czwartek, 23 czerwca 2022

Trudny wybór - 48

 Przed godziną dziewiętnastą  wpadli przywitać  się teściowie Tomka i  zabrali Elunię do spania. Mała "obdarowała"  wszystkich "buziaczkami" i bez problemu wyszła,  ale  wpierw dopilnowała by dziadek wziął książkę  i wycinanki. Gdy chciała  zdjąć koraliki  Adela  powiedziała: jeżeli ci się podobają, to weź je na  zawsze i noś, kiedy będziesz  miała na to ochotę.W ramach podzięki  był dodatkowy  całusek i całkiem bystra uwaga, że "ta ciocia się nie  maluje". Halina  się  śmiała, że Adela  ma u małej dodatkowy plus za brak pudru na  twarzy.

Na kolację gospodarze  wieczoru przygotowali "placek zbójnicki", czyli duuuży, bardzo chrupki placek ziemniaczany z gulaszem duszonym  w  sosie z prawdziwków. Warszawiacy orzekli, że kiedyś jedli coś,  co się nazywało plackiem zbójnickim,  ale "tamto" pływało w sosie i  w sumie na talerzu  była "paciaja ." A ten placek jest chrupki, ma prawdziwy  smak placka  ziemniaczanego, mięso super uduszone i rozpływa  się w ustach. 

Halina uśmiechnęła  się mówiąc - a co mi tam, przyznam  się bez bicia, to mama robiła,  a nie ja. Ja nie  bardzo  mam kiedy gotować, bo jednak pracuję, a tych papierków jest od  groma i trochę. I mam nadzieję, że w zimie  będzie mniej papierków do ogarnięcia. Ale  wiem, że placek musi  być dobrze  wysmażony a  mięso uduszone aż do odparowania sosu, a  wpierw, po pokrojeniu na kawałki mocno obsmażone bez  tłuszczu, żeby  zostało soczyste. No i najlepiej, by to był dobry kawałek mięsa a nie byle jaki - dodała  Helena. A to -to jest na pewno ze schabu zrobione.  Piotr skrzywił się - nie  róbcie  kobiety wiwisekcji tego  co jest  na talerzu - to jest po prostu pyszne a  chyba przecież o to chodzi. 

Tak szczerze mówiąc - kontynuował Piotr, to takie przekazywanie  sobie przepisów ma jeden straszliwy feler - było kiedyś w modzie takie ciasto o nazwie "murzynek", czyli po prostu ciasto czekoladowe i było chyba obowiązkowym wypiekiem każdej pani domu, bo pamiętam, że jadłem to ciasto u wszystkich naszych znajomych, potem ktoś  wpadł na pomysł "sałatki" - a była to kasza perłowa ugotowana  na sypko, podawana  na  zimno z ogórkiem kwaszonym pokrojonym w  drobną kostkę. I tak  mi to wtedy obrzydziło kaszę perłową, że całymi latami jej nie jadłem.

Oj tato, ja przez  kilka lat jadłem "na okrągło" tortillę i nie umarłem od tego. Co prawda teraz za nimi nie tęsknię. Nawet na  zwykłe naleśniki patrzę  z niechęcią.  A tortilla to wcale  nie jest naleśnik, tylko cienki placek z mąki kukurydzianej, czasem z dodatkiem mąki pszennej. I robi  się je  inaczej niż naleśniki. Robi  się  ciasto i rozwałkowuje na  cieniutkie placki. Siedziałem kiedyś w takiej kanciapie, która imitowała  restaurację i widziałem jak człowiek robił te  tortille w kuchni.

A gdzie ty jadałeś te  tortille?- zapytał  Tomek.  A w Meksyku, siedziałem tam cztery lata  na kontrakcie. Ojej, to  miałeś  fajnie- stwierdziła  Halinka. Przynajmniej trochę świata   zobaczyłeś. A miasto Meksyk to jest podobno bardzo  duże - jak  słyszałam- powiedziała Halinka. 

Nooo, niestety to straszny  moloch. I ma niesympatyczne towarzystwo - wulkan, który  czasem ma drgawki i  często  dymi. Miasto ma obszar 1500 kilometrów kwadratowych i na tym obszarze  mieszka 19 milionów mieszkańców,  z tym, że na terenie ściśle  miejskim to tylko około 8.721.000 mieszkańców. Z ciekawostek to miasto jest na  wysokości 2240 metrów, czyli tak jakby ktoś wybudował  miasto 261 metrów  poniżej  szczytu Rysów.  Poza  tym za dużo tego świata  to  nie widziałem, ale już to co widziałem w  samym Mexico  City było ciekawe. Udało mi  się pojechać między  semestrami do Kostaryki i omal się nie  zakochałem  na  zabój  w tym kraju. Ale to co jest bardzo ponętne  na urlopie w życiu codziennym wcale  takie  nie jest. I Kostaryka i Meksyk nie  nadają  się  do indywidualnej turystyki. Jak  czytałem ostatnio tam  bardzo wzrosła przestępczość i odradza  się podróże indywidualne - tylko wyjazdy  grupowe, bez oddalania  się indywidualnie od strzeżonego terenu. Gdy tylko przyjechałem do Mexico City  zaraz  mi pokazano na planie  miasta gdzie  nie powinienem bywać. I nie bywałem tam. Druga  zasada- miej  zawsze w głowie jakie masz  danego  dnia zakupy, miej przy sobie tylko tyle pieniędzy, ile  masz wydać, a najlepiej wszystko płać kartą. Oczywiście  odpadają wtedy  zakupy  w małych  sklepikach  lub na  straganach.  Nie powinno się też mieć  ze sobą wypasionego aparatu fotograficznego, więc  nie mam żadnych  zdjęć. Ale ja nie umiem powiedzieć tak dokładnie jak się żyje w Mexico City, bo mieszkałem bardzo blisko uczelni i na terenie do niej należącym spędzałem większość czasu. Poza  terenem to tylko zwiedzałem różne obiekty historyczne. Nawet  nigdy nie objechałem granic miasta, nie  czułem takiej potrzeby.

Byłeś na kontrakcie z Polservicu?-zapytał Tomek. Tak,  co prawda wcale  nie chciałem akurat jechać do Meksyku, chciałem razem z kumplem jechać na Kubę , ale wyszło inaczej. Kumpel już "trzeci  turnus", czyli  już  sześć " lat siedzi na Kubie, podejrzewam, że ma  tam kogoś, kto go tam trzyma na miejscu, a ta osoba zapewne nie  może dostać  paszportu na wyjazd. Ostatnio wcale nie pisze, więc  nie jestem na bieżąco co się z nim  dzieje. Mam nadzieję, że nic złego.

A jak się żyje w takim wielkim  mieście? Ja to bym chciała  mieszkać  w Warszawie. Kraków jest jakiś taki ciasny, więc  już  wolę Zakopane. 

Wiesz, Kraków nie był zrównany  z ziemią w  czasie  wojny, więc ma mnóstwo starej  zabudowy. Warszawa się budowała niemal od  zera, można  było wszystko inaczej zaprojektować w lewobrzeżnej Warszawie. Prawy brzeg miasta  nie był morzem  gruzów po wojnie - wyjaśnił Halinie  Piotr.

Przyjedziecie do nas  do Warszawy, to po trzech  dniach dojdziesz  do wniosku, że Zakopane to  całkiem fajne miejsce  do życia. Warszawa też  się  robi  coraz  większa. My mieszkamy  na osiedlu, które rozrasta się w niesamowitym tempie - na dobrą  sprawę mogłoby już  być oddzielnym miastem.  I ciągle  się ten  nasz Ursynów rozbudowuje. Niedługo będzie  u nas jak w Paryżu, w którym  niektórzy  całe życie  spędzają  w jednej  dzielnicy i  nie bywają w innych, bo nie ma po co. Wszystko co  do życia  potrzebne jest w każdej z dzielnic - ja pamiętam jak powstawał Ursynów - na początku to pierwsi mieszkańcy jeździli po zakupy do swych poprzednich dzielnic, bo sklepów na nowym osiedlu jeszcze wtedy  nie było. Teraz  jest wszystko, chyba tylko teatru  nie ma ale kto wie, może będzie. Kino już jest i nawet stok narciarski z igielitem i  wyciągiem. 

Przyjezdni to narzekają na ceny, że wszystko w  Warszawie jest droższe niż np. we Wrocławiu. Do mojej znajomej przyjechała koleżanka  z Lublina i stwierdziła, że w Warszawie to są  bandyckie  ceny i ona ze swojej pensji nie zdołałyby się w Warszawie utrzymać no więc  ciekawe z czego ci warszawiacy żyją. No ale jakoś nie  załapała, że i pensje  są tu wyższe niż na prowincji. Podobno, bo tego nie  sprawdzałem, codziennie do Warszawy dojeżdża do pracy ponad  milion osób i to nawet z odległości powyżej 100 km. I taki rozrost miast jest trendem ogólnoświatowym, wszystkie duże  miasta tak  się  rozrastają. A im większe  miasto tym wyższe koszty życia  w nim. 

Adela, widząc, że Halinka nie  za bardzo wierzy w to, co mówi Piotr, powiedziała - to już teraz  wiem co zrobimy na  samym początku gdy przyjedziecie -  zostaniecie "przymusowo" pasażerami miejskiej komunikacji i przejedziemy się razem z  południa miasta na północ i ze wschodu na  zachód. Bo przewiezienie was samochodem nie uświadomi wam naocznie  jak rozległa  jest Warszawa. 

Ale i tak  Warszawa nie jest duża  w porównaniu z innymi europejskimi stolicami. Tak  ze dwa lata wcześniej to do swego dentysty miałam od  domu tylko trzynaście kilometrów. Teraz  muszę przepatrzeć i zmienić na jakiegoś bliższego. A pracujemy z Emilem niemal  30 kilometrów od  stolicy. Ale  zmieniamy pracę na miejsce  bliżej domu, tak chyba  z osiem kilometrów w linii prostej. Gdy uruchomią  metro w Warszawie  to będziemy mieli naprawdę  dobrze  z dojazdem  do pracy. Chociaż jest  więcej  niż pewne, że tłok będzie niemiłosierny  rano i w godzinach  powrotu. Teraz  tyle  się w Warszawie nabudowało nowych osiedli, że chwilami, gdy widzę w prasie lub w  dzienniku TV jakieś  nowe osiedle to nawet  nie  mam pojęcia dokładnie  gdzie to jest.  

Jakby  nie  było Warszawa ma 517 km kwadratowych  powierzchni, wliczając  w to kawałek  Wisły, która  przedziela  miasto. I ma zameldowanych  1765000 mieszkańców i jest  najbardziej zaludnionym  miastem  Polski.  Ursynów już jest podzielony na "pod dzielnice", które noszą nazwy dawnych małych podmiejskich osiedli i tak  na moje oko to jest  ich z dziewięć. A cały Ursynów ma  wielkość ponad 43 kilometry  kwadratowe  powierzchni.  My  mieszkamy na  Stokłosach. I mamy o tyle  dobrze, że mamy blisko do metra i do autobusów, ale na  szczęście nie jeżdżą nam przed oknami. Z jednej  strony budynku czteropiętrowego w którym mieszkamy mamy szkołę i okna nasze  wychodzą na szkolne  boisko, z drugiej  strony mamy jezdnię wewnętrzną, osiedlową  i parking na trzy samochody. Niestety  nasz  samochód nie  stoi na jednym  z tych  miejsc, ale z pół kilometra albo i więcej, dalej . Garaży nie ma, bo cena garażu podziemnego równa jest cenie dwupokojowego mieszkania na  danym  osiedlu. A mieszkania coraz  droższe i pożyczkę bankową spłaca  się latami. 

A dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką to jest przeciętnie 42,5  metra  powierzchni.  W tych mieszkaniach "duży" pokój to jest z reguły 16 metrów kwadratowych powierzchni. Porównaj sobie  to z tym, co masz tutaj, pomijając już to, że wychodzisz  z domu i masz i ładny widok  i  wszystko na tyle blisko, że przedreptanie do pracy lub na  zakupy nie wykończy  cię fizycznie. Ale i  Zakopane, jak  widać, rozbudowuje  się. Za dwa lata to pewnie nie będę się mogła tu odnaleźć.  Tu wychodzisz z domu i bez  większego trudu w  ciągu pół godziny trafiasz na łono przyrody zadeptywane przez  turystów tylko dwa razy  w roku, w okresie wakacji szkolnych i zimowych  ferii. Gdy byłam  w marcu to nie  bywało tu tłoczno, poza Gubałówką i Krupówkami. 

Ale gdy wybudują termy w Kościelisku  czy też w Chochołowie to będziecie  mieli o wiele większe  "najazdy" turystów, to pewne.  I wtedy bardzo się Zakopane  zmieni. Będzie  więcej miejsc pracy przy obsłudze turystów i będziesz  miała  Halinko jeszcze  więcej papierkowej  roboty. A i Tomkowi nie zabraknie pracy, bo fizjoterapia ma coraz  większe  znaczenie w leczeniu pacjentów i to nie tylko tych pourazowych. Ma chłopak dobry zawód i wcale  nie łatwy.

Gdy powiedziałaś, że chciałabyś  mieszkać w Warszawie to sobie  pomyślałam, że nie  bardzo wiesz o  czym mówisz. W Warszawie jest ogromne zapylenie. Warszawiak oddychając przeciętnie 2 godziny dziennie miejskim powietrzem zatruwa  swe płuca tak, jakby wypalał rocznie 1200 papierosów. Normy trujących i szkodliwych  dla życia ludzi pyłów są tu przekraczane przeważnie dwu- a  czasem i trzykrotnie przez 1/3 roku. I z powodu smogu w Warszawie przedwcześnie umiera około trzy tysiące osób  rocznie.

Ilekroć wracam z jakiegoś pobytu nad  morzem lub innego  miejsca wypoczynku pierwsze  dni po powrocie są paskudne. A i tak mam nieźle, bo ja mam z natury bardzo płytki oddech, więc jednorazowo nie nabieram zbyt  dużo powietrza. No ale to się sumuje. I dlatego się  wściekam gdy mi ktoś mówi " nie siedź w domu, wyjdź na powietrze".

Moja koleżanka mieszka w ścisłym centrum Warszawy i marzy by się przeprowadzić gdzieś na peryferie  miasta, bo ma dosyć mycia okien co dwa tygodnie i wycierania kurzu z parapetu po każdym otwarciu okna gdy wietrzy, co bardziej przypomina  wpuszczanie  do  mieszkania zatrutego powietrza i brudu. A mieszka na  trzecim lub  czwartym piętrze, więc  dość wysoko.

Halina słuchała i oczy jej robiły  się  coraz większe,  w końcu powiedziała - nie miałam o  tym pojęcia! No to teraz  masz, a jeśli nie  wierzysz to sobie  poczytaj o tym w sieci- Adela zakończyła wykład o wielkim mieście.

                                                              c.d.n.

 


2 komentarze: