sobota, 4 lutego 2017

c.d.

Gdy tylko dziecko poszło do przedszkola Zosia postanowiła poszukać dla siebie pracy.
Jak należało zarejestrowała się w biurze pośrednictwa pracy, przedstawiając również
świadectwo ukończenia szkoły zawodowej krawieckiej. I wszystkie propozycje jakie
otrzymała dotyczyły tego właśnie zawodu. Ale ona wcale a wcale nie marzyła o pracy
jako krawcowa!
Dołączyła  więc również  świadectwo ukończenia kursu kreślarskiego. Kurs co prawda
ukończyła, ale miała wielce mgliste pojęcie o pracy kreślarki.
W tym okresie było sporo biur projektowych, jakby nie było kraj wciąż jeszcze był  na
etapie  dzwigania się z zapaści powojennej. Powstawały nowe szpitale, nowe osiedla
i ich infrastruktura. Pewne bardzo duże biuro projektowe wciąż potrzebowało nowych
kreślarek i tam skierowano Zosię. Kierownik kadr nieco wybrzydzał, że przyjmuje do
pracy "zieloną kreślarkę", no ale może  lepsza taka niedoświadczona niż żadna.
Gdy weszła po raz pierwszy do pracowni, do której  ją skierowano, miała ochotę uciec.
W bardzo dużej sali stało ze dwanaście kulmanów i z 10 biurek.
Przy każdym z kulmanów ktoś stał. Zosia zamknęła za sobą drzwi i wciąż stała, nie
wiedząc co ma ze sobą zrobić.
Wreszcie jedna  z kreślarek ją zobaczyła i zapytała: czy pani kogoś szuka? Zosia
uśmiechnęła się nieśmiało- mnie tu przysłano z kadr, mam tu pracować.
To musi pani wpierw pójść do  kierownika pracowni, siedzi w pokoju obok.
Zosia podreptała do sąsiedniego pokoju, zapukała i weszła. W pokoju siedział mało
sympatyczny z wyglądu mężczyzna i przeglądał gazetę.
Przy drugim, stojącym w pewnym oddaleniu biurku siedziała bardzo młoda dziewczyna
i coś zawzięcie pisała w olbrzymim zeszycie.
Zosia podeszła do biurka, za którym siedział mężczyzna i podała mu kartę,którą dostała
w kadrach. Pan kierownik przeczytał to co było napisane na karcie, zmierzył spojrzeniem
Zosię od głowy do stóp i się upewnił- to pani pierwsza praca, tak? Tak, potwierdziła Zosia.
Natasza- zwrócił się do siedzącej dziewczyny - daj pani przybory, znajdz jakieś wolne
biurko i daj do wykreślenia próbnik. Natasza wzięła z szafy przybornik i tusz, kawałek
kalki i odbitkę z wyświetlarni, potem kiwnęła na Zosię.  W kolejnej pracowni znalazła
dla niej wolne biurko i powiedziała, żeby zrobiła tuszem rysunek, który jest na odbitce.
Przymocowała wszystko do deski kreślarskiej a na odchodnym szepnęła jej do ucha-
on i tak pani nie przyjmie, nie jest pani pierwsza, już trzy spławił. Tu jest potrzebna
bardzo doświadczona kreślarka. A takich brak, bo stawki niskie.
No i Zosia pracy kreślarki nie dostała.
Rozżalona opowiedziała wszystko mężowi. Za trzy dni Marek załatwił jej pracę
biurową  w jednym z zaprzyjaznionych instytutów. Był to wówczas jedyny skuteczny
sposób załatwienia sobie pracy.
Gdy już pół roku pracowała Marek zaczął urabiać ją, by postarali się koniecznie
o drugie dziecko. Argumenty padały różne, wreszcie Zosia zgodziła się,  dla dobra
dziecka, by nie było jedynakiem. Marek bardzo przykładał się do realizacji tego
projektu, częstotliwość wieczornej gimnastyki wyraznie wzrosła, co wcale nie  budziło
entuzjazmu Zosi. A do tego te jego pytania: "no i jak, było ci dobrze?". A Zosi było
po prostu nijako, czyli jak zawsze. Była bardzo zdziwiona, gdy okazało się, że  jednak
zaszła w ciążę, choć ani razu nie było lepiej niż zawsze.
Padł kolejny mit, który wtedy krążył wśród kobiet- jeżeli kobieta nie odczuwa żadnej
satysfakcji seksualnej to nie zachodzi w ciążę.
Zastanawiające wręcz  ile to mitów krążyło kiedyś wokół seksu i spraw prokreacji.
Jednym z nich było przekonanie, że karmienie dziecka piersią zapobiega zajściu w ciążę.
W to akurat Zosia nie wierzyła, bo znała takie, które spokojnie zachodziły  w ciążę gdy
jeszcze karmiły, a rekordzistka urodziła drugie dziecko w tym samym roku co pierwsze.
Jedno na początku stycznia, drugie pod koniec grudnia.
Marek był szczęśliwy, bo nie dość, że będzie dziecko to on przez ten czas nie musiał
korzystać z zabezpieczeń.
Płeć dziecka przewidywano wtedy głównie na podstawie tego jak kobieta wyglądała
w  czasie ciąży- jeśli ładnie to będzie chłopak, jeżeli w trakcie ciąży brzydła- będzie
dziewczynka.
Proste, prawda.? Może to i była prawda bo w poprzedniej ciąży Zosia wyglądała ładnie
i urodziła chłopca, teraz też wyglądała ładnie. I też  był chłopak.
Marek  piał ze szczęścia i dumy. Ma dwóch synów! Zosia  czuła się zawiedziona -
marzyła o córce.
Wszystko się jakoś unormowało, młodsze dziecko wylądowało w żłobku, starsze było
w przedszkolu, Zosia wróciła do pracy, ale nie na pełny, ale na  półetat. Marek był
zdania, że w ogóle nie powinna pracować, ale Zosia powiedziała, że chce wypracować
sobie emeryturę.
Zasadniczo Zosia nie miała  przyjaciółek. Ale nieco starsza od niej kobieta, z którą
pracowała razem w pokoju, często mówiła o damsko-męskich kontaktach, o  nowych
 środkach antykoncepcyjnych polskich i zagranicznych, o tym ile radości może dać
seks i jak zmieniło się jej życie intymne dzięki tym nowym sposobom antykoncepcji.
Zosia słuchała tego wszystkiego niczym bajki o żelaznym wilku. Za nic nie mogła
zrozumieć jakim cudem seks może być przyjemnością - dla niej wciąż był tylko i
jedynie obowiązkiem małżeńskim. Słuchała, ze zrozumieniem kiwała głową, a w myśli
nazywała swą koleżankę z  pracy rozpustnicą.
Dzieci rosły, Zosia wyjeżdżała z nimi na wczasy do resortowych ośrodków wczasowych
przeważnie sama, rzadko towarzyszył jej Marek.W czasie jednego z wyjazdów poznała
starszego kolegę Marka, który nie krył swych zachwytów nad eteryczną blond-urodą Zosi.
Był po rozwodzie, dzieci miał niemal dorosłe. Bardzo chętnie towarzyszył Zosi i jej
dzieciom, pomagał pilnować gdy chłopcy pluskali się w morzu, pomagał nosić  plażowe
wyposażenie.
Wyraznie życie składa się z przypadków a ludzie wciąż po nich depczą. To właśnie ten
miły pan pomógł Markowi umieścić jego żonę  w jej aktualnym miejscu pracy.
Dopiero teraz miał okazję poznać żonę Marka. I był nią zachwycony. I zdecydowany by
ją Markowi odebrać. Był starszy od niej 15 lat i górował nad Markiem znajomością
psychiki i fizjologii kobiet. Poza tym był tzw. regularnym babiarzem, zawsze do usług
kobiet, zawsze miły, zawsze pomocny, dbający o ich wygodę.
Po wczasach postarał się odnalezć Zosię, co wcale nie było trudne- dobrze wiedział
gdzie to Zosieńka pracuje, więc do niej zatelefonował i namówił na kawę. Przez dwie
godziny Zosia słuchała jaka jest ładna,  zgrabna, jakie ma śliczne oczęta, delikatną skórę,
zgrabne nogi, cudny uśmiech i piękny wykrój ust. Przez całe swoje życie nie usłyszała
tylu komplementów co w ciągu tych dwóch godzin.
Idąc po dzieci uprzytomniła sobie, że właściwie Marek po ślubie nigdy jej już żadnych komplementów nie  mówił.
Bardzo rzadko ją obejmował i przytulał, a ostatni raz słowa "kocham cię" usłyszała
wtedy, gdy powiedziała, że jest w ciąży. Gdy była w ciąży to mieszkali oddzielnie, gdy
już urodziła - również, a potem to były różne kłopoty dnia codziennego, a wieczorami
Marek zaspokajał swe pożądanie szybko,  bez zbytecznych słów. Ot, wyciągał rękę
po to, co mu się z racji więzów małżeńskich należało. A ona spełniała swe obowiązki
i tyle w tym temacie. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że przecież  ona mogła się
do niego pierwsza przytulić, objąć , pocałować. Miała ogromny żal do Marka, że tak
mało okazywał jej czułości.
Gdy następnego wieczoru Marek "sięgał po swoje" odsunęła się, usiadła na łóżku i
zapytała - Marek, czy ty mnie jeszcze kochasz? Marek spojrzał na nią jak na osobę,
która ma zaburzenia umysłowe.
O co chodzi? Jakbym cię nie  kochał to bym z tobą nie był! A skoro jestem i mamy
dzieci, to znaczy, że cię kocham. Po co mam ci mówić coś, co jest oczywiste!
Co cię napadło? Jasne, że cię kocham i będę kochał aż do śmierci, zapamiętaj !
A tak się biedak zdenerwował tym pytaniem , że aż mu ochota przeszła. A Zosia
jeszcze długo w noc leżała i analizowała swoje małżeństwo.
Zastanawiała się teraz, czy ona kocha Marka i czy kochała go kiedykolwiek.
Z całą pewnością  był niezłym mężem, dbającym o dom i rodzinę. Dużo pracował.
Potrafił się zająć dziećmi, a nawet coś  ugotować gdy Zosia zle się czuła.
Byli małżeństwem już sześć lat i nigdy jej nie zawiódł. Gdy wyjeżdżał służbowo
do innych ośrodków, do Niemiec lub ZSRR, pisał czułe, przesiąknięte tęsknotą
listy, zapewniał o swym uczuciu do niej. Ale nigdy tego nie zwerbalizował. A ona
chciałaby to usłyszeć na własne uszy, chciała by ją przytulał- byłoby to jakieś
potwierdzenie, że jeszcze ją kocha.
Dość niespodziewanie Marek dostał trzymiesięczne stypendium  w Moskwie. Nie
był tym zachwycony, ale akurat tam mógł przeprowadzić badania, które były mu
potrzebne do ukończenia doktoratu.
Oczywiście miły pan w kilka dni po wyjezdzie Marka zatelefonował do Zosi
i znów zaprosił ją na kawę. I znów zadziałał przypadek- tego dnia lekarz wystawił
Zosi 9 dni zwolnienia lekarskiego,bo zaniepokoiły go jej wyniki badań. Miała silną
anemię, więc kazał jej odpocząć, dużo spać i codziennie iść na długi spacer do
parku.
Gdy Zosia powiedziała o tym na spotkaniu, miły pan natychmiast zarządził, że
następnego dnia, gdy tylko Zosia odprowadzi dzieci do ich "przechowalni", on ją
zabierze na kilka godzin nad Zalew, by pooddychała świeżym powietrzem.
Po pół godzinnej jezdzie znalezli się w  ośrodku wypoczynkowym nad zalewem,
pustym i sennym, bo jeszcze nie był to sezon urlopowy.
W recepcji wynajął  dwa pokoje  by, jak powiedział, Zosia mogła w każdej chwili
odpocząć, gdy się zmęczy spacerem.
A potem podczas spaceru zaczął systematycznie Zosię uwodzić. Po godzinie
spacerowania brzegiem zalewu Zosia zgodziła się nieco odpocząć w pokoju.
Miły pan pomagał jej w tym intensywnie- delikatnie masował stopy, rozluzniał
delikatnym masażem obręcz barkową, liczył ilość kręgów całego kręgosłupa i,
oczywiście, cały czas się nią zachwycał. On nie udawał- Zosia naprawdę mu się
bardzo podobała. A  Zosia pod jego dotykiem topniała niczym sopelek lodu w
silnym słońcu. Tego dnia Zosia jeszcze nie była gotowa wpaść w jego ramiona,
i on o tym dobrze  wiedział. Bo, jak mówią, pośpiech jest wskazany tylko przy
łapaniu pcheł.
Po trzech dniach takich odprężających seansów  Zosia ośmieliła się go objąć i
nie protestowała gdy pieszczoty stały się bardziej intymne a opalacz rozstał się
z jej ciałem.
Następnego dnia miły pan przekonał Zosię, że seks może być naprawdę wielce
miłym  przeżyciem. Nigdy dotąd czegoś takiego nie przeżyła. Była zszokowana
a jednocześnie zachwycona. W świetle nowych doznań całe jej dotychczasowe
życie seksualne było czymś  bardzo dziwnym i pozbawionym  sensu.
Po raz pierwszy widziała też, że jest to rozkosz obopólna, bo miły pan nie krył
swych doznań.
Przez cały czas nieobecności Marka spotykała się dwa lub trzy razy w tygodniu
w mieszkaniu miłego pana.
A miły pan zakochał się w Zosi po uszy. Chciał by Zochna ( bo tak ją nazywał)
wzięła rozwód i wyszła za niego. Oczywiście dziećmi on też się zaopiekuje, nie
tylko nią.
Zosia coraz  bardziej była zdecydowana na taki krok.
Listy, które przyszły z Moskwy od Marka leżały  na półce nie otwarte. Nie chciała
ich czytać, chciała to wszystko usłyszeć.
Gdy Marek wreszcie przyjechał, dzieci omal nie zwariowały z radości. Chłopcy
rzucili się na Marka gdy jeszcze  stał w otwartych drzwiach  mieszkania i chyba
prześcigali się w tym, który głośniej zawoła  tata!, tata!
Zosia stała w przedpokoju, patrzyła na Marka i nagle dotarło do niej, że Marek
bardzo zle wygląda. Odsunęła dzieci i Marka, chcąc wziąć jego walizkę, ale tej
nie było.
A gdzie walizka? Zagubili bagaż?
Marek zamknął drzwi i powiedział- przecież  ci pisałem, nie dostałaś listów?
Dostałam, ale nie czytałam, bo chciałam choć raz usłyszeć to wszystko co zawsze
piszesz. No więc mi powiedz  co z  twoim bagażem.
Marek przytulił ją- daj buzi na dzień dobry! Bagaż zaraz dojedzie, kolega go
dowiezie, bo ja nie mogę jeszcze nic nosić, zwłaszcza po schodach. Napisałem ci
wszystko w drugim liście.  Miałem atak serca i leżałem trzy tygodnie w klinice
kardiologicznej. Zosi świat zawirował w oczach.
Ta radość dzieci z powrotu ojca, jego atak serca, szpital i jej plany- nagle pojęła,
że w tej sytuacji ona musi być z nim razem. Wszak nie kopie się leżącego.

Epilog
Marek dość długo dochodził do zdrowia. Lekarze zabronili zbyt intensywnej pracy,
kazali unormować tryb życia, zmienić sposób odżywiania i wysłali go do szpitala
rehabilitacyjnego dla sercowów.
Zosia spotkała się z  miłym panem i powiedziała mu, że może nie kocha Marka
jakąś gorącą miłością ale go w tej sytuacji nie zostawi.
Miły pan stwierdził, że Marek ma szczęście, a Zochna  jest bardzo mądrą i dobrą
dziewczyną. A on , choć bardzo żałuje że nie będą razem, rozumie jej decyzję.
Życie intymne Zosi nie uległo jakiejś diametralnej poprawie, ale Marek nauczył
się okazywania jej czułości.
Każda kolejna ich rocznica ślubu, jest przez niego obchodzona niczym kolejna
rocznica zakończenia drugiej wojny światowej, jest wydawane przyjęcie rodzinne,
na którym  ostatnio były już i prawnuki. Zosia za każdym razem dostaje od  Marka
jakis złoty drobiazg.
I regularnie w przeddzień rocznicy zastanawia się dlaczego jednak została z nim,
bo to co ona do niego czuje to z pewnością nie jest miłość.
Jej ocena obiektywna tego związku nijak nie pokrywa się z jej oceną subiektywną.
 I jeszcze małe wyjaśnienie- historia dotyczy lat 1955-2015
                                                        KONIEC


piątek, 3 lutego 2017

Miłość to czy przyzwyczajenie?

...bo czasami jest tak, że bez siebie zle i razem niedobrze. I nie za bardzo wiadomo jak
to wszystko ułożyć - Zosia westchnęła ciężko.
Sama chwilami nie wie czy kochała swego męża gdy wychodziła za niego za mąż.
Bo zupełnie inny młodzian wówczas ją adorował i wszyscy byli pewni, ona też, że
to on zostanie jej mężem. Ale pewnego dnia pokłócili się o jakieś głupstwo, głównie
o to, że Zosia z innym  zbyt długo i zbyt blisko tańczyła.
Kłócili się ostro, bo Zosia wcale nie czuła się winna- tamten chłopak był dobrym
tancerzem a ona to w mgnieniu oka doceniła. Był o niebo lepszym tancerzem niż
jej obecny chłopak- prowadził lekko ale pewnie, nie narażając Zosi na kontakt z innymi
tańczącymi. I nie mruczał jej do ucha granej właśnie melodii.
Uśmiechał się tylko leciutko patrząc jej prosto w oczy.
Po trzecim przetańczonym kawałku  dopadł ich jej chłopak i zażądał, by wyszli już
z tej zabawy. A Zosia tylko wzruszyła ramionami i odrzekła- jak chcesz to idz do domu,
ja jeszcze zostaję. Nie po to przyszłam by siedzieć przy stoliku i pić lemoniadę, chcę
tańczyć, rozumiesz??? I wiesz, nie będziemy się jutro widzieć, muszę od ciebie
odpocząć.
I czym prędzej pociągnęła tego świetnie tańczącego chłopaka w głąb parkietu.
Zabawa skończyła się około północy  i ciemnowłosy , ciemnooki, chudy jak szczapa
nowy znajomy zaproponował, że odprowadzi Zosię do domu, skoro  jej chłopak się
obraził na nią i wyszedł. Miał na imię Marek i był studentem Politechniki. Wpierw
czekali na nocny autobus, ale potem postanowili jednak iść na piechotę przynajmniej do
następnego przystanku. Marek był pięć lat starszy od Zosi i mieszkał w akademiku.

Gdy Zosia dotarła do domu spotkała ją następna awantura, tym razem  ze strony matki,
która wyczekując jej powrotu stała przy oknie i dobrze widziała, że to jakiś "obcy"
chłopak ją odprowadził, a nie Jerzy, z którym poszła na tę zabawę. Jerzy był już przez
jej matkę zaakceptowany jako ewentualny zięć. Mieszkał w tej samej dzielnicy a ich
matki znały się z  kolejek. Była to era wystawania po wszystko w kilometrowych
kolejkach i wiele osób  stojąc w jakiejś kolejce nawiązywało nową znajomość.
Gdy już matka się wyzłościła, Zosia poinformowała ją, że pokłóciła się z Jerzym i
nie będzie się więcej z nim spotykać.

W kilka dni pózniej, gdy wracała  z kursu kreślarskiego zobaczyła przed swoim domem
Marka. Trochę była zdziwiona tym spotkaniem ale jednocześnie jej to pochlebiało -
widać podobała mu się na tyle, że przyjechał jej szukać  w bardzo odległej od akademika
dzielnicy.
Marek zaproponował, by w najbliższą sobotę poszli potańczyć do jednego z klubów
studenckich. Dla Zosi  klub studencki to było "coś", rodzaj nobilitacji.
Ona po podstawówce ukończyła szkołę zawodową krawiecką, choć wcale nie czuła
powołania do szycia odzieży.
Teraz chodziła na kurs kreślarski, w nadziei, że gdy go ukończy dostanie lepszą
pracę niż jako początkująca  krawcowa w jakiejś firmie odzieżowej.

Marek zaczął się z Zosią dość regularnie spotykać. Na   każdym kolejnym spotkaniu miał
coraz bardziej maślane spojrzenie i  trudno mu było oderwać od Zosi nie tylko oczy, ręce
też. Poza tym cały czas mówił jej, że jest piękną dziewczyną, w zacisznych parkowych
alejkach przytulał i całował, mówił, że się najzwyczajniej w świecie w niej zakochał.
Pewnego dnia, gdy spotkali się około południa (Marek zerwał się z  jakiegoś wykładu),
a Zosia miała kurs póznym popołudniem, pojechali  na osiedle studenckie, gdzie
mieszkał jeden z kolegów Marka, bo Marek miał od niego wziąć jakieś notatki- taką
wersję przedstawił Zosi.
Gdy odnalezli domek, w którym ten kolega mieszkał, po krótkiej wymianie zdań kolega
zostawił ich samych, a Marek powiedział Zosi, że teraz mają dla siebie domek na kilka
godzin.  I że wreszcie będzie mógł ją całować i tulić bez przeszkód.
W dość krótkim czasie całkiem sprawnie pozbawił ją i siebie  odzieży, pozachwycał się
jej nagością, a potem spędzili kilka godzin na intymnych pieszczotach a ukoronowaniem
tego dnia była utrata przez Zosię dziewictwa.

Zosia była wychowywana bardzo po katolicku i tak naprawdę nic nie wiedziała o czymś
tak dziwnym jak  antykoncepcja i była pewna, że w ciążę to można zajść tylko wtedy,
gdy już się jest mężatką. Według niej stan panieński jakimś cudem nie dopuszczał do
zajścia w ciążę.
Z perspektywy czasu Zosia za ten brak informacji wini swą matkę, która nigdy z nią nie
rozmawiała  na "te tematy".
Z rozmów z koleżankami wysnuła wniosek, że za pierwszym razem nie  zajdzie się w ciążę,
nie ma obawy.
No niestety stan panieński jak i również "pierwszy raz" nie zadziałały antykoncepcyjnie
w jej przypadku.
Gdy Zosia zorientowała się, że coś jest  nie tak jak dotąd, powiedziała o tym Markowi.
A Marek wcale się tym nie zmartwił- zapewnił ją tylko o swej dozgonnej miłości i
powiedział, że w takim razie  on się z nią ożeni, natychmiast.
I że przyjdzie do jej rodziców prosić o jej rękę i to w najbliższą niedzielę.
Matka Zosi domyśliła się skąd ten pośpiech ze ślubem i jedyne "wsparcie" jakie  Zosia
dostała od  matki to były słowa: "no to sobie dobrze urządziłaś życie".
I tym sposobem Zosia w wieku 19 lat została mężatką i równo w dziewięć miesięcy od
tego  swego "pierwszego razu" - matką.

Nie mieli mieszkania, nie mieli pieniędzy ani wsparcia ze strony rodziny. Marek przerwał
studia, bo musiał nagle zacząć zarabiać. W drodze łaski matka Zosi pozwoliła jej by do
chwili urodzenia  dziecka pozostała w domu.Ale gdy już dziecko przyjdzie na świat ma
opuścić dom rodzinny.
Prawdę mówiąc, to w domu nie było miejsca na kolejnego lokatora. W dwóch pokojach
bez wygód mieszkali rodzice Zosi, babcia  oraz młodsza siostra Zosi. Na domiar złego
jeden z pokoi był przechodni.

Marek też miał nieciekawą sytuację - jego ojciec umarł gdy był jeszcze małym dzieckiem,
matka wyszła  za mąż po raz drugi  i obdarzyła Marka siostrą. Ojczym nie był złym
człowiekiem ale utrzymanie żony i dwójki dzieci było dla niego chyba zbyt wielkim
wysiłkiem.A może chorował wciąż - tego Zosia nie wie. W każdym razie rodzina  żyła
w ogromnej biedzie, w okolicy jednego z miast wojewódzkich oddalonego od stolicy
o drobne 300 km.
Marek na studiach żył ze stypendium i tego co zarobił w spółdzielni studenckiej. Jego
przerazliwa chudość była wynikiem stałego niedojadania.
Marek naprawdę bardzo się starał - pracował i po kilku miesiącach przerwy podjął naukę
na studiach  wieczorowych. Udało mu się wynająć pokój przy rodzinie.
Ale gdy tylko okazało się, że Marek do tego pokoju chce sprowadzić żonę z dzieckiem,
natychmiast wymówiono mu mieszkanie.
Nikt nie miał ochoty na słuchanie płaczu niemowlęcia . I gdy Marek odebrał Zosię
wraz z dzieckiem ze szpitala, zawiózł ją do swojej matki.
Zosieńka była bardzo a bardzo nieszczęśliwa - nagle  została z dzieckiem wśród, jakby na
to nie  spojrzeć, obcych dla siebie ludzi. Tu Zosia zamieszkała w pokoju wraz z młodszą
siostrą Marka. Starała się bardzo mądrze gospodarować pieniędzmi, które zostawił jej mąż.
Nie miała pojęcia, że to pożyczone pieniądze i że Marek musi spłacać tę pożyczkę.

W ramach troski o poprawę choć trochę swej rozpaczliwej sytuacji finansowej Zosia
zaczęła wykorzystywać umiejętności nabyte w szkole zawodowej. Na  bardzo, bardzo
wiekowej maszynie  do szycia, której teściowa nie używała, Zosia robiła sąsiadkom
różne poprawki krawieckie lub robiła na drutach sweterki dla dzieci.
Nie brała za to pieniędzy, ale np. jajka, warzywa hodowane w przydomowych ogródkach,
czasem jakieś mięso z uboju gospodarczego.
To był trudny czas. Marek przyjeżdżał rzadko -  po pierwsze pracował, po drugie zaczął pisać
pracę magisterską.
Teściowa  zmusiła Zosię by koniecznie ochrzciła dziecko i by chodziła razem z całą
rodziną w każdą niedzielę do kościoła, oczywiście z dzieckiem. Na szczęście dla Zosi
mały urządzał własny koncert ilekroć w  kościele ludzie zaczynali śpiewać. Po kilku
takich  "przewrzeszczanych" przez małego mszach, teściowa odstąpiła od tego wymogu.
Ale stwierdziła, że widocznie w dziecku diabeł siedzi.
Na szczęście jedna ze znajomych pań, korzystająca z usług Zosi, wytłumaczyła teściowej,
że dziecko po prostu boi się hałasu a strach okazuje płaczem.

Wreszcie Marek obronił dyplom magisterski. W kilka dni pózniej spotkał kolegę, który
szedł do MSW, by  porozmawiać na temat podjęcia  pracy w tym resorcie.
I w wojsku i w milicji było sporo pracowników cywilnych. Co jakiś czas, zależnie od
potrzeby,  wojsko i milicja wysyłało swych pracowników kadr, by rekrutowali nowych
pracowników z określonych instytucji.
Kolega namówił  Marka, by poszedł razem z nim na to spotkanie- najwyżej się dowie, że
nie ma dla niego pracy, ale nikt go przecież tam nie zje.
I  Marek posłuchał, tej całkiem niezle brzmiącej rady.  Rozmowa trwała niemal 3 godziny.
Potrzebowali inżynierów w tej specjalności, którą miał Marek, a młody wiek był atutem
a nie przeszkodą.
W efekcie Marek dostał całą stertę różnych papierów do wypełnienia i masę skierowań na
różne badania, oraz zapewnienie, że jeżeli się sprawdzi jako pracownik, za rok dostanie
mieszkanie w bloku, który się właśnie buduje. Pensja może nie była na początek zbyt
oszałamiająca swą wysokością, ale raz do roku Marek miał dostawać sorty mundurowe,
wczasy w ośrodku nad morzem albo w górach,  za które opłata była śmiesznie niska oraz
deputat węglowy. A do czasu otrzymania mieszkania  może mieszkać w służbowym
mieszkaniu, jeśli je sobie  na koszt własny wyremontuje. Poza tym ma trzymać język
za zębami i nie rozmawiać z nikim nad jakim tematem pracuje, z kolegami z resortu
również. A wszystkie papiery ma złożyć w ciągu trzech dni. Potem przejdzie całą serię
różnych szkoleń i zostanie wprowadzony w temat swej nowej pracy.
W pierwszym odruchu chciał tę sprawę omówić z Zosią,  ale za bilet kolejowy trzeba było
zapłacić no i w końcu dotyczyło to bardziej jego niż jej.

W ciągu 2 tygodni wyremontował z pomocą kolegów to służbowe mieszkanie- duży pokój
z oddzielną, posiadającą drzwi kuchnią. A pokój miał głęboką wnękę, w której bez trudu
mieściło się duże, podwójne  łóżko. Można było zawiesić kotarę i część sypialna stawała
się niewidoczna.
Pierwszą inwestycją Marka był zakup łóżeczka dla dziecka i dwóch materaców dla nich.
W sobotę nocnym pociągiem dotarł do Zosi. Z domu matki zabrał dwie zmiany bielizny
pościelowej, dwa koce. Kołdry i poduszki  oraz wszystko to, co Zosia dostała od krewnych
w ramach prezentu ślubnego czekało na Zosię w mieszkaniu jej rodziców.
Zosia pożegnała się z teściową i teściem, podziękowała za gościnę i wyrozumiałość i pełna
radości ruszyła w drogę powrotną do miasta rodzinnego.

Pierwszy tydzień w nowym domu spędziła na dokładnym myciu i szorowaniu wszystkich
szafek  w kuchni, przedpokoju i łazience.
Gdy już wszystko po swojemu oporządziła, wzięła dziecko na ręce i pojechała do swoich
rodziców. Niezle się złożyło, bo matki i młodszej siostry  nie było w domu, a ojciec był
szczęśliwy, że wreszcie widzi swą córunię i wnuczka.
Wręczył Zosi książeczkę PKO założoną  w opcji "na hasło"  i zabronił mówić o tym matce.
Gdyby mama zobaczyła sumę, która była na książeczce pewnie rozbiłaby garnek na głowie
męża. Na książeczce było bowiem niemal 20 tysięcy złotych. Pieniądze odkładał od chwili
gdy tylko zakończyła się wojna.
Potem poprosił, by Zosia została jeszcze z godzinę sama w domu z dzieckiem, bo on musi
pilnie gdzieś wyjść. Wrócił po trzech kwadransach z dziecięcym wózkiem, kupionym na
pobliskim bazarze. Wózek był w okropnym zielonożółtym kolorze, no ale był i Zosia aż
popłakała się ze szczęścia. Dziecko już sporo ważyło i dzwiganie go na rękach było mało
zabawne za to bardzo męczące. Umówiła się z  tatą, że kupno wózka też pozostanie
tajemnicą.
Zosia zostawiła tacie swój nowy adres, potem długo dziękowała i obiecała, że w najbliższą
niedzielę przyjdzie do rodziców po obiedzie razem z mężem i dzieckiem.

Markowi podobało się w nowej pracy. Co prawda wciąż były jakieś szkolenia ideologiczne
w których musiał niestety brać udział, ale pomimo tego dobrze rozwijał się zawodowo.
Jedyne co mu zupełnie nie szło, to pożycie z Zosią. Niezaplanowana ciąża i takiż ślub, poród
a potem nieustanne problemy życiowe wycisnęły piętno na jej psychice.
Bała się panicznie każdego  zbliżenia, już na tydzień przed spodziewanym okresem zamartwiała
się, że może znów będzie ciąża. Poza tym odkąd Zosia już była jego żoną, Marek przestał się
zupełnie wysilać by ją w jakikolwiek  zachęcić, rozbudzi -  kilka zdawkowych pocałunków
i on już był gotowy do działania. Potem nieco gimnastyki, ewentualnie  jakieś przymiarki do
nowej pozycji i.....koniec. Niemal natychmiast zasypiał.
Może gdyby Zosia porozmawiała  z którąś z przyjaciółek, albo może z lekarką, to dowiedziałaby
się, że z powodzeniem może być zupełnie inaczej, choćby tak jak było za tym pierwszym razem.
Ale w tamtych, w sumie nie tak odległych  czasach, rozmowy o seksie były nietaktem.
A rola kobiety sprowadzała się właściwie do całkowitej bierności. Wg większości kobiet te
aktywne to były tylko kobiety zajmujące się wiadomą profesją.
Nagość równała się nieprzyzwoitości a dotknięcie mężowskich genitaliów było czystym wyuzdaniem.

W tym pierwszym służbowym mieszkaniu przemieszkali blisko trzy lata.
Zosieńka nie pracowała, chciała synka odchować na tyle, by mógł  pójść do przedszkola.
Wreszcie dostali mieszkanie i to trzy pokoje z kuchnią.Szef Marka wystawił mu wspaniałą
opinię tak świetną, że mógł dostać jeden pokój więcej, bo Marek pracował naukowo.
No fakt, zaczął robić doktorat.
Mieszkanie było ładne, ale miało jeden mankament- było na trzecim piętrze, w czteropiętrowym
budynku bez windy. Do tego jakiś geniusz budownictwa wymyślił kręcone  schody.
Wchodzenie po nich było męczące bo w górę, schodzenie natomiast przyprawiało większość
osób o zawroty głowy. Najwięcej przekleństw rzucali pracownicy pogotowia ratunkowego gdy
musieli pacjenta  znosić po tych arcy niewygodnych schodach.
                                                                   c.d.n