niedziela, 26 kwietnia 2015

Czasami......

.......pewne rzeczy dość mocno mnie dziwią.
Niektórych członków swojej rodziny spotykam niezmiernie rzadko. Przeciętnie raz na
dwadzieścia lat, ale to nie budzi mego zdziwienia. Taka karma. Gdy są "na okrągło"
rozwody w rodzinie, to z czasem spotkania stają się coraz rzadsze. To też mnie nie
dziwi - po co na forum rodzinnym tłumaczyć  się, że ten obcy facet którego  się ze
sobą przywlokło jest już czwartym mężem, a ta  blondynka, to nie jest Zosia - żona
 po operacji plastycznej, tylko 20 lat młodsza kochanka.
I właściwie od chwili, gdy ze 30 lat temu zmarła moja ulubiona cioteczna babka -
nie bywałam na rodzinnych spędach.
No a gdy się kogoś nie widuje a kiedyś widywało bardzo rzadko, to jego imię i wygląd
zupełnie wypadają z głowy.
Ale świat jest mały i to bardzo. Podkusiło mnie, by wybrać się do pobliskiego marketu,
bo można tam dotrzeć per pedes w ciągu 10 minut.
Byłam tam zaledwie dwa razy i jakoś nie wzbudził mego entuzjazmu, ale z kolei gdy
spojrzałam na zakorkowaną pobliską arterię "przelotową" , zdecydowałam się na ten
market, żeby nie sterczeć w korkach.
Gdy weszłam do hali zaraz w pierwszej "alejce" natknęłam się na jakąś kobietę, która
obdarowała mnie szerokim uśmiechem i tekstem: nooo, góra z górą się nie zejdzie,
a człowiek z człowiekiem tak! Zatkało mnie - naprawdę nie kojarzyłam tej osoby
 z kimkolwiek, kogo bym znała.
Pani mnie chyba z kimś pomyliła- stwierdziłam spokojnym głosem i odwzajemniłam
uśmiech. W końcu niemal kulturalna jestem.
Ależ skąd! -zapewniła mnie nieznajoma. My jesteśmy kuzynkami. Ja jestem córką
Miśki i Zygmunta.
Ale ja nie znam ani Miśki, ani Zygmunta - zapewniłam ją szczerze.
Znasz, znasz, byłaś raz u nas w domu. A potem my byłyśmy z mamą u Ciebie, bo
pozbywałaś się wózka niemowlęcego, a ja  chciałam go dla siebie, bo byłam w ciąży.
A potem widziałyśmy się w Operze, na jakimś balecie, byłyśmy z naszymi córkami.
Włączyłam wsteczne przewijanie pamięci - no fakt, bywałam z dziecięciem w operze,
ale musiało to być piekielnie dawno ze trzydzieści lat temu.
Ale nie pamiętam ani tej osoby, ani jej dziecięcia.
I spotkałyśmy się na pogrzebie twojej matki, wiesz?
Nie pamiętam kogo spotkałam na pogrzebie swojej matki - powiedziałam spokojnie.
Z osób, które były, znałam tylko męża matki, jej bratową, swoich braci przyrodnich i
żonę jednego z nich. Nikogo więcej nie znałam.
Nie zdążyłam do ciebie podejść , bo zaraz po odprowadzeniu do grobu gdzieś zniknęłaś-
powiedziała z wyrazną pretensją w głosie.
No fakt, wyparowałam stamtąd  wraz z bratową mej matki bardzo szybko. Byłyśmy
zmarznięte na kość.
Słuchaj, w następnym bloku jest mała kafejka - zapraszam cię na kawę to porozmawiamy,
dobrze? Dobrze, odpowiedziałam zrezygnowana - może się wreszcie dowiem  z kim
się spotkałam- pomyślałam.
Po drodze dowiedziałam się przynajmniej  stopnia pokrewieństwa- był on wielce daleki.
I poznałam jej imię.  I w zakamarkach pamięci udało mi się odszukać  kim jest osoba,
z którą idę na kawę.A potem - wysłuchałam dość "zabawną" historię jej życia. Bo jak sama
stwierdziła, miała zabawne życie.
Bo wiesz - zaczęła- sprowadziłam się w te strony niedawno, z 10 lat temu.
Wreszcie udało mi się rozdzielić mieszkanie, w którym mieszkałam z byłym mężem.
Nie wiem czy wiesz, ale byłam ogromnie zakochana w moim mężu. Ale on mnie zdradził.
Zdradzał jeszcze wtedy, gdy byłam w ciąży. W końcu wzięliśmy rozwód, ale nie było
szans  rozdzielenia mieszkania. Złożyliśmy wniosek w spółdzielni , ja z dzieckiem
zamieszkałam w większym pokoju, on w mniejszym. Kuchnia ,łazienka, przedpokój były
wspólne. A potem razem z nim zamieszkała jego żona- bo się ożenił. Wciąż czekaliśmy
w spółdzielni na dwie kawalerki, ale wiesz jak wtedy było ciężko o mieszkanie. Wtedy
moja mama  wzięła do siebie moją córeczkę. Wtedy jeszcze żyła moja babcia i obie się
nią opiekowały.
A potem ja poznałam bardzo porządnego człowieka i po jakimś czasie wyszłam za niego.
On też nie miał mieszkania, więc zamieszkał ze mną.
I tak sobie mieszkaliśmy w czwórkę w tym małym mieszkaniu.
Ja nawet miałam książeczkę mieszkaniową, ale potem się okazało, że te pieniądze, które
uzbierałam , na nic mi nie starczą. Oczywiście spółdzielnia nie miała możliwości
zamienienia naszego mieszkania na dwie kawalerki.
Poza tym mój pierwszy mąż doszedł do wniosku, że właściwie mieszkanie jest jego i
to ja powinnam się wyprowadzić. A wyrok sądu o podziale tego mieszkania to jakaś
machlojka. Alimentów też nie płacił, w związku z tym mój drugi mąż zaproponował,
że z chęcią zaadoptuje małą, skoro i tak właściwie pomaga mi w jej finansowaniu.
Oczywiście ten drań się nie zgodził.
A potem mój drugi mąż wyjechał na kontrakt zbiorowy do Iraku, żeby pracować za
dolary.
W tym samym czasie  żona  mego byłego męża "przestała go kochać" i wyprowadziła się
w nieznanym kierunku.
Stwierdziła, że  gdy będzie jej potrzebny rozwód, to wtedy się odezwie.
Mój były bardzo to przeżył, zaczął tęgo popijać i niemal codziennie przychodził do
domu pijaniutki w trupa. Nie miałam ochoty razem z nim mieszkać, ale jednocześnie
bałam się, że jeśli się wyprowadzę do matki, to on tu urządzi pijacką melinę.
Ale chyba miałam fart - wpadł po pijaku pod samochód, leżał dość długo w szpitalu.
Ta długa przerwa w piciu dobrze mu zrobiła - dał sobie zaszyć esperal, nie pił.
Rok pózniej umarła moja matka, ale babka nie chciała mi oddać pod opiekę córki.
Zresztą z całą pewnością tam miała lepiej niż u mnie- tam miała swój pokój, duży
ogród koło domu, koleżanki i ciotki, które ją rozpieszczały.
Potem wrócił mój mąż z Iraku, kupiliśmy trzypokojowe mieszkanie i się wreszcie
stamtąd wyprowadziłam.
Mała zamieszkała z nami. I nawet jakoś to wszystko szło do przodu. Gdy skończyła
osiemnaście lat wyszła za mąż - za Szweda. I wyjechała do Szwecji.
I mam wnuczkę, ale nigdy jej nie widziałam na własne oczy - tylko zdjęcia mi córka
przesyłała.
A potem mi mąż umarł na zawał, więc zamieniłam te trzy pokoje na kawalerkę.
Na tym osiedlu są bardzo ładne kawalerki, tyle tylko, że są w wieżowcach.
Wiesz, najchętniej wyszłabym jeszcze za mąż- zwierzyła mi się. Nie chcę być na
starość  sama. Ale nie ma za kogo, musiałabym wziąć jakiegos z dziesięć lat
młodszego.
Zastanawiałam się ile ona może mieć teraz lat, w końcu zapytałam ją o wiek.
Sześćdziesiąt pięć, ale zawsze mówię, że sześćdziesiąt dwa- powiedziała z  uśmiechem.
Już się nawet zastanawiałam, czy może nie poprosić byłego, żeby u mnie zamieszkał?
W końcu się znamy tyle lat- jak myślisz?
Nic nie myślę - powiedziałam szczerze - to twoje życie, nie znam cię prawie, więc jak
mogę ci coś doradzić?
Pokiwała ze zrozumieniem głową.
A ty?- zapytała. No cóż, ja miałam i mam nudne życie- od początku ten sam mąż, od
czterdziestu lat to samo mieszkanie - odpowiedziałam szczerze.
Wiesz - podniosłam się z mało wygodnego krzesełka - muszę już iść, bo mąż   zaraz
zacznie mnie ścigać, miałam szybko wrócić.
A ja jeszcze wezmę drugą kawę- powiedziała. Uregulowałam rachunek, pożegnałam
się z nią  i z ulgą wyszłam.
Wychodząc pomyślałam - jak to dobrze wracać do nudnego życia.
                                                     Koniec.



środa, 22 kwietnia 2015

Dookoła reikarnacji -czyli kilka wyjaśnień

Czytając wiele różnych blogów z przykrością zauważyłam, że pewne tematy są
swoistym tabu. Należą do nich sprawy seksu i wiary. I to nie dlatego, że są zbyt
osobiste, bo równie osobistą wielce  sprawą jest pisanie o swojej chorobie, o tym,
że nas mąż porzucił, że mamy dziecko nieuleczalnie chore, wrzód na pupie i t.p.

Różnica polega głównie na reakcji czytelników wobec tych spraw. Pod postami
nt. seksu i wiary albo jest milczenie albo stek wyzwisk, ale nikt z komentujących
nie napisze nic od siebie, czyli jakie ma własne zdanie na ten temat.
W latach 1990 -2002  mieszkańców różnych krajów Europy pytano o wiarę
w życie pozagrobowe i reinkarnację- okazało się, że prawie 1/4 Europejczyków
wierzy w reinkarnację.
Antropologia i etnologia pokazują, że wiara w reinkarnację praktykowana jest
w zupełnie nie związanych ze sobą kulturach, w różnych miejscach naszego globu,
od Inuitów poprzez nigeryjskie plemię Igbo aż po Alawitów w Turcji.
W Europie, wraz z rozkwitem chrześcijaństwa nastąpiło stanowcze tępienie tej
wiary jak i wszystkich pogańskich obyczajów.  A miejsca pogańskich kultów
"przykryto" budowlami sakralnymi, korzystając z faktu, że ludzie się w tych
właśnie miejscach chętnie zbierali.
Pamiętacie Pitagorasa? Był nie tylko znakomitym matematykiem - był światłym
człowiekiem. Jako pierwszy użył terminu -filozofia- czyli umiłowanie mądrości.
W swym traktacie  "O Duszy" wypowiedział myśl, że dusza musi przejść cykl
wcieleń przechodząc w nowe istoty żywe. On pierwszy głosił, że już kiedyś  żył.
Pierwsi chrześcijanie  uznawali reinkarnację, o czym wspomniałam w jednym
z odcinków. Uznawali nie z "rozpędu", uznawali bo słuchali pilnie tego co
mówił Jezus. Szczególnie  o istnieniu reinkarnacji byli przekonani gnostycy.
Gdy w Europie chrześcijaństwo umocniło się na dobre temat reinkarnacji wypadł
z obiegu. Zapewne dlatego, że nie było trudno trafić na stos lub zostać potępionym.
W XIX w., gdy zaczęto eksperymenty z hipnozą, uwagę ludzi zwrócił  fakt, że
osoby pogrążone w hipnotycznym transie opowiadały o miejscach w których tak
naprawdę nigdy nie były lub mówiły obcymi językami, których tak naprawdę nie
znały.
Usiłując wyjaśnić te zjawiska zakładano, że ci ludzie musieli się w jakiś sposób
podłączyc do rezerwuaru kosmicznej wiedzy, ewentualnie odziedziczyli
świadomość z poprzedniego życia.
W Polsce badania nad udowodnieniem, że  reinkarnacja to nie mit, a rzeczywistość,
podjęła nieżyjąca już pani prof.dr.  Lidia Stawowska.
Były to badanie unikalne, ponieważ pani profesor objęła swymi badaniami grupę
osób niewidzących. Zakładała, że jeżeli ich obecne życie jest życiem kolejnym,
to w poprzednim oni widzieli.
Badania te odbywały się w Katedrze Psychologii Katowickiej AWF. Profesor
wprowadzała wolontariuszy w płytką hipnozę i cofała do wcześniejszych żywotów.
Badania trwały wiele lat, wiele razy były powtarzane a wniosek z nich był jeden-
śmierć człowieka to tylko śmierć jego ciała fizycznego, jego ciało energetyczne
żyje nadal  w kolejnym ciele fizycznym.A obecni niewidomi w poprzednim swym
wcieleniu widzieli.
Pani profesor prowadziła te badania z zachowaniem wszelkich metod bezpieczeństwa
swych pacjentów. Po każdym badaniu "kasowała" w pamięci pacjenta pamięć o jego
wcześniejszych wcieleniach.
W tym  samym czasie w wielu krajach prowadzono badania nad reinkarnacją i
prowadzący je uczeni konfrontowali ze sobą wyniki badań.
Wszyscy doszli do zgodnego wniosku - umiera tylko ciało człowieka, ale jego
najistotniejsza część- ciało energetyczne, czyli świadomość i podświadomość
żyją wiecznie.
W jednym ze swych ostatnich wywiadów uczona stwierdziła:
"Słowa, których używamy w środę popielcową - z prochu powstałeś i w proch się
obrócisz- to absolutna  bzdura. Nie da się sprowadzić istoty życia wyłącznie do
ciała. Nasze życie jest wieczne!"
Oczywiście na świecie badania trwają nadal, może kiedyś dowiemy się więcej
na ten temat- i jeśli doczekam ich wyników to pewnie niezle się pośmieję  z tego
co wymyśliłam na temat czasu pomiędzy wcieleniami.
A wszystkich, którzy doczytali aż do tego miejsca, przepraszam, jeżeli tymi
opowiadaniami kogoś uraziłam. Nie to  było moim celem, naprawdę.



Między nami, duszyczkami - XI

Lola siedziała na sztucznym mchu, pod sztuczną sosną , opierając się o sztuczny  pień.
Myślała  o tym, że niedługo jej pobyt tutaj dobiegnie końca. I chociaż wszystko tu było
nieco dziwne i sztuczne, to wcale  nie było zle.
Poprzedniego dnia nieco się zmartwiła, bo dowiedziała się,  że chociaż z całą pewnością
w kolejnym swym ziemskim wcieleniu spotka tych wszystkich, których kochała, lub
z którymi łączyły ją bliskie relacje, to....wcale ich  nie rozpozna i vice versa.
Ale na pewno  nadal będzie miała bardzo dobre kontakty z tymi  z którymi była
związana uczuciowo.
To okropne - powiedziała do swego Opiekuna- spotkam swego męża, z którym przeżyłam
całe swe dorosłe życie i się nie rozpoznamy? Dlaczego?
Bo żadne z Was nie będzie pamiętało o tym, że już byliście na Ziemi wiele razy- po raz
zapewne setny przypomniał jej Opiekun.
Każde z Was dostanie nowe ciało, nowy komplet genów, nowy komplet organów
wewnętrznych, nowiutki mózg, nowy zestaw hormonów.
Wszystko to jest zgodne z prawem Natury. Człowiek składa się z dwóch niezależnych
od siebie ciał - ciała fizycznego i ciała energetycznego.
W tej chwili jesteś Lolu ciałem energetycznym i w twoim ciele energetycznym
funkcjonuje świadomość i podświadomość - obie były i będą nadal niezależne od
ciała fizycznego. Ciało energetyczne przeżywa swoje ciało fizyczne  i podlega prawom
reinkarnacji, czyli ponownych wcieleń w ciała fizyczne.
Zarówno w ciele energetycznym jak i ciele fizycznym świadomość postrzega i odczuwa
otaczającą ją rzeczywistość a podświadomość koduje to, co obserwuje i przeżywa
świadomość.
Reinkarnacja, nowe kolejne wcielenia, nowe życia są po to, by człowiek osiągnął
pełny rozwój swej osobowości poprzez kształtowanie cech pozytywnych i
wyeliminowanie negatywnych. A wszystko to można osiągnąć w drodze zdobywania
wiedzy, pracy nad sobą i niesienia bezinteresownej pomocy innym.
I wcale to nie jest łatwe zadanie, choć pozornie wydaje się proste.
Prawa natury dotyczą wszystkich - nie ma znaczenia narodowość , rasa, wyznanie
religijne czy  światopogląd.
Do Loli przysiadła się  Zuza. O czym tak dumasz? Powiesz mi? -zapytała.
Lola skinęła twierdząco głową.
Zastanawiam się, czy nadejdzie taki czas, że wszyscy ludzie posiądą taki stopień
udoskonalenia wewnętrznego, że nie będą musieli się inkarnować, bo będą po prostu
już doskonałymi tworami. I co wtedy? Czy dusze nadal będą żyły wiecznie? czy będą
wtedy również udoskonalone ciała, który też będą żyły wiecznie?
I czy to wtedy będzie koniec świata?
Zuza też się zamyśliła. A może to swoiste perpetum mobile - i nigdy, przenigdy nikt
nie osiągnie tak wysokiego poziomu doskonałości?
No i to chyba niemożliwe, by nikt dotąd nie osiągnął doskonałości. Zwłaszcza, że
historia ludzkości jest długa.
No a jeżeli osiągnął już  jej najwyższy stopień to gdzie się podział? Zapewne ciało
umarło, ale gdzie jest jego dusza? Żyje wiecznie, ale gdzie? W jakimś innym niż
ziemski, wymiarze? I w jakiej postaci? Czy doznaje tak różnorodnych wrażeń jak
dusza ludzka korzystająca z ciała i wszystkich zmysłów?
Wiesz Lolu - nigdy nie wierzyłam w reinkarnację, teraz to "ćwiczę" i siłą rzeczy
w to wierzę. Trudno nie wierzyć w to co się  aktualnie z nami dzieje.
Trudno mi jednak pojąć jedną rzecz - Ziemia ma coraz więcej mieszkańców, teraz
dobijamy do liczby 7 miliardów. Ale kiedyś było ludzi znacznie mniej i biorąc
rzecz logicznie to powinien być deficyt dusz. Wygląda na to, że część dusz nie
jest z prostego "odzysku", ale w jakiś sposób dostarczona z zewnątrz, może z innych
planet z głębi Kosmosu? Może w ten dość skomplikowany sposób inna cywilizacja
chce zaludnić naszą Ziemię?
Lola roześmiała się - jeśli mają takie plany to się ogromnie nabiorą. Ziemia ledwo
dyszy - coraz więcej zatrutych wód i ziemi, powietrza też. A na dodatek pewnie
sami w pewnej chwili sami naszą planetę wysadzimy w Kosmos.
Wyciskamy Ziemię jak cytrynę, aż do popękania jej skóry.
Wiesz Zuza, ja nadal odbieram to wszystko co mnie otacza, życie ludzkie, kolejne
wcielenia jak dość skomplikowaną grę komputerową ułożoną przez wielce
zdolnego super-programistę. Co jakiś czas coś niecoś zmienia w programie, ale gra
toczy się nadal. I toczy  się tak, jak sobie programista zaprogramował, choć
pozornie każdy z nas ma jakiś wybór- ale to wybór typu skręcić w lewo czy w prawo,
a potem i tak okazuje się, że każda  droga kończy się  w tym samym miejscu.
Tyle  tylko, że jeśli zachowujesz się zgodnie z programem masz mniej problemów
i w nagrodę możesz jeszcze raz zagrać w tej samej grze.
Popatrz - przecież my nie mamy innego wyjścia niż dążenie do doskonałości zgodnie
z wymyślonym przez kogoś jakimś programem, bo to jest jedyny sposób by przestać
wciąż wracać do postaci ludzkiej.
Chodz, idziemy się pohuśtać , mam dość tych rozważań.
Muszę się jakoś odprężyć- stwierdziła Lola.
I zgodnie pomaszerowały w stronę huśtawek.

W kilka miesięcy pózniej pewna młoda mama z rodziny Zuzy ucieszyła się bardzo,
bo okazało się, że noszone pod sercem dziecko to...chłopczyk.
W tym własnie czasie Lola żegnała się ze swoim Opiekunem duchowym i wyruszała
w drogę na Ziemię, by w kolejnym wcieleniu znów być kobietą.
Życie to gra, która najbardziej bawi i cieszy jej twórców a najmniej jej uczestników.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Między nam, duszyczkami-X

Zuza i Lola spacerowały po tutejszym lesie. Las był nieco dziwny  bo tak naprawdę
wszystko było tu sztuczne.
Wiesz - tu jest piekielnie nudno- skonstatowała Zuza. Popatrz na ten las - nawet
z bliska prezentuje się niezle, ale to przecież nie jest prawdziwy las - prawdziwy las
rozbrzmiewa głosami ptaków, szumi i szeleści, pachnie. Nie ma tu pająków, których
co prawda nie lubię, ale zawsze zachwycają mnie ich pajęczyny, nie ma żadnych
owadów, a normalnie w lesie zawsze mnie coś zżerało - jak nie komary to mrówki.
I wiesz- zastanawia mnie jeszcze jedna sprawa - jeśli my, dusze jesteśmy energią, a
wszystkie żyjące istoty są ożywiane energią, to dlaczego tu nie ma dusz psów, kotów,
ssaków naczelnych itp.? Czy one mają takie same dusze jak ludzie, czyli  czy one mają
świadomość? I czy ich dusze też się inkarnują?
Nie mam pojęcia - szczerze mówiąc zawsze uważałam, że nieco bardziej rozwinięte
ssaki potrafią okazywać i sobie wzajemnie i ludziom uczucia, a więc chyba też mają
duszę - odpowiedziała Lola.
Według buddyzmu wszystkie żyjące stworzenia mają dusze - od planktonu po człowieka.
Kiedyś słyszałam, że dusza ludzka w kolejnym wcieleniu może się równie dobrze
odrodzić w postaci jakiegoś zwierzęcia. Ale, jeśli mam być szczera to zawodzi mnie
wyobraznia w sytuacji, gdy dusza np. dżdżownicy w kolejnym wcieleniu ląduje w ciele
człowieka. Chyba jej świadomość jest bliska zeru, więc jak to jest - jak sobie da radę
jako człowiek? Jakieś kursy przechodzi, szkolenia? Albo bakteria- one też przecież żyją.
Och, Lola- ja znam całe mnóstwo osób które chyba rzeczywiście w poprzednim wcieleniu
były dżdżownicą czy innym robalem albo jakimś paskudnym zarazkiem- zawołała  Zuza.
Ich cechą podstawową  jest totalna głupota i wredność.
Lola, a zauważyłaś, że w tym rzucie dusz jest jakimś cudem znacznie więcej kobiet niż
mężczyzn? Z reguły w tym samym czasie umiera więcej facetów  niż kobiet.
I, coś ze mną się dziwnego porobiło po śmierci ciała - jakoś zupełnie nie interesują mnie
faceci. A co ty o tym sądzisz?
Nic nie sądzę, mnie już dawno przestali interesować faceci i to pod każdym względem.
No a tu, wyglądają zewnętrznie tak samo upojnie jak my, tylko wykończenie góry
kombinezonu mają inne. Swoją drogą to jakieś dziwne pojęcie estetyki miał projektant
tych kombinezonów. I te nasze fryzurki  na pazia, bez względu na płeć - paskudztwo!
Ale pod względem technicznym to te kombinezony są w porządku -stwierdziła Lola.
Chodz, pójdziemy na huśtawki.  Chcę się znów poczuć jak dziecko. Mogłam godzinami
się huśtać .
Byłam kiedyś z dzieckiem w takim ośrodku wczasowym, gdzie było kilka rodzajów
huśtawek - były jedno i wieloosobowe, na niektórych huśtało się bokiem- nie tak jak
zwykle w tył i w przód, ale w lewo i w prawo. To było bardzo dziwne wrażenie.
Jedna z nich była czteromiejscowa, działała na biegunach, jak kołyska, ale kołysała
się w tył i w przód, delikatnie. Na niej spędzałyśmy z jedną panią mnóstwo czasu -
czytając lub rozmawiając. Nigdy więcej nie spotkałam nigdzie takiej różnorodności
w kwestii huśtawek - zakończyła Lola z westchnieniem.
Lolu, przepraszam, że tak obcesowo pytam - znalazłaś już pomysł na swe kolejne
wcielenie? Bo ja już trochę o tym myślałam i wymyśliłam, że może jednak w tym
nowym wcieleniu będę.....mężczyzną. W domu zawsze byłam utrapieniem dla mamy-
najbardziej lubiłam bawić się z chłopakami, łaziłam po drzewach, nawet się z nimi
tłukłam i często byłam górą. Bardzo mało interesowały mnie wszelkie "kobiece"
zajęcia, a na samą myśl, że miałabym  chodzić w ciąży, rodzić , zmieniać pieluchy a
na domiar złego dziecko by mi cycki obgryzało - dostawałam mdłości.
Raz w  życiu byłam w sukience - gdy szłam do I Komunii. No i potem cały tydzień
musiałam w niej chodzić do kościoła. Masakra, wierz mi. Cały czas ta kiecka plątała
mi się wokół kostek. Dobrze, że chociaż nie zrobiła mi mama loków- miałam tylko
zwykłe warkocze. A w dorosłym życiu byłam na pewno dobrym kumplem, ale nie
bezradną małą kobietką, której facet może wejść na głowę.
No i tak sobie wymyśliłam, że pewnie poprzednim razem  zle wybrałam swą tożsamość.
Może są dusze, które z jakichś przyczyn zawsze muszą żyć tylko w jednym pod
względem płci ciele przez wszystkie wcielenia.
                                                                             c.d.n.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Między nami, duszyczkami- IX

Zuzę nieco wyczerpała zadana jej "praca domowa". Trochę jej samej przed sobą było
wstyd, że nigdy nawet nie zajrzała do Biblii.
Gdy spotkała się z Lolą, z pełną szczerością stwierdziła, że chyba całe  życie za mało
dbała o swą stronę duchową, a Biblię uważała za zbiór legend , wydumanych bajek.
Lola, która nigdy nie była związana z kościołem z powodu dzieciństwa spędzonego
w Rosji, o wiele więcej niż Zuza wiedziała o różnych religiach świata, głównych
 tezach każdego nurtu religijnego i miała na ten temat własne przemyślenia.
Wiedziała dobrze, że historie opisane w Biblii, a zwłaszcza cały  Stary Testament,
zaranie życia ludzi, miały swój pierwowzór na starych glinianych tabliczkach
sumeryjskich.  Pierwsza Biblia była Biblią Hebrajską.
Zawierała historie opisane na sumeryjskich tabliczkach, ale już dopasowane do
nowej, monoteistycznej wiary.
A potem dopiero powstała wersja Biblii Chrześcijańskiej. Zresztą ciągle ktoś przy
Biblii "majstrował" dostosowując jej treść do aktualnych potrzeb  kościoła.
Widząc przygnębienie  Zuzy, Lola zaproponowała wpierw partyjkę szachów.
Pierwszą wygrała Lola, bo Zuza była  za bardzo rozkojarzona. Ale drugą udało się
jej wygrać. Potem wybrały się na ...."wspinaczkę".
 I chociaż nawet na moment nie ruszyły się ze swych foteli, były chwile, w których
oblewał je ze strachu zimny pot. Nie przypuszczały, że tak łatwo można wywołać
iluzję spadania w przepaść.
Przeglądając spis zobaczyły, że jest również "nauka jazdy pojazdami mechanicznymi".
I chyba ten tytuł miał spore powodzenie, bo trzeba było się na niego zapisywać.
Wyświetlany był w pojedynczej kabinie, a oglądający miał pełne złudzenie, że sam
jest kierowcą, bo miał do dyspozycji: gaz, hamulec, kierunkowskazy i kierownicę.
Taki nieco lepszy trenażer, jak określiła Zuza.
I oczywiście natychmiast się zapisała na listę oczekujących na tę przejażdżkę.
A Lola, która panicznie się  bała psów, postanowiła, w ramach pracy nad sobą, wziąć
udział w wyścigu psich zaprzęgów. Zuza ochoczo dołączyła do Loli.
W przeciwieństwie do Loli ogromnie  lubiła psy, zwłaszcza duże. A husky nie należały
ani do małych ani do łagodnych psów, o czym oczywiście Zuza uprzedziła Lolę.
Wiesz Lola - to są naprawdę grozne psy, możesz się potwornie wystraszyć gdy nagle
znajdziesz się w samym środku walczących między sobą psów.
Wiem, ale na szczęście wystarczy wyciągnąć wtyczkę z gniazdka i wszystko minie.
Poza tym nie dostanę zawału, bo serca nie mam.
Wiesz Zuza, gdy byłam na Ziemi coraz częściej wydawało mi się, że całe życie ludzkie
to projekcja jakiejś gry komputerowej,w której czasami jesteśmy graczami a czasem
tylko tymi figurkami, których losy ktoś już z góry zaplanował i nawet dość dobry gracz
nie może odmienić ich roli ani losu.
A teraz, gdy włączamy jakąś przygodową projekcję czuję się tak, jakbym nadal żyła
w swoim mało atrakcyjnym  ziemskim ciałku.
A mnie dręczy pytanie, dlaczego gdy zmienimy "cielesne ubranko" nie pamiętamy o tym,
że kiedyś już żyliśmy - powiedziała Zuza. Przecież gdybyśmy o tym pamiętali to chyba
nie popełnialibyśmy tych samych błędów za każdym razem!
No, nie jestem tego tak bardzo pewna- przecież w życiu ziemskim często dochodziliśmy
sami do wniosku do wniosku, że trzeba zmienić swoje złe nawyki- odpowiedziała Lola.
Chyba z 90% populacji robi jakieś postanowienia noworoczne  - rzuci palenie, zacznie
chodzić na siłownię, przestanie się obżerać czekoladą, będzie milsza dla partnera, będzie
uczęszczać na kurs obcego języka, nie będzie bałaganić itp, itd. I co - nadchodzi następny
nowy rok i znów obiecujemy sobie  kropka w kropkę to samo co przedtem.
Może po prostu człowiek jest mało reformowalnym zwierzęciem?
A może, gdyby wiedział, że sam jest odpowiedzialny za siebie, że sam kieruje swoim
losem to częściej używałby swego rozumu i intuicji i mniej by błądził?
Wiesz kto pamięta swoje poprzednie wcielenie?
Podobno małe dzieci pamiętają spore fragmenty swego poprzedniego życia  i o nim starają
się dorosłym opowiedzieć. Ale oni uważają,że dzieci zmyślają, nazywają  takiego dzieciaka
kłamczuchem i najczęściej karcą.
Po kilku latach dzieci zapominają o tych swoich opowieściach i tylko  bardzo nieliczne
osoby w życiu dorosłym są przekonane, że kiedyś były kimś zupełnie innym.
Ale podejrzewam, że życie z takim przekonaniem nie może być proste dla ludzi żyjących
w systemach religijnych takich jak chrześcijanizm, islam lub judaizm, które wykluczają
istnienie reinkarnacji.
c.d.n.

Między nami, duszyczkami-VIII

Zuza i Lola codziennie spędzały po kilka godzin ze swoimi Opiekunami
Duchowymi.
Dodatkowo Lola czytała różne prace i artykuły polecane jej przez swego mentora.
Jej współpraca z  Opiekunem Duchowym układała się harmonijnie, coraz lepiej umiała
zanalizować swój ostatni żywot. Zrobiła listę tego wszystkiego co powinna
w przyszłym wcieleniu wyeliminować lub zmienić.
Zajęło to sporo czasu, w końcu żyła długo. Poza tym nie był to żadem rachunek
sumienia, tu potrzebna była analiza dlaczego postąpiła tak a nie inaczej i wcale nie było
tak bardzo istotne czy jej postępek komuś zaszkodził czy nie.
Nie było to rozliczanie typu ile razy skłamała czy powiedziała niecenzuralny wyraz
albo czy i ewentualnie ile razy zdradziła męża.
Cały ten proces przypominał raczej szykowanie się do bardzo dalekiej podróży, gdy
trzeba sobie zrobić listę rzeczy, które będą w drodze i tam, na miejscu, potrzebne.
Znacznie trudniejsza była druga część,  czyli wybranie nowego "locum".
Ale najmniej  w tym wszystkim podobał się Loli fakt, że znów będzie zaczynała od
początku, czyli od chwili życia płodowego.
Jej dzieciństwo nigdy nie jawiło się jej jako kraina marzeń, do której chciałaby wrócić.
W chwili wybuchu II wojny światowej była co prawda dość mała, ale doskonale
pamiętała jak matka płakała gdy ojciec dostał powołanie do wojska, potem jej podróż
z matką na Ukrainę, do jakichś krewnych jej ojca, pobyt tam, narodziny jej siostrzyczki
i słowa którejś z ciotek, że dzieci to i bez wojny są kłopotem, a teraz to jeszcze gorzej.
I kolejną ucieczkę, tym razem z tą ukraińską rodziną, zakaz mówienia po polsku by ich
nie wpakowali do łagru i tę makabryczną podróż dalej na wschód.
A potem wiadomość, że ojciec nie żyje i pozostanie głęboko w Rosji, bo nie było dokąd
wracać.
Perspektywa dzieciństwa stanowczo jej nie odpowiadała. Co prawda sporo lat od tego
czasu minęło, ale Lola  całe życie uważała że ją prześladuje pech, więc obawiała się, że
teraz też może  zle trafić. To pojęcie ciągłego pecha też nadawało się do eliminacji.
Może szkoda, że tu trafiłam. Gdybym nie została tam w szpitalu, tylko z niego uleciała,
to może mogłabym zostać duchem jakiegoś lasu? Może jednak nie wszystkie dusze się
reinkarnują? Muszę  o tym poczytać lub porozmawiać o tym z Opiekunem- postanowiła.
Zuza miała nieco inne dylematy - nie mogła pojąć,  że skoro zgodnie z wiarą katolicką,
w której została wychowana, reinkarnacja nie istnieje, a jest tylko piekło, czyściec i
niebo, to dlaczego  jej dusza ma  się reinkarnować.
Po co wracać wciąż na Ziemię czy też na inną planetę? czy nie lepiej by ktoś "z urzędu"
osądził duszę i zakwalifikował ją do czyśćca, piekła lub nieba?
Następnego dnia zamiast odpowiedzi usłyszała  pytania - 1. a kto miałby ją osądzać
i na jakiej podstawie? 2. czy ona orientuje się na czym polega czyściec?
3. na czym polega rola reinkarnacji?. Odpowiedzi na te pytania miała udzielić
w ciągu kilku  najbliższych dni.
Oczywiście natychmiast opowiedziała wszystko Loli i poprosiła ją o pomoc, ale
Lola stanowczo odmówiła.
Przecież to ty dostałaś  te pytania, nie ja - odpowiedziała. To twoje zadanie, nie moje.
Wiesz przecież, że każdy, niezależnie od tego, czy jest w postaci ludzkiej czy tak
jak my w postaci między wcieleniami, sam musi rozstrzygać dylematy.
Nie rozwiążesz teraz, to rozwiążesz pózniej. Najwyżej pobędziesz tu długo.
Zuza poczuła się dotknięta i to bardzo.
Lola bez trudu znalazła odpowiedz na swoje pytanie - dopóki nie "przepracuje "
w kolejnych swych wcieleniach tego co jej nie wyszło,  musi wracać do ludzkiej
postaci. I czas pomału zacząć przeglądać swe wspomnienia, usunąć te, które na nic
jej się nie przydadzą w przyszłym wcieleniu.
Uporządkować to wszystko co będzie potrzebne, dobrze wszystko wkuć w pamięć.
Pośpiechu nie było, wszystko zależało od niej i to się jej podobało.
Ciągle jeszcze się zastanawiała nad tym w czyją postać ma się wcielić, by choć trochę
ulepszyć swoje przyszłe życie.
Zuza w końcu jak to mówią "przysiadła fałdów" i odnalazła trochę wiadomości na
temat reinkarnacji.
W Chrześcijańskiej  Ewangelii Jezus dwukrotnie mówił do Apostołów, że Jan
Chrzciciel jest reinkarnacją Eliasza, którego przyjście przed nadejściem dnia
Pańskiego prorokował Malachiasz (Księga Malachiasza 3:23).
Pierwszy raz Jezus tak mówił o Janie Chrzcicielu, gdy został on uwięziony.
"A jeśli chcecie przyjąć , to jest on Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy niechaj
słucha" (Mat.11:14-15)
Po raz drugi, po przemienieniu  rzekł na górze Tabor: "Eliasz istotnie przyjdzie i
naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł a nie poznali go
i postąpili z nim tak jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał.
Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówi im o Janie Chrzcicielu."
Czytając to Zuza doszła do smutnego skądinąd wniosku, że tak naprawdę to nie
wie o czym czyta- w życiu nie miała w ręce Biblii, a zwłaszcza Starego Testamentu.
Jako młoda dziewczyna chadzała co prawda do  kościoła, ale nigdy o tym nie
słyszała.
Pamiętała tylko, że za grzechy trafia się do piekła a czasem do czyśćca i że kiedyś,
kiedyś, gdy nastąpi  koniec świata wszyscy zmarli powstaną z grobów.
Wizja ta nieco ją przerażała -oczyma wyobrazni widziała mrowie szkieletów o
różnym stopniu rozkładu podążających nie wiadomo dokąd. Istny horror.
I pamiętała też, że wiara w reinkarnację jest naganna, bo to obca religia.
c.d.n.





piątek, 17 kwietnia 2015

Między nami, duszyczkami- VII

Czas mijał szybko, ale żadna z nich nie umiała powiedzieć jak długo już tu są. Nie było
jakichś  stałych zajęć, wszystko było czynne "na okrągło" a poza tym nie było wyraznie
wyodrębnionych pór doby. Jasno było cały czas, tyle tylko, że przez połowę czasu "słońce"
świeciło jakby mocniej.
Lola, która była święcie przekonana, że gdy umrze to spotka się ze swoim wcześniej
zmarłym mężem była wielce rozczarowana, że tak nie jest. Może, gdyby umarła wkrótce
po jego śmierci, to spotkaliby się w czasie pomiędzy jednym a drugim wcieleniem.
Wcale nie pocieszyła jej wiadomość, że z pewnością w swoim przyszłym wcieleniu
spotka się z tymi wszystkimi , z którymi w  ziemskim życiu była związana uczuciowo.
Nie bardzo w to wierzyła, chociaż, jak jej tłumaczono na tym polega karma - trzeba
ponownie mieć kontakt  z nimi, by naprawić to wszystko co nam w ostatnim życiu
nie wyszło.
Mało tego - wcale nie miała ochoty na ponowne spotkanie niektórych członków rodziny.
Najbardziej rozbawiła ją  wiadomość, że w kolejnym wcieleniu może być np. dzieckiem
swego męża albo matką swojej siostry.
A może również być mężczyzną. Bo w czasie kolejnych wcieleń można też zmienić
płeć , zgodnie z zadaniem, jakie mamy wykonać w kolejnym wcieleniu.
Lekarze zajmujący się hipnozą regresyjną obliczyli na podstawie badania 1100 osób,
że 49,9 % z nich było we wcześniejszych wcieleniach kobietami a  50,6%
mężczyznami.
Takie możliwości wydały się jej wielce zabawne.
Przypomniało się jej, że kiedyś czytała jakiś artykuł o lekarzach, którzy leczą swych
pacjentów poddając ich  terapii reinkarnacyjnej. Oczywiście nie w Polsce, gdzie
lekarze nie  uznają homeopatii bo to zabobon a poddawanie pacjentów hipnozie
regresyjnej uważają za : hochsztaplerstwo, nieprofesjonalizm, nabijanie pacjentów
w butelkę- te epitety były przeznaczone dla lekarzy- a samych pacjentów za osoby
niedorozwinięte umysłowo.
Pomocnik Duchowy, z którym Lola rozmawiała, tłumaczył jej dokładnie, że wszystko
co nas dręczy w czasie życia na Ziemi, choroby ciała i sfery psychicznej mają swe
podłoże w przeszłym życiu - ujawnienie przeszłych wcieleń leczy te stany. Czasem
trzeba pacjenta kilkakrotnie cofać do przeszłych wcieleń, by zorientować się co
jest przyczyną obecnych dolegliwości. Po prostu nie zawsze ostatnie wcielenie było
tego przyczyną a wcielenie znacznie wcześniejsze.
Zuza robiła coraz większe postępy w grze w szachy -ba, nawet polubiła tę rozrywkę.
Gdy pierwszy raz wygrała z Lolą była tak uradowana, że aż odczuła potrzebę
poskakania z radości. Niestety namiastka ciała skutecznie jej uniemożliwiła ten sposób
okazania radości.
Lola też się cieszyła z jej wygranej, bo ona nigdy nie uważała  siebie za osobę, która
potrafi coś komuś dobrze wytłumaczyć.
Z tej wielkiej radości postanowiły udać się na.....afrykańskie safari.  Na szczęście ta
wycieczka nie wymagała odbycia dalekiej drogi ani żadnych nakładów finansowych.
Wystarczyło udać się do sali kinowej, nałożyć na głowę specjalny hełm i włożyć
wtyczkę do gniazdka, które było umieszczone w obudowie specjalnego fotela.
Wrażeń  miały mnóstwo- od lotu dużym samolotem po lot awionetką i lądowaniem
na polowym lotnisku, potem jechały afrykańskimi bezdrożami mało wygodnym
terenowym samochodem.
Wreszcie wysiadły gdzieś pośrodku buszu i szły krok w krok za tropicielem.
Wycieczka była tak niezmiernie realna, że obie opędzały się co chwilę od much,
które usiłowały im usiąść na twarzy. Zza krzaków podglądały stado żyraf,
czołgały się w wysokiej trawie by nie spłoszyć  antylop, ukryte za termitierą
śledziły lwią rodzinę. Potem doszły do rzeki, wsiadły w duże czółno i z kolejnym
przewodnikiem popłynęły w dół rzeki by zobaczyć duże stado hipopotamów.
Przeżyły moment strachu, gdy jeden z hipopotamów odłączył się od stada i zaczął
płynąć w ich  stronę.
Ale wtedy czółno skierowało się do brzegu a zwierzę zawróciło do stada.
Potem znów jechały jeepem na polowe lotnisko . I tu już był koniec wycieczki.
Słoni nie było! - zawołała Zuza- ale i tak było ciekawie.
Bardzo zadowolone , omawiając widziane obrazy poszły niespiesznie do domu.
c.d.n.

Między nami, duszyczkami- VI

Widok terenów sportowych przyprawił Zuzę o atak śmiechu -wyglądał zupełnie jak
marny osiedlowy plac zabaw dla dzieci. Brakowało tylko piaskownicy i zjeżdżalni.
Przy wszystkich palikowych ścieżkach rozwieszone były poręcze z grubych lin.
Stało też kilka słupków z umieszczonymi na nich koszami, stoliki z blatami na których
namalowane były szachownice, na stojących obok regałach leżały piłki, stały pudełka
z szachami i jakimiś grami planszowymi. I były huśtawki.
Wyraznie były to huśtawki nie dla dzieci, bo miały bardzo długie liny. Poza tym stało
sporo ławek. Zuza była bardzo rozczarowana - oczekiwała boiska do siatkówki, stołów
do ping-ponga i ...   jakiegoś usportowionego towarzystwa.
Zuza, a czy ty jesteś pewna, że mając do dyspozycji tę namiastkę ciała dałabyś radę
uprawiać jakikolwiek sport tak jak to robiłaś nim zginęłaś? Ta nasza obecna powłoka
i tak jest jakimś cudem techniki, że możemy w tym chodzić i poruszać się stosunkowo
sprawnie. Ciesz się z tego co jest bo kiedyś w tym okresie pomiędzy jednym wcieleniem
a drugim było się tylko "ciałem astralnym", ledwo widocznym lśniącym obłoczkiem.
Nie było tego wszystkiego co jest teraz, dusze błąkały się po całym terenie bez ładu i
składu, nikt  nie dbał o to gdzie śpią i co robią.
A ty skąd to wszystko wiesz- spytała zdziwiona Zuza.
Czytałam wczoraj na tutejszej  stronie internetowej- odpowiedziała Lola.
Lola, przecież tu nie ma internetu, to jakiś paranormalny serwer, niemal szafa grająca
udająca komputer.
Internet to kontakt z całym światem, a tu jak w Chinach  - wszystko zablokowane.
Chciałam się zaraz pierwszego dnia zalogować na swoim koncie mailowym i oczywiście
bez szansy. Nie napisali, że połączenie zabronione, ale wciąż wyskakiwał  mi komunikat,
że jest błąd nr  ileś tam.
Wiesz- powiedziała Lola - jesteś strasznie marudna.Wyobraz sobie, że tu jest sanatorium,
a ty masz tu wypoczywać, wyluzować się, zwolnić tempo, wyciszyć.
Zrozum, że już nie jesteś na Ziemi, rozstałaś się ze swoim ciałem, z całym swym
dotychczasowym życiem.
Ty chyba pędziłaś przez to swoje życie niczym koń na wyścigach lub facet na dopingu.
Wyhamuj, wyluzuj- tamto już minęło. Po co tak się ciągle spieszyłaś? Myślałaś, że
tym sposobem dwa życia w jednym przeżyjesz? I z tego pośpiechu wylądowałaś tutaj.
Choć, zagramy w szachy. Szachy to też sport- są nawet szachowe mistrzostwa świata.
Ale ja nie umiem grać w szachy- zaprotestowała Zuza.
Nie szkodzi - nauczę cię.
Przy okazji nauczysz  się myśleć o tym co masz zrobić i czy dany ruch ci się opłaci.
Lola wyciągnęła z pudełka figury szachowe, rozstawiając je na szachownicy mówiła
nazwę każdej z figur , tłumaczyła jak się  każda z nich na szachownicy może poruszać
oraz  jakie ma w grze zadanie.
Zuza może i była marudna, ale jednocześnie całkiem bystra. Oczywiście nie wygrała
ani razu, ale kombinowała niezle.
Po każdej zakończonej rozgrywce  Lola omawiała z Zuzą popełnione przez nią błędy
taktyczne.
c.d.n.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Między nami, duszyczkami- V

Mam nadzieję, że każdy z  was wie, że wszyscy jesteśmy dziećmi Kosmosu. I wtedy, gdy
jesteśmy nieobecni w ciele to jesteśmy obecni w świadomości Kosmosu.
Ziemia nie jest jedyną planetą, na której żyją inteligentne istoty, a fakt , że nikt z Ziemian
jak dotąd tej tezy nie udowodnił, nie znaczy, że jest inaczej- prelegent zawiesił głos i
rozejrzał się badawczo  po sali.
Sala była wypełniona, wszystkie krzesła były zajęte. I chociaż na twarzach nie było
widać żadnych emocji, elektroniczny wskaznik poziomu uwagi (ukryty w podstawce
mikrofonu) pulsował ciemno-czerwonym  blaskiem.
Dla duszy nie ma w rzeczywistości ani czasu ani przestrzeni - kontynuował mówca.
Dusze żyją wiecznie, w różnych częściach Kosmosu i mogą dowolnie wybierać miejsce
swego przyszłego wcielenia. Kosmos jest dla dusz uniwersytetem a każda planeta
swoistym kompleksem kształcenia dusz. Bo każda ma inne warunki dla życia.
Czy zastanowiliście się kiedyś, skąd się biorą geniusze w  zupełnie przeciętnych rodzinach?
Nie często się to zdarza, ale zdarza się, że dusze z innych planet, o wyższym stopniu rozwoju cywilizacji, wybierają życie na planecie gdzie jest odmienny, niższy poziom cywilizacji.
Dlaczego tak robią? Bo mogą. Nie muszą się  z tej decyzji nikomu tłumaczyć, mają wolny
wybór. Może kieruje nimi zwykła ciekawość?
Ciało i mózg są tylko domem dla umysłu i duszy. Dusza korzysta z zewnętrznej powłoki
tak samo jak ciało fizyczne.
Zewnętrzna część ludzkiej osoby dominuje nad centralnym układem nerwowym i
trójwymiarową świadomością naszego umysłu, który rozwija osobowość. Natomiast dusza
została podporządkowana autonomicznemu układowi nerwowemu, spogląda na świat
przez te same oczy i słucha tymi samymi uszami co ciało fizyczne.
Umysłem duszy jest podświadomość i to ona dominuje w głębiach systemu nerwowego.
Nie wiem czy wiecie, ale każda osoba dzieląca z wami życie najprawdopodobniej była
z wami w jakiś  sposób związana w poprzednim żywocie. To dlatego do pewnych osób
od pierwszego wejrzenia czujemy sympatię a do innych nie.
Aktualne zachowania, emocje, stosunek do otoczenia są wynikiem doświadczeń, które
mieliśmy w poprzednich wcieleniach.
Musimy wiedzieć i pamiętać o tym , że jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie, że
wszystko do nas kiedyś wróci. Jeśli czynimy zło ono do nas  w kolejnym wcieleniu
wróci. Tak samo jak dobro.
Zachęcam wszystkich do przemyślenia tego, o czym mówiłem. Tekst ten można
również przeczytać on line, zakładka WYKŁADY.
Jeżeli ktoś czegos nie  zrozumiał może również zadać on line pytanie, adres na naszej
stronie.
Staramy się zostawić  wam jak najwięcej czasu na własne przemyślenia. Wykłady nie
będą codziennie, zapewniam.
Ale codziennie jest czynna biblioteka i codziennie można spotkać się z terapeutą.
Dziękuję wszystkim za uwagę.
Lola po wykładzie szła zadumana do swego domku. Po chwili dogoniła ją Zuza-znów
szły pod baldachimem złotokapów.
Wiesz, chyba muszę w domu poczytać ten wykład - jakoś lepiej zapamiętuję to co
widzę niż to co słyszę, wzrokowcem byłam przez całe swe  życie -powiedziała
Lola.
Ale to mężczyzni są podobno wzrokowcami - zawołała Zuza. Taaak - zwłaszcza gdy
rzecz dotyczy kobiet- skonstatowała Lola. Dla nich mało ważne to co nam w duszy
gra, znacznie bardziej istotny jest wygląd zewnętrzny.
No to pewnie dlatego tu wszyscy mamy takie piękne jednakowe ubranka.
Zauważyłaś, że w tej namiastce  ziemskiego życia nie ma wcale luster? I nie ma
żadnych psów, kotów, ptaków ani owadów.Właściwie to panuje tu nienaturalna
cisza. Dobrze, że choć jakąś muzykę można posłuchać. Na bezrybiu i rak ryba- bo
znalazłam tylko  muzykę rozrywkową sprzed 10 lat-perorowała Zuza.
A ja wczoraj włączyłam sobie Mozarta i było mi tak miło, że  aż spokojnie zasnęłam-
przyznała się Lola.
Dochodziły już do domków i Zuza zaproponowała, by może jeszcze poszły zwiedzić
teren- zobaczą gdzie te tereny sportowe i co to za sport można tu uprawiać.
Lola się zgodziła, więc poszły dalej alejką.
Wiesz, muszę zajrzeć przez okno do swego domku - ciekawa jestem czy tu ktoś
może kogoś podglądnąć. Moj domek jest przedostatni powiedziała Zuza i skręciła za
szereg domków. Po chwili zawołała - Lola, choć tu i uszczypnij mnie, dobrze?
Lola dołączyła do niej - spojrzała w okno i zobaczyła zupełnie puste pomieszczenie.
Poszły więc dalej i zajrzały w okno domku Loli - i też zobaczyły tylko pustkę.
Lolu - ty zostań przy oknie mojego domku , a ja pójdę sprawdzić czy on jest
rzeczywiście pusty- Zuza niemal biegiem podążyła do swego domku. Po chwili
wróciła.
Słuchaj, to jakiś patent- weszłam i wszystko było na swoim miejscu, podeszłam do
okna, ale wcale za oknem nie  zobaczyłam  ciebie, tylko te dwa krzaki i tamte
drzewa. To bardzo dziwne, no nie? To znaczy, że okno nie jest oknem.
Zaczynam się czuć jak Alicja w  krainie czarów - stwierdziła Zuza.
c.d.n.

środa, 15 kwietnia 2015

Między nami, duszyczkami-IV

Tu nie ma żadnego sądu - obruszył się osobnik za biurkiem. Tu jest, tu jest.... no, taki
ośrodek samodoskonalenia.
Tu każdy pracuje nad swoim  wnętrzem, analizuje swoje dokonania w czasie pobytu
na Ziemi.
Każdy? Obowiązkowo? - zdziwiła się Zuza.
Tak, każdy. Nawet jeśli nie chce powrotu na Ziemię.
Lola szarpnęła Zuzę za rękę. Chodz, bo ja za chwilę zasnę na stojąco.
Wyszły z tego pokoju wprost na rozległy teren.
Oooo, jak tu ładnie. Sporo tu zieleni, a tam, popatrz, jakiś zagajnik. Tu też wiosna,
tam wyraznie kwitną jakieś drzewa, pewnie owocowe- Lola rozglądała się wokół.
Pewnie to hologramy - Zuza był pełna niechęci do tego miejsca. Pokaż ten planik,
zobaczymy dokąd mamy iść.
Idziemy w lewo, potem skręcimy w prawo i dojdziemy na miejsce- pewnie te
rzędy krzyżyków to te szeregowce. Sądząc z opisu to są nieco większe od psich
bud - narzekała Zuza.
Słuchaj  Zuza - ciesz się, że nie  będzie to ten japoński hotel, w którym pokój jest
wielkości trumny, do którego wczołgujesz się, a nie wchodzisz.
A jeśli masz zamiar cały czas tak narzekać, to lepiej zamieszkajmy w pewnej od
siebie odległości. Jestem stara, zmęczona, zdołowana i chcę mieć trochę spokoju.
Doszły do końca alejki, która teraz skręcała w lewo.
Ależ pięknie - rozpromieniła się Lola. Te kwitnące na żółto  drzewa to złotokap;
nie  sądziłam, że może tworzyć pergolę. Kiedyś widziałam taką aleję na jakiejś
fotografii.
No fakt, wygląda całkiem niezle -burknęła nadal niezadowolona Zuza. Aleja
chyba schodziła nieco w dół, bo nie było widać jej końca. Była naprawdę długa.
Lola obróciła się za siebie - z tyłu, w sporej odległości widziała jakąś sylwetkę.
Poza tym to było pusto. Wreszcie zobaczyły, że "złotokapowa" aleja się  kończy.
Przed nimi rozpościerała się spora polana otoczona kępami różnych drzew, pod
nimi stały w szeregach nieduże, kolorowe domki.
Patrz, te  domy nie mają okien , mają tylko drzwi - zawołała Zuza i przyspieszyła.
Lola statecznie poszła za nią. W tym rzędzie było jeszcze kilka wolnych domków.
Zmęczona  bardzo Lola wsadziła swój klucz do pierwszego z brzegu wolnego
domku, nie interesując się, który domek zajmie Zuza.
Pomieszczenie nie było duże, ale bardzo miłe. Okno było po przeciwnej stronie
domku niż drzwi. Zgodnie z instrukcją Lola zapisała na kluczu nr domku.
W domku była klimatyzacja, okno nie otwierało się. Z okna widziała kawałek
dobrze utrzymanego trawnika, kilka kwitnących krzewów i drzewa, przez które
prześwitywał  następny rząd szeregowców.
Zadowolona z domku ułożyła się na tapczanie i nim się spostrzegła już spała.
Zuza wzruszyła tylko ramionami gdy zobaczyła, że Lola już wchodzi do
domu.
Ona postanowiła się  wpierw rozejrzeć a nie lokować w pierwszym z brzegu
domku. Poszła dalej, minęła trawnik, dostrzegła przy okazji, że domki mają jednak
okna, przeszła do następnego rzędu domków. Niczym chyba się nie różnił od tego
pierwszego- lokalizacja nie była ani lepsza  ani gorsza, więc postanowiła wrócić
do pierwszego rzędu.
Gdy wróciła okazało się, że już tylko jeden domek jest wolny.
Tu jakoś dziwnie płynie czas- pomyślała. Gdy tu szłyśmy, to gdzieś bardzo daleko
majaczyła  czyjaś sylwetka, rozstałam się z Lolą kilka minut temu a tu już nagle
tylko jeden domek wolny. Otworzyła drzwi i rozejrzała się krytycznie po jego
wnętrzu.
No, nie tak tragicznie- okno jest, jest na czym leżeć i siedzieć. Podeszła do biurka,
wzięła mazak i na kluczu wpisała numer domku.Włączyła komputer.
Z przyzwyczajenia  skierowała kursor na wiadomości. Ale wszystkie wiadomości
dotyczyły tylko i wyłącznie miejsca, w którym się znajdowała.
Była bardzo rozczarowana. Odczytywanie wiadomości z kraju i ze świata było jej
pierwszą poranną czynnością. Wstawała rano z łóżka i z miejsca włączała
komputer - wpierw był komunikat pogodowy, potem wiadomości a przy śniadaniu
rzut oka na stronę biznesową  i plotkarską.
O rany, tu nawet reklam nie ma! I żadnych sklepów! Ciekawe czy są  jakieś gry-
Zuza nerwowo przeglądała zawartość komputera.
Gry były pod hasłem "rozrywka", ale pożal się Boże co to za gry były -sudoku,
trochę krzyżówek, warcaby, jakieś kolorowe kulki i kostka Rubika.
Odruchowo chciała się zalogować na swoje konto, ale nie działały tu żadne
"ziemskie" konta. Rozczarowana i nieco zła zamknęła komputer, przesunęła fotel
tak, by siedząc w nim mogła z niego obserwować drzewa. Po chwili zasnęła.
c.d.n.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Między nami, duszyczkami- III.

Po jakimś czasie wszystkie niemal krzesła w sali były w kolorze świeżej pomarańczy, a więc
były zajęte.
Światła nieco przygasły, a ściana naprzeciwko krzeseł zamigotała błękitem.
Po chwili zobaczyły  na niej duży napis "WITAMY" , a gdy zniknął  pokazała się na ekranie
bardzo dziwna postać- generalnie wyglądała na  człowieka ubranego w jednoczęściowy
jasno  szary kombinezon.
Z trójkątnego dekoltu kombinezonu wyzierała bladoróżowa szyja, nad nią była twarz, która
wyglądała jakby była z porcelany, na czoło opadała grzywka, włosy sięgały do dolnego
krańca ucha. Była to wyraznie wersja uczesania "na pazia".
Z twarzy spoglądały na salę bardzo niebieskie oczy,mocno różowe usta poruszały się
prawie w rytm wypowiadanych słów.
Witam wszystkich, mam na imię Matylda.
Dla waszej i naszej wygody,  każdy z mieszkańców Naszej Przystani zostanie wyposażony
w kombinezon. Wszystkie kombinezony są w takim samym kolorze -kombinezony damskie
mają nieduży trójkątny dekolt, męskie  są wykończone półgolfem.
Wszystkie kombinezony mają po  dwie kieszenie zamykane na suwak, a na rękawach
zostaną  zamocowane chipy.
Wszystkie kombinezony są wykończone dłońmi i stopami. Kombinezony nie brudzą się,
będą wam służyć podczas całego waszego tutaj pobytu. To jest teraz wasze "ciało".
Z czynności fizjologicznych będziecie  odczuwać tylko potrzebę snu.
Pierwsze kilka tygodni pobytu wszyscy dużo śpią. Potem z tą potrzebą snu bywa  różnie.
Wszystkie mieszkania są jednakowo wyposażone i mieszczą się w szeregowcach.
W pokoju jest jednoosobowy tapczan, biurko, komputer, fotel.
 Ściany pomiędzy pokojami są  cienkie, więc miłośnicy muzyki proszeni są o słuchanie
ulubionych utworów przy pomocy słuchawek.
Słuchawki są na wyposażeniu każdego pokoju.
Do ogólnego użytku jest kilka boisk sportowych, sale kinowe, planetarium, biblioteka
wraz z czytelnią.
Część krajobrazu jest hologramem,więc się nie wystraszcie, gdy nagle znikną jakieś
drzewa czy też krzaki. Albo gdy zmienią nagle swe miejsce.
 W budynku administracji całą dobę ktoś dyżuruje.
To już właściwie wszystko co na początku powinniście wiedzieć.
A teraz proszę byście kolejno przechodzili do sąsiedniej sali. Wchodzicie gdy nad tymi
czarnymi drzwiami zapali się zielone światełko.
Życzę wszystkim miłego pobytu.
Postać zniknęła z ekranu, światła znów świeciły się jasno.
Zuza i Lola, nadal ze związanymi nadgarstkami siedziały razem i śledziły proces zmian
koloru krzeseł - puste pomarańczowe zmieniały się w puste zielone.
To naprawdę było wielce zabawne.
O kurczę! - zaklęła Zuza- ślicznie będziemy wyglądać.
Ale za to będzie sprawiedliwie - wszyscy będziemy wyglądali jak wypłosze. I nawet
nam nie zorganizują wieczorku zapoznawczego - zaśmiała się Lola.
Ciekawa jestem czy dusze facetów też mają fryzury "na pazia"- zastanawiała się Zuza.
Wiesz, a może tu w ogóle nie ma  męskich dusz? Chociaż nie, pewnie są, bo coś
plotła o męskich kombinezonach. Ale zapewne są tu w mniejszości, bo chyba niewielu
facetów posiada coś takiego jak dusza -kontynuowała  Zuza. Gdybym spotkała takiego
z duszą, to pewnie byłabym mężatką.
Uważaj, uważaj, bo w następnym wcieleniu możesz trafić w męskie ciało.
No co ty, Lola, w jakim  następnym wcieleniu.? Osadzą nas tu, a potem gdzieś karnie
przesiedlą .I niezależnie od tego czy będzie to nagroda za dotychczasowe życie czy też
kara, to będzie nuuuudno.
No może tylko w nagrodę zafundują nam nieco lepsze w wyglądzie pokrowce, np.
pokrowiec imitujący Sophię Loren - rozmarzyła się Zuza.
Lola, a skąd ci przyszło na myśl, że będziemy mieć następne wcielenie?  Przecież nikt
dopóki żyje nie ma pojęcia co jest potem - najwięcej osób wierzy, że kiedyś ktoś nasze
życie oceni i nagrodzi dobre uczynki wysyłając do Nieba, a ukarze za złe i wyśle do
Piekła.
W rzędzie, w którym siedziały,  krzesła  już zaczęły z powrotem odzyskiwać swój zielony
kolor, co oznaczało, że wkrótce nadejdzie i ich kolej.
I rzeczywiście - w niedługim czasie zamigotało nad drzwiami zielone światło.
Ponieważ nadal miały spięte razem nadgarstki,  weszły do drugiego pomieszczenia razem.
Oooo, papużki nierozłączki - powiedział siedzący za biurkiem osobnik. Chyba macie
tendencję do uciekania, skoro ktoś was potraktował kajdankami. Połóżcie ręce na biurku
w tym zagłębieniu pomalowanym na zielono, zaraz to zdejmiemy.
Po chwili coś zasyczało, mignęła zielona lampka i nadgarstki były już uwolnione.
A teraz trochę biurokracji - proszę ubrać kombinezon, na prawo wiszą damskie.
Wszystkie mają jednakowy rozmiar i wygląd, jak widzicie. Po włożeniu kombinezonu
proszę podejść do czytnika - muszę zanotować w dokumentach numer. Potem dam
każdej z was prosty plan sytuacyjny terenu, kartę wstępu do biblioteki i innych
ogólnych obiektów. No i "klucze" do mieszkania dla każdej . Ta prostokątna karta
jest kartą wstępu, ta mała-owalna to klucz do mieszkania. Już zajęte mieszkania mają
nad drzwiami pasek pomarańczowego koloru. Gdy już każda z was otworzy swoje
mieszkanie, zapiszcie na kluczu nr mieszkania, by potem nie usiłować dostać się
przez pomyłkę do kogoś innego.
To chyba wszystko. Macie jakieś pytania?
A kiedy będą nas sądzić? - zapytała Zuza.
c.d.n.




poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Między nami, duszyczkami- II

Czekając na rozwój wypadków Lola i Zuza spokojnie siedziały na parapecie jedynego,
wąskiego  okna  w sali prosektorium.
Zdążyły już opowiedzieć sobie wzajemnie wiele fragmentów swego życia i nadal
zastanawiały się dokąd teraz ich ktoś poprowadzi.
Na korytarzu rozległ się stukot metalowych kółek wózka i po chwili do sali wtoczył
się wózek, prowadzony przez tych samych, co poprzednio, sanitariuszy.
Tym razem owinięte prześcieradłami ciało zawiezli do  sąsiedniej małej salki, przełożyli
je na stół, kartkę z danymi dopięli klipsem do prześcieradła, drugą z tymi samymi danymi
zawiesili na dużym palcu u nogi i zostawili. Nie była to dekoracyjna zawieszka.
Zuza i Lola oczekiwały, że zaraz dołączy do nich kolejna duszyczka, ale nikt się nie odezwał
gdy Zuza zawołała -  hej, jest tam kto?
Dziwne - zawyrokowała Zuza. Okazuje się, że tylko my byłyśmy takie ciekawe i poszłyśmy
za naszymi powłokami. Zapewne większość zostaje tam, gdzie człowiek wydał ostatnie
tchnienie. Ciekawa jestem kiedy po nas przyjdą - w każdym razie wiedzą, że tu jesteśmy.
Lola wpatrywała się w obraz za oknem - nadal świeciło słońce.
Właściwie to miłe, gdy świeci słońce w takiej chwili- pomyślała. Chociaż ... ten kto zostaje
na  Ziemi zupełnie tego nie  docenia. J. umarł pewnego marcowego dnia, gdy padał śnieg
z deszczem a ona, wracając wtedy od niego ze szpitala potwornie zmarzła. Szła kawał drogi
piechotą, a deszcz i śnieg mieszały się z jej łzami.
Poza tym wszystko było jak każdego innego dnia- ludzie mijali ją w pośpiechu, samochody
wolno posuwały się  w ulicznym korku. Wszystko było  jak zawsze, a dla niej świat nagle
stanął w miejscu, albo nawet zaczął obracać się w przeciwnym jak dotąd kierunku, czego
oczywiście nikt nie zauważył. Uważała ten fakt za wielką niesprawiedliwość.
Zaczęła się zastanawiać, czy jej córka już wie, że ona przeszła w inny wymiar.
Miała w kieszeni palta, jak zawsze gdy wychodziła z domu, kartkę z "numerem alarmowym",
oraz legitymację emerycką-obydwie zabrał ratownik medyczny.
Ale nie da się ukryć, że bardziej była  zainteresowana tym, czy spotka się "gdzieś tam" ze
swoim mężem, niż tym czy ktoś zawiadomił jej córkę.
No, kochane- usłyszały- dosyć tej kontemplacji szpitalnego ogrodu, zaraz ruszamy w drogę.
Musicie się mnie słuchać i dokładnie wykonywać moje polecenia. Od wczoraj uzbierało
się całkiem sporo nowych.
Ja to mam zawsze jakieś pechowe dyżury- narzekała ich niewidoczna opiekunka, a może
opiekun. No, idziemy, szybko przebierajcie nogami.
Mam was wszystkich na jednej lince, żebyście się nie pogubili. I niczego się nie bójcie, a
zwłaszcza lotu.Wszystko jest pod kontrolą, na orbicie wejdziemy w strefę chronioną.
Lula zdążyła jeszcze  zobaczyć, że są w ogrodzie, potem już nad nim, a potem już była -
no właśnie, wcale nie wiedziała gdzie jest. Czuła tylko pęd powietrza i zimno.
Nie  sądziła, że bezcielesny twór, którym teraz była, może odczuwać zimno.
Uwaga, przed nami strefa chroniona-usłyszały. Chwilę postoimy, a potem ruszamy dalej.
Zarówno Lola  jak i Zuza usiłowały cokolwiek dostrzec, ale otaczała je  nadal mleczna
biel, za to nie było już tak zimno.
Po chwili zorientowały się , że stoją wśród wielu innych istot? dusz? Nie bardzo wiedziały
jakiej nazwy powinny używać. Zuza ścisnęła rękę Loli -słyszałaś? Ktoś płacze. To bardzo
dziwne - rozstaliśmy  się z życiem a nadal wiele rzeczy jest podobnych jak tam, gdy
jeszcze byłyśmy ludzmi.
Widocznie  dusza to też człowiek - odpowiedziała Lola.
Uwaga - ruszamy dalej. Trochę pójdziemy, trochę polecimy, zależnie od płynności ruchu.
Lola, podobnie jak Zuza usiłowała cokolwiek zobaczyć. Przesuwały się jakimś dość
ciasnym korytarzem, co chwilę obijając się o siebie lub o innych wędrowców, a czasem
wpadały na ścianę, Była bardzo gładka i dość elastyczna. Loli skojarzyła się w dotyku ze
śliską gąbką.
W korytarzu panowała szarość- z jakiegoś powodu nierównomierna,od jasnej do bardzo
ciemnej.
Obydwie miały wrażenie, że za jasnymi fragmentami korytarza znajdują się jakieś
pomieszczenia, które są jasno oświetlone.
A może na tych jaśniejszych odcinkach są po prostu cieńsze ściany  i ta jasność pochodzi
z tego, co nas otacza? - snuła domysły Zuza.
Eee, mnie już jest wszystko jedno - jestem okropnie zmęczona, powiedziała Lola. Jak na
jedną dobę miała naprawdę sporo przeżyć.
Jakby na to nie spojrzeć, to nie codziennie nasze ciało umiera- pomyślała.
Zajęła się dociekaniem jak to jest być duszą bez ciała.
Skoro odczuwa senność i zmęczenie, to może będzie odczuwała też różne inne potrzeby
fizjologiczne, takie  jak głód i pragnienie.
To głupie - całe życie się czegoś uczymy, a nikt nas nie uczył co się dzieje gdy się
skończy  życie człowieka. A ci, co lansują teorię, że każdy ma duszę, która żyje wiecznie,
uważani są za głupich dziwaków. A ja, i ci wszyscy dookoła żyjemy - tylko nieco inaczej.
Prowadziła nadal swe rozmyślania, mechanicznie przebierając nogami, które czuła, ale
nie mogła ich dostrzec.
Lola szturchnęła Zuzę łokciem i zapytała : zauważyłaś, w niektórych miejscach są jakieś
odgałęzienia i wydaje mi się, że niektórzy z nas już gdzieś poznikali. Zrobiło się znacznie
luzniej.
O, tak, jest  zdecydowanie luzniej- też tak to odczuwam. Czy nie sądzisz, że tu zupełnie
jak w naszym dotychczasowym  życiu - wieczny brak potrzebnych informacji. Przecież
na "dzień dobry" powinien ktoś nas poinformować co będzie dalej - narzekała Zuza.
Jesteście okropne , ciągle coś się wam nie podoba - zwrócił im uwagę czyjś głos.
No pewnie, że się nam wiele rzeczy nie podoba, a najbardziej fakt, że ktoś, nie wiadomo
kto, podsłuchuje nasze  rozmowy - powiedziała ze złością Zuza.
Uwaga! Skręcamy ostro w prawo, odliczamy trzydzieści kroków i skręcamy  w lewo-
powiedziała ich opiekunka.
Po chwili znalazły się w jasno oświetlonej sali, w której stały rzędy krzeseł.
Proszę zajmować miejsca- zielone krzesła są wolne, zajęte są pomarańczowe.
Zuza i Lola, nadal złączone opaską zajęły sąsiednie  krzesła. Zafascynowane spoglądały
na krzesła zmieniające swój kolor -puste zielone krzesło zmieniało się nagle w puste
krzesło pomarańczowe.
Niesamowite- powiedziała Lola i zaczęła się śmiać.
c.d.n.




sobota, 11 kwietnia 2015

Między nami, duszyczkami

Ostatnie, nie bardzo wiadomo czy świadome, jej słowa brzmiały - przecież już do ciebie
idę, idę.
Leżała otoczona elektroniczną  aparaturą, połączona z nią skomplikowanym systemem
rurek, na monitorach pojawiały się różne kolorowe kreski, paski, sinusoidy, coś pikało
i syczało, otaczający stół operacyjny lekarze spoglądali z troską na wykresy, a na ich
twarze powoli wpełzał wyraz zawodu.
No, walcz kobieto, nie poddawaj się! -krzyknął jeden z nich.
Czego on na mnie krzyczy, boje się, idę stąd, nie chcę  tu być!
W tej samej chwili poczuła, że coś uniosło ją w górę, pod sufit. W dole pod nią został
stół operacyjny, leżąca na nim kobieta, stojąca obok aparatura, teraz głośno piszcząca.
Zniknęły na monitorach wzory, widoczne były tylko proste linie.
Defibrylacja !- wrzasnął jeden z lekarzy. Do klatki piersiowej leżącej na stole kobiety
przyłożono elektrody a L., pod sufitem poczuła bolesny cios. Ale serce leżącej na stole
kobiety nie posłuchało wezwania do pracy. Powtarzali tę czynność kilkakrotnie, ale
bez rezultatu.
Niemądry człowiek, pomyślała L.- to już mój drugi zator, a ja mam już 79 lat i J. mnie
od dawna już wzywa do siebie. Czas odejść.
Popatrzyła jeszcze raz w dół- widok starej, leżącej na stole kobiety nie budził w niej
żadnych emocji.
Nie bardzo wiedziała co ma teraz ze sobą począć - na razie postanowiła zobaczyć, co
zrobią z tą leżącą bez ruchu kobietą.
Lekarze ze złością ściągali z rąk rękawiczki ciskając je do kosza, pielęgniarki pomagały
im rozwiązywać troki fartuchów.
Okryły dokładnie leżące ciało, jedna dokądś zatelefonowała i po chwili weszło do sali
dwóch sanitariuszy, którzy przełożyli ciało na wózek i skierowali się do drzwi.
L., wciąż pod sufitem, podążyła za nimi.
No, patrz "Stary", umierają jak muchy. Jesień i wiosna to złe pory dla chorych i słabych -
powiedział młodszy z sanitariuszy.
Już czwarty raz dziś wieziemy do sali balowej, a dziś jest dzień dyżuru, to pewnie jeszcze
ktoś się trafi.
Zjechali windą do podziemi szpitala -prosektorium było w odrębnym budynku, ale było
połączone z głównym budynkiem podziemnym korytarzem. Transport tych co odeszli
odbywał się tylko podziemnym korytarzem, nigdy na skróty przez podwórko, by widok
nieruchomej, owiniętej dokładnie prześcieradłami postaci nie straszył pacjentów i osoby
odwiedzające.
Kolejna podróż windą i wjechali do przestronnej, słabo oświetlonej sali.
Sprawnie załadowali ciało do lodówki, na uchwycie  szuflady zawiesili kartonik z danymi,
dokładnie docisnęli szufladę, która  wydała z siebie dość głośne "kliknięcie" oznaczające,
że jest wszystko właściwie zamknięte i niespiesznie wyszli.
L. wyraznie czuła czyjąś obecność, ale nikogo nie mogła dostrzec.
Przycupnęła przy oknie- był pogodny, wczesnowiosenny dzień. Blade słońce rozświetlało
teren wokół budynku, gałęzie krzewów i drzew były jeszcze całkiem nagie, ale trawa już
niezle  się prezentowała.
Ładny dzień - pomyślała L.Jedni odchodzą, inni się rodzą, a wszystko dookoła jest jednak
tak bardzo niezmienne.
Ale co ja mam teraz zrobić? Gdzie ten czarny tunel o którym tyle słyszałam?
Ja też nie wiem co mam teraz robić- usłyszała czyjś cichy głos. Rozejrzała się dookoła, ale
nikogo nie zobaczyła.
Jest tu ktoś?- zapytała L. Bo nikogo nie widzę.
Ja też ciebie nie  widzę, my chyba jesteśmy po prostu niewidoczne.To dziwne uczucie, nie
widzieć kogoś i z nim rozmawiać tak jakby był żywy.
Bo jesteśmy nadal żywe, to tylko nasze ciała umarły, odparła L.
No dobrze, ale co dalej? Mamy opuścić szpital czy  zostać tu i czekać co będzie dalej?
Czy zauważyłaś, że rozmawiamy ze sobą telepatycznie? Ja mam na imię Zuza, a ty?
Ja- Karola, czyli Lola. Jak byłam mała to mówiłam na siebie Kalola i zostało Lola.
A może wyjdziemy na chwilę do ogrodu- tak dawno nie  byłam na spacerze. Siedziałam
uwięziona na trzecim piętrze bez windy i rzadko wychodziłam z domu- westchnęła Lola.
A jak wreszcie wyszłam to trrrach, straciłam przytomność - i jestem tutaj.
A ty? - zapytała Zuzy
Ja najzwyczajniej w świecie piekielnie  spieszyłam się do pracy, wpadłam w poślizg i
wylądowałam na starym, dużym drzewie. I jakoś tak niefartownie palnęłam głową  o coś
twardego. Szybko mnie  ratownicy wyciągnęli , jeszcze tydzień żyłam, ale krwiak był
ogromny i w złym miejscu  i od wczoraj tu siedzę- odpowiedziała Zuza.
Przykre - skonstatowała Lola. No ale gdybyś nigdy nie doszła do pełnej sprawności to
chyba byłoby gorsze.
No proszę, tu sobie gadułki siedzą i paplają a ja was szukam po całym szpitalu -dobiegł
ich czyjś głos.
Zuza, wyciągnij przed siebie prawą rękę, a Lola niech wyciągnie lewą- zepnę je razem
klamrą.
Ale przeciez my nie mamy rąk! -zaprotestowały jednocześnie.
Macie, ale ich nie widać.Po chwili obie poczuły, że coś zacisnęło im się lekko na
nadgarstkach. Co to? - zapytała Lola.
Kajdanki, żebyście mi się gdzieś po drodze nie zgubiły. A teraz poczekajcie  tu na mnie
jeszcze trochę- przelecę się po szpitalu, może jeszcze kogoś zabierzemy w drogę.
Zuza i Lola, połączone teraz jakąś opaską siedziały na parapecie okiennym i wpatrywały
się w widok za oknem. Obie myślały, że to zapewne ostatnia rzecz na Ziemi, którą widzą.
I obie myślały, że to bardzo  dziwne , gdy się nie ma ciała, a nadal można rozmawiać,
myśleć  i czuć to ciało, którego przecież nie ma. To było  najdziwniejsze doznanie.
Jak myślisz, dokąd my teraz pójdziemy? -zapytała Zuza.
Nie mam pojęcia - ale w niebo i piekło to ja nie wierzę. Przeżyłam wojnę i to było dla
 mnie piekło, chociaż byłam wtedy dzieckiem. Straciliśmy mieszkanie, ojciec walczył
na froncie, matka z siostrą i ze mną tułała się po obcych ludziach, wiem co to ból,
głód , strach. Drugi raz przeżyłam piekło, gdy zachorował mój mąż i przez  sześć lat
umierał "po kawałku". Cztery lata temu odszedł definitywnie. A ostatnio wciąż nocami
słyszałam jak mnie woła do siebie. Powiedziałam o tym córce, ale popatrzyła na mnie
jak na wariatkę. To bardzo niesprawiedliwe, że nie można odejść razem. Mam nadzieję,
że może go gdzieś tam, dokąd  pójdziemy, odnajdę.
A kogo  ty zostawiłaś na tym "łez padole"? -zapytała Zuzę.
Rodziców , brata i.....ewentualnego męża, chociaż nie wiadomo czy pobralibyśmy się.
Byliśmy od kilku lat razem, ale do ślubu to się nam nie spieszyło.
Wcale nie miałam pewności, że to ten jeden-jedyny.
Miał zadatki na dziecioroba , wyobrażał sobie, że urodzę co najmniej trójkę a ja nawet
na jedno jeszcze nie miałam ochoty. I nie byłam pewna, czy kiedykolwiek będą miała
ochotę na dziecko. Nie lubię małych dzieci po prostu.
c.d.n.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Posłowie do "Przyjazń i kochanie"

Wydaje mi się, że powinnam pewne  sprawy, przewijające się w opowieści o Sandrze
i Andrzeju wyjaśnić.
To moi dobrzy znajomi właśnie z podstawówki, potem los nas nieco rozrzucił, ale
staraliśmy się nadal utrzymywać ze sobą kontakty.
Jak pewnie część z Was wie, wychowywałam się u dziadków, ale ponieważ nie byli
moimi prawnymi opiekunami (sądownie byłam przyznana matce) to tylko ona mnie
mogła zapisać do szkoły.
Do dziś  pamiętam święte babcine oburzenie, że będę chodziła do szkoły, w której nie
było lekcji religii i, jak to babcia wdzięcznie określiła " ona zapisała dziecko do szkoły
samych partyjniaków".
Ale zapewniam Was, było tam całkiem sporo dzieci osób bezpartyjnych, właśnie
sześciolatków, bo tylko szkoły TPD przyjmowały dzieci w tym wieku.
Z tego co pamiętam z młodszych klas to  był bardzo wyrazny podział "płciowy" -były
dziewuchy i chłopaki - żadnych sympatii, a posadzenie dziewczynki w jednej ławce
z chłopakiem było w naszym mniemaniu najwyższą kara za wszystkie możliwe
przeszłe, obecne i przyszłe przewinienia.
Z okresu podstawówki pamiętam określenie "on się do niej podwala"-i takie
zachowanie było głośno i namiętnie wyśmiewane.
W klasie szóstej do nomenklatury  zachowań doszło "chodzenie ze sobą".
Każda z nas była dumna, gdy któryś z kolegów, z bardzo niewyrazną miną zadawał
pytanie: "czy będziesz ze mną chodzić?"
Oczywiście pozytywną odpowiedz uzyskiwał tylko  ten właściwy, w mniemaniu
dziewczyny, chłopak. No i owo chodzenie najczęściej zbyt długo nie trwało - mam
wrażenie, że zmiany były na tyle częste, że każda z każdym nieco "pochodziła."
W okresie liceum kontakty się pourywały, do okresu dorosłości w moim przypadku
przetrwało zaledwie kilka, w tym kontakt z Lidką, Sandrą, Andrzejem.
Można powiedzieć, że żyłam w "ciekawych czasach" - jakoś przetrwałam czas
wczesnego PRL, dość paskudny, gdyż niechcący można było na własnego rodzica
zwrócić uwagę Urzędu Bezpieczeństwa. Ale nie wpadłam na pomysł zrobienia z
siebie kombatanta, jak poniektórzy dzisiejsi działacze  prawicowi.
Nie przeszkadzało mi, że znałam dwie różniące się od siebie wersje historii.
Natomiast bardzo mocno przeżyłam fakt, gdy w 1958 roku wyjechało z Polski
sześcioro dzieci z mojej klasy - w tym moja najlepsza koleżanka. Dostałam od niej
tylko jeden list, który przyprawił mnie o płacz- pisała w nim o swym życiu w Kibucu,
o tym , że rozłączono ją z rodzicami, że musi mieszkać w internacie. List zakończyła
słowami: "nawet nie wiesz, jakie masz szczęście, że nie jesteś Żydówką".
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że osoby  tej narodowości otrzymały od władz status
"persona non grata".
Nie mogłam tego pojąć, razem  brałyśmy I Komunię,  w szkole uczono nas, że Hitler
był zbrodniarzem, bo unicestwiał ludzi narodowości żydowskiej a u nas nagle mówi
się tym, co ocaleli z pogromu  -  idzcie sobie stąd.
Wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałam, że mówienie głośno,  "władza (łaskawie) zgadza
się, by osoby uważające , że są osobami narodowości żydowskiej opuściły bez
przeszkód Polskę" nie jest żadnym ukłonem w ich stronę ale  nakazem.
Druga fala nastąpiła w 1968 r, tylko w bardziej restrykcyjny sposób. Ci co wtedy
opuszczali Polskę tracili polskie obywatelstwo, dostawali jednorazowy paszport, bez prawa
powrotu, ponosili niebagatelne koszty związane z tym wyjazdem, mienie przesiedleńcze
było mocno ograniczone, musieli zostawić nieodpłatnie swe mieszkania.
Czystki  (przykryte słowem weryfikacja) w dużym stopniu objęły osoby na wysokich
stanowiskach  we wszystkich resortach, niestety na wyższych uczelniach także.
Ruchy studenckie na UW też były sterowane, o czym młodzi ludzie nie mieli pojęcia.
Umiejętna manipulacja sprawiła, że dziś wiele z tych osób dałoby sobie głowę uciąć, że
to było spontaniczne, wymyślone przez samych studentów.
Nie mam pojęcia skąd teść Sandry bardzo dużo wiedział - on jednak miał spore
kontakty, a gdy ludzie kiedyś razem nadstawiali karku (był w AK i AL) to zawiązują
się  między nimi szczególne więzy i specyficzna lojalność. Sandra uważała go niemal
za jakiegoś czarodzieja, bo  bardzo trafnie przewidywał wiele wydarzeń.
Sandra miała naprawdę szczęście- teściowie kochali ją  niczym własne dziecko, bardzo
pomagali, umożliwili jej studia za  granicą  finansując je i pomagając w opiece nad
dziećmi.
Andrzej był i jest nadal zakochany w swej Sani -Kochanie, bo tak się do niej zwraca.
Z domu wyniosłam przekonanie, że zupełnie nie jest ważna narodowość człowieka
ale to jaki to człowiek. Nikogo w moich oczach nie dyskredytuje fakt, że ktoś nie jest
Polakiem.
No chyba, że jest Prawdziwym Polakiem - tych nie trawię.


sobota, 4 kwietnia 2015

Przyjazń i kochanie- cz.IX

I znów wszystko wróciło do normy.
Pożegnanie było bardzo czułe, Sandra oficjalnie oświadczyła Andrzejowi i jego rodzicom,
że postąpi zgodnie z zasadą:  "gdzie ty  Kajus, tam ja, Kaja".
Rodzice Andrzeja byli bardzo wzruszeni, a przyszły teść zapewnił ją, że zawsze
będzie mogła liczyć na ich pomoc i opiekę.
Ze swej strony ojciec  Andrzeja prosił, by Sandra zmobilizowała  własnego wujka do
wizyty u lekarza, bo to wszystko nie wygląda dobrze i czas może tu mieć wielkie
znaczenie.
I Sandra, wraz z ciocią zaczęły wiercić wujkowi dziurę w brzuchu by wreszcie udał się
do lekarza.
Po wielu badaniach i konsultacjach, kilogramach antybiotyków, okazało się, że to
sprawa nowotworowa, a nie ostre zapalenie  ślinianki. W planie była operacja, potem
naświetlania. Operacja był trudna, pousuwano węzły chłonne, uszkodzono nieco
nerwów. Naświetlania dały ostry efekt popromienny, a wujek miał żal do swej  żony i
siostrzenicy, że go wypchnęły na tę operację.
W maju przyjechał do Polski ojciec Andrzeja -sam bo Andrzej miał egzaminy.
Skontaktował się z Sandrą, przywiózł dla niej kilometrowy niemal list od Andrzeja,
jakieś kobiece drobiazgi od swej żony a od siebie ręcznie kutą srebrną bransoletkę.
Odwiedził też  wujka Sandry i bardzo był zaniepokojony jego zdrowiem - nie wyglądało
to dobrze.
Po tygodniu pobytu  wyjechał z  powrotem. W czasie całego pobytu niemal codziennie
widywał się z Sandrą.Wyraził też chęć poznania jej matki, więc zaprosiły go do siebie
na kolację.Wyraził swój podziw dla rodziców Sandry wobec podjętej przed laty ich
decyzji o zachowaniu jedności rodziny- stwierdził, że on nie jest pewien czy umiałby
tak postąpić. Te kilka słów bez wątpienia miały wielki wpływ na matczyną opinię
o przyszłym teściu Sandry.
Po wizycie tak się nim zachwycała, że Sandra kilka razy zwróciła jej uwagę, że ma
zamiar wyjść  za jego syna, a nie za niego.
Na początku  czerwca świat zelektryzowała "wojna  sześciodniowa" wywołana
właściwie przez Egipt, który zablokował ruch izraelskich statków po Zatoce Akaba.
W ciągu sześciu zaledwie dni Izraelskie wojska pokonały sprzymierzone siły arabskie.
Egipt utracił na rzecz Izraela Synaj, Jordania Zachodni Brzeg Jordanu, Syria- Wzgórza
Golan. Jerozolima stała się na powrót stolicą Izraela.
Kraje Demokracji Ludowej jednym, zgodnym  głosem z ZSRR potępiły Izrael.
Wujek powiedział do Sandry - wiesz, zaczęło "bulgotać", szykują się zmiany, ale nie
będą one dobre. Dobrze, że już nie pracuję dla PRL-u, bo zaczną się teraz "podgryzania"
i "wygryzania ze stanowisk". Ale to już poza mną.
I pamiętaj co  ci mówiłem- nie daj się wciągnąć  w jakieś polityczne dyskusje.
W walkach o władzę najłatwiej jest posłużyć się młodzieżą, ją łatwo zmanipulować.
I coś ci doradzę - zawsze słuchaj tego co mówi twój przyszły teść - ten człowiek ma
szósty zmysł - umie wiele rzeczy przewidzieć i w mgnieniu oka znalezć najlepsze
wyjście z sytuacji. Dzięki temu kilka razy ocalił  życie sobie i tym, którzy z nim byli.
Sandra bardzo  to przeżywała, bo ojciec Andrzeja  został właśnie skierowany do Kairu.
Andrzej natomiast miał pozostać nadal w Europie, na uczelni.
Jesienią  przyjechał Andrzej . Po tygodniu dołączył do niego ojciec. Poprosił Sandrę,
by wyciągnęła swą metrykę z USC i w jak najkrótszym czasie wzięła ślub z Andrzejem.
Pamięta, gdy wziął jej rękę, ucałował jej dłoń i powiedział- jeśli nadal go kochasz
to mi zaufaj, tak będzie dobrze.
I Sandra zaufała - po 30 dniach od daty złożenia dokumentów odbył się ich ślub.
 Na ślubie byli rodzice Andrzeja, jej mama i wujek z ciocią Basią.
Teść załatwił błyskawiczne tłumaczenie świadectwa  ślubu oraz jej różnych dokumentów.
Sandra nigdy nie dowiedziała się jakim cudem dostała wizę austriacką, którą Andrzej już
też posiadał.
Z Polski wyjechała w styczniu 1968 roku. A w grudniu, przed wyjazdem dowiedziała
się, że profesor, który miał być jej promotorem został zwolniony z Uniwersytetu.
 Ale Sandra i Andrzej bardzo krótko  mieszkali w Austrii. Gdy on skończył studia
zamieszkali w Szwajcarii.  Sandra gorączkowo uczyła się języka.
Dość szybko zdecydowali się na dziecko i na świat przyszedł śliczniutki blondynek.
W dwa i  pół roku pózniej przybył drugi  chłopczyk. Przy trzeciej ciąży cała rodzina
była pewna, że urodzi się dziewczynka - nic z tego, to trzecie to też był chłopak.
Teść Sandry dotrzymał swej obietnicy - w 1971 roku  wyemigrowali  z Polski i
też zamieszkali w Szwajcarii.  Teściowie na równi kochali swego syna, jego żonę i
swe wnuki. Zawsze służyli pomocą, nie tylko finansową. Gdy w wieku 69 lat teść
umarł, Sandra rozpaczała tak, jakby umarł jej własny ojciec.
Do Polski Sandra przyjeżdżała  najwyżej raz w roku, by spotkać się z matką.
Matka wyszła po raz drugi za mąż. Ojciec Sandry ożenił się z.... Hiszpanką i miał
dwójkę dzieci. Raz na dwa lata Sandra z dziećmi, mężem i teściową odwiedzała
ich w Hiszpanii.
Wujek Sandry umarł w 1990 roku.Ciocia Basia ma dziś 85 lat i świetnie sobie
radzi.
Sandra wciąż narzeka, że jej   synowie za nic nie garną się do zakładania rodziny.
Ilekroć się  widzimy mówi - może i nie miałam ciekawego życia, ale za to byłam
i jestem szczęśliwa.
                                                         KONIEC

Przyjażń i kochanie- cz.VIII

Sandra czuła się nieco głupio, bo ciotki, choć niezbyt leciwe, zachowywały się w jej
odczuciu jak ciotki- mamucice.
Zwracały się do niej per "dziecinko", "koteńko", a rekord pobiła ta, która odciągnęła
Sandrę do przedpokoju i teatralnym szeptem zapytała: "a kogo, ty dziecinko więcej
kochasz, mamę czy tatę". Sandra, opanowując śmiech odpowiedziała - kocham ich
jednakowo ciociu, jednakowo.
Tuż przed północą zabrzmiał dzwonek domofonu - wujek otworzył "komuś" drzwi na
klatkę, a gdy zadzwonił dzwonek w drzwiach mieszkania, poprosił Sandrę, by poszła
je otworzyć.
Nie zapalając światła w przedpokoju otworzyła drzwi wejściowe i....zdrętwiała.
Przed nią stał Andrzej  wraz, jak się domyśliła, swymi rodzicami.
No, zawołał ojciec Andrzeja-zdążyliśmy!
Sandra szybko wymacała wyłącznik i przedpokój wypełnił się  światłem.
Zapraszam serdecznie, wydusiła z siebie z trudem.
Tatku, to jest właśnie Sandra, przypatrz się jej. Sandra poczuła, że się rumieni pod
spojrzeniem obu mężczyzn.
Z pomocą przyszedł Sandrze wujek - pomagając rozbierać się gościom z okryć
poganiał ich jednocześnie do pokoju, bo za minutę miała wybić północ.
Ale ojciec Andrzeja powiedział - Ed, daj mi się spokojnie przywitać z Sandrą.
Objął ją ramieniem i pocałował w policzek mówiąc- witaj dziecino. Potem Sandrę
przytuliła do siebie mama Andrzeja, a na końcu wyrwał ją z objęć swej mamy
Andrzej.
W pokoju obecni goście już pili noworoczny toast, więc wujek i ciocia  szybko
przynieśli kieliszki dla spóznionych nieco gości.
Potem wszyscy  składali sobie nawzajem życzenia, a Andrzej bez skrępowania
całował przy wszystkich Sandrę.
Wujek przedstawił obecnym nowych gości, a Sandra z przyklejonym do siebie
Andrzejem i ciocia Basia poszły do kuchni przygotować coś gorącego, bo nowi goście
byli prosto z drogi.
Sandra dyskretnie obserwowała ojca i syna- byli do siebie niebywale podobni, tyle
tylko, że ojciec zaczynał z lekka tyć. Od razu miała przed sobą widok swego
chłopaka za 30 lat. Andrzej natomiast wyglądał marnie, wyraznie schudł.
Większość  rodziny zaczęła się żegnać , chociaż, jak określił wujek godzina była
jeszcze młoda.
Gdy zniknął bigos i reszta kanapek, na stół wjechały wypieki od Bliklego, koniak,
kawa, wino i różne soki.
Ciocia Basia  i mama Andrzeja żywo coś omawiały, Andrzej wciąż przyklejony do
Sandry  niczym mucha do lepu, szeptał jej do ucha, że miał przyjechać sam, ale
mama namówiła  tatę, by razem przyjechali i by zamiast się kłócić z synem
poznali obiekt jego uczuć.  Wujek z ojcem Andrzeja ubrali się i poszli na dwór,
"na papierosa".
Mieli zapewne do omówienia jakieś sprawy i dobrym wypróbowanym zwyczajem
ludzi pracujących na wyższych stanowiskach, nie omawiali pewnych spraw
w zamkniętych pomieszczeniach, a we własnych mieszkaniach zwłaszcza.
Z całą pewnością nie było jeszcze tak wysoko rozwiniętej techniki jak dziś, ale
była ona dostatecznie rozwinięta by dokładnie podsłuchać co kto miał do ukrycia.

Wrócili po ponad godzinie -nieco zmarznięci, bo zaczął sypać śnieg.
Sandra z Andrzejem zaczęli urzędować w kuchni - on zmywał, ona wycierała
naczynia, bo było zbyt mało miejsca na suszarce. Potem Andrzej przytaszczył
z balkonu pudła z książkami i razem ustawiali je z powrotem na regałach.
Wkrótce aneks kuchenny wyglądał jak zawsze.
 Andrzej z Sandrą wcisnęli się w jeden fotel budząc tym wyczynem śmiech wśród
pozostałych osób. Chcąc nie chcąc Sandra stała się nagle główną bohaterką tej
nocy- zadawano jej mnóstwo pytań - na temat studiów, nieobecności ojca, jego
pobytu  na Kubie. Biedaczka czuła się jak na ustnym egzaminie.
Nad ranem na stole  tradycyjnie wylądował barszcz czerwony, paszteciki, diablotki
i kruche  paluszki z kminkiem. Te ostatnie były dziełem Sandry, co ojca Andrzeja
wprowadziło w zachwyt, bo bardzo je  lubił. Ale Sandra nie przyznała się, że
zrobiła je głównie na prośbę wujka, który twierdził, że bardzo je lubi a dawno ich
 nie jadł. Wujek puścił do niej ukradkiem oko gdy gość wpadł w zachwyty i Sandra
 zrozumiała kto tak naprawdę te paluszki lubił.
Gdy za oknem zaczęło szarzeć postanowili zakończyć tę Sylwestrową noc.
Wszyscy byli zmęczeni i chyba każdy miał coś do przemyślenia.
Rodzice Andrzeja pojechali do swego mieszkania, Andrzej zabrał Sandrę do siebie
i umówili się wszyscy na popołudnie, na wspólny obiad w restauracji.
W domu Sandra padła jak podtruta mucha - była potwornie zmęczona- dopiero
teraz odczuła w jakim napięciu  była przez te kilka godzin  od północy. Zasnęła
gdy tylko Andrzej zdołał ją ubrać w swoją flanelową bluzę piżamową.Biedak tylko
westchnął , staranie okrył i przytulił.
Obiad miał być o16,00 w Hotelu Europejskim.
Przed tym spotkaniem Sandra zdążyła pojechać do siebie do domu, dać Andrzejowi
śniadanie i doprowadzić się do bardziej cywilizowanego wyglądu.
Mama jeszcze spała, ale po obudzeniu się dzielnie zniosła obecność Andrzeja- mało
go znała, głównie z widzenia jak wystawał z Sandrą przed domem.
Andrzej przeprosił za inwazję, Sandra przedstawiła go jako swego chłopaka, potem
wytłumaczyła czemu go  przywiozła do  domu i z premedytacją zostawiła go na
pastwę swej mamy, sama znikając w łazience. Ale po tym co on przeszedł
z własnymi rodzicami po głupim telefonie swej ciotki, był już zahartowany.
Powiedział, że kocha Sandrę, czuje się za nią odpowiedzialny i gdy skończy studia
chce by się pobrali. Gdy młodzi wyszli z domu miała mama nad czym pomyśleć.
"Obiad minął w miłej i przyjaznej atmosferze pełnego zrozumienia" jak to mówią
dyplomaci.
Po obiedzie poszli razem na spacer. Ojciec Andrzeja zaanektował Sandrę dla siebie.
Szli parami- Andrzej prowadził mamę, jego ojciec Sandrę. Jako bardzo bezpośredni
człowiek, zapytał jakimi uczuciami ona darzy jego syna i czy to coś poważnego
czy tylko zwykły flirt.
Obawiam się, że go jednak kocham - odpowiedziała patrząc mu w oczy.
Obawiasz się? a czego?Wytłumacz mi to, proszę.
Oj,to nie  proste, ale kochając tracimy część siebie, jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę
obiektu naszych uczuć.
No ale  "obiekt uczuć" też jest w takiej samej sytuacji, nie pomyślałaś o tym?
Sandra uśmiechnęła się leciutko - mam taką nadzieję, jeśli idzie o nas.
Posłuchaj- mój syn twierdzi, że Cię kocha i ja mu wierzę.
Ale nie powiedział ci czegoś, o czym dotąd nie wiedział - moja matka była Żydówką.
Wyszła za Polaka i przez to została wykluczona z rodziny.Wiesz co się działo
w Europie w czasie ostatniej wojny. Gdy mamę zabierali do obozu, ojciec poszedł
z nią. Zginęli oboje. Ocalałem, bo byłem w tym czasie u swojej ciotki, na wsi.
Byłem wpierw w AK, potem, w lesie w AL. Ale to nie istotne. Zastanów się,
czy będąc Polką chcesz za męża kogoś kto jest w połowie Żydem?
W ćwierci- zauważyła przytomnie Sandra. Poza tym nie rozumiem co to ma do
rzeczy? On, podobnie jak ja nie należy do grona wierzących i to się dla mnie liczy.
Poza tym nie jestem pewna, czy tak bardzo dużo mam w sobie tej polskiej krwi- jedna
moja prababka pochodziła z Holandii jeden z pradziadów był Szwajcarem, dziadek
ze strony matki był z rodziny niemieckiej. A i tak wylądował w niemieckim obozie.
Nie rozumiem, dlaczego mieszanka genów Andrzeja miałaby  być dla mnie  czymś
nie do przeskoczenia.
Bo w Polsce zaczyna po cichu, pomału, wzbierać fala  antysemityzmu. Chodziliście
z Andrzejem do jednej klasy - pamiętasz ile dzieci wyjechało z rodzicami? Wielu
ich rodziców przyznało się, że  są w całości lub w połowie narodowości żydowskiej.
Mieli to w papierach i dostali propozycję nie do odparcia.
Teraz znów coś zaczyna pod powierzchnią delikatnie "bulgotać".
Zapamiętaj  - każda władza zrobi wszystko by tylko utrzymać się przy sterze. Bez
najmniejszych skrupułów poświęci w tym celu część społeczeństwa.
Czy w imię miłości do mego syna wyjechałabyś stad być może na zawsze?
Nie odpowiadaj mi teraz, przemyśl to nim odpowiesz.
No a teraz wracajmy, jest coraz  zimniej. Wpadnijcie teraz do nas na kolację, przy
okazji wezmiecie coś na śniadanie, bo przecież u Andrzeja nic do jedzenia nie ma.
c.d.n.













piątek, 3 kwietnia 2015

Przyjazń i kochanie- cz.VII

Sandrze brakowało teraz dwóch mężczyzn - przede wszystkim Andrzeja i zaraz potem- taty.
Poza tym brakowało jej czasu, bo postanowiła jak najszybciej uporać się ze studiami.
Miała już pomysł na swą pracę magisterską, teraz była na etapie znalezienia promotora.
Fakt, że jeszcze było nieco czasu do absolutorium nie miał tu znaczenia- starała się
zdawać wszystkie egzaminy w terminie zerowym. Studiowała niemal indywidualnie.
Dołożyła sporo wysiłków by się pozbyć adoratora w osobie Andrzeja nr 2, który nie mógł
pojąć co się dzieje. Sandra oczywiście nic nie powiedziała o Andrzeju nr1, bo i przedtem
nic o nim nie wspominała. Cały czas zasłaniała się  zupełnym brakiem czasu, zmęczeniem,
wreszcie wystękała, że wpierw musi spokojnie skończyć studia i wtedy pomyśli o randkach.
W każdy piątek wracała z wykładów przez mieszkanie  Andrzeja i sprawdzała czy jest jakaś
korespondencja. Wreszcie doczekała się listu. Cały niemal  list był jednym wielkim głosem
obłędnej tęsknoty. W tym wszystkim było jedno zdanie, które dało Sandrze do myślenia :
"Nie tylko  ty nie znałaś dokładnie historii swych rodziców, okazuje się, że ja o swoich też
niewiele wiedziałem. Szukam teraz  swoich korzeni, ale nie wiem, czy gdy je znajdę to
ty będziesz mnie chciała. Ale to nie jest temat na list ale do omówienia w  cztery oczy. Mój
tata zna Twego wujka i powiedział, że to równy gość".
Potem znów było bardzo wiele narzekania, że są rozdzieleni i znów zdanie-wiadomość:
"ta ciotka wariatka rozesłała po całej rodzinie wiadomość, że ja się  żenię, wiec było tu
trochę zamieszania i awantury. Ale właśnie dzięki temu dowiedziałem się kilku rzeczy".
Listy przychodziły rzadko , poza tym Sandra miała wrażenie, że nie wszystkie dotarły do
Polski.
I w każdym liście było strasznie dużo o tym, że tęskni, wspomina, czeka na spotkanie i
jedno,  lub dwa zdania-informacje, utknięte pomiędzy lamenty.
Za to listy od  taty przychodziły regularnie. Podobało mu się na Kubie, zwłaszcza klimat.
Obiecał, że na urlop przyjedzie do Polski, bo już  bardzo się za Sandrą stęsknił.
Oczywiście w każdym liście były pozdrowienia dla mamy, ale osobny list do niej przyszedł
tylko jeden.
Zabawne, ale to właśnie tata był powiernikiem Sandry, to jemu napisała, że jest chyba
zakochana, ale dobrze pamięta o czym rozmawiali przed jego wyjazdem.
Mama Sandry jakby nieco odżyła, odkąd jej były mąż wyjechał. Często wychodziła z domu
wieczorami, zaczęła bywać w kinie, spotykała się z koleżankami, zmieniła uczesanie i
zaczęła częściej spoglądać w lustro.
Stosunki pomiędzy matkę a córką ułożyły się na zasadzie "żyj i daj żyć innym".
Nie "marudziła", gdy Sandra mówiła, że wróci pózno bo idzie ze znajomymi do klubu lub
na jakiś koncert. Trochę dziwiła się, że gdzieś przepadł Andrzej nr 2, ale Sandra krótko
wyjaśniła, że teraz to ona nie ma głowy na randkowanie.
Zimą, po wielu latach spędzonych w Ghanie wrócił do Polski wujek Sandry. Mógł jeszcze
 pozostać tam 6 miesięcy, ale postanowił jednak wrócić.
I złożył w pracy podanie o rozwiązanie umowy, uzasadniając prośbę złym stanem zdrowia.
I niestety była to prawda.
Zaprosił Sandrę z mamą do domu na  obiad. Sporo opowiadał, a potem zapytał się, czy
Sandra należy do jakiejś organizacji studenckiej i bardzo się ucieszył, że nie.
Prosił by się nie dała zwerbować do jakiegokolwiek związku studenckiego. I  żeby nie
brała udziału w jakichś zebraniach.
Nawiasem mówiąc Sandra nigdy nie należała do jakichkolwiek organizacji - w szkole nie
dała się "uwieść" harcerstwu ani  żadnemu z kółek zainteresowań. Towarzystwo Przyjazni
Polsko- Radzieckiej też nie zyskało jej przychylności, ale ....płaciła składki na PCK.
Nie  dlatego, że akurat ta organizacja podbiła jej serce- po prostu nie miała wyboru-
przyniesiono do klasy już podpisane imieniem i nazwiskiem legitymacje i je rozdano.
Co miesiąc ktoś, kogo klasa wybrała  "skarbnikiem" zbierał groszowe składki i wlepiał
do legitymacji znaczki. Zapewne koszt znaczków przewyższał wysokość składki.
A potem  wujek całkowicie Sandrę zaskoczył, bo powiedział - spotkałem  w czasie
służbowej   podróży ojca  twego kolegi.
Jest przerażony, że jego syn chce się z Tobą żenić a jeszcze studiów nie skończył.
On chyba chciałby mieć inną synową, rodem z Izraela. Zabawne, bo on się ożenił z Polką,
którą nadal bardzo kocha . Facet niesamowicie porządny i uczciwy, ale jakiś rozdwojony-
czuje się Polakiem, tu się urodził,  za Polskę walczył, dostawał polskie wysokie odznaczenia
za walkę z Niemcami, a teraz chce mieć synową Żydówkę. A chłopak chce Ciebie i cały
czas ojciec z synem kłócą się o moją siostrzenicę. Ale heca!
Oni zapewne wrócą do Polski w maju.
Sandra siedziała jakby kij połknęła. Teraz dopiero zaczęła rozumieć niektóre zdania z listów
Andrzeja.
Nie rozumiała co prawda dlaczego tak bardzo wujkowi zależy na tym, by nie należała do
jakiejś organizacji studenckiej, ale przyzwyczaiła  się, że wujek jeśli coś mówi to ma
widocznie powód i należy go posłuchać.
Wiedziała, że ma on liczne kontakty w różnych kręgach i miejscach i często wie  wcześniej
o czymś co ma nastąpić.
Poza tym wujek bardzo pochwalił Sandrę za to, że stara się jak najszybciej skończyć studia.
Przełom roku 66/67 Sandra spędziła w towarzystwie rodziny.
Ciocia Basia postanowiła zrobić tym razem Sylwestra w domu.
Była to okazja  zaprezentowania się szerszemu gronu rodziny męża. W przygotowaniu
imprezy pomagała Sandra, a wujek zwerbował jednego z młodych kuzynów do pomocy
w dekoracji mieszkania.
Panowie rozebrali całkowicie składaną ścianę dzielącą  dwa będące w amfiladzie pokoje.
Wszędzie porozwieszali dekoracje przywiezione z zagranicy. Przeważała czerwień i
srebro.
Sandra wraz z ciocią zrobiły chyba z tysiąc kanapek, tartinek, koreczków - wszystko
"na jeden kęs". W mieszkaniu królował zapach bigosu .W małym aneksie kuchennym
zrobiły "szwedzki bufet".
Jego powierzchnię powiększyły zdejmując książki ze stojących tam regałów i na nich
ustawiały naczynia i część wiktuałów. Książki wywędrowały w kartonach na balkon.
Goście mieli przyjść  około godziny 21,00 więc ciocia zarządziła odpoczynek- panowie
klapnęli w  fotelach, panie  leżały w sypialni z nogami uniesionymi na stercie poduszek.
Potem ciocia uznała, że sukienka Sandry jest stanowczo "za grzeczna" na Sylwestra i
ze swej przepastnej, pełnej ubrań szafy, wygrzebała sukienkę, która była mini tubą
z dzianiny, bez  żadnych szwów, z mocno odsłoniętymi ramionami a trzymała się na
małym golfie.
Z tyłu  wycięta była sporej długości "łezka". Materiał był w ciemnofioletowym kolorze
i przetykany cienką złotą nitką, która sprawiała wrażenie, że sukienka jest utkana z rybiej
łuski.
"Stara, świetnie w tym wyglądasz" - zawyrokował kuzyn, starając się jednocześnie
zajrzeć w rozcięcie na plecach.
"Debil" - zawyrokowała Sandra półgłosem, a w mysli dodała- dobrze, że tak rzadko tego
kretyna  spotykam.
Gdy zaczęli się schodzić goście Sandra przekonała się, że nie zna 90% rodziny swej mamy.
Co chwilę wpadała w ramiona  jakiejś ciotki, kuzynki, wujka lub jakiegoś  kuzyna.
Mama Sandry wpadła na chwilę, holując u swego boku nieznanego Sandrze pana, złożyła
wszystkim ogólne  życzenia , wyściskała i wycałowała Sandrę i z miną udzielnej
księżnej pożeglowała na bal sylwestrowy.
Po jej wyjściu wszyscy pytali się Sandry kim był ten pan u boku jej matki, ale ona też
nie wiedziała kto to, więc powiedziała, że to matki kolega z pracy.
Tylko wujkowi i cioci powiedziała na osobności, że nie ma bladego pojęcia kto to był.
c.d.n.





czwartek, 2 kwietnia 2015

Przyjazń i kochanie- cz.VI

Sami dobrze wiecie jak szybko mija czas, gdy ma się 19 lat z kawałkiem i siedzi się
w objęciach chłopaka/dziewczyny (niepotrzebne skreślić).
Mieli sobie bardzo dużo do opowiedzenia ale jednocześnie byli bardzo siebie stęsknieni.
Okazało się, że Andrzej przyjechał tylko na kilka  dni, więc każda chwila była  dla nich
na wagę złota.
Sandra opowiedziała o swoich "odkryciach" rodzinnych- Andrzej zawyrokował, że oni
z całą pewnością nie powielą błędu jej rodziców- zwłaszcza, że przecież razem zdobywali
wiedzę z wychowania seksualnego wertując razem literaturę medyczną.
I na pewno nie wezmą ślubu dopóki nie skończą studiów - dopowiedziała Sandra. I jeśli
dojdą do wniosku, że to co ich łączy to tylko seks, to  będą  tylko tak długo razem dopóki
im się nie znudzi.
Będzie im trochę ciężko, bo znów będą rozdzieleni, ale to będzie dobry test.
Przed północą Sandra zatelefonowała do mamy - chciała jej powiedzieć, że nie wróci
na noc do domu. Ale nikt nie odbierał telefonu.
Po krótkim namyśle Sandra zdecydowała, że jednak  zostanie dłużej u Andrzeja.
Przyszło jej na myśl, że może mama też wybrała się na jakieś  spotkanie, skoro Sandra
zapowiadała,  że na pewno nie wróci przed północą.
Jak na parę starszych nastolatków wykazywali się naprawdę dużą rozwagą i dojrzałością.
Tej nocy padło ogromnie dużo obietnic, planów, przyrzeczeń, a wszystko było poprzedzone
słówkiem " jeśli". Wszystko było w trybie warunkowym.
O szóstej rano Andrzej odprowadził Sandrę do domu. Szli piechotą, objęci, nieco senni i
wspominali czasy, gdy wracali ze szkoły. Przejście 2 km  zajęło im sporo czasu.Umówili
się na popołudnie, by nieco odespać zarwaną noc. Tylko nie upinaj włosów- powiedział
na pożegnanie.
Sandra cichutko otworzyła drzwi mieszkania- sypialnia była otwarta i pusta.
Poszła do kuchni i tam znalazła na kredensie kartkę od matki - "też zrobiłam sobie wychodne, zostanę u Luśki na noc".
Sandra wzięła prysznic, zapakowała "coś do jedzenia", trochę ciuchów na zmianę dla
siebie  i zadzwoniła do Andrzeja, że zaraz wychodzi z domu i będzie u niego po pokonaniu
tych  dwóch  kilometrów. Matce zostawiła kartkę, że wróci do  domu za tydzień, bo wyjeżdża.
Andrzeja spotkała już niedaleko jego mieszkania.
Tym razem odległość pokonała szybko, bo szpilki spoczywały w jej torbie.
To były zwariowane dni  - prawie nie rozstawali się - Andrzej zabierał Sandrę ze sobą
wszędzie i przedstawiał ją jako swą  narzeczoną.
Jego ciocia potraktowała sprawę poważnie-tak poważnie, że aż zatelefonowała do kilku
kuzynek, ogłaszając im radosną nowinę.
Sandra po raz pierwszy w życiu wykazała się talentem kulinarnym - usmażyła placki
kartoflane, bo okazało się, że oboje bardzo je lubią, a dawno  nie jedli. Potem udało  się jej
usmażyć naleśniki a Andrzej był zachwycony, jaka ta jego dziewczyna zdolna jest.
To nic, że były nieco za mocno wysmażone i zbyt  grube. Wg  niego były pyszne.
Sandra do dziś wspomina jakie miała trudności, by naleśnik przewrócić na drugą stronę.
Wszystko co piękne niestety kiedyś się kończy.
Nadszedł dzień rozstania - Sandra z gulą w gardle, mocno nadrabiając miną,  pojechała
z Andrzejem na lotnisko.
Przezornie nie  umalowała oczu - nie jest miłe, gdy tusz się rozmazuje i z oczu kapią
czarne łzy.
Andrzej też był smutny a jego zielono-brązowe oczy były  podejrzanie "zaszklone".
Andrzej zostawił jej klucze od swego mieszkania i od skrzynki na listy, bo umówili się,
że listy będzie wysyłał na swój domowy adres, korzystając z poczty dyplomatycznej.
Żegnali się tak intensywnie jakby któreś z nich miało wylądować za chwilę na szafocie.
Zgnębiona i już  tęskniąca  wracała do domu.
Spodziewała się, że matka będzie wściekła i obrażona. Ale, o dziwo, mama stanęła
na wysokości zadania - spokojnie zapytała gdzie to córka bywała, gdy jej nie było.
Potem beznamiętnie powiedziała - mam nadzieję, że wiesz co robisz.
Tak mamo, wiem, dobrze wiem.
Cmoknęła mamę w policzek i pomaszerowała do swego pokoju, by się spokojnie
wypłakać. I wyspać.
c.d.n.