niedziela, 6 marca 2022

Ryzykantka - 37

 Tego wieczoru, już w sypialni, Robert powiedział - wystawiłaś mi, moja cudna, przepiękną  laurkę, ale nie wiem  wcale , czy na  nią  zasługuję. Po prostu nie potrafię już funkcjonować bez ciebie i wszystko co robię jest o to właśnie oparte. 

Wsiadam rano do  samochodu i zaraz zaczynam obliczać ile godzin  minie nim  znów będę cię  miał w  zasięgu wzroku i ręki. To chyba nie jest normalne u faceta, który już ma ukończone 50 lat, czyli więcej niż połowę  życia  za sobą. Podglądam  cię czasami w nocy, gdy  śpisz i rozczula  mnie twój widok  pogrążonej  we śnie i próbuję odgadnąć o  czym  śnisz. 

Wymówiłem się już od kilku wyjazdów zagranicznych, bo wiedziałem, że masz pilną pracę i nie pojedziesz  ze mną. Ewuś, ty jesteś całym moim światem. Mam  zaproszenie do Francji na dwa tygodnie, do kliniki, w której już kiedyś byłem. Ale jeśli ty nie będziesz  mogła w tym czasie pojechać to ja odmówię przyjazdu, to nie żart!  Ewa wpatrywała się w niego i coraz  mocniej się przytulała. Pojadę z  tobą, przecież i tak głównie pracuję w domu, a poza domem wtedy, gdy ciebie w domu  nie ma. Projekt wszak powstaje w mojej głowie, mogę go zapisać gdziekolwiek jestem, obliczenia też przecież robię zdalnie. A teraz, w  dobie komputerów nie ma problemu z komunikacją- zawsze mogę się  porozumieć z Zigi lub z inwestorem. Tylko będę  musiała sobie kupić nieco mniejszego laptopa, ten jest ciężki. 

Ja też nie potrafię dobrze funkcjonować gdy cię nie ma  w pobliżu. I dobrze, że oboje jesteśmy tak jakoś od  siebie  uzależnieni i że zdajemy sobie  sprawę z tego. Gdy miałeś nocne  dyżury to brałam wieczorem tabletkę nasenną, bo nie mogłam bez ciebie  zasnąć. 

Nie bierz ich Ewuś, to trucizna.  Zresztą już nie będę   miał na razie  nocnych dyżurów,  wziąłem 12-godzinne soboty lub  niedziele, bo wtedy  zawsze  mogę cię ściągnąć do siebie  do kliniki. A to tak wolno? -zdziwiła się Ewa. Jesteś moją żoną, więc mogę cię  gościć w moim służbowym pokoju, mogę cię  wziąć do  naszej kantyny, możemy posiedzieć w dowolnym  miejscu ogólnie dostępnym w naszym  szpitalu- jeden  warunek - pielęgniarka  dyżurna  musi wiedzieć gdzie będzie  mogła  mnie  znaleźć. No i muszę mieć przy sobie  komórkę. Na połączenia służbowe mam oddzielną kartę. 

A wiesz Ewuś co jest w tym wszystkim cudowne i dla mnie  zupełnie  nieoczekiwane i mnie  zdumiewa? No co, powiedz! To, że za każdym razem jest tak samo cudownie jak za naszym pierwszym, że nadal czuję ten  sam dreszczyk niepewności czy  mnie  zaakceptujesz i tak  samo niesamowicie  mocno cię pożądam. Poza tym jesteśmy niesamowicie dobrani anatomicznie a ty tak cudownie na  mnie reagujesz i natychmiast się uaktywniasz wewnątrz. Nie wiem  zupełnie o czym mówisz, bo zawsze gdy we mnie  wchodzisz  przechodzi  mnie prąd a co jest potem to nie bardzo wiem, poza tym, że jest mi cudownie, od początku do końca. Ale to chyba dobrze, że ci nie  spowszedniałam? 

Nie spowszedniejesz, nie  ma obawy! Kocham cię, kocham  wszystko w tobie- to jak wyglądasz, jak się poruszasz, uwielbiam cię całować, przytulać, pieścić, rozmawiać  z tobą, brać z tobą prysznic, patrzeć na ciebie gdy czytasz coś co cię interesuje, uwielbiam nasze wspólne  ablucje i gdy mi  myjesz głowę i myjesz  delikatnie uszy i wiercisz palcem  w pępku. Ewuś, wszystko co jest z tobą  związane po prostu uwielbiam. I czuję się szczęśliwy, że tak właśnie jest. I jestem  wdzięczny za to, że w pewnym  sensie adoptowałaś Pawła, że stworzyłaś nam obu szczęśliwą rodzinę. A co do  Pawła - zauważyłaś, że  się pogodzili?  

Oczywiście,  zauważyłam i cieszę się  z tego. Wiesz, gdy mi mówił o co się  z nią "pożarł" w pewnym sensie  cieszyłam się z tego, że wyciągnął właściwe  wnioski ze swego niezbyt szczęśliwego dzieciństwa. Wela była oszukiwana przez  swoich w tak zwanej "dobrej wierze", a Harpia oszukiwała go ze  złości na ciebie i on przez to cierpiał, bo bał się cały czas, że go nie  akceptujesz. Chwal go trochę więcej, to mu dobrze  zrobi. To fajny chłopak i tak bardzo, bardzo dużo ma  z ciebie. Po Harpii to ma tylko te brązowe ciapki w oczach. No i starczy- stwierdził Robert - natura  sama  zadbała o to by zło się  nie  powielało.

Sobotę spędzili na zakupach  rodzinnych.Oczywiście  najwięcej rzeczy zakupiono dla Weli i Pawła i przy  tych  zakupach Robert tak  lawirował, by większość z nich sfinansować. Ewa nareszcie  miała dla siebie "kumpelkę" do damskich  zakupów. I chociaż jedna i druga  nie nadużywały kosmetyków, to całkiem  sporo czasu straciły właśnie  przy tych stoiskach. Wpadli na gorącą  czekoladę do Wedla - Wela była tu pierwszy raz i bardzo się jej podobało. W tak zwanym "międzyczasie" Paweł odstał nieco czasu w kolejce do słodyczy i kupił to wszystko, co dziadek i babcia bardzo lubili.

Obkupieni i  zadowoleni wrócili do  domu. Na  niedzielę zaplanowali wyjazd do Ciechocinka - Robert umyślił sobie, że można by  dziadków wysłać na  dwa tygodnie lub dłużej  do Ciechocinka- nie było to daleko od  domu, mogliby  zamieszkać w pobliżu sanatorium dla  "sercowców" i nawet brać udział w zajęciach rekreacyjnych, prowadzonych przez sanatorium.

Ciechocinek przypadł dziadkom do gustu - nie było tu tłumów ludzi tak jak w Kazimierzu  i przed powrotem do Warszawy wpadli do jednego z  domków w pobliżu sanatorium  oraz do recepcji sanatorium. Okazało się, że mogą  mieszkać prywatnie a jeśli będą mieli od swego lekarza  pierwszego kontaktu skierowanie  na  zabiegi w  sanatorium to  bez problemu  mogą z tego korzystać- zabiegi oczywiście będą  na koszt NFZ.  Po wyjściu z recepcji trwała  zawzięta  dyskusja, czy oni mogą w dowolnej chwili pozostawić "biedne  dzieci" bez opieki i w  końcu ustalili termin, w którym mogą tu przyjechać, wrócili do domku, w którym oglądali niecałą godzinę  wcześniej   pokój i zadatkowali  jego wynajem. Jeszcze raz  wdepnęli na recepcję  sanatorium i zgłosili swój termin pobytu.

Babcia miała cały czas wątpliwości, czy Ewa da sobie radę z pracą i prowadzeniem  domu i  w końcu się babci nieco oberwało, bo  zniecierpliwiona  Ewa wypomniała jej, że mamcia nie miała takich obiekcji wydając ja  za mąż za kretyna, który niczego w domu nie potrafił zrobić oprócz bałaganu a na dodatek ją zdradzał. A Robert wszystko potrafi w domu  zrobić a poza tym będą tu jeszcze Wela i Paweł. Więc sobie  wszystkie "biedne  dzieci" poradzą koncertowo. 

Ustalili,  że Robert i Ewa odwiozą  rodziców swoim samochodem i oczywiście  potem po nich przyjadą. W myśli Ewa  dodała- jak nie my to Wela z Pawłem. Dziadek bowiem  stwierdził,  że już nie  czuje się pewnie na  szosie, więc lepiej nie ryzykować. Po mieście jednak jeździ się  dużo wolniej, zwłaszcza, że dziadek jeździ tylko kilkoma trasami, na których nikt nie rozwija obłędnych  szybkości. Na  czas wyjazdu do sanatorium dziadek zostawił Pawłowi dowód rejestracyjny i kluczyki do samochodu by Paweł z niego korzystał. A Ewie szepnął do ucha - jeśli mu się spodoba to będzie nim jeździł stale, mnie już  samochód właściwie  nie jest potrzebny. Jak myślisz, Robert się na to  zgodzi? Tatuniu, to twój samochód, nie Roberta i ty nim rozporządzasz, nie Robert. Myślę, że się zgodzi, ale jak znam Roberta, to przykaże Pawłowi, by zawsze was gdzieś podwiózł jeśli będziecie gdzieś dalej musieli się wybrać. Oni obaj to tacy dobrzy chłopcy! - stwierdził ojciec. Ewa uściskała tatę i już nic nie powiedziała - przecież ona to od  dawna wiedziała.

Na dwa dni przed powrotem dziadków z sanatorium Ewa z Robertem odlecieli  do Paryża, więc po dziadków, samochodem Roberta, pojechał Paweł - sam, bo Wela "miała randkę" ze swoim promotorem.

Robert  miał, zdaniem Ewy poroniony pomysł, żeby do Paryża jechać  samochodem, ale Ewa mu przypomniała, że taka długa podróż wcale jej  może nie wyjść na  zdrowie. A poza tym niewiele po drodze  zobaczą, bo będą głównie jechali autostradami a póki co jazda  autostradą to nic  ciekawego. Co najwyżej zwiedzą po  drodze parkingi.

Paryż zwiedzali głównie samochodem, którym woził ich  po mieście ich jeden z francuskich przyjaciół Roberta. I w Paryżu spotkała Ewę niespodzianka - oglądała "z teatru" operację, którą przeprowadzał Robert. Z tej okazji przydzielono Ewie opiekunkę - młodą lekarkę rodem  z Polski. Po raz pierwszy Ewa zobaczyła zestaw narzędzi do operacji ortopedycznej i pomyślała - noooo, Święta Inkwizycja byłaby wielce dumna z tego zestawu. Oczywiście  zaraz  podzieliła się tą myślą ze swą opiekunką, która się roześmiała. Ale przy tej operacji 95% zestawu nie będzie potrzebne. Wchodząc na salę gdy już pacjent był w pełni gotowy do operacji, Robert popatrzył w okna teatru i posłał Ewie uśmiech - no i dobrze, bo bym ich nie odróżniła w tych roboczych stroitkach. Obaj w takich  samych ubrankach, tego samego wzrostu. "Opiekunka" tłumaczyła Ewie co w  danej chwili robi Robert,  który miał odtworzyć zerwane i mocno  zaniedbane po urazie więzadło krzyżowe przednie pacjenta. Operacja była zupełnie bezkrwawa, no może poza  małym nacięciem, poprzez które Robert pobrał ścięgno, z którego  miał zrobić nowe więzadło pacjentowi a potem wprowadzał artroskop. Był to tak zwany  autoprzeszczep. Ta druga część operacji przebiegała z pomocą  artroskopu i można było śledzić obraz z jego kamery. Ten pacjent był znieczulony ogólnie, ale  "normalnie" to pacjenci dostają znieczulenie podpajęczynówkowe przy tej operacji. Ale dlaczego ten pacjent miał pełną narkozę  opiekunka Ewy nie wiedziała.

Ewa była  z jednej  strony  zachwycona a  z drugiej lekko rozczarowana, bo nie było żadnego  dramatyzmu no i  zdecydowanie  zbyt krótko to trwało. Te operacje, które dotychczas oglądała, trwały naprawdę  długo, były krwawe i czasami były poważne  trudności. Nie mniej  była zachwycona, że widziała swego ukochanego faceta przy operacji. Chyba  niewiele żon chirurgów ogląda  swe drugie połówki przy pracy.

Gdy Ewa wraz ze  swą towarzyszką dotarły do  wejścia do bloku operacyjnego czekała Ewę następna  niespodzianka -w przedsionku czekali na nią francuscy przyjaciele Roberta i oczywiście Robert, który natychmiast ją do siebie  mocno przytulił mówiąc - patrzcie  chłopcy, to moja królowa! Każdy z owych "chłopców" uważał za stosowne objąć "Królową Roberta" i ją ucałować w oba policzki. Najzabawniejsze  w tym wszystkim było to, że ta operacja  była robiona ad hoc, a jako operator  miał być kolega Roberta, który znając "zacięcie  do chirurgii" żony Roberta w ostatniej  chwili wpisał jego jako operatora, tłumacząc Robertowi, że nie jest dziś w pełni  sił by operować i będzie  tylko asystował.

Następnego dnia Ewa znów oglądała Roberta w akcji ale już przy poważnej i dużo dłuższej operacji, przy której Robert bardzo się napracował. Gdy wyszedł z  sali Ewa  już na niego czekała- zmordowany Robert przytulił się do niej i  powiedział- jak dobrze, że byłaś przy mnie i że teraz jesteś. Lubię operować  razem z Jeanem - klnie niczym  szewc, ale jest świetnym  chirurgiem i twierdzi, że Twoja obecność na teatrze dobrze na  mnie  wpływa . Chyba emanujesz jakimiś dobrymi falami mózgowymi, które do mnie  docierają. O czym myślałaś tam na górze? O tym, że cię kocham bezwarunkowo, że jestem z tobą  szczęśliwa i czuję się bezpiecznie. I o tym, że tak sprawnie działasz  przy stole i że widać, że wiesz co masz robić- zero wahania, zero jakiejś niepewności i to jest cudowne. Podziwiam cię, dla mnie jesteś cudownym człowiekiem. 

Ale teraz to jestem  bardzo zmęczonym  człowiekiem, przebiorę  się i pojedziemy do hotelu - muszę odpocząć. W kwadrans później  jechali taksówką do hotelu. W małym sklepie obok hotelu Ewa kupiła małą buteleczkę oliwy  nicejskiej, co bardzo zdziwiło Roberta. Na co ci ta oliwa, skarbie? Przecież tu ona  zawsze stoi na stole w trakcie  posiłku. Zobaczysz, w pokoju ci wytłumaczę.

Pod prysznic  poszli razem, a gdy wyszli spod  niego Ewa położyła na łóżku duży, kąpielowy ręcznik i powiedziała- połóż się na nim na brzuchu i  zamknij oczy. Gdy już leżał częściowo nakryła go szlafrokiem i zaczęła masaż - wpierw wymasowała stopy, potem łydki, uda , cały pas  lędźwiowy,  plecy i tylną  stronę rąk. Masowała tak długo, aż oliwa wniknęła dobrze w  ciało. Ewuś, gdzie się   tego nauczyłaś? Odeszło mi przynajmniej trzy czwarte  zmęczenia! Niesamowite! 

To nie jest  niesamowite, to normalne. Po prostu cię  rozluźniłam. A teraz wskakuj pod kołdrę, podrzemiemy trochę, żeby reszta  zmęczenia odeszła. A z przodu nie  pomasujesz? Nie, bo masz wszak odpocząć. Przodem możemy się  zająć gdy już odpoczniesz. Podrzemiemy, potem pójdziemy na dobrą  kolację, a jeszcze później pospacerujemy brzegiem  Sekwany. A w Warszawie po każdym dniu operacyjnym będziesz  miał obowiązkowo robiony masaż. Jeżeli przez ciebie, to się  zgadzam. Nie , nie przeze mnie, przez  fachowca, mam namiary. Będzie przyjeżdżał do nas do domu. To jakiś kuzyn Zigi i mieszka na Wilanowie II, więc blisko nas, dojdzie nawet piechotą.

Nie poszli na  kolację,  nie poszli pospacerować  bulwarami nad Sekwaną. Spali spokojnie  aż do rana.W tym  dniu Robert był w  szpitalu krótko, zebrał tylko  dane od następnego pacjenta, wynajął  samochód i pojechali pozwiedzać nieco Paryż. 

"Teatr" nagle  stał się bardzo często odwiedzanym miejscem i ilekroć  była tam  Ewa (a obejrzała  wszystkie operacje, które  robił Robert) było tam dość  tłoczno i Ewa  ze zdziwieniem  stwierdziła, że niektórzy się jej  badawczo przyglądają, niektórzy się  z nią witali  i mówili jak  bardzo się  cieszą, że znów widzą Roberta i że jest on  bardzo  szczęśliwy i miło widzieć tak radosnego Roberta.

Robert przedstawił ją wielu osobom, w  tym kilku profesorom mocno już  leciwym, swym mentorom w  czasie gdy pracował w  tym  szpitalu. Gdy Ewa wyraziła  mu swe zdziwienie, że  budzi  swą osobą taką  sensację to jej  wyjaśnił - jesteś  dziecinko pierwszą osobą spoza tego  zawodu, która z takim  zamiłowaniem, bez omdlenia ogląda operacje. Ojej, to ich  chyba  zawiodłam, bo ani razu nie  zemdlałam a nie  nie uciekłam  z krzykiem-  śmiała się Ewa. Nie, to nie tak, oni się  raczej  dziwią, że nie jesteś przynajmniej pielęgniarką. W głowach im się nie mieści, że pani architekt ogląda operacje  a nie budowle Paryża.

                                                                  c.d.n.

 

sobota, 5 marca 2022

Ryzykantka - 36

 "Chmura  gradowa" wisiała  nad Welą i Pawłem niemal całe  3 dni. Rozmawiali tylko "służbowo" i to tylko przy rodzinie. A rodzina udawała, że  niczego nie  dostrzega. 

Piątkowego popołudnia zatelefonowała do Ewy  była teściowa z wiadomością, że  Julian chciałby się  z nią  zobaczyć. A on co? sparaliżowany i nie może  sam zatelefonować?- spytała niezbyt uprzejmie, bo nigdy  za swoją teściową nie  przepadała. Jeśli ma  do mnie jakąś  sprawę to może zatelefonować lub tu przyjść i powiedzieć. Niech się nie boi, nie pobiję  go. Byłą teściową wyraźnie  przytkało i tylko powiedziała- przekażę mu to i wyłączyła się. Oczywiście Ewa od  razu powiedziała Robertowi z kim tak mało uprzejmie rozmawiała.

W pół godziny później zadzwonił dzwonek do drzwi wejściowych. Oooo, to pewnie  Koczkodan, stwierdziła Ewa. Robert  mrugnął do niej i  powiedział- to ja mu otworzę drzwi, jeszcze go nie  widziałem w naturze. A ty  kochanie  posiedź w  salonie, przyprowadzę go  do  ciebie. W chwilę później usłyszała, że Robert otworzył drzwi i spytał : a pan w jakiej sprawie?  Bo my na nic  nie  reflektujemy, wszystko w domu  mamy. Koczkodan odchrząknął i powiedział - ja przyszedłem do pani Ewy. Taak? Robert udał wielce  zdziwionego- nic mi żona  nie mówiła, że ktoś ma  do nas przyjść. No ale  skoro jest pan umówiony, to proszę- prosto i  na lewo. Nie da się ukryć, że Koczkodan do wysokich  raczej nie  należał, Robert przewyższał go o głowę i choć był bardzo szczupły, to jednak  znacznie  mocniej  zbudowany.

Koczkodan  nerwowo obejrzał się  za siebie, a Robert powiedział- proszę, proszę, żona jest w  salonie.

Koczkodan wszedł mówiąc - cześć Ewa, mam do ciebie  sprawę. Taaak? dzień dobry, a jaka to sprawa? Prosiłem cię kiedyś bym mógł zostawić w twojej piwnicy jedno pudło, bo wtedy nie  miałem  gdzie  go zostawić. Masz je  jeszcze? Ewa  wzruszyła  ramionami - szczerze mówiąc  to nie pamiętam byś cokolwiek u mnie  w piwnicy  zostawiał. Może  zostawiłeś je u którejś  ze swoich  koleżanek, bo ja sobie  nie kojarzę byś zostawiał jakieś pudło w mojej piwnicy. No to daj mi klucze a ja pojadę i zobaczę- stwierdził Koczkodan. Co powiedziałeś? Ja mam ci dać klucze od mego mieszkania i mojej piwnicy? Czy cię  aby lekuchno nie  porąbało?  No nie musisz  dawać od  mieszkania, tylko od  piwnicy- tłumaczył Koczkodan. Ale ja tu nie mam  kluczy od tamtej  piwnicy, są w tamtym mieszkaniu. Musiałabym tam pojechać  z tobą, a nie bardzo mi się  chce. 

No to ja cię  mogę zawieźć - stwierdził Koczkodan. O nie, nie mam na tyle  zaufania do ciebie  jako kierowcy by wsiąść do samochodu, który ty  prowadzisz.  Kochanie moje- zwróciła się do Roberta- czy mógłbyś mnie teraz podwieźć z moim byłym  mężem do mojego drugiego mieszkania?

Ach oczywiście kochanie, nie ma problemu. Chcesz teraz pojechać? Tak, choć jestem pewna, że tam  żadnego pudła raczej nie ma.  No to ja w takim razie wyprowadzę  samochód - i Robert wyszedł z salonu.

Nie wiedziałem, że wyszłaś  już za mąż. A sądzisz Julianie, że powinieneś o tym  wiedzieć? Mamusia  ci nie doniosła, że wyszłam  za mąż? Przecież wiedziała, że się rozwiedliśmy, więc fakt, że sobie  na nowo ułożyłam życie nie powinien jej  dziwić.  Twoja mamusia  regularnie  nas tu podgląda, to jej hobby ostatnio. 

No to chodź, sieroto. Po drodze wyciągnęła z wiszącej małej  szafki w przedpokoju  klucze od tamtego mieszkania. Podjedziemy tam. Przed domem czekał w  swojej eleganckiej "bryce" Robert- jego Alfa Romeo było elegancko wyczyszczone i lśniło- zasługa Pawła, który dbał o wygląd obu samochodów. Ewa  wskoczyła w przedpokoju w półszpilki, przepuściła przodem Koczkodana mówiąc- usiądź z tyłu. Robert  szarmancko wyskoczył z  samochodu i z zewnątrz otworzył jej  drzwi z przodu, podtrzymując ją  gdy się  sadowiła na  fotelu.

Pracujesz gdzieś? - zapytał Koczkodan. Oczywiście, że pracuję gdzieś - odpowiedziała. Projektujesz nadal? - oczywiście, robię to co lubię. Dziwne, że o to pytasz. Pytam z grzeczności - stwierdził Koczkodan.  No to daruj sobie tę grzeczność, nie wysilaj się. Resztę  drogi przebyli w milczeniu. Nawet było  miejsce  w uliczce. Robert pomógł jej wysiąść i powiedział, że on sam pójdzie  po klucze od piwnicy, niech oni zaczekają na klatce  schodowej.  Macie  ładny  samochód- stwierdził Julian. To męża samochód,  ja mam drugi, suzuki.

Gdy stanęli pod drzwiami piwnicy  Koczkodan  stwierdził - ooo, wasze piwnice  są dużo lepsze od  tych, które są w blokach na mojej części osiedla. U mnie są drzwi z cieniutkich deseczek. Tu też, tylko wiele osób, a w tym i ja zainstalowało sobie  drzwi z prawdziwego zdarzenia. 

Robert otworzył box piwniczny, a Ewa  powiedziała - wejdź i szukaj, wszystkie  pudła są opisane przez  mojego ojca. Po dwudziestu minutach przekładania  pudeł i odczytywania etykiet Koczkodan trafił na pudło z napisem "CUDZE" i nie było nic wyszczególnione. No to pewnie to jest to twoje  pudło- jak widzisz  nie jest tu nic wyszczególnione, więc na pewno to pudło jest twoje. Weź je sobie , w domu sobie  przejrzysz  co tam masz. Jak widzisz  wszystkie inne mają dokładny opis co tam jest- czytałeś każdą z etykiet. Weź,  nie mam zamiaru sterczeć tu aż  sobie przejrzysz. Bierz i wychodź. Koczkodan wziął pudło, Robert zamknął starannie piwnicę na  dwa zamki i wyszli- Ewa i Koczkodan z budynku, a Robert wpadł do mieszkania odłożyć klucz od piwnicy.

Gdy stali pod klatką Koczkodan  zapytał- a twój mąż też  z branży? Z branży, ale nie mojej. Macie  dzieci? Tak, mamy syna. Mamusia  ci nie powiedziała? No popatrz, stale  sterczy  w oknie ilekroć jesteśmy w ogródku. Powiedziała mi tylko, że się przestała przyjaźnić z twoją mamą. No i całe szczęście- stwierdziła Ewa. Moja mama od razu odmłodniała od tego czasu.

Wiesz- stałaś się  zgryźliwa. Co ty powiesz? Ale bardzo mi  z tym dobrze,  nie  zamierzam się  zmieniać. Mój mąż lubi zgryźliwe. 

Gdy już byli blisko domu Ewa poprosiła Roberta, by stanął 20 metrów  za ich domem, bo tam jest przejście do  domu matki Koczkodana. Robert tam stanął, wysiadł  z samochodu, otworzył bagażnik i podał Koczkodanowi pudło. Tymczasem Ewa  wysiadła i poszła otworzyć  bramę by Robert mógł wjechać. Poczekała aż wjedzie i potem starannie  zamknęła i zaczekała na Roberta, który był uśmiechnięty od ucha do ucha.  Obejmując Ewę powiedział- góra  lodowa przy tobie była dziś okazem ciepła.  Wiem, ale tak na mnie  działa ten  facet. Powiedział, że jestem  zgryźliwa, więc powiedziałam, że ty takie  lubisz. No prędko się tu  nie pokaże i o to szło. 

W domu Robert opowiedział  mamci jak lodowato Ewa  potraktowała Koczkodana, a tata, który też tego słuchał stwierdził - i bardzo dobrze,  na nic lepszego ten Koczkodan  nie zasłużył. Nigdy tego  chłopaka  ani jego matki  nie lubiłem. Nie wiem, co tak  Kruszynkę do niej  ciągnęło. 

Ja wiem- stwierdziła Ewa- to było  powieścidło dla  grzecznych  panienek "Ania z  Zielonego Wzgórza".  Nigdy tego  nie przeczytałam do końca,  a one  we dwie wymyśliły  sobie, że ja  będę coś jak  ta Ania, Koczkodan  zaś Gilbertem.  Jestem jeszcze  w stanie  zrozumieć, że jako dość  młoda nastolatka jedna i druga czytała tę książkę z wypiekami  na twarzy, ale żeby dorosłe kobiety, które przeszły II wojnę światową, tułaczkę i ten ciężki stan po wojnie wciąż były maniaczkami  "Ani" to już tego pojąć nie  mogę. Mało tego - nie  mogę pojąć sama siebie,  że dałam się w to wciągnąć i dopuściłam tego debila  do siebie a do tego tkwiłam w  tym tyle  lat. Sama do siebie mam  żal o to, że nie  ruszyłam  wcześniej sama mózgiem.  A gdy już dojrzałam do rozwodu , to do dziś nie pojmuję dlaczego  czułam się winna, skoro to on  się łajdaczył a nie  ja. To pewnie  skutek  wychowania  mnie w tak zwanej bojaźni bożej i czczeniu rodziców.  

Mamcia siedziała skulona w fotelu i zrobiła się jeszcze  mniejsza, tata powtarzał cichutko: pas,  Ewuniu, pas, to już minęło. Robert stał w oknie, obrócony do pokoju tyłem, ale  nie wytrzymał, podszedł do Ewy i mocno ją objął mówiąc - Kochanie  moje, to już przeszłość. Po latach niemal wszyscy nie  bardzo możemy zrozumieć to co  zrobiliśmy w młodości. Ale już jest dobrze, jesteśmy razem i zawsze  razem będziemy.

W tym momencie w drzwiach  salonu stanęli objęci Paweł i Wela.Obrzuciwszy  spojrzeniem wszystkich chcieli się  wycofać, ale Ewa  powiedziała- nie wychodźcie, nic się  właściwie  nie stało, to tylko zmory przeszłości z mego życiorysu na  chwilę nas dopadły. Przepraszam  Was  wszystkich, ale  gdy coś latami  w sobie tłumimy to w pewnej  chwili następuje  wybuch, jak w  wulkanie. Oprzytomniałam gdy mnie przytulił Robert - jest  miłością mego życia, moim  szczęściem, kołem ratunkowym w  chwilach  zwątpienia, tym co mnie utrzymuje  w pionie i pozwala  mi  wierzyć, że jeszcze nie  zwariowałam. Przepraszam cię mamo, za te  wszystkie  gorzkie  słowa, ale być może za mało o tym wcześniej rozmawiałyśmy, a ty wciąż patrzyłaś na mnie oczami błądzącymi jednocześnie po stronach tej  powieści.

Ewuniu, osobiście  zaniosłem te  wszystkie tomy do biblioteki, już ich nawet w domu  nie ma- powiedział ojciec. I Kruszynka  już się nie spotyka  z matką Koczkodana. Może powinienem przeprosić wszystkie  koczkodany, bo porównanie Juliana do nich jest dla  nich ujmą.

No to może my z Pawłem  zrobimy teraz  dla wszystkich kawę i zjemy drugą część tortu lodowego?- zaproponowała Wela. Ewa skinęła  głową- tak  dziecino,  zróbcie  kawę, a mnie dosyp łyżeczkę czekolady, jeśli jeszcze jest, a jeśli nie to wrzuć do mego kubka kostkę  czekolady. Do mego też - poprosił Robert.

Ewa z Robertem siedzieli wciśnięci w jeden fotel - Robert obejmował ją, gładził jej  włosy i obcałowywał jej rękę. Paweł dosunął do ich  fotela mały stolik i na  nim ustawił kawę i  lody. Temat Koczkodana, Ani z  Zielonego Wzgórza został zamknięty.

Ewa skorzystała z okazji, żeby podziękować  swemu tacie  za to, że zrobił taki klar w piwnicy, że teraz to przynajmniej  bez problemu  można  wszystko znaleźć bez otwierania wielu  pudeł. Tata też  nie pamiętał co było w pudle  z napisem  "cudze". Wiem tylko, że powiedziałaś mi wtedy, że to nie  twoje, więc napisałem cudze i  zakleiłem je. Wiesz Ewuniu - a może kiedyś tam z tobą pojadę i przejrzymy, czy nie  przewieźć niektórych  pudeł tutaj.  Masz rację tato. Paweł, mam tam w piwnicy jeszcze jedną  szafę, nowiutką, jasną,  pasującą do  mebli w  waszym pokoju dziennym- może ją chcecie? Pomyślcie   jeszcze nad domeblowaniem waszego pięterka. Tam w piwnicy jest nawet i kulman, który powinnam tu przywieźć do  piwnicy. Możemy zamówić  sobie taksówkę  bagażową i wszystko za jednym  zamachem przewieźć. O tak, te  taksówki bagażowe to świetny wynalazek - stwierdził Paweł- coś o tym  wiem! No więc sobie  spokojnie pomyślcie co byście  chcieli jeszcze  mieć z mebli i albo to będzie w piwnicy lub w tamtym mieszkaniu to przewieziemy to, albo dokupimy. Myślę, że trzeba wam dokupić  szafek do  waszej łazienki. Ja wiem, że Pawłowi to wystarczy jedna półka, no  ale Wela chyba jednak potrzebuje  więcej powierzchni. Ostatnio odkryłam, że świetnie się spisują zamiast szufladek przezroczyste zamykane  pudełka, stojące na półce. Na ogół są w trzech rozmiarach i fajnie  na półce wyglądają- jest    kolorowo i od razu wiesz do którego pudełka sięgnąć, bez  szukania  w szufladkach.

A w ogóle, moja  kochana, musimy  się wybrać razem w którąś sobotę na wycieczkę po sklepach. Was też  możemy zabrać- powiedziała do Roberta i Pawła. Kilka nowych  koszul by się przydało i nowych  spodni. Wela, przejrzyj bieliznę Pawła, bo faceci noszą swe ulubione  podkoszulki i gatki tak długo, dopóki im  same z grzbietu lub tyłka nie  spadną. Tylko spisz rozmiar z metki, bo oni nigdy  nie wiedzą  jaki rozmiar noszą. Ani jeden  ani drugi tego nie wie - to chyba  dziedziczne. 

                                                                          c.d.n.





piątek, 4 marca 2022

Ryzykantka - 35

 Oczywiście Ewa opowiedziała w domu Robertowi jak  bardzo się razem  z Zigi  wpierw wściekli na niefortunnego inwestora, a potem pośmiali, że pan Jerzy  w kombinezonie motocyklowym będzie wyglądał jak przerośnięty mocno ludzik Michelin. Biedne to Kawasaki, jak takie 10XL go dosiądzie, to nie wiadomo czy osiągnie  owe 299 km na  godzinę.  

Robert kiedyś  "miał  zaszczyt" obejrzeć  pana Jerzego, bo chcąc być w  swój wolny dzień dłużej z Ewą, zawiózł ją do niego, by  wzięła  założenia  pod którąś z inwestycji. Już wtedy pan Jerzy wyglądał wielce okazale i zapewne  z trudem mieścił się w odzieży typu 3XL. No a skoro jeszcze utył, to Robert stwierdził, że tylko patrzeć jak pan  Jerzy zostanie stałym pacjentem jakiegoś ortopedy, bo kościec tego  nie  wytrzyma.  A żeby było jeszcze  śmieszniej i dziwniej, to żona pana Jerzego, zwana przez Zigi "księżniczką burgunda"(głównie z uwagi na jej imię) była od niego ze 20 lat  młodsza, ładna i zgrabna i jakoś wszyscy  bardzo powątpiewali w jej  szczerość uczuć  względem tego pana, ponieważ była wpierw opiekunką  matki pana Jerzego. A gdy się pan  Jerzy w  niej "na śmierć" zakochał oddał mamusię do prywatnego  domu opieki a  sobie zostawił panią opiekunkę.  Gdy któryś ze znajomych inwestorów powiedział mu  wprost, że  zrobił świństwo, bo wszystko co ma to zawdzięcza swoim rodzicom- przestał z nim rozmawiać.

Dni  mijały szybko i- ku zdziwieniu Ewy- życie pod jednym dachem trzech pokoleń przebiegało bez żadnych problemów. Babcia i dziadek żyli nieco innym rytmem niż  reszta, ale nawet jedna  kuchnia nie  zaburzała tego. Przestrzegali tylko nowego zwyczaju niedzielnego obiadu, gromadzącego wszystkich w aneksie jadalnym, powiększonym  przy  okazji przeróbki strychu. Zmniejszył się co prawda nieco salon ale i tak nadal służył tylko okazjonalnie. Babcia  niczym dobry  duszek pamiętała o tym co kto lubi i zawsze każdy z panów mógł odnaleźć w kuchni ulubione smakołyki. Raz na tydzień Ewa z Welą gotowały na cały tydzień. Zamrażarka w piwnicy zadziwiała swą zawartością- stały w niej rzędem słoiki z  zamrożonym bulionem, różnymi już gotowymi drugimi  daniami, wszystko opatrzone  karteczkami.

Ewa z Robertem  bardzo odnowili wyposażenie  kuchni, wszystko pod kątem ułatwienia przygotowywania posiłków. Atmosfera szczerości, miłości i wzajemnego zaufania wpłynęła  niezwykle kojąco na Welę. Wela wyraźnie  rozkwitła. Nie  dziwiło to wcale Ewy, bo tu niczego nie ukrywano, a zwłaszcza własnych uczuć. Poza tym każdy opowiadał co chciał i ile  chciał ze swego służbowego podwórka. I nikomu nie przeszkadzało, że Robert z Ewą wciąż się do siebie  tulą, że babcia głaszcze po głowie Pawła i Roberta  jakby byli małymi chłopcami, że gdy pada  deszcz to pilnuje by każdy miał parasol. 

Do sprzątania przychodziła  raz w tygodniu wynajęta  sprzątająca i nadziwić się nie mogła, że przy trzech rodzinach jest tak czysto, co zawsze podkreślała. Ale  babcia tłumaczyła- po prostu każdy  z nas jeśli coś nabrudzi to "od ręki" to sprzątnie. To cała tajemnica.  Poza tym  nie ma tu ani małych dzieci ani zwierząt. 

Dziadek w  dalszym ciągu urządzał "kamienny japoński ogród" w czym mu  pomagali Robert i Paweł, dbając by dziadek nie  dźwigał  kamieni. W którymś z czasopism  dziadek wypatrzył  "szklany wodospad"  i bardzo się do tego projektu zapalił. Projekt przypadł też bardzo do gustu Pawłowi i Weli i oboje bardzo pomagali  dziadkowi w realizacji. I chociaż wg projektu nie miało tam być ani kropli wody, tu woda spływała po szklanych kamieniach co dawało złudzenie, że tej wody jest dużo, a nie że cieknie jej niewiele a do tego w obiegu zamkniętym. Po "szklane kamienie" które były odpadami  z huty szkła jeździli poza Warszawę i nim któryś wybrali polewali go wodą, sprawdzając jaki jest efekt wizualny.

Gotowy "wodospad" przeszedł ich oczekiwania. Wyglądał naprawdę pięknie, choć nie był duży. Dla ptaszków była nawet malusieńka "fontanna" ze stale świeżą wodą i zaraz zaczęły przylatywać różne ptaki. Gdy Ewa wysłała  zdjęcie "wodospadu" do Aliny,  ta stwierdziła, że też chce taki mieć, ale Franek  zaoponował, że  nie ma  czasu by się tym  zająć, a poza tym to mu dodatkowe ilości ptaków nie są potrzebne- i tak jest tu za dużo amatorów czereśni i truskawek, a taki "obiekt z wodą" tylko by je przyciągnął. Z nowości ogródkowych  zakupiono dużą altanę, w której mogły stanąć trzy leżaki, a jej ściany, podobnie  jak  dach, były z gęstej, wodoodpornej tkaniny. Ściany można  było na dowolną wysokość opuszczać lub podnosić. Tę inwestycję zrealizował w całości Paweł.  Twierdził, że odkąd zaczął pracować poczuł się pełnoprawnym i wreszcie  dorosłym członkiem rodziny. A Wela odkąd  zamieszkała z rodzicami i dziadkami Pawła też się bardzo  zmieniła - wyraźnie  się uspokoiła, stała się pewna  siebie i ku niezadowoleniu matki dość  rzadko bywała w swej "patchworkowej" rodzinie a do tego nigdy nie przychodziła z własnej inicjatywy i zawsze była z Pawłem.

Zrealizowana wreszcie została wizyta Wojtka z żoną i maleńką  Martusią. Martusia już dreptała, chociaż bardzo często jeszcze lądowała na pupie. Była bardzo pogodnym dzieckiem, ciekawym świata i dobrze reagującym  na obce osoby - żadnego lęku, żadnego płaczu. Byli w Warszawie przez tydzień, mieszkali w mieszkaniu Ewy. Gdy się żegnali Wojtek stwierdził, że już nie ma ochoty na powrót do Warszawy. Ale zapraszali wszystkich do siebie- wystarczy gdy zatelefonują tydzień  wcześniej. "Wojtki" wcale  nie wynajmują  swoich  pokoi letnikom lub  narciarzom, a gdy rodzice  mają  gości, wtedy mieszkają z "Wojtkami". Przecież bez trudu wszyscy zmieszczą się w domu teściów Wojtka, a  teściowie  będą na pewno  bardzo ucieszeni gdy i  babcia  z dziadkiem przyjadą. I nawet was pomasuję i pomęczę - zapewniał Wojtek. Oczywiście dobrze  by przyjechali przed  sezonem, w takim terminie jak wtedy gdy jeszcze  nie ma  dzikich tłumów. Bo potem to jest "mało fajnie" bo wszędzie tłok.

Ewa stwierdziła, że przed  sezonem to tylko oni i dziadkowie  mogą przyjechać, bo Wela  i Paweł są uzależnieni od przerw na  swych uczelniach i nie  mogą mieć urlopów w dowolnym czasie. Ale oczywiście  pomyślą o tym. 

W kilka dni później wybuchła  mała scysja  pomiędzy Pawłem i Welą. Wela stwierdziła, że bardzo się jej spodobała  mała Martusia i że fajnie byłoby mieć dziecko. Paweł zerknął na nią i powiedział - jak skończysz  studia to pomyślimy o tym. Przecież rozmawialiśmy o tym jeszcze przed  ślubem. No ale gdyby się zdarzyło? Paweł spojrzał na nią groźnie- czy ty słyszysz siebie  samą? W tej rodzinie nie może być więcej dzieci z przypadku, bo się  "zdarzyły". I ty i ja jesteśmy takimi dziećmi i wystarczy. Ty byłaś  latami oszukiwana, a ja miałem koszmarne dzieciństwo. Nasze dziecko ma być zaplanowane i oczekiwane. Przecież to uzgodniliśmy jeszcze przed  ślubem. Jeśli chcesz mieć dziecko wcześniej to nie ze mną. I jeśli to co powiedziałaś przed minutą to miał być żart to masz wypaczone  poczucie  humoru. A ja naprawdę nie chcę dziecka dopóki nie skończysz studiów. Masz już niedużo, zdajesz  egzaminy w terminach  zerowych, chyba szkoda to wszystko  zaprzepaścić. Wela, ja nie żartuję - jeśli chcesz dziecko wcześniej to rozejdźmy się, znajdź sobie innego męża. Przeboleję za jakiś czas stratę ciebie, choć będzie bardzo i długo bolało. I nie płacz, od  dziś już niczego nie ugrasz  swoimi łzami. 

Tej nocy Paweł spał w ich dziennym pokoju. Wela przepłakała chyba  pół nocy, rano wyglądała jak zdjęta z krzyża i nie pojechała na uczelnię rano, ale  dopiero około godziny czternastej. Zastanawiała się, jaka będzie reakcja domowników, ale nikt nie  zapytał się ani jej ani Pawła co się stało. Zupełnie jakby mieszkali w tym domu całkiem sami. 

Robert i Ewa postanowili,  że nie  zapytają o nic  ani Pawła ani Weli - to przecież dorośli ludzie. Ewa tylko poprosiła mamcię, żeby przypadkiem  nie pytała się o nic Weli lub  Pawła. Oni muszą sami sobie poradzić z czymś, co spowodowało  łzy Weli. Wela wysłała tylko sms do Pawła, że wróci do domu późno, bo zapomniała, że ma  dziś dyżur w laboratorium. W odpowiedzi dostała: "nie ma sprawy, dzięki  za info". Żadnego buziaczka, żadnego tęsknię czy coś w tym rodzaju.  Był wdzięczny rodzicom, że nie pytali się, czemu Wela  była taka  spłakana. 

Tego popołudnia Robert miał swój dzień przyjęć w gabinecie, a Ewa postanowiła  zrobić przegląd zawartości piwnicznej  zamrażarki. Gdy urzędowała w piwnicy przysnuł się cichutko Paweł.   Na wiszącej nad  zamrażarką  tekturowej kartce zapisał podany przez Ewę aktualny stan jej  zawartości. Gdy  mieli już wychodzić powiedział - mamuś, muszę z tobą porozmawiać, zostańmy tu jeszcze  chwilę. Zaczynam się  zastanawiać czy moje  małżeństwo z Welą to był dobry pomysł.  Ewa uśmiechnęła się - zapewniam cię, że nie ty jeden na tym świecie masz takie wątpliwości i to nie tylko kilka miesięcy po ślubie ale i nieraz w kilka lat później. A powiedziałeś jej o co masz do niej pretensję?  Tak - nie wyrobiłem nerwowo, bo mi powiedziała, że "fajnie byłoby już mieć  dziecko", więc jej przypomniałem, że tę kwestię omawialiśmy przed  ślubem i uzgodniliśmy, że  wpierw to ona  skończy studia, bo przecież to był jej wybór by skończyć całość, a nie  poprzestać na licencjacie. A ta kretynka mi mówi, że przecież mogłoby się  zdarzyć przypadkiem! No i nie  wyrobiłem , powiedziałem, że jeśli tak zmienia plany i chce  dziecko teraz, to niech sobie  szuka innego męża. No to się rozryczała,  a ja spałem w drugim pokoju. Wypomniałem jej, że oboje jesteśmy dziećmi z przypadku i ona była całe swe życie oszukiwana a ja  miałem koszmarne dzieciństwo. I że nasze dziecko nie  może być przypadkiem  a ma być zaplanowane i oczekiwane. Wracając dziś  z pracy wpadłem do  apteki i zakupiłem gumki. Bo zasiała  we mnie podejrzenie, że "zapomni" wziąć tabletkę i będzie  dziecko z przypadku. I jeszcze powiedziałem, że od teraz swym płaczem  niczego nie ugra. 

A dotychczas coś ugrywała? -zapytała Ewa. No nie, ale  zawsze utulałem, zapewniałem o miłości a teraz  miałem przemożną chęć ją  zwyczajnie  walnąć. No ale  nie walnąłeś - mam nadzieję.  No nie, ale byłem  wściekły. Aż mnie to przeraziło. I dlatego ona jeszcze  nie wróciła  do domu? Nie, napisała, że  zapomniała, że ma  dziś  dyżur w laboratorium. Nie skłamała, sprawdziłem, bo kiedyś wypisała te  dyżury. Jestem  zawiedziony, bo miałem nadzieję, że  żyjąc w normalnej rodzinie zrozumie  do końca, że tamto życie było  w dużym stopniu czymś nienormalnym i nie  akceptowalnym. Mówiła, że ma żal do nich, że ją oszukiwali, a teraz mi mówi, że  dziecko może być z przypadku. Ma, idiotka, już tylko półtora roku do końca, magisterkę może już  nawet teraz  zacząć  pisać a takie idiotyzmy  wygaduje! Dlaczego ty i tata możecie  się  we wszystkim dogadać a ja  z nią, jak się okazuje, nie? 

Nie wiem  Pawełku, może po prostu zbyt  mało ze sobą rozmawiacie na różne "życiowe" tematy? Poza  tym my oboje mamy za sobą nieudane  małżeństwa i mamy więcej wiosenek na karku niż wy.

                                                                          c.d.n.

czwartek, 3 marca 2022

Ryzykantka - 34

Sobotni  dyżur Roberta  rozpoczynał się o 8 rano i  kończył o 8 wieczorem. Ojej, martwiła się babcia- jak ty biedaczku tyle godzin wytrzymasz  w pracy! Robert się śmiał- normalnie, bo natłoku pacjentów  nie będzie, to nie zima i raczej nie będzie połamańców, z tego co wiem pogoda też nie powinna  nam przysporzyć jakichś  nagłych przypadków, poza tym ci co skaczą na główkę do wody i sobie  ją wbijają w kręgosłup to do nas  nie trafiają. Posiedzę, poleżę, poczytam, zjem w kantynie obiad  w charakterze  drugiego śniadania, porozmawiam  z pacjentami na oddziale i z jakimiś kolegami. Kilku jest całkiem, całkiem miłych i rozmownych. Obejrzę Klona, zrobimy mu tomografię  komputerową i dzionek minie. Taki dyżur jest znacznie  milszy od dyżuru  nocnego - tak się rozbestwiłem,  że nie chcę  spać poza  domem. Więc tak sobie ustawiłem dyżury, żeby mieć głównie  te sobotnie lub niedzielne ale nie mieć nocnych. Nocne to były dobre gdy nie  miałem rodziny.

Około  południa przyjechała do Ewy i reszty  rodziny Alina  z Klonem. Byli już po badaniach w klinice Roberta. Wg Roberta wszystko  było w porządku, teraz tylko jak na razie żadnego skakania  na tej nodze, Robert pokazał zestaw codziennych ćwiczeń, a Alina  stwierdziła, że po prostu będzie musiała  dzieciaka przypilnować osobiście, bo tylko wtedy będzie  miała pewność, że te ćwiczenia on zrobi  na pewno. Bo Franek jest  zbyt  niecierpliwy a i zbyt pobłażliwy.

 Klon, dziecię  szczere i bardzo  bezpośrednie stwierdził, że "fajna  ta nasza  nowa kuzynka" czyli Wela, zaś Pawła przepytał jakiej płci woli mieć dziecko - chłopca czy  dziewczynę. Był wyraźnie  zdziwiony i zgorszony gdy Paweł stwierdził, że wolałby dziewczynkę, ale to tak  naprawdę nie jest istotne, bo rodzice i tak kochają każde  swoje  dziecko,  bez  względu  na  jego płeć. 

Ale gdybyś był królem - perorował Klon- to byś wolał mieć  chłopca, żeby  potem też był królem. Ale są kraje, którymi rządzą królowe - stwierdziła Alina, na przykład w Wielkiej Brytanii rządzi  królowa  Elżbieta. Klon się  skrzywił - chyba tylko na pokaz, bo na pewno to rządzi jej  mąż.  A kto rządzi u was w domu?- zapytał Paweł.  Mama, bo tata  nie ma  czasu. No widzisz Gapiszonie, kobiety potrafią bardzo dobrze i mądrze rządzić - podsumował Paweł. Dlaczego mówisz na  mnie Gapiszon?- obruszył się  Klon.  Paweł uśmiechnął się - bo tylko Gapiszon wchodzi tam gdzie  nie  wolno i  potem sobie  łamie  nogę zeskakując. Klon  zapowietrzył się i do końca  wizyty nie  odezwał się ani słowem. Alina  z trudem powstrzymywała się by nie wybuchnąć śmiechem. Gdy na pożegnanie objęła Pawła szepnęła mu do ucha - jesteś mistrzem- udało ci się  wyciszyć Klona.

Pierwszego października Paweł rozpoczął kolejny rozdział swego życia. Jak potem  zwierzał się w domu, to  nieco dziwne być na uczelni w innej niż dotychczas roli. Miał niewielką tremę przez kilkanaście pierwszych  dni, ale  potem nieco okrzepł. 

Ewa trzy dni w tygodniu spędzała w biurze, czyli wtorki, środy i czwartki, pozostałe  dwa dni pracowała  w domu. Zigi zwierzył się Ewie, że nawet  zakupił  "swojej kobiecie" pierścionek, ale jeszcze się  nie oświadczył, bo się znów pokłócili i aktualnie jest sam. Ale "trzyma rękę na pulsie", ona się z nikim  nie  spotyka. Ewa  spojrzała się na niego z politowaniem i wycedziła przez zęby -  miałam cię  za inteligentniejszego, no cóż, pomyliłam się. Oszczędź mi na przyszłość opowieści o sobie i jojczenia, że wciąż  jesteś sam. Jak widać  zasługujesz  na to w pełni. No to co mam zrobić?- zapytał. Wybacz Zigi, ale  mnie to już  nie interesuje, to twoja  sprawa, twoje  nie  moje  życie. Jesteś  już dużym  chłopcem - może idź do jakiegoś psychologa, albo  do psychoterapeuty albo do wróżki, ale  mnie już nie pytaj o to co masz zrobić.  

Sprawdziłeś już  faceta od tego wybetonowanego placu?  A tak, sprawdziłem. Ten plac jest  jego, to pozostałość po jakimś magazynie. Magazyn zlikwidowano, bo pilnowanie  go było zbyt kosztowne - magazyn  był tuż przy rzadko uczęszczanej drodze i kusił złodziei. Gdy stał pusty to nawet deski ze ścian rozkradziono. No i facio kupił ten wybetonowany plac. I ma facet wyraźnie  chorą wyobraźnię, bo do najbliższego  względnie  cywilizowanego  miejsca jest nieco ponad 20 kilometrów, dookoła placu pustka niemal po horyzont, trochę rachitycznych brzózek, żadnego prawdziwego lasu, nawet strumyka  nie  ma, nie mówiąc już o jakimś  jeziorze czy rzece. Powiedziałem facetowi co myślę o stanie jego umysłu i pożyczyłem mu by znalazł kupca na sam pusty plac. Jemu się marzyło by tam zrobić parking i na nim mały hotel z knajpką. Tylko jakoś nie skojarzył, że to nie jest zbyt często uczęszczana trasa.

A co u  ciebie Ewuś? U mnie?- normalka. Młody się ożenił, zostałam  teściową. Miła dziewczyna, tylko trochę za nerwowa i zbyt płaczliwa jak dla mnie. Ma już licencjat z biotechnologii, ale idzie dalej. Mam jednak  nadzieję, że się oswoi i uspokoi. A Młody obronił magisterkę, został na uczelni i będzie  robił doktorat. Mamcia i tata w porządku, mamcia uwielbia Młodego, podobnie  jak mego męża. Tata jak zwykle wyważony, ale też obu bardzo mocno "usynowił". I, jak wiesz  mieszkamy wszyscy pod jednym dachem. Nigdy wcześniej  bym tego nie podejrzewała, że jestem do tego zdolna.

A ty- spytał wpatrując się w nią intensywnie. Nadal jesteś taka  zapatrzona i  zakochana w tym facecie? Ewa roześmiała się - no popatrz Zigi- nadal jestem  zakochana i  zapatrzona w niego jak w tęczę na niebie.  Tylko mi nie powiedz, że  po latach spędzonych z Koczkodanem to każdy może mi się wydawać cudowny. 

Nie, nie myślę tak, tylko nieco twojemu zazdroszczę. Właściwie  to zazdroszczę i tobie  jemu. Bo nawet gołym okiem bez okularów  widać, że bardzo do siebie  pasujecie. A wiesz, kochałem się kiedyś w tobie niemal rok. Wiem o tym, ale tak się złożyło, że nasze  zainteresowania wzajemne sobą "rozjechały się" w czasie - byłam kiedyś  tak oczarowana tobą, że się głupio do tej rady studenckiej dałam  wrobić. No  a potem, ponieważ mnie  nie dostrzegałeś wszystko mi minęło - skutecznie. No ale może to i lepiej, że łączy nas przyjaźń a nie wyrko. Bo znacznie  łatwiej  znaleźć kogoś do seksu  niż znaleźć  prawdziwego przyjaciela. Oczywiście opowiedziałam o naszej przyjaźni Robertowi. Nie ma o to żalu. I na pewno ci oczu  nie podbije z tej okazji. I wiesz co, porób badania  kontrolne i rzuć palenie. Jesteś tylko  trzy lata ode mnie  starszy a wyglądasz starzej  niż mój ślubny, który jest od  ciebie 8 lat starszy. Coś nie jest zbyt dobrze z twoim zdrówkiem.  

Zigi skrzywił się - że też ty wszystko musisz  wypatrzeć - ostatnio jakoś  szybciej się meczę. Dobrze, porobię okresowe badania i to nawet prywatnie się wybiorę do lekarza. Mam w pobliżu  domu  prywatną przychodnię, jeszcze  mnie  na nią stać. Wiesz co Ewuś, powinniśmy dziś a najdalej jutro pojechać do Jerzego P.  On się przymierza do jakiejś nowej inwestycji i widzi nas  jako projektantów. 

No to jedźmy dziś- stwierdziła Ewa. Tak naprawdę to nigdy  nie  dowierzam Jerzemu, zawsze mam  wrażenie, że ten facet coś ukrywa. Na mnie robi wrażenie czegoś  śliskiego i lepkiego jednocześnie. I to jego "całuję rączęta" przez telefon przyprawia  mnie o  mdłości. W ogóle  wścieka mnie to wieczne cmokanie kobiet po rękach. Mam ochotę kiedyś wysmarować sobie  wierzch dłoni  czosnkiem.  Ciekawe jaką minę miałby jeden  z drugim.  Zigi zaśmiał się - możemy  kiedyś na Jerzym to wypróbować, gdy już podpiszemy  z nim jakąś umowę. Będzie  ciekawie jeśli jest  miłośnikiem  surowego  czosnku i  zacznie  ci rękę  lizać. No nie, przestań, to byłoby okropne! Jedno wielkie fuj!!!

Pojechali samochodem Ewy, która  nie lubiła Zigi w roli kierowcy. Kilka razy gdy on był za kierownicą omal nie  mieli kolizji i od tamtego czasu Ewa siadała za kierownicą, nawet gdy jechali jego samochodem. Nim na miejscu wysiedli z  samochodu Ewa wygrzebała  ze schowka cienkie rękawiczki i założyła je. Na pytające  spojrzenie Zigi powiedziała - no co, powiem, że mam egzemę i muszę chronić ręce. Posiedzę  dziś cały czas w rękawiczkach.  To jak  zrobisz  notatki? Zwyczajnie, one są dopasowane, można w nich pisać  na  klawiaturze. Mam wszak w mojej przepastnej torbie laptopa.  Co prawda  wolę robić notatki odręcznie, no ale skoro "mam egzemę"....

Ej zobacz, nie ma jego samochodu, dzwoniłeś do niego, że przyjedziemy? Dzwoniłem. Może wyskoczył gdzieś na chwilę, np. po kawę bo już zabrakło? Przecież ma  sekretarkę. No to wysiądź Zigi i sprawdź co jest grane.

W chwilę później z biura wyszedł Zigi i Jerzy P.  Zigi podszedł do samochodu, otworzył drzwi i szepnął- tylko nie zemdlej  z wrażenia i pomógł Ewie wyjść z samochodu. Ewa czym prędzej nałożyła na twarz służbowy uśmiech i wyciągnęła do Jerzego urękawicznioną dłoń mówiąc - och przepraszam, ale mam okropną egzemę. Boli, swędzi i okropnie  wygląda! Wyciągnięta do  niej dłoń Jerzego nieco opadła, a on wystękał- oooo, to bardzo przykre. No właśnie- dokończyła swą kwestię Ewa.

Zamiast do biura obaj panowie skierowali się na  zaplecze budynku i Jerzy z dumnym wyrazem twarzy powiedział- zobaczcie moi mili, czym teraz jeżdżę i z rozmachem otworzył ciężkie metalowe  drzwi i włączył oświetlenie - oczom Ewy i Zigi ukazał się motocykl - a dumny właściciel przedstawiał swój najnowszy pojazd - był to motocykl Kawasaki ZX 12R Ninja, który rozwijał prędkość 299km  na godzinę, jak z dumą opowiadał Jerzy. I teraz  mi żadne korki na drodze nie straszne! chwalił się Jerzy P. I pan tym jeździ do pracy? No pewnie, ma kopa  niemiłosiernego. I jak pan omija te  korki? jedzie pan rowem przydrożnym? - Ewa wyraźnie rżnęła głupa. Ależ skąd - zapewnił ją  Jerzy- po prostu  mogę lawirować pomiędzy samochodami. A  nie boi się pan, że z któregoś stojącego w korku samochodu ktoś niespodziewanie otworzy  drzwi i trzaśnie nimi  w pana gdy będzie  pan  akurat obok przejeżdżał? Toż przecież mam refleks, ominę je! Entuzjazm Jerzego i jego głęboka  wiara we własne możliwości były powalające. Tylko wtedy je pan ominie, gdy będzie wystarczająco  dużo miejsca, co w korku raczej  bardzo  rzadko się  zdarza. Chyba panu , panie Jurku, życie niemiłe!

A żonie się  podoba  pana  zakup? A skądże! Zaciągnęła mnie do notariusza i kazała zrobić testament. Tłumaczyłem, że przecież i tak wszystko odziedziczy po  mnie, ale nie odpuściła, musiałem zrobić zapis. Też bym tak  zrobiła będąc na jej  miejscu.

Wy kobiety jesteście przewrażliwione- 30 lat jeżdżę samochodem i tylko raz wpadłem w poślizg, bo zaczęła padać marznąca mżawka a jezdnia była  czarna i to mnie  zmyliło. No ale nic mi się  nie stało!

No a  motorem też  pan jeździ już 30 lat? Niech pan pojeździ nim  wpierw na torze nim się pan wybierze na szosę. Osobiście  bardzo nie lubię pogrzebów. A ubranko odpowiednie już pan kupił? Bo jednak na motorze nie da się pojeździć w  garniturze.

Pani Ewuniu, pani to mnie  chyba nie lubi! Ależ skąd, lubię pana, ale  nie lubię znajomych pogrzebów i dlatego to panu mówię. I mówię  całkiem poważnie- niech pan wpierw pojeździ tym swoim  "cudem" na torze. Wiem, że w Poznaniu jest tor, na którym amatorzy , oczywiście  za opłatą, mogą trenować samochodami, więc  może i motory w  jakieś dni lub  godziny też  tam  mogą  poszaleć. I niech pan  zacznie od  zakupu ubranka ochronnego. A pani jeździła  kiedyś na  motorze? No tak ze 20 lat do tyłu , tylko jako pasażer i to od razu dwa razy- pierwszy i ostatni. Nie pociągają mnie  motocykle. Nie  lubię  marznąć i  ewentualnie  moknąć.

A powie nam pan co ewentualnie  mamy projektować, gdzie i jakieś  założenia? Och, kochani, znalazłem piękne  miejsce! Gdy je  zobaczycie to zaraz będziecie  chcieli po jednym domku  dla siebie. Ewa wykrzywiła się w  niby uśmiechu- ja to na pewno  nie- bo ja  mieszkam  domku, w którym  mam wszystkie  miejskie  media- gaz, prąd i ciepłą wodę z elektrociepłowni.  I zadbany ogródek.No i mąż ma do pracy bliziutko, synowa też. I żadne  z nas  nie tęskni za ciszą i głuszą i przemierzaniem dwa razy dziennie kilometrów. Może Zigi jest  zainteresowany, ja na pewno nie! A gdy chcę kontaktu z przyrodą to jadę na Słowację.

Mina pana Jerzego wyraźnie ukazywała jego rozczarowanie- nawet pani nie wie gdzie to jest a już pani skreśla. No bo ja mam dom, panie  Jurku, drugi  mi nie jest potrzebny. A oprócz domu mam jeszcze  mieszkanie, w dobrej lokalizacji - osiedle  dobrze  skomunikowane z resztą  miasta,  na którym już jest pełna cywilizacja  miejska, łącznie  z przychodniami lekarskimi, aptekami, targowiskiem, przedszkolami, żłobkiem, szkołą. I nawet kościół jest.  No tak, no tak - powtarzał mocno rozczarowany pan  Jerzy.

No to gdzie masz ten  teren?- naciskał Zigi. W Kampinosie . Dobrze , że nie w Małdytach  albo pod Toruniem, zaśmiał się Zigi.  A masz już pewnych  kupców przynajmniej na 75 % domków?  Ty stary to chyba  rozum gdzieś zgubiłeś! To jest ponad 40 kilometrów od Warszawy! I kto to kupi? Upiłeś się, czy co? Chyba  nie  sądzisz, że ktoś będzie  dzień w  dzień  80 kilometrów zasuwał ! Na  nas nie licz - no chyba  że  dostałeś  jakiś duży  spadek i  zapłacisz  nam  z góry za projekt. Już się  naużerałam, żeby nam  zapłacili za projekt osiedla znacznie  bliżej  Warszawy, drugi raz się nie  dam nabrać.

Chodź Ewa, bo mnie zaraz szlag trafi. Pozdrowienia  dla Księżniczki Burgunda. Pan Jerzy był wielce zaskoczony obrotem sprawy i  miał bardzo głupią minę. Zigi pociągnął Ewę do samochodu i nim się pan Jerzy ocknął Ewa zdążyła  już wyjechać z posesji. No zgłupiał stary cap! Kampinos! Bo tereny tanie! To niech je sobie  kupi i zje. Przez całą drogę powrotną do biura Zigi obrzucał  pana  Jerzego niezbyt wybrednymi  epitetami.

                                                                          c.d.n.


środa, 2 marca 2022

Ryzykantka - 33

Na początku drugiej dekady  września  Paweł miał wyznaczony termin obrony  swojej pracy  magisterskiej. Jednego był pewien - praca  była napisana  dobrze pod  względem stylistycznym,  nie było fragmentów  rodem z gatunku "co  autor miał w tym zdaniu na myśli". Praca była  przeczytana i sprawdzona przez Ewę, potem  czytała ją Wela  a na końcu Robert, który stwierdził- "oj to stanowczo dla mnie  za mądre". A poza  tym nie  wiedziałem,  że  w tak wielu miejscach  niezbędna wręcz jest informatyka. 

W dniu obrony Paweł "wskoczył" w nowiutką koszulę, nowy krawat i nowy  garnitur, na który namówiła go Ewa. Tylko buty  nie były świeżo  zakupione, ale Ewa  stwierdziła, że  przekonała się na własnej skórze jak ważne jest, by na każdym egzaminie były bardzo wygodne  buty. Poza tym jego buty pasujące do garnituru były  tak rzadko używane, że wyglądały po wypastowaniu  jak świeżo zdjęte  z półki sklepowej.

Na uczelnię  ruszyło z Pawłem 3/4 rodziny, czyli Wela oraz Ewa z Robertem.  Paweł się śmiał, że czuje się jak rycerz  udający się na wyprawę krzyżową.  Tłumaczył im, że mogą po prostu  poczekać na niego w pobliskiej kawiarni, ale oni woleli poczekać  na niego w  samochodzie  na parkingu.  Gdy Paweł zniknął im z oczu, Wela niczym niemowlę  wpakowała kciuk do ust i zaczęła go ssać. Wela, a może jednak pójdziemy na kawę, twój kciuk z całą pewnością nie  zawiera ani  kofeiny  ani teiny... Wela uśmiechnęła się  nerwowo a po chwili zaczęła znęcać się nad  paznokciami obgryzając je  nerwowo. Welka, jeszcze  trochę a będziesz  niczym Wenus z Milo - strofowała  ją Ewa. A Robert powiedział - zrozum  dziewczyno, że nikt  nie obcina człowieka na magisterce- jego praca była już tyle  razy czytana przez promotora, że zna ją na pamięć, a poza tym oni tam  wszyscy się  znają, to są kumple i obcięcie magistra w ogóle  nie  wchodzi w grę. Bo jeśli ja bym dziś kogoś obciął to za kilka dni kolega mi się tym samym zrewanżuje. Na uczelniach  wszyscy się  znają jak łyse konie i jak wszędzie  są koterie. Na zwykłym egzaminie semestralnym można odpaść, ale tu już dawno wszystko jest  znane, obgadane. Poza tym Paweł ma dobrego promotora.

A skąd to wiesz? -zdziwiła się Ewa. No wiem, mam swoje kanały i nawet wiem na ile ocenili jego pracę. A ocenili  ją na bdb i to jeszcze nim się dowiadywałem o to. Wiesz, profesorowie też bywają często pacjentami innych profesorów. Tylko było wielkie zdziwienie, że ja  wcześniej nie przyznałem się, że Paweł nie przez przypadek ma to samo nazwisko co ja. Ale skądinąd wiedzą, że ja  nie  z tych co szukają protekcji w takich sprawach. Wiesz,  ja mogę poprosić dobrego kolegę o szybkie przyjęcie mojej żony na rehabilitację, gdy jej stan tego wymaga, ale nie poprosiłbym nigdy o łagodne potraktowanie  mego syna  na  jakimś egzaminie.

Po półgodzinie, gdy już trzy paznokcie u lewej ręki Weli  zamieniły się w strzępy w drzwiach uczelni Ewa zobaczyła Pawła. O cholera jasna, chyba przełożyli obronę! - wyszeptała.

Eee, chyba  nie, popatrz  na jego pyszczol, powiedział Robert. Wela zaczęła masakrować kolejny paznokieć, powieki miała  mocno  zaciśnięte. Tuż przed  samochodem Paweł wykonał niemal akrobatyczny piruet, wsadził głowę  do samochodu i powiedział- no to już macie pana  magistra-inżyniera! I jesteście  kochani, że  ze mną tu przyjechaliście!

A co tak krótko, dopytywał się  Robert- no bo wcale nie była omawiana ta  moja praca, ale zamiast tego upewnić ich  musiałem, że zostaję na uczelni, potem mnie  maglowali na temat o czym będzie doktorat.   I teraz  zostałem "panem  kolegą", z którym będzie im   się świetnie współpracować. Wela,  słoneczko moje, a czemu ty płaczesz? No to się  "słoneczko" teraz  rozpłakało na  całego i nawet  tusz wodoodporny do rzęs nie  wytrzymał tego potoku  łez. Słoneczko łkało i przepraszało, że płacze a Ewa powiedziała- nie dziw się, to nerwy jej puściły. A poza  tym zniszczyła sobie  paznokcie, zobacz, tu nawet  do krwi. Paweł był przerażony, ale Wela  pomalutku  wracała do równowagi. 

No to co sobie teraz  życzycie? - zapytał Robert. Bo ja  muszę wpaść do kliniki na trochę. Dobrze, że to wszystko  krótko trwało, to nawet zdążę sam przyjąć  pacjentów. Wiem, że mam trzech. Potem tylko zajrzę do tych, których  kroiłem. 

No to podwieź nas do domu i jedź do  kliniki, Paweł zajmie  się Welą a ja wyskoczę na  zakupy swoim samochodem. Robert się  zgodził, ale dodał - tylko żebyś nic  nie dźwigała, zjedź wózkiem do parkingu a w domu to niech  Paweł je  wniesie. Pamiętaj o tym, proszę.

W domu Ewa zostawiła Pawła i Welę, sama pojechała wpierw przepatrzeć gdzie można znaleźć masażystę, wzięła "namiary" na  człowieka, potem pojechała na  zakupy. Przy okazji zakupiła dla Weli tabletki na  uspokojenie, które poleciła jej farmaceutka, które oprócz znanych ziół zawierały też witaminy z  grupy B. Wela miała je brać przez  najbliższe dwa tygodnie. Tym razem Ewa  zakupiła też tort lodowy, który prezentował  się bardzo okazale.

W domu babcia i dziadek powitali Pawła niczym bohatera, babcia  zajęła się troskliwie  Welą, zaparzyła  herbatkę z melisy i gdy Wela  popijała  herbatkę delikatnie opiłowywała te  biedne postrzępione paznokcie.

Wela, a jak ty  zdajesz w takim  razie egzaminy?- dopytywał się  Paweł. Normalnie, chociaż  czasem biorę  nerwosol, takie paskudne  kropelki. Ale tu się bałam, że jeśli ci się  nie  powiedzie, to wszyscy przypiszą winę mnie i temu, że  wzięliśmy ślub, co cię może odciągnęło od pisania  pracy. Pawła aż przytkało na  moment  ze zdumienia - w końcu  powiedział - nie gniewaj się, ale ty masz zwyczajnie świra. Myślałem,  że  znasz mnie  na tyle długo, że wiesz, że nie  zawaliłbym nauki z tego  powodu, że się  zakochałem, ożeniłem itp. Jesteśmy oboje  na takim  etapie  życia, że pewne rzeczy są  ważniejsze  nawet od  naszych uczuć, bo co by ci było po moim uczuciu gdybym nie  skończył studiów i nie moglibyśmy się utrzymać. Od października podejmuję pracę, więc  jak widzisz  wszystko jest jak należy. Kochanie  trafiłaś do dość normalnej rodziny, nie masz tu dwóch ojców - masz mnie, mojego ojca, jego żonę, teściów mego ojca. A to, że Ewę nazywam mamą - bo ona dała mi więcej miłości niż moja biologiczna  matka. Ona i jej rodzice stworzyli mnie i mojemu ojcu prawdziwy  azyl, po prostu rodzinę. Ale nikt przed nikim  nie ukrywa tego, że to nie jest  moja  biologiczna  mama. Przyjęli cię bez  żadnych obiekcji, szanują moje uczucie do ciebie no i ciebie. Nikt cię tu nie oszuka- zapamiętaj to sobie. I wiedz, że  bardzo cię kocham i nie dam cię skrzywdzić nikomu, nawet twojej rodzinie.

Gdy tylko Ewa  zajechała pod wiatę oboje  wyszli by  zabrać z  samochodu zakupy. Za plecami Weli Paweł pokazał Ewie  uniesiony w górę  kciuk, że wszystko już w porządku. W niecałe  dwie godziny później wrócił z Kliniki  Robert. Ależ mała ta Warszawa! Już mi wszyscy  znajomi  gratulowali, że  Paweł ma  magisterkę i że będzie  startował  wyżej. Już chyba  tylko Alina  nie wie, no ale ona  mieszka  na końcu świata. Pozwolicie, że teraz  do niej zadzwonię i zaraz  potem siądziemy do obiadu. Ale Alina  nie odbierała telefonu.

Tym razem babcia była autorką i wykonawcą obiadu i wszyscy  zajadali się nim- były wieprzowe  zrazy  zawijane z pieczarkami i leśnymi grzybami i domowego wyrobu łazanki i kilka  wariacji   sałatek z  kapusty. Na deser był tort lodowy. Gdy stanął na  porcelanowej  paterze, którą dziadkowie  dostali na 25 rocznicę  swego ślubu, wszyscy  stwierdzili, że całość  wygląda  tak ładnie, że aż trzeba to uwiecznić na zdjęciu.

Oczywiście  teraz  Paweł musiał jeszcze  raz wszystko opowiedzieć. Pominął tylko napad płaczu Weli,  bo po co dziewczynie  to wypominać. Ale i tak kilka  razy przerywał opowieść, bo zadzwonił brat Weli, Piotrek i gratulował Pawłowi,  nieco później dzwoniło jeszcze  kilku kolegów, którzy jeszcze nie  mieli ukończonych prac, bardzo ciekawi jak Pawłowi  poszła ta  obrona. Większość z nich uważała, że Paweł popełnia  błąd zostając na uczelni a do tego chcąc robić  doktorat zamiast  szukać  jakiejś ciepłej  posadki. Dwaj mu wyrazili  współczucie, że się  musiał żenić - tu już  Pawła opuściło dobre  samopoczucie i powiedział  kolegom kilka  niemiłych słów, porównując ich poziom inteligencji do poziomu inteligencji zapitych żuli  kiblujących  pod budką z piwem  na  wsi  zabitej dechami. Gdy wypowiadał te  niemiłe  słowa Ewa przypatrywała  mu się z  zaciekawieniem - takiego Pawła  jeszcze  nie widziała  ani nie  słyszała. 

Potem  zatelefonowała Alina, mówiąc, że nie odbierała bo właśnie  wracała z Klonem ze szpitala, bo  po gipsie miał jeszcze  jeden opatrunek, ale już nie  gipsowy i dziś po kolejnej kontroli  ma wreszcie  nogę wolną od  opatrunków. No i ma zleconą rehabilitację. A nie odbierała bo na drodze był wypadek i jechała  w korku i było pełno policji, więc  teraz  dzwoni. Ucieszyła się Alina, że Paweł już po obronie i powiedziała, że jest dumna  z niego, że pnie się wyżej, bo jeśli tylko ma  się możliwości to należy    je wykorzystywać a wiedzy  nigdy  za wiele. Proponowała by w najbliższą sobotę  wszyscy do  nich przyjechali- ona ma komplet zdjęć  tej  nogi Klona, więc  może by Robert to jeszcze  obejrzał i pomacał tę nogę Klona. Robert stwierdził, że w sobotę to on ma dyżur w klinice i to 12 godzinny, więc  może być niedziela, albo  może Alina przyjechać  sama z  Klonem do niego do  kliniki, co byłoby o tyle  dobre, że zrobiliby tomografię komputerową.  On  zostawi na recepcji wiadomość, że przyjedzie jego siostra Alina z  dzieckiem i oni go zawiadomią  i albo do niego  zaprowadzą albo on ich z recepcji odbierze. Wiesz Alinko, my mamy bardzo dobrą nowiutką  aparaturę, a w innych szpitalach to bywa różnie.

                                                                            c.d.n.



wtorek, 1 marca 2022

Ryzykantka - 32

Pomału, jakby bocznym  wejściem do rodziny weszła Ewelina, teraz  przechrzczona na "Welę", co zdaniem  Ewy brzmiało znacznie  lepiej niż Ewela. Spotkanie obu rodzin, czyli obu par rodziców Weli,  oraz rodziców Pawła nastąpiło  w Konstancinie, w przemiłej restauracji o wdzięcznej nazwie "Świerkowa". Dziadkowie  nie brali w nim udziału twierdząc, że to dla nich już zbyt męczące. Menu uzgadniali Wela i Paweł, a koszty  ponieśli do spółki rodzice narzeczonych. Gdy Ewa zobaczyła ojczyma Weli stwierdziła, że tak naprawdę to on i Wela są do siebie podobni, a starszy brat Weli był podobny do pierwszego męża matki Weli, który  według metryki był ojcem i Weli i jej brata. Teraz dotarło do Ewy dlaczego ta  rodzina jest taka patchworkowa. Podejrzewała, że metrykalny ojciec Weli wiedział co jest  grane, ale  z jakiegoś  względu zdecydowano się na taki układ. No ale to Ewie  nie przeszkadzało, była to wewnętrzna  sprawa tamtej rodziny. Wela do obu ojców zwracała się po imieniu i tak samo do obu matek.

Trochę  dziwne to wszystko- myślała  Ewa, tym bardziej, że odkąd Wela nieomal każdy weekend  spędzała w domu Ewy i Roberta, zaczęła do Ewy mówić tak jak Paweł - mamuś. Młodzi  nie chcieli  ślubu kościelnego - miał być taki zwyczajny cywilny ślub jak Ewy i Roberta, a zaraz potem nowożeńcy pojadą na tydzień na Słowację- to będzie  znacznie milsze niż siedzenie w jakiejś knajpie za stołem i  najadanie  się. Miejsce już nawet jest  zarezerwowane, w tym samym domu, gdzie byli z dziadkami Pawła. W toku narady rodzice Weli stwierdzili, że do chwili ukończenia studiów będą ją  nadal finansować, tak jak to robią rodzice Pawła względem jego osoby. Ślub miał być 2 sierpnia, w środku tygodnia, w  czwartek, następnego  dnia  mieli jechać na Słowację , samochodu miał im użyczyć ojczym Weli.

Gdy wracali do  domu, Ewa powiedziała, że woli  aby Młodzi na  Słowację  pojechali jej  samochodem, bo Paweł ma już ten  samochód "wjeżdżony". Mamuś, pojedziemy taty samochodem, bo jedziemy tam wszyscy- tzn. prawie  wszyscy, czyli ty i tata oraz  my. Dziadek z babcią  wolą zostać w domu.

A to jakiś spisek? Robert  roześmiał się- nie,  nie spisek, tylko niespodzianka dla Ciebie. Paweł we  wrześniu broni, więc sobie  pomyślałem, że będzie dobrze jak trochę po górach polata- dotleni się trochę. A nie pomyślałeś, że może nie  będę mogła jechać z uwagi na prace, które będą w tym czasie w domu? Pomyślałem, ale sama mi mówiłaś, że to przesunięcie tej ściany i zrobienie  łazienki to pestka, zresztą oni przecież  zaczną od  drugiego końca i gdy się  wezmą  za  łazienkę to już będziemy z powrotem. Dziadek nie jedzie, więc  dopilnuje. Dziadek naprawdę jest bardzo przytomny, ty go nie  doceniasz po prostu.Wszystko mu wypiszemy i będziemy w kontakcie. Poza tym będziemy raptem dzień drogi od Warszawy. W najgorszym razie, jeśli będziemy potrzebni w Warszawie to oni wrócą sami autobusem ze Słowacji do Krakowa i z Krakowa pociągiem. Przecież są dorośli.

Ewa westchnęła. Wela, a ty celowo rozjaśniłaś na dziś swoje  włosy? Tak , mamuś. Nie pomyślałaś, że  to może być dla mnie  szok? Przepraszam  mamuś. Miałam  straszne opory, by ci to wyjaśnić. Robert się obruszył- nie  rób dziewczynie afery, że  włosy rozjaśniła. Niczego  kochany nie  rozumiesz, w domu ci to z Welą wytłumaczymy. A coś  się  wydarzyło złego?  Nie, teraz się nie wydarzyło ale kiedyś. Ale wiesz  sam jak jest  - czasem wydarza  się coś niezbyt  złego, ale skutki ciągną się latami.  

Po kolacji, gdy  dziadek z  babcią włączyli sobie  w salonie jakiś  film,  na górze  we wspólnym ich saloniku Wela  snuła opowieść.  Otóż była kiedyś para młodych ludzi -  Bogna i Roman. Spotykali się przez ostatnie dwa lata liceum, snuli plany, że gdy skończą studia to się pobiorą, bo się wszak kochają. Ale ojciec Romana , który  pracował w  ministerstwie spraw  zagranicznych załapał się na placówkę do jednego z krajów Europy Zachodniej i tuż przed  maturą rodzice zgarnęli Romana, tłumacząc mu, że nie zostawią go samego w Polsce, bo będzie dla niego lepiej, jeśli studia  zrobi za granicą. Poza tym jest za młody by mieszkał sam. Roman tłumaczył, że kocha pewną dziewczynę, że chcą się pobrać gdy tylko  skończy owe  magiczne 21 lat, ale rodzice  stwierdzili - jeżeli naprawdę się kochacie, to na siebie  zaczekacie. Mniej więcej po roku od rozstania listy przychodziły coraz rzadziej, Roman tam  studiował, miał już grono  nowych przyjaciół. Tu Bognę zaczął pocieszać pewien Sławek, namówił ją na małżeństwo, argumentując, że Roman już na pewno ma inną i tu nie wróci. Wzięli ślub i z tego związku urodził im  się  szybciutko syn, Piotr. Mniej więcej w tym samym czasie Roman wrócił do Polski i swe pierwsze kroki skierował do Bogny. 

Podobno stara  miłość nie  rdzewieje, zwłaszcza taka niespełniona. Bogna  nie jeden raz   zdradziła Sławka ze swą "starą miłością" i  za którymś razem zaszła w ciążę z Romanem i na świat przyszła Wela, ale oficjalnie  jej ojcem był Sławek. Po kilku latach Bogna  rozeszła się ze Sławkiem i wyszła za Romana, który teraz wg dokumentów był  ojczymem Piotrka i Weli. A  Sławek ożenił się z kuzynką Romana, Alicją. I wszystko by tak sobie  trwało cicho i grzecznie, gdyby  nie studia  Weli, która  bardzo  zainteresowała się  genetyką i w ramach ćwiczeń porobiła badania  genetyczne  całej swojej  rodzinie.

Wpierw sprawę wpuściła matce, która stwierdziła, że to nie ma  żadnego znaczenia i   ona nie ma  najmniejszego  zamiaru wyprostowywać całej  sprawy.No i żeby nic  nie  mówiła Piotrkowi. Co dziwniejsze, Roman też poprosił ją , by zostawiła sprawę tak jak jest. To przecież  wszystko jedno i dochodzenie  sądowne  prawdy  nikomu  nic  dobrego nie przyniesie. W gruncie  rzeczy on jest przecież z nią i nie ma  dla niego znaczenia że na papierze jest tylko ojczymem. Nie  kocha jej  z tego powodu mniej, o czym ona przecież wie. A poza tym to dla niego żadna  nowina, bo i on i Bogna od dawna wiedzą, że Wela jest jego  dzieckiem i pokazał Weli swoje  zdjęcie gdy był chyba  półtorarocznym  bobasem - Wela  z tego okresu wyglądała identycznie.

Wela, ale  dlaczego to ukrywałaś  przede mną?- spytał Paweł z wyraźną pretensją w głosie. Ja ci przecież powiedziałem, że Ewa  nie jest  moją biologiczną mamą, ale  kocham ją tak, jakby nią była. 

Nie umiem  ci tego wytłumaczyć. To właśnie  dlatego, że twoja mama jest taką szczerą i otwartą osobą  zdecydowałam się to wszystko powiedzieć. Bo ja choć bardzo się staram, nie mogę  jakoś pokochać  swego biologicznego ojca. Ten  papierkowy był dla mnie  bardzo  dobrym ojcem i to był jego pomysł byśmy się  wszyscy spotykali w  święta i by lansować trend "wszystkie  dzieci są nasze", nie istotne jest jak to jest  z tą biologią. To nie ja go zdradziłam, ale moja  matka, a czuję się z tym źle.

Ewa powiedziała- ja cię rozumiem. Ale pamiętaj , że genetyka  to nie tylko kwestia ustalenia  ojcostwa ale to nauka, która  może nam pomóc w  zwalczaniu  wielu chorób, bo niektóre   geny już można poprawiać. I zapamiętaj  sobie - nie  możemy odpowiadać za grzechy naszych rodziców. My i oni to dwa różne pokolenia. Nie płacz, obydwaj twoi ojcowie to mądrzy faceci. I obaj chcieli dla  ciebie  jak najlepiej. Paweł, utul ją, ta cała sprawa ją boli i ją zmęczyła. Ale wpierw zejdź na dół, w zielonej szafce w kuchni jest melisa,  zaparz jej  herbatkę z melisy i przynieś tu na górę. A ty idź przemyć buzię  chłodną wodą. W szafce  łazienkowej są kropelki do oczu, po1 kropli do każdego oka.

Popatrz- jak jedna  głupota  może zmarnować życie dziecka. Ale ty już to wiesz, więc  zamykamy temat. Gdy  Paweł wrócił z melisą  Wela  była jeszcze w  łazience. Idź do niej, ucałuj, przytul i powiedz że się nie gniewasz, że ci nie  powiedziała. Nooo, nie gap się na mnie, idź do niej. A herbatkę  postaw  na  stoliku, bo jeszcze ją rozlejesz.

Robert przytulił Ewę i  powiedział- ty się marnujesz, powinnaś założyć przychodnię terapeutyczną. Taaak, najlepiej  połączoną z sauną infrared.  Może byśmy poszli do sauny, mamy  niedaleko. Możemy też  dzieci namówić. 

A ja to bym sobie  jakiś masaż  zafundował, widziałem gdzieś po drodze jakąś  reklamę,  chyba  na stacji benzynowej. Masaż to ja ci mogę sama zrobić, po prysznicu. Oj, przydałaby  się nam jakaś Odnowa  Biologiczna taka jak u Wojtka.  Poszukam jutro w sieci. Będzie tu zdecydowanie  taniej , bo za hotel  nie  będziemy  płacić. Robert,  zapytaj się u siebie  rehabilitantów, oni  powinni wiedzieć gdzie tu jest dobra odnowa  biologiczna lub  przynajmniej dobry masażysta. Podejrzewam, że w Miasteczku Wilanów już jest takie  udogodnienie  jak masaże, muszę  się wybrać na objazd. Bo  ty kochany to jeździsz tylko  najkrótszą drogą dom-klinika a tam po drodze nic nie ma, oprócz tego bunkra zwanego świątynią opatrzności. Jeżdżę najkrótszą drogą bo mi się zawsze spieszy do domu, do ciebie.

Żal mi się dziś  zrobiło tej małej - czuje się winna, że jej  matka zafundowała sobie  ciążę zdradzając męża. 

Z łazienki wyszli  wreszcie młodzi- Wela spłakana zawisła na szyi Ewy - dziękuję ci mamuś, że mnie  rozumiesz i  że się na mnie  nie gniewasz. No to się  napij herbatki z melisy i idźcie  spać. Wszystko będzie  dobrze, zobaczysz. No to my idziemy się "okąpać," jak mówią  panowie  kolarze. Gdy wyszli z  łazienki młodzi  już  byli w  swojej  sypialni.  No to my też idziemy do łózia- to był męczący dzień.

A ty naprawdę  zrobisz  mi masaż? No naprawdę, zobacz  mam nawet jakiś  balsam Ojca Grzegorza, właśnie  do masażu.  A co to  za ojciec Grzegorz? Ewa wzruszyła  ramionami- pojęcia  nie  mam ale do masażu to się  ten balsam nadaje. Nawet ładnie  pachnie.Czekaj, położę  wpierw ręcznik kąpielowy,żeby  nie wyświnić prześcieradła  tym balsamem. Nie  napracowała się tym masowaniem, bo Robert  stwierdził, że Ewa  ma  zbyt podniecający dotyk i może w takim  razie zajmą się  zupełnie  czym innym, a do masażu to jednak wynajmą  masażystę.

Czas jak zwykle pomykał raźno i ani się obejrzeli a już był ślub Pawła i Weli. Po ślubie Wela i Paweł zjedli  obiad z dziadkami   i rodzicami Pawła, potem spakowali się na  tygodniowy pobyt na Słowacji. Ewa  zostawiła swemu ojcu bardzo szczegółowy plan co i jak ma  być zrobione- plan  wpierw omawiała długo z  majstrem, który dowodził  ekipą - tą samą, która wcześniej  już ocieplała poddasze. Przy okazji wszystkie  trzy  łazienki dostały dodatkowe wyposażenie  w postaci bidetów, a w kabinie prysznicowej u dziadków zmieniono  stołeczek na   bardziej  stabilny w postaci  krzesełka i zainstalowano wewnątrz  kabiny poręcze, by łatwiej  mogli wstawać z krzesełka.

Domek na Słowacji  mieli ten  samo co poprzednio. Bo jeśli się już sprawdziło, że gospodarz  miły a domek się  sprawdził, to po co  zmieniać. Sporo  korzystali  tym razem z kursującej kolejki  elektrycznej. Podjeżdżali do  niej  samochodem,  samochód zostawał na  parkingu oni wyruszali  na szlak w góry,   kilka kilometrów  szli do wyznaczonego celu, potem  schodzili w dół  i  kolejką  dojeżdżali do  zostawionego na parkingu  samochodu.  Zwiedzili Demianowskie  Jaskinie  - Robert i Ewa  tylko jedną, a Paweł i Wela  wszystkie, które były dostępne. Jeździli  wszyscy razem, ale  często  trasę pokonywali tylko młodzi, bo Robert  nie  chciał by Ewa się  zbytnio zmęczyła, więc oni zwiedzali okolicę  samochodem, a czasem gdzieś siedzieli  w widokowym miejscu i potem podjeżdżali  po "dzieci". Oczywiście  pojechali też na Łomnicę kolejką i było to  dla  wszystkich  niezapomniane  przeżycie. Jeden  dzień spędzili w Popradzie w termach. Ewa i Robert od razu poszli do SPA, młodzi nie chcieli  żadnych  zabiegów, szaleli w Aquaparku.

Tydzień  minął podejrzanie  szybko, ale  młodzi  byli bardzo  zadowoleni- zwłaszcza że cały pobyt był prezentem ślubnym od Roberta i Ewy.

Do Warszawy  wracali wypoczęci a młodzi obiecywali sobie, że  będą przyjeżdżać co roku w Słowackie  Tatry.

                                                                             c.d.n.

Ryzykantka -31

Do Warszawy  wracali obładowani owocami, bo każda osoba   dostała  "własną " łubiankę  truskawek. W  samochodzie Roberta omawiano propozycję, którą Paweł otrzymał  z uczelni. Robert promieniał. Wszyscy pochlebnie  wyrażali się o dziewczynie Pawła, że taka  miła, mądra i skromna.Gdy Ewa  powiedziała, że Paweł chciałby zawsze  mieszkać z rodzicami i dziadkami pod jednym dachem, również wtedy, gdy się ożeni, babcia  miała niemal łzy w oczach i zaraz była wygłoszona  cała litania pochwał dla Pawła, że: miły, spokojny, bez  nałogów, nie bałagani, zawsze chętny do pomocy i w ogóle to jest naj, naj. No po prostu nie ma  na świecie  lepszego wnuczka  niż Pawełek.

 Ewa całą drogę  zastanawiała się jak jeszcze  można przeprojektować  wnętrze domu,by wszyscy  mieli wygodę. A tak intensywnie  myślała, że aż  się Robert zaniepokoił, czemu tak milczy  cały  czas  i kilka razy się  pytał, czy  aby na pewno wszystko jest  w porządku. Ponieważ była jeszcze  "młoda godzina" postanowili  zaprosić młodych, by jeszcze  z nimi trochę posiedzieli i zjedli  kolację i by Ewelina  zobaczyła jak mieszkają.  Ewa zatelefonowała do Pawła by mu o tym powiedzieć,  Ewelina przyjęła  zaproszenie, ale  chciała wpierw  podrzucić  łubiankę truskawek do domu i powiedzieć, że jeśli wróci to  późno, albo wcale. Młodzi szybko się  uwinęli z tą dostawą truskawek i przyjechali gdy Ewa i  mamcia  kończyły przygotowanie  obiado-kolacji. 

Dawno nie było przy  kolacji tyle  śmiechów. Paweł promieniał, zwłaszcza, gdy oprowadzał  Ewelinę po całym  domu i  żaden kącik  nie  został pominięty, a Ewa, jak każda pani domu,  zastanawiała się  czy aby wszędzie jest porządek. Gdy wrócili  "z obchodu" Paweł zadał wszystkim  zagadkę: "zgadnijcie , które pokoje  najbardziej się spodobały Ewelinie". Okazało się, że pokoje, które  są na poddaszu i są  wg Ewy przeznaczone  jako pokoje do pracy. Bo jest  z nich bardzo ładny widok i mogą być jako 2 oddzielne  pokoje ale są też połączone  ze sobą drzwiami i  mogą być również jednym, naprawdę  dużym pokojem. Ale tam  nie ma łazienki- zauważyła  Ewa- a na  łazienkę trzeba by "ukraść" kawałek pokoju. Ale  można też odzyskać metraż zmniejszając powierzchnię  strychu i dodając jeszcze jedno okno. To nawet nie byłoby bardzo  pracochłonne, bo całe poddasze jest  teraz  dobrze ocieplone i jest też ogrzewane. Czy mam wasze zachwyty  poddaszem rozumieć, że chcielibyście  właśnie  tam uwić  swoje gniazdko?- spytała  z uśmiechem Ewa. Właśnie tak- z entuzjazmem w głosie potwierdził Paweł, a  Ewelina tylko pokiwała głową. A kiedy zaczniecie owo wicie  gniazdka? - bo każda przeróbka  wymaga jednak  trochę czasu i lepiej  ją przeprowadzać gdy pomieszczenia  nie  są  jeszcze  zagospodarowane. Ja to bym chciał już, teraz  zaraz - stwierdził Paweł.   

Kochany - teraz,  zaraz to masz do dyspozycji  swoje  mieszkanie dwupokojowe, do którego dotrzesz  samochodem w 10 minut licząc  zaparkowanie, albo swój pokój tutaj.  W mieszkaniu masz nawet pełną  zamrażarkę, bo uzupełniłam tam zapasy. Chyba tylko  kawy tam nie ma, więc  możecie  wziąć stąd, albo na kawę wpaść rano do nas. Dziadkowie to zawsze  wstają o świcie, a my, jak wiesz  różnie, raczej w dni wolne od pracy  to się lenimy. A jak wyglądają wasze plany matrymonialne? To moje  pytanie  nie ma nic wspólnego z moim  zapatrywaniem się na małżeństwo itp., ale po prostu "tu i teraz" łatwiej jest  być oficjalnym  związkiem żyjąc pod jednym dachem.

Ewelina pokiwała głową i powiedziała- wiemy o tym i właściwie pewnie powinnam wpierw  skończyć  studia- mam jeszcze 2 lata. Kochanie, jeśli tylko  nie wpadniesz na pomysł by teraz -zaraz  mieć  dziecko, to małżeństwo ci w ukończeniu studiów nie przeszkodzi - my oboje  bardzo cenimy dziewczyny które studiują i raczej im pomagamy niż w tym przeszkadzamy. W kwestiach finansowych też wam pomożemy, niezależnie od tego gdzie będziecie  mieszkać - tu czy oddzielnie. A skoro wspierasz Pawła i namawiasz na robienie  doktoratu, to wiesz, że będzie to pewnie również wymagało  od was obojga pewnych wyrzeczeń. Jedną z dobrych rzeczy będzie to, że  zaoszczędzicie  nieco czasu  nie chodząc na randki, lub  nie zapadając nagle w stupor marząc o tym, by się  wreszcie  zobaczyć i utulić. Ewelina podeszła do Ewy,  zarzuciła jej ręce na szyje i długo coś szeptała do ucha. Paweł i Robert stali i  patrzyli z dużym  zainteresowaniem. Tato, one coś się namawiają, nie wiem czy to dobrze.

Nooo, być może- ze śmiechem stwierdził Robert. Ale sto razy lepiej by się namawiały niż kłóciły! W efekcie tych  szeptów obie poszły na piętro, zostawiając w salonie obu panów. Po jakimś czasie Ewa weszła do salonu mówiąc do Pawła - masz  dzikiego lokatora  w swoim pokoju. Paweł obdarzył Ewę pocałunkiem w policzek, tak samo Roberta i pognał do swojego pokoju.

Oj, starzejemy się- westchnął Robert- stajemy się pomału teściami. Ewa roześmiała się - ty się ciesz, że nie od razu dziadkami. Dobrze, że nie trafiła się nam jakaś odmiana niedorozwiniętej umysłowo  Harpii. A propos Harpii- nie telefonowała do Ciebie? Nie, odkąd nie ma dostępu do konta Pawła nie telefonuje- a czemu pytasz? Bo się pytałam Pawła, czy widział się może z matką, ale on stwierdził że nie,bo on nie ma na to najmniejszej ochoty, poza tym myśli, że oboje nie odczuwają takiej potrzeby i nie są na takie  spotkanie psychicznie gotowi. Twierdzi, że matka  ani razu odkąd się wyprowadził nie  szukała  z nim kontaktu.On zachował stary numer, ma go  w starej komórce, którą trzyma  w domu i raz  na tydzień sprawdza kto na stary  numer  dzwonił. Poza tym Harpia  ma numery do dwóch jego kolegów i gdyby tam dzwoniła, to dali by mu znać.

Wiesz kochany - mnie to nawet tej Harpii żal - usiłowała sobie  zmienić życie  na  lepsze i jakoś jej to nie  wyszło na  zdrowie- cicho powiedziała Ewa. Robert skrzywił się  - a mnie wcale jej nie  żal - zmienianie sobie życia  na lepsze musi być okupione  własną pracą, wysiłkiem  a nie przyczepieniem się do kogoś niczym  kleszcz i wykorzystywanie go. Popatrz- Ewelina   ma już licencjat, a idzie wyżej. Bardzo mi się to podoba i będę obojgu pomagał dopóki oboje  nie skończą studiów. I wieeesz? - ogromnie się   cieszę, że nasz dzieciak  dostał tę propozycję robienia  doktoratu. A co tak sobie  szeptałyście?

Ooooo, to ogromna tajemnica- zapytała się  czy pożyczę jej jakiś szlafrok lub  koszulkę  nocną, bo nie  planowała nocowania u kogoś a nie chce  biegać rano do łazienki nago. I pozwoliłam jej, by mówiła do mnie po imieniu, przynajmniej do czasu ślubu. A potem to jak będzie  chciała. A zauważyłeś,  jak  Pawłowi ulżyło, że akceptujemy Ewelinę? 

Wiesz Ewuś - wciąż się zastanawiam, jak to się stało, że trafiłaś akurat na mnie w mieście, w którym jest tak wielu  innych dobrych lekarzy i jak to się stało, że tak zupełnie  niemal w jeden dzień oszalałem na twoim punkcie. Tak dokładnie to w trzy dni. Wyobrażam sobie jaki ubaw  miał mój personal gdy cię tak prowadzałem po klinice niczym kwoka  wodząca  kurczęta. Myśleli pewnie, że zupełnie  zdurniałem.

Taaak, a ja się zastanawiałam jak cię poderwać i nie wypaść przy tym na skończoną idiotkę. Gdyby  mnie tak wszystko nie bolało i nie byłabym tak tym umęczona to pewnie bym sobie  coś złamała, żebyś tylko się mną dłużej  zajmował. A oglądasz  czasami co piszą w sieci twoi pacjenci? Wszyscy podkreślają twoje kompetencje, to że  jesteś  świetnym diagnostą i wielce  empatycznym człowiekiem. A o tej empatii to piszą  faceci, nie babki. Gdy pierwszy raz czekałam na wizytę u ciebie to starszy pan, który był przede mną powiedział mi, że "to bardzo dobry lekarz i wielce  empatyczny  człowiek". A jak spojrzałeś na mnie tymi swoimi niebieściutkimi oczami, to niemal mi tchu  zabrakło. I pierwsze co pomyślałam- na pewno albo żonaty  albo ma tabuny dziewcząt, nie podniecaj  się kobieto. Gdy mnie badałeś to marzyłam tylko o tym, żebyś to robił dłużej, odbierałam twój dotyk zupełnie innym miejscem niż miejsce badane. Trochę mnie to przeraziło nawet, bałam się, że to odkryjesz. Miałam coś takiego po raz  pierwszy  w życiu. No popatrz, a ja patrzyłem na twoją gołą pupę i  miałem przemożną chęć by cię  całować i tulić, a nie zastanawiać się co może być przyczyną  twych cierpień. Mój profesjonalizm wyraźnie wtedy poszedł się gdzieś paść. Bo tak normalnie  to mi było i jest  nadal obojętne czy oglądam faceta  czy  babkę. Głównie interesuje  mnie czy kończyna jest prawidłowo zbudowana a nie czy zgrabna, czy  miednica jest ustawiona prawidłowo a nie do kogo ona  należy. I pierwszy raz w życiu czułem do kobiety taki pociąg jak do ciebie. No po prostu stałaś mi cały czas przed oczami. Według pewnej hinduskiej  teorii byliśmy już kiedyś kochającą się parą i dane nam jest znowu być razem, dlatego jest  nam ze sobą tak cudownie. R., który jak wiesz jest racjonalistą i romantyzm jest mu obcy, też wierzy w tę  teorię i bezustannie nam  zazdrości.

A jak mu leci z panią Niną? Chyba nieźle, ale dawno  z nim na tematy poza  zawodowe  nie   rozmawiałem. I u nas i u niego są braki kadrowe, lekarze wyjeżdżają z Polski, bo cały system opieki  zdrowotnej źle funkcjonuje. I nie wykluczam  sytuacji, że może i my wyjedziemy i dobrze, że Paweł  będzie robił ten doktorat. Ma na to 3 lata. Będzie  miał lepszą pozycję przetargową. A Ewelina  ma doskonały kierunek, wielce  przyszłościowy. Wiesz,  zadziwił mnie Paweł, że chociaż ma wolne  mieszkanie  on woli tu mieszkać.

Ale oni tam bywają, bo zapasy z  zamrażarki znikają, głównie gotowe  dania, które po zrobieniu  zamroziłam. Ale zawsze jak  tam wpadam to wszystko czyściutkie,  naczynia  pomyte, mikrofalówka też, piekarnik w kuchence też wyszorowany, pranie  zrobione wisi w większym pokoju na  suszarce. W łazience trochę damskich kosmetyków. Ostatnio nawet zajrzałam do zmywarki- błyszczy się  jak nowa.

Tak sobie  pomyślałam,  że może ich chęć mieszkania "na kupie" z ojcem i matką  może się brać  z tego, że oboje  są jednak , jakby na to nie  spojrzeć, z rozbitych rodzin. I nie umiem sobie dać odpowiedzi, czy ich model rodziny po rozwodzie jest dużo lepszy. No może o tyle, że nie  ma  awantur. No ale gdy się ma  nie dwa, ale cztery komplety  dziadków to jest to jakby nieco nienormalne.

Ciekawy jestem jak twoi rodzice jutro rano  zareagują na  nich gdy ich ujrzą przy śniadaniu. Bardzo  mnie interesuje  mina  mamci. Eeeee, nie doceniasz  mamci - ona wszystko potrafi zinterpretować tak, jak jej pasuje- uzna, że spali w oddzielnych pokojach, bo przecież jeszcze  ślubu  nie było. A ojciec stwierdzi, że to nie jego sprawa, tylko nasza  wewnętrzna. Taty ulubione  porzekadło to : "rób jak uważasz i uważaj jak robisz". Poza tym uważa, że skoro "góra  domu" jest  nasza, to jemu nic do tego kogo i na  jakich warunkach  nocujemy. Już pomijam to, że ciebie  uwielbia i nazywa  cię prawdziwym mężczyzną, a Pawła zaanektował jak rodzonego wnuka. 

Mojego byłego nazywał koczkodanem. Na ogół padało pytanie - a co ten  koczkodan Julian tu chce? Na początku to jeszcze  do koczkodana dodawał jego imię, później już tylko był koczkodan. Zabij mnie, ale nie wiem skąd taka ksywka. Nie mam nawet pojęcia  jak wygląda koczkodan, zresztą podejrzewam, że podobnie  jak makaków to jest i koczkodanów  kilka podgatunków. A Julian był nawet dość przystojny tylko dość wredny z charakteru. Zapewne po swojej mamuśce, która poza  nim świata  nie widziała.

                                                                       c.d.n.