Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
piątek, 3 grudnia 2021
Spóźnione uczucia
poniedziałek, 14 czerwca 2021
Przecież mówiłam - 2
Jesteś pewna, że nie jesteś zaangażowana uczuciowo? - dopytywał się Tomek. No jestem, przecież wiesz bardzo dobrze, że zawsze sobie zdaję sprawę ze swych uczuć. Nie wstydzę się tego, że z tym facetem łączy mnie tylko seks - kiedyś wydawało mi się, że seks może być tylko z kimś kogo się kocha - wyrosłam jednak już z takiego myślenia. A może straciłam zdolność kochania? W każdym razie na pewno nie planuję swej przyszłości z tym facetem, nawet czasowo nie mam zamiaru z nim mieszkać a już na pewno nie zwiążę z nim swej przyszłości. A co cię napadło, że się tak bardzo dopytujesz? Tomek długą chwilę milczał - nic mnie nie napadło, ale od dwóch lat wiem, że cię kocham, że tak naprawdę to chcę być tylko z tobą.
A Kaźka - wiem, to zabrzmi koszmarnie, ale ja nawet nie jestem pewien czy wtedy z nią naprawdę spółkowałem - byłem na imprezie, na której schlałem się w trupa - gdy się ocknąłem leżałem w cudzym łóżku goły, a przy mnie goła Kaźka, obok łóżka napoczęte opakowanie prezerwatyw i dwie "zużyte" na podłodze koło łóżka. Przyjąłem wersję Kaźki, że miała ze mną stosunek. Byłem nieco przerażony, że tak naprawdę niczego nie pamiętam. Sam przed sobą nie potrafiłem przyznać się do tego, że urwał mi się film, bo mieszanina wódki, piwa i dwóch różnych gatunków wina zwaliła mnie kompletnie. Tak rzadko zawsze piłem, że po jednym kieliszku wina szumiało mi w głowie. I, co zabawne , to był jedyny mój kontakt seksualny z nią - zakładając, że rzeczywiście on był. Po ślubie też nie było konsumpcji - nie byłem do tego zdolny i w sensie psychicznym i fizycznym. Przez cały czas chodziłem na psychoterapię, ale widok Kaźki i dziecka obok mnie wywoływał automatycznie impotencję. Gdy dziecko tak często chorowało lekarz zarządził całą serię badań bo podejrzewał mukowiscydozę- ani ja, ani ona nie byliśmy genetycznymi nosicielami tej choroby- byliśmy pierwsi badani pod tym kątem. I nagle olśniło mnie, że coś tu wyraźnie jest nie tak . Wtedy zażądałem rozwodu i wniosłem sprawę o wykluczenie mojego ojcostwa na podstawie badań genetycznych. I bardzo, bardzo się postarałem by wyjechać na tę placówkę. Wyjechałbym nawet na pustynię, byle być daleko od tego wszystkiego. W międzyczasie wszystko się "naprostowało", wyjaśniło, że nie jestem wcale ojcem tego dziecka.
A na psychoterapii nauczyłem się analizowania własnych uczuć i zrozumiałem, że to co do ciebie czuję to nie ta szkolna jeszcze przyjaźń, ale po prostu miłość. Myślę, że byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli zacząć poznawać się od strony uczuć, a nie tylko darzyć się przyjaźnią.
Straszny dureń z ciebie Tomeczku - gdybyś mi powiedział wtedy całą prawdę nie byłoby tego twojego ślubu, twej impotencji, wizyt u psychoterapeuty. Miałbyś po prostu może mniej doświadczeń życiowych. Nie wiem czemu mi nie powiedziałeś o tym, skoro potrafiłeś mi mówić o wielu innych sprawach. Nie wykluczam, że możemy być razem, nadal uważam cię za najlepszego pod słońcem przyjaciela i nie skreślam jako faceta. Nie jestem pewna, czy umiałabym się zaprzyjaźnić z kimś, którego wygląd budziłby we mnie tyle samo uczuć co kołek w płocie. Ale wiesz - od teraz będzie nas obowiązywała całkowita szczerość - pomyśl znamy się furę lat, ale tak naprawdę nie znamy się od strony uczuć i trochę potrwa nim nadrobimy te zaległości.
Ty jeszcze rok albo trzy lata będziesz w Budapeszcie, ja tu, to jak się będziemy poznawać? Raz na dwa miesiące przez tydzień? Co prawda każdy z tych tygodni budapesztańskich był jak dotąd wspaniały, ale chyba była to jednak nieco zafałszowana rzeczywistość. Gdy coś się dzieje okazjonalnie to każda ze stron podświadomie mobilizuje się, stara się przedstawić partnerowi z jak najlepszej strony. Prowadzałeś mnie po najciekawszych miejscach Budapesztu, chodziliśmy do najlepszych restauracji, na tydzień w pewien określony sposób przemeblowywałeś swoje normalne budapesztańskie życie, przez tydzień chowałeś gdzieś swoje frustracje, a jestem pewna, że na pewno jakieś były. Tak naprawdę wcale nie wiemy, jacy jesteśmy na co dzień po ośmiu godzinach pracy gdy poganiają nas terminy, zmęczenie klei oczy a dominującym uczuciem jest zwykłe zniechęcenie.
Myślałem o tym wszystkim, bo chociaż może tego nie widać, to jednak myślę sporo o tej mniej romantycznej stronie życia - cicho powiedział Tomek. Pracuję nad przejściem do ministerstwa bo wtedy będę dość szybko z powrotem w Warszawie. Kombinowałem też jak cię ściągnąć do Budapesztu, ale tu jest tylko jedna możliwość - musielibyśmy się pobrać. Na razie udało mi się przekonać dyrekcję, byś mogła co dwa miesiące przyjeżdżać do Budapesztu, że to w gruncie rzeczy tańsze niż utrzymywanie na stałe jeszcze jednego pracownika na stałym etacie w placówce.Gdybyśmy byli małżeństwem moglibyśmy tam mieszkać jeszcze trzy lata, bo ten kontrakt jest na 5 lat. Ja to bym natychmiast wziął z tobą ślub, bo wiem co do ciebie czuję. Ale nie mam prawa narzucać ci swego postępowania. I nie mam bladego pojęcia jakby ci przypadł do gustu "etat żony" zamiast etatu branżystki. Jak widzisz sporo się tego wszystkiego nazbierało. Naczelny bez trudu rozszyfrował moje starania i nawet zgłosił chęć bycia świadkiem na naszym ślubie.
Jolinko, daj łapkę - gdy sobie uświadomiłem, że cię kocham kupiłem coś dla ciebie - chcę byś nosiła ten pierścionek niezależnie od tego czy będziemy razem czy też nie - mam nadzieję, że trafiłem z rozmiarem i mówiąc to wszystko wsunął na jej palec pierścionek z oczkiem kwadratowym, utworzonym z maleńkich szafirów. Pierścionek pasował idealnie a poza tym bardzo się Joli podobał - był taki inny, nietypowy, o czym zaraz powiedziała Tomkowi.
Tomku, a czy nie mógłbyś mnie przypadkiem pocałować? Ostatni raz mnie całowałeś gdy wracaliśmy z balu maturalnego. Ale to może być dość niebezpieczne w skutkach, pomyślałaś o tym? Pomyślałam i zaryzykuję, jestem paskudnie świadoma tego co robię. Co prawda piłam dziś koniak, ale to było 30 ml na 250 ml coca coli, no a potem zjadłam obiad, więc te 30 ml koniaku nie zaburzy działania tabletek. Zabójcze proporcje dla koniaku - utopiłaś go całkiem w coca coli!- śmiał się Tomek. To jakaś perwersja topienie naprawdę rasowego, dobrego koniaku w coca coli, którą świetnie czyści się armaturę lub zlew!
Faktycznie mieli wiele do nadrobienia. Każdy uśmiech, pocałunek, gest, każda pieszczota były nowością, odkryciem, czymś arcyważnym do zapamiętania. Przez ten weekend i potem 3 dni do wyjazdu Tomka uważnie się w siebie wpatrywali, wsłuchiwali, chłonęli siebie wzajemnie - byli niczym podróżnicy w świecie, który zobaczyli po raz pierwszy. Wszystko niemal budziło u obojga zachwyt często pomieszany z wielkim zdziwieniem i żalem, że wcześniej siebie wzajemnie nie odkryli. Cały ten czas mieszkali w mieszkaniu Joli, bo jak twierdziła wszystko tu było urządzone tak jak ona sobie wymyśliła, wszystko było "pod ręką". Tomek uparł się, by rano odwozić ją do pracy na ósmą, choć on swoje sprawy służbowe miał poumawiane na późniejsze godziny. Gdy usiłowała dociec co będzie robił pomiędzy ósmą rano a czasem, w którym jest umówiony na sprawy służbowe, Tomek się śmiał, że jako światowy facet spędzi czas dbając o swą urodę- wszak musi zadbać bardziej o włosy, o własne dłonie i o kondycję fizyczną. Na razie ustalili, że dwa tygodnie swojego urlopu (po prostu nie mógł wziąć więcej niż dwa tygodnie urlopu w jednym rzucie) Tomek spędzi w Warszawie. Niestety nie można było już zmienić ustalonego grafiku. W sierpniu wypadał urlop Joli, który zaplanowała połączyć z tygodniowym planowym swoim służbowym pobytem w Budapeszcie.
Oboje nie mogli się nadziwić, że ich pobyt pod jednym dachem nie niesie z sobą żadnych niemiłych zawirowań lub konfliktów. Ślub planowali tylko cywilny, na pierwszą sobotę grudnia. Od stycznia mieli już mieszkać razem w Budapeszcie. Budapeszteńskie mieszkanie Tomka było "tylko dwupokojowe", ale były to duże pokoje z całkiem sporą kuchnią i dużą łazienką i jak się śmiał Tomek jedynym małym pomieszczeniem był przedpokój, który nazywał śluzą, bo z trudem mieściło się w nim 5 osób. Dyrekcja centrali odetchnęła z ulgą, gdy Tomek powiedział, że z okazji zmiany stanu cywilnego zamiana mieszkania w Budapeszcie na większe nie jest mu do szczęścia potrzebna. Warszawskie mieszkanie Tomka stało puste, raz w tygodniu wpadało do niego któreś z rodziców by podlać hodowlę kaktusów i przewietrzyć je. W Budapeszcie Tomek z Jolą mieszkali razem trzy lata. W międzyczasie wreszcie zostało oddane do użytku osiedle, na którym Jola "dostała" swoje dwupokojowe mieszkanie. Bo co to za "dostanie", skoro musiała za nie przecież zapłacić.
Gdy po tym kontrakcie wrócili do Polski, Tomek podjął pracę w ministerstwie, a Jola powróciła do pracy w poprzednim miejscu. Dwa swoje warszawskie mieszkania zamienili na domek w szeregowcu na osiedlu, na którym znajdowało się spółdzielcze mieszkanie Joli. I był to bardzo dobry pomysł, bo osiedle było raptem sześć kilometrów w linii prostej od ścisłego centrum Warszawy, wszystkie media były jak na całym osiedlu, a ogródek koło domu był raczej symboliczny i nie wymagał dużego nakładu pracy. Jak się śmiał Tomek ogródek był jakby nieco większym balkonem. Bo co to za ogród o wymiarach pięć na sześć metrów? Ot, taki większy balkon ogrodzony z trzech stron żywopłotem - od strony ulicy dość wysokim, zimozielonym, od sąsiadów takim o metrowej wysokości. Osiedle było dobrze skomunikowane z centrum miasta i bardzo szybko przestało być osiedlem niemal peryferyjnym i dookoła wyrosło kilka nowych, dużych osiedli.
W kilka lat po ślubie Tomek dostał propozycję wyjazdu na placówkę w Moskwie i choć niewątpliwie była to pod względem finansowym bardzo interesująca propozycja - odmówił. Znał Moskwę dość dobrze i pod żadnym względem nie podobała mu się. Oczywiście nikt się nie zmartwił, że Tomek nie wyraził chęci objęcia tam stanowiska - chętnych było naprawdę sporo. Obojgu było naprawdę dobrze w Warszawie. Urlopy najczęściej spędzali w Austrii, u znajomych - latem nad jeziorem w ich letnim domu, zimą - w górach.
Podczas któregoś z pobytów służbowych w Londynie Tomek spotkał jednego z kolegów, który twierdził, że była żona Tomka mieszka pod Londynem, o ile uzna się, że 80 km to jest jeszcze "pod". Podobno wyszła za mąż za urodzonego już w WB Hindusa, a może Pakistańczyka, kolega Tomka nie był pewien skąd był ród owego męża Kazi. Jak było do przewidzenia, nie odnalazła nigdy ojca swego dziecka, a tak w ogóle to dziecko zmarło nim skończyło 2 lata, więc właściwie ojciec już nie był potrzebny. Z obecnym mężem już ma trójkę dzieci, sami chłopcy. Śmiała się, że gdy jeszcze dwóch urodzi, to będą mogli grać jako jedna drużyna w hokeja, bo odstępy pomiędzy dziećmi były roczne, a pomiędzy pierwszą dwójką zaledwie 11 miesięcy. Kazię wyraźnie to bawiło, ale kolega Tomka był raczej przerażony i zgorszony. Jola słysząc tę opowieść powiedziała - ciekawe czy jak się rozpędzą to uda im się spłodzenie drużyny piłkarskiej. Niezłe zdrowie ma Kazia i sporą odporność - mnie przerażała perspektywa nawet jednego porodu.
Jola i Tomek nie zdecydowali się na posiadanie dziecka. Wpierw nadrabiali czas stracony, gdy nie byli razem, a potem stwierdzili, że już są za starzy na posiadanie dziecka, bo są już czterdziestolatkami i nim ich dziecko stanie się samodzielne oni już będą wybierać się na emeryturę. Zresztą wiele ich znajomych par nie decydowało się na posiadanie potomstwa.
Na szczęście rodzice obojga zupełnie nie wtrącali się do ich życia- obie rodziny uważały, że kwestia posiadania lub nie posiadania dzieci jest tylko i wyłącznie sprawą danego małżeństwa. Mama Joli była zachwycona swym zięciem, bo okazał się prawdziwym wielbicielem jej przetworów - nie tylko je z pełnym zapałem konsumował- pomagał też w ich produkcji. Mama Tomka miała wreszcie "kumpelkę" do biegania po różnych wystawach plastycznych i muzeach. A tatusiowie obojga prowadzili ze sobą wielce poważne wielogodzinne debaty na tematy historyczne i polityczne.
KONIEC
niedziela, 13 czerwca 2021
Przecież mówiłam!
Natrętny dźwięk budzika wwiercał się Jolce w mózg. Skrzywiła się i z zamkniętymi oczami wyciągnęła rękę by wyłączyć ten obrzydliwy dźwięk i jak zwykle wpierw wywróciła budzik, potem nie mogła znaleźć małego klawisza, który należało przesunąć w dół, a budzik tymczasem dzwonił i dzwonił jakby się paliło. W końcu musiała otworzyć oczy, wziąć "gada" do ręki i odszukać klawisz z tyłu budzika. Muszę chyba kupić jakiś inny model -pomyślała - taki, w którym wystarczy pacnąć ręką i dzwonek się wyłącza. I żeby miał na cyferblacie datę i dzień tygodnia i był sprzężony z odtwarzaczem i grał coś na dzień dobry a nie dzwonił przeraźliwie. Może nawet grać "panie Janie niech pan wstanie".
Jedyna pociecha, że to już był piątek. Szykując się do pracy myślała już tylko o tym co ją czeka w pracy. Już ponad rok tkwiła na stanowisku p.o. kierownika działu i miała już dość. Wciąż żałowała, że dała się Tomkowi, swemu kierownikowi, namówić by zastępować go w czasie gdy on będzie w BRH w Budapeszcie. Przyjaźnili się od wielu lat, pomagali sobie w wielu sprawach, to Tomek ściągnął ją do tej centrali, zadbał by dostała niezłą podwyżkę gdy zgłosił ją na swe zastępstwo obejmując stanowisko w Budapeszcie, co dwa miesiące ściągał ją do Budapesztu i zawsze był to miły tydzień pobytu w ładnym mieście, chociaż pracy miała sporo. Znali się jeszcze z czasów licealnych, śmiali się, że są dla siebie pogotowiem ratunkowym - i to w bardzo różnych sprawach.
Wielu wspólnych znajomych uważało ich za parę i dziwili się, gdy nagle Tomek ożenił się i to z dziewczyną "spoza kręgu znajomych". Ale gdy w pół roku po ślubie na świecie pojawił się "wcześniak" przyjaciele ze zrozumieniem pokiwali głowami - ożenił się, bo porządny z niego facet. A Jolka, uosobienie szczerości, powiedziała do Tomka : może nim się z nią ożeniłeś trzeba było sprawdzić czy to twoje dziecko. Skoro twierdzisz, że byłeś dobrze zabezpieczony a prezerwatywy nie były z zapasów wojny w Wietnamie, to trochę dziwna ta ciąża. Tyle tylko, że żeby to sprawdzić dziecko musi przyjść na świat, no ale przecież można wziąć ślub niekoniecznie przed urodzeniem się dziecka.
Ale gdy Tomek zaproponował takie rozwiązanie, Kazia ( bo tak jej na chrzcie dano) zagroziła Tomkowi, że popełni samobójstwo- ona nie może być "panną z dzieckiem". Słowa Kazi Jola skomentowała krótko - szkoda, że się żenisz - byłoby o jedną głupią mniej na świecie gdyby to samobójstwo popełniła. "Wcześniak" często chorował a Tomek przychodził do pracy półprzytomny , bo dzieciak w nocy płakał. Ale po ślubie Tomka Jolka nabrała wody w usta i nie komentowała faktu, że ojciec okaz zdrowia, matka też nie chorowita a dzieciak ciągle chory i to całkiem poważnie. W końcu jakoś tak jest, że nie co drugi niemowlak ma we wczesnym okresie życia zapalenie płuc i to minimum dwa razy w roku. Temat ślubu Tomka i jego wątpliwego ojcostwa stał się dla Joli i Tomka tematem tabu.
W czasie śniadania, czyli pochłaniania mocnej kawy, Jola planowała weekend - w sobotę miała się spotkać i iść do kina z "niemal mężem", w niedzielę wpaść do rodziców bo mama chciała by Jola pomogła jej przy robieniu przetworów na zimę -"potwory na zimę" jak je nazywała Jola, to były głównie dżemy owocowe i kompoty, bo "przecież domowe najlepsze". I co z tego, że Jola wcale nie jadała dżemów i kompotów - produkcja szła pełną parą a na półkach piwnicznego regału Joli stały przeróżne przetwory.
Czasem Jolka w przypływie dobrego humoru rzucała w przestrzeń biurowego pokoju pytanie czy ktoś ma ochotę na domowe dżemy i zawsze się chętny znajdował. Wtedy Jolka zapraszała delikwentów do siebie do piwnicy i każdy mógł wybrać to, na co miał ochotę.
Mieszkanie, w którym obecnie mieszkała było na Rakowcu i do pracy musiała dojeżdżać dwoma autobusami. Na swoje własne mieszkanie ciągle jeszcze czekała, to wynajmowała. Zastanawiała się, czy aby nie wynająć mieszkania gdzieś bliżej pracy, no ale tu miała po drugiej stronie ulicy cmentarz "Bohaterów Radzieckich", który był jednocześnie parkiem i przechodząc nim mogła dość szybko dotrzeć na piechotę do rodziców. Oczywiście mogła nadal mieszkać u rodziców, no ale o takim rozwiązaniu to nie marzyła. "Niemal mąż" nalegał, by wynajęli gdzieś razem mieszkanie, ale taka opcja nie odpowiadała Joli. Facet zupełnie nie mógł pojąć czemu Jola nie chce takiej opcji, ale Jola traktowała "niemal męża" na zasadzie "na bezrybiu i rak ryba" i raczej nie widziała go w roli własnego męża.
Gdy dotarła do pracy ze zdziwieniem stwierdziła, że ktoś z pracowników już wziął klucze od ich pokoi - nie było to częste zjawisko, zwykle to ona pierwsza przychodziła. Nie dlatego, że była taka pracowita- po prostu gdy jechała wcześniejszym autobusem to był znacznie mniejszy tłok. W windzie biurowca również. Gdy weszła do swego pokoju z lekka zaniemówiła - na jej biurku stał wazon z pięknymi różami, bardzo, bardzo ciemnoczerwonymi, wyglądającymi jakby były z aksamitu, a na stoliku przy którym siadywali interesanci stał wielki "kosz delikatesowy". Na jej fotelu siedział......Tomek i z kimś rozmawiał przez telefon. Nim do niego doszła skończył rozmowę słowami - mamo, później zadzwonię do ciebie. Wyszedł zza biurka i podał jej dwie kartki mówiąc - wczoraj to odebrałem, czytaj. I może usiądź, żebyś nie padła z wrażenia. Objął ją i cmoknął w policzek - a tak w ogóle to witaj! Przyjechałem na 3 dni, wracam do Budapesztu w czwartek rano. Jestem trochę skonany, jechałem samochodem. Wrócę samolotem. Na jednej z kartek było orzeczenie o ustaniu małżeństwa Tomka z Kazią, za porozumieniem obu stron. Na drugiej były wyniki badań genetycznych Tomka, Kazi i "wcześniaka".
Wynikało z nich jednoznacznie, że wcześniak nie jest dziełem Tomka, druga wiadomość była jeszcze mniej miła, bo dziecko miało mukowiscydozę, zapewne po swym biologicznym tatusiu, bo matka dziecka nie była nosicielką uszkodzonego genu CFTR.
Wiedziałem o tym wszystkim jeszcze przed wyjazdem, nie mówiłem ci o tym, żeby nie usłyszeć "przecież mówiłam żeby sprawdzić czy to twoje dziecko". I jak widzisz znów jestem w stanie wolnym a na dodatek moje ojcostwo jest wykluczone - zero moich genów. A rozwód jak widzisz świeżutki, niemal ciepły. Szukam na tempo mieszkania dla niej i dla dziecka, może coś wiesz na temat? Bo ja mam nawet pewien pomysł, ale nie wiem, czy ty byś się na to zgodziła. Ale o tym to porozmawiamy dziś po pracy, dobrze? Bo chcę ją przesiedlić w te trzy dni.Wpadnę po ciebie po 16,00 i pójdziemy gdzieś na obiad, dobrze? Mamy chyba strasznie dużo do przegadania.
Jolka kiwnęła głową - oczywiście, pójdziemy. Ale lepiej spotkajmy się w "Gongu", bo teraz równo o 16,00 przychodzi strażnik pieczętować drzwi. Ale niespodzianka! A zawartość kosza to pewnie dla personelu od ciebie? Oczywiście, dla wszystkich, to co dla ciebie to mam w hotelu. Róże są z Budapesztu. To ja już uciekam, zejdę schodami, to się z nikim nie spotkam. Jola wyciągnęła w jego stronę dwie kartki, ale Tomek pokręcił przecząco głową - to są kopie, co prawda potwierdzone, ale są prezentem dla ciebie - powiedział Tomek i szybko wyszedł. Jola stała z kartkami w ręce, wpatrując się w róże i usiłując "przetrawić" usłyszane nowiny. W dziesięć minut później wzięła kosz, który był dość ciężki i zaniosła go do pokoju branżystów. Przez cały dzień pracy w pokoju branżystów unosił się zapach salami a pod koniec dnia dołączył do niego zapach coca coli zmieszanej z koniakiem.
Spotkali się w holu herbaciarni i poszli na obiad do hotelu Forum, w którym Tomek miał zarezerwowany pokój. Jola przekazała Tomkowi pozdrowienia i podziękowania od personelu i powiedziała, że dziś pokój branżystów przypominał zapachem dobre delikatesy.
Strasznie zaszalałeś z tymi zakupami - stwierdziła Jola. Ale i salami i koniak były naprawdę pyszne! To dobrze, bo dla ciebie też mam i salami i koniak i jeszcze kilka innych rzeczy, które wiozłem w termo torbie. Kupiłem nawet ten jogurt, który tak ci ostatnio smakował w Budapeszcie i te małe dziwne kluseczki i ogórki w tej słodko-kwaśnej zalewie - też ci smakowały.
No nie- jęknęła Jola- ty mnie chyba chcesz utuczyć. Jesteś niebezpiecznym facetem, ja już nie pamiętam co jadłam w Budapeszcie, a ty dokładnie się przypatrywałeś czym się pasę. Muszę się kiedyś zapytać Marii, czy ona wie jak się je robi. W końcu wyszła za Węgra i mieszka tam już długo. Podejrzewam, że one są z dwóch rodzajów mąki.
Jolinko, porozmawiajmy chwilę o moim pomyśle - chcę jak najszybciej wyprowadzić Kazię z dzieckiem z mojego mieszkania i wpadłem na pomysł, żebyś ty wprowadziła się do mnie, a ona przeprowadziła się do tego, w którym ty teraz mieszkasz. To niezłe osiedle, już zagospodarowane, jest żłobek, choć nie wiem, czy dziecko nadaje się do żłobka. No ale tam jest sporo zieleni i ten park po drugiej stronie. Myślę, że ci co wynajmują tobie to mieszkanie nie będą mieli nic przeciw temu. Oczywiście całą Twoją przeprowadzkę ja zorganizuję i cię przeprowadzę, a im chyba obojętne kto będzie za to mieszkanie płacił. Oczywiście za mieszkanie u mnie nic nie będziesz płaciła. Komunikacyjnie będziesz miała lepiej z dojazdami do pracy. Te meble są twoje, czy wynajmowałaś z umeblowaniem? Ich umeblowanie. To fajnie, u mnie są trzy pokoje ale trudno byłoby jakieś meble tam jeszcze wstawić. Albo mnie się tak wydaje.
Jolinko, pojedźmy teraz do mnie do mieszkania, obejrzysz i przemyślisz spokojnie wszystko. Mam ci jeszcze ogromnie dużo do powiedzenia, ale wolałbym tego nie mówić nad kotletem. To co chcę ci powiedzieć nie pasuje nawet do najlepszej knajpy. Kazi z dzieckiem dziś nie ma, pojechała do swoich rodziców. Musi ich zawiadomić, że się rozeszliśmy i że dziecko nie jest moje i będzie miało jej nazwisko. Chyba, że znajdzie jego "producenta" i on je uzna.
Tomku, a jak ona to wszystko przyjęła? Bo mam wrażenie, że ona dobrze wiedziała, że to nie jest twoje dziecko. To, że nie jest moje to wiedziała, ale podejrzewam, że nie bardzo wie czyje to dziecko. Na razie dziecko ma nową metrykę i jej nazwisko.
Tomek zapłacił za obiad, wpadli do jego pokoju, żeby zabrać zawartość małej lodówki i samochodem pojechali do jego mieszkania.
Tomek odniósł wrażenie, że jego była żona zabrała wszystkie rzeczy dziecka i znaczną część swoich. Być może postanowiła wrócić do swych rodziców a przynajmniej im zostawić dziecko. Tomek szybko spakował w dużą torbę resztę jej rzeczy i stwierdził, że wieczorem zatelefonuje do jej rodziców i może w poniedziałek rano wyśle resztę jej rzeczy do jej rodziców.
Zrobili kawę i rozsiedli się w fotelach. Oboje byli zamyśleni, wreszcie Tomek przerwał milczenie mówiąc: Jolinko, chciałbym wiedzieć czy jesteś z kimś związana uczuciowo, to ważne. Może planujesz już z kimś życie, powiedz, proszę.
Jola chwilę milczała, a Tomek wpatrywał się w nią badawczo. Jola miała wrażenie, że Tomek za chwilę zacznie obgryzać ze zdenerwowania paznokcie i ta myśl ją nieco rozbawiła.
Nie nie jestem z nikim związana uczuciowo, ale nie będę ukrywać - łączy mnie z tym człowiekiem tylko i wyłącznie seks. Takie 15, 20 minut dla zdrowia raz na jakiś czas. To w kwestii uczuć. Czasem chodzę też z nim do kina lub teatru. Niestety nie tańczy. Jest informatykiem, a oni nie tańczą - tak twierdzi. Proponował byśmy zamieszkali razem, ale odrzuciłam ten pomysł. On jest z całą pewnością dobrym informatykiem, ale jak dla mnie zbyt nieuporządkowany życiowo - cała organizacja życia domowego jest dla niego niczym terra incognita.
Ciąg dalszy nastąpi
I jak zawsze- czytamy i komentujemy lub dajemy znaczki - ;) , lub ;(
osoby podpisujące się "unknown" - dodajcie swe imię, bo jest Was kilka osób.
niedziela, 16 maja 2021
Kazdy na coś czeka - epilog
Wszyscy troje bardzo cieszyli się, że są już w domu. Co prawda zimowe dni w Vancouver były ładniejsze a i miasto jako takie było ładniejsze i ciekawsze, ale oni rozkoszowali się wieczorami spędzanymi w domu razem a nawet wspólnym szykowaniem posiłków. Kamil oddał w ręce prawnika sprawę zmiany ojcostwa i choć sprawa była prosta, to jednak musiała przejść przez odpowiednie szczeble. No a potem Jacek musiał sobie wyrobić nowy dowód osobisty i w wielu miejscach zmienić imię ojca. Orzeczenie o ustaleniu ojcostwa doczekało się wielu kopii.
Jacek w czerwcu obronił swą pracę doktorską. Marta i Kamil byli tak dumni, jakby to oni sami zdobyli ten tytuł. W ramach tej radości zrobili wspólny kilkudniowy wypad do Paryża. A w sierpniu nadeszła z Vancouver zła wiadomość - Leon był w szpitalu, okazało się, że ma raka trzustki i jak stwierdzili lekarze to chyba od dość dawna chorował, ale nie leczył się. W październiku odszedł , jak pisała Zochna bez większego bólu, bo w minimalizowaniu bólu tamtejsi lekarze byli naprawdę nieźli. Zochna napisała do Marty i Jacka o tym fakcie, gdy już było po pogrzebie. Na razie nie miała pomysłu na "co dalej". Jacek proponował by może wróciła do Polski i zamieszkała np. w mieszkaniu Marty, które było dość blisko miejsca w którym on mieszkał z Martą. Ale Zochna stwierdziła, że to raczej odpada, miała tu swój krąg przyjaciół i znajomych, a w Polsce praktycznie czułaby się szalenie obco. Kuzynka Zochny, która przed laty sprowadziła Zochnę i Leona do Kanady zaproponowała, by Zochna przeprowadziła się do ich domu- tym sposobem nie będzie sama a swój domek komuś wynajmie i będzie miała stały dochód, chociaż, jak zapewniała w liście- na brak środków do życia nie będzie cierpiała, nawet gdyby nikomu nie wynajęła domku. W końcu listu napisała, że Kanada dała jej poczucie bycia kimś, a w Polsce stale, nawet po ślubie z Leonem czuła się nikim i obawia się, że zamieszkawszy w Polsce znów czułaby się nikim.
Bardzo przykro zrobiło się Marcie i Jackowi po tym liście od Zochny. Każde z osobna zapewniało ją, że się myli, wszak była, jest i będzie mamą Jacka, teściową Marty i bratową Kamila i że oni bardzo żałują, że nie chce przyjechać. Ale ogromnie się ucieszą gdy jednak zmieni zdanie. Mieszkanie Marty nadal będzie puste, więc niech pamięta, że zawsze będzie tu mile widziana. Co prawda Marty i Jacka całymi dniami nie ma w domu, no ale jest jeszcze Kamil, który też jest samotny, więc zapewne mogliby sobie wzajemnie dotrzymywać towarzystwa.
Kamil nie dziwił się Zochnie, że nie chce wracać do Polski- po prostu ona chyba jednak zbyt wiele tu wycierpiała- faktycznie "panna służąca" w Polsce była nikim. I zapewne zniosła wiele upokorzeń zarówno ze strony swych pracodawców jak i potem ze strony rodziców Leona, którzy zapewne nie o takiej synowej marzyli dla swego syna. Bo wszyscy rodzice chcą dla swych synków panienki najlepiej z książęcego rodu, koniecznie pięknej, mądrej o wielu talentach i ślepo kochającej i posłusznej mężowi, który w pojęciu swych rodziców jest wprost ideałem - nawet wtedy gdy jest brzydki i głupi.
Jacka do Dziadków najczęściej prowadził Kamil, bo matka braci nie chciała widywać Leona i jego żony, ale życzyła sobie raz na jakiś czas zobaczyć Jacka. Spotkania przy wspólnym stole bywały dwa razy w roku, w Boże Narodzenie i na Wielkanoc. I nigdy nie trwały długo. I skoro Kamil, należący do ścisłej rodziny nie wspomina mile tych spotkań, to jest w stanie zrozumieć jak były one nieznośne dla Zochny. Więc wcale nie dziwi się, że mając takie wspomnienia Zochna nie chce wrócić do Polski.
Mniej więcej rok po śmierci Leona Zochna napisała do Marty, że jeden ze znajomych jej i Leona, który owdowiał nieco wcześniej niż Zochna, z pochodzenia Niemiec, zaproponował jej....małżeństwo. I Zochna poważnie się zastanawia nad tym krokiem. Ona go zna już wiele lat, spotykali się w czwórkę często, przyjaźnili się, ale ona nie bardzo wie co ma zrobić, bo "Fryderyk jest od niej młodszy aż o pięć lat". I czy to nie będzie śmiesznie wyglądało, że ona w wieku 62 lat jeszcze będzie wychodzić za mąż? Poza tym on chce by wrócili razem do Europy i zamieszkali w Bawarii, skąd on pochodzi.
List Zochny Marta przeczytała sama kilka razy, potem ze dwa razy z Jackiem i na końcu z Kamilem. A potem napisała do Zochny, że fakt wychodzenia za mąż za wdowca o pięć lat młodszego nie jest wcale jakimś nagannym czy poronionym pomysłem. Panowie szybciej się starzeją, więc te 5 lat różnicy to właściwie żadna różnica. Ważne jest tylko to, co do siebie czują, czy ta propozycja wynika z jego uczuć przyjaźni i/ lub miłości do Zochny czy tylko może facet widzi jakieś wymierne finansowe korzyści z tego faktu. I czy jej poprzedniczka była aby na pewno szczęśliwa z tym panem, czy nie było jakichś historii przemocowych w tym małżeństwie, bo Bawarczycy dość osobliwie traktują kobiety. I jeżeli tylko Zochna wie, że facet zawsze był w porządku i jeśli Zochna wyłączy to co odziedziczyła po Leonie ze wspólnoty małżeńskiej przed ślubem (bo musi mieć jakieś zabezpieczenie dla siebie w razie ponownego wdowieństwa lub rozwodu) to niech bierze ślub i jedzie do Bawarii, bo Bawaria ładna jest a poza tym jest znacznie bliżej Warszawy niż Vancouver, więc jest pewne, że będą się z nią częściej widywać. Jacek dopisał tylko, że Marta napisała to wszystko co i on na ten temat myśli i że gdy tylko oni zjadą do Bawarii on z Martą ich odwiedzą. A Kamil napisał: "dobrze zrobisz wychodząc za młodszego o te 5 lat, o ile tylko facet jest wart twego uczucia. Życzę ci Zochno wszystkiego co najlepsze." W dwa miesiące później dostali zdjęcie ślubne, na którym Zochna była otulona szalem, który jej przywieźli do Vancouver Marta i Jacek. Poza tym napisała, że następną wiadomość przyśle już z Europy, czyli z okolic jeziora Forggensee, bo tam mają zamieszkać i podobno stamtąd jest stosunkowo blisko do Garmisch-Partenkirchen. Dziękowała też całej trójce za zrozumienie jej sytuacji i aprobatę jej decyzji. Napisała też, że Fryderyk przyklasnął temu, że wyłączyła ze wspólnoty majątkowej to co odziedziczyła po Leonie. I oboje z Fryderykiem będą szczęśliwi mając możliwość goszczenia ich wszystkich u siebie.
Jacek się chwilami podpytywał Kamila, czemu nie "zakręcił się" koło Zochny gdy ta owdowiała, bo była szansa by Jacek miał tym sposobem oboje rodziców razem, ale Kamil twierdził, że Zochna, niezależnie w jakim wieku nigdy go nie pociągała pod jakimkolwiek względem, a ten jeden jedyny raz, w wyniku którego na świat przyszedł Jacek, to było raptem góra 10 minut, a i to w niepełnej świadomości Kamila obudzonego nagle przez Zochnę wielce intymnymi i jednoznacznymi pieszczotami.
Bawarski klimat chyba dobrze służył Zochnie i Fryderykowi - oboje dożyli tak zwanie słusznego wieku- Zochna odeszła w 80 roku życia pozostawiając Fryderyka w wielkim smutku. Odszedł w dwa lata po niej. A Kamil, otoczony miłością Jacka i Marty doczekał się małej Marysi, którą przez trzy lata wielbił i hołubił i w wieku 85 lat pogrążył w smutku tych, których tak bardzo kochał.
KONIEC
Każdy na coś czeka - 11
Co robią dorosłe kobiety gdy mają babski dzień? Niektóre to idą pobuszować w sklepach, ale Zocha i Marta posiedziały pół dnia w domu "obgadując" swoich partnerów. Jakby nie było Zocha bardzo chciała wiedzieć jaki właściwie jest jej syn na co dzień. Gdy wyjeżdżali z Leonem z Polski Jacek był co prawda już pełnoletni, ale nie miał wtedy nawet żadnej sympatii, może dlatego, że bardzo był wtedy zajęty studiami i....siatkówką. Zocha twierdziła, że wyjeżdżała wtedy w swego rodzaju rozdarciu - z jednej strony już miała dosyć ciągłych kłótni Jacka z Leonem oraz Leona z Kamilem. Z drugiej strony wiedziała, że będzie tęsknić za Jackiem a i w pewnym stopniu za Kamilem.
Pomysł , by Zocha wskoczyła do łóżka Kamilowi urodził się w głowie Leona i miał na celu głównie zapobieżenie temu, by Kamil z zazdrości nie doniósł rodzicom co się w drugiej części domu nocami wyprawia. Poza tym i Leon i Zocha wiedzieli, że coś jest nie tęgo z płodnością Leona lub jej, bo współżyli od pewnego czasu bez żadnych zabezpieczeń, a Zocha w ciążę nie zachodziła. Leon był święcie przekonany, że to wina Zochy, bo o niepłodność były głównie oskarżane kobiety, a nie ci wspaniali mężczyźni. W tym momencie Marta przypomniała sobie, co na ten temat mówił Kamil, ale nic nie powiedziała Zochnie o jego wersji tych wydarzeń. Tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Dla Marty najgorszy był fakt, że z jakiegoś względu wsadził bratu do łóżka kobietę, którą podobno kochał, a ona go posłuchała.
Gdy okazało się, że Zocha jest w ciąży zupełnie tego faktu nie skojarzył z tym, że raz zagonił Zochę do łóżka brata, za to dobrze wiedział, że teraz to rodzice wręcz każą mu się ożenić z Zochą, czego pragnął od samego początku. Gdy Jacek już był na świecie, postanowili, że jak najprędzej zrobią drugie dziecko i.....figa, Zosia nie zachodziła w ciążę. Wtedy dopiero do świadomości obojga dotarło, że Jacek jest raczej potomkiem Kamila niż Leona. Dopiero wówczas, w tajemnicy przed Zochą, Leon zrobił badanie nasienia, które wykazało, że jego szanse na potomstwo są zerowe. Nie dość, że plemników było mało, to były mało żywotne. A zapłodnienie to sprint, kto pierwszy ten lepszy.Ale nadal jeszcze to utrzymywał w tajemnicy, nawet przed Zochą. Ale któregoś dnia, Zosia będąc już panią Leonową znalazła wynik jego badania i gdy Jacek miał już 6 lat powiedziała Kamilowi, że on jest nie tylko ojcem chrzestnym Jacka ale i biologicznym.
Leon rzeczywiście nie radził sobie z tym faktem, że ojcem Jacka jest Kamil, ale nadal Zochę kochał, choć czasami ta jego miłość miała dość okrutne oblicze. I dobrze, że Kamil był blisko, bo Leon zupełnie się mentalnie wyłączył z kontaktu z Jackiem. Co najwyżej ciągle miał coś dziecku za złe. Na domiar złego Jacek był znacznie bardziej podobny do Kamila niż do Leona. Zocha proponowała by się rozeszli, ale tego to sobie Leon nie wyobrażał. Kochał Zochę nadal, jakąś dziwną, obłąkaną miłością.
W Kanadzie znaleźli się dzięki ciotecznej siostrze Zochy, która wyemigrowała do USA, tam poznała Kanadyjczyka za którego wyszła za mąż. Kanadyjczyk był rodem z Vancouver i gdy się ożenił powrócił do Vancouver. I to właśnie owa siostra zaprosiła do siebie Zochę i Leona. W liście zapewniali, że na mur-beton znajdzie się praca dla Leona, bo Kanada bardzo chętnie przyjmowała ludzi z cenzusem. Ponieważ Kanadyjczyk był poważnym człowiekiem, Leon za jego radą przesłał do Kanady przetłumaczone wszystkie swoje dyplomy, kursy, opinie z miejsc pracy i dostał promesę zatrudnienia w jednej z firm w Vancouver.
Ze względu na Zochę Leon chciał, by jechał z nimi Jacek. Wiedział jak bardzo Zocha kocha Jacka, a on wszak bardzo kochał Zochę i nie chciał by ciągle tęskniła za Jackiem. Ale Zocha cały czas podejrzewała, że Leon tak naprawdę chcąc by jechał z nimi Jacek chciał zrobić Kamilowi na złość. Bo jak zauważyła na przestrzeni lat, gdy mieszkali wszyscy jeszcze u rodziców bliźniaków to miłość między nimi była bardzo dziwna i chyba więcej było pomiędzy nimi animozji niż miłości i życzliwości. I wcale nie namawiała Jacka na ten wyjazd. A teraz to Zocha wie, że zrobiła dobrze, bo widzi, że Jacek jest szczęśliwy z Martą.
Spłakały się nieco obie gdy Zocha snuła swą opowieść. A Marta opowiedziała z kolei Zosi, o swoim pierwszym, nieudanym związku, co wywołało u Zochy potok łez, mówiła też o tym jak się pomału z Jackiem poznawali, opowiedziała też o tym jakim jej zdaniem porządnym, wrażliwym i dobrym człowiekiem jest Kamil i jakim super mężem jest Jacek. A Zocha poszła do sypialni, gdzie w domowym sejfie, pośród swoich dokumentów miała ukryty wynik badania nasienia Leona, wykonanego gdy już Jacek był na świecie, a oni starali się o następne dziecko. Przyniosła kopertę z wynikiem i wręczyła to Marcie- weź to Martusiu, może się wam to przyda.
Marta nie ukrywała, że im obojgu bardzo się podoba Vancouver, że na pewno jeszcze tu przyjadą. Zaprosiła też Zochę by przyjechała z Leonem lub sama do Polski, jest gdzie mieszkać, bo tak naprawdę to każde z nich ma własne mieszkanie. Oni mieszkają w trójkę w mieszkaniu Kamila, ale i ona i Jacek mają swoje mieszkania, z tym, że mieszkanie Jacka wynajmują, a jej stoi puste i są to dwa pokoje z kuchnią, na bardzo ładnym osiedlu.
Męska część rodziny powróciła do domu późnym popołudniem. Wyniki badań będą mogli odebrać za dwa dni.Wyniki badań wykażą czy Leon i Kamil są tak naprawdę klonami, czyli powstali z jednej zygoty, czy tylko "dwojaczkami", czyli dwa jajeczka zostały zapłodnione dwoma różnymi plemnikami. Bliźniaki jednojajowe posiadają takie samo DNA, ale i tak, w drodze dodatkowych badań będzie można ustalić który z nich jest ojcem Jacka. Ale wg pracowników laboratorium w którym byli, oni nie są bliźniakami ale dwojaczkami. I opowieści rodzinne, że jeden z nich jest starszy, właśnie o tym świadczą. Bo gdy się rodzą dzieci dwujajowe pomiędzy ich przyjściem na świat może minąć nawet kilka godzin, jeśli poród odbywa się siłami natury. I tak " na oko", jeszcze bez badań widać, że Jacek raczej jest synem Kamila a nie Leona.
No cóż, miałem syna, który był mi solą w oku, a teraz najprawdopodobniej zmieni się w mego bratanka. Kamil miał bratanka, a miał tak naprawdę syna, ale był na tyle fajnym bratem, że nigdy tego nie powiedział Jackowi ani komukolwiek w rodzinie.Nie wyobrażałem sobie życia bez Zochy i cały czas od chwili, gdy się okazało, że raczej nie mam szans na potomstwo żyłem w strachu, że Kamil mi ją zabierze, bo Jacek to jego dziecko, a dziecko musi mieć matkę - stwierdził Leon.
A teraz nadal się boisz, że ci ją Kamil zabierze?- zapytała Marta. Nie, już się tego nie boję. Przez dobry kwadrans w pokoju było cicho, w końcu odezwała się Marta - popatrzcie - przez jeden głupi pomysł cztery osoby były nieszczęśliwe - może nie w tym samym czasie, ale jednak byliście nieszczęśliwi. Jacek, bo czuł, że coś jest źle i wydawało mu się, że za coś Leon jest na niego zły, Kamil, bo był ojcem, ale nie miał prawa decydowania o życiu Jacka. Ty Leonie też byłeś nieszczęśliwy, bo nie umiałeś pokochać Jacka jak ojciec. Przerzuciłeś w pewien sposób swój głupi pomysł na barki Zosi i zaszła w ciążę. Ale myślę, że i tak najgorzej miała Zochna, bo została potraktowana instrumentalnie przez człowieka, którego kochała.
Pomyśl, jak bardzo cię kochała, że posłuchała cię i weszła Kamilowi do łóżka. A tak naprawdę usłyszawszy takie dictum powinna była dać ci w twarz i odejść jak najdalej. Nie mówię tego po to by cię zawstydzić, ja tylko zbieram fakty. I trochę mi się chce śmiać, że gdyby nie to moje zdjęcie z Jackiem i Kamilem, na którym Jacek i Kamil różnią się tylko wiekiem, Jacek nie rzuciłby Kamilowi pytania jak długo jeszcze będzie się Kamil wypierał ojcostwa. I, tu mówię, mea culpa, namówiłam ich obu żeby wysłać to zdjęcie do was. Byłam pewna, że w jakiś sposób zareagujecie na to zdjęcie. Co prawda nie podejrzewałam, że nas zaprosicie. To raczej był znak od nas, że chcemy wreszcie pewne sprawy ustalić w sposób ostateczny. Kamil chciał to wszystko załatwiać z pomocą polskiej kancelarii prawniczej, no ale skoro przyjechaliśmy , to myślę, że tak jest znacznie lepiej. A jak ty uważasz Leonie?
Myślę, że lepiej. To wasze pokolenie jest bardziej otwarte i szczere niż nasze, chyba niewiele spraw jest zamiatanych pod dywan, bo nie wypada powiedzieć o czymś prawdy- stwierdził Leon. Marta uśmiechnęła się - niestety o wielu sprawach nadal się nie mówi w rodzinach, zwłaszcza na prowincji, niewygodną prawdę się ukrywa. Nadal zamiata się wiele spraw pod dywan. Ale ponieważ byłam ofiarą takiego ukrywania prawdy - nauczyłam się rozmawiać z moimi bliskimi i przyjaciółmi o sprawach, które zwykle zamiatane są pod dywan. Nauczyłam się tego na psychoterapii, którą musiałam przejść żeby nie wpaść w depresję lub w nerwicę. Mam wrażenie, że teraz gdy już prawda o tym, kto jest biologicznym ojcem wyjdzie na światło dzienne ty, Leonie i Kamil, w pewien sposób się odnajdziecie jako bracia. Nikt nikomu niczego już nie będzie winien.
Jacku, a może chciałbyś trochę popracować i pomieszkać w Vancouver?- spytał Leon- mógłbym ci załatwić dobrą pracę. To miło brzmi- stwierdził Jacek, ale jestem w trakcie robienia doktoratu i z całą pewnością nie przerwę jego pisania. Między innymi dlatego mam tak mało czasu i tak krótko tu jesteśmy. Vancouver jest pięknym miastem, ale ja mam zamiar nadal być pracownikiem naukowym, lubię swoją pracę. Nie wiem jeszcze kiedy będę bronił, ale pewnie do czerwca uda mi się obronić pracę.
Więc może w lecie wy byście przyjechali do Polski. Mieszkać będziecie w mieszkaniu Marty, które stoi puste, bo my mieszkamy z Kamilem. Marta jest zadania, że nie powinien mieszkać sam. Zresztą nam się naprawdę dobrze mieszka razem. Ulubiony profesor Marty twierdzi, że ludzie mieszkający samotnie szybciej się starzeją, częściej chorują, popadają w depresję.
Wynik badania genetycznego był jednoznaczny - ojcem Jacka jest Kamil. Porównanie genów Jacka i Leona wykluczyło ojcostwo Leona. Wszystkie wyniki badań i ich opis zostały przetłumaczone na język polski przez tłumacza przysięgłego. Jak powiedziała Marta- misja została wypełniona.
W trzy dni później wracali już do Polski. Pożegnanie było nieco łzawe, ale Jacek i Marta nie wykluczali, że któryś urlop spędzą właśnie Vancouver, bo to naprawdę nadzwyczajne miasto, interesujące jak rok długi, bez względu na porę roku.
Warszawa powitała ich kilkunastostopniowym mrozem i sypiącym śniegiem. A dzień wcześniej spacerowali w parku nad Pacyfikiem i delektowali się przepięknym zachodem słońca i widokiem oświetlonego Vancouver z wieżowca, na którym była platforma widokowa. Upału nie było, ale było +5, śnieg był tylko w wyższych partiach widocznych gór i w niektórych dalej leżących od centrum parkach.
c.d.n.
sobota, 15 maja 2021
Każdy na coś czeka -10
Święta, święta i po świętach. Wyjazd był tuż, tuż, jeszcze tylko Sylwester spędzony w huku petard, wyciu i szczekaniu przerażonych psów. Dni pomiędzy świętami a Sylwestrem upływały na szykowaniu się do wyjazdu, czyli "kombinowaniu" co naprawdę ze sobą wziąć. Gdy tylko Marta wpadała w namysł czy ma daną rzecz brać czy może nie, Jacek zaraz mówił - możesz nie brać, kupimy w razie potrzeby na miejscu, nie jedziemy na sawannę, ale do miasta w Kanadzie a nie w Rosji, przestań oszczędzać na sobie. I zrozum wreszcie, że moje konto jest również twoim kontem. Jeżeli był przy tym obecny Kamil, to zaraz dorzucał- moje konto też macie do dyspozycji, pamiętajcie o tym. A dla "rozluźnienia atmosfery" Kamil im opowiedział jak to zaginął jego bagaż gdy leciał do Moskwy, więc "ogromnie ważna delegacja" trwała bardzo krótko, bo następnego dnia wrócił do kraju, jako że w bagażu podręcznym miał tylko dokumenty, które po prostu zostawił koledze a sam wrócił. A jego bagaż znalazł się dość szybko i to w dobrym stanie bo........nie opuścił wcale Warszawy. Marcie udało się przekonać Kamila, by przed wyjazdem odwiedził swego lekarza, który zapisał im wszystkim lek poprawiający krążenie, które będzie nieco upośledzone długim siedzeniem. Lek zakupili w szwajcarskiej aptece.
Do Frankfurtu lecieli Lufthansą, potem przejęła ich linia Air Canada. Czas pomiędzy jednym a drugim etapem podróży spędzili w strefie tranzytowej, starając się jak najwięcej spacerować. Z lekkim zdziwieniem przyjęli wiadomość, że będą mieli przesiadkę pomiędzy Frankfurtem a Vancouver, ale nie mieli na to najmniejszego wpływu. Kamil usiłował tę sprawę wyjaśnić z personelem, ale z odpowiedzi wynikało jasno, że jest to "regularna" przesiadka, tylko panie wystawiające bilet zapewne o tym nie wiedziały. No ale wszystko się zgadza w sensie ceny biletów oraz rezerwacji,więc nie ma problemu.
Kamil i Jacek śmiali się, że Marta włączyła u siebie tryb przeczekiwania - w samolocie ilekroć przytulała się do ramienia Jacka zaraz spokojnie zasypiała. Kamil patrzył na oboje z wielką radością-cieszył się, że jego syn znalazł tak wartościową partnerkę i wyraźnie oboje są ze sobą szczęśliwi. To wielce zabawne - myślał- ale odkąd się Jacek ożenił bardziej poczułem się ojcem niż wcześniej. Zastanawiał się czy i kiedy zostanie dziadkiem, ale sądząc z wypowiedzi "młodych" to im się do posiadania dzieci wcale nie spieszyło. No cóż, widać mamy geny jakieś nie takie - mnie sama myśl o związaniu się z kimś przeraża- rozmyślał. Poromansować przez jakiś czas to i owszem, ale być stale razem to już nie. A może po prostu nie spotkałem na swej drodze żadnej kobiety, która by mnie porwała swą osobowością a nie tylko urodą? Bo uroda to jednak zbyt mało.Może gdybym spotkał taką jak Marta to bym się ożenił? Ale być może ta cała sytuacja z Zochą i ten pokręcony związek Leona miały aż tak bardzo negatywny na mnie wpływ, że zupełnie wybiły mi z głowy jakiś trwały związek? No cóż - myślał wgapiając się w pełznące pod nimi chmury przypominające bitą śmietanę - skończyłem psychologię a wiele mądrzejszy od tego nie jestem. Ale dobrze, że przynajmniej oni są szczęśliwi. Ciekawe co poczuję gdy zobaczę Zochę - zabawne- dzieciaka jej zrobiłem, ale nigdy potem nie budziła we mnie najmniejszych emocji związanych z seksem, chociaż widywałem ją przez wiele lat niemal codziennie. Ciekawy jestem co czuł Leon gdy tak codziennie u nich bywałem? Może nas podejrzewał, że romansujemy? Jedno jest pewne - nie bardzo sobie radził z tą sytuacją, że Jacek nie jest jego dzieckiem. A ja z tym, że jestem jego ojcem biologicznym bez żadnych praw do niego. Byłoby dobrze gdybyśmy obaj jednak o tym porozmawiali sami, bez osób trzecich. Szkoda, że nie zrobiliśmy tego wcześniej. A może nie szkoda - dzięki temu byłem z Jackiem gdy oni wyjechali.Nie sposób jest wiedzieć jak byłoby "gdybyśmy zrobili coś innego niż zrobiliśmy."
Jacek, który wcześniej przegadał z Martą temat "Leon i ja" cieszył się, że leci razem z Martą, że ona przytula się do niego, że on czuwa nad jej snem, że miał wielkie szczęście, że ją w Empiku kiedyś spotkał, że Kamil ją akceptuje. Ciekawy był jak na swą synową zareaguje Zocha. Z opowiadań swych żonatych kolegów wyrobił sobie o matkach żonatych synów niezbyt pochlebną opinię, że są: czepliwe, że krytykują wszystko co synowa robi, bo przecież one najlepiej wiedzą co synkowi żona powinna zapewnić, że nie proszone próbują nadal kierować życiem swych dorosłych synów, że wtrącają się do wszystkiego, że stawiają swych synów w sytuacji, w której oni ciągle muszą wybierać- albo żona, albo matka i że to jest nie do zniesienia. Miał tylko cichą nadzieję, że może Zocha jest inna. Szykując dedykację do szala dla Zochy napisał- "Mamie, żeby dobrze służył zapewniając ciepło i wygodę - Jacek i Marta."
Teoretycznie samoloty przylatują punktualnie, no ale to tylko teoretycznie. Do Vancouver przylecieli z półgodzinnym opóźnieniem- niby nic, ale długo czekali do odprawy paszportowej i dość długo na bagaż. Gdy wreszcie wyszli Jacek wypatrzył, że chyba widzi Leona z polskim proporczykiem. I rzeczywiście, to był Leon. Mocno odchudzony,wyglądający znacznie starzej niż Kamil. Był sam, bo Zocha musiała skorzystać z łazienki, więc wymieniwszy pierwsze powitania stali teraz czekając na Zochę. Leon, patrząc na swego brata powiedział- a ty to chyba byłeś na jakiejś kuracji odmładzającej, świetnie wyglądasz. Kamil roześmiał się- nie byłem na żadnej kuracji, ale słucham się Marty, która zmusiła mnie do regularnych ćwiczeń i dba żebym się nie zajadał słodyczami. Marta to taki nasz dobry duszek, chociaż czasami jak przygada to człowiek ma ochotę uciec w siną dal.
Jacek z wysokości swego wzrostu wypatrzył Zochnę, chwycił Martę za rękę i pociągnął za sobą, by spotkać matkę tylko w obecności Marty. Objął, ucałował i powiedział - przyjechałem mamuś z kobietą, którą uwielbiam i mam nadzieję, że i ty ją pokochasz- wypuścił Zochę z objęć a ona podeszła do Marty ze słowami- witaj Martusiu w rodzinie, na żywo jesteś jeszcze ładniejsza niż na zdjęciu. Musisz być bardzo mądrą i dobrą dziewczyną, skoro Jacek cię wybrał! I mówmy sobie po imieniu, dobrze? Bo wiesz, matkę to się ma tylko jedną. Chodźcie, bo jeszcze pomyślą, że spiskujemy. Leon na starość nieco głupieje, zrobił się złośliwy.
Jacek wziął obie swoje kochane kobiety pod ręce i szedł z nimi w stronę Kamila i Leona. Obaj byli naburmuszeni i Jacek powiedział - jeśli odczuwacie wielką potrzebę dowalenia sobie wzajemnie to podjedźmy gdzieś w bardziej odludne miejsce, zostawimy was tam i możecie się tam tłuc. Będziemy tu niemal dwa tygodnie, więc możecie spędzić je razem albo zwyczajnie rozmawiając albo się tłukąc jak pętaki. Zocha machnęła ręką i powiedziała - synku, nie denerwuj się, to takie stroszenie piór, jedźmy do domu, musicie przecież odpocząć po podróży. Jacek wziął walizkę Marty i swoją i ruszyli z Zochą do wyjścia z lotniska. Za nimi z zaciętymi minami szli bliźniacy. Droga do parkingu była na tyle długa, że gdy dotarli do samochodu bracia zdążyli wrócić do równowagi.
Zochna i Leon mieszkali od kilku lat całkiem daleko od centrum Vancouver, w kolonii niedużych domków. Domki nie robiły dobrego wrażenia, bo wszystkie były w szarym kolorze. Najmniej się podobało Kamilowi, że stały bardzo blisko siebie. W porównaniu z nimi, to osiedle, które oglądali w podwarszawskiej gminie było super eleganckie bo i domy były większe i otaczające je ogródki. No i tamte domki były murowane, te były drewniane.
Vancouver, jak wiele innych miast na świecie powstał z połączonych ze sobą małych przystani, baz wielorybników, osad drwali. Początkiem rozwoju miasta był port, ulokowany na zachodnim krańcu Kolei Trans Kanadyjskiej, dzięki któremu miasto się bogaciło wysyłając i odbierając różne towary. Prawa miejskie miasto nabyło już w 1886 roku. Kolej budowali głównie imigranci chińscy i po ukończeniu budowy linii kolejowej wielu z nich się tu osiedliło. A nazwa Vancouver to nazwisko brytyjskiego odkrywcy i badacza, Georga Vancouver, badającego otaczający miasto region.
Miasto bardzo się podobało całej trójce. Jak każde duże miasto miało ładniejsze i średnio ładne dzielnice. Miało wiele pięknych, bardzo zadbanych parków, których ilość wręcz imponowała, bowiem była ich ponad setka. Najmniej podobały się im plaże, bo nie były to takie piękne, złociste plaże jak te nad Bałtykiem. Zaskoczyła Martę ilość gorzelni, na szczęście zwiedzili tylko jedną i Marta była zaskoczona, że smakowała jej produkowana w niej whisky, bo Marta nie lubiła wysokoprocentowych alkoholi. Sporo pływali promami, byli również na wyspie Vancouver. Jak stwierdziła Marta, Vancouver jest zaskakującym miastem,bo właściwie oferuje niemal wszystkie atrakcje przyrodnicze - i morze i góry, lasy z pięknym drzewostanem i jeziora, nowoczesne centrum ze szklanymi wieżowcami, świetne muzea, imponujące Galerie Sztuki. Ogromnie podobał im się Park Stanleya, choć jak twierdził Jacek trudno nazywać parkiem "coś" co jest właściwie lasem. Innego dnia wjechali kolejką linową na Grouse Mountain, skąd był piękny widok i na morze i na góry. Z Muzeum Morskiego i Muzeum Antropologii trzeba było Martę wyciągać na siłę. Wszystkich zachwyciła marina, w której były barki mieszkalne, czyli domy jednorodzinne na barkach. Co dziwniejsze, to niektóre miejsca były dla Zochy i Leona "dziewicze"- np. po raz pierwszy wędrowali wiszącymi pośród lasu mostami, po raz pierwszy wjechali na Grouse Maountain,w Dzielnicy Chińskiej chyba też byli po raz pierwszy.
Bracia dwa dni z rzędu byli zostawieni sami sobie, a po Vancouver wędrowała Zocha z Jackiem i Martą. Gdy wracali do domu zastanawiali się czy bracia będą nadal w takim samym stanie jak rano, gdy wychodzili z domu. Gdy zwiedzali miasto i zachwycali się nim Marta spytała Jacka, czy nie żałuje, że został w Warszawie zamiast wyjechać z Zochą i Leonem. Nie, nie żałuję, bo dzięki temu poznałem i pokochałem ciebie Martuniu, poza tym wyjaśniło mi się kilka spraw rodzinnych, w tym moje podświadome wówczas większe przywiązanie do Kamila. Ale nie ukrywam, że chętnie pobyłbym tu dłużej, ale tylko i wyłącznie razem z tobą i Kamilem, nie sam. Jeżeli mama i Leon ponownie zniosą obecność naszej trójki to na pół roku moglibyśmy tu przyjechać. Albo gdyby nam znaleźli na pół roku jakieś lokum. Ciekawy jestem co będzie jutro, bo część męska rodziny jedzie na te badania i spotkanie z prawnikami. Będziecie jutro miały z mamą "babski dzień".
c.d.n.
czwartek, 13 maja 2021
Każdy na coś czeka - 9
Remont i lekkie przemeblowywanie mieszkania trwało nieomal cały tydzień, ale efekt końcowy wynagrodził wszystkie niedogodności. Obydwie łazienki były wielce wygodne a gdy pralkę udało się umieścić w nieco przemeblowanej kuchni w dużej łazience powstało miejsce na naprawdę dużą kabinę prysznicową, taką, by w razie potrzeby można było bez trudu pomóc osobie wymagającej pomocy w trakcie kąpieli. W małej łazience kabinę "osiemdziesiątkę" zamieniono na "dziewięćdziesiątkę" i trochę zmieniono ustawienie. Obecna sypialnia Kamila z nowym łóżkiem też prezentowała się dużo lepiej, zyskała na przestronności, dostała nowy mebel w postaci bardzo wygodnego , zgrabnego niedużego fotela, małego stoliczka oraz lampy stojącej z łatwym do sterowania snopem światła. Takie same właściwości miała nowa lampka nocna. Kamil wpierw narzekał, że nie będzie się mógł w tym fotelu zdrzemnąć, ale zaraz usłyszał, że na jego biodro jedyną pozycją właściwą do spania jest pozycja horyzontalna, którą zapewnia bardzo wygodne łóżko. W trakcie remontu mieszkali w mieszkaniu Marty i zgodnie stwierdzili, że jeszcze wstrzymają się z dawaniem go pod wynajem. "Geograficznie" było w lepszym miejscu niż mieszkanie Kamila, na bardzo zielonym i świetnie zagospodarowanym osiedlu, dobrze skomunikowanym z centrum miasta.
Wyprawę do Kanady zaplanowali na pierwszą połowę stycznia - po prostu był to jedyny termin, w którym mógł jechać Jacek. Pisząc do matki i Leona Jacek wspomniał, że zależy mu bardzo na tym, by "wyprostować" sprawę tego, który z braci tak naprawdę jest jego ojcem, więc niech Leon zorientuje się gdzie mogą w Vancouver szybko zrobić testy genetyczne, za które on sam zapłaci, bo to w gruncie rzeczy jego sprawa a nie Leona lub Kamila. Bo sam fakt wielkiego podobieństwa Kamila i Jacka to jeszcze nie dowód, by zmienić swą metrykę urodzenia. Im bliżej było do wyjazdu tym mniej chęci do niego wykazywał i Jacek i Kamil. Obaj się obawiali, że Leon może w ostatniej chwili odmówić udziału w testach.
Z drugiej strony na zdrowy, chłopski rozum powinno wystarczyć badanie genetyczne Jacka i Kamila, ale tutejszy prawnik twierdził, że powinno być również wykluczenie ojcostwa Leona. Ciągłe dyskusje na ten temat zamknęła w końcu Marta mówiąc, że jeszcze trochę a polecą do Vancouver bez niej, bo ona ma już dosyć. Jeśli nawet Leon nie zgodzi się na testy to niech zrozumieją, że mają darmową niemal wycieczkę do Kanady. A co będzie to się okaże na miejscu.
Jacek nagle zaczął się zastanawiać jak ma mówić do Zochy co Martę doprowadziło do wybuchu wściekłości - no jak to jak? - masz mówić do niej mamo- tak czy siak zawsze, aż do swej śmierci ona będzie twoją matką, niezależnie od tego kto jest twoim ojcem. Wczuj się nieco w jej skórę - przecież ona miała z wami koszmarne życie, bo jak sam twierdzisz to Leon kochał tylko ją i tolerował cię przez fakt, że twoje zaistnienie umożliwiło mu bycie z Zochą. A że zgodziła się na taki układ, lub może go wymyśliła - nie nam oceniać ten pomysł. Jeżeli myślisz, że miło jej było w tej waszej rodzinie to się zapewne bardzo mylisz.
To nie jej wina, że pokochała faceta, który nie miał odwagi przeciwstawić się swoim rodzicom i zostać gołym i bosym, bo jeszcze nie ukończył studiów. Gdyby miał więcej oleju w głowie to poprzestałby na nieregularnym z nią współżyciu i wytłumaczył dziewczynie, że jednak musi ukończyć wpierw studia by zapewnić im obojgu i z czasem dziecku byt. Nie sadzę by panny służące miały zbyt wiele oleju w głowie, ale Leonowi też go zabrakło.
A Kamil też się nie popisał - to, że weszła mu do łóżka wcale go nie rozgrzesza. Pomyśl - to tak jak ja bym mu niespodziewanie wlazła teraz nocą do łóżka - sądzisz, że gdyby mnie okazjonalnie przeleciał to byłaby to tylko moja wina? A jego ani trochę? Kamil nie sądził chyba, że to czarownica na miotle przyleciała, wiedział, że to ani chybi Zocha, dziewczyna z którą niemal co noc kotłuje się Leon. I co, uważał, że to normalne, że i on przy okazji się załapie na seks? Uruchom Jacusiu trochę myślenie wychodzące nieco z innego miejsca niż krocze. Od kilku dni mdli mnie już od tych waszych durnych dyskusji. Idę gotować obiad - gary przynajmniej nie bredzą! Wyszła z pokoju, w kuchni zamknęła za sobą drzwi i otworzyła okno. Padał deszcz, więc je nieco przymknęła by nie napadało do środka.
No cóż - chyba im nieco za mocno dowaliłam, może powinnam była milczeć i się w to nie wtrącać? Ale cholernie mnie wnerwili. Pieprzone bliźniątka - niewiniątka! Może gdyby ktoś z nimi wtedy rozmawiał szczerze o seksie, o życiu to może nie byłoby tego problemu?
W ramach szykowania się do wyjazdu Marta kilka razy odwiedziła Cepelię - wiedziała, że niemal wszyscy rodacy udający się za ocean kupują w ramach prezentów wytwory ludowe. Zochna też raczej była z ludu, ale Marta zupełnie nie miała pojęcia z jakiego regionu Polski Zochna pochodziła. Postanowiła kupić coś mało osobistego, nadającego się do ozdoby mieszkania lub na prezent dla kogoś. Jeśli Zochna stwierdzi, że jej taki produkt nie jest przydatny to może go wtedy komuś sprezentować.Tymi uniwersalnymi prezentami były piękne bieżniki koronkowe z Koniakowa wraz z serwetkami i jeden prezent osobisty dla Zochny- prześliczny koronkowy szal z bardzo cienko tkanej wełenki mieszanej z jedwabiem. Rozmyślając o zakończonej przed chwilą dyskusji postanowiła zmusić Jacka, by do szala dodał dedykację- niech Zochna ma taki namacalny dowód, że to prezent od Jacka dla niej.
Po chwili zajęła się szykowaniem obiadu, w pewnym sensie "odwieszając" sprawę ojcostwa Kamila na dość odległy "wieszak."
Po pół godzinie rozległo się pukanie do kuchennych drzwi. Drzwi się leciutko uchyliły a w rozszerzającej się szparze ukazał się wpierw bukiet pięknych herbacianych róż , które trzymał w ręce Jacek. Popchnięty z tyłu przez Kamila wszedł do kuchni. Kamil z kolei trzymał w ręce kilka ciętych storczyków - kremowych z brązowymi cętkami. Kochanie, chcemy cię obaj przeprosić i powiedzieć, że niestety ty masz rację. Nie gniewaj się już. Naprawdę obaj cię przepraszamy. Jacek odłożył róże na stół kuchenny i objął Martę całując jej oczy i usta, wtedy podszedł Kamil i objął ich oboje mówiąc - nie gniewaj się córeczko, proszę.
Marta wyzwoliwszy się delikatnie z ich objęć powiedziała- przepraszam was, chyba za wiele na raz powiedziałam, może wcale się nie powinnam w to wtrącać. Powinnaś, teraz jesteśmy jedną rodziną - zapewnił ją Kamil. A rodzina powinna sobie mówić prawdę w oczy, nawet gdy to boli. I właśnie sobie uzmysłowiłem, że chyba jesteś jedyną osobą, która ujęła się za Zochą.
Do których wazonów wstawić kwiaty? Storczyki do tego zielonego, tylko tak, by nie całe łodygi były w wodzie, a róże do tego "chińskiego". Na zgodę obaj dostąpili zaszczytu pomagania jej w szykowaniu obiadu - jak zwykle takiego co najmniej na dwa dni.
Tegoroczne Boże Narodzenie, pierwsze wspólne dla całej trójki, świętowali radośnie. Jacek z Kamilem musieli się zaraz na początku grudnia "wyspowiadać" u Marty co lubią jeść w święta, bo bardzo chciała by w te dni każdy zjadł to co lubi, nawet gdyby to nie było danie tradycyjne, tym bardziej, że w domu rodziców Kamila i Leona obowiązywała tradycja protestancka. Jak się śmiała Marta będą to święta "mieszane"- resztki świat z dwóch religii, protestanckiej i katolickiej i zupełnie świeckie podejście do tego. W salonie zaraz pierwszego dnia grudnia Jacek ustawił spore pudło pomalowane w pasy zielone i czerwone, do którego każde z nich wkładało zapakowane i oznaczone dla kogo - prezenty. W krótkim czasie pudło się zapełniło i było "z górką", więc obok stanęło drugie, równie duże pudło. Nim nadeszła wigilia obok pudeł znalazło się kilka sporych paczek - jedne duże i lekkie, inne nieco mniejsze, ale ciężkie. No tośmy nieźle zaszaleli - pomyślała Marta.
Przed wigilią trwała zawzięta dyskusja, kiedy będzie można rozpakowywać prezenty- w domu Marty prezenty rozpakowywano przed kolacją wigilijną, w domu Jacka - po kolacji wigilijnej, a u rodziców Kamila i Leona- w pierwszy dzień świąt po śniadaniu. W końcu postanowili, że rozpakują prezenty po kolacji, gdy już będą na stole tylko słodycze i wino.
W salonie w wigilię rano Jacek z Kamilem ubierali choinkę, która niemal sięgała do sufitu, czyli jak nic miała dwa metry wysokości. Jakimś cudem (chyba) jej gałązki wytrzymały tę ilość ozdób - część z nich Jacek pamiętał jeszcze z dzieciństwa, a część była dokupiona przed świętami.Oczywiście jakoś im nie wpadło do głów, że może trzeba by wpierw coś w tym temacie uzgodnić, każdy z nich kupował na własną rękę. Na stole w pełnej zgodzie pieczona gęś leżała na półmisku obok karpia w galarecie i plastrów wędzonego łososia. Były pierogi z grzybami i kapustą i bigos z wędzonką. Była i zupa grzybowa i barszcz czerwony z "diablotkami". Wśród słodkości był placek drożdżowy, zagnieciony przez Jacka, keks, makowiec w postaci tortu makowego i coś na widok czego aż się Kamilowi oczy zaszkliły- kruche ciastka z cukrem-kryształem na wierzchu - jego ulubione, które pamiętał jeszcze z domu rodzinnego. Oprócz tego był talerz z bakaliami i suszonymi owocami no i ulubione Marty orzechy w czekoladzie. Jak stwierdziła to z powodzeniem można by tym wszystkim podjąć pułk wojska i nikt by głodny nie wyszedł. Ze zdumieniem patrzyła na swego męża i teścia - jeszcze nigdy żaden z nich nie jadł tyle naraz. Pomarańcze, mandarynki i jabłka i kompot ze suszonych owoców już nie były w stanie przejść im przez gardła.
Ilość książek, które stały się "prezentem pod choinkę" wypełniłaby swobodnie przeciętny regał- dobrze, że w salonie było jeszcze miejsce na kolejny taki mebel. Kamil dostał puf (dobrany kolorem obicia do fotela w sypialni), który był jednocześnie schowkiem, bardzo ładny pulower z cienkiej, ale 100% wełny, tak zwaną bonżurkę w czarną i czerwoną kratkę, wielce gustowną i nobliwą piżamę flanelową w drobną kratkę taką jak kratka bonżurki oraz nowe domowe klapki oraz skarpetki z alpaki, tak zwane do spania. Jacek dostał męski kardigan w interesującym ciemno-kasztanowym kolorze, rękawiczki zamszowe podbite futerkiem, ciepły mięciutki szalik, zamszowe domowe klapki i ciepły puchaty dres z czegoś co udawało futerko. A Marta dostała futrzany płaszcz- lekuchny, ocieplany cienkim polarem, który był ukryty pod podszewką. Futerko było w piaskowym kolorze.Poza tym dostała ciepły polarowy szlafrok, bieliznę dzienną w której mogłaby z powodzeniem robić striptease, a co najbardziej ją zdumiało to fakt, że wszystko było dokładnie w jej rozmiarze, w uniwersalnym cielistym kolorze. Gdy rozpakowała wszystko zapytała- no to który z was to kupował? Razem kupowaliśmy z Kamilem- ponieważ masz przy bieliźnie odcięte wszystkie metki wziąłem do sklepu twoje majtusie i staniczek na wzór, a że się nieco krępowałem, to Kamil chodził ze mną. Od razu kupiłem więcej, bo to jakiś unikalny model i rozmiar, był praktycznie tylko w jednym sklepie. Dla mnie i tak jesteś najpiękniejsza au naturel. A żebyś widziała miny klientek w sklepie gdy wchodziliśmy- no chyba brały nas baby za zboczeńców. Teraz to już sobie zapisałem ten rozmiar. No to teraz będę musiała bardzo dbać o linię, żeby z tej bielizny nie wyrosnąć, śmiała się Marta. A jak trafiliście z rozmiarem futerka? Drobiazg, wymierzyliśmy twój płaszczyk centymetrem i potem w sklepie mierzyliśmy to co nam się wydawało dobre. A płaszczyk to nam skrócili w jeden dzień, rękawy też skracali,bo był chyba na jakąś topolę szyty.
A Marta pokazała im co już kupiła do Kanady - powiedziała też, że Jacek powinien dołączyć do szala imienną dedykację. Ale nie ma pojęcia co ma kupić dla Leona, nic jej nie przychodzi do głowy, a tu już najwyższy czas coś kupić. A może jakiś album z aktualnymi zdjęciami Warszawy? Od czasu ich wyjazdu sporo się przecież zmieniło.
c.d.n.