poniedziałek, 6 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 5

 Helena patrzyła na  Mietka uważnie i w końcu powiedziała: ten garnitur  to chyba nie jest "gotowiec", zbyt dobrze na  tobie leży, chyba szyłeś go u Niedźwieckiego.  Mietek uśmiechnął się  i stwierdził- nooo, nic się przed tobą nie ukryje. Tak, masz rację to jego dzieło. To wielce skrupulatny  facet, poza tym gdy byłem u niego składając  zamówienie sam brał miarę, co zapewne też miało znaczenie. I wiesz, miałem tylko jedną miarę, już wtedy wszystko leżało na mnie świetnie.
Helena wzruszyła lekko ramionami - nic w tym dziwnego, jesteś bardzo harmonijnie  zbudowany, nie jesteś zapasiony i wcale   a wcale jakoś nie widać  po tobie upływu lat. I wiesz, daj mi te róże, zaraz 
je wstawię do wody, są przecudne! No i powiedz wreszcie, z jakiej to okazji je przyniosłeś, bo mam wrażenie, że za chwilę padniemy z głodu.
Mietek stał nadal z tym bukietem w ręce i miał dość  zakłopotaną minę, wreszcie przestępując z nogi na nogę niczym czterolatek  wystękał - bo ja, bo ja.....pragnę, chcę, chcę cię prosić byś została moją żoną.
Nie jestem ideałem,  nie powiem, że jestem w tobie śmiertelnie  zadurzony, bo już z tego wyrosłem, ale wiem, czuję to, że jesteś jedyną kobietą, z którą chcę być stale i wszędzie. Znamy się jak łyse konie w jednym zaprzęgu, ty znasz doskonale moje wady, więc proszę cię - pobierzmy się. 
Będę o ciebie  dbał,  a twoja bliskość jest mi wprost niezbędna do życia, jak tlen do oddychania. Nie musisz mnie nawet kochać, wystarczy, że będziesz  ze mną i będziesz mnie tolerować. No powiedz coś, proszę, ja nie umiem się oświadczać, pewnie mam w tym zbyt małą wprawę. W końcu zdesperowany objął ją w dalszym ciągu dzierżąc w lewej ręce bukiet. 
Helena wyszeptała - wtykasz mi te biedne róże we włosy, szkoda róż. I jesteś trzeźwy, chociaż nieco bredzisz. Daj te róże, zdejmij ten zielony wazon z kredensu, nalej wody i przynieś go tu. Tylko  go nie stłucz bo się ledwo mieści pod kranem. Mietek  rzucił się niczym maratończyk  na taśmę finiszu w stronę kredensu, z jego najwyższej półki ściągnął wazon i niemal pobiegł z nim do kuchni by go napełnić wodą. Wrócił, prawie wyrwał Helenie róże z ręki, wcisnął je do wazonu i bardzo szybko wziął ją  w objęcia wzdychając z wyraźną ulgą.
Z lekka przyduszona Helena wyszeptała - zaskoczyłeś mnie całkowicie. Chodź do kuchni, zamienimy obiad z kolacją, a teraz  napijemy się kawy, zjemy tort urodzinowy i porozmawiamy jak bardzo dorośli ludzie.  Mieciu, ale tak objęci to daleko nie dojdziemy. Zdejmij ten śliczny garnitur, wskocz w dżinsy lub zostań w tych swoich   świetnie leżących na tobie  bokserkach w gwiazdeczki, tylko wpierw  zasuń zasłony w oknach. A potem włącz ekspres i  zrób kawę,  a ja w tym czasie pokroję tort. I nim zdążył cokolwiek   odpowiedzieć pocałowała go i pobiegła do kuchni.
Nieomal z ulgą wsadziła całą  głowę do lodówki, czuła, że skoczyło jej ciśnienie. Była nieco zdumiona, bo Mietek tak naprawdę zawsze ją trochę uwodził, ale on miał właśnie taki stosunek do kobiet. Pokroiła  tort, przesypała maliny do pucharków i dołożyła do nich lody. Ustawiła wszystko na tacy i zaniosła do saloniku. 
Zasłony we wszystkich oknach były zasunięte. W pokoju panował zielony, łagodny półmrok. Helena postawiła tacę na stoliku przy  sofie, na której siedział Mietek, teraz już w dżinsach i t-shircie. Helena wyjęła z barku butelkę wina i podała ją Mietkowi mówiąc - okazja w sam raz na tokaj-aszu. Korkociąg jest w szufladce stolika. Z kredensu wyciągnęła jeszcze  kryształowe kieliszki i zaświeciła połowę kinkietów. Zrobiło się nastrojowo i nieco odświętnie.
Lena, nie dałaś mi odpowiedzi - zaczął Mietek. 
Ale chyba  zauważyłeś, że nie dałam ci odmownej odpowiedzi- chcę byśmy teraz, wspólnie,  zastanowili się nad twoją pochlebiającą mi propozycją. Bo ja ją w pełni doceniam, pochlebia  mi, że jeszcze się komuś podobam, że ktoś chce  ze mną spędzić resztę życia.  Jest w tym wszystkim tylko jedno ale - wierz mi, szalenie mi  daleko do mistrzostwa świata w  łóżku a nie chciałabym się z kimś dzielić tobą. Zawsze  miałeś bardzo ładne i atrakcyjne dziewczyny i wszyscy faceci z  naszej paczki zazdrościli ci tych dziewczyn.
Tylko twój Wojtek mi nie zazdrościł - przerwał jej Mietek. Zawsze mi tobą oczy wykłuwał - tym jaka jesteś świetna, mądra- mógł  cały dzień wyliczać twoje zalety. A to co nazywasz mistrzostwem świata w łóżku nie zależy tylko od kobiety- zależy w dużej mierze od partnera. Póki co fortepian sam z siebie nie zagra, potrzebny jest pianista by instrument wydał z siebie nie tylko dźwięk ale konkretną melodię. Od dawna inaczej spoglądam na kobiety. Zawsze mi się podobałaś, czego nie ukrywałem, Wojtek też o tym wiedział.  I nadal mi się podobasz. Nie dlatego się wprosiłem na mieszkanie u Ciebie, że nie miałem gdzie mieszkać- mogłem nawet rok mieszkać w tym pensjonacie, lub wynająć sobie mieszkanie, bo teraz masa osób w Polsce , a zwłaszcza w dużych miastach kupuje mieszkania z myślą o ich wynajmowaniu, ale chciałem być blisko ciebie. Nawet nie wiesz,  jak się ucieszyłem, że nadal jesteś sama, że z nikim się nie związałaś. Chcę przy tobie zasypiać i przy tobie rano się budzić, mieć cię blisko, na wyciągnięcie ręki. Będziemy mieszkać gdzie  ty zechcesz, najchętniej kupiłbym dla nas mieszkanie w którymś z apartamentowców, takie, które ty zaakceptujesz. Kocham cię i nie jest to dla mnie nic nowego, podkochiwałem się w tobie od lat, ale ty miałaś męża, z którym się przyjaźniłem. Gdyby nie to, wyszedłbym ze skóry by cię jemu odbić. Lenko, nie musisz mi dawać natychmiast odpowiedzi na moje pytanie. Przemyśl to, proszę.
Właśnie cały czas o tym myślę- cicho powiedziała Helena wpatrując mu się w oczy. A co zrobisz jeśli powiem  - Helena dramatycznie zawiesiła głos- jeśli powiem, że - znów zamilkła na  kilka sekund -wyjdę za ciebie?  
Mietek zerwał się z sofy i wybiegł z salonu, po chwili usłyszała, że jest w pokoju na górze i zaraz potem wrócił z małym pudełeczkiem, w którym były właśnie wchodzące w modę dwie obrączki z białego złota, - mniejsza z sześcioma malutkimi  brylancikami, większa z trzema. Wziął jej rękę, ucałował i wsunął na jej palec mniejszą z obrączek, większą umieścił na swoim palcu.  
O, nawet rozmiar pasuje - zdziwiła się Helena. 
Mietek zaczął się śmiać - dziecino, ty wszędzie siejesz swoje pierścionki, więc nie miałem problemu by dobrać rozmiar. Najwięcej ich jest w tym hinduskim wazoniku. I znalazłem tam też ten pierścionek, który ci kiedyś z Elką kupiliśmy na twoje imieniny. 
Helena oglądała obrączkę na swoim palcu i zastanawiała się głośno, czy brylanciki nie wypadną np. podczas zmywania naczyń. 
Nie wypadną- poza tym przecież jest tu zmywarka, przytomnie  zauważył Mietek. A od wstawiania naczyń do zmywarki na pewno nie wypadną. Przejedź po nich paluszkiem - nie wystają. Zrobić ci  jeszcze kawy, a może zrobić herbatę lub czekoladę na gorąco -zapytał. Ten tort, który zrobiłaś  jest niesamowicie pyszny , chyba  zjemy go do końca.  
No właśnie dlatego zrobiłam taki mały, żebyśmy go dziś wykończyli. Jutro już nie będzie taki pyszny.
Ale wiesz co - pan Wacław dziś przyniósł świeżo złowionego szczupaka, muszę go sprawić i albo go zrobię dziś na kolację albo wrzucę do zamrażarki  przygotowanego do smażenia. Jak wolisz?
Dziś na kolację to ja chcę ciebie  a nie szczupaka - stwierdził Mietek. A ten szczupak jest żywy czy już martwy?
Martwy i nawet wypatroszony, bo pan Wacław od razu pozbawił go wnętrzności. I wyobraź sobie, że  zapytał się mnie czy ty jesteś moim narzeczonym.
I co powiedziałaś?
No prawdę powiedziałam, że nie wiem. Więc mi powiedział, że powinnam wyjść za ciebie, bo według niego to my pasujemy do siebie a poza tym życie jest zbyt ciężkie by iść przez nie  samotnie.
A to ciekawe, stwierdził Mietek- filozof z pana Wacława. Możemy go wziąć na świadka. A on kawaler czy żonaty?  Jeśli żonaty to mogą nam razem świadkować. Wolę by to byli nowi znajomi niż starzy znajomi. Starzy  nie mogą  mi wybaczyć, że nikogo do  Kanady  nie ściągnąłem, tylko sam się "pławiłem w dostatku". Dopiero teraz do mnie  dotarło, że bardzo dobrze  zrobiłem, bo gdyby tylko któremuś się tam nie powiodło  to wszystko zwaliłby na mnie. Mnie też się na początku nie układało. Nigdy nie jest różowo, gdy się jedzie do obcego kraju, nawet gdy się dobrze  zna język i ma się tam kogoś  znajomego. Ja tam mam bardzo dalekiego kuzyna. Jedyna  jego pomoc polegała na tym, że  mi przysłał  zaproszenie i uprzedził, że dobrze płatna, ale ciężka pod wieloma  względami praca jest na dalekiej północy. Nie pracowałem tam fizycznie, pracowałem w swoim  zawodzie, ale było ciężko, bo ta daleka  północ wysysa z człowieka życie. Jeśli masz przez 24 godziny na dobę  ciemność i właściwie żyjesz jak pod  ziemią, to fajnie nie jest.  No ale  nie mówmy już o mnie, było, minęło, załatwiłem sobie, że wszystkie moje  dokumenty prześlą mi pocztą dyplomatyczną na ambasadę. Zastanówmy się nad tym gdzie będziemy mieszkać, nie mam pojęcia  jak ty sobie Lenko to wyobrażasz.
Hmmm, zadumała się Helena- tak prawdę mówiąc to trochę mi szkoda by się pozbywać tej działki. Włożyliśmy z Wojtkiem tu sporo pracy i w weekendy jest tu całkiem nieźle bywać. Z drugiej strony , jeśli  ty jeszcze pracujesz  i  będziesz musiał bywać codziennie w  Warszawie to może być zbyt uciążliwe. Do granic  miasta jest tylko 25 km, no ale potem to jest jeszcze nieco  drogi do  centrum. Umowę z ludźmi, którzy  mieszkają w moim mieszkaniu mam podpisaną jeszcze na rok- mają nadzieję, że w tym czasie  na tyle ukończą budowę swego domu, że będą mogli się tam wprowadzić. To moje warszawskie mieszkanie jest jednak w sumie w niezłym miejscu, teraz już jest tam dobra komunikacja, osiedle dobrze  zagospodarowane, tyle tylko, że to blok. Pamiętasz je  chyba jeszcze?   Mieszkanie w apartamentowcu- po pierwsze to bardzo drogie  mieszkania i trudno jest trafić na naprawdę  dobrą lokalizację. Nie wiem kto te  mieszkania projektuje, ale z reguły to są duże metraże i mocno wydumane rozkłady mieszkań. Oglądaliśmy, tak dla sportu, jedno z takich mieszkań - duże, ale nieustawne pokoje, kuchnie  klitki, zapewne dlatego, że ktoś kto  mieszka w  apartamencie stołuje  się tylko na mieście. Tu mam garaż i wiatę , w Warszawie trudno nawet o miejsce  parkingowe. Może nie podejmujmy jeszcze  żadnych decyzji co do mieszkania.  Pomieszkajmy razem , sprawdźmy jakie są nasze oczekiwania i penetrujmy wtórny rynek mieszkań i domków w granicach  miasta. Ludzie się budują, potem się okazuje, że trzeba się  domu pozbyć, bo za drogi w utrzymaniu lub drogi im się rozchodzą i żadne  nie chce już strupa na głowę w postaci domu. Bo tak naprawdę własny dom to strup na głowie, wiecznie coś się dzieje. Może przeczekamy  ten czas do chwili, gdy wygaśnie umowa najmu na moje  mieszkanie, w umowie jest  napisane, że oni muszą je przed opuszczeniem oddać w takim stanie, w  jakim je zastali, czyli odmalowane i wszystko bez uszkodzeń. W chwili gdy się pobierzemy automatycznie masz pół tego domu i pół mieszkania w Warszawie, no chyba, że nie chcesz i wtedy możemy zrobić notarialnie rozdzielność majątkową. Wszystko na co zezwala prawo możemy przeprowadzić notarialnie. Zakładam, że nie masz żadnych dzieci? Bo jak wiesz i widzisz,  ja nie mam i z całą pewnością my też ich nie będziemy mieli. Więc  połowa wszystkiego, dopóki ja żyję jest z mocy prawa  twoja a potem ty wszystko po mnie dziedziczysz.
Ja też nie mam żadnych dzieci- bardzo dbałem o to, by ich  nie było - stwierdził Mietek.
A zrobiłbyś  dla nas herbatkę ? Coś mnie suszy, może po tym winie? Dobre było, ale zakręciło mi się po nim w głowie.
To będzie lepiej gdy się napijesz  czystej wody mineralnej, bo może ci po tym winie  podskoczyło ciśnienie?  Masz ciśnieniomierz w domu? 
Mam, na górze w mojej sypialni w nocnej szafce.
Mietek szybko się podniósł i poszedł po ciśnieniomierz. Po  chwili z wielką powagą mierzył Helenie ciśnienie, ale było w granicach  normy, tętno również.
To może w takim razie dziś wcześniej się wybierzemy w objęcia Morfeusza? Idź pierwsza do łazienki,  ja tymczasem posprzątam.


                                                                           c.d.n.






Spóźnione uczucia - 4

Na początku października Helena  zrealizowała swój projekt oszklenia werandy. Dwa węższe boki były oszklone  "na stałe", od podłogi do sufitu. Trzeci, długi bok  miał cztery szyby przesuwane. Montaż trwał aż 3 dni, bo wpierw trzeba było zamontować szyny,  w których przesuwały się szyby. Przy montażu  Helena doceniła projekt tej werandy, dzięki któremu nie było problemu z jej oszkleniem. Szyby były grube i od razu można było docenić  korzyści z oszklenia tej werandy. Kilka dni przed przyjazdem montażystów Helena wraz z Mietkiem malowali balustradę werandy.  Gdy montaż się skończył "ochrzcili" nowy wystrój jedząc na werandzie  kolację. Wreszcie w trakcie posiłku nic nie  fruwało  nad talerzami. Dotychczas nawet  wypicie kawy na tej werandzie było problemem, bo ciągle coś bzykało i latało. 
Następnego dnia dwóch sąsiadów przyszło obejrzeć z  bliska "to cudo" i jeden z nich wziął nawet namiary na firmę, która to wszystko instalowała.
W sobotę przed południem Mietek zniknął z domu zaraz po śniadaniu - zapytał się tylko Helenę, czy aby nie będzie jej do czegoś niezbędny, bo ma kilka spraw do załatwienia w Warszawie. I tak dokładnie to nie wie o której wróci. No i jeśli Helenie coś jest potrzebne "z miasta", to on przywiezie. Ale ona stwierdziła, że  wszystko co niezbędne   to jest w domu i na końcu zażartowała:  przywieź tylko z tej Warszawy siebie, albo daj znać, jeśli utkniesz w ramionach  jakiejś młódki. 
Mietek się wyraźnie  zapowietrzył, otworzył nawet usta by coś odpowiedzieć, ale jednak nic nie  powiedział. Obrzucił tylko Helenę długim spojrzeniem, jakby chciał zapamiętać jej wygląd i wyszedł. W chwilę potem Helena "ruszyła do boju". Dziś były jej  urodziny, więc postanowiła  zrobić  mały tort, taki by można go w dwie osoby zjeść na  jedno posiedzenie. Pomysł na obiad zmienił się jej przez  sąsiada, który właśnie wrócił ze skutecznego połowu ryb (których nigdy nie jadał) i przyniósł Helenie dorodnego szczupaka,  za którego Helena odwdzięczyła się butelką wina, bo sąsiad nigdy nie chciał wziąć pieniędzy. Sąsiad, zdaniem Heleny, powinien był zostać  zawodowym rybakiem - nigdy nie konsumował  ryb, bo jak twierdził "ryba to nie mięso, mięso to  wieprzek albo krówka".  Żona sąsiada podejrzewała go, że to łowienie ryb, to było "takie zwykłe wyciekanie z domu, żeby nic w nim nie robić, a nocne połowy to zapewne  miały coś  wspólnego z jakąś amatorką nocnego życia". 
Sąsiad wręczając Helenie rybę bezpardonowo zapytał - "a ten przystojniak u pani to kandydat na męża? Bo na moje oko to bardzo do siebie pasujecie, to porządny facet. Gdybym widział, że jest nie taki jak należy, zaraz bym pani powiedział, pani Heleno. Bo ja to jestem szczerym człowiekiem". 
Helena czym prędzej przywołała na twarz minę  nr 6 i powstrzymując się od śmiechu powiedziała - wiem panie Wacławie, to porządny facet, ale jeszcze nie wiem czy jest mną zainteresowany  jako kandydatką na żonę.  To bliski przyjaciel mój i był też przyjacielem mego,  świętej pamięci, męża.  Pan Wacław wyszczerzył się w uśmiechu i dodał - miło byłoby mieć takiego sąsiada tutaj. Oboje z żoną uważamy, że powinna pani wyjść za mąż po raz drugi. Życie jest za ciężkie by iść przez nie samemu.  A "szczupcia" sama pani oprawi czy pomóc? Helena podziękowała za ewentualną pomoc, sama  sobie poradzi, to tylko jedna  sztuka a nie kilka. Na koniec usłyszała, że gdyby coś potrzebowała, to "do nas  może pani zawsze przyjść po pomoc, żona i ja bardzo panią lubimy, pani męża też bardzo lubiliśmy". 
Gdy wreszcie sąsiad znalazł się za furtką  i pomaszerował dziarsko w stronę swojego domu Helena odetchnęła - nadmiar troski o jej osobę wykazywany co jakiś  czas przez sąsiadów nieco ją przytłaczał.
Zdecydowanie wolała  większą  anonimowość życia w wielkim mieście. 
W czasie robienia  tortu zaczęła się  zastanawiać nad tym, co jej powiedział sąsiad odnośnie osoby Mietka. Znali się z Mietkiem  już przynajmniej dwadzieścia lat, ale nigdy nie  zastanawiała się nad jego osobą jako kandydatem na swego męża.  Poznała go, gdy on był w roli "niedoszłego męża" jej koleżanki z pracy. Był bardzo przystojnym chłopakiem i jeśli idzie o urodę  to na głowę bił Wojtka, z którym Helena już wtedy była po  ślubie.  Też był inżynierem, miał niemal czarne włosy, takąż oprawę oczu i był czarującym facetem -  zawsze wiedział co i jak powiedzieć kobiecie by ją oczarować. Wielbicielek miał multum, Helena zastanawiała się nawet nad tym, czy one mu się nie mylą. Wojtek i Mietek szybko się  zaprzyjaźnili, chociaż w oczach Wojtka to Mietek był " babiarzem" i nie mógł zrozumieć czemu za Mietkiem snuje się tyle dziewczyn.  Helena wytłumaczyła wtedy mężowi, że Mietek zawsze wie, co należy powiedzieć kobiecie by sprawić jej przyjemność. Poza tym bardziej go  fascynuje uroda  kobiet niż ich intelekt, co zapewne też ma znaczenie. Trochę zaskoczył wszystkich wyjazd Mietka do Kanady, ale on nie ukrywał, że po prostu chce  zarobić pieniądze i na pewno nie osiedli się tam na stałe, no chyba, że tam znajdzie "kobietę swego życia". Jak się okazało to znalezienie kobiety swego życia skończyło się rozwodem. Teraz nie palił się do powrotu do Kanady.
Ukończywszy swe tortowe dzieło umieściła je w lodówce i wybrała się "do wsi", do właścicielki plantacji  malin. Co prawda wolała leśne maliny, ale te z tej plantacji owocowały bardzo długo,  aż do przymrozków. Stosunki z właścicielką plantacji miała Helena bardzo  dobre,  niemal serdeczne, odkąd zaprojektowała dla jej córki suknię ślubną i nie wzięła od niej ani złotówki za projekt, a na dodatek sprawiła, że pracownia,  dla której projektowała suknie ( nie tylko ślubne) dała jej  zniżkę. Właścicielka plantacji "napędziła" pracowni sporo klientek, a Helena miała zapewnione maliny w czasie całego sezonu ich owocowania. Oczywiście Helena zawsze za nie płaciła, ale dla "pani Helenki" cena była taka, jakby sama sobie je zrywała, choć zrywał je syn lub mąż  właścicielki. Poza tym Helena dostała "namiary" gdzie znajdzie najlepsze ogórki do kwaszenia, kto ma bardzo  dobre kartofelki i dobre kury na zdrowotny rosół. Wystarczyło, że trafiwszy pod wskazany  adres powiedziała, kto jej podał ten adres i zawsze  towar był świeży, prosto z grządki. Wprawdzie do wsi był "kawałek szosy" do pokonania, ale Helena postanowiła się przejść a nie jechać samochodem. 
Wieś ciągnęła się wzdłuż szosy, zabudowania były po obu stronach tuż przy jezdni i przed niemal  każdym domem stała ławka, na której zawsze ktoś wysiadywał pośladki, traktując widok z ławeczki jak czytanie kroniki towarzyskiej - jak mawiał Wojtek. Idąc teraz Helena się nieźle "napozdrawiała i naspowiadała" do kogo i po co idzie. 
Plantatorka,  pani Wandeczka, doskonale wiedziała już, że Helena gości u siebie przyjaciela, wiedziała, że weranda w jej domu została obudowana i pani Wandeczka  wprosiła się do Heleny na obejrzenie tej obudowanej werandy, która zdaniem pani Wandeczki była jak z "amerykańskiego filmu" no a oszklona zapewne  nie będzie już  taka jak z tych starych, amerykańskich filmów.
Pani Wandeczka namówiła Helenę na dwie  łubianki malin, do zrywania ich angażując swego syna, przypominając, by robił to delikatnie, bo maliny  będą zamrożone, więc nie mogą być "wymęczone". I oczywiście syn został zaangażowany do  zaniesienia ich do domu Heleny. W czasie gdy łubianki były napełniane  malinami panie piły "kawę- plujkę" przygotowaną przez  panią domu. Kawa była "po arabsku", jak mówiła pani Wandeczka, czyli zagotowana przez minutę i pełna  przypraw, łącznie z kardamonem. 
Pani Wandeczka pałała tak wielką chęcią obejrzenia oszklonej werandy ( a tak naprawdę to obejrzenia lokatora  Heleny, którego pani Wandeczka nazywała  "taki przystojny ten pani lokator, pani Helenko"), że Helena  zaprosiła ją do siebie na następny dzień, na niedzielne popołudnie. Wypiją razem kawusię na tej oszklonej werandzie, no i oczywiście jeśli mąż pani Wandeczki będzie miał ochotę zobaczyć tę werandę, to niech go pani Wandeczka weźmie  ze sobą.
Gdy łubianki zostały napełnione malinami a Helena wypiła kawę zagryzając ją kruchymi ciasteczkami roboty  pani domu i uregulowała  rachunek, syn pani Wandeczki dostał polecenie odniesienia malin do domu  Heleny, żeby pani  Helenka nie dźwigała łubianek. Gdy Helena tłumaczyła, że da radę sama zanieść te łubianki, pani Wandeczka powiedziała stanowczym tonem, że po prostu "nie wypada, żeby pani Helenka sama niosła te łubianki do domu".
Wracając wymieniała z obserwatorami  szosy już tylko uśmiechy lub  pozdrowienia z gatunku "szczęść Boże". W domu obdarowała młodzieńca  książką o historii jednej z niemieckich łodzi podwodnych i kilkoma  batonikami snickersów. Ucieszył się  szczerze z jednego i drugiego prezentu. Niedługo miał rozpocząć studia na wyższej uczelni rolniczej w Warszawie i Helena szczerze pogratulowała, bo dobrze wiedziała, że na 1 miejsce na tej uczelni było naprawdę sporo kandydatów.
Obejrzał dokładnie tę oszkloną werandę, bystro zauważył, że dzięki oszkleniu będzie można nieco zaoszczędzić na ogrzewaniu,  z zaciekawieniem obejrzał jeszcze  inne książki, które ostatnio kupiła Helena i dwie z nich wypożyczył. Obiecał Helenie, że poszuka w jednej z nich jakie pnącza można by posadzić wewnątrz przy bocznych ścianach werandy, tych oszklonych na stałe. I jeśli Helena  zaakceptuje jego pomysł, to on to zrealizuje. Helena  zgodziła  się, zaproponowała młodemu jeszcze kawę i lody, co zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem. W czasie rozmowy dowiedziała się, że wybrał wydział "architektura  krajobrazu" a w czasie studiów chciałby wziąć udział w programie Erasmus.
Gdy tak siedzieli przy kawie i rozmawiali wrócił do domu Mietek, a że siedzieli na werandzie,  zorientował się, że  Helena nie jest sama, więc to, co miał wziąć z samochodu do domu, zostawił  chwilowo w samochodzie.
Pojawienie się Mietka w pewnym sensie "wymiotło"  młodego z miłej pogawędki z Heleną, a ta przedstawiła młodego Mietkowi, mówiąc mu o tym, że to przyszły  architekt krajobrazu i że wyraził chęć zagospodarowania dwóch ścian werandy pnączami, więc ona już nie będzie  musiała zastanawiać się  nad zasłonami na boczne  ściany, żeby nie  czuli się jak w  akwarium.
Mietek czuł się w obowiązku pogratulowania młodemu tego, że się dostał na uczelnię, zapraszał, by jeszcze  posiedział u nich, ale młody stwierdził, że już jednak pójdzie, bo musi jeszcze pomóc ojcu w ogrodzie. Mietek wyszedł z domu razem z nim, chwilę jeszcze rozmawiał z nim przy furtce, potem poszedł do samochodu.
Gdy wszedł do domu trzymał w ręce olbrzymi bukiet, autentycznie pąsowych róż, które wręczył Helenie. 
Ojej, a skąd wiedziałeś, że dziś są moje urodziny?
Nie  wiedziałem, te są z innej okazji, więc muszę pojechać po  róże urodzinowe - roześmiał się Mietek i zawrócił w stronę drzwi, ale Helena zatrzymała go. 
No coś ty, jest ich w tym bukiecie tyle, że może być jeden bukiet z dwóch okazji. I w ogóle - coś ty taki elegancki nagle- pojechałeś w dżinsach, a wracasz w nowym garniturze!Wyglądasz super!

                                                           c.d.n.



niedziela, 5 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 3

 Wrzesień tego roku był jakiś wyjątkowo ciepły i słoneczny, więc w dzień, w którym Mietek nie miał zajęć  w konsulacie namówiła go na wycieczkę po okolicy bliższej i dalszej. Pojechali do lasów w okolicach Wilgi i praktycznie spędzili  tam cały dzień bo......były grzyby i Helena, zapalona  grzybiarka nie odpuściła. Mietek, dla którego było to nieomal pierwsze w życiu grzybobranie nie widział  po drodze żadnych grzybów, chociaż się o nie  potykał. Najwięcej grzybów było  już poza Wilgą, w stronę Maciejowic. Były nawet na  trawniku parkingu pod brzozami. Ogromnie  Helenę śmieszyło, że Mietek zupełnie  nie odróżniał grzybów. Ale i tak go pochwaliła, gdy w pewnym miejscu trafił na prawdziwka i bardzo był zdumiony, że tym razem znaleziony przez niego grzyb był jadalnym okazem. Posiedzieli nad Wisłą a Helena  skorzystała z tego czasu i czyściła  grzyby. Mietek nieco myślał na głos- proponował, by Helena poleciała z nim na trochę do Kanady, gdy on tam będzie likwidował swoje sprawy.  
No ale  ty przecież nie będziesz miał czasu na pokazywanie mi Kanady, skoro  lecisz tylko  po to, by spakować swoje zimowe  ciuchy  i załatwić swoje sprawy- zaprotestowała trzeźwo Helena. Sam wiesz, że trzymanie  kilku srok za ogon nie prowadzi do dobrego załatwienia spraw. Jeśli naprawdę planujesz by być w Europie to pomyśl głównie o tym, byś miał w porządku wszystkie papiery, bo przecież  jeszcze będziesz pracować. 
Mietek zerknął  na nią i powiedział - jeśli będę tu pracował to tylko na  pół etatu i tylko w ambasadzie. I bardzo chciałbym z tobą pojechać do Kanady późną wiosną lub wczesnym latem, pomieszkać w chacie nad jeziorem, pływać łodzią po jeziorze, łowić z tobą ryby i piec je potem na  grillu. Nawet nie wiesz jakie piękne jest nocą niebo nad jeziorem, dookoła puściutko, bo najbliższa chata jest w odległości 10 lub więcej kilometrów.  
To ty masz tam taką chatę nad jeziorem? - spytała nieco zaskoczona. 
Mam, z kolegą do spółki.  
I byłeś tam ze swoją żoną ?- dociekała Helena.
Byłem, chyba ze dwie  godziny. Obejrzała wyposażenie, na tyle pobieżnie, że nawet nie  znalazła łazienki, pochodziła dookoła chaty i stwierdziła że nie jest indiańską kobietą i nawet jednej nocy nie prześpi w  takich warunkach. Więc wróciliśmy w bardziej  cywilizowane okolice. Do pełnego ludzi ośrodka wypoczynkowego. A w pół roku później znalazła sobie  jakiegoś tancerza, który prowadził aerobik dla pań.
Kochałeś ją? 
Chyba nie za bardzo, ale podobała mi się pod względem fizycznym, mistrzostwo świata w  łóżku. Za to dość pusto w głowie, ale naiwnie  myślałem, że ją sobie  wychowam. Dostałem nauczkę, by nie wiązać się z kobietą tylko dlatego, że jest dobra w łóżku i bardzo, bardzo atrakcyjna  fizycznie i 
tak jak ty to mi wtedy napisałaś - o połowę młodsza ode mnie. A na  pożegnanie mi wykrzyczała, że odchodzi, bo jestem sknerą i nie dałem jej upoważnienia do swojego konta  bankowego.
Mietek, a dlaczego ona w tej chacie nie znalazła łazienki? Nie było jej tam?
No coś ty, była łazienka i toaleta, ale drzwi były z takich samych drewnianych  paneli jak ściany, więc ich nie zauważyła i uznała, że skoro chata należy do dwóch facetów , to pewnie są tak prymitywni że myją się tylko w jeziorze a potrzeby fizjologiczne załatwiają w krzakach, w lesie.  Ona po prostu należała do tych, które potrzebują  dookoła siebie mnóstwa ludzi, w tym głównie  płci męskiej, luster by móc się co chwilę  w nich przeglądać no i wybetonowanych ścieżek bo chodziła zawsze na szpilkach. I to wszystko było w ośrodku wczasowym z basenem, trzema kawiarniami  i sztucznym wodospadem nad którym były zawieszone sztuczne łososie. Na szczęście  nie w postaci filetów.
Helena roześmiała się serdecznie - gdyby  były w postaci filetów to musieli by je umieścić  na patelni, a  patelnie są mało dekoracyjne.  Chodź, wrócimy już do  domu, bo niedługo padniemy z głodu.
W domu Helena  zagoniła Mietka do pokrojenia grzybów na mniejsze kawałki i ułożenia ich w dehydratorze.  Sama w tym czasie prędko zabrała się za szykowanie dla nich obiadu, co nie trwało długo, bo przed wyjściem z domu rozmroziła sznycle już przygotowane do  smażenia, za sałatkę służyły domowe ogórki kwaszone a na patelni obok  sznycli odgrzewały się dla Mietka kluski ziemniaczane. Do obiadu mieli też po kieliszku czerwonego wina.
Po obiedzie Mietek  zrobił kawę, do której tym razem były domowe ciastka orzechowe. Mietek pochłaniał ciastka i mruczał niczym  mały miś - w końcu  wymruczał - zabierz te ciastka, bo wszystkie  zjem! Są pyszne! Gdzie je kupiłaś? 
Nigdzie, upiekłam. To tylko trzy  składniki - cukier trzcinowy, orzechy i mąka orzechowa oraz piana z białek. To włoskie ciasteczka. Powinny być jeszcze oblane paseczkami czekolady, ale nie miałam w  domu czekolady, bo gdybym ją miała to  bym ją zwyczajnie  zeżarła. Uwielbiam  gorzką czekoladę połączoną z niewielką ilością prawdziwego cukru trzcinowego. Kiedyś się dziwiłam widząc na jakimś  filmie jak ktoś  pogryzał łodygę trzciny cukrowej i mlaskał z zachwytu. Potem mi kolega z pracy przywiózł z Kuby cukier trzcinowy. A potem byliśmy z Wojtkiem we Włoszech i tam jadłam te ciastka. Ich były takie "jednokęsowe" kuleczki o średnicy 2,5 cm.  Podejrzewam, że miały w środku coś, co je utrzymywało w formie kulek - moje przestają być kulkami w trakcie pieczenia. O właśnie- trzeba  następnym razem podjechać do sklepu z tak zwaną zdrową żywnością. Kupię przy okazji syrop klonowy i w ogóle popatrzę co mają. 
Mietek patrzył na nią  zdziwiony - to teraz w Polsce jest zdrowa i chora  żywność? Dotychczas dzieliłem żywność na  świeżą lub konserwowaną oraz na te produkty które lubię i te których nie lubię i nie jadam.
Ewentualnie był podział na żywność europejską i azjatycką czy inną  - taki podział regionalny. No popatrz, opóźniony w rozwoju jestem. W Kanadzie koncentrowałem się głównie na polskiej kuchni, na której przecież  byłem wychowany.
Nie jesteś opóźniony w rozwoju tylko nie zajmujesz się gotowaniem. Nawet nie wyobrażasz sobie ile jest teraz różnych  rodzajów mąki! Co prawda nie w każdym sklepie osiedlowym, ale w dobrych marketach jest ich sporo. We włoskim sklepie stałam przed półkami ze słownikiem w garści, bo naprawdę nie  wiedziałam co biorę  do ręki.  Kiedyś, w Polsce, wyraz masło oznaczał wyrób ze  śmietany, czyli z tłuszczu mlecznego. Teraz masz w sklepie  masła orzechowe z różnych orzechów, lub  np.masło migdałowe.  Świat się skurczył, każdy zakątek świata rozsyła do innych swoje wyroby. Kiedyś kupując czekoladę kojarzyłeś kakao tylko z  Brazylią, a teraz możesz kupić czekoladę wyprodukowaną z kakaowców  rosnących na Madagaskarze. I zawsze staram się kupować właśnie taką, bo ona tam jest produkowana w ramach  akcji likwidowania skrajnej biedy tamtejszych społeczności. 
Europa, w moim odczuciu ma do spłacenia  wielu rejonom świata ogromny dług - ekspansywność "białych" była niesamowita - zabierano miejscowym to wszystko co  białym pasowało, głównie ziemię i jej bogactwa, czerpano ze wszystkiego korzyści niszcząc wszystko bez opamiętania- zabijając w jawny sposób, lub zabijając przywleczonymi z Europy chorobami. Ospa, grypa, choroby weneryczne - to były główne prezenty od  białych przybyszy.  Zachwycasz się przyrodą Kanady, ale z tego co wiem, to Kanada już nie pachnie żywicą, za to jest systematycznie niszczona przemysłem pozyskującym celulozę, wydobyciem ropy naftowej i gazu  ziemnego. 
Mietek słuchał uważnie tego co mówiła Helena, cicho jej  przytakiwał. W końcu powiedział - pierwszy raz słyszę ciebie gdy mówisz o tym wszystkim. Jakoś nigdy o tym nie rozmawialiśmy wcześniej. Niszczymy nasze miejsce  zamieszkania systematycznie, jesteśmy nastawieni tylko i wyłącznie na zyski.
Wiesz, że trwają poszukiwania nowej planety, takiej by spełniała warunki, do jakich tu jesteśmy od zarania ludzkości przystosowani. I pomyślałem, że jeśli ją znajdą to zniszczą następną Ziemię. A może my , tutaj,  też jesteśmy jakąś kolejną planetą zasiedloną przez takich jak my obecnie, którzy zniszczyli kiedyś własną  Ziemię? Kosmos jest przecież olbrzymi, więc nie wykluczone, że jesteśmy kolejnym pokoleniem istot, które zniszczyły własną planetę i wypatrzywszy w Kosmosie obiekt zbliżony warunkami do swojej planety wysłały w przestrzeń kosmiczną ludzkie DNA w jakimś ochronnym  "opakowaniu". Czytałem, że wirusy i  bakterie są w stanie przetrwać w Kosmosie w  stanie nieuszkodzonym, już to zbadano.  Zawsze  zazdrościłem trochę Wojtkowi  ciebie, choć wiem, że czasami  nieźle się kłóciliście, bo ty jesteś strasznie rzeczowa babka a do tego bardzo konkretna. Może już nie pamiętasz, ale kilka razy mnie "zgasiłaś".
Ja cię  "zgasiłam" ? - zdziwiła się Helena. Ja ci tylko powiedziałam, że nie  całuje się w usta żony swego przyjaciela i nie podgląda   jej gdy przebiera się na plaży.
Nie byliście jeszcze wtedy małżeństwem-  bronił się Mietek,  Wojtek mi nie mówił, że jest tobą poważnie zainteresowany. I, wybacz,  ale nie żałuję, że cię wtedy podglądałem - było na co popatrzeć i - tylko się nie zezłość - nadal jest.
Oj Mietek, Mietek - rozbawiłeś mnie teraz,  chyba jednak powinieneś pójść na wizytę kontrolną do dobrego okulisty - odpowiedziała ze śmiechem.
Byłem w ubiegłym roku, przeszedłem trzy zabiegi okulistyczne, widzę lepiej niż kiedyś. A na dodatek zacząłem dostrzegać to, czego nie widać, a co można poznać tylko wymieniając   z kimś poglądy i spostrzeżenia. Zmieniłaś się, mniej w twych wypowiedziach  agresji, chyba zrobiłaś się bardziej
tolerancyjna a może tylko cierpliwsza.
Być może - zgodziła się Helena - po prostu nauczyłam się, że nic nie jest albo tylko czarne  albo tylko białe a i niemal każdy kolor ma swoje odcienie. I że punkt widzenia zależy od punktu w którym jest obserwator. I że łatwo się dlatego pomylić w  swoich  sądach. I że jeżeli nie jesteśmy czegoś pewni, to należy o tym rozmawiać , by nie pozostawiać tematów "dogadanych" tylko pozornie.  Więc licz się  z tym, że stałam się jeszcze bardziej dociekliwa niż kiedyś byłam, choć  wiem, że dociekliwi żyją krócej, jak mawiał pewien kowboj z filmu "Jak zdobyto  Dziki Zachód".
 

                                                                 c.d.n.




sobota, 4 grudnia 2021

Spóźnione uczucia- 2

 Po śniadaniu Mietek pojechał  do Warszawy, by zabrać z pensjonatu swoje rzeczy. Helena  dała mu drugi komplet kluczy, bo ona  swoim samochodem też wybierała się do Warszawy - miała umówioną  wizytę u dentysty no i chciała zrobić zakupy. Co prawda Mietek prosił, by na zakupy wybrali się razem, ale Helena stwierdziła, że razem to zrobią następne. Dopytała się tylko, czy  nie ma jakichś ograniczeń  dietetycznych, bo czasy teraz takie, że co drugi człowiek czegoś nie jada, bo mu szkodzi. Ale Mietek stwierdził, że jest nadal wszystkożerny, no może tylko poza czosnkiem w postaci surowej. I śledziem w postaci marynowanej- dodał po chwili.                                                                                                     Jadąc do Warszawy zastanawiała się czy Mietek serio mówił o tym, że kupiłby od niej albo dom albo jej mieszkanie. Bo na  co mu mieszkanie lub dom, skoro póki co, jeszcze mieszka w Kanadzie a poza tym to chciałby wrócić do Europy, no ale nie  koniecznie do Warszawy. No to po jakie licho mu mieszkanie w Warszawie lub dom pod Warszawą? Swe rozmyślania zakończyła  podsumowaniem, że faceci to jednak zupełnie inny gatunek biologiczny i ciężko czasem trafić za ich tokiem myślenia.                           Wizyta u dentysty przeszła niczym burza,  na razie  nie zapisała się na następną, zajrzała do swojej fryzjerki i nieco odświeżyła  fryzurę.  Z L'Eclerca wyszła obładowana niczym wielbłąd, dobrze, że były miejsca na parkingu podziemnym. Na koniec podjechała do swej ulubionej cukierni - pieczenie  "słodkości" nie było jej ulubionym zajęciem - to ważenie  składników, odmierzanie mililitrów setnie ją mierziło. Jedyne co jej zawsze wychodziło to był tort makowy i kokosanki. Zawsze robione na oko. Kupiła też lody, kilka pojemników u Grycana, które od razu umieściła w termo torbie. Ale najwięcej zakupiła różnych rodzajów wędlin z renomowanych prywatnych wytwórni oraz dwa rodzaje  "domowych pierogów". Bo  pierogi, podobnie jak różne  ciasta, nie były tymi wytworami, które wychodziły jej " zamkniętymi oczami"- jak mawiała jedna z jej przyjaciółek. Pierogi zrobiła w swej karierze "pani domu" aż dwa razy- czyli pierwszy raz i ostatni zarazem. Były to pierogi z truskawkami i nawet się udały, ale każde wspomnienie mordęgi z tym związanej skutecznie tłumiło nawet najdrobniejszą myśl o tym, by powtórzyć ten eksperyment kulinarny.  
W domu zastała już Mietka - załapał, że ten kto pierwszy przyjedzie musi samochód wstawić do garażu i nawet zapamiętał, gdzie  odwiesiła klucze od niego.  Nie da się ukryć, że zrobiło  to na Helenie dobre wrażenie.  O kurczę- pomyślała- on jest całkiem przytomny, słucha i obserwuje. Nietypowe- trzeba uważać co się robi i mówi. Po wielu latach małżeństwa była przyzwyczajona do sytuacji, że połowa z tego co mówiła do męża zwyczajnie do niego nie docierała. I pomyślała, że o  sprzedaży domu lub mieszkania trzeba porozmawiać na początku jego pobytu, a nie pod koniec. Może jutro, najdalej pojutrze - wszystko omówią i spiszą sobie najważniejsze punkty, by potem u notariusza nie wpadać w wielki namysł i rozważania  jaka opcja będzie najlepsza dla  każdej ze stron.
Gdy tylko zaparkowała i zaczęła opróżniać bagażnik pojawił się Mietek, więc teraz jemu przypadła rola wielbłąda. Gdy szli do mieszkania Mietek nie wyrobił i zapytał - czy ty aby nie wydajesz jakiegoś przyjęcia z okazji mego przyjazdu? Ty to wszystko kupiłaś dla nas  na obiad?  
Helena parsknęła śmiechem - a czy ty  wiesz, że tu nigdzie w pobliżu nie ma  ani pół sklepu ani nawet kiosku z napojami? Mieszkając tu nauczyłam się kupować wszystko w wersji półhurtowej, żeby codziennie nie jeździć  na zakupy. 
Ale to się nie zmieści do lodówki, bo ja też trochę rzeczy kupiłem!  
No to będziemy się gimnastykować - roześmiała się  Helena- druga lodówka, naprawdę duża ( bo jest  "sklepowa") stoi w piwnicy. I tam też jest druga  zamrażarka. I jest agregat prądotwórczy- wszystko to jest "spadkiem" po nadbużańskim domu. Rodzice tych, którym teraz wynajmuję mieszkanie, mieli kiedyś kawiarnię i niemal za grosze sprzedali nam tę olbrzymią, dwuczęściową lodówę i zamrażarkę też sporą.  One są nawet energooszczędne- podobno.  W zimie  są wyłączone, a teraz chodziły na  najmniejszym chłodzeniu- zaraz tam pójdziemy i je "podkręcimy". Sprzedaliśmy dom , ale część jego wyposażenia wywieźliśmy stamtąd przed sprzedażą. Wojtuś o wszystkim pomyślał, nim sprzedaliśmy tamten dom. Przez jakiś czas nie  można było niemal wejść do naszej piwnicy i piwnicy u teściowej, tak były "zawalone" dobrem  wszelakim. Te meble  kuchenne też są z tamtego domu, część mebli na pięterku także. Przeżyły jedno rozbieranie na części i dwukrotne  składanie "do kupy". Wszystko IKEA i to z okresu, gdy właściwie dopiero tu startowała. Gdy się tu budowaliśmy to Wojtek, ku zdumieniu  wykonawców, zażądał, by  piwnica  była wykończona  " na wysoki połysk", jak to skomentował mistrz murarski, stukając się zapewne  w czoło gdy stał za plecami Wojtka. Tam mamy "normalną" podłogę wyłożoną gresowymi płytkami (w paskudnym co prawda kolorze) a nie  tylko wylewkę cementową jak "normalni  ludzie".
Mietek uśmiechnął się - wyobrażam sobie jak Wojtek zamęczał ekipę - on był niesamowicie skrupulatnym człowiekiem.  
No był- przytaknęła Helena - u niego 5 cm to było 5 cm a nie 5,2 cm. 
Piwnica zrobiła na Mietku duże wrażenie - zwłaszcza dwie szafy lodówkowe. Nie było tu typowego piwnicznego zaduchu, podłoga rzeczywiście była w nieszczególnie ładnym szaroburym kolorku,  za to czyściutka, ściany porządnie otynkowane i pomalowane na jasno-błękitny kolor. Gdy już ulokowali zapasy w lodówce i zamrażarce, Helena  stwierdziła, że pora zjeść coś na kształt lunchu.  Na pytanie co  Mietek zjadłby  na lunch, ten odpowiedzi udzielił niemal z prędkością światła - placki kartoflane!!!
Nie ma  sprawy -  ze śmiechem odpowiedziała Helena - ja mogę obrać kartofle, ty je zetrzesz na tarce a ja je usmażę. 
Placki wyszły świetne, oboje bardzo dawno nie jedli placków kartoflanych.  Boże, jęknął Mietek. ty zjadłaś tylko kilka a ja całą furę! 
No ale zjadłam, bo tak sama dla siebie to jakoś nie miałam ciągu by je robić. Ostatni raz robiłam je  gdy jeszcze żył Wojtek.  Wiesz, w piwnicy jest jeszcze skrzynka piwa i kilka butelek  białego wina. Ja to bym się napiła wina, a ty pij na co masz ochotę. I nie zapomnij, że do piwnicy schodzi się przez wnękę  z płaszczami- to patent Wojtka. I nie musisz ich zdejmować z wieszaka. I sprawdź, proszę, czy drzwi wejściowe są zamknięte  na zasuwkę, bo tego to nie pamiętam.
Po dwóch lampkach wypitego wina  Helena  zarządziła spacer , najlepiej  do lasu.  Wpierw poszli do końca drogi idącej nie wiadomo dokąd (tak ją kiedyś nazwała Helena), bo Helena doszła do wniosku, że skoro Mietek u niej teraz mieszka, to będzie najlepiej, że go sobie sąsiedzi zza firanek spokojnie obejrzą.
Gdy minęli ostatnią posesję skręcili do lasu. Potem  skręcili w pierwszą leśną drogę, by wrócić przez las do domu. 
A dokąd prowadzi ta droga wzdłuż lasu?- dopytywał się Mietek.
Nie mam zielonego pojęcia dokąd i nawet nie mam najmniejszego zamiaru by to rozszyfrowywać. Pewnie do jakiejś wsi, bo tak kilka stopni w lewo od niej, widać na horyzoncie zarys jakiejś chałupy. Leźć tam na piechotę mi się nie chce, samochodem też nie będę odkrywać co tam jest, bo mi opony miłe- nie wiem w jakim stanie jest tam dalsza droga.  W gruncie rzeczy mało mnie to interesuje. Za to wiem, dokąd można dojechać tą szosą, którą tu przyjechałeś - w pierwszej kolejności do Góry Kalwarii a potem np. do Wilgi, w której często bywaliśmy i wiele razy mijaliśmy ten teren. Stał tu tylko jeden dom, nawet bez ogrodzenia i zawsze mówiłam, że bałabym się tu mieszkać. To ten, co stoi najbliżej nas, jadąc od szosy. Jeśli nie masz jutro żadnych planów to możemy się przejechać tu i ówdzie.  Lasy w okolicach Wilgi zawsze były "grzybne". Możemy pojechać w tamte okolice. Chodź, teraz skręcimy w tą wąską drogę i powinniśmy wyjść prawie  na naszą furtkę. W tym lesie jeszcze ani jednego grzyba nigdy nie znalazłam. Za to w niedzielę , jeśli będzie pogoda będą pewnie stali chłopi z jabłkami. Stąd jest blisko do Grójca, a Grójec i  jego okolice to sady.
Po powrocie do domu Helenie przypomniało się, że przecież nakupowała "słodkości" - ona zajęła się szykowaniem słodkości, a Mietek obsługą ekspresu do kawy. Zrobili sobie wygodne "miejscówki" na kanapie w saloniku, Mietek jeszcze wyskoczył po piwo do piwnicy, a Helena wybrała wino.
Helena wypytywała Mietka o pracę w Kanadzie i dlaczego chce wrócić  do Europy, przecież  Kanada jest naprawdę pięknym krajem. No bez wątpienia pięknym i w wielu miejscach jeszcze bardzo dziewiczym- zgodził się Mietek. Ale dobre zarobki to są właśnie na  dalekiej północy- dobre głównie dlatego, że warunki życia  są trudne, zwłaszcza zimą. Na początku pracował w Ottawie, ale potem dostał ofertę pracy na  dalekiej północy. I po trzech zimach spędzonych tam ma dość. 
 I to tam cię opuściła ta wielce atrakcyjna  żona?
Nie, zrobiła to jeszcze w Ottawie. Wyjechałem bo oferta była dobra finansowo no i wiedziałem, że jeśli się jej noga powinie w rezultacie jej niezmiernej durnoty, to przynajmniej mnie nie znajdzie. A ostatnia zima  tam była naprawdę ciężka, właściwie  nie wychodziłem na powietrze. Powiem ci tak - opłaciło mi się tam przemęczyć - stać mnie bez problemu na kupno tu naprawdę dużego i drogiego  mieszkania lub domu.  I być może, że  wrócę do Kanady by tam zlikwidować wszystkie  swoje sprawy i zostanę tu, może nawet w Warszawie. Nie umiem ci na razie na ten temat więcej powiedzieć. Bo nie wystarczy to, że sam wszystko przemyślę - dałem sobie na to 2 miesiące. Trzeci to już będzie działanie pod kątem tego, co wyjdzie z moich przemyśleń i pewnych odpowiedzi na moje przemyślenia.. Muszę wiele spraw przemyśleć, a jedna z tych spraw nie za bardzo zależy ode mnie. Na razie mogę Ci tylko tyle powiedzieć. No i tu mam naprawdę poważne pytanie - czy zniesiesz moją obecność przez ten czas, czy mam sobie  szukać jakiegoś lokum? Oczywiście ostatni raz  robiłaś sama takie  zakupy- jesz jak mały wróbelek, a ja  jem sporo. Nie możesz ponosić kosztów mojego pobytu u ciebie. Koszty wszystkich mediów też podzielimy na pół. Do tej rozmowy o moich planach powrócimy na początku grudnia. Rozmawiałem z  naszym konsulem, będę tam miał pracę 3 dni w tygodniu, czasem w weekend. Mam prowadzić rozmowy z chętnymi do wyjazdu na stałe do Kanady. A takich jest nadal sporo.  Kanada jest naprawdę bardzo, bardzo wieloetniczna. I sporo tam jest Polaków. I sam kraj jest przepiękny.
No fajnie- posumowała Helena - w dalszym ciągu nie wiem o co ci biega. Ale możesz sobie tu spokojnie mieszkać,  nie jesteś dla mnie żadnym ciężarem- jesteś wszak samoobsługowy, nie trzeba cię ubierać, karmić itp. Koszty- dobrze, podzielimy. Tyle tylko, że np. ogrzewanie to tyle samo ciepła  zużywam czy jestem sama czy z kimś.  Skoro będziesz jeździł regularnie do W-wy to zwróć swój samochód do wypożyczalni, będziesz jeździł moim i obarczę  cię  zakupami, ewentualnie  zabieraniem mnie do W-wy, gdy będę tego potrzebować. Takie rozwiązanie ma ręce i nogi. Mam tylko jeden warunek - jeśli nie będziesz mógł z jakichś powodów wrócić danego dnia do domu -  powiadom mnie o tym - oboje mamy komórki. Nie lubię się zastanawiać czy osoba mieszkająca ze mną  (niezależnie od tego jakiej jest płci) nie wróciła bo gdzieś zabradziażyła czy  może dlatego nie wróciła bo miała wypadek.
 
                                                                            c.d.n.




piątek, 3 grudnia 2021

Spóźnione uczucia

                                     Był cichy wrześniowy wieczór. Helena spojrzała na zegarek - chyba trzeba będzie coś zjeść- pomyślała.  Gapa jestem skarciła samą siebie- miałam narwać koperku i zapomniałam. No to będzie twarożek bez koperku, tylko z  dymką. Zaciągając w  oknach zasłony, zerknęła na ogród przed domem. Oczywiście był pusty. Zaświeciła  małe ledowe lampki na  werandzie i pomyślała, że chyba jednak ją oszkli i dobrze byłoby to zrobić jeszcze przed zimą.  Zamówi przesuwane okna, a oszklona weranda sprawi, że  zimą będzie łatwiej ogrzać  salonik. No i musi podjąć  decyzję - zostać w tym domu, czy wrócić  z powrotem do miasta. Jeśli wróci do miasta, to właściwie trzeba będzie ten domek z ogrodem sprzedać. I o ile warszawskie mieszkanie można było bez trudu komuś wynająć by nie generowało kosztów, to z tym domkiem było trudniej. Atrakcyjny był właściwie  tylko latem.  Od listopada do końca kwietnia było tu jakby mniej radośnie.   Poza tym te działki były duże, las był na wyciągnięcie ręki, prosto z działki mogła przez furtkę wyjść do lasu odległego raptem o 50 metrów.         Sięgnęła pamięcią do dnia, w którym wraz z mężem zobaczyła to  miejsce po raz pierwszy - ich uwagę przyciągnęła tablica informująca, że ten teren jest do sprzedaży. Jedyną istotną informacją był numer telefonu. Zaraz za tablicą była droga wzdłuż lasu, prowadząca nie  wiadomo dokąd i Wojtek w nią skręcił. Na zdziwione spojrzenie  Heleny powiedział - zapiszę sobie ten numer i jutro tam zatelefonuję.   Wysiądź z samochodu, mamy jeszcze sporo czasu, więc sobie  obejrzymy ten teren.  Pozbyliśmy się działki nad stale wylewającym Bugiem, nie ma sensu trzymać pieniędzy w  banku, lepiej będzie kupić kawałek ziemi. I albo się tu pobudujemy, albo  będziemy latem wypożyczać  przyczepkę i zjeżdżać tu na  weekendy. Ojej- zajęczała - odbiło ci kompletnie. To bezsensowny plan - po licho ci taka działka- nie ma tu nawet małego strumyka, kawał pola tylko i zaraz las.   Jedyny "plus", w stosunku do  miejsca nad Bugiem to mniej niż 30 km od domu i droga tu prowadząca nie jest zbyt przeciążona  samochodami i  regularnie  kursuje tędy  autobus. Ale nie powiem, że do jakiegoś sklepu to jest tu blisko, co oznacza, że będzie potrzebna duża  lodówka i duża  zamrażarka.  I jakoś strasznie tu pusto, daleko stąd do  najbliższych zabudowań, trochę strach mieszkać na  takim odludziu. I nie licz na to, że będę tu przyjeżdżała  po to, by spędzać   weekendy w przyczepie bez  sanitariatu. I nie chcę być wredna, ale przypomnij sobie ile razy nocowaliśmy w domu nad Bugiem. Późną jesienią i zimą nie bywaliśmy wcale, wiosną głównie po to by obejrzeć szkody jakie wyrządził Bug.  I przypomnij sobie ile się zawsze nazłościłeś i nakląłeś gdy wracaliśmy stamtąd do domu i sterczeliśmy za każdym razem w korku.   I wiesz, jeśli to teren pod  budownictwo, to będziemy musieli zaraz  na początku ogrodzić teren i w  jakimś   określonym czasie postawić jakiś domek. Nad Bugiem  było prościej bo wszyscy sąsiedzi to byli wszak nasi znajomi i kilku zapaleńców wciąż czuwało nad wszystkim. Nie przypominam sobie, by ktokolwiek z naszych znajomych miał jeszcze ochotę na domek poza  Warszawą.                                     Wspominając ich sprzeczkę sprzed zaledwie kilku lat przeszła do kuchni by zrobić sobie kolację. Akurat zdążyła pokroić dymkę, gdy  usłyszała dźwięk kołatki.  Kołatkę Wojtek przywiózł z jakiegoś zagranicznego wojażu wiele lat  wcześniej, nim kupili tę działkę nad Bugiem i w tamtym domu była po prostu ozdobą drzwi, bo funkcjonował dzwonek. W chwili sprzedaży Wojtek odkręcił ją od drzwi i zabrał do domu.  
Ciekawe, która z sąsiadek odkryła, że  zapomniała czegoś kupić - pomyślała ze złością Helena. Jako bardzo uporządkowana osoba zawsze robiła sobie listę zakupów i potem nim wyszła ze sklepu sprawdzała, czy aby wszystko co potrzebne  zakupiła. Wycierając po drodze ręce, z ręcznikiem w lewej garści poszła otworzyć drzwi. Nim je otworzyła wyjrzała przez małe okratowane okienko, kto za nimi stoi -  szybka w okienku była z weneckiego szkła, więc stojąca przed nią osoba nie wiedziała, że Helena ją widzi. Zerknęła i zaniemówiła -  pod drzwiami stał ich kolega, Mietek, który od wielu lat przebywał poza Polską.  Już otwieram, wykrzyknęła i zaczęła  szybko przesuwać dwie  zasuwy. 
 
A skąd ty tutaj się wziąłeś? Nie pisałeś , że wybierasz się do Polski!  Zaczekaj chwilę, potem  się przywitamy- idź z powrotem do samochodu, skręć w drogę obok lasu i tamtędy wjedziesz  na posesję. Sięgnęła po klucze od  bramy wjazdowej i wyszła do ogrodu. 
Mietek wjechał na posesję i zaparkował pod wiatą, która kończyła się drewnianym budynkiem. 
A co jest w tym budynku?- zainteresował się. 
Garaż- samochód zimą nie powinien nocować na dworze, w garażu jest kaloryfer. 
Drewniany  garaż? - zdziwił się Mietek.   
Tak jakby. Wszystko w tym domu jest nie takie, na jakie wygląda - odparła z uśmiechem Helena -  a ty mi powiedz jakim cudem tu trafiłeś? 
Po prostu byłem w Twoim mieszkaniu i tamci, co je od ciebie wynajmują podali mi twój adres, wpierw mnie dokładnie wylegitymowali i przepytali na okoliczność jak długo cię znam i skąd. A ja  od kilku dni mieszkam w pensjonacie "Zgoda". Przedtem  mieszkałem w "Polonii", ale hotele trzymają klientów do 7 dni, więc zaraz  pierwszego dnia poszedłem do "Zgody" i udało mi się załapać na pokój. Telefonowałem kilka razy na twój numer, który znałem, ale za każdym razem dowiadywałem się, że "nie ma takiego numeru", w biurze numerów też  cię nie mogłem znaleźć, w końcu pojechałem wieczorem do twojego mieszkania no i udało mi się przekonać tych ludzi, żeby mi podali twój adres.  Przymierzam się by wrócić do Europy, zresztą moje małżeństwo się rozleciało - odeszła z jakimś baletmistrzem. Pewnie lepiej ode mnie tańczył kankana w łóżku.
Helena uśmiechnęła się smutno - no to coś tak, jakbyśmy oboje  zostali sami. Ale  twoja to przynajmniej żyje, może się kiedyś  zejdziecie. 
Nie , nie zejdziemy się, już nawet rozwód  mamy przeprowadzony. Wiesz, że lubię jasne sytuacje. Troje w jednym łóżku to nie jest dla mnie normalny układ. Myślę, że  miałaś rację, gdy skrytykowałaś mój pomysł żenienia się z kobietą o połowę ode mnie młodszą. 
Napisałaś mi wtedy dość brutalnie, że jeżeli koniecznie chcę się rozwodzić po pewnym czasie, to ty  nie widzisz przeszkód bym się żenił z taką młodą babką. A ja ci nie uwierzyłem.
Po kolacji Helena pokazała Mietkowi cały dom i "odsłoniła" kilka jego tajemnic - nie da się ukryć, że część zabezpieczeń była wynikiem faktu, że Helena bała się nieco tego "odludzia".  
Wiedziałem, że macie działkę nad  Bugiem, ale o tym "cudzie" to ani słowem mi Wojtek nie miauknął ani nie napisał. A ja gdy leciałem do Polski, pomyślałem, że skoro tak bardzo rzadko jeździcie nad ten Bug, to może byście mi sprzedali tę nadbużańską działkę bo moglibyście mnie po prostu w  każdy weekend odwiedzać. Z tego co  pamiętam to był duży dom. Ten właściwie też jest duży, chociaż z zewnątrz na taki nie wygląda. Zwłaszcza od strony szosy. Wygląda na parterowy "ze strychem".  A tak ogólnie to mam do Ciebie  straszny żal - nie napisałaś mi, że Wojtek umarł, dowiedziałem się tego od
innych. Gdybym mieszkał w Europie na pewno bym przyleciał na pogrzeb.
Nie napisałam, bo po prostu nie miałam do tego głowy. Sama nie mogłam w to uwierzyć! Przecież wcale nie chorował, był wysportowany a  w czasie gry w tenisa padł na kort i w 15 minut później już nie żył. To było tak niespodziewane, wręcz niedorzeczne. Starszych wyciągają z  zawału, a on, jak mi powiedział lekarz,  miał jeszcze zbyt silne  serce i zbyt waleczne - gdyby było słabsze to by wyżył.
Wieczór zamienił się jakoś bardzo szybko w północ, więc Helena zaproponowała Mietkowi, by przenocował, zamiast  wracać nocą do pensjonatu.  Ponieważ  już nie raz zdarzało się, że ktoś zupełnie  niespodziewanie zostawał u  Heleny i Wojtka  na noc, w domu były zapasowe stroje  nocne.
Rano zbudził Helenę zapach kawy. 
Zerknęła na zegar wiszący na wprost  łóżka i czym prędzej wyskoczyła z pościeli - było już po  godzinie  dziesiątej. Zazwyczaj wstawała o ósmej rano i przed dziewiąta  siadała do śniadania, czyli do zjedzenia  jednego jajka "na miękko" przygotowanego w mikrofalówce i wypicia  kubka  kawy. Gdy  dotarła do kuchni okazało się, że Mietek świetnie się w niej czuje, właśnie kończył ustawianie na  tacy  śniadania na  dwie osoby. Na  tacy stały dwa kubki kawy, dwie  małe miseczki z jajecznicą, na talerzykach leżała szynka, 2 kawałki masła (już dobrego do smarowania) i bardzo cieniutko pokrojone plasterki chleba. Mietek ucieszył się na jej widok, mówiąc, że właśnie wybierał się do niej ze  śniadaniem. Helena  zaczęła się śmiać  i powiedziała: i byłoby jak w starym dowcipie- młody żonkoś zrobił śniadanie, przyniósł  świeżo poślubionej żonie do łóżka i powiedział: "przypatrz się  kochanie  uważnie, bo od jutra to ty będziesz mi przynosiła tak przygotowanie śniadanie  do łóżka".  Mietek spojrzał się na nią i roześmiał się - a w dzisiejszych czasach następnego dnia w gazetach byłby anons, że  świeżo upieczony żonkoś zmarł od silnego ciosu w głowę, którym obdarzyła go zdenerwowana młoda żona, gdy nie otrzymała rankiem  swojego śniadania.  
Wiesz Lena, świetnie  spałem, tu się bardzo dobrze śpi, czyli nie ma pod domem żadnych  cieków  wodnych.  I mam jedno pytanie - oczywiście jeśli ci moja propozycja nie przypadnie do gustu, to i tak niczego między tobą  a mną nie zmieni, nadal się będziemy przyjaźnić. Czy mógłbym na resztę swojego pobytu wynająć u ciebie pięterko? Zapłacę tak jak jak za pensjonat i przyrzekam, że nie będę uciążliwym gościem. Poza tym porobię w domu wszystko do czego będzie potrzebna  męska ręka, pomogę ci w zakupach, mogę nawet jakieś grządki skopać. A jeżeli chcesz się tego domu pozbyć- ja go od  ciebie kupię- albo to mieszkanie w Warszawie. Nie sądzę bym pozostał w Polsce, ale na pewno chcę wrócić do Europy. Za dwa lata idę na emeryturę. Ostatnie 10 lat pracowałem na dalekiej północy. Warunki finansowe  naprawdę świetne, chciałem nawet Wojtka ściągnąć (oczywiście z tobą razem) ale napisał, że nie jest zainteresowany zmianą pracy. 
Bo nie był - lubił swoją pracę, często wyjeżdżał w różne delegacje  zagraniczne, był już znany w swej  branży, a do osób tzw. "rozrywkowych " to raczej  nie należał- no chyba, że ja o czymś  nie wiem - tłumaczyła Mietkowi Helena. Poza tym zostawiłby tutaj wpierw na dość długo mnie, a  poza tym na zawsze swoją matkę, bo ojciec już od dość dawna nie żył, a jego brat wcale się nie interesował ich matką, wszystkie sprawy związane z troską o matkę były na  głowie Wojtka i mojej.  Wiesz, Wojtek co prawda nie przepadał za swoją matką,  ani nie był  "ukochanym syńciem swej mamy", bo to była rola jego starszego brata, ale był po prostu odpowiedzialnym facetem. Ostatnie nasze lata to był wpierw pogrzeb teściowej, potem jego brata i rok później bratowej, w końcu i Wojtek zmarł. Pomału staję się specjalistką od pogrzebów.
Co do Twego pobytu tutaj- jeżeli ci to pasuje to  oczywiście możesz tu mieszkać. Wybierz sobie sypialnię na pięterku i przenieś do niej pościel z łóżka, w którym dziś spałeś. Ale jeśli chcesz, to możesz zostać w tym pokoju, w którym spałeś tej nocy. Jeśli chcesz popracować to na górze jest przecież gabinet Wojtka. A nad garażem masz pokój do ćwiczeń, wiosełka i materac, hantle, drabinka. Jedna rzecz - mam prośbę byś nikomu z naszych znajomych nie  opowiadał o tym, że mieszkasz teraz u mnie,  a dwa-nie mów nikomu dokładnie, że wiesz gdzie  mieszkam - nie mam ochoty nikogo  z nich oglądać.  Gdy mieliśmy chatę nad  Bugiem to potrafili zwalać się bez  zaproszenia niczym do własnej, bliskiej rodziny.
I naprawdę nikomu ze starej paczki nie podaliśmy tego adresu, nawet nikt nie wie,  poza tobą że mamy tu dom. I chcę by tak zostało. A tobie nie podaliśmy adresu, bo bywaliśmy tu tylko w weekendy, poczta przychodziła i do dziś przychodzi na warszawski adres. Mieszkanie  warszawskie było własnością Wojtka, teraz w ramach spadku jest moje,  ten domek jest moją własnością. Jak wiesz dzieci nie mamy, rodzeństwa też nie. Ja chyba sprzedam ten dom, bo jeszcze kilka lat i będzie mi za trudno "żyć na dwa domy". No i do lekarza to jest stąd nieco za daleko, a pogotowie ratunkowe to pewnie tu nigdy nie  dojeżdża, zwłaszcza zimą. Ale odśnieżają szosę, ta szosa wśród okolicznych należy do pierwszej kolejności odśnieżania. Zaopatrzenie- najczęściej wszystko ściągam z Warszawy, ale można się też dogadać z niektórymi rolnikami i od nich kupować warzywa, owoce. Nie jest o wiele taniej niż w markecie i nie zawsze te produkty są świeże. Co do mięsa i jego przetworów- nie kupowałam, nigdy nie wiadomo, czy aby na pewno ubite zwierzę było zdrowe.Tu wszędzie dookoła jeden siedzi w kieszeni drugiego, powiązania rodzinne są silniejsze i ważniejsze niż jakiekolwiek przepisy. Gdy skończymy śniadanie  to ci jeszcze pokażę piwnicę.
 
                                                              ciąg dalszy nastąpi 

P.S.
i  jak zawsze - czytamy i albo zostawiamy komentarz (negatywnych nie kasuję) albo zamiast komentarza  znaczek    " :) "   lub  znaczek     ":( "   jeśli  się nie podoba.

                                                                                                                                                                                                

                       


poniedziałek, 14 czerwca 2021

Przecież mówiłam - 2

Jesteś pewna, że nie jesteś zaangażowana uczuciowo? - dopytywał się Tomek.  No jestem, przecież  wiesz bardzo dobrze, że zawsze  sobie zdaję sprawę ze swych uczuć. Nie wstydzę się tego, że z tym facetem łączy mnie tylko seks - kiedyś wydawało mi się, że seks może być tylko z kimś kogo się kocha - wyrosłam jednak już z takiego myślenia.  A może straciłam zdolność kochania? W każdym razie na pewno nie planuję swej przyszłości z tym facetem, nawet czasowo nie mam  zamiaru z nim mieszkać a już na pewno nie  zwiążę z nim  swej przyszłości. A co cię napadło, że się tak bardzo dopytujesz?   Tomek  długą chwilę  milczał - nic mnie nie napadło, ale od dwóch lat wiem, że cię kocham, że tak naprawdę to chcę być tylko z tobą. 

A Kaźka - wiem, to zabrzmi koszmarnie, ale ja nawet nie jestem pewien czy wtedy z nią naprawdę spółkowałem - byłem na imprezie, na której schlałem się w trupa - gdy się ocknąłem leżałem w cudzym łóżku goły, a przy mnie goła Kaźka, obok łóżka napoczęte opakowanie prezerwatyw i  dwie "zużyte" na podłodze koło łóżka. Przyjąłem wersję Kaźki, że miała ze mną stosunek. Byłem nieco przerażony, że tak naprawdę niczego nie pamiętam. Sam przed sobą nie potrafiłem przyznać się do tego, że urwał mi się film, bo mieszanina  wódki, piwa i dwóch różnych  gatunków wina zwaliła mnie  kompletnie. Tak rzadko zawsze piłem, że po jednym kieliszku wina szumiało mi w głowie. I, co zabawne , to był jedyny mój kontakt  seksualny z nią - zakładając, że rzeczywiście on był. Po ślubie też nie było konsumpcji - nie byłem do tego zdolny i w sensie psychicznym i fizycznym. Przez cały czas chodziłem na psychoterapię, ale widok Kaźki i dziecka  obok mnie wywoływał automatycznie impotencję. Gdy dziecko tak często chorowało lekarz zarządził całą serię badań bo podejrzewał mukowiscydozę- ani ja, ani ona nie byliśmy genetycznymi  nosicielami tej choroby- byliśmy pierwsi badani pod tym kątem.  I nagle olśniło mnie, że coś tu wyraźnie jest nie tak . Wtedy zażądałem rozwodu i wniosłem sprawę o wykluczenie mojego ojcostwa na podstawie badań genetycznych. I bardzo, bardzo  się postarałem by wyjechać na tę placówkę. Wyjechałbym nawet na  pustynię, byle być daleko od tego wszystkiego. W międzyczasie wszystko się "naprostowało", wyjaśniło, że nie jestem wcale ojcem tego dziecka.

A  na psychoterapii nauczyłem się analizowania własnych uczuć i zrozumiałem,  że to co do ciebie czuję to nie ta szkolna jeszcze przyjaźń, ale po prostu miłość.  Myślę, że byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli zacząć poznawać się od strony uczuć, a nie tylko darzyć się przyjaźnią. 

Straszny dureń z ciebie Tomeczku - gdybyś mi powiedział wtedy całą prawdę nie byłoby tego twojego ślubu, twej impotencji, wizyt u psychoterapeuty. Miałbyś po prostu może mniej doświadczeń życiowych. Nie wiem czemu mi nie powiedziałeś o tym, skoro potrafiłeś mi mówić o wielu innych sprawach. Nie wykluczam, że możemy być razem, nadal uważam cię za najlepszego pod słońcem przyjaciela i nie skreślam jako faceta. Nie jestem pewna, czy umiałabym się  zaprzyjaźnić z kimś, którego wygląd budziłby we mnie tyle samo uczuć co kołek w płocie. Ale wiesz - od teraz będzie nas obowiązywała  całkowita szczerość - pomyśl znamy się  furę lat, ale tak naprawdę nie znamy się od strony uczuć i trochę potrwa nim nadrobimy te zaległości. 

Ty jeszcze rok albo trzy lata będziesz w Budapeszcie, ja tu, to  jak się będziemy poznawać?  Raz na dwa miesiące przez tydzień? Co prawda każdy z tych tygodni budapesztańskich był jak dotąd wspaniały, ale chyba była to jednak nieco zafałszowana rzeczywistość. Gdy coś się dzieje okazjonalnie to każda ze stron podświadomie  mobilizuje się, stara się przedstawić partnerowi z jak najlepszej strony. Prowadzałeś  mnie po najciekawszych miejscach Budapesztu, chodziliśmy do najlepszych restauracji, na tydzień w  pewien  określony sposób przemeblowywałeś swoje normalne budapesztańskie życie, przez tydzień chowałeś gdzieś swoje frustracje, a jestem pewna, że na pewno jakieś były. Tak naprawdę wcale nie wiemy, jacy jesteśmy na co dzień po ośmiu godzinach pracy gdy poganiają nas terminy, zmęczenie klei oczy a dominującym uczuciem jest zwykłe zniechęcenie.

Myślałem o tym wszystkim, bo chociaż może  tego nie widać, to jednak myślę  sporo o tej mniej romantycznej stronie  życia - cicho powiedział Tomek. Pracuję nad przejściem do ministerstwa bo wtedy będę dość szybko z powrotem w Warszawie. Kombinowałem też jak cię ściągnąć do Budapesztu, ale tu jest tylko jedna możliwość - musielibyśmy się pobrać. Na razie udało mi się przekonać dyrekcję, byś mogła co dwa miesiące przyjeżdżać do Budapesztu, że to w gruncie rzeczy tańsze niż utrzymywanie na stałe jeszcze jednego pracownika na stałym etacie w placówce.Gdybyśmy byli małżeństwem moglibyśmy tam mieszkać jeszcze  trzy lata, bo ten kontrakt jest na 5  lat. Ja to bym natychmiast wziął z tobą ślub, bo wiem co do ciebie czuję. Ale nie mam prawa narzucać ci swego postępowania.  I nie mam bladego pojęcia jakby ci przypadł do gustu "etat żony" zamiast etatu branżystki. Jak widzisz sporo się tego wszystkiego  nazbierało. Naczelny bez trudu rozszyfrował moje starania i nawet zgłosił chęć bycia świadkiem na naszym ślubie.

Jolinko, daj łapkę - gdy sobie uświadomiłem, że cię kocham kupiłem coś dla ciebie - chcę byś nosiła ten pierścionek niezależnie od tego czy będziemy razem czy też nie -  mam nadzieję, że trafiłem z rozmiarem i mówiąc to wszystko wsunął na jej palec pierścionek z oczkiem kwadratowym, utworzonym z maleńkich szafirów. Pierścionek pasował idealnie a poza tym  bardzo się Joli podobał - był taki inny, nietypowy, o czym zaraz  powiedziała Tomkowi. 

Tomku, a czy nie mógłbyś mnie przypadkiem pocałować? Ostatni raz mnie całowałeś gdy wracaliśmy z balu maturalnego. Ale to może być dość niebezpieczne w skutkach, pomyślałaś o tym? Pomyślałam i zaryzykuję, jestem paskudnie świadoma tego co robię. Co prawda piłam dziś koniak, ale to było 30 ml na 250 ml coca coli, no a potem zjadłam obiad, więc te 30 ml koniaku nie zaburzy działania tabletek. Zabójcze proporcje dla koniaku - utopiłaś  go całkiem w coca coli!- śmiał się Tomek. To jakaś perwersja topienie naprawdę rasowego, dobrego koniaku w coca coli, którą świetnie czyści się armaturę lub  zlew!

Faktycznie mieli wiele do nadrobienia. Każdy uśmiech, pocałunek, gest, każda pieszczota były nowością, odkryciem, czymś arcyważnym do zapamiętania. Przez ten weekend i potem 3 dni do wyjazdu Tomka uważnie się w siebie wpatrywali, wsłuchiwali, chłonęli siebie wzajemnie - byli niczym podróżnicy  w świecie, który zobaczyli po raz pierwszy. Wszystko niemal budziło u obojga zachwyt często pomieszany z wielkim zdziwieniem i żalem, że wcześniej siebie wzajemnie nie odkryli. Cały ten czas mieszkali w  mieszkaniu Joli, bo jak twierdziła wszystko tu było urządzone tak jak ona sobie wymyśliła, wszystko było "pod  ręką". Tomek uparł się, by rano odwozić ją do pracy na ósmą, choć on swoje  sprawy służbowe miał poumawiane na późniejsze godziny. Gdy  usiłowała dociec co będzie robił pomiędzy  ósmą rano a czasem, w którym jest umówiony na sprawy służbowe, Tomek się śmiał, że jako  światowy facet spędzi  czas dbając o swą urodę- wszak musi zadbać bardziej o włosy, o własne dłonie i o kondycję fizyczną. Na razie ustalili, że dwa tygodnie  swojego urlopu (po prostu nie mógł wziąć więcej niż dwa tygodnie urlopu w jednym rzucie) Tomek spędzi w Warszawie. Niestety nie można było już zmienić ustalonego grafiku. W sierpniu wypadał urlop  Joli, który zaplanowała połączyć  z tygodniowym planowym swoim służbowym pobytem w Budapeszcie. 

Oboje  nie mogli się nadziwić, że ich pobyt pod jednym dachem nie niesie  z sobą  żadnych niemiłych zawirowań lub  konfliktów. Ślub planowali tylko cywilny, na pierwszą  sobotę grudnia. Od stycznia mieli już mieszkać razem w Budapeszcie. Budapeszteńskie mieszkanie Tomka było "tylko dwupokojowe", ale były to duże pokoje z całkiem sporą kuchnią i dużą łazienką i jak się śmiał Tomek jedynym małym pomieszczeniem był przedpokój, który nazywał śluzą, bo z trudem mieściło się w nim 5 osób.  Dyrekcja  centrali odetchnęła z ulgą, gdy Tomek powiedział, że z okazji zmiany stanu cywilnego zamiana mieszkania w Budapeszcie na większe nie jest mu do szczęścia potrzebna. Warszawskie mieszkanie Tomka stało puste, raz w tygodniu wpadało do niego któreś z rodziców by podlać hodowlę kaktusów i przewietrzyć je. W Budapeszcie Tomek z Jolą mieszkali razem trzy lata. W międzyczasie wreszcie zostało oddane do użytku osiedle, na którym Jola "dostała" swoje dwupokojowe mieszkanie. Bo co to za "dostanie", skoro musiała za nie przecież  zapłacić.

Gdy po tym kontrakcie wrócili do Polski, Tomek podjął pracę w ministerstwie, a Jola powróciła do pracy w poprzednim  miejscu. Dwa swoje  warszawskie mieszkania zamienili na domek w szeregowcu na osiedlu, na którym znajdowało się spółdzielcze mieszkanie Joli. I był to bardzo dobry pomysł, bo osiedle było raptem sześć kilometrów w linii prostej od ścisłego centrum Warszawy, wszystkie media były jak na całym osiedlu, a ogródek koło domu był raczej symboliczny i nie wymagał dużego nakładu pracy. Jak się śmiał Tomek ogródek był jakby nieco większym balkonem. Bo co to za ogród o wymiarach pięć na sześć metrów? Ot, taki większy balkon ogrodzony z trzech stron żywopłotem  - od strony ulicy dość wysokim, zimozielonym, od sąsiadów takim o metrowej wysokości. Osiedle było dobrze skomunikowane z centrum miasta i bardzo szybko przestało być osiedlem niemal peryferyjnym i dookoła wyrosło kilka nowych, dużych osiedli. 

W kilka lat po ślubie Tomek dostał propozycję wyjazdu na placówkę w Moskwie i choć niewątpliwie była to pod względem finansowym bardzo interesująca propozycja - odmówił. Znał Moskwę dość dobrze i pod żadnym względem nie podobała mu się. Oczywiście nikt się nie zmartwił, że Tomek nie wyraził chęci objęcia tam stanowiska - chętnych było naprawdę sporo. Obojgu było naprawdę dobrze w Warszawie. Urlopy najczęściej spędzali w Austrii, u znajomych - latem nad jeziorem w ich letnim domu, zimą - w górach. 

Podczas któregoś z pobytów służbowych w Londynie Tomek spotkał jednego z kolegów, który twierdził, że była żona Tomka mieszka  pod Londynem, o ile uzna się, że 80 km to jest jeszcze "pod". Podobno wyszła za mąż za urodzonego już w WB  Hindusa, a może Pakistańczyka, kolega Tomka  nie był pewien  skąd był ród owego męża Kazi. Jak było do przewidzenia, nie odnalazła nigdy ojca swego dziecka, a tak w ogóle to dziecko zmarło nim skończyło 2 lata, więc właściwie ojciec już nie był potrzebny. Z obecnym mężem już ma trójkę dzieci, sami chłopcy. Śmiała się, że gdy jeszcze dwóch urodzi, to będą mogli grać jako jedna drużyna w hokeja, bo odstępy pomiędzy dziećmi były roczne, a pomiędzy pierwszą dwójką zaledwie 11 miesięcy. Kazię wyraźnie to bawiło, ale kolega Tomka był raczej przerażony i zgorszony.  Jola słysząc tę opowieść powiedziała - ciekawe czy jak się rozpędzą to uda im się spłodzenie drużyny piłkarskiej. Niezłe zdrowie ma Kazia i sporą odporność - mnie przerażała perspektywa nawet jednego porodu.

Jola i Tomek nie zdecydowali się na posiadanie dziecka. Wpierw nadrabiali czas stracony, gdy nie byli razem, a potem stwierdzili, że  już są za starzy na posiadanie dziecka, bo są już czterdziestolatkami i nim ich dziecko stanie się samodzielne oni już będą wybierać się na emeryturę. Zresztą wiele ich znajomych par nie decydowało się na posiadanie potomstwa. 

Na szczęście rodzice obojga zupełnie nie wtrącali się do ich życia- obie rodziny uważały, że kwestia posiadania lub nie posiadania dzieci jest tylko i wyłącznie sprawą danego małżeństwa. Mama Joli była  zachwycona  swym zięciem, bo okazał się prawdziwym wielbicielem jej przetworów - nie tylko je z pełnym zapałem konsumował- pomagał też w ich produkcji. Mama Tomka miała wreszcie "kumpelkę" do biegania po różnych wystawach plastycznych i muzeach. A tatusiowie obojga prowadzili ze sobą wielce poważne wielogodzinne debaty na tematy historyczne i polityczne.

                                                             KONIEC


niedziela, 13 czerwca 2021

Przecież mówiłam!

Natrętny dźwięk budzika wwiercał się Jolce w mózg. Skrzywiła się i z zamkniętymi oczami wyciągnęła rękę by wyłączyć ten obrzydliwy dźwięk i jak zwykle wpierw wywróciła budzik,  potem nie mogła znaleźć małego klawisza, który należało przesunąć w dół, a budzik tymczasem dzwonił i dzwonił jakby się paliło. W końcu musiała otworzyć  oczy, wziąć "gada" do ręki i odszukać klawisz z tyłu budzika. Muszę chyba  kupić jakiś inny model -pomyślała - taki, w którym wystarczy  pacnąć ręką i dzwonek się wyłącza. I żeby miał na cyferblacie datę i dzień tygodnia i był sprzężony z odtwarzaczem i grał coś na dzień dobry a nie dzwonił przeraźliwie. Może nawet grać "panie Janie niech pan wstanie".

Jedyna pociecha, że to już był piątek. Szykując się do pracy myślała już tylko o tym co ją czeka w pracy. Już ponad rok tkwiła na stanowisku p.o. kierownika działu  i miała już dość. Wciąż żałowała, że dała się Tomkowi, swemu kierownikowi, namówić by zastępować go w czasie gdy on będzie  w BRH  w Budapeszcie. Przyjaźnili się  od wielu lat, pomagali  sobie w wielu sprawach, to Tomek ściągnął ją do tej  centrali, zadbał by dostała niezłą podwyżkę gdy zgłosił ją na swe zastępstwo obejmując stanowisko w Budapeszcie, co dwa  miesiące ściągał ją do  Budapesztu i zawsze był to miły tydzień pobytu w ładnym mieście, chociaż pracy miała sporo. Znali się  jeszcze z czasów licealnych,  śmiali się, że są dla siebie pogotowiem  ratunkowym - i to w bardzo różnych sprawach. 

Wielu wspólnych znajomych uważało ich za parę i dziwili się, gdy nagle Tomek ożenił się i to z dziewczyną "spoza kręgu znajomych". Ale gdy w pół roku po ślubie na świecie pojawił się "wcześniak" przyjaciele ze zrozumieniem pokiwali głowami  - ożenił się, bo porządny z niego  facet.  A Jolka, uosobienie szczerości, powiedziała do Tomka : może nim się z nią ożeniłeś trzeba było sprawdzić  czy to twoje dziecko. Skoro twierdzisz, że byłeś dobrze zabezpieczony a prezerwatywy nie były z zapasów wojny w Wietnamie, to trochę dziwna ta ciąża. Tyle tylko, że żeby to sprawdzić dziecko musi przyjść na świat, no ale przecież  można wziąć  ślub niekoniecznie przed urodzeniem się dziecka. 

Ale gdy Tomek zaproponował takie rozwiązanie, Kazia ( bo tak jej na chrzcie dano) zagroziła Tomkowi, że popełni samobójstwo- ona nie może być "panną z dzieckiem".  Słowa Kazi Jola skomentowała krótko - szkoda, że się  żenisz - byłoby o jedną głupią mniej na świecie gdyby to samobójstwo popełniła. "Wcześniak" często chorował a Tomek przychodził do pracy półprzytomny , bo dzieciak w nocy płakał. Ale po ślubie Tomka Jolka  nabrała wody w usta i nie komentowała faktu, że ojciec okaz zdrowia,  matka też nie chorowita a dzieciak ciągle chory i to całkiem poważnie. W końcu jakoś tak jest, że nie co drugi niemowlak ma we wczesnym okresie życia zapalenie płuc i to minimum dwa razy w roku.  Temat ślubu Tomka i jego wątpliwego ojcostwa stał się dla Joli i Tomka tematem tabu.

W czasie  śniadania, czyli pochłaniania  mocnej kawy, Jola planowała weekend - w sobotę miała się spotkać i iść do kina z "niemal mężem", w niedzielę wpaść do rodziców bo mama chciała by Jola pomogła jej przy robieniu przetworów na zimę -"potwory na zimę" jak je  nazywała Jola, to były głównie dżemy owocowe i kompoty, bo  "przecież domowe najlepsze". I co z tego, że Jola wcale nie  jadała dżemów i kompotów - produkcja szła pełną parą a na  półkach piwnicznego regału Joli stały przeróżne przetwory.

Czasem Jolka w przypływie dobrego humoru rzucała w przestrzeń biurowego pokoju pytanie czy ktoś ma ochotę na domowe  dżemy i zawsze się chętny znajdował. Wtedy Jolka zapraszała delikwentów do siebie do piwnicy i każdy mógł wybrać to, na co miał ochotę.

Mieszkanie, w którym obecnie mieszkała było na Rakowcu i do pracy musiała dojeżdżać dwoma autobusami. Na swoje własne mieszkanie ciągle jeszcze czekała, to wynajmowała.  Zastanawiała się, czy aby nie wynająć mieszkania gdzieś bliżej pracy, no ale tu miała po drugiej stronie ulicy cmentarz "Bohaterów Radzieckich", który był jednocześnie parkiem i przechodząc nim mogła dość szybko dotrzeć na piechotę do rodziców. Oczywiście mogła  nadal mieszkać u rodziców, no ale o takim rozwiązaniu to nie marzyła. "Niemal mąż" nalegał, by wynajęli gdzieś razem mieszkanie, ale taka opcja  nie odpowiadała Joli. Facet zupełnie nie mógł pojąć czemu Jola nie chce takiej opcji, ale Jola traktowała  "niemal męża" na zasadzie  "na bezrybiu i rak ryba" i raczej nie widziała go w roli własnego męża.

Gdy dotarła do pracy ze zdziwieniem stwierdziła, że ktoś z pracowników już wziął klucze od ich pokoi - nie było to częste zjawisko, zwykle to ona pierwsza przychodziła. Nie dlatego, że była taka pracowita- po prostu gdy jechała wcześniejszym  autobusem to był znacznie mniejszy tłok. W windzie biurowca również. Gdy weszła do swego pokoju z lekka zaniemówiła - na jej biurku stał wazon z pięknymi różami, bardzo,  bardzo ciemnoczerwonymi, wyglądającymi jakby były z aksamitu, a na stoliku przy którym siadywali interesanci stał wielki "kosz delikatesowy". Na jej fotelu siedział......Tomek i z kimś rozmawiał przez telefon. Nim do niego doszła skończył rozmowę słowami - mamo, później zadzwonię do ciebie. Wyszedł zza biurka i podał jej dwie kartki mówiąc - wczoraj to odebrałem, czytaj. I może usiądź, żebyś nie padła z wrażenia. Objął ją i cmoknął w policzek - a tak w ogóle to witaj! Przyjechałem na  3 dni, wracam do Budapesztu w czwartek rano. Jestem trochę skonany, jechałem samochodem. Wrócę samolotem. Na jednej z kartek było orzeczenie o ustaniu małżeństwa Tomka z Kazią, za porozumieniem obu stron. Na drugiej były wyniki badań genetycznych Tomka, Kazi i "wcześniaka".

Wynikało z nich jednoznacznie, że wcześniak nie jest dziełem Tomka, druga wiadomość była jeszcze mniej miła, bo dziecko miało  mukowiscydozę, zapewne po swym biologicznym tatusiu, bo matka dziecka nie była  nosicielką uszkodzonego genu CFTR.

Wiedziałem o tym wszystkim jeszcze przed wyjazdem, nie mówiłem ci o tym, żeby nie usłyszeć "przecież mówiłam żeby sprawdzić czy to twoje dziecko". I jak widzisz znów jestem w stanie wolnym a na dodatek moje ojcostwo jest wykluczone - zero moich genów. A rozwód jak widzisz świeżutki, niemal ciepły. Szukam na tempo mieszkania dla niej i dla dziecka, może coś wiesz na temat? Bo ja mam nawet pewien pomysł, ale nie wiem, czy ty byś się na to zgodziła. Ale o tym to porozmawiamy dziś po pracy, dobrze? Bo chcę ją przesiedlić w te trzy dni.Wpadnę po ciebie po 16,00 i pójdziemy gdzieś na obiad, dobrze? Mamy chyba strasznie dużo do przegadania.

Jolka kiwnęła głową - oczywiście, pójdziemy. Ale lepiej spotkajmy się w "Gongu", bo teraz równo o 16,00 przychodzi strażnik pieczętować drzwi.  Ale niespodzianka! A zawartość kosza to pewnie dla personelu od ciebie? Oczywiście, dla wszystkich, to co dla  ciebie to mam w hotelu. Róże są z Budapesztu. To ja już uciekam, zejdę schodami, to się z nikim nie spotkam. Jola wyciągnęła w jego stronę dwie  kartki, ale Tomek pokręcił przecząco głową - to są kopie, co prawda potwierdzone, ale są prezentem dla ciebie - powiedział Tomek i szybko wyszedł.  Jola stała z kartkami w ręce, wpatrując się w róże i usiłując "przetrawić" usłyszane  nowiny. W dziesięć minut później wzięła kosz, który był dość ciężki i zaniosła go do pokoju branżystów. Przez cały dzień pracy w pokoju branżystów unosił się zapach salami a pod koniec dnia dołączył do niego zapach coca coli  zmieszanej z koniakiem.

Spotkali się w holu herbaciarni i poszli na obiad do hotelu Forum, w którym Tomek miał zarezerwowany pokój. Jola przekazała Tomkowi pozdrowienia i podziękowania od personelu i powiedziała, że dziś pokój branżystów przypominał zapachem dobre delikatesy.

Strasznie zaszalałeś z tymi zakupami - stwierdziła Jola. Ale i salami i koniak były naprawdę pyszne! To dobrze, bo dla  ciebie też mam i salami i koniak i jeszcze kilka innych rzeczy, które wiozłem w termo torbie. Kupiłem nawet ten jogurt, który tak ci ostatnio smakował w Budapeszcie i te małe dziwne kluseczki i ogórki w tej słodko-kwaśnej zalewie - też ci smakowały.

No nie- jęknęła Jola- ty mnie chyba chcesz utuczyć. Jesteś niebezpiecznym facetem, ja już nie pamiętam co jadłam w Budapeszcie, a ty dokładnie się przypatrywałeś czym się pasę. Muszę się kiedyś zapytać Marii, czy ona wie jak się je robi. W końcu wyszła za Węgra i mieszka tam już długo. Podejrzewam, że one są z dwóch rodzajów mąki.

Jolinko, porozmawiajmy chwilę o moim pomyśle - chcę jak najszybciej wyprowadzić Kazię z dzieckiem z mojego mieszkania i wpadłem na pomysł, żebyś ty wprowadziła się do mnie, a ona przeprowadziła się do tego, w którym ty teraz mieszkasz. To niezłe osiedle, już zagospodarowane, jest żłobek, choć nie wiem, czy dziecko nadaje się do żłobka. No ale tam jest sporo zieleni i ten park  po drugiej stronie. Myślę, że ci co  wynajmują tobie  to mieszkanie nie będą mieli nic przeciw temu. Oczywiście całą Twoją przeprowadzkę ja  zorganizuję i cię przeprowadzę, a im chyba obojętne kto będzie  za to mieszkanie płacił. Oczywiście za mieszkanie u mnie nic nie będziesz płaciła. Komunikacyjnie będziesz miała lepiej z dojazdami do pracy. Te meble są twoje, czy wynajmowałaś z umeblowaniem? Ich umeblowanie. To fajnie, u mnie są trzy pokoje ale trudno byłoby  jakieś meble tam jeszcze wstawić. Albo mnie się tak wydaje.

Jolinko, pojedźmy teraz do mnie do mieszkania, obejrzysz i przemyślisz  spokojnie wszystko. Mam ci jeszcze ogromnie dużo do powiedzenia, ale wolałbym tego nie mówić nad kotletem. To co chcę ci powiedzieć nie pasuje nawet do najlepszej knajpy. Kazi z dzieckiem dziś nie ma, pojechała do swoich rodziców. Musi ich zawiadomić, że się rozeszliśmy i że dziecko nie jest moje i będzie miało jej nazwisko. Chyba, że znajdzie jego "producenta" i on je uzna.

Tomku, a jak ona to wszystko przyjęła? Bo mam wrażenie, że ona dobrze wiedziała, że to nie jest twoje dziecko. To, że nie jest moje to wiedziała, ale podejrzewam, że nie bardzo wie czyje to dziecko. Na razie dziecko ma nową metrykę i jej nazwisko. 

Tomek zapłacił za obiad, wpadli do jego pokoju, żeby zabrać zawartość małej lodówki i samochodem pojechali do jego mieszkania.

Tomek odniósł wrażenie, że jego była żona zabrała wszystkie rzeczy dziecka i znaczną część swoich. Być może postanowiła wrócić do swych rodziców a przynajmniej im zostawić dziecko. Tomek szybko spakował w dużą torbę resztę jej rzeczy i stwierdził, że wieczorem zatelefonuje do jej rodziców i może w poniedziałek  rano wyśle resztę jej rzeczy do jej rodziców.

Zrobili kawę i rozsiedli się w fotelach. Oboje byli zamyśleni, wreszcie Tomek przerwał milczenie mówiąc: Jolinko, chciałbym wiedzieć czy jesteś  z kimś związana uczuciowo, to ważne. Może planujesz już z kimś życie, powiedz, proszę.

Jola chwilę milczała, a Tomek wpatrywał się w nią badawczo. Jola miała wrażenie, że  Tomek za chwilę zacznie obgryzać  ze zdenerwowania paznokcie i ta myśl ją nieco rozbawiła. 

Nie nie jestem  z nikim związana uczuciowo, ale nie będę ukrywać - łączy mnie z tym człowiekiem tylko i wyłącznie seks.  Takie  15, 20 minut dla zdrowia raz na jakiś czas. To w kwestii uczuć. Czasem chodzę też z nim do kina lub teatru. Niestety nie tańczy. Jest informatykiem, a oni nie  tańczą - tak twierdzi. Proponował byśmy zamieszkali razem, ale odrzuciłam ten pomysł. On jest z całą pewnością dobrym informatykiem, ale jak dla mnie zbyt nieuporządkowany życiowo - cała organizacja życia domowego jest dla niego niczym terra incognita.

                                                       Ciąg dalszy nastąpi

I jak zawsze- czytamy i komentujemy lub dajemy znaczki - ;)  , lub ;(

osoby podpisujące się "unknown" - dodajcie swe imię, bo jest Was kilka osób.