wtorek, 31 marca 2015

Przyjazń i kochanie- cz.III

Przy bliższym poznaniu nowa ciocia całkiem zawojowała Sandrę -spędziły same kilka
godzin, bo  wujek miał jakieś sprawy do załatwienia .
Sandra została obdarowana przepięknym kuponem jedwabiu haftowanego srebrną nitką.
Jedwab był w jasno-seledynowym kolorze i były na nim wyhaftowane malutkie różyczki.
Był to kupon na sari, czyli ok.10 m cieniutkiego jedwabiu. Ciocia  wręczając Sandrze ten
kupon powiedziała, że to prezent urodzinowy i zasugerowała, że byłaby z  tego piękna
suknia  do ślubu.
Zachwyt Sandry wzbudziły przeróżne rzezby z hebanowego drewna oraz bardzo dziwne
maski obrzędowe. Niektóre były wręcz przerażające, więc leżały schowane w szafie.
Był też prześmieszny mały stolik do kawy, którego blat spoczywał na grzbiecie
hebanowego słonia. Wszystko było rzezbione ręcznie i widać było wyraznie ślady po
dłucie. Stolik był niewysoki, najwyżej 6o cm wysokości a na blacie mieścił się kubek i
nieduży talerzyk . Widząc zachwyt Sandry ciocia do kuponu dodała też stolik.
Wujek nie wracał, więc Sandra postanowiła porozmawiać o rodzicach z ciocią.
Ta początkowo wzbraniała się by cokolwiek powiedzieć, w końcu jednak powiedziała-
no po prostu twój tata miał kiedyś romans.
Rzecz w tym, że oni już dawno są po rozwodzie, ale z uwagi na  ciebie  nadal mieszkali
razem - uważali, że tak będzie lepiej dla ciebie.
Sandrę wyraznie zatkało - zupełnie nie mogła uwierzyć w to co słyszy.
A kiedy się rozeszli? -dopytywała się nieco oszołomiona.
Ciocia machnęła ręką - oj, już bardzo, bardzo dawno. Miałaś wtedy 9 lub 10 lat.
Osoba, z którą wtedy romansował  twój ojciec zmarła kilka lat temu, ale twoi rodzice
już się nie zeszli. Nie wiem, czy każde z nich jest nadal wolne czy może każde kogoś
ma.
Naprawdę nie wiem jak to u nich jest. Wiem tylko tyle, co ci powiedziałam.
I wydaje mi się, że powinnaś z nimi porozmawiać na temat tego rozwodu- w końcu są
twoimi rodzicami i żaden rozwód tego nie zmieni. Razem czy osobno pozostaną twymi
rodzicami do końca swego życia.
Gdy przyszedł wujek, Sandra powiedziała, że już wie jak wygląda sprawa rozwodu jej
rodziców. Ale przypomniała sobie, że kiedyś nurtowała ją sprawa jej podstawówki - co
to za szkoła była? Jakaś resortowa czy jak?
I znów czekała ją porcja nieco zaskakujących informacji - była to szkoła Towarzystwa
Przyjaciół Dzieci, która przyjmowała  sześciolatki i była to szkoła w 100% świecka-
bez religii, więc grupowała dzieci osób innego wyznania lub ateistów. A w tej grupie
było sporo osób partyjnych- bo z uwagi na system wyższe stanowiska mogły zajmować
tylko osoby należące do PZPR. A  ponieważ Sandra bardzo wcześnie nauczyła się czytać,
 wujek podpowiedział swej siostrze, by zapisała dziecko do tej szkoły.
Zresztą-wujek kontynuował swe wyjaśnienia - jeden z moich znajomych akurat zapisywał
tam swego syna. To bohater wojenny, brał udział w Powstaniu i był odznaczony Srebrnym
Krzyżem Virtuti Militari- sam "Bór"- Komorowski go odznaczał. Może znałaś jego
syna - to ... i tu padło nazwisko Andrzeja. Sandra mało nie zemdlała z wrażenia i tylko
cicho wyjąkała- tak, chodził ze mną do jednej klasy.
Jak na jeden dzień to miała stanowczo zbyt dużo wrażeń.
Sandra zjadła jeszcze u wujostwa kolację, po której, z uwagi na prezenty,wujek ją odwiózł
do domu samochodem.
Ale tego wieczoru Sandra już nie poruszyła w domu kwestii rozwodu rodziców. Była zbyt
oszołomiona, zdziwiona i rozżalona. Chciała wpierw wszystko spokojnie przemyśleć.
Było to coś nowego w jej zachowaniu - jeszcze rok wcześniej zaczęłaby się natychmiast
domagać wyjaśnień.  Stojąc pod prysznicem pomyślała, że od takich nowin to chyba
można osiwieć. Ale  rzut oka w lustro upewnił ją, że z tym siwieniem to chyba jakaś
bujda.
Sandra nie osiwiała, ale bardzo długo nie mogła zasnąć - rano nie mogła się zupełnie
pozbierać. Wyglądała jakby była chora, ale na pytanie matki, czy aby dobrze się czuje,
bo kiepsko wygląda, odpowiedziała, że nic jej nie jest, po prostu pózno zasnęła.
Nie poszła na zajęcia - czuła się rozbita fizycznie i psychicznie. Gdy rodzice wyszli
do pracy przerzuciła kartki rodzinnego albumu - sądziła, że może zdjęcia ujawnią kiedy
nastąpił rozpad rodziny. Ale ze zdjęć nic nie wynikało- na żadnym ze zdjęć ani ojciec
ani matka nie wyglądali na ludzi mających jakieś zmartwienie. Na każdym zdjęciu
byli uśmiechnięci - jedyną skrzywioną lub zmartwioną osobą była na tych zdjęciach
Sandra. Bo Sandra bardzo nie lubiła być fotografowana.
Tego dnia też nie porozmawiała z rodzicami - tata wrócił z pracy bardzo pózno a do
tego z bólem głowy. Było jakieś zebranie, wszyscy kopcili papierosy i nawet otwarte
okno niewiele pomogło. I chyba rzeczywiście tak  było, bo jego ubranie przesycone
było papierosowym dymem. Na prośbę matki szybko je zdjął i wywiesił na balkonie
by nieco wywietrzało. Nic nie chciał jeść, wziął proszek od  bólu głowy i poszedł
się położyć.
W pierwszej chwili Sandra chciała zapytać się mamę o tę sprawę rozwodową, ale
przyszło jej na myśl, że ciekawiej będzie zadać im to pytanie gdy będą razem.
Postanowiła, że nie powie nic o tym, że wie o ich rozwodzie, ale zapyta się kiedy
będzie sprawa rozwodowa i jaki właściwie jest powód rozwodu.
Wieczorem znów się zastanawiała nad  małżeństwem swych rodziców. Niewątpliwie
było to miłe z ich  strony, że kierując się jej dobrem, pomimo rozwodu, nadal tkwili
pod jednym dachem, a do tego stwarzali pozory dobrej rodziny.
Artyści, słowo daję, artyści- rozmyślała Sandra. Mnie cały czas wkładali do głowy,
że zawsze należy mówić nawet najgorszą prawdę a sami mnie oszukiwali. To tak,
jakby cel uświęcał środki. Ale czy oszukiwanie kogoś " dla jego dobra" traci
swe złe cechy i staje się czymś dobrym? Zatajanie prawdy to też oszustwo. Oni
się pewnie uważaja za bohaterów, za wzór rodziców. A zapewne gdy zaczniemy
o tym rozmawiać, to zaraz wyjdzie na to, że to ja jestem wredna, bo oni się
przecież dla mnie poświęcili i byli razem, chociaż nie musieli. Ciekawe jak to
jest spać w jednym pokoju z kimś, kto  juz oficjalnie nie jest własnym mężem a
"obcym facetem"?
c.d.n.






poniedziałek, 30 marca 2015

Przyjażń i kochanie - cz. II

Sandra cierpliwie czekała na wiadomości od Andrzeja.
Nagle doszła do wniosku, że  jest kompletnym głąbem, z całą pewnością nie zda
matematyki bo tak naprawdę ona zupełnie nie rozumie o co  chodzi w zadaniach
z treścią.  Geografii też nie zda, bo południki, równoleżniki, zwrotniki- przecież to
wszystko jej się plącze.
Rodzice patrzyli na nią jak na wariatkę.
Tata cierpliwie tłumaczył matematykę, mama  przepytywała z geografii.
Ale Sandra wpadała w coraz większą panikę. W grudniu  spotkała się z Lidką- ona,
w przeciwieństwie do Sandry wcale się maturą nie przejmowała.
Nie rozumiała zupełnie niepokoju Sandry, która przez całe liceum miała całkiem
dobre oceny. Tłumaczyła jej, że w interesie szkoły jest by jak najwięcej uczniów
zdało maturę, że z reguły nauczyciele dyskretnie swoim uczniom pomagają, bo
zdają sobie sprawę, że wszyscy są zestresowani. Poza tym przywiozła Sandrze list
od Andrzeja - już nieco mniej smutny. Nie bardzo wierzył co prawda w to, że zda
 maturę, ale nie rwał z tego powodu włosów z głowy.
Był znowu w szkole z internatem, tym razem na Malcie. Nie był jedynym Polakiem
w tej szkole, więc było mu razniej.
Czasami Sandra uczyła się z Lidką i te wspólnie spędzone godziny bardzo podbudowały
Sandrę. Nie było wcale tak zle z jej wiadomościami, w razie potrzeby otwierały się
właściwe "szufladki" w mózgu.
Ani się Sandra obejrzała a już było po maturze. I po paznokciach, które bardzo
dokładnie obgryzała aż do krwi - poza tym obgryzła trzy ołówki  i zostawiła ślady zębów
na obsadce wiecznego pióra. Leczenie pouszkadzanych palców trwało miesiąc. Ale
najważniejsze było dla niej, że  zaliczyła maturę.
Przed nią był wybór uczelni - tak prawdę mówiąc sama nie bardzo wiedziała jaki
kierunek studiów  ma wybrać.
Nie miała jakichś konkretnych zainteresowań - z większości przedmiotów miała piątki.
Ale dobrze wiedziała, że na Politechnikę nie będzie startowała - zapewne nie przebrnęłaby
przez pierwszy rok z powodu matematyki.
Postanowiła zdawać na Uniwersytet na.... filozofię. Była zdania, że po takim kierunku
można robić wszystko co nie wymaga znajomości matematyki i fizyki.
Lidka natomiast wybrała anglistykę. Nie ukrywała, że najchętniej wyjechałaby z Polski na
stałe.
Na filozofię Sandra dostała się cudem -  miała niewłaściwe pochodzenie  społeczne.
Mama śmiała się, że uratował sprawę fakt, że tata , "delikatnie" zachęcany przez swego
dyrektora wstąpił rok wcześniej do PZPR. Sandrę wcale to nie interesowało, dla niej
najważniejsze było, że będzie studentką. Przyszłość jawiła się jej w bardzo  wesołych
barwach -  czekała na przyjazd Andrzeja, już planowała rajdy po klubach studenckich.
Jej radość dość brutalnie przerwał list od Andrzeja - faktycznie  nie zdał matury i
w związku z tym zostawał na wakacje u rodziców - jego wakacje to był dalszy ciąg
nauki. Właściwie to nic dziwnego- wyrównać braki językowe w jeden rok to naprawdę
nie było sprawą prostą.
Wakacje nagle przestały Sandrę cieszyć. Lidka wyjechała na wakacje do swych rodziców,
miała  wrócić w połowie września.
Sandra w ostatniej chwili załapała się na kurs żeglarski, co nawet ją samą zdziwiło.
Nigdy dotąd  nie czuła pociągu do wodnych  rozrywek. Kurs był w Warszawie, w jednym
z klubów jachtowych. Co prawda jak na złość ten klub był po praskiej stronie  miasta,
więc Sandra znów musiała tracić czas na dojazdy. Właściwie wszystko się jej podobało,
nawet prace bosmańskie. Wracała do domu zmęczona i straszliwie brudna, ale zadowolona.
Dziewczyn  było mało, ale nowi koledzy bardzo się Sandrze podobali. Traktowali swe
koleżanki "bezpłciowo", żadnego podrywania czy też mizdrzenia się i taki stan rzeczy
bardzo Sandrze odpowiadał.  Pierwszy rejs żaglówką po Wiśle na zawsze pozostał w jej
pamięci. Cisza, plusk wody za burtą, przesuwające się przed oczami krajobrazy - to
wszystko wywarło na niej niezapomniane wrażenie.
Uznała, że pływanie żaglówką warte jest połamanych paznokci i pokiereszowanych rąk.
Oczywiście prawdziwy żeglarz nie wykonywał prac bosmańskich w ochronnych
rękawicach. W tych czasach Wisła była jeszcze stosunkowo czysta, w każdym razie
kontakt skóry z wodą nie niósł za sobą zagrożenia jakąś alergią i można było korzystać
z basenów na Wiśle.
Sandrze wydawało się, że matura jest równoznaczna z pełnoletnością - jakoś nie dotarło
do niej, że zrobiła maturę mając 17 lat i nadal jest "pod paragrafem".
W grupie żeglarskiej była najmłodsza, ale nikt o tym nie wiedział.Większość wybierała
się na tygodniowy pobyt na Mazury i zaproponowali  Sandrze by  też pojechała.
Ale na ten wyjazd nie zgodzili się jej rodzice- to nie był jakiś zorganizowany obóz ale
wyjazd prywatny. Młodzież jechała bez opiekunów, bo wszyscy byli już pełnoletni.
Mieli spać wszyscy w jednej stodole na sianie, wyżywienie miało być we własnym
zakresie.I nie pomogło tłumaczenie rodzicom, że  będą tam i inne dziewczyny,a Sandra nie
była przecież jedyną kursantką, również propozycja, że przedstawi rodzicom wszystkie
osoby, które tam się wybierają nie wpłynęły na zmianę ich decyzji.
Sandra była wielce niepocieszona.
Tłumaczyła, że przecież już w styczniu skończy 18 lat,  więc te kilka miesięcy nie
powinny stanowić różnicy - w odpowiedzi na to dowiedziała się, że dopóki będzie pod
dachem rodziców, to naprawdę niewiele się zmieni w jej życiu - nawet gdy skończy te
nieszczęsne 18 lat nadal nie będzie mogła wracać do domu kiedy się jej zamarzy ani
wyjeżdżać z nieznanymi rodzicom ludzmi, zwłaszcza  z tymi o płci odmiennej.
Bo dopóki oni łożą na jej utrzymanie mają prawo ingerować w jej życie.
Gdy się usamodzielni- będzie mogła robić co się jej zamarzy.
To co sobie pomyślała o własnych rodzicach nie bardzo nadaje się do napisania.
Wreszcie rozpoczął się rok akademicki i  Sandra utonęła w lekturach i skryptach -
było sporo materiału do opanowania, ale w sumie Sandrze się to podobało.
W domu wywalczyła, że do domu będzie docierać najpózniej przed północą, a nie
przed godziną  dwudziestą drugą.
Z Lidką widywała się rzadko, a Andrzej , nie bardzo wiadomo dlaczego nie pisał.
Pomału zaczęła wyrzucać go z pamięci. Miała już kółko nowych znajomych a po
ostatnim spotkaniu z Lidką doszła do wniosku, że Andrzej chyba jednak na dłużej
zostanie poza granicami kraju.
Sandra miała dość radykalne sposoby na wyrzucanie pewnych rzeczy ze swego życia-
tym razem pocięła na drobne kawałki  wszystkie zdjęcia Andrzeja i je wyrzuciła.
Zostało tylko jedno zdjęcie- pamiątkowe, zrobione absolwentom piątej klasy.
Na tym zdjęciu ona miała po raz pierwszy grzywkę -była to miniaturowa grzywka,
którą sama sobie przycięła w tajemnicy przed mamą.
Jej mama twierdziła bowiem, że grzywka jest niewskazana z przyczyn higienicznych.
No to Sandra  chwyciła cienkie pasmo włosów nad czołem i obcięła je przy samej
skórze. W kilka tygodni pózniej, przy niedzielnym śniadaniu mama spostrzegła tę
zakazaną grzywkę. Awantura trwała niemal do wieczora, w końcu tata się wtrącił
i powiedział niezbyt miłym tonem, by mama nie histeryzowała z powodu grzywki.
Gdy grzywka osiągnęła normalną długość tata oświadczył, że w takim  uczesaniu
Sandra wygląda znacznie lepiej. Od tej pory grzywka różnej długości stała się
stałym elementem uczesania Sandry.
W okresie  świąt Bożego Narodzenia przyjechał do Polski wujek wraz ze swą nową
żoną. Sandra podsłuchała, jak jej mama narzekała do taty, że jej brat to chyba zupełnie
zgłupiał, bo wziął sobie za żonę dużo młodszą kobietę.
Nowa żona wujka podobała się Sandrze ( jej tacie także), opowiadała sporo o Ghanie
i zaprosiła Sandrę  do siebie na "babski wieczór".
Czas szybko mijał, Sandra "udzielała się towarzysko", osiemnastkę obchodziła
w gronie  aktualnych koleżanek i kolegów - tego dnia hurtem opuścili wykłady,
wybrali się do "Zielonej Gęsi" na urodzinowe wino, a potem zaciągnęli Sandrę do
fotografa, by zrobiła sobie zdjęcie do dowodu osobistego.  Potem znów trafili do innej
kawiarni na kolejne lampki wina.
Gdy Sandra dotarła do domu, była "w stanie wskazującym" i w ramach prezentu
urodzinowego wysłuchała "kazania" na temat : jak powinna zachowywać się panna
z dobrego domu.
W tydzień pózniej rodzice poinformowali ją, że......skoro jest już taka dorosła , to bez
trudu zrozumie informację, że rodzice chcą się rozejść.
Ale pomimo pełnoletności Sandra za nic nie mogła pojąć tej ich decyzji - przecież
nigdy się nie kłócili, wieczory spędzali razem w domu, żadne  z nich nie opuszczało
domu na dłużej.
Ale rodzice nie udzielali więcej na ten temat informacji. Matka tylko raz , jakby
mimochodem powiedziała : nie ty jedna czekałaś z niecierpliwością  na tę
pełnoletność. I pomyśl, z kim będziesz mieszkać, gdy się rozejdziemy - ze mną, czy
z tatą i jakąś obcą babą.
Ponieważ wujek z nową żoną ciągle jeszcze przebywali w Polsce, Sandra postanowiła
ich odwiedzić. Chciała obejrzeć zdjęcia z Ghany, przywiezione stamtąd przeróżne
afrykańskie ozdoby i wyroby sztuki ludowej. Poza tym chciała porozmawiać z wujkiem
na temat rozwodu rodziców.
c.d.n.



niedziela, 29 marca 2015

Przyjazń i kochanie

Poznali się gdy mieli po 6 lat.
Na fotografii zrobionej na zakończenie pierwszej klasy grupka dzieci na tle muru  budynku
szkoły. Dzieciaki przejęte, z przyklejonymi uśmiechami. Dziewczynki  obowiązkowo
w białych bluzeczkach i białych, czarnych lub granatowych spódniczkach. Zdjęcie jest
czarno- białe.
Sandra przygląda się temu zdjęciu uważnie -minęło już tyle lat, przez życie przewinęło
się tak wiele osób, że dziś z trudem rozpoznaje zaledwie kilkoro dzieci.
Pamięta imiona niektórych, innych z kolei same nazwiska.
Na zdjęciu Sandra siedzi obok swej najlepszej koleżanki- Marzenki. W dwa lata pózniej
rodzice Marzenki się rozeszli, Marzenka wraz z mamą wyjechały do innego miasta, tu został
jej ojciec ze  starszym bratem  Marzenki.
Sandrze bardzo podobał się starszy brat Marzenki - ustaliły z Marzenką, że gdy dorosną
Sandra zostanie jej bratową. Na wspomnienie tych słów Sandra zaczyna się śmiać.
Oczywiście, gdy ma się 6 lat  niemal wszystko wydaje się proste i jasne - podoba mi się
brat przyjaciółki, patykowaty czternastolatek,  to przecież pewne, że gdy dorosnę będę
jego żoną.
Ale życie to nie tani romans, nic nie jest proste- ostatni raz Sandra widziała brata Marzenki
gdy były w drugiej klasie. Po wakacjach Marzenka już nie wróciła do szkoły - nawet się
nie pożegnały - żadna z nich nie podejrzewała, że już nigdy więcej się nie spotkają.
Ale na tym zdjęciu nie ma "Jego"- wyjechał na wakacje kilka dni przed  końcem roku
szkolnego. Sandra zupełnie nie pamięta jak wtedy wyglądał.
Tak naprawdę swą obecność  oboje  zauważyli dopiero będąc w szóstej klasie, na jednej
z wycieczek szkolnych. Jego bolało gardło, a Sandra miała jakieś tabletki od
bólu gardła -  poczęstowała go, uprzedzając, że są  obrzydliwe w smaku, ale skuteczne.
Przez niemal cały rok szkolny świadczyli sobie  wzajemnie drobne uprzejmości -w czasie
obowiązkowych wyjść do kina zawsze siadali obok siebie, po lekcjach  On bardzo często
miał do załatwienia coś w okolicach jej domu. Wracali niespiesznie, wlekli się noga za
nogą, a pod jej domem sterczeli jeszcze przynajmniej pół godziny.
Ostatnia klasa podstawówki przypadała wówczas na okres buzowania hormonów.
Teoretycznie każdy zdawał sobie sprawę z faktu, że to siódma, a więc ostatnia klasa, że
trzeba postarać się o dobre stopnie, że potem czeka  wszystkich liceum lub technikum i
związane z tym egzaminy.
A tu, nagle się  zaczęło odczuwać, że uczniowie dzielą się na chłopaków i dziewczyny i obie
płcie, z bliżej nieznanego powodu, ogromnie się do siebie garną - tworzyły się pary, których
żywot był nie raz bardzo krótki a czasem, tak jak Sandry i Jego, trwał cały rok szkolny.
Sandrze i Andrzejowi, bo takie właśnie miał On imię, ogromnie przeszkadzały lekcje- oni
bez przerwy się w siebie wpatrywali, co zupełnie nie sprzyjało robieniu notatek z lekcji.
Po kilku tygodniach doszli zgodnie do wniosku, że wgapianie się  w siebie na lekcjach
niewiele daje pożytku, lepiej spędzać razem czas na przerwach, a jeśli nawet będą się
z nich śmiać no to co???
No i postanowili wygospodarować dla siebie więcej czasu po lekcjach.
W ramach tego "gospodarowania czasem" Sandra zrezygnowała z dodatkowych lekcji
francuskiego, a Andrzej przestał chodzić na zajęcia sportowe. No cóż, głupota nie wybiera-
każdemu może się przydarzyć czasowy zanik rozumu.
Łudzili się, że  będą chodzić razem do jednego liceum - ale ich rodzice mieli niestety inny
pomysł -  Andrzeja umieszczono w szkole z internatem, Sandrę zapisano do żeńskiego
liceum.
W okresie liceum  spotykali się rzadko -  było po prostu mało czasu. Oboje byli niezbyt
zadowoleni ze swych szkół, ale zmiana liceum wcale nie była prosta- trzeba było mieć
zgodę Kuratorium Oświaty. Sandra  pod koniec drugiej klasy oświadczyła, że po wakacjach
za nic w świecie nie wróci do szkoły - ma dość  tej szkoły, zwracania się do uczennic per
 panno XY, nakazu posiadania krótkich włosów lub zaplecionych warkoczy, wyścigu mody
pod szkolnymi fartuchami i chodzenia w granatowym berecie, w którym wyglądała gorzej
 niż Kościuszko pod Racławicami.
Kuratorium wynalazło dla niej szkołę w odległej dzielnicy - codziennie na dojazdy do i
ze szkoły traciła 3 godziny.
Nikt wtedy  nie znał wolnych sobót,  ale w szkolne soboty  było tylko 5 godzin lekcyjnych.
Sandra i Andrzej starali się spotykać regularnie w co drugą sobotę.
Gdy nie było pogody szli do kina lub odwiedzali ciotkę  Andrzeja, która mieszkała teraz
w mieszkaniu rodziców  Andrzeja- jego rodzice przebywali teraz oboje za granicą i to
był powód,  dla którego Andrzej był w szkole z internatem.
Połowę czasu zajmowało im użalanie się nad własnym losem, czasem Andrzej rozjaśniał
Sandrze mroczne kulisy  matematyki i fizyki, a ona jemu ....chemię organiczną. Z chemią
bowiem Andrzej zawsze miał kłopoty, a Sandra od początku rozumiała i lubiła chemię.
Czasami słuchali płyt, których było sporo, albo Sandra uczyła go różnych kroków modnych
wtedy tańców.
Taniec był dla Andrzeja okazją do objęcia i przytulania Sandry- często zastygał bez ruchu
i szeptał Sandrze do ucha:  Sani, wciąż tęsknię za tobą, chyba  cię kocham, wiesz?
On jeden nazywał ją "Sani" - większość nazywała ją Sandrą , niektórzy Olą a zupełnie
nieliczni - Aleksandrą, czyli jej właściwym imieniem.
Po trzeciej klasie Andrzej wyjechał na wakacje do rodziców - nie przypuszczał, że po
wakacjach nie wróci do Warszawy.
Pewnego dnia, gdy wracała ze szkoły,  Sandra spotkała  pod swym domem Lidkę,
koleżankę  z podstawówki.
Lidka chodziła do tej samej szkoły co Andrzej i też mieszkała w internacie.
Przyniosła dla Sandry list od Andrzeja. List był w bardzo smutnym tonie, chłopak był
nieco załamany, bo wcale nie pragnął pobytu poza Polską, a zwłaszcza robienia matury
w obcym kraju. Właściwie to nie miał wakacji, bo przez 8-10 godzin dziennie musiał się
intensywnie uczyć. I takie intensywne zdobywanie wiedzy groziło mu do samej matury.
Rozmowa z Lidką uświadomiła Sandrze, że chodziła do bardzo dziwnej podstawówki -
rodzice wielu jej koleżanek i kolegów z  klasy pracowało w służbie dyplomatycznej lub
na eksponowanych stanowiskach ministerialnych.
Podziękowała Lidce za dostarczenie listu, dała jej  numer  telefonu i umówiły się, że gdy
Lidka będzie miała jakieś wiadomości od Andrzeja to zadzwoni. Poza tym planowały
się gdzieś spotkać na kawie a może nawet wybrać się do teatru.
W domu Sandra  zapytała się  matki, jakim cudem ona trafiła do takiej podstawówki,
która zgromadziła tyle dzieci różnych "dostojników" - mama wzruszyła ramionami -
 nie wiem, ale  to była jedyna szkoła, która przyjmowała do szkoły sześciolatki.
To wujek wynalazł tę szkołę - ktoś z jego znajomych też tam zapisywał swoje dziecko,
poza tym  ta była najbliżej domu. I dlatego tam cię zapisałam.
Za rok wujek wraca z placówki w Ghanie, więc się będziesz mogła dopytać  co i jak.
Wujek Sandry był w tym czasie attache handlowym w Ghanie,  a do MSZ trafił
zaraz po powrocie z Anglii - jako były pilot RAF'u  znał biegle angielski co było
poważnym atutem.
c.d.n.


niedziela, 15 marca 2015

Łasiczka

Łasiczka była dość daleką kuzynką mojej koleżanki, Asi, z którą przez kilka lat pracowałam
"biurko w biurko".
Byłyśmy  w dość podobnym wieku, pracowałyśmy niespiesznie - tak na co dzień nie było
dużo pracy -harówkę miałyśmy na ogół raz w miesiącu przez tydzień.
Opanowałyśmy do perfekcji sztukę  czytania książki  spoczywającej w szufladzie, klamkę
w drzwiach udało nam się tak spreparować, że nim interesant zdołał otworzyć drzwi zawsze
zdążyłyśmy spokojnie zamknąć szufladę lub ukryć inne ślady totalnego nieróbstwa.
Obie studiowałyśmy zaocznie i często wykorzystywałyśmy służbowy czas właśnie na naukę.
Podejrzewam, że nasz szef dobrze wiedział jakie z nas gagatki, ale nikt się na nas nie skarżył.
Ważne było, że placówka była zawsze czynna- studiowałyśmy na dwóch różnych uczelniach
i miałyśmy zajęcia w różne dni. Sesje też się nam nie pokrywały.
Oprócz uczenia się, czytania, picia hektolitrów herbaty z interesantami- do dziś nie wiem
czemu każdy wolał siedzieć w naszym pokoju niż w czytelni- bardzo dużo gadałyśmy.
O swej kuzynce Asia opowiadała niemal bez przerwy - tak naprawdę to nie wiem czemu.
Za którymś razem Asia przyniosła sensacyjną wiadomość - Łasiczka znów jest w ciąży.
Była to już kolejna ciąża, chyba piąta. Asia była wielce podniecona, bo wszystkie
poprzednie ciąże Łasiczki były nieudane. Tym razem minęło spokojnie już 8 tygodni,
a ciąża Łasiczki nadal trwała. Asia była wręcz wniebowzięta- chyba jednak zostanie
tym razem chrzestną.
Zupełnie tego nie rozumiałam - byłam na takim etapie życia, że zupełnie mi ten stan nie
pasował- ani bycie matką chrzestną ani tym bardziej matką - rodzicielką.
Asia codziennie donosiła mi o stanie zdrowia swej kuzynki, a ja nawet nie wiedziałam
jak bohaterka tych opowieści ma na imię. Bo Asia, ilekroć telefonowała do swej kuzynki
zwracała się do niej per  "Łasiczko" .
Dzień za dniem mijał, Łasiczka była cała w szczęściu, "moja" Asia także. Asia biegała
wciąż po komisach, kompletując dla dziecka ubranko do chrztu- na szczęście do chrztu
i tak wszystko było białe a śpiochy i kaftaniki  były "bezpłciowe".
Czasami spoglądałam na Asię bacznie lustrując jej sylwetkę, czy to aby ona nie jest
w ciąży. W końcu fakt, że nie była mężatką o niczym nie przesądzał.
Bombardowana " na okrągło" wiadomościami o przebiegu ciąży, niemal codziennie,
miałam wrażenie, że ta ciąża Łasiczki trwa już ponad rok.
Pewnego dnia Asia przyniosła radosną nowinę - Łasiczka jest już w szpitalu - Asia
zamieniła się w jedno, 65 kilogramowe czekanie. Co godzinę dzwoniła do domu, czy
już coś wiadomo. Mniej więcej na pół godziny przed końcem dnia pracy nadeszła tak
bardzo oczekiwana przez Asię wiadomość - Łasiczka urodziła dziewczynkę.
Aśka chciała prosto z pracy  jechać do szpitala, ale ostudziłam jej zapał - i tak nikt jej
nie dopuści do położnicy- to były czasy gdy nawet ojciec mógł spojrzeć na swe
dziecko dopiero w dniu odbioru żony ze szpitala- żeby było sprawiedliwie matki też
miały kontakt z dzieckiem ograniczony do pór karmienia.
Asia z niecierpliwością czekała na wyjście  Łasiczki ze szpitala. Całymi dniami snuła
opowieści, jaka ta Łasiczka jest szczęśliwa- tak bardzo pragnęła tego dziecka, tyle
razy podejmowała próby no i wreszcie JEST DZIECKO.
Niedobrze mi się robiło od tego jej gadania - w przeciwieństwie do niej miałam już
kontakt z niemowlęciem i wiedziałam, że to strasznie absorbujące stworzenie, nawet
wtedy gdy jest  tylko rodzeństwem.
Wreszcie Asia pojechała  z wizytą do Łasiczki.
Była zdruzgotana tym co zastała - Łasiczka odmawiała karmienia dziecka piersią bo
miała popękane  brodawki. Poza tym, jeżeli pielucha zawierała coś więcej niż mocz,
Łasiczka wpadała w połączenie złości i rozpaczy.Unikała jak ognia przewijania małej,
zabrudzone pieluchy zamiast do prania wędrowały do śmietnika. A były to czasy gdy
w Polsce jeszcze nikt nie słyszał o pieluchach jednorazowych lub pampersach.
Mama  Łasiczki, mówiąc brzydko, padała na twarz ze zmęczenia - gotowała dla
Łasiczki i jej męża obiady, robiła zakupy, nocą spała w pokoju małej, wstając do niej
w razie potrzeby, poiła, dokarmiała, przewijała.
Tata Łasiczki przezornie wyjechał w długą, 3-tygodniową delegację.
Teściowa Łasiczki z trudem zdobywała gotowe tetrowe pieluchy, poza tym gdzieś
wykombinowała tetrę z metra i szyła nowe pieluchy. Teść otrzymał etat pracza i
prasowacza pieluch.
Mąż Łasiczki, niczym rozbitek na bezludnej wyspie, odkreślał kolejne dni urlopu,
nie mogąc się doczekać powrotu do pracy, za którą przedtem jakoś wcale nie
przepadał.
Ilekroć mała zaczynała płakać Łasiczka też zaczynała łkać - niemowlaka uspakajała
mama Łasiczki, Łasiczkę zaś totalnie zgnębiony młody tata.
W miesiąc po porodzie sytuacja wyglądała tak: mama Łasiczki wprowadziła się do
młodych, bo praktycznie niewiele bywała we własnym domu.
Mała została przestawiona na butelkę. Młodzi zakupili pralkę wirnikową , więc teść
wpadał tylko około południa by zrobić pranie i je rozwiesić.Prasowaniem zajmowała
się teściowa.
Łasiczka odkryła, że dziecko położone do wózka i lekko kołysane śpi spokojnie na
balkonie. To było dla niej miłe odkrycie. Mniej miłym odkryciem był fakt, że nadal
pasują na nią jedynie ciążowe  ciuszki.Ograniczyła drastycznie  jedzenie przechodząc
na dietę modelek.  Poskutkowało, więc Łasiczka wyraziła zgodę na chrzciny.
Moja Asia, która w międzyczasie zgromadziła taką ilość ubranek , że i pięcioraczki
mogłyby w nich równocześnie brać chrzest,  "zagięła się" i schudła całe 5 kg.
Opowieści o chrzcinach zajęły Asi chyba ze dwa dni - a można je było streścić jednym
zdaniem - wczoraj były chrzciny, mała ma na imię Barbara, Maria.
Ale Asia nie mogła się nadziwić jednej rzeczy - Łasiczka, która tak bardzo pragnęła
dziecka, z chwilą gdy już dziecko się urodziło, zupełnie się nim nie interesowała.
Właściwie cała rodzina była tym faktem zdruzgotana - mama Łasiczki była pewna, że
Łasiczka ma depresję poporodową. Usiłowała rozmawiać o tym z  Łasiczką, ale każda
niemal rozmowa kończyła się histerycznym płaczem Łasiczki, która poprzez łzy
wykrzykiwała, że wszyscy się  zajmują tylko  "bachorem" a nikogo nie obchodzi
co ona czuje.
Mama  Łasiczki po rozmowie z pewną  lekarką, doszła do wniosku, że musi się nieco
wycofać z pomagania swej rozhisteryzowanej córce. Przestała gotować obiady oraz
nocować u nich. Mąż Łasiczki zaczął się z powrotem stołować w pracy, Łasiczka
odżywiała  się kanapkami.
Pewnego dnia moja Asia, którą spotkałam tuż pod naszym biurem, już z daleka
zawołała na  mój widok: "czy wiesz co ta Łasica zrobiła?"
Popatrzyłam na nią i spokojnie odpowiedziałam- nie mam pojęcia, przecież jej nawet
na oczy nie widziałam.
Ona chyba jest stuknięta- kontynuowała Asia- ona zabandażowała małej buzię, żeby
się nie darła!  I powiedziała, że wraca do pracy, a małą odda do żłobka. Bo ona nie ma
cierpliwości do małych dzieci.
Z opowieści Asi wynikało, że poprzedniego dnia niespodziewanie przyszła do Łasiczki
jej mama - otworzyła własnym kluczem drzwi i wpierw stwierdziła, że nikogo nie ma
w domu.
Gdy weszła dalej, zobaczyła, że drzwi na balkon są otwarte a na balkonie stoi wózek.
W wózku spała mała- miała zabandażowaną buzią tak, by usta były zakryte.
Mniej więcej w dwie godziny pózniej wróciła do domu Łasiczka - wyfiokowana i
w bardzo dobrym humorze. Zapytana czemu dziecko ma bandaż na buzi odpowiedziała -
żeby się nie darła gdy się obudzi. Przecież nie mogłam jej wziąć ze sobą do fryzjera.
Dyskusja pomiędzy matką a córką była podobno dość burzliwa, obie wyrzuciły z siebie
wiele gorzkich słów.
Mała rzeczywiście poszła do żłobka, Łasiczka wróciła do pracy, a ilekroć dziecko było
chore lądowało u jednej z babć.
Asia wyraznie straciła zainteresowanie Łasiczką i jej córeczką. Sporadycznie dochodziły
do mnie co "ciekawsze" epizody z życia Łasiczki i małej Basi.
Np. : mała Basia udawała psa, w związku z tym nosiła w buzi piłkę tenisową, sikając też
udawała psa; Basia wygrzebała na przystanku autobusowym pety z kosza i udawała, że
pali papierosa. Łasiczka zwracała się do Basi: "chodz tu, ty potworze" i chyba robiła to
stale, bo mała  zapytana o imię mówiła  "potwól jestem".
W pewnej chwili zmieniłam pracę i automatycznie przestałam wysłuchiwać opowieści
o Łasiczce i jej córeczce.
Pojechaliśmy z mężem na urlop w Bory Tucholskie. Było super, chociaż sam ośrodek
daleko odbiegał od  pięciogwiazdkowego  hotelu.
Chyba  drugiego dnia pobytu w ucho wpadło mi pytanie zadane przez młodego pana
siedzącego przy sąsiednim stoliku: "Łasiczko, a gdzie jest Baśka"? Bardzo efektowna
blondynka odpowiedziała krótko - "nie wiem i mało mnie to obchodzi. Znajdzie się."
Pan wstał od stolika i wyszedł z jadalni. Blondynka, niezrażona jego nieobecnością
pomału konsumowała śniadanie. Gdy my już kończyliśmy posiłek, pan od sąsiedniego
stolika przyszedł ze zgubą - zguba miała zapewne 3 lub 4 lata i wcale nie wyglądała
na zachwyconą faktem, że musi usiąść przy stole i jeść.
Przez dwa tygodnie przyglądałam się z ciekawością tej trójce. Blondynka była zajęta
tylko sobą. Najwięcej czasu spędzała dryfując po jeziorze pontonem. Mała albo bawiła
się z innymi dziećmi na terenie ośrodka albo chodziła na spacery z ojcem.
Widać było, że przychodzenie na posiłki nie sprawia małej najmniejszej przyjemności.
To ojciec namawiał ją, by jednak coś zjadła, by spróbowała choć trochę zupy lub
mięsa i jarzyn.
Blondynka spoglądając na małą wykrzywiała usta w grymasie dezaprobaty, ale nigdy
nie słyszałam, by ją namawiała do jedzenia. A jedzenie w tym ośrodku było naprawdę
smaczne.
Pewnego dnia, gdy byliśmy w Tucholi, spotkaliśmy dziewczynkę i jej ojca w jednej
z kawiarenek - mała zajadała z wielkim apetytem jakieś ciacho i popijała colą.
Po chwili kelnerka doniosła jeszcze porcyjkę lodów, którą zjedli na spółkę.
Wymieniliśmy z panem uśmiechy i ukłony, a ten wyjaśnił - wiem, że to nie jest to co
dziecko powinno jeść, no ale nie mogę patrzeć jak ona wciąż nic nie je.
Pocieszyłam człowieka, że zapewne mała gdy będzie nieco starsza lepiej będzie sobie
radzić w obcym miejscu. Większość dzieci zle je  poza domem. Wiedziałam o tym
z własnego doświadczenia - kolonie  letnie "opędziłam" na suchym chlebie, nic mi tam
nie smakowało. Drugi raz już mnie nie wysłali.
Gdy wróciliśmy po urlopie do domu, zadzwoniłam do Asi i opowiedziałam o tym, że
chyba widziałam Łasiczkę z mężem i dzieckiem.
Świat jest mały, to rzeczywiście była Łasiczka, jej mąż i mała Basia.
Historia ta przypomniała mi się, gdy usłyszałam o pani nauczycielce zaklejającej  taśmą
dziecięce buzie.