środa, 11 maja 2022

Trudny wybór - 15

Jak  na początek grudnia pogoda  była całkiem  strawna,  tylko raz  padał deszcz  ze śniegiem. Adela długo się  zastanawiała jaka  zupa  będzie  pasowała do pierogów i zdecydowała  się na  ugotowanie  krupniku z cieniutko pokrojonymi suszonymi grzybami. Był to ukłon głównie  w stronę Emila i jego taty- tak ugotowany krupnik mogli jeść przez  kilka  dni  z rzędu. I zawsze byli  zachwyceni. Gdy go gotowała  "dla  swoich" było to wtedy  właściwie  danie  jednogarnkowe - zupa  była "zawiesista", wzbogacona różnego rodzaju kawałkami  mięsa ugotowanymi na tak miękko, że rozpływały się w ustach. Obowiązkowo zawsze były wtedy w środku mięciutkie paseczki bardzo  chudego, pozbawionego  tłuszczu, wędzonego boczku. Tym razem z ulubionych  dodatków były tylko suszone  grzybki, bo na drugie  danie były przewidziane  pierogi. W charakterze  surówki była tarta marchew z dodatkiem jabłka. Surówka  była doprawiona niewielką ilością  białego, lekkiego  wina. Dodatek niewielkiej ilości lekkiego,  białego wina był  wynikiem pewnej katastrofy, gdy Adela przewróciła niechcący stojącą na blacie otwartą butelkę z resztką białego wina, a zawartość butelki wylała się na talerz, na którym leżała starta  marchew. Marchewka  postała wtedy dość długo z tą niewielką ilością wina i ją wchłonęła. Adela  zamierzała tą "skażoną  winem" marchewkę wyrzucić, ale gdy już po obiedzie  Emil przyszedł do  kuchni i zobaczył talerz z marchewką, nic nie wiedząc o tym, że jest "nasączona" niechcący winem, ucieszył się, że jeszcze jest marchewka i szybko się  zajął jej  konsumpcją,  dziwiąc się nieco, że jakoś inaczej smakuje, ale jest bardzo  smaczna. Poszedł do  pokoju  z talerzem marchewki, którą dojadał i  zapytał się, co Adela  dodała do  surówki, bo jest wyśmienita. Adela spróbowała , ze zdziwieniem skonstatowała, że faktycznie  jest smaczna i wtedy opowiedziała o tym, że po prostu wlało się do marchewki wino. I od tej  pory do marchewki zawsze dodawała białego, lekkiego wina. Wpierw tarła  marchew na małych  oczkach tarki, potem dolewała pół kieliszka  wina i odstawiała na jakiś  czas, by marchewka  nasiąkła winem i dopiero później  łączyła ją z jabłkiem tartym na dużych oczkach tarki.

W czasie gdy wszyscy  zmagali  się z krupnikiem, Adela  przepytała się rodziców  na jakie  pierogi  mają chęć bo jest  ich aż pięć  rodzajów:  z mięsem, z nadzieniem  zwanym ruskim, z kapustą i pieczarkami, z soczewicą i z jagodami. Ojciec  Adeli  wybrał pierogi  z mięsem, matka  z nadzieniem ruskim, a dla  swoich i siebie  Adela naszykowała po jednym  pierogu z każdego rodzaju. 

Na deser były pieczone jabłka - w miejscu gniazd nasiennych Adela umieściła masę   marcepanową a upieczone  już jabłka  dostały jeszcze  pierzynkę z  bitej śmietany i "piegi" z rodzynek namoczonych przez  noc  w rumie.

Bardzo się mama Adeli  zdziwiła,  gdy dowiedziała się, że pierogi były gotowe kupione  a nie  robione przez Adelę lub Helenę, zdziwiona  też była,  że pieczone  jabłka to jesienią i  zimą są niemal  codziennie w tym  domu jadane ale bez  bitej  śmietany.

Ale największa niespodzianka  spotkała mamę Adeli przy  poobiedniej  kawie - w pewnej chwili Helena powiedziała:  zupełnie  zapomniałam  ci  powiedzieć, że wyszłam  za mąż za Piotra . I w tej  chwili oboje  z Piotrem pokazali jej swoje  "zaobrączkowane" dłonie.

Zaskoczona wiadomością matka  powiedziała po chwili - i nic mnie,  swojej  siostrze  nie powiedziałaś tylko sobie wyszłaś  za mąż? Helena roześmiała  się - no cóż, jako osoba  bardzo pełnoletnia  nikogo o  pozwolenie wyjścia za mąż  nie muszę  się  pytać,  nie  mniej powiedzieliśmy o swoich planach Adelce i Emilowi, a oni ten  plan  pochwalili. A tobie nic nie mówiłam, bo nie lubię  być przesłuchiwana przez trzy lata starszą ode  mnie  siostrę. Bo ty  nie zadajesz pytań- ty zawsze prowadzisz przesłuchanie niczym oficer dochodzeniowy.

I mieszkacie w tym Milanówku? spytała nieco  zaskoczona tą  wiadomością  matka Adeli. Nie, nie  mieszkamy  w Milanówku, mieszkamy w tym samym bloku co Adela, Piotr  sprzedał swój dom w Milanówku. Mieszkania w Warszawie nie są niestety tanie. Poza tym młodzi oboje  pracują w Warszawie, nie  mieszkaliby w Milanówku, są zawodowo związani z Warszawą.  O wielu sprawach jeszcze  nie wiesz,  między innymi i o tym, że twoja córka już ma tytuł magistra. Ciągle patrzysz na nią przez pryzmat tego, że jest kobietą  a nie mężczyzną. Bo ty koniecznie  chciałaś urodzić  syna. Ale  zapewniam  cię, że niejeden facet ma znacznie  mniejsze osiągnięcia  niż ona.  I wiesz? nie  musisz  jej kochać ale powinnaś ją szanować. Jest bardzo zdolną i inteligentną dziewczyną i życzliwą innym. My z Piotrem  kochamy całym  sercem oboje - tak  samo mocno. 

Do rozmowy wtrącił się ojciec Adeli  - czepiasz się Heleno- nie  wiedzieliśmy  nawet za dobrze, że Adela studiuje, mieszkała przecież u ciebie od kiedy złamałaś  nogę. Helena pokiwała  głową - a nie zastanowiło was nigdy  dlaczego wasza córka nie chce  mieszkać z wami a woli  mieszkać ze mną? W 95% każde dziecko woli  mieszkać z własnymi rodzicami niż z krewnymi. Gdy jeszcze była w szkole to żadne z was nawet na  wywiadówki nie chodziło - tak mało obchodziło was własne dziecko.

Adela postukała widelczykiem  w talerzyk -  skończcie już - skończyłam studia, mam tytuł magistra, jestem z siebie  dumna, mam naprawdę  cudownego męża i super fajnego teścia i ciocię, którą kocham  całym  sercem i wgłębi  duszy  traktuję jakby to ona wydała  mnie na świat.  Już od  dawna przestało mi przeszkadzać, że biologiczni rodzice woleli oboje  chłopca  niż dziewczynkę.  Może mnie to wszystko nieco pokrzywiło psychicznie, ale teraz  mi to już tak  nie przeszkadza. Tatku- zwróciła się do  Piotra- weźcie razem z Emilem naszych gości na przejażdżkę po Ursynowie. Ja tu tymczasem nieco ładu  wprowadzę. Tylko nie  zmywajcie, proszę - powiedział Emil. My to  zrobimy po powrocie.  Adela uśmiechnęła się - mam nadzieję, że wreszcie ci od  przeróbki blatu w  kuchni do nas dotrą i będzie można kupić  zmywarkę.

W dwie godziny później dotarli do domu Piotr i Emil - sami. Odwieźliśmy ich po objeździe Ursynowa  do domu. Moja  teściówka była  bardzo zaskoczona obszarem jaki zajmuje Ursynów, a teść nieco podsypiał, tak go ta  wycieczka nudziła. Przy  okazji znaleźliśmy całkiem  fajny sklep ogrodniczy, ale już był zamknięty. Teren tego ogrodnika  jest  ogromny, wydawał mi się  większy niż ten szkolny, który mamy za  chodnikiem.  Pewnie  wybierzemy się tam wiosną , bo mają też krzewy -przynajmniej  tak  głosi  napis przy  bramie  wejściowej. Byliśmy na samym  końcu Ursynowa,więc pojechałem drogą już poza  osiedlem i wylądowaliśmy w  Powsinie. Wróciłem tą samą drogą, potem pokazałem im  Imielin i Puławską odwiozłem towarzystwo do ich   domu bo twój ojciec już regularnie  spał. Helena  machnęła ręką- on ma talent  do spania, on potrafi zasnąć  w autobusie  jadąc nawet tylko  trzy przystanki. 

Pomyślałem sobie, że jeszcze  trochę a Warszawa będzie sięgała  do Piaseczna. Teraz mieszkamy w  właściwie  w centrum Ursynowa.  A na Puławskiej ruch większy  niż ostatnio o tej  porze na Marszałkowskiej. Więc dla nas  dobrze, że nie wybraliśmy Imielina, bo wtedy musielibyśmy głównie jeździć przez  Puławską. Okropnie  dużo  się pobudowało po obu stronach  Puławskiej- z tego co widać  z drogi a na pewno w głębi też pełno  nowych domków.

I ogromnie  się cieszę, że mamy w niedalekiej  perspektywie zmianę miejsca pracy.   G. oglądał ostatnio lokale nadające się na kancelarię, którą zamierza otworzyć jeszcze zanim powstaną odgórnie te  kancelarie rzecznikowskie. Bo doszedł do  wniosku, że kancelaria może nie  wyżyć z samych orzeczeń w sprawach  patentowych, więc rozstaje  się  z kolegami i zakłada własną kancelarię. I planuje byśmy niedługo tam zaczęli pracę. I pewnie  ty pierwsza tam  wylądujesz, przede mną. Oczywiście jeżeli tylko będziesz  chciała. Wszak już skończyłaś studia prawnicze, a Arek  G. ma o tobie  bardzo  wysokie  mniemanie. Masz nade mną tę przewagę, że jesteś  magistrem prawa. 

No ale  ja jeszcze przecież  chodzę na kurs, więc będę wychodziła z pracy - nie  sądzę  by był z tego powodu  szczęśliwy. No przecież on o tym wie.  W kancelarii to tylko sekretarka musi siedzieć kołkiem na miejscu, reszta  jest  w ciągłym ruchu. W kancelarii prawniczej nie płaci się ludziom  za obecność ale  za wykonaną  pracę. Mam podejrzenie, że on chce  ciebie na początku   jako swoją osobistą prawą rękę, bo literat z niego  dość kiepski  a twój styl pisania uważa za doskonały. Ale na pewno już na początku wrzuci  ci jakąś sprawę żebyś  sama rozwiązała. 

Patrząc  realnie to za szybko ta kancelaria  nie  zacznie  działać, na początku to będzie tylko on, ty i pewnie jakaś pindzia jako  sekretarka. Ale  póki co jeszcze do końca roku siedzimy w OBR.  Pan G. jest bystrym  człowiekiem, dobre ustawionym w swoich  kręgach i na pewno jako jeden  z pierwszych przestawi  się na kancelarię  rzecznikowską. Gdy ostatnio  z nim rozmawiałem, to stwierdził, że ty i ja  tworzymy idealny  duet do takiej kancelarii - ty bo jesteś prawnikiem a do tego będziesz  w niedługim czasie i  rzecznikiem, no a ja jako inżynier i rzecznik uzupełniam  to. I jak  stwierdził, to przynajmniej  przez rok,  a może i dłużej będziemy takim  jedynym tandemem. Chce  dobrać jeszcze kogoś od spraw rodzinnych, bo  rozwodów   jakoś  nie ubywa a przybywa. A jak  rozwody to i sprawy  majątkowe się na to nałożą.

Helena  słuchała tego  co mówi Emil "jednym uchem" - zastanawiała się,  czy  aby jej szwagier  nie cierpi na  narkolepsję. Ale wcale  nie  miała  ochoty wspominać o  tym swej  siostrze,  bo zaraz  dowiedziałaby się że jest złośliwa i  nie lubi  swego szwagra. A ponieważ jej szwagier nie  prowadził  samochodu, to  postanowiła nic  nie mówić. Zresztą jeśli to jest  narkolepsja to jest  to choroba  nieuleczalna a diagnozowanie  jej trwa długo i jest  dość  sporo badań.  A podawane  leki na ogół niemal  nie pomagają.

Adela  wstała mówiąc - ja to bym coś  zjadła - mamy jeszcze różne pierogi, więc  może je  wsadzę do  piekarnika i w ten sposób podgrzeję- ma jeszcze  ktoś ochotę na pierogi? Okazało się, że wszyscy  mieli, więc włączyła  piekarnik, potem położyła na blasze pierogi na pergaminie i polała je niewielką ilością oliwy i gdy piekarnik  był już rozgrzany do 180 stopni, wstawiła do niego pierogi.  Postawiła też na  stole pojemniczek  ze słodką śmietaną, żeby była do polania pierogów z jagodami.

Po kolacji Adela stwierdziła, że jakoś  bardzo szybko  mija  czas i tylko  patrzeć gdy będzie Boże Narodzenie.  Czas  mija z taką  samą, stałą prędkością, ale gdy  mamy wiele  różnych  wydarzeń w dość krótkim czasie to mamy  wrażenie, że czas przyspieszył - stwierdził jak  zwykle  dokładny Emil. W ciągu ostatniego półrocza nastąpiło w naszym życiu wiele istotnych  zmian. Można  śmiało powiedzieć, że to my przyspieszyliśmy   a nie czas. U niektórych  przez dziesięć lat  nie  nastąpiło tyle  zmian co u nas.

W pierwszych  dniach maja pojechałem po ciebie na prośbę Kamila. A potem  wszystko leciało do przodu jak po sznurku. Zakochałem się  tobie w dziesięć minut i to tak na wieki, zaczęliśmy razem pracować, umarł Kamil, wzięliśmy ślub, ojciec się  zakochał w Helenie, pobrali  się,  sprzedaliśmy dwa  mieszkania, kupiliśmy  nowe mieszkania, dzięki Helenie  mamy  nowy  samochód,  mieszkamy z rodzicami blisko  siebie, skończyłaś wielce pomyślnie studia, aplikujesz na rzecznika - cudna moja- niektórzy  przez  20 lat mają w swym życiu   mniej  wydarzeń. Pędzimy oboje przez życie niczym rakieta  kosmiczna.   Ale chyba  nam  z tym dobrze. Wolę takie zwariowane  nieco życie  niż tkwienie  w  miejscu. Jeśli ta ustawa dotycząca  rzeczników  wejdzie  w życie to znów nam  się coś zmieni.

                                                                        c.d.n.






wtorek, 10 maja 2022

Trudny wybór - 14

 Adela  była  pełna podziwu  dla  swego teścia, który do sprzedaży wystawił dom razem z wyposażeniem. Twierdził, że doszli razem  z Heleną  do wniosku, że wezmą meble z mieszkania  mokotowskiego, a jeżeli coś będzie   brakowało to po prostu  dokupią. Oczywiście przepytali oboje Adelę i Emila,  czy oni chcą zabrać z tego  mieszkania  jakieś  meble,  ale oni  nie  chcieli żadnych  mebli. Postanowili  wziąć to wszystko co było w  mieszkaniu Emila i  potem pomału się  domeblowywać. Chętnych  na Milanówek  było sporo, mogli  w kupcach  przebierać. Wybrali dość młodych ludzi, którzy oczekiwali już trzeciego dziecka, a obejrzawszy meble  stwierdzili, że one  są naprawdę  w  świetnym stanie, a wyposażenie  salonu, gdyby te  meble  wstawić  do DESY, to sprzedałoby się "na pniu".

Pierwsi zamieszkali w nowym  mieszkaniu Helena  i Piotr. Helena  doszła do  wniosku, że takie  pakowanie, chociaż niewątpliwie męczące ma jednak  swoje  dobre  strony - to świetny remanent, przejrzenie  dokładne  wszystkiego co się posiada i możliwość  zorientowania  się czego jeszcze  brak. Okazało się, że Helena zgromadziła wszystkiego  niemal  zbyt dużo i  teraz   wszystkie  "nadmiary" przeszły w ręce Adeli i Emila. Wiele kompletów bielizny pościelowej było jeszcze  nie używanych. I na części pudeł przybyły  naklejki z literami AE, co oznaczało, że ma to trafić do mieszkania młodych.  Adela  w pewnej chwili stwierdziła, że chyba będzie  musiała dokupić garnków, ale usłyszała- a po co,  nie sądzisz  chyba, że będziemy jadali sami, bez  was, obiady  i kolacje. Poza tym garnków, talerzy, sztućców itp. jest u nas  w nadmiarze, bo są  i z Milanówka i z Mokotowa. Po prostu musicie  sobie  to wszystko przejrzeć  i zabrać to, na co będziecie  mieli ochotę. 

Zadomowianie się trwało długo, chociaż meble do swojego mieszkania młodzi  kupili stosunkowo  szybko. Obecność przychodni za ścianami ich  mieszkań  nie była uciążliwa. Nikomu  nie robiono tam wiwisekcji, więc  nie było żadnych  hałasów. Ale uciążliwością był brak miejsc  parkingowych, co było  bolączką  całej stolicy. Po wielu  staraniach udało  się wykupić miejsce  parkingowe nieco  dalej od ich  bloku. Przydomowy  ogródek nie przeraził Adeli. Był już  ogrodzony i przy  siatce posadzono już  jakieś krzewy w roli żywopłotu.  Z tego  co się  dowiedzieli,   żywopłot będzie   strzyżony przez pracownika  administracji. Poza tym można posadzić  w  swoim ogródku jakieś  kwiatki ewentualnie kwitnące  krzewy, ale założenie  ogródka warzywnego odpada. Ta ostatnia  wiadomość bardzo się Adeli  spodobała. Zdaniem  Adeli jej talent  ogrodniczy  zabijał bezlitośnie  wszystkie  rośliny bez  żadnego  wyjątku.

Gdy  już nieco "okrzepli" w  nowych  mieszkaniach,  Adela stwierdziła, że trzeba zawiadomić rodziców, że ona i Helena  już nie  mieszkają   na  Mokotowie.  I chyba  wypada  ich  zaprosić. No więc Adela  zatelefonowała do matki, przepytała  się  wpierw co u  nich słychać,  czy  zdrowi i cali , w końcu powiedziała - ciocia Helena i ja już nie  mieszkamy  na Mokotowie. Przeprowadziłyśmy się na Ursynów. Weź kartkę i ołówek i  zapisz sobie nasz  adres. 

Przecież ten Ursynów jest obrzydliwy! - autorytatywnie stwierdziła  matka. A  byłaś  tu  kiedyś?- spytała Adela. Tak, byłam ze 4 lata wcześniej- byłam  dwa razy, czyli pierwszy i ostatni.  No to widzę, że niepotrzebnie podaję ci  adres. Numer telefonu  jest ten  sam  co na Mokotowie, bo go przeniosłyśmy. Ale jeśli masz ochotę zobaczyć gdzie i jak mieszkamy to zatelefonuj ze dwa  dni wcześniej  nim  zdecydujesz  się przyjechać sama  lub  z ojcem.  

A co z tym  mieszkaniem na  Mokotowie? - zapytała  matka. No cóż, sprzedałam. A  nie  mogłaś  się ze mną zamienić i  moje wtedy  sprzedać? Nie  mogłam, bo  musiałam  mieć  pieniądze a wasze  mieszkanie nie jest własnościowe, ono jest z  zasobów  miasta i nadal  do  miasta  należy. Dziadkowie  wynajmowali je przed  wojną od prywatnego  właściciela a potem przejęło je państwo  ludowe. Mieszkanie   cioci  Heleny ja  wykupiłam od  miasta, więc  mogłam je teraz  sprzedać i spłacić kredyt, który wzięłam.

Ciekawe po kim  masz  taką  głowę  do interesów- spytała  z przekąsem  matka. A na to  pytanie  ja   nie znam odpowiedzi - odpowiedziała  Adela- ty wiesz kto mnie  spłodził, ja nie wiem. W moim akcie  urodzenia  figuruje twój mąż, więc przyjmuję, że rzeczywiście jest  moim ojcem, ale jeśli ty masz  jakieś  wątpliwości to nie moja wina. 

Jesteś strasznie  złośliwa córeczko. Ja jestem  złośliwa?- zdziwiła  się Adela. Ja  nie  kwestionuję ojcostwa człowieka,  który  w mojej metryce  figuruje  jako mój ojciec. 

Matka  wyraźnie  się z lekka  "zapowietrzyła"- no to kiedy mamy do was przyjść?- wydusiła  z siebie. Myślę, że najlepiej będzie gdy przyjedziecie w sobotę, dajmy na to około godziny  szesnastej. Adela  podała numer  autobusu którym  mają  przyjechać, na którym przystanku  wysiąść a gdy wsiądą do autobusu to niech zatelefonują do   Adeli na komórkę, że już jadą, to ona poczeka na  nich na przystanku, żeby nie błądzili. A od  autobusu jest do nich może nawet 200 metrów. Ale  trafić trudno,  bo specjalnością Ursynowa są dziwne adresy  - adres  wcale  nie odzwierciedla tego, przy której ulicy stoi dany blok. Jedziesz  ulicą Jastrzębowskiego a po obu stronach ulicy  ani jeden blok nie ma  takiego  adresu, a na dodatek lewa strona  ulicy ma  nazwy z adresami zupełnie innymi  niż  prawa.

Gdy Adela odłożyła  słuchawkę telefonu Emil zapytał - o co chodzi  z tym ojcostwem? Eee, o  nic, po prostu ona  znacznie  więcej  mówi  niż myśli. Chciała mi jakoś  dogryźć i powiedziała, że jest  ciekawa po kim to ja mam taką głowę do interesów,  a resztę  słyszałeś. Jeszcze  gdy  chodziłam  do szkoły miałam  spore  wątpliwości  czy  aby na pewno  jestem ich córką. Potem byłam pewna, że jestem  córką Heleny,  a teraz to już mnie to nie obchodzi. To nie ma  żadnego znaczenia, nawet jeśli oboje lub jedno z nich nie jest  moim  rodzicem. Ważne jest to jaka ja jestem. 

Czytałam że mniej więcej  5% dzieci ma ojca innego  niż ten  metrykalny i oczywiście  ojcowie nic o tym  nie wiedzą. Te 5%  jest z pewnością ilością  zaniżoną - po prostu wiadomo to dlatego, że dziecko  miało jakieś problemy  zdrowotne, robiono badania genetyczne i przykra  dla ich  ojców prawda  wychodziła na jaw. Poza tym jest  kilka  chorób, które  dziecku może przekazać tylko ojciec. Najzabawniejsze jest dla  mnie to, że inteligencję  dziedziczymy po matce, ale ojciec ma wpływ na sprawność  myślenia. To matki przekazują nam tempo w jakim  się starzejemy, osteoporozę, nadciśnienie,  niedoczynność tarczycy, żylaki, chorobę Alzheimera, endometriozę,  mięśniaki macicy a ponadto sposób   w jaki zasypiamy, jakość  naszego  snu, ulubione  pozycje  w  czasie  snu. Kiedyś  bardzo  interesowałam  się genetyką i epigenetyką.

Emil patrzył się na Adelę, uważnie  słuchał  a potem  powiedział- wiem co to jest genetyka,  ale nie mam pojęcia co to jest epigenetyka.  Adela uśmiechnęła  się - to jest po prostu badanie zmian  ekspresji  genów, które nie są powiązane ze zmianami w sekwencji nukleotydów w DNA. A ekspresja  genów  jest  procesem fenotypowej informacji genetycznej,  a fenotyp jest zespołem cech wykształconych w trakcie rozwoju organizmu.  Przedrostek "epi" oznacza poza czymś,  w tym wypadku  poza genetyką.

O Boże, jęknął Emil - to powiedz  mi jeszcze  czemu poszłaś  studiować prawo a nie medycynę lub biologię?  No wtedy  mnie genetyka  bardzo interesowała to sobie  trochę poczytałam o tym  wszystkim. Poza tym to prawo  można  studiować niestacjonarnie a biotechnologii nie. Proste.

Kochanie  moje, a może chciałabyś sobie   tak dla przyjemności studiować biotechnologię? Jeśli tak to  nie ma  problemu, wyżyjemy z jednej pensji, mam  rezerwy  finansowe. Adela przytuliła go i  powiedziała - jesteś naprawdę  cudowny,  ale ja  zrobię tego "rzecznika", bo muszę przecież  wypracować sobie  emeryturę. I szkoda by mi było nie wykorzystać tych pięciu lat i przerzucić  się nagle  na inne studia. Pociąga  mnie perspektywa  wspólnej naszej  pracy w kancelarii rzecznikowskiej.  Nie wiem  co to jest, ale  jakoś   nigdy nie  mam  za dużo twojej obecności  przy mnie. Jestem chyba  uzależniona, działasz jak narkotyk. Gdy jestem na kursie to nie  mogę  się  nadziwić, że siedzi obok  mnie ktoś obcy a ciebie  nie ma.

Chodź, pójdziemy do naszych rodziców. Popatrz  jak  mamy  zabawnie - Piotr jest dla  mnie teściem i ojczymem,  a Helenka dla  ciebie  macochą,  ale nie teściową. Szalenie  mnie to bawi. Ale i tak mówimy na  nich jeszcze inaczej, bo ja Helenę  nazywam wciąż  ciocią a ty mamą, ale twego tatę nazywam tatą. Gdyby ktoś obcy się temu przysłuchiwał to by się  całkiem  pogubił.  Zauważyłeś  jak tu jest  cicho  tak  mniej więcej od godziny 17,00. Ta przychodnia jest czynna do godziny 20,00 ale pacjenci nie hałasują.

Podobno dziś mamy jakąś  gorącą kolację - co obstawiasz? - spytała Adela.  Naleśniki z mięsem i warzywami i kilka pustych by potem je napełnić  czymś  słodkim, może syropem daktylowym? A ja stawiam na  risotto,  bo dawno nie było. U Piotrów okazało się, że tym razem są placki kartoflane z gulaszem. Po tej uczcie Adela  powiedziała, że zaprosiła na  najbliższą sobotę swoich  rodziców  i w związku z tym zamówi w pierogarni kilka rodzajów  pierogów. Tę pierogarnię  "odkryli" przypadkowo. Pierogi ich produkcji były niesamowicie  smaczne i już kilka  razy je   kupowali, a Helena  z Piotrem czasami tam  wpadali wracając  z  zakupów i jedli je tam na  miejscu.  I oni i młodzi byli  zadowoleni, że mieszkają  na Ursynowie. W soboty i niedziele obiady i  kolacje robiła Adela i wtedy było bardzo  ciasno  w kuchni, bo chcieli wszyscy pomagać. 

Niedaleko bloku w którym mieszkali otworzyła  swe podwoje hinduska restauracja- szefem kuchni  był Hindus, właścicielką- Polka. Gdy  wchodziło się  do holu budynku,  w którym  mieściła się  restauracja to aż w nosie  kręciło od  bardzo intensywnych  zapachów różnych przypraw.  Kusiło ich by któregoś dnia wybrać  się tam na obiad, ale jakoś nie mogli się zdecydować. Któregoś dnia, gdy Piotr razem z Emilem stali w  Tesco w  kolejce do kasy wpadła im  w ucho rozmowa dwóch pań- jedna  z nich opowiadała o tej  restauracji. Jak wynikało z podsłuchanej  rozmowy pani była w Indiach  dwa razy i stwierdziła, że niestety poza nazwą i wystrojem oraz ogromną ilością przypraw to miejsce w niczym nie przypomina jedzenia jakie serwowano w Indiach.  Tu , jej zdaniem, jedzenie  było stanowczo  za słodkie i  za ostre. Opowiadała też o innej hinduskiej  restauracji w  Warszawie, która serwuje  znacznie  smaczniejsze dania, nie  naładowane tak bardzo ostrymi przyprawami. I tym sposobem nie wybrali się do tej niedalekiej hinduskiej restauracji.

Gdy Adela i Emil  wprowadzili się do swego nowego mieszkania jeden z mniejszych  pokoi przeznaczyli na "garderobę" jak mówił Emil, a Adela nazywała go magazynem. Dzięki temu pokojowi nigdzie  nie było szaf. Tu zamiast  typowych  szaf na stelażach wisiały w pokrowcach ich ubrania, a że pokrowce były przezroczyste łatwo  było wszystko znaleźć. Przy dwóch  ścianach były szafy z szufladami na  rzeczy, które normalnie leżały na półkach. Szuflady swą czołową płytę miały przezroczystą i od  razu było wiadomo co w danej  szufladzie  się  znajduje. W dwóch sypialniach były komody a w pokoju dziennym na dwóch ścianach stały regały pełne  książek. W oknach były wszędzie  żaluzje, nie było zasłon,  nad oknami były za to ozdobne  lambrekiny. Z pokoju  dziennego w obu  mieszkaniach było wyjście na mini ogródek. Adela postanowiła, że ich ogródek to będzie  tylko trawa, bo  nie  ma  zamiaru hodować  jakichkolwiek kwiatków, a Helena  planowała postawienie w ogrodzie stelażu blisko okien i na  nim  latem miały stać doniczki z kwiatami. Zdobiły  by ogródek i byłyby dobrze   widoczne  z okien. Do piwnicy obie  rodziny  zamówiły półki i porządne  drzwi.

W sobotę Adela przed  południem przygotowała obiad tak, by potem jak  najmniej  czasu spędzić  w kuchni. Normalnie  oni i Piotry jadali wszystkie  posiłki w kuchni, ale gdy do  stołu  miało usiąść sześć osób mogłoby być nieco  za ciasno, więc obiad miał być  podany w  dziennym  pokoju. 

Na przystanek autobusowy razem  z Adelą poszedł Emil.  Gdy szli te 200 metrów do domu matka stwierdziła, że rzeczywiście  Ursynów  bardzo  się zmienił.  Emil  szarmancko  zaproponował, że po obiedzie może obwieźć teściów trochę po Ursynowie, bo obejść go spacerkiem  już się nie da. Zbyt duży teren.

                                                                           c.d.n.

Trudny wybór - 13

 Termin obrony pan profesor załatwił na sam koniec października i, tak jak mówił, nie obchodziło go czy  jest choć jeszcze jeden student chętny do obrony. Sprawdzenie tekstu czy  aby  nie ma  jakichś błędów, drukowanie, oprawa- wszystko  spadło na Emila,  ale nie narzekał. Przed obroną Adela  wzięła tydzień urlopu. Denerwowała się okrutnie  czy  aby na pewno obroni  pracę, ale Emil stwierdził, że jeszcze  nie słyszał by czyjąś  pracę odrzucono  w trakcie obrony. 

Gdy  zaczęła mówić o swojej pracy, pan  promotor zaraz wtrącił  swoje trzy grosze wyciągając same  superlatywy i opowiadając jak pięknie pod każdym względem  jest  owa praca   napisana, po prostu  czyta  się ją  bez wysiłku, bo  wszystko jest bardzo dobrze i w jasny  sposób sformułowane. Napomknął też, że Adela szykuje  się  do  roli rzecznika  patentowego i jego  zdaniem  bez  trudu   zaliczy egzamin na rzecznika  patentowego. Panowie  wyrazili  swój podziw, że ma ochotę  zajmować  się w przyszłości prawem patentowym, a Adela opowiedziała o źródłach,  z których  korzysta teraz  w swojej pracy. Gdy wyliczyła tytuły prasy fachowej, które musi regularnie czytać nie będąc  wcale inżynierem,  jeden z opiniodawców powiedział - chylę czoła, nawet nie  bardzo  rozumiem o  czym pani  mówi. No i  po dwóch  godzinach panowie  pogratulowali Adeli tytułu.  Na pożegnanie każdy cmoknął ją w rękę i zmordowana wyszła prosto w objęcia Emila. 

Była tak zmęczona że nie  miała siły by przejść  do szatni- dała  numerek Emilowi, który przyniósł jej płaszcz. Emil ubrał ją niczym  małą  dziewczynkę i wyszli. W  samochodzie Adela wybuchnęła płaczem. Wraz  ze łzami  schodziło z niej wielodniowe  napięcie. Poprosiła  by jeszcze  nie  jechali do  domu, chciała  się  wpierw uspokoić. Tuliła  się do Emila i przepraszała go  cały czas za to, że płacze zamiast skakać  z radości. Przy  drugiej paczce chusteczek jednorazowych Emil  powiedział - uprzedzam, że to ostatnia  paczka chusteczek. Jedziemy , trzeba uzupełnić  zapas. I opowiedz  mi o co cię pytali i  co mówili. I w ten  sposób sprawił, że Adela zdołała  się pozbierać  w całość. A w domu, oprócz obiadu  czekał na  nich tort zrobiony przez ciocię  Helenę a w  chińskim alabastrowym  wazonie  tak  bardzo lubiane przez Adelę herbaciane  róże. Prezentem  był głównie  ów alabastrowy wazon wypatrzony i  kupiony przez Piotra. Do  niego była przyczepiona karteczka o  treści - "dla Pani  magister".  A świeżo  upieczona   pani  magister z zapuchniętymi od  płaczu  oczami głaskała wazon  mówiąc : naprawdę  nie  wiem, jak mam  wam  dziękować, prześliczny jest ten wazon. Sama wciąż  nie  mogę uwierzyć, że to już  koniec tych  pięciu lat mordęgi.

W pracy zebrała gratulacje od kadrowej,  nowego dyrektora i kierowniczki  biblioteki. Kadrowa nie ukrywała swego   podziwu  dla  wytrwałości Adeli,  a najbardziej  ją  zadziwiał fakt, że "jeszcze  jej  się  chce" zdawać  egzamin  na rzecznika.  W kilka  dni później zatelefonował prawnik, który był kuzynem jej promotora i stwierdził, że gdy  tylko  Adela będzie  miała tytuł rzecznika patentowego to razem utworzą kancelarię rzecznikowską, bo od następnego  roku  będą już takowe  powstawać. Więc on, będąc  z natury zapobiegliwym  człowiekiem  już myśli nad tymi zmianami, które  nadejdą i sądzi,  że zalążkiem takiej  nowej  kancelarii mogą być oboje z Emilem no i on.  Bo projekt  przewiduje "wyprowadzenie"  rzeczników patentowych z obrębu placówek przemysłowych. Bo teraz  to  rzecznikom  patentowym za pracę płacą przedsiębiorstwa państwowe, a kancelarie będą po prostu  same  na  siebie  zarabiać. No a  założenie każdej firmy musi mieć dobre podstawy nie  tylko pod  względem  merytorycznym, bardzo  się  w tej materii liczy tzw.  czynnik ludzki- nie  łączą się  wszak ze sobą w spółki osoby które się nie lubią,  nie znają i mają  zupełnie odmienne  poglądy.

W kilka  dni po tym  wielkim  wydarzeniu jakim  dla Adeli było uzyskanie  tytułu  magistra dowiedziała  się, że egzamin  na rzecznika  będzie  zdawała wczesną  wiosną. No i bardzo, bardzo  dobrze- orzekł Emil. To możemy się teraz  spokojnie  rozejrzeć w kwestii mieszkań. Pokręćmy  się  wszyscy  razem po różnych osiedlach, odwiedźmy  kilka  dużych spółdzielni  mieszkaniowych, bo one  są jednak  pewniejsze od tych  małych, które co i raz  plajtują  a ludzie zostają bez  pieniędzy i bez  mieszkań. I chociaż niewątpliwie  miło jest mieć  dom   z ogrodem to trzeba   wziąć pod uwagę  fakt, że dom wymaga  więcej nakładów  finansowych i więcej pracy. Chyba jednak lepiej  będzie kupić dwa  mieszkania blisko  siebie,  może nawet  w jednym budynku. Wyobrażam  sobie jaki  będzie   płacz  kuzynki , że chcemy  sprzedać  dom w Milanówku.  Jest  tylko jedna  sprawa do rozwiązania - czy mamy  szukać  dwóch większych  mieszkań, czy dla mnie i Adeli 4 pokojowego   a dla  was dwóch  mieszkań 3 pokojowych, czy dla  was też  dużego , takiego jak  dla  nas.  Bo nie  bardzo  wierzę, że uda  się nam znaleźć jakiś dom w dobrym  stanie i dobrym  miejscu. Muszę się skontaktować z jednym  z kolegów, którego żona pracuje w którejś  ze spółdzielni mieszkaniowych. Wydaje  mi się, że ona  miała coś  wspólnego z Ursynowem. Nie  da się ukryć, że w tym państwie nieodzownym  czynnikiem w  zdobywaniu wiadomości są  znajomi.

Synu, my z Heleną zdecydowaliśmy, że chcemy mieszkać razem i zdecydowani jesteśmy w jeszcze jednej kwestii - weźmiemy ślub, bo niestety konkubinaty nie  mają w Polsce żadnych  praw. Starzejemy  się, wystarczy, że któreś  z nas  zachoruje, to drugie  już  nie  zasięgnie o stanie  zdrowia  swego partnera  żadnej informacji. No i bardzo  chcemy mieszkać jak najbliżej  Was.  Milanówek byłoby  dobrze  sprzedać jak  najszybciej, bo będzie  z tego gotówka. A ja podjąłem jeszcze jedną  decyzję - sprzedam sad. Jego wartość jako  sadu jest teraz  znikoma,  ale to jednak ziemia i za nią będą całkiem niezłe pieniądze. Tak  na  zdrowy  rozum to  nic  z niego  nie mam oprócz stałych wydatków- czas z tego  się  wyplątać. Dla mnie teraz   ważniejsza jest Helena i wy oboje. Sad  kupi ode mnie ten, kto się teraz  nim  opiekuje. Stopniowo wymieni  sobie  w nim drzewa na te  rodzące jabłka rok w  rok. Gdy  sprzedamy na początku Milanówek i sad, to będziemy  mieli czym działać. Na razie będziemy  na dwóch mieszkaniach i "nieobecność  Milanówka" nam  w niczym  nie przeszkadza. No co tak  milczysz synu, powiedz  coś.

Jestem po prostu zaskoczony, że tak bez żalu rozstajesz  się  z sadem. Ale  uważam  twój tok rozumowania  za właściwy. A to, że chcecie  z Heleną związać  się  ślubem to też  mnie   nie dziwi  ani  nie uważam  tego za  dziwny  pomysł.

No to dobrze  synku, bo już wyciągnęliśmy z archiwum  nasze  dokumenty i na dniach  je  złożymy w dzielnicowym Urzędzie . Was poprosimy na świadków, żadnych więcej osób o tym nie  zawiadomimy. To tylko urzędowa  formalność. Żadne wydarzenie. Helenka   nie ma  zamiaru informować  nawet  swojej siostry.

No i proszę - roześmiała  się  Adela- jednym  słowem uknuliście  spisek  za  naszymi  plecami. A ja  się  z tego waszego  postanowienia  ogromnie  cieszę. Wiecie co byłoby najfajniejsze? Dwa  duże  mieszkania obok  siebie. Ale jeśli będą na tym  samym  osiedlu to już i tak będzie  nieźle. To jakie chcecie mieszkanie dla  siebie? Musimy sobie  to wszystko spisać. Pamiętajcie  tylko o tym, że w teraz  budowanych  domach pokoje  nie są takie jak mieszkaniu na Mokotowie i trzy pokoje  z kuchnią to nie będzie ponad 100 metrów. Ale może być takie   mieszkanie  nieco większe od tego, które ma  Emil. To jakby na to  nie spojrzeć 2 sypialnie i pokój  dzienny.

Ślub Heleny i Piotra odbył się w dzielnicowym  USC-Adela i Emil byli świadkami. I- jak  powiedziała  Adela- 15  minut i  po krzyku, tak  powinien  wyglądać   każdy  ślub. Poślubny obiad  dzieci państwa młodych zamówiły w Konstancinie,  w restauracji "Konstancja". Po obiedzie był krótki  spacer  po  Parku Zdrojowym, bo pogoda  była  niezbyt  łaskawa. A prezentem  ślubnym - znalezienie i umówienie kupca  na dom w Milanówku . Kuzyni, którzy wynajmowali za grosze piętro domu "obrazili  się  śmiertelnie" na  Piotra i Emila że chcą  sprzedać swój  dom i pewnego pięknego  dnia po prostu się wyprowadzili, informując o tym  fakcie  Emila  wtedy, gdy już wyjeżdżał spod  domu wóz meblowy z ich  meblami. A że  zrobili  to około południa, Emil  musiał wyjść z pracy by odebrać od nich klucze od domu i bramy  wjazdowej. Ponieważ  rozstawali  się z kuzynami  raczej  w niemiłej  atmosferze, ojciec  stwierdził, że należy  zmienić zamki w domu i  na  bramie. A Emil, który pomału wyciągał od  ojca  wiadomości jak wyglądała  z bliska ich  opieka  nad  nim,  gdy on  był w Meksyku, na  pożegnanie  powiedział kuzynce - gdybym wcześniej wiedział jak  naprawdę  wyglądała wasza opieka   nad ojcem to już dawno  byście  tu  nie  mieszkali.   

Likwidowanie domu, w którym spędziło się  wiele  lat, zawsze jest  dość   bolesnym  wydarzeniem. Najwięcej czasu na poszukiwanie nowego  lokum  dla 2 rodzin poświęcili Helena i  ojciec.  Codziennie spędzali  mnóstwo  czasu przemierzając Ursynów głównie  w tych jego  częściach,  gdzie  akurat trwała jeszcze lub  rozpoczynała  się  budowa. W tzw.  "międzyczasie" Emil umówił  się  na  spotkanie  z panią, która znała  plany  rozbudowy osiedla. Poza tym obiecała, że  zorientuje  się,  w których  miejscach  są przewidziane bloki z dużymi  mieszkaniami. Pocieszającą wiadomością było to, że przy obecnych cenach  mieszkań nie było zbyt  wielu  chętnych na duże  metraże. O ile mieszkania  trzypokojowe  cieszyły  się  dużym  zainteresowaniem to większe  już nie. Ponieważ budowano coraz  więcej domów czteropiętrowych, ale nie  wyposażonych w  windy, nieomal  wszyscy bili się o  mieszkania na 1 i II piętrach, na partery i IV piętra  jakoś nie było chętnych.  Ale  obie  rodziny stwierdziły, że jeżeli blok będzie  stał  gdzieś  bardziej  w głębi osiedla, a nie przy samej ulicy, to im parterowe  mieszkanie  wcale  nie będzie  przeszkadzało.  Poza tym przy  niektórych  blokach partery  miały mieć  ogródki. Co prawda słowo "ogródek" powodowało u Adeli grymas  niechęci  na twarzy, ale w końcu  ogródek na parterze  spełniał w pewien  sposób  funkcje  balkonu, a w handlu już były całkiem  lekkie  elektryczne  kosiarki, więc może taki ogródek był do wytrzymania? No  a trawę  można  przecież  kupić  już gotową, w postaci rolki. Oczywiście jest  droższa, no ale pieniądze z Milanówka  plus  te z  Mokotowa wystarczą  i   na  te mieszkania i nawet na tę trawę. Zresztą Emil  chciał również sprzedać to mieszkanie w "firmowym" bloku, które już  miał  spłacone, własnościowe.  Ursynów obecnie a w chwili gdy tylko został oddany  do  zasiedlania to dwie  różne  opowieści- początek jak na  każdym nowym osiedlu -nie było sklepów, kłopoty  z komunikacją, teraz  już lada moment miało działać  metro, były nowe  supermarkety, sporo różnych punktów usługowych, przychodnie  lekarskie, szkoły i to nie tylko podstawowe. 

Po wielu dniach oglądania, wybierania, dyskusjach znaleźli dwa mieszkania czteropokojowe - obydwa  parterowe,  z ogródkami, w jednym długim budynku czteropiętrowym, rozdzielone pomieszczeniami, w których miała  być specjalistyczna przychodnia lekarska.  Wzdłuż ogródków przebiegała wewnętrzna uliczka, czyli  sam chodnik  bez jezdni, za  nim  był teren szkoły, czyli  boisko, a za nim,   z boku budynek  szkoły,a wszystko było bardzo  blisko  głównej ulicy przecinającej Ursynów. 

                                                                      c.d.n.



niedziela, 8 maja 2022

Trudny wybór - 12

Gdy dojechali do  domu z ojcem, którego jedyny posiłek tego  dnia stanowiły herbatniki  zakupione w kiosku znajdującym  się w holu prywatnej  kliniki, wpierw szybko zjedli obiad, a potem zaczęli omawiać zaistniałą  sytuację. 

Oczywiście   wszyscy byli  szczęśliwi, że Piotr  nie ma  chłoniaka.  Piotr i Helena opowiadali młodym o  tym, jak koszmarnie  dużo pacjentów jest  w Instytucie, że czeka  się  godzinami w kilometrowych kolejkach by się  zapisać   na badania  lub do lekarza, że olbrzymi  parking jest zapchany  kompletnie  a cały personel jest  tu  totalnie przeciążony. Adela przypomniała  sobie, że ze trzy  lata wcześniej była tu jako osoba  towarzysząca koleżance, która była  pacjentką tzw. "chirurgii jednego  dnia", po prostu usuwali jej  znamię na skroni, na które  zwrócił uwagę jej  fryzjer, mówiąc, że chyba powinna pójść z tym do onkologa. I wtedy też  były tłumy w holu do recepcji,  ale koleżanka była już po wszystkich   badaniach i miała się zgłosić  już na oddziale. U pielęgniarki oddziałowej podpisała oświadczenie że: dostała miejsce leżące, służbowe kapcie i służbową  tunikę, a tak  naprawdę nie  dostała nic- przed  zabiegiem siedziała pod  gabinetem  zabiegowym na twardym,  drewnianym  krześle, a po zabiegu siedziała  dwie godziny w  fotelu w dawnej "świetlicy" tego oddziału, do samego  zabiegu nie dostała żadnej  tuniki, leżała na  stole w majtkach i biustonoszu, nakryta ręcznikiem. Zabieg wykonywał osobiście ordynator  oddziału, który przeprosił ją  za spartańskie  warunki, znieczulenie miejscowe było kiepskie i cały  zabieg wycinania znamienia był bardzo  bolesny. Pan ordynator powiedział jej po  zabiegu, że powinna temu fryzjerowi podziękować za wysłanie jej do onkologa, bo zmiana była już  na tyle  głęboko, że typowe dla tego zabiegu  znieczulenie tak głęboko  nie  sięgało, stąd bolało. No a jak widać to  pacjentów onkologicznych  z  roku  na rok przybywa a warunki się tylko pogarszają i nie jest  to wina  lekarzy. 

Nowy dyrektor przyjechał do biura o  zupełnie niechrześcijańskiej porze,  czyli o godzinie 8,00 rano- zaledwie w pół godziny po tym  jak  zaspani  ludzie zasiedli  przy  swoich  biurkach. Jak stwierdziła  potem sekretarka, to przez  niego nie zdążyła kwiatków w sekretariacie i jego gabinecie  podlać. No istna  tragedia!

Dobrze, że dosłownie 15 minut przed jego przyjazdem do  firmy, zaprzyjaźniona z sekretarką jedna  z pracowniczek Zjednoczenia  zatelefonowała do niej, że właśnie jedzie  do  nich  nowy dyrektor, więc przynajmniej "na  bramie" był porządek, a portierzy nieco ogarnięci.

Nowy dyrektor polecił sekretarce by na  godzinę 12,00 przyszli  do  sali konferencyjnej wszyscy  kierownicy działów  Ośrodka Badawczo Rozwojowego i Zakładu Doświadczalnego.  Hmmm, chrząknął Emil - coś mi ta godzina przypomina, 12,00, czyli spotkanie  w samo południe. Nie  znam  go, chyba  zbyt rzadko bywałem w Zjednoczeniu. No  ale dobrze, że nikt nie  wpadł  na  pomysł by awansować na to  miejsce naszego technicznego. Na  wszelki wypadek  napiję  się wcześniej  kawy,  bo  nie wiadomo jak długo nas tam  potrzyma. Wrócił po 25  minutach i  powiedział - zawodowo wydaje  mi się  niezły, chyba tylko trochę  za bardzo  sam  sobą  jest  zachwycony. Chociaż -  mam wrażenie że to poza.

Jeszcze  tego  samego dnia Adela   miała okazję ujrzeć  "nową  miotłę". Akurat rozmawiała z pełnym szacunkiem ze swym promotorem gdy po króciutkim stuknięciu otworzyły  się  drzwi i stanął w nich  nowy naczelny. Wszedł do środka i szepnął - poczekam - zamknął za sobą  drzwi i zaczął intensywnie wpatrywać  się  w Adelę i słuchać co mówi. A jedyne  co mówiła to  było "tak,  panie  profesorze,  oczywiście panie  profesorze, rozumiem panie profesorze, oczywiście, sprężę  się, tak, tak, oczywiście,  dziękuję, rozumiem,  to bardzo uprzejme z pana  strony,staram  się" i szybko coś  zapisywała  na kartce.

Gdy  skończyła rozmowę i odłożyła  słuchawkę telefonu,  niezbyt przytomnym wzrokiem obrzuciła przybyłego i  powiedziała: przepraszam, rozmawiałam z profesorem, moim  promotorem,  już  słucham  pana, w  czym  mogę  pomóc?   

Przybyły z uśmiechem powiedział - eeech,  w niczym, robię po prostu  obchód by poznać innych  pracowników, bo  kierowników już  spotkałem na naradzie.  A panią to ja  już  chyba kilka  razy  gdzieś widziałem.  Ale ja raczej pana nie widziałam, panie  dyrektorze, albo po prostu  nie  pamiętam odpowiedziała  Adela. 

Dyrektor  stał nic  nie mówiąc i  chyba  szukał w  pamięci gdzie  widział Adelę - coś mi się  w pani wyglądzie  nie  zgadza, ale  kojarzę  panią z Czechosłowacją . Chyba to jednak pani  była  asystentką dyrektora G. i protokołowała   pani naradę z Czechami. A potem jeszcze  widziałem panią  w ministerstwie. Dbała  pani o tego faceta  niczym kwoka o  pisklę, była pani ozdobą programu "asystent dyrektora". Aż  szkoda, że ta inicjatywa jakoś się mało przyjęła. 

Adela już "odzyskała teren" i powiedziała -  program  się  nie przyjął, bo niektórzy dyrektorzy uważali, że asystent dyrektora to  nowa   nazwa  kogoś kto  jest rodzajem służącej,  niańki i dziewczyny  do towarzystwa. Akurat dyrektor G. prawidłowo rozumiał moje  obowiązki, więc  się nam dobrze razem pracowało. Jego  córka jest  moją rówieśnicą.  Odeszłam  stamtąd, bo kończę studia  prawnicze i trudno było czasowo wszystko poukładać, bo  musiałam  wyjeżdżać z  dyrektorem we  wszystkie jego podróże. Właśnie po tym tygodniowym pobycie w Czechosłowacji odeszłam z ministerstwa. A w czasie tej  rozmowy  dowiedziałam się od  pana profesora G. że obrona musi być najpóźniej na  początku listopada, bo on potem  wyjeżdża z Polski na 6 miesięcy.   I jak, zdąży pani?     Muszę, bo jednocześnie robię aplikację na  rzecznika  patentowego, ale przystępując do egzaminu  muszę  mieć tytuł magistra.

Podziwiam i współczuję. A co mąż na  to? Rozumie moją  sytuację i pomaga mi, bo sam jest rzecznikiem patentowym. A gdzie ten pani mąż jest teraz? U konstruktorów, omawiają jakieś nowe urządzenie. A czy rzecznik  patentowy nie  powinien  aby mieć  wykształcenia technicznego? Adela odpowiedziała- rzecznik  patentowy musi być  albo inżynierem w  branży w której zajmuje  się ochroną patentową  albo magistrem prawa. Takie  są  wymogi. 

Czy  nie obrazi  się pani, jeśli  zadam nieco prywatne pytanie?  Adela uśmiechnęła  się - postaram  się nie obrazić. A jak  to jest być z mężem razem 24 godziny  na dobę?- spytał.  Da się to  wyrobić, jesteśmy dopiero co po ślubie - odpowiedziała  z  uśmiechem Adela. Nie jestem z nim  całymi dniami  w biurze,chodzę na kurs w Urzędzie  Patentowym, poza tym w domu piszę pracę  magisterską, mam konsultacje  z profesorem na uczelni. W biurze też  nie  siedzimy cały  czas razem, bo on musi wiele czasu  być z konstruktorami, a ja muszę wciąż przeglądać aktualności,  buszować  w  Biuletynach Urzędu Patentowego i sprawdzać co nowego opatentowano i jak to się ma do prac naszego OBR,  więc  wiele czasu spędzam  w  naszej bibliotece.   

Ufff, to jest pani  zapracowana! A jaki  ma pani temat  pracy magisterskiej?  Powiązany z moją przyszłą  pracą - piszę o  ochronie  praw autorskich.

W tym  momencie  do pokoju wszedł Emil - oooo, pan dyrektor! Właśnie wracam z Zakładu Doświadczalnego, chyba  coś opatentujemy! To byłoby świetne! - rozpromienił się dyrektor. A ja zajmuję czas  pana zapracowanej  żonie.  Adela  wstała od  biurka i  powiedziała - za chwilę zrobię  kawę, czy pana, panie dyrektorze, też mam uwzględnić?  Jak najbardziej! Przy  kawie porozmawiamy o tym  ewentualnym patencie. Po kawie,  do której Adela podała  domowe chipsy  serowe własnej  roboty dyrektor poszedł dalej poznawać personel OBR-u. Gdy wychodził Adela przekazała Emilowi "tajemnym  znakiem" wiadomość, że wszystko w porządku i facet też  w porządku.

No popatrz kochana- okazuje się, że zna  ciebie  pół Warszawy! To może  szkoda, że nie pracowałam w URM-ie - wtedy  znała  by mnie już  zapewne cała Warszawa - odgryzła  się Adela.  Gdybyś bywał w Ministerstwie i załatwiał sprawy inwestycyjne to też  byś mnie  znał już  wcześniej. Śmiać  mi się  chce, bo facet w pewnej  chwili stwierdził, że kojarzy  mnie z konferencją która  była w Czechosłowacji, tylko coś  mu się  nie  zgadza w moim  wyglądzie. Pominęłam to głębokim  milczeniem- ja po prostu wtedy miałam włosy w  zupełnie innym  kolorze. Poza tym zadał mi  pytanie jak to jest  być z własnym mężem 24 godziny na dobę, więc  mu powiedziałam, że  da się to przeżyć, bo jesteśmy  dopiero  co  po ślubie. No i przy  okazji  wpuściłam mu, że wychodzę 3 razy  w tygodniu  wczesniej, że robię aplikację na  rzecznika. 

Powiedziałabym, że to całkiem sympatyczny  facet, ciekawa jestem  jak się będzie z nim pracowało   sekretarce, bo facet robi na  mnie  wrażenie poukładanego, dociekliwego i pamiętliwego. Powiedział mi, że dbałam o swego  dyrektora  jak  kura o pisklaka.  Nie  powiedziałam  mu, że musiałam  dbać bo  facet  był cukrzykiem, który nie  chciał się  pogodzić z różnymi ograniczeniami i  wymogami jakie niesie  ze sobą  ta  choroba.  Wolałam zadbać, wysłuchać narzekań,  niż widzieć jak facet pada na glebę i trzeba szybko wzywać pogotowie modląc  się  w  duchu by na  moich oczach  nie odszedł w inny  wymiar.

Ale jeszcze  nie  powiedziałam ci najważniejszego, o czym powiedziałam  dyrekcji, bo wkitłasił  się tu gdy  akurat  rozmawiałam z promotorem- obrona  musi być najdalej w listopadzie, bo potem on wyjeżdża z Polski na dość  długo. I stwierdził, że to załatwi, nawet gdybym  miała być jedyną broniącą  swej pracy. No i mam  mu dać do  poczytania to co już napisałam. Więc wynika  z tego, że na razie  muszę odłożyć ad acta wszystkie inne sprawy i tylko tym się  zająć no i  chodzeniem na kurs. Koniec z wolnymi  weekendami dla  mnie! 

Oooo, to fajna  wiadomość. Pomogę ci we wszystkim,  nie ma  sprawy-  zapewnił  ją  Emil.

                                                                 c.d.n.


sobota, 7 maja 2022

Trudny wybór - 11

 Dlaczego tak krótko trwa niedziela?- zastanawiał  się na głos Emil jadąc z rodziną  do Warszawy. To taki  fajny czas, gdy  możemy  być  wszyscy razem.  Adela   roześmiała  się - a gdyby niedziela trwała 7 dób to byś się  zastanawiał dlaczego trwa tak  długo. Mamy zwyczaj narzekać  na to co jest i jak jest - to  chyba  naczelna ludzka cecha. Ale nie jest  to zła  cecha- stwierdziła   ciocia  Helena- dzięki  niej istnieje postęp. Czujemy się  czymś  znudzeni lub po prostu  zmęczeni i staramy się  to  zmienić.

Myślę, że my i  tak mamy nieźle - stwierdziła Adela- mamy w sumie trzy  mieszkania - to w bloku "firmowym" Emila, dom w Milanówku i mieszkanie cioci i moje. Zastanawiałam  się ostatnio,  co zrobić żeby tata nie  mieszkał sam - bo w moim odczuciu to mu ta  samotność szkodzi. Gdybyśmy z Emilem nie  musieli być  codziennie w pracy, to moglibyśmy spokojnie wszyscy  mieszkać w Milanówku, tyle  tylko, że może  wtedy trzeba by mieć  jednak piętro bez  lokatorów. To co  prawda  nie  byłby taki wielki problem, bo moglibyśmy im   zaoferować jedno z dwóch  mieszkań w Warszawie.

Też  się nad  tym  zastanawiałem i sądzę, że powinniśmy zrobić na ten  temat  naradę rodzinną, bo jak widać,  to nam się  wszystkim razem  nieźle żyje pod jednym dachem.  I nawet na  tych 109 metrach wspólnie  wyrabiamy. Jedynym mankamentem jest właściwie to  trzecie  piętro  bez  windy. W Milanówku też się jakoś bez problemu odnajdujemy  na połowie domu, ale przed Adelką i  mną jeszcze  sporo lat pracy i raczej miejscem   naszej  pracy  zawsze będzie  Warszawa a nie Milanówek. 

A więc - dokończyła  za niego Helena - faktycznie  musimy to  wszystko razem  szczerze i bez  niedomówień omówić. Tylko mam  wrażenie, że robi się  z tego kwadratura  koła.  Ojciec, który dotąd milczał podsumował - po prostu trzeba by rozważyć poszukanie w granicach Warszawy jakiegoś  domu, w którym moglibyśmy  wszyscy razem  zamieszkać. Tylko każde  z nas musi chcieć takiego wspólnego domu - ja - nie ukrywam tego - chciałbym byśmy mieszkali wszyscy  razem. Mam tylko nadzieję, że Helenka nie jest temu  przeciwna. Ojciec, gdyby była  przeciwna to przecież nie przebywalibyśmy razem ani w Milanówku ani w Warszawie- uświadomił ojca Emil.

Synku, we  wtorek mam kontrolę w Instytucie Onkologii - pojedziesz  ze mną?  Ja  z tobą Piotrze pojadę - stwierdziła  bardzo stanowczym głosem Helena. Będziesz przecież nocował w Warszawie,  możesz  u nas,  możesz w mieszkaniu Emila, gdzie będziesz  chciał.  Zamówię taksówkę na określoną  godzinę,  nie ma problemu.  Wrócimy też taksówką, bo  pod Instytut ciągle  podjeżdżają taksówkami pacjenci.

Mamuś - będę wdzięczny, jeśli  z ojcem pojedziesz. Ten tydzień będziemy   mieli  w pracy nieco zaćkany- Adelka będzie  zatopiona w papierach a ja mam kilka nasiadówek z konstruktorami. I, jak  znam tych ludzi, to będzie upiornie.  Synku,  a co to  znaczy "zaćkany"?   Tatku, wiesz  przecież, że to znaczy "zatkany". No to  wyrażaj  się  po polsku, a nie  w jakiejś chińszczyźnie. Helena zaśmiała  się głośno - to jest po polsku, tylko to gwarowe  wyrażenie, ale  nie  mam  pojęcia z którego regionu  Polski.

Wieczorem gdy już byli w swojej  sypialni, Adela wpatrując  się w Emila powiedziała- nie  wiedziałam, że tatko jest  takim  rygorystą językowym. Emil wzruszył ramionami - ja też  nie  wiedziałem,  ale  podejrzewam, że on  chce wciąż   robić jak  najlepsze  wrażenie na Helenie. Co prawda to ojciec  z reguły dbał zawsze   o czystość języka i nie jeden  raz oberwało mi  się, gdy nadawałem  coś  szkolnym lub uczelnianym żargonem. A co ty,  moja  cudna,  myślisz o  wspólnym domu  dla nas  wszystkich? 

Idea  mi się podoba,  też  chciałabym by ciocia i ojciec  z nami mieszkali. Trzeba  będzie zacząć poszukiwania. Mam znajomą, która zajmuje  się wynajmowaniem nieruchomości, więc  zapewne zna też tych, którzy nimi obracają. Muszę odszukać  namiary  na  nią.  Nie  mam oporu by sprzedać to mieszkanie. Obawiam  się  tylko, że nie będzie łatwo coś  znaleźć co by nam odpowiadało. I dobrze byłoby znaleźć naprawdę  duże  mieszkanie, rozkładowe, bo domki to już  dawno są tak samo daleko od centrum Warszawy jak dom w Milanówku. Straszliwie  się miasto rozrosło! No i nie chciałabym  byśmy  mieszkali na prawym  brzegu Warszawy a pracowali na lewym. Za mało mostów jest na Wiśle. I jeszcze  coś - zauważyłam, że te  nowo budowane  domki wcale  nie są duże.  Bo płaci  się  coraz  więcej  za grunt, więc domki są nieduże i trawnik przydomowy awansował do nazwy ogródka. Myślę, że trzeba  się będzie uzbroić w cierpliwość i  szukać  czegoś na rynku wtórnym. Co prawda  trzeba  się wtedy liczyć z tym, że dom może wymagać generalnego remontu. A często taki  remont jest równie  drogi jak nowy  dom.

Tak sobie  pomyślałam, że może najlepiej byłoby kupić dwa  mieszkania w jednym budynku, takie dwa mieszkania typu M4, czyli takie  jak twoje. Pomyśl  jakie  to szczęście, że ono  jest własnościowe i już je wykupiłeś.  Trzeba  sobie  zapisać wszystkie  nasze  wymagania, żeby  czegoś  nie przeoczyć gdy  się będzie  szukało mieszkania- samemu lub przez  pośrednictwo.  Ursynów się na potęgę rozszerza, już na szczęście nie powstają same wieżowce, staje  się miastem w mieście. I Wilanów się buduje- trzeba się  dokładnie  rozejrzeć. Trochę jest niedobrze, że mam teraz na głowie tę magisterkę i potem egzamin rzecznikowski. No ale  skoro wiesz, że  niedługo będzie  znacznie trudniej   z tym zdobyciem  tytułu  rzecznika, to  muszę  się teraz na tym  skoncentrować, a na ciebie spadnie sprawa mieszkaniowa.  Emil mocno ją przytulił -  ty się skarbie  martw tylko magisterką i tą  aplikacją rzecznikowską, resztę   zostaw  mnie. A gdy  uda  ci  się znaleźć namiary na tę  znajomą to tylko dowiedz  się czy zna  kogoś  w tej  branży  obrotu nieruchomościami i weź namiary, resztę już będę załatwiał.  Dobre jest  to, że nie mamy przysłowiowego noża na gardle. Ojciec to ma jeszcze inny pomysł - ale nie wiem na ile realny,  bo mi go  jeszcze  nie  sprzedał,więc na razie nie ma o czym  dyskutować. 

W poniedziałek kadrowa poprosiła Adelę do kadr by zmienić dane Adeli w  aktach, skoro Adela nie  została przy swoim panieńskim nazwisku. Powiedziała też, że byłoby dobrze gdyby Adela możliwie szybko zmieniła swój dowód osobisty. Bardzo ładnie wyglądaliście państwo w tym dniu, widziałam na tym zdjęciu - a widząc wielce zdziwioną minę Adeli powiedziała -przecież zdjęcie wasze  wisi na tablicy ogłoszeń.  Ale ani ja ani mąż nie dawaliśmy tam żadnego zdjęcia -  nie mam pojęcia kto je  zrobił i tam powiesił! No to ja się  dowiem kto to zdjęcie zrobił i zadzwonię do pani gdy   już będę  wiedziała.  

Adela podziękowała,  przepytała z kolei  kadrową o stan zdrowia jej  chorej  siostry i obiecała, że gdy będzie  na wykładach  "rzecznikowskich" wstąpi do fotografa i potem złoży dokumenty na  nowy dowód osobisty. Gdy opuszczała pokój kadrowej czuła się nieomal jej przyjaciółką. A "dowodem" owej zażyłości było to, że kadrowa powiedziała jej w wielkim zaufaniu, kto najprawdopodobniej zostanie dyrektorem naczelnym. Adela zmobilizowała   w sobie  wszystkie cechy nabyte w trakcie pracy na stanowisku sekretarki i  nie zareagowała na dźwięk tego nazwiska, a na pytanie "zna go pani?" odpowiedziała - znam  nazwisko, ale nigdy nie pracowałam z tym panem, był w  zupełnie innym pionie. Nawet  nie  za bardzo wiem jak  wygląda. Podobno nieciekawie - stwierdziła  kadrowa.

Gdy dotarła do pokoju  powiedziała do Emila - będziemy  mieli kolejnego głąba. Ciekawa jestem jak  się będą dwa głąby ze sobą dogadywały.  Kamil to się pewnie w grobie przewraca z oburzenia. Dobrze, że nie pracujesz w konstrukcyjnym. Coś czuję,  że połowa zespołu poszuka gdzie indziej  pracy. Że też muszę  wpierw mieć owo "mgr"  przy nazwisku  by przystępować do egzaminu na rzecznika! Ale w sumie to  mam szczęście, że pracuję w  samodzielnym dziale i tylko tobie podlegam  służbowo. Gdybym tu była  sekretarką to przezornie bym zmarła. A co tak cichutko mówisz?  Trenuję, bo  niedługo ściany będą  miały uszy.  Kamil zawodowo był w porządku, tylko w życiu prywatnym daleko mu było do porządności. Czy wiesz, że nasze zdjęcie ze ślubu wisi na tablicy ogłoszeń? Kadrówka mi  o nim powiedziała. Skomplementowała  nas, że ładnie  wyglądaliśmy. No to idę obejrzeć - stwierdził Emil. A ja się  biorę  do pisania - stwierdziła Adela.

Kadrowa rzeczywiście znalazła  autora zdjęcia. Nie  było to jedyne  zdjęcie, które  zrobił. Gdy Emil zgłosił się  do  niego mówiąc, że oni  wcale  nie mają żadnych zdjęć, fotograf-amator udostępnił Emilowi kartę na której były  zdjęcia i Emil zamówił u fotografa po 3 kopie każdego zdjęcia oraz zostały  wgrane  na dysk zewnętrzny. Jednocześnie Emil z wdzięczności zakupił dla  autora  nową  kartę, pasującą do jego  aparatu oraz ładnie  oprawiony  album do zdjęć. Obaj  panowie byli  bardzo  zadowoleni z tej transakcji.

 W dwa tygodnie  później kadrowa zatelefonowała do Adeli i poprosiła ją  do siebie. Adela odłożyła  słuchawkę i na pytające  spojrzenie Emila  powiedziała- nowa przyjaciółka ma do  mnie  jakąś  sprawę. Okazało się, że  jednak kandydatura owego "głąba" nie przeszła i na to stanowisko miał trafić "inżynier z krwi i kości", znający  się jednak na ekonomii, a na dodatek znający owo biuro,  bo pracował od 2 lat w Zjednoczeniu na jednym  z kierowniczych  stanowisk. A przedtem był na placówce w Wlk. Brytanii. Obie z kadrową były zdania, że to lepsza  kandydatura, bo i facet młodszy i w świecie bywały. I podobno straszny  z niego babiarz, co  mu zresztą  zaburzyło karierę za  granicą. No i nadal nieżonaty. To może  szkoda, że już jestem mężatką- zaśmiała  się Adela.  Pani Adelko- ponoć on  za granicą właśnie mężatkę podrywał! - konspiracyjnym szeptem powiedziała kadrowa.

Gdy Adela  wróciła do pokoju powiedziała do Emila - Kamil zadziałał  zza grobu. Kto inny  będzie jednak dyrektorem. Podobno nie tylko dobry fachowo jako inżynier ale i na  ekonomii się  zna,  pracuje od 2 lat w naszym  Zjednoczeniu i- tylko uważaj -  jest  babiarzem,  podrywał za granicą mężatkę i dlatego  stamtąd wyleciał.  Doszłam  więc do  wniosku, że skoro toalety są  blisko klatki schodowej i tym  samym blisko sekretariatu, to będę  musiała uważać, żeby  mu nie  wpaść  w ręce. A na  dodatek udawać analfabetkę, żeby  mnie  czasem na  zastępstwo  nie wziął gdy sekretarka bryknie na urlop. Z kwadrans oboje  dusili  się  ze śmiechu.

Ale wiadomo jak jest  w życiu - śmiech na ogół przeplata  się ze  łzami. W trzy dni po wizycie w Instytucie Onkologii zatelefonowała  do Emila pielęgniarka, mówiąc, że jego ojciec  musi po raz  drugi przybyć na  badania bo te wyszły dziwnie. Gdy dopytywał się o co chodzi,  powiedziała, że po prostu  trzeba  drugi raz  wykonać te  same badania, bo coś tu  nie gra. Następnego dnia rano Adela pojechała do  pracy autokarem służbowym, bo  samochód zabrał Emil.  Adela  daremnie  czekała  na  wiadomości, ale gdy po pracy wyszła  z budynku by jechać  autokarem  do Warszawy to okazało się, że na podwórku czeka na  nią Emil wraz z ojcem. No i co  się stało,  czekałam  cały  dzień  na wiadomość. 

Przepraszam, ale  byłem tak wściekły, że nie masz pojęcia. Tam jest  totalny  bałagan. Jak ci  mówiłem wyszło w badaniach, że ojciec  ma  chłoniaka. Dostał leki, brał je,  jak  sama wiesz i gdy teraz pobrali mu krew  to wyszło, że wcale a wcale nie ma  chłoniaka.  A ponieważ to co wykazały poprzednie  badania  wykluczało  aby dało się  go wyleczyć , to gdy teraz wyszło, że wcale  nie ma chłoniaka to wezwali tatę na badania. Czekaliśmy na wyniki, bo powiedziałem, że nie mogę na okrągło wychodzić z pracy i......tego chłoniaka nie ma. Prawie  cały dzień  miał mnóstwo badań i chłoniaka nie ma. Okazuje się, że jest tu w tej przychodni zarejestrowany jeszcze jeden Piotr o tym samym nazwisku, z tego samego rocznika  co tata, mieszka gdzieś na Podlasiu. Tyle tylko, że tamten musi przyjeżdżać równo co dwa miesiące na badania i też wg lekarzy ma  chłoniaka. Najprawdopodobniej tacie wpisano  wtedy wynik badania tamtego faceta. No więc zrobiłem  nieco  awantury, że ojciec i my się  zamartwialiśmy a na  dodatek  brał niepotrzebnie  leki. No ale jak stwierdził lekarz, że lekiem w tym przypadku jest tylko preparat na podniesienie odporności, więc  żadnej  szkody zdrowotnej tata  nie poniósł. Fakt, że on się dobrze  fizycznie przedtem  czuł, a trafił do Instytutu bo bardzo krótko na rejonie  był jakiś niedouk, którego już dawno nie ma,  a który nagminnie kierował pacjentów  do  Onkologii. No a tu nikt nie  zwrócił uwagi na to, że jeden Piotr mieszka  w Warszawie a drugi nie i do przegródki taty wsadzono wyniki tamtego gościa, patrząc tylko na imię,  nazwisko i rok urodzenia.  Fakt, że tata w ciągu ostatniego roku nawet kataru nie  miał, faktycznie te  leki podniosły  mu odporność. A cośmy  się nadenerwowali to nasze. Ale  wracając  stamtąd wpadliśmy do prywatnej  kliniki i korzystając z faktu, że tata na głodniaka jest, zapłaciłem za  badanie cito - nie ma  chłoniaka. I w ogóle wykupię ojcu karnet w tej  klinice. Zapisałem go nawet do lekarza, to blisko, pojedzie  sam albo z Heleną. Ale do Heleny dzwoniłem - już wie, że wszystko jest ok, więc przyjechaliśmy po ciebie.  Nie dziwię się, że tam bałagan - dziki tłum  ludzi w kolejce do recepcji i wszędzie, przed każdym gabinetem. Instytut jeden a pacjenci  z  całej  Polski. Noooo, uśmiechnij się, proszę!

                                                                      c.d.n.

Trudny wybór - 10

 

 Ciocia  Helena, tak  jak obiecywała, zatelefonowała  do swojej  siostry i umówiła ich  wizytę na wtorkowy wieczór, czyli  na wspólną  obiado- kolację.  Ujmując  rzecz słowami używanymi w dyplomacji wizyta przebiegła  w miłej i przyjaznej atmosferze, zwłaszcza, że Adela  postanowiła cały ciężar  rozmowy  przerzucić na  barki  cioci i Emila. Przecież to Emil  był głównym punktem zainteresowania a  nie ona. Na  wszelki  wypadek łyknęła tabletkę z walerianą popijając ją herbatką z melisy, siedziała  śpiąca i  nie  śledziła  dokładnie przebiegu  rozmowy. Spać jej  się  chciało, ukradkiem ziewała, a gdy  tylko rodzice zniknęli  za  drzwiami  mieszkania poszła  do łazienki, bardzo  szybko ukończyła  wieczorne   ablucje nie  czekając na przyjście Emila i gdy do łóżka dotarł Emil - już  spała. Zaniepokojony tym Emil pomacał jej  czoło,  czy  aby  nie ma  gorączki, ale uspokoił  się, gdy położył się obok,  a Adela natychmiast do  niego przylgnęła mamrocząc "wreszcie jesteś". Poobserwował swój skarb jeszcze  chwilę, sprawdził policzkiem czy na pewno  czoło ma  chłodne i uspokojony, tuląc Adelę też  zasnął.

Pięć dni  przed  datą ślubu  na tablicy ogłoszeń w holu budynku   biurowego Emil przypiął kartkę z informacją, że : "Ślub Adeli i Emila odbędzie  się   25 września o godzinie 15,00 w Pałacu Ślubów w Warszawie.  Prosimy o NIE OBDAROWYWANIE NAS KWIATAMI, jeżeli czujecie przemożną  chęć pozbycia  się  z kieszeni jakiejś kwoty to wpłaćcie datek na pomoc  Domowi Dzieci Nieuleczalnie Chorych - adres i numer konta poda  Wam p. Danuta Płochowiak z działu Rachuby  Płac. Nam wystarczy Wasza obecność i życzliwe  słowo!"

Bardzo  długo  zastanawiali się,  czy  napisać o  tym, że po "zaprzysiężeniu" w sali obok będzie wzniesiony  toast  za  pomyślność  młodej  pary.  Postanowili jednak o tym  nie pisać, tylko w momencie gdy formalności stanie  się zadość ktoś z przyjaciół poinformuje  zebranych, żeby życzenia składano w  sąsiedniej sali, gdzie będą mogli  wszyscy  wznieść  toast  za pomyślność nowożeńców. Kartka  z  ich "ogłoszeniem  parafialnym" jak je  nazwała Adela była wielkości zwykłej koperty, odznaczała  się od innych ogłoszeń jedynie kolorem - była w kolorze  niebieskim. Mniej więcej w dwie  godziny później pokój, w którym pracowali nadawcy  owego  komunikatu stał  się najczęściej odwiedzanym miejscem w budynku. Adela w pewnej  chwili  stwierdziła, że ich pokój  ma większe  powodzenie  niż  toaleta  publiczna na Dworcu Centralnym w okresie  szkolnych  wycieczek i jeszcze  trochę a będzie  pod  drzwiami  stała  kolejka  do wejścia. Wszyscy ich zapewniali, że ogromnie się  cieszą, że Emil i Adela się  pobierają.  I Adela i  Emil większość z  tych odwiedzających ich osób  widziała po raz  pierwszy. Co dziwniejsze to trafili tu również pracownicy Zakładu Doświadczalnego, którego progów Adela  nigdy jeszcze nawet nie przekroczyła, a Emil znał z tamtego budynku zaledwie kilku pracowników,  z którymi omawiał pewne nowe  konstrukcje. 

Gdy jedli drugie  śniadanie Adela stwierdziła - całe szczęście, że nie  mamy dużych rodzin, tradycyjnego ślubu i  wesela.  Bo ja  bym  chyba skończyła  wtedy w Tworkach  lub  w Drewnicy spędzając  czas w wytwornym  kaftanie  bezpieczeństwa, siedząc  w pokoju  bez  klamek i dla złapania równowagi układając puzzle 3D z tysiąca pięciuset elementów.  No  nie jestem  pewien  czy układanie puzzli ma działanie uspakajające - stwierdził Emil. Zbyt mały  wysiłek fizyczny,  przy zbyt dużym skupieniu uwagi.

Pod  koniec  dnia przyszła do  nich również  kadrowa, która  stwierdziła, że niestety  nie będzie  mogła być na ich ślubie, bo w piątek wieczorem  wyjeżdża do swej  chorej siostry, do Krakowa. Pochwaliła pomysł by zrezygnować  z  kwiatów, życzyła im wszystkiego  najlepszego i wyszła. I chyba  się jej dni wyjazdu z Warszawy pomyliły, bo wróciła  do pracy  dopiero  w poniedziałek.

Ponieważ ślub był w sobotę dopiero o 15,00, Adela umówiła się ze  swoją fryzjerką  na 11,00, umawiając do  niej  również Emila, jako , że ostatnio większość fryzjerek strzygła również panów. A że  czasu było  sporo, to umówiły  się,  że oni przyjadą  do  zakładu, bo  zawsze to  wygodniejsze  niż czesanie w  domu. Ciocia Helena spędziła u fryzjerki piątkowy wieczór i stwierdziła, że w  sobotę już nie  będzie  jej zabierać  czasu,  sama sobie poradzi  z włosami. Noc poprzedzającą ślub ojciec spędził w Warszawie, w mieszkaniu Emila. Na śniadanie przyszedł  spacerkiem, a wdrapywanie się na trzecie  piętro wcale nie zrobiło na  nim wrażenia. Za to jego świeżość  i  kondycja   zadziwiły wszystkich.

O 14,30 "wylądowali" wszyscy w Pałacu  Ślubów.Nim weszli Emil  sprawdził kolejny  raz,  czy mają  wszyscy potrzebne  dokumenty- wszak ciocia Helena i jego ojciec  byli świadkami. Niedługo po  nich dojechali rodzice Adeli. Adela stała  nieco  zamyślona. Wyglądała  naprawdę bardzo ładnie- bladozielony kaszmirowy kostiumik leżał na  niej idealnie, jej dekolt pieściły ziarna "złotego ryżu", jadeitowy pierścień zdobił jej szczupłą prawą dłoń. Umówili  się z Emilem, że obrączki ślubne  będą  nosić na lewej ręce, jak określił ojciec Emila- na  azjatycką  modłę. Adela po raz  kolejny "odkryła", że Emil jest  naprawdę bardzo przystojnym facetem i.......po raz  pierwszy od  dawna pomyślała  ciepło o "byłym", dzięki któremu  poznała Emila i trafiła  do  pracy, która się jej  podobała i  dawała spore możliwości. Firmowych gości przyjechało około sześćdziesiąt  osób, głównie osoby,  z którymi nowożeńcy  mieli stałe kontakty służbowe. A sekretarka, którą na początku swej pracy zastępowała Adela, przywiozła gałązkę storczyka z której  fachowo oberwała kilka kwiatków - część wpięła wprawnym ruchem we  włosy Adeli a z pozostałych zrobiła mały bukiecik, który  wcisnęła Adeli  w rękę. Ponieważ Emil nie  skąpił , toastów  za  zdrowie młodej pary było kilka, do tego znalazły  się , nie wiadomo  skąd jak to określiła  Adela, wytrawne chipsy.

Gdy wreszcie opuścili pałac ślubów ciocia Helena powiedziała, że teraz cała  rodzina przejdzie  spacerem  na obiad,  który jest zamówiony   na Starym Mieście w Bazyliszku. Adela  szła objęta  ramieniem swego "już męża", którego wyraźnie rozpierała  radość. Helena szła pod  rękę z ojcem Emila, który co jakiś czas coś jej  szeptał do ucha. Rodzice Adeli szli każde oddzielnie. Ojciec stawiał długie marszowe kroki jakby zamierzał przejść się piechotą  do Gdańska, a matka, która  rzadko chodziła w  pantoflach na obcasie, wyraźnie była zdegustowana faktem, że "aż tyle" trzeba  przedreptać.

Po obiedzie rodzice dość  szybko się pożegnali, a reszta wybrała  się jeszcze na krótki spacer po Starówce, potem wszyscy pojechali do  domu. Przebrali się i...........pojechali do Milanówka. No jak  to, przecież każdy weekend spędzamy w Milanówku, jedźmy tam jeszcze  dziś - stwierdził Emil.  Energii starczyło wszystkim  tylko na dojazd i wypakowanie z samochodu zabranych z Warszawy wiktuałów. Dawno tak wcześnie nie poszli spać. To był bardzo pracowity dzień- stwierdziła Adela. Nastałam  się w tym Pałacu Ślubów niemiłosiernie - po raz  pierwszy bolą mnie nogi i jestem  zmęczona. Przed pójściem  do swojej  sypialni oboje młodzi  podziękowali jeszcze raz swym świadkom, że tak  pięknie  wszystko zorganizowali i że zawsze służą młodym  swą pomocą.

Gdy już leżeli w łóżku, Adela stwierdziła, że jest pełna  podziwu  dla tych osób, które są w stanie przetrzymać huczne  wesele ze  zgrają gości, tonami jedzenia, litrami alkoholu i siedzeniem do białego rana. Emil całkowicie  się  z nią  zgadzał - jego też  to  zawsze  dziwiło. W ramach  wymiany  doświadczeń w tej  materii Adela opowiedziała jak  kiedyś była na  weselu  swej  koleżanki - wesele było w mieszkaniu typu M3, czyli  dwa pokoje + kuchnia i łazienka. Już  sam ślub ją nieco zadziwił - była bowiem wczesna wiosna i jak to w Polsce - po prostu  było zimno. Cały dzień padał deszcz ze śniegiem, ślub był kościelny, a panna młoda zamarzyła  sobie, by do ślubu  przyjechać  dorożką konną. I przyjechała - sina, zmarznięta  niemal na sopelek bo- jechała w  samej sukni ślubnej tą dorożką  z Dolnego Mokotowa  aż na Plac  Zamkowy. Pan  Młody  musiał ją  niemal wynieść z dorożki i dość  długo już  we wnętrzu  kościoła rozcierano ją, poklepywano, a któraś  z koleżanek nawet  narzuciła na  nią swoją futrzaną kurtkę, by ją choć trochę rozgrzać. W trakcie  ślubu (to był taki ślub z mszą)  ktoś  z rodziny wziął taksówkę i  pojechał do  niej  do  domu by przywieźć jej ciepły płaszcz i koc. Po ślubie  tłumaczyli jej, żeby odprawić dorożkę i by wracali  zwykłą taksówką- ale  nie- pojechali jednak tą dorożką,  tyle  tylko że udało im  się zmusić ją  do  założenia  płaszcza. Pan Młody, też  zmarznięty rozgrzewał się w domu w czasie  wesela  alkoholem, czemu gorąco  protestował jego  żołądek i część wesela Młody spędził blokując jedyną toaletę i obejmując czule miskę  klozetową.  No i co było dalej- dopytywał się Emil  - nie wiem, bo wyszłam od  nich by się wysikać w pobliskich krzakach i szybko wróciłam  do  swego domu. No to użyłaś na tym  weselu  niczym pies  w studni - stwierdził. Ja  migałem  się od takich atrakcji właśnie   z powodu  alkoholu. Raz  na  jakiś  czas mogę wypić  bez odrazy kieliszek dobrego wina, mogę nawet raz na  jakiś  czas wypić  lampkę  koniaku lub kieliszek  markowej whisky, ale zupełnie  nie  mogę zrozumieć tego  chlania do upadłego,  albo umawiania  się  do knajpy na  wódkę.  No to szybko,  kochany,  nie  awansujesz na jakieś wysokie stanowisko - nieodłącznym   atrybutem wysokiego stanowiska jest  alkohol i mocna  głowa. Wiesz jak mówią - nie pije, znaczy się jest  szpiegiem. 

Cudna  moja,  nie pomyśleliśmy zupełnie o  zdjęciach, a ty tak pięknie  dziś  wyglądałaś! Nie ma problemu- roześmiała  się Adela -mogę jutro wskoczyć w ten kostiumik, ty w ten  garnitur  i ciocia lub  tata zrobią nam  zdjęcie. Ale jak znam życie  to na  pewno  kilka osób  pstrykało.  A jeśli  chcesz  możemy wskoczyć  w nasz  ślubne  szatki i zrobić  sobie  sesję zdjęciową u profesjonalnego fotografa. Ostatnio widziałam  gdzieś  ogłoszenie, że robią  sesje  zdjęciowe małych  dzieci i  kobiet "oczekujących" dziecka, więc nie będzie żadnego zadziwienia,  że przychodzimy na  sesję nie prosto od  ślubu a kilka  dni później.

A jeszcze  a propos sesji ślubnych - byłyśmy z koleżanką w Łazienkach -  październik, zimno cholerne, my w cieplutkich płaszczach, w  szalikach, wełnianych  czapkach i stwierdzamy, że zimno, że trzeba  zrezygnować  z tego spaceru bo  zamarzniemy - a byłyśmy  akurat  nad  stawem, patrzymy i szczęki nam niemal  na ziemię opadają- na wprost nas  maszeruje  dziewczę w ślubnej kreacji,  takiej nawet  bez  ramiączek i fotograf  ją wpycha w trzciny rosnące nad  samym  brzegiem  stawu, jej świeżo upieczony  mąż ściąga  z siebie kurtkę i w garniturku pomyka  za nią w te  trzciny, a fotograf  tylko dyryguje nimi- teraz patrzcie w lewo, no, obejmij  ją, teraz  całus, teraz to, teraz tamto,  a my stoimy i oczy  nam wychodzą z orbit. Ze dwadzieścia   minut tak sterczała w tych trzcinach. Potem narzuciła na siebie płaszcz i powędrowali szybko pod Pałac na Wodzie, a my do  domu. I wiesz  co? Ogromnie  się  cieszę, że nie masz  bzika na punkcie  ciągłego fotografowania, bo naprawdę bardzo  nie lubię być fotografowana. Najgorsze  dla  mnie, gdy raz na jakiś  czas  muszę dać  nowe  zdjęcie  do jakichś dokumentów. Wiesz, ja  nie  muszę mieć  czyjegoś zdjęcia by o nim pamiętać, dlatego śmieszy  mnie  powiedzenie, że ktoś  komuś  daje  swoje  zdjęcie  na   pamiątkę.  Mam  wrażenie, że u  mnie  pamięć  wzrokowa jest  zbyt  mocno powiązana z moimi odczuciami i uczuciami. Mam jakieś fotografie jeszcze  z lat szkolnych - do dziś oglądając  zdjęcia  mogę wymienić  nazwiska i  imiona tych dzieciaków, które  lubiłam lub ewentualnie  coś  dla  mnie  znaczyły, tak  samo jest z nauczycielami. Do dziś  pamiętam swoją  wychowawczynię z klasy I-IV, uwielbiałam ją. A patrzę na  zdjęcia z lat późniejszych i  za nic nie  kojarzę nazwisk lub  imion tych nauczycielek ani też imion dzieci na  zdjęciu  klasowym. I co z tego, że mam ich  zdjęcia?

A jak myślisz- podobał się twoim rodzicom nasz  ślub? Bo na obiedzie to nie  wiem  czy każde  z nich powiedziało choć dwa   zdania złożone. Miałem wrażenie,  że są na  nas obrażeni. No to po prostu  widziałeś ich w pełnej  krasie - oni są tacy  zawsze. Mam  dziwne  wrażenie, że oni nie lubią  się  wzajemnie  a na  dodatek  każde  z nich  nie  lubi siebie. No to po co  są razem, przecież od  wieków są  rozwody. No są-zgodziła  się Adela.  Ale gdy  się ludzie  rozwodzą to muszą przed  sądem podać   przyczynę,  a  wtedy wychodzi  na wierzch własna niedoskonałość a to chyba  boli. Bo każde  z nich uważa się  za chodzącą  doskonałość a  wszystko się  nie układa, bo partner jest "nie taki". Poza  tym trzeba  wtedy pomyśleć  co z mieszkaniem,  podzielić wspólny majątek. Rozwód to  naprawdę kłopot.

A czy ty,  mój słodki,  zauważyłeś że  Helenka i  Piotruś są w  coraz  lepszej komitywie? Człowiek to jednak  jest  stadnym zwierzęciem a gdy jest  samotny to marnieje. Na to trzecie piętro to  tatko wchodzi ze  znacznie mniejszą  zadyszką  niż ja,  a  teoretycznie  jestem do tego  trzeciego piętra przyzwyczajona.

A jak sobie  dziś coś  na uszko  szeptali,  zauważyłaś? No i popatrz, przeszli  "na  ty" nie pytając się nas o  zgodę-  podśmiewała  się Adela.   Ojciec  miał  dziś  same  radości- gdy zobaczył,  że   będziesz brała ślub w tym  naszyjniku i z tym pierścieniem to mi powiedział- "cudownie,że się jej to podoba, że nosi  to w takim  dniu, jestem  szczęśliwy. 

Oj, zupełnie  zapomniałam, że mam dla ciebie   prezent  ślubny- powiedziała Adela. Jaki, pokaż,  proszę. No ale to  nie jest do  pokazania- to wiadomość - biorę tabletki, więc zaoszczędzisz na pewnych akcesoriach. I ty  mi dopiero teraz o tym mówisz? Mówię ci dopiero  teraz, bo choć  działają już od 3 dni, bo biorę  je już odpowiednio  długo, to chciałam  by to był prezent  ślubny. Cieszysz  się? Ładny prezent? Nie ładny tylko  cudowny! I zaraz mi się spać odechciało. Dobrze,że jutro niedziela! Możemy leżeć do oporu!

                                                                    c.d.n.




piątek, 6 maja 2022

Trudny wybór - 9

 Tego  wieczoru przy  kolacji Adela  powiedziała - nie jestem  dumna  z  siebie, że nagadałam  matce. Już od  dawna wiem, że jest taka a nie inna, że jej tok myślowy jest  zupełnie inny niż mój i  wielu osób  które lubię,  szanuję lub  kocham. Ciekawa jestem czy przyjdzie by  poznać swego zięcia. Ciocia Helena tylko  pokiwała  głową - cieszę  się, że sama  wpadłaś na to, że nie potraktowałaś  mamy elegancko. Ona po prostu od zawsze  miała obsesję, żal do natury,  że nie urodziła syna. Bo jej  zdaniem płeć  męska ma o wiele  lżej  w życiu i to  pod każdym względem. A poza tym podejrzewam, że twój ojciec wcale  nie był tym wymarzonym przez  nią mężczyzną. Był synem przyjaciół dziadków. Twoi dziadkowie i  oni mieszkali w tej  samej kamienicy i ich  dzieci znały  się  niemal od  czasu  pieluch. I to małżeństwo  zostało bachorom  wmówione. Dobrze, że nie  mieli drugiego  syna, bo pewnie i  mnie  by wmawiali, że kocham syna  sąsiadów-przyjaciół. Zatelefonuję  do  niej w  niedzielę wieczorem, gdy wrócimy z  Milanówka.  A teraz  porozmawiajmy o czymś  weselszym i  milszym, czyli o  waszym ślubie. W czym staniesz przed  urzędnikiem  - weź poprawkę na to, że będziesz miała furę obserwatorów, skoro będą osoby z waszego  miejsca  pracy, więc skreśl z listy dżinsy i T-shirt. Albo zacznijmy  lepiej od Emila - masz jakiś odświętny, ale może  niekoniecznie  czarny garnitur?  

Oczywiście, że mam. W Meksyku musiałem prowadzić  wykłady tkwiąc w garniturze. Wiszą w pokrowcach i czekają na  mnie. Jak na  warunki  polskie to wszystkie  są zapewne  nieco  dziwne. Mam np. garnitur  w kolorze  kawy z dużą ilością mleka, mam też błękitny i ciemnozielony. Ciocia  Helena aż klasnęła w  ręce- no to świetnie, może w takim  razie  jutro, gdy wrócicie  z pracy  zrobisz nam  rewię mody meksykańskiej. Oczywiście u ciebie, żebyś tego  nie taszczył tutaj. Bo ciuszek,  w którym pójdzie  do ślubu Adela musi być dobrany  kolorem do twego stroju. Kolory powinny współgrać  a nie gryźć się  ze sobą. A o świadkach  pamiętacie?  Dwie osoby pełnoletnie. A obrączki?   Adela i Emil popatrzyli na siebie  i niemal razem powiedzieli - aleśmy  się  wpakowali!- i  wybuchnęli śmiechem.

Adela  zaproponowała, by świadkami byli ciocia  Helena i ojciec Emila - wszak oboje  mają już ukończone18 lat.

A obrączki- jak stwierdził Emil - kupią u jubilera. A poza tym to Emil przywiózł z Meksyku nieco złotych drobiazgów, bo  mu się podobały- takich wzorów to w Europie na ogół nie ma. I jest wśród  nich pierścionek, który właściwie mógłby służyć jako obrączka. Poza tym on osobiście wolałby  nosić bransoletkę i przywiózł taką, dobraną wzorem do tego pierścionka, który  może być równie  dobrze obrączką. No dobrze- podsumowała  ciocia-  to jutro przed  wyjazdem pooglądamy to wszystko i wybierzesz garnitur, w którym wystąpisz. A tu macie obrączki  - obrączki to o tyle mały kłopot, że łatwo  je dopasować rozmiarem do palców.

Ale obrączki to podobno pan młody  ma dostarczyć - stwierdził Emil. Helena uśmiechnęła   się - pan młody to ma obowiązek kochać  żonę i być jej  zawsze  wierny  myślą,  mową i  uczynkiem, a reszta to   zależy od  okoliczności. Mam nadzieję, że przyniosą  wam  szczęście i wieczną miłość.

Szkoda, że nie mieszkamy w jakimś ciepłym  stanie w Ameryce- ślub  mógłby  być na plaży a  strojem Adelki mogłoby  być bikini- rozmarzył  się Emil. Adela zaczęła się  śmiać-  już to widzę: zaraz  byś stwierdził, że to bikini za dużo odsłania  a  za  mało  zasłania i szybciutko byś mi  narzucił szlafrok mówiąc, że przecież jest chłodno i się  zaziębię.

Potem oboje bardzo dziękowali  cioci  Helenie,  a Emil  stwierdził, że jeśli tylko ona  pozwoli, to on będzie  do  niej  mówił "mamusiu", bo tyle  dobra i  miłości od  niej  dostaje, że taki tytuł się jej należy. Helena była bardzo  wzruszona i stwierdziła, że to jej  bardzo  pochlebia i że może tak do niej mówić,  ale  dopiero po ślubie z Adelą. Ale po wielu prośbach  ze strony Emila pozwoliła by wcześniej, ale pod warunkiem, że ojciec Emila  pozwoli na to.

W sobotę, przed wyruszeniem   w plener była mała " narada  wojenna", czyli przegląd ubrań ojca. Okazało się, że ojciec Emila "ubraniowo" dobrze  stoi, jego szyty kilka lat wcześniej   garnitur  nadal  dobrze na  nim leży i wygląda jak prosto od krawca. Kolor też  pasował- wszak "jasny  popiel" (jak  go określiła Adela) jest  zawsze na  czasie. Obie  z ciocią  Heleną chwaliły ojca za to, że zachował dobrą  figurę. Tato, tylko się nie garb,   nie kul, bo wtedy wyglądasz 10 lat starzej - powiedział Emil. I nie  szuraj nogami jakbyś  miał 100 lat. Po sadzie to niemal biegasz od  drzewa do drzewa a tu szurasz po podłodze.  

Potem Emil powiedział - tatusiu, chciałbym już teraz mówić do pani  Heleny per mamo i to jeszcze  przed ślubem, ale powiedziała, że powinienem wpierw zapytać się ciebie o pozwolenie, bo wie,  jak bardzo kochałeś mamę. A ona jest dla  mnie tak dobra, troskliwa  i  wyrozumiała jakbym był jej rodzonym synem.  Ale ja do tego  nic nie mam, odparł ojciec  - z reguły każdy do swej  teściowej mówi  "mamo", a jeśli pozwoli ci pani Helena byś już teraz tak mówił- to tylko się  cieszę. I w takim  razie byłoby  mi bardzo  miło, gdyby Adelka, moja kochana Dziecinka  mówiła do  mnie "tato". 

Ojej- to cudnie - zawołała Adela. Zrobiło się tak słodko i rodzinnie, że chyba będziecie  musieli wypić bruderszaft ciociu. Ale  nie  winem, a  łagodnym "szprycerkiem".  Ale my z Piotrem już  sobie mówimy po imieniu- nie  zauważyliście? - zdziwiła się  ciocia.  No to  chyba tylko wtedy  gdy jesteście  sami - stwierdziła  Adela.    I mam pomysł - pojedźmy dziś do Nałęczowa. Pospacerujemy po parku  zdrojowym, zajrzymy też do Kazimierza. Kochanie- zwróciła się do Emila- ale chociaż jedziemy w dość cywilizowane  miejsca to weźmiemy krzesełka. I leki dla  taty wraz  z czymś  do  picia. Ojej, jak  dobrze, że mamy teraz większy bagażnik - ćwierkała Adela pakując sprzęt, picie, "coś  na przegryzkę",  koc i "na  wszelki wypadek" swetry. A Helena patrząc na  nią myślała:  ot,  moja  szkoła! myśli o  wszystkim!

Pogoda dopisała, park zdrojowy podobał się wszystkim,  chociaż Emil stwierdził, że tchnie  tu nudą  z każdej  strony, no ale skoro tu jest  sanatorium dla chorych na  serce, to rzeczywiście dobre  miejsce, bo trudno by tu cokolwiek  wywołało przyspieszone bicie  serca czy  nierówne tętno. W Kazimierzu przeszli się Rynkiem, oczywiście  pełnym  ludzi, kupili  koguty, pospacerowali nad  Wisłą. Ojciec cały  czas "ściągał łopatki" pilnując by się  nie  garbić i co  chwilę mówił: całe wieki tu  nie byłem,  a tu się sporo zmieniło. Adela kupiła uschnięte makówki i idąc co jakiś  czas nimi potrząsała, mówiąc - brzmią prawie  jak  marakasy. Wracając wstąpili do sadu, chociaż  wcale  nie było to za bardzo po drodze, ale Adela  stwierdziła, że posiedzą jeszcze w sadzie, ojciec weźmie lek a dodatkowo będzie  miał frajdę, bo pokaże Helenie swoje ukochane  jabłonie, sprawdzą ile jest już  jabłek na drzewach. Poza tym zjedzą  ulubione kruche  ciasteczka i  chipsy jabłkowe. 

Adela  siedząc na  kocu w objęciach Emila powiedziała mu cichutko: jest  mi tak  cudownie, jestem tak szczęśliwa, aż mi się płakać  chce. To wszystko razem jest jak jakiś cudowny sen, strach  mnie oblatuje, że to tylko sen, z którego przebudzenie  się może być bolesne. Emil  przytulił ją mocniej  mówiąc - jeśli ci od tego będzie lepiej, to  możesz sobie  popłakać, ale tusz ci  się może rozmazać i wpaść do oka. Jestem z tobą, kocham  cię i wiem, że opłaciło się nie rozmieniać  na  drobne i czekać na dziewczynę ze  snu. Jesteś kochanie  przemęczona, masz teraz tyle pracy a przed tobą jeszcze obrona magisterki i ślub. Podziwiam cię jak  sobie  z tym wszystkim radzisz. Gdybym  tylko mógł to zdałbym te wszystkie czekające cię  egzaminy za ciebie.  Czytałem ten fragment, który pisałaś o prawach autorskich - według mnie dobrze to ujęłaś. Bardzo jasno i logicznie formułujesz  myśli. Twój  promotor też tak uważa. Bo pozwoliłem  sobie odczytać  mu ten  fragment gdy byłaś  na kursie. Odczytałeś,  czy opowiedziałeś  własnymi  słowami? No odczytałem, ale to chyba nie  było z mojej  strony świętokradztwo, prawda? No prawda, zgodziła się Adela. Tak  się  zachwycił, że stwierdził, że z chęcią by cię zatrudnił w swojej kancelarii  gdy obronisz pracę.  Na tym  egzaminie na  rzecznika jest  strasznie  dużo  pisania, odpowiedzi ustnych mało. Zresztą  jak sama  widzisz - mamy  mnóstwo czytania i  pisania. Wiesz,  chyba będziemy  się  pomału  zbierać do domu, zaczyna  się  robić  chłodno. Myślę, że  wstąpimy gdzieś  na obiad, może do "Konstancji"?  Chcę byście  obie z mamą  nie stały przy garach choć jeden  dzień w tygodniu. No to ruszajmy, pomogę ci wstać. No wiesz, ja to mało stoję  przy garach, a ciocia z reguły gotuje na  dwa  dni. Na  dwa  dni? - zdziwił  się  Emil- przecież  codziennie  jemy coś innego. No bo ciocia jest taka zdolna - wie co ugotować, żeby każdego dnia  było to  coś innego. Ona jest wprost nieziemsko zorganizowaną i praktyczną osobą. 

Trochę było protestów, ze strony Heleny, że jadą do  restauracji, ale Emil zapewnił ją, że nic się obiadowi nie stanie, gdy poczeka na  nich w lodówce do następnego dnia. Po obiedzie pojechali jeszcze wszyscy  do  mieszkania Emila, bo przecież miał zaprezentować swe  garnitury. I dobrze  się stało - najlepiej leżał "ciemnozielony", do  poprawki były  tylko spodnie, bo objętość Emila  w  pasie  w bardzo widoczny  sposób zmalała. A ponieważ przedtem marynarka była rozmiarowo "na  styk" to  teraz leżała dobrze. Gdy  potem wylądowali w Milanówku i po  kolacji  oglądali jakiś  film Adela  stwierdziła, że ona  z okazji ślubu to  tylko nowe szpilki  sobie  kupi, bo  ma  wprawdzie  nie  sukienkę,  ale dość  dawno uszyty z  kaszmiru kostium. Jest w tej  samej zieleni co garnitur Emila,  ale bardzo jasny. No  i ma  nadzieję, że nadal rozmiarowo jest  dobry. A kaszmir na jesień jest   w sam raz,  bo upału to na pewno nie będzie. Zresztą, ponieważ to jest  prawdziwy  kaszmir a nie jakaś podróbka to posiada termoregulacyjność. No i jest ogromnie  miły,  mięciutki w  dotyku i  nie "gryzie".  

Emil przyglądał się chwilę Adeli w  milczeniu,  w końcu powiedział - właśnie dotarło do mnie, że jeszcze ani razu nie widziałem cię w sukience.  Za to widziałeś mnie w piżamie,  koszuli nocnej, nagą, w dżinsach i zwykłych  spodniach. W sukience to zapewne wyglądam tak  jak w koszuli nocnej - odpowiedziała.  To ta  ślubna kreacja  będzie  przezroczysta? - zapytał Emil z niewinną  miną. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Emil stwierdził, że na pewno byłby to ślub  roku. Gdy  już się uspokoili, Emil na dłuższą  chwilę  zniknął. Gdy wrócił trzymał w ręce sporą kasetkę z szylkretowym wierzchem.  

Ojej, zamienili biednego żółwia na pudełko-  zmartwiła  się Adela. Tylko wieczko jest częściowo szylkretowe, reszta  jest  świetną podróbką  szylkretu - pocieszył ją Emil. Ale  nie myśl, że  wszystko co jest  w środku jest rodem  z Meksyku. To jest mamy mojej  pudełko,  a teraz przejdzie na  twoją  własność. A z Meksyku przywiozłem takie   dwa  drobiazgi-  bransoletkę i pierścionek. I pierścionek i  bransoletka  nawiązują do podwójnej spirali DNA. Do dziś  się  wszyscy  głowią jakim cudem tysiąc lat przed odkryciem  w Europie mikroskopu kapłani  dawnego Meksyku wiedzieli, że każdy wywodzi  się z dzielących  się komórek jajowych i pasm chromosomowych  zawierających kod genetyczny. Gdy odkryto te stare wzory okrzyknięto Meksyk krajem czcicieli węża.  Zadziwia  mnie ten  pierścionek, bo bez trudu, choć to  w  sumie  maleństwo, widać, że to są dwa  splecione  węże. I jest na nich ryt łuski węża. Wydaje  mi  się, że ten  pierścionek,  czy też obrączka jest dość  szeroki, więc  nie  wiem, czy byłby wygodny  w  noszeniu. Ale  zauważ, że te węże są na  nią naniesione, nie jest to ryt. Ten  sam  wzór jest na  bransoletce, która ma tę  zaletę, że jest  zapinana, więc  dobrze się trzyma  na przegubie, nie przesuwa. Na niej również węże są robione z dwóch kawałków  złota, a nie  są rodzajem płaskorzeźby.  Tata  nigdy   jej  nie  nosił, choć to męska bransoletka. A mama  dostała  kiedyś takie  śmieszne koraliki - w moim odczuciu wyglądają  jak "przerośnięte" ziarenka  ryżu. Ale złoto jest  dobrej  klasy, byłem z nimi w Urzędzie  Miar i Wag do  oceny. Nie mam pojęcia jak one  są  zrobione. Doszedłem do wniosku, że każdy koralik musiał być odrębnie robiony z bardzo  cienkiej złotej blachy. Każdy ma  własne kółeczko, łączone są też kółeczkami. Podobno ktoś z rodziny mamy przywiózł to z Chin i dał mamie właśnie na ślubny prezent. A teraz będzie twoją  własnością, bo mama zawsze mówiła, gdy jeszcze   mi się nawet  nie śniło, że kiedyś będę  żonaty, że wszystkie te precjoza  dam   kiedyś  swojej żonie. Mama lubiła pierścionki i jak widzisz miała ich  sporo. Lubiła srebrne i takie  wycięte z różnych ozdobnych  kamieni. Nie  nosiła ich na co dzień, ale chętnie je  kupowała i nosiła "od święta". Wydaje mi się, że część z nich jest dla  ciebie idealna  rozmiarowo. Daj łapkę, przymierzymy je do twoich paluszków. Helena  miała łzy w oczach gdy ojciec i  syn przymierzali Adeli mamine pierścionki. Odłożyli do jedwabnej saszetki te, które  nie  pasowały wielkością do palców Adeli mówiąc- niech one sobie  tu leżą, teraz  wiesz, które są dobre rozmiarowo. Adela wybrała z nich pierścionek  wytoczony z cesarskiego jadeitu i  powiedziała- to będzie pierścionek  zaręczynowy! Jest prześliczny! Bardzo rzadko teraz  można taki znaleźć, to cesarski jadeit! Nikt  takiego  nie ma! A w duchu pomyślała - a jaki praktyczny - lepszy niż kastet.

Ojciec Emila popatrzył na Adelę i  powiedział - znasz się na  kamieniach- masz rację, to jadeit cesarski, najwyżej z jadeitów   ceniony  w jubilerstwie. Adela uśmiechnęła  się - tak - kiedyś, w starożytności  był  cenniejszy od złota bo  mu przypisywano magiczne i prozdrowotne działanie, ponoć leczył  nerki, stąd w nazwie "jade". A dziś są  cenione grzebienie   robione z jadeitu i masażery. Więc  chyba coś jest  na rzeczy z tym kamieniem.

                                                                          c.d.n.