wtorek, 10 maja 2022

Trudny wybór - 13

 Termin obrony pan profesor załatwił na sam koniec października i, tak jak mówił, nie obchodziło go czy  jest choć jeszcze jeden student chętny do obrony. Sprawdzenie tekstu czy  aby  nie ma  jakichś błędów, drukowanie, oprawa- wszystko  spadło na Emila,  ale nie narzekał. Przed obroną Adela  wzięła tydzień urlopu. Denerwowała się okrutnie  czy  aby na pewno obroni  pracę, ale Emil stwierdził, że jeszcze  nie słyszał by czyjąś  pracę odrzucono  w trakcie obrony. 

Gdy  zaczęła mówić o swojej pracy, pan  promotor zaraz wtrącił  swoje trzy grosze wyciągając same  superlatywy i opowiadając jak pięknie pod każdym względem  jest  owa praca   napisana, po prostu  czyta  się ją  bez wysiłku, bo  wszystko jest bardzo dobrze i w jasny  sposób sformułowane. Napomknął też, że Adela szykuje  się  do  roli rzecznika  patentowego i jego  zdaniem  bez  trudu   zaliczy egzamin na rzecznika  patentowego. Panowie  wyrazili  swój podziw, że ma ochotę  zajmować  się w przyszłości prawem patentowym, a Adela opowiedziała o źródłach,  z których  korzysta teraz  w swojej pracy. Gdy wyliczyła tytuły prasy fachowej, które musi regularnie czytać nie będąc  wcale inżynierem,  jeden z opiniodawców powiedział - chylę czoła, nawet nie  bardzo  rozumiem o  czym pani  mówi. No i  po dwóch  godzinach panowie  pogratulowali Adeli tytułu.  Na pożegnanie każdy cmoknął ją w rękę i zmordowana wyszła prosto w objęcia Emila. 

Była tak zmęczona że nie  miała siły by przejść  do szatni- dała  numerek Emilowi, który przyniósł jej płaszcz. Emil ubrał ją niczym  małą  dziewczynkę i wyszli. W  samochodzie Adela wybuchnęła płaczem. Wraz  ze łzami  schodziło z niej wielodniowe  napięcie. Poprosiła  by jeszcze  nie  jechali do  domu, chciała  się  wpierw uspokoić. Tuliła  się do Emila i przepraszała go  cały czas za to, że płacze zamiast skakać  z radości. Przy  drugiej paczce chusteczek jednorazowych Emil  powiedział - uprzedzam, że to ostatnia  paczka chusteczek. Jedziemy , trzeba uzupełnić  zapas. I opowiedz  mi o co cię pytali i  co mówili. I w ten  sposób sprawił, że Adela zdołała  się pozbierać  w całość. A w domu, oprócz obiadu  czekał na  nich tort zrobiony przez ciocię  Helenę a w  chińskim alabastrowym  wazonie  tak  bardzo lubiane przez Adelę herbaciane  róże. Prezentem  był głównie  ów alabastrowy wazon wypatrzony i  kupiony przez Piotra. Do  niego była przyczepiona karteczka o  treści - "dla Pani  magister".  A świeżo  upieczona   pani  magister z zapuchniętymi od  płaczu  oczami głaskała wazon  mówiąc : naprawdę  nie  wiem, jak mam  wam  dziękować, prześliczny jest ten wazon. Sama wciąż  nie  mogę uwierzyć, że to już  koniec tych  pięciu lat mordęgi.

W pracy zebrała gratulacje od kadrowej,  nowego dyrektora i kierowniczki  biblioteki. Kadrowa nie ukrywała swego   podziwu  dla  wytrwałości Adeli,  a najbardziej  ją  zadziwiał fakt, że "jeszcze  jej  się  chce" zdawać  egzamin  na rzecznika.  W kilka  dni później zatelefonował prawnik, który był kuzynem jej promotora i stwierdził, że gdy  tylko  Adela będzie  miała tytuł rzecznika patentowego to razem utworzą kancelarię rzecznikowską, bo od następnego  roku  będą już takowe  powstawać. Więc on, będąc  z natury zapobiegliwym  człowiekiem  już myśli nad tymi zmianami, które  nadejdą i sądzi,  że zalążkiem takiej  nowej  kancelarii mogą być oboje z Emilem no i on.  Bo projekt  przewiduje "wyprowadzenie"  rzeczników patentowych z obrębu placówek przemysłowych. Bo teraz  to  rzecznikom  patentowym za pracę płacą przedsiębiorstwa państwowe, a kancelarie będą po prostu  same  na  siebie  zarabiać. No a  założenie każdej firmy musi mieć dobre podstawy nie  tylko pod  względem  merytorycznym, bardzo  się  w tej materii liczy tzw.  czynnik ludzki- nie  łączą się  wszak ze sobą w spółki osoby które się nie lubią,  nie znają i mają  zupełnie odmienne  poglądy.

W kilka  dni po tym  wielkim  wydarzeniu jakim  dla Adeli było uzyskanie  tytułu  magistra dowiedziała  się, że egzamin  na rzecznika  będzie  zdawała wczesną  wiosną. No i bardzo, bardzo  dobrze- orzekł Emil. To możemy się teraz  spokojnie  rozejrzeć w kwestii mieszkań. Pokręćmy  się  wszyscy  razem po różnych osiedlach, odwiedźmy  kilka  dużych spółdzielni  mieszkaniowych, bo one  są jednak  pewniejsze od tych  małych, które co i raz  plajtują  a ludzie zostają bez  pieniędzy i bez  mieszkań. I chociaż niewątpliwie  miło jest mieć  dom   z ogrodem to trzeba   wziąć pod uwagę  fakt, że dom wymaga  więcej nakładów  finansowych i więcej pracy. Chyba jednak lepiej  będzie kupić dwa  mieszkania blisko  siebie,  może nawet  w jednym budynku. Wyobrażam  sobie jaki  będzie   płacz  kuzynki , że chcemy  sprzedać  dom w Milanówku.  Jest  tylko jedna  sprawa do rozwiązania - czy mamy  szukać  dwóch większych  mieszkań, czy dla mnie i Adeli 4 pokojowego   a dla  was dwóch  mieszkań 3 pokojowych, czy dla  was też  dużego , takiego jak  dla  nas.  Bo nie  bardzo  wierzę, że uda  się nam znaleźć jakiś dom w dobrym  stanie i dobrym  miejscu. Muszę się skontaktować z jednym  z kolegów, którego żona pracuje w którejś  ze spółdzielni mieszkaniowych. Wydaje  mi się, że ona  miała coś  wspólnego z Ursynowem. Nie  da się ukryć, że w tym państwie nieodzownym  czynnikiem w  zdobywaniu wiadomości są  znajomi.

Synu, my z Heleną zdecydowaliśmy, że chcemy mieszkać razem i zdecydowani jesteśmy w jeszcze jednej kwestii - weźmiemy ślub, bo niestety konkubinaty nie  mają w Polsce żadnych  praw. Starzejemy  się, wystarczy, że któreś  z nas  zachoruje, to drugie  już  nie  zasięgnie o stanie  zdrowia  swego partnera  żadnej informacji. No i bardzo  chcemy mieszkać jak najbliżej  Was.  Milanówek byłoby  dobrze  sprzedać jak  najszybciej, bo będzie  z tego gotówka. A ja podjąłem jeszcze jedną  decyzję - sprzedam sad. Jego wartość jako  sadu jest teraz  znikoma,  ale to jednak ziemia i za nią będą całkiem niezłe pieniądze. Tak  na  zdrowy  rozum to  nic  z niego  nie mam oprócz stałych wydatków- czas z tego  się  wyplątać. Dla mnie teraz   ważniejsza jest Helena i wy oboje. Sad  kupi ode mnie ten, kto się teraz  nim  opiekuje. Stopniowo wymieni  sobie  w nim drzewa na te  rodzące jabłka rok w  rok. Gdy  sprzedamy na początku Milanówek i sad, to będziemy  mieli czym działać. Na razie będziemy  na dwóch mieszkaniach i "nieobecność  Milanówka" nam  w niczym  nie przeszkadza. No co tak  milczysz synu, powiedz  coś.

Jestem po prostu zaskoczony, że tak bez żalu rozstajesz  się  z sadem. Ale  uważam  twój tok rozumowania  za właściwy. A to, że chcecie  z Heleną związać  się  ślubem to też  mnie   nie dziwi  ani  nie uważam  tego za  dziwny  pomysł.

No to dobrze  synku, bo już wyciągnęliśmy z archiwum  nasze  dokumenty i na dniach  je  złożymy w dzielnicowym Urzędzie . Was poprosimy na świadków, żadnych więcej osób o tym nie  zawiadomimy. To tylko urzędowa  formalność. Żadne wydarzenie. Helenka   nie ma  zamiaru informować  nawet  swojej siostry.

No i proszę - roześmiała  się  Adela- jednym  słowem uknuliście  spisek  za  naszymi  plecami. A ja  się  z tego waszego  postanowienia  ogromnie  cieszę. Wiecie co byłoby najfajniejsze? Dwa  duże  mieszkania obok  siebie. Ale jeśli będą na tym  samym  osiedlu to już i tak będzie  nieźle. To jakie chcecie mieszkanie dla  siebie? Musimy sobie  to wszystko spisać. Pamiętajcie  tylko o tym, że w teraz  budowanych  domach pokoje  nie są takie jak mieszkaniu na Mokotowie i trzy pokoje  z kuchnią to nie będzie ponad 100 metrów. Ale może być takie   mieszkanie  nieco większe od tego, które ma  Emil. To jakby na to  nie spojrzeć 2 sypialnie i pokój  dzienny.

Ślub Heleny i Piotra odbył się w dzielnicowym  USC-Adela i Emil byli świadkami. I- jak  powiedziała  Adela- 15  minut i  po krzyku, tak  powinien  wyglądać   każdy  ślub. Poślubny obiad  dzieci państwa młodych zamówiły w Konstancinie,  w restauracji "Konstancja". Po obiedzie był krótki  spacer  po  Parku Zdrojowym, bo pogoda  była  niezbyt  łaskawa. A prezentem  ślubnym - znalezienie i umówienie kupca  na dom w Milanówku . Kuzyni, którzy wynajmowali za grosze piętro domu "obrazili  się  śmiertelnie" na  Piotra i Emila że chcą  sprzedać swój  dom i pewnego pięknego  dnia po prostu się wyprowadzili, informując o tym  fakcie  Emila  wtedy, gdy już wyjeżdżał spod  domu wóz meblowy z ich  meblami. A że  zrobili  to około południa, Emil  musiał wyjść z pracy by odebrać od nich klucze od domu i bramy  wjazdowej. Ponieważ  rozstawali  się z kuzynami  raczej  w niemiłej  atmosferze, ojciec  stwierdził, że należy  zmienić zamki w domu i  na  bramie. A Emil, który pomału wyciągał od  ojca  wiadomości jak wyglądała  z bliska ich  opieka  nad  nim,  gdy on  był w Meksyku, na  pożegnanie  powiedział kuzynce - gdybym wcześniej wiedział jak  naprawdę  wyglądała wasza opieka   nad ojcem to już dawno  byście  tu  nie  mieszkali.   

Likwidowanie domu, w którym spędziło się  wiele  lat, zawsze jest  dość   bolesnym  wydarzeniem. Najwięcej czasu na poszukiwanie nowego  lokum  dla 2 rodzin poświęcili Helena i  ojciec.  Codziennie spędzali  mnóstwo  czasu przemierzając Ursynów głównie  w tych jego  częściach,  gdzie  akurat trwała jeszcze lub  rozpoczynała  się  budowa. W tzw.  "międzyczasie" Emil umówił  się  na  spotkanie  z panią, która znała  plany  rozbudowy osiedla. Poza tym obiecała, że  zorientuje  się,  w których  miejscach  są przewidziane bloki z dużymi  mieszkaniami. Pocieszającą wiadomością było to, że przy obecnych cenach  mieszkań nie było zbyt  wielu  chętnych na duże  metraże. O ile mieszkania  trzypokojowe  cieszyły  się  dużym  zainteresowaniem to większe  już nie. Ponieważ budowano coraz  więcej domów czteropiętrowych, ale nie  wyposażonych w  windy, nieomal  wszyscy bili się o  mieszkania na 1 i II piętrach, na partery i IV piętra  jakoś nie było chętnych.  Ale  obie  rodziny stwierdziły, że jeżeli blok będzie  stał  gdzieś  bardziej  w głębi osiedla, a nie przy samej ulicy, to im parterowe  mieszkanie  wcale  nie będzie  przeszkadzało.  Poza tym przy  niektórych  blokach partery  miały mieć  ogródki. Co prawda słowo "ogródek" powodowało u Adeli grymas  niechęci  na twarzy, ale w końcu  ogródek na parterze  spełniał w pewien  sposób  funkcje  balkonu, a w handlu już były całkiem  lekkie  elektryczne  kosiarki, więc może taki ogródek był do wytrzymania? No  a trawę  można  przecież  kupić  już gotową, w postaci rolki. Oczywiście jest  droższa, no ale pieniądze z Milanówka  plus  te z  Mokotowa wystarczą  i   na  te mieszkania i nawet na tę trawę. Zresztą Emil  chciał również sprzedać to mieszkanie w "firmowym" bloku, które już  miał  spłacone, własnościowe.  Ursynów obecnie a w chwili gdy tylko został oddany  do  zasiedlania to dwie  różne  opowieści- początek jak na  każdym nowym osiedlu -nie było sklepów, kłopoty  z komunikacją, teraz  już lada moment miało działać  metro, były nowe  supermarkety, sporo różnych punktów usługowych, przychodnie  lekarskie, szkoły i to nie tylko podstawowe. 

Po wielu dniach oglądania, wybierania, dyskusjach znaleźli dwa mieszkania czteropokojowe - obydwa  parterowe,  z ogródkami, w jednym długim budynku czteropiętrowym, rozdzielone pomieszczeniami, w których miała  być specjalistyczna przychodnia lekarska.  Wzdłuż ogródków przebiegała wewnętrzna uliczka, czyli  sam chodnik  bez jezdni, za  nim  był teren szkoły, czyli  boisko, a za nim,   z boku budynek  szkoły,a wszystko było bardzo  blisko  głównej ulicy przecinającej Ursynów. 

                                                                      c.d.n.



niedziela, 8 maja 2022

Trudny wybór - 12

Gdy dojechali do  domu z ojcem, którego jedyny posiłek tego  dnia stanowiły herbatniki  zakupione w kiosku znajdującym  się w holu prywatnej  kliniki, wpierw szybko zjedli obiad, a potem zaczęli omawiać zaistniałą  sytuację. 

Oczywiście   wszyscy byli  szczęśliwi, że Piotr  nie ma  chłoniaka.  Piotr i Helena opowiadali młodym o  tym, jak koszmarnie  dużo pacjentów jest  w Instytucie, że czeka  się  godzinami w kilometrowych kolejkach by się  zapisać   na badania  lub do lekarza, że olbrzymi  parking jest zapchany  kompletnie  a cały personel jest  tu  totalnie przeciążony. Adela przypomniała  sobie, że ze trzy  lata wcześniej była tu jako osoba  towarzysząca koleżance, która była  pacjentką tzw. "chirurgii jednego  dnia", po prostu usuwali jej  znamię na skroni, na które  zwrócił uwagę jej  fryzjer, mówiąc, że chyba powinna pójść z tym do onkologa. I wtedy też  były tłumy w holu do recepcji,  ale koleżanka była już po wszystkich   badaniach i miała się zgłosić  już na oddziale. U pielęgniarki oddziałowej podpisała oświadczenie że: dostała miejsce leżące, służbowe kapcie i służbową  tunikę, a tak  naprawdę nie  dostała nic- przed  zabiegiem siedziała pod  gabinetem  zabiegowym na twardym,  drewnianym  krześle, a po zabiegu siedziała  dwie godziny w  fotelu w dawnej "świetlicy" tego oddziału, do samego  zabiegu nie dostała żadnej  tuniki, leżała na  stole w majtkach i biustonoszu, nakryta ręcznikiem. Zabieg wykonywał osobiście ordynator  oddziału, który przeprosił ją  za spartańskie  warunki, znieczulenie miejscowe było kiepskie i cały  zabieg wycinania znamienia był bardzo  bolesny. Pan ordynator powiedział jej po  zabiegu, że powinna temu fryzjerowi podziękować za wysłanie jej do onkologa, bo zmiana była już  na tyle  głęboko, że typowe dla tego zabiegu  znieczulenie tak głęboko  nie  sięgało, stąd bolało. No a jak widać to  pacjentów onkologicznych  z  roku  na rok przybywa a warunki się tylko pogarszają i nie jest  to wina  lekarzy. 

Nowy dyrektor przyjechał do biura o  zupełnie niechrześcijańskiej porze,  czyli o godzinie 8,00 rano- zaledwie w pół godziny po tym  jak  zaspani  ludzie zasiedli  przy  swoich  biurkach. Jak stwierdziła  potem sekretarka, to przez  niego nie zdążyła kwiatków w sekretariacie i jego gabinecie  podlać. No istna  tragedia!

Dobrze, że dosłownie 15 minut przed jego przyjazdem do  firmy, zaprzyjaźniona z sekretarką jedna  z pracowniczek Zjednoczenia  zatelefonowała do niej, że właśnie jedzie  do  nich  nowy dyrektor, więc przynajmniej "na  bramie" był porządek, a portierzy nieco ogarnięci.

Nowy dyrektor polecił sekretarce by na  godzinę 12,00 przyszli  do  sali konferencyjnej wszyscy  kierownicy działów  Ośrodka Badawczo Rozwojowego i Zakładu Doświadczalnego.  Hmmm, chrząknął Emil - coś mi ta godzina przypomina, 12,00, czyli spotkanie  w samo południe. Nie  znam  go, chyba  zbyt rzadko bywałem w Zjednoczeniu. No  ale dobrze, że nikt nie  wpadł  na  pomysł by awansować na to  miejsce naszego technicznego. Na  wszelki wypadek  napiję  się wcześniej  kawy,  bo  nie wiadomo jak długo nas tam  potrzyma. Wrócił po 25  minutach i  powiedział - zawodowo wydaje  mi się  niezły, chyba tylko trochę  za bardzo  sam  sobą  jest  zachwycony. Chociaż -  mam wrażenie że to poza.

Jeszcze  tego  samego dnia Adela   miała okazję ujrzeć  "nową  miotłę". Akurat rozmawiała z pełnym szacunkiem ze swym promotorem gdy po króciutkim stuknięciu otworzyły  się  drzwi i stanął w nich  nowy naczelny. Wszedł do środka i szepnął - poczekam - zamknął za sobą  drzwi i zaczął intensywnie wpatrywać  się  w Adelę i słuchać co mówi. A jedyne  co mówiła to  było "tak,  panie  profesorze,  oczywiście panie  profesorze, rozumiem panie profesorze, oczywiście, sprężę  się, tak, tak, oczywiście,  dziękuję, rozumiem,  to bardzo uprzejme z pana  strony,staram  się" i szybko coś  zapisywała  na kartce.

Gdy  skończyła rozmowę i odłożyła  słuchawkę telefonu,  niezbyt przytomnym wzrokiem obrzuciła przybyłego i  powiedziała: przepraszam, rozmawiałam z profesorem, moim  promotorem,  już  słucham  pana, w  czym  mogę  pomóc?   

Przybyły z uśmiechem powiedział - eeech,  w niczym, robię po prostu  obchód by poznać innych  pracowników, bo  kierowników już  spotkałem na naradzie.  A panią to ja  już  chyba kilka  razy  gdzieś widziałem.  Ale ja raczej pana nie widziałam, panie  dyrektorze, albo po prostu  nie  pamiętam odpowiedziała  Adela. 

Dyrektor  stał nic  nie mówiąc i  chyba  szukał w  pamięci gdzie  widział Adelę - coś mi się  w pani wyglądzie  nie  zgadza, ale  kojarzę  panią z Czechosłowacją . Chyba to jednak pani  była  asystentką dyrektora G. i protokołowała   pani naradę z Czechami. A potem jeszcze  widziałem panią  w ministerstwie. Dbała  pani o tego faceta  niczym kwoka o  pisklę, była pani ozdobą programu "asystent dyrektora". Aż  szkoda, że ta inicjatywa jakoś się mało przyjęła. 

Adela już "odzyskała teren" i powiedziała -  program  się  nie przyjął, bo niektórzy dyrektorzy uważali, że asystent dyrektora to  nowa   nazwa  kogoś kto  jest rodzajem służącej,  niańki i dziewczyny  do towarzystwa. Akurat dyrektor G. prawidłowo rozumiał moje  obowiązki, więc  się nam dobrze razem pracowało. Jego  córka jest  moją rówieśnicą.  Odeszłam  stamtąd, bo kończę studia  prawnicze i trudno było czasowo wszystko poukładać, bo  musiałam  wyjeżdżać z  dyrektorem we  wszystkie jego podróże. Właśnie po tym tygodniowym pobycie w Czechosłowacji odeszłam z ministerstwa. A w czasie tej  rozmowy  dowiedziałam się od  pana profesora G. że obrona musi być najpóźniej na  początku listopada, bo on potem  wyjeżdża z Polski na 6 miesięcy.   I jak, zdąży pani?     Muszę, bo jednocześnie robię aplikację na  rzecznika  patentowego, ale przystępując do egzaminu  muszę  mieć tytuł magistra.

Podziwiam i współczuję. A co mąż na  to? Rozumie moją  sytuację i pomaga mi, bo sam jest rzecznikiem patentowym. A gdzie ten pani mąż jest teraz? U konstruktorów, omawiają jakieś nowe urządzenie. A czy rzecznik  patentowy nie  powinien  aby mieć  wykształcenia technicznego? Adela odpowiedziała- rzecznik  patentowy musi być  albo inżynierem w  branży w której zajmuje  się ochroną patentową  albo magistrem prawa. Takie  są  wymogi. 

Czy  nie obrazi  się pani, jeśli  zadam nieco prywatne pytanie?  Adela uśmiechnęła  się - postaram  się nie obrazić. A jak  to jest być z mężem razem 24 godziny  na dobę?- spytał.  Da się to  wyrobić, jesteśmy dopiero co po ślubie - odpowiedziała  z  uśmiechem Adela. Nie jestem z nim  całymi dniami  w biurze,chodzę na kurs w Urzędzie  Patentowym, poza tym w domu piszę pracę  magisterską, mam konsultacje  z profesorem na uczelni. W biurze też  nie  siedzimy cały  czas razem, bo on musi wiele czasu  być z konstruktorami, a ja muszę wciąż przeglądać aktualności,  buszować  w  Biuletynach Urzędu Patentowego i sprawdzać co nowego opatentowano i jak to się ma do prac naszego OBR,  więc  wiele czasu spędzam  w  naszej bibliotece.   

Ufff, to jest pani  zapracowana! A jaki  ma pani temat  pracy magisterskiej?  Powiązany z moją przyszłą  pracą - piszę o  ochronie  praw autorskich.

W tym  momencie  do pokoju wszedł Emil - oooo, pan dyrektor! Właśnie wracam z Zakładu Doświadczalnego, chyba  coś opatentujemy! To byłoby świetne! - rozpromienił się dyrektor. A ja zajmuję czas  pana zapracowanej  żonie.  Adela  wstała od  biurka i  powiedziała - za chwilę zrobię  kawę, czy pana, panie dyrektorze, też mam uwzględnić?  Jak najbardziej! Przy  kawie porozmawiamy o tym  ewentualnym patencie. Po kawie,  do której Adela podała  domowe chipsy  serowe własnej  roboty dyrektor poszedł dalej poznawać personel OBR-u. Gdy wychodził Adela przekazała Emilowi "tajemnym  znakiem" wiadomość, że wszystko w porządku i facet też  w porządku.

No popatrz kochana- okazuje się, że zna  ciebie  pół Warszawy! To może  szkoda, że nie pracowałam w URM-ie - wtedy  znała  by mnie już  zapewne cała Warszawa - odgryzła  się Adela.  Gdybyś bywał w Ministerstwie i załatwiał sprawy inwestycyjne to też  byś mnie  znał już  wcześniej. Śmiać  mi się  chce, bo facet w pewnej  chwili stwierdził, że kojarzy  mnie z konferencją która  była w Czechosłowacji, tylko coś  mu się  nie  zgadza w moim  wyglądzie. Pominęłam to głębokim  milczeniem- ja po prostu wtedy miałam włosy w  zupełnie innym  kolorze. Poza tym zadał mi  pytanie jak to jest  być z własnym mężem 24 godziny na dobę, więc  mu powiedziałam, że  da się to przeżyć, bo jesteśmy  dopiero  co  po ślubie. No i przy  okazji  wpuściłam mu, że wychodzę 3 razy  w tygodniu  wczesniej, że robię aplikację na  rzecznika. 

Powiedziałabym, że to całkiem sympatyczny  facet, ciekawa jestem  jak się będzie z nim pracowało   sekretarce, bo facet robi na  mnie  wrażenie poukładanego, dociekliwego i pamiętliwego. Powiedział mi, że dbałam o swego  dyrektora  jak  kura o pisklaka.  Nie  powiedziałam  mu, że musiałam  dbać bo  facet  był cukrzykiem, który nie  chciał się  pogodzić z różnymi ograniczeniami i  wymogami jakie niesie  ze sobą  ta  choroba.  Wolałam zadbać, wysłuchać narzekań,  niż widzieć jak facet pada na glebę i trzeba szybko wzywać pogotowie modląc  się  w  duchu by na  moich oczach  nie odszedł w inny  wymiar.

Ale jeszcze  nie  powiedziałam ci najważniejszego, o czym powiedziałam  dyrekcji, bo wkitłasił  się tu gdy  akurat  rozmawiałam z promotorem- obrona  musi być najdalej w listopadzie, bo potem on wyjeżdża z Polski na dość  długo. I stwierdził, że to załatwi, nawet gdybym  miała być jedyną broniącą  swej pracy. No i mam  mu dać do  poczytania to co już napisałam. Więc wynika  z tego, że na razie  muszę odłożyć ad acta wszystkie inne sprawy i tylko tym się  zająć no i  chodzeniem na kurs. Koniec z wolnymi  weekendami dla  mnie! 

Oooo, to fajna  wiadomość. Pomogę ci we wszystkim,  nie ma  sprawy-  zapewnił  ją  Emil.

                                                                 c.d.n.


sobota, 7 maja 2022

Trudny wybór - 11

 Dlaczego tak krótko trwa niedziela?- zastanawiał  się na głos Emil jadąc z rodziną  do Warszawy. To taki  fajny czas, gdy  możemy  być  wszyscy razem.  Adela   roześmiała  się - a gdyby niedziela trwała 7 dób to byś się  zastanawiał dlaczego trwa tak  długo. Mamy zwyczaj narzekać  na to co jest i jak jest - to  chyba  naczelna ludzka cecha. Ale nie jest  to zła  cecha- stwierdziła   ciocia  Helena- dzięki  niej istnieje postęp. Czujemy się  czymś  znudzeni lub po prostu  zmęczeni i staramy się  to  zmienić.

Myślę, że my i  tak mamy nieźle - stwierdziła Adela- mamy w sumie trzy  mieszkania - to w bloku "firmowym" Emila, dom w Milanówku i mieszkanie cioci i moje. Zastanawiałam  się ostatnio,  co zrobić żeby tata nie  mieszkał sam - bo w moim odczuciu to mu ta  samotność szkodzi. Gdybyśmy z Emilem nie  musieli być  codziennie w pracy, to moglibyśmy spokojnie wszyscy  mieszkać w Milanówku, tyle  tylko, że może  wtedy trzeba by mieć  jednak piętro bez  lokatorów. To co  prawda  nie  byłby taki wielki problem, bo moglibyśmy im   zaoferować jedno z dwóch  mieszkań w Warszawie.

Też  się nad  tym  zastanawiałem i sądzę, że powinniśmy zrobić na ten  temat  naradę rodzinną, bo jak widać,  to nam się  wszystkim razem  nieźle żyje pod jednym dachem.  I nawet na  tych 109 metrach wspólnie  wyrabiamy. Jedynym mankamentem jest właściwie to  trzecie  piętro  bez  windy. W Milanówku też się jakoś bez problemu odnajdujemy  na połowie domu, ale przed Adelką i  mną jeszcze  sporo lat pracy i raczej miejscem   naszej  pracy  zawsze będzie  Warszawa a nie Milanówek. 

A więc - dokończyła  za niego Helena - faktycznie  musimy to  wszystko razem  szczerze i bez  niedomówień omówić. Tylko mam  wrażenie, że robi się  z tego kwadratura  koła.  Ojciec, który dotąd milczał podsumował - po prostu trzeba by rozważyć poszukanie w granicach Warszawy jakiegoś  domu, w którym moglibyśmy  wszyscy razem  zamieszkać. Tylko każde  z nas musi chcieć takiego wspólnego domu - ja - nie ukrywam tego - chciałbym byśmy mieszkali wszyscy  razem. Mam tylko nadzieję, że Helenka nie jest temu  przeciwna. Ojciec, gdyby była  przeciwna to przecież nie przebywalibyśmy razem ani w Milanówku ani w Warszawie- uświadomił ojca Emil.

Synku, we  wtorek mam kontrolę w Instytucie Onkologii - pojedziesz  ze mną?  Ja  z tobą Piotrze pojadę - stwierdziła  bardzo stanowczym głosem Helena. Będziesz przecież nocował w Warszawie,  możesz  u nas,  możesz w mieszkaniu Emila, gdzie będziesz  chciał.  Zamówię taksówkę na określoną  godzinę,  nie ma problemu.  Wrócimy też taksówką, bo  pod Instytut ciągle  podjeżdżają taksówkami pacjenci.

Mamuś - będę wdzięczny, jeśli  z ojcem pojedziesz. Ten tydzień będziemy   mieli  w pracy nieco zaćkany- Adelka będzie  zatopiona w papierach a ja mam kilka nasiadówek z konstruktorami. I, jak  znam tych ludzi, to będzie upiornie.  Synku,  a co to  znaczy "zaćkany"?   Tatku, wiesz  przecież, że to znaczy "zatkany". No to  wyrażaj  się  po polsku, a nie  w jakiejś chińszczyźnie. Helena zaśmiała  się głośno - to jest po polsku, tylko to gwarowe  wyrażenie, ale  nie  mam  pojęcia z którego regionu  Polski.

Wieczorem gdy już byli w swojej  sypialni, Adela wpatrując  się w Emila powiedziała- nie  wiedziałam, że tatko jest  takim  rygorystą językowym. Emil wzruszył ramionami - ja też  nie  wiedziałem,  ale  podejrzewam, że on  chce wciąż   robić jak  najlepsze  wrażenie na Helenie. Co prawda to ojciec  z reguły dbał zawsze   o czystość języka i nie jeden  raz oberwało mi  się, gdy nadawałem  coś  szkolnym lub uczelnianym żargonem. A co ty,  moja  cudna,  myślisz o  wspólnym domu  dla nas  wszystkich? 

Idea  mi się podoba,  też  chciałabym by ciocia i ojciec  z nami mieszkali. Trzeba  będzie zacząć poszukiwania. Mam znajomą, która zajmuje  się wynajmowaniem nieruchomości, więc  zapewne zna też tych, którzy nimi obracają. Muszę odszukać  namiary  na  nią.  Nie  mam oporu by sprzedać to mieszkanie. Obawiam  się  tylko, że nie będzie łatwo coś  znaleźć co by nam odpowiadało. I dobrze byłoby znaleźć naprawdę  duże  mieszkanie, rozkładowe, bo domki to już  dawno są tak samo daleko od centrum Warszawy jak dom w Milanówku. Straszliwie  się miasto rozrosło! No i nie chciałabym  byśmy  mieszkali na prawym  brzegu Warszawy a pracowali na lewym. Za mało mostów jest na Wiśle. I jeszcze  coś - zauważyłam, że te  nowo budowane  domki wcale  nie są duże.  Bo płaci  się  coraz  więcej  za grunt, więc domki są nieduże i trawnik przydomowy awansował do nazwy ogródka. Myślę, że trzeba  się będzie uzbroić w cierpliwość i  szukać  czegoś na rynku wtórnym. Co prawda  trzeba  się wtedy liczyć z tym, że dom może wymagać generalnego remontu. A często taki  remont jest równie  drogi jak nowy  dom.

Tak sobie  pomyślałam, że może najlepiej byłoby kupić dwa  mieszkania w jednym budynku, takie dwa mieszkania typu M4, czyli takie  jak twoje. Pomyśl  jakie  to szczęście, że ono  jest własnościowe i już je wykupiłeś.  Trzeba  sobie  zapisać wszystkie  nasze  wymagania, żeby  czegoś  nie przeoczyć gdy  się będzie  szukało mieszkania- samemu lub przez  pośrednictwo.  Ursynów się na potęgę rozszerza, już na szczęście nie powstają same wieżowce, staje  się miastem w mieście. I Wilanów się buduje- trzeba się  dokładnie  rozejrzeć. Trochę jest niedobrze, że mam teraz na głowie tę magisterkę i potem egzamin rzecznikowski. No ale  skoro wiesz, że  niedługo będzie  znacznie trudniej   z tym zdobyciem  tytułu  rzecznika, to  muszę  się teraz na tym  skoncentrować, a na ciebie spadnie sprawa mieszkaniowa.  Emil mocno ją przytulił -  ty się skarbie  martw tylko magisterką i tą  aplikacją rzecznikowską, resztę   zostaw  mnie. A gdy  uda  ci  się znaleźć namiary na tę  znajomą to tylko dowiedz  się czy zna  kogoś  w tej  branży  obrotu nieruchomościami i weź namiary, resztę już będę załatwiał.  Dobre jest  to, że nie mamy przysłowiowego noża na gardle. Ojciec to ma jeszcze inny pomysł - ale nie wiem na ile realny,  bo mi go  jeszcze  nie  sprzedał,więc na razie nie ma o czym  dyskutować. 

W poniedziałek kadrowa poprosiła Adelę do kadr by zmienić dane Adeli w  aktach, skoro Adela nie  została przy swoim panieńskim nazwisku. Powiedziała też, że byłoby dobrze gdyby Adela możliwie szybko zmieniła swój dowód osobisty. Bardzo ładnie wyglądaliście państwo w tym dniu, widziałam na tym zdjęciu - a widząc wielce zdziwioną minę Adeli powiedziała -przecież zdjęcie wasze  wisi na tablicy ogłoszeń.  Ale ani ja ani mąż nie dawaliśmy tam żadnego zdjęcia -  nie mam pojęcia kto je  zrobił i tam powiesił! No to ja się  dowiem kto to zdjęcie zrobił i zadzwonię do pani gdy   już będę  wiedziała.  

Adela podziękowała,  przepytała z kolei  kadrową o stan zdrowia jej  chorej  siostry i obiecała, że gdy będzie  na wykładach  "rzecznikowskich" wstąpi do fotografa i potem złoży dokumenty na  nowy dowód osobisty. Gdy opuszczała pokój kadrowej czuła się nieomal jej przyjaciółką. A "dowodem" owej zażyłości było to, że kadrowa powiedziała jej w wielkim zaufaniu, kto najprawdopodobniej zostanie dyrektorem naczelnym. Adela zmobilizowała   w sobie  wszystkie cechy nabyte w trakcie pracy na stanowisku sekretarki i  nie zareagowała na dźwięk tego nazwiska, a na pytanie "zna go pani?" odpowiedziała - znam  nazwisko, ale nigdy nie pracowałam z tym panem, był w  zupełnie innym pionie. Nawet  nie  za bardzo wiem jak  wygląda. Podobno nieciekawie - stwierdziła  kadrowa.

Gdy dotarła do pokoju  powiedziała do Emila - będziemy  mieli kolejnego głąba. Ciekawa jestem jak  się będą dwa głąby ze sobą dogadywały.  Kamil to się pewnie w grobie przewraca z oburzenia. Dobrze, że nie pracujesz w konstrukcyjnym. Coś czuję,  że połowa zespołu poszuka gdzie indziej  pracy. Że też muszę  wpierw mieć owo "mgr"  przy nazwisku  by przystępować do egzaminu na rzecznika! Ale w sumie to  mam szczęście, że pracuję w  samodzielnym dziale i tylko tobie podlegam  służbowo. Gdybym tu była  sekretarką to przezornie bym zmarła. A co tak cichutko mówisz?  Trenuję, bo  niedługo ściany będą  miały uszy.  Kamil zawodowo był w porządku, tylko w życiu prywatnym daleko mu było do porządności. Czy wiesz, że nasze zdjęcie ze ślubu wisi na tablicy ogłoszeń? Kadrówka mi  o nim powiedziała. Skomplementowała  nas, że ładnie  wyglądaliśmy. No to idę obejrzeć - stwierdził Emil. A ja się  biorę  do pisania - stwierdziła Adela.

Kadrowa rzeczywiście znalazła  autora zdjęcia. Nie  było to jedyne  zdjęcie, które  zrobił. Gdy Emil zgłosił się  do  niego mówiąc, że oni  wcale  nie mają żadnych zdjęć, fotograf-amator udostępnił Emilowi kartę na której były  zdjęcia i Emil zamówił u fotografa po 3 kopie każdego zdjęcia oraz zostały  wgrane  na dysk zewnętrzny. Jednocześnie Emil z wdzięczności zakupił dla  autora  nową  kartę, pasującą do jego  aparatu oraz ładnie  oprawiony  album do zdjęć. Obaj  panowie byli  bardzo  zadowoleni z tej transakcji.

 W dwa tygodnie  później kadrowa zatelefonowała do Adeli i poprosiła ją  do siebie. Adela odłożyła  słuchawkę i na pytające  spojrzenie Emila  powiedziała- nowa przyjaciółka ma do  mnie  jakąś  sprawę. Okazało się, że  jednak kandydatura owego "głąba" nie przeszła i na to stanowisko miał trafić "inżynier z krwi i kości", znający  się jednak na ekonomii, a na dodatek znający owo biuro,  bo pracował od 2 lat w Zjednoczeniu na jednym  z kierowniczych  stanowisk. A przedtem był na placówce w Wlk. Brytanii. Obie z kadrową były zdania, że to lepsza  kandydatura, bo i facet młodszy i w świecie bywały. I podobno straszny  z niego babiarz, co  mu zresztą  zaburzyło karierę za  granicą. No i nadal nieżonaty. To może  szkoda, że już jestem mężatką- zaśmiała  się Adela.  Pani Adelko- ponoć on  za granicą właśnie mężatkę podrywał! - konspiracyjnym szeptem powiedziała kadrowa.

Gdy Adela  wróciła do pokoju powiedziała do Emila - Kamil zadziałał  zza grobu. Kto inny  będzie jednak dyrektorem. Podobno nie tylko dobry fachowo jako inżynier ale i na  ekonomii się  zna,  pracuje od 2 lat w naszym  Zjednoczeniu i- tylko uważaj -  jest  babiarzem,  podrywał za granicą mężatkę i dlatego  stamtąd wyleciał.  Doszłam  więc do  wniosku, że skoro toalety są  blisko klatki schodowej i tym  samym blisko sekretariatu, to będę  musiała uważać, żeby  mu nie  wpaść  w ręce. A na  dodatek udawać analfabetkę, żeby  mnie  czasem na  zastępstwo  nie wziął gdy sekretarka bryknie na urlop. Z kwadrans oboje  dusili  się  ze śmiechu.

Ale wiadomo jak jest  w życiu - śmiech na ogół przeplata  się ze  łzami. W trzy dni po wizycie w Instytucie Onkologii zatelefonowała  do Emila pielęgniarka, mówiąc, że jego ojciec  musi po raz  drugi przybyć na  badania bo te wyszły dziwnie. Gdy dopytywał się o co chodzi,  powiedziała, że po prostu  trzeba  drugi raz  wykonać te  same badania, bo coś tu  nie gra. Następnego dnia rano Adela pojechała do  pracy autokarem służbowym, bo  samochód zabrał Emil.  Adela  daremnie  czekała  na  wiadomości, ale gdy po pracy wyszła  z budynku by jechać  autokarem  do Warszawy to okazało się, że na podwórku czeka na  nią Emil wraz z ojcem. No i co  się stało,  czekałam  cały  dzień  na wiadomość. 

Przepraszam, ale  byłem tak wściekły, że nie masz pojęcia. Tam jest  totalny  bałagan. Jak ci  mówiłem wyszło w badaniach, że ojciec  ma  chłoniaka. Dostał leki, brał je,  jak  sama wiesz i gdy teraz pobrali mu krew  to wyszło, że wcale a wcale nie ma  chłoniaka.  A ponieważ to co wykazały poprzednie  badania  wykluczało  aby dało się  go wyleczyć , to gdy teraz wyszło, że wcale  nie ma chłoniaka to wezwali tatę na badania. Czekaliśmy na wyniki, bo powiedziałem, że nie mogę na okrągło wychodzić z pracy i......tego chłoniaka nie ma. Prawie  cały dzień  miał mnóstwo badań i chłoniaka nie ma. Okazuje się, że jest tu w tej przychodni zarejestrowany jeszcze jeden Piotr o tym samym nazwisku, z tego samego rocznika  co tata, mieszka gdzieś na Podlasiu. Tyle tylko, że tamten musi przyjeżdżać równo co dwa miesiące na badania i też wg lekarzy ma  chłoniaka. Najprawdopodobniej tacie wpisano  wtedy wynik badania tamtego faceta. No więc zrobiłem  nieco  awantury, że ojciec i my się  zamartwialiśmy a na  dodatek  brał niepotrzebnie  leki. No ale jak stwierdził lekarz, że lekiem w tym przypadku jest tylko preparat na podniesienie odporności, więc  żadnej  szkody zdrowotnej tata  nie poniósł. Fakt, że on się dobrze  fizycznie przedtem  czuł, a trafił do Instytutu bo bardzo krótko na rejonie  był jakiś niedouk, którego już dawno nie ma,  a który nagminnie kierował pacjentów  do  Onkologii. No a tu nikt nie  zwrócił uwagi na to, że jeden Piotr mieszka  w Warszawie a drugi nie i do przegródki taty wsadzono wyniki tamtego gościa, patrząc tylko na imię,  nazwisko i rok urodzenia.  Fakt, że tata w ciągu ostatniego roku nawet kataru nie  miał, faktycznie te  leki podniosły  mu odporność. A cośmy  się nadenerwowali to nasze. Ale  wracając  stamtąd wpadliśmy do prywatnej  kliniki i korzystając z faktu, że tata na głodniaka jest, zapłaciłem za  badanie cito - nie ma  chłoniaka. I w ogóle wykupię ojcu karnet w tej  klinice. Zapisałem go nawet do lekarza, to blisko, pojedzie  sam albo z Heleną. Ale do Heleny dzwoniłem - już wie, że wszystko jest ok, więc przyjechaliśmy po ciebie.  Nie dziwię się, że tam bałagan - dziki tłum  ludzi w kolejce do recepcji i wszędzie, przed każdym gabinetem. Instytut jeden a pacjenci  z  całej  Polski. Noooo, uśmiechnij się, proszę!

                                                                      c.d.n.

Trudny wybór - 10

 

 Ciocia  Helena, tak  jak obiecywała, zatelefonowała  do swojej  siostry i umówiła ich  wizytę na wtorkowy wieczór, czyli  na wspólną  obiado- kolację.  Ujmując  rzecz słowami używanymi w dyplomacji wizyta przebiegła  w miłej i przyjaznej atmosferze, zwłaszcza, że Adela  postanowiła cały ciężar  rozmowy  przerzucić na  barki  cioci i Emila. Przecież to Emil  był głównym punktem zainteresowania a  nie ona. Na  wszelki  wypadek łyknęła tabletkę z walerianą popijając ją herbatką z melisy, siedziała  śpiąca i  nie  śledziła  dokładnie przebiegu  rozmowy. Spać jej  się  chciało, ukradkiem ziewała, a gdy  tylko rodzice zniknęli  za  drzwiami  mieszkania poszła  do łazienki, bardzo  szybko ukończyła  wieczorne   ablucje nie  czekając na przyjście Emila i gdy do łóżka dotarł Emil - już  spała. Zaniepokojony tym Emil pomacał jej  czoło,  czy  aby  nie ma  gorączki, ale uspokoił  się, gdy położył się obok,  a Adela natychmiast do  niego przylgnęła mamrocząc "wreszcie jesteś". Poobserwował swój skarb jeszcze  chwilę, sprawdził policzkiem czy na pewno  czoło ma  chłodne i uspokojony, tuląc Adelę też  zasnął.

Pięć dni  przed  datą ślubu  na tablicy ogłoszeń w holu budynku   biurowego Emil przypiął kartkę z informacją, że : "Ślub Adeli i Emila odbędzie  się   25 września o godzinie 15,00 w Pałacu Ślubów w Warszawie.  Prosimy o NIE OBDAROWYWANIE NAS KWIATAMI, jeżeli czujecie przemożną  chęć pozbycia  się  z kieszeni jakiejś kwoty to wpłaćcie datek na pomoc  Domowi Dzieci Nieuleczalnie Chorych - adres i numer konta poda  Wam p. Danuta Płochowiak z działu Rachuby  Płac. Nam wystarczy Wasza obecność i życzliwe  słowo!"

Bardzo  długo  zastanawiali się,  czy  napisać o  tym, że po "zaprzysiężeniu" w sali obok będzie wzniesiony  toast  za  pomyślność  młodej  pary.  Postanowili jednak o tym  nie pisać, tylko w momencie gdy formalności stanie  się zadość ktoś z przyjaciół poinformuje  zebranych, żeby życzenia składano w  sąsiedniej sali, gdzie będą mogli  wszyscy  wznieść  toast  za pomyślność nowożeńców. Kartka  z  ich "ogłoszeniem  parafialnym" jak je  nazwała Adela była wielkości zwykłej koperty, odznaczała  się od innych ogłoszeń jedynie kolorem - była w kolorze  niebieskim. Mniej więcej w dwie  godziny później pokój, w którym pracowali nadawcy  owego  komunikatu stał  się najczęściej odwiedzanym miejscem w budynku. Adela w pewnej  chwili  stwierdziła, że ich pokój  ma większe  powodzenie  niż  toaleta  publiczna na Dworcu Centralnym w okresie  szkolnych  wycieczek i jeszcze  trochę a będzie  pod  drzwiami  stała  kolejka  do wejścia. Wszyscy ich zapewniali, że ogromnie się  cieszą, że Emil i Adela się  pobierają.  I Adela i  Emil większość z  tych odwiedzających ich osób  widziała po raz  pierwszy. Co dziwniejsze to trafili tu również pracownicy Zakładu Doświadczalnego, którego progów Adela  nigdy jeszcze nawet nie przekroczyła, a Emil znał z tamtego budynku zaledwie kilku pracowników,  z którymi omawiał pewne nowe  konstrukcje. 

Gdy jedli drugie  śniadanie Adela stwierdziła - całe szczęście, że nie  mamy dużych rodzin, tradycyjnego ślubu i  wesela.  Bo ja  bym  chyba skończyła  wtedy w Tworkach  lub  w Drewnicy spędzając  czas w wytwornym  kaftanie  bezpieczeństwa, siedząc  w pokoju  bez  klamek i dla złapania równowagi układając puzzle 3D z tysiąca pięciuset elementów.  No  nie jestem  pewien  czy układanie puzzli ma działanie uspakajające - stwierdził Emil. Zbyt mały  wysiłek fizyczny,  przy zbyt dużym skupieniu uwagi.

Pod  koniec  dnia przyszła do  nich również  kadrowa, która  stwierdziła, że niestety  nie będzie  mogła być na ich ślubie, bo w piątek wieczorem  wyjeżdża do swej  chorej siostry, do Krakowa. Pochwaliła pomysł by zrezygnować  z  kwiatów, życzyła im wszystkiego  najlepszego i wyszła. I chyba  się jej dni wyjazdu z Warszawy pomyliły, bo wróciła  do pracy  dopiero  w poniedziałek.

Ponieważ ślub był w sobotę dopiero o 15,00, Adela umówiła się ze  swoją fryzjerką  na 11,00, umawiając do  niej  również Emila, jako , że ostatnio większość fryzjerek strzygła również panów. A że  czasu było  sporo, to umówiły  się,  że oni przyjadą  do  zakładu, bo  zawsze to  wygodniejsze  niż czesanie w  domu. Ciocia Helena spędziła u fryzjerki piątkowy wieczór i stwierdziła, że w  sobotę już nie  będzie  jej zabierać  czasu,  sama sobie poradzi  z włosami. Noc poprzedzającą ślub ojciec spędził w Warszawie, w mieszkaniu Emila. Na śniadanie przyszedł  spacerkiem, a wdrapywanie się na trzecie  piętro wcale nie zrobiło na  nim wrażenia. Za to jego świeżość  i  kondycja   zadziwiły wszystkich.

O 14,30 "wylądowali" wszyscy w Pałacu  Ślubów.Nim weszli Emil  sprawdził kolejny  raz,  czy mają  wszyscy potrzebne  dokumenty- wszak ciocia Helena i jego ojciec  byli świadkami. Niedługo po  nich dojechali rodzice Adeli. Adela stała  nieco  zamyślona. Wyglądała  naprawdę bardzo ładnie- bladozielony kaszmirowy kostiumik leżał na  niej idealnie, jej dekolt pieściły ziarna "złotego ryżu", jadeitowy pierścień zdobił jej szczupłą prawą dłoń. Umówili  się z Emilem, że obrączki ślubne  będą  nosić na lewej ręce, jak określił ojciec Emila- na  azjatycką  modłę. Adela po raz  kolejny "odkryła", że Emil jest  naprawdę bardzo przystojnym facetem i.......po raz  pierwszy od  dawna pomyślała  ciepło o "byłym", dzięki któremu  poznała Emila i trafiła  do  pracy, która się jej  podobała i  dawała spore możliwości. Firmowych gości przyjechało około sześćdziesiąt  osób, głównie osoby,  z którymi nowożeńcy  mieli stałe kontakty służbowe. A sekretarka, którą na początku swej pracy zastępowała Adela, przywiozła gałązkę storczyka z której  fachowo oberwała kilka kwiatków - część wpięła wprawnym ruchem we  włosy Adeli a z pozostałych zrobiła mały bukiecik, który  wcisnęła Adeli  w rękę. Ponieważ Emil nie  skąpił , toastów  za  zdrowie młodej pary było kilka, do tego znalazły  się , nie wiadomo  skąd jak to określiła  Adela, wytrawne chipsy.

Gdy wreszcie opuścili pałac ślubów ciocia Helena powiedziała, że teraz cała  rodzina przejdzie  spacerem  na obiad,  który jest zamówiony   na Starym Mieście w Bazyliszku. Adela  szła objęta  ramieniem swego "już męża", którego wyraźnie rozpierała  radość. Helena szła pod  rękę z ojcem Emila, który co jakiś czas coś jej  szeptał do ucha. Rodzice Adeli szli każde oddzielnie. Ojciec stawiał długie marszowe kroki jakby zamierzał przejść się piechotą  do Gdańska, a matka, która  rzadko chodziła w  pantoflach na obcasie, wyraźnie była zdegustowana faktem, że "aż tyle" trzeba  przedreptać.

Po obiedzie rodzice dość  szybko się pożegnali, a reszta wybrała  się jeszcze na krótki spacer po Starówce, potem wszyscy pojechali do  domu. Przebrali się i...........pojechali do Milanówka. No jak  to, przecież każdy weekend spędzamy w Milanówku, jedźmy tam jeszcze  dziś - stwierdził Emil.  Energii starczyło wszystkim  tylko na dojazd i wypakowanie z samochodu zabranych z Warszawy wiktuałów. Dawno tak wcześnie nie poszli spać. To był bardzo pracowity dzień- stwierdziła Adela. Nastałam  się w tym Pałacu Ślubów niemiłosiernie - po raz  pierwszy bolą mnie nogi i jestem  zmęczona. Przed pójściem  do swojej  sypialni oboje młodzi  podziękowali jeszcze raz swym świadkom, że tak  pięknie  wszystko zorganizowali i że zawsze służą młodym  swą pomocą.

Gdy już leżeli w łóżku, Adela stwierdziła, że jest pełna  podziwu  dla tych osób, które są w stanie przetrzymać huczne  wesele ze  zgrają gości, tonami jedzenia, litrami alkoholu i siedzeniem do białego rana. Emil całkowicie  się  z nią  zgadzał - jego też  to  zawsze  dziwiło. W ramach  wymiany  doświadczeń w tej  materii Adela opowiedziała jak  kiedyś była na  weselu  swej  koleżanki - wesele było w mieszkaniu typu M3, czyli  dwa pokoje + kuchnia i łazienka. Już  sam ślub ją nieco zadziwił - była bowiem wczesna wiosna i jak to w Polsce - po prostu  było zimno. Cały dzień padał deszcz ze śniegiem, ślub był kościelny, a panna młoda zamarzyła  sobie, by do ślubu  przyjechać  dorożką konną. I przyjechała - sina, zmarznięta  niemal na sopelek bo- jechała w  samej sukni ślubnej tą dorożką  z Dolnego Mokotowa  aż na Plac  Zamkowy. Pan  Młody  musiał ją  niemal wynieść z dorożki i dość  długo już  we wnętrzu  kościoła rozcierano ją, poklepywano, a któraś  z koleżanek nawet  narzuciła na  nią swoją futrzaną kurtkę, by ją choć trochę rozgrzać. W trakcie  ślubu (to był taki ślub z mszą)  ktoś  z rodziny wziął taksówkę i  pojechał do  niej  do  domu by przywieźć jej ciepły płaszcz i koc. Po ślubie  tłumaczyli jej, żeby odprawić dorożkę i by wracali  zwykłą taksówką- ale  nie- pojechali jednak tą dorożką,  tyle  tylko że udało im  się zmusić ją  do  założenia  płaszcza. Pan Młody, też  zmarznięty rozgrzewał się w domu w czasie  wesela  alkoholem, czemu gorąco  protestował jego  żołądek i część wesela Młody spędził blokując jedyną toaletę i obejmując czule miskę  klozetową.  No i co było dalej- dopytywał się Emil  - nie wiem, bo wyszłam od  nich by się wysikać w pobliskich krzakach i szybko wróciłam  do  swego domu. No to użyłaś na tym  weselu  niczym pies  w studni - stwierdził. Ja  migałem  się od takich atrakcji właśnie   z powodu  alkoholu. Raz  na  jakiś  czas mogę wypić  bez odrazy kieliszek dobrego wina, mogę nawet raz na  jakiś  czas wypić  lampkę  koniaku lub kieliszek  markowej whisky, ale zupełnie  nie  mogę zrozumieć tego  chlania do upadłego,  albo umawiania  się  do knajpy na  wódkę.  No to szybko,  kochany,  nie  awansujesz na jakieś wysokie stanowisko - nieodłącznym   atrybutem wysokiego stanowiska jest  alkohol i mocna  głowa. Wiesz jak mówią - nie pije, znaczy się jest  szpiegiem. 

Cudna  moja,  nie pomyśleliśmy zupełnie o  zdjęciach, a ty tak pięknie  dziś  wyglądałaś! Nie ma problemu- roześmiała  się Adela -mogę jutro wskoczyć w ten kostiumik, ty w ten  garnitur  i ciocia lub  tata zrobią nam  zdjęcie. Ale jak znam życie  to na  pewno  kilka osób  pstrykało.  A jeśli  chcesz  możemy wskoczyć  w nasz  ślubne  szatki i zrobić  sobie  sesję zdjęciową u profesjonalnego fotografa. Ostatnio widziałam  gdzieś  ogłoszenie, że robią  sesje  zdjęciowe małych  dzieci i  kobiet "oczekujących" dziecka, więc nie będzie żadnego zadziwienia,  że przychodzimy na  sesję nie prosto od  ślubu a kilka  dni później.

A jeszcze  a propos sesji ślubnych - byłyśmy z koleżanką w Łazienkach -  październik, zimno cholerne, my w cieplutkich płaszczach, w  szalikach, wełnianych  czapkach i stwierdzamy, że zimno, że trzeba  zrezygnować  z tego spaceru bo  zamarzniemy - a byłyśmy  akurat  nad  stawem, patrzymy i szczęki nam niemal  na ziemię opadają- na wprost nas  maszeruje  dziewczę w ślubnej kreacji,  takiej nawet  bez  ramiączek i fotograf  ją wpycha w trzciny rosnące nad  samym  brzegiem  stawu, jej świeżo upieczony  mąż ściąga  z siebie kurtkę i w garniturku pomyka  za nią w te  trzciny, a fotograf  tylko dyryguje nimi- teraz patrzcie w lewo, no, obejmij  ją, teraz  całus, teraz to, teraz tamto,  a my stoimy i oczy  nam wychodzą z orbit. Ze dwadzieścia   minut tak sterczała w tych trzcinach. Potem narzuciła na siebie płaszcz i powędrowali szybko pod Pałac na Wodzie, a my do  domu. I wiesz  co? Ogromnie  się  cieszę, że nie masz  bzika na punkcie  ciągłego fotografowania, bo naprawdę bardzo  nie lubię być fotografowana. Najgorsze  dla  mnie, gdy raz na jakiś  czas  muszę dać  nowe  zdjęcie  do jakichś dokumentów. Wiesz, ja  nie  muszę mieć  czyjegoś zdjęcia by o nim pamiętać, dlatego śmieszy  mnie  powiedzenie, że ktoś  komuś  daje  swoje  zdjęcie  na   pamiątkę.  Mam  wrażenie, że u  mnie  pamięć  wzrokowa jest  zbyt  mocno powiązana z moimi odczuciami i uczuciami. Mam jakieś fotografie jeszcze  z lat szkolnych - do dziś oglądając  zdjęcia  mogę wymienić  nazwiska i  imiona tych dzieciaków, które  lubiłam lub ewentualnie  coś  dla  mnie  znaczyły, tak  samo jest z nauczycielami. Do dziś  pamiętam swoją  wychowawczynię z klasy I-IV, uwielbiałam ją. A patrzę na  zdjęcia z lat późniejszych i  za nic nie  kojarzę nazwisk lub  imion tych nauczycielek ani też imion dzieci na  zdjęciu  klasowym. I co z tego, że mam ich  zdjęcia?

A jak myślisz- podobał się twoim rodzicom nasz  ślub? Bo na obiedzie to nie  wiem  czy każde  z nich powiedziało choć dwa   zdania złożone. Miałem wrażenie,  że są na  nas obrażeni. No to po prostu  widziałeś ich w pełnej  krasie - oni są tacy  zawsze. Mam  dziwne  wrażenie, że oni nie lubią  się  wzajemnie  a na  dodatek  każde  z nich  nie  lubi siebie. No to po co  są razem, przecież od  wieków są  rozwody. No są-zgodziła  się Adela.  Ale gdy  się ludzie  rozwodzą to muszą przed  sądem podać   przyczynę,  a  wtedy wychodzi  na wierzch własna niedoskonałość a to chyba  boli. Bo każde  z nich uważa się  za chodzącą  doskonałość a  wszystko się  nie układa, bo partner jest "nie taki". Poza  tym trzeba  wtedy pomyśleć  co z mieszkaniem,  podzielić wspólny majątek. Rozwód to  naprawdę kłopot.

A czy ty,  mój słodki,  zauważyłeś że  Helenka i  Piotruś są w  coraz  lepszej komitywie? Człowiek to jednak  jest  stadnym zwierzęciem a gdy jest  samotny to marnieje. Na to trzecie piętro to  tatko wchodzi ze  znacznie mniejszą  zadyszką  niż ja,  a  teoretycznie  jestem do tego  trzeciego piętra przyzwyczajona.

A jak sobie  dziś coś  na uszko  szeptali,  zauważyłaś? No i popatrz, przeszli  "na  ty" nie pytając się nas o  zgodę-  podśmiewała  się Adela.   Ojciec  miał  dziś  same  radości- gdy zobaczył,  że   będziesz brała ślub w tym  naszyjniku i z tym pierścieniem to mi powiedział- "cudownie,że się jej to podoba, że nosi  to w takim  dniu, jestem  szczęśliwy. 

Oj, zupełnie  zapomniałam, że mam dla ciebie   prezent  ślubny- powiedziała Adela. Jaki, pokaż,  proszę. No ale to  nie jest do  pokazania- to wiadomość - biorę tabletki, więc zaoszczędzisz na pewnych akcesoriach. I ty  mi dopiero teraz o tym mówisz? Mówię ci dopiero  teraz, bo choć  działają już od 3 dni, bo biorę  je już odpowiednio  długo, to chciałam  by to był prezent  ślubny. Cieszysz  się? Ładny prezent? Nie ładny tylko  cudowny! I zaraz mi się spać odechciało. Dobrze,że jutro niedziela! Możemy leżeć do oporu!

                                                                    c.d.n.




piątek, 6 maja 2022

Trudny wybór - 9

 Tego  wieczoru przy  kolacji Adela  powiedziała - nie jestem  dumna  z  siebie, że nagadałam  matce. Już od  dawna wiem, że jest taka a nie inna, że jej tok myślowy jest  zupełnie inny niż mój i  wielu osób  które lubię,  szanuję lub  kocham. Ciekawa jestem czy przyjdzie by  poznać swego zięcia. Ciocia Helena tylko  pokiwała  głową - cieszę  się, że sama  wpadłaś na to, że nie potraktowałaś  mamy elegancko. Ona po prostu od zawsze  miała obsesję, żal do natury,  że nie urodziła syna. Bo jej  zdaniem płeć  męska ma o wiele  lżej  w życiu i to  pod każdym względem. A poza tym podejrzewam, że twój ojciec wcale  nie był tym wymarzonym przez  nią mężczyzną. Był synem przyjaciół dziadków. Twoi dziadkowie i  oni mieszkali w tej  samej kamienicy i ich  dzieci znały  się  niemal od  czasu  pieluch. I to małżeństwo  zostało bachorom  wmówione. Dobrze, że nie  mieli drugiego  syna, bo pewnie i  mnie  by wmawiali, że kocham syna  sąsiadów-przyjaciół. Zatelefonuję  do  niej w  niedzielę wieczorem, gdy wrócimy z  Milanówka.  A teraz  porozmawiajmy o czymś  weselszym i  milszym, czyli o  waszym ślubie. W czym staniesz przed  urzędnikiem  - weź poprawkę na to, że będziesz miała furę obserwatorów, skoro będą osoby z waszego  miejsca  pracy, więc skreśl z listy dżinsy i T-shirt. Albo zacznijmy  lepiej od Emila - masz jakiś odświętny, ale może  niekoniecznie  czarny garnitur?  

Oczywiście, że mam. W Meksyku musiałem prowadzić  wykłady tkwiąc w garniturze. Wiszą w pokrowcach i czekają na  mnie. Jak na  warunki  polskie to wszystkie  są zapewne  nieco  dziwne. Mam np. garnitur  w kolorze  kawy z dużą ilością mleka, mam też błękitny i ciemnozielony. Ciocia  Helena aż klasnęła w  ręce- no to świetnie, może w takim  razie  jutro, gdy wrócicie  z pracy  zrobisz nam  rewię mody meksykańskiej. Oczywiście u ciebie, żebyś tego  nie taszczył tutaj. Bo ciuszek,  w którym pójdzie  do ślubu Adela musi być dobrany  kolorem do twego stroju. Kolory powinny współgrać  a nie gryźć się  ze sobą. A o świadkach  pamiętacie?  Dwie osoby pełnoletnie. A obrączki?   Adela i Emil popatrzyli na siebie  i niemal razem powiedzieli - aleśmy  się  wpakowali!- i  wybuchnęli śmiechem.

Adela  zaproponowała, by świadkami byli ciocia  Helena i ojciec Emila - wszak oboje  mają już ukończone18 lat.

A obrączki- jak stwierdził Emil - kupią u jubilera. A poza tym to Emil przywiózł z Meksyku nieco złotych drobiazgów, bo  mu się podobały- takich wzorów to w Europie na ogół nie ma. I jest wśród  nich pierścionek, który właściwie mógłby służyć jako obrączka. Poza tym on osobiście wolałby  nosić bransoletkę i przywiózł taką, dobraną wzorem do tego pierścionka, który  może być równie  dobrze obrączką. No dobrze- podsumowała  ciocia-  to jutro przed  wyjazdem pooglądamy to wszystko i wybierzesz garnitur, w którym wystąpisz. A tu macie obrączki  - obrączki to o tyle mały kłopot, że łatwo  je dopasować rozmiarem do palców.

Ale obrączki to podobno pan młody  ma dostarczyć - stwierdził Emil. Helena uśmiechnęła   się - pan młody to ma obowiązek kochać  żonę i być jej  zawsze  wierny  myślą,  mową i  uczynkiem, a reszta to   zależy od  okoliczności. Mam nadzieję, że przyniosą  wam  szczęście i wieczną miłość.

Szkoda, że nie mieszkamy w jakimś ciepłym  stanie w Ameryce- ślub  mógłby  być na plaży a  strojem Adelki mogłoby  być bikini- rozmarzył  się Emil. Adela zaczęła się  śmiać-  już to widzę: zaraz  byś stwierdził, że to bikini za dużo odsłania  a  za  mało  zasłania i szybciutko byś mi  narzucił szlafrok mówiąc, że przecież jest chłodno i się  zaziębię.

Potem oboje bardzo dziękowali  cioci  Helenie,  a Emil  stwierdził, że jeśli tylko ona  pozwoli, to on będzie  do  niej  mówił "mamusiu", bo tyle  dobra i  miłości od  niej  dostaje, że taki tytuł się jej należy. Helena była bardzo  wzruszona i stwierdziła, że to jej  bardzo  pochlebia i że może tak do niej mówić,  ale  dopiero po ślubie z Adelą. Ale po wielu prośbach  ze strony Emila pozwoliła by wcześniej, ale pod warunkiem, że ojciec Emila  pozwoli na to.

W sobotę, przed wyruszeniem   w plener była mała " narada  wojenna", czyli przegląd ubrań ojca. Okazało się, że ojciec Emila "ubraniowo" dobrze  stoi, jego szyty kilka lat wcześniej   garnitur  nadal  dobrze na  nim leży i wygląda jak prosto od krawca. Kolor też  pasował- wszak "jasny  popiel" (jak  go określiła Adela) jest  zawsze na  czasie. Obie  z ciocią  Heleną chwaliły ojca za to, że zachował dobrą  figurę. Tato, tylko się nie garb,   nie kul, bo wtedy wyglądasz 10 lat starzej - powiedział Emil. I nie  szuraj nogami jakbyś  miał 100 lat. Po sadzie to niemal biegasz od  drzewa do drzewa a tu szurasz po podłodze.  

Potem Emil powiedział - tatusiu, chciałbym już teraz mówić do pani  Heleny per mamo i to jeszcze  przed ślubem, ale powiedziała, że powinienem wpierw zapytać się ciebie o pozwolenie, bo wie,  jak bardzo kochałeś mamę. A ona jest dla  mnie tak dobra, troskliwa  i  wyrozumiała jakbym był jej rodzonym synem.  Ale ja do tego  nic nie mam, odparł ojciec  - z reguły każdy do swej  teściowej mówi  "mamo", a jeśli pozwoli ci pani Helena byś już teraz tak mówił- to tylko się  cieszę. I w takim  razie byłoby  mi bardzo  miło, gdyby Adelka, moja kochana Dziecinka  mówiła do  mnie "tato". 

Ojej- to cudnie - zawołała Adela. Zrobiło się tak słodko i rodzinnie, że chyba będziecie  musieli wypić bruderszaft ciociu. Ale  nie  winem, a  łagodnym "szprycerkiem".  Ale my z Piotrem już  sobie mówimy po imieniu- nie  zauważyliście? - zdziwiła się  ciocia.  No to  chyba tylko wtedy  gdy jesteście  sami - stwierdziła  Adela.    I mam pomysł - pojedźmy dziś do Nałęczowa. Pospacerujemy po parku  zdrojowym, zajrzymy też do Kazimierza. Kochanie- zwróciła się do Emila- ale chociaż jedziemy w dość cywilizowane  miejsca to weźmiemy krzesełka. I leki dla  taty wraz  z czymś  do  picia. Ojej, jak  dobrze, że mamy teraz większy bagażnik - ćwierkała Adela pakując sprzęt, picie, "coś  na przegryzkę",  koc i "na  wszelki wypadek" swetry. A Helena patrząc na  nią myślała:  ot,  moja  szkoła! myśli o  wszystkim!

Pogoda dopisała, park zdrojowy podobał się wszystkim,  chociaż Emil stwierdził, że tchnie  tu nudą  z każdej  strony, no ale skoro tu jest  sanatorium dla chorych na  serce, to rzeczywiście dobre  miejsce, bo trudno by tu cokolwiek  wywołało przyspieszone bicie  serca czy  nierówne tętno. W Kazimierzu przeszli się Rynkiem, oczywiście  pełnym  ludzi, kupili  koguty, pospacerowali nad  Wisłą. Ojciec cały  czas "ściągał łopatki" pilnując by się  nie  garbić i co  chwilę mówił: całe wieki tu  nie byłem,  a tu się sporo zmieniło. Adela kupiła uschnięte makówki i idąc co jakiś  czas nimi potrząsała, mówiąc - brzmią prawie  jak  marakasy. Wracając wstąpili do sadu, chociaż  wcale  nie było to za bardzo po drodze, ale Adela  stwierdziła, że posiedzą jeszcze w sadzie, ojciec weźmie lek a dodatkowo będzie  miał frajdę, bo pokaże Helenie swoje ukochane  jabłonie, sprawdzą ile jest już  jabłek na drzewach. Poza tym zjedzą  ulubione kruche  ciasteczka i  chipsy jabłkowe. 

Adela  siedząc na  kocu w objęciach Emila powiedziała mu cichutko: jest  mi tak  cudownie, jestem tak szczęśliwa, aż mi się płakać  chce. To wszystko razem jest jak jakiś cudowny sen, strach  mnie oblatuje, że to tylko sen, z którego przebudzenie  się może być bolesne. Emil  przytulił ją mocniej  mówiąc - jeśli ci od tego będzie lepiej, to  możesz sobie  popłakać, ale tusz ci  się może rozmazać i wpaść do oka. Jestem z tobą, kocham  cię i wiem, że opłaciło się nie rozmieniać  na  drobne i czekać na dziewczynę ze  snu. Jesteś kochanie  przemęczona, masz teraz tyle pracy a przed tobą jeszcze obrona magisterki i ślub. Podziwiam cię jak  sobie  z tym wszystkim radzisz. Gdybym  tylko mógł to zdałbym te wszystkie czekające cię  egzaminy za ciebie.  Czytałem ten fragment, który pisałaś o prawach autorskich - według mnie dobrze to ujęłaś. Bardzo jasno i logicznie formułujesz  myśli. Twój  promotor też tak uważa. Bo pozwoliłem  sobie odczytać  mu ten  fragment gdy byłaś  na kursie. Odczytałeś,  czy opowiedziałeś  własnymi  słowami? No odczytałem, ale to chyba nie  było z mojej  strony świętokradztwo, prawda? No prawda, zgodziła się Adela. Tak  się  zachwycił, że stwierdził, że z chęcią by cię zatrudnił w swojej kancelarii  gdy obronisz pracę.  Na tym  egzaminie na  rzecznika jest  strasznie  dużo  pisania, odpowiedzi ustnych mało. Zresztą  jak sama  widzisz - mamy  mnóstwo czytania i  pisania. Wiesz,  chyba będziemy  się  pomału  zbierać do domu, zaczyna  się  robić  chłodno. Myślę, że  wstąpimy gdzieś  na obiad, może do "Konstancji"?  Chcę byście  obie z mamą  nie stały przy garach choć jeden  dzień w tygodniu. No to ruszajmy, pomogę ci wstać. No wiesz, ja to mało stoję  przy garach, a ciocia z reguły gotuje na  dwa  dni. Na  dwa  dni? - zdziwił  się  Emil- przecież  codziennie  jemy coś innego. No bo ciocia jest taka zdolna - wie co ugotować, żeby każdego dnia  było to  coś innego. Ona jest wprost nieziemsko zorganizowaną i praktyczną osobą. 

Trochę było protestów, ze strony Heleny, że jadą do  restauracji, ale Emil zapewnił ją, że nic się obiadowi nie stanie, gdy poczeka na  nich w lodówce do następnego dnia. Po obiedzie pojechali jeszcze wszyscy  do  mieszkania Emila, bo przecież miał zaprezentować swe  garnitury. I dobrze  się stało - najlepiej leżał "ciemnozielony", do  poprawki były  tylko spodnie, bo objętość Emila  w  pasie  w bardzo widoczny  sposób zmalała. A ponieważ przedtem marynarka była rozmiarowo "na  styk" to  teraz leżała dobrze. Gdy  potem wylądowali w Milanówku i po  kolacji  oglądali jakiś  film Adela  stwierdziła, że ona  z okazji ślubu to  tylko nowe szpilki  sobie  kupi, bo  ma  wprawdzie  nie  sukienkę,  ale dość  dawno uszyty z  kaszmiru kostium. Jest w tej  samej zieleni co garnitur Emila,  ale bardzo jasny. No  i ma  nadzieję, że nadal rozmiarowo jest  dobry. A kaszmir na jesień jest   w sam raz,  bo upału to na pewno nie będzie. Zresztą, ponieważ to jest  prawdziwy  kaszmir a nie jakaś podróbka to posiada termoregulacyjność. No i jest ogromnie  miły,  mięciutki w  dotyku i  nie "gryzie".  

Emil przyglądał się chwilę Adeli w  milczeniu,  w końcu powiedział - właśnie dotarło do mnie, że jeszcze ani razu nie widziałem cię w sukience.  Za to widziałeś mnie w piżamie,  koszuli nocnej, nagą, w dżinsach i zwykłych  spodniach. W sukience to zapewne wyglądam tak  jak w koszuli nocnej - odpowiedziała.  To ta  ślubna kreacja  będzie  przezroczysta? - zapytał Emil z niewinną  miną. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Emil stwierdził, że na pewno byłby to ślub  roku. Gdy  już się uspokoili, Emil na dłuższą  chwilę  zniknął. Gdy wrócił trzymał w ręce sporą kasetkę z szylkretowym wierzchem.  

Ojej, zamienili biednego żółwia na pudełko-  zmartwiła  się Adela. Tylko wieczko jest częściowo szylkretowe, reszta  jest  świetną podróbką  szylkretu - pocieszył ją Emil. Ale  nie myśl, że  wszystko co jest  w środku jest rodem  z Meksyku. To jest mamy mojej  pudełko,  a teraz przejdzie na  twoją  własność. A z Meksyku przywiozłem takie   dwa  drobiazgi-  bransoletkę i pierścionek. I pierścionek i  bransoletka  nawiązują do podwójnej spirali DNA. Do dziś  się  wszyscy  głowią jakim cudem tysiąc lat przed odkryciem  w Europie mikroskopu kapłani  dawnego Meksyku wiedzieli, że każdy wywodzi  się z dzielących  się komórek jajowych i pasm chromosomowych  zawierających kod genetyczny. Gdy odkryto te stare wzory okrzyknięto Meksyk krajem czcicieli węża.  Zadziwia  mnie ten  pierścionek, bo bez trudu, choć to  w  sumie  maleństwo, widać, że to są dwa  splecione  węże. I jest na nich ryt łuski węża. Wydaje  mi  się, że ten  pierścionek,  czy też obrączka jest dość  szeroki, więc  nie  wiem, czy byłby wygodny  w  noszeniu. Ale  zauważ, że te węże są na  nią naniesione, nie jest to ryt. Ten  sam  wzór jest na  bransoletce, która ma tę  zaletę, że jest  zapinana, więc  dobrze się trzyma  na przegubie, nie przesuwa. Na niej również węże są robione z dwóch kawałków  złota, a nie  są rodzajem płaskorzeźby.  Tata  nigdy   jej  nie  nosił, choć to męska bransoletka. A mama  dostała  kiedyś takie  śmieszne koraliki - w moim odczuciu wyglądają  jak "przerośnięte" ziarenka  ryżu. Ale złoto jest  dobrej  klasy, byłem z nimi w Urzędzie  Miar i Wag do  oceny. Nie mam pojęcia jak one  są  zrobione. Doszedłem do wniosku, że każdy koralik musiał być odrębnie robiony z bardzo  cienkiej złotej blachy. Każdy ma  własne kółeczko, łączone są też kółeczkami. Podobno ktoś z rodziny mamy przywiózł to z Chin i dał mamie właśnie na ślubny prezent. A teraz będzie twoją  własnością, bo mama zawsze mówiła, gdy jeszcze   mi się nawet  nie śniło, że kiedyś będę  żonaty, że wszystkie te precjoza  dam   kiedyś  swojej żonie. Mama lubiła pierścionki i jak widzisz miała ich  sporo. Lubiła srebrne i takie  wycięte z różnych ozdobnych  kamieni. Nie  nosiła ich na co dzień, ale chętnie je  kupowała i nosiła "od święta". Wydaje mi się, że część z nich jest dla  ciebie idealna  rozmiarowo. Daj łapkę, przymierzymy je do twoich paluszków. Helena  miała łzy w oczach gdy ojciec i  syn przymierzali Adeli mamine pierścionki. Odłożyli do jedwabnej saszetki te, które  nie  pasowały wielkością do palców Adeli mówiąc- niech one sobie  tu leżą, teraz  wiesz, które są dobre rozmiarowo. Adela wybrała z nich pierścionek  wytoczony z cesarskiego jadeitu i  powiedziała- to będzie pierścionek  zaręczynowy! Jest prześliczny! Bardzo rzadko teraz  można taki znaleźć, to cesarski jadeit! Nikt  takiego  nie ma! A w duchu pomyślała - a jaki praktyczny - lepszy niż kastet.

Ojciec Emila popatrzył na Adelę i  powiedział - znasz się na  kamieniach- masz rację, to jadeit cesarski, najwyżej z jadeitów   ceniony  w jubilerstwie. Adela uśmiechnęła  się - tak - kiedyś, w starożytności  był  cenniejszy od złota bo  mu przypisywano magiczne i prozdrowotne działanie, ponoć leczył  nerki, stąd w nazwie "jade". A dziś są  cenione grzebienie   robione z jadeitu i masażery. Więc  chyba coś jest  na rzeczy z tym kamieniem.

                                                                          c.d.n.



czwartek, 5 maja 2022

Trudny wybór - 8

 Niespodziewana śmierć naczelnego długo była w biurze tematem  numer jeden. Wpierw było mnóstwo teorii  spiskowych, potem oburzenie, że  wdowa nie  chciała by był to  "służbowy pogrzeb", ostatnią częścią tego  smutnego w gruncie  rzeczy  wydarzenia  była sprawa kto zostanie teraz  dyrektorem naczelnym.  Ci  bardziej naiwni typowali obecnego technicznego dyrektora, ale Adela wiedziała  już z doświadczenia, że  naczelnego wybierze szef resortu. I  wyobrażała  sobie jaka  się tam  walka odbywa. Mogła, ale  nie chciała,  zatelefonować do  koleżanki w ministerstwie,  by się  dowiedzieć  kto jest typowany  ale stwierdziła, że aż tak jej to nie obchodzi. Biuro  było placówką naukowo-badawczą a nie  produkcyjną, a więc i pensje dyrektorskie nie stanowiły wielkich  atrakcji, poza  tym trudno  było przewidzieć, czy zespół konstruktorów-specjalistów wpadnie na  jakiś  genialny pomysł, który okaże  się przysłowiową  kurą  znoszącą  złote jaja.

W przeciwieństwie do innych nie  dziwiła się wdowie, że nie życzyła  sobie uroczystego, okazałego, służbowego pogrzebu. Pogrzeb miał się odbyć na  Śląsku, a trumna czy też  urna złożona w rodzinnym grobowcu. Małżeństwo naczelnego od  lat było właściwie farsą,  a Adela dobrze  wiedziała, że nie była jego jedynym "wyskokiem"- i przed nią i po niej były inne.  A ponieważ Emilowi wciąż się  wydawało, że to rozmowa o ślubie Adeli spowodowała u Kamila  kolejny  zawał, opowiedziała mu nieco o tym, jaki był Kamil w kwestii życia  rodzinnego i osobistego. No tak- podsumował- to  chyba faktycznie  nie była  moja  wina.

Emil  pomógł Adeli wybrać temat  pracy  magisterskiej,promotorem został jego kolega, prawnik. Adela  się  śmiała, że Emil  ma z niej, jako pracownika  swego  działu  wyjątkowo  mało pożytku, bo połowę dnia  pracy  przeznaczała  na  pisanie  pracy. 

Plotka o tym,  że Emil i Adela są parą krążyła po biurze swobodnie. A wszystko przez  to, że Emil dał Adeli upoważnienie do "wyciągnięcia" z archiwum USC swojej metryki urodzenia,  a własnoręczność podpisu potwierdzała  kadrowa. Na ciągłe pytania  "a  kiedy ślub"  oboje  dawali tę  samą odpowiedź - jeszcze  nie  wiemy, ale jak  będziemy  wiedzieli wrzucimy  informację  na tablicę ogłoszeń.  Kadrowa "błysnęła" zadając Emilowi  pytanie dlaczego nie bywa w  swoim  mieszkaniu, więc ją poinformował, że mieszka teraz w domu ojca, bo musi dopilnować  by ojciec  brał regularnie  leki.  Jak potem  powiedział Adeli, to  miał ochotę odpowiedzieć  "a co cię to babo obchodzi", ale jednak się powstrzymał.  Termin ślubu udało się ustalić na drugą połowę września i gdyby nie fakt, że ich ślub  stał się w pewnym  sensie sprawą publiczną, mógłby się odbyć w pierwszej  połowie  miesiąca,  ale wtedy  nie byłoby możliwości podania uczestnikom szampana. Adeli  wcale  nie  zależało na  tym toaście, ale Emil  się przy  tym uparł.

Całe lato każdy  weekend spędzali w Milanówku, za każdym razem jeździła również  z nimi ciocia Helena. Ojciec Emila wyraźnie odżył  i jakby odmłodniał.  Emil zafundował ojcu  niemal niewidoczne aparaty słuchowe i teraz w trakcie  jakiejś dyskusji starszy  pan nie  zapadał w  drzemkę, ale   brał w niej czynny udział. Teraz Adela  już wiedziała po kim to Emil jest taki  szarmancki i opiekuńczy.  Ciocia i ojciec mieli  wiele wspólnych  tematów do  dyskusji, czasami  wszyscy grali na tarasie w karty lub oglądali stare zdjęcia.  W ramach prezentu ślubnego  do rąk Adeli i Emila  trafił   "fundusz Adelajdy" zamieniony w nowy, większy samochód, peugeot 308. 

O terminie  ślubu Adela poinformowała rodziców 1 września.  Gdy przyszła poinformować rodziców, że wychodzi za mąż jedynym pytaniem, które padło było: "a co, musisz wyjść za mąż?"   Nie, nie  muszę,  ale mam na to wielką ochotę  - odpowiedziała.    No a masz już sukienkę do ślubu?   Tak, mam. I będziesz   brała ślub w takich siwych włosach, jak jakaś starucha?   Tak, bo  mnie i  mojemu narzeczonemu podobają  się takie  właśnie włosy.    Tak późno nas  zawiadamiasz, że nie zdążymy się przygotować- ani z ubraniem  ani ze  ślubnym prezentem. Adela roześmiała  się - nie potrzebujemy  prezentu, już dostaliśmy w prezencie samochód. I prawdę mówiąc wcale  nie musicie na ten ślub przychodzić, bo i bez  was  będzie tak lekko biorąc  ze 180 osób. A Helena  będzie?  No jasne, przecież  razem  z nią mieszkam.  A jedziecie w podróż poślubną?  - śledztwo trwało nadal. Nie, nie jedziemy, bo muszę szybko obronić magisterkę. 

A dlaczego przyszłaś sama,  a nie  z narzeczonym? Przecież powinniśmy go  poznać! Naprawdę chcecie  go poznać? No to możecie wpaść do nas jutro na kolację, a jeśli nie  jutro to dopiero w poniedziałek, bo my w piątki po pracy zawsze  wyjeżdżamy do naszego drugiego domu w Milanówku. Do nas to znaczy gdzie? - spytała  mamuśka. No do cioci Heleny, przecież tam mieszkam. Kolację  zawsze jadamy o 19,00.  A to ten  twój narzeczony to  jakiś badylarz?  Nie, magister inżynier. I ma przemiłego, kulturalnego ojca, też nie  badylarza. 

A gdzie to wesele  urządzacie?  My nie urządzamy  żadnego wesela, skąd ci mamo przyszło do głowy, że my urządzamy  wesele? No przecież powiedziałaś, że będzie ok 180 osób. Może i tyle  będzie,  bo tyle osób liczy personel  biura w którym  pracuję. Po  podpisaniu dokumentów w sali obok będzie wzniesiony toast  szampanem i tyle. Przecież ci  powiedziałam, że to będzie w  Pałacu Ślubów. 

To ty już  nie  pracujesz w ministerstwie? - zdumiała  się matka. Nie i to już od  kilku lat.  No ale dlaczego ja o  tym  nie  wiem? Dlaczego mnie o  tym  nie poinformowałaś?  Bo to nie ma  żadnego  znaczenia w stosunkach  na linii  matka- dziecko, to raz- a dwa-przestałaś  się mną  interesować od  chwili gdy  zamieszkałam  z ciocią. Tak na  wszelki wypadek  cię informuję, że  już   nie jestem  w tym  waszym mieszkaniu zameldowana. Zameldowana jestem w  mieszkaniu cioci,   a tak dokładnie to  w swoim mieszkaniu, bo to ja  je  wykupiłam. A skąd  miałaś na to pieniądze? Z Banku, wzięłam  kredyt.

To teraz takim młodym dają kredyty? Mamo, ja już mam od jakiegoś  czasu 25 lat -zajrzyj sobie w moją metrykę. A pracuję już odkąd  skończyłam 18 lat. Adela  wyciągnęła  z torebki  kartkę i napisała na niej datę i godzinę ślubu i dopisała: ślub Adeli w Pałacu Ślubów. No to lecę, bo się  narzeczony będzie  martwił, że przepadłam.

A narzeczony nie tyle się martwił, co nieco  nudził czekając na   nią w  samochodzie. No i co?-spytał. No i nic - powiedziałam, że ich obecność  nie jest obowiązkowa. Coś trzeźwość umysłu jej nawala. Myślała, że robimy  wesele i że jedziemy  w podróż poślubną. Była  zdziwiona, że już nie pracuję w ministerstwie i że wykupiłam mieszkanie   cioci  na siebie i że nie jestem już u  nich  zameldowana. Ale dla przyzwoitości  zostawiłam  kartkę z informacją gdzie, kiedy i o której  jest ślub. I powiedziałam, że jeśli ma  ochotę  cię poznać to może  wpaść do nas na kolację, byle nie  w piątek bo w piątki to  wyjeżdżamy do twego domu w Milanówku i jesteśmy tam przez weekend. Będzie  miała o  czym  myśleć przez najbliższe dwa  dni. 

A ty, moja  słodka, nie  żałujesz, że nie jedziemy w podróż poślubną? Nie, nie  żałuję.  Ja tylko marzę teraz o dwóch rzeczach- szybkiej obronie i o zdaniu egzaminu na rzecznika. Oj, kiepsko, nie widzę  w tym wszystkim  mojej  osoby- zaśmiał  się  Emil.  Ciebie, kochany, to po prostu pragnę, zawsze  mi ciebie, twojej obecności mało. Ja wiem, to śmieszne bo niemal 24 godziny na  dobę jesteśmy razem. Ale te  godziny  w pracy to tak jakbyśmy  nie byli razem. 

Noooo, sam  siebie podziwiam  jak  ja wytrzymuję by cię  nie trzymać  w pracy  na kolanach albo pod  biurkiem nie szukać zetknięcia się  naszych stóp. Ale to pewnie dlatego, że mam świadomość, że zaraz po pracy, gdy wracamy samochodem mogę w każdej chwili cię  dotknąć. Słyszałem  dziś w konstrukcyjnym plotkę, że techniczny jest ciężko obrażony na Zjednoczenie, bo się  dowiedział, że nie ma szans na to,  by tu  zostać   naczelnym. 

Adela  zaczęła  się śmiać - gdy siedziałam na  zastępstwie Kamil zapomniał położyć słuchawkę interkomu na  widełki i słyszałam  jak opieprzał technicznego,  na koniec informując go, że jest zwyczajnym głąbem. I że nie  może  się  nadziwić jakim cudem on ma dyplom magistra inżyniera. Ale nie  wykluczam, że może  wcale nie  zapomniał, tylko celowo dał, żebym sobie posłuchała.  Na wszelki wypadek gdy techniczny wyszedł ze  sekretariatu powiedziałam Kamilowi przez interkom, że  wszystko słyszałam. Powiedział tylko : no i  dobrze. Bo Kamil bardzo go  nie  lubił. Nie  wiem jak  jest teraz,  ale Kamil zawsze prosił, bym nie odkładała  słuchawki na  widełki i używał interkomu jak mikrofonu. I się nawet sporo nasłuchałam przez ten  czas. I wcale  mnie   nie dziwi, że techniczny  nie  ma  poparcia  zjednoczenia, za to Kamil był tam dobrze ustawiony. Tak na  moje  rozeznanie to wsadzą tu kogoś kto gdzieś zadłużył zakład przemysłowy, a  miał za wątłe plecy by dostać  tzw.  wykop  w górę. Naprawdę nietrudno jest zadłużyć zakład przemysłowy, znam kogoś kto tą drogą  został dyrektorem gabinetu ministra- to wyjątkowo  wredne choć  niewątpliwie dobrze płatne  stanowisko- tyle  tylko, że musisz stale  się meldować jeśli  zmieniasz  miejsce pobytu, nawet wyjście na  siku  meldujesz. Żartujesz? nie, nie żartuję. I np. dlatego  nie  chciałam  pracować w URM-ie w sekretariacie, bo oprócz stałej  spowiedzi  praca  była trójzmianowa, bo przecież  nocą państwo też  funkcjonuje. Co prawda  całkiem  dobrze  płacili, ale forsa  to  nie  wszystko. Jest  sporo stanowisk na których musisz  podawać dokąd  wychodzisz, na jak  długo a idąc do kina czy teatru  to masz podać nawet nr  miejsca, a nie tylko to w jakim  jesteś  kinie czy teatrze. Bo to  z kim jesteś w tym kinie  czy teatrze to  już oni sami  wiedzą, kto  wie czy  nie lepiej od ciebie.

Praca sekretarki nawet  w dość zwykłej  firmie jak ta, też bywa  wredna, bo jest  się  ciągle  skazanym na  odbiór  cudzych  emocji- z jednej  strony są sfrustrowani szefowie,  z drugiej  zestresowani  pracownicy a sekretarka w  środku tego  wszystkiego. Do tego każdemu dyrektorowi  się  wydaje że sekretarka to coś  pośredniego  pomiędzy  mamusią, służącą a  damą  do  towarzystwa.  A do tego dochodzi obsługa  poczty, często notowanie  złotych pomysłów szefa, przypominanie  mu co o której ma  załatwiać,  bukowanie  mu  podróży, umawianie , pilnowanie  jego  grafiku i tego, żeby  z głodu  nie padł. Jest takie stanowisko "asystent dyrektora" - też  nikomu tego  nie polecam, bo każdemu  dyrektorowi  się wtedy wydaje, że ma osobistą służącą, a ci którym ona  musi  wydać  polecenia mają jej  polecenia poniżej  pleców.

Wiesz kochanie,  nie  miałem pojęcia, że istnieją takie  stanowiska, też  bym  nie chciał  na takim stanowisku pracować. Przecież wtedy  właściwie  nie ma się  własnego życia.

                                                                c.d.n.





środa, 4 maja 2022

Trudny wybór - 7

W niedzielny wieczór i Emil i Adela byli w kiepskim nastroju. Oboje  się  zastanawiali  jak spędzą w tak wielkim od  siebie  oddaleniu  najbliższą noc. Przed Adelą były  dwie  sprawy do załatwienia - jedna to było odesłanie Ryśkowi pożyczonych   kiedyś od  niego książek i poinformowanie go, że ona  przeanalizowała to co ich łączy i jej zdaniem  to co ich łączy to jest  zbyt  mało by zbudować  związek, drugą sprawą było poproszenie  cioci, by Emil mógł mieszkać z Adelą jeszcze  przed  ślubem. Ślub , z uwagi na fakt, że Emil był w  Komisji Kwalifikacyjnej Rzeczników chcieli odłożyć do czasu ukończenia przez Adelę kursu. Adela  była co prawda  z lekka  zniesmaczona sama  sobą, że sprawę z Ryśkiem załatwia listownie a nie osobiście,  ale nie  miała  ochoty na osobisty  kontakt.

Jeszcze  tego samego wieczoru przyszedł do nich Emil i oficjalnie  powiedział cioci, że chce  się z Adelą ożenić, że termin ślubu tylko dlatego jest odłożony  na później, bo jest  członkiem  komisji kwalifikacyjnej, a jak zna życie to nawet jeśli Adela pozostanie  przy swoim panieńskim nazwisku to i tak  się ktoś "czepnie", że on  był w Komisji która opiniowała jej kwalifikacje  jako rzecznika patentowego.  

Ciocia  Helena wysłuchała  wszystkiego spokojnie,  powiedziała, że to nawet  dobrze że  ten ślub nie jest "teraz - zaraz" bo jakby  na to  nie  spojrzeć to oni  się jeszcze  krótko znają. I że ma nadzieję, że wpierw będzie  ślub a dopiero w dziewięć miesięcy później dziecko. I że nie  będzie jej przeszkadzała  obecność Emila , ale  niech  pamięta  o tym, że zgodnie  z przepisami powinien  być tu zameldowany  czasowo, jeśli zamierza  przebywać jednorazowo  ponad  dwa tygodnie, więc jakby się  ktoś do jego obecności w komisji kwalifikacyjnej  chciał przyczepić, to wystarczy, że porówna  adresy   zamieszkania. Więc    może  "zdrowiej" byłoby  wziąć ślub, bo na  zdrowy, chłopski rozum to  nikt  nie obetnie  na egzaminie  żony kolegi "z branży."

Po wysłuchaniu wszystkiego i 10 minutach przetrawienia  tego co usłyszał, Emil powiedział do Adeli: w piątek gdy wyjdziesz  z kursu jedziemy do Archiwum po nasze dokumenty i je  składamy. W 30 dni od dnia ich złożenia   możemy już brać ślub. I zaprosimy na niego całą naszą dyrekcję i pracowników. Ślub będzie w Pałacu Ślubów, bo tam można wszystkim postawić po kieliszku szampana. A na następny weekend zapraszamy panią do moich podwarszawskich włości.  Jest jeszcze jedna sypialnia  wolna.

A co rodzicami Adeli? -  zapytała z niewinnym uśmiechem ciocia  Helena. Emilowi  z lekka opadła szczęka - na oczy ich nie  widziałem, Adelka nigdy o  nich  nie mówi i zupełnie  o  nich zapomniałem. Dla mnie pani jest  jej  matką i  ojcem  w jednej osobie.  Adela skrzywiła  się - ale niefart, mam jeszcze  rodziców, ale  jakoś o nich  zapomniałam. Zaprosimy ich bo  chyba wypada,  ale tak z  tydzień przed ślubem, a może 3 dni tylko. Odkąd mieszkam z ciocią bardzo rzadko się  z nimi widuję, mam wrażenie, że mieszkają w drugim końcu Polski  albo jeszcze  dalej. Widać z tego, że obie  strony za sobą nie tęsknią. I tego nie  rozumiem - stwierdził Emil. Mój ojciec nieco  sklerocieje, nieco niedosłyszy, ale zawsze się interesuje  wszystkim co mnie  dotyczy, trzyma  nawet wszystkie  listy, które pisałem  z Meksyku. I już  nawet Adelę "przysposobił", awansowała na Dziecinkę. Do mamy bardzo często tak mówił.   I odniosłem wrażenie, że bardzo  dobrze  na jego psychikę zrobił mu ten ostatni weekend, bo nagle stwierdził, że jednak powinien zafundować  sobie aparat słuchowy i mam się  rozejrzeć gdzie go będzie  można dobrać dla niego. To śmierć  mamy tak go postarzała. Ma dopiero 67 lat a chwilami gdy na  niego  patrzę to mam  wrażenie że dobiega osiemdziesiątki. Bo  może  masz  wobec ojca  za duże  wymagania - stwierdziła Adela- jestem pewna, że jemu po prostu  dokucza  samotność. Przypomnij  sobie  jak wręcz kłusował   po  sadzie i  witał  się  z drzewami. Bardzo  mnie ten  widok wzruszył. Ale mam nadzieję, że nie zamienisz  mnie  na tatę - powiedział ze śmiechem Emil. Nie,  nie  zamienię, wolę blondynów o ciemnobrązowych  oczach i łagodnym  spojrzeniu. Ciociu, nawet nie  masz pojęcia jak mocno niebieskie oczy  ma jego ojciec. Takie  mocno  chabrowe. Emil jest podobny do swojej mamy. 

 A wiesz, tak jakoś  jest, że synowie  są częściej podobni z urody do matki  niż do ojca - stwierdziła  ciocia. My z twoją  mamą jesteśmy z kolei  bardziej  podobne  do twego  dziadka  niż do  babci. No a ja to pewnie jestem podobna  do sąsiada, bo ani do matki  ani do ojca- powiedziała  ze śmiechem Adela. No właśnie- roześmiała  się  ciocia- pewnie  cię w szpitalu podmienili - zabrali  chłopca, a podstawili  dziewczynkę. Tylko nie palnij takiego tekstu przy  swojej matce bo dostanie  zawału  albo udaru.

A gdzie zamierzacie mieszkać po ślubie? Podejrzewam, że będziemy trupą wędrowną - trochę tu,  trochę w  Milanówku stwierdziła Adela. A jeśli uda nam się zmontować dziecko, to najlepiej byłoby wtedy mieszkać w Milanówku z uwagi na ogród - wyraził swą opinię Emil. A jakiej płci  dziecko chcecie zmontować? Mnie to obojętne, byle się nie  darło po nocach - stwierdziła Adela. A ja to bym chciał córcię - taką miniaturkę Adelki. Daj  spokój gdy  byłam mała to wyglądałam  jak purchawka. 

Ciocia omal się  nie udusiła  ze śmiechu - przecież ty nie rozróżniasz wcale  grzybów więc jak  możesz wiedzieć  jak  wygląda purchawka?  Zresztą młode purchawki są ładne  a na  dodatek  smaczne. A jako osesek byłaś  całkiem ładniutka. Potem  cię  matka  trochę utuczyła, bo zdaniem  babci ładne  dziecko to było tłuste  dziecko. Więc pakowali  w ciebie jak  w kosz do śmieci. Emil siedział wpatrzony  w okno tak nieobecnym  wzrokiem że  aż Adela  zapytała - głowa  cię  rozbolała? Emil obrzucił ją czułym  spojrzeniem - nie, moje kochanie, tylko widziałem w wyobraźni nasz taras w Milanówku i wózek z dzidziusiem. Ale płci  nie  widziałem, dziecię  było w  beciku - odpowiedział z uśmiechem. Dość, bo jeszcze  trochę a od  samego mówienia o dziecku  zajdę  w ciążę, bez  potrzeby montowania  go. Emil,  a gdzie  dziś śpimy?  Wszystko jedno,  ale  muszę koniecznie wskoczyć do  siebie po coś  innego  niż te spracowane  dżinsy i rozciągnięte polo.  Chcesz się przejść do  mnie? No  mogę, ale tu wrócimy na kolację i spanie. Ciekawe ile osób  wypatrzy, że do ciebie przyszłam. A wyobrażasz  sobie ich zdumienie jutro gdy przyjedziemy rano  do pracy jeszcze  przed nimi? - spytał Emil. Przed kadrami i gabinetem naczelnego  będzie  stała  kolejka donosicieli- to mamy  pewne. No to  co? I ty i ja jesteśmy stanu wolnego, nikogo nie  zdradzamy  ani porzucamy. Popatrz kochany - tak krótko w tym burdelu  pracuję, niemal z nikim poza tobą  nie  rozmawiam a już wiem, że Zdzisiek się rozwodzi i żeby dostać  rozwód z żoną, z którą  nie ma  dzieci, ale która jest nieuleczalnie chora i nie chce  mu dać  rozwodu, przyprowadził do sądu swą  kochankę w VII miesiącu  ciąży i dostał rozwód.  Który Zdzisiek?- dopytywał się Emil. Nie mam pojęcia, bo ja tu znam trzy osoby  na krzyż. I wiem też, kto z kim romansuje w pracowni chemicznej i to już od kilku lat. Co prawda gdy mi pokazano o kim mowa, to pomyślałam- "wielki szacunek, że jeszcze  mogą". To jakaś poprana instytucja- jedna  z pań gdy przyszłam porozmawiać o kosztach  zapytała  się  mnie, czy ja jestem w stanie  wyobrazić sobie jednego z inżynierów nagiego w łóżku, no  więc powiedziałam,  zgodnie   z prawdą, że osobiście  nikogo sobie  na zapas w takiej  sytuacji  nie wyobrażam. No to się  dowiedziałam, że ona zawsze każdego z facetów w biurze usiłuje  sobie wyobrazić nagiego. Swoją drogą  potem gdy  szłam korytarzem  to się  niemal zataczałam ze śmiechu, bo ten facet  nawet w  garniturze  wygląda zabawnie. Wiem komu urodziło się dziecko tak  bardzo niepełnosprawne, że nie odebrali dziecka ze szpitala i jest w specjalnym  zakładzie. I wiem kto mnie tu umieścił - były minister, bo byłam jego  kochanką.  Powiedziano  mi też, kto  tu jest tak  zwanym "wysuniętym  robotnikiem", czyli wtyką  z MSW. Wiem też kto  z kim  romansuje w  dziale oświetleniowców. I to  nie  szkodzi, że ja  nie mam wcale jak na razie  kontaktu z tym  działem, choć jeśli coś wymyślą będziemy  sprawdzać, czy jakiegoś patentu  nie  naruszyli. Wiem kto z  chemików chce  stąd odejść bo ma pomysł na skaj i się mnie  pytał, czy  nie  zrobiłabym  rozeznania  patentowego. Wytłumaczyłam  gadowi, że może sam ruszyć  tyłek  do Urzędu  Patentowego i sobie  sprawdzić. Bo ja  się nie  znam  na materiałach  chemicznych to raz,  a dwa że ja tu  tylko jak  na razie  sprzątam i słucham  tylko twoich  poleceń. Zawsze  mnie  zastanawia  skąd  ci  ludzie  to wszystko  wiedzą ewentualnie po jakiego  diabła  mi to mówią. Albo czemu  się  akurat  mnie  pytają dlaczego ty jesteś  taki smutny. Gdy mówię, że nie  zauważyłam, żebyś  był  smutny to się na  mnie  patrzą jak na niedorozwiniętą.  A najzabawniej jest gdy się mnie któraś z ciekawskich pyta, czy  mi się podoba jakiś "iksiński" i  nie  mogą uwierzyć, że ja  naprawdę takiego człowieka  nie  kojarzę. Czasem mnie  szlag trafia, bo  szukam czegoś  w tych byle  jak powtykanych  fiszkach katalogowych , złoszczę  się, bo mam wrażenie że ktoś w trupa  pijany je układał, a któryś z konstruktorów, też grzebiący  w  fiszkach, uważa  za swój  obowiązek   mnie podrywać. Albo  siedzę w czytelni a personel biblioteki akurat degustuje z  koleżankami kawę i rechoczą gorzej niż żaby w trakcie  zalotów. 

Emil  śmiał  się - no to nie użyją  kobietki przy tobie. Ja tu też niedawno trafiłem i bardzo  starannie unikam towarzystwa  pań. Im się często myli miejsce pracy z ogródkiem kawiarnianym, a ty jesteś przy  nich chodzącą powagą. Już jak  cię  wiozłem pierwszego  dnia to wiedziałem, że jesteś inna, Kamil  mnie o tym uprzedził. Co ci powiedział?  Żebym cię  nie podrywał bo mogę coś  niemiłego o sobie usłyszeć i to takiego, że mi w pięty pójdzie. No i na szczęście pytałaś o Meksyk, więc temat  był bezpieczny. No to chodź po te moje  ciuchy. 

W  mieszkaniu Emila, "aż" trzypokojowym, które  raptem  miało 53,5 metra powierzchni, a liczba pokoi gryzła w  oczy pracowników biura,  jeden z pokoi spełniał rolę garderoby i magazynu  rzeczy  różnych. Zamiast  szaf stały  stelaże na   wieszaki, ale jak odnotowała Adela- panował w  nim porządek. Opróżnili  przy okazji lodówkę, Emil  wszystko starannie zapakował w torbę i ruszyli z powrotem. Nikogo nie  spotkali po drodze,  co jak twierdziła Adela  nie  oznaczało, że nikt ich  nie widział. Ale teraz to ją to mało obchodziło. Emil powiedział, że nie ma  zamiaru ukrywać tego, że chcą  wziąć ślub.

Był wyraźnie szczęśliwy, rano obudził się pierwszy i zrobił dla nich śniadanie - dotychczas Adela nie jadła śniadania  w domu, lecz robiła je  sobie  w pracy. Portierzy na portierni spojrzeli na  nich jak na parę  wariatów, bo przecież  tylko wariat  przyjeżdża do pracy 10  minut przed godziną rozpoczęcia  pracy.  

W ciągu dnia naczelny wezwał do siebie Emila - chwilę omawiali pewne jak  najbardziej służbowe sprawy, potem naczelny  przepytał się jak Emil ocenia w pracy Adelę, kiedy będzie koniec  kursu i kiedy dostanie uprawnienia, jak wygląda końcowy  egzamin i wyraził nadzieję, że Emil  dołoży wszelkich starań, by ją do tego egzaminu jak najlepiej przygotować. Na koniec powiedział -  czuję się za tę dziewczynę odpowiedzialny i bardzo pana proszę,   panie  kolego, żeby pan jej nie  skrzywdził. A wtedy Emil powiedział- nie sądzę by małżeństwo ze mną jej zaszkodziło. Oświadczyłem  się,  zostałem przyjęty przez nią i jej rodzinę, pobierzemy dziś i złożymy dokumenty w USC. Gdy będziemy znali termin ślubu mam zamiar dać na wewnętrznej  tablicy ogłoszeń zawiadomienie o tym wydarzeniu i podać adres USC. Najprawdopodobniej ślub będzie  w Pałacu Ślubów a potem dla  tych co przyjdą lampka szampana. Kocham Adelę, to bardzo inteligentna i dobra osoba. Szybko się pan w niej zakochał- stwierdził naczelny. I mam nadzieję, że się pan równie  szybko nie odkocha. Gratuluję, będzie  z was dobra para. A gdy już pani Adela będzie  miała uprawnienia, to mam nadzieję, że nadal zechce tu pracować. W pół godziny później naczelny wyjechał z biura na lotnisko i poleciał służbowo do Niemiec.

W dwa dni później nadeszła wiadomość, że naczelny miał po przylocie do Niemiec bardzo rozległy zawał i niestety zmarł.  Jak wykazały badania nie był to  pierwszy zawał ale już trzeci. Emil był pewny, że Kamil źle się czuł już wtedy, gdy rano rozmawiali. I był niemal pewien, że wiadomość o planowanym ślubie jego Adeli  też nie  miała  dobrego wpływu na stan  zdrowia naczelnego.  A Adela  stwierdziła, że  Kamil zupełnie  się nie oszczędzał, a o poprzednich zawałach na pewno dobrze  wiedział. 

Plotek po śmierci Kamila było całe  mnóstwo - jedna  z nich  głosiła, że popełnił samobójstwo,  inna z kolei, że na pewno zmarł w trakcie amorów, bo nie gardził chodzeniem do domów  publicznych, jeszcze inna, że ktoś  go dźgnął nożem gdy wychodził z lotniska.

Wdowa po naczelnym nie  zgodziła  się na uroczysty oficjalny pochówek, co  wywołało kolejną  falę  plotek.

                                                                        c.d.n.