najmniejszej ochoty, poza tym myśli, że oboje nie odczuwają takiej potrzeby i nie są na takie  spotkanie psychicznie gotowi. Twierdzi, że matka  ani razu odkąd się wyprowadził nie  szukała  z nim kontaktu.On zachował stary numer, ma go  w starej komórce, którą trzyma  w domu i raz  na tydzień sprawdza kto na stary  numer  dzwonił. Poza tym Harpia  ma numery do dwóch jego kolegów i gdyby tam dzwoniła, to dali by mu znać.

Wiesz kochany - mnie to nawet tej Harpii żal - usiłowała sobie  zmienić życie  na  lepsze i jakoś jej to nie  wyszło na  zdrowie- cicho powiedziała Ewa. Robert skrzywił się  - a mnie wcale jej nie  żal - zmienianie sobie życia  na lepsze musi być okupione  własną pracą, wysiłkiem  a nie przyczepieniem się do kogoś niczym  kleszcz i wykorzystywanie go. Popatrz- Ewelina   ma już licencjat, a idzie wyżej. Bardzo mi się to podoba i będę obojgu pomagał dopóki oboje  nie skończą studiów. I wieeesz? - ogromnie się   cieszę, że nasz dzieciak  dostał tę propozycję robienia  doktoratu. A co tak sobie  szeptałyście?

Ooooo, to ogromna tajemnica- zapytała się  czy pożyczę jej jakiś szlafrok lub  koszulkę  nocną, bo nie  planowała nocowania u kogoś a nie chce  biegać rano do łazienki nago. I pozwoliłam jej, by mówiła do mnie po imieniu, przynajmniej do czasu ślubu. A potem to jak będzie  chciała. A zauważyłeś,  jak  Pawłowi ulżyło, że akceptujemy Ewelinę? 

Wiesz Ewuś - wciąż się zastanawiam, jak to się stało, że trafiłaś akurat na mnie w mieście, w którym jest tak wielu  innych dobrych lekarzy i jak to się stało, że tak zupełnie  niemal w jeden dzień oszalałem na twoim punkcie. Tak dokładnie to w trzy dni. Wyobrażam sobie jaki ubaw  miał mój personal gdy cię tak prowadzałem po klinice niczym kwoka  wodząca  kurczęta. Myśleli pewnie, że zupełnie  zdurniałem.

Taaak, a ja się zastanawiałam jak cię poderwać i nie wypaść przy tym na skończoną idiotkę. Gdyby  mnie tak wszystko nie bolało i nie byłabym tak tym umęczona to pewnie bym sobie  coś złamała, żebyś tylko się mną dłużej  zajmował. A oglądasz  czasami co piszą w sieci twoi pacjenci? Wszyscy podkreślają twoje kompetencje, to że  jesteś  świetnym diagnostą i wielce  empatycznym człowiekiem. A o tej empatii to piszą  faceci, nie babki. Gdy pierwszy raz czekałam na wizytę u ciebie to starszy pan, który był przede mną powiedział mi, że "to bardzo dobry lekarz i wielce  empatyczny  człowiek". A jak spojrzałeś na mnie tymi swoimi niebieściutkimi oczami, to niemal mi tchu  zabrakło. I pierwsze co pomyślałam- na pewno albo żonaty  albo ma tabuny dziewcząt, nie podniecaj  się kobieto. Gdy mnie badałeś to marzyłam tylko o tym, żebyś to robił dłużej, odbierałam twój dotyk zupełnie innym miejscem niż miejsce badane. Trochę mnie to przeraziło nawet, bałam się, że to odkryjesz. Miałam coś takiego po raz  pierwszy  w życiu. No popatrz, a ja patrzyłem na twoją gołą pupę i  miałem przemożną chęć by cię  całować i tulić, a nie zastanawiać się co może być przyczyną  twych cierpień. Mój profesjonalizm wyraźnie wtedy poszedł się gdzieś paść. Bo tak normalnie  to mi było i jest  nadal obojętne czy oglądam faceta  czy  babkę. Głównie interesuje  mnie czy kończyna jest prawidłowo zbudowana a nie czy zgrabna, czy  miednica jest ustawiona prawidłowo a nie do kogo ona  należy. I pierwszy raz w życiu czułem do kobiety taki pociąg jak do ciebie. No po prostu stałaś mi cały czas przed oczami. Według pewnej hinduskiej  teorii byliśmy już kiedyś kochającą się parą i dane nam jest znowu być razem, dlatego jest  nam ze sobą tak cudownie. R., który jak wiesz jest racjonalistą i romantyzm jest mu obcy, też wierzy w tę  teorię i bezustannie nam  zazdrości.

A jak mu leci z panią Niną? Chyba nieźle, ale dawno  z nim na tematy poza  zawodowe  nie   rozmawiałem. I u nas i u niego są braki kadrowe, lekarze wyjeżdżają z Polski, bo cały system opieki  zdrowotnej źle funkcjonuje. I nie wykluczam  sytuacji, że może i my wyjedziemy i dobrze, że Paweł  będzie robił ten doktorat. Ma na to 3 lata. Będzie  miał lepszą pozycję przetargową. A Ewelina  ma doskonały kierunek, wielce  przyszłościowy. Wiesz,  zadziwił mnie Paweł, że chociaż ma wolne  mieszkanie  on woli tu mieszkać.

Ale oni tam bywają, bo zapasy z  zamrażarki znikają, głównie gotowe  dania, które po zrobieniu  zamroziłam. Ale zawsze jak  tam wpadam to wszystko czyściutkie,  naczynia  pomyte, mikrofalówka też, piekarnik w kuchence też wyszorowany, pranie  zrobione wisi w większym pokoju na  suszarce. W łazience trochę damskich kosmetyków. Ostatnio nawet zajrzałam do zmywarki- błyszczy się  jak nowa.

Tak sobie  pomyślałam,  że może ich chęć mieszkania "na kupie" z ojcem i matką  może się brać  z tego, że oboje  są jednak , jakby na to nie  spojrzeć, z rozbitych rodzin. I nie umiem sobie dać odpowiedzi, czy ich model rodziny po rozwodzie jest dużo lepszy. No może o tyle, że nie  ma  awantur. No ale gdy się ma  nie dwa, ale cztery komplety  dziadków to jest to jakby nieco nienormalne.

Ciekawy jestem jak twoi rodzice jutro rano  zareagują na  nich gdy ich ujrzą przy śniadaniu. Bardzo  mnie interesuje  mina  mamci. Eeeee, nie doceniasz  mamci - ona wszystko potrafi zinterpretować tak, jak jej pasuje- uzna, że spali w oddzielnych pokojach, bo przecież jeszcze  ślubu  nie było. A ojciec stwierdzi, że to nie jego sprawa, tylko nasza  wewnętrzna. Taty ulubione  porzekadło to : "rób jak uważasz i uważaj jak robisz". Poza tym uważa, że skoro "góra  domu" jest  nasza, to jemu nic do tego kogo i na  jakich warunkach  nocujemy. Już pomijam to, że ciebie  uwielbia i nazywa  cię prawdziwym mężczyzną, a Pawła zaanektował jak rodzonego wnuka. 

Mojego byłego nazywał koczkodanem. Na ogół padało pytanie - a co ten  koczkodan Julian tu chce? Na początku to jeszcze  do koczkodana dodawał jego imię, później już tylko był koczkodan. Zabij mnie, ale nie wiem skąd taka ksywka. Nie mam nawet pojęcia  jak wygląda koczkodan, zresztą podejrzewam, że podobnie  jak makaków to jest i koczkodanów  kilka podgatunków. A Julian był nawet dość przystojny tylko dość wredny z charakteru. Zapewne po swojej mamuśce, która poza  nim świata  nie widziała.

                                                                       c.d.n.

poniedziałek, 28 lutego 2022

Ryzykantka - 30

 Pogoda była ładna i po  powitalnej kawie, domowym  cieście i pachnących truskawkach  wszyscy zdecydowali, że można by się przejść na  spacer do pobliskiego lasu.  Franek stwierdził, że on zostanie w domu  z "inwalidą" , bo wcale nie  jest pewien, czy taka piesza wycieczka dobrze Klonowi  zrobi, zwłaszcza, że  zdjęcie  gipsu było uzależnione od tego,  co lekarze  zobaczą na zdjęciu rentgenowskim. Robert   stwierdził, że jego zdaniem też  tak będzie lepiej, a to że minęło już  6 tygodni to nie dowód, że kość się  zrosła. Miał kiedyś w szpitalu  nastolatkę, której  kostnina tworzyła się blisko rok, a nie  zwyczajowe 6 tygodni.  No więc lepiej na "zimne podmuchać". 

Alina  zaraz  "zaanektowała" Ewelinę, była ciekawa jak się jej studia podobają, co zamierza robić gdy je  skończy,  mamcia wciąż biła się w piersi za to, że kiedyś  tak się dała otumanić  swojej przyjaciółce, a Ewa pocieszała ją, że przecież wszystko się  dobrze  skończyło,  dziadek przysłuchiwał się pilnie  dyskusji Eweliny i Aliny,  pełnosprawny Klon dyskutował z Robertem o samochodach, a Paweł szedł zadumany ze  wzrokiem utkwionym przed siebie. Gdy  mijał babcię i Ewę, ta go schwyciła za rękę i powiedziała- Pawełku, możesz mi dać do sprawdzenia już jutro to co  już masz  napisane. Wolę cię mieć pod ręką gdy będę sprawdzać, bo jak ci już mówiłam tematyka jest mi dość obca. A czemu ty taki jakiś smutny jesteś? Nie  mamuś, nie jestem  smutny, tylko muszę kilka spraw przemyśleć, jak choćby to, czy zostać na uczelni - bo dostałem taką propozycję, czy rozejrzeć się po firmach. Finansowo to mogę zapewne trochę lepiej "wylądować" w jakiejś firmie, ale tu mi proponują bym został i  zrobił doktorat. 

No i tak się biję z myślami, bo kiedyś panowało przekonanie, że tylko kiepscy zostają na uczelni. No ale wiem, że nie  jestem kiepski i wiem, że nie każdemu proponują by robić doktorat.  No pewnie  synku, że nie jesteś kiepski, skoro ci proponują byś został na uczelni i robił doktorat- głąbom i średniakom tego nie proponują. Słyszałam, że marzeniem każdego informatyka jest załapanie się na stanowisko administratora  sieci w  jakiejś instytucji, bo dobrze płacą a roboty ponoć niewiele - ale jakoś mnie to nie przekonuje. Wiem , że brat jednego z naszych projektantów ma taką pracę. Gdy będę w biurze w tygodniu, to przepytam  chłopaka. Porozmawiaj też o tym z tatą - jak widzisz po doktoracie   niekoniecznie musisz zostać na uczelni, ale jeżeli chcesz pracować naukowo to łatwiej ci będzie z doktoratem niż bez niego. 

Na razie  rozmawiałem o tym z Eweliną , teraz z  tobą i obie  mówicie jednym głosem. Może jestem dziecinny, że nie umiem sam podjąć decyzji, ale co kilka głów to nie jedna. Pawełku- nie jesteś dziecinny- po prostu lepiej jest wszystko przedyskutować i przemyśleć niż nie przemyśleć. Bardzo dobrze o tobie świadczy, że chcesz poznać opinię i innych osób. Często ktoś z zupełnie innej branży dostrzeże coś, czego my, którzy w  niej jesteśmy na co dzień nie dostrzegamy i dlatego uważam wszystkie  merytoryczne  dyskusje  za  bardzo pożyteczne. 

Popatrz, ciocia Alina nie wypuszcza  Eweliny z rąk!  Mamuś, to dobrze, bo ciocia Alina ma wyostrzone  spojrzenie i wiem, że ciocia na pewno ją sprawiedliwie oceni. Dużo z ciocią  rozmawiałem w Zurichu. I dlatego Ewelinę tu przywiozłem, bo ja przecież na nią patrzę z innej perspektywy. 

Paweł, jesteś bardzo poukładanym człowiekiem i jestem naprawdę dumna, że jesteś moim synem i jesteś tak bardzo podobny do swego ojca! I cieszę się, że twoja  dziewczyna - bo chyba  mogę ją tak nazywać?- myśli podobnie jak ty i dorównuje ci intelektem. To bardzo ważne we wspólnym życiu. A czy  zauważyłaś mamuś, że ona jest tylko troszeczkę od ciebie wyższa? I chyba tylko jest trochę ostrzejsza od  ciebie w ocenach innych. Ty jesteś  bardziej wyrozumiała.  

Bo wyrozumiałość przychodzi z wiekiem, a wy oboje  jesteście jeszcze młodzi,  a młodość patrzy  na wszystko nie  zastanawiając się nad tym, że istnieje wiele "odcieni białego i czarnego" a nie tylko idealna biel lub idealna czerń. Wyrozumiałość przychodzi do nas z wiekiem, gdy sami zaczynamy rozumieć, że nie jesteśmy idealni a  pomimo tego inni nas kochają i szanują. 

Paweł,  a widujesz się ze swoją mamą?  Nie - myślę, że ani ona ani ja jeszcze nie jesteśmy gotowi na takie  spotkanie. Ona wie jak mnie odnaleźć, ale wiem, że mnie nie szukała i nie wypytywała się gdzie  jestem. Poza tym ona   ma telefon do taty i nie jeden raz do niego telefonowała gdy przeputała na coś pieniądze. Tata ma przecież ten sam  numer od wielu lat. Może to  podłe, ale  nie mam  najmniejszej ochoty by ją zobaczyć. Ojciec  nigdy nie  powiedział do mnie  nawet jednego złego  słowa na  nią, ale ja ciągle słyszałem jaki ten mój ojciec jest  drań i dziwkarz. A ja, głupol do kwadratu, wierzyłem jej i na rozprawie  wybrałem ją. Rozmawiałem o tym wszystkim z ciocią Aliną- jakoś siostrzana  miłość nie pozbawiła jej krytycznego spojrzenia na  brata, tak samo jak na ich ojca, który był szalenie uciążliwy i jako ojciec i podobno jako mąż. A wiesz, że ciocia wyszła za Franka wbrew  ojcu? Nie odzywali się do siebie przez kilka lat. Mam tylko nadzieję, że więcej u mnie  genów ojca  niż dziadka.

Nie znałam twojego dziadka, ale wciąż odnajduję w tobie cechy twojego ojca. Po matce  znalazłam  w tobie  tylko te brązowe ciapki w twych oczach. Często się przypatruję wam obu i widzę jak  bardzo jesteś odzwierciedleniem  swego ojca. I za każdym nowym  spostrzeżeniem mówię mu o tym. I cieszy się z tego niczym dziecko, które  dostanie pod  choinkę  wymarzoną  zabawkę.

Mamuś, a  wiesz o czym marzę?  Nie wiem, jeżeli chcesz bym wiedziała, to musisz  mi to  powiedzieć. Ale od razu ci mówię, że jeśli marzysz o braciszku lub siostrze to mowy  nie ma. O innych rzeczach  możemy podyskutować.  Paweł zaśmiał się - o nie, o rodzeństwie  nie marzę. Marzę tylko o tym, żebyśmy  zawsze mieszkali wszyscy razem w jednym domu, nawet gdy się ożenię. 

A czy pomyślałeś, że to twoje  marzenie o wspólnym dla nas  wszystkim dachu może wcale nie być marzeniem kobiety z którą się ożenisz? Wiem, ale będę starał się ożenić z taką, która będzie myślała tak samo. A co będzie, jeśli zakochasz się w takiej, która ma inną wizję waszego wspólnego życia?  Jak na razie to ja się zbyt szybko nie  zakochuję i nie jestem w stanie  zakochać się w kimś,   z kim nie mam "wspólnego języka". Te naprawdę bardzo ładne są dla mnie  jak obrazek w książce- owszem popatrzę, ale potem wszak odwrócę kartkę i już jest inny obrazek. 

Ale Ewelina jest ładną dziewczyną, nie w mówisz  we mnie, że dostrzegasz  w niej tylko i wyłącznie intelekt.  Mamuś, znam kilka naprawdę znacznie od  niej ładniejszych dziewczyn, ale  zakochałem się w niej, nie  w tamtych.  Ja muszę mieć o czym rozmawiać z dziewczyną, nie wystarcza mi tylko  strona fizjologiczna. Ewela nie jest pięknością, ale jest bardzo inteligentna i głównie to mnie do niej przyciągnęło. Resztę odkryłem dużo później, powiedziałbym, że przy okazji.    Znam ją już kilka lat, bo niemal od początku studiów. Moglibyśmy nawet i bez ślubu być razem,  ale tu i teraz to zbyt by nam komplikowało życie.  Dlaczego mówisz na nią  "Ewela" ? Bo Ewelina to trochę  za długie imię na  co dzień. W domu połowa rodziny mówi na nią "Linka". A sama  zainteresowana ma  zamiar zmienić imię na inne, może na swoje  drugie, czyli Maria, a może skróci Ewelinę do Ewy. I nie pogniewałbym się, gdyby na tę Ewę zmieniła.

Pawełku, przecież gdy się pobierzecie  lub  zdecydujecie się nawet bez ślubu być razem, to możecie  mieszkać u nas. Masz  swój kawałek podłogi w tym domu na wyłączność i jedna osoba więcej nie  zrobi tłoku w domu. Masz też mieszkanie, które nie jest w drugim końcu miasta, ale stosunkowo blisko tego domu. Możemy jeszcze pomyśleć nad nieco inną organizacją wnętrza, jak widziałeś wszystko tu można przeprojektować. Myślę, że mogłabym wydębić zezwolenie na rozbudowę, systemem poszerzenia  budynku od strony podwórka - tak by na planie  tworzył literę "L". Ale taka rozbudowa jest uciążliwa w terenie już  gęsto  zabudowanym no i  trwałoby to  minimum rok.  Gdyby były jeszcze wolne  jakieś naprawdę dobre tereny  miejskie, to dawno bym namówiła  dziadków na sprzedaż tego domku i kupienie  czegoś nowego,  większego , ale dobrych terenów już nie ma. A dojeżdżać dzień w dzień ponad godzinę do pracy uważam za nonsens. Można też  "polować" na jakiś  stary dom, ale remont takiego starego domu to w sumie  więcej kosztuje niż  wybudowanie  nowego, bo demontaż  tego co jest też kosztuje - samo się nie rozbierze  ani nie wywiezie  i nie zutylizuje. Myślę, że ojciec myśli tak samo jak ja. Paweł się  zaśmiał - oooo, tata nawet nie próbuje  pomyśleć inaczej - zawsze słyszę , że najważniejsze jest co ty o tym pomyślisz. Jesteście oboje cudowni pod  tym względem  - za to też was ogromnie  kocham.  A Ewela  uważa, że tak właśnie ma być w dobrym  związku.  I wiesz- w jakiś  sposób podziwiam jej  rodziców  - w każde święta   siada  do stołu  kilkanaście osób, czyli  nowe rodziny jej rodziców. I, co jeszcze  bardziej  zadziwiające- każde dziecko w tej rodzinie może się ze swym kłopotem  zwrócić nie tylko do rodziny rodzonej  matki lub ojca, ale także do rodziny swej  macochy lub ojczyma. Obie rodziny uznały, że rozwód nie  powinien odebrać dzieciom rodziny, ale wręcz powinien im jej dodać. Spotkałaś  się mamuś kiedyś z takim  podejściem?   Bo ja  nigdy- a gdy byłem  w szkole to i w podstawówce i w liceum bardzo dużo było dzieci z rozbitych rodzin i wszyscy mieli   jakieś "krzywości" z powodu rozwodu rodziców. I, jak pamiętam, to  zawsze  matki  utrudniały dzieciom kontakt  z ojcami. A, jak mówi Ewela, cudów  nie ma- wina leży po obu stronach, ale co do tego mam wątpliwości. Myślę raczej, że to wynik podjęcia decyzji o ślubie bez głębszego zastanowienia.

Gdy się ma  dwadzieścia parę lat to łatwo podjąć niezbyt przemyślaną decyzję, bo się bardziej  myśli oczami  i zmysłami niż mózgiem - powiedziała Ewa. A często też jest to ucieczka  z domu,  w  którym młody pełnoletni wszak  człowiek musi się  spowiadać z każdego kroku. Wtedy wyjście  za mąż  wydaje się świetnym rozwiązaniem problemu. Wychodzisz  za mąż, czy też żenisz się i od  chwili wypowiedzenia owego "TAK" ani mama ani tata nie może  ci niczego narzucić, wypadasz spod ich jurysdykcji. I nawet do głowy większości  nie przychodzi, że to  jest  tylko i wyłącznie zmiana właściciela.  I że od chwili zawarcia  ślubu wzajemnie  sobie podlegają. 

Paweł długo milczał a potem powiedział- masz rację, ale popatrz- ty i tata tworzycie  taką cudowną parę. A oboje jesteście  rozwodnikami. Kiedyś  powiedziałem do Eweli, że mam wrażenie, że wy wzajemnie się do siebie  modlicie, a ona  na to- "bo gdy się ludzie naprawdę kochają to jedno dla  drugiego jest bogiem". Mądra  z niej dziewczyna- ja bym nie podpierała się tu teorią boską,  ale gdy współgrają ze sobą intelekt i fizjologia to taki związek ma szansę przetrwania nawet gdy los  rzuca  ludziom kłody pod nogi. 

Paweł i Ewa byli tak  zajęci rozmową, że nie  zauważyli nawet, że tuż obok idzie  Robert, który w końcu nie wytrzymał i powiedział ze śmiechem- no ładnie,  ładnie - syn  mi żonę  podrywa. Tato, rozmawiamy właśnie o miłości, o waszej miłości. Mam tylko nadzieję, że ożenię się z osobą, która  będzie mnie tak kochała jak mama ciebie, a ja ją tak jak ty mamę. Robert  spoważniał- rzadko to się  zdarza, ale jak widać- zdarza się. I tego ci synku życzę.  Paweł, powiedz tacie  co Ewelina powiedziała- ciekawa jestem jak to się twemu tacie spodoba- poprosiła Ewa. Paweł powtórzył, a Robert pokiwał głową- ta twoja  panna ma rację. Tak to jest gdy się naprawdę dwoje  kocha. Ewa i ty - jesteście  dla mnie najważniejsi. Ja po prostu w trudnych momentach myślę sobie- Ewa  mnie  kocha,  Ewa we mnie  wierzy, dam radę. Tak było gdy mi się kosteczki pewnej  mocno leciwej  pani rozlatywały w palcach. I  jednak ją  poskładałem do kupy. A wy tacy  zagadani, że nawet nie  zauważyliście, że wszyscy, łącznie z Eweliną  zawrócili do domu. Zobaczcie, sami.  No fakt, jeszcze  trochę a doszlibyśmy do Zegrza-  zaśmiała się Ewa. Do Zegrza to jeszcze  nie, ale do Legionowa. Ale dobrze, że nas dogoniłeś- to przy okazji sobie  porozmawiamy oddychając leśnym powietrzem. Bo naszemu dziecku uczelnia  proponuje podjęcie u     siebie pracy i by rozpoczął doktorat. Panna Ewelina i ja, powiedziałyśmy, że to bardzo dobra  propozycja, chociaż  zapewne dostanie  kilka stówek mniej niż administrator  sieci  w dużej firmie. No i powiedziałam, żeby to z tobą  przedyskutował.  A kto ci taką propozycję  złożył synku?  Mój promotor i rektor uczelni. Oni obaj. We wrześniu mam obronę magisterki. Dam ją teraz  do sprawdzenia  mamie, czy  nie ma  błędów stylistycznych, czy wszystko brzmi logicznie i oddam maszynopis do drukarni. Przez czas pisania doktoratu pracowałbym na uczelni, niekoniecznie w pełnym wymiarze  godzin. No ale  mam zabezpieczenie finansowe, bo właściwie  wydałem z tego może 300 €.

No to świetnie, też jestem  za tym, byś z tej propozycji  skorzystał. A powiedz mi - ta panna Ewelina to coś poważnego? Bo to bardzo mądra dziewczyna, choć na  mój gust to ma nieco zabawną  sytuację rodzinną. Ale prawdę  mówiąc, to bardzo zdrowe podejście do sprawy. Tato, ona  ma jeszcze 2 lata do dyplomu. 

No to co - Robert wzruszył ramionami -masa  kobiet  zamężnych  jeszcze  studiuje - to wszak nie  zabronione. A poza tym masz jeszcze w odwodzie  nas, w kwestii finansowej. No właśnie- poparła go Ewa. Mamy jedno dziecko a nie pięcioro. Co najwyżej zamiast do Szczyrku pojedziemy na  Słowację, bo tam było zdecydowanie taniej. Oj, zupełnie o tym  zapomniałem- gdy płaciłem  tuż przed wyjazdem, dostaliśmy zniżkę  bo byliśmy w dni, w których  hotel  nie  miał ruchu , bo to nie  sezon. Zupełnie mi to z głowy wyleciało. Ooooo to bardzo przyzwoicie- będziemy tam jeździć poza  sezonem- stwierdziła Ewa.

Pawełku, a ty masz jakieś plany życiowe  względem tej Eweliny? Długo się znacie?  Bo ja wiem - chyba już  cztery lata,  a  na pewno trzy i pół roku. Nie wiem czy to długo czy krótko. Robert  zaśmiał się - to znaczy, że masz  jakiś jeden kawałek genu  nie po mnie. Może po dziadku ci się trafił, bo on  do babci to się kilka lat przymierzał.

                                                                 c.d.n.
               

niedziela, 27 lutego 2022

Ryzykantka - 29

 Do Aliny i Franka umówili się  na sobotę rano."Rano" jest pojęciem  względnym, więc  doprecyzowano, że postarają się przyjechać pomiędzy godziną 10,00 a 11,00. 

Sobotni ranek Paweł zaczął od wypucowania obu samochodów, a swift  chyba po raz pierwszy błyszczał w nieprzyzwoity wręcz sposób. Ewa  po cichu powiedziała do Roberta- chyba  będę mu częściej pożyczać samochód- zobacz- mam karoserię zrobioną na  bardzo wysoki połysk. On  nawet gdy go tylko kupiłam tak się nie błyszczał. Robert się śmiał i stwierdził, że to najwyraźniejszy znak, że Pawłowi zależy na tej dziewczynie. Tak uważasz? Uważaj, bo jeszcze moment, a dojdę do wniosku, że ci nigdy na mnie nie zależało, twoja  bryka  nigdy tak nie błyszczała - Ewa  nieomal pokładała się  ze śmiechu. No tak, zapomniałem przez  moment, że przy tobie   to trzeba uważać na każde wypowiedziane słowo, bo łapanie  za słowa to twoja ulubiona zabawa. Ależ skąd, moja ulubiona  zabawa jest całkiem inna i ty wiesz jaka. Ewuś, jeszcze moment i oni pojadą bez nas a my się pójdziemy pobawić. 

Przekomarzanie się nagle  dobiegło końca, bo pod dom zajechał Paweł z dziewczyną. Wyskoczył  z samochodu, szybko  otworzył drzwiczki pasażera i pomógł dziewczynie wyjść. Weszli na  moment na podwórko, by przedstawić rodzicom i dziadkom Ewelinę, potem Paweł zerknął na zegarek i powiedział- no to chyba czas już jechać. W chwilę potem zamykał bramę  za samochodem ojca i ruszył za nimi.

Mamcia , której nikt nie przygotował na  fakt, że Paweł pojedzie  z jakąś  dziewczyną  zapytała - a kim jest ta młoda dama? Robi bardzo dobre  wrażenie.

Ewa powstrzymując śmiech powiedziała- Pawełek jako nieodrodny syn swego ojca, ma wyraźnie tendencję do wybierania  kobiet, które  robią na ludziach dobre  wrażenie. Najlepszy dowód masz mamciu na mnie- ja  zawsze robię na ludziach dobre  wrażenie, na Robercie też zrobiłam i zobacz  co się narobiło- masz i zięcia i wnuka. I wszystko tylko przez to, że zrobiłam na nim dobre  wrażenie.

Ewusiu, ale mnie się naprawdę ta  panienka podobała- taka  naturalna, nie wypindrzona i kulturalna- ciągnęła temat  mamcia. Mamciu, a na czym owo wypindrzenie polega twoim  zdaniem? No nie jest wypacykowana i jest porządnie nie wyzywająco ubrana- stwierdziła  mamcia. No fakt,  mnie  też się spodobała. A od Pawła wiem, że ma bardzo dobrze poukładane w głowie. Studiuje biotechnologię  na SGGW.  Może wynajdzie  jakieś nowe lekarstwo albo nową technikę leczenia  jakichś  schorzeń.

A oni  córeczko chodzą ze sobą? Mamciu nie wiem, ale wiem, że się lubią i przyjaźnią. A skoro Paweł postanowił ją nam pokazać, to być  może coś jest na rzeczy. Ponieważ ojciec  cały czas  milczał Ewa  zapytała się go co on sądzi o tej dziewczynie. Ja - na razie nic  nie sądzę. Nie powiedziała  ani słowa więcej poza "dzień dobry" , a sam wygląd  zewnętrzny to trochę za mało by kogoś ocenić dobrze  lub  źle. Możesz mi  zadać to pytanie gdy będziemy wracać, może wtedy będę  mógł ci coś  powiedzieć. Może będzie w ciągu dnia  bardziej rozmowna. Myślę, że Robert przyzna  mi rację. 

Masz ojciec rację, nie wszystko złoto co się świeci, o czym się przekonałem kiedyś na własnej skórze- poparł go Robert. I będę szczęśliwy,  jeśli Paweł dobrze wybierze już za pierwszym razem i nie  zmarnuje kawałka życia sobie  i dziecku, tak jak ja to zrobiłem. I mam wielkie szczęście, że trafiłem na Ewę,która to wszystko jakoś pozbierała w całość i ja mam cudowną żonę a Paweł ma matkę, babcię i  dziadka. I za to jestem wam wszystkim wdzięczny. Oj tam, oj tam - widocznie jesteś tego wart i tyle w tym temacie- podsumowała Ewa.

Mamcia była chyba tego dnia  w bardzo filozoficznym nastroju, bo po chwili milczenia powiedziała- mam wrażenie, że popełnianie w życiu  błędów jest czymś wkomponowanym na stałe w życie  każdego człowieka. Nie  spotkałam nikogo, kto mógłby o sobie powiedzieć, że nie popełnił w życiu żadnego błędu.  Najgorsze chyba jest to, że bardzo często popełniamy błędy  myśląc, że robimy coś  dobrego dla naszych bliskich. 

Mamciu,  jeśli masz na myśli to, że mnie ogromnie  namawiałaś  do małżeństwa z Julianem, a tak naprawdę to nie był dobry  materiał na męża, to powinnaś się rozgrzeszyć- małżeństwo się rozleciało bo facet był  draniem o czym nie wiedziałaś patrząc na niego oczami jego zaślepionej  mamusi ,  a ja byłam wolna i trafiłam na Roberta. I jak sama widzisz, to jest mężczyzna  dla mnie  przeznaczony.  Wiesz- cała ta historia z jego pierwszym związkiem i moim to potwierdzenie przysłowia  "nie ma tego złego co by na dobre  nie wyszło".    A dobrego w tej sytuacji jest sporo: my dwoje  bardzo się kochamy i mamy syna, którego oboje  kochamy, wy macie wnuka, który was kocha i wy jego też. Co prawda rozeszły się drogi twoje i twej wieloletniej przyjaciółki, ale śmiem twierdzić, że nie była to prawdziwa przyjaźń, skoro z chwilą gdy  ja złożyłam pozew rozwodowy ona przestała się do ciebie odzywać. I nawet nie chciała wysłuchać moich racji.

Na podwórku posesji Aliny i Franka stał "połamaniec" i....płakał. Buzię miał w czarnych  smugach, zapewne od rozmazywanych brudną ręką obficie kapiących łez. Na jego widok Robert powiedział- "no nie, to żywa  antyreklama  naszej rodziny. Czyżby mu któreś z rodziców przylało?" Wychodząc  z samochodu, kątem oka  zobaczył,  że w oknie  kuchennym, nieco cofnięta stoi Alina i przygląda się wszystkiemu z  zaciekawieniem.  Na widok  Roberta "połamaniec" chlipnął, jeszcze  głośniej, rozmazał tym razem cieknące mu z nosa smarki i wyciągnął do Roberta rękę niczym tonący wzywający ratunku. Robert szybko wyciągnął z  kieszeni chustkę i podał mu mówiąc -  wytrzyj   buzię, wydmuchaj nos i powiedz co się dzieje! W międzyczasie na podwórko wjechał Paweł z Eweliną, nieco zadziwieni sytuacją. Zaryczany Klon tulił się do Roberta i mówił - wujek, ja się boję, ja nie chcę, ja nie pojadę! Ale czego ty nie chcesz? wyduś to wreszcie  z siebie, co się dzieje?  Bo ja nie chcę  żeby  mi zdejmowali gips, bo oni go przecinają piłą   elektryczną na  nodzeee!  I znów z  jego oczu popłynęła nowa porcja  łez. Babcia i dziadek wysiedli z samochodu i stali nieco zdezorientowani, Paweł z Eweliną nadal siedzieli w  samochodzie. Wreszcie Ewa zarządziła- wysiadajcie,  dzieciak tylko histeryzuje, nic  złego się nie dzieje.  No chodźcie, idziemy do  domu. Robert,  zostaw go, Alina go pewnie wystawiła   z domu, żeby oprzytomniał w  samotności. Przechodząc obok zaryczanego Klona wcisnęła mu paczkę  chusteczek i powiedziała- uporządkuj swój wygląd i przyjdź się przywitać z nami.  

W salonie przywitała ich z uśmiechem Alina - przepraszam,  ale on w poniedziałek ma mieć  zdejmowany gips. a wczoraj w  szkole jeden z kolegów , już doświadczony w tej materii, opowiedział mu o tym  zdejmowaniu gipsu. I ten sobie umyślił, że  w tym układzie to Robert mu ten gips zdejmie  bez piły. On już od  pół godziny  czekał na  was i cały czas się sam nad sobą rozczulał. Nie wiem po kim to taki histeryk. A Franek z drugim  zaraz przyjadą, bo pojechali po truskawki- nasze w tym roku marne, więc pojechał  do znajomego plantatora. W czasie powitania  Paweł przestawił Alinie  Ewelinę mówiąc - ciociu, to Ewelina, moja dziewczyna i przyjaciółka - takie dwa w jednym. W międzyczasie  zapłakany  Klon odwiedził łazienkę, wrócił z jeszcze  zapuchniętymi od brudnych  łez oczami, a włosy nosiły ślady  mokrego grzebienia.

Robert przeprosił wszystkich , że musi chwilę porozmawiać z Klonem na osobności i poszedł z nim do pokoju dziecięcego. Tam wytłumaczył  małemu, że gips  zakładają i zdejmują osoby, które mają w tym wielką  wprawę, a on jest chirurgiem i gips  w swojej praktyce zakładał jeden,  jedyny raz w życiu a nie  zdejmował ani razu. I że gdy przecinają piłą gips  to tylko na określoną głębokość, ostatecznego przecięcia dokonuje się specjalnymi  nożycami- właśnie  dlatego, żeby nie skaleczyć niechcący pacjenta. Pokazał mu też na linijce jaka jest średnica tej tarczy i że nie jest to taka ogromna piła tarczowa, jaką  Klon kiedyś widział. A teraz idź do salonu i przeproś wszystkich za swoje  zachowanie. A ty wujku też idziesz?  Tak, ale przyjdę za chwilę, tak będą lepiej przyjęte twoje przeprosiny.

Oj, chyba się starzeję - pomyślał- zabolały mnie te jego łzy, bo wyobraziłem sobie, ile  razy Paweł płakał w dzieciństwie i mnie przy tym nie było. W tej chwili otworzyły się cichutko drzwi i weszła Ewa. Przytuliła go mocno do siebie i powiedziała - wiem co czujesz i o czym myślisz. Ale to już minęło. I wiem, że Paweł któregoś dnia otworzy się i powie ci co wtedy czuł a co czuje teraz. Kocham cię. Mam szczęście, że  cię spotkałam. W takim razie oboje mamy szczęście, jesteś Ewuś dla mnie  całym światem! Chodźmy do nich. W chwilę później  przyjechał Franek z drugim  Klonem i 7 łubiankami truskawek.  

Na widok  drugiego Klona Ewelina złapała się  za głowę - jak państwo ich  rozróżniają? Oni są identyczni!  To są naprawdę klony, bo powstali z jednej komórki  jajowej! I są identyczni pod względem genetycznym. Ale tak naprawdę  nie wiadomo dlaczego w ogóle po zapłodnieniu dzieli się ta zapłodniona komórka na dwie komórki. I nie wiem czy się kiedyś tego dowiemy.

Alina się  zaśmiała - po prostu ich nie rozróżniamy- traktujemy  jako całość. Oni tak rzadko robią różne  rzeczy, że nawet nie dociekamy który co zbroił. W pierwszym roku życia jeden był nieco drobniejszy, ale potem dogonił brata.  Zaraz po porodzie jeden  miał przez kilka  tygodni mały krwiak pod prawym oczkiem. Ale się wessał i już potem pysie  mieli  jednakowe.  Lekarzy bardzo dziwiła ta bliźniacza ciąża, bo w mojej rodzinie nie było podobno nigdy bliźniaków, ale jeden z lekarzy twierdził, że na pewno były, ale mogło dojść do poronienia takiej  ciąży, więc  stąd przekonanie, że nigdy w naszej rodzinie  nie było bliźniaków. W męża rodzinie były dwojaczki, błędnie  nazywane bliźniakami, bo to było "normalne" rodzeństwo, tyle tylko, że poczęte w tym samym  czasie.  Nasze Klony są pod opieką , a może raczej badaniami psychologów, bo bliźniaki monozygotyczne to zaledwie 1/4 wszystkich  ciąż mnogich. Poza tym to często się kłócą, tłuką się a rozdzieleni są niemal nieszczęśliwi. Głównie dlatego, że jednemu i drugiemu wydaje się, że ten drugi na pewno robi coś ciekawszego albo dostaje  coś lepszego. Potem, gdy się już spotkają są zdziwieni, że jedli to samo, oglądali to samo tylko w innym  czasie. Franek się śmieje, że gdyby  jednego  stłukł, to na pewno ten drugi miałby pretensje, że jego też nie  stłukł. Każdy dostaje to samo do jedzenia, ale każdy z nich głównie  wpatruje się w talerz brata, nie swój, bo tamten na pewno ma lepsze jedzenie. Przy stole  zawsze było tak, że sobie  nawzajem wyjadali z talerzy, wyrywali kanapki, kubki z piciem. Czułam się przez długi czas jakbym była w małpiarni.

                                                                          c.d.n.



sobota, 26 lutego 2022

Ryzykantka - 28

 Ostatni tydzień urlopu Ewa i Robert wykorzystali na odwiedzenie  kilku sklepów, bo nagle do Roberta dotarło, że powinien  nieco uzupełnić swoją  garderobę. Udało im się namówić  Pawła by do nich dołączył, a Ewa kupiła dla "Wojtków" nosidełko dla  Martusi. 

W połowie tygodnia  zatelefonował do Ewy Zigi, mówiąc, że przygotowana pułapka spełniła  swoje  zadanie i  Zigi złożył Piotrkowi propozycję nie do odrzucenia- dostanie  świadectwo pracy bez wymieniania jego wad, pod warunkiem, że złoży sam wymówienie z prośbą o rozwiązanie  z nim umowy o pracę w trybie natychmiastowym. Swą propozycję Zigi poparł stwierdzeniem, że ściąganie przez Piotrka  cudzych projektów i grzebanie w biurku szefa to nie  jedyne przewinienia, o których Zigi wie.To co prawda był blef , ale Piotrek spełnił żądanie Zigi. Reszta  zespołu nabrała "świeżego oddechu", nie wychodzili już tak często "na  papierosa." No popatrz Ewa, jak to jedna  "czarna owca może poplamić całe stado", stwierdził na  zakończenie.

W weekend planowali wybrać  się do siostry Roberta. Gdy Ewa powiedziała o tym wieczorem przy rodzinnej kolacji okazało się, że mamcia i ojciec też  by chętnie pojechali, a Paweł stwierdził, że gdyby jechali w  dwa  samochody, to on by też pojechał i wpatrując się intensywnie w Ewę dość  wymownie przejechał dwoma palcami po swej brodzie. Oczywiście  nikt  nie widział nic złego w tym, żeby jechać w dwa  samochody . Ewa tylko powiedziała - rozumiem, że  drugi samochód ty będziesz prowadził i to będzie  mój  samochód. Paweł tylko kiwnął głową  z uśmiechem. Robert już  chciał coś powiedzieć, nawet otworzył usta, ale dostał pod  stołem lekkiego kuksańca od Ewy, więc tylko  wyszeptał - a są jeszcze truskawki? bo ja bym  zjadł jeszcze trochę. 

Oczywiście jeszcze  były -tyle tylko, że nie odszypułkowane i mamcia czym prędzej zajęła się szykowaniem dla Roberta porcji pozbawionej  szypułek. Bo przecież ukochany mąż  Ewuni musi dbać o ręce- to są ręce  chirurga -jak kiedyś powiedziała mamcia Ewie i trzeba o nie dbać. Mamcia  bardzo dbała również o ręce  swego męża (choć nie był chirurgiem) i zawsze  w domu było mnóstwo  różnych rękawic ochronnych, zwłaszcza do prac ogrodniczych.

Wieczorem, gdy już wszyscy  rozeszli się do swoich pokoi Robert spytał Ewę, czemu mu dała kuksańca, więc Ewa wytłumaczyła, że jej zdaniem Paweł chce  jechać z dziewczyną i dlatego muszą być dwa  samochody, bo póki co oba  samochody są tylko dla  pięciu osób. Ty coś spiskujesz z  Pawłem- zaśmiał się Robert. Nie spiskuję, tak się domyślam. I to pewnie ta pannica, która mu powiedziała, że  będzie dobrze wyglądał z brodą. 

Robert wytrzeszczył oczy - dziwny ten  mój syn - tobie mówi a nie mnie? Ja już w ogóle się  zastanawiałem czy on nie jest innej orientacji bo nie lata  na randki. I tak dziwnie się wyrażał o dziewczynach, że same  nie wiedzą czego chcą, bo jednocześnie chcą być noszone  na rękach i ciągnięte  za włosy po piachu. I że stanowczo za dużo piją.

Nie  kochanie, on nie jest innej orientacji, on tylko jest  nieco zrażony do kobiet, bo się dość  nacierpiał od  mamuśki. On naprawdę uznał że  jestem bardziej jego matką niż Harpia, a mamie się  synkowie czasem zwierzają. Widzi, że tobie jest  ze mną dobrze, że się nie kłócimy, że ja się niczego nie  czepiam, babcia go wręcz rozpieszcza, dziadek z nim prowadzi długie  dyskusje, no więc się  dzieciak oswoił. Mam wrażenie, że gdzieś głęboko w jego mózgu wciąż krąży obawa, że będzie  porzucony przez  ciebie. On sobie tego nawet nie  uświadamia, to tkwi bardzo głęboko w jego  podświadomości. Popatrz- znasz wielu dwudziestopięciolatków  mieszkających chętnie  z rodzicami i dziadkami? Bo ja nie  znam, każdy gdy tylko dorośnie usiłuje jak najprędzej i jak  najdalej być od "starych."  A co do jego opinii odnośnie dzisiejszych dziewcząt -  jak wiesz  w naszym  zespole tylko Zigi i ja jesteśmy  w opinii młodzieży starzy. I wierz mi- gdy słyszę ich opowieści o tym jak spędzają  wolny czas i o ich doświadczeniach z  ich rówieśnicami, to podzielam opinię Pawła, że te  dziewczyny same nie wiedzą czego chcą i jak mają pokazać facetom, że są kobietami "wyzwolonymi".

Robert patrzył na nią w  zamyśleniu - masz rację, pewnie tak jest. I prawdą  też jest, że  nie jest istotne kto urodził, ale kto dał ci swe  serce.  A ty Ewuś nawet nie wiesz  jak ważna jesteś dla mnie i jak widzę to i dla Pawła. Ewa przytuliła się - to dobrze, bo wy obaj jesteście dla mnie bardzo ważni. Nie wyobrażam sobie  życia bez was. Ewuś,  nie masz szans być bez nas, nawet kijem nas   nie odgonisz. 

A ty, kochanie  moje, widziałaś tę pannę ?  Nie, nie widziałam. Wiem tylko, że to siostra jednego z jego kolegów i tę swoją brodę zapuścił pod jej wpływem. A ja  mu tylko doradziłam do którego fryzjera  ma pójść, bo nasi geniusze  do niego chodzą się strzyc a jeden też ma  brodę-ramówkę jak Paweł. Trzeba temu fryzjerowi przyznać, że naprawdę strzyże świetnie,  w sposób podkreślający urodę  danego faceta. I  jeśli idzie o wygląd to ci chłopcy są w porządku, choć  może  nie  w każdym przypadku pod tymi dobrze ostrzyżonymi włosami rodzą się dobre projekty.

Roberta wyraźnie ugniatała myśl, że jego dziecko chce rodzinie przedstawić "jakąś dziewczynę" i gdy brali prysznic (jakoś im weszły w krew wspólne wieczorne ablucje) Robert powiedział - to dziwne, przecież  będzie  tam właściwie  cała nasza nieliczna rodzina- może on się chce  z nią żenić i dlatego wybrał akurat ten wyjazd do Aliny? Ewa wzruszyła  ramionami - no a gdyby nawet chciał się żenić to ty mu nie możesz tego zabronić, to dorosły  chłopak. A poza tym może jedzie  z nimi również jej  brat? Jeśli to cię tak bardzo intryguje to się go jutro taktownie  podpytam. 

To dobrze. Bo jakoś sobie pomyślałem,  że może za  dużo ma genów po mnie i jakąś głupotę zrobił i  nagle zaczyna mu się  spieszyć do ożenku. Eeee, nie sądzę, to bardzo myślący chłopak, oczytany i dobrze wie jakie skutki może dać taki  nieprzemyślany krok. Dostatecznie  został skopany przez los i na pewno nie chciałby swego dziecka tak skrzywdzić jak  jego skrzywdzono. Obyś miała rację - westchnął ciężko Robert. 

Następnego dnia Ewa  nim zatelefonowała do Aliny poszła do  pokoju Pawła niosąc mu  drugie  śniadanie  przygotowane przez mamcię- bo mamcia była zdania, że trzeba  Pawełka dokarmiać, bo przecież  biedne dziecko tak ciężko umysłowo pracuje. Trzeba  mamci przyznać, że dbała by przekąska była  zdrowa- np. pełnoziarnista  bułeczka z wędzonym łososiem, koniecznie do tego jakaś zielenina i jakiś sezonowy owoc.  Patrząc na to co niosła na talerzu Ewa  zdała sobie  sprawę, że odkąd oni mieszkają z rodzicami  mamcia się  zmieniła "pod względem  kulinarnym". Kiedyś przygotowałaby dla Pawła "coś słodkiego" w myśl  hasła "cukier  krzepi", a teraz przygotowana przekąska to samo zdrowie.

Ewa wprost  zapytała się Pawła kto jeszcze będzie w jej samochodzie oprócz niego i dowiedziała się, że będzie Ewelina, siostra jego kolegi, ta co studiuje  biotechnologię.  No fajnie,  a czy twoja  koleżanka nie poczuje się źle, gdy nagle  znajdzie się wśród  całej twojej rodziny? 

Nie sądzę, w porównaniu z jej rodziną to ja niemal jestem  sierotą. Ona ma jeszcze jednego brata, przyrodniego, bo jej rodzice się rozeszli, więc ma dwa komplety rodziców, dziadków, ciotek itp. I na wszystkie święta jej rodzice spotykają się ze sobą i wraz z nimi ich nowi partnerzy i ich rodziny. Więc do tłumu przy stole jest raczej przyzwyczajona.  W jej rodzinie obowiązują dwie  zasady - "wszystkie dzieci są nasze, nieważne  z którego związku"( bo przecież one się na świat nie prosiły)  oraz tak jak u nas, że o wszystkim trzeba rozmawiać, nie ma tematów  tabu. I bardzo się jej podoba, że mieszkamy razem z dziadkami w jednym domu. I zawsze mówi, że nie rozumie tych kobiet, które są  walczącymi feministkami, bo jakby  nie było to te dwie płcie  nie powinny się wzajemnie  zwalczać i trwać w wyścigu która płeć jest lepsza i więcej może a powinny się  po prostu uzupełniać. 

Z tego co mówisz  wnioskuję, że to bardzo mądra dziewczyna i chyba się ze sobą przyjaźnicie. Tak, mamuś, bardzo ją lubię i cenię. Ma dobrze poukładane w  głowie i dobrze wie czego chce. A do tego ma fajne poczucie humoru. Może  nie jest  najpiękniejszą dziewczyną wśród moich koleżanek, ale  mnie się podoba. No i ma głowę na karku,wszak jest na biotechnologii medycznej. No a że to jednak dość wymagający  kierunek gdy się  chce do czegoś  dojść, to nie ma zbyt wiele wolnego czasu. A przed każdym spotkaniem dopytuje się o  moją pracę magisterską, czy wszystko dobrze  mi idzie.  Kiedyś jej opowiedziałem "z grubsza" o swojej historii i wtedy powiedziała, że chciałaby poznać osobę, którą w sercu umieściłem w miejscu dla  matki. No to pomyślałem, że to dobra okazja, bo pozna od razu też i ciocię Alinę, która ma u mnie drugą pozycję. Na pierwszej jesteś ty i tata, na drugiej ciocia Alina i dziadkowie. A Ewelina na której jest  pozycji? - zapytała przyglądając  mu się z uśmiechem. Na pierwszej, ale w sekcji poza rodzinnej.  

Rozumiem. A czy mogę nieco tych wiadomości "sprzedać" tacie?  On cię bardzo kocha i mam wrażenie, że przeżycia związane z twoim najwcześniejszym dzieciństwem i twą biologiczną  mamą wciąż go blokują i chyba nie potrafi ci w pełni okazać swych wszystkich pozytywnych uczuć wobec ciebie. A może wyniósł z domu  rodzinnego przekonanie, że należy tłumić w sobie  emocje i nie okazywać ich na zewnątrz a  zwłaszcza "nie obnażać  się z nimi" wobec dziecka bo się straci autorytet? Jestem, synku, szczęśliwa, że mnie obdarzasz  takim  zaufaniem, ale wiem  też, że mógłbyś porozmawiać o tym wszystkim  z nami obojgiem. Myślę, że  to ukoiłoby tkwiący wciąż w jego świadomości ból, że cię skrzywdził tym, że nie  walczył o ciebie,  że odciął się od  wszystkiego i tylko płacił alimenty.  Jego ojciec był wielce  apodyktycznym człowiekiem  zamkniętym na  wszelkie tłumaczenia. A ja  kocham was obu i bardzo chcę byście się w pełni odnaleźli, odblokowali się  na siebie  wzajemnie. Mamuś, my obaj cię bardzo, bardzo kochamy, wiesz?  Tak podejrzewam synku, bo kto inny wytrzymałby z taką zołzą jak ja? Zjadaj śniadanko, samo zdrowie  masz na talerzu! 

Mamuś, a sprawdziłabyś mi mój tekst magisterki pod  względem gramatycznym i logicznym? Nie jestem pewien czy piszę w zrozumiały sposób. No mogę, ale pod warunkiem, że mnie  nie pobijesz,  gdy się będę  wciąż  pytała o coś, bo zupełnie  nie mam pojęcia o informatyce. Nie mam nawet pojęcia co sama robię  na komputerze i wciąż to urządzenie jest dla mnie typu "terra incognita".

                                                             c.d.n.


piątek, 25 lutego 2022

Ryzykantka - 27

 Sobotnie popołudnie spędzili w domu pana Wojtka, bowiem  Robert i Wojtek bardzo się polubili, przeszli na "ty" a Wojtek pałał ogromną chęcią  pochwalenia się  żoną, córeczką, domem i teściami. Miał co prawda obiekcje by  "mówić  panu profesorowi po imieniu", ale Robert mu wytłumaczył, że tytuł profesora to ma  znaczenie  tylko w sprawach służbowych,  tu przecież  są kontakty prywatne.

Dziecina pana Wojtka miała już prawie cztery  miesiące i była uroczym, zadowolonym  z życia  pulpecikiem. Na widok swego taty od  razu wyciągnęła  rączki do góry, z  bardzo  poważną minką przyglądała się Robertowi i Ewie, ale  nie płakała.  Żona Wojtka była bardzo zgrabną ciemną  blondynką i już odzyskała swą figurę  sprzed ciąży. Byłą ładna, zgrabna i miała dobrze  poukładane w  głowie i ani przez moment Ewa  nie  dziwiła się, że wpadła w oko i serce Wojtka. 

Rodzice Wojtka, podobnie  jak Ewa, też  mieli mieszane uczucia z powodu rozwoju Szczyrku. Z jednej strony dobrze, że zmiany ustrojowe spowodowały uaktywnienie się ludzi ale, jak mówiła Wojtka teściowa,  najechało się wielu  cwaniaków, a zmiany w sposobie  zagospodarowania terenu  też wywoływały u starych  mieszkańców spore niezadowolenie. Teściowie Wojtka zapraszali by Ewa i  Robert przyjeżdżali do Szczyrku do  nich, bo dom duży  i tak naprawdę to piętro stale jest wolne. Nawet jeśli  nie  zawiadomią  wcześniej to zawsze w ich połówce bliźniaka lub "wojtkowej" będzie dla  nich miejsce. Oni zimą nie wynajmują  gościom pokoi, bo zimą to głównie przyjeżdżają "pędziwiatry", którzy  nie nadają się do korzystania z cywilizowanego lokum.  Balują wieczorem do północy lub dłużej, zupełnie nie dbają o czystość.  No a teraz, gdy jest w domu wnusia, to latem będą wynajmować tylko osobom już sprawdzonym.  Ewa i Robert  zapraszali z kolei do Warszawy i zapewniali,  że zawsze się znajdzie dla Wojtka i jego bliskich  miejsce - wystarczy  dzień wcześniej do  nich zatelefonować.

Gdy wracali już do hotelu Ewa  stwierdziła, że dobrze Wojtek trafił z tymi teściami, że dziecko strawne bo nie wrzeszczące i widać, że  zdrowe i  bardzo zadbane i hodowane  w domu, w którym króluje  miłość i porządek.

Wieczorem Robert powiedział Ewie, że żałuje, że poznali się tak późno bo fajnie byłoby mieć z Ewą dziecko. Ewa popatrzyła na niego i powiedziała- pewnie byłoby fajnie, ale widocznie  tak  miało być. Od lat wychodzę z  założenia, że wszystko co nas spotyka ma jakiś  sens, choć najczęściej bywa on dla nas ukryty. Ja się chyba po prostu  nie nadaję na matkę małych  dzieci, jakoś mnie one zupełnie  nie rozczulają.  Sporo jest teraz  matek, które  rodzą swe pierwsze dziecko po czterdziestce, ale nie jestem przekonana, że to właściwa  pora  na przychówek. Gdy kobieta jest  w pierwszej ciąży  tuż po trzydziestce to ginekolodzy-położnicy nazywają ją "starą pierwiastką". Wraz z wiekiem  kobiety  wzrasta ryzyko, że dziecko będzie  miało wady wrodzone, głównie przewiduje się  "zespół Downa" i ja  wiedząc o tym,  nie miałabym odwagi skazywać dziecko na tę chorobę. Pomijam już to, że potem nastolatek ma starych rodziców i często trudno mu się  z nimi  dogadać. Kochany, my przecież tak naprawdę mamy dziecko- Paweł ma tyle cech po  tobie, że bez trudu stał się dla mnie   naszym dzieckiem. Kocham  cię ogromnie, jest mi  źle gdy Cię nie ma przy mnie, ale z uwagi na swoją metrykę nie chcę urodzić  dziecka.

Wiem kochanie, zresztą z punktu widzenia ortopedii  ciąża i poród też mogłyby nie wyjść ci na zdrowie. Ja też nie przepadam  za malutkimi dziećmi, tylko chciałem  ci powiedzieć, że tak cię kocham, że nawet mógłbym mieć z tobą dziecko.

Droga powrotna do Warszawy nie sprawiła im żadnego problemu, przed wyjazdem Robert wziął adres domowy Wojtka, bo obiecał mu przesłać kilka "mądrych" książek. Ewa stwierdziła, że w takim razie do przesyłki dołączy dla małej Martusi tak zwaną  matę edukacyjną, czyli specjalny  materacyk wyposażony w różne wiszące nad  dzieckiem zabawki i tym samym prowokujące je do wyciągania po nie  rączek i wiercenia się. A ponieważ materacyk ma obramowanie to może  leżeć na podłodze. Zaraz  następnego dnia zakupiła taką  matę w pięknym niebieskim  kolorze, Robert dołączył książki dla Wojtka  a Ewa dołączyła jeszcze "książeczki do oglądania w kąpieli" i do Szczyrku powędrowała całkiem spora paczka.

Paweł miał już chętnego do zamieszkania na Świerczewskiego, był to jeden z młodych asystentów na uczelni Pawła. Własne  mieszkanie miał ów pan odebrać najprędzej  za rok, na razie dojeżdżał na uczelnię z miejscowości odległej od stolicy o około 50 km. Teoretycznie to nie dużo, ale dziennie musiał pokonywać jednak 100km często tkwiąc w korkach. Bardzo był  zainteresowany tym  mieszkaniem,  zwłaszcza że Ewa nie żyłowała ceny, człowiek miał po prostu płacić czynsz i oczywiście  wszystkie  media  + 500 zł,  co  ukształtowało cenę wynajmu w wysokości zaledwie 1000zł. Ale i Robert i Ewa wynajmowali mieszkanie  nie dla  zarobku ale tylko dlatego, by nie generowało kosztów. Obecnego mieszkania, które przypadło Pawłowi na razie wcale  nie wynajmowali, by było wolne gdy Paweł poczuje ochotę do  samodzielnego mieszkania.

Powitanie "wczasowiczów" w domu przypominało powitanie   pary książęcej na  zamku, mamcia napiekła różnych ciast dla ukochanego zięcia i wszyscy cieszyli się, że rodzina jest w komplecie. Korzystając z faktu, że  małżonkowie  mają rozdzielność  majątkową, dawne  mieszkanie Ewy, którego właścicielem w drodze  zamiany był teraz  Robert miało na mocy testamentu zostać własnością Pawła.  No i może to będzie  wreszcie  koniec wzbogacania przychodów pana  notariusza - powiedziała Ewa. Ojciec Ewy chciał jeszcze zrobić darowiznę dla  Ewy w postaci domu, ale Ewa stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby, przecież jest testament i Ewa jest spadkobierczynią. A pan notariusz już dość na niej w tym roku zarobił.

Robert  stwierdził, że ten pobyt i odnowa  biologiczna w  Szczyrku dobrze mu zrobiły, czuł się w pełni sił i ochoty do pracy. We wtorek,  zgodnie  z obietnicą Ewa pojechała do swego biura.  Nie  czuła  najmniejszej ochoty  powrotu do pracy  a myśl o spotkaniu z kolegami też jej nie napawała  radością. Po tylu latach  wspólnej pracy Zigi  bez trudu odgadł jej stan i zaproponował, by poszli do pobliskiego barku na kawę.

Ewa opowiedziała  mu o tym jak się  Szczyrk  zmienił, że bardzo podobał się  jej budynek hotelu, w którym mieszkali, a gdy opowiedziała o cenach to z lekka go przytkało. Opowiedziała też o saunie infrared i Zigi stwierdził, że jeszcze trochę a kupią jakiś lokal i  zamiast projektować będą na  zmianę sprzedawać bilety do takiej  sauny.  Bo coraz trudniej o inwestorów z prawdziwego zdarzenia, że będą teraz  musieli wpierw robić jakiś  wywiad o każdym inwestorze by  nie wleźć na przysłowiową minę.

Bo coraz mniej jest uczciwych inwestorów, coraz więcej krętactw. I on się naprawdę  zastanawia nad przyszłością  tego biura. I ma wrażenie, że wkrótce  całe biuro to będą tylko ona i on, bo zleceń  jest coraz  mniej. A wiesz, Ewka, my to możemy  mieć nawet tylko we dwoje   spółkę i damy radę. 

Gdy ostatnio zobaczyłem ilu deweloperów padło to  aż mnie  zatkało. Oni padają, a ich klienci są nabici w butelkę i tracą wpłacone pieniądze. No a przy ściąganiu długów to pierwszeństwo egzekwowania  i odzyskiwania pieniędzy mają różne  państwowe podmioty. Szarzy ludzie  są na  samym końcu. Przy realizacji inwestorzy tną na grandę koszty, kupują  wybrakowane  materiały, tylko patrzeć jak się domy  zaczną rozlatywać, kupują nie zdrenowane  tereny np. po stawach hodowlanych i na  nich stawiają domy. Albo to nowiutkie osiedle  na  Zawadach - a raczej już  poza nimi, bardzo  blisko Wisły - ostatnio ludziom pozalewało garaże tak solidnie, że woda wlała się do wielu samochodów a przecież Wisła wcale  nie wylała teraz. Wystarczył solidny deszcz dwie doby z rzędu.

No to co robimy Zigi? Wiesz, ja jeszcze  powinnam trochę popracować żeby mieć  jakąś emeryturę, ty zresztą też. Nie mam pomysłu co innego mogłabym robić.  Planujesz kogoś  zwolnić? 

Nooo, mam ochotę trzech słabiusich odstrzelić. Miałem, nie wiem  czemu, nadzieję, że się obudzą i coś  fajnego wymodzą. Na początek podziękowałbym Piotrkowi - jest dość bezczelny i wyszczekany ale leni się  straszliwie, a ponadto ma się  za  wspaniałego. Gdy złapałem go na kilku błędach to stwierdził, że każdy ma prawo się pomylić a mnie  brak fantazji. Mam ochotę go sprowokować by  sam złożył wymówienie. No a jak to zrobisz? Dość prosto, nie dostanie premii, która  wszak jest u nas uznaniowa. Pensji mu nie mogę wstrzymać, ale premii nie muszę dać, skoro to nie jest premia  regulaminowa. Gdy dwa razy z rzędu nie dostanie premii sam się zwolni. Poza tym  mam nieodparte  wrażenie, że zrzyna  niektóre pomysły. On bardzo chciał robić z tobą zamówienia  prywatne, ale wtedy  mu powiedziałem że nie ma szans, bo tych projektów jest mało. To wiesz co zrobił? Liczył skrupulatnie ilu ty masz prywatnych klientów i przyszedł mi to powiedzieć. No to mu palnąłem, że gdy będzie miał  takie doświadczenie  jak ty to wtedy będzie  miał prywatnych  klientów o ile takowych znajdzie.To wtedy gamoń doszedł do wniosku, że jesteśmy parą i swą teorię głosił innym. A nie wierzyłem kiedyś w starym biurze naszej kadrowej, gdy mówiła, że ludzie do niej przylatują i obgadują  swoich kolegów. Jakoś nie mieściło mi się to w głowie. Ewka, a masz w domu jakiś stary album z  naszymi dawnymi projektami?

No pewnie, że mam, niektóre nasze  projekty były naprawdę świetne. A mogłabyś  mi zrobić kilka  skanów na moją osobistą pocztę? Wybierz takie, żeby były tam daty. I wybierz te  najstarsze. Chcesz coś na wabia? -Zigi skinął głową- tak. Bo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że grzebią mi w moim  biurku albo wszyscy  albo tylko Piotrek. Nie  mogę podłączyć ukrytej kamery, bo musiałbym  mieć na to zezwolenie, a nie chcę obcych  mieszać w nasze  sprawy. Możesz sobie jeszcze ten tydzień posiedzieć w domu i  w domu coś podumać o kilku domkach? - tu masz  wszystkie  dane i zdjęcie tego terenu z kierunkami. 

A ja jutro postaram się  swoimi kanałami  sprawdzić tego inwestora. Nie znam go zupełnie. Wiem tylko od niego, że wpierw  chciał na tym terenie  postawić drewniane domy na płycie  betonowej ale nie mógł znaleźć chętnych- każdy mu mówił, że cegła  lub pustak to tak,  ale  drewniak na  betonie to nie! A to mają być typu  psia buda  czy coś z pięterkiem? Z pięterkiem. I nie  musisz się z tym spieszyć. Podobno ten teren jest  jego własnością już od kilku lat. Zostaw Ewka ten portfel, przecież jesteś moją dziewczyną a za  swoje  dziewczyny to ja płacę - rzekł ze śmiechem.

Oooo, jakiś  hardy się  zrobiłeś, kiedyś nawet okiem nie mrugnąłeś gdy każde z nas płaciło  za siebie. Och, po prostu wiedziałem,  że nie ma co się z Tobą kłócić. I to nie ja  zhardziałem, tylko ty znormalniałaś. Dobrze  ci to małżeństwo zrobiło,  czego nie  można powiedzieć o poprzednim. I mam wrażenie, że  jakoś ogromnie do siebie  pasujecie. Ewa roześmiała się - nie tylko pasujemy do siebie ale i bardzo dobrze się rozumiemy. Jestem w tym facecie  bezustannie  zakochana. 

Wiem i trochę wam obojgu zazdroszczę.  Czego? No tego, że się nie  kłócicie. U nas  wiecznie udry na udry. A czemu się z nią  nie  ożenisz? Bezustannie do siebie wracacie, więc chyba jednak coś was łączy poza  łóżkiem. Myślisz,  że byśmy się nie pozabijali? Podejrzewam, że jeżeli jej zaproponuję małżeństwo to mnie po prostu wyśmieje. No to spróbuj, może nie  zadzwoni po karetkę z  kaftanem bezpieczeństwa bo ma obok siebie  wariata. Myślisz,  że każda kobieta  ubóstwia taki  stan  zawieszenia ni to mąż  ni  to narzeczony ni to tylko przyjaciel?  Po prostu spróbuj- tylko nie  zapomnij jej powiedzieć, że ją kochasz.

I myślisz, że mnie nie wyśmieje? Wiesz Zigi w 95% przypadków, jeżeli ktoś z kim sypiasz od wielu lat mówi ci, że cię kocha i proponuje ci małżeństwo nie bywa  wyśmiewany. Tylko przemyśl to co ci powiedziałam, bo według  mnie to ty ją kochasz, tylko tak się boisz odrzucenia, że a priori negujesz  swoje uczucia i nawet nie  zastanawiasz się co ona  czuje do ciebie.  Gdybyś był jej obojętny już od wielu lat  nie bylibyście  razem.  Idź i kup jej pierścionek i poproś ją by została twoją   żoną bo ją kochasz. I powiedz jej, że tak się boisz odrzucenia, że aż wolałeś jej nie proponować tego związku. 

                                                              c.d.n.

czwartek, 24 lutego 2022

Ryzykantka - 26

 Okazało się,  zgodnie z przewidywaniami Roberta, że on nic nie mógł pomóc swemu siostrzeńcowi. Po dwóch dniach pobytu na oddziale Klon  został wypisany do domu i  Franek przyjechał po żonę i dziecko.

Mały był bardzo rozczarowany, bo okazało się , że złamanie nie było na szczęście powikłane i Klon mógł brać udział w lekcjach, z tym, że miał  siedzieć tak, by   zagipsowana noga spoczywała  na sąsiednim krześle a do toalety  miał wychodzić o kulach i nie w czasie przerwy, ale podczas lekcji.  Skończyły się piesze wędrówki obu do szkoły, bo "połamaniec" był wożony przez  któregoś z rodziców do i ze szkoły - oczywiście były wożone obydwa  Klony, co się drugiemu  nie podobało.

Zaraz po pierwszym dniu w  szkole cały gips  był upstrzony napisami i rysunkami. Alina sfotografowała to wszystko i  zapowiedziała, że jeśli do tego "paskudztwa" dojdzie choćby jedna kropka lub literka, to Klon będzie musiał to wszystko zlizywać do czysta własnym językiem. A że Alina  nie rzucała nigdy  żadnych gróźb na wiatr, Klon przestał mazać po gipsie. W rozmowie  z bratem Alina  stwierdziła, że cieszy się,  że skończyło się to tylko złamaniem nogi a nie np. wstrząsem mózgu lub wręcz jakimś urazem czaszki bo mur,  z którego dzieciak skakał miał niemal dwa metry wysokości. 

Oczywiście i Alina i Franek poinformowali obu chłopców, że jeżeli któryś z nich, jeszcze raz będzie właził tam gdzie nie wolno, to nawet jeśli sobie nic  nie uszkodzą to będą odprowadzani do szkoły i ze szkoły do domu niczym pierwszoklasiści i niech  zapomną o jakichkolwiek rozrywkach i prezentach pod choinkę i od Mikołaja przez najbliższe kilka lat. Drugi  Klon stwierdził, że nie rozumie  dlaczego kara jednego z nich ma również dotknąć drugiego, ale Franek zamknął dyskusję mówiąc- z czasem obejmiesz to swoim ciasnym rozumkiem. Widziałeś co brat robi i nie powstrzymałeś go, więc też jesteś winien.

Po pierwszym tygodniu  zabiegów Ewa stwierdziła, że jej dżinsy stały się wyraźnie luźniejsze i podzieliła się tą wiadomością z panem Wojtkiem. Nie był tym zaskoczony i powiedział, że to wszystko  zasługa  sauny infrared, bo każdy 30 minutowy  zabieg to spalenie 300 do 900 kalorii, czyli tyle  ile by się  straciło biegnąc 10 kilometrów. Po prostu podczerwień wnika w głąb ciała na 5 centymetrów i rozgrzewa tkankę likwidując  podskórną tkankę  tłuszczową, likwiduje też cellulit, pomaga przy leczeniu  schorzeń reumatycznych, zwyrodnień stawów, usuwa w tkankach mięśni blizny powstałe podczas urazów, łagodzi przewlekłe bóle po różnych  kontuzjach, powoduje wydalanie się poprzez skórę toksyn  zalegających w organizmie. 

Wymienił przy okazji kilka  adresów w Warszawie, gdzie można  korzystać z tej łaźni. Niewątpliwą  zaletą ich jest również fakt, że łatwo się je montuje i mogą być podłączone w domu do każdego gniazdka byleby było w nim napięcie 220V. No i są przy  zakupie tańsze od łaźni fińskich  mokrych i suchych, więc  coraz więcej  się ich teraz sprzedaje. A wcale  nie są nowym wynalazkiem bo wynalazł je  w połowie  lat sześćdziesiątych  pewien Japończyk ale  opatentował wynalazek i dopiero teraz ochrona patentowa wygasła i można je produkować nie płacąc za wykorzystanie patentu. Tyle tylko, że na korzystanie  z niej musi być zgoda lekarza, który wie  na jakie  choroby cierpi osoba chcąca z takiej  sauny korzystać. A ceny  zakupu wahają się od 6 do 12 tysięcy złotych, bo są uzależnione od wielkości i materiału, z którego jest obudowa.

Robert popatrzył się na Ewę a ona dojrzała w jego oczach chęć  nabycia takiej łaźni i powiedziała - nie kochanie, nie kupimy, nam bardziej się opłaca chodzić raz na  jakiś czas na cykl tych zabiegów. Wprawdzie nas na taki zakup stać, ale ja już w życiu masę takich wielce przydatnych rzeczy kupiłam a potem je rozdawałam, bo z nich praktycznie  niemal nie korzystałam. A skoro wiemy, że nawet niedaleko od  nas można z takiej łaźni korzystać to po prostu tylko sobie  zapiszemy  adres, albo  gdy wrócimy to poszukam w necie.

Oj, muszę to opowiedzieć mojej żonie- stwierdził pan Wojtek-  bo ona  zaraz chciałaby wszystko kupić i mieć własne, a ja  mam wyrzuty  sumienia, gdy jej odmawiam.  Nie  widzę przeszkód, może pan jej to opowiedzieć - zaśmiała się Ewa. Za kilka lat sama pojmie, że mąż  powinien być własny i na wyłączność, a z innych rzeczy można śmiało korzystać  za opłatą i jest to bardziej opłacalne.

W drugim tygodniu pobytu Ewa z Robertem zrobili kilka dłuższych  spacerów. I Ewa znów przeżyła  rozczarowanie -to sanktuarium  maryjne  w niczym nie przypominało tamtego kościółka, w którym była boazeria z jasnego drewna, takie same ławki, a cała  dekoracja sprowadzała się do błękitnych  zasłon i takich  samych szarf, upiętych w kokardy. Było w nim wtedy cicho, przytulnie i skromniutko, żadnych  złoceń, nawet obraz umieszczony na ołtarzu  nie miał złoconych ram. Doszli do schroniska na  Klimczoku , pooglądali panoramę a Ewa pomyślała - dobrze, że jest informacja, że to jest schronisko, bo pewnie jak ta  kretynka  szukałabym tamtego,  zapamiętanego gdy tu byłam. A tak w ogóle była zdegustowana tą drogą   bo szło się    nie lasem a jezdnią i co chwilę trzeba było uskakiwać przed samochodami. Nie pamiętała by wtedy stało tu tyle domostw! W tym układzie  stwierdziła, że nie pójdą z Klimczoka  na Szyndzielnię, tylko któregoś dnia podjadą do Bielska i pojadą na  Szyndzielnię kolejką linową.

I tak też  zrobili. Nie było już tych starych 4 osobowych wagoników, które  wtedy  kojarzyły się Ewie  jak w zbyt dużych odstępach  nanizane na nitkę prostokątne  kostki - teraz  były ładne, nowoczesne, żółto-czarne gondole. Nieco poniżej stacji był nowy hotel o nazwie Dębowiec a obok niego parking dla  camperów- rzadkość w kraju nad Wisłą.  Ewa  miała nieodparte  wrażenie, że trasa kolejki była nieco zmieniona, nie przypominała sobie, by wtedy  kolejka kursowała tak blisko góry.  Przy górnej stacji  kolejki wzniesiono całkiem zgrabną wieżę widokową, która  była czynna  tylko w  godzinach kursowania  kolejki  - oczywiście  wstęp na wieżę był płatny. I tu  niespodzianka - na górnej stacji  kolejki można było zobaczyć stare wagoniki , takie jak je zapamiętała Ewa.

 Oczywiście  wdrapali się  niespiesznie  na wieżę widokową, potem posiedzieli na tarasie przy schronisku i był już czas by wracać do Szczyrku.  Na dole wdepnęli do hotelu Dębowiec do Drink- baru, gdzie  można  było  zamówić najrozmaitsze  drinki, w tym bardzo dużo bezalkoholowych z najrozmaitszych kuchni świata i wiele rodzajów kawy. Dębowiec jak większość  hoteli starał się przyciągnąć jak najwięcej gości, ceny  nie były tak "wysokogórskie" jak w Szczyrku lub  Zakopanem a w prospekcie reklamowym wszystko wyglądało przepięknie. Byli nastawieni i na  studniówki i na przeróżne  konferencje  i szkolenia, wesela, bale maturalne, duże spotkania rodzinne i tak ogólnie  "dla  każdego według jego potrzeb". 

Wpadła im też w ręce ulotka  reklamująca ośrodek  rekreacyjno - narciarski Dębowiec,  którego wyciąg zimą wwoził na stok (600m zjazdu w dół) tylko narciarzy i snowbordzistów, a latem pieszych  turystów, którzy chcieli  wybrać się na Szyndzielnię - nie bardzo tylko mogli się doczytać czy dalej należało pokonać drogę per pedes czy  może "podwiezieni"   trafiali na  dolną stację kolejki gondolowej. No ale skoro oni się nie wybierali na Szyndzielnię, bo właśnie  z niej wrócili - pozostawili sprawę niewyjaśnioną.

W drodze powrotnej  "ścignął" Ewę Zigi - pierwsze pytanie  brzmiało ; "chcesz  może domek w Warszawie?". Nie,  nie chę, ja już mam domek w Warszawie. Ale ja mówię o wolno stojącym domu a nie o mieszkaniu na osiedlu!- tłumaczył Ewie.  Zigi, kotku, ja już  nie mieszkam na tym osiedlu, na którym byłeś,  już się przeprowadziłam, właśnie do domku. To czemu ja o tym nie wiem? - dopytywał się  Zigi. No bo ja nie wydaję żadnego biuletynu informacyjnego odnośnie  mego życia  prywatnego,  zauważyłeś? A teraz jestem z mężem w drodze do Szczyrku, byliśmy w Bielsku -Białej i na Szyndzielni.  To pozdrów męża ode mnie.  Już jest  pozdrowiony, bo jesteś na  głośnomówiącym  połączeniu. O, to muszę uważać, żeby nie kląć. Zigi, a o co chodzi? My wracamy do Warszawy w poniedziałek. Jeżeli masz coś dla mnie pilnego to mogę przyjechać do biura we wtorek. Ooo, to  dobrze bo będziesz  miała klienta. No a o której przyjedziesz do nas?  Tak jakoś między  dziewiątą  a dziesiątą- pasuje? Tak, klient będzie przed  dwunastą. No to do zobaczenia, cześć!

Gdy się rozłączyła Robert powiedział - zawsze mnie  powala  twoja  z nim rozmowa. Nie ciebie jednego - pocieszyła go Ewa -facet powinien  mieć tłumacza i mnie często przypadała ta rola. Na początku czułam się jakbym zdawała egzamin, którego jedynym pytaniem  jest "co poeta  miał myśli" i długo  mnie to denerwowało, w końcu odkryłam, że  należy mu po prostu zadawać proste pytania i to pytania zbudowane ze zdań prostych, nie  złożonych.  Pytanie mnie o domek oznaczało, że znów mamy durnego i mało forsiastego klienta, który chce się wykpić domkami, czyli takiego, który nie ma jeszcze kompletu umów na  wszystkie  domki. Tylko taki klient  nie wie, że my już  znamy te  numery. Ostatnio kończy się to tak, że jedziemy, Zigi i ja do takiego i zaglądamy facetowi w papiery. Potem  Zigi radzi mu by jak najprędzej się tego terenu pozbył i  mówimy gościowi "żegnamy pana". Teraz te  tereny pod budowę takich osiedli są coraz bardziej oddalone od  miasta i większość ludzi trzeźwieje z chwilowego  zatrucia się "świeżym  powietrzem i ciszą, zielenią, kontaktem  z przyrodą" gdy zaczyna  dostrzegać, że osiedle stoi wprawdzie w miejscu ładnym, ale każdy  członek rodziny powinien  mieć własny  samochód, nie ma  szkoły, nie ma przedszkola, do najbliższego lekarza też nie  za blisko. Dobrze, że część jest tak skołowana, że trzeźwieje dopiero gdy się  wprowadzi i odkrywa, że wszystkiego tu, w tym uroczym  miejscu, poza owym  mahoniowym powietrzem brakuje. Oczywiście, czasem już po roku jest jakiś  sklep, po iluś latach jest nawet  szkoła i przedszkole - wszystko zależy od stopnia determinacji tych ludzi. Początki nawet spółdzielczego osiedla, gdzie z góry wiadomo ilu będzie mieszkańców są straszne - miasto rzuci na otarcie łez 1 linię  autobusową i w gazecie wyczytasz, że jest komunikacja, jest jedno przedszkole na kilka tysięcy maluchów, 1 sklep spożywczy i.....cześć. 

Na Ursynowie naczekałam się na sklepy, na komunikację, praktycznie na wszystko. Teraz jest tam wszystko, niemal drugie miasto. Widziałeś to osiedle  domków po lewej stronie, okolone murem,  w drodze do Konstancina? Mieszka na nim siostra  mojej koleżanki - świra dostaje co rano bo nie może wyjechać z osiedla na drogę, która jest wszak jednopasmowa a  zasuwają nią do Warszawy i ci z Konstancina i z Klarysewa i różnych  innych miejscowości. Płynie  strumień samochodów a ona w swoim stoi i czeka, tak jak i inni z jej osiedla  i nie mogą się wydostać by jechać do pracy lub odwieźć dzieciaka do szkoły. To jeden mankament- drugi - wchodzisz czy wjeżdżasz za ten mur i koniec - nie masz dokąd pójść na spacer z dzieckiem, co najwyżej  możesz je  uwiązać w ogródku przydomowym. Znam projektanta tego osiedla - musiał  wsadzić tam tyle domków by inwestor  wyszedł na swoje  a nie  splajtował. Czasem Zigi i ja tak klniemy, że  aż wstyd, no ale trzeba przecież takie  kwiatki jakoś odreagować. Nie wiem, czy Zigi kiedyś był w Szczyrku, ale jeśli był to  dawno i też miałby, tak jak ja  bardzo mieszane uczucia. I dlatego znacznie  chętniej projektuję wnętrza, o ile oczywiście nie trafię na jakiegoś  świra.

Zaraz po przyjeździe do swego hotelu wybrali się do jaccuzi. Spędzili  tam niemal godzinę, korzystając z faktu, że są  sami. Robert stwierdził, że w klinice bardzo by się przydał taki fizjoterapeuta jak pan Wojtek. Nie dość, że był naprawdę dobrym fachowcem, to dodatkowo bardzo sympatycznym i życzliwym dla innych człowiekiem.  Oczywiście Robert pytał się go, czy nie chciałby razem z rodziną przenieść się do Warszawy, ale Wojtek stwierdził, że on to by się przeniósł gdyby był sam, jednak tu już mają swój własny dom, a gdy córeczka  nieco podrośnie jego żona chce wrócić do pracy - jest przedszkolanką z  zawodu. I wtedy małą będzie się  częściowo  zajmować babcia. A on ma w Warszawie już tylko ojca, który niedawno ożenił się po raz drugi, ale Wojtek nie potrafi znaleźć wspólnego języka z jego żoną, która śmieje się z niego, że ożenił się z...wiejską  dziewuchą. A tu teściowie mówią do  niego "synku" i stali się  dla niego prawdziwą rodziną. 

                                                                        c.d.n.