środa, 8 lipca 2020

Zastępstwo - IX

Miesiąc to czasem dużo a czasem mało. Do tego wszystkiego Iza cały czas pracowała a Jacek
musiał być w laboratorium , bo robił  "jakieś tam próby" potrzebne do jego pracy magisterskiej.
W związku z tym jego mama w chwilach wolnych  przeglądała synowską garderobę wymieniając
ją na "nowszy model".
Obie matki zrobiły wpierw spis co "dzieciaczkom" będzie potrzebne w samodzielnym życiu i u każdej z nich rósł stosik tego, w co "dzieciaczki" zostaną wyposażone. Prawdę mówiąc było to
dobre, bo tym sposobem młodzi mieli wszystko to co potrzebne, bez stresu, że  mają np. 2 żelazka
ale ani pół deski do prasowania.
Poza tym fakt, że się mamy przyjaźniły też  miał znaczenie bo nie było wyścigu z gatunku "jak
ona dała posrebrzane to ja dam pozłacane". Oczywiście każde z nich miało zabrać z domu swoje ulubione kubki, często kupowane na wycieczkach w sklepie z pamiątkami.
Iza wytłumaczyła mamom, że to mieszkanie do którego teraz się wprowadzą to stan przejściowy, więc starczą raptem dwie zmiany pościeli, nie wezmą kompletów zastawy na 6 lub więcej osób,
bo nie mają zamiaru przyjmować  tabunów gości.
Mamuś, ja nie mam zamiaru potem po gościach froterować  zadeptanego parkietu, przecież my mamy wszyscy zwyczaj spotykać się namieście, w klubie czy kawiarni.
W mieszkaniu nie da się poszaleć na parkiecie lub pohałasować bo przecież za ścianą są inni
lokatorzy. Gdybyś choć jeden wieczór spędziła w klubie studenckim to wiedziałabyś o czym
mówię. Każdy mówi głośno bo przecież  gra muzyka, więc trzeba ją przekrzyczeć.
Większość z nas  wcale nie pragnie siedzieć za stołem i się opychać, teraz kawa, wino, jakieś
napoje i słone paluszki to już jest "przyjęcie". Zwyczaj posiadów przy stole i wspólnego
zajadania się wytworami kulinarnymi pani domu "pachnie prowincją i starością".  Popatrz-
nawet takie osobiste święta jak osiemnaste urodziny to każdy urządza albo w lokalu albo wcale.  J a nie miałam ochoty na uroczystą "osiemnastkę", Jacek też nie, dla  naszych rodzin to dość "intymne" święto. My z  Jackiem to w ogóle jesteśmy "dziwolągi", mało łazimy po klubach, wszystkie wakacje spędzaliśmy  razem z rodzicami, zacofani chyba  jesteśmy.
A na dodatek "hodowaliśmy się" jak rodzeństwo. Dobrze, że nikt w szkole o tym nie miał pojęcia bo bylibyśmy chyba  pośmiewiskiem.
No ale chyba to wspólne, w pewnym sensie, hodowanie się jakoś wam nie przeszkodziło w tym
by odkryć, że  jednak nie jesteście rodzeństwem- stwierdziła z uśmiechem matka.
Mamuś, ja go od już od drugiego półrocza pierwszej klasy typowałam na swego przyszłego męża, nawet mi przez myśl nie przemknęło, że mogłabym mieć kogoś innego za męża niż on.
I, jak widać, pozostałam wierna tej wizji . Nie da się ukryć, że ta ilość nauki którą mieliśmy
nie sprzyjała wcale poznawaniu innych  ludzi spoza szkoły. Przecież prawie codziennie
wychodziliśmy ze szkoły około szesnastej a potem jeszcze trzeba było trochę wiedzy łyknąć
w domu.
Wiesz mamuś, chyba najważniejsze to było to, że wyście  się z jego rodzicami bardzo polubili,
że razem z Jackiem mieliśmy bardzo dużo swobody a wy nam okazaliście bardzo dużo zaufania.
Być może- mama zamyśliła się. Po prostu jego rodzice i my mieliśmy takie same poglądy na
życie i mieliśmy to szczęście, że się spotkaliśmy. Po prostu wiedzieliśmy, że dzieci nie powinny
wyrastać w kłamstwie, wszystko trzeba  nazywać po imieniu a każdy zakaz uzasadnić tak by
dziecko rozumiało jego zasadność.To taki rodzaj wierności zasadzie "nic co ludzkie nie jest mi
obce", które legło u podstaw renesansu.
Oj, niedobrze ze mną, nie pamiętam kto to powiedział-stwierdziła Iza. Jej mama uśmiechnęła
się - podobno Terencjusz, ale jeszcze w starożytności , prawdopodobnie wyzwolony niewolnik
nubijskiego pochodzenia, a do tego był komediopisarzem- ponoć. Iza skrzywiła się - a ja stawiałam na Senekę albo Platona. Ma się te  braki, no ale ja jestem pracownik fizyczny, najwięcej to pracuję rękami. Chyba pójdę na studia, ale na tym kierunku, na który pójdę to nie będzie nic o Terencjuszu.
Mama powtórzyła niczym echo - na studia? Tak, chcę zrobić  magisterkę, ale dopiero gdy Jacek skończy swoje studia. Ktoś w rodzinie musi dostawać regularnie jakieś pieniądze. Przecież- mamuś nie kończ- przerwała Iza. My nie będziemy na utrzymaniu rodziców do 40 roku życia, co to to nie. Wy nam pomagacie, wujek nam pomógł z tym mieszkaniem, to naprawdę bardzo , bardzo dużo. Teraz nasza kolej, naprawdę. Mama przytuliła Izę bardzo mocno i wyszeptała - zawsze, zawsze do mego ostatniego tchnienia będę ciebie i Jacka wspierać, kocham was oboje. Tata zresztą też was bardzo kocha.
Tydzień przed terminem ślubu Iza i Jacek ustalili, że żadnego wieczoru kawalerskiego nie będzie,
bo to durny obyczaj, zresztą na ślub nie zapraszali wcale swoich znajomych - to miała być skromna, wybitnie rodzinna impreza. Ale do świadomości Izy dotarło, że ich świadkowie wcale się nie znają, więc może będzie "zręczniej", gdy się wcześniej poznają.
W związku z tym zaprosili Alicję i Aleksandra  do swego mieszkania na popołudniową kawo-herbatkę, bo dzięki trosce rodziców było już tu w czym wypić i na czym zjeść coś słodkiego, bo rodzice obojga ciągle tu coś zwozili. Zaopatrzenie załatwiła mama Jacka piekąc wspaniałe ciasto czekoladowe, mama Izy upiekła z kolei ciasteczka migdałowe a któryś  tata dowiózł do zamrażarki  termos lodów i kupione na  ekskluzywnym warszawskim targu owoce.
W ostatniej chwili rodzice  przekonali młodych, że skoro nie ma wesela, to niech chociaż pojadą w super mini podróż poślubną, czyli na działkę, bo pogoda ładna a oni wracają do pracy dopiero w czwartek. Młodzi węszyli w tym wszystkim jakiś podstęp, no ale ulegli.
Wieczorek "rozpoznawczy" jak to określiła Iza był bardzo miły - Aleksander okazał się bardzo
elokwentnym i inteligentnym facetem, a do tego z gatunku tych, na których miło jest popatrzeć,
bo jest wtedy sporo doznań natury estetycznej.
Aleksander w pełni był zachwycony  faktem, że nie będzie żadnej celebry ślubnej, ale Alicja
stwierdziła, że ona jest tradycjonalistką i chciałaby mieć tradycyjną  białą suknię z welonem
więc oczywiście ślub w kościele, bo nie bardzo byłoby to możliwe w Urzędzie Stanu Cywilnego.
No i koniecznie ładnie ustrojony kościół i czekającą pod kościołem dorożkę.
Iza patrzyła na swą przyjaciółkę z wielkim zdumieniem - nie wiedziałam, żeś ty taka religijna, zadziwiasz mnie.
Ależ nie jestem, ale ciągle świecka tradycja nie potrafi ślubom, chrztom i pogrzebom nadać uroczysty, niecodzienny charakter. W końcu nie są to wydarzenia takie zupełnie codzienne - nie wychodzi się co miesiąc za mąż ani nie  nadaje się dziecku co tydzień imienia.... no i tylko raz
się umiera, ze śmiechem dokończył Aleksander. Alicja ma rację - kościół ze wszystkiego robi
wielkie przedstawienie, bo to właśnie przyciąga  ludzi.
A mnie to zraża, powiedziała Iza. Zawsze mi się przypomina cytat "modli się przed figurą a
diabła ma  pod skórą", albo za skórą, jakoś tak to brzmiało. Ale nie dyskutujmy o religii. Etyka
obowiązuje wszystkich a z dziesięciu  przykazań większość  do niej pasuje.
Jacek przy okazji powiedział Aleksandrowi o tym, że zrezygnował ze stypendium budząc tym
krokiem wielkie zdziwienie w dziekanacie.
No to wy sobie pogadajcie o przyszłych możliwościach, a my na chwilę znikniemy.
Ala z Izą  zniknęły w sypialni, bo Iza chciała zasięgnąć porady odnośnie sukienki, w której
chciała brać ślub. Kupiła ją dawno, wcale nie z myślą o własnym ślubie - po prostu była
zachwycona tą sukienką, jej kolorem i fasonem. Sukienka miała wąziutkie długie rękawy, dopasowany stanik, kwadratowy duży dekolt z przodu i nieco mniejszy z tyłu, spódnica była
lekko rozkloszowana. 
Iza zaprezentowała się w niej Alicji , która szczerze zachwyciła się wyglądem przyjaciółki.
Ala chciała zawołać Jacka i Aleksa, ale Iza  ją powstrzymała  słowami - niech choć mój wygląd
w dniu ślubu będzie dla niego zaskoczeniem.
Rano o 7 przyjedzie tu fryzjerka (mamy mnie zmusiły do tego) żeby mi upiąć fachowo włosy.
W urzędzie  mamy być o 9,45, ty i Aleks też. A propos Aleks - podoba ci się? Bo wg mnie
to jest na czym oko zawiesić. Ale podobno jest już zajęty, z tym , że tamta jest daleko od Polski.
"Ślubna sobota" zapowiadała się nieźle - fryzjerka dotarła już przed siódmą. Upięła Izie włosy
w kok utrwalając wszystko ogromną ilością lakieru do włosów. O 9,25 przyjechał po nich
ojciec Izy z wiązanką ślubną, o której pomyślały mamy, ale nie Iza. Tata przypomniał obojgu,
żeby koniecznie wzięli swoje  dokumenty, które będzie miał Jacek, bo Iza  nie będzie przecież
dzierżyć torebki, tylko wiązankę.
W  holu USC Iza  zdjęła z siebie jedwabny płaszczyk czym wywołała ciche "oooo" Jacka i
głośne "super" wujka. Alicja zawiesiła na jej szyi naszyjnik z kryształów, mówiąc, że  to jest
prezent od niej.
Cała ceremonia łącznie z podpisami i życzeniami złożonymi przez urzędniczkę trwała około
20 minut- jak zauważył Jacek zajęło to 17 minut. Po tych istotnych 17 minutach pojechali do rodziców Izy  zjeść śniadanie.
 Do restauracji dotarli tuż przed swoimi gośćmi.
Dekoracja stołu nawiązywała do sukienki Izy. W malutkich wazonikach były przy każdym
nakryciu małe wazoniki z chabrami rodem z Cepelii a na środku stołu stały bukiety białych,
żywych, róż.
Było gorąco, więc podano gazpacho, z tak zwanym polskim akcentem, bo było na  bazie
buraków. Ciocia Melania trochę dziwiła się, że to gazpacho jest w nietypowym kolorze, bo
przecież pomidorowy przecier ma inny kolor. Potem podano polędwicę Wellington, która była ulubionym daniem Izy a z czasem i Jacka.
Ojej, pycha, jeszcze  nie jadłam takiej w otoczce z prawdziwków, muszę chyba nauczyć się tak
ją przyrządzać-poinformowała wszystkich radośnie Iza. Ciekawe tylko skąd wiedzieli, że ja uwielbiam  takie jedzenie- rzuciła w przestrzeń pytanie i posłała wujkowi radosne spojrzenie.
Widocznie wróble krążące po Warszawie wyćwierkały  a kucharz to usłyszał- odparł ze
śmiechem wujek.
W trzy godziny później, wszyscy w świetnym nastroju opuścili gościnne progi "Honoratki", pospacerowali nieco po Starówce a potem rozjechali się w swoje strony.
Iza i Jacek zdecydowali, że na działkę pojadą następnego dnia z samego rana.
                                                         
                                                                       c.d.n




wtorek, 7 lipca 2020

Zastępstwo - VIII

Wizja lokalna mieszkania przeszła szybko i bezboleśnie.  Mieszkanie było spore, ale nieco
dziwne.
Niewątpliwym plusem był długi przedpokój z olbrzymimi szafami w ścianie. Wyglądało to
jakby jedna ściana była pokryta  boazerią.
Trzy pokoje to były  tylko  na planie- tak naprawdę to były 2 pokoje z kuchnią posiadającą
aneks kuchenny. Wg Izy kuchnia była kiepska- długa, wąska, ciemnawa choć z oknem i miała
dwa wejścia- jedno od strony przedpokoju, drugie , przy oknie, łączyło ją z przylegającym do
niej na całej długości bardzo dużym pokojem , z dużym balkonem. Praktycznie  jedna ściana
to było kilka dużych okien  i drzwi balkonowe.
Ten duży pokój był kiedyś dzielony przesuwaną ścianą z drzwiami, ale dawno wszystko było
rozebrane  i teraz tylko zmyślne otwory w parkiecie świadczyły o tym, że pokój czymś był
kiedyś przedzielony. Widok  "lewo-skośny" z pokoju i kuchni był na Sejm.
Drugi pokój był znacznie mniejszy- wchodziło się do niego z przedpokoju.Przylegała do niego
 całkiem duża  łazienka z pełnowymiarową wanną i WC. Na ścianie nad podwójnym łóżkiem
wisiała reprodukcja obrazu  "Maja  naga" pędzla Francisco de Goya.
Na jego widok Iza powiedziała-  bardzo ładny model nocnej bielizny, taki jak mój.
Okno wychodziło na podwórko typu "studnia". No i jeszcze - przed wejściem  do kuchni,
między drzwiami  do mieszkania a kuchnią znajdowała się toaleta dla gości wyposażona
w sporą umywalkę i lustro.
Wszędzie było czyściutko, bo raz  na kwartał przychodziła sprzątaczka i wycierała kurze i
polerowała parkiety, a ciocia Mela co kilka dni spędzała tu kilka  godzin wietrząc mieszkanie.
Iza orzekła, że jej zdaniem niczego tu nie trzeba zmieniać, na jej umiejętności i zacięcie
kulinarne taka kuchnia wystarczy i fajnie, że jest aneks kuchenny ze stolikiem i krzesłami,
a nawet i regał z książkami.
W  dużym pokoju była rozkładana sofa, stół z czterema krzesłami, bardzo urodziwy sekretarzyk
z wysuwanym  blatem, a przy ścianie  wspólnej z kuchnią stała zabawna mała dwuosobowa
kanapa, stolik okolicznościowy i dwa foteliki-  komplet mebli w tym pokoju był w stylu Ludwika XVI. Na ścianach wisiały obrazy, podobno autentyki, rodem z DESY. Ale co do autentyczności
tych obrazów to wujek miał duże wątpliwości.
Wujek zwrócił uwagę  na okna - stolarka była kiepska i z całą pewnością okna przed okresem
jesienno-zimowym wymagały porządnego uszczelnienia.
Gdy tatusiowie wyszli na  balkon podziwiać widoki, wujek objął młodych i powiedział - nie jest
to za  fajne mieszkanie, ale umówimy się tak, że czynsz to ja będę płacił, a wy tylko prąd i gaz.
Tylko nie chwalcie się tym przed rodziną, a Melą zwłaszcza. Słodka kobieta, ale jej obłędna 
miłość do wnuka mnie dobija. On ma przecież  żonę i dwójkę  dzieci, ale już się dziewczyna
ocknęła i się rozeszli. Oczywiście zdaniem Meli to wina tej żony, bo za mało wyrozumiała była - wszyscy dookoła winni, ale nie ukochany Maciuś, leń i dureń i pijak.
Ojej, szepnęła Iza- szkoda dzieci i tej jego żony też szkoda.
A ja ją w pełni rozumiem - powiedział wujek.Powrót pijanego w sztok męża  można znieść
raz,  góra dwa razy w roku, ale nie codziennie.
No i co - zamieszkacie tu do czasu otrzymania własnego mieszkania? Iza objęła wujka  i
wycisnęła na jego policzku pocałunek- pewnie, że tak, zamieszkamy. I bardzo, bardzo ci
dziękuję. Do podziękowań dołączył też Jacek i wprosił się na wizytę w firmie wujka. Firma produkowała szklany sprzęt laboratoryjny.
Tatusiowie powróciwszy z  balkonu oświadczyli, że we wrześniu zajmą się oknami  bo
ich zdaniem takie zwyczajne uszczelnienie nie pomoże, ale oni coś wymyślą do tego
czasu.
Zasadniczym mankamentem mieszkania było jego oddalenie od uczelni i laboratorium
Jacka i pracy Izy. Ale obaj tatusiowie twierdzili, że komunikacja między tymi dzielnicami
jest całkiem dobra, Iza obskoczy to jednym autobusem, a Jacek dwoma. Zresztą to tylko
kwestia roku, no może półtora.
Żeby nie było tak poważnie to ojciec Izy stwierdził, że ze wspólnym zamieszkaniem to
powinni zaczekać do ślubu, czym przyprawił  wszystkich  o wybuch śmiechu.
Ojej, dusił się ze śmiechu ojciec  Jacka - i to mówi ten co jeździł na krzakoterapię pod
namiot przez ponad rok, wmawiając  rodzicom, że jedzie z kolegą,  a te długie włosy na
jego swetrze to pewnie dlatego, że był tłok w autobusie.
A Iza stwierdziła, że i tak nie uda im się tu dużo wcześniej przed ślubem zamieszkać, bo
każde z nich musi przecież się spakować a Jacek to będzie musiał chyba dokupić tu jakiś
pojemny regał na swoje  książki i notatki. Wujek zaprosił ich jeszcze do przedpokoju, by
obejrzeli dokładnie te szafy w ścianie - jedną z tych szaf można było zaanektować jako
regał na książki, bo półki były od podłogi do sufitu, więc mogły tu być książki, które
w danej chwili nie  musiały być "pod ręką", a w aneksie kuchennym stojący tam regał
wykorzystać na książki stale potrzebne.
Gdy skończyli oglądać mieszkanie wujek wręczył klucze do niego Izie. Przed wyjściem
z budynku  skręcił na podwórze - było tu 5 garaży, jeden z nich należał do wujka. Stał
w nim opel-combi, ale wujek używał go dość rzadko- bardziej przydatnym wozem
był VolksvagenTransit, którym jeździł codziennie. Wujek dał Jackowi kluczyki do
niego, dowód rejestracyjny i klucze od garażu mówiąc - a tym to sobie będziecie mogli
przewieźć swoje rzeczy. Jak się przeniesiecie to się pomyśli co dalej z tym fantem
zrobię. Na co dzień i tak nim nie jeżdżę, a jak do kogoś idziemy w gości to wolę brać
taxi, żeby choć lampkę wina spokojnie wypić. A jak będziecie mieli coś większego
to dzwońcie do mnie i przewieziemy  co trzeba Transitem. No to póki co to ja wracam
do Meli. Przytulając Izę szepnął jej, że w lodówce mają coś dobrego, więc niech
wrócą na górę.
Ciekawość to wprawdzie pierwszy stopień do piekła, ale Iza była ciekawa co takiego
dobrego czeka na nich w lodówce , więc  powiedziała  tatusiom, że oni jeszcze wrócą
na górę, bo Iza coś jeszcze  chce wymierzyć. Przecież nie masz  żadnej metrówki przy
sobie zauważył jej ojciec, to jak wymierzysz? Na to Iza sięgnęła do torebki i wyjęła
z niej tzw. taśmę mierniczą, pięciometrową. Obaj tatusiowie z lekka oniemieli, Jacek
zresztą  też i Iza z Jackiem wrócili na górę.
W lodówce  czekały na nich  ciastka od Bliklego z kartką o treści- miłego popołudnia,
a potem możecie się ochłodzić lodami, są w zamrażalniku.

                                                        c.d.n.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Zastępstwo - VII

Następny dzień po powrocie Iza i Jacek  spędzili w dzielnicowym Urzędzie  Stanu
Cywilnego. Oboje mieli dokumenty w tym samym urzędzie. Wpierw Jacek ubłagał
panią w archiwum by im wydała "od  ręki" ich akty urodzenia (dostali je  niemal
w pół godziny), następnie  poszli do działu ślubów by je złożyć i móc jak najszybciej
wziąć ślub. Trochę się pani urzędniczka chichotała, gdy usłyszała, że najlepiej by to
było możliwe już w następnym tygodniu, ale  przepis wymagał by pomiędzy złożeniem
wymaganych dokumentów a ślubem upłynęło 30 dni. Na pytanie  Jacka "ale dlaczego"
z pełną powagą odpowiedziała- żeby każdy miał czas na zastanowienie się co robi.
Proszę  mi wierzyć - całkiem sporo osób wycofuje dokumenty w ciągu tych 30 dni.
Tym sposobem  ślub  miał być w drugą sobotę lipca. Oboje spojrzeli na urzędniczkę
z wielkim niedowierzaniem. Wyszli z Urzędu objęci i uśmiechnięci. Teraz należało
poprosić 2 osoby na świadków. Jacek naprawdę miał zamiar poprosić na świadka
Aleksandra, a Iza swą najlepszą przyjaciółkę, Alicję.
Będziemy mieć świadków na "A" - pierwszy ślub i świadkowie na pierwszą literę
alfabetu. Jeżeli  nam się nie uda, to  następni świadkowie powinni być na drugą
literę alfabetu, czyli na "B"- zapodała Iza. Mam w rodzinie kuzynkę, która  rok temu
wyszła za mąż po raz trzeci i jestem dziwnie pewna, że jak się jej nie ułoży to i po
raz czwarty wyjdzie  za mąż. Pierwszy nie wytrzymał i....umarł, drugi zwyczajnie
pojechał na wycieczkę  zagraniczną z Orbisem i nie wrócił. Trzeci na razie dzielnie
trwa na posterunku. A często się z tą kuzynką widujesz? - zainteresował się Jacek.
Nie, jak na razie to ją widziałam ze dwa razy  i starczy.
Jacek, to może teraz  chodźmy do mnie, u mnie jest "chata, szkło i adapter", mama
pojechała do cioci Meli, ja do pracy idę dopiero jutro a i to na 13,30, zdążę się
zregenerować.  I dopiero teraz mi to mówisz? No to lećmy, szybciutko!
Niedzielny obiad przebiegł w wielce przyjaznej i miłej atmosferze i przyniósł nowe
rozwiązania. Na samym początku, gdy już wszyscy siedzieli i dłubali widelcami
w przystawce z szyjek rakowych oraz sączyli delikatne  białe wino, Jacek i Iza
powiedzieli rodzinom, że w drugą sobotę lipca o godzinie 10,00  przed południem,
odbędzie się ich ślub w USC, na którym  z radością zobaczą swych dzisiejszych gości.
A tego samego dnia o godzinie 15,00 będzie obiad rodzinny w gronie nieco
powiększonym obecnością świadków. I odbędzie się również tak jak ten, w "Honoratce".
A potem to już było tylko wesoło, jak określiła to  Iza.
Ciocia Melania  wyraziła zachwyt, że "młodzi od tak dawna się znają", co na pewno
rokuje dobrze  na przyszłość. I że  dopóki nie będą mieli własnego mieszkania, które
jeszcze nie ma nawet fundamentów, mogą mieszkać w mieszkaniu jej córki, która
wyjechała do Szwecji, tam wyszła za mąż i nie zamierza wrócić do Polski. Tylko trzeba
je nieco odświeżyć, bo po ostatnich lokatorach od roku stoi puste i generuje koszty.
I wreszcie mieszkanie przestanie  generować koszty, a ona nie będzie musiała tam
co kilka dni chodzić i je wietrzyć. Będą tam mieszkać, dbać o nie i tylko płacić czynsz
i media. To trzy pokoje z kuchnią, w wieżowcu, w centrum miasta, ale w bocznej
ulicy, niemal vis a vis sejmu, na ósmym piętrze. Przedtem mieszkał tam wnuk cioci
Meli, ale wpadł w szpony hazardu i alkoholu i teraz córka cioci Meli zabrała syna
do Szwecji, do Goteborga. Ale ciocia Mela nie wierzyła, że "coś z niego jeszcze  będzie."
Iza słuchała tych opowieści niemal z opadniętą ze zdziwienia szczęką - takie "rewelacje"
usłyszała po raz pierwszy- nie tylko ona, jej rodzice także.
"Bo to ogromnie ważne, gdzie młody człowiek zacznie swą pierwszą pracę- tłumaczyła
ciocia Mela-kolega go namówił na pracę ochroniarza w kasynie jednego z hoteli, bo
Maciuś trenował sporty walki i znał język angielski." Iza przypomniała sobie jak wyglądał
ukochany wnuczek cioci - byczy kark i tępy wyraz twarzy i zero intelektu w rozmowie.
Był nieco od niej młodszy. Spojrzała na wujka, który miał minę z gatunku "ja o niczym
nie wiem i nie chcę wiedzieć", ale  zdopingowany spojrzeniem  Izy przerwał opowieść
cioci Meli, mówiąc, że "czynsz nie jest w tym mieszkaniu wysoki, bo to spółdzielczy
budynek, więc spokojnie go udźwigną razem z opłatą za media". Mama Izy szybko
zaczęła dopytywać się, czy już wybrali świadków, a mama Jacka dopytywała się czy Iza
już pomyślała o jakiejś kreacji na ten dzień. Ciocia Mela zaczęła pomału wracać do
rzeczywistości, a wujek powiedział, że chętnie pokaże im to mieszkanie w najbliższą
niedzielę.Tatusiowie obojga też się wprosili na oglądanie mieszkania - Iza i Jacek
wymienili porozumiewawcze spojrzenia a Iza cichutko szepnęła- "już czują mrowienie
w palcach".
Gdy podano deser lodowo-owocowy do wujka podszedł jakiś facet, wujek poderwał się
z krzesła z taką szybkością jakby ważył ze 20 kg mniej, panowie przywitali się, wujek
przeprosił wszystkich i oznajmił, że za chwilę wróci. Lody Ci się roztopią! - zawołała
z rozpaczą w głosie ciocia Mela . Ale  wujek już odchodził od stołu.  Ciocia wywróciła
lekko oczami w stronę sufitu i powiedziała- ja chyba tego  gościa znam, ale zupełnie nie
pamiętam kto to jest- w jej głosie brzmiał niepokój. Mama Izy zaczęła starszą panią
uspokajać, że na pewno to jakiś  znajomy wujka. W tym momencie podszedł do stolika
kelner, pochylił się nad Izą i powiedział, że wujek ją prosi na chwilę, a on ją do niego
zaprowadzi. Jacek chciał iść  razem z nią, ale wysyczała- "zostań, to ja mam iść" więc
tylko poprawił się na krześle usiłując wzrokiem przebić ścianę korytarzyka, w którym
wpierw zniknął wujek a teraz Iza. Po kwadransie wróciła Iza niosąc dla siebie nową
porcją lodów z jagodami, a 5 minut potem uśmiechnięty i nie wiadomo czym uradowany
wujek. Kelnerka przyniosła kawę i  soki owocowe i jakoś znormalniało  przy stole.
Iza pokazała  dyskretnie Jackowi  uniesiony w górę kciuk, potem   kiwnęła na kelnera i
poprosiła o rachunek.
 Ale rachunek już jest uregulowany, proszę pani- odrzekł kelner z ukłonem. Miłego
wieczoru państwu życzę.
Pospacerowali jeszcze wszyscy razem po Starówce, wujek odnalazł swój samochód,
rodzice  wzięli taksówkę a Iza z Jackiem oświadczyli, że  mają ochotę  kawałek
drogi do  domu pokonać na własnych  nogach. Po prostu Iza musiała mu kilka spraw
wyjaśnić.
Wywołałaś lawinę dziwnych zdarzeń- zaczął Jacek, ale Iza  mu przerwała. Nie ja, a ty-
odparowała zarzut Iza. To ty chciałeś  żebyśmy się rozstali na jakiś czas, bo nie wiedziałeś
czy mnie kochasz jak siostrę  czy jak obcą kobietę. No to stwierdziłam, że wystarczy to
zbadać doświadczalnie w najprostszy i najstarszy pod słońcem sposób i nieco bezpłciowe
pieszczoty przekształcić w coś bardzo konkretnego. Już dawno tego chciałam, byłam na
to gotowa i fizycznie i psychicznie ale czekałam aż do teraz byś mógł spokojnie się uczyć
i byśmy ewentualnie mogli się pobrać. Tak naprawdę mogliśmy wcześniej spróbować,
ale mądrzej było z tym poczekać. Wiem dokładnie co studiujesz i wiem, że  aby mieć
potem w tej dziedzinie sukces nie da się obskakiwać egzaminów na amfie. Bo egzamin
zdasz, ale w głowie te wiadomości nie zostaną na długo. A jak już jesteśmy przy temacie
łóżkowym- biorę tabletki, więc potrzebuję nieco dłuższego wstępu, albo będziemy działać
na zasadzie wpierw szybkie małe co nieco dla ciebie a potem ty popracujesz nade mną.
I naucz się mówić o wszystkich swych doznaniach, nie jestem  jasnowidząca i nie wiem
co ci sprawia największą  frajdę, domyślam się, ale chciałabym to usłyszeć od ciebie,bo
sam już wiesz, że za każdym razem jest nieco inaczej i trzeba sobie wybrać te warianty,
które nam obojgu sprawią frajdę. I trzeba sobie o tym mówić. Im więcej sobie powiemy
teraz tym  szybciej będziemy potem rozumieć się  bez słów.
No a teraz o dniu dzisiejszym - wujek po prostu zapłacił za dzisiejszy obiad i obiecałam,
że pozwolę mu zapłacić za to przyjęcie ślubne. Stwierdził, że tak rzadko robił  mi prezenty,
że muszę mu  na to pozwolić. Poza tym jest mi wdzięczny, że jako jedyna z rodziny nie
wieszałam na  nim okolicznych psów gdy się żenił z Melą, która jest od niego z 10 lat
starsza, ale do dziś Melania wie co i jak się robi w łóżku z facetem i pod tym względem
wujek nadal ją ubóstwia. Kilka psów zdążył dziś powiesić na córce i wnuku Melanii.
A ten co się z wujkiem witał to właściciel tej  "Honoratki". No na koniec - wujek się
pytał, czy nie chciałabym pracować w przychodni dla rzemieślników, ale tak naprawdę
nie widzę sensu w zmianie pracy.
No i zdaniem wujka możemy tam zamieszkać nawet od zaraz, bo jak powiedział-
"bezdomność w waszym wieku szkodzi na system nerwowy", więc pogadaj ze swoim
ojcem a ja pogadam z matką o tej  naszej bezdomności i jej "złym na  nasz system
nerwowy wpływie", żeby  nie wynajdywali rzeczy z gatunku "warto to zmienić". Jak
znam  Melę to ona  przesadza i sami musimy zdecydować co tam  naszym zdaniem trzeba
zrobić.


                                                                 c.d.n.


























Zastępstwo- VI

Kwiatki, czekoladki, uściski, zapewnienia,  że zawsze się dla nich znajdzie domek gdy
zamarzy im się  pobyt w tym ośrodku, potem składanie  "dobytku" i upychanie go
w samochodzie, znowu uściski i fura  miłych słów i "przyjeżdżajcie też w  każdą niedzielę
przez całe lato" i  głębszy oddech, bo już tylko 35 km i będzie powrót do rzeczywistości.
Oboje  całkiem przytomnie zauważyli,  że wyjazdy na działkę były mniej absorbujące, co
dość mocno zdziwiło Jacka.
Iza zaraz mu to wyłożyła dość dobitnie - bo dopóki się mieszka z rodzicami to się nie wie
na czym polega życie - spija się  śmietankę bez hodowania i dojenia krowy.  U rodziców
to my tylko łaskawie pomagamy, ale to oni zarządzają. Wiesz, to jak z praniem i gotowaniem-
wiesz gdzie jest  w domu kosz na brudy i gdzie stoi pralka, ale zapewne jeszcze nic w życiu
sam do pralki nie wrzuciłeś i nie uprałeś, wiesz  gdzie jest kuchnia, ale niczego poza wodą
na herbatę nie ugotowałeś. Zakupy robisz wg rozpiski, którą dostajesz od  matki, bez
zastanawiania się co i ile kupić.  Bycie dorosłym i samodzielnym to całkiem spory wysiłek
i umysłowy i fizyczny. I potem okazuje się, że ta wymarzona dorosłość nijak się ma do
marzeń o dorosłym życiu - bo nam się marzy ta dorosłość jako czas, w którym nareszcie
"będziemy robić to co chcemy". A to  bzdura - całe życie jesteśmy od kogoś lub czegoś
zależni.
Jacek zwolnił, jechał teraz z oszałamiającą szybkością 40km/godz., wreszcie stanął w małej
zatoczce do parkowania.
Co jest!? - zdziwiła się Iza. Coś z samochodem?
Nie, tylko muszę ci kilka rzeczy powiedzieć. Jesteś cudowną i mądrą dziewczyną. Kocham
cię na każdej  płaszczyźnie tego co w sobie masz - kocham nawet twoją złośliwość gdy mi
dokuczasz. Nie jestem ideałem, nawet niewiele w domu pomagałem, ale mam dobre wzorce
i kilka rzeczy potrafię zrobić, bo asystowałem ojcu we wszystkich technicznych pracach
w obu domach. Jestem kiepski w  mówieniu komplementów, bo to tylko słowa.
Zapewne jestem jeszcze dość toporny w łóżku, ale nie miałem chęci ćwiczyć gdzieś na boku,
by potem ciebie olśnić swymi umiejętnościami - tego będziemy się musieli razem uczyć.
Z działalności  kulinarnej to potrafię usmażyć kotlety schabowe, ugotować coś wg instrukcji
która jest na opakowaniu a nawet umiem ugotować krupnik - bez instrukcji na opakowaniu.
I umiem cienko obrać kartofle. Pomyślałem o tym mieszkaniu razem z rodzicami, bo do
czasu obrony pracy będę miał mało czasu na ogarnianie prac domowych, a nie chcę byś tylko
ty się tym zajmowała. Ale też wiem doskonale, że moi rodzice zawsze cię  kochali równie
mocno jak mnie i jestem w 100% pewien, że gdy tylko powiemy im o tym, że chcemy się
pobrać, to zaraz usłyszymy, że dopóki nie będziemy mieć własnego mieszkania to możemy
się zakotwiczyć u nich, by nie wydawać pieniędzy na wynajem. Od ich  mieszkania oboje
mamy blisko do pracy. Wiem, że oni nie będą się wtrącać w nasze  życie, dostali w kość od
swoich starych i dobrze o tym pamiętają.  Jakoś się oboje pomieścimy w moim pokoju, ma
wszak 30 metrów. I jeszcze pomyślałem, że nim pojedziemy do domu to podjedziemy do
Baszty zarezerwować miejsce, bo oni ostatnio jacyś przeładowani gośćmi są. Ciągle mają
jakieś wesela.
Nooo, jak  na współczesnego młodego faceta to  nawet całkiem sporo myślisz i niegłupio.
I wiesz, też cię kocham za całokształt, a teraz jedźmy dalej.
Wpierw podjechali do domu Jacka  (było po drodze), potem do Izy. Mama Izy była w domu,
ale była zajęta rozmową telefoniczną. Iza z Jackiem krzątając się po kuchni i szykując kawę
słyszeli  jak mama Izy pokrzykiwała do słuchawki: "tak kochana", "masz rację", "oczywiście",
"wszystko dokładnie powtórzę", "oczywiście, to jasne jak słońce", "tak, tak , masz rację",
"tak, tak, całuję cię, tak tak, przyjdziemy".
O rany, mama z kimś głuchym rozmawia- stwierdziła półgłosem Iza. Nieźle krzyczy w tą
słuchawkę, przez  zamknięte drzwi słychać jakby stała obok. Ciekawe z kim odprawia te
krzyki.
Ciekawość Izy  została dość szybko zaspokojona - jej mama już szła ku nim z uśmiechem
i po wymienieniu z nimi uścisków powiedziała - właśnie  rozmawiałam z ciocią Melanią.
Byliście w ośrodku rzemieślników, którego kierowniczką jest  cioci wieloletnia przyjaciółka.
Podobno jesteście: śliczni, przemili,  kulturalni, co oznacza, że Iza nie latała na stołówkę
w bikini bo upał. A Jacek wg p. kierowniczki  z całą pewnością ma niedowagę, biedny
chudzinka. No i ciocia zaprasza nas wszystkich do siebie, rodziców Jacka także, na obiad.
O nie!- krzyknęła Iza - nie mam zamiaru paść z przejedzenia. Kocham ciocię Melanię, ale
zawsze się czuję u niej niczym gęś w  trakcie tuczu. Mowy nie ma, u niej  nawet sama kawa
bez ciasta tuczy. No a jak ta przyjaciółka powiedziała, że Jacek jest chudziną, to stół się
będzie uginał pod ciężarem pełnych półmisków. Wujka już utuczyła, niestety.                      
Mamuś, Jacek i ja zaprosimy rodziców Jacka, was i  w takim razie ciocię Melanię, skoro już
wie, że byłam na urlopie z Jackiem, na obiad.  Może nam się uda na  najbliższą niedzielę,
zaraz pojedziemy do Baszty zamówić miejsce. Jak tam nie będzie  miejsc to podjedziemy do
Honoratki, tam też  dobrze karmią. A czemu tak krzyczałaś do tej słuchawki?
Aaa, ciocia ma zatkane jedno ucho, ale już jutro idzie do laryngologa, a ponieważ w trakcie
rozmowy piła herbatę, to musiała trzymać słuchawkę w lewej ręce i trzymała ją przy tym
zatkanym uchu, więc musiałam pokrzykiwać. Ale to ona tu dzwoniła. Nie wiem dlaczego
akurat wtedy, gdy piła tę herbatę. No cóż, wszyscy kiedyś będziemy starzy, ciocia ma już 75
lat.  Niemożliwe, myślałam, że z 10 lat mniej, bo wygląda świetnie - zdziwiła się Iza.
Na  najbliższą niedzielę nie było miejsc w "Baszcie", więc pojechali do "Honoratki". Doszli
do wniosku, że to  może nawet lepiej bo: wujostwo będzie miało od siebie bliżej, to raz,
a poza tym "Honoratka" miała ciekawe, klimatyczne wnętrze, była restauracją rzemieślników
i wujostwo często tu bywali i chwalili tutejszą kuchnię. Przejrzeli menu, Iza sprawdziła, że
bez problemu znajdzie coś lekkiego dla siebie. Teraz tylko czekała ją rozmowa z ciocią,  ale
postanowiła odłożyć ją na wieczór, bo wtedy prawdopodobnie telefon odbierze wujek, więc
nie będzie  musiała mu opowiadać o ich pobycie w ośrodku.
Jacek siedział nieco skwaszony, więc mama Izy stanęła na progu kuchni i skinęła na Izę -
chodź ze mną na chwilę do sypialni, coś ci pokażę.
W sypialni zapytała półgłosem: a co jemu się stało? wygląda jakby mu ktoś umarł.  Mamuś,
on już przeżywa  fakt, że dziś będzie spał beze mnie. Szybko się przyzwyczaił do mojej
stałej obecności. Mama roześmiała się - no a ty się nie smucisz z tego powodu? Smucę, ale
nic  na to nie poradzę, urlop mi się skończył. Dobrze, że jutro jeszcze nie muszę być w pracy.
Zaczynam pojutrze popołudniówką. No to idź go pociesz, że zawsze któreś się może zbyt
długo zasiedzieć i przenocować, poza tym każda niedziela  będzie dla was albo tu albo na wsi.
Macie szczęście, że nie macie  normalnych (ale zakłamanych) rodziców.A coś postanowiliście?
Mamuś, w niedzielę się  dowiesz, zawsze mi mówisz, że kobietę powinna cechować cierpliwość.

                                                       
                                                                               c.d.n.


niedziela, 5 lipca 2020

Zastępstwo - V

Dwa tygodnie to tylko 14 dni, które dziwnie szybko mijały. Iza   stwierdziła, że chyba
powinni sobie robić notatki, w jakich godzinach dnia i nocy najbardziej im wychodzi
sex. Jacek z kolei twierdził, że powinni natychmiast wziąć ślub, żeby mógł  każdego
wieczora zasypiać trzymając w objęciach Izę.
Zapomnij - wieczorem to ja jestem denat- ja to jestem ciężko fizycznie pracująca osoba.
W dni,  w które pracuję do 18,00 to nawet nie mam siły przygotować sobie kolacji.
Piję wtedy tylko soki owocowe lub warzywne i zjadam jakieś herbatniki lub coś  co
mama upiecze. Z reguły nie spotykamy się w dni, w które pracuję po południu, jestem
zbyt zmęczona.
A dlaczego mi nigdy o tym nie  powiedziałaś?- zdziwił się Jacek.
A pytałeś się? Nawet gdybym powiedziała to niczego by to nie zmieniło, taka praca.
Taki sobie wybrałam zawód, wiedziałam co mnie czeka. Jedyny plus, że mamy
bardzo porządną i sympatyczną naszą szefową. Każdego nowego pacjenta z nami
omówi, nie  zostawi  nas tylko z wypełnioną kartą zlecenia. Co prawda wtedy wychodzę
jeszcze później z pracy, za to mi łatwiej pracować z pacjentem. To ona mnie przekonała
bym brała prywatne zlecenia, bo to co oferuje  " darmowo" ubezpieczenie to kropla
w morzu potrzeb.  Mało która  matka  może potem w domu ciągnąć rehabilitację. Wiesz-
dziecku potrzeba 365 zabiegów a dostaje raptem  po dwadzieścia, dwa razy w roku.
Resztę, czyli 325, jeśli rodzicom zależy by dziecko doszło do normy, muszą zapewnić
dziecku na koszt własny. My, jak cała "służba zdrowia" zarabiamy kiepsko i te fuchy
nas  ratują finansowo. Ja biorę tylko tych pacjentów, którzy mieszkają blisko, 2- 3
przystanki autobusowe ode mnie, a nie na drugim końcu dzielnicy. Ostatnio mam
dziecinę na naszym osiedlu, na sąsiedniej ulicy. Fajna dziewuszka, ma półtora roku
i widać postępy. Już  nawet się cieszy gdy przychodzę i ta rączka jest coraz lepsza.
Jak już będzie dobrze, to tylko nauczę jej mamę jak ma z nią ćwiczyć w ramach
zabawy. Ma malutka szczęście, że jej matka zobaczyła, że mała nieco inaczej wyciąga
w górę jedną rączkę. Taki mikroskopijny zespół DPM.
Znam takiego rehabilitanta, który pracuje w szpitalu, jest po studiach i wcale nie
zarabia sporo więcej ode mnie i żyje dostatnio tylko z tych prywatnych wizyt.
Różnica polega między nami głównie na tym, że on ma tych co już nie mówią a ja
najwięcej tych co jeszcze nie mówią. Podobno mam dobry kontakt z maluszkami.
Jacusiu, jutro trzeba podjechać do Zegrza albo do Serocka i kupić jakieś  czekoladki
i kwiatki dla pani kierowniczki - bycie rodziną p.Melanii zobowiązuje.
Damy to jutro po obiedzie, bo pojutrze po śniadaniu się stąd wyniesiemy.
Nie rób takiej smutnej miny, przecież się nie rozchodzimy, mamy się pobrać.
Jacek rzucił jej  niezbyt przytomne  spojrzenie- właśnie się zastanawiam gdzie my
będziemy mieszkać. Budynek, w którym  mam mieć  mieszkanie prezentuje się
jako głęboki wykop, więc może za rok będzie gotowy. Mamy do wyboru albo
mój pokój albo coś wynająć. Mądrzej byłoby pomieszkać na razie u moich
rodziców. Moja maman cię uwielbia i zaraz Ci przedstawi same  zalety takiego
rozwiązania. Bo zawsze marzyła o córce a urodziła mnie- straszliwie była
rozczarowana tym faktem. Do dziś mi to powtarza.
Ja też bardzo lubię twoją mamę, lepiej się z nią dogaduję niż z własną. Jacek, ale ja
nie chcę ślubu kościelnego i wesela też nie chcę. Zwykły cywilny na dzielnicy, obiad
rodzinny w Honoratce i koniec.
A twoje przysłowiowe pięć minut? Biała suknia z trenem, welon , te  śmiecie rzucane
na szczęście itd?  Dorożka lub biały mercedes?
Jacuniu,  mówię poważnie. Mam śliczną sukienkę, której jeszcze nie miałam okazji
założyć, jest w twoim ulubionym błękitnym kolorku i ma duuuży dekolt z przodu
i z tyłu.
A kto nam będzie świadkował? - spytała Iza
Jacek uśmiechnął się szeroko - mnie Aleks, bo ty lubisz ładnych chłopaków, zwłaszcza
ciemnych szatynów o jasnych oczach.
No to ja poproszę Alicję - wszak ty lubisz blondynki o szarych oczach.
Jasne, najbardziej lubię blondynki, co widać  zwłaszcza po tobie. Jak się nazywa ten
twój kolor?
Po prostu czarny.
Jacek westchnął teatralnie - myślałem, że może "czerń nocy".
                                                                      c.d.n.

Zastępstwo - IV

Ośrodek "Budowlanych" był pełen ludzi. Piach na plaży był brudny,  jedyny kosz na
śmiecie był wypełniony "z górką" i otoczony  śmieciami. W kawiarni nie było już
wolnych  miejsc, więc wzięli  lody "na wynos". Jedli lody i przyglądali się otoczeniu.
Pomiędzy jednym a drugim "liźnięciem" Jacek stwierdził, że może ośrodek w którym
zamieszkali nie jest wytworny, ale jest w nim czysto a poza tym cicho i przestronnie.
Tu stanowczo było zbyt wiele  ludzi, pełno  wrzeszczących dzieciaków, plaża mała
i bardzo brudna a  stojące  przy brzegu rowery wodne wyglądały na mocno już
wysłużone. Zjedli  lody i wyruszyli przepatrzeć jeszcze inne  miejsca. Dojechali do
miejsca w którym wyraźnie powstawało nowe osiedle  domków jednorodzinnych.
Domki-klocki były jednakowe, dwa rzędy jednakowych domków, każdy okolony
ogródkiem. Patrzyli na  nie z dezaprobatą a Jacek wysunął tezę, że gdy będą potem
wszystkie jednakowo otynkowane to ktoś wracający do domu "na gazie" na pewno
będzie miał  kłopot ze znalezieniem swego domu. Bo wśród 20 jednakowych
domów znalezienie tego właściwego nie będzie łatwe. Do tego osiedle stało w szczerym
polu, przy bocznej drodze, ale przy główniejszej nie było w promieniu 3 km żadnego
przystanku PKS ani też żadnego sklepu czy też kiosku.
Przejechali jeszcze kilka  kilometrów i powrócili do "swego"  ośrodka - w sam raz na
kolację.
Po kolacji jeszcze trochę pospacerowali nad  zalewem ale wkrótce komary zmusiły ich
do odwrotu. Na szczęście okna domków były zabezpieczone szczelnymi siatkami.
Jacek starannie sprawdził w domku czy aby nie ma choć jednego komara bo dobrze
pamiętał jak którejś  nocy Iza postawiła wszystkich na  nogi bo polowała  na bzyczącego
komara. Po tym doświadczeniu obaj ojcowie rodzin w ciągu 2 dni zamontowali na
wszystkich oknach w domu ramy z siatkami a na tarasie stały pojemniczki z olejkiem
goździkowym i rozpuszczonymi tabletkami witaminy B2.
Gdy Jacek tak wielce dokładnie  sprawdzał pokój, Iza zniknęła w łazience i po chwili
zawołała - Jacuś, zapomniałam wyjąć z torby szampon, mógłbyś go wyjąć i tu mi
przynieść? I czy umyjesz mi  plecki? Moment, muszę  zdjąć  ciuchy, odkrzyknął.
Po chwili wszedł do łazienki z szamponem, a Iza  zarządziła- "wpierw plecki" i podała mu
gąbkę.
Gdy tylko dotknął jej pleców wyszeptała: "niespodzianka panie Sułku, biorę tabletki
antydziecięce, więc będziesz miał ze mną mnóstwo pracy na wstępie".
To była bardzo pracowita  noc a Iza wykorzystała wszystkie dobre rady, których jej
udzielił stary lekarz. Oboje byli sobą wzajemnie zachwyceni i zdumieni. Iza nie
ukrywała co jej powiedział lekarz a z porad wynikało że był również bardzo dobrym
seksuologiem, nie tylko ginekologiem.
Na śniadaniu byli  niezbyt przytomni, dopiero mocna kawa i krótka drzemka postawiły ich
do pionu.
Jacek stwierdził, że zaraz po powrocie do Warszawy zrezygnuje z tego stypendium, za to
przyspieszy pisanie pracy magisterskiej by jak  najszybciej uzyskać dyplom. Ma już
napisaną połowę, z tym że  promotor jeszcze z nim tego co już napisane  nie omawiał.Poza
tym  postara się o pracę w jednym z  laboratoriów, w którym pracuje jego promotor. A jak już
załatwi pracę to będą się mogli pobrać,  nawet przed obroną  magisterki.
A z kim ty  Jacusiu ten  ślub weźmiesz ?-  słodziutkim głosem zapytała Iza.
Jak to z kim - przecież z tobą!
 A to ciekawe - śmiała się  Iza - bo ja nic o tym nie wiem! Uzgodniłeś coś ze mną? Pytałeś
się mnie o to czy będę twoją żoną? To, że się z tobą tej nocy znalazłam w  łóżku a ty
pozbawiłeś mnie dziewictwa nie znaczy wcale, że mamy być mężem i żoną. Od dość
długiego czasu znałeś  dobrze moje ciało, ale nigdy nie rozmawialiśmy o takiej
drobnostce  jak  ślub lub uczucia. Tak naprawdę jedyne co wiem w kwestii twoich uczuć do
mnie  to  fakt, że masz całą  furę  wątpliwości co do tego co  nas   łączy, zupełnie jak
w piosence Grechuty - "czy to jest  przyjaźń czy to jest kochanie?" Nie wiesz też czy ja cię
kocham, tak jak nie wiesz czy ty mnie kochasz.
Jacek wyglądał jakby stał przed plutonem egzekucyjnym - zdumiony i wystraszony.
Wreszcie oprzytomniał, podszedł do Izy objął ją, przytulił i powiedział nieco stłumionym
głosem  - masz rację, jestem  debil.
Kocham cię od dawna, jest to dla mnie tak naturalny stan jak proces oddychania, o którym
się nie rozmawia ani nie rozmyśla. Po prostu się oddycha. O tym, że chcę byś była  moją
żoną mówiłem raz, bardzo dawno, ale ponieważ wciąż byliśmy blisko siebie byłem pewien,
że nadal się zgadzasz.
A teraz mi powiedz - czy zostaniesz moją żoną?  Bo ja kocham cię od wielu lat i to uczucie
nie zmienia się. Postaram się być dobrym mężem.
I jeszcze coś -jeśli nie zmieni się twój pogląd odnośnie dzieci - to nie będziemy ich mieli.
Czytałem sporo na ten temat - część DPM to wynik stresu matki w trakcie ciąży.
Stąd taka moja decyzja w tej sprawie.
Iza, czy  ja naprawdę muszę paść na kolana z bukietem róż w grabie by prosić byś została
moją żoną?
Jeśli tak, to zaraz pojadę poszukać jakiegoś ogrodnika, kupię wiadro róż i obtłukę sobie
kolana padając na nie  przed tobą. Nie podejrzewałem nawet, że coś takiego mogłoby się
Tobie spodobać. Tobie, która mnie przyzwyczajała do widoku nagich piersi a potem uczyła
anatomii kobiety poza  lekcjami biologii w szkole a do tego zmusiła do zgłębiania tematu
antykoncepcji tylko w sferze teorii. Jesteś moją pierwszą kobietą i jeśli mnie nie odtrącisz
pozostaniesz i ostatnią.
Iza delikatnie wyplątała się z jego objęć, mrucząc, że za moment zemdleje z  braku dopływu
powietrza tkwiąc z twarzą przyciśniętą do jego klatki piersiowej.
Pociągnęła go na tapczan, mówiąc,   że porozmawiają dalej w pozycji horyzontalnej- wszak
zawsze najlepiej im się rozmawiało właśnie leżąc obok siebie i niemal szepcząc.
Długo rozmawiali omawiając swe przyszłe życie.
Oczywiście Iza nie byłaby sobą gdyby coś nie palnęła . Tuląc się do Jacka wyszeptała- no
i wychodzi na to, że nigdzie  nie pójdę  z  bardzo przystojnym Aleksem. Jedyną odpowiedzią
Jacka była lawina konkretnych pieszczot. Z trudem zdążyli na obiad.
Gdy wracali ze stołówki Jacek powiedział - już wiem co robią ci nasi wczasowicze- to mądrzy
ludzie - oni po obiedzie śpią i  powinniśmy zrobić to samo, ale w domku, nie na zewnątrz.
Otworzymy szeroko okno i nie zaciągniemy zasłony. Siatka ochronna w oknie jest szczelna.
Pół metra od naszego okna rośnie jakiś krzak, za nim już jest siatka , potem metr do brzegu
zalewu a nikt nigdy tamtędy nie chodzi, nie ma dokąd, drogę zamyka budynek stołówki.
No i jak, mam jechać i szukać  ogrodnika? Bo z bukietem to mam zamiar przyjść do Twoich
rodziców i jak tradycja każe prosić wujka, tfu, chciałem powiedzieć  twego tatę o twą rękę.
Cóż za zubożenie tradycji- zaśmiała się Iza. Wpierw powinna przyjść do jednych i drugich
swatka. Tylko skąd ją wziąć? Ja mam inny plan - zaprosimy swoich rodziców do Baszty na
obiad i w trakcie obiadu ich poinformujemy o swoich planach. Zarezerwuję wcześniej
miejsca i zapłacę orientacyjny rachunek- mam "fundusz ślubny" z prywatnych fuch.
No to będziemy to załatwiać razem, bo jak cię znam to jeszcze zamówisz dla mnie w ramach
deseru występy nagich dziewczyn- zaśmiał się Jacek.
Oj, to ty jeszcze wciąż  mało mnie znasz - myślałam raczej o tym, że sama wystąpię w stroju
odaliski i razem z Aleksem odtańczymy taniec erotyczny, dla ciebie. Żebyś był pewien co do
mnie czujesz.
Włącz muzykę z tej kasety z czerwonym serduszkiem, dawno nie tańczyłam z tobą na golasa.
                                       
                                                c.d.n.





sobota, 4 lipca 2020

Zastępstwo - III

Plan Izy zyskał bardziej niż pełną aprobatę Jacka. Samochód rodziców Jacka był nowszy,
zaledwie roczny, więc Jacek przekonywał  Izę, że  lepiej będzie wziąć ten.
Iza  spędziła dwa dni "wisząc na telefonie" i  szukając domku nad Zalewem. W końcu
"upolowała" domek w jednym z ośrodków, ale ze słabym dostępem do Zalewu, więc
zapewne tylko dlatego jeszcze  były w tym ośrodku dostępne domki.  Jak zapewniała
kierowniczka tego ośrodka to miała być w tym roku już zrobiona  plaża, ale wypadła
z planu i jej nie ma. Ale dzięki temu w ośrodku nie ma rodzin z  małolatami, jest cisza
i spokój i jest już czynna stołówka. Nazwisko Izy wydało się kierowniczce tego ośrodka
na tyle znajome, że aż zapytała się czy Iza może jest rodziną i tu wymieniła imię jej
ciotki.  Iza przyznała się, że owszem, jest rodziną, więc zaraz dowiedziała się, że radość
pani  kierowniczki z tegoż  faktu jest niewymowna. A Iza pomyślała, że świat jest mały,
a ten mały kawałeczek świata położony nad Wisłą funkcjonuje głównie na układach
rodzinno-towarzyskich.
Każde z nich, nie będąc wcale pewne jak się ten pobyt potoczy zajęło się problemem
(tak na wszelki wypadek) antykoncepcji. Iza skontaktowała się w swoim miejscu  pracy
z ginekologiem, wysłuchała wszystkiego co miał w tej materii do powiedzenia i do
doradzenia, została nazwana pieszczotliwie "córeczką" (fakt, że lekarz był chyba nawet
starszy od jej ojca), obdarowana francuskimi tabletkami antykoncepcyjnymi, pouczona
co może pójść nie tak i poproszona by tabletki już zaczęła łykać za 3 dni bo to będzie na
ich użycie właściwy dzień cyklu. Gdyby się po  nich źle czuła, to ma je zużyć do końca,
ale koniecznie  przyjść po inne , bo nie każdej kobiecie one służą. Nasłuchała się przy
okazji   jaka to mądra z niej młoda kobieta.
Rodzice obojga na wieść, że oboje wybierają się  gdzieś w siną dal, zastanawiali się po
cichu czy aby nie  zostaną nagle dziadkami, ale ojciec Jacka stwierdził, że sporo wysiłku
jednak włożył w przygotowanie syna do życia,więc nie ma obawy- Jacek nie jest idiotą.
To samo twierdziła mama Izy w stosunku do swojej córki .
Tydzień później, z bagażnikiem załadowanym jak na wyprawę w dzikie ostępy Azji,
Jacek z Izą wyjechali. Do ośrodka mieli mniej niż 40 kilometrów - istny rzut beretem.
Wieczorem tego dnia rodzice obojga zjedli razem kolację, pomarzyli o tym, że może
jednak będą  mieli z czasem wspólne wnuczęta, spełnili kilka toastów i zgodnie doszli
do wniosku że mają naprawdę fajne dzieci. Nigdy  nie było z nimi kłopotów w szkole,
nie  kłamali, nie palili, nie ćpali. Obie panie zgodnie stwierdziły, że właściwie to każda
z nich tak się czuje jakby miała dwoje dzieci a nie jedno.
A obgadywane dzieci już od kilku godzin urządzały się w domku nad zalewem.
Domek miał miniaturową  łazienkę, dwa pojedyncze  tapczaniki stojące pod dwiema
przeciwległymi ścianami, niewielki stolik, dwa krzesła , szafę w ścianie, w malutkim
przedpokoiku stały złożone dwa drewniane leżaki. Ich widok wzbudził w obojgu
wybuch śmiechu - kiedyś Jacek z impetem usiadł na leżaku, który był niezbyt dobrze
rozstawiony i znalazł się zupełnie niespodziewanie na podłożu. Iza nienawidziła tych
leżaków, bo kiedyś składając leżak wyposażony dodatkowo w podłokietniki omal
nie złamała sobie palca.
Ale tu nie groziło im używanie tych dziwnych  mebli- mieli w bagażniku dwa turystyczne
fotele i stoliki, dwa turystyczne łóżka i...10m kabla, by można koło domku korzystać
z magnetofonu.  Z pojemnego bagażnika Jacek wydostał jeszcze  parasolki mocowane do
oparć fotelików lub  ram łóżek,  ekspres do kawy oraz turystyczną lodówkę,  różne łakocie
i owoce a na końcu tzw. koc piknikowy,czyli koc ze spodnią stroną nieprzemakalną.
Dobrze, że mieli niedaleko do parkingu, więc wypatroszenie  bagażnika  przebiegło im
stosunkowo szybko.
Pobyt rozpoczęli od  zrobienia sobie kawy, która w towarzystwie ciasta czekoladowego
upieczonego przez mamę Jacka smakowała wybornie.
Po tak miłym prologu poszli  zwiedzać ośrodek- stołówka była w rozległym pawilonie,
którego oszklona ściana wychodziła na zalew. Z drugiej strony pawilonu były łazienki i
nieczynny kryty basen. Miał bardzo ładne  kafelki, ale był nieczynny.Z bliżej nie znanego
powodu jego duże okna  nie wychodziły za zalew, ale na ośrodek, co oboje uznali za
totalny nonsens.
Brzeg zalewu był obłożony wielkimi  betonowymi płytami. Nie tylko nie było tu dostępu
do wody ale i nie dawało się w tym miejscu wylądować jakimś sprzętem pływającym.
Poza tym wszędzie przy brzegu było głęboko więc oboje bardzo się zastanawiali jakim
cudem mogła by tu być plaża.  Nawiezienie wielu ton piachu nie było czymś niemożliwym,
nie mniej bardzo drogim, więc  nic dziwnego, że plaża nie powstała.
Oboje dobrze znali ten akwen, przyjeżdżali tu do znajomych żeglarzy by dopingować
ich podczas zawodów i kilka  razy po nim pływali. Utworzone w 1963r jezioro było głównie
zbiornikiem retencyjnym na Narwi, miało 41 km długości i 3,5 km szerokości.
Powstawało tu coraz więcej ośrodków wypoczynkowych i sportów wodnych. a plaża w Zegrzu przyciągała mieszkańców Warszawy w każdą letnią słoneczną niedzielę.
Podmiejski pociąg co godzinę wypluwał ze swego wnętrza tłum spragnionych wody, piachu
i słońca mieszkańców miasta.
Rodzice Jacka rozglądali się kiedyś za jakąś działką w tych okolicach, ale dwie wyprawy
w czasie których jechało się większość drogi w gigantycznym korku zraziły ich do tego
miejsca skutecznie.
Jacek stwierdził, że chyba przemeblują domek bo tapczaniki stoją stanowczo zbyt daleko
od siebie, więc  najlepiej będzie je ustawić jeden obok drugiego.Co prawda wtedy będzie
się wchodziło wprost na nie, ale przecież nie będą tu nikogo  gościć.
Na obiedzie do ich stolika dosiadła się kierowniczka ośrodka by wypytać Izę o jej ciotkę.
"Bo pani Melania tak lubiła tu przyjeżdżać, ale ona zawsze tu bywa w sierpniu i widziałam
w zarządzie, że teraz też na sierpień  zarezerwowała domek. To pewnie  ona państwa
namówiła  na nasz ośrodek?"
Iza spokojnie wytłumaczyła, że gdy miała z 10 lat to była  z wizytą u cioci spędzającej
tu urlop i stąd  pamięta ten ośrodek. Pani kierowniczka porozpływała się jeszcze nad
zaletami pani Melanii, a potem poinformowała kelnerkę, że to rodzina kochanej p.Melanii.
Iza już od chwili odczuwała dziwną chęć schowania się pod stół lub założenia czapki
niewidki. Nie  miała  bladego pojęcia czym się jej ciotka zasłużyła w tym ośrodku. Jacek
w ramach ratowania Izy zaczął wychwalać konsumowany obiad, więc dostał podwójną ilość
owoców w kompocie. A tak naprawdę  jedzenie było  bardzo smaczne i nawet wielce
grymaśna Iza musiała to przyznać. Pani kierowniczka porozpływała się chwilę nad panią
Melanią i, ku zadowoleniu Izy, pozbawiła ich swego towarzystwa.
Słońce grzało,   latające  insekty bzyczały usypiająco, ośrodek wyglądał jak wymarły.
Zapewne  goście, których widzieli w czasie obiadu (średnia wieku oscylowała pomiędzy
60 a 100 lat) wypoczywali po trudach konsumpcji. Jacek wyniósł z  domku turystyczne
łóżka, każde nakrył flanelowym kocykiem, dodał małe  jasieczki, przymocował do ram
parasolki. Iza w bardzo oszczędnym pod względem zużycia  materiału kostiumie bikini
z radością wyciągnęła się na łóżku, skrywszy głowę w cieniu. Jacek chwilę postał nad
nią dopytując się czy aby nie trzeba jej czegoś przynieść, potem powiedział, że bardzo
lubi gdy widzi ją ubraną tak jakby wcale nie była ubrana, na co usłyszał ulubione ich
powiedzenie -"kocham pana, panie Sułku".
Jacek pomny celu głównego swego pobytu przyniósł z domku jakiś tekst  francuski
z zakresu swych studiów oraz słownik i też wyciągnął się na łóżku. Nie minęło nawet
pół godziny gdy oboje spokojnie spali.
Chyba go nawet przez  sen gryzło sumienie, że leniuchuje, bo obudził się pierwszy.
Z rozczuleniem przyglądał się  śpiącej dziewczynie. Nie pierwszy raz widział ją
w czasie snu, ale pierwszy raz uświadomił sobie że darzy ją jednak wcale nie takim
bezpłciowym  braterskim uczuciem. Pomyślał, że jego wyjazd na to stypendium to
zupełny idiotyzm, a taka rozłąka wcale mu nie rozjaśni w głowie. Patrzył na Izę tak,
jakby zobaczył ją po raz pierwszy. To nie była ta ulubiona "kumpelka" z którą się
nie jeden raz posprzeczał, która dokuczała mu, że nie ma żadnej dziewczyny, która
niespodziewanie zaprezentowała mu się w stroju topless i która zawsze  mówiła mu
"kocham pana, panie Sułku" w chwilach gdy razem przeżywali jakieś pozytywne
emocje, albo gdy on zrobił coś tylko dla niej lub przez wzgląd na nią.
Jestem debilem, kompletnym debilem, tyle razy mówiła mi jak dziewczyny widzą świat,
a ja, kretyn,  niczego nie zrozumiałem.
Siedział tuż obok niej lustrując centymetr po centymetrze  jej ciało, powstrzymując się
od głaskania, które mogłoby ją obudzić. Wiedział, że ostatnie dwa dni miała ciężkie -
praca z dziećmi nie była lekka. Dzieci nie rozumiały dlaczego "ta ciocia" sprawia im
ból prostując lub zginając bolącą  nóżkę lub rączkę.
Iza pomału otworzyła oczy, uśmiechnęła się i spytała- a co ty tak tu siedzisz zamiast
się  uczyć?
Bo odganiam muchy i zastanawiam się czy pani Eliza naprawdę mnie kocha- odparł.
Załóż jakiś kawałek materiału na siebie i pojedziemy do "Budowlańców" na lody.
Pochowali wszystko do domku i pojechali w inne miejsce, do innego ośrodka,
dużego, z porządną kawiarnią, w którym  wieczorami przygrywano do kotleta.

                                                     c.d.n.