sobota, 4 lutego 2023

Lek na wszystko?- 49

 W końcu listopada zatelefonował Franek. Żalił się, że ojciec nie chce razem z nimi polecieć na Djerbę. A to taki czas, że wreszcie  można bez  omdlenia  z gorąca trochę po całej wyspie pojeździć. Trochę jest wtedy deszczowo, ale temperatury "przystępne" na ogół w  dzień to jest 18 stopni a w nocy o stopień niżej. I Franek wymyślił, żeby w takim razie pojechać  całą "kupą" - Kaziki z juniorem i seniorem oraz oni z ojcem Franka i wtedy starsi panowie będą się razem raźniej czuli. Kazik wysłuchał wszystkiego cierpliwie, na kartce napisał zdanie "ja się na to nie piszę" i powiedział do Franka - tak naprawdę to nie jestem za wyjazdem z tak malutkim  dzieckiem poza  Polskę, ale jeśli Tesia będzie bardzo  chciała jechać to być może pojedziemy, dam ci ją teraz  do telefonu. 

Teresa stwierdziła, że absolutnie nie pojedzie zimą z dzieckiem "w świat daleki", a jeśli Franek nie chce by ojciec  był sam w święta, to żaden problem - na czas nieobecności Franka i Joanny ojciec Franka  może bez  problemu zamieszkać w Warszawie, w mieszkaniu ich taty i wtedy spędzi też z nimi święta i Sylwestra. Starsi panowie  się lubią, świetnie dogadują no więc to tylko kwestia dogadania szczegółów. W końcu Otrębusy  nie są na drugiej półkuli i co kilka dni Kazik albo Krystian mogą podjechać z jego tatą by sprawdzić, czy " w domu i  zagrodzie" jest wszystko w porządku. Po tej rozmowie entuzjazm Franka odnośnie zimowego wyjazdu na Djerbę spadł w okolice 0. Dodatkowo Teresa poinformowała, że Alina jest w odmiennym  stanie, dziecko powinno się urodzić na przełomie marca i kwietnia, więc oni wolą nie wyjeżdżać z Polski, żeby być na  miejscu i w razie jakichś zawirowań wspomóc oboje. Na razie co prawda wszystko przebiega jak trzeba, no ale  ciąża to "rzecz nabyta" i może być różnie. No nie  miałem pojęcia, że taka u was jest sytuacja- oczywiście masz rację i dobrze, że tak podchodzicie do tej sprawy.

Po skończonej rozmowie Teresa powiedziała  do męża - myślałam, że jego starokawalerskie nawyki już mu minęły. Ale miło z jego strony, że planował byśmy wszyscy razem gdzieś się wybrali. Jak znam Franka i życie, to za kilka dni, najwyżej za tydzień stwierdzi, że w tym układzie wigilia ewentualnie pierwszy dzień świąt będzie u nich.  I w tym układzie zastanówmy się co wolimy by było u nas - wigilia  czy świąteczny obiad w pierwszy  dzień świąt. Ja myślę, że może by wigilię zrobić u nas, by po nocy nie tłuc się do tych Otrębusów.  Jeśli się w  wigilię zasiedzą to przenocują w mieszkaniu taty. Ale  nie  wykluczam, że pojadą na Djerbę  sami a Franek załatwi ojcu jakieś wczasy lecznicze. Nie mam pojęcia jakie są układy rodzinne Joanny, bo może jest bardziej związana z rodzicami niż to postrzega Franek. Jak nasz ślicznotek będzie  miał z 5 latek, to wtedy będziemy z nim wyjeżdżać na  zagraniczne wojaże. Z wielką przykrością  zauważyłam, że dalekowzroczne planowanie  nie jest w  tym kraju dobrą rzeczą - zupełnie jakby się żyło w pobliżu  wulkanu. Pewnie znów pojedziemy do Sophie i  Kurta - bardzo polubiłam oboje - bardzo mili, życzliwi i przytomni ludzie. Czułam się z nimi tak, jakbym  znała ich "od  zawsze". Sophie mi bardziej odpowiada psychicznie niż Alina bo zawsze  szuka  jakiegoś logicznego i dobrego rozwiązania a nie  wpada w panikę. Alina jej do pięt  nie dorasta. I myślę, że to nie tylko kwestia  wieku- bo wszak jest ode mnie  starsza- ale i usposobienia. 

Kazik uśmiechnął się - obaj  z Kurtem wiedzieliśmy, że się polubicie, bo macie ogromnie  dużo punktów stycznych. Z kolei my z Kurtem też  się świetnie  zawsze dogadujemy - i na linii służbowej i w życiu  prywatnym. Poza tym jeśli Kurt wie coś znacznie  lepiej ode  mnie to tak pokieruje rozmową, że mam szansę by  samemu na to wpaść i wtedy on jest w przysłowiowym  siódmym niebie, że na to wpadłem. To facet, który niczego ludziom nie  zazdrości i jak  zauważyłem to dość rzadka  cecha obecnie. Mam żywy przykład jak  być dobrym i mądrym ojcem. Gdy się dowiedział, że będziesz miała cesarkę to chciał byśmy do nich przyjechali i byś była tam operowana. I powiedział, że 80% szans, że druga ciąża  może  nie być taka jak pierwsza to za mało by ryzykować drugie dziecko i tylko teoretycznie cesarka to teraz "pestka". I tak fajnie  powiedział -wiesz, pestka jest malutka  ale też się można  nią udławić. I jest pełen podziwu dla ciebie, że wzięłaś ten trzyletni urlop, bo z góry wiadomo, że zawsze po takiej trzyletniej przerwie jest kłopot z powrotem  do pracy. A teraz tym bardziej. Ale na razie to nie ma problemu. My też  się hodowaliśmy w domu aż do chwili pójścia do szkoły i jakoś nam  to nie zaszkodziło.

Mnie  chyba jednak w jakiś  sposób  zaszkodziło chodzenie do szkoły - bardzo nie lubiłam chodzenia do szkoły. Nudziłam się tam straszliwie, bo już umiałam czytać i dostawałam  drgawek gdy  dzieci dopiero uczyły się liter. I potem te lekcje z tym dukaniem i składaniem liter w  wyraz. No normalnie roznosiło mnie. Oni gryzmolili  z trudem literę "a" a ja w tym czasie wyrysowałam pół strony literek i pół strony szlaczków. A i tak poszłam rok wcześniej do szkoły. W drugiej klasie to się nieco mniej nudziłam, ale chodziłam na ósmą do szkoły, więc musiałam wcześnie  wstawać by przed wyjściem  z domu zjeść śniadanie, co  mnie przyprawiało o mdłości. Dopiero wtedy mama wpadła na pomysł, bym rano jadła zupę z dnia poprzedniego- bo zupy to mi jakoś wchodziły, ale mleko i kakao to nigdy. A jajka to tylko w postaci kogla-mogla utartego z jedną łyżeczką kakao. A nie  miałam żadnej alergii pokarmowej czy też "skazy białkowej"- cokolwiek  to znaczy. Mama była przeze mnie wciąż nieszczęśliwa - miodu,dżemu do ust nie wzięłam, już sam widok ich na stole był mi niemiły. Każde mięso na talerzu podlegało u mnie rozkładowi na  czynniki pierwsze - najmniejszy skrawek tłuszczu lub jakaś żyłko czy też innego rodzaju włókienko było starannie wydłubane i odsunięte na brzeg talerza. Zresztą wolałam mięso  na  zimno. Na ciepło to pożerałam tylko serdelki. Nienawidziłam ryżu na  słodko, który  mama uwielbiała, więc ryżu nie  jadłam. Zupy pomidorowej  też nie jadałam -wg mnie to była trucizna. Ryby- tylko sardynki z puszki, żadnej  ryby smażonej lub gotowanej lub, nie daj Boże, w  galarecie. Raz jedyny w życiu byłam na koloniach letnich- przez miesiąc jedyne co tam jadłam to był razowy ,  bardzo świeży chleb z twarogiem doprawionym  cebulą. Chleb przyjeżdżał do nas prosto z piekarni i był często jeszcze  ciepławy. Dzieciaki po tym  chorowały, ale mnie nic  nie było. Schudłam wtedy 3 kilo- 3  kilo w 4 tygodnie u siedmiolatki to był chyba jakiś rekord. Dożywiałam  się  czarnymi jagodami, bo były w pobliskim lesie, do którego codziennie  chodziliśmy na  spacery. Nie  lubiłam  makaronów, wolałam   kartofle. Naleśniki też były trucizną, bo były z serem i dżemem.

Kazik wpatrywał się w Teresę z wielkim zdumieniem, w końcu powiedział - słucham tego jak  bajki o żelaznym wilku!  Co cię tak odmieniło?  Teresa  zaśmiała  się głośno - zdziwisz się, ale wyjście z domu rodzinnego. Mama była bardzo kochana, ale jakoś nie  wpadła na myśl, że kiedyś będę przecież  musiała coś  sama ugotować.  Zaczęłam kursować po księgarniach i kupiłam  sobie książeczkę o kuchni indyjskiej.

Przepisy  były głównie wegetariańskie. Wypróbowałam  wszystkie, tyle  tylko, że nie  waliłam do  wszystkiego ani tak dużo pieprzu ani cukru jak w przepisach. Zrobiłam z tego "kuchnię  indyjską w polskiej wersji i do dziś wiele przepisów nadal stosuję. Pokochałam łagodne curry i wiele innych przypraw w ich łagodnej  wersji. Potem połączyłam te przepisy z przepisami z "normalnej" książki kucharskiej i to jak teraz  gotuję to mariaż polskiej kuchni z różnymi  innymi narodowymi kuchniami- mam podejrzenie, że jedyne  czego Robercik do dziś żałuje, to właśnie moje gotowanie. Mamie i tacie też to moje  gotowanie  pasowało, tyle tylko, że  na ogół nie mówiłam nigdy "co jest w środku". A ja często robię i meksykańskie   jedzonko i chińskie i indyjskie. Dopóki sama nie zaczęłam pichcić to kurczaka nie  jadłam, a teraz sam widzisz - 80% mięsa u nas to drób. Jeden z naszych  znajomych, który miał okrutny pociąg do pichcenia zrobił "kurs gospodnika" i marzyło mu  się,byśmy razem otworzyli jakąś knajpkę. Ale ponieważ mu się nie tylko to marzyło, a mnie się nie marzyło w 100% to co jemu, no to "naszej knajpki" nie ma.

Kazik słuchał z wielkim  zainteresowaniem- w końcu zapytał- a ten facet ma jakąś restauracyjkę? A w ogóle co to za nazwa "gospodnik"?  Teresa  zaśmiewała  się - no tak naprawdę to nie wiem- tak  się ten kurs nazywał i dawał uprawnienia do otwarcia własnej niedużej knajpki lub baru. Widocznie  wyraz
"gospodnik" dobrze  się kojarzył poprzednim władzom. Bo słowo "restaurator" brzmi  zapewne zbyt burżuazyjnie czy też kapitalistycznie. Zapewne ów "gospodnik" to mógł założyć gospodę, czyli lokal o wiele niższej  randze niż restauracja. Po rosyjsku "gospoda" to pan, więc  chyba  nie tu trzeba  szukać pochodzenia nazwy  "gospodnik".  

Ja to  się nie nadaję do takiego biznesu i zapewne splajtowałabym po kilku miesiącach, bo wiem, że nie  da  się smacznie gotować z marnych surowców.  Sprawdzałam wtedy z tym facetem  - trzeba  mieć  niezłe  zaplecze finansowe na początek, żeby w końcu coś zarobić. W dwie osoby to byśmy nie  wyrobili - to musiałby być biznes rodzinny , zwłaszcza na początku.Poza tym jest tyle przy tym biznesie przepisów sanitarnych, że aż strach. I wcale  mnie nie  dziwią ceny w Europejskim, bo cena jedzenia  nie bierze się tylko z ceny produktów i ich obróbki cieplnej- jest cały sznureczek wydatków nim podasz  jedzenie na stół.  Facet twierdził, że mam naturę eksperymentatora i szalenie  mu moja kuchnia  odpowiadała. Bo ja ciągle mam ciągoty do wypróbowywania  kuchni innych narodów. Najmniej mi odpowiada kuchnia azjatycka. Obejrzałam  w życiu sporo filmów stricte kulinarnych i  zawsze  coś mi w głowie  z tego zostaje i mieszam naszą kuchnię z innymi . Na pewno moje risotto jest nieco inne niż prawdziwe  włoskie, ale moja paella i meksykańska różnią  się głównie ostrością. No i moje chili con  carne też  zapewne jest mało meksykańskie, bo ja nie lubię ostrego chili, ale połączenie fasoli, kukurydzy, mielonego mięsa i ryżu w mojej wersji jakoś wszystkim  smakuje. 

Wiesz kochany, każdy jeden biznes prywatny to jest jak włożenie głowy w pętlę sznura szubienicy - może się pętla zacisnąć w najmniej oczekiwanym momencie, a ja nie mam zacięcia ryzykantki. Poza tym życie mnie nauczyło, że rzadko można polegać w 100% na personelu, a wszystkiego nikt sam nie upilnuje. Poza tym już  się  ostatnio  "naszefowałam" i wcale  mnie nie ciągnie by być czyimś szefem. Zapewne jestem po prostu za mało ambitna.

Rozumiem  cię w pełni- mnie też  nie ciągnie  do szefowania. Na razie zbieram materiały do doktoratu a  potem  chyba się zatrudnię na  Politechnice. Wolę uczyć niż pilnować pracy dorosłych. I być może będzie to strzał w dziesiątkę. Na razie zbieram materiały. Czy pojechałabyś ze mną na jeden  dzień do Modlina? Jeden dzień to może  tata z Aleksem zostać. No ale po co ja mam tam z tobą jechać? - zdumiała  się Teresa. Co ja będę tam robić? Nie znam  się na  samolotach, za lataniem  to zbytnio  nie przepadam.

Nic tam  nie będziesz musiała  robić, po prostu będziesz  ze mną. Możemy  się nawet dla przyjemności przelecieć helikopterem, tam jest dobry sprzęt. A ty będziesz go pilotował?  Nie, będę siedział obok  ciebie i szeptał ci do ucha  czułe słówka -  jak wiesz umiem ci szeptać do uszka w różnych okolicznościach. Po prostu będzie  mi milej gdy będziesz ze mną, po drugie - uniknę w ten  sposób przyjęcia, bo powiemy, że musimy pędzić do dziecka. Poznasz kilku moich kolegów, którzy umierają z ciekawości z kim to się ten  totalny abstynent ożenił. A totalny dlatego, że nie tankuje i nie wodzi za sobą ze trzech, czterech panienek.

Ale, skoro nie chcesz byśmy polatali nad ziemią, to polatamy w kabinie symulatora. Powinno ci  się spodobać . I może pojedzie też z nami Kris. Tata powiedział, że spokojnie poradzi sobie z Aleksem- wyjedziemy z Warszawy rano, wrócimy około czwartej po południu. Będziemy  cały czas w kontakcie z tatą, w razie  czego wsiadamy w helikopter, a samochód ktoś dostarczy do Warszawy.

A kiedy to będzie? I co to za przyjęcie, na którym nie chcesz być? No  na cześć kilku nagrodzonych osób, wśród których i ja jestem. To będzie w przyszłą sobotę. Podobno ma być dobra pogoda wg ludków z meteo. Ojej, to powinnam się przelecieć do fryzjera i do kosmetyczki żeby ci wstydu nie  zrobić swym wyglądem. Ale po co? Wyglądasz pięknie bez makijażu, a ja ci tylko wyszczotkuję przez  dwa wieczory włosy. Nie  musisz sobie dodawać urody makijażem lub jakąś fryzurą. To powinnam  sobie coś szybko kupić na grzbiet. Oczywiście, jeżeli odczuwasz chęć kupienia  czegoś to oczywiście możemy się wybrać na  zakupy. Ale jak  widzę to wróciłaś już do dawnego rozmiaru. I możesz spokojnie ubrać  się pół -sportowo - jest zima i upału nie ma, więc pomyśl o  czymś cieplejszym. Możesz spokojnie pojechać w spodniach , kozaczkach na obcasie , jakimś ciepłym sweterku i  weźmiesz swój kożuszek turecki - wyglądasz w nim extra!  Tam jest zimny wychów, nigdzie się nie  zgrzejesz. I koniecznie czapkę na głowę- to jest lotnisko, wieje zewsząd. Na sali, jak  znam życie też nie będzie  ciepło. A ponieważ jedziemy tam  samochodem, to nie będzie problemu by  mieć jakieś zapasowe rzeczy. Ja to chyba nawet założę rajstopy, te  "termiczne", które kupiliśmy w Niemczech. Ty też je załóż pod  spodnie. Bo ma być pogodnie, ale niestety zimno.

                                                                     c.d.n.

czwartek, 2 lutego 2023

Lek na wszystko? - 48

 Nic nie trwa wiecznie a zwłaszcza ładna pogoda. Piękne jesienne dni były już tylko wspomnieniem - koniec października i listopad zniechęcały do życia deszczami, a listopad dołożył jeszcze  chłód. Teresa rzadko teraz wychodziła  z Aleksem na  spacer, sytuację ratowała  w pewien sposób loggia - na jesień i  zimę Kazik  zdemontował werticalową  zasłonę a wzdłuż balustrady zamontował zasłonę z grubego brezentu, by wiatr nie wpadał  wprost  na wózek, w którym spał Aleks. W wózku oprócz grubszego materacyka był zakupiony przez Tesię kocyk ze 100% wełny i cieplutki śpiworek z kapturem. Na  gresowej podłodze loggii rozłożona  była gruba mata a fotel,  na którym siedział tata był wyłożony owczymi futerkami, które wg  producenta  miały być "dywanikami do sypialni".  W sypialniach  (taty i Kazików) były koło łóżek dywaniki z kozich futerek, prezent od Franka. Aleksander "doroślał" -  miał plastikowe książeczki, którymi  się bawił w kąpieli i miał książeczki, które może nie były najwyższych artystycznych lotów, ale pies w nich namalowany wyglądał jak prawdziwy pies a kot jak kot- generalnie  wszystko wyglądało jak w naturze. Oczywiście w domu rósł pomału zbiór zabawek. 

W domu najważniejszym sprzętem był kojec, w którym mały spędzał niemal  cały dzień. Najbardziej lubił gdy ktoś z dorosłych  wchodził do środka i razem z nim "czytał". Umiał pokazać w książeczce pieska, kotka, domek, dziecko, kwiatek. Ponieważ  cierpliwość i konsekwencja  działają  cuda Aleks jadł nie tylko gotowaną marchewkę - jadł również buraczki i......marchewkę z brokułem. Jabłko nadal było ulubionym owocem, lubił też jabłka pieczone. Teresa przygotowywała go pomału, ale systematycznie do tego, by jadł to samo co oni. Przy obiedzie malec siedział na kolanach Teresy i dostawał zawsze jakieś smakołyki z jej talerza. Maluszek bardzo lubił....mięso. Wpierw było przemycane w marchwiance, a potem Teresa gotowała dla niego mięso mielone, ewentualnie rozdrabniała je blenderem. Nie lubił  jajek, co nie dziwiło Teresy, bo ona też nie przepadała za jajkami. Zupa "wzmocniona jajkiem była
"be", po pierwszej  łyżeczce buzia już nie  chciała  się  otwierać.Dostał też kilka  razy łyżeczkę gotowanej i przetartej przez  sitko soczewicy - oczywiście w towarzystwie marchewki. Poza tym dziecko wydawało coraz  więcej dźwięków. Lubił muzykę i......lubił tańczyć razem z mamą i tatą. Był wtedy obejmowany przez oboje, czyli była pełnia  szczęścia! I bardzo lubił razem z rodzicami leniuchować w łóżku, zaglądać im w usta, otwierać oczy ciągnąc za rzęsy, sprawdzać czy im włosy dobrze się trzymają na głowie. Sprawdzał też czy  wygodnie jest po  nich raczkować.

Kazik nieomal codziennie dziękował Teresie, że wzięła ten urlop wychowawczy i dziecko nie  musi bladym świtem być gdzieś transportowane i zostawiane w obcym miejscu na długie  godziny. A mały Aleks bardzo lubił też rodzinne kolacje, które były regularnie co dwa tygodnie. 

Tata Teresy był nieustannie zachwycony  swoim wnuczkiem. Zachwycało go nawet  to, że mały się tak chętnie do niego przytula i że  zawsze wita rano dziadka uśmiechem i wyciąga do niego rączki. Dziadek go uczył jakie dźwięki wydają z siebie zwierzątka namalowane w jego książeczce - jak na  razie to gdy go proszono o pokazanie pieska Aleks bez chwili wahania pokazywał psa i wydawał dźwięk  "uuu."

W dalszym ciągu był utrzymany reżim kąpieli raz na tydzień - tylko rączki, buzia i pupa dostępowały zaszczytu codziennych ablucji. Na szczęście  małemu bardzo się kąpiel podobała - Kazik się śmiał, że jak się  dzieciak  przyzwyczai do czytania w kąpieli to się rozpuści w wannie gdy już będzie  się kąpał sam. Ale Teresa zauważyła, że dopóki będzie  mieszkał z nimi to nie ma na to szans- oni przecież mają kabinę, nie ma  w tym domu wanny. Gdy Aleks już będzie stał na własnych nóżkach to będzie się kąpał tak jak oni - pod prysznicem. W kabinie nie ma  szans na czytanie.  No fakt - zgodził się Kazik. I będziesz  z nim golutka wchodziła  do kabiny? Teresa popatrzyła na niego jak na  wariata - przecież nie będę pod prysznicem stała w kombinezonie  narciarskim lub w piżamie. Teraz śpimy nago, jeszcze nas  dziecko nie widziało w piżamach. On od małego będzie  wiedział jaka jest różnica pomiędzy mężczyzną i kobietą i będzie to całkiem naturalne. Zapewne nie jeden raz będzie porównywał wasze męskie wyposażenie. 

Słuchaj - gdy jeszcze byłam panną byłam razem z tatą na plaży nudystów w Bułgarii. I jakoś nie  zemdlałam z wrażenia- ani na widok nagiego własnego ojca,  ani innych mężczyzn, ani kobiet.  Nie da  się ukryć, że golizna w pewnym wieku przestaje być estetyczna. Widok nagiego człowieka starego, mocno zatłuszczonego jest niestety niezbyt estetyczny i to niezależnie od płci.  Takie ponad stu kilowe i zaniedbane  ciało nie jest miłym widokiem- niezależnie od płci  i  czy taki osobnik jest w kąpielówkach czy nago to jest to tak  samo przykry widok.  Tyle tylko, że  kobiety z dużą nadwagą nieco lepiej wyglądają w dość mocno zabudowanych kostiumach ewentualnie w  sukienkach plażowych.  Ja podziwiałam jak ci ludzie siedzieli tym gołymi tyłkami na piachu. Ja to bym bez czegoś do siedzenia na piachu zmarła z wyczerpania od  ciągłego stania, bo za nic  w świecie nie usiądę nawet w majtkach  na piachu. Muszę mieć przynajmniej ręcznik frotowy by na  nim usiąść.

No to szkoda, że wtedy mnie tam nie było - stwierdził Kazik. Teresa  śmiała  się - tata cały czas  trzymał mnie tak, jakbyśmy byli parą - widocznie uważał, że to mnie uchroni przed ewentualną natarczywością jakichś  "niewyrobionych nudystów". Potem się śmiałam, że tata chronił swój harem - bo ja  chciałam iść  sama, ale się sprzeciwił.  

Wiesz Tesinko - nasz tata to jest naprawdę cudownym człowiekiem i jestem ogromnie szczęśliwy, że jest razem z nami. To bardzo mądry i bardzo dobry człowiek. I naprawdę bardzo go kocham, zresztą Krystian też. Muszę zajrzeć w notatki, bo chyba niedługo tata powinien mieć badania kontrolne, my zresztą też. Ja co prawda robiłem w WIMLu, no ale tu też mogę zrobić, żeby był porządek w papierach.

Ciekawy jestem jakiej płci jest dziecko Krystiana. Twierdzi, że mu to obojętne, grunt, że się ciąża jak na razie trzyma a Alina chyba za bardzo nie narzeka. Nooo, całkiem nieźle - stwierdziła Teresa i jak na razie to na nic  nie narzeka, choć coś ćwierkała, że chyba jej biust się powiększył. No i dobrze, zawsze jęczała że mógłby być większy.  

No bo wam, kobietom , to dość  trudno dogodzić- śmiał  się Kazik-  jak ma  duży  biust to narzeka, że jest  zbyt duży,  jak mały to jest jęczenie, że za mały. Jak ma któraś jasne  włosy to kombinuje jak je  przyciemnić i na  zmianę tylko zapuszczacie albo ścinacie  włosy. A wiesz czemu to robimy?- spytała Teresa. No nie wiem, ale podejrzewam, że chcecie  się podobać  swoim mężczyznom. 

Pudło! - stwierdziła  Teresa, nie trafiłeś. Robimy to, żeby  nie umrzeć  przy  was  z nudów, bo bardzo  szybko wpadacie w rutynę i coraz  mniej  się staracie.  A gdy my zmieniamy kolor  włosów lub uczesanie i wkładamy ciuchy, których jeszcze  nie  widzieliście to musicie  nieco wysilić umysł by nas w porę rozpoznać i nie palnąć jakiejś głupoty w stylu  "witaj nieznajoma, piękna  kobieto".  

No nie  wiem, bo ja to akurat prawie nie mam kobiet w pracy, a te co są to przeważnie widuję je góra raz w miesiącu gdy muszę coś rozliczyć- np. przejazdy służbowe. I w ogóle ich od  siebie nie odróżniam. Ale ostatnio to jak widzisz siedzę głównie w instytucie. Poza tym gdy jestem np. na  zakupach, to nie mogę  się oprzeć wrażeniu, że wszystkie kobiety się czeszą czy też strzygą u tego  samego fryzjera, a najlepiej  było to widać gdy jakiś fryzjer wymyślił asymetryczne strzyżenie i co druga dziewczyna była tak ostrzyżona. Taaaak? a gdy faceci nagle  wszyscy zaczęli mieć długawe włosy i grzywki to tego nie  zauważyłeś?   

No, zauważyłem, ale nigdy nie miałem włosów  niemal do nasady szyi ani grzywki. Jakoś nie nadążałem za modą. A teraz to gdy jesteśmy na  zakupach odzieżowych to ty mi wybierasz  rzeczy, w których ci się podobam i te  ciuchy  kupuję. Lubię z tobą chodzić na  zakupy, nawet gdy  mi każesz przymierzyć kolejno trzy pary spodni. A najbardziej lubię gdy mi sprawdzasz jak mi leżą na tyłku i zaraz  zaczyna  mi się spieszyć do domu.

A pamiętasz jak kiedyś byliśmy na jakiejś imprezie u Witka i była  zabawa w rozpoznawanie własnej żony tylko i wyłącznie po bosych stopach? Pamiętam tylko, że często bywaliśmy wy i my u Witka. Jego żona uwielbiała takie  nieco dziwne zabawy, które nie  wydawały  mi się wtedy zabawne. Teresa roześmiała  się - bo żona  Witka wtedy studiowała psychologię i część tych zabaw to były psychotesty. I wtedy po raz  pierwszy uświadomiłam  sobie, że Robert i ja nie pasujemy zupełnie do siebie. I że jeżeli chcemy być dalej  razem to trzeba coś w tym układzie zmienić. To była ta  zabawa,  w której wszystkie dziewczyny była zasłonięte prześcieradłami, każda miała doczepiony do prześcieradła  numer. A nasi mężowie mieli nas rozpoznać po wystawionej poza prześcieradło ręce bez pierścionków i obrączek oraz po nagich stopach. Wszystkie miałyśmy paznokcie rąk i stóp polakierowane takim samym lakierem. Zabawne, ale nikt nie rozpoznał swej partnerki po bosych stopach, ktoś jeden poznał swą żonę po dłoni- ona miała po prostu krzywy jeden palec w lewej ręce. I wtedy żona Witka powiedziała, że to był test, który powiedział nam wszystkim jak mało i powierzchownie znamy swego partnera. A wszystkowiedzący Robert stwierdził, że takie testy to głupota, że równie dobrze można by ogolić wszystkim panom owłosienie intymne i z wyglądu tylko tej części ciała kazać żonom wskazać swego męża. A któraś z dziewczyn powiedziała - byłoby zapewne łatwiej gdyby było trzeba tylko każdego opatrzyć imieniem i potem okazałoby  się, że  niektórzy są bardzo znani. I wszystkowiedzący już nic wtedy nie powiedział. Ze trzy lata wstecz spotkałam żonę Witka - byli po rozwodzie, bo, jak  to określiła, znudziła  mu  się rola królika doświadczalnego. Obydwie się spieszyłyśmy, więc gdy nadjechał autobus pomachałyśmy  sobie mówiąc : no to do miłego!

Pamiętam te zabawy u Witka. Gdyby teraz taka była to bez najmniejszego trudu rozpoznałbym w ten sposób ciebie - masz takie drobne paluszki stóp i inaczej układa ci  się skóra na stawie palca  wskazującego prawej ręki niż na innych palcach. Naprawdę?- zdumiała  się Teresa.  Naprawdę, zobacz sama. Teresa przyjrzała się uważnie swojej prawej dłoni- no rzeczywiście. Kiedyś miałam tu zdartą skórę, o coś zaczepiłam, chyba w trakcie jakichś kuchennych eksperymentów. I taka trochę bardziej  szorstka jest na tym stawie. No to będę w ten paluszek wmasowywał krem do rąk, mamy wszak w domu.

                                                                  c.d.n.




wtorek, 31 stycznia 2023

Lek na wszystko? -47

 Czas  mijał szybko  a dni były  podobne do siebie. Upalne  lato przechodziło w ciepłą i słoneczną jesień. Było mało opadów, w podwarszawskich lasach zapamiętali grzybiarze  snuli się zawiedzeni - przydałby  się solidny, kilkudniowy deszcz bo w takim wysuszonym lesie to tylko o pożar było  łatwo a  nie o grzyby. 

Z punktu  widzenia Teresy to ta jesień była piękna - administracja  osiedla dbała o zieleń, trawniki były równiótko przystrzyżone, codziennie dostawały odpowiednią porcję wody. Na każdym spacerze towarzyszył Teresie tata.  Często dołączał do nich Kazik, który zgodnie  ze  swym planem zaczął zbierać materiały do swej pracy doktorskiej. A oprócz Kazika  często mieli też towarzystwo sąsiadki taty z bloku,  w którym nie tak  dawno mieszkał. 

Sąsiadka "wytuptywała"  kilometry ze swą charcicą, która  za każdym razem witała się z tatą tak, jakby go rok  nie widziała. Ponieważ psica była bardzo grzeczna a Aleksander wielce nią  zainteresowany, to Teresa pozwoliła by mały kładł  swą malutką rączkę na jej sporym łbie. Psica jakimś cudem  wiedziała, że ta maciupka  rączka błądząca po jej łbie należy do dziecka i cierpliwie znosiła jego poklepywania. Wnuki pani sąsiadki były już kilkulatkami, ale  chyba psica pamiętała jak należy zachowywać  się przy   malutkich   dzieciach, bo zawsze była bardzo grzeczna i cierpliwa.

Kazik stwierdził, że świetnie mu się myśli w towarzystwie żony i dziecka. Śmiał się, że gdy tylko bierze na ręce Aleksa lub obejmuje Teresę to w  chwilę później wpadają mu do głowy różne  dobre rozwiązania konstrukcyjne. W kilka dni później Teresa wręczyła  mu dyktafon mówiąc - ile  razy wpadnie ci coś mądrego i ważnego w kwestii tego nad  czym rozmyślasz, to podziel  się  tym głosowo z tym pudełkiem, a na papier przelejesz to później.  Kazik był nie tylko zachwycony tym pomysłem,  ale i wzruszony. I to tak wielce, że opowiedział o tym swemu bratu. Kurczę - wybrała model, który jest w tej  chwili na rynku naj- naj. Ciekawe kto jej doradził ?- zastanawiał się Krystian.  

Internet- odpowiedział Kazik. Jak znam Tesię to przekopała  pół internetu szukając opinii użytkowników - ma to tego jakąś niespotykaną cierpliwość. A mnie najbardziej rozczuliło to, że pomyślała o tym, co by mi ułatwiło pracę.  Nie wiem skąd, ale ona  zawsze  wie, kiedy ja rozmyślam o temacie, który rozgryzam, bo wtedy nic nie mówi a w kwadrans  później na  stoliku ląduje kawusia i coś słodkiego do niej, Aleks zaraz  znika z mego pola  widzenia a Tesia albo  znika razem z nim,  albo siada w fotelu z książką lub coś "dziabie na drutach". I wolę, gdy ona jest ze mną w pokoju niż gdy  znika. Mam naprawdę cudowne warunki do pracy. I dzielnie znosi nawet to, gdy jej czasem opowiadam nad  czym pracuję a pytania, które mi wtedy zadaje świadczą o tym, że wie o czym ja mówię. I zastanawiam  się skąd ona to wie. A tak ogólnie -  uważam, że Tesia choć była jedynaczką to jest szalenie "uspołeczniona" - zero w niej egoizmu! Ten troglodyta Robert nie doceniał jej.  Tesia dba i martwi  się o  wszystkich których lubi a tym, których  kocha to chyba oddałaby nawet ostatnią kroplę  krwi. Ma jakiś dar  wczuwania  się w cudze odczucia. Nadal mnie to zadziwia. Mam wrażenie, że to dziedziczne po rodzicach. Mało pamiętam jej mamę. No a tata to przecież chodząca  dobroć, ja się z nim dogaduję lepiej niż kiedyś z naszym własnym tatą. Ciebie i Alinę traktuje tak  samo jak nas. Oczywiście zdaję sobie  sprawę, że łatwiej o dogadanie  się gdy się już jest dorosłym i na wiele spraw ma się taki sam pogląd.

A ja gdy pracuję to się zamykam w pokoju - muszę mieć do pracy ciszę, spokój i odosobnienie- stwierdził Krystian.   Już nauczyłem Alinę, że wtedy się do mnie nie mówi, o nic się mnie nie pyta. Pewnie mam małą podzielność uwagi. Alina się wtedy czuje nieco urażona. Nie ma zielonego pojęcia o mojej pracy, o tym, że zachowanie pełnej dyskrecji to jeden z jej aspektów. Jestem pewien, że Tesia  to rozumie, w końcu pracowała  w takim  dziale, który zbierał informacje o ludziach ale ich na  forum publicum  nie omawiał.

Kazik śmiał się - po prostu nie  miałeś koło siebie o pięć lat młodszego brata, przy którym trzeba było cały czas uważać  co się robi i jak  się robi, żeby go nie uszkodzić lub żeby nie wypaplał czegoś rodzicom gdy zaczął już ćwierkać. Gdybyś miał, to szybko byś automatycznie  sobie ową podzielność  uwagi wyrobił. 

A co do twojej pracy- po prostu wytłumacz jej, że nie zawsze twoimi klientami są sami uczciwi i poszkodowani ludzie, że czasem są i tacy nie kryształowi a mocno zmatowieni ale tych też w pewien sposób musisz bronić. I że musisz dbać o to, by każdy klient miał pewność, że zachowasz dyskrecję a publiczność nie dowie się więcej niż wymaga tego sprawa. Bo w tym wypadku Alina jest tylko publicznością. To, że jest twoją  żoną nie sprawia, że automatycznie ma wiedzieć o twoich klientach to co ty o nich  wiesz.  Tesia wie gdzie pracuję, ale nie  zwierzam się jej nad jakimi konstrukcjami myślę. Wie co już skonstruowałem, to nie jest tajemnica. Tajemnicą  są pewne  szczegóły, no ale one  są chronione chociażby patentami i o tym z nią nie rozmawiam.  Tesia boi się tylko tego, żebym latał. Wiem, to moja wina- gdy się w niej tak piekielnie zakochałem i jeszcze była z Robertem to powiedziałem jej, że mam ochotę ze sobą skończyć, bo kocham pewną mężatkę i nie mam szans na bycie z nią. Słowa nie pisnąłem, że to o nią  chodzi.Kusił mnie też skok z ósmego piętra i wtedy Tesia mi powiedziała, że wyrządziłbym jej wielką krzywdę, bo jestem jej jedynym przyjacielem z którym może o  wszystkim rozmawiać i że nie jest szczęśliwa w małżeństwie i gdy Robert wyjedzie na placówkę to ona  z ulgą zostanie tu sama w Warszawie i po jakimś czasie wystąpi o rozwód. Dzieci nie mają, nikt na tym nie ucierpi. No a co było dalej to już  wiesz. A o tożsamości owej mężatki dowiedziała  się na krótko  przed naszym ślubem. Doszliśmy wtedy zgodnie  do wniosku, że byliśmy parą idiotów nazywając miłość przyjaźnią. Ale jestem przekonany, że obydwa uczucia muszą iść w parze,  jeżeli ma to przetrwać latami.

No ale przecież gdzieś razem wyjeżdżaliście? - dziwił  się Krystian. No tak, byliśmy w Baligrodzie, spaliśmy nawet w jednym domku, w jednym łóżku. Z tym, że ona spała a ja przełaziłem niemal całą noc po terenie. Nie wiem jak to zrobiłem, ale tego dnia wróciliśmy do Warszawy po objechaniu pętli - cud, że nie spowodowałem żadnego wypadku, bo spałem ze  dwie godziny. Byłem niczym na dopingu, a jedyny doping to były uwielbiane przez Tesię orzechy laskowe w gorzkiej czekoladzie i kawa. Oboje  sporo tego pochłonęliśmy.

No tak, masz rację, że powinienem pewne sprawy omówić z Aliną. Jakoś wydawało mi się to tak oczywiste, że nawet nie  wpadłem na to, że może dla Aliny nie jest to takie  oczywiste. Muszę o tym z nią porozmawiać, żeby rozumiała moje zachowanie. Dobrze, że mi o tym powiedziałeś. Wiesz, czasem mam wrażenie, że Alina i Tesia to siostry. Przyjaźnią się odkąd trafiły  do liceum, przedtem się nie  znały. One zawsze myślą o sobie wzajemnie. Gdy kiedyś wyraziłem zdziwienie tym faktem Alina mi powiedziała- tak właśnie  wygląda prawdziwa przyjaźń. Z przyjaciółką chcesz się dzielić tym co dobre i wspomagać  ją gdy spotka  ją  coś niedobrego. Alina powiedziała, że  była  zdziwiona tym, że  Tesia wydała  się za Roberta. Wtedy i ty i Robert podobaliście  się jej, ale zdaniem Aliny Tesia uważała, że ty jesteś  poza jej zasięgiem, że  ona ci  się nie podoba i że uważasz ją za zbyt dziecinną. 

Podobać to mi się  Tesia wtedy podobała, ale ja wtedy szukałem dziewczyny do seksu, a Tesia w moim odczuciu to była  za porządna dziewczyna by była tylko do wyrka. Anka to mi  sama do łóżka wlazła, nie miała  żadnych oporów. A ja byłem taki naiwny, że  aż strach. Gdy mi powiedziała, że jest w  ciąży to sypialiśmy  ze sobą już niemal rok. Nie bywaliśmy nigdzie razem, ale spółkowaliśmy. Wydawało mi  się zawsze, że byłem jedynym użytkownikiem i dlatego jak ten głupek ożeniłem  się. A powinienem  był  wpaść po rozum  do własnej  głowy, że zawsze to było z zabezpieczeniem. Dopiero po rozwodzie dotarły do mnie  sygnały, że "użytkowników" mogło być więcej. Nasz tata też wykazał się naiwnością- nie mógł uwierzyć, że Anka była alkoholiczką. Bo on nie znał przecież  nigdy żadnej kobiety-alkoholiczki no i  nigdy  nie widział Anki pijanej. Ale Tesia ją widziała, o  czym potem dokładnie  opowiedziała  w sądzie. A ja po tej całej  aferze wyjechałem. Dobrze mi to zrobiło. 

Zmarnowaliśmy z Tesią dziesięć lat - gdybym wtedy nie związał się kretyńsko z Anką bylibyśmy cały  czas razem. A Tesia, gdy to mówię, zawsze powtarza - tak pewnie  musiało być, może wtedy to jeszcze nie  był nasz czas. Tesia wyszła za Roberta gdy już byłem żonaty. 

 I wiesz co, dopiero gdy się pobraliśmy  z Tesią zrozumiałem  jak bardzo  ważna jest w  związku rozmowa i że podstawą dobrego związku jest nie tylko miłość i seks ale właśnie to wzajemne przedstawianie swojego punktu  widzenia tak, by można ten świat oglądać  razem i zachwycać  się tym samym, do tego samego dążyć. Omawiamy razem  zawsze i te  ważne sprawy i te naprawdę mało istotne, o których każde z nas mogłoby z powodzeniem samo decydować  i za którymś  razem stwierdziliśmy, że może to jest dla kogoś z  zewnątrz śmieszne że naradzamy  się w jakim kolorze kupić zasłonę na balkon, ale jednocześnie to jest coś, co nas  w jakiś  sposób jeszcze bardziej  scala. Staramy  się jak najwięcej prac domowych  robić razem - tym sposobem  wiem, że bycie "panią  domu"  to nie jest rozrywka, jeśli chcemy by wszystko w tym domu dobrze  funkcjonowało - to nie  tylko mało fajna praca  fizyczna, tu trzeba  również sporo pomyśleć i zdobyć wpierw gdzieś te wiadomości. Nikt  z nas  nie rodzi  się omnibusem. Tesia jest świetnym  kierowcą i cudownym pasażerem obok kierowcy - świetnie obserwuje cały  ruch drogowy, dobrze przewiduje, marzy mi  się by  z nią pojeździć po Europie,  nie wpada z byle powodu w panikę. Niedawno doszedłem do  wniosku, że jestem w pewnym  sensie  od  niej uzależniony i że to jest  cudowne  uzależnienie. I życzę ci braciszku byś był tak  samo uzależniony od swej żony jak  ja. I mów jej często, jak najczęściej jak bardzo ją kochasz - warto. To działa lepiej niż kosmetyczka, fryzjer i masażysta razem  wzięci. 

Wiesz, szalenie żałuję, że rodzice  nie poznali naszych żon, że nie mogli się cieszyć naszym  szczęściem, że dzieci będą  miały tylko jednego dziadka - powiedział Krystian. Ale jako  ateista i heretyk w jednej osobie jestem przekonany, że jakimś cudem wiedzą o naszym szczęściu i cieszą  się razem  z nami. Popatrz - latamy w Kosmos, ale nie wiemy co się dzieje z naszą energią która nas ożywia.

                                                                        c.d.n.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

Lek na wszystko? - 46

 Przedpołudnie następnego dnia Teresa z dzieckiem spędziła  w Łazienkach Królewskich w towarzystwie, Krystiana, taty i Aleksa. Dla dziecka wzięła  dwie butelki przegotowanej wody, porcję   mleka w proszku, obowiązkowo jabłko i łyżeczkę do jego skrobania no i oczywiście pampersy. Gdy szykowała  wszystko dla  dziecka Kris wyraźnie notował w pamięci co się bierze na "wyprawę z dzieckiem". Była  zdecydowana by wybrać  się do Łazienek. Bracia zamienili się w  związku z tym samochodami- wszak fotelik samochodowy  był tylko w samochodzie Kazika. Nie omal w ostatniej  chwili przypomnieli  sobie, że skoro się zamieniają samochodami, to należy również wymienić  się  dowodami rejestracyjnymi.  Kris w drodze  do Łazienek stwierdził, że nie był w Łazienkach kilka dłuuugich lat. Nie martw się, ja też nie  byłem tu wiele lat- pocieszył go tata.  No to my z Zikiem jesteśmy lepsi od  was - byliśmy tu nim  się Aleks urodził. Lubię ten park. I nawet wycieczki mi nie przeszkadzają. Mam tu kilka swoich ulubionych  miejsc, które wycieczki omijają, na przykład  górkę za teatrem. Tam nawet pół wycieczki nie  zagląda, bo są  raptem dwie ławki i maleńkie oczko wodne. Odkryłam to miejsce gdy czasem wyciekałam ze szkoły. Co robiłaś? - w głosie taty brzmiało zdumienie. Noooo, czasem jakoś nie mogłam znaleźć drogi do szkoły. Czyli wagarowałaś? - doprecyzowywał tata. Dlaczego?  Bo nie lubiłam swojej szkoły, byłam  nią bardzo rozczarowana. Mama chciała  bym tam chodziła, to było żeńskie liceum - masakryczne. Wszystkie wagarowałyśmy, oczywiście nie jednocześnie. Jedyny plus, że się nauczyłam pływać, bo miałyśmy jeden rok w ramach  wychowania fizycznego naukę pływania.  Dlaczego ja o tym wszystkim  nie wiedziałem?- dziwił się tata. Teresa roześmiała  się - nie wiem. Widocznie mama  nie widziała  potrzeby  by cię o tym wszystkim informować. A teraz  z tą wiedzą lepiej  ci? - spytała. No nie - stwierdził po chwili milczenia. No widzisz- masz automatycznie odpowiedź dlaczego mama ci o  tym nie donosiła. No ale mimo tego wagarowania szkołę ukończyłam. Tato,  ja też często się urywałem ze  szkoły- przyznał się pan mecenas. Ale dlaczego- tata nie mógł tego pojąć.  Bo się piekielnie w  szkole nudziłem a na dodatek ciągle mi wszyscy na okrągło wypominali mego starszego genialnego brata. A ja  się  nudziłem w szkole jak mops uwiązany przy fotelu swej pańci.  

No popatrz  Kris - znamy się od wieków i dopiero teraz dowiadujemy się o sobie  takich ciekawych rzeczy- śmiała  się Teresa. Że też ja cię tu nigdy nie  spotkałam? Bo widocznie nigdy nie siedziałaś na amfiteatrze - ja tam grywałem w brydża. No nie bywałam - bo z amfiteatru najczęściej strażnicy i jacyś porządkowi przeganiali wagarowiczów. Fakt - raz  mnie  dorwali, ale jakoś się wyłgałem. To było jakoś tak przed  maturą i miałem już 18 lat i się odczepili. Ale u  mnie to tata wiedział, że ja  się czasem urywam ze  szkoły, ale nie wiem czy mama o tym  wiedziała. Bo raz mnie tata spotkał na  mieście w godzinach,  w których normalnie  bywałem  w  szkole, tak około 10 rano- szedłem  do kina.

No, to koniec wspominajek - podsumowała Teresa.  Mów teraz czego nie wiesz, co cię przerasta. W ramach ćwiczeń z ojcostwa dasz Aleksowi mleko, czyli przegotowaną wodę z mlecznym proszkiem. Teresa wytarła  ręce dezynfekującymi chusteczkami i przygotowała  mleko mówiąc- genialne jest  to mleko - rozpuszcza  się idealnie. Teraz go weź z wózka na kolana w pozycję pół leżącą i proszę- smoczek  do dzioba i obserwuj zawartość butelki- kąt nachylenia musi  być taki, żeby cały czas smoczek był napełniony mlekiem, żeby mały nie łykał przypadkiem powietrza. Oprzyj  się o oparcie  krzesła- moment- położę pieluchę pomiędzy twoją koszulą a małym, żeby  cię nie upaprał. Chyba  ci zrobię  zdjęcie i napiszę do Kazika, że mamy nianię do dziecka. Przy  dziecku wymagana  jest bardzo duża podzielność uwagi, zupełnie jak przy prowadzeniu samochodu, więc karm go i mów z czym  masz problem.

Ona często płacze. Gdy się pytam dlaczego  to słyszę, że się boi : porodu,  tego czy dziecko nie będzie miało jakichś  wrodzonych wad, czy ona da  sobie radę. Nieopatrznie powiedziałem, że sądziłem, że o takich rzeczach to się myśli  i je  sprawdza przed zajściem  w ciążę, a teraz to co będzie to będzie. No to ryczała z godzinę i potem ze mną nie rozmawiała, bo się czuła dotknięta i zlekceważona. Zupełnie nie wiedziałem co mam zrobić. 

Primo -nie przejmować  się - ona jest teraz pod  wpływem hormonów, potraktować jak nieszkodliwą  wariatkę. Objąć, przytulić, powiedzieć jak ślicznie w tej  ciąży wygląda i jak  się cieszysz, że będzie  dziecko. Potem  możesz dodać, że przecież, jeśli coś budzi jej niepokój to ma  swego lekarza i powinna jemu  wszystkie  swe niepokoje zgłosić. A na końcu możesz dodać, że dla dobra  dziecka powinna teraz  myśleć jak najbardziej  pozytywnie bo od pierwszego dnia  ciąży dziecko odbiera  wszystkie jej radości i  smutki, więc powinna być pogodna, bo jej niepokój  przechodzi na dziecko. Poczytaj razem  z nią lekturę którą  dostała ode mnie. 

Wiesz- ciąża to niby nic nienormalnego, ale jest to specyficzny stan i organizm matki jest cały  czas w stanie  wysilenia. Bądź czuły, pieść ją, niech nadal czuje  się pożądaną i atrakcyjną kobietą. W tej lekturze znajdziesz porady na każdą okoliczność. Ona nie ma dużego doświadczenia w  kwestiach damsko- męskich i musisz jej pewne rzeczy podpowiedzieć. My z Zikiem w pewnym  sensie  mieliśmy łatwiej, bo oboje już po jednym małżeństwie. 

Z jednej strony jest łatwiej a z drugiej wcale nie- zastanawiasz się mimo woli czy z twoim poprzednikiem robiła to samo i jak ty w tym układzie  wypadasz. I umówiliśmy  się na  samym  początku, że nie będziemy ukrywać co nam z tego co razem robimy daje  super frajdę lub że wręcz nam nie leży. I oboje  bardzo pilnujemy się by czegoś nie palnąć w rodzaju  "ty zupełnie jak xyz robisz to samo lub tak samo, a to mnie  wkurzało". Poza tym nie oszukujmy się - bycie ze  sobą 24 godziny na dobę naprawdę nie jest proste. Czasem każde z nas ma ochotę pobyć bez tej drugiej połówki - nie dlatego, że mu się partner  znudził, ale  dlatego, że każdy musi trochę pobyć sam z własnymi myślami. Ja wtedy znikam w łazience. Zik   musi "coś sprawdzić w samochodzie". A najdalej po pół godzinie wszystko się nam w środku wyzeruje i jest w porządku. I to nie jest wcale zmęczenie obecnością akurat tej osoby.

Ja nie usprawiedliwiam Aliny, ale ona wiecznie wysłuchiwała  żalów swej matki na temat tego, że kilka ciąż matki skończyło się poronieniem, że ojciec niezbyt elegancko zachowywał się  wobec matki i mam wrażenie, że jej matka w pewnej chwili uznała swą córkę za swą przyjaciółkę i na pewno nie było to dobre dla Aliny.  I myślę, że część lęków Aliny jest żywcem przeniesiona z jej matki na nią. 

Tak naprawdę nic się złego z tą jej ciążą nie  dzieje - nie ma porannych mdłości, krążenie jak na razie w  porządku bo nóżki jej nie puchną, nie ma jakichś absmaków ani dziwnych upodobań dietetycznych, wyniki krwi też są w porządku, nie ma anemii. To koniec pierwszego trymestru i na moje nie lekarskie oko to jest wszystko w porządku. Lekarz wie o perypetiach jej matki, ale jak na  razie u Alinki wszystko w porządku.  Wiesz - ja też marudziłam w czasie  ciąży, bo nie  wolno wtedy jeść serów pleśniowych, surowego mięsa. Złościło mnie to a poza  tym nawet przez  moment nie miałam stanu euforii z tej racji, że jestem w ciąży. W pewnym sensie było tak, jakbym stała  z boku i obserwowała siebie. Bałam się porodu, bo wiedziałam, że mamy poród był ciężki i że nie miała pokarmu. Ale nie wiem, tata też nie  wie jak tam dokładnie  było ze zdrowiem  mamy, bo wtedy nie było kontaktu z lekarzami. Teraz macie oboje kontakt z lekarzem, możesz  nawet sam z nim porozmawiać, bez Aliny. Możesz być obecny przy  porodzie, możesz nie być, twój wybór.

O wrażeniach  z porodu to możesz sobie porozmawiać z Zikiem, ale bierz poprawkę na to, że każdy poród jest inny. Ja miałam ustawienie pośladkowe, ten uparciuch szedł pupą do wyjścia i dlatego mnie kroili. Ten lekarz, który mnie prowadził to bardzo rozsądny facet - dziecko owszem ważne, ale matka ważniejsza.

Jeśli będzie rodziła "siłami natury" poproście o poród pod  znieczuleniem - będzie czuła napięcie mięśni, bo tego znieczulenie nie niweluje, to jest męczące, ale nie będzie  czuła z tej okazji bólu. Ja pod  tym znieczuleniem miałam operację. To znieczulenie nie  szkodzi też  dziecku, co jest ważne.

Kris - ile  razy Alina coś będzie majaczyć to weź głęboki wdech, potem się uśmiechnij i powiedz jej jak bardzo ją kochasz. I dziecko, na które  czekacie. To najlepsze lekarstwo.  A teraz oddaj  mi dziecko. Trzeba mu pampersa zmienić, połóż go w wózku. Kris ostrożnie ułożył swego bratanka w  wózku, a potem powiedział - jestem szczęściarzem- mam super bratową. Kocham cię tak, jakbyś była moją siostrą. I cieszę się, że po tej upiornej Ance Kazik ma taką cudowną żonę.

Mało znałam Ankę, jak dla mnie to była nie bardzo zrównoważona i może dlatego tak łatwo wpadła w nałóg. Tesiu - Kazik nigdy jej nie kochał- on tylko był cholernie lojalny i przyzwoity. A ciebie naprawdę kocha. Podoba mi się w tej Trou Madame, muszę tu przyjechać z Aliną. I nawet  nie ma  tłoku, patrz ile jest wolnych stolików. Tylko kolejka do lodów długa niemiłosiernie. No i powiem ci, że coś zgłodniałem. Muszę zobaczyć co tu można zjeść bardziej konkretnego niż melba. Nie wiem, może gofry z czymś, bo w okienku to są gofry oprócz lodów. Ja po tej melbie to pewnie z tydzień lodów  nie zjem- porcja jak dla górnika po dniówce. A może po prostu wrócimy do domu i coś zrobimy do jedzenia. Tylko zadzwoń do Zika, że zaraz wrócimy do domu.  

W dwadzieścia minut później już wsiadali do samochodu. W dwie minuty po tym gdy zaparkowali koło bloku Tesi i Kazika pod blok podjechał Kazik.  No to jedziemy wszyscy na górę, zaraz zrobię lunch, a potem możemy jeszcze gdzieś na łono natury pojechać-    może do Konstancina? - rzuciła propozycję Teresa. Ja to pojadę po Alinę - oświadczył Krystian. Tylko wpierw do niej  zadzwonię, bo nie wiem o której ona  dziś wychodzi - teoretycznie pracuje 8 godzin,  ale tam często teoria rozmija się z praktyką, bo czasem  jedzie na jakąś późniejszą  godzinę i wtedy wszystko jest poprzewracane do góry nogami. Tak to jest w prywatnym  biznesie. A to, że dziś pojechała  na 9,00  niczego mi nie  wyjaśnia. To nie zjesz teraz z nami lunchu?- dziwił się Kazik. Zadzwoń do niej, bo może ją przywieziesz  na lunch do nas. My jemy prawie dietetycznie, ciężarna może z nami jeść. No ale nie  chcę byśmy was objadali- jęknął Krystian. Oj, ty chyba także jesteś w ciąży i na mózg ci dodatkowo ta  ciąża padła. Wypikaj jej numer i daj  mi ją do telefonu- rozkazał Kazik- sam  z nią porozmawiam.  Krystian zrobił na czole wymowny  znak i  podał słuchawkę Kazikowi, który powiedział, że Kris zaraz po nią przyjedzie i wszyscy  razem  zjedzą lunch i jeśli będzie  musiała wrócić do pracy to ją Kris odwiezie. Ale ponieważ w firmie był jakiś  zastój  Alina miała  jakieś nadgodziny to bez problemu  mogli wszyscy razem zjeść lunch.

Po lunchu w ramach wypadu na łono natury pojechali do Wilanowa i spacerowali po pięknym przypałacowym parku, pustawym już o tej porze. Zresztą tu nigdy nie było tłumów, bowiem wstęp do parku był płatny. Potem wybrali  się na kawę do ogródka kawiarnianego przy kawiarni Hetmańskiej, gdzie najmłodszy członek  rodziny bez pośpiechu,  ale systematycznie pochłaniał jabłko. Teresa śmiała  się, że świetnie wychowują swego  synka - wędruje malec z jednej kawiarni do  drugiej. No i dobrze- przynajmniej będzie  się umiał zachować  w kawiarni -od "tyciego" będzie wiedział, że w kawiarni to  się  siedzi  a nie biega po niej wrzeszcząc na całego- podsumował tata.

                                                                c.d.n.

sobota, 28 stycznia 2023

Lek na wszystko? - 45

Sierpień tego roku był upalny i właściwie to dobrze  się złożyło, że wizyta chłopców  z Berlina  nie doszła  do skutku. Teresa  zamówiła w specjalistycznym  punkcie  żaluzje wertikalowe na loggię by można  było spędzać czas na  loggii, która od godziny 14,00 tonęła  w słońcu. "Duży pokój", z którego wychodziło się na loggię był teraz  najczęściej wykorzystywanym pomieszczeniem. Stał w nim kojec, w którym królował Aleksander. Nie  był w najlepszym nastroju bowiem ząbkował. I chociaż rodzice nakupowali "furę" przeróżnych gryzaczków mały zawzięcie "obgryzał" kojec. 

Pewnego popołudnia Alina zawitała do  nich prosto z pracy, bo jedna  z koleżanek przyniosła jej gryzak, który dwa lata  wcześniej służył jej dziecku - była to figurka zajączka, pozbawiona już namalowanych ongiś oczek i wąsików ale za to zajączek posiadał elegancko sterczące w górę uszy. Wykonany był z jakiegoś syntetycznego tworzywa, z którego ponoć  były robione jakieś protezy. Jak zapewniała koleżanka Aliny, ów zajączek bez uszczerbku na swej powierzchni przetrzymał ząbkowanie już trójki dzieci. Namalowane na jego pyszczku oczka i wąsiki zeszły w trakcie licznych  dezynfekcji, ponieważ tworzywo dobrze  znosiło wrzątek. Od podeszew  swoich tylnych łapek  do końca  sterczących w gorę uszek (które były delikatnie  zaokrąglone, a więc  bezpieczne  dla  dziecka, co zaraz  zauważył Kazik)  zajączek miał raptem 9 cm długości i bardzo dobrze się wpasowywał w małe  rączki swoich "oprawców". Gdy tylko został przez Teresę i Alinę wykąpany we wrzątku i dodatkowo przetarty spirytusem i osuszony, został przedstawiony Aleksowi. W 10 minut później maluszek znęcał się nad uszkami zajączka pracowicie  je zagryzając dziąsłami. A cztery dorosłe osoby przypatrywały  się  temu z zainteresowaniem. 

Alinie  się przypomniało, że pies jednej  z jej koleżanek z Otrębusów tak mocno zagryzał  swój ulubiony patyk, że można go było podnieść  do góry uwieszonego zębami na tym patyku i za którymś  razem patyk nie wytrzymał i się złamał. A nie był to cienki patyk, miał niemal 3 cm  średnicy.

Teresa  westchnęła  - ten mały potwór usiłował pozbawić mnie  brodawek jeszcze przed wakacjami, ale go oduczyłam - jak zaciskał te  swoje dziąsła to mu zaraz zatykałam nosek i odstawiałam od piersi.  Ale mały załapał, że nie  wolno tak robić i karmię go nadal raniutko i czasem koło północy, jeśli się obudzi. Bo nie  zawsze  się budzi - jeśli więcej  zje w ciągu  dnia to nie budzi się przed północą  żeby coś pojeść. A jak długo będziesz  go karmić piersią? - zapytała Alina.  Nooo, tego to nawet najstarsi ludzie nie wiedzą- odparła  ze śmiechem  Teresa. Teoretycznie , według WHO to powinno  się  karmić dziecko mlekiem  matki przez dwa lata, a obowiązkowo to rok.  Nie mam teraz oszałamiająco wiele  pokarmu - dobrze, że w ogóle mam , bo moja mama wcale  nie miała. Ale być może to zasługa tego lekarza co odbierał poród, bo mały jeszcze nie  był dokładnie "obrobiony" a już go przystawił  mi do piersi i dzieciak sobie possał siarę. I podobno to jest najlepsza metoda by "wywołać pokarm" - dać dziecku ssać wciągu najpóźniej 10 minut po porodzie. Ale nie  wszystkie  szpitale to stosują. To było nawet  zabawne - chirurg mnie zszywał a mały w tym czasie ssał, a Kazik mi szeptał do ucha czułe  słowa. Dobrze że nie musiałam jeszcze  w tym samym  czasie wypełniać  jakichś  papierów.

No nie wiem,  czy Krystian  będzie  chciał być obecny przy porodzie- powiedziała Alina. Ostatnio  się skaleczyłam  nożem to omal nie  zemdlał na widok krwi kapiącej na podłogę.  Ale on w trakcie porodu nie będzie  widział kapiącej krwi - co najwyżej  zobaczy dziecko jeszcze w mazi płodowej - tak to było zorganizowane, że to łóżko, które w razie potrzeby jest  stołem operacyjnym jest podzielone zasłoną-  ojciec dziecka  jest odizolowany od pola operacyjnego. No i przecież  nigdzie nie jest  napisane, że ty też będziesz  miała  cesarskie cięcie bo wasze  dziecko też będzie  miało nieprawidłowe ułożenie - tłumaczyła Alinie  Teresa. Aleks ustawił się pupą do wyjścia i miał pętlę z pępowiny na  szyjce. A ułożenie płodu  jest dziedziczne po mamie. Twoja mama  miała problemy hormonalne z zajściem i utrzymaniem ciąży i ty też je  masz. No ale jednak te hormony podane  z  zewnątrz pomogły i zaszłaś  w ciążę.  Prowadzi  cię ten sam lekarz  co mnie, to dobry  specjalista. Poza tym nie jest zagorzałym fanem porodów  tylko i  wyłącznie  siłami natury. Ty się go słuchaj, bo to naprawdę  dobry fachowiec z tej  branży. 

No i chyba już cholernie dużo dzieci sprowadził na ten świat bo on już jest po pięćdziesiątce choć wygląda naprawdę na młodszego. Najważniejsze, że należy do tych lekarzy, którzy  nie uważają kobiet za podgatunek człowieka. Jeszcze  kilka  wizyt i polubisz go, to facet z poczuciem  humoru i jest naprawdę bardzo kulturalnym facetem.  Nie  wciska ci  ciemnoty, że  żyjesz tylko po to by być inkubatorem, rozumie wszystkie nasze  babskie  fobie i wytłumaczy ci w przystępny sposób wszystko co dotyczy porodu i końcówki ciąży- na co wtedy trzeba zwracać uwagę itp. I dzięki temu udało się wydobyć Aleksa nim sobie tę pępowinę owinął kilka razy wokół szyjki. Generalnie to od połowy ciąży trzeba trochę więcej uwagi poświęcać sobie  samej,  ale bez wpadania w histerię.

Kazik słuchał bardzo uważnie tej  rozmowy i powiedział - jeszcze  trochę i stanę  się zazdrosny o tego pana, bo moja kochana  żona bardzo rzadko wyraża się tak sympatycznie o innych facetach. Dobrze, że nie planujemy drugiego dziecka, bo kto  wie czy by mnie facet nie wygryzł z roli jej  męża. Teresa spojrzała na niego z ukosa i powiedziała - jak na razie to mój  były mąż sam się wygryzł z roli mojego męża, więc  może uważaj byś sam  siebie  z tej roli nie wygryzł. I nie licz na to, że zainteresuję  się jakimś facetem. W klinice już jest cała  kolejka tych, co chciałyby żeby pan doktor choć na nie  spojrzał lub zaszczycił zaproszeniem na kawę, nie mówiąc już o tych którym się on marzy jako mąż. Bo facet jest rozwiedziony. Ale on  chyba jeszcze  dochodzi do  siebie po zakończonym  związku. Według krążących plotek to jego była żona nie  wyrobiła faktu, że on wciąż ogląda nagie  kobiety i to nieważne, że 95% z nich jest w  ciąży lub w trakcie porodu, który  siłą  rzeczy do estetycznych przeżyć trudno zaliczyć. Zapewne nie wyobrażała  sobie, że  zawód  lekarza to wymaga  pełnego poświęcenia, jeśli oczywiście chce  się  być dobrym lekarzem. Jeśli on obieca pacjentce, że będzie się nią opiekował w trakcie  porodu to nawet na  kwadrans nie  zniknie ci z pola widzenia. Będzie wszystko kontrolował. On mnie  nie  "kroił", robił to chirurg, ale on był cały  czas obok, on wydobywał ze mnie Aleksa. Patrzył na ręce pielęgniarki która zaopatrywała pępowinę i odsysała płyn  z buzi Aleksa i potem, gdy mały już possał jeszcze  raz go oglądał, osłuchał. Cenię tego faceta  za jego wiedzę i talent  do przekazania jej oraz  za to, że nie ma w rozmowie z nim jakichś podtekstów i że  mogę  z nim porozmawiać na temat rozrodu i wszystkich spraw z nim związanych bez bycia posądzoną o to, że usiłuję go poderwać. Dla mnie on jest tylko i wyłącznie  bardzo dobrym lekarzem. I nie palnij takiego tekstu przy Krystianie, bo młody może  zareagować nieco histerycznie. Już przy Franku dał próbkę a wtedy to on nawet nie  wiedział sam co czuje do Aliny, bo ledwo  ją znał. 

No ale  Franek mnie  nie podrywał przecież!- obruszyła  się Alina. No nie podrywał, ale  mówił do ciebie "pani Alineczko" i to ogromnie Krystiana ruszyło - wyjaśniła  jej Teresa. No to go po tym ochrzaniłam i powiedziałam, że nie jesteś  jego dziewczyną i każdemu wolno się do ciebie  zwracać tak jak  uważa za stosowne. I chyba  dopiero  wtedy Kris  się zastanowił co do ciebie  czuje i odkrył, że jesteś  tą jego jedyną.

Ojej- nie  miałam pojęcia, że była taka  sytuacja. A Franek to  miły facet, ale jakoś, jak dla  mnie, to  zupełnie  nie ponętny. No fakt, ponętny to on  nie jest - stwierdziła Teresa- ale ja znam go tyle lat, że jego wygląd mnie w niczym nie przeszkadza. Po prostu  wiem, że jest bardzo porządnym i odpowiedzialnym człowiekiem,  a że mało przystojny? Znałam kilku bardzo przystojnych i ponętnych  a byli zwykłymi , podłymi draniami. I nie mam tu na myśli mego ex-męża. To egzemplarz poza kategorią i aż mi wstyd, że był moim mężem. No ale byłam wtedy młoda i głupia. Tacie  się nigdy nie podobał. Mamie to go było żal, bo się wychowywał bez ojca.  Tata uśmiechnął się - to jest jedyny facet, którego jestem  w stanie rozgrzeszyć z tego, że wziął rozwód i wyprowadził się od  razu z  Polski zostawiając dziecko. Też bym uciekł od takiej baby, tylko nie  zostawiłbym jej dzieciaka.

Pogawędkę przerwał króciutki dzwonek do drzwi wejściowych na  dole - oooo, mój braciszek jest na  dole- stwierdził Kazik. Ojej, byłam tak przejęta  tym gryzakiem, że zupełnie zapomniałam zatelefonować do niego, że wpadnę po drodze  do was- zmartwiła  się Alina. Nie podejrzewałam, że się tak długo u was zagadam. Kazik wyszedł z pokoju i zaczekał na  brata już koło windy. Gdy Kris wysiadł powiedział - twoja  jest u nas, nie złość się na  nią, ale była degustacja gryzaczka- wydarzenie na  skalę światową. Babki w ciąży mają napady niepamięci gdy są w towarzystwie  małych  dzieci. Tak coś podejrzewałem, bo wczoraj mi coś ćwierkała na temat, że ma obiecany gryzaczek, ale  akurat coś pisałem i nie  zassałem o co jej biega- odpowiedział Kris. Stary -nie wiem jak przeżyję do końca  ciąży, bo wciąż  się  boję żeby jej czymś nie  zdenerwować lub  nie wystraszyć.  To zapisz  się na korepetycje do Tesi - ona  ci wszystko wytłumaczy. Nie  wiem czy  nie powinna zawodowo prowadzić kursów z gatunku "jak przeżyć z kobietą ciężarną i całkiem nie zwariować". Mógłbym jutro - stwierdził Kris - mam trochę luzu przed południem. To może bym wziął Tesię i Aleksa do Konstancina? Możesz- jeśli będzie  chciała - i weź tatę  to popcha  wózek i posiedzi z juniorem w cieniu. A wy spokojnie pogadacie. Ale nie umrzesz w pracy  z  zazdrości?- zażartował Kris? Nie, nie umrę, bo wszystko zostanie  wszak w rodzinie! I obaj w świetnych humorach weszli do pokoju.  Aleksander leżał na brzuszku podparty jedną  rączką, druga była zajęta zajączkiem wizytującym jego  dziąsełka.  Kris przywitał się ze  wszystkimi i poszedł umyć ręce, bo jak powiedział, chce sprawdzić ile przybrał na  wadze jego bratanek. A bratanek, który jakimś cudem wiedział, że ten facet tak bardzo podobny do taty to zawsze na  " dzień  dobry" bierze  dziecko na ręce, trzymał zajączka w buzi i wyciągał do Krisa rączki. 

Popatrz tato -powiedziała Teresa- ta nasza  śmiesznota jakoś ich rozróżnia - do Krisa wyciąga  łapki, a gdy podchodzi do niego Zik, to wydaje  taki dziwny  dźwięk pomiędzy "iiii" a "eee" i podrzuca do góry  brzuszek. Tata się zaśmiał - nie mam pojęcia  jak on ich rozróżnia, ale nie traktuje ich tak  samo. No i Kazika to zawsze zaraz obślinia bo usiłuje wziąć jego  nos do buźki.  Krystian od  razu powiedział, że następnego  dnia ma przed południem  trochę  wolnego  czasu, to może  zabrać tatę, Teresę i małego do Konstancina lub do Powsina. 

Gdy  w kuchni Kazik pomagał Teresie  w  szykowaniu kawy i  czegoś  do tej kawy, powiedział jej jaką to sprawę ma do niej jego brat. Nie ma  sprawy - zapewniła go Teresa- uświadomię go - w końcu  dobrze  znam Alinę i jej "odbicia". A ty, kochany. dołączysz  do nas? Tak, urwę  się jutro i przyjadę gdy sprawdzę gdzie jesteście. A może pojedziecie do Powsińskiego Ogrodu Botanicznego? Tam są świetne alejki i potem  można posiedzieć w kawiarence- o ile  będzie  czynna. Podejrzewam, że wylądujemy w Konstancinie- tam jednak jest  lepiej i można pójść na dobrą kawę w tej  zdrojowej kawiarence. A może wylądujemy w Wilanowie w kawiarni ogródkowej.  A że będę z Krisem to może po prostu pojedziemy do Łazienek- ławek do posiedzenia od  metra i dobra  kawiarnia z dużą ilością stolików. I.....pyszną melbą - mam na  myśli  kawiarnię  Trou Madame. Podjedziemy od  strony Szwoleżerów. Zik - a kochasz mnie jeszcze? Nie - ja cię nie kocham ale ubóstwiam- wciąż jesteś dla mnie wszystkim! 

Dziś wyłgałem  się od służbowego wyjazdu do Stanów. Patrzyli na  mnie jak na idiotę. Ale spokojna  głowa - na  moje miejsce  było z pięciu chętnych. Techniczny nie mógł pojąć, że nie chcę jechać. A dlaczego  nie chciałeś pojechać?  Bo jak raz pojadę to potem będę musiał tam regularnie latać. A ja nie chcę was zostawiać. Poza tym wiem z góry, że nic  z tego nie będzie. Ale wpadłem na pomysł by zrobić doktorat na Politechnice. Wtedy będę miał święty spokój. Jak się dobrze przyłożę to w dwa lata albo w trzy lata zrobię. Naczelny to mi przyklaśnie- już raz mi proponował, ale wtedy  nie  widziałem sensu. Teraz to nawet już mam pomysł. Czasem będę musiał zaglądać do Modlina i bywać na  WAT. Ale - zaczęła Teresa - Kazik mocno ją objął i przytulił - nie bój się, nie będę latał, ale muszę mieć symulator.

                                                                          c.d.n.


czwartek, 26 stycznia 2023

Lek na wszystko? - 44

Przez pozostałe dni urlopu Kazik z Teresą, dzieckiem i tatą krążyli po podwarszawskich miejscowościach. Najczęściej jeździli do Zalesia, Powsina i do nieco  dalej położonej Wilgi. Alina nie jeździła  z nimi,  bowiem Krystian pracował w domu. Alina zakupiła dość  sporo włóczki i dziergała  z niej kocyk dla dziecka. Teresa się trochę  z  niej pośmiała bo wśród kocyków, które miało dostać  jej dziecko tylko jeden był używany,  reszta była rozpakowana, wyprana i  nigdy nie używana. Poza tym gdy Alina pokazała jej tę włóczkę, to stwierdziła, że to jest bardzo  cienka włóczka i że kocyk to  powinna  robić z trzech nitek, bo  z jednej to  się z takiej  włóczki robi nie  za ciepłe  sweterki. Poza tym powiedziała też Alinie, że dość  długo dla  maluszka  bardziej jest przydatny śpiworek, wtedy ma  się pewność, że dziecko będzie przykryte - bo te  słodkie  maleństwa wierzgają , chwytają rączkami kocyk i ściągają go z  siebie. I może niech robi w tym układzie  dwa  śpiworki- jeden z górą w postaci bezrękawnika i drugi- na jesień i  zimę z rękawkami.  Do "dobrych rad" dołożyła książkę ze wskazówkami dla mam, które chcą  same robić dzianinę dla  maluszków. 

W trzy  dni później Teresa powiedziała do Kazika - sama sobie  nałożyłam pętlę na  szyję dając jej tę książkę. Nie  zdziw się, jak po kolejnym jej  "nic z tego nie  rozumiem" opieprzę ją i wystawię na klatkę schodową. Porąbała jej ta  ciąża rozum-  dla siebie to umiała robić czapki, szaliki i nawet raz udłubała  bezrękawnik,  a dla dziecka to nagle nic  nie potrafi zrobić. A ja naprawdę nie mam ochoty robić na drutach lub  szydełku. Tym bardziej, że można  bez problemu kupić naprawdę  ładne gotowce. Poza tym znacznie łatwiejsze w utrzymaniu. Na tę włóczkę wydała tyle forsy, że aż mnie zatkało z wrażenia. Jak się jej tak nudzi  w domu to powinna wrócić do pracy. Nieźle jest  mieć  zawsze w  zapasie  nieco dni  niewykorzystanego urlopu. Zawsze się przyda. 

Tata śmiał się  i powiedział - wyciągnę ją na spacer i trochę porozmawiam. Podejrzewam, że Kris jest bardzo  zajęty bo faktycznie  sprawa, do której go wynajęto łatwa nie jest i musi chłopak sporo nad tym pomyśleć, więc pewnie niewiele z nią rozmawia. Ty niemal do samego końca pracowałaś, nie za bardzo miałaś czas i siły by jeszcze coś w domu dłubać  dla maluszka. Poza tym teraz to faktycznie wszystko można kupić.

Teresa powiedziała, że pomysł dobry, ale ona ma jeszcze lepszy- wszystkie już za małe rzeczy Aleksandra ma poprane, posegregowane i zapakowane, więc je zaraz  wyciągnie, wrzuci do samochodu i podwiezie je do Aliny. Do tego dołoży jeszcze lekturę na temat "hodowli" niemowląt. To wiesz  co- włączył  się  Kazik- ja pojadę z tobą i razem zrobimy zakupy, bo już prawie nie mamy lodów.  A Aleksa zostawimy na godzinę z tatą - tylko w kojcu zostawimy podusię dla małego. Mam klucze od ich domu, więc nawet jak ich nie będzie to zostawimy im te rzeczy w mieszkaniu.  No chyba, że tata boi się zostać  sam z Aleksem- dopowiedział Kazik. No a dlaczego mam się bać? - obruszył się tata- przecież nawet sam zmieniam mu pampersa.  Ale wiecie co -zadzwońcie wpierw, że za chwilę u nich będziecie - tak będzie nieco ładniej- podpowiedział tata.  Kazik uśmiechnął się - może i masz rację tato, tyle  tylko, że my nie  wchodzilibyśmy do pokoju, tylko wstawiamy to do przedpokoju i  "dajemy  w długą". Nie sądzę by oni tkwili w przedpokoju, tam nie ma łóżka ani nawet wykładziny dywanowej.

Tak jak zaplanowała Teresa wzięli pudło z dziecięcymi ubrankami i innymi akcesoriami, do niektórych  kocyków Teresa przypięła kartkę z napisem "nieużywane" , dołączyła też (bo było jeszcze  trochę miejsca  w pudle) małe butelki na mleko i podgrzewacz. Teresa  została  w samochodzie, pudło wziął Kazik i za 10 minut był z powrotem, uśmiechnięty od ucha  do ucha. Uciekamy- Alina z kimś ćwierkała  przez telefon, a Kris siedział zamknięty w swoim gabinecie. Cichutko otworzyłem drzwi, zostawiłem pudło tuż koło wieszaka- oni chyba nawet  się nie zorientowali, że byłem. To mnie nie dziwi, bo gdy Kris pracuje  to nic do niego  nie  dociera- idealnie  się chłopak wyłącza. A Alina nawijała coś chyba o pobycie w Niemczech. W trzy kwadranse od  wyjścia z domu byli w nim  z powrotem. Gdy wrócili tata właśnie karmił Aleksa jabłkiem skrobanym łyżeczką. Obaj byli wyraźnie zachwyceni - tata, że wnuczek  tak chętnie i grzecznie je a mały, który bardzo lubił jabłka trzymał w rączce kawałek biszkopta i usiłował wepchnąć go dziadkowi do ust, w chwili gdy  sam otwierał buzię i czekał na następną porcję jabłka.  Tata był zadziwiony, bo maluszek bez trudu pochłonął całe, całkiem  spore jabłko. Kazika  wcale to nie  dziwiło - no cóż- powiedział - ma geny po nas a my oboje lubimy wszystkie owoce. Tesia w czasie ciąży zjadała niesamowite wprost ilości jabłek. Pewnie to małemu  w krew  weszło.

W godzinę po ich powrocie zatelefonował do Kazika Kris - był nieco zdegustowany faktem, że żadne  z nich nie zauważyło bytności "intruza". Kazik tłumaczył bratu, że po prostu bardzo się  spieszył, bo zostawili w domu tatę z Aleksem, który nie  spał i najważniejsze  - doświadczenie przebiegło bez problemu i razem  z  zakupami wyrobili  się z  Tesą w 45 minut. Obaj "chłopcy" są cali i zdrowi,  a mały doświadczalnie sprawdził, że  dziadek to równy facet i potrafi dać dziecku skrobane łyżeczką jabłko. A zawartość  pudła to rzeczy dla ich bobasa - niech Alina przejrzy  wszystko, zapisze sobie co już ma, żeby nie latała po mieście i nie dublowała ciuszków. Niech spisze  rozmiary, które ma i niech zapamięta, że w wieku do 1,5 roku krój ubranek jest taki sam dla obu płci.To tylko prymitywni histerycy ubierają chłopców na niebiesko a dziewczynki na  różowo.

Pomysł Teresy się sprawdził, Alina  zaprzestała dziergania sweterków i kocyków dla   dziecka i zamiast nich zrobiła  dla siebie szeroki i długi szalik. No to co, że z włóczki niemowlęcej, że w kolorze ananasowym- jest mięciutki i  będzie  mi do wszystkich ubrań pasował- tłumaczyła -  chyba  głównie  sobie, bo nikt  z rodziny nie miał żadnych  zastrzeżeń do tego dzieła.  Kazik opracował dla Aliny i  Krisa "ściągę" co jeszcze im przypadnie z dóbr po Aleksie.  A ponieważ kupowali głównie bardzo dobre gatunkowo rzeczy, to na początek naprawdę Alina i Kris  nie muszą wiele dokupywać. No a jeśli wam  się zachce drugiego dziecka?- zapytał Kris.  Nie  zachce  się - stwierdził Kazik- wprawdzie  ciążę Tesia  zniosła koncertowo to jednak  trzeba  było robić operację, a na drugą  "cesarkę" jakoś żadne  z nas nie ma  chęci.  Oczywiście nie jedna kobieta miała więcej  niż jeden poród  rozwiązany chirurgicznie, ale to nie powód by rodzić tak po raz  drugi. Nie  czuję się na  siłach by przeżyć ten strach o życie  dziecka i Tesi jeszcze raz. A wszak cała operacja przebiegła  sprawnie, a naprawdę to mieliśmy szczęście, że Aleks się urodził zdrowy i pępowina nie okręciła się dwukrotnie, bo w porę lekarz Tesię zoperował.  Nikomu nie życzę takich  atrakcji.

Tesa  była jedynaczką i nie  wspomina  tego faktu jako czegoś smutnego. Alina,  z tego co wiem, też szat  nie  darła z rozpaczy, że nie ma  rodzeństwa. To wszystko to kwestia  wychowania  dziecka- po prostu będzie miał Aleks rodzeństwo stryjeczne. Od nas, dorosłych,  zależy jak  się ułożą kontakty  między dziećmi.Wątpię by Alina bardzo chciała mieć  drugie dziecko. Ty tego nie pamiętasz, ale byłem ciężko nieszczęśliwy, że mam brata - naprawdę bardzo się rodzice napracowali bym cię uznał za pełnoprawnego członka rodziny. Przypomnij sobie  co mówiła Sophie - najłatwiej  jest, gdy pomiędzy dziećmi jest  mniej  niż trzy lata różnicy , albo gdy ta  różnica jest duża- pomiędzy 7 a 10 lat.  Omawiałem już ten temat z Tesią, poprzestaniemy na jednym  dziecku. Widziałeś jak to jest gdy się ma więcej  niż jedno dziecko - Kurt miał chwilami tych swoich chłopaków powyżej uszu. A przecież nie rozrabiali, byli grzeczni, posłuszni. Przy jednym dziecku to wiem, że poradzę sobie  z utrzymaniem rodziny, ale przy  dwójce  lub trójce? Będą  się musiały hodować w żłobku i przedszkolu, bo wtedy oboje muszą pracować. Wiem, u nas tylko tata pracował, ale wiesz, że mieli dobre zaplecze  finansowe po dziadkach - z obu stron. My dwaj trafiliśmy z żonami (jeśli idzie o stronę finansową) dobrze, no ale sami znamy mnóstwo takich, którzy trafili zupełnie inaczej. 

Nie chcę być  złośliwy, ale ty braciszku to za pierwszym  razem trafiłeś jak kulą  w płot- stwierdził Kris. Kazik skrzywił  się - no fakt, tyle  tylko, że  Anka rozpiła  się w pracy i to już było przysłowiową kropką nad "i". Przede  wszystkim nie powinienem był się z nią żenić, nie  sprawdziwszy czy jej ciąża była z mojej przyczyny, ale to dotarło do mnie zbyt późno. Ojciec zapytał się mnie  tylko czy korzystałem  z jej  wdzięków i powiedział - jeśli tak, a ona twierdzi ,że zaszła, to musisz się ożenić. Potem  wiele  razy się  nad  tym zastanawiałem, tak  samo jak nad tym czy było to samoistne poronienie czy nie. Byłem z nią, już po ślubie, na jakiejś imprezce i jakiś koleś, co nieco już przypity poinformował mnie, że Anka jest świetna "w te klocki" a i głowę ma mocną. A ja nie  skojarzyłem o co mu idzie i tylko powiedziałem by nie pił więcej. Ale, jak mówi Tesia, widocznie  tak musiało być - może wtedy jeszcze nie był czas dla nas. Lubiłem Tesię, bo  bardzo fajnie się z  nią o  wszystkim rozmawiało, ale jakoś była dla mnie jeszcze zbyt młoda, chociaż gdy się z nią rozmawiało na poważne tematy to jakby jej nagle lat przybywało. Byłem  zdziwiony, że się wydała za Roberta, który był niewiele młodszy  ode mnie. A potem Tesia była świadkiem na mojej sprawie rozwodowej. Nawet nie  wiesz jak bardzo za nią tęskniłem będąc w Berlinie, brakowało mi rozmów  z nią. Potem ona  nadal była z Robertem, ja się w niej kochałem i miałem  szczerą  chęć wyskoczenia  na bruk z tego ósmego  piętra. Powiedziałem jej wtedy, że kocham się w kobiecie, z którą nie mam szans być razem i że najmądrzej będzie jeśli skończę ze sobą. Była wtedy ze mną, cały czas mnie pilnowała i powiedziała, że gdyby była na miejscu tej kobiety to byłaby szczęśliwa. To jedno zdanie dało mi nadzieję, uratowało mnie. No a potem  to już wiesz co było. Tesia twierdzi, że powinna podziękować Robercikowi za to, że tak publicznie ją  zdradził, bo był dobry  materiał dowodowy. A Robercik to ma wysokie poczucie humoru- na  stole leżały te jego zdjęcia a on jej mówił, że ją kocha. 

A co teraz wspaniały Robert robi?- spytał Kris. Nie wiemy, ale możliwe, że wyjechał do Moskwy i tam siedzi. Tyle  tylko, że jako szeregowy pracownik a nie jako  kierownik. Bo Robercik nie  miał odpowiedniego zaplecza ideologicznego i  chyba  za małe poparcie. Poza tym na stanowisku  kierowniczym wolą mieć człowieka ustabilizowanego, żonatego no i żeby była tam też jego żona. Bo nawet jeśli będzie  łaził na  boki to nie będzie  tego robił  z przytupem, tylko dyskretnie. Rozwód nie  dodaje splendoru.

A co z tą Kancelarią Prawniczą? Otwierają ją ci twoi koledzy? Tak, już nawet znaleźli lokal. Bardzo chcieli w centrum miasta, ale w centrum takie  ceny, jakby budynek i okolice były wyłożone złotem. Lokalizacja na Górnym Mokotowie. To dla mnie nawet lepiej komunikacyjnie, nie  będę  miał raczej korków na całej drodze, zwłaszcza  gdy nie będę tam musiał być rano.  Znaleźli parter willi, teraz  tam robią remont. Śmieliśmy się, że latem to będzie można urzędować w ogrodzie, bo jest tam bardzo ładna altana. No to pewnie można by było zrobić tam barek kawowy dla klientów- zaśmiał się Kazik.

Mnie to coś innego przyszło do głowy- byłoby fajnie gdybyśmy mieszkali razem w takiej willi. Świetny jest ten ogród, dzieci miałyby gdzie  się bawić. Kazik tylko jęknął - oprzytomnij -ciekawe kto by ten ogród uprawiał- same to tylko chwasty rosną- resztę trzeba niestety pielęgnować. Ty wiesz jak ciężko jest ogrzać wolno stojącą  chałupę? Zapomniałeś jak było zimno u Alinki? Jak ci coś nawali w bloku, np. dach, to przychodzi ekipa i robi co należy- opłata  leci na taki dach z całego osiedla, z funduszu remontowego. A jak masz własną  chałupę to ty za naprawę dachu sam płacisz. Kris skrzywił się - jesteś okropnym facetem, zabijasz marzenia w zarodku. Nie  rozumiem co Tesia w tobie  widzi , ale widocznie coś widzi,  skoro jesteście razem.

Tesia jest realistką, jeśli o czymś marzy to zawsze jestem w stanie jej marzenie  spełnić- zamarzyło się jej dziecko - mamy dziecko- śmiał się Kazik, chciała rodzić w komfortowych  warunkach-nie ma sprawy - tak było. Chciałem jej kupić samochód, żeby  miała własny- ale jak na razie  nie chce- no to nie kupiłem.

                                                                        c.d.n.



środa, 25 stycznia 2023

Lek na wszystko? -43

 Tak jakoś  się składa w życiu, że gdy spędza się czas w miłym  gronie, to on szalenie  szybko mija. Jak powiedziała Alina,  to jest jakaś  złośliwość losu. Na dodatek okazało się, że mili gospodarze jednak nie zawitają do Warszawy tak jak  było planowane, bo ojciec Sophie trafił do  szpitala i  stan jego  zdrowia  nie napawał optymizmem.  W tym układzie pojadą stąd do jej rodziców i resztę wakacji spędzą w  ich domku. Jeśli im będzie  ciasno to skorzystają z pokoi gościnnych. Sophie  była zdenerwowana, bo jej mama nie bardzo nawet  wiedziała  dlaczego ojciec  musi  być w  szpitalu. Toż przecież nie biorą do szpitala kogoś z powodu złamanego paznokcia - mówiła do Kurta. A mama to zupełnie jakaś mało przytomna się zrobiła, jedynie  powtarza, że ona nie wie co się ojcu stało, ona była na jakichś zajęciach "świetlicowych" i gdy stamtąd wychodziła  to dowiedziała  się, że jej mąż trafił do szpitala, który jest tuż obok tego ośrodka.  Teresa pomyślała, że być może ojciec  Sophie miał udar, ale nie  dzieliła się ze Sophie  swoimi przypuszczeniami.  

Dzieci były wyraźnie zawiedzione, ale Kazik powiedział chłopcom, że Warszawa nie zniknie nagle z powierzchni  ziemi, będą przecież jeszcze  ferie jesienne i mogą przecież  wtedy przyjechać. I może to być nawet lepszy pobyt, bo już nie będzie  takich okropnych upałów. A jeśli nie uda  się w czasie ferii jesiennych to jeszcze są ferie wiosenne no i następne wakacje. Nastąpiło gorączkowe likwidowanie "letniska" i następnego dnia w południe, po serii uścisków i wymianie zapewnień o dozgonnej przyjaźni wyruszyli w  drogę. 

Kurt pomimo protestów Kazika "odholował" ich na parking  z którego ich przedtem zabierał, mówiąc, że i tak muszą wpaść na chwilę do domu w Berlinie, chociażby tylko po to, żeby zostawić w domu zawartość lodówek, bo Kazik stwierdził, że oni nie mogą wszystkiego z lodówki zabrać, bo jednak mają do Warszawy "kawał drogi" i termo torba  nie wytrzyma takiej ilości produktów przez tyle  godzin. W związku z tym Kurt pożyczył jeszcze jedną termo torbę od sąsiadów i jakoś się spakowali.

Warszawiacy dotarli do Warszawy około godziny 23,00 i oczywiście Kazik zaraz dał znać Kurtowi, że już są na miejscu. Kurt z  kolei powiedział  Kazikowi, że w drodze do Berlina postanowili, że  Kurt z dziećmi zostanie w Berlinie a do rodziców  pojedzie  tylko Sophie, już nawet po drodze wpadli na dworzec i kupili dla niej bilet na pociąg na następny dzień. Kazik pochwalił  ten pomysł, bo chyba łatwiej  się zorganizować z dziećmi w Berlinie niż na terenie ośrodka dla osób starszych. Kurt już zaplanował, że wybiorą  się do ZOO, poza tym ma zamiar dwóch starszych  zagonić do porządkowania w domu w ramach  niespodzianki dla Sophie. Bo przed  wyjazdem, gdy się pakowali to bardzo w  swym pokoju nabałaganili.

Teresa z radością wróciła do domu, chociaż trzeba przyznać, że mieli na letnisku bardzo dobre warunki bytowe, ale w sumie to ciągle ktoś się w pobliżu kręcił. Dzieci były co prawda grzeczne, ale troje oprócz Aleksandra to już dla Teresy  było "mnóstwo dzieci". Poza tym w domku mieszkali z tatą, Aliną i Krisem, więc o całkowitej ciszy i  samotności nie było mowy. Do stałej obecności  taty byli oboje  już bardzo przyzwyczajeni, Teresa podejrzewała, że już tak byli zżyci z tatą, że jego nieobecność w pobliżu mogłaby wręcz wywołać ich niepokój, ale obecność  była czymś całkiem zwyczajnym i pożądanym. 

Bardzo się Teresa uśmiała, gdy w drodze powrotnej (tym razem tata jechał razem z nimi, siedział z przodu) tata powiedział, że Kris to ma świętą cierpliwość do Aliny, która ciągle jest pełna przeróżnych wątpliwości i w ogóle jest mało pewna siebie. No bo ja przestałam ją ciągle rugać, bo nigdy  nie byłyśmy same, a nie chciałam jej "stawiać do pionu" przy Krisie albo przy Kaziku. Ustawię ją w psychicznym  pionie najpóźniej  w trzy  dni. Ten facet, który był zainteresowany jej domem a nie  nią, strasznie ją wykończył psychicznie. Bo wcześniej to nie  miała o sobie  "złego mniemania," raczej należała do tych zawsze wesołych. Ale prawdę mówiąc to wcześniej też miała jakiegoś niewydarzonego faceta, podawał się za magistra inżyniera, ale był tylko technikiem. To nie znaczy, że szanuję tylko tych co są po  pełnych studiach, ale  nie rozumiem po co kłamać. On kiedyś wyjeżdżał na zbiorowy kontrakt i miał pecha, bo papiery tej  grupy to ja przeglądałam i brakowało mi tam czegoś, więc  zadzwoniłam do firmy, która kontraktowała pracowników na takie "zbiorówki" by facet przyszedł to uzupełnić. Facet przyszedł, uzupełnił i w miesiąc później spotkałam go z Aliną- on mnie  nie skojarzył, no ale ja go poznałam i zapytałam  się kiedy wyjeżdża na ten  zbiorowy kontrakt do Jeny. Faceta nieco zatkało, był bardzo zdziwiony skąd ja wiem o tym wyjeździe, więc go oświeciłam w tej materii, a Alina już się z nim więcej nie spotkała, bo nie powiedział jej, że się wybiera na zbiorowy kontrakt do pracy w Jenie. Przy okazji Alina  mi powiedziała, że się podawał za mgr inżyniera. I po takich dwóch facetach Alina  nieco straciła wiary we własną urodę i możliwości i w to, że ktoś "normalny" się  w niej zakocha. Była przerażona faktem, że bardzo się jej spodobał Kris  i bardzo szybko go polubiła.

Kazik stwierdził, że do końca urlopu pozostanie w domu, co bardzo ucieszyło Teresę. Tatę zresztą też, bo wiadomo było, że w takim  razie będą razem gdzieś jeździć, w końcu wokół Warszawy nie rozpościera  się pustynia, jest nawet Zalew Zegrzyński i całkiem sporo lasów. W odległości od 40 - 60 m są nawet całkiem przyzwoite miejscowości  letniskowe. Najbardziej z szybszego powrotu do Warszawy to się  cieszył Kris, bo jak mówiła  Teresa - on to bez pracy jak  ryba  bez  wody. Tym bardziej, że miał w perspektywie dość trudną sprawę i musiał opracować dobrą linię obrony, co wymagało bardzo starannego zgłębienia różnych przepisów. Z kolei Alina cieszyła  się, że zaraz  po przyjeździe wybierze  się do lekarza, by sprawdzić,  czy kuracja hormonalna "zdała egzamin". 

Kazik planował by na pozostały czas urlopu "zacumować" w którymś z podwarszawskich ośrodków, ale Teresa była temu mocno przeciwna - stwierdziła, że  ona  woli jednak mieszkać w domu i wyjeżdżać poza  Warszawę na kilka godzin,  a nie siedzieć w jakimś ośrodku i słuchać wrzasków  dziecięcych. Poza tym mieli blisko do Wilanowa, do Konstancina, Zalesia Górnego jak również do kilku miejscowości podmiejskich  za prawobrzeżną Warszawą. Chciała też wybrać się na  zakupy, Aleks już powyrastał z wielu ciuszków, które starannie wyprane i wyprasowane czekały już na  następnego właściciela. Chciała też by kupili kojec dla małego, bo jak stwierdziła, to w kojcu dziecko spędzi spokojnie  czas nieomal do ukończenia  dwóch lat, a jak wiedziała  z opowieści doświadczonych już macierzyństwem koleżanek to łatwiej go jednak wtedy pilnować. Wystarczy tylko nieco wysilić mózgownicę,  by dziecko kojec polubiło i nie  nudziło się  w nim. Zaraz na drugi  dzień po przyjeździe zostawili Aleksa pod opieką taty a sami wyruszyli na  zakupy- nakupowali mnóstwo ciuszków, przeróżne  zabawki "edukacyjne" dla maluszków, bardzo ładny kojec z różnokolorowymi szczebelkami, a do niego brezentową podłogę i gruby koc , by była dobra  izolacja od podłogi. Kazik zakupił też specjalne listwy z warstwą wojłoku, do  zamontowania u  dołu drzwi, by  nie wiało pod  drzwiami. Poza tym wypatrzyli "zastawę stołową" dla  maluszka,  czyli talerz na  zupę, w którym zupa  nie stygła, nie wywrotne kubeczki i kilka ładnych śliniaczków dobrze okrywających  takiego małego papraka.

W kilka  dni później zatelefonował Kurt, że jego teść przeniósł się niestety do Wieczności, mama Sophie będzie w dalszym  ciągu mieszkała w tej miejscowości, tylko przeniesie się do wielorodzinnego domu dla osób starszych, bo to będzie tańsze rozwiązanie niż taki domek. Będzie  miała dwupokojowe mieszkanie, nieduże, ale ze  wszystkimi udogodnieniami dla osób starszych, z recepcją w której zawsze  można poprosić o pomoc lub wezwać pielęgniarkę czy też lekarza. Teresa  zaraz  zatelefonowała  do Sophie i złożyła  jej kondolencje, a Sophie powiedziała, że to był udar i to taki rozległy, więc właściwie to lepiej,że ojciec umarł niż gdyby nie wiadomo ile czasu leżał w charakterze roślinki w ludzkiej postaci. Sophie pomogła  mamie spakować  się do przeprowadzki, która miała nastąpić po pogrzebie, pogrzeb natomiast miał być dopiero za trzy tygodnie. W tym układzie Sophie wraca już do Berlina, przyjedzie gdy już będzie znała datę pogrzebu i wtedy przyjadą wszyscy razem. Rozmawiała  z Kurtem, czy ewentualnie nie wziąć mamy by zamieszkała z nimi w Berlinie, ale mama stwierdziła, że tu ma  swoje przyjaciółki, ma swoje zajęcia świetlicowe, ma rehabilitację, więc zostanie tutaj, ale docenia, że jej to zaproponowali.

Tata, gdy wysłuchał relacji Kazika powiedział, że wcale  się tej pani nie dziwi, skoro ma tam dobre kontakty i jak słychać bardzo  dobre  warunki do życia  codziennego to nie dziwi go, że chce tam zostać. Ja już zapuściłem tu u was na tym ósmym piętrze korzenie i jakoś nie pilno mi by wrócić na  swoje pierwsze piętro.  Tato, nie ma potrzeby byś mieszkał sam na tym  pierwszym piętrze. Przecież nie jest nam tu ciasno, a ja jestem znacznie spokojniejszy gdy wiem, że Tesia nie jest sama w domu z Aleksem - tłumaczył teściowi Kazik.  Nawet gdy Aleks przestanie z nami sypiać w jednym pokoju to i tak nie będzie nam tu za ciasno. A tamto mieszkanie to jest po prostu zapasowe. Jak obie windy wysiądą to tam będziemy przez ten czas  nieczynnych wind mieszkać. I też się pomieścimy.

Alina wybrała  się do lekarza do przychodni, w której leczyli  się Teresa i Kazik i w której  abonament  wykupił też Krystian dla siebie i Aliny. Oczywiście na tę wizytę pojechał  z nią Krystian.  USG wewnętrzne wykazało, że jest ciąża i jak twierdził lekarz wszystko jest  w normie a dziecina urodzi się wiosną. Alina dostała wytyczne, a główne polecenie brzmiało - nie biegać,  nie skakać ale nie leżeć plackiem, jeść to co  zdrowe i jeść jogurt i nie poić się mlekiem. I nie wpadać z byle powodu  w panikę. Nie dźwigać. Wysypiać  się.  Seks nie  zabroniony, dziecko jest  dobrze  chronione. Jeśli ma ochotę to może chodzić na  basen, ale najlepiej to do Konstancina  jeździć, bo tam są dobre filtry i basen jest czysty. Nie objadać  się słodyczami i potrawami ciężkostrawnymi. Chodzić na  spacery, zmienić wysokie szpilki na niskie szpilki. Pokazywać  się co miesiąc u lekarza. Dostała broszurę jakich pokarmów ma unikać bo mogą być szkodliwe  dla dziecka. Nie bawić się z kotami, nie głaskać bezdomnych zwierząt. Jak tłumaczył jej lekarz, te zalecenia  wynikają między innymi i z tego powodu, że nie  wiadomo dlaczego jej mama miała takie kłopoty z rozrodem. Bo przyczyn takiego stanu  rzeczy  mogło być sporo, ale nie wymieniał ich. Jak potem Kris zwierzył się  bratu, to zapewne lekarz  wyczuł, że Alina ma tendencje  do histeryzowania.

Prosto od lekarza Alina  z  Krisem wpadli do Teresy. Teresa już miała  naszykowane wszystkie już za małe dla Aleksa niemowlęce  ciuszki , powijak i małe kocyki oraz małą wanienkę z leżaczkiem, małe  butelki do karmienia i pojenia. Wszystkie te rzeczy były tak mało używane, że Alina sądziła, że są jeszcze nigdy  nie używane. 

Alinko, Koteczku- dzieci mają to do  siebie, że rosną a ciuszki niemowlęce mają to do siebie, że każdy miesiąc życia  dziecka to praktycznie już inny rozmiar. Te pierwsze miesiące to taki okres, w którym nim dziecko coś zniszczy z powodu używania to z tego po prostu wyrośnie. Jak widzisz  wszystkie rzeczy są w uniwersalnym kolorze czyli cielistym. Jeżeli będziesz  chciała oznaczyć by były zgodne  z płcią dziecka,  czyli kolorek niebieski dla chłopców a różowy dla dziewczynek, to ja ci je ozdobię  muliną w odpowiednim kolorze. A nie wydawajcie pieniędzy niepotrzebnie  na ciuszki zgodne kolorem z płcią, bo to jakiś przesąd. Na razie nie kupujcie wózka a już na pewno nie kupujcie fotelika samochodowego, bo gdy się wasze bobo urodzi to będziecie  mieli ten fotelik, który jak  wiesz jest i  nosidełkiem - on jest tylko dla dzieci do roku, więc zimą Aleks  będzie  miał już następny, a ten będzie dla  waszego dziecka. Wózek zdążycie kupić na wiosnę, nim  się  dziecko urodzi. Małe, pierwsze  łóżeczko też już pójdzie do Was, podobnie jak i hamaczek,  z którego nasz artysta  już wyłazi. I mam wrażenie, że wózek, czyli stelaż  i dwa nadwozia też trafią do was przed urodzeniem  się  dziecka, bo ten wózek będzie już za mały dla Aleksa, a stelaż pasuje też do fotelika. My dla Aleksa kupimy po prostu jakąś nową spacerówkę, która też potem trafi do was.

                                                                       c.d.n.