środa, 16 marca 2022

Ryzykantka-50

Kilka dni przed wyjazdem zatelefonował do Ewy weterynarz - powiedział, by  przypadkiem  nie  wypuszczali psiaka nawet do  ogrodu, bo grasuje  na  kilku osiedlach na Dolnym Mokotowie jakiś zboczeniec, który rozrzuca  wszędzie kawałki  wędlin nadziewane pinezkami lub trutką  na  szczury. Rozrzuca  nie  tylko na trawnikach i w altanach  śmietnikowych ale i  podrzuca  ludziom do ogrodów, więc  w ramach  ochrony  niech  wszyscy  domownicy natychmiast zmieniają obuwie i czyszczą starannie  podeszwy butów,  by czegoś  nie  przynieść do  domu. On i jego  koledzy są wykończeni, bo nie  wszystkie psy się  dało uratować, kilka kotów bezdomnych to już niestety zginęło w  strasznych  męczarniach. 

Ewa  natychmiast zarządziła, by każdy z domowników dzwonił do drzwi ( dwa  dzwonki) a osoba będąca w  domu ma obowiązek podać miskę na  zdjęte buty. A podeszwy butów  należy starannie oczyścić ochraniając  ręce  rękawiczkami  jednorazowymi. Dekorację  przedpokoju stanowiła teraz  duża  miska, pudełko z rękawiczkami jednorazowymi oraz koszyk ze szmatami do przemywania podeszew.Wszyscy byli wstrząśnięci, wszystkie  psy, które  dotychczas były wypuszczane do przydomowych ogrodów siedziały   w domach,  nie  mogąc pojąć za co są  ukarane odsiadką  w domu. 

Ewa dokupiła jeszcze  trochę  prezentów- przechodząc obok sklepu kapelusznika  zobaczyła uroczy  komplet , który postanowiła  kupić dla swego taty- była to czapka wełniana z daszkiem i nausznikami, które  można było opuszczać na uszy lub je  składać i z tej samej  wełny był szalik .Wełna  miała  delikatną  kratkę i całość bardzo się  Ewie  spodobała. Zatelefonowała  czym prędzej do  mamci, by podała jej obwód tatowej  głowy.Ten  komplet byłby dla taty za duży, ale był jeszcze materiał, więc kapelusznik miał dorobić  czapkę w odpowiednim  rozmiarze. Odbiór był następnego  dnia. 

Kupiła też dla  siebie ni to czapkę ni to  kapelusz,  w którym  bardzo  się spodobała nie  tylko sobie  ale i pani  sprzedawczyni, a skoro tak  dobrze jej szły  zakupy to rozejrzała się  za jakąś  czapką  dla Roberta - taką by była baaaardzo mięciutka i nie gryzła ale i żeby nie  wyglądała po dwóch  dniach jak wydarta psu  z gardła. Były dwie,  a ponieważ nie  mogła się  zdecydować którą  wziąć- wzięła obie- dla ojca i  syna. I te  dwie  czapki były piekielnie   drogie, ale wiadomo - dla Roberta Ewa nie  żałowała  pieniędzy. W domu zdecydowała, że cieniowana brązowa będzie  dla Pawła,  a ta trójkolorowa z  dwoma odcieniami niebieskiego i przechodząca w indygo będzie dla Roberta.

Zigi miał te  święta spędzić z Dorotą w jej rodzinie - nieomal w  Warszawie bo w Milanówku. Nie ukrywał, że ma tremę, ale Dorota  mu powiedziała, że to oni  powinni  mieć tremę  a nie on. On jest architektem, ma własną  dobrze  prosperującą  firmę, a tamci to "gryzipiórki". Poza tym  powinien  się przejmować tylko tym co ona o  nim  myśli  a nie  jej  rodzina. To ona  z nim jest,  a nie oni. Ewa stwierdziła, że Dorota  ma  rację i gdy usiadła do deski Zigi powiedział- to nie  wszystko. Mam problem. Ewa wzruszyła  ramionami- no ale to ty masz problem, który  zapewne  dotyczy ciebie a nie  mnie  lub  firmy, więc  moje zdanie  w tym temacie nie ma   tak naprawdę  znaczenia.  Chcesz to z  siebie  zrzucić? No to wal, słucham.

Ewa, popatrz  na mnie i powiedz  co widzisz? No jakby ci to powiedzieć? widzę podstarzałego swego kumpla, który niechybnie  ma  zniszczone  zdrowie i brak włosów na  głowie. Poza tym znam cię od  tylu lat, że patrzę na ciebie poprzez to wszystko co razem zrobiliśmy i cieszę  się, że  razem tyle lat pracowaliśmy i nadal  jakoś to ciągniemy. Czasami mam co prawda ochotę cię  zabić, ale  najdalej po piętnastu minutach  mi  mija. Inaczej to byś już nie żył od wielu lat. O co chodzi? Chcesz  zamknąć  firmę? 

Nie, nie idzie o  firmę. Dorota  chce byśmy  mieli  dziecko i to teraz  zaraz. Ona ma 35 lat, ja czterdzieści trzy i ona twierdzi, że marzy o naszym  dziecku. A co, zaszła i nie chce usunąć? Nie,  nie zaszła, ona wpierw  chce to ze mną uzgodnić. 

No bo to mądra dziewczynka,  dziecko powinno być  zaplanowane. I to właściwie  jest ostatni dzwonek- stwierdziła  Ewa. No ale  wytłumacz  mi co ja  mam do tego? To wasza  wewnętrzna  sprawa. 

Ewka, ale ja tylko z tobą  mogę o tym porozmawiać. No nie  przesadzaj Zigi,  z nią też  możesz a nawet powinieneś o tym porozmawiać. Nie  możesz waszej  wspólnej  sprawy  zwalać na  moje "widzimisię."Robert  mi któregoś dnia  powiedział, że tak  mnie  kocha, że mógłby  nawet zostać ojcem gdyby mi się zamarzyło dziecko. Ale jak wiesz, to mnie  już czterdziestka stuknęła, a  Robertowi pięćdziesiątka. Nie ciągnie  mnie chodzenie  w ciąży, poród, karmienie i tp. Bardzo  możliwe, że gdybym go spotkała wcześniej to może i bym wdepnęła  w macierzyństwo. Ale jest jak jest.

Nie  wiem czy  lubisz  dzieci, czy  nie. Ale jak widzę, to jakoś  większość organizmów je  toleruje. Może jedyne  co powinieneś zrobić to przebadać się porządnie czy jest sens powielać  cię, czy  nie nosisz jakiejś   choroby którą  mógłbyś  dziecku przekazać  w spadku. Przecież i tak większość obowiązków  spadnie  na Dorotę, bo jedno  z Was  musi zarabiać. Nie wiem jakim  cudem, ale większość osób jakoś znosi obecność  dzieci  w swoim życiu, zwłaszcza gdy je  zaplanuje. 

Ja teraz znoszę  w domu obecność szczeniaczka.  Jest po to,  by nieco złagodzić pragnienie mej  synowej o rozmnożeniu  się, bo ona  w lutym ma obronę magisterki. A syn Roberta  jeszcze  nie jest mentalnie  gotowy  na bycie  ojcem. Na razie  to wszystko zdaje  egzamin. My z Robertem i jego siostrą i szwagrem wyjeżdżamy na święta. Młodych  wrobiliśmy w czuwanie  nad moimi rodzicami i nad szczeniakiem i domem. A psiunio uroczy, czarny cocker spaniel. Niech trenują. Siostra Roberta  ma bliźniaki, typ  Klony. Mają już 10 lat i biedna jest  już umordowana po pachy. Wiesz, jeśli Dorota po odstawieniu tabletek odczeka  cierpliwe  z zajściem  ze trzy  cykle, to może  się jej klony  nie przydarzą. Siostra Roberta tego  nie  zrobiła no i ma  Klony.  Dlaczego mówisz  Klony? Bo to są  naprawdę  klony- to dzieci z jednej  komórki  jajowej, która  się  podzieliła. Jest  podejrzenie, że to efekt zbyt  wczesnej  ciąży po odstawieniu tabletek. Ale to jedna  z hipotez.

Zigi, ja  naprawdę  nie jestem  w stanie ci  pomóc w tej  sprawie, ja tylko  mogę  wysłuchać co masz do  powiedzenia  w tym temacie. Nie  wykluczam, że gdybym miała innego  męża niż ten  porąbany  Julek to może i  miałabym  dziecko. Tylko mi nie palnij, że gdybyśmy ty i ja itd itp.  Lubię  cię, zawsze  lubiłam i ceniłam, ale jak  sam  wiesz  chemii między  nami  nie było. A bez  chemii łóżkowe sprawy odpadają- oczywiście raz  czy dwa  może coś wyjść, ale żeby być  stale razem to  musi być  chemia.  Między tobą a  Dorotą ta  chemia  jest- co do tego  nie  ma wątpliwości. Na palcach  obu rąk  trudno  zliczyć ile  razy do siebie  wracaliście, choć awantury między  wami były ostre. Ale  długo  bez  siebie nie wytrzymywaliście. Między  Julkiem i mną też nie było  chemii ale tkwił przy  mnie bo mu było ze mną wygodnie - pieprzył się z innymi i gdyby  mi paskudztwa  nie przyniósł to pewnie byłby ze mną  do dziś, bo sex z nim był równie  podniecający  jak  mycie  zębów, więc nie  byłam tym  zainteresowana.

Przecież  Roberta  poznałam gdy już byłam po rozwodzie, nie był przyczyną  mojego rozwodu. I naprawdę - decyzja  co do powiększenia  rodziny musi być głównie  wasza i poparta badaniem twego i Doroty zdrowia.

No tak- trudno ci  nie przyznać racji. Jesteś kochana, że  zawsze jednak mnie  wysłuchasz. Dorota  wie, że zawsze  dzielę  się  z tobą swoimi wszystkimi wątpliwościami. I  już przestała  być  zazdrosna o ciebie. Do niej też  dotarło, że łączy nas   tylko przyjaźń, której  żadne  z nas  nie  nadwyrężyło. A do jakiego lekarza powinienem  się wybrać? Myślę, że do internisty, ale idź prywatnie. Oni  po prostu  mają więcej  czasu na pacjenta. I weź ze sobą wyniki badań, które  robiłeś przed  szpitalem. Może część  z nich jest nadal   aktualna.

A nie śmieszy cię to, że się Dorocie  zachciało dzieciaka? A dlaczego  miałoby  mnie to śmieszyć? Nie ma  w tym nic  śmiesznego  ani dziwnego. Może  bardziej dziwne jest  to, że ja  jakoś nigdy nie  chciałam  dziecka? Wiele osób to  dziwi. Bo podobno jestem bardzo  troskliwą i ciepłą osobą. A jestem taka, bo wyniosłam  to z domu. Mamcia  zawsze szalenie dbała o tatę i o mnie. Gotowała to co lubiliśmy, zawsze nas  rozpieszczała. Ja rozpieszczam Roberta i Pawła. 

O mnie też dbasz- zauważył Zigi, więc  jestem  w stanie  sobie  wyobrazić  jak  dbasz o Roberta. No ale on też  dba o  mnie - dbamy o siebie  wzajemnie. No a ty Zigi jesteś przecież  moim przyjacielem  - naprawdę łatwiej jest znaleźć kogoś  do łóżka niż  prawdziwego przyjaciela, któremu  można  wszystko powiedzieć i który tego nie  rozpaple i  nie wykorzysta. Z nikim kiedyś  nie  mogłam  tak szczerze porozmawiać o  sprawach  damsko męskich jak z tobą. To może powinniśmy założyć jakąś  poradnię w tej  dziedzinie- zaśmiał się Zigi. Ty mi też  wiele  w tej  materii pomogłaś. I też mam czasami  wrażenie, że jesteśmy,  a może kiedyś, w innej rzeczywistości  byliśmy rodzeństwem. 

Wierzysz w reinkarnację Zigi?  Nie wiem  czy wierzę, no ale przecież  wiadomo, że energia  nie  ginie. Popatrz- tyle  lat  cała masa ludzi to usiłuje  rozgryźć i jakoś się  nie udaje.  Nie  dziwi  mnie to, bo to wygląda tak, że gdy jedni  coś odkryją to inni zaraz  usiłują  to zdeprecjonować. Bo nagle tłumy przestały by chodzić  do kościoła, przestały  wierzyć w Boga, niezależnie od tego jakie  by  miał imię. A jeśli się  zastanowić to psychika  ludzka   jakoś  wciąż jest ta  sama, chociaż  zmieniają się warunki naszego istnienia,  zmieniają obyczaje i teoretycznie  jest  postęp  techniczny. Ale nadal nie jesteśmy w stanie  poznać czym jest Wszechświat. Ostatnio czytałem, że być może Wszechświat jest....mózgiem. Ciekawi  mnie  tylko czyim. No to jego właściciel musi być baaardzo duży - stwierdziła Ewa. 

Zigi, a nie wiesz  jak radzi  sobie księżniczka  Burgunda? Czy  my wyciągnęliśmy od jej męża  nieboszczyka wszystkie pieniądze? Zigi uśmiechnął się - oczywiście. Ona teraz usiłuje sprzedać ten teren w Kampinosie i podobno jest  skłonna sprzedawać  jako  pojedyncze  działki, a nie  jako  całość. I, zupełnie   nie  wiem czemu,  źle się o śp. mężu  wyraża. A to, że przez tyle  lat  miała jak u pana Boga  za piecem to nie  wspomina.  

A ty wiesz,  że my też  mamy kawałek  ziemi? Siostra  Roberta gdy  się budowali na peryferiach  Legionowa to namówiła  go na kupno   kawałka  ziemi, bo lepiej inwestować podobno w ziemię niż np. w złoto lub trzymać  gotówkę  w  banku. Ten teren to typowe  nieużytki, pod  lasem, atrakcji mniej niż zero. Zapewne  ładnie  wyglądałby na tle  lasu  domek , ale ja bym tam nawet minuty  nie  mieszkała.Co prawda  widziałabym  z tego domku dom siostry  Roberta, ale to wszystko "w kartoflach", to peryferie  Legionowa. To co oni tam robią - zdziwił się   Zigi. Szwagier Roberta jest po SGGW, ma spory ogród, drzewa owocowe i jakieś pole, ale  zabij mnie- nie  mam  pojęcia co on hoduje. A teraz  ten  "nasz kawałek ziemi" chce  kupić kolega Roberta i tak  się  zastanawiam po licho  mu ten kawałek nieużytku. Bo może mu to  sprzedać a kupić coś bliżej  miasta? I może lepiej gdzieś  na południe od  miasta  a nie  na północ. Legionowo  jako takie  ma połączenie  SKM z Warszawą ale  nie wiem czy rozbudowa  Legionowa  pójdzie  akurat  w tę  stronę. Znasz kogoś w Legionowie kto zna  plany rozbudowy Legionowa? Zapiszę  sobie,  a ty sprawdź  w papierach jaki to teren. Oglądałaś  je? Nie, nie  widziałam  ich  na oczy. No to sprawdź,  bo  może  warto jednak ten  "nieużytek" mieć. 

Będziemy teraz z jego siostrą  na wczasach, to może  czegoś się  dowiem. Wiem  tylko, że  siostra dba o Roberta niesamowicie. To ona  wyprawiła  nam  wesele i  zawsze Robertowi  matkowała a jest tylko dwa lata  od  niego starsza.  

W tym momencie  rozległo się  głośne  pukanie i do pokoju  wpadł jeden  z  pracowników - Karol  zemdlał,  wezwałem pogotowie.  Zigi zerwał się od  biurka i powiedział Ewie - zostań, zobaczę co się  dzieje i  zaczekam na karetkę. Ewa rzuciła  w  myśli przekleństwo -  Karol był jednym  z tych pracowników, których  Ewa najchętniej  by się  pozbyła- często  przychodził do pracy  skacowany i godzinami dochodził  za biurkiem  do stanu używalności.  Poza  tym Ewa podejrzewała, że  brał jakieś  zakazane środki, bo czasami był nadmiernie  pobudzony,  wpadał bez  powodu do ich  "nory" i gadał  nieco  nie  na temat. Już kilka  razy Ewa  mówiła do  Zigi, że Karol się  nijak w tej  pracy  nie  sprawdza,  ale Karol  był kolegą  Zigi  ze studiów i  Zigi przymykał oko na jego ekscesy. Ciekawe- pomyślała- skacowany czy  zaćpany? Kwadrans później  blady  jak ściana wrócił Zigi, był roztrzęsiony.

Głupi  skurwiel - powiedział półgłosem- skacowany i naćpany. Muszę go wylać  z pracy choć to kuzyn  Doroty. Powinienem  był go już  wcześniej  zwolnić,  miałaś  rację. Ciężko  westchnął i  zatelefonował  do Doroty- "kochanie, właśnie przed  chwilą pogotowie  zabrało Karola- był skacowany i  naćpany amfetaminą. Jeśli to przeżyje to będzie  zwolniony  z pracy,  a jeśli nie- to wybacz- ale niewielka  strata i dla  rodziny i dla  społeczeństwa. Wychodzę  normalnie. Zawiadom jego żonę.  Nie  wiem,  do którego szpitala go wzięli, dowie  się  na pogotowiu, wystarczy, że poda jego nazwisko.  Zabrali go żywego. Tyle  wiem.

Ewa zrobiła herbatę  z melisy i  podała mu- wypij, to melisa. Dałam podwójną  dawkę. Pójdę  do  chłopaków.  Jeśli masz ze sobą  fajki, to oddaj mi je. Nie pozwolę byś przez jakiegoś łachudrę wrócił  do palenia. Skąd wiesz, że  mam? Bo jestem   jasnowidzem głupolu. No dawaj. Wychodząc zamknęła go  w pokoju na klucz. Zaraz  po wyjściu  z pokoju wysłała  sms do Doroty. Zadzwoń do Zigi, zamknęłam go  w pokoju, żeby  nie polazł po papierosy. Te co miał przy  sobie  skonfiskowałam.

Gdy weszła do  pracowni powiedziała- jeśli któryś z was ma przy sobie  amfę to lepiej będzie jeśli mi ją odda, bo pewnie  za  chwilę  zjedzie tu policja. I uprzedzam  lojalnie- więcej tu Karola nie  spotkacie. Jeśli wyżyje to będzie  zwolniony a jeśli nie- pójdziecie  na jego  pogrzeb.Nikt tu  w was  nie orze, nie  musicie  ćpać by wydajniej  pracować.  Miłego  dnia  chłopcy. I wyszła z pracowni.

Wróciła do "nory", otworzyła  drzwi z klucza i powiedziała do Zigi: zamknęłam  cię, bo nie  chciałam byś poleciał do kiosku  po fajki. Wiem i rozumiem- rozmawiałem z Dorotą.  Powiedziała, że  zrobiłaby to samo. Ale już nie wychodź,  nie chcę być  sam, muszę się pozbierać, ale  mi łatwiej  z tobą. Strasznie  się zdenerwowałem,  wyglądał jak  trup.  Ewa popatrzyła  na  niego - ty też  jakoś niezbyt  zdrowo wyglądasz. Jesteś  samochodem? Nie,  dziś dałem  samochód Dorocie, bo jechała do  Powsina i przyjedzie  po mnie, razem  wrócimy  do domu. Zaczynamy  zupełnie  jak ty z Robertem. No i dobrze, tak trzymaj.

                                                           c.d.n.


Ryzykantka -49

Wieczorem  Ewa z  tatą szukali nart  i butów - bezskutecznie. A może masz je  córeczko w piwnicy  drugiego mieszkania- dociekała  mamcia. No to wtedy powinny tu być moje  narty i  buty -  zauważył trzeźwo tata. No tak- masz rację, nie  pomyślałam - stwierdziła  mamcia. Kochanie  moje, a  nie  kojarzysz  kiedy ostatni raz z  nich korzystałaś-  spytał Robert.  

Wieki wstecz i zaczynam  podejrzewać, że je  kiedyś oddaliśmy do Domu Dziecka - oddawałam  wtedy różne gry  planszowe,  kilka pudeł książek,     zabawki  i szachy i nie wykluczone, że i narty i buty oddaliśmy, bo  oddałam wtedy wszystkie  granatowe  spódnice, fartuszki  na  szelkach i białe bluzki. A babka, która  to  zabierała nie  mogła się nadziwić, że to  wszystko było takie jak nieużywane. Oni wtedy przyjechali  po te  wszystkie  rzeczy nyską. A ja  z tatą na nartach  byłam ostatni raz w klasie maturalnej, a to wszystko oddawałam  chyba na  drugim  roku. I te  wszystkie rzeczy "ubraniowe" wzięli razem z wieszakami zawieszonymi na takim  długim  stojaku, żeby się  nie pomięły, bo  szkoda. Miałam potem pojechać po ten  stojak,  ale  zapomniałam.

No i dobrze- stwierdził  Robert. Przynajmniej dzieciaki  miały radochę. No to co, kochani rodzice- jedziecie  z nami na Słowację? Jeżeli jedziecie  z nami to wyjedziemy wtedy  w pierwszy  dzień  świąt raniutko, a wrócimy 2  stycznia. A jeśli nie  jedziecie, to my wyjeżdżamy 23 rano i wracamy 2 stycznia.

Nie, my  nie  pojedziemy, nie lubię wyjeżdżać w okresie świąt. Zostaniemy z  Welą i  Pawełkiem - oświadczyła  mamcia. I z psem- dodała  Ewa. Tylko proszę pamiętać, by  nie dawać  mu słodyczy i  nie spoić winem. Wela - będziesz  miała kurs pieczenia  strucli makowej i ciasteczek cynamonowych- roześmiała  się radośnie  Ewa. I  kurs  robienia  karpia w galarecie. Nie lubię  karpia w galarecie- Ewa otrząsnęła  się  z obrzydzeniem. Ale i tak będziesz  miała sporo  czasu by się  przygotować dobrze   do obrony.

A teraz  już na  poważnie. To co  można  wcześniej kupić to  kupimy przed  wyjazdem. Resztę Paweł i Wela pod  kierunkiem  mamci. Jeśli będzie  ślisko, to pamiętajcie by babci i  dziadka  nie  wypuszczać na ulicę. I nie  wypuszczajcie  maluszka na śnieg i mokrą trawę. Tę  zimę spędzi w domu.

Wela - jeżeli  masz ochotę, to możesz zaprosić na  wigilię lub  pierwszy dzień świąt swoich rodziców- albo tych metrykalnych  albo  rzeczywistych- obojętne.  Nie mniej jestem  zdania,  że dla  twojej psychiki będzie  najzdrowsze, gdy na dłuższy moment odetniesz  się od tego. Spędzisz święta  z babcią i dziadkiem i własnym mężem i z psem. Bez  fałszu i  udawania  czegokolwiek. Przed  tobą obrona  pracy i temu powinny być podporządkowane  wszystkie  działania, twoje i nasze.

A wy pojedziecie  sami na tę Słowację?- spytała mamcia. Mamciu, nam samotność we dwoje w  niczym  nie przeszkadza. Tyle  tylko, że pewnie  w tym układzie weźmiemy  pokój w jakimś pensjonacie i może  niekoniecznie tam gdzie  już  byliśmy. Zobaczę co oferuje  Stary Smokowiec albo Tatrzańska  Łomnica.

Gdy  już byli w swojej  sypialni Ewa powiedziała- jeśli idzie  o mnie, to ja się  cieszę, że będziemy sami- mamy rodziców i  dzieci na  co dzień. Ale jeśli chcesz  mieć   jakieś  dodatkowe towarzystwo to możemy dokooptować Dorotę i Zigi, albo , tylko  nie wiem  na ile to realne - Alinę i  Franka. Alina  marzy o kilku dniach bez  Klonów.  Zastanawiam się  tylko, czy z uwagi na okres   zimowy  nie lepiej  wziąć  pokój w pensjonacie lub tzw. apartament, czyli dwa pokoje  z  własnym   salonem- w tej  sąsiedniej  miejscowości jest hotel z basenem i  rehabilitacją. Gdybyśmy jechali z Aliną i  Frankiem to uważam, że powinniśmy pokryć  my  całość- Alina  nam odstawiła piękne  wesele i obdarowała Pawła. Niech  sobie  dziewczyna choć trochę odpocznie. Jak ty, kochanie  moje, to  widzisz? Oczywiście  nie widzę powodu by  spowiadać się  z tego komukolwiek w  rodzinie. Jeżeli  to akceptujesz to zaraz napiszę do Aliny  maila z propozycją by sprzedała dziadkom Klony na  święta.

Robert objął Ewę - akceptuję  wszystko co ty wymyślisz. Świąt  z Aliną   nie  spędzałem od  wieków. To świetny  pomysł. Tylko napisz to tak, żeby  nie  mogła odmówić. Napiszę jej, by sprzedała Klony  dziadkom, bo  załatwiamy święta  dla nich i dla  nas, czyli  dwa pokoje  dwuosobowe.  Napiszę, że  szczegóły podamy później i że  będzie  to w Słowacji. I każę  szybko odpowiedzieć. W pół godziny później już obie  "wisiały na telefonach". Alina  była zaskoczona,  ale zdecydowana  sprzedać Klony rodzinie. Podobała  się  jej perspektywa wyjazdu i spędzenia  świąt poza  domem. Stwierdziła, że w takim razie pojadą ich samochodem, bo to większa bryka i nie trzeba  skąpić  sobie  miejsca na bagaż. Gdy Alina pytała o koszty, Ewa  stwierdziła, że jeszcze  nie  wie, ale na pewno  nie będzie  drogo, chociaż w euro. Robert też  się włączył do rozmowy i Ewa   obiecała, że gdy tylko wszystko  załatwi  zaraz da znać.  A wiadomość, że w domu jest  szczeniak niemal  powaliła Alinę. Robert się tłumaczył, że to  wszystko przez Welę, żeby  "gówniara"  skończyła  studia , bo ma to na wyciągnięcie  ręki a odstawia cyrki, bo się jej chce  dziecka.  

No gdyby tak  posiedziała  z Klonami tydzień to nawet  z tabletkami i prezerwatywami  nie  dopuściłaby do  siebie  chłopa- stwierdziła Alina. No ale ty chyba Franka dopuszczasz jednak-  stwierdził  Robert- bo  w przeciwnym  razie już byś  była  po rozwodzie. No ale on też nie chce  więcej dzieci, więc  się  dogadaliśmy. A jaki ten  wasz psiak?  Śliczny,  czarny cocker spaniel, dałem mu imię   Czaruś. Na razie  leje w pampersy, które  Ewa  robi z podpasek.  Ale jest  śmieszniutki, jeszcze  bardzo  malutki. No to  my przyjedziemy do was  dzień  wcześniej i  zobaczymy tę ślicznotę. Bardzo  dobrze, pośpicie  w naszym pokoju dziennym na sofie   z funkcją  spania, jak głosił napis. To wtedy będziemy  mogli wyjechać wcześnie rano z domu. Zjemy śniadanie i w drogę. Oj to super, już się  cieszę. Przyjedźcie do nas  w najbliższy weekend, dobrze? Nie wiem jak będzie  z dyżurami,  zdzwonimy się jeszcze.

Ewa patrząc się na rozradowanego Roberta  wiedziała, że wpadła na  bardzo dobry  pomysł. Gdy tylko Robert skończył rozmowę zaraz  napisała  maila z zapytaniem o  miejsca w tym czasie i napisała, że potrzebuje apartamentu na  dwie  pary. W pół godziny później nadeszła odpowiedź, że rezerwacja  przyjęta. Podano cenę, numer konta i datę, do której  należy przekazać  zaliczkę. Robert porwał Ewę na ręce twierdząc, że  za moment zje ją z radości. Kurczę, wyszłam  za mąż  za  kanibala- śmiała się  Ewa. 

Ale zamiast Ewę zjeść usiadł do  komputera i zaczęli  przeglądać sprzęt sportowy i odzież  sportową. I tu Ewa się załamała- nie  podejrzewała  nawet, że tak  bardzo zmieniła  się odzież  sportowa. Tak  naprawdę  dla  amatorów, którzy sobie poczłapią na  nartach    dla rozrywki - nie było nic. Narty  śladowe starego typu- zapomnij, że istniały. Narty  biegowe tylko dla tych, którzy uprawiają  narciarstwo biegowe  a nie człapią pomału i dla  zabawy. Ceny odzieży  - nawet Robertowi oko z lekka  zbielało.

W tym układzie   zgodnie  stwierdzili, że po prostu będą tylko i wyłącznie  spacerować i ewentualnie  wypożyczą  jakiś  sprzęt, bo wiadomo, że w wypożyczalni nie  będą to narty wyczynowe. Na jednej  ze stron Ewa znalazła  nawet  spodnie narciarskie, które były dla  niej  dobre rozmiarowo, ale były w  różowo-landrynkowym  kolorze, który powodował u niej wręcz odruch  wymiotny. No ale  byłabyś  dobrze   widoczna- stwierdził Robert. Aż  zadzwoniła do Aliny i powiedziała by zajrzała na tę  stronę. Alina , która  akurat usiłowała  zmusić  jednego z  Klonów do  porządnego umycia  uszu stwierdziła- dziewczyno, ja  jadę tam odetchnąć  od   bachorów a nie uprawiać  sport. Będę chodziła w tym co mam, na żadnych  nartach  nie  jeździłam i  nie będę  się uczyć jazdy  na  nich. Co najwyżej  mogę na  sankach  zjeżdżać. Kupimy sobie  bieliznę  termiczną  w sportowym  sklepie i będziemy w  zwykłych dżinsach, tylko  botki  na jakiejś grubej  podeszwie sobie  sprawię. A jak się  calutki rok  nie uprawia  żadnego  sportu to i sprzęt sportowy  nie jest  potrzebny, bo bez treningu  nic  się  nie  zrobi. Kankan w łóżku to za  mało. Zapytaj  się mojego wspaniałego  brata  kiedy ostatni raz jeździł na  nartach- pewnie nawet  nie pamięta. Na  moje oko to pewnie jeszcze na  studiach. No właśnie - stwierdziła Ewa- ale tak jakoś smutno gdy się wypada  z obiegu. Ewuniu - będzie  super- zobaczysz- zapewniła ją Alina. I weź Ewa  szpilki, bo na  dancing to jak  amen w pacierzu  pójdziemy!Wiesz, Robert  kiedyś dobrze tańczył. Tańczyłaś już  z nim? Nie- co najwyżej tango przytul mnie, ale w pościeli. A że wszystko było na głośniku, Franek pękał ze śmiechu. Na koniec Ewa  powiedziała, że pokoje już  zarezerwowane.  

Ewuś,  a ty lubisz tańczyć? - zaczął się  dopytywać Robert. To naprawdę  jakieś  niedopatrzenie, że jeszcze  razem nie tańczyliśmy. No to trzeba  będzie włączyć  jakąś muzykę i pokręcić się po pokoju. Ale chyba  nie  teraz?  A dlaczego nie? włączymy cichutko jakieś tango. Zaraz znajdę coś na You Tube. Po chwili w pokoju rozbrzmiało cicho tango- "la cumparsita". Ewa szybko wskoczyła w  szpilki a Robert  założył  mokasyny.  Robert naprawdę  dobrze   tańczył. Gdy przebrzmiało Robert powiedział- czy ty wiesz, że to tango jest z1919 roku? Skomponował je Urugwajczyk Rodrigez. A ty kochanie  cudnie  pracujesz  biodrami. Chodź, potańczymy  w łóżeczku.

Dni  mijały szybko, ale  pogoda  była  dość paskudna. Psina  rosła jak  na drożdżach, z dnia  na dzień psiątko było sprawniejsze.  Co prawda  nie  zawsze udawało  mu się załatwić  na tacę, bo maluszek nie pojmował, że jeśli jest  na niej  tylko jedna  przednia  łapka a reszta  poza nią to posika  kojec. Ale Ewa  wyłożyła  kojec starymi ręcznikami, do których była przyfastrygowana  folia.  Co prawda  nagle  zrobiło się  dużo prania, ale ani wykładzina  w kojcu ani to co  pod nią nie   było  zasikane. Ale kupki  jakimś  cudem  zawsze udawało mu się robić na tacę.

Żeby  tradycji  stało się zadość Ewa kupiła prezenty pod  choinkę  dla  wszystkich  domowników, był też prezent dla  pieska - dość miękka,  ale odporna  na gryzienie syntetyczna  kostka i piłeczka. Wela  dostała ocieplane  futerkiem  zamszowe  rękawiczki i ładną bluzkę w  kratkę zielono-czerwoną, oraz  kilka książek. Paweł też "załapał" się na książki, nową koszulę, krawat, nowy  cieplutki  szalik i skarpety wełniane . Dziadek dostał  książki o ogrodach i nasiona do wyhodowania  różnych  roślin, wraz z instrukcją obsługi. Babcia dostała ciepłą  kamizelką z puszystej  wełny, ciepłe  skarpetki oraz przyklejane do podeszew butów antypoślizgowe podkładki. Dla  wszystkich była specjalna  babka włoska. A wszystko razem razem z  już ubraną sztuczną  choinką stało w dużym  pudle  w piwnicy, o  czym  wiedział  Paweł. Był bardzo  dumny, że nagle  stał się opiekunem całej  domowej trzódki. 

Robert co prawda zastanawiał się, jak  sobie Paweł ze  wszystkim poradzi,  ale Ewa wytłumaczyła  mu, że wg wielu  psychologów  obarczenie  kogoś odpowiedzialnością podbudowuje  jego psychikę i nie  przytłacza go wcale,  ale  wyzwala  w nim  nowe dobre pomysły, uczy też  wiary we  własne  możliwości. Poza tym Paweł nie  zostaje nagle  z czeredą  małolatów, którzy mają  pstro  w głowie. Jakby  nie  spojrzeć na mamcię i  ojca, to jeszcze  nie  zdziecinnieli i  nie zdradzają oznak  demencji. Jedyne głupiutkie  stworzonko to psiaczek. No ale  wszyscy są nim  zachwyceni, a on  nie ma tu nic do gadania.

Wiedziona radami Aliny, Ewa  wybrała się któregoś dnia na poszukiwanie  butów na grubej,  ale miękkiej podeszwie, koniecznie  ciepłych. Nabiegała się  po mieście niczym pies  gończy - na próżno. Wszystkie  buty były na  cienkich  podeszwach, jedynie  tzw. "buty  na po nartach" miały grubą  podeszwę i były ocieplane ale cholewka  była z tworzywa  sztucznego i tylko w dwóch  kolorach- czerwonym i  granatowym. W rozpaczy kupiła jedna parę, tłumacząc sama  sobie, że będą  dobre gdy będzie  głęboki śnieg. Ale na pewno nie  będą  antypoślizgowe- na tych  plastikowych  spodach to nawet na parkiecie  można  było kawałek  "pojechać". Zadzwoniła do Aliny a ta  ją pocieszyła- przecież pojedziemy przez Zakopane, więc tam kupimy "filcaki". Filcaki są zawsze albo czarne  albo ciemno-popielate, są lekkie,  ciepłe i  zawsze na bardzo  miękkiej gumowej podeszwie i daje  się  w nich  chodzić  nawet po czystym  lodzie. Zresztą  możemy pojechać tak, by jedną noc zanocować np. w hotelu w Nowym  Targu, bo Nowy Targ ma dobre  zaopatrzenie, jest  sporo sklepów  prywatnych no i jest targowisko. Jak  nie  będzie wolnych  dwójek to możemy wziąć "czwórkę" - jedną noc  nasze  chłopstwo może "pogłodować". Zresztą  będą po całym dniu jazdy. A ja  bym sobie  chętnie  w Nowym  Targu  kupiła jakąś  kurteczkę z owieczki lub  baranka. Oczywiście  Ewie  się ten  pomysł spodobał i zaraz  poszukała   hotelu w  Nowym  Targu. W końcu  upolowała dwa pokoje "dwójki" w motelu, o czym  zawiadomiła Alinę. A więc Alina i  Franek  przyjadą  do Warszawy dzień  wcześniej, skoro dochodzi jeden  nocleg przed  Słowacją. Zawiadomiła też o tym  Roberta, by urlop wziął jeden  dzień  wcześniej. Trochę  narzekał,  ale nie  za bardzo. Obaj panowie zastanawiali  się, czy jechać  w dwa  samochody  czy jednym. Jeśli jednym, to Robert wolałby by jechać  jego samochodem  a nie siedmioosobowym Franka. W końcu spór dotarł na  najwyższy  szczebel, czyli do żon, które  stwierdziły, że lepiej  będzie  jechać  w dwa  samochody, więc w drogę  pojadą samochodem Roberta i "normalnym" samochodem Aliny.

Wela któregoś późnego popołudnia przyszła do Ewy porozmawiać. Powiedziała, że bardzo  dokładnie sama a potem  z Pawłem przeanalizowała to co  powiedziała Ewa o  świętach i.....postanowiła nie zapraszać na te  święta nikogo- ani matki  ani żadnego z ojców i oczywiście   w ogóle  kogokolwiek  z jej rodziny. Ona dopiero teraz widzi jak  bardzo to wszystko negatywnie  na  nią wpływało. A  rodzice Ewy są bardzo  zrównoważeni i bardzo  dla  niej  serdeczni i cieszy się, że będą razem te święta  spędzać. Poza tym ona już na początku lutego  ma obronę, więc  będzie   lepiej gdy się  na tym  skoncentruje. I że ona pomału uczy się też otwartości wobec  Pawła,  a on jest bardzo  wyrozumiały dla niej i nawet ją o wiele  rzeczy podpytuje. I już wcale się  nie sprzeczają i jakiś taki bardziej  czuły  się  zrobił. 

Welu, każde  małżeństwo przez  jakiś czas się  "dociera". Przecież  nie  wychowywaliście  się w tej samej rodzinie, każde z was wyrosło w innym domu, gdzie były nieco inne  warunki i obyczaje. A Paweł miał naprawdę bardzo traumatyczne  dzieciństwo i cud, że to go  nie zdeprawowało, że jest jeszcze  w nim tyle  ciepła i ufności. Jego matka biologiczna  zrujnowała życie i jemu i jego ojcu. Sama nic na tym  nie  zyskała, no może oprócz dużej willi w Warszawie. I nie dziw się, że mu się do posiadania dziecka  nie  spieszy- on wie jaka to odpowiedzialność i chce byście  byli do tego  dobrze oboje  przygotowani. Nie tylko finansowo ale głównie byście byli stabilni psychicznie. Ty jeszcze  nie jesteś w pełni stabilna, ale już się  zmieniłaś. Już mniej w tobie  egzaltacji  a więcej racjonalności. Bo życie  niewiele  ma  wspólnego  z romansem. Przypatruj  się dobrze  babci i  dziadkowi - zobacz ile oni  mają dla siebie  wzajemnie  ciepła i  wyrozumiałości. Podpytaj babcię o to jak  poznała  dziadka,  jakie były  początki ich miłości, jak ona  widzi  małżeństwo. A potem wszystko spokojnie przetraw, pomyśl  co z tego  można  wykorzystać w  swoim  związku. 

A ja bym chciała-niemal  szeptem powiedziała Wela- żeby Paweł mnie tak  kochał jak ciebie Robert. Ewa uśmiechnęła się - my oboje   jesteśmy po traumatycznych  związkach i  zapewne  dlatego jesteśmy tak   bardzo dla siebie  wyrozumiali. Wyrozumiałość to zawsze najlepszy  doradca w  związku. I szczerość. Nie będąc  szczera wobec partnera oszukujesz i  samą siebie. Dlatego tak  namolnie wypytywałam się  ciebie, czy na pewno kochasz Pawła. Zdążycie mieć  dziecko, jesteście jeszcze  młodzi A dziecko jest naprawdę  dużym obciążeniem dla  związku - nagle trzeba  z wielu przyjemności zrezygnować no bo jest w domu ten mały, wrzeszczący tłumoczek. Nacieszcie  się  wpierw sobą a decyzja o dziecku musi być wspólna a nie  jednostronna- to bardzo istotne. Młode dziewczyny nie zdają sobie  sprawy  z tego jakim obciążeniem jest dziecko.  I nie wierz, że istnieje coś  takiego jak instynkt macierzyński - to bzdura. Mamy w genach tylko  zakodowane ich  powielanie i to  wszystko. I jesteśmy  wyposażeni w instynkt przetrwania.

                                                                  c.d.n.


wtorek, 15 marca 2022

Ryzykantka-48

 Rano przed  wyjazdem  do pracy Robert  przyniósł Ewie kawę i wiadomość, że piesek śpi oraz poprosił by umiliła  mu  dyżur i  wpadła do kliniki wczesnym popołudniem, a wieczorem razem wrócą do  domu. Poza  tym doniósł jej że niejaka Wela śpi w  salonie  w fotelu.  Ewa się  roześmiała - szkoda, że  nie odszukała  mojego śpiwora  i nie  położyła się w kojcu razem  z psiakiem. A gdzie jest  Paweł? na drugim  fotelu? Nie, pewnie śpi spokojnie u nich na górze. Przyjedziesz kochanie? No jasne, około czternastej-  muszę  dziś trochę  popracować. A u  mnie byś nie  mogła? Potrzebuję ostatnio ciągle twojej obecności. No ale jeśli będę u ciebie  pracować to wtedy  nie  porozmawiamy- no nie,  ale będę mógł na  ciebie  patrzeć. No dobrze, to nie  nie będę w domu jadła, zjemy razem w kantynie to przyjadę po dwunastej- pasuje? Pasuje. A wiesz, wczoraj bardzo  bystro zerkał na twe nagie  ciałko mój synal. No i co z tego? - spytała Ewa. Widział  zapewne już  nie jedną nagą kobietę. Ale  widziałem, że mu się podobało, znam ten jego wyraz twarzy. No to dobrze, że mu się podobało,  byłoby gorzej gdyby  ci  współczuł, że masz  jakiś rupieć w  swoim  łóżku. No przecież  na Słowacji  widział  mnie   w bikini a jak sam  wiesz, nie jest to zbyt zabudowany  kostium i nie potrzeba  wcale wysilać  wyobraźni by sobie  dośpiewać to czego nie  widać.  Ma  Pawełek młodą, ładną żonę i  na pewno nie  zwraca uwagi na  moje mocno  dojrzałe  wdzięki. Kocham, te  twoje dojrzałe  wdzięki! No to tak  trzymaj i  nie wygaduj głupot bo zacznę sypiać  w koszuli  nocnej i będziesz narzekał, że masz kilometr  materiału by do mnie  dotrzeć.  

Będziesz na  mnie  czekał w swoim gabinecie   czy w  holu? Jeśli nie będzie  mnie  w holu  to podejdź pod  mój gabinet i tam  zaczekaj. Przyjadę autobusem. Czy ty  zauważyłeś, że już  drugi  autobus jeździ na  to osiedle? I staje całkiem  blisko kliniki, tak na oko ze 300m jest raptem  do przejścia. Nie  zauważyłem. Ale to  dobrze, to  w takie  dni będę jeździł  autobusem  a ty po mnie  wtedy przyjedziesz.

Jak  zwykle z trudem się od  siebie "odkleili." Ewa  założyła  ciepły  dres i z ciężkim westchnieniem zabrała się do pracy. W dwie godziny później usłyszała  cichutkie pukanie  do drzwi. Na jej  "proszę" drzwi cichutko się  uchyliły i  wszedł Paweł z psiakiem na jednej ręce,  w drugiej trzymał podpaskę i płat kuchennego ręcznika oraz rolkę  plastra. Mamuś, przepraszam, że cię  nachodzę, ale nie umiem tak  założyć tego  pampersa, naucz mnie  proszę. A ja potem  nauczę  Welę. A gdzie jest Wela,  śpi  jeszcze? Śpi, w  salonie na  fotelu. Nawet  nie  wiem kiedy  mi wyciekła  z łóżka. Zakryłem ją tylko  drugim kocem, zobaczyłem, że ten mały  artysta zlany, więc go tu  przyniosłem. 

Pawełku, podgrzej jego  papkę w mikrofali, ale  wiesz, tak żeby  nie przekroczyć 30 stopni  ciepła i przynieś  porcję  wielkości łyżki  stołowej. Ja go tymczasem przemyję i gdy wrócisz to ci  pokaże tę szalenie  trudną  sztukę   pieluchowania psa. Trzeba  go przyzwyczaić, że mu się pyszczek przemywa  i okolice  siusiaka. Gdy  wrócił z jedzeniem  Ewa już wycierała suchą  chusteczką  ligninową pyszczek a podbrzusze suszyła psu suszarką. Tym  sposobem, tłumaczyła  Pawłowi, pies  będzie  przyzwyczajony do mycia  mu pysia po jedzeniu i mycia i  suszenia  podbrzusza. Nie  będzie  się też  bał dźwięku suszarki. 

Wiesz  mamuś, zastanawiam się, czy tej nocy tylko tata, ty i  ja spaliśmy normalnie? No bo  dziadkowie też jeszcze się  nie pokazali, Wela śpi w tym fotelu jak  zabita.  Ewa się uśmiechnęła- dziadkowie  to pewnie  jakiś  film oglądali do 3  nad ranem, bo późno się wybrali do spania. Poza tym po kimś  mam ten  zwyczaj porannego wylegiwania i miziania się. Mamuś, to ty myślisz, że babcia  z dziadkiem.....jeszcze się  miziają? No a czemu by  nie, przecież  nadal się kochają, a mizianie,  z tego co wiem, nie  wyczerpuje człowieka  fizycznie. A milej  zacząć dzień, jeśli wiesz że nadal  twój mąż cię  kocha, lubi przytulać i  całować i głaskać. 

Zapytaj się taty, czy lubi  poranne  mizianie - pewnie dopiero wtedy  się  zorientuje, że ty nic o istnieniu  miziania się  nie  wiesz. Chyba  zauważyłeś, że w dni  wolne my, jeśli nie  musimy gdzieś  wyjechać to się rano lenimy. A ty mi  mamuś nie  możesz nic powiedzieć o mizianiu? No mogę,  skoro bardzo tego chcesz. To takie różnego rodzaju przytulania,  szeptanie  wzajemne o miłości, przywiązaniu,  niespieszne i nienamolne  całowanki, mówienie o tym co się u ukochanej osoby bardzo, bardzo lubi, to takie  małe  wzajemne  zachwyty swą  drugą połówką, to po prostu takie  utrwalanie  uczuć. To takie  stałe przypominanie sobie  wzajemnie o tym, że się  kochamy i stałe wyznawanie  sobie  tego uczucia - o ile oczywiście  takie uczucie łączy  parę. Zwróć uwagę jak dziadek często babcię przytula, głaszcze po  włosach, nazywa ją  "okruszynką" - to wszystko jest  wyrażaniem miłości. Przecież tata i ja też  często się przy tobie i  moich rodzicach przytulamy,  całujemy - kochamy się, jesteśmy ze sobą  szczęśliwi i nie ukrywamy tego przed bliskimi. Miłość  można  wyrażać na różne  sposoby - to nie  tylko ten  najintymniejszy kontakt płciowy, to też pamiętanie co lubi osoba którą   kochamy, to  kupienie i przyniesienie  nie byle jakiego kwiatka,  ale  właśnie  takiego, jaki ona  lubi, choćby to był tylko mlecz  rosnący  na łące. 

Wyrazem   miłości jest też bardzo uważne  wsłuchiwanie się w to wszystko co mówi do ciebie ta  druga  strona. Czasem mam  wrażenie, że twój tata to nawet moje  myśli odgaduje. Mamuś, bo on cię naprawdę ogromnie  kocha, gdybyś odeszła to pewnie by umarł. Wiem Pawełku, ale ja też go ogromnie  kocham. I nie  zamierzam się  z nim rozstawać. Przecież mamy oboje ciebie, a każde dziecko, nawet dorosłe, potrzebuje  mamy i taty. Mamę to ja mam dopiero odkąd ty jesteś z tatą. Pawełku, lepiej późno niż wcale! A ja jestem  dumna, że uważasz mnie  za mamę.

No to teraz popatrz, jak zrobić ten pampers- rzecz prosta  niczym kij  do szczotki.W tym momencie  rozległo się  pukanie do drzwi a Paweł zawołał- wejść! W drzwiach stała Wela z wielce  wystraszoną miną i......dziadkowie. Szkolenie  zostało powtórzone, tym  razem przygotowano zapasowy pampers. Ewa  orzekła, że  maluszek powinien jak najczęściej być teraz  bez tego  pampersa, by nauczył się  trafiać na tacę do  sikania. I jak najwięcej powinien  siedzieć w  swoim  kojcu  i by tam go zabawiać. On i tak będzie  "przylepą" choć jest to  pies  z rasy myśliwskich. A teraz Paweł da  mu jeść. On  musi jeść mało, ale z 5 razy na  dobę.  I nie  zapomnij mu nalać do miseczki wody  mineralnej,  niegazowanej.  W chwilę potem Ewa była pogrążona  w swoim projekcie.

W klinice wylądowała o wpół do  pierwszej, Robert czekał na  nią w holu i z  dumną  miną poprowadził do swego gabinetu. Ewa opowiedziała  mu o swojej  rozmowie  z Pawłem. Hmmm, mruknął Robert- jakaś mało bystra  ta  dzisiejsza  młodzież albo zbyt leniwa. No popatrz- z tobą  o tym  rozmawia a ze mną  nie. On wyraźnie cię  kocha, a do mnie pewnie  wciąż czuje   żal.

Może i czuje   nadal żal do ciebie, ale o tym to też przecież możecie porozmawiać. Myślę, że to ty powinieneś pierwszy poruszyć ten temat. Wiesz co on  mi dziś  powiedział? Że matkę to ma dopiero od  chwili gdy my jesteśmy razem. Jeśli chcesz to zapytaj się go kiedyś jak ja, jego zdaniem, pasuję do jego wyobrażenia o tym, jaka powinna być matka. A potem  możesz przejść do tematu o tym jak on widzi  małżeństwo nasze,  swoje,  związki  swoich  kolegów. I wtedy będziesz  miał okazję kilka   swoich  mądrości życiowych  "sprzedać".  

Był wyraźnie  zaskoczony pojęciem  porannego  miziania a i ciut  zafascynowany, że babcia  z dziadkiem też się  czasem rankami  miziają. Ale mu nie powiedziałam, że to często jest  nie  tylko mizianie, co tatkę napawa  dumą.  Robert uśmiechnął się - no to teraz wiem,  co tata  miał na myśli tłumacząc  mi, że trening w życiu mężczyzny to rzecz najważniejsza - wtedy nie  załapałem o  co mu biega. Myślałem, że chodzi o jakieś   bieganie lub przyzwyczajenie do dalekich  spacerów, bo dla  niego i dziś spacer od  Dworca Południowego do Wilanowa to jak przejście  się po naszym ogródku. To  muszę tatę  wyciągnąć  na spytki. 

Chodź, kochana moja, pójdziemy coś  zjeść. Potem  około szesnastej zajrzę na oddział, tylko jednego  mam solidnie poskładanego i  zdrutowanego, reszta pójdzie wkrótce  do  domu i przyjdą  następni i będzie ich coraz więcej, bo ranki będą śliskie, używając skrótu myślowego. A ty zaczekasz  w  moim gabinecie. Jesteś naprawdę cudowna, że przyjeżdżasz do mnie. Ja zawsze jesienią i zimą  wszystko gorzej odbieram- te krótkie dni, ten brak słońca wyzwalają  jakieś  ponure  myśli. A  nie chcę brać jakiejś chemii z tej  okazji. Wiem, to szczyt  egoizmu wykorzystywanie  ciebie do leczenia  swoich depresyjek. Ewa przytuliła go - to nie  szczyt egoizmu tylko szczyt zaufania  do mnie. Wiesz przecież, że najchętniej  byłabym z tobą  razem 24 godziny na dobę. I tak udaje się nam być wiele  godzin bliziutko siebie. 

Wyjedziemy na Słowację po świętach. Sami albo nie  sami. To zależy tylko od  ciebie. Myślałam nawet by wziąć rodziców a Pawła i Welę zostawić z domem i psem. Niech wiedzą,  co to  znaczy "uwiązanie" w  domu  z powodu czegoś/ kogoś,  którym  należy  się opiekować. No i  muszę  zaprosić na któryś weekend Irenę i  Andrzeja. Zgadzasz się? No jasne, oni są w naszym wieku i bardzo  fajni. A jak  myślisz, przyjdą z dziećmi? 

Robert, te ich  dzieci to już  dorośli faceci są i  nie  chadzają z rodzicami do znajomych  swych  rodziców. A mieszkają z rodzicami, bo to przecież  duży ten  ich  dom. No i jaka  wygoda! A jak  znam Irenę i Andrzeja to mogą sobie przyprowadzać do domu swoje  sympatie. A gdyby któryś z juniorów nagle odkrył, że mu zabrakło prezerwatyw to mógłby pójść do domowej  apteczki i tam uzupełniłby  braki. Irena twierdzi, że Andrzej na okrągło dba by "towar" był w najlepszym  gatunku i  nieprzeterminowany.

A wiesz , kochana  moja- masz  dobry  pomysł żebyśmy  wyjechali na Słowację- moglibyśmy wyjechać w pierwszy dzień  świąt - albo z  rodzicami  albo z Zigi i Dorotą, bo Zigi  już też  nie pędzluje  stoków na  zjazdówkach. Wrócilibyśmy po Nowym  Roku. Ale musimy się już teraz  zapytać  rodziców czy by  z nami  pojechali. I zadzwonię do naszego Kukeczki czy są na  miejscu narty śladowe  do  wypożyczenia. Na tak krótki czas to nie trzeba  brać wiele ciuchów,  zmieścimy się  w moją  bryczkę.

A mnie się  wydaje, że tata i ja  mamy biegówki i buty do  nich, ale  nie wykluczam, że może moje  buty mogą być dla mnie już za małe, trzeba  porozmawiać  dziś  wieczorem  z rodzicami i wybrać się do tej drugiej,  zamkniętej  części piwnicy. I myślisz, kochany, że ja  dam radę człapać na biegówkach? No pewnie, że dasz radę. Ale jeśli  się  okaże, że można będzie  wypożyczyć na  miejscu narty, to tylko buty z domu weźmiemy. I kupimy sobie nowe  kurtki i spodnie. Wolałbym, gdyby  były narty na  miejscu, bo wtedy  nie trzeba by  montować bagażnika do nart.

                                                                        c.d.n.

poniedziałek, 14 marca 2022

Ryzykantka -47

 Jesień pomału zamieniała się  w  zimę, było coraz  zimniej i zaczęło się poranne  skrobanie  pokrytych szronem  szyb samochodu. Zwołano naradę rodzinną i postanowiono wiatę przerobić na  garaż - i to teraz, zaraz. Bo pomimo zapewnień panów od   klimatu, że  ocieplenie  było tuż, tuż, to póki co było wrednie  zimno i ten  paskudny  szron na szybach! Nawet Paweł, który był dość odporny na różne niedogodności, zaczął narzekać. Boczne ściany wiaty były cały czas opuszczone, a Roberta kolega  załatwił maty ocieplające, które przylegały  do  nich wewnątrz.No ale z budową garażu z prawdziwego  zdarzenia  trzeba  było zaczekać  do wiosny. Robert wymyślił, że w takim  razie weźmie  ekipę, by obudowała tylną i boczną ścianę  wiaty zwykłymi deskami,  zabezpieczonymi tylko wodoodpornie. W tym układzie jedną  ścianę wiaty  stanowiła ściana budynku, a dwie  były  z trzech  warstw-  warstwa  wewnętrzna to były maty ocieplające, potem  warstwa grubego plastiku i warstwa zewnętrzna zrobiona  z desek. Cała ta prowizorka strasznie  denerwowała Ewę a coraz  częściej również Roberta, Pawła a nawet tatę. Ojciec załatwił w urzędzie zezwolenie by wiatę  zamienić w garaż, ale.....była zima, a w  zimę się  nie  muruje! Któregoś listopadowego  poranka, gdy Ewa miała  pracować w  domu, a Robert miał dzień wolny, więc spokojnie jeszcze  wygrzewali się w łóżku, zaintrygowały ich radosne  piski Weli, śmiech Pawła  i paplanina  mamci. Po kwadransie rozległo się delikatne pukanie do drzwi ich  pokoju i cichy głos Pawła- to tylko ja- muszę wam coś pokazać. Wchodź, warknął wręcz Robert, skoro musisz.

Paweł ostrożnie otworzył drzwi - w lewej ręce trzymał nieduże pudełko. Zamknął za sobą drzwi, przykucnął obok łóżka  i odgarnął cienką warstewkę ligniny. Pod tym przykryciem leżał  zwinięty w kłębek bardzo maleńki, czarny jak węgiel psiaczek. Skąd masz tego malca? to strasznie maleńki pieseczek, skąd  go wziąłeś? On potrzebuje matki- stwierdziła Ewa. Już nie, podobno ma już 7 tygodni, była przy  nim kartka. Znalazłem go na  naszych schodach gdy otworzyłem  drzwi. Pudełko  z nim było w dużym pudełku wyłożonym grubo dookoła słomą. Po prostu ktoś  go nam podrzucił. Paweł, podaj  mi szlafrok, goły jestem. Co za  nieodpowiedzialność, mógł szczeniak zemrzeć z przechłodzenia! Ewa z wrażenia  zapomniała o tym, że jak zwykle jest naga i usiadła w łóżku. Paweł zerknął na swą przyszywaną  mamę i pomyślał-  ma świetne piersi, szczęściarz ze  starego! Ale  w tej  chwili Robert podał Ewie górę swej piżamy i "świetne  piersi" zniknęły okryte bluzą piżamową. 

Ewa wyciągnęła maleństwo z pudełka - był niewiele dłuższy niż jej  dłoń, a gdy go nakryła  drugą dłonią przytulił się do do jej  ciepłych  dłoni. No i co  z nim zrobimy?-  zapytała. Babcia i  dziadek są  zdania, że może u nas  w domu zostać, skoro los go do nas przywiał - powiedział Paweł. A  Wela aż się popłakała z radości i omal nie udusiła  babci i dziadka. A co wy o tym myślicie?  Ewa popatrzyła na rozanieloną minę  Pawła a w oczach Roberta wyczytała  aprobatę i  powiedziała - dobrze, niech  zostanie. Ale jeszcze  dziś trzeba  z nim iść do weterynarza żeby go zbadał i zlecił jak i  czym toto karmić. A potem trzeba  kupić dla niego psią  wyprawkę. Ale to  dopiero po wizycie u weterynarza. I do weterynarza to ja się z tym malcem przejdę. Na tym osiedlu jest dwóch weterynarzy, pewnie jeden  z nich przyjmuje  rano. Pójdę z tobą, stwierdził Robert, a potem zrobimy psie  zakupy. Zostaw go na  razie u nas Pawełku, muszę się  z nim oswoić i zrobię mu pampersa. To są i dla psów pampersy? - zdziwił się  Paweł. Nie  wiem, ale on jest taki maleńki, że pampersa  zrobię   mu z podpaski. Dużego siku  taki ociupinek przecież  nie  zrobi, to podpaska wystarczy. A teraz powiedzcie mi prawdę - który z Was tego pieska zafundował Weli? Przyrzekam, że nie  wpadnę w  szał i nie okaleczę ani nie   zamorduję, ani nie wyrzucę z domu. I nie  wkopię przed  rodzicami.  

No dobra - ja wymyśliłem, ale dalsza realizacja to już było Pawła  zmartwienie- przyznał się  Robert. Psina jest  rasowa, ale nie będzie  miała metryczki bo sunia  za dużo maluszków urodziła. Wyrośnie  na cocker spaniela, więc  trzeba  będzie  bardzo dbać o uszka, bo one  u tej rasy są obwisłe i  się  samoistnie   nie  wietrzą- uzupełnił Paweł.  Załatwiłem go przez weterynarza, który leczy psy tego hodowcy. To ten, który przyjmuje w tym wolno stojącym domku obok piekarza. Mamuś , dziadkowie się cieszą z tego pieska,  naprawdę. Bo mogą go bezkarnie  pieścić i  całować i ćwierkać  do niego. Zresztą sama zobaczysz gdy zejdziesz na dół. I rano to go podrzucił personel pana weterynarza. No dobrze - musimy się ubrać, więc zostaw to zwierzę bo muszę  się ubrać i zrobić  mu pampersa. 

Wela i Paweł nie  doczekali się na  zejście  Ewy i Roberta, bo Robert wpierw  musiał "przeprosić" Ewę, że  "spiskował". Poza tym dobrze  rozpoczęty dzień to był ten, który rozpoczynał się od serii pieszczot. Gdy  zeszli na śniadanie w domu byli już tylko rodzice Ewy. Oboje  szczęśliwi, że pieseczek  został zaakceptowany.

Mamcia roztkliwiała się -  nad  szczeniaczkiem. Według  niej był najpiękniejszym szczeniakiem na tej planecie. Zaraz po śniadaniu psina  została zapakowana do wyłożonej kocykiem termo torby i  zawieziona do weterynarza, ale nie tego, o którym mówił Paweł. Ten drugi weterynarz był znajomym Ewy z dawnych  lat. Roberta  nieco zdegustował fakt, że Ewa i ten "wet" mówią  sobie po imieniu, ale odetchnął gdy przyszła żona pana  weta, bardzo ładna  kobieta, koleżanka Ewy jeszcze  ze szkoły. Psiak został wycałowany przez żonę pana weta, Ewa opowiedziała skąd się u niej wziął, koleżanka i jej mąż nie ukrywali, że cieszą się, że wreszcie Ewa  ma przy sobie "normalnego  faceta" a nie to  czupiradło, czyli Julka. Po 10 minutach  wizyty Robert się  czuł jakby oboje  znał od wielu, wielu  lat. Przyznał się, że on był projektodawcą a wykonawcą "zbrodni o nazwie  pies w domu" jego syn. 

Wet i jego żona przyklasnęli temu  pomysłowi - zwłaszcza żona, która  właśnie przez to, że zbyt  wcześnie zabrała się  za hodowlę  dzieci nie skończyła weterynarii - i jak się śmiała - jej kontakt  z weterynarią  zakończył się na wyjściu za mąż za weterynarza i  urodzeniu  mu trzech synów - obojgu marzyła się  dziewczynka, ale rodzili się  sami chłopcy. No a potem, gdy  dzieci były  na świecie to już i ochota na  studia  minęła i czasu nie było.

Ewa nie odmówiła  sobie  przyjemności opowiedzenia o swym  ostatnim kontakcie  z byłym  mężem, a oboje uzupełniając  się opowiedzieli jak  się poznali.

Potem Irena wyciągnęła  katalog firmy  wysyłkowej handlującej akcesoriami  dla  domowych zwierząt i  zaproponowała, żeby wybrali  z niego wyposażenie  dla psiaka, a ona  zamówi je  na siebie, bo ma kartę stałego klienta i dużą  zniżkę. Doradzała im  co warto kupić, a jej  mąż wybrał gotową   karmę dla  maluszka na teraz i na później. Potwierdzenie  zamówienia dostali  natychmiast i  zdaniem Ireny paczka z psim  majątkiem dotrze za dwa  dni, bo Ewa od razu opłaciła zakup.

Weterynarz uprzedzał, by nie przyzwyczajać psiaka do ludzkiego jedzenia, a to które  zamówił dobrze  zna i jego zdaniem jest dobrze  zbilansowane. Potem wymyślali imię  dla psiaka i Robert ochrzcił go Czarusiem, bo maluszek  wszystkich   oczarował.  Bardzo rozśmieszył oboje pampers zrobiony z podpaski. Potem Irena  dawała  wytyczne jak  maluszka  nauczyć  załatwiania się  w domu np. na tacy, która była wyłożona  ligniną. Na razie maluszek mógł być wypuszczany na ogród i dopóki nie  skończy  wszystkich niezbędnych szczepień nie  powinien wychodzić poza ogród. Oczywiście  oboje zostali  nauczeni jak  mają dbać o psie uszka, jak i  czym przycinać pazurki. Kupili też kropelki przeciw insektom. Po niemal godzinnej wizycie umówili się na  dalsze spotkania, tym  razem bardziej towarzyskie, bo Irena  chciała poznać Pawła i Welę. W  końcu  mieszkali blisko siebie i znali  się od dawna.  A, jak  stwierdziła  Irena, ta  "stara gwardia" dogadywała  się  bez trudu. 

Gdy wyszli od weterynarza Robert jęknął - no  nie wiem jak można mieć  trzech  chłopaków w  domu! Ewa się roześmiała - mam wrażenie  że mieć  ich  w domu to tylko część problemu, w końcu to Alina  ma  w domu dwóch. Chyba  większym  problemem jest ich  ubranie i  wyżywienie  i  zapewnienie  im odpowiednich  warunków i wykształcenia. A tak naprawdę to moja wyobraźnia  nie ogarnia trzech  ciąż i porodów. Z urody Ireny została  tylko ładna  buzia- a była to taka  zgrabna dziewczyna! Figurę  miała  jak modelka- 90-60-90. Od facetów to się nie  mogła opędzić. Ooooo, mały się  zesikał i to pewnie  kolejny raz, bo  bokiem pociekło i nie dało rady wsiąknąć.

Ale ten jej mąż też  całkiem niezły  facet pod względem  urody- stwierdził Robert. Ewa uśmiechnęła  się - podobno  kolejki dziewczyn się do niego ustawiały, a wybrał Irenę, bo go  "olewała". I ponoć bardzo  długo go lekceważyła. Znaliśmy  się wszyscy  jeszcze  ze szkoły, on  był w równoległej klasie. A pobrali  się zaraz po  maturze, bo jak mi wtedy  tłumaczyła  Irena, nie  chciała się  z nim kochać pod chmurką na  ławce w parku lub  w lesie na  kocu wśród  komarów i mrówek.

A ty nie  stałaś  w kolejce do niego? Nie, nie  stałam. Nie  zauważyłeś jeszcze, że mnie  nie służą blondyni?  Nawet gdy  są ciemnymi blondynami jak Koczkodan.

W drodze do  domu Ewa  wstąpiła  do sklepu po nieco inne podkładki, bardziej  chłonne. Kupiła ich  całkiem  sporo, bo stwierdziła, że  będzie nimi wyklejać psi "nocnik"  zamiast wykładać tacę ligniną. Kupiła też  kilka  torebek  karmy dla maluszków i buraki, bo  zdaniem Ireny najlepiej jest ugotować  buraki do miękkości, wywarem zalać karmę,  by rozmiękła i  dodać do tego  nieco przetartych buraków i wszystko razem rozmieszać na papkę. Śmiali  się  z Robertem, że najlepiej   będzie jeśli psiunio będzie urzędował w  swoim pudełku na stole w  salonie  lub  w aneksie  jadalnym, bo wtedy  będzie  cały  czas pod  kontrolą. Maluszek i  tak najwięcej  czasu  spędzał na drzemce. Ewa wypisała dużymi  literami,  czerwonym flamastrem  czego nie  wolno pieskowi  dawać a niebieskim flamastrem to co  powinien  dostawać.  Śmiać jej  się  chciało gdy razem  z dziadkami  siedzieli przy  stole na którym  stało pudełko wyłożone  mięciutkim kilka  razy  złożonym  ręcznikiem frotowym,  na którym spał Czaruś a oni pili kawę.

Jakimś "cudem" Paweł i  Wela bardzo  wcześnie  dotarli tego  dnia  do  domu. Na czas obiadu pudełko z pieskiem wywędrowało na  podłogę.  Akurat zdążyli  zjeść, gdy psiątko z  trudem stanęło na  łapkach, zrobiło ze  dwa kroczki i..... raczyło się  zsikać, co  wzbudziło entuzjazm Weli i  Pawła. Ewa czym prędzej usunęła  posikaną podkładkę i przykleiła w to miejsce  nową. Wszyscy chcieli znów przenieść maluszka  na stół,  ale Ewa  zaprotestowała- on się  musi przyzwyczaić do tego, że jest na  podłodze a my nad  nim górujemy.  Dopóki   nie  nauczy  się załatwiać  w jedno  miejsce będzie  miał do dyspozycji ograniczoną przestrzeń- zrobimy  mu kojec, w którym  będzie  miał swoją budkę i tacę do  załatwiania  swych potrzeb. On jest taki malutki, że kojec o wielkości metr na metr będzie dla niego tak  duży jak dla  każdego z nas  boisko do piłki nożnej.  Tato, może znajdziemy w piwnicy coś  jako podłogę  kojca i pokryjemy  ją  resztkami  wykładziny tej  z przedpokoju. Obramowanie dookoła zrobimy z siatki wolierowej, którą kiedyś okrywałeś warzywnik. I tylko trzeba  wymyślić   na  czym ją  rozpiąć, dobrze  byłoby na  czymś, co byłoby  mocowane do podłogi tego kojca. No to chodźmy, popatrzymy co tam  mamy. Po dwudziestu  minutach do  piwnicy wkroczył Robert, więc  dostał do rąk  część  "zdobyczy". Był to  dziecięcy drewniany kojec o bokach 1,5 metra, oraz kawałek wykładziny dywanowej  pasujący do niego wymiarami. Pomiędzy  szczebelkami  kojca Ewa planowała przepleść przezroczyste plastikowe koszulki na  dokumenty, mocowane między  sobą  zszywkami. Ewentualnie można by  zakupić odpowiedniej długości pasek siatki wolierowej. Ale  koszulki już były  w domu,  a po siatkę trzeba by dopiero do któregoś z dużych  marketów budowlanych podjechać. Ewa dała Weli i Pawłowi  wytyczne  dotyczące jedzenia  dla szczeniaczka,  tę noc i pewnie  następną maluszek  miał spędzić już w kojcu, ale w  swoim pudełku,  z którego usunięto jedną  ściankę, by mógł z niego wyjść. W pozostałych trzech ściankach Ewa zbudowała  z  kocyka coś w rodzaju  tzw.  "muszelki" by psina  miała  ciepły, przytulny kącik.

Wela  chciała  koniecznie  wziąć pieska na górę, ale Ewa  zaprotestowała tłumacząc, że pies  będzie  mieszkał na  dole, bo bieganie  po schodach  wcale  nie jest  korzystne   dla  zdrowia psów - i to poparł też  dziadek. Z czasem  zrobi się  barierkę,  by  pies  nie  wchodził na schody.Poza tym on  już teraz  musi się przyzwyczajać do swego miejsca, w którym  będzie  stale przebywał- musi mieć  świadomość, że to będzie dla niego stałe  miejsce, w którym  będzie  się  czuł bezpiecznie. Nie można psu w  głowie  robić bałaganu. Poszła do siebie  na górę i po chwili wróciła z książką o wychowywaniu ......psów i wręczyła ją Weli mówiąc - ja  naprawdę mam obszerną bibliotekę. A ty Pawełku bierz  się za  robienie ścianek kojca, o w ten  sposób. A my z Robertem idziemy zjeść razem kolację, bo on jutro zaczyna 12-godzinny  dyżur, więc musi dobrze wypocząć- idziemy  dziś  wcześnie  spać. A w aneksie jadalnym jest paczka podpasek do przyklejania na tacy. I ustawcie tacę w kojcu w takim  miejscu, by  psiak  do niej trafił.

W pokoju Ewa  mocno  przytuliła  się  do Roberta - dobrze, że nadmiar  swego instynktu macierzyńskiego ta  mała wyładuje  na psie. Może  dzięki temu  będzie nieco normalniejsza gdy  sama będzie  miała  dziecko. A psiaczek jest fajny. Ja to tylko  nie lubię  w domu kotów, bo nie oduczysz  kota wskakiwania gdzie  mu tylko przyjdzie  ochota. Byłam kiedyś u znajomej,  zaprosiła  mnie  na lunch. Ale gdy kot wskoczył mi na stół i usiadł koło  mojego talerza to nie  wyrobiłam,  wstałam i  wyszłam. Ona  się obraziła- przecież kot mi nic nie  zrobił, tylko usiadł koło mego talerza, na którym było jedzenie. Według  niej to ja  miałam  nie wszystkie klepki  na  miejscu. Przecież  ani  mi łapy  nie  wsadził w talerz  ani   mordy, więc nie  rozumiała  w czym problem. Nie  skrzywdzę  żadnego  kota,  ale  nie lubię ich   w domu. Mogę je obserwować, podziwiać ich  zręczność ale nie lubię. A wiesz - ja też   nie lubię  kotów- lubię psy - no może poza jedną  rasą- nie lubię tych bez  sierści. A ten  pewnie  będzie  ładny, o ile  go Wela  nie  zadusi z  miłości.

                                                                     c.d.n.


Ryzykantka - 46

 Przy deserze, którym  był krem czekoladowy z rodzynkami i suszonymi  żurawinami, po kilku słownych zachętach Wela wreszcie powiedziała, że wszystko przez  to, że ona  odstawiła  tabletki antykoncepcyjne, które przepisał jej  lekarz z przychodni, która jest  blisko uczelni. Ona przedtem  brała inne, a on jej przepisał te, twierdząc, że są o wiele  lepsze od tamtych.  

A skąd wiedział, że te  akurat są  dla ciebie  lepsze? Robił ci badania  hormonalne?  Nie, nie robił żadnych badań, nawet mnie  nie badał. Żartujesz  chyba? - zdziwiła się Ewa. Byłaś u niego pierwszy raz i facet ci w ciemno, nawet bez badania rutynowego zapisał inne  tabletki niż te, które  brałaś  dotychczas? I ty je wzięłaś? Wybacz Wela, ale jesteś idiotką. 

Zaklinał się, że skład taki sam, tak  samo dobrze  działają. Ewa nabrała  dużo  powietrza  w płuca i po chwili  zapytała. A co ci po  nich jest? Rozregulował mi się  cykl i zupełnie straciłam ochotę  na seks. No,  rzeczywiście są  w tym układzie antykoncepcyjne- zaśmiała  się Ewa - jako że najlepszą  antykoncepcją jest  brak  seksu. Podaj mi nazwisko tego człowieka. To doktor M., położnik. Ewa zanotowała  sobie nazwisko w komórce i adres przychodni. A teraz  mam do ciebie córciu  dwa pytania - pierwsze- dlaczego  mi tego  nie  powiedziałaś od  razu i drugie- dlaczego nie poszłaś do tego lekarza, który ci przedtem  zapisywał tabletki.  No bo ten jest  blisko uczelni a tamten w  centrum  miasta i przyjmuje  tylko rano. 

No ale spod  twojej uczelni jest autobus do centrum  miasta, poza  tym możesz raz  na jakiś  czas spóźnić się na uczelnię, z tego  powodu nie  zostaniesz wydalona z uczelni.

Ewa załamała  ręce - wiesz Wela,  gdybyś  była z jakiegoś zadupia , gdzieś  spod  wschodniej  granicy i dopiero co  przyjechała do  stolicy, to może bym to  zrozumiała, ale tak to  nijak tego nie mogę  pojąć. I na co jeszcze  czekasz zamiast iść do innego lekarza? Ach, bo  zupełnie  nie miałam  czasu  ani głowy do tego - miałam   problemy w laboratorium, bo ktoś mi grzebał w próbkach. Musiałam na tempo wszystko robić od  nowa.

Ewa  wyciągnęła z kuchennego  notesu  kartkę,  zapisała na  niej nazwisko i telefon lekarki, która  miała  bardzo nowoczesny  gabinet i była  bardzo dobrym lekarzem, wyciągnęła  z portfela pieniądze, odliczyła 300 złotych i  podała wszystko Weli. Ta lekarka  przyjmuje 3 przystanki od twojej  uczelni, gabinet jest otwarty do 21,00 godziny.  Masz się na  "dzień dobry" pochwalić, że jesteś  moją synową. Ja jestem jej pacjentką od wielu lat. I masz powiedzieć o tym draniu, który zmienił ci tabletki bez badania  rutynowego i bez badań hormonalnych. A teraz  powiedz mi jeszcze jedną  rzecz- tylko zastanów się  nad odpowiedzią i powiedz szczerą prawdę - czy jeszcze  kochasz Pawła i czy naprawdę chcesz byście dalej byli małżeństwem, stworzyli razem  rodzinę. Przecież on też chce byście mieli dzieci, ale  chce byś wpierw miała ukończone  studia, bo to jest twój kapitał na przyszłość. A przy małym  dziecku na pewno  nie ukończyłabyś  studiów.  Na uczelni czekasz już tylko na  wyniki prób  laboratoryjnych by je umieścić w pracy. Obronę pewnie będziesz miała przed zimowymi feriami, więc pomyśl jak niewiele ci już  zostało do zrobienia. Zakończ te  studia, macierzyństwo  ci  nie ucieknie, jeśli ci jest  pisane. Jesteś  jeszcze młoda, czas cię nie pogania.

No i jeszcze coś - pamiętaj o dwóch  rzeczach. Mów Pawłowi o wszystkim co dotyczy waszego  współżycia - mów o tym co ci  naprawdę pasuje a co nie i co  chciałabyś by  wyglądało u  was inaczej. Bez tej szczerości wasz związek się  rozleci - wszystkie  związki rozlatują się właśnie  z powodu  braku tej  szczerości i otwartości w tej materii. Gdyby twoja mama była szczera wobec swego męża odeszłaby od niego a  nie zdradziła z byłym chłopakiem i pomyśl ile  rzeczy byłoby wtedy  prostszych. I zapamiętaj  też, że dbanie o własną rozkosz i rozkosz partnera nie jest czymś grzesznym czy  niewłaściwym.

No więc jak ? Paweł czy rozwód? Zastanów  się nad odpowiedzią- ja ci nic  nie podpowiem- masz  dziecino wybór. To twoje  życie, nie  moje. Ja mam już swoje ustawione.

Ewa spokojnie zabrała się  za  zmywanie tej  niewielkiej ilości  naczyń, na  koniec przemyła mikrofalówkę. Sprawdziła zawartość  zamrażarki i dwie  paczki spakowała by wziąć do domu.

Mamuś, przepraszam, że sprawiłam  ci kłopot. Kocham  Pawła, nie chcę  byśmy się  rozstali. I dziękuję ci, że na  mnie  nie nakrzyczałaś. 

Wela- krzykiem  nikt  niczego  nie ugra. Tylko spokojna  rozmowa może obu  stronom  coś wyjaśnić. Powiedz o  wszystkim  Pawłowi - o tym o czym  rozmawiałyśmy i o swoich potrzebach, preferencjach lub  obawach. I  nie  zapomnij o tej wizycie  lekarskiej. Gdy się  po dyplomie  zdecydujesz na  ciążę ta lekarka cię  poprowadzi. I możesz z nią o wszystkim porozmawiać- co dotyczy  współżycia a potem poprowadzi  twoją  ciążę i odda pod  opiekę  zaufanego  położnika. Bo ona  już odeszła  ze  szpitala. Praca w  szpitalu  położniczym jest mordęgą, a ona  ma kłopoty  ze  zdrowiem.

 No to  zbierajmy  się  bo nasi  chłopcy  pomyślą, że poszłyśmy "w  miasto na podryw".

A druga  rzecz- jeśli  brakuje  ci jakichś informacji  dotyczących spraw damsko- męskich na różnych płaszczyznach to mi powiedz- nie  brakuje w moim  zbiorze książek wielu naprawdę wartościowych i wiarygodnych  pozycji. 

Gdy wróciły do  domu Robert popatrzył na obie  i  zażartował - zobacz  Paweł, mam  wrażenie że utyły po tej  wspólnej  kolacji. Weli to by się  nawet przydało, stwierdził  Paweł. A co jadłyście na  kolację?-dopytywał się Paweł. Kurczaka i pyszny krem czekoladowy z rodzynkami i żurawinami. Oooo, to prawie tak jak my, tylko nam nikt  kremu  nie  zafundował. I słusznie - dobry  kogut to chudy kogut  a nie  zapasiony - stwierdziła Ewa. A krem  czekoladowy tuczy. Ale  przecież  żaden  z nas  nie jest  zapasiony - obruszył się  Robert.  No popatrz Wela, myślałam, że mamy w domu  mężczyzn, a oni twierdzą, że są kogutami. Może  adresy pomyliłyśmy.

Nie  wiem jak wy, ale ja już jestem  śpiąca, a jutro  normalnie  pracuję, wy  chyba też? No to czas do  łóżek kochani,  dobrej  nocy wszystkim.

W czasie  wieczornych  ablucji Ewa w skrócie opowiedziała Robertowi o rozmowie. Sprawa  lekarza M. Roberta oburzyła. Gdy już się kładli do  łóżka  powiedział - już wiem, skąd  znam to nazwisko - on wypuścił z gabinetu pacjentkę z wyciekającym płynem owodniowym i kobieta   straciła dziecko. Co prawda  nie  wiadomo czy by  wyżyło, bo to był początek a  może połowa siódmego  miesiąca, no ale to jest  stan zagrażający i  dziecku i kobiecie. Powinien  był wezwać karetkę by ją odtransportowali do szpitala. Nie  rozumiem jak ktoś go może trzymać w jakiejkolwiek przychodni. Dobrze, że jej  dałaś  namiary na  swoją lekarkę. Robert, a  ten  twój przewodnik seksuologiczny jest  tylko  dla  panów czy i dla  pań?

A co,  chcesz poczytać? nie,  ale  dałabym do poczytania  naszej  synowej, bo odniosłam  wrażenie, że jej wiedza  w tej dziedzinie jest szczątkowa. No i może niech Paweł też sobie  poczyta, niech  chociaż jedno  z nich ma większą  wiedzę na ten temat. Bo Wela to ma jakiś melanż w głowie. Z jednej  strony wie, że antykoncepcja nie jest "be, seks też nie, a z drugiej strony techniki  zastępcze to terra incognita, bo tak to  tylko "dziwki" robią. Ciekawe skąd  w jej  rodzinie  ktoś wie co "dziwki" robią. Ja na przykład nie wiem. A ty Robercie? 

 Ja wiem, trafiłem w życiu na jedną - one po prostu  żerują na  naiwniakach. Ale  miałeś szczęście - przeżyłeś, a ten  drugi nie. Napisali w nekrologu, że nieodżałowany, wspaniały stomatolog. I były wyrazy współczucia dla pogrążonej w rozpaczy żony. Koledzy po fachu też zamieścili nekrolog, ale  żonie  nie  składali wyrazów współczucia. 

Skąd to wszystko wiesz? Z Gazety, muszę  czytać  prasę żeby wiedzieć w którą  stronę idzie  rozbudowa miasta, itp.   Zigi prenumeruje na firmę i codziennie mamy  gazetę. Na dole,  w holu jest kiosk z gazetami. Wpierw ją  czyta mamrocząc pod  nosem  Zigi,  ale przy kawie ja  czytam to  czego on  nie przeczytał. I też się tak pyta: a skąd ty to wiesz? Śmieję się,  że jedno z nas  czyta tylko nieparzyste  strony a  drugie tylko  parzyste.

Zadzwonię  jutro do mojej ulubionej pani ginekolożki i powiem jej, że trafi  do  niej  moja  synowa, której wiedza w temacie płciowym jest poplątaniem  z pomyleniem, więc   niech ją podszkoli przy okazji w teorii.

Kochany, a czy ty jutro masz  jakiś  luzacki dzień, że jeszcze  nie śpimy? Prawie luzacki, mam tylko jeden zabieg i to dopiero o godzinie 13,00. Ale to zabieg, którego  nie lubię robić.  Będę usuwał tzw. ganglion i to niestety  spory. To taka precyzyjna dłubanina. A na koniec będzie opatrunek gipsowy i  ręka przez jakiś czas w górze na temblaku. Bo to taka  nieco przeterminowana  sprawa. Nie lubię tego robić, bo zabieg jest tylko pod  znieczuleniem  miejscowym a każdy pacjent któremu coś  robisz pod miejscówką to swój  strach ukrywa  pod nadmierną  gadaniną. I czasem trzeba takiemu niezbyt  miło powiedzieć żeby się zamknął. Ale i tak  jeszcze bardziej  nie lubię robić rozcięgna, na którym się robią gruzły i trzeba je usuwać, ale tak, żeby  ścięgna  nie uszkodzić.  Kiedyś robiłem ganglion całkiem fajnej  młodziutkiej  dziewczynie. Była cierpliwa, siedziała jak  trusia ale gdy  się  dowiedziała, że ręka będzie  na temblaku i w gipsie to się straszliwie  rozryczała. Myślałem, że przestało  działać  znieczulenie i wołam pielęgniarkę, a ta dziewczyna  taka  zapłakana  mówi - a ja po to  poszłam na ten  zabieg bo chciałam  jechać do Zakopanego na  narty i mam pokój  zarezerwowany i jak ja pojadę? Śmiać mi się  chciało, ale musiałem  być poważny, choć trudno  było. Nie  pojechała, bo  musiała przyjść w dwa  dni później na kontrolę, ale ja  w tej przychodni  bywałem tylko raz  w tygodniu i  potem przy innym wylewała łzy, że jej  Zakopane  nie  wypaliło.

W dwa  tygodnie później Wela trafiła do lekarki  poleconej jej  przez Ewę. Ewa kazała by jej  towarzyszył Paweł, mówiąc, że każdy kulturalny  mężczyzna towarzyszy swej żonie  gdy ta idzie do lekarza tej specjalności, bo często lekarz musi męża o  czymś poinformować lub  przepytać. Paweł był wstrząśnięty - myślałem, że tylko wtedy gdy kobieta jest  w  ciąży. Nie tylko - to jest  mało przyjemna wizyta, więc  kobieta  musi mieć  wsparcie a poza  tym czasem lekarz ma jakieś  wskazówki odnośnie  współżycia bądź antykoncepcji i woli je sam przekazać partnerowi kobiety, żeby  wszystko było jasne  i  zrozumiałe. I ja będę w gabinecie  podczas badania Weli? Tak, będziesz oddzielony zasłoną. A gdy lekarka będzie  rozmawiała z Welą po badaniu, to będziesz  od razu  wszystko wiedział, będziesz siedział obok Weli. 

Co cię tak przeraziło? To jest bardzo miła pani, nieco starsza ode  mnie i ma córkę dorosłą.  Czasy się  zmieniły, gdy Wela będzie  rodzić będziesz mógł być cały czas z nią razem. Niewątpliwie sama czynność "robienia  dziecka" jest przyjemnością,  a rodzenie go już nie, ale dlaczego  mężczyzna ma mieć  swój udział tylko w tej przyjemnej części a kobieta ma  sama znosić  trudy  porodu? Chyba jesteś na tyle nowoczesnym facetem że  to rozumiesz? Ale ja źle znoszę  widok krwi. Ty  będziesz stał w trakcie  porodu obok jej górnej połowy, trzymał za rękę, ocierał pot  z czoła, pocieszał, całował. Nie będziesz tej krwi widział, dolna połowa rodzącej  jest schowana  za ekranem. No to  może to przeżyję. Robert parsknął śmiechem -Paweł, ale gdy teraz  będziesz na  wizycie to nawet gołej  pupy  swej żony  nie  zobaczysz, nie rób  z siebie  synku  niedojdy. A mama ma rację, to  bardzo miła i kulturalna pani. To wy też tam  chodzicie razem? - zdziwił się Paweł.  Robert wzruszył ramionami - przecież  my  wszędzie chodzimy razem. Kochamy  się,  póki co to jesteśmy legalnym małżeństwem więc  nie wiem co cię to tak  dziwi. Znamy wzajemnie  swe ciała, nie wstydzimy się  swej nagości- bo nie ma czego.

Po wizycie u pani doktor Wela i Paweł wrócili uśmiechnięci i zadowoleni. Wela przytuliła się do Ewy mówiąc- jesteś  dla mnie lepszą mamą  niż moja mama biologiczna. A pani doktor poświęciła  nam  całą  godzinę, potraktowała nas  jak własne  dzieci. Nawet  nie  wiedziałam, jak  bardzo była  mi ta  wizyta potrzebna. Paweł też jest  zadowolony. Pozapisywałam sobie  masę wiadomości, żeby to sobie  w głowie utrwalić. Paweł co prawda o niektórych  rzeczach  już wiedział, ale ja  się podszkoliłam. Mam tabletki na trzy  miesiące,  a potem wystarczy gdy  zadzwonię  do recepcji i przyjadę odebrać  receptę. A gabinet i cała ta mini  przychodnia jest  super. Ewa i Robert odetchnęli.  Nie wyglądało to  już źle.

                                                                    c.d.n.


niedziela, 13 marca 2022

Ryzykantka-45

 Robert był bardzo  solidnym  człowiekiem. W najbliższy nie operacyjny  dzień  wziął dzień urlopu i  pojechał ze  swym teściem na testy. Wizyta  starszego pana , jego  dobrowolne wzięcie  udziału w testach i  badaniach  lekarskich  wzbudziły lekką  sensację. Drugim  zaskoczeniem  było to, że starszy pan  nadal miał w porządku  wzrok i słuch i przeszedł wszystkie testy. Obydwaj byli  tymi  wynikami  nieco zaskoczeni, a ojciec Ewy  wręcz dumny. Wracając  do  domu  wstąpili do księgarni, gdzie kupili najnowszy plan  Warszawy.  No widzisz ojciec - zdenerwowałeś się  wtedy,  nie  miałeś  ze sobą  planu miasta i dlatego tylko pobłądziłeś a nie  dlatego, że już się nie  nadajesz na   kierowcę- cieszył się  Robert.

Namawianie  Ewy na  nowy  samochód nie  powiodło się - nadal twierdziła, że to bez sensu. Natomiast jeżeli Robert koniecznie  chce  by był jeszcze  jeden  samochód w  rodzinie, to niech  kupi  nowy  samochód Pawłowi- ona  nie ma nic przeciwko temu. Według  Ewy  ona mogła dzielić  się  samochodem  z Pawłem, zwłaszcza, że Paweł też za często  nie korzystał z samochodu, bo też miał kłopoty  ze znalezieniem miejsca do parkowania  blisko uczelni. Ewę poparł też jej tata, bo jak  twierdził, on też mógł Pawłowi użyczać  swego  samochodu -  nie  korzystał z niego  codziennie, a poza  tym odkrył takie udogodnienie  jak  wózek na  zakupy, dzięki któremu mógł połączyć dwie  rzeczy - spacer i  zakupy. Do  dobrze  zaopatrzonego marketu było około 1,5  kilometra, wózek  miał dość duże  koła i nie było ciężko go  ciągnąć. Można było nim nawet po schodkach wjeżdżać lub  zjeżdżać.

Zigi, tak jak  obiecał Ewie, przyjrzał się  swoim pracownikom i odbył z nimi bardzo męską rozmowę na temat "stroju roboczego", wyglądu i  czystości. Zabronił również bezceremonialnego wchodzenia  do swego gabinetu, bo to jest  teraz również gabinet Ewy.  A gdy któryś wybierał się na   postanie pod  budynkiem to miał o  tym zameldować jemu lub Ewie. I razem  ze  zjazdem i wjazdem  oraz  paleniem  miał się  zmieścić się w  30 minutach. A jeśli komuś się to nie  podoba- nie  ma  sprawy - droga wolna,  może odejść. Nikt  nie jest przykuty do  podłogi  łańcuchem.

Małżeństwo wyraźnie wpłynęło na Zigi korzystnie. Zawsze teraz  był ogolony,  czysto i  starannie ubrany i jakoś w  widoczny  sposób spokojny. Niecenzuralne  wyrazy przestały  fruwać po szefowskim gabinecie. W gabinecie od teraz  zawsze wisiały w dostępnym miejscu  teczki z założeniami opracowywanych aktualnie projektów, wszystkie  podpisane. Oczywiście nim  to nastąpiło personel  dowiedział się, że pomylenie zawartości  teczek  grozi śmiercią  lub kalectwem bo takie pomylenie  świadczy o  kompletnym braku urządzenia  zwanego mózgiem. Raz  na   dwa tygodnie była organizowana  "burza  mózgów" ale i wtedy obowiązywały  dobre maniery.  I właśnie na  owej  "burzy  mózgów" któryś  wpadł na  pomysł, by wziąć udział w  akcji "sport to zdrowie" i wykupić dla pracowników wstęp na  halę sportową by  mogli  pograć w siatkówkę dwa razy  w  tygodniu w okresie od  września do końca  kwietnia. 

Pracy  nie  brakowało, bo w stolicy wciąż   brakowało  mieszkań. Ci co od  wielu  lat  mieszkali w  blokach  coraz  częściej mieli ochotę  zmienić  mieszkanie w bloku na własny domek i kawałek  trawnika  zamiast  balkonu. Warszawa "puchła"- po prostu  duże  miasto  dawało pracę, o którą  na prowincji  nie było łatwo. Ponad  milion ludzi  dziennie przyjeżdżało codziennie  do Warszawy do pracy i to nawet z dość odległych miejscowości. I dla osoby, która dojeżdżała do pracy do  Warszawy  z odległości ponad 70 km a czasem nawet z dalszej, osiedle oddalone od centrum  miasta "zaledwie" o 40 km to żaden  problem.

Ewa nadal nie  bywała  w biurze w poniedziałki i piątki - w te  dwa  dni pracowała  w domu. Zigi nie  bywał w biurze co  drugi czwartek.  Dni,  w które jedno  z nich pracowało w  domu były bardzo  wyczerpujące dla ich telefonów i każdy  miał  wielki problem, by się do nich dodzwonić. W związku  z tym postanowili, że zafundują  sobie dwie nowe komórki, których numerów  nie podadzą  nikomu poza  swoimi "połówkami".

Ewa  zauważyła, że Paweł coraz  częściej  bywa ponury a Wela często bardzo późno wraca do  domu. Podzieliła się  tymi  spostrzeżeniami z Robertem, który  stwierdził, że jedyną osobą  w tym  domu, która  mogłaby  coś  z Pawła  wyciągnąć to jest  właśnie  Ewa. Bo chociaż się  Robert  naprawdę  bardzo  starał, to pomiędzy  nim  a Pawłem nie  nawiązała się  nić  wzajemnego stuprocentowego  zaufania i bliskości. Nie  dziwiło to zbytnio Roberta - widocznie   zbyt  długo i zbyt  skutecznie Harpia  zwalczała uczucie  syna  do ojca. A wiadomo, że  wszystkie  nasze lęki i  urazy  z dzieciństwa bardzo ciężko jest  z umysłu wyplenić.  I sądzisz kochanie  moje, że on  mi się  zwierzy z tego co go gryzie? 

Robert skinął głową- tak i obaj będziemy z tego  powodu  szczęśliwi, bo "skubaniec" wie, że ty mi o tym  wszystkim  powiesz ale wie  też, że ja  z nim tego tematu  nie  poruszę, bo sam  mi nic nie  powiedział.  No dobrze, wyciągnę go  zatem w sobotę do Piaseczna, do ogrodnika- obiecałam ojcu, że dokupię miniaturowych iglaków. "Dwunastkę"  masz w tę czy w następną  sobotę? W tę. Ale pomimo tego ogrodnika  wpadniesz do mnie? No jasne, przecież zawsze  wpadam,  nie  mogę być tak długo  bez ciebie, wiesz o  tym. Poza tym nie mogę  zawieść twojego  personelu- mogliby  pomyśleć nie wiadomo  co -  zaśmiała się Ewa. 

W tę sobotę mam dyżur z doktorem L.- wiem, że on  cię  bardzo lubi, więc  spędzimy  miłe popołudnie i kawałeczek wieczoru- stwierdził Robert. To ja pewnie przyjadę tak między 15,00 a 16,00 - Paweł  mnie  podrzuci  do ciebie gdy będziemy  wracać z Piaseczna, podeślę ci sms gdy tylko skręcimy w Aleję Wilanowską. Zaczekasz na  mnie w holu? Oczywiście, niech mają frajdę patrząc jak się  łaszę  do ciebie- śmiał się Robert. Ale wiem, że dałem przykład i nie jesteś  jedyną żoną która wpada na  dwunastogodzinny  dyżur. Żona  doktora  L. była już  dwa razy, bo udało się  jej odstawić  dzieci do matki. I bardzo się obojgu takie  spotkanie podobało, bo  mogli  swobodnie  sobie  porozmawiać, bez podsłuchu, bo  dzieciaki to istne  urządzenia  podsłuchowe. Idealne do  szpiegowania.

Ewa śmiała się. Ja też zawsze starałam się podsłuchiwać dorosłych, ale  moi to rozmawiali o  samych  zupełnie nieciekawych  sprawach, najczęściej o pracy taty a to mnie  zupełnie  nie interesowało. Robert śmiał się - ojciec  mówił, że byłaś słodkim  dzieckiem, ale niesamowicie  upartym- podobno u ciebie "nie" to było stuprocentowe "nie", bez  dyskusji. 

A ty, jakim  dzieckiem byłeś ty? Ja  byłem zapatrzony w Alinę - wszak była ode mnie  starsza o  całe  dwa lata i zawsze się  mną  rządziła. Robiłem co chciała, mówiłem co chciała. Tylko raz zlekceważyłem to co  powiedziała i wpadłem  w  szpony  Harpii. Wiesz, ty jesteś jej ulubienicą. Powiedziała  mi po naszym ślubie, że kocha  cię tak, jakbyś była jej siostrą. A na dodatek  zapowiedziała  mi, że gdybym  cię  skrzywdził to przestałaby mnie kochać, po prostu przestałbym  być jej  bratem. Nie  mogła  darować ojcu, że zmusił mnie do ożenku z Harpią a mnie, że ją "przeleciałem". Gdy chorował i  miał bóle to  mu powiedziała, że to kara  za grzechy, które popełnił wobec  mnie i wobec naszej  mamy. Bo ojciec był despotą. Pewnie  się  biedak w  grobie  przewraca gdy  widzi jak ja ciebie kocham i  traktuję. I wiesz,  gdy twój ojciec  mówi, że jestem prawdziwym mężczyzną, bo cię  traktuję  z szacunkiem i  miłością to zawsze  myślę, że mojemu ojcu ciężka  ta  ziemia, pod którą  leży. Bardzo lubię, a nawet darzę uczuciem twoich  rodziców, a twój ojciec dał i daje  mi nadal więcej uczucia  niż ja   miałem od  rodzonego ojca.

No tak, z westchnieniem  powiedziała Ewa -  w życiu  dzieje się wiele dziwnych rzeczy. Mamcia chciała mi  zapewnić jak najlepsze życie, a w gruncie rzeczy unieszczęśliwiła  mnie małżeństwem z Julkiem. Ja  szukałam lekarza a  znalazłam  miłość  swego życia i dorosłe  dziecko, które "uwnukowili"  moi rodzice. A ty stałeś się ich ukochanym zięciem. Gdybym coś "margnęła" na ciebie to pewnie by mnie oboje pobili. A ja nigdy  nikogo  tak nie  kochałam jak kocham  ciebie. A na dodatek jestem  dumna, że jestem  twoją żoną. 

I martwię  się o Pawła, bo Wela wydaje  mi się coraz  mniej  zrównoważoną  dziewczyną, chyba ją  nieco przeceniłam.  Ale nawet jeśli ich  związek nie wytrzyma próby czasu nie jestem  za tym, by go na siłę zszywać - to nie  miałoby sensu. Sensowne jest tylko to, żeby Paweł wiedział, że jesteśmy z nim, po jego stronie i że rozpad małżeństwa to nie  koniec świata.

Też tak myślę. Nawet jeśli się rozejdą, to i tak  będzie  mu nadal łatwiej  niż było mnie, bo ma  wsparcie, którego ja  nie  miałem. I nie ma dziecka. Wela ma nieco dziwną tę rodzinę i być może  przemożna  chęć wyjścia  z tego domu była motorem jej dążenia do ślubu  z Pawłem, może było w tym od  początku zbyt  mało uczucia. Byłoby dobrze, gdyby to wszystko  nie zaburzyło jego doktoratu, bo już sporo pracy w to włożył.

Ewa zamyśliła  się i dość długo milczała. Zastanawiam  się, czy "wywiad" zaczynać od  Pawła. Może powinnam podjechać któregoś  dnia po Welę na uczelnię i  z nią porozmawiać na  początek. Bo ona to raczej  nie  zwierzy się ze swych problemów własnej matce. Nic  dziwnego,  skoro latami jej  matka ukrywała przed nią fakt, że ojciec  "papierkowy" nie jest jej ojcem  biologicznym. Jestem w stanie  wyobrazić sobie  co przeżyła ta dziewczyna gdy to odkryła. Co o tym  sądzisz? Wiesz, chyba  masz rację. Paweł ma nas, ale mam wrażenie, że  Wela  nie ma takiego  zaplecza u siebie - zgodził się Robert. Zróbmy tak.

Jeszcze tego samego wieczoru Ewa przepytała się Welę w które  dni wychodzi z uczelni o "ludzkiej porze", bo chciałaby  zabrać ją na  babskie  zakupy. Słysząc takie  pytanie  Robert wytrzeszczył ze  zdumienia  oczy, ale  nic  nie  powiedział. Wela co prawda powiedziała, że ona to właściwie niczego  nie  potrzebuje , na co usłyszała, że Ewa potrzebuje i chce by jej  Wela  coś  doradziła. Wela zajrzała do notatek i stwierdziła, że może to być w środę, bo we wtorek to ona siedzi do 19,00 w laboratorium. Ewa uśmiechnęła  się  radośnie i stwierdziła, że są w takim  razie umówione. W pokoju wytłumaczyła Robertowi, że tym sposobem Wela  nie  wie, że ona  we wtorek przyjedzie po nią  na uczelnię. Na  wszelki wypadek przyjedzie z pół godziny  wcześniej. Robert uśmiechnął się - ty się Ewuś  marnujesz - powinnaś pracować w  wywiadzie albo w policji. No jasne - po  wtorku  się do nich  zgłoszę do pracy. Sama jestem  ciekawa co wydobędę z tej  dziewczyny.

We  wtorek,  zgodnie ze  swym  planem Ewa czekała na Welę. Samochód  zaparkowała przy  wejściu do ogródków działkowych. Mniej  więcej dziesięć  minut przed godziną dziewiętnastą z głównego budynku wyszła Wela. Ewa do niej  podeszła i powiedziała - zabieram  cię dziecino na kolację - zjemy ją tylko we  dwie i porozmawiamy. Ale Paweł będzie  się denerwował, że   mnie  jeszcze  nie  ma. Nie będzie, wyślij  mu sms, że jesz  dziś kolację ze mną. Chyba, że wolisz bym ja  mu wysłała taką wiadomość. A dokąd pójdziemy na tę kolację, bo ja  nie lubię jeść w  restauracji. Wiem o tym  kochana i zjemy kolację  w domu. Chodź, mam  nadzieję, że mi jeszcze  nikt nie podwędził samochodu. Samochód na szczęście jeszcze stał, była to  zapewne  zbyt wczesna  godzina dla  złodziei. Ale  gdzie my jedziemy, dlaczego tu skręcamy? Bo jedziemy do mojego mieszkania. Tam zjemy razem  kolację, bo ja też  nie lubię jeść, zwłaszcza  kolacji, w jakiejś knajpie. Zobaczysz po prostu  mieszkanie, w którym mieszkałam przed ślubem z Robertem, teraz jest własnością  Pawła i stoi puste, a ja tu wpadam okazjonalnie by sprawdzić,  czy  wszystko jest w porządku. Klucze od  niego mam tylko ja. Mamy dziś na kolację biusty kurczaka nadziewane pieczarkami , czyli to  samo co oni na Sadybie dziś jedzą. Do tego sałatka z kapusty pekińskiej. Biusty podgrzejemy w  mikrofali. Bardzo dawno z tobą nie rozmawiałam na  poważne tematy, za co cię przepraszam.  A myślę, że raz na  jakiś  czas dobrze jest porozmawiać poważnie nawet na trudne tematy. Wysłałaś  Pawłowi sms?  Jeśli jeszcze nie to wyślij, żeby się  nie dręczył gdzie i  z kim jesteś. Co prawda Robert by mu  za jakiś czas powiedział, że jesteś  ze mną, ale będzie taktowniej, gdy ty to zrobisz. Wela posłusznie wysłała do Pawła sms -" jestem na  kolacji z twoją mamą".

Wela, powiedz mi tak  zupełnie  szczerze- czy Paweł spełnia   twoje oczekiwania? Czy masz do niego  jakiś  żal?  Bo mam wrażenie, że coś  się w  waszym  związku niesamowicie krzywi. Nie  pytałam  go o to, Robert też się go o  to   nie  pytał. Uznałam, że  wpierw powinnam o  tym  porozmawiać z tobą. On jest na  swoim terenie, ma  zaplecze w postaci ojca, mnie i rozpieszczających go przyszywanych  dziadków, więc jesteś  w nieco trudniejszej sytuacji. Ty  chyba zapomniałaś,  albo nie potraktowałaś  poważnie tego, co ci  kiedyś  powiedziałam- idzie mi o to, że możesz  mi  zawsze powiedzieć  wszystko co  budzi twój  niepokój lub ci nie odpowiada  w  zachowaniu Pawła lub  kogokolwiek w naszym  domu.

                                                                           c.d.n.





sobota, 12 marca 2022

Ryzykantka- 44

Rozmowa obu par na temat zakupu nieruchomości w  Juracie odbyła się na  parkingu już blisko Warszawy. Siedzieli  w  samochodzie Zigi i pili  kawę. Pierwsze poruszyły temat obie  panie - i obie zgodnie stwierdziły, że ich  zdaniem nie jest to dobra inwestycja bo: daleko od Warszawy, trzeba będzie poszukać  kogoś  zaufanego, kto będzie tego doglądał, a jeśli zdecydowali by się na  wynajmowanie wczasowiczom, to wtedy praktycznie  cały rok musiałby się  tym ktoś odpłatnie  zajmować. Ewa dodała, że wtedy logika  by nakazywała by tam spędzali  swoje  urlopy, ale jej  się wcale nie marzy by stale jeździć w to samo miejsce, kolejne "nie" to fakt, że  sezon wynajmu jest dość krótki, a ktoś  musi  się tym cały rok  zajmować, bo przecież  tam będzie   cały czas włączone ogrzewanie, żeby dom nie chłonął wilgoci no i ostatni argument - Bałtyk nie jest morzem  ciepłym, a obie panie  lubią ciepłe morze. Zigi i Ewa twierdzili, że im ten "dom w  domu" wydaje  się podejrzaną inwestycją, ale  nie mają  czasu na dociekanie, tym bardziej, że musieliby w tym  celu jeździć do Gdańska i tam w urzędach  sprawdzać czy to wszystko legalne itp.. Na  koniec obie  panie  stwierdziły, że skoro one  cały rok gotują obiady, muszą dbać o  zaopatrzenie,  to w  czasie urlopu chciałyby  mieć ten problem "z głowy", a w Juracie są kłopoty by dobrze  zjeść, bo nawet jeśli wykupią jakieś obiady w którymś z domów  wczasowych to będzie to  żywienie zbiorowe, nie  będzie  można zjeść  tego na co ma się ochotę.

Cała  czwórka  była  zadowolona, że tak szybko i   zgodnie  rozwiązali problem. Zigi stwierdził, że rano zatelefonuje  do tego właściciela i powie  mu, że rezygnują z kupna tej  nieruchomości. A jeśli będzie  się dopytywał, to  mu powie,  że dostali  ciekawszą propozycję nad  cieplejszym  morzem i będzie to  koniec  dyskusji. Co do  nieruchomości nad  cieplejszym  akwenem Robert opowiedział o swoim doświadczeniu  w tym względzie.

Zadowoleni, że tak zgodnie  myślą, ruszyli do Warszawy. O godz. 22,30 wszyscy byli już w swych domach, o czym  się wzajemnie  poinformowali.

W domu czekała Roberta niezbyt  miła  wiadomość- na "dobry wieczór" Paweł go poinformował, że poszukuje go  Harpia, która właśnie  została  wdową po  panu dentyście. Robert się  tylko roześmiał - przecież nie jestem przedsiębiorcą pogrzebowym, nic jej  w tym nie pomogę, pomyliła adres. A powiedziała czego chce? Tak- ma dla ciebie  propozycję, jej  zdaniem  nie do odrzucenia- żebyś w tym   domu założył prywatną przychodnię chirurgiczną. Jeszcze mi powiedziała, że jeśli ja tego z tobą nie  załatwię, to ona mnie  wydziedziczy, nie dostanę  ani złotówki w spadku  po niej. A ja  jej powiedziałem, że nawet gdybym  miał umrzeć z głodu to i tak  każdy  spadek po niej odrzucę. Chciała bym cię  dał do telefonu, ale  powiedziałem  zgodnie  z prawdą, że cię w Warszawie  nie ma, na co usłyszałem, że pewnie  dlatego nie  może się do ciebie  dodzwonić.  

Robert wyciągnął z  kieszeni komórkę - popatrzył i  powiedział- faktycznie  dzwoniła, ale ponieważ u mnie  figuruje jako "obcy" - nie odbierałem. Mam  całą listę "obcych" i tych telefonów nigdy  nie odbieram. Gdybym je odbierał musiałbym przez 3/4 dnia   tylko tym  się  zajmować . Ale przeglądam co 2,3 dni i jeśli jest tam numer, który znam to czasem oddzwaniam. Po prostu mam osoby, z którymi rozmawiam pogrupowane i każda  grupa ma inny dzwonek, a ci "obcy" którzy  mają mój numer nie wiadomo skąd są sygnalizowani sygnałem firmowym, więc ja  nie reaguję na takie dzwonki. 

Oooo, stwierdziła Ewa to ciekawe a ja w której grupie  jestem? W wydzielonej - od ciebie  to nawet na  operacyjnej mogę odebrać. Przed każdą operacją ustawiam  cię tylko na wibrowaniu, bo telefon mam przy sobie, wtedy wiem, że  dzwoniłaś-  ale odkąd jesteśmy po ślubie wiesz jaki mam rozkład  dnia i  tylko raz  zadzwoniłaś gdy operowałem. I już nawet  nie patrzyłem  jak mi pacjenta  zszywają, tylko szybko wyszedłem. A gdy nie operujesz? - drążyła temat Ewa. Masz oddzielną, własną  melodyjkę -  "You are my destiny" A ja? -spytał Paweł. Ty- w grupie  rodzina a z tobą babcia, dziadek, ciocia Alina,Franek, Wela, teraz dopisałem i Zigi żeby  mi dał znać jakby się co  z mamą działo. 

A co ma   się  ze mną  stać?- zdziwiła się Ewa. Nie  wiem, ale  wiem, że bluszczyki są na ścianie pracowni a dostęp do  nich tylko po wejściu na wysoki  stołek. Ja tam nie  wchodzę, panie  sprzątające je  podlewają -wyjaśniła Ewa.

Tato, a czy mógłbyś  wytłumaczyć  Weli, że jej rodzice  nie są twoją  rodziną?  A co się stało? Jej matka ma skierowanie  do szpitala na urologiczną  operację i chce leżeć w twojej klinice i wymyśliła sobie, że skoro jesteś teściem Weli to możesz jej matkę tam umieścić. 

Robert tylko ciężko westchnął- przydałaby się  tej pani operacja mózgu. W tej klinice  nie wykonuje się  wszystkich  operacji jakie istnieją. I chyba  wcale  żaden urolog  nie przyjmuje. Niech sobie  twoja  teściowa poszuka urologa na  stronie "dobry lekarz", idzie  prywatnie na wizytę i wtedy może się  dostanie  do prywatnej kliniki, która ma chirurga- urologa, powiedz to synku Weli. Albo ja jej to jutro powiem, bo teraz to idziemy z mamą spać.

Gdy Paweł wyszedł Robert jęknął -myślałem, że to rozsądniejsza dziewucha. A Ewa, którą ta sprawa rozśmieszyła  powiedziała: no wiesz,  "zawsze można się pomylić- rzekł jeż  złażąc ze  szczotki".

Poniedziałek Robert  miał  wolny, więc oboje  dłużej pospali, potem Robert zszedł na dół przygotować  dla  nich śniadanie i  zaniósł je do ich pokoju dziennego. Na dół zeszli dopiero około czternastej. Mamcia i ojciec Ewy byli w ogrodzie, więc Robert dołączył do  nich, a Ewa przypatrywała się im wszystkim  z okna  aneksu jadalnego rozmyślając o tym, że Robert jest dla  niej  wyraźnie  podarunkiem od  losu. Uwielbiała go - słowo  kochała  nie oddałoby tego  wszystkiego, co do niego  czuła. Podziwiała jego wiedzę, która  nie  kończyła  się na sprawach  zawodowych. Był bardzo oczytany, interesowały go różne  dziedziny nauki, czytali te  same książki, lubili tych  samych kompozytorów i  malarzy, śmieszyły ich te same  dowcipy. I bardzo, bardzo dbali o  siebie  wzajemnie. Gdy były bardzo  chłodne  dni Robert zawsze  sprawdzał, czy Ewa jest odpowiednio ubrana,  nie  zdarzyło się, by choć  raz nie  zapytał czy może jej  w czymś pomóc . Wiedziała, że Robert nadal  cierpi z tego  powodu, że nie zawalczył kiedyś o Pawła, a poprzedniego wieczoru, gdy  Paweł mówił o swojej matce, bez trudu  zauważyła  jak bardzo trudno  było Robertowi powstrzymać  się przed jakąś niewybredną uwagą pod adresem Harpii. Ale jednak się  powstrzymał. I za to  wszystko też go  podziwiała. Któregoś wieczoru coś ją podkusiło i zapytała go ile było kobiet przed nią, bo sądząc po jego umiejętnościach, to  musiało ich być wiele, bo podobno tylko  trening  czyni z faceta wspaniałego  kochanka, a on umie dokonać tego, że ona niemal mdleje z rozkoszy w jego ramionach. Robert usiadł na łóżku - już ci raz mówiłem i powiedziałem ci prawdę. 

A teraz  wstań i chodź ze mną, bo jak sama tego nie  zobaczysz na własne oczy, to  powiesz, że  zmyślam. Wziął ją za rękę i podprowadził do regału  ze  swoimi książkami. Wśród różnych  mądrych książek z dziedziny medycyny w jednym z  atlasów medycznych była rozpadająca  się książeczka  pod tytułem  "seksuologia". To właśnie  moja  nauczycielka, mój przewodnik po  świecie intymnym. Ale gdybyśmy się  nie  kochali, nie byłoby to tak silnym przeżyciem dla nas obojga. To uczucie  wszystko potęguje. Nasz pierwszy raz  mnie dosłownie  powalił. To wszystko przed tobą to było tylko mechaniczne zaspokojenie żądzy, rodzaj masturbacji. Bo ja  żadnej z  nich nie  kochałem i nie obchodziło mnie  co one do  mnie  czują. Chciały seksu, godziły się na seks- to go miały. I naprawdę były to tylko trzy kobiety, razem  z Harpią. I naprawdę nie obchodziły   mnie  ich  doznania, czy szczytowały czy też nie. Nie jestem z tego powodu dumny. I jeszcze  coś - nie  wspomagałem się wtedy tą książeczką, choć ją  miałem.  Ale nasze uczucie sprawiło, że każde nasze  zbliżenie jest  dla mnie i dla ciebie wspaniałym  doznaniem. Gdyby  autor tego podręcznika jeszcze  żył- złożyłbym mu podziękowanie, że wiem  jak  mogę  sprawić  rozkosz nam obojgu. No ale ja jestem zupełnie  zielona w tej  dziedzinie- wyszeptała Ewa. W tej dziedzinie,  kochana  moja, obowiązuje jedno prawo- jest  akcja to jest i  reakcja- dlatego sięgnąłem po tę książeczkę. A teraz to nawet ona  nie jest nam potrzebna. Naprawdę cię kocham, Maleńka.

Ewa patrzyła przez okno na Roberta i wracały jej wspomnienia tego pierwszego razu. Była wzruszona, ale była też niezmiernie  szczęśliwa. Otuliła się  szalem i wyszła do ogrodu i zaraz objęły ją ramiona Roberta. Nie zmarzniesz?  wieje chłodny wiatr, zaraz ci przyniosę kurtkę. Nie zmarznę, to przecież kaszmirowy  szal, a więc  wełna. A poza tym ty  mnie osłaniasz od wiatru a do tego mam ciepły pulower. A pod nim pewnie  tylko gołe  ciałko- zgadłem?  Tak , zgadłeś. No to idę po kurtkę, skoro nadal chcesz być w ogrodzie. I nim Ewa  coś odpowiedziała ruszył biegiem do  domu. A co się Robertowi stało - zdziwił się ojciec. Nic, tylko pobiegł po kurtkę  dla  mnie. No i dobrze  zrobił - prawdziwy z niego mężczyzna- podsumował ojciec. Tato, a  zapytaj  się Roberta  czy  możesz dać swój  samochód Pawłowi. Och, dobrze  że mi przypomniałaś córeczko!

Ewa uśmiechnęła się - no to się  dowiem co było przyczyną jego pobłądzenia i paniki że już nie powinien prowadzić  samochodu. Robert przyniósł Ewie  kurtkę, pomógł jej ją  włożyć, dokładnie  zapiął i na koniec Ewę przytulił i ucałował szepcząc  jej  do ucha- wolałbym  co prawda cię  rozbierać, no ale skoro chcesz  być w ogrodzie to  musiałem cię ubrać. Ewa uśmiechnęła  się- nic  straconego ty mnie  dziś rozbierzesz, ja  ci w tym  nie  pomogę. Gdy Robert  już opatulił Ewę, Tata podszedł do  nich mówiąc- Robert, chciałbym cię o coś  zapytać - tylko  powiedz  mi szczerze-  w tym  momencie  Robert  mu przerwał mówiąc -  jeżeli chcesz  mnie zapytać, czy  nadal  kocham  Ewę to mogę  cię  tato  zapewnić, że nadal i coraz  bardziej ją  kocham- odpowiedział Robert. Oj, to to wiem, ale chcę  cię  zapytać, czy nie  poczujesz się  dotknięty, gdy dam Pawłowi  swój  samochód? - bo on jednak  już nie jest nowiutki, jest  z tego samego roku co  samochód Ewy. 

Ojej, jak  możesz  się o coś  takiego pytać w sytuacji, gdy  robisz  Pawłowi  prezent?  To jeszcze  całkiem dobry  samochód i wcale  nie stary. Ale ty  mi lepiej  powiedz,  dlaczego chcesz  się  pozbyć tego  samochodu? Kupujesz  nowy?  Nie, nie  kupuję,  ja  po prostu powinienem już  zrezygnować z prowadzenia  samochodu. Dlaczego, robiłeś  badania i  ci nie wydali już prawa   jazdy? Czy  może  gorzej  widzisz lub  słyszysz?  Nie  nie robiłem żadnych  badań,  ale miałem  pojechać do znajomego do  Zalesia  i się  zgubiłem. Nie  dojechałem do tego  Zalesia i ledwo potem  do  domu  trafiłem, tak  się  zdenerwowałem. Robert przytulił ojca- wcale   mnie  nie dziwi, że się  zgubiłeś. Warszawa się  bardzo  powiększyła, powstały  zupełnie  nowe osiedla i nowe ulice i po prostu trzeba sobie  przed  wyjazdem z  domu przepatrzeć trasę albo nawet  zapisać  którędy jechać i najlepiej  mieć  ze sobą w  samochodzie plan  Warszawy. Zawsze wtedy  można  się gdzieś  zatrzymać i przejrzeć trasę. Ale  wiesz  co - jeśli  czujesz  się niepewnie i masz jakieś  zastrzeżenia do swej jazdy, to mogę  z tobą pojechać na  badania diagnostyczne  dla  kierowców. Badają wzrok i słuch i mierzą  czas reakcji. I  albo je przejdziesz  albo nie- ale wtedy będzie twoja  rezygnacja  z prowadzenia  samochodu uzasadniona. A ja planowałem, żeby  kupić Ewuni nowy  samochód a ten  dać Pawłowi, bo on  mu się  bardzo  podoba- że nie  za duży i zrywny. A Ewa twierdzi, że jej to  żaden  samochód  nie jest  potrzebny, bo w  mieście  nie  ma  gdzie  parkować, więc jeździ do pracy  autobusem. Ja tylko się  dowiem gdzie  są te  badania  dla   kierowców, w jakich  godzinach i wtedy tam razem  pojedziemy- zgadzasz się?  No pewnie, że się  zgadzam! Jesteś  zupełnie  taki, jakbyś był  moim  synem, to naprawdę nadzwyczajne! To może poczekaj Robercie  z tym kupnem  samochodu  dla Ewy, bo jak odpadnę  na tych sprawdzianach to będzie  samochód  dla Pawła. Dobrze,  powiedział Robert. A my  chyba  mamy jakiś  plan  Warszawy, więc  ci dziś do wieczora  go przyniosę.

                                                                   c.d.n.