sobota, 8 października 2022

Trudny wybór - 123

 Gdy Leszek opuścił po pół godzinie ich mieszkanie Emil stwierdził, że  jest zaskoczony. Czym? - spytała  się Adela - przywiózł ten miód, bo pewnie mu Michał naopowiadał jak ratowałam   miodem swe siły w trakcie  porodu. I naprawdę  ten miód  mi wtedy pomógł. 

No nie, nie idzie  mi o miód, ale  o  panią Wandę - czyżby zrobiła na nim aż tak piorunujące  wrażenie? O ile pamiętam to nie powala urodą, ja to pewnie bym jej nawet na ulicy nie poznał. Adela zaczęła  się śmiać- co za szczęście, że mnie jeszcze  rozpoznajesz nawet z daleka.  Bo ja też raczej  z tych, co nikogo nie powalają urodą.  

Wiesz, znam Leszka już kilka lat, chociaż tak bliżej to dopiero od  chwili gdy zdecydowaliśmy się na dziecko. To bardzo porządny i  wrażliwy facet. I to, że jej pomaga nie ma nic wspólnego z tym, że mu ona "w oko wpadła". On jest lekarzem takim z przekonania,  z powołania, a nie takim  dla  forsy. To, że ma jakie takie zaplecze finansowe wynika z tego, że jego ojciec miał tak zwaną "rękę do interesów" i dobrze inwestował pieniądze, które miał po rodzicach. Jego tatuś był synem młynarza, który  wcale  nie był wieśniakiem. Dziadek Leszka był tak  zwanym człowiekiem  miastowym,  ale zakochał się w pannie młynarzównie i dla  niej opuścił miasto i osiadł na  wsi pomagając teściowi. Gdyby  tatuś Leszka widział jak jego synek często zaniża ceny  swoich usług to by  się  pewnie w grobie przewracał z oburzenia,  ale  nie może biedak, bo jest skremowany.  Leszkowi brak rodziny i dlatego tak  do nas przylgnął. Przecież to przy  tobie  mówił, że nam nieco  zazdrości, że mamy tak  blisko naszych rodziców.  Już nawet pomyślałam, że pierwsze święta wielkanocne naszej małej zrobię u nas,  z rodzicami oczywiście i  zaproszę też Leszka. No i  zapowiem mu to znacznie wcześniej, żeby przypadkiem nie  wziął na święta jakiegoś dyżuru w  szpitalu. Nie  sądzę by rodzice mieli coś przeciw jego obecności.  Myślę, że dobrze by mu zrobiło gdyby znalazł jakąś wrażliwą i wartą jego uczuć kobietę. Weź go do naszej fryzjerki, niech mu ogoli łepetynę  na  zero - będzie lepiej wyglądać  niż z tą resztką  mocno przerzedzonych włosów. On ma ładny kształt czaszki. Tym bardziej, że jak zauważyłam,  ogolone męskie głowy są teraz   w modzie. Niektórzy to nawet mając niezłe  włosy golą je na  zero. I zapuszczają sobie  brody podkreślające kształt twarzy. Ale utrzymanie takiej  brody w dobrym stanie wymaga stałego dbania o nią, czyli częstych wizyt u fryzjera. A tego typu dbanie o siebie to raczej nie w stylu Leszka.

No dobrze wezmę go, ale to ty musisz mu powiedzieć, że ma ze mną iść do pani Wiesi i ogolić się na  zero. On, jak zauważyłem, ma do ciebie ogromne zaufanie. Chwilami przypomina  mi Pawełka, dla którego cokolwiek powie Arek jest święte i niepodważalne. A tak prawdę mówiąc to dla mnie także jest najważniejsze twoje  zdanie. Kocham cię ogromnie i te 10 godzin dziennie bez  ciebie są dla mnie udręką.  Żałuję, że nadal nie pracujemy razem w jednym pokoju.  

Kochany- życie poszło do przodu, teraz jesteśmy rodzicami, mamy cudną "maliznę" do kochania i postanowiliśmy, że te 3 lata do wieku przedszkolnego posiedzę z nią w domu. I tego się trzymajmy. Już minęło pół roku. Nie  mogę powiedzieć, że się napracowałam przy  małej, ale ona rośnie i  wkracza w okres, gdy będzie się zmieniać nieomal  każdego  dnia. Dobrze, że mamy wykładziny dywanowe w  sypialni i w dziecinnym pokoju, przynajmniej  się dziecko nie poobija gdy  zaliczy  glebę. Odkurzacz  mamy fajny, więc nie ma problemu z odkurzaniem. Trzeba   będzie  tylko zabezpieczyć wszystkie kanty - gdzieś widziałam takie ochraniacze ze specjalnej pianki. I regularnie trzeba  sprawdzać kilka  razy  dziennie co leży na podłodze. Bo każde dziecko jest jak odkurzacz- wciąga wszystko co leży na podłodze a dziecięca buzia to narząd rozpoznawczy - co w łapce to zaraz ląduje  w  buzi. Pamiętam jak jedna z koleżanek umierała  ze strachu, bo była pewna, że posiała  gdzieś na podłodze agrafkę, a jej maluch był na etapie raczkowania. Była już gotowa  zapakować go do wózka i lecieć do  szpitala dziecięcego na rtg żołądka i gdy się przebierała znalazła tę agrafkę przypiętą do dołu własnej spódnicy. Nie pamiętała tego, że ją tam przypięła. Wtedy mnie  to nawet  rozbawiło,  teraz to bym rozumiała  co ona przeżywała wtedy.

W poniedziałek, gdy Adela już zakończyła przewijanie małej po południowym posiłku dostała sms od Leszka - "sprzedaję mieszkanie  na Powiślu, biorę kredyt i będziemy sąsiadami. Co prawda nie mogę do was dojechać przez to mini osiedle, ale na około świata, ale jest fajnie."  Adela odpisała- "no to jest  super, wpadnij pod wieczór, czyli około  19,00, będą pierogi, różne".  W kwadrans później dostała drugi sms - tym  razem od Emila - "udało mu  się, bierze to mieszkanie, kazałem mu wpaść do nas wieczorem na pierogi".  Adela odpisała mężowi - "zemrze z przejedzenia, też go  zaprosiłam na pierogi". W piętnaście  minut później chichotali radośnie, że bez  żadnego porozumiewania się  tak  samo działają. 

Leszek przyjechał do nich z .....kilogramem pieczonych kasztanów. Wręczając je Adeli powiedział- kiedyś mi powiedziałaś,  że bardzo lubisz pieczone kasztany. Śmieszne, ale ja też. Te co prawda nie są z Paryża a z jednej z warszawskich galerii, ale  zapewne  też są dobre. Adela popatrzyła  na niego nieco  zaskoczona, podziękowała i powiedziała - masz Leszku pamięć  niczym  słoń, bo jestem dziwnie pewna, że przez ostatnie  cztery lata nie  rozmawialiśmy ani razu o pieczonych kasztanach. No fakt, bardzo dawno mi o  tym mówiłaś i jesteś jedyną ze znanych  mi kobiet, która je lubi. Dziś mi kolega powiedział, że był w jednej  z galerii handlowych i tam, na parterze przy  wejściu sprzedawali pieczone  kasztany, więc po drodze wpadłem tam i jeszcze  były, więc kupiłem. Ta torebka ma w środku wkładkę z alufolii, więc trzyma ciepło. Babka  wrzuciła mi do niej takie świeżo upieczone.A są pieczone prawidłowo, w żarze, nie w elektrycznym piecyku.

A gdzie jedliście te kasztany? - spytał Emil.  Ja w Paryżu, gdy kiedyś tam byłem służbowo. A ja w Berlinie na jarmarku bożonarodzeniowym gdy byłam na protestanckich świętach. Podobał mi się taki jarmark, nawet grzańca do  nich wypiłam i wtedy  mi się ten  jarmark  jeszcze bardziej podobał. Dobry grzaniec nie jest zły - stwierdził Leszek. Chyba tak, a ja  wtedy pierwszy raz piłam grzańca i byłam po nim niemal w stanie nieważkości. Emil uśmiechnął się i stwierdził - nigdy  cię nie  widziałem w stanie nieważkości  wskazującym na spożycie  grzańca lub innego trunku. No to niewiele straciłeś, ja bardzo źle znoszę procenty, nawet piwo. No  chyba  że bezalkoholowe.  Obaj panowie zgodnie stwierdzili, że piwo bezalkoholowe to nie jest piwo a poza tym to oni piwa nie lubią. No a co lubicie z alkoholi?  Dobry koniak i markową whisky - odpowiedzieli razem.  

Dobry koniak to i ja lubię, ale whisky nigdy nie piłam - stwierdziła Adela. Emil zaczął się śmiać - moja kochana żona to wzór oszczędnych  żon - jedna lampka koniaku wystarcza jej na  calutki wieczór. Mam podejrzenie, że ona po prostu tylko język  w nim moczy, ale po czterech , pięciu godzinach jednak jej kieliszek jest pusty. Szalenie ekonomiczna partnerka do picia. Co prawda to zawsze jest koniak z najwyższej półki, no ale to tylko jedna lampka. No i czasem wypije do obiadu w knajpie lekuchne białe wino. Ostatnio to nawet całej lampki koniaku nie wypiła, chociaż to był ten, który lubi- ale to chyba na złość naszemu dyrektorowi, którego niezbyt lubiła.

Ojej, po prostu dziwna jestem i tyle. Do tego, żeby  się dobrze gdzieś na imprezie bawić  alkohol  nie jest mi potrzebny. Przecież nastrój  głównie  zależy od tego z kim gdzieś  się jest a nie od tego co jest na  stole. Poza tym przez wiele lat byłam tak zatyrana, że jeśli nawet gdzieś bywałam  to tylko i wyłącznie służbowo, no a jak  się jest służbowo to się nie pije alkoholu. To sekretarki muszą towarzyszyć swoim dyrektorom i przy  stole?- zdziwił  się Leszek. Sekretarki nie,  ale brałam  udział w programie "asystent dyrektora" i wtedy musiałam  być  cały  czas  "pod ręką", czyli nie odstępować swego dyrektora na krok. Dobrze, że nie musiałam  spać z nim w jednym  pokoju i prowadzać do łazienki. No ale musiałam  chodzić na  służbowe kolacje i obiady. I tak  miałam  szczęście, że mój ostatni dyrektor był kulturalnym facetem i miał córkę z mojego rocznika. Tylko zdrówko miał nieco marne, bo to  cukrzyk był. No i ja musiałam pilnować by leki brał i  nie żarł tego czego mu nie wolno.

Leszek, opowiedz  wreszcie o tym mieszkaniu. Przecież można jeść i opowiadać. Widziałeś to mieszkanie?  Tak. Ono wymaga odświeżenia, bo ono było przez jakiś krótki czas używane, kilka miesięcy. Ci co w nim mieszkali przeprowadzili się na drugie piętro, bo gość, który miał tam mieszkać zrezygnował i podobno wyjechał z Polski. I wtedy ci z tego mieszkania przeprowadzili się na to  drugie  piętro. A to mieszkanie na  czwartym piętrze  jest  niechodliwe bo 4 pokoje z kuchnią z reguły biorą lokatorzy z małymi dziećmi no ale czwarte  piętro bez  windy to średnia  frajda  dla kogoś z małymi dziećmi. No i stoi puste i wymaga odświeżenia, ale ponieważ  ciągle  są "poślizgi" w oddawaniu mieszkań  to nie ma kto tego zrobić.  Teraz najlepszy numer - moje mieszkanie na  Powiślu jest w tej samej spółdzielni co te bloki, więc mógłbym sprzedać je spółdzielni w takim stanie  w jakim jest bo już jest spłacone. Oczywiście nie zapłacą mi za nie tyle co bym ewentualnie wziął na  wolnym  rynku, ale mógłbym wziąć niewielki kredyt i wziąć to mieszkanie. No i to  zapewne  byłoby  szybciej  niż obrót nim na wolnym  rynku i nie  musiałbym  wytrzymywać wizyt chętnych kupców. Ale nie wykluczam, że sprzedam to walące  się domiszcze koło Kamieńczyka, bo jeszcze  trochę a  zawali  się w  diabły. I wtedy kredyt nie będzie potrzebny. Jak  się dziś orientowałem to za ten kawałek  ziemi dostanę tyle, że starczy mi na  dopłatę do tego mieszkania i wpłatę do  spółdzielni na małe mieszkanie dla potomka. No bo skoro nie  chce  się  szczeniak uczyć to niech  idzie  do roboty i  wpłaca  sobie na urządzenie mieszkania. Nie dostanie ode mnie  prezentu w postaci urządzonego mieszkania ale zachętę do usamodzielnienia  się, czyli  zadbania o to, by sobie je urządzić. Dostanie je jako darowiznę, notarialnie. A pani Wanda mi powiedziała, że ona mi załatwi odnowienie  tego mieszkania i być może narai kupca na to moje na  Powiślu- to kwestia tego tygodnia. Powiedziała mi, że pierwszy raz spotkała tak uczynnego lekarza jak ja, co  mnie  nieco  zdumiało, bo raczej wszyscy moi koledzy zawsze pomagają ludziom jeśli tylko mogą. Widocznie  to jest kwestia  rocznika. 

Chyba jednak  to nie jest kwestia rocznika a raczej osobniczych  cech człowieka - stwierdziła Adela. Zdarzają się w tym zawodzie osobnicy, którzy  wybierają ten kierunek  studiów głównie  dlatego, że ich  zdaniem to wielce intratny kierunek. To ci hołdujący tak  zwanej trójcy - ksiądz, prawnik , lekarz - trzy profesje, które  zawsze mają pracę i  zapewniony byt. I  nie  daj  Boże na takich natrafić w życiu, bo na wszystko i  wszystkich  patrzą przez pryzmat  mamony. Najgorsze jest  to, że jedna  taka zakała psuje opinię całej  profesji. Raz  w życiu trafiłam na  taką dentystkę- wmawiała  mi jak choremu jajko, że mam ubytek w zębie. Ponieważ  sobie  z 10 razy  sprawdzałam  sama i niczego takiego nie  znalazłam poszłam do dwóch  różnych dentystów i okazało się, że to wcale nie jest ubytek,  tylko mam nieco inaczej wyprofilowany jeden ząb, ale tam nie ma ubytku. Może kiedyś będzie, na  razie  nie ma, więc nie ma potrzeby plombowania na  zapas, bo to tylko mi zniszczy zdrowy  ząb. A ponieważ jestem  z natury  wredna, to poszłam do tej  dentystki i powiedziałam, że sprawdzałam ten ząb u innych dentystów i ich opinia jest taka sama jak moja i że tam  wcale nie ma  żadnego ubytku. Pani się na  mnie obraziła, co mnie wcale nie  zmartwiło. A na koniec powiedziałam  koleżankom, które mi ją naraiły, co mi się u  niej przydarzyło i babka straciła  w sumie trzy pacjentki.

Generalnie bardzo szanuję lekarzy, zdaję sobie  sprawę jak bardzo trudny jest  to zawód, ile to lat ciągłej nauki i jak musi ciążyć im odpowiedzialność przy diagnozowaniu. I nigdy nie mam za złe lekarzowi gdy powie szczerze, że nie jest w  stanie dać mi w stu procentach trafnej  diagnozy, bo wiele chorób daje takie same objawy, no ale jakby na  to nie  spojrzeć to niemal wszystko można dodatkowo przebadać żeby coś tymi badaniami wykluczyć lub potwierdzić prawdziwość diagnozy.

Leszek bardzo uważnie słuchał i w końcu powiedział- jak na laika w kwestii medycyny ty masz  bardzo dużo wiadomości z tej dziedziny i mam wrażenie, że gdybyś ukończyła ten kierunek byłabyś bardzo dobrym lekarzem. Myślisz logicznie, umiesz  problem obejrzeć z kilku stron, a do tego szybko myślisz i bardzo jasno formułujesz wnioski. Gdy byłem u Arka tośmy cię trochę obgadali - on ma takie  samo zdanie o tobie jak ja i obaj zgadzamy się, że Emil to szczęściarz, że trafił na ciebie. No popatrz- roześmiała  się Adela - a ja cały  czas jestem przekonana, że to ja mam szczęście, że Emil wybrał mnie. Niemal wszystkie kobietki  w biurze uganiały się za nim, mężatki też. Wyobrażam sobie jak odetchnęły gdy odeszłam i został w  swym pokoju sam. I jaki był jęk zawodu gdy odszedł stamtąd.

                                                                        c.d.n.




piątek, 7 października 2022

Trudny wybór -122

 Na południowe  karmienie w dniu wizyty doktora L. Adela zaserwowała dziecku mus z marchewki gotowanej razem z kawałkiem cielęciny. Zamienianiem gotowanej marchewki w konsystencję musu zajął się Emil, przecierając marchewkę przez  gęste  sitko. Wpierw przezornie Adela  spróbowała czy to w ogóle jest jadalne - jej zdaniem to "coś" dawało się zjeść. Łyżkę stołową owego "smakołyku" wlała do butelki ze smoczkiem,  w którym dzień wcześniej zrobiła 3 nieco większe  dziurki. Gdy mała  zaczęła już bardzo energicznie domagać  się  jedzenia, smoczek - gryzaczek  został zastąpiony smoczkiem na butelce z musem. Na  wszelki  wypadek obok  była przygotowana filiżanka z musem, żeby podać go  dziecku łyżeczką. Adela i Emil przygotowani byli na ostry krzyk protestu, ale chyba mała  była już wygłodzona bo tylko na moment zagryzła smoczek i znieruchomiała, w tej chwili  Emil pogłaskał małą  po główce i zaczęła ssać zawartość butelki. W nagrodę po wypiciu musu  z marchewki została przystawiona  do piersi.

Marchewka, którą ugotowała Adela  była "importowana" ( jak  się śmiała Adela) z działki koleżanki Stasi. Działka była daleko od Warszawy i daleko od  szosy. Nooo, nie zostaje  nam nic innego jak zakupienie działki, żeby księżniczka miała smaczną marchewkę - stwierdziła Adela. Oczywiście  rodzice orzekli, że nie ma sprawy, będzie się raz  na tydzień jeździć po marchewkę. Ale teraz to ta ilość starczy zapewne na  dość długo a w razie  czego będzie  się robiło zakupy w sklepie z tak zwaną "zdrową żywnością." Nazwa  "zdrowa żywność"  przyprawiała  Adelę o śmiech. No ale ona i tak  po cichu liczyła na to, że jednak będzie się  wspomagała  gotowymi posiłkami  dla dziecka. Oczywiście zaraz po nakarmieniu małej nadała  do Stasi wiadomość, że Milenka  zjadła  mus  z marchewki i nawet nie pluła, bo dostała go przez smoczek. Odpowiedź  brzmiała - "no i bardzo  dobrze, przyjrzyj  się tej marchwi, to jest  karotka, ona jest  smaczna. Kupuj zawsze karotkę. A księżniczkę od nas  wszystkich ucałuj".

Wizyta doktora L. przebiegła  sprawnie, Emil wlał nawet do kieliszka nieco musu, by doktor ocenił smak- ocena  była wielce pozytywna. Poza tym okazało się, że mała  mierzy i  waży tak jak  potrzeba, można jej ten mus zagęścić ugotowanym, zmiksowanym  ryżem i podawać łyżeczką. Nie widział przeszkód by dawać dziecku gotowe " słoiczkowe" dania, dostosowane do jej  wieku. I stwierdził, że w tym układzie za pół roku będzie mogła jeść razem z nimi  "z jednego  garnka". Wychwalał pod niebiosa  pomysł, że Adela będzie  z nią   w domu  aż do czasu przedszkola. Był bardzo  zadowolony  z faktu, że Milenka nie płacze na widok nieznanego człowieka i śmiał się  gdy Emil powiedział, że mała  wręcz  bardzo lubi gdy w domu jest więcej osób. No nic  dziwnego,  skoro się  każdy  gość  nią  zachwyca.  Ona lada  dzień zacznie  sama siadać - stwierdził lekarz. I to jej łóżeczko pewnie będzie  już zbyt małe, musicie  państwo pomyśleć o większym.  Mamy większe, poinformował lekarza  Emil.  Na razie ona jeszcze  śpi w naszej sypialni i wędruje po  domu razem z łóżeczkiem, bo ono ma kółka. To drugie jest  dużo  większe i wtedy już  nie będzie  z nami spała  w jednym pokoju - będzie spać w swoim pokoju. Ona już teraz   bardzo  się ucywilizowała - ostatnie karmienie jest o północy a pierwsze o 5,30,  a czasem o 6,00 rano. Zje, przewinę, pogłaskam po główce i panienka jeszcze  zasypia. Jakoś mało kłopotliwe z  niej  dziecko - bałam się, że będzie  gorzej.

No jest dobrze, bo dziecko organicznie zdrowe, bardzo zadbane, harmonijnie  się rozwija, ma świetne warunku bytowe to i kłopotu nie sprawia. Nie ciągacie  jej państwo po znajomych i  rodzinie, mała ma ciszę i  spokój i jest otoczona  miłością. Dziecko to wszystko czuje, jest bardzo dobrym barometrem tego jaka jest rodzina. 

Czy mówił państwu Leszek, że przymierza  się do zaniechania swej praktyki prywatnej? Trochę mnie  to zaskoczyło i zmartwiło, no ale to jego decyzja. Tak, mówił, dostał propozycję z kliniki w której rodziłam- powiedziała Adela. Pewnie większość jego pacjentek pójdzie za nim. Ja mu  się  nie  dziwię - własny gabinet pełen drogiego sprzętu trudno teraz  utrzymać. Zwłaszcza , że nie jest chirurgiem w swej branży, on chyba  działa na granicy opłacalności, poza  tym musi  sam pilnować  całego zaopatrzenia. Już  sam  gabinet jego  bez  sprzętu kosztuje, bo czynsz  za mieszkanie wykorzystywane w celach zarobkowych jest dużo  wyższy niż normalnie. Pacjentki już narzekają, że drogo u niego. No to teraz  te , które zostaną pod jego opieką będą miały jeszcze drożej. Tylko jakoś żadna nie zastanawia się, że u niego  są europejskie warunki a nie  rodem z dalekiego wschodu. Jest facet  świetnym cytologiem, b. dobrym  diagnostą, wiele kobiet uratował przed nowotworem a do tego to bardzo kulturalny człowiek.  Przykro mi, że ma taką sytuację i na pewno przejdę za nim do kliniki. Prawdę mówiąc to w jego gabinecie  tutaj to są lepsze  warunki dla pacjentek niż w klinice. Ginekologia to dość specyficzna specjalność i wymaga od lekarza nie  tylko bardzo dobrej wiedzy ale i wysokiej kultury. Bo nie dość, że lekarz działa w  tzw.  strefie intymnej to i trzeba o  tym rozmawiać a to wielu osobom  sprawia ogromną trudność. 

Mam wrażenie, że w każdej specjalności to lekarze  mają w pewnym  sensie pod górkę gdy rozmawiają z pacjentem- stwierdził doktor L. Wcale nie jest łatwo powiedzieć matce, że na przykład źle dba o swoje dziecko bo malec  wygląda jak tucznik, więc powinna zwrócić uwagę na to co  dziecko je i jakie ilości. Gdy ważę dziecko  i  mówię, że za dużo waży to zaraz  słyszę: przecież dziecko  z tego  wyrośnie! Teraz już przestałem tłumaczyć, że utuczone dziecko będzie zawsze za dużo ważyło i będzie  walczyło z nadwagą w życiu  dorosłym. Po prostu wciskam matce  w rękę ulotkę o tym co powinno dziecko jeść i ile. Wiem, że mądra to przeczyta  a głupia wyrzuci.

A Leszek to w waszej trójce zakochany na  całego. Emil  roześmiał  się - jestem w stanie  zrozumieć, że  zakochany jest w moich  dziewczynach, no ale dlaczego i  we mnie? No bo widocznie  jest to takie trio, że nie  daje  się tego rozdzielić - stwierdził doktor  L. Trochę mu  nie  wierzyłem dopóki was nie poznałem - po prostu jesteście  w pewnym  sensie niedzisiejsi. Gołym okiem, bez  szkiełka,  widać że się nie  tylko kochacie  ale i  szanujecie. Leszek traktuje  was jak najbliższą rodzinę. A Milenka jest jego zdaniem  najpiękniejszym niemowlakiem na świecie. I do tego nieomal genialnym bo gdy on do  niej  zagaduje   to zaraz   macha rączkami i  wypina  brzuszek.  Tłumaczę jak komu  mądremu, że to normalne a nie coś niebywałego, ale on ma własne tłumaczenie tego  zjawiska.

Ja to nawet byłem nieco zazdrosny o Leszka - przyznał  się Emil. No bo jak nie być  zazdrosnym gdy ukochana  kobieta  mówi o lekarzu tej specjalności "mój ulubiony  gin"? Dość długo  mi musiała  tłumaczyć, że jest ulubionym  lekarzem, bo u niego  czuje  się  tylko pacjentką a nie kobietą do podrywu. I przestałem być zazdrosny o Leszka gdy  go poznałem i cenię  sobie  jego przyjaźń. I będę się starał by rozstał się z tym gabinetem z jak najmniejszymi stratami, dopilnuję by wszystko dwa  razy przeliczyć i bardzo  dokładnie  obliczyć opłacalność  każdego posunięcia. W takim liczeniu jestem dobry, więc dopilnuję go.

Pan doktor, który "pożerał" kolejne  jednogryzowe ciasteczko zapytał,  czy te ciasteczka to domowe,  czy może  są gdzieś do nabycia.  Adela uśmiechnęła  się i powiedziała - to są tak proste do zrobienia ciasteczka, że bez trudu je pan sam upiecze - ja  zrobiłam je  dziś rano. Wystarczy posiekać 500g dowolnych orzechów, dodać do tego 150 gramów erytrytolu, 2 jajka duże + mielony cynamon do smaku. Piec  nagrzać do 180 stopni.  Składniki  wymieszać, formować małe ciasteczka, kłaść na blachę wyłożoną pergaminem do pieczenia. Piec 25 minut. Po upieczeniu gdy ostygną można posmarować pędzelkiem maczanym  w czekoladzie. Czekoladę gorzką rozpuszczam razem z łyżką oleju kokosowego. Te  są z orzechów  laskowych, ale z każdych  będą dobre. Ja dałam erytrytol, ale można dać cukier trzcinowy albo zwykły. Adela wyrwała kartkę z notesu i  zapisała na niej przepis dopisując - można też ciasteczka  formować gałkownicą do lodów lub  łyżeczką do herbaty. Erytrytol nie podnosi cukru w organizmie. Doktor L. przeczytał przepis i stwierdził, że faktycznie przepis  prosty i pokusi  się o zrobienie takich ciastek.

Umówili się z doktorem L., że spotkają się za 2 miesiące, a gdyby się wydarzyło coś, co zaniepokoiłoby Adelę to skontaktuje  się telefonicznie. No i oczywiście może śmiało korzystać z gotowych dań dla  dzieci.

Ledwo doktor  L. wyszedł od  nich, do Emila zatelefonował Leszek z pytaniem czy może na chwilę wpaść, bo właśnie przywiózł miód od pszczelarza, tego, u którego kupuje miód  Michał. Poza tym rano zawiózł panią Wandę na rtg płuc, bo się jej kończy zwolnienie, ale lekarz rejonowy nie dał skierowania więc Leszek zawiózł ją do swojego szpitala gdy usłyszał w telefonie jak zakaszlała. Dowiózł ją  nieomal w ostatniej  chwili, bo kolega już kończył dyżur. Teoretycznie stan zapalny  minął, ale wg tego lekarza powinna jeszcze z tydzień pobyć w domu po tych antybiotykach, więc zapisał ją do siebie na wtorek rano i wtedy porobi się jeszcze analizy i dostanie jeszcze 9 dni zwolnienia, by do siebie  doszła. Pozapisywał jej całą furę leków wzmacniających. Więc będzie tak, że pani Wanda na jeden dzień pójdzie do pracy i w ten dzień czyli w poniedziałek do spółdzielni wpadnie Leszek, podjadą samochodem obejrzeć to mieszkanie, a we wtorek rano Leszek zawiezie ją do lekarza, potem odwiezie do domu. W trakcie tych opowieści wypakował z torby 2 litry miodu. Oczywiście zaraz  został zapytany co mu  się na mózg rzuciło, że przywiózł tyle miodu, więc dowiedzieli się, że to dla  nich i dla ich rodziców. A słoik z niebieską zakrętką to miód  dla Milenki, reszta jest dla dorosłych. Na razie niech jeszcze  nie je miodu, ale gdy skończy rok to już można go podawać do picia , 2 łyżeczki na 100ml letniej wody. Po prostu ten miód zaczeka na  Milenkę. Niektórzy podają i młodszym  dzieciom miód, ale ponieważ miód zawiera  nieco pyłku to niektóre  dzieci uczula. Co prawda ani Adela ani Emil nie są  alergikami, więc teoretycznie  mała też nie powinna być. No fajnie, dzięki stary, a teraz  ile mam ci za ten miód zwrócić? 

Leszek popatrzył na Emila i powiedział - jak mi wyliczysz ile mam  zwrócić za regularne objadanie  was i za  zabieranie  wam czasu moimi problemami, to ja  ci powiem ile masz  dać za miód. Pozwól mi  się czuć fragmentem waszej rodziny, nie odzieraj  mnie ze złudzenia, że jestem w tej  rodzinie. Lepiej mi powiedz czy był u was L. i jak  znajduje Milenkę? 

No ale i bez tego miodu jesteś fragmentem rodziny, wiesz? Taki ekstra miód przecież kosztuje. A co do doktora L. - następna  wizyta  za 2 miesiące, mała w najlepszym porządku. L. dostał od Adeli przepis na ciasteczka- masz szczęście, że rano z powodu zaspania przygotowałem więcej orzechów i wyszło  więcej ciasteczek, więc jeszcze nieco ich ocalało. Ale ciasteczka to będą dopiero po obiadokolacji. A dziś na obiadokolację mamy naleśniki- my, jako że nie karmimy niemowlęcia mamy naleśniki z mięsem i soczewicą, a matka karmiąca z mięsem i warzywkami, czyli z marchewką i pasternakiem. Do tego jest barszcz czerwony na rosołku Adeli. 

I wyobraź sobie, że dziś mała jadła mus z marchewki ugotowany na adelczynym rosołku, a dopiero potem dostała mleko mamy. A z nowin- doktor L. stwierdził, że może mała  dostawać obiadki ze słoika, te co są w Rossmannie. No i to bardzo nas ucieszyło - przecieranie marchewki przez bardzo gęste  sitko to żadna frajda. 

Leszek uśmiechnął się - swojemu nie przecierałem ale tej kruszynce mógłbym przecierać, jakby co. Analizowałem dziś  warunki, na których mógłbym przejść do Kliniki oraz  warunki mego leasingu. Najlepiej byłoby dla mnie gdyby ktoś odkupił ode mnie całość- lokal i całe  wyposażenie, które jest w  leasingu. Dam ogłoszenie w prasie medycznej, poza tym rozpuszczę wici. Ursynów jest  całkiem  dobrą lokalizacją no i się rozrasta. Gdy Hania sprzedawała mi to  wszystko to mogła przebierać w chętnych. Ale wybrała mnie. Jak zauważyłem jest teraz sporo młodych, nadzianych z domu. Jakoś bardziej optymistycznie na to wszystko patrzę. Oczywiście zabiorę to wszystko co było moje, spłacone.

                                                                      c.d.n.

 


środa, 5 października 2022

Trudny wybór - 121

 Po "karnej  kolacji", jak to określił  Emil,  sam  pozaznaczał na   planie Ursynowa wiele miejsc, które zapewne będą przydatne Leszkowi, gdy uda mu  się przeprowadzić  na Ursynów. Plan  był bardzo kolorowy, bo Adela, gdy go z wielkim zacięciem sporządzała, to różnymi  kolorami  oznakowała ciągi piesze i ciągi "samochodowe".

Leszek z wielką uwagą wpatrywał się w jej "dzieło", w końcu stwierdził:  czy ty aby  nie kończyłaś kartografii? Ale wiesz,  zauważyłem, że tu nie ma drogi do mojego  gabinetu. Adela wzruszyła ramionami - a po co miałam go zaznaczać skoro trafiasz  do nas bez problemu. Pozaznaczałam to co nam  jest potrzebne, bo robiłam to dla  nas i  dla rodziców. Jak będziesz grzeczny i ładnie poprosisz to rozszerzę o taki kawałek by objęło i twój gabinet.Tyle  tylko, że wtedy to już będzie płachta.

Popatrz, tu na  dole  są odnośniki do cyferek - tłumaczył Leszkowi Emil. Na planie  dla  ciebie  nie zaznaczyłem np. zakładu fryzjerskiego,  z którego my korzystamy, sklepu , w którym można  nabyć lub  zbyć używany sprzęt dla   maluszków, nie  zaznaczyłem też przychodni dla maluszków. Ale masz tu taki punkt,  w którym można zamówić projekt np.  kuchni. Arek tam sobie  kuchnię zamawiał i przy okazji naraili  mu wytwórnię mebli, które ma  w chałupie. Z czasem to ty tu sobie pozaznaczasz różne inne tobie przydatne miejsca. Ale jest  tu punkt,  w którym można zamówić żaluzje do okien.  Leszek wpatrywał się w ten dość  oryginalny plan , w końcu zapytał - a powiedzcie mi jak ten plan robiliście?   

Nie  domyślasz  się?- zdziwiła  się  Adela. Dość prosto - uwiodłam pewnego faceta o imieniu Konrad i zeskanował mi plan Ursynowa powiększając  go potem . A dał się uwieść bo znamy się od pierwszej licealnej. Jest fotografem ( a poza  tym chemikiem), pracuje rzut beretem od nas. Nie  wnikałam w szczegóły jak to zrobił, grunt, że zrobił.  Ooo, zobacz, tu jest zaznaczony na planie jako "fotokonrad".  Facet montował dziewczynkę a wyszło mu  z tego trzech chłopców- jeden plus dwojaczki. Ale zdjęcia  robi fajne. Na wiosnę umówimy się  z nim na jakąś sesję zdjęciową  z Milenką.  Na jego zdjęciach to nawet ja chwilami wypadam nieźle.

Ten plan ma jeden feler, bo nie ma  tu podanych odległości w metrach. Ja to robiłam głównie dla siebie i cioci Helenki i wiem ile minut  mi zajmuje droga piechotką lub  samochodem. No a piechotką to znaczy na  szpilkach. Ty na  swoim planie możesz  sobie doświadczalnie to sprawdzić i nanieść sobie  czas potrzebny  tobie. Dam ci jeszcze jeden plan, taką płachtę pt. "plan Warszawy". Też skan, ale na nim Ursynów nie jest powiększony. Moim zdaniem rzecz przydatna,  bo masz  drogi dojazdowe  do Ursynowa. Niedługo i tak będzie na pewno potrzebny nowy plan Warszawy, bo miasto się niesamowicie rozrasta. Popatrz- jeszcze  trochę a Las Kabacki stanie się skwerkiem Ursynowa - przecież  końcowa czy też początkowa stacja metra jest tuż pod lasem. Mnie to trochę przeraża - bo takie miasto-moloch robi  się z Warszawy.  Przejedź się kiedyś samochodem do Konstancina - tam po drodze jest coraz  więcej nowych osiedli domków jednorodzinnych. Ci co tam już mieszkają narzekają, bo rano mają problem  by się wydostać na  szosę prowadzącą do Warszawy. Problemem jest również kwestia wyjścia z dzieckiem  w wózku na spacer - osiedle jest otoczone murem , a poza  murem szczere pole nieużytków i  nie masz  dokąd z tym dzieckiem  w wózku pójść, bo poza  murem jest tylko kawałek  asfaltu do  szosy.  Popatrz- buduje się Miasteczko Wilanów. Ani się spostrzeżemy i dotrze do Ursynowa poprzez Błonia Wilanowskie. Po obu stronach Puławskiej coraz  więcej nowych osiedli domków jednorodzinnych. Budują nawet na terenach dawnych stawów rybnych, które są  teraz  zasypane,  ale teren nie jest zdrenowany.  Pobudowane  są osiedla pomiędzy Wilanowem a Wisłą - niby fajne, ale przy wysokim  poziomie  Wisły i dużych opadach w garażach  podziemnych stoi woda.

Przez moment chcieliśmy mieć domek dla nas i rodziców, ale  tereny pod zabudowę coraz droższe, domki coraz  mniejsze a ogródki niewiele większe od  naszego. I na początku każde takie osiedle to kara za grzechy, bo masz tylko domek, nie masz na takim osiedlu niczego- ani sklepu, ani  szkoły , ani przedszkola  czy żłobka. Komunikacji miejskiej to też  z reguły  wtedy  nie ma.  I dwa razy  dziennie wpieniasz  się jadąc do śródmieścia i wracając stamtąd, w końcu kupujesz na raty drugi samochód i toniesz w długach spłacając kredyty. Mieszkamy w bloku, ale mamy wszystko niemal w zasięgu ręki. Byłoby fajnie, gdyby Arek jednak utworzył kancelarię na Ursynowie. Już sobie ze Stasią wyobrażamy jakby nam  było dobrze  wtedy.  

Emil zaczął się  śmiać - Arek już ma nawet wizję- będziecie obie zatrudnione, ale będziecie raczej na  wyposażeniu Kancelarii a nie w niej  fizycznie, Stasia  zwłaszcza, bo Arek ma dość konserwatywne spojrzenie na pracę zawodową kobiet. Jego kobieta ma być głównie  żoną i matką i ma  się nie przemęczać. Co do ciebie - marzy mu się byś była jego prawą ręką, a mnie tylko trochę wspomagała bo przecież już pracowaliśmy razem. I  z moich opowieści wie, że jednak muszę mieć wsparcie gdy się biznes rozwinie, bo się przecież nie  rozdwoję.

Oczywiście na  samym początku Ursynów nie zachwycał, nie  było sklepów, ale to była inwestycja miejska, państwowa a nie  osób prywatnych budujących na terenach wykupionych przez prywatnych dealerów. A teraz  to niemal miasto w mieście.

Leszek ciężko westchnął. Bardzo chciałbym mieszkać blisko was. Mam cichą nadzieję, że może jednak znajdzie  się coś na tym Ursynowie. Może pani Wanda wkrótce wyzdrowieje i coś się ruszy z mieszkaniem. Czeka mnie  sporo myślenia -  pociąga mnie perspektywa zaprzestania własnej praktyki, bo prawdę mówiąc to jestem  już nieco  tym zmęczony, bo wszystko jest na mojej głowie. Pracując w klinice nie będę  się musiał martwić o to, o co muszę teraz. I mam wrażenie, że finansowo nie będzie  mi  gorzej,  za to będzie mniej spraw na  mojej głowie. Teraz wszystkie  sprawy organizacyjne muszę  sam załatwiać. Bo pani recepcjonistka niestety nie jest  aż tak zorganizowaną osobą.  

Adelko,  a ty znasz tę panią Wandę?  Adela skrzywiła się - trudno powiedzieć, że ją znam,  ale w moim odczuciu to jest najbardziej kontaktową osobą z tych pań kręcących się w Spółdzielni.  My to  chyba  mieliśmy szczęście z tymi mieszkaniami, bo fakt że  sąsiadują z przychodnią lekarską zrażał wiele osób,  ale ona pokazała nam na planie budynku  jak to sąsiedztwo wygląda i jeszcze  powiedziała jacy tam specjaliści urzędują no i że wejścia do przychodni i części  mieszkalnych nie pokrywają  się. I  była na tyle  miła, że poszła z nami na ten  rekonesans. Przy okazji okazało się, że i ta  szkoła nie bruździ, bo nie jest  wcale tuż za płotem a boisko na którym ewentualnie wydzierają  się dzieciaki nie jest na  wprost naszych mieszkań. No i całkiem niezłe jest to, że tak zwane podwórko naszego bloku nie jest parkingiem i nie ma  spalin pod oknami i porannego rozruchu samochodów.

Leszku - masz  przecież namiar na jej komórkę. Jesteś lekarzem, nie  szkodzi, że nie internistą, więc możesz w ramach  troski zaniepokoić się, że tak długo choruje i dowiedzieć  się,  czy może trzeba ją do jakiegoś  speca skierować. Masz w szpitalu,  w którym pracujesz przychodnię, więc  w razie  czego poprosisz któregoś  z kolegów by ją przyjął i przebadał. Z tego co pamiętam w twoim szpitalu jest sporo oddziałów, w każdym  razie jest interna. Bo teraz bez  znajomości to  się trudno do państwowego lekarza  dostać, zwłaszcza do specjalisty. Takie wykazanie  troski w dzisiejszych  czasach jest oceniane  znacznie  wyżej niż pudło czekoladek Wedla lub flakon modnych perfum. Czekoladki  mogą  być niewypałem bo może kobieta dba o linię a dany  zapach może jej  wcale  nie urządzać, bo go nie lubi. Ja na przykład  wcale nie byłabym zachwycona perfumami, co najwyżej pomyślałabym, że będzie to tak  zwany "prezent przechodni" - przejdzie ode  mnie  w inne ręce.

Leszek spojrzał na Emila i zapytał - czy ty słyszysz co  Adela mówi? Słyszę i skorzystaj z jej rady. Słyszę również, że jaśnie panienka gada  sama do siebie.  Adela wstała  z krzesła- to ja do niej idę, a ty Mileczku przypilnuj, żeby zatelefonował do  tej  kobiety.  Idę karmić, to ostatnio moja główna rola w tym  domu.

Adela  wyszła, a Emil powiedział- to dzwoń do tej Wandy,  Niemcem nie jesteś, to może zechce z tobą rozmawiać. Leszek spojrzał na niego-  nie rozumiem o co ci idzie. O imię tej  babki - Wanda -ona    nie chciała Niemca - pamiętasz  jakiś taki dziwny wiersz czy też czytankę? A tak, już  załapałem. Tylko nie wiem dlaczego  nie chciała. Bo to dawno było - roześmiał się  Emil. Jeśli cię moja obecność peszy to mogę pójść do dziewczyn. No coś ty,  zostań. Bo inaczej  Adela  nie uwierzy, że zadzwoniłem. No ale ona ci z tego powodu nie wleje, nie uważa  bicia za metodę wychowawczą - śmiał  się Emil. Leszek jęknął - ale mogłaby mnie  skreślić z listy osób  z którymi chce  rozmawiać.  W końcu odnalazł  "namiar" na  panią ze spółdzielni i zatelefonował. Już miał zamiar uznać, że nie odbiera telefonu, ale jednak  odebrała.  Leszek przedstawił  się i przeprosił, że  zakłóca jej  spokój, ale jest  zaniepokojony, że tak długo  choruje,  więc dzwoni by się  dowiedzieć,  czy  nie trzeba jej pomóc choćby tylko w dostaniu  się do jakiegoś specjalisty. Okazało się, że pani Wanda ma zapalenie płuc, już załapała antybiotyki  w postaci zastrzyków, ma jeszcze cztery zastrzyki do przyjęcia i jeszcze  tydzień zwolnienia. Leszek się trochę "rozkręcił", bardzo dyplomatycznie  wypytał  się,  czy może jej  jakoś pomóc, na przykład robiąc zakupy, ale stwierdziła, że zakupy  to robi jej sąsiadka a siostra gotuje. Leszek udzielił jej kilku światłych  rad, między innymi prosił by robiła ćwiczenia oddechowe i  nie  leżała plackiem ale ciepło otulona siedziała. Pani  Wanda powiedziała, że jego recepcjonistka do niej telefonowała,  no ale ona już zawiadomiła recepcjonistkę, że niestety  jest  chora i  że termin  wizyty będzie  mogła uzgodnić gdy  już wyzdrowieje. Leszek poprosił by zatelefonowała  do niego bezpośrednio i wtedy on sam zdecyduje o terminie  wizyty, oczywiście poza  kolejnością. Emil podsunął Leszkowi kartkę z tekstem - powiedz, że jesteś u nas i że wciąż jesteśmy szczęśliwi, że nam te dwa  mieszkania wskazała. I pozdrów od nas.  Leszek posłusznie przekazał wpierw  pozdrowienia i potem  dopiero powiedział, że właśnie jest u nich, bo to jego dobrzy  przyjaciele. Pani Wanda pozachwycała  się całą rodziną i tym, że młodzi  chcą mieszkać  blisko rodziców co ostatnio jest raczej rzadkością  a całkiem już wyluzowany  Leszek powiedział, że rodzina  się powiększyła i jest na świecie śliczna dziewczyneczka. I że on  w tej ślicznotce, która lada dzień  skończy pół roku jest  zakochany i żałuje, że nie mieszka blisko przyjaciół, bo obserwowanie takiego maleństwa to jest wielka   frajda. 

Panie doktorze, na tej samej ulicy, ale  już  za szkołą jest jeszcze jedno mieszkanie, ale też czteropokojowe. Nie wpadłam na to, że panu by takie mieszkanie odpowiadało.  I też jest w niskim budynku, ale chyba  na czwartym piętrze. Utkwiło mi w głowie, że pan chciał trzy pokoje. To ja  zaraz jutro rano zatelefonuję do koleżanki by przyblokowała to mieszkanie, a gdy wrócę do pracy to możemy je obejrzeć. To jest dosłownie na  wprost tego bloku w którym  mieszkają  pana  znajomi, ale już  za terenem szkoły i blisko Ciszewskiego. I oczywiście jest to ta  sama wewnętrzna ulica. Na odcinku, na którym  mieszkają pana znajomi są numery parzyste tej ulicy, a nieparzyste po drugiej stronie szkoły. Leszek wymienił jeszcze z panią Wandą mnóstwo uprzejmości i  zakończyli  rozmowę.

W międzyczasie do kuchni Adela przywiozła Milenkę, która teraz najedzona i przewinięta  rozrabiała w  swoim łóżeczku, co chwila demonstrując chęć znalezienia  się na rękach taty. Ona jest niemożliwa- stwierdził Emil - najbardziej mnie  rozśmiesza gdy leży z wyciągniętymi do  góry nóżkami i rączkami,  zupełnie jak psiak gdy się bawi z człowiekiem. No a jak ci ma  powiedzieć, że chce byś ją wziął na ręce, przecież jeszcze nie mówi- śmiał się Leszek. A brzuszek ma po jedzeniu ciężki więc  nie robi mostka.

Leszku, rozmawiałeś z panią Wandą? Rozmawiałem. No i  co? Powiedziałem,  bo mi Emil kazał, że ją pozdrawiacie, że macie  córeczkę. Ona ma  końcową  fazę zapalenia płuc, bierze  zastrzyki. A gdy wróci do pracy podskoczymy obejrzeć takie jak wasze mieszkanie i żeby było śmieszniej jest na tej samej ulicy,  ale po drugiej  stronie terenu  szkoły. I najprawdopodobniej jest na  czwartym  piętrze. I najzabawniejsze-po tej waszej stronie  ulicy są numery parzyste budynków a po drugiej tylko nieparzyste. 

O kurcze! Przebili nawet Zakopane.  Ten od adresowania nie był z  Zakopanego! Może z Bukowiny  albo z Białki Tatrzańskiej- śmiała  się Adela. I zaraz  wytłumaczyła Leszkowi o co  chodzi. Leszek sobie od  razu przypomniał, że gdy był kiedyś w Berlinie to spotkał się z jeszcze  zabawniejszą numeracją - budynki były numerowane kolejno od początku ulicy do jej końca po jednej stronie i po drugiej stronie kolejno "zawracały". I Leszek tym sposobem zupełnie  niepotrzebnie przewędrował od numeru pierwszego do czwartego od końca, który był nieomal na wprost numeru 2.

No jeśli tam  zamieszkasz  będziesz miał blisko do L'Eclerca i do kina- stwierdził Emil. Przede wszystkim to będę miał do was blisko - stwierdził Leszek. Ciekawe jak  tam z miejscami do parkowania. No pewnie jak na całym Ursynowie, czyli dość kiepsko. Tu podobno mieszka sporo osób niezmotoryzowanych, ale  nie  z powodu przekonań ekologicznych  tylko z braku pieniędzy po otrzymaniu mieszkania, bo bardzo długo się budowały i  drożały  z roku na rok. Ale być może, że spodobasz  się Wandzie i ci wykombinuje, tak jak nam, jakieś miejsce.  Niekoniecznie blisko domu, my do  swojego "prostokąta" mamy około kilometra. O właśnie- muszę nasmarować  zamek  blokady, bo ciężej chodzi. Zrobię to w  sobotę rano. A w sobotę to  chyba przychodzi  do nas doktor L., o ile dobrze pamiętam. Dobrze,  kochanie,  pamiętasz. Muszę upiec jakieś ciasteczka "jednogryzowe."  Jakie? - zdziwił się Leszek. No orzechowe, na jednego gryza. Szybki proces produkcji, więc je zrobię w sobotę rano. Nie umiem piec ciasta, bo nie lubię ciast, ale lubię różne małe ciasteczka. Mam przepis na ciasteczka marchwiowe i muszę go też wypróbować. Maleństwo, a może byśmy zrobili chipsy serowe? Bo dawno już ich nie było.  Byśmy zrobili gdybyśmy  mieli 3 rodzaje  sera, najlepiej sera  już  "zwiórkowanego". Trzeba po prostu  pamiętać o  tym robiąc  zakupy. Zostawimy Milenkę z rodzicami i sami pomkniemy na  zakupy. Prawie pół roku nie byłam na  zakupach w L'Eclercu, bo albo je robię  w trakcie  spaceru gdy są rodzice ze mną na spacerze albo ty je robisz sam. Zdziczałam przy dziecku.

                                                                      c.d.n.


 

Trudny wybór - 120

 W ostatnim tygodniu  lutego wypadała wizyta  kontrolna dr. L. Kilka dni przed  wizytą Emil zatelefonował do lekarza by ustalić godzinę wizyty i jej  miejsce - oni z dzieckiem  do lekarza,  czy może lekarz  do  nich  do  domu przyjedzie. Lekarz stwierdził, że to jednak  on przyjedzie  do małej - jest  zima, dzieciaki chorują i niestety te  chore też  bywają w  jego gabinecie, więc będzie lepiej gdy to on  do nich przyjedzie i to znów w  sobotę,  bo w ten  dzień on  nie przyjmuje małych pacjentów. Dzień wcześniej przed wizytą  Leszek wpadł do nich z......wagą niemowlęcą. A skąd ty ją  wziąłeś?- dopytywał się Emil. Wypożyczyłem- okazuje się,  że teraz można  wypożyczyć  niemal cały sprzęt medyczny, nawet łóżka z osprzętem elektronicznym i sprzęt rehabilitacyjny. A dowiedział się o  tym przypadkiem od jednej ze  swoich pacjentek, której córka pracuje w takiej wypożyczalni. Emil od  razu chwycił za portfel, ale Leszek twierdził, że wypożyczenie wagi to "istne grosze" - to raz,  a dwa , że w takim razie on im  zwróci pieniądze za paellę, która dostał "na zaś".   

Adela stwierdziła, że w takim  razie za karę zje  z nimi kolację czyli pierogi. A jeśli mu będą  smakowały to dostanie adres gdzie może je kupić. A Emil dodał - i powiem ci, gdzie  można  kupić pyszne  wędliny, marynowane śliwki, domowe kopytka i cała masę dobrego żarciuszka oraz lody Grycana, czyli tego człowieka, który kiedyś  miał "Zieloną budkę",  a który przez  swą naiwność ją stracił. Adelko, kochanie moje, masz jeszcze z jeden wolny plan Ursynowa? To mu zaznaczę cyferkami gdzie co jest i napiszę "legendę"- stwierdził Emil.

A ja dziś podjęłam pewną decyzję - nastawiłam  się dziś na zrobienie dla małej marchewki, ale po długim namyśle zrezygnowałam i postanowiłam, że będę kupować  dla niej gotowe posiłki w słoiczkach. Bo nie mam nawet  bladego pojęcia jaka jest ta marchew, którą kupuję w warzywniaku. Uprzytomniłam  sobie, że za każdym razem gdy robię surówkę z marchwi muszę dodawać różne ilości przypraw, żeby była dobra. Co zabawniejsze, to nie jest tak, że np. marchew ze sklepu "A" jest smaczniejsza niż ta ze sklepu "B". W kilogramie kupionym w sklepie "A" są lepsze i gorsze smakowo marchewki. I nie mam pojęcia czy naprawdę jest to marchew wyhodowana we właściwych warunkach czyli bez pestycydów. I oczywiście  nie mam możliwości zbadania jaka jest ta marchew. A te warzywa, owoce i inne produkty używane  do produkcji posiłków dla  niemowląt są jednak kontrolowane pod  względem bezpieczeństwa. Obaj chłopcy Stasi wyhodowali się na tych słoiczkach i nigdy nie  mieli problemów jelitowych i fajne z nich dzieciaki  wyrosły.  Leszku,  a Arek rozjaśnił ci  coś w głowie? 

Co do obowiązku alimentacyjnego - oczywiście  prawo jest w tym przypadku nieco niejasne. Bo rodzic ma obowiązek łożyć na  dziecko niemal  do końca jego życia, jeżeli owo dziecko nie jest w stanie  się utrzymać. A o ustaniu obowiązku alimentacyjnego decyduje sąd. Arek namawia  mnie by zrobić jednak badania genetyczne. Bo skoro chłopak ma takie  niedorzeczne pomysły to powinienem  się ustrzec przed płaceniem alimentów gdy już będzie  dorosły a nadal nie samowystarczalny finansowo. Mdli mnie na  samą myśl o rozmowie z byłą na ten temat. Co ciekawe prawo europejskie a polskie nieco  się różnią. Polskie  nie daje możliwości automatycznego zablokowania dziedziczenia po mnie dziecku, gdy po latach okaże  się, że nie jestem jego biologicznym ojcem. 

Nie dziwię ci się - stwierdziła Adela. Ale jest jeszcze coś takiego jak testament, w którym można zastrzec, że może po tobie dziedziczyć tylko wtedy gdy jego DNA będzie zgodne  z twoim. Wtedy  nie ucierpi twoje ewentualne  dziecko z innego  związku. A dokumenty złożysz w kancelarii prawniczej, o czym oczywiście wcześniej poinformujesz byłą i  chłopaka.  Nie mniej wydaje  mi się, że powinieneś  jednak z byłą porozmawiać. Nie będzie to miłe, ale jeśli tego  nie wyjaśnisz z nią, to wcale  nie będzie  ci lżej,  to będzie  ciągle ci  chodziło po głowie. 

No a z panią Wandą się widziałeś?  Nie jeszcze, bo jakaś grypa chodzi po Warszawie i pani Wanda już drugi  tydzień złożona niemocą. W moim szpitalu wstrzymane są odwiedziny, zresztą nie tylko w moim, chyba już w  większości szpitali.  Poza tym jestem w toku rozmów odnośnie przejścia do kliniki - gdy się zdecyduję to będę sprzedawał gabinet z wyposażeniem, bo część już jest moją własnością a to co jest w leasingu przejmie nowy właściciel albo ja wykupię i wtedy sprzedam na wolnym  rynku.  Jak widzicie "dzieje się", nie jest  nudno.

A powiedzcie  mi co u małej  księżniczki?  Starzeje się- zaczęła pełzać, bardzo lubi własne paluszki u nóg ciamciać, dużo leży  na brzuszku i  sama się przewraca z plecków na  brzuszek. I gdy chce by ją wziąć na ręce to robi  mostek. Łepetynkę ślicznie trzyma i chyba jej kupimy leżaczek do karmienia, bo wygodniej będzie  wtedy karmić ją łyżeczką. No i gadułka się z niej  robi. Uwielbia obrywać nam uszy i obgryzać Emilowi brodę. A obślini  go przy tym tak, że ma biedak dodatkowe mycie. I chyba kupimy jej taką   "matę edukacyjną", którą się kładzie na podłodze i nad  dzieckiem są zawieszone różne zabawki. A rodzice już "polują" na ciepły podkład pod tą matę. Wpierw myśleli o futrzanym dywanie,  ale ja  się boję, że taki futrzak może uczulać. Gdy poczytałam o obróbce skór futrzanych to wolę, by mała  nie  miała z nimi kontaktu- strasznie  dużo chemikaliów  jest przy obróbce.  Teoretycznie ta mata edukacyjna ma taki wałeczek dookoła, by dziecko było odizolowane od podłoża, ale lada  dzień dla tej  małej wiercipięty to nie będzie przeszkodą nie do pokonania.  Wypełznie z tego. Śmiejemy się, że jeszcze  trochę a wyleci z naszej sypialni do własnego pokoju, żeby nie komentowała  tego co robimy. Gdy będzie miała rok to już będzie  mogła spać w oddzielnym  pokoju. No, jeszcze  trochę a się ocknie z głodu.

A powiedz mi jak ci się Arek widzi?  Fajny facet, rzeczowy. A ich chłopcy rewelacyjni - i tacy naprawdę grzeczni. Starszy przedstawił młodszego mówiąc "a to jest mój młodszy brat Piotruś,  ma już cztery lata, a ja jestem Paweł i chodzę już do  szkoły". I faktycznie mówią do Arka "tato". I widać, że go kochają. Stasia urzędowała w kuchni i słyszałem jak przepytywała  starszego czy wszystkie lekcje są odrobione, czy plecak spakowany i żeby sprawdził, czy spakował tylko to,  co potrzebne do szkoły i  nie brał zabawek. Adela śmiała  się - biedny Pawełek- rodzice  nie pozwalają mu brać  do szkoły kart do jakiejś gry, bo dwa razy  wziął i potem w  domu okazało się, że kart brakuje i że trzeba kupić  nowe. Nie szło o wydatek, ale o to, że dzieciak jeszcze  nie potrafi zadbać o  swoją  własność. Bo Arek nie ma węża  w kieszeni i jak  go znam to pod choinką będzie stos  zabawek.  On miał fatalnego ojca i chce  być dla  dzieci takim ojcem, o jakim on  sam  marzył- czyli zrównoważonym, pilnującym  by chłopcy mieli to co im potrzebne i to co ich interesuje i by było to zgodne z ich wiekiem, temperamentem i usposobieniem.

Lubię Arka, choć  czasami się z nim nieźle kłócę. Ale mam u niego specjalne względy, odkąd poznałam go ze Stasią,  bo szukała prawnika. Powiedział Emilowi, że dzięki mnie poznał Stasię, więc mogę od  niego żądać wszystkiego. Powiedziałam, że to nie moja zasługa, raczej tego nieudanego ojca chłopców, który się zalał i uderzył małego w buzię na  tyle  mocno, że pękł mu  wewnątrz buzi policzek. Dzieciak po nocy uciekał od ojca do  domu, całą drogę biegł, bo się bał, że ojciec go dogoni i stłucze. Stasia wezwała policję, zrobili obdukcję i pojechali do tego łachmyty, więc jest dobry protokół jako podkładka do odebrania mu praw rodzicielskich.  A Arek chce adoptować chłopców. I nagle będzie  miał dwójkę dzieci na utrzymaniu gdy ten łachmyta utraci prawa rodzicielskie.

A nasi rodzice opiekowali  się chłopcami gdy  była wielka przeprowadzka, czyli gdy  Stasia przeprowadzała  się do Arka a jej rodzice do pobliskiego budynku i mówili, że chłopcy  są bardzo, bardzo zdyscyplinowani i nie było z nimi najmniejszych kłopotów. Oni nawet  byli u nas gdy wróciłam ze  szpitala  z  małą. Trochę byli przerażeni  tym, że oni też  kiedyś  wyglądali jak lalki. Stasia się śmiała, że przez Milenkę sami dopominali  się mycia rąk. Byli  wyraźnie  wstrząśnięci widokiem kilkudniowego dziecka.

Leszek wpatrywał się  w nią - dajesz mi wciąż dużo  do myślenia.Chyba jednak odpuszczę  sobie temat czy jestem ojcem juniora.  Uporządkuję swoje  sprawy i może tylko zrobię testament z tym zastrzeżeniem o którym  mi powiedziałaś.  Bardzo wątpię w to, że była powie mi prawdę. To  już stara sprawa, niewiele  mi to  zmieni  w moim życiu. A gdzie jest Emil?  Pewnie ogląda jakiś sport w salonie albo drzemie w  sypialni czekając aż się Milenka obudzi.  Mam poważną konkurentkę do serca Emila. Leszek uśmiechnął się - kocha  was obie  tak samo. A ja się cieszę, że udało się "zmontować" dziewczynkę. Co prawda mówił, że mu obojętne jakiej płci będzie  dziecko, ale tak po  cichutku marzył żeby to była  dziewczynka.

Ja to  tylko chciałam, żeby się dziecko  nie darło w nocy, ale się cieszę, że to dziewuszka. Będziemy  miały przewagę. Bo coś mi  się widzi, że nie stać mnie psychicznie na  drugie  dziecko. Nie miałam rodzeństwa i może dlatego właśnie  mam wspaniałych przyjaciół.

Leszek, a ty jeszcze  długi masz ten leasing? Sprawdź jeszcze dokładnie tę umowę, jakie tam  są warunki dotyczące  wcześniejszego rozwiązania umowy, żebyś się  nie nadział na minę. Bo cały ten sprzęt medyczny to jest piekielnie drogi. Na mój rozum  to wszystko trzeba  sobie rozpisać i  wyliczyć. Bo może być tak, że najbardziej  korzystne  byłoby  znalezienie  chętnego na cały sprzęt, który jest w leasingu. A jak sobie policzysz ile jeszcze masz do spłacenia i ile by cię kosztowało wcześniejsze rozwiązanie umowy to dopiero wtedy pomyśl, czy aby na pewno będzie dla ciebie korzystniej przejść do kliniki. Pacjentki ci  nie odejdą gdy nieco podniesiesz  ceny, dobrych ginekologów nie ma w nadmiarze,  ty jesteś już znany w tej branży. I wszystkie twoje pacjentki zostaną nawet gdy podniesiesz ceny.  Poza tym ty masz podpisaną umowę z NFZ i wrzucasz część opłat w NFZ a niewielu lekarzy prywatnych  tak ma. I teraz, gdy masz doktorat zmień tabliczkę, niech tam  będzie dodany twój  nowy  tytuł. No i pieczątkę musisz zmienić - bo jak znam życie to jeszcze jej nie zmieniłeś. No fakt, jeszcze jej nie zmieniłem.  Nie wiem czy  wiesz, ale u ciebie są o wiele lepsze warunki niż u innych z tej branży. Bywałam u jednego pana profesora u którego czekało się na korytarzu z majtkami w garści. Już pominę fakt, że był mało sympatyczny, często się spóźniał i potem wychodziło się na ten korytarz z gołym tyłkiem i  szło się do ogólnej toalety by się ubrać. Znam go?- spytał Leszek. Na pewno, to profesor R. Gabinet miał z kimś  do spółki. A jeszcze lepsza była babka w państwowej przychodni - chyba miała sokoli wzrok bo stała zawsze z metr od pacjentki z wziernikiem.Byłam u  niej dwa razy- pierwszy i ostatni. I byłam też raz u takiego początkującego, szalenie młodego ale  miał atut - był śliczny! Wysoki, zgrabny, falujące blond włosy, fiołkowe oczęta, czarne, długie rzęsy, łapska olbrzymie i rumienił się cokolwiek mówił do pacjentki. Gabinet na Rutkowskiego.Kogoś przez jakiś czas  zastępował, potem zniknął. Był chyba dopiero  co po studiach. Niestety nie  był w moim typie, ale moja koleżanka do niego latała jak  kot  z pęcherzem. Bo jej zdaniem  był cuuuudny!

Leszek się śmiał - ty to mówisz poważnie? Nie żartujesz? No a dlaczego miałabym żartować? Wizyty u ginekologa to nic  miłego, a bywać jednak z raz do roku trzeba. Ty masz świetną opinię, bo naprawdę jesteś dobrym  fachowcem.  Michał jako położnik   też jest jak trzeba, ale on funkcjonuje tylko na podglądzie USG, to nie są badania  w strefie intymnej, to inna kategoria. Emil podziwiał, gdy Michał opowiadał co widzi na ekranie, bo Emil zupełnie tego nie mógł rozeznać  co tam  widać.

Gdy wychodziliśmy od  Michała Emil  zawsze mówił - no nie  wiem, ja tam  nic takiego  nie widziałem poza tym czymś co jest serduszkiem dziecka i się  rytmicznie ruszało. Ale i tak  tylko widział chyba  echo tego ruchu a nie  samo  serduszko. Ale ta aparatura do badań prenatalnych to jest fajna, mnie się podoba.

                                                              c.d.n.



poniedziałek, 3 października 2022

Trudny wybór - 119

 Leszek "ogrzewał się" w przyjaznej domowej atmosferze. Emil przywiózł do kuchni łóżeczko małej i zamiast urzędować  w ramionach taty Milenka była  w swoim łóżeczku, przy którym "trzymał wartę" Leszek, pokazując  małej kolejne  zabawki. Milenka  była wyraźnie  w humorku, z radością  chwytała  zabawki i zawzięcie ćwiczyła wydawanie  z siebie dźwięków.  Leszek natomiast był  "w siódmym niebie" i co jakiś czas mówił -nadrabiam zaległości - nigdy nie miałem tak naprawdę kontaktu z takim maleństwem. Najchętniej bym się u was zatrudnił jako niańka. Jeśli będziecie  chcieli iść do kina lub do teatru, to ja z nią zostanę. Ona jest taka kochana! 

Uważaj co mówisz, bo cię Adela wrobi w niańczenie dziecka - śmiał  się Emil. Fakt, że ona  się robi  coraz bardziej komunikatywna. Popatrz,  jest po jedzeniu a jak na  razie  to wcale  nie ma zamiaru jeszcze  spać. Ona już nie budzi  się o 3 w nocy na karmienie, ale o piątej,  a czasem o wpół do szóstej. Już nie je tak regularnie  jak kiedyś, niemal co do minuty. Za dwa tygodnie będzie dostawać marchewkę gotowaną albo na cielęcinie  albo na króliku. Zobaczymy jak to będzie. 

Wiesz Leszku - całkiem ci  do twarzy z niemowlakiem i dziecko na  ciebie  dobrze reaguje. Może pomyśl nad założeniem nowej rodziny - cicho powiedziała Adela. Leszek długą chwilę milczał i w końcu powiedział- nie jestem pewien czy stać mnie psychicznie na taki krok. Nie wiem, czy będę umiał którejś kobiecie zaufać na tyle by być z nią pod jednym dachem a do tego dodać  dziecko.  

Może po prostu powinieneś temat swego małżeństwa przepracować z fachowcem. Nawet jeśli  nie jesteś przekonany, że powtórne małżeństwo to  coś  dla ciebie. Bo to nadal taka nieco krwawiąca rana, skoro zacząłeś podejrzewać, że nie jest to twój  syn. Tyle tylko, że chyba teraz nie ma to już większego znaczenia - no a skoro jest pełnoletni i nie ma  zamiaru dalej  się kształcić, to ustaje twój obowiązek alimentacyjny - powiedz  smarkaczowi o tym. Gdyby się nadal uczył, studiował, to płaciłbyś na niego do chwili aż ukończy  26 lat. I skoro ma już dowód osobisty to możesz przesyłać na niego imiennie pieniądze, nie na  żonę.  A może obu by wam dobrze zrobiło gdyby on mieszkał u ciebie?

Nie, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Jestem gotów  sprzedać tę chałupę z działką koło Kamieńczyka i kupić jemu jakieś nieduże mieszkanie. Masz chyba jednak rację - każdy wrzód trzeba przeciąć. I jeśli możesz to podaj  mi namiary na tego waszego Arka.  Adela uśmiechnęła  się - zaczekaj, zaraz do niego zadzwonię. Adela zatelefonowała do Arka mówiąc : "Areczku, mam dla ciebie  klienta- ulubiony "gin" Stasi i mój, potrzebuje porady prawnej, kwestie rodzinne, to doktor Leszek Z. Kiedy może się z tobą skontaktować i się umówić?  Nawet zaraz? No to rozłączam  się, a on do ciebie zaraz zadzwoni. Ucałuj Stasię ode mnie. No jasne, ciebie też całuję, Emil też cię całuje. A Milenka? Milenka flirtuje z doktorem Leszkiem Z. Nooo, ma  u mnie pół etatu niani. Pa.

Adela sięgnęła po kartkę i napisała  numer telefonu Arka - słyszałeś, możesz zaraz  zadzwonić, więc dzwoń. Zresztą chyba go znasz, bo Stasia już była  z nim u ciebie. Popatrz na Milenkę - oczka ma jak szpareczki, szybko ją przewinę i zaraz  zaśnie. Wywiozę ją  stąd i za chwilę wrócę.

Gdy wróciła po kwadransie do kuchni Leszek właśnie kończył rozmowę z Arkiem. Mina Leszka wskazywała, że panowie się dogadali. W chwilę potem Leszek powiedział - umówiłem się na jutro około osiemnastej u  nich w domu. Adela wyciągnęła swój prywatny plan Ursynowa i pokazała Leszkowi gdzie mieszka Arek mówiąc - a jak wyjdziesz od niego  to daj głos co załatwiłeś. Muszę w któryś weekend zrobić spotkanie na  szczycie. I to pewnie w którąś sobotę - jak widać Milena jest towarzyska i nie rozrabia. Tylko chyba domówię się ze Stasią, że chłopców sprzeda do rodziców. Oni za bardzo by się tu nudzili. Zamiast chłopców będą nasi rodzice, naprawdę są fajni. A chłopcy są nieco niebezpieczni  dla małej - jeden w pierwszej klasie, drugi  w przedszkolu i już jedna kwarantanna była i do  dziś nie wiem na co te bachory  w szkole chorowały. Rozrzut w diagnozie był całkowity- może płonica, może różyczka a może wietrzna ospa. W każdym razie umówiłyśmy  się ze Stasią, że chłopcy na razie nie będą tu bywać.

Jestem bardzo zżyta ze Stasią, pracowałyśmy razem. Ona to miała piekło ze swoim mężem -alkoholikiem. Gdy na niego spojrzeć to facet przystojny, zdolny i "wzięty" architekt,  brał udział w zagranicznych konkursach, nawet  coś wygrywał. Zaczął pracować  w prywatnej  firmie i  się rozpił. A teraz w sądzie rodzinnym są dwie  sprawy - jedna Stasi o odebranie pijakowi praw rodzicielskich bo uderzył starszego syna w twarz gdy ten  był u niego w weekend - oczywiście  był nachlany, jest raport  policji - a druga sprawa to Arek założył sprawę o adoptowanie chłopców. Oni ubóstwiają jego, a on ich. Chłopcy już mówią do niego tata. Bo wiesz- niezbyt ważne kto spłodził, ważne kto okazał serce i wychował.  

A ja coś o tym  wiem, bo od  szesnastego roku życia mieszkałam już na stałe u siostry mojej matki i ją kocham tak jakby  mnie urodziła. Może to nie ładnie,  ale moja rodzona matka nie wie, że  mamy Milenkę. Ale nie mam ochoty widzieć tu moich rodziców. Za to kocham bardzo ojca Emila no i Helenkę, jego żonę.  Jak widzisz ja też jestem trochę inna niż się na pierwszy rzut oka wydaje. 

 Arek na pewno dobrze ci doradzi w kwestii juniora. Szczerze mówiąc to nagminne przyznawanie  kilkuletniego  dziecka  matce uważam za nonsens - przecież te matki pracują zawodowo, a zarabiają z reguły  mniej niż ojcowie.  Tak samo nie ma w domu cały dzień tej pracującej matki jak i  pracującego ojca. A z tego co widzę na  własne  oczy to mężczyźni naprawdę potrafią się zająć  dzieckiem, nawet najmniejszym. Nie jestem jakąś feministką, ale uważam, że tradycyjny  podział na role męskie i kobiece jest wyraźnie  wydumany pod kątem męskiej wygody.

Sytuacja jaka wytworzyła  się z racji II wojny światowej przeorała dotychczasowe obyczaje. I okazało się, że kobiety potrafią tak samo prowadzić  samochody, potrafią strzelać i  zabijać, pracować przy produkcji broni,  samolotów, samochodów - potrafią niemal to  samiutko co mężczyźni.  Emil potrafi koło Milenki wszystko zrobić- no tylko taka  miedzy nami różnica, że nie nakarmi piersią, ale w pewnej chwili karmienie piersią  się kończy.  I mój szacunek , podziw i miłość  do niego nie zmalała dlatego że potrafi ugotować  dla nas obiad, zrobić dobrze  zakupy, przewinąć i zabawić lub ululać Milenę.  I szczerze nie lubię gdy obie  strony usiłują udowodnić wyższość jednej płci nad drugą.  Wcale mi nie przeszkadza, że nie wiem całej masy rzeczy z zakresu  elektrotechniki,  a Emil ma to  w małym palcu, bo ukończył ten kierunek. Mnie wystarczy to, że potrafię w razie potrzeby naprawić jakiś  drobiazg i z tej okazji nie pozbawić prądu  całego budynku. Koło w samochodzie  też potrafię zmienić jeśli muszę to zrobić sama, ale nie rozpowiem  wszystkim dookoła, że w kwestii samochodu jestem "samoobsługowa". I, chociaż karmię Milenę piersią, nie mogę się dopatrzeć w tej czynności jakiejkolwiek  frajdy, nie  sprawia  mi to radości i  satysfakcji. I zastanawiam  się czy ja jestem tak bardzo mało empatyczna, czy może jednak te, które piszą o szczęściu, które odczuwają karmiąc  dziecko piersią mają wszystko w porządku w mózgu. Nie wykluczam , że może  te babki, które mają "nadprodukcję" pokarmu czują wielką ulgę gdy wreszcie dziecko  się dorwie  do piersi i ją opróżnia. I mam wrażenie, że nie ja jedna tak odbieram karmienie  piersią,  ale akurat ja  mam odwagę o  tym mówić bez owijania sprawy w ładne opakowanie. A może ja mam jakiś nietypowy zestaw hormonów i dlatego tak wydziwiam. Nie  wiem.

Leszek wpatrywał się uważnie w Adelę, a na jego twarzy błąkał się  delikatny uśmiech. W końcu szeroko się uśmiechnął i powiedział - co do zestawu twoich hormonów to mogę  cię  zapewnić, że jest w stu procentach jak najbardziej prawidłowy. Tak jak ty myśli  sporo kobiet,  ale nie  wszystkie mają odwagę by to głośno powiedzieć. Hania zostawiła  mi w spadku same "normalne" pacjentki, dobrze  zorientowane we funkcjonowaniu  własnych organizmów, z którymi  można rozmawiać o wszystkim, bo wiedzą o czym jest  mowa. Przy omawianiu ciebie powiedziała - to babka przy której nie ma tematów tabu. I miała rację.

Adela zaczęła  się  śmiać - a ja zawsze  miałam  wrażenie, że ty głównie rozmawiasz z moją kartoteką i że gdybym cię spotkała  gdzieś na mieście to nawet nie wiedziałbyś, że mijasz swoją pacjentkę. Tyle tylko, że mnie taki super bezpłciowy sposób traktowania pacjentek bardzo odpowiada. Jakby na to nie  spojrzeć "manewrujesz" w strefach intymnych  ciała.  Teraz i Leszek zaczął się śmiać - gdy mi powiedziałaś, że masz  zamiar wyjść za mąż, byłem szalenie ciekawy kim jest ten szczęściarz, ale widziałem , że minęły ci ukryte stany zapalne, więc jest  dobrze. I nie podejrzewałem, że się tak zaprzyjaźnię  z wami. Ale naprawdę uważam  was  za prawdziwych przyjaciół. A na mieście na mur-beton bym cię rozpoznał - mam bardzo  dobrą pamięć wzrokową. Mam wszak całą furę pacjentek, ale zaprzyjaźniłem się  tylko z wami - coś  w tym jest.  Od kilku  dni zastanawiam się, czy  nie przejść do kliniki, w której rodziłaś, bo oferują całkiem niezłe  warunki. Miałbym wtedy znacznie mniej problemów na głowie. Bardzo im się podoba  mój doktorat. A- chyba ci tego  nie mówiłem- jesteś  jedyną pacjentką, która pogratulowała mi doktoratu no i oczywiście   jedyną, która coś o tym poczytała.   I jak cię nie kochać? I, na dodatek, mogę się u was wygadać i  wypłakać. Jesteście oboje po prostu nie do zastąpienia!

Emil poklepał go po ramieniu mówiąc, mam na ten temat własną teorię, kiedyś o  tym na pewno porozmawiamy. Po prostu tak  wygląda przyjaźń. A co do tej propozycji - nie  zostaje ci nic innego niż wzięcie  w rękę kartki i ołówka i spisanie wszystkich plusów i  minusów. Trzeba byś wszystko dokładnie rozważył- lokal, sprzęt, pacjentki.

No tak, będę musiał tak zrobić. Ale wpierw muszę wiedzieć czy  chcą tylko mnie,  czy może mnie plus dobrze wyposażony gabinet. Wyposażenie jest w leasingu, więc oni mogą płacić zamiast  mnie. Oczywiście podejrzewam, że połowa pacjentek mnie przeklnie, bo wizyty w klinice będą zapewne droższe. Ja już działam na  granicy opłacalności i w końcu  będę musiał podnieść cenę wizyty.  Lokal to po prostu sprzedam, bo od samego początku był szykowany na gabinet lekarski. Prawdę mówiąc to mam trochę  dość tego ciągłego pilnowania czy aby wszystko jest jak należy -  w klinice nie jest to moja działka ale osób wyznaczonych  przez klinikę.

Zaczynasz mieć teraz sporo spraw  na  głowie - zauważyła  Adela. Bo i z młodym masz  problem i teraz  ta propozycja. Wydaje  mi  się całkiem  ciekawa - nie będziesz musiał wszystkiego osobiście  doglądać, to też niezłe. Michał chwalił  sobie  tę pracę  w klinice - jak mówił- to zupełnie inna  bajka, pomijając   kwestię zarobków. Właśnie sobie uświadomiłam, że odgrażał się, że będzie nas  często nawiedzał i jakoś zniknął z horyzontu.  Nie  żebym  za nim bardzo tęskniła, tylko mi się tak  skojarzyło bo mówimy o klinice. Tam  się wykazał anielską cierpliwością wobec  mnie. A tu obrugał babkę,  z którą przyszedł. Ciekawe czy już oddali do użytku ten  blok, w którym oni mieli  mieszkać. Te poślizgi w budownictwie  są naprawdę denerwujące.  Przecież większość ludzi czeka na to  mieszkanie w  wynajmowanym  mieszkaniu i nie  zawsze jest możliwość dogadania  się z właścicielem co do nagłego przedłużenia  najmu lub nieplanowanego skrócenia  go. Nam się udało to dość bezboleśnie przeprowadzić, bo braliśmy to co już było oddane  do użytku, ale  nie miało powodzenia bo parter i obok przychodnia lekarska. A nam  ani ten parter  nie przeszkadza ani przychodnia ani nawet szkoła widoczna od drugiej strony. Przychodnia to  się nam  nawet kiedyś przydała, bo można  sobie  w niej  bez problemu porobić analizy i miałam tam  serię zastrzyków gdy wariowałam.

Nie rozumiem - stwierdził Leszek - co znaczy wariowałaś? No gdy  byłam  wykończona nerwowo bo miałam  trochę za dużo  spraw na  raz- obrona  magisterki, kurs  na rzecznika i egzamin na  rzecznika. Miałam wtedy serię bolesnych zastrzyków - bolało,  ale pomogło. Emil to  niemal święty człowiek, że ze mną wytrzymał,  a nie wyrzucił z  domu.

Powinniście  mnie wykopać  z domu, noc już  za oknem- stwierdził Leszek. Emil zaśmiał się - zamiast cię wykopywać nakarmię cię czymś co jadałem nagminnie w Meksyku - zaraz  zrobię albo paellę albo risotto, bo zrobię  to co matka- karmicielka woli. No to zrób paellę - zarządziła Adela. A ja wrzucę marchewkę do blendera- będzie  robiła  za surówkę. A co to jest ta paella? - spytał Leszek.  To samo co risotto tylko na  sucho a nie na mokro - odpowiedziała  Adela. Składniki te same, czyli ryż i warzywa, też na  bulionie tylko przypieczone a nie kremowe jak risotto. Nie trzeba sterczeć przy patelni i mieszać, trzeba  dać temu możliwość lekkiego przypieczenia  się. Więc z reguły paellę robię ja, a risotto robi Emil. Ale dziś on  zrobi paellę. I dziś dodamy do niej  usmażony kotlet  mielony podziabany na kawałeczki. Będzie jeszcze lepsze niż  zawsze. To mój osobisty wynalazek na  zjedzenie kotleta mielonego na  drugi  dzień po  zrobieniu. Jak raz  zjesz to zawsze  będziesz do takiego dania  wracał. Normalni ludzie  to gotują ryż na  sypko, na  drugiej patelni odsmażają pod pokrywką mielonego z poprzedniego dnia, a że  my pod  względem kulinarnym   jesteśmy nieco zblazowani to robimy to inaczej. Chyba muszę to sobie  zapisać- stwierdził Leszek. Nie ma problemu - patrz- tam jest notes z wyrywanymi kartkami i  długopis, możesz pisać. 

                                                                          c.d.n.


sobota, 1 października 2022

Trudny wybór - 118

 W tygodniu zatelefonował do Adeli Leszek z pytaniem czy mógłby tego popołudnia  wpaść do nich  do domu, bo ma do rozgryzienia pewien problem. A co, zakochałeś  się może?  Gdyby tak  było to bym ci to od razu powiedział, ale jak na  razie  nic  z tych  rzeczy - stwierdził  Leszek. A lubisz placki ziemniaczane? Oj tak, jasne, że lubię, wieki całe nie  jadłem! No to zadzwoń teraz  do Emila, dowiedz  się, o której on będzie dziś w domu i powiedz  mu, że będą placki, to się pewnie z pracy urwie, bo on uwielbia placki. Leszku, a jakie przygotować  dla  ciebie  dodatki?  Żadnych, żadnych, najlepsze są placki same, bez niczego. No to fajnie, bo w ramach  dodatków to będzie do nich gulasz. Pan  doktor L. kazał bym jadła  więcej mięsa, więc będzie  do nich  gulasz. Ale nie ostry, a ty Leszku, o ile  dobrze pamiętam nie przepadasz  za ostrymi przyprawami, my też  nie. No to do zobaczenia, zaraz mam karmienie.

Leszek przyjechał nieco wcześniej  niż Emil. Adela spojrzała na niego badawczo i powiedziała- wyglądasz tak świeżo , jakbyś  się całą  noc łajdaczył z tłumem dziwek. Ale wiem, że to nie w twoim  stylu, więc coś złego się wydarzyło. Emil za moment  będzie, ale możesz  zacząć mówić, najwyżej kawałek opowiesz drugi raz, to nawet dobrze robi na rozładowanie  złych  emocji. Stawiam na młodego, bo była  nie  wywołuje już u ciebie aż takich emocji. 

Chodź do kuchni, będę smażyła placki i słuchała. Jeśli będę musiała iść do małej ty będziesz pilnował, żeby się nie przypaliły. Powiedz mi tylko jak lubisz- jeden placek na  cały talerz i gulasz na nim, czy  tradycyjne placki i gulasz obok na tym samym talerzu? A może wolisz gulasz w miseczce a placki do zagryzki? Wiesz, to taki dom, w którym różne  chwyty dozwolone, jeśli idzie o konsumpcję. Bo my ostatnio to jadamy tradycyjne wielkością placki jako zagryzkę do gulaszu. Po prostu nieco bardziej zagęszczam sos by nie  moczył placków. A czym zagęszczasz?  A niczym, po prostu pozwalam mu spokojnie zgęstnieć przez odparowanie. 

Hmmm, myślałem, że ci się na coś przydam w kuchni, mógłbym na przykład trzeć kartofle na tarce. Wiesz, po trzech pokaleczonych tarką palcach przeprosiłam się z blenderem. Szkoda  rąk i czasu. Teraz, przy dziecku, będzie ciągle przydatny. Ooooo, już jest Emil. Wpierw pójdzie umyć ręce, potem zajrzy do dziecka a potem dopiero trafi do nas. No to wstawiam gulasz na gaz, usmażone placki trzymają temperaturę w piekarniku. Jako surówka jest sałatka  z podkwaszonej białej kapusty. Tak  zupełnie przypadkiem odkryłam, że to całkiem jadalne. Miałam zrobić kwaszoną kapustę w słoikach, ale.....miałam za mało kapusty, więc zrobiłam  tylko jeden słoik. Nie  wiedziałam ile mam dać  soli i dałam  za mało na kwaszenie zimowe, ale okazało się, że tak zrobiona  kapusta jest  całkiem jadalna po kilku dniach pobytu w niewielkiej ilości  soli.

Do kuchni wszedł Emil, machnął ręką w stronę Leszka przytulił Adelę - no, nareszcie  w domu. Straszny korek był na Al. Niepodległości, straciłem w nim pół godziny. Chyba  był jakiś wypadek, bo przyjechała karetka. A do tego każdy kierowca wziął sobie  za punkt honoru, by się rozejrzeć jaka to była atrakcja. Więc bardzo zwalniali. A jak Milenka dzisiaj? 

Jak to Milenka - bierz mnie, gryź mnie i pieszczochaj - dziś przy zmianie pampersa okręciła się dokładnie wokół własnej osi. I tylko raz mnie ugryzła przy karmieniu. No po prostu luksus - opowiadała  Adela stawiając na  stole  garnek z gulaszem i talerz z gorącymi plackami. Talerz z plackami to był właściwie okrągłym półmiskiem a zawartością garnka spokojnie  mogły się wyżywić i dwie rodziny. O matko, jęknął Leszek - aleś tego wszystkiego narobiła!  No bo to jest dla nas trojga na dwa dni- dostaniesz i placki i mięso do domu, odgrzejesz  sobie wszystko albo w piekarniku albo w mikrofali. Albo wsadzisz do  zamrażalnika i będziesz miał "na zaś". Tylko naklej kartkę co to jest. Kiedyś  byłam tak naiwna, że nie  doklejam kartek, ale już doklejam, żeby nie mieć niespodzianek. Nie mogę was tak objadać - zaprotestował Leszek . A co, nie smakuje  ci? - spytał Emil.  No coś ty, to jest pyszne!  No to jedz i ciesz  się, że trafiłeś do  domu,  w którym przyjaciół w kwestii wyżywienia traktuje  się jak własnych domowników.  Arka, dopóki się nie ożenił, też dokarmialiśmy.  A przy kawie lub herbacie powiesz  nam co się wydarzyło, bo sądząc z twojego wyglądu to całą  noc  spędziłeś na ostrym dyżurze. No fakt, nie mogłem spać tak się zdenerwowałem. A jesteś pewien, że warto  było tak  się wzbudzić? Na pewno nie było warto, ale to wywołało u  mnie cały łańcuszek zupełnie  niepotrzebnych wspomnień i myśli i znów  się zastanawiałem, gdzie popełniłem błąd.

Leszeczku- jeśli  jakiś  błąd popełniłeś przed laty, to raczej teraz tego  wszystkiego nie  cofniesz- błąd już  był, reperkusje  nim wywołane również, to już czas przeszły dokonany i tego nie  zmienisz. Jest  tylko szansa, że ponieważ dostałeś  w kość to drugi raz nie popełnisz tego samego błędu. Tak na pocieszenie - my wszyscy całe życie  błądzimy, bo żyjemy pierwszy raz,  a opowieści starszych od nas niewiele  nam dają, bo każde pokolenie  żyje w nieco innych warunkach. W moim odczuciu warunki zmieniają  się teraz  szaleńczo szybko. Niemal  co chwilę atakują nas nowe technologie -w czasie twojego i mojego dzieciństwa nikt nie znał jeszcze telefonów komórkowych. Gdy byliśmy z Adelką w Zakopanem dotarło do mnie, że jestem nieco opóźniony w czymś tak  zwykłym jak sprzęt turystyczny. Pierwszy raz miałem na  nogach wibramy. Bo gdy ja byłem w wieku,  w którym  się zaczyna chodzić po górach to po  nich  nie chodziłem. Między Adelką i  mną jest 10 lat różnicy i to co mnie  dziwiło dla niej  było oczywiste. Nim nam Milenka podrośnie znów się coś zmieni w technice, technologii i obyczajach. I będzie  się na pewno  złościła, że ci rodzice  to takie "niemoty" i  "zacofańcy".

A co będziesz pił? - spytała Adela. Bo ulubionych herbatniczków  już nie ma, są tylko mojej produkcji ciastka - orzechowe. Tak proste do zrobienia, że nawet ty byś je mógł upiec gdy sobie weźmiesz przepis. No i opowiedz co cię tak wytrąciło z równowagi.

No cóż - ten  dzieciak ma talent do wyprowadzania mnie z równowagi psychicznej. Wiesz, masz rację, że teraz są  jakieś inne obyczaje. Nie przypominam sobie, by kiedyś w drugiej klasie liceum młodzież rozpoczynała aktywne współżycie seksualne. Oczywiście "pocałunki i macanki" odchodziły, ale nic  więcej. A teraz się dowiaduję, że niektóre dziewczęta zaczynają nawet jeszcze  w podstawówce. Jak się dowiedziałem, to mój synek, który  ma już 18 lat, korzysta z rozkoszy seksu od  dwóch lat. Ale teraz ma problem, bo panienka, z którą już od  dwóch lat uprawia głównie "krzakoterapię",  a którą jak  się okazało temperament wyraźnie  rozsadza i korzysta z usług przynajmniej  dwóch młodzieńców podejrzewa, że może jest  w ciąży i chciałaby wiedzieć z którym, bo będzie przecież potrzebowała pieniędzy na usunięcie tego zbędnego nabytku. Junior przysięga, że za każdym razem korzysta z prezerwatyw i nawet przytomnie zakłada przed penetracją co bardzo tę panienkę denerwuje, bo -jak twierdzi owa doświadczona panienka- mógłby założyć dopiero w trakcie, po kilku ruchach. No i on przyszedł do mnie głównie po to, żebym mu podał adres swego gabinetu to ona przyjdzie  do mnie na badanie. Bardzo się zmartwił, że dopóki się dziecko nie urodzi nie można zrobić badań genetycznych. Na  razie wysłałem gnoja na badania czy aby nie załapał jakiejś choroby- oczywiście ma  mi przynieść swoje wyniki. Był wielce  zdziwiony, że pomimo prezerwatywy  może załapać AIDS. Poza tym powiedziałem, że ja  w żadnym wypadku nie będę owej panienki badał, bo jestem w tym wypadku  stroną zainteresowaną. Ale dam mu pieniądze na wizytę i podam adres lekarki, do której owa wspaniała panienka  może się udać. A tak przy okazji mi powiedział, że  moja była żona też sypia z dwoma, w każdym razie on wie o dwóch którzy co jakiś czas pomieszkują po kilka dni, obaj ponoć spoza  Warszawy. A poza  tym to ona ostatnio na weekendy gdzieś wyjeżdża. I bardzo by chciała, żeby młody się wreszcie  z domu wyprowadził. Poza tym zaopatrzyłem go w dobrą lekturę na temat różnych  chorób z grupy "W". 

Adela i Emil wpatrywali się w Leszka tak, jakby im opowiadał jakąś zupełnie nieprawdopodobną historię. Nie, mnie się to jakoś zupełnie nie mieści w głowie - powiedział Emil. To znaczy, że twoja była żona zupełnie  się nie sprawdziła jako matka! I wiesz co? Na twoim miejscu to ja bym jej o tym wszystkim powiedział - jakby nie było sąd przyznał jej główną opiekę nad dzieckiem. Pewnie zrobi juniorowi piekło, ale nie widzę innego, lepszego rozwiązania. Nie dziwię  się, że nie mogłeś  spać, chociaż nie  widzę tu twojej winy.  Ale niestety  nie mam nawet bladego pojęcia jak można tę sprawę rozwiązać. Junior już jest pełnoletni.

Taaaak, pełnoletni, a rozumek jak u pięciolatka - ten debil nawet nie chce podejść do matury- stwierdził Leszek. Już mi oświadczył, że żadne studia  go nie interesują. Powiedziałem, że  wezmą go do wojska, jeśli nie będzie  studiował. Stwierdził, że wojsko go nie przeraża, a przynajmniej nie będzie  się musiał martwić o  mieszkanie. I może w ogóle  wybierze karierę wojskową. Powiedziałem  mu tylko, że dziś już nawet w  wojsku musi  mieć maturę, bo minęły  czasy, gdy oficerowie bywali bez  matury. I prawdę mówiąc zacząłem się tej  nocy zastanawiać czy to aby mój syn. Dopiero teraz mi przyszło na myśl, że jego matka tak ogromnie nalegała na to, żeby dziecko urodziło się jak najszybciej  po ślubie. I konsumpcję bez zabezpieczeń zaczęliśmy gdy tylko złożyliśmy papiery. Dopiero teraz, po osiemnastu latach od jego urodzin przyszło mi to do głowy. Wtedy sądziłem po prostu, że tyle w niej pożądania i instynktu macierzyńskiego. A może byłem tylko przykrywką jej jakiegoś romansu, który nie mógł być z jakiegoś powodu sfinalizowany ślubem, na przykład  dlatego, że facet już był żonaty. Albo nie  wiedziała z kim jest w ciąży, jeśli spółkowała  z kilkoma.

W kuchni zapadła cisza, słychać  było jedynie  tykanie zegara, a w tej ciszy rozbrzmiało "ćwierknięcie" zapewne głodnej już Milenki. Adela zerwała  się z miejsca mówiąc -  ja tu ją przyniosę gdy nakarmię - akurat  mi herbata trochę przestygnie. Ona uwielbia bywać  w kuchni. A ponieważ "podsłuch" był nadal włączony usłyszeli - ojej, ale się  dziecko spompowało! Zaraz przewiniemy, będziesz miała suchutko do jedzenia. Potem  było kilka  radosnych pisków i Emil objaśnił, że  ani chybi Adela całuje małą  w brzuszek co ona bardzo lubi- zapewne po Adeli, która też  to lubi.

W dwadzieścia minut później do kuchni przyszła Adela z Milenką przewieszoną przez jej lewe ramię ozdobione pieluchą. Wchodząc do kuchni Adela tłumaczyła  dziecku, że już tatuś  wrócił  z pracy i jest wujek Leszek i że w nagrodę, że była taka grzeczna  w czasie karmienia posiedzi trochę z dorosłymi, a teraz pójdzie na rączki do taty. Mała  wydała  z siebie jakiś dźwięk, co zabrzmiało jak  "jaaa" i przylgnęło do taty, który  wycałował główkę  i połaskotał przez ubranko  w brzuszek. A Leszek wysupłał jej stópkę z kombinezonika i wycałował paluszki mówiąc - zawsze mnie  zachwycają niemowlęce  stópki, których paluszki żyją  własnym życiem. Niemowlaki naprawdę  są cudowne a Milenka to najładniejsze niemowlę pod  słońcem.  Doktor L. zachwycony i Milenką i wami - w końcu  mu powiedziałem że przecież bywam u was i Milenkę znam od  samego początku, od chwili gdy była tylko pęcherzykiem płodowym. I coś  czuję, że to on będzie  do was zjeżdżał na wizyty kontrolne. Bardzo mu się u was podobało. Ale ja nie mam w domu  wagi niemowlęcej- zauważyła Adela. No a normalną wagę masz- prawda? No mam - no więc nie ma problemu- wpierw się waży ciebie bez  dziecka, potem ciebie z dzieckiem. A jak on ma taką wizytę kontrolną  w domu to ma miły przerywnik z kawą i ciasteczkami. On co prawda mówi, że jeśli idzie o dzieci to on najbardziej lubi je robić, ale on naprawdę bardzo lubi dzieci. Leszku, ale ja żadnego jego biopola nie  wyczułam, pewnie nie jestem w jego typie- śmiała  się  Adela. Jesteś, jesteś, ale to porządny facet no i Emil był obok- nawet się biedak powdzięczyć do ciebie  nie mógł. Poza  tym to jest w wieku twego ojca. Ale jak  sam mówi - dla uczuć w sferze umysłu  wiek  nie istnieje - co innego w  sferze cielesnej - może być przeszkodą.

Leszku, a pojutrze masz  chyba  być u pani Wandy. Leszek  wyciągnął komórkę - no fakt, pewnie będę  się musiał urwać z pracy- nie ma problemu - doktorat daje pewne swobody. Chociaż gdy ktoś  się do  mnie  zwraca per "panie doktorze" to siłą  się  hamuję,  by nie rozejrzeć  się gdzie ten  doktor. A tak a propos doktoratu - gdy  powiedziałem  młodemu, że mam stopień doktora - on nawet nie ma bladego pojęcia na  czym to polega i powiedział- nie  rozumiem, przecież  zawsze byłeś  doktorem. I, nawet nie macie pojęcia jak jestem wam wdzięczny za to, że mogę raz na jakiś  czas korzystać z waszej wyrozumiałości, ciepełka i przyjaźni. To jest taka przyjaźń przez duże "P".

To jeszcze musisz koniecznie poznać naszych rodziców, czyli mojego tatę i mamę- powiedział Emil. Oni na pewno chętnie  cię adoptują.  Mama ma  w sumie trzy etaty - jest żoną mego taty, tak naprawdę to ciocią Adeli i jednocześnie jej teściową a dla mnie mamą odkąd znam Adelę. Jeszcze nie byliśmy po ślubie  a już nazywałem ją mamą. Takie połączenie dobroci z bardzo  zdrowym rozsądkiem. A Adela dla  mego taty to jego ukochana córeczka i Dziecinka a nie  zwyczajna synowa. Aż byłem  zazdrosny- ona ukochana  córeczka , córeńka  a ja tylko Emil.

Leszku, gdyby się coś działo dziwnie w tej sprawie twego juniora, to zawsze  możemy poprosić o radę Arka - powiedziała  Adela. Ja co prawda jestem magistrem prawa, ale jak na  razie to wyspecjalizowałam  się w prawie patentowym. A Arek (prywatnie  mąż Stasi i mój przyszywany brat) jest adwokatem, więc jest bardziej na bieżąco z prawem cywilnym  niż ja. I, jeśli mi Emil pozwoli  to może zrobię u niego aplikację adwokacką. Rzecz  w tym, że jeśli bym  ukończyła  aplikację i zajęła  się  sprawami cywilnymi to straciłabym tytuł rzecznika  patentowego. To kretynizm, ale tak właśnie jest.

                                                                     c.d.n.


 



czwartek, 29 września 2022

Trudny wybór - 117

 Zaraz po weekendzie  Leszek zatelefonował do Adeli, prosząc  ją by mu podała godziny karmienia dziecka, bo pan  pediatra nie chce przyjść tuż po karmieniu i że ta pierwsza  wizyta będzie  w sobotę. Oczywiście ja też będę. Miło będzie  cię zobaczyć- zapewniła go Adela. Poproszę mamę by upiekła wiadome ciasteczka - wasze pokolenie to się chyba na  nich wyhodowało. Mam nadzieję, że po badaniu pan doktor ulegnie  moim wdziękom i wypije z nami kawę. 

Adelko, to są ciastka chyba jeszcze z lat międzywojennych, moja babcia takie piekła, tyle  tylko, że nazywała je ciasteczkami  do herbatki. A kawę to z całą pewnością wypije, nie  znam medyka, który nie piłby kawy. 

A ja to znam nawet  takiego medyka, który pił nie tylko kawę - powiedziała Adela. Pił herbatę ?- zdziwił się Leszek. Nie - pił procenty. Był z zawodu dentystą. Ilekroć musiał komuś usunąć  ząb wypijał setkę  dla kurażu, bo jak  tłumaczył swej  żonie, okropnie  nie lubił "krwawych  zajęć". Ale chyba miał specjalizację w chirurgii szczękowej. To był ojciec  mojego kolegi z liceum. W końcu mama tego kolegi wzięła  z facetem rozwód. Ale, jak twierdził kolega, to tatuś  był "złotą  rączką" w kwestii rwania zębów- przed  rwaniem, gdy  znieczulił pacjenta wlewał w siebie  setkę, rwał, a gdy pacjent wychodził dentysta  by prędzej dojść do równowagi- bo nie lubił wszak "krwawych  zajęć" - znieczulał się wódecznością.

Dziecinko, niestety ów sposób odreagowywania stresu  związanego z wykonywanym zawodem jest bardzo rozpowszechniony. I często najlepszym przyjacielem lekarza  staje  się alkohol. Nie każdy ma taką żonę jak Emil, której można wszystko powiedzieć i nie straci się twarzy. Ty pracowałaś z facetami, którzy wciąż  byli zestresowani choć nie  byli lekarzami,  chirurgami i ich błąd raczej  nikomu nie odebrał życia, poza  tym był stosunkowo łatwy  do usunięcia.  I jesteś tak  zwanie "otwarta", można  ci się zwierzyć ze swych obaw, kłopotów i często nawet nie  zdajesz  sobie  sprawy jakie to ważne. Nie wydziwiasz, nie pleciesz głupstw i dobrze  wiesz, że czasem lepiej jest tylko wysłuchać i  nie komentować. 

Oj Leszku, ja  jakoś bardzo szybko wiem,  z kim mi będzie się dobrze  szło do Santiago di Compostela a  z kim źle  nawet na najbliższy przystanek autobusowy. Nie mam wielu przyjaciółek i przyjaciół - to zaledwie kilka osób, ale takich, o których  wiem, że  ja mogę na nich liczyć i że oni mogą liczyć na mnie. W moim mniemaniu przyjaźń zobowiązuje do takiej  samej szczerości i wierności jak małżeństwo. Emil też tak uważa i dobrze  wie, że pewne  granice są dla mnie  nieprzekraczalne.

Adelko, a skąd ci przyszła na myśl droga  do Santiago di Compostela ? No bo tam idzie się na piechotkę, a to miejsce jest jednak bardzo daleko od Polski, więc trzeba sobie  dobrze  wybrać osobę,  z którą się będzie tam dreptać. Idzie  się w każdą pogodę, nocuje  się w różnych  miejscach. Ale wierz  mi- nie mam najmniejszego  zamiaru tam  się wybrać i tak z ręką  na  sercu nie rozumiem tych, co idą na taką pielgrzymkę. Jeden z moich znajomych tam  się wybrał- kawał chłopa i odporny,  jego pielgrzymka była w pewnej intencji. Wiem  tylko, że był rozczarowany i ten jego wysiłek na nic  się nie przydał. No to mamy taki sam punkt widzenia pewnych  spraw - stwierdził Leszek. To ja teraz podam L. te  godziny i potem  podam ci  godzinę, o której  będziemy. A sobotę wybrał dlatego, żeby był również  w domu Emil. Bo po to natura dała dziecku dwie  rączki by za jedną trzymała je  mama, a za drugą tata- to jego sztandarowe powiedzenie.

Leszku, a już rozmawiałeś z tą babeczką ze spółdzielni?  Tak, ale  tylko telefonicznie, powiedziałem jej to co mi zaleciłaś i dziś dam te  dane recepcjonistce. A do spółdzielni mam wpaść  w czwartek około 14,00. Ciekawy jestem czy to coś da, czy  tylko będę miał kolejną pacjentkę. Leszku,  a jak ona ma na imię? Poczekaj, muszę  zerknąć na  zapiski, bo nie pamiętam - w słuchawce coś  szeleściło, w końcu Leszek powiedział - Wanda jej dali na imię. Coraz rzadsze imię dzisiaj, nieomal jak Adela - zauważył.  No to masz szansę, to jedna z bardziej sympatycznych babek w tej spółdzielni. Co prawda gdy  się jej spytałam czy są budowane garaże podziemne to spojrzała  się na mnie jak na wariatkę, ale mi grzecznie i spokojnie wyjaśniła czemu się nie buduje. No ale skąd mogłam wiedzieć, że cena jednego podziemnego miejsca na parkingu to koszt równy cenie mieszkania typu M3?

W sobotę o godzinie czternastej przyszedł Leszek razem z doktorem pediatrą. Po kilkuminutowej wymianie grzeczności Emil, na życzenie doktora  L. zaprowadził go do łazienki wskazując świeżo zawieszony ręcznik.  Adela co prawda pamiętała, że to był wysoki mężczyzna, no ale teraz , gdy po domu tuptała  w ciepłych papuciach poczuła  się jak krasnoludek. Nic dziwnego - doktor L. miał ponad 190 cm wzrostu i jego odzież na pewno nie  była w rozmiarze "S" lub "M". 

Pan  doktor zażyczył sobie  wpierw obejrzeć dziecinę i mieli mu przy tym towarzyszyć tylko rodzice. Podobało mu się łóżeczko małej, że takie prawidłowo funkcjonalne, drugą radość wyraził z faktu, że mógł małą obejrzeć w  wygodnych dla siebie warunkach, czyli na  "przewijaku", a nie na jakimś tapczanie, nad którym musiał  się "składać" jak scyzoryk.Trzecią radość sprawił mu fakt,  że Milenka nie  darła się jak większość  dzieci na widok osoby obcej i na dźwięk jego głosu . Adela szybko mu wyjaśniła, że mała wręcz bardzo lubi,  gdy  się coś do niej  mówi i gdy ktoś "nowy" ją odwiedza, to ma zalecenie, by do niej mówił. Poza  tym niemal zawsze  w ciągu dnia zasypia przy cichej muzyce. I niekonieczne musi to być kołysanka. Oględziny wypadły bardzo dobrze - bardzo fajne dziecko - niewielka, ale taka widać uroda kobiet w tej  rodzinie, ale zdrowe i silne  z niej dziecko. Za miesiąc pewnie już sama usiądzie- świetnie się trzyma  w pionie-  zawyrokował pediatra. I ładna  z niej dziewczynka. No właśnie - chyba już w ten  weekend opuścimy nieco niżej jej materacyk - powiedział Emil.  Może pan zrobić to już teraz o ile to nie jest jakaś dłuższa sprawa - doradził doktor.  No nie da się ukryć, że bardzo ładna pacjentka mi  się trafiła. I ma takie ładne imię - bardzo do niej pasuje. W tym sezonie to jakieś Sandry królują. Adela roześmiała  się - w naszej rodzince same rzadkie imiona bo i moje imię i męża są dość  rzadkie, przynajmniej w Warszawie. Doktor L. cały  czas trzymając Milenkę na rękach mówił - no, Leszek nie pediatra, ale dobrze ocenił tę młodziutką damę. Emil zakończył "operację" obniżania łóżeczka i odebrał ją  z rąk lekarza, mówiąc do małej - byłaś tak grzeczna, że w nagrodę posiedzisz troszkę w salonie  z dorosłymi -mówiąc to odblokował kółka i wszyscy razem przeszli do salonu. 

Tu Adela zapytała  się, czy pan doktor napiłby się kawy czy może woli jakąś herbatę, ale stanęło na espresso dla panów i herbacie rooibos dla Adeli. Emil zajął się expresem i dostarczeniem  na stół talerzyków i ciasteczek, łóżeczko małej zacumowało w pewnej odległości od stołu a dziecina zajęła  się gryzieniem smoczka i wpatrywaniem się w Leszka, który stał nad  nią i do niej zagadywał.

Leszku - a może ty się przekwalifikujesz na pediatrę? - zapytał się doktor L. Mała szansa - odpowiedział Leszek, ale ja ją tak  kocham, jakby była moja. Bo gdy miałem własnego niemowlaka to robiłem akurat specjalizację i mnie głównie nie było przy  dziecku.

Pani Adelo, mówił mi Leszek, że  ma pani jakieś niejasności odnośnie karmienia, o co chodzi? Adela westchnęła- pewnie pomyśli pan o mnie, że jestem nieco niedorobiona umysłowo, ale mała wchodzi w  wiek, gdy ma dostawać oprócz mojego mleka jakiś dodatkowy posiłek. To co czytam na ten temat to się nie trzyma kupy, bo w jednym  miejscu majaczą o marchwiance w drugim o kaszy mannie podawanej łyżeczką a w trzecim o marchwiance ugotowanej na cielęcinie i przetartej przez  sitko podanej albo łyżeczką albo o marchwiance ugotowanej na wodzie i podanej razem z połową żółtka - oczywiście  wszystko przetarte przez  sitko. A i jeszcze porada pod tytułem- "ściągnij sobie trochę mleka i zmieszaj je z przetartą marchewką". To jest jedna sprawa. A druga - trochę przyszłościowa- chcę zakończyć karmienie jej piersią gdy ukończy  rok i przejść na karmienie którąś  z mieszanek dla niemowląt. I oczywiście nie mam pojęcia która mieszanka jest  dobra. Wprawdzie  piszą, żeby przestawić dziecko na mleko krowie, pełnotłuste, butelkowane, ale ja nie mam do niego nawet za grosz  zaufania.  Bo nim to "mleko prosto od krowy" trafi do sklepu to mija lekko siedem  dni.  Poza  tym  w zlewni mleka  nie ma selekcji - wszystko idzie  do jednego kotła.  Nawet dobre gospodynie  na  wsi są tym oburzone. Zresztą jeśli idzie o mleko to jedyne co piję to jest jogurt  grecki - jako dziecko też nie piłam krowiego mleka słodkiego- co najwyżej zsiadłe. Mam złą tolerancję laktozy, sprawdzałam. Nie wykluczam, że jestem po prostu histeryczką nie dostosowaną do współczesności.

Zgłosiłam w pracy,  że pójdę na trzyletni urlop wychowawczy i chcę w tym czasie  zrobić aplikację adwokacką. Od razu wyjaśnię - jestem magistrem prawa i rzecznikiem patentowym. Ale mając aplikację adwokacką miałabym wolny  zawód, co przy dziecku jest raczej dobre.

No cóż - po pierwsze cieszę  się, że karmi pani sama. I bardzo, bardzo dobrze, że do roku tak będzie. Przestawianie  dziecka na mieszanki zaczniemy gdzieś w kwietniu - ja też uważam, że lepiej by była na mieszance niż na tym butelkowym mleku. Jeśli pani ma złą tolerancję laktozy to i mała może mieć. Celiakli nie ma - posyłała  pani próbkę jej moczu do badania- prawda? Tak, posyłałam, jakoś tak na  samym początku, ale nic nie  podesłali w związku  z tym. To dobrze, bo to znaczy, że nie ma  celiakli - wyjaśnił lekarz.

A marchewkę proszę ugotować na mięsie - najlepiej na cielęcinie- nie pchają w cielaki hormonów, bo one szybko idą na ubój, o ile nie są płci żeńskiej - jeden buchaj na  wioskę lub  dwie - wystarcza. Co do tych żółtek - podawanie ich jest ryzykowne, może uczulić. I może  pani podać marchewkę w postaci zupki przez  smoczek na nieco rozwodnionym bebiko 1,  lub łyżeczką na pół gęsto z bebiko. Trzeba się wykazać przy  tych pierwszych  zupkach  dużą odpornością- pewnie  będzie pluła.  Ile razy na dobę ona je?  Nierównomiernie - przeważnie 7 razy na dobę, odpadło karmienie o 3  w nocy. Ale  zauważyłam, że gdy ja jem więcej  białka , to jej  się wydłużają przerwy pomiędzy posiłkami i wtedy je 6 razy na dobę. Tak w ogóle to karmię ją "na wezwanie". To właściwie tylko takie  mam kłopoty. No i straszna z niej przytulanka, do taty zwłaszcza. Mam wrażenie, że się dobrze  rozwija. I jeszcze  coś - kąpiemy ją raz na tydzień - pupę to ma wszak mytą przy każdej zmianie pampersa i buzię kilka  razy dziennie przegotowaną wodą.

No wreszcie jakaś przytomna matka mi się trafia- bo czasem się  zastanawiam czy te  mamuśki potrafią czytać i pisać. Pani Adelko - wszystko z dzieckiem jest w jak największym porządku- tu są namiary na mnie. Jakby jeszcze coś panią "gryzło" - proszę telefonować -być może, że wystarczy porada telefoniczna, bo pani świetnie  sobie  radzi.  Ona w przyszłym miesiącu kończy pół roku i może wtedy trochę wzbogacimy jej dietę. I proszę jeść więcej ryb i mięsa.  A proszę mi powiedzieć - w której cukierni można kupić takie herbatniczki? Leszek zaczął się śmiać - w żadnej, to upiekła babcia twojej pacjentki. Adelka tymi herbatniczkami uwiodła swego męża.  No ale on  mnie poderwał na jabłka, których  już teraz nigdzie  nie można kupić - stwierdziła  Adela. Widać  z tego, że sporo jest prawdy w powiedzeniu przez żołądek  do serca.

Panienka kończy pół roku 24 lutego i ja  sobie wpisuję , że wtedy zrobimy wizytę kontrolną, ale w moim gabinecie - zważymy, zmierzymy, wpiszę jej dane w książeczkę zdrowia - będzie miała dwie- jedną  w rejonie, drugą u mnie. I, jeśli będą państwo reflektowali, to będzie głównie u  mnie zarejestrowana.

 To byłoby bardzo, bardzo dobre, gdyby to nie było dla pana kłopotem - stwierdziła Adela a Emil przytaknął. No dla mnie to nie kłopot, tyle tylko, że to dla  państwa kłopot, bo to na Ochocie. Żaden kłopot - stwierdził Emil- oboje prowadzimy a obok mieszkają rodzice i też są zmotoryzowani. A ja mogę w każdej chwili  wyjść w razie potrzeby z pracy.

Proszę spojrzeć doktorze - ona stara się dosięgnąć rączką do zabawki - pierwszy raz  to widzę u niej, bo po smoczek to wyciąga  łapinkę a teraz ją zainteresowała zabawka - stwierdziła Adela. 

No Leszku, masz u  mnie dobrą kolację w Europejskim - dawno nie miałem tak  dobrych klientów. Bo tak prawdę mówiąc już nowych pacjentów nie biorę, ale Leszek mi tyle o was opowiadał, że aż postanowiłem to sprawdzić. Obaj wychodzimy  z  założenia, że lepiej jest mieć mniej pacjentów i dobierać tylko tych na poziomie. Tych nie na poziomie to i tak musimy leczyć w przychodniach, więc tych prywatnych możemy sobie  dobierać.

A ja pana, panie  doktorze, raz już spotkałam- powiedziała  Adela - był pan z wizytą u chorego dziecka mojego pracodawcy- on był wtedy w zagranicznej delegacji i ja byłam wtedy przy tej wizycie. To był dość młody niemowlak i jak pan go tak przewracał jedną ręką umierałam ze strachu, że coś się maluchowi stanie.  To było dziecko pana Ryszarda S., byłam wtedy jego sekretarką.  Jego matka była  zielona i niezbyt przytomna  ze strachu, bo jej mąż był dość  daleko od Polski.   I S. uprosił mnie  bym była  w trakcie  wizyty i bym mu przekazała  wszystkie zalecenia i oczywiście je  spisałam. 

Doktor L. wpadł w namysł , potem przyjrzał się Adeli-  pamiętam  tę sprawę, bo wydzwaniał do mnie co godzinę z tej delegacji, ale pani wtedy zupełnie inaczej wyglądała!  Zgadza  się, miałam inny kolor włosów. No i byłam nieco młodsza i w stroju wielce służbowym.  

                                                                       c.d.n.