czwartek, 26 grudnia 2019

VIII- Zupełnie zwyczajne życie

Pomału, bez  "trzęsienia  ziemi" Rafał  wszedł w życie Marii.
Miał już dość zaawansowaną pracę magisterską, widywali się codziennie i jakimś cudem
wciąż mieli o czym rozmawiać.
Przez kilka lat znajomości z Jerzym Maria nie  "narozmawiała się" na tyle tematów co
z Rafałem jeszcze przed ślubem.
Każde widzenie się z  Jerzym było zdominowane seksem, korzystaniem z  przeróżnych
dostępnych rozrywek,  jak fajfy, dancingi, częstymi wypadami do  kina i teatru, spotkaniami  ze znajomymi Jerzego, wyjazdami w plener.
W pewnym sensie Maria była wizytówką Jerzego - pokazywała jego znajomym jaki jest fajny,
bo ma młodziutką dziewczynę, którą wychowuje sobie na żonę, a która podoba się jego rodzinie
i wszystkim znajomym.
A że jest tylko  cztery lata starsza od jego córki? - no i dobrze, dłużej  dzięki niej będzie się
czuł młodo. Jerzy codziennie zapewniał ją, że jest dla niego całym światem, był świetnym
kochankiem, Maria miała ten luksus, że cały czas czuła się pożądana, zaspokojona. I Maria
bardzo długo nie dostrzegała żadnych ciemnych stron tego związku.
I bardzo możliwe, że gdyby Maria przypadkiem nie odkryła, że Jerzy nie jest wobec niej
w stu procentach lojalny, byłaby z nim nadal.
Przez długi czas Jerzy nie dawał znaku życia, co jakoś nie martwiło Marii. Zastanawiała
się co prawda, czy aby znów nie jest pod zdalną obserwacją, ale nawet gdyby była nie
martwiło to jej.
Po pół roku bliższej znajomości, Maria i Rafał doszli do wniosku, że byłoby całkiem
nieźle, gdyby zostali małżeństwem.
Co prawda nie mieli mieszkania a budownictwo mieszkaniowe w Polsce tylko pozornie
"przeżywało rozkwit" - nowe osiedla w stolicy powstawały w miejscach uzbrojonych,
na których istniały mocno zaludnione domki jednorodzinne, nie mniej zasiedlone nie
przez jedną a kilka rodzin. Ludzi z tych domków przesiedlano w nowo wybudowane
osiedla- przecież musieli gdzieś mieszkać- i ten tryb powodował, że wciąż  brakowało
mieszkań dla tych, co zostawali członkami spółdzielni mieszkaniowych. Jak zwykle
ktoś nie pomyślał w porę, że to co zaoszczędzą inwestorzy na niewymagającym już
uzbrojenia terenie  obróci się  przeciwko nowym członkom wszelakich spółdzielni, a czas
oczekiwania na mieszkanie wszystkim spółdzielcom mocno się wydłuży.
Nastąpił swoisty, polski cud budowlany- im więcej budowano nowych domów tym dłużej
ludzie czekali na mieszkania. Opóźnienia w oddawaniu mieszkań dochodziły już do  dwóch
lat, z czasem się wydłużały, zależnie od lokalizacji nowych osiedli.
W lecie Maria z Rafałem wzięli ślub - bardzo skromny, bez wesela. Zdawali sobie dobrze
sprawę, że  lekko nie będzie - cała pensja Marii szła na wynajęcie dla nich lokum.
Mniej więcej w trzy lata po ślubie Maria spotkała Jerzego. Właściwie oboje ucieszyli się
z tego spotkania. Maria taktycznie nie dopytywała się czy Jerzy się ożenił czy też nie.
On był zmartwiony, gdy dowiedział się, że Maria przeszła bardzo ciężką operację i teraz
bardzo wolno powraca do normalności. Zaproponował,  by Maria zmieniła pracę na lepiej
płatną , w firmie, której dyrektorem naczelnym był jego dobry kolega.
Maria ze smutkiem odnotowała, że niewiele zostało z tego dawnego Jerzego- był całkiem
siwy, wyglądał na bardzo zmęczonego.Na pożegnanie dał Marii swój nowy numer telefonu
i prosił by zatelefonowała do niego za dwa dni w sprawie nowej pracy dla siebie.
Po raz pierwszy Maria coś ukryła przed Rafałem - właśnie to spotkanie z Jerzym. W dwa dni
później zatelefonowała do Jerzego, poszła  na umówione przez Jerzego spotkanie z jego
kolegą-dyrektorem i zmieniła pracę. Co jakiś czas spotykała Jerzego służbowo, pracowali
w jednej branży, a Jerzy był jednym z dyrektorów zjednoczenia, do którego należało biuro,
w którym ona pracowała.
Po sześciu latach przeniosła się do innej instytucji i nigdy już nie spotkała Jerzego. Ale i tak
pozostał na zawsze w jej pamięci.
Ale Jerzy tkwił nie tylko w jej pamięci - o jego istnieniu pamiętał dobrze i Rafał - wiele lat
obawiał się, że pewnego dnia Maria opuści go i wróci do Jerzego.
Ale opuszczenie Rafała nigdy nie wpadło Marii do głowy - kochała go, doceniała jego
inteligencję i lojalność.
Tak się złożyło, że ani Rafał ani Maria nie byli dla swych matek wymarzonymi partnerami
ich dzieci. Maria nie podobała się swej teściowej bo nie wniosła  żadnego posagu, nie była
również okazem zdrowia ani, wg. teściowej, nie olśniewała swą urodą, była "zbyt niska"
i.....nie była jasną blondynką.
Mama Marii też nie mogła  wybaczyć swemu  zięciowi, że nie jest krezusem, że jego matka
nie odpowiada jej pod względem intelektualnym, a  Rafał jest dość nieśmiałym osobnikiem.
I zapewne gdyby nie wyjątkowa "odporność na gadanie matek" i prawdziwe uczucie, które
ich łączyło, ich małżeństwo nie przetrwałoby nawet roku.
Wspólnie przetrzymali olbrzymi poślizg warszawskiego budownictwa mieszkaniowego, bo
uparli się by wziąć mieszkanie w lokalizacji, która im odpowiadała, a nie byle gdzie. Z tego
powodu czekali na mieszkanie  aż 9 lat od chwili  ślubu. No i straszna sprawa - nie spieszyli
się wcale by powołać na świat potomstwo by sprawić radość obu babciom, które wręcz nie
mogły się wnucząt doczekać.
A oni zdecydowali się na posiadanie dziecka dopiero wtedy gdy obliczyli, że Maria będzie
mogła wziąć bez drastycznego zachwiania budżetu bezpłatny, trzyletni urlop wychowawczy.
Oboje mieli tak nikłe zaufanie do swych matek, że nawet na moment nie zostawiliby z którąś
z nich swego dziecka.
I zapewne to niemal całkowite odizolowanie się ich od wpływów jednej i drugiej rodziny, to
ich wzajemne  takie silne i konsekwentne "zawieszenie się" tylko na sobie sprawiło, że byli          naprawdę dobrym małżeństwem.
A Maria do dziś jest przekonana, że jest to też zasługa Jerzego, bo jej znajomość z nim
uprzytomniła jej co jest w życiu ważne, o co warto walczyć, a co można z powodzeniem
pominąć.
                                                                KONIEC






















wtorek, 24 grudnia 2019

VII - Zupełnie zwyczajne życie

Droga powrotna z sanatorium była dość męcząca , do Warszawy dotarli późno i tę
noc Maria  przespała w mieszkaniu Jerzego.
Mieszkanie było odmalowane, w kuchni stał nowy stół, zamiast taboretów były nowe,
całkiem wygodne krzesła.
Jerzy, gdy tylko dowiedział się, że Maria ma jeszcze 7 dni zwolnienia lekarskiego, wziął
tydzień urlopu. Miał bardzo  dużo zaległego urlopu, bo jak twierdził, częste wyjazdy,
z których większość była poza PRL, z powodzeniem zastępowały mu  urlop.
Zaproponował Marii, by na ten czas pojechać do "znajomej leśniczówki" - pospacerują
trochę po lesie, pooddychają zdrowym leśnym powietrzem, Maria będzie mogła jeszcze
trochę poleżeć w ciągu dnia, on spędzi miło czas z leśniczym.
Ale ten projekt nie przypadł Marii do gustu- po pierwsze musiała nieco zmienić swą
garderobę, bo miesiąc , w którym spędzała wiele godzin leżąc oraz dieta typu "chudo
i słodko" spowodowały, że przybrała na wadze aż 10 kg. Nie mieściła się w to wszystko, co
nie było wykonane z dżerseju. A i te wszystkie dzianiny, teraz zbyt opięte na niej, sprawiały
niemiłe (głównie dla jej  oczu) wrażenie. Przed wyjazdem ważyła 48kg,  gdy teraz spojrzała
na wagę - omal nie  zemdlała i aż trzy razy się  ważyła- niestety waga uparła się by wciąż
pokazywać równe 58 kg. Nic dziwnego -w sanatorium musiała codziennie pochłaniać
glukozę, jedyne  ciastka, które były dozwolone w sanatoryjnej cukierni to były bezy a do
tego sanatoryjne wyżywienie  to było 5 posiłków dziennie. I albo się siedziało przy stole
i coś konsumowało albo  spędzało czas w pozycji horyzontalnej, na zabiegach lub na
zwykłym leżakowaniu. Spacery po parku zdrojowym, po którym wszyscy dostojnie krążyli,
nie były w stanie zrównoważyć ilości pochłoniętych kalorii.
Maria musiała teraz zająć się bieganiem po sklepach by zmienić swą garderobę bo tylko
dres na niej dobrze leżał, ponieważ poprzednio na niej wisiał. No ale niestety w dresie nie
chodziło się do pracy. Jerzy dzielnie towarzyszył jej w wędrówkach po sklepach, z wielkim
spokojem wysłuchiwał narzekań, że nie ma nic ciekawego ani ładnego w tych sklepach i
na okrągło powtarzał Marii, że ona i tak najładniej to wygląda we własnej skórze.
Na wszystkie uwagi Jerzego, że trzeba pomyśleć o ustaleniu terminu ślubu Maria miała jedną
stałą odpowiedź: "nie jestem jeszcze gotowa, nadal ci nie ufam w stu procentach, możemy
na razie być bez ślubu, mnie się nie spieszy."
Tak naprawdę to Maria sama chwilami nie bardzo wiedziała co ma  zrobić - jej uczucie do
Jerzego mocno ochłodło, faktycznie straciła do niego zaufanie. Zastanawiała się ile razy ją
zdradził, bo był facetem dla którego seks był lekarstwem  na wszystko - na zmęczenie pracą,
na kłopoty w pracy, na nudę a także na okres dużej prosperity i dobrego humoru. Zupełnie
tak jak gryzak dla ząbkującego dziecka.
W obowiązkowych godzinach leżakowania w sanatorium wiele razy zastanawiała się z kim
Jerzy "sypia" gdy ona jest daleko od niego, jak zniesie te duże ograniczenia zalecone przez
lekarza i czy jest jakikolwiek sens wychodzić za niego za mąż. Była sama na siebie zła, że
wciąż tęskni za jego dotykiem i obecnością dającą swoiste poczucie  bezpieczeństwa.
Tydzień minął szybko, Maria zaczęła pomieszkiwać na dwa domy- trochę u rodziców, trochę
z Jerzym.
Zatelefonowała do Rafała i on natychmiast zaproponował by się spotkali i porozmawiali, bo
przez telefon nie jest jednak wygodnie o wszystkim rozmawiać. Spotkali się w kawiarni, która
była niedaleko mieszkania Rafała a dostatecznie daleko od mieszkania Jerzego i absolutnie
nie na jego trasie. Przesiedzieli w dymie papierosowym trzy godziny, z oczami utkwionymi
w sobie i Maria powiedziała co nieco Rafałowi o swych rozterkach, mówiąc, że nie oczekuje
żadnej porady w tej kwestii, ale jakoś musi to z siebie wyrzucić i najłatwiej jest gdy rozmówca
jest osobą bezstronną. Przymiotnik zastosowany w tym zdaniu nieco rozbawił Rafała - chyba
nie był tak naprawdę osobą bezstronną.
Na początku grudnia zachorował niespodziewanie ojciec Marii i trafił do szpitala. Codziennie
po pracy Maria przychodziła do szpitala i siedziała tam do późnego wieczora. Oczywiście
poinformowała Jerzego co się stało i że teraz musi zajmować się ojcem, bo mama bardzo źle
znosi całą sytuację i w szpitalu bywa sporadycznie. W ramach "wsparcia" Jerzy kilka razy
odprowadził ją wieczorem do szpitala, ale nie przekroczył jego progu.
Gdy się  sytuacja pogorszyła i trzeba było zostać na noc, Rafał , nie proszony o pomoc, został
z Marią na noc w szpitalu. Gdy stan zaczął zagrażać życiu pacjenta zdecydowano się na operację -
był to akurat Sylwester, ludzie szli na zabawę a Maria z Rafałem siedzieli  na korytarzu pod salą
operacyjną czekając na wynik operacji. Po kilku bardzo długich godzinach, gdy pielęgniarki
wytoczyły wózek z sali operacyjnej Maria doznała szoku, a ordynator, który operował jej ojca
powiedział Rafałowi by natychmiast zabrał Marię ze szpitala, bo on nie potrzebuje w tę noc
następnego pacjenta do ratowania, w postaci nawet tak miłej osoby jaką jest Maria.
Rafał zabrał Marię, która chwilami nie bardzo wiedziała co się do niej mówi, do swego kolegi,
który zaprosił na Sylwestra kilkanaście osób. Maria została dość szybko "znieczulona"
jednym kieliszkiem wódki, siedziała zdrętwiała objęta ramieniem Rafała i cały czas powtarzała-
jest źle, tata umrze, bo nie leżał po operacji spokojnie, cały czas drżał, to źle rokuje.
Rafał milczał tylko chwilami mocniej ją przytulał i gładził delikatnie po policzku, zastanawiając
się jak ją  uspokoić, wlać w nią nieco otuchy.
Dookoła wszyscy tańczyli, co chwilę  spełniano toasty a Maria tkwiła mocno w swej rozpaczy.
Około ósmej rano oboje poszli do szpitala. Ojciec żył i chyba nawet lepiej wyglądał niż Maria.
O szczegółach tej operacji Maria dowiedziała się kilka dni później. Na razie było lepiej - przed
pacjentem był jeszcze jeden dzień krytyczny , dzień w którym z reguły roztapiały się szwy
wewnętrzne. Był to 9 dzień po operacji - Maria od rana siedziała w szpitalu, ale dzień minął
bardzo spokojnie, ojciec nadal czuł się dobrze.
Tego dnia po południu wpadła do mieszkania  Jerzego by zabrać stamtąd swoje rzeczy, które
akurat były jej potrzebne. Jerzy był już w domu. I wtedy, tak nieco niespodziewanie dla
siebie samej, Maria powiedziała mu, że nie wezmą nigdy ślubu, choć on pozostanie dalej w jej
życiu bardzo ważną osobą, ale ich związek nie uda się, czego dowodem jest to, że nie dał jej
wsparcia teraz, gdy tak bardzo tego potrzebowała.  Natomiast cały czas eksponował fakt, że
 czuje się samotny, bo ona nie przychodzi. że ani razu nie wpadł do jej ojca do szpitala.
W odpowiedzi usłyszała, że on daje jej trzy miesiące na zdecydowanie się kiedy wreszcie
będzie ten ich ślub. Maria wyszła z mieszkania teatralnie trzasnąwszy drzwiami wyjściowymi.
Cud , że nie  rozpadły się.
Niestety  szesnastego dnia po operacji ojciec Marii dostał krwotoku wewnętrznego.Rozpuściły
się szwy na niemal nie zrośniętej tętnicy i pomimo natychmiastowej interwencji chirurgicznej
nie udało się uratować ojca. Pielęgniarka, gdy potem rozmawiała z Marią powiedziała, że tuż
przed śmiercią  jej ojciec wzywał zapewne swego syna, bo wołał  "Rafał, Rafał, synku".
Maria była wstrząśnięta.
Na pogrzebie był i Rafał i Jerzy, ale Maria szła z matką i nawet nie bardzo wiedziała kto był
na tym pogrzebie. W kilka dni później widziała się z Jerzym i podziękowała mu za obecność
na pogrzebie i usłyszała, że mogła mu oszczędzić widoku siebie  w objęciach swego nowego
faceta. I Maria słysząc to dostała ataku śmiechu, bo tym "facetem" był ....siostrzeniec jej
matki, który przytulał płaczącą Marię, czekając aż  ta się nieco pozbiera i opanuje.
W odpowiedzi usłyszała, że czas biegnie do przodu i  zostaje jej coraz mniej czasu na podjęcie
decyzji. Maria nic nie odpowiedziała i wyszła - tym razem oszczędzając drzwi, wszak nie były
niczemu winne.
Była u  Jerzego jeszcze dwa razy, za każdym razem redukując swe rzeczy i mówiąc, że musi
je wziąć do prania lub wyrzucić bo z nich "wyrosła w poprzek".
Złośliwie zostawiła w szafce łazienkowej swoje kosmetyki- dobrze wiedziała, że każda z kobiet, która będzie korzystała z łazienki zajrzy do tej szafki - tak robiła  większość kobiet.
Spędzała teraz dużo czasu w domu z matką - jednego wieczoru, zupełnie niespodziewanie
przyszedł Jerzy.  Posiedział ze dwie godziny a na koniec powiedział, że wyjeżdża na 10 dni,
wraca na 3 dni i zaraz znów wyjeżdża i jeśli coś trzeba Marii lub jej mamie  przywieźć
z Zachodu to on z chęcią przywiezie. Maria stwierdziła, że chyba niczego nie potrzebuje,
poza tym zaczęła się odchudzać, to nawet nie wiadomo jaki rozmiar by miała zamówić.
Zostawił Marii klucze od swego mieszkania zupełnie nie wiadomo po co- w tym mieszkaniu
nie było ani pół kwiatka do podlewania.
Rafał miał sesję egzaminacyjną, bazowali  głównie na krótkich rozmowach telefonicznych
w godzinach pracy. Rozmawiali codziennie. Rafał był zmęczony.
W pracy dostał do realizacji nowy temat, który jego zdaniem mógłby być pracą magisterską.
Zależało mu by jak najszybciej uwinąć się z sesją i zabrać się za pisanie  pracy magisterskiej,
bo szef wyraził ochotę by być jego promotorem.
W czasie tej sesji Maria wpadała  do niego na uczelnię by go po egzaminie wyciągnąć na
krótki spacer.
Na dzień przed powrotem Jerzego z pierwszej części delegacji zrobiła mu zakupy by miał
co zjeść na kolację i śniadanie i ugotowała nawet obiad, do którego dołączyła "instrukcję
użycia". Oddała do pralni jego koszule i jeden z garniturów (przejrzawszy uprzednio
kieszenie), zadzwoniła do znajomych studentów by przyszli pomyć okna.
Poprane i uprasowane koszule tworzyły w szafie na półce zgrabny stosik, przy nich
zostawiła Jerzemu kartkę z informacją w której pralni były prane i że ma on tam swój
numer, pod którym będzie mógł zawsze zostawiać swoje pranie. Jednego popołudnia
zostawi koszule do prania, następnego poprane i poprasowane odbierze.
Pod stosikiem koszul zostawiła kopertę z króciutkim listem, w którym pisała, że zawsze
będzie miał miejsce w jej sercu, bo pewnych rzeczy nie można wyrzucić z serca i umysłu,
ale nie będą dobrym małżeństwem. Mogą  się tylko przyjaźnić, bo przecież dużo ich
kiedyś łączyło.
Chciała by ten list Jerzy znalazł tuż przed wyjazdem w drugą delegację i celowo jego
koszule w ulubionym błękicie nie leżały na samym wierzchu.
Wiedziała, że tchórzy, że to ucieczka przed rozmową w cztery oczy, ale bała się, że nie
oprze się jego namowom, prośbom i  perswazjom. Sama rozumiała, że 22 lata różnicy
wieku to nic gdy ona ma lat 20 a on 42, ale  to wszystkie stanie ością w gardle gdy oboje
będą o 20 lat starsi. Jak słusznie zauważyła jej matka,  to jest różnica pokolenia.
                                                         c.d.n.





poniedziałek, 23 grudnia 2019

VI - Zupełnie zwyczajne życie

Jerzy nie odpuszczał - w jego głosie pojawiły się nuty prośby - bardzo prosił, wręcz
niemal błagał Marię by choć na chwilę pojechała z nim do tego nowego mieszkania,
bo tam też coś na nią czekało.
Przecież cię nie zgwałcę, nie mam zwyczaju brać kobiet siłą, wiesz o tym dobrze.
Obejrzyj to mieszkanie, trzeba tam tylko nieco je  doposażyć, pomóż mi w tym, proszę.
Popatrzysz, podyktujesz mi czego brak, a ja to uzupełnię.
Ktoś mi nakładł w głowę, że ty jesteś dla mnie za młoda, że za kilka lat nie będę mógł
za tobą nadążyć i nawet starałem się pokochać inną, ale nie pokochałem. Naprawdę.
Siuniu, błagam, wróć do mnie.
To bardzo dziwne imię Siunia było wielce intymnym skrótem od  "Marysiunia" ,
wyszeptywanym przez Jerzego gdy był niemal w ekstazie.
Marii stanęły łzy w oczach - Jerzy, ja nie  odeszłam od  ciebie, to ty mnie porzuciłeś,
a do tego okłamałeś. I nie chcę przeżyć tego po raz drugi, boję się, to bardzo bolało.
No dobrze, jestem  podła świnia, ale  proszę, podjedźmy do tego mieszkania.Zrobimy
po drodze jakieś drobne zakupy w Delikatesach, bo są blisko. Nawet nie wiesz jak
blisko stamtąd do mieszkania twoich rodziców.
Maria nagle zaczęła trzeźwo myśleć - chyba lepiej wiedzieć gdzie to jest, bo w razie
czego będzie wiedziała jaki rejon ma omijać.
Wiedziała dobrze, że Jerzy nie weźmie jej siłą, nie  należał do "słodkich brutali", opór
nigdy go nie podniecał, raczej skutecznie zniechęcał. Starał się być obiektem pożądania
i wiedział jak do tego doprowadzić. Zero pośpiechu, "to" musiało niemal samo nastąpić.
Gdy wyszli z kawiarni Jerzy poprosił portiera by wezwał taksówkę i  Maria z nieco
ściśniętym gardłem do niej wsiadła.
Rzeczywiście- od  mieszkania jej rodziców (w którym wszak nadal mieszkała) do nowo
wynajętego przez Jerzego mieszkania było około 2 km. Było to stare osiedle WSM, niemal
wszystkie domy były dwupiętrowe i miały przydomowe ogródki, należące do mieszkań
usytuowanych na parterze.
Wynajęte przez Jerzego mieszkanie było na parterze. Jeden pokój był od północy, okna
dwóch pozostałych wychodziły na ogródek,  na stronę południową.  Każdy z ogródków
był ogrodzony siatką, którą porastał winobluszcz.
Do pokoju, który przez projektanta był przeznaczony na sypialnię, wchodziło się przez
przez  bardzo duży pokój z drzwiami wiodącymi do ogródka. Łazienka miała jeszcze
pełnowymiarową wannę, WC było oddzielne.  Okno w kuchni też wychodziło na stronę
północną.
Meble były stare,  ciężkie, ciemne. W dużym pokoju królował duży okrągły stół  oraz
rozłożysty kredens. Krzesła też były masywne, poza tym była biblioteka i dwa naprawdę
olbrzymie fotele. W sypialni stał  duży tapczan, dwie szafy ubraniowe i toaletka.
W pokoju od strony podwórka stała wersalka, regały, małe biurko. Te meble były już
wyraźnie  z nowszej epoki, bliższej współczesności.
Maria rozejrzała się po mieszkaniu - jej zdaniem przydałoby się je odmalować i farbą
nieco je rozjaśnić, zwłaszcza kuchnię i drugi pokój. Z mebli niewiele trzeba było dokupić,
może tylko  jakiś stolik by go postawić koło wersalki, by było na czym postawić kawę.
Ale nie było to konieczne, w dużym salonie był przecież stół i krzesła.
Najmarniej prezentowała się kuchnia. Taborety pamiętały pewnie jeszcze bardzo dawne
czasy i były paskudne. Na kuchennym stole leżała cerata, która lata świetności miała już
dawno za sobą. W wielu miejscach była ponacinana nożem, wzór na niej był mocno
zatarty. Garnki, talerze, sztućce nie budziły zastrzeżeń. Oprócz tej kuchennej zastawy
Maria odkryła ładną zastawę w wielkim kredensie, w salonie.
Z rzeczy dziwnych, to obok kuchenki gazowej stała kuchnia węglowa, podobnie zresztą
jak w kuchni rodziców Marii. Nic dziwnego, osiedle powstało jeszcze przed wojną.
Mieszkanie było ciche, nie dochodził tu hałas z pobliskiej arterii. W promieniu 100 do 200
metrów było bardzo dużo sklepów, łącznie z Delikatesami, bardzo dobrze zaopatrzonym
sklepem  papierniczym, małym salonem  Empiku, fryzjerem, cukiernią i kwiaciarnią.
Trochę dalej była apteka i rejonowa przychodnia lekarska oraz....Dom Kultury.
Maria otworzyła drzwi prowadzące do ogródka i zeszła  po dwóch koślawych schodkach.
Ogródek wyraźnie dopominał się skoszenia trawy o czym nie omieszkała poinformować
Jerzego. Śmiać jej się zachciało, bo przez moment wyobraziła sobie jak Jerzy w garniturku,
pod krawatem, chodzi po ogródku i macha kosą, a o koszeniu to nie  miał wszak pojęcia.
Przeszła na sam koniec ogródka i odkryła tam sporą dziurę w siatce, przez którą bez trudu
mógł przejść całkiem spory pies, nie mówiąc już o kotach.
Zawołała Jerzego - popatrz, nawet ja bym przez tę dziurę przeszła bez żadnego problemu!
Trzeba to jakoś zabezpieczyć. Gdy winobluszcz zgubi liście to wtedy da się to załatać
jakimś kawałkiem siatki albo wręcz drutem.  Jerzy uśmiechnął się - ci ludzie mieli psa i
pewnie pies tędy wychodził na spacer gdy czuł taką potrzebę. Psa wzięli ze sobą a dziury
nie załatali.
Siuniu, chodź na chwilę do domu, chcę ci coś dać. Usiądź grzecznie w fotelu i zamknij
oczy. To jest zrobione specjalnie dla Ciebie. Daj rękę, ale nie otwieraj oczu, dopóki ci nie
powiem. Maria czuła, że Jerzy zakłada jej na rękę bransoletkę, na palec pierścionek
a w końcu na szyję jakiś naszyjnik.
Jurek nie rób ze mnie choinki, proszę. 
Nie robię choinki, ale te trzy rzeczy są kompletem. To srebro, tak jak lubisz. No dobrze,
otwórz oczy. 
Naszyjnik i bransoletka były zrobione z cienkościennych, wzdłużnie żłobionych, pustych
w środku, owalnych koralików,  które były łączone ogniwkami. Te z bransoletki były nieco 
bardziej płaskie niż te z naszyjnika. Oczkiem pierścionka  był jeden z koralików bransoletki.
Bardzo ładne, ale, ale......... nie przekupisz mnie tym.
Zbyt dużo we mnie żalu i nie mogę się pozbyć podejrzenia, że za jakiś czas ta historia się
powtórzy. Daj ten komplet Monice na 18 urodziny. To będzie bardzo ładny i drogi prezent.
Wiem, to dopiero za dwa lata, ale srebro to wytrzyma, najwyżej  dasz wpierw do czyszczenia.
Pomału zdjęła z siebie biżuterię, obejrzała dokładnie jak to zostało zrobione, oceniła projekt
jako bardzo udany i położyła na stole.
Mario, ja to zamawiałem z myślą o tobie a nie o kimś innym. To twoja biżuteria niezależnie
od tego czy będziemy razem czy nie. Jeżeli będziemy razem będę cię w niej podziwiał,
jeśli nie będziemy - będziesz miała po mnie taką małą pamiątkę pierwszego razu.
Zajrzyj pod spód oczka w pierścionku- masz tam datę i moje imię. Ustrzeliłaś mnie wtedy
swymi reakcjami - czułem się jakbym grał na skrzypcach Stradivariusa.
Jurek, przecież ty nigdy nie uczyłeś  się gry na skrzypcach, więc skąd to porównanie?
Weź kartkę i zapisz - trzeba pomalować ściany, przedpokój, kuchnia i północny pokój na
bardzo  jasny słoneczny kolor. Sypialnia i stołowy na jasny perłowy. Kupić ze dwa nowe
taborety do  kuchni. Nowy, mniejszy stół do kuchni z dobrze zmywalnym blatem.
Rozmrozić i umyć lodówkę. Znaleźć dochodzącą sprzątaczkę, czyli popytać się znajomych.
Słuchaj- jadę na miesiąc do sanatorium, mam bardzo złe wyniki. Wyjeżdżam 2 października,
wracam 30 .
To  ja cię odwiozę do tego sanatorium samochodem, nie będziesz się tłukła pociągiem.
I  po ciebie przyjadę.  A do którego masz skierowanie?
Do Długopola Zdroju, to strasznie daleko jak na jazdę  samochodem.
Nie ma sprawy, pojedziemy testowym samochodem,  z zawodowym kierowcą.  Jeżeli ja
nie będę mógł jechać to pojedziesz sama z kierowcą. Bo coś mi się wydaje, że mam
w tym czasie jakiś wyjazd zagraniczny. Ale samochód  dostaniesz, z kierowcą. On cię
zabierze spod domu rodziców i odstawi pod samo  sanatorium.
I podaj mi te swoje wyniki, zadzwonię do znajomego lekarza, żeby sprawdzić czy to
skierowanie ma sens.
Jurku, ma sens, przechodziłam żółtaczkę wszczepienną i uznano, że teraz powinnam być
jeszcze  na diecie, dużo leżeć i coś tam jeszcze. I , z fajnych wiadomości, to mam roczny
szlaban na seks. I nigdy nie będę mogła być krwiodawcą.No nie rób takiej zdziwionej miny,
lekarz ci wytłumaczy dlaczego. Bo ja się na tym nie znam.  Ale się dowiedziałam, że
zdarzają się osoby, które na ten typ żółtaczki nie chorują a są jej nosicielami.Dobre, prawda?
Ale skąd  ta żółtaczka  u ciebie? 
Prawdopodobnie  po rwaniu zęba  u zakładowej dentystki. Pewnie jej autoklaw miał zbyt
niską temperaturę i nie wybił tego cholernego wirusa. Jestem drugim przypadkiem w tym
gabinecie.
Jurku, pieniądze za płaszcz zwrócę ci w dolarach, nie mam funtów.
Jerzy spojrzał na nią wzrokiem zranionej łani - dziewczyno, ten płaszcz to też prezent,
wróć na ziemię. Widzisz, świetnie, że go kupiłem, weźmiesz do sanatorium. A masz
jakiś cieplutki sweter? Tam może już być chłodno, bo to trochę blisko gór.
Mam, ten czarny, który sięga mi do kolan, bo brałeś go na swój wzrost a objętość Moni.
Ale jest cieplutki. No i może uchodzić za sukienkę.
W tydzień później kierowca odwiózł Marię do sanatorium.. Marii się tam podobało.
Wprawdzie pokój był trzyosobowy, ale współtowarzyszki były całkiem sympatyczne.
Dość dużo czasu Maria spędzała w pozycji horyzontalnej, zabronione było chodzenie
po okolicznych górkach a jedyną rozrywką były cowieczorne tańce - na zmianę tango
lub walc angielski.  Każdy "wieczorek taneczny" był poprzedzany wykładem na temat
odpowiedniej diety i zdrowego trybu życia po przebyciu tego typu żółtaczki.
30 października przyjechał  po Marię Jerzy. Połowę drogi Maria przespała zwinięta
w kłębek  w jego objęciach. Nawet nie wiedziała kiedy zasnęła. Obudziła się, kiedy
zatrzymali się gdzieś po drodze by zjeść obiad.
                                                       c.d.n

















V -Zupełnie zwyczajne życie

Od tego  dnia  Maria i Rafał zaczęli się spotykać. Nie były to częste spotkania bo Rafał
codziennie miał zajęcia na uczelni. Najczęściej widywali się w sobotnie popołudnia i
wieczory. Niedziele też nie wszystkie były dla nich. Po prostu czasami  Rafał musiał pisać
jakieś projekty i musiał się sporo uczyć. W pracy nie miał wcale taryfy ulgowej z racji tego,
że studiował. Teoretycznie mógł wychodzić  z pracy godzinę wcześniej, ale jak to często
bywa teoria i praktyka chadzają różnymi drogami i nie  mogą się spotkać.
Do tego wszystkiego szef Rafała uznał, że warto w niego inwestować i chłopak dostawał
w pracy trudne tematy do realizacji, takie jak dyplomowany inżynier a nie technik, którym
jeszcze był.
Któregoś dnia do Marii zatelefonowała  sekretarka Jerzego z informacją, że następnego
dnia Jerzy będzie na nią czekał w kawiarni w Bristolu. Marię nieco zatkało  z wrażenia,
ale wydusiła  z siebie podziękowanie za przekazanie wiadomości i prosiła by przekazać
Jerzemu, że spóźni się 10 do 15 minut jeżeli nie będzie na postoju wolnych taksówek.
Teoretycznie od biura , w którym pracowała Maria, nie było daleko na Krakowskie
Przedmieście do Bristolu, ale była to pora, gdy był spory tłok  w komunikacji miejskiej
i ilekroć się tam umawiała z Jerzym po zakończeniu swojej pracy to brała taksówkę.
Zaczęła się zastanawiać czy ma pojechać na to spotkanie czy nie. Pomyślała, że może
Jerzy chce jej oddać rzeczy osobiste, które zostały w "ich kawalerce". Nie było tego wiele
i nie były jej niezbędne, skoro ani razu nie odczuła ich braku w swej garderobie.
Ostateczną decyzję czy pojedzie na to spotkanie czy nie zostawiła na następny dzień.
Jeżeli dojdzie do wniosku, że jednak nie ma ochoty to zatelefonuje do jego sekretarki by
go poinformowała, że  ona jednak nie może  na to spotkanie przyjść.
Następnego dnia  poinformowała  swego szefa, że musi tego dnia wyjść nieco wcześniej
z biura, tak z godzinę wcześniej. Po prostu chciała jeszcze przed spotkaniem wpaść do
swojej fryzjerki by nieco odświeżyć czerń swych włosów. I koniecznie je skrócić. Szef
nie widział przeszkód by wyszła z pracy o 15,00 a nie 16,00. Wszystkie ważne i pilne
sprawy były z reguły w godzinach porannych.
Gdy szef  wyszedł na jakąś naradę szybko  zarezerwowała sobie  strzyżenie u swej fryzjerki,
a o 15,00 , tak jak uzgodniła wyszła  z biura.    Po wyjściu od fryzjerki wzięła taksówkę
i pojechała do Bristolu. Do umówionej godziny pozostało jeszcze 15 minut, zakładając,
że  Jerzy przybędzie punktualnie.
Gdy przyszedł kelner zamówiła kawę i krem czekoladowy z wiśniami. Kiedyś bywała tu
z Jerzym dość często na sobotnich dancingach. Jerzy lubił tańczyć i dobrze tańczył, nawet
rocka.
Po chwili przyszedł kelner z kawą i  konspiracyjnym szeptem zaproponował by zamiast
kremu czekoladowego z wiśniami  wziąć szarlotkę, bo jest dziś rano upieczona, a krem
nie wygląda dziś najlepiej. Maria zgodziła się z jego propozycją, bo skoro kelner coś
sugeruje to lepiej go posłuchać.
Z pięć minut po umówionej godzinie wszedł do kawiarni Jerzy. Jak zwykle w garniturze,
starannie ogolony, dobrze dobrany krawat. Wyglądał jak  zawsze elegancko i chyba też był
świeżo od  fryzjera. Podszedł do stolika ze słowem "witaj" na ustach, pochylił się nad
Marią i cmoknął ją w policzek. Miała ochotę powiedzieć mu, żeby oszczędził jej tych
poufałości, ale w ostatniej chwili poczuła, że nie może z siebie wydać głosu. Wyraźnie
była zdenerwowana, więc skupiła się na dziabaniu widelczykiem szarlotki.
A Jerzy, zupełnie jakby nigdy nic, zapytał -  no a co słychać? U kogo ?- zapytała niezbyt
przyjaznym tonem Maria.
Nooo, u ciebie mała, co słychać? Po chwili milczenia odpowiedziała - dziękuję wszystko
w porządku. Jerzy przyglądał się jej z uwagą. Powolnym ruchem, nieco teatralnym, sięgnął
po swój portfel, wziął w rękę złożoną czterokrotnie kartkę i wyciągnął ją w stronę Marii..
To coś dla  ciebie, mała, dostałem wreszcie rozwód.
Maria wpatrywała się tępym wzrokiem w filiżankę kawy i wreszcie wydusiła z siebie - no to
moje gratulacje. Długo na to czekałeś.
Przecież ty też na to czekałaś - zauważył  Jerzy.
Taaak, kiedyś  czekałam, ale od jakiegoś czasu przestałam na to czekać.  Tak dokładnie to
od pewnego Sylwestra, na którym nie byłam.
Jerzy się lekko oburzył - no zgoda, zaszalałem ale za głęboko mi zaszłaś za skórę - wciąż
jeszcze za tobą tęsknię. Możemy się szybko pobrać, no zobacz  mam rozwód! Załatwię
wszystko tak, byśmy nie musieli czekać tych 30 dni na ślub. Wynająłem inne mieszkanie
dla nas, będziemy tam mogli  mieszkać, to jest trzypokojowe mieszkanie, żeby moja
Moniczka mogła u nas  czasem zanocować. A może nawet będzie chciała zamieszkać
z nami. No powiedz wreszcie coś. Dopij tę kawę i pójdziemy do nas, jestem ogromnie
stęskniony. Zobaczysz jakie to ładne  mieszkanie, możemy w  nim 4 lata mieszkać, bo
pewnie tyle czasu trzeba będzie czekać na własne mieszkanie.
Maria zagryzała wargi  bo bardzo chciało się jej płakać ....ze zwykłej złości.
Jakim prawem on podejmuje za jej plecami decyzje, skoro od trzech kwartałów nie są
razem, a wszystko sam popsuł.
Spojrzała na niego uważnie i doszło do jej świadomości, że się postarzał, że przybyło mu
siwych włosów, oczy miał podpuchnięte. Był jakiś taki...zmięty. Ale ten widok wcale nie
przyprawił jej o zaniepokojenie ale o niechęć.
Jurek, oszukałeś mnie podle i ja jakoś nadal nie potrafię ci tego wybaczyć i zapewne już
nigdy bym ci nie zaufała. A małżeństwo to przecież kwestia zaufania, bez tego zamienia
się w piekło. Ja..... masz kogoś - przerwał jej gwałtownie  Jerzy.
Maria spojrzała na niego z uśmiechem  - no jasne, nawet pięciu równolegle. To nie jest
sprawa, że kogoś mam , to sprawa mego zaufania do ciebie.  Już  zawsze będę cię
podejrzewała, że mnie okłamujesz. Nie wrócisz skądś o umówionej godzinie a ja będę
oczami wyobraźni widziała, że trzymasz w objęciach jakąś inną kobietę. Nie jestem aż
tak wspaniałomyślna by się z kimś dzielić twoją obecnością i pieszczotami.
I nie jestem już tak naiwna, by wierzyć, że będziesz wiernym mężem. Zdradzałeś żonę
z innymi i ze mną, będziesz i mnie zdradzać z innymi. Bo dla ciebie najważniejszy jest
seks, a dla mnie już nie. Wiem, że są w  małżeństwie i inne sprawy decydujące o jego
jakości i trwałości. A rozwód ci się przyda, wygodne mieszkanie także. Choć nasza
kawalerka  też była niezła, zwłaszcza  widok z balkonu na pół Śródmieścia. Tam zostały
jakieś kawałki mojej garderoby to wrzuć to wszystko do śmietnika, ja tego nie potrzebuję.
Mówisz, że jesteś stęskniony, ale  jakoś długo nie byłeś stęskniony i nie obchodziło cię
co ja robię, czy tęsknię czy też nie.
Obchodziło mnie, obchodziło, włóczyłaś się z jakimiś małolatami a właściwie z jednym,
takim  niewysokim. Ludzie Leszka cię śledzili w ramach ćwiczeń. Ciągle łaziliście po
kawiarniach i do kina. Pracujecie oboje w tym samym biurze projektów.
No to ci mogę jeszcze uzupełnić jego kartotekę - Maria uśmiechnęła się- trenuje szermierkę
i ma na imię Jacek . I długo leżał w szpitalu i odwiedzałam go tam.
Jak widzisz, nie mam nic do ukrycia.  I skoro tak bardzo cię interesuje co robię to wiedz,
że nie mam żadnego faceta z którym sypiam.
Jerzy skinął ręką  na kelnera i nim ten podszedł spytał się  Marii czy  chce jeszcze coś
zamówić dla siebie, bo on jeszcze  chce kawę. Maria poprosiła tym razem o podanie  "neski
z pianką" zamiast kawy z ekspresu.
Wiesz, przedwczoraj wróciłem z Anglii, byłem w sprawie tego suchego doku.Udało się,
sprawa dogadana, podpisana. Tam jest w tej chwili szał płaszczy i kurtek z kolorowego
skayu. Kupiłem dla Ciebie niebieski taki płaszcz, tzw. 7/8. Czeka już na  ciebie w twoim
domu. Dla Moniczki kupiłem bardzo ciemnoczerwony. Ale pewnie nie będzie w nim chodzić
do szkoły, bo ta szkolna dzicz to albo ukradnie albo go zaraz zniszczy. Ten skay wygląda
zupełnie jak skóra. Chciałem nawet kupić i dla siebie, ale były tylko krótkie kurteczki, takie
do połowy bioder i z futrzanym kołnierzem. Nie pasuje do garnituru.
Jurek, dziękuję,  jeśli będzie dobry rozmiarem to ci zwrócę za niego pieniądze. Nie chcę
żadnych prezentów, nie jesteśmy już razem. I cieszę się, że już masz rozwód, cieszę się
z uwagi na  ciebie. A jak z opieką nad Moniką? U kogo będzie  na stałe mieszkać?
Ze swoją matką, przecież  ja często wyjeżdżam.
Mała, wypij te kawę i jedźmy do nas, proszę. Zrobiłaś mi wykład z teorii małżeństwa, ale
zrozum, że jestem stęskniony i spragniony ciebie.
Maria pokręciła przecząco głową  - nie Jureczku, nie, ja nie jestem jeszcze na to gotowa.
Mnie to wciąż jeszcze boli, że tak mnie oszukałeś. To mi uświadomiło, że nie jestem dla
ciebie tak zwanym całym światem. I tak naprawdę nie wiem, czy kiedykolwiek będę na
to gotowa. I możemy się raz na jakiś czas  spotkać, porozmawiać, ale nie będziemy już
razem, nie będziemy. Doszło do tego, że ja się zastanawiam ile razy mnie zdradziłeś
odkąd zaczęliśmy "być razem". To nie jest zdrowy i dobry układ.
Ale udało mi się znaleźć w tym jedną pozytywną rzecz - już nie jestem naiwną gąską
wierzącą we wszystkie zapewnienia o gorącej miłości. Analizuję teraz każdy komplement,
szukając z miejsca drugiego dna.I wolę jasne sytuacje

                                                         c.d.n.






niedziela, 22 grudnia 2019

IV -Zupelnie zwyczajne życie

Po wyjściu ze szpitala Maria szybko ruszyła w stronę przystanku tramwajowego. Była nieco
wytrącona z  równowagi- z jednej strony było jej  żal Jacka, z drugiej była na niego wściekła,
że nie zadbał o siebie i dopuścił by nastąpił tak ostry nawrót jego choroby. A tłumaczenie, że
to jest świetny sposób na uniknięcie  2 lat w wojsku  wcale nie trafiało jej do przekonania.
Teraz sobie przypomniała, że kiedyś, na jego nadgarstku widziała coś jakby ślad po oparzeniu
i gdy zapytała Jacka co mu się przydarzyło, ten stwierdził, że to drobiazg i potem przez wiele
dni chodził z przyklejonym plastrem. Teraz dotarło do niej, że Jacek dobrze wiedział co to
jest i starał się ukryć przed nią swą chorobę.
Nim nadjechał tramwaj dołączył do niej Rafał, którego aż do holu szpitalnego odprowadzał
kulejący Jacek.
Rafał, ja chyba jednak trochę się przejdę, bo wciąż mnie prześladuje woń siarki, chyba tym
piekielnym zapachem przesiąkło moje ubranie - przynajmniej jeden przystanek. Ten jest
długi i jakiś taki  przewiewny, bo tu prawie wcale nie ma  domów po obu stronach. I Maria
żwawym krokiem ruszyła do przodu. Rafał natychmiast do niej dołączył.
Szli cały czas  milcząc. W ten sposób pokonali trzy długie przystanki.
Gdy czekali na tramwaj Rafał przerwał to milczenie pytaniem, czy mogliby wpaść gdzieś na
kawę i trochę porozmawiać lub wspólnie pomilczeć.
Maria rzuciła hasło "Niezabudka" a  twarz Rafała rozjaśniła się uśmiechem - tak, tak to
bardzo miłe miejsce, choć są tylko stołki barowe i samoobsługa. No i są rurki z kremem -
dodała Maria. I to chyba najlepsze w całym mieście. Przez pół podstawówki i całe liceum
tam się pasłam rurkami. Byłyśmy z koleżanką stałymi klientkami.
Do "Niezabudki" dojechali kolejnym tramwajem. Jak zwykle w  barku była kolejka. Maria
zarządziła by Rafał "upolował" mini stolik z barowymi stołkami, a kawę i rurki to ona już
sama załatwi. Polowanie na stolik nie było skomplikowane bo niemal wszyscy kupowali
rurki na wynos. Maria zamówiła 6 rurek i "dwa szatany", czyli mocne kawy. Rafał zajął
stolik niemal na zapleczu i oczekując na Marię przyglądał się zafascynowany jak wygląda
produkcja owych rurek. Potem dłuższą chwilę przyglądali się temu procesowi obydwoje.
Z początku tematem był Jacek i jego choroba a Rafał zapytał się Marii wprost czy  ona i
Jacek są parą w sensie intymnym, czy tylko parą przyjaciół. Bo ze słów Jacka to trudno
się zorientować co jest grane. Maria zaśmiała się - lubię go, spotykamy się ale na pewno
nie jesteśmy parą w sensie intymnym. Intymność wymaga nieco innych warunków niż
sala kina, stolik w ciemnym kącie kawiarni lub jakiś pokój w obcym mieszkaniu, w którym
jest organizowana prywatka, albo wypad na łono natury i krzakoterapia lub opalanie się
nocą przy księżycu. Mnie takie warunki nie odpowiadają. A całowanie się i przytulanie to
chyba też nie jest związek intymny. Ja już byłam w  związku intymnym, nadal przeżywam
dość smętny koniec tegoż związku, który się zaczął gdy miałam niecałe 17 lat.
Skończył się dość gwałtownie, gdy odkryłam, że facet mnie zdradza. A wydawać by się
mogło, że skoro byłam od niego ponad 20 lat młodsza to mu się szybko nie znudzę.
Ciekawa jestem co on teraz opowiada naszym wspólnym znajomym, którzy byli pewni,
że gdy on tylko otrzyma rozwód to weźmiemy ślub. I ciekawa jestem co mówi o tym
swej rodzinie, w której byłam uważana za jego przyszłą żonę.
Ponad pół roku zastanawiam się nad tym, ale właściwie to już nie jest ważne. Nie spotykam
się również z naszymi wspólnymi znajomymi, wręcz unikam  miejsc, w których mogłabym
ich spotkać.
Zastanawiam się tylko nad tym, czy wszyscy mężczyźni zdradzają swoje kobiety, czy są
tacy, którzy tego nie robią. Nam , kobietom, wszyscy wmawiają, że seks jest tylko wtedy
dobry, gdy partnerów łączy miłość, że gdy kogoś nie kochasz to seks nie da radości i
rozkoszy. Na pewno potrzebna jest pewna doza  fascynacji partnerem ale nie koniecznie
miłość. Bo miłość przychodzi jednak z czasem, na początku jest tylko fascynacja. Ale
fascynację często łatwo pomylić z miłością gdy doświadczenie mężczyzny sprawi że
seks przyniesie kobiecie  satysfakcję. Doda sobie  w myśli rzeczywistość do słyszanego
od dzieciństwa mitu, że tylko wtedy seks daje satysfakcję gdy się kogoś kocha i uważa,
że w takim razie to co ją łączy z tym facetem to jest miłość. Tak jest u kobiet a mężczyźni
znacznie częściej i silniej ulegają  fascynacji  ale i znacznie szybciej im ta  fascynacja mija.
I są bardzo zdolni - przez życie wielu z nich kroczy dwutorowo - miłość do żony nie
przeszkadza im  w seksie z  inną kobieta, która ich chwilowo zafascynowała. Co prawda za
kilka dni o tej fascynacji zapominają i nadal żona jest tą, którą kochają, z która są nadal,
z którą płodzą dzieci. I tak to trwa niemal przez całe życie.
Cywilizacja wymaga od ludzi wierności w związkach, ale tak naprawdę to wymaganie to
dotyczy od zarania tylko kobiet, mężczyznom zawsze wybaczano skakanie z kwiatka na
na kwiatek. Może dlatego, że kobieta ma na  swym wyposażeniu pokój dziecinny miesiąc
w miesiąc gotowy na przyjęcie nowego lokatora.
A ja myślę, że kwestia wierności powinna obowiązywać oboje i powinna być omówiona
zawsze jeszcze przed ślubem. Bo może owa  wierność wcale nie jest wartością wymaganą
przez każdego? A może i małżeństwo nie jest wartością samą w sobie? Mam w rodzinie
parę żyjącą bez ślubu już 20 lat. I, jak to mówią, świata poza sobą wzajemnie nie widzą.
Z początku to on miał problemy z rozwodem, ale gdy już ten rozwód otrzymał, to ona
stwierdziła, że wcale a wcale nie muszą brać ślubu. Mają dwa mieszkania, dzieci nie chcą
mieć i nie mają, mieszkają raz w jednym raz w drugim  mieszkaniu.
A dla ciebie, Marysiu, ta wierność chyba jednak jest ważna - bardziej stwierdził niż
zapytał Rafał.
Maria spojrzała na niego uważnie - tak, dla mnie to ważne, ale są osoby, dla których to
wcale nie jest ważne. Ale dla mnie równie ważna jest wierność w sensie innym, bardziej
psychicznym - to wspieranie się wzajemne w różnych przedsięwzięciach, to rodzaj jedności
poglądów.
Przez długą chwilę patrzyli sobie w oczy. Do Marii dopiero teraz dotarło, że Rafał ma
bardzo niebieskie oczy, co w połączeniu z ciemnymi, gęstymi, nieco falującymi włosami
tworzyło całkiem ciekawy obraz. Całkiem przystojny facet, przemknęło jej przez głowę.
I dał mi się wygadać, cierpliwy jakiś.
A dla  ciebie  jaki rodzaj wierności jest ważny?- zapytała.
Rafał nie przestawał wpatrywać się jej w oczy.
Każdy. I ten w sensie  fizycznym i psychicznym. Czy wiesz, że twoje oczy zmieniają kolor?
Raz są zielone a raz szare. Gdy cię  zobaczyłem po raz pierwszy zanotowałem w pamięci, że
masz szare oczy, a teraz widzę, że masz zielone.
Rafał, one są zakwalifikowane w dowodzie osobistym  jako "szaro-zielone". Dobrze, że oba
są szaro-zielone a nie każde w innym kolorze. Kiedyś  rozmawiałam z kimś, kto miał jedno
oko zielone a drugie brązowe. Aż mi było głupio, bo mimowolnie wciąż wgapiałam się w tę
anomalię kolorystyczną. Nie ja jedna zresztą, inni mieli tę samą dolegliwość. Ale chyba ten
człowiek już był uodporniony na to ludzkie wgapianie się w jego oczy.
Brunetka o oczach zmieniających kolor - szepnął Rafał nadal się w nią wpatrując.
Maria uśmiechnęła się - farbowana brunetka, ta czerń to farba. Tak naprawdę to mam włosy
w dość nieciekawym kolorze, czyli jestem wg norm fryzjerskich - ciemną blondynką.
Na farbowanie włosów namówiła mnie własna ciotka, która uważała naturalny kolor mych
włosów za nijaki. I chyba  miała rację.
Rafał wyciągnął rękę i dotknął jej włosów, co rozbawiło Marię niezmiernie.
Uważaj, bo mi farbę zdejmiesz z włosów - powiedziała śmiejąc się. Człowieku, ta farba
wnika do środka włosa, nie jest na wierzchu!
I wiesz , zapewne wiele z tych blondynek, które kolekcjonowałeś jak mówił mi Jacek, wcale
w naturze nie było blondynkami. Takie czasy nastały, że każdy kolor włosów jest w pełni
możliwy do otrzymania.
Maryś, pozbawiasz mnie bezlitośnie złudzeń!
Maria uśmiechnęła  się i zaproponowała by znaleźć gdzieś wygodniejsze miejsce do siedzenia
bo już ma dość tego barowego stołka.
Postanowili, że jeszcze chwilę pospacerują i w ramach tego spaceru doszli do następnego
miejsca, w którym mogli  znów się napić kawy.
Rafał następnego dnia miał kolokwium, ale jakoś wcale nie miał ochoty iść do  domu i jeszcze
raz przejrzeć materiał, z którego miało ono być. Jak dotąd nigdy mu się nie zdarzyło by któreś
kolokwium zlekceważył - był pilnym studentem, wszystkie kolokwia zaliczał bez problemu,
podobnie jak egzaminy, w pierwszym terminie.
Poza tym był starostą  roku, ale o tym wszystkim to Maria dowiedziała się dużo później.
Na razie  oboje czuli potrzebę posiedzenia razem i porozmawiania o wielu jeszcze  sprawach.
                                                                         c.d.n      

sobota, 21 grudnia 2019

III - zupełnie zwyczajne życie

Polowanie Jacka na Marię zakończyło się sukcesem. Maria wyszła z biura, rozejrzała się
dookoła- nigdzie nie widziała Jacka. I poco to tyle gadać- pomyślała przechodząc na drugą
stronę ulicy. W minutę później dołączył do niej Jacek mówiąc - ale  ty fajnie chodzisz! Nie
mogę pojąć jak można chodzić na tak wysokich i tak cieniutkich obcasach! Ja pewnie bym
się zabił na czymś takim! A ty na tym czymś pędzisz i nóg sobie  nie wykręcasz! Dziwne!
A nie zauważyłeś, że inne dziewczyny też chodzą na takich wysokich obcasach? - zapytała.
Nie, nie zauważyłem, bo jesteś pierwszą dziewczyną na którą zwróciłem uwagę i teraz
już innych nie dostrzegam.
No to idziemy do tej Alhambry?- zapytał. Dobrze, ale potem pójdziemy w jakieś milsze
miejsce, albo - chodźmy od razu do Gongu. Wolę  tam posiedzieć, choć kawa tam nie jest
nadzwyczajna, bo się jednak specjalizują w kilku rodzajach herbaty. Zresztą Gong jest
bliżej, jakby się kto pytał. No i jeszcze coś - ja płacę sama za siebie.
Jacek zaprotestował- no ale to ja  ciebie zaprosiłem.... no to co, przerwała mu Maria,
zaprosiłeś to przecież idę z tobą, ale to nie znaczy, że masz mi fundować kawę czy coś
innego. Ale jeśli ci się to nie podoba, to możemy wcale nie iść na tę kawę.
Dobrze, chodźmy i płać sama za siebie - jesteś strasznie uparta.
W Gongu było jeszcze kilka wolnych stolików i Maria wybrała mały, dwuosobowy przy
wielkim oknie. Lubiła tak siedzieć oddzielona od ulicy tylko szybą, czego mocno nie
lubił Jerzy. Maria oprócz kawy zamówiła dla siebie kawałek tortu czekoladowego, bo
tego dnia w stołówce była wątróbka, a ona już od samego zapachu dostawała mdłości,
więc  swój kupon obiadowy oddała jednemu z  kolegów, który bez trudu pochłonął
dwie porcje zupy i dwie porcje wątróbki.
Jacek zamówił do kawy jakieś  bardzo kruche ciastko, z którym niemal cały czas walczył
by nie wyskoczyło z  talerzyka.
Maria zaczęła przepytywać Jacka  by, jak to określiła, lepiej wiedzieć z kim siedzi przy
jednym stoliku i pije  tę paskudną kawę. Okazało się, że Jacek był na pierwszym roku
prawa, ale mu te studia straszliwie przeszkadzały w życiu, bo bardziej był zainteresowany
szermierką, którą trenował już kilka lat, niż studiami więc po prostu przestał chodzić na
zajęcia. No ale rodzice stwierdzili, że skoro nie studiuje to powinien pracować, więc
zgłosił się  do biura pośrednictwa pracy i "załapał" na etat magazyniera w tym biurze.
 No i na tym poprzestaniesz? dopytywała się Maria. Jacek uśmiechnął się - no chyba nie,
bo stanowczo za mało płacą. Dużo zależy od tego jak mi w tym roku wyjdą turnieje, a
jest ich kilka.
A tak naprawdę  jedyne studia, które mógłbym pogodzić z szermierką to AWF.
I dlatego wszystko zależy od tegorocznych turniejów. Tyle tylko, że nie bardzo się widzę
jako pan od  WF, poza tym nie lubię bachorów, tzn. dzieci. Jak mi dobrze pójdą turnieje
to będę miał zagwozdkę co dalej. Na razie jestem magazynierem. Poza tym grozi mi coś
takiego jak wojsko i mogą mnie na 2 lata zgarnąć, więc pewnie jednak przynajmniej na
trochę zakotwiczę  się na AWFie.
A ty?- zagadnął Jacek. Wybierasz się na studia?
Maria uśmiechnęła się krzywo-  sama jeszcze nie wiem, bo nie pozwolono mi iść na
kierunek, który sobie wymarzyłam. A poza tym trochę mi się pokomplikowało życie, do
niedawna byłam z kimś, teraz już nie jestem i podejrzewam, że już nie będę. I tylko
dlatego siedzę tu z  tobą na kawie. Właściwie to wszystko jedno jakie studia zrobię, bo
liczy się tylko papierek że się jest jakimś tam  magistrem, a potem okazuje się, że
zwykły robotnik fizyczny z którąś tam grupą zarabia więcej niż magister ekonomii w tym
zakładzie, w którym  obaj pracują. Przecież to wszystko jest chore i to ciężko.
Maria wyjęła portfel, odliczyła pewną kwotę i położyła ją na stoliku- to za moje plus
napiwek. Chodźmy już stąd , popatrz, jest niemal  czarno od dymu, prawie wszyscy palą.
Jacek zawołał przechodzącą kelnerkę, dołożył swoją część należności i wyszli.
A co sobie teraz  życzysz księżniczko? zapytał ze śmiechem. Mamy niedaleko kino,
może podejdźmy tam, zobaczymy co grają i może poszlibyśmy do kina?
Jacek, czy ty naprawdę wierzysz, że o tej porze, jeśli grają coś dobrego to czekają na nas
bilety? Zresztą nie mam ochoty  na kino. Za to przeszłabym się do domu na piechotę.
Zaczadziałam z lekka w tej kawiarni. Chodź pójdziemy kawałek Kruczą, potem Hożą,
Alejami Ujazdowskimi. A potem zaprowadzę cię na super rurki z kremem i stamtąd
pojadę tramwajem do domu.
Czy ty wiesz, ile to kilometrów  jest do przejścia?- zapytał Jacek.
Tylko  sześć i pół, do mojego domu, wiem, bo był czas, że z koleżanką codziennie
chodziłyśmy na piechotę tą  trasą. Chodź wejdziemy na moment do sklepu z jedwabiami,
muszę tam coś zobaczyć i zmienię  sobie  buty, przecież nie będę  taki kawał szła w tych
szpilkach, założę mokasynki.
To ty masz buty  na zmianę? -zdziwił się Jacek.
A ty myślałeś, że pognam na tych szpilkach?To nie są buty do maszerowania, tylko do
dreptania na krótkich dystansach. Maria ze swej dość sporej torby wyciągnęła w sklepie,
zamszowe, lekkie mokasyny i szybko zmieniła buty.
Jacek przypatrywał się temu lekko zdumiony. Po chwili już raźno maszerowali trasą
zaproponowaną przez Marię. A Maria pomyślała, że na spotkania z Jackiem będzie
zakładała "półszpilki", bo "wzrostowo" tak jakoś lepiej wtedy wyglądają.
Oczywiście nie powiedziała Jackowi, że wybrana przez nią trasa nie była przypadkowa,
że miała nadzieję, że może po drodze spotka Jerzego. Ale nie spotkała. Niechby ją
zobaczył z Jackiem bądź co bądź przystojnym młodym facetem. Ale nie  zobaczył.
Wieczorem wypłakała się w poduszkę - Jerzy był jej pierwszym mężczyzną, tęskniła
za nim i za wszystkim co  razem robili, za tym co jej mówił, za wieczorkami tanecznymi
w kawiarni "Olimp", na które chodzili na ogół dwa razy w tygodniu, tęskniła nawet za
jego dotykiem. Na szczęście wracało też wspomnienie zdjęcia blondyny w objęciach
Jerzego i to wszystko co było potem.
Przez kilka miesięcy spotykała się z Jackiem w dni, w które nie miał treningów. Biedak
nie wiedział, że był cały czas na cenzurowanym. Czasem spotykali się również z jego
kolegami i koleżankami.  Wszyscy byli jeszcze bardzo młodzi , Maria właściwie dopiero
teraz miała towarzystwo w swoim wieku. Dotychczas w gronie znajomych  Jerzego była
najmłodszą osobą w całym towarzystwie, panowie  prawili jej komplementy, panie
traktowały tak jakby miała minimum 30 lat i jakby była już żoną Jerzego. Zresztą tak
samo traktował ją brat Jerzego, bratowa oraz matka Jerzego. Dla tej mocno starszej pani
była "kochaną dziecinką", którą należało zawsze przytulić i ucałować.
Była przyzwyczajona  do dyskusji na tematy poważne, u boku Jerzego poznała  wiele
znanych osób ze  świata  teatru, bywali na premierach i wielu występach zagranicznych
artystów odwiedzających wtedy Polskę.
Z Jackiem i jego znajomymi była raz na koncercie "Niebiesko-Czarnych" - wył zespół
i wyli widzowie. Wśród rozentuzjazmowanych widzów oboje z Jackiem tworzyli jakąś
mini wysepkę dezaprobaty  dla tego, co się działo na scenie i widowni. Opuścili halę
w połowie występu zespołu.
Jesienią Jacek wylądował w szpitalu - w czasie jednego z treningów odniósł kontuzję  a na
dodatek  dostał tajemniczej wysypki.
Maria  tylko raz była u niego i ze szpitala wracała z jego kiedyś  najlepszym przyjacielem.
Teraz ich drogi mocno się rozeszły, bo Jacek dalej był szermierzem a Rafał zarzucił szermierkę,pracował i jednocześnie studiował na WSI. Całą drogę w tramwaju, który wlókł
się niczym ślimak- rozmawiali- nagle okazało się, że im tematów do rozmowy nie brakuje,
zgadzają się niemal we wszystkim, na wiele spraw mają takie same poglądy. Rafał był
zachwycony, że może z dziewczyną porozmawiać i na temat polityki gospodarczej i na
temat literatury. Rafał odprowadził ją do domu, bo szedł jeszcze na wykłady a dom Marii
był po drodze. Powiedział, że gdy będzie  się jeszcze wybierał do Jacka do szpitala to do
niej zatelefonuje i pojadą razem to sobie po drodze znów porozmawiają.
Maria była niemal oczarowana Rafałem - chłopak w typie urody Mastroianniego a do tego
ma w porządku pod sufitem, inteligentny i można z nim naprawdę  dobrze podyskutować.
I rzeczywiście tydzień później Rafał zatelefonował do niej do pracy, że jedzie do Jacka do
szpitala w niedzielę, że tajemnicza wysypka to  nie wysypka a łuszczyca, którą Jacek miał
"od zawsze", a która nie ujawniała się gdy Jacek przestrzegał diety, która wykluczała
wszelkie ostre przyprawy oraz wszelkiej maści alkohol. A Jacek po ostatnim turnieju
zaszalał i robił wszystko by łuszczyca się ujawniła, bo październiku miał stanąć na
komisji wojskowej. Miał nadzieję, że jak go zobaczą tak zsypanego wypryskami to zapewne
nie wezmą do wojska.
Widok Jacka był tym razem porażający - nie dość, że kontuzjowana kończyna była czymś
usztywniona  to Jacek miał głowę pozbawioną włosów , za to wysmarowaną dość  grubo
jakąś brązową  maścią, która pokrywała także część czoła, jedną  brew i przedramiona.
Przed nim był jeszcze  miesiąc pobytu w szpitalu, miał jakąś wybitnie  mdłą dietę i trzy razy
dziennie był smarowany różnymi maściami., z których jedna cuchnęła siarką.
Ale jedno już było pewne - z całą pewnością nie trafi do wojska. Maria była przerażona
jego wyglądem i nie bardzo rozumiała z czego on się tak cieszy - przecież łuszczyca jest
chorobą nieuleczalną i wymaga by przez całe życie  jej posiadacz dbał o  odpowiednią dietę
i w ogóle o swą skórę.
Wiedziała, że łuszczyca nie jest chorobą zakaźną ale jakoś instynktownie starała się stać jak
najdalej od Jacka. Bardzo już chciała wyjść, ale zmusiła się by pozostać do końca czasu
odwiedzin.
Siedziała milcząc a Jacek opowiadał o ostatnim turnieju, kto ze znajomych wygrał, kto przegrał
i stwierdził, że teraz będzie musiał mieć dość długą przerwę w treningach i nie wiadomo
czy on też nie będzie musiał rzucić szermierki.
Gdy rozległ się gong oznaczający koniec wizyt, Maria z ulgą pożegnała się i szybko wyszła
z sali.
                                                    c.d.n.





II - Zupełnie zwyczajne życie

Gdy weszła do pokoju, szef pogroził jej palcem - "a mówiłem, żeby pani nie biegała na
skróty, przecież jest zimno. Zaziębi się pani i pójdzie na zwolnienie i co ja sam tu zrobię?"
Marię na chwilę  zatkało, ale szybko odpowiedziała, że biegła, więc nie zmarzła a ta
sterta dokumentacji  była ciężka i chciała się jej jak najszybciej pozbyć. I że prędzej szef
się zaziębi wyglądając przez otwarte okno niż ona przebiegając te 70 metrów.
Szef wylewnie podziękował  za kupienie pasztetowej, wyciągnął ją z papieru i troskliwie
ułożył na talerzyku, pokroiwszy wpierw w grube plastry, które ułożył na połówkach
bułek o wdzięcznej nazwie " Małgosie". Potem zatarł ręce i rzucił w przestrzeń: to ja idę
sobie po herbatkę ale jeśli ma pani ochotę to i dla pani przyniosę. Maria podziękowała,
pokazując, że ma jeszcze w kubku kawę.
Siedziała przy biurku tępo wpatrując się w talerzyk z pasztetową i zastanawiając się jak
można takie paskudztwo jeść. Szef wrócił  szybko, nie musiał nawet schodzić do bufetu bo
już zaczęła urzędowanie "pani herbaciarka". Wprawdzie herbata u niej była droższa niż
w bufecie,  za to podobno znacznie smaczniejsza, ale Maria nie pijała herbaty, tylko kawę.
A na kawę to wolała chodzić do bufetu, bo zawsze można było tam z kimś porozmawiać.
Maria zajęła się pracą,  miała napisać kilka pism. Gdy zaczęła grzechotać maszyną do
pisania szef  z westchnieniem się podniósł i oznajmił, że za 15 minut ma naradę i długo go
pewnie nie będzie.
No i dobrze, pomyślała Maria, ale głośno powiedziała: wiem, dziś  jest narada z generalnymi
projektantami, zawsze to trwa  kilka godzin. Dobrze, że pan zdążył zjeść śniadanie.
Po wyjściu szefa odczekała 15 minut i zagłębiła się w lekturze książki, którą trzymała
w szufladzie biurka.
Lekturę przerwało  pukanie do drzwi. Zdziwiona  zawołała "proszę", bo jak świat światem
nikt tu nie miał zwyczaju pukać do drzwi.  W drzwiach stał uśmiechnięty magazynier,
pod pachą miał dwa pudełka. Maria patrzyła na niego jak na jakąś  zjawę. Ale młodzian
podszedł do jej biurka i delikatnie postawił na nim oba pudełka mówiąc, że przyniósł to
wszystko co ona  zamówiła w magazynie. No ale z tym dziurkaczem to kłopot, bo są
tylko takie małe i one z racji tego, że są małe i lekkie też nie przetną większej ilości
kartek. No ale może Maria  woli takie małe niż ten puc metalu który mu rano przyniosła.
Maria przyjrzała mu się uważnie i zapytała- a teraz to pan zawsze będzie nam przynosił
te materiały?
No nie zawsze i nie wszystkim, po prostu chciałem panią poderwać, odpowiedział ze
śmiechem. Poza tym mieszkamy w jednej dzielnicy, więc może będziemy razem wracać
po pracy i może po drodze wstąpimy gdzieś na kawę, ja zapraszam.
Po drodze nie ma dobrej i miłej kawiarni to raz, poza tym rzadko wracam do domu zaraz
po pracy - odpowiedziała Maria, grzebiąc w jednym z pudełek.
No to możemy pójść na tę kawę nie po drodze, skoro po drodze nie ma rzekomo dobrych
kawiarni - chłopak nie odpuszczał.
I mamy jeszcze jedną wspólną rzecz  - właściwie jesteśmy rówieśnikami, ja jestem równo
rok starszy. I mam prośbę, może moglibyśmy sobie w takim razie mówić  po imieniu?
Tu większość pracowników mówi sobie po imieniu, prawda?
Prawda. Tylko proszę byś nie używał żadnych zdrobnień mojego imienia. Nie lubię go,
dostałam je  po jednej z  babek.
No to się ciesz, że nie dali Ci na imię Petronela lub Kunegunda, bo brzmią one znacznie
gorzej niż każde zdrobnienie od Marii. Mam wrażenie, że niemal każdemu z nas w pewnym
okresie życia nie podoba się własne imię.
Słuchaj, jestem ci winien jeszcze 5 twardych ołówków, doniosę je jutro w drugiej części
dnia. Rano  powinna być dostawa.
Jacek ukradkiem zerknął na zegarek - wiesz, muszę już lecieć, bo wywiesiłem kartkę,że
wracam  o 10,15, więc mam 2 minuty na powrót do siebie.
To jesteś chyba jedynym człowiekiem w tym biurze, który traktuje poważnie to co sam
napisał. Tu każdy ma poślizg, przeważnie  piętnastominutowy. A dziś jest duża narada,
więc personel pomocniczy nie tyra, a projektanci też korzystają z tego - jak zajrzysz do
którejkolwiek pracowni to połowy nie ma bo siedzą na kawie w bufecie.
Mario, zapoluję na Ciebie przy wyjściu, może jednak pójdziemy dziś na tę kawę, mam
taką nadzieję -  Jacek konsekwentnie nie odpuszczał.
No to pomyślnych łowów, ale ja dziś nie wracam po pracy do domu, nie jadę w twoją
stronę - poinformowała go Maria.
No to i ja nie pojadę w stronę domu i może się wybierzemy razem do Alhambry? Tam
przynajmniej jest dobra kawa - powiedział Jacek już stojąc w drzwiach.
Kawa - tak, tam jest dobra, ale wnętrze paskudne- rzuciła mu Maria na pożegnanie.
Gdy wyszedł z pokoju, Maria  nim wróciła do przerwanej lektury, poświęciła kilka
minut na pomyślenie o  Jacku.
Miał bardzo ciemne włosy, ładną oprawę oczu , ciemnobrązowe oczy. Ładne dłonie,
był szczupły, a właściwie chudy i jak dla niej to mógłby być nieco wyższy. Podobał się
jej pod względem fizycznym. No i jakiś wytrwały w podrywaniu - pomyślała.
Przy okazji jej myśli popłynęły w stronę Jerzego - nie widzieli się już ponad pół roku.
I nie telefonowali do siebie. Maria jednak tęskniła za nim. Gdy ostatni raz się widzieli
Jerzy  wściekły był na nią i stwierdził, że żadna smarkula nie będzie mu mówić co ma
albo czego nie ma robić, a tym bardziej sprawdzać go czy mówi prawdę. I więcej do
niej  nie zadzwonił. Najbardziej zezłościło go to, że Maria nie chciała powiedzieć, skąd
wie o tym, że on ją okłamał pozostawiając na Sylwestra w domu, twierdząc, że on
musi wyjechać w delegację  w drugi dzień świąt. A o tym wszystkim powiedział w wigilię,
którą razem spędzali u jego brata. O tym jak wyglądała ta delegacja  poinformowała Marię
znajoma, która nie miała pojęcia o tym, że Maria i Jerzy znają się i od jakiegoś czasu są
parą. Znajoma pokazała jej po prostu swoje zdjęcia z Sylwestra, na którym była razem
z mężem w Budapeszcie. Na jednym ze zdjęć był Jerzy, a w jego objęciach stała mocno
wydekoltowana blondyna w mini sukience.
Maria należała do osób, które z reguły wszystko oglądają nie ujawniając swych emocji i
patrząc na to zdjęcie, wskazała na Jerzego i zapytała- a ci to kto, znajome małżeństwo?
To kolega mego męża ze swoją dziewczyną, wyjaśniła znajoma.
Maria, choć poczuła w sercu dziwne ukłucie, kiwnęła tylko głową i powiedziała- no to się
fajnie tam bawiliście. Jeszcze przez chwilę rozmawiała wypytując o to jak  długo tam byli
i jaki jest Budapeszt, potem  pożegnała się, cały czas się dziwiąc, że nie doznała ataku
serca. Gdy dojechała do domu w pierwszej chwili chciała zatelefonować do Jerzego, ale
potem postanowiła zaczekać na jego telefon. Jerzy zatelefonował w dniu, w którym miał
powrócić z owej delegacji.
Spotkali się "w swojej kawalerce", którą od kogoś Jerzy wynajmował. Zdenerwował się,
gdy Maria nie chciała dać się zaciągnąć do łóżka i w złości palnął - jak nie chcesz to
znajdę sobie inną, bardziej chętną.
Maria, łykając  łzy wyszeptała  - nie musisz szukać, już ją przecież masz. Świat jest mały,
Warszawa też nie za wielka, już cię z nią widziano. Jeśli już mnie nie kochasz, znudziłam
ci się, to powinieneś mi o tym powiedzieć, a potem dopiero spotykać się z inną....i wbrew
swej woli wybuchnęła płaczem i nim się Jerzy zorientował wybiegła z mieszkania.
Zapłakana pobiegła na postój taksówek. Taksówkarz spojrzał na nią uważnie, ale tylko
zapytał się dokąd ma jechać. Maria podała  adres domu swej przyjaciółki, mając nadzieję,
że ją zastanie w domu. Miała szczęście, Baśka była w domu.
Widząc, że Maria jest zapłakana zaciągnęła ją do swego pokoju, posadziła w fotelu a sama
poszła zaparzyć....rumianek w większej ilości. Część miała być do picia, część na okłady
do oczu. Gdy wróciła do pokoju, Maria już nie płakała. Baśka postawiła przed Marią
szklankę z  herbatą  i obok miseczkę z drugą częścią herbaty, obok której położyła waciki,
by Maria mogła zmyć rozmazany tusz.
Usiadła obok i bez słowa przytuliła Marię, wiedząc, że czasem lepiej nic nie mówić, niż 
zadać idiotyczne pytanie.
                                                              c.d.n.


poniedziałek, 16 grudnia 2019

Zupełnie zwyczajne życie

To nie był wcale a wcale  ładny dzień - wprawdzie świeciło słońce i to całkiem ostro, ale
zimny, porywisty wiatr jeszcze mocno chłodził i Maria czuła, że zbyt wcześnie zmieniła
zimowy płaszcz na wiosenny. I choć od przystanku tramwajowego było do biura blisko,
z ulgą myślała o tym, że za kilka minut  tam dotrze. 
Wchodząc do budynku pomyślała z niechęcią o tym, że to pierwszy piątek miesiąca i
będzie musiała pójść do magazynu materiałów biurowych by wziąć to wszystko, co było
niezbędne do prawidłowego funkcjonowania pracowni, której była "sekretarką", czyli
"osobą  do wszystkiego".
Na szczęście nie musiała jeszcze projektantom robić herbaty - w podziemiach biura był
bufet i zakładowa stołówka.
Dzień, jak zwykle rozpoczęła od wizyty w łazience by poprawić uczesanie, zrobić lekki
makijaż, potem w swojej kanciapie (tak nazywała pokój, który dzieliła z szefem pracowni)
przejrzała zawartość szafy z materiałami biurowymi. Szefa jeszcze nie było, w końcu była
dopiero godzina ósma- na tę godzinę to musiała być ona i projektanci, szef  przychodził
pomiędzy 8,30 a 9,00.
Zapisała na kartce to wszystko, co  musiała wziąć z magazynu , wzięła również zepsuty
dziurkacz, który z powodzeniem mógłby zastępować  hantle, gdyby ktoś chciał sobie
wyćwiczyć biceps. Był ciężki i niestety bardzo tępy - właściwie nie spełniał wymogów -
można nim było z trudem przedziurkować najwyżej 2 kartki.
Na biurku szefa położyła kartkę z napisem : JESTEM W MAGAZYNIE, TEL. 354,  do
swego biurka schowała torebkę, zamknęła szafkę na klucz, wrzuciła go do kieszeni  i
powędrowała do magazynu. Miała  nadzieję, że szybko upora się z tą sprawą, bo jeszcze
było dość wcześnie.
Bardzo nie lubiła wizyt w tym magazynie - po pierwsze był on w podziemiach biura, a tam
nie zawsze paliły się wszystkie światła- po prostu czasami znikały żarówki i były odcinki
całkiem  ciemne, poza tym  pani prowadząca ten  magazyn nie należała do sympatycznych.
Schodząc z trzeciego piętra Maria już wyobrażała sobie jałową dyskusję jaką będzie wiodła
z magazynierką na temat dziurkacza, który ledwie przecinał dwie kartki  papieru.
Tym razem w podziemnym korytarzu nie  brakowało żarówek. W drodze do magazynu
zajrzała do bufetu, ale porannej dostawy świeżych  bułek jeszcze nie było, lecz zamówiła i
zapłaciła za  śniadanie- kajzerkę z masłem i dżemem różanym. Wracając z magazynu miała
zamiar, podobnie jak wielu pracowników, napić się kawy i zjeść śniadanie. Koleżanki nieco
się z niej podśmiewały, że jest jedyną osobą w całym olbrzymim biurze  projektowym, która
je coś tak dziwnego jak dżem różany.
W magazynie czekała ją niespodzianka - zamiast niezbyt lubianej magazynierki przy biurku
siedział młody, całkiem przystojny facet.  Na widok Marii poderwał się z krzesła i uśmiechnął.
Całkiem miło wygląda - pomyślała Maria i zapytała: a pani Zofii dziś nie ma?
Nie ma i chyba już nie będzie - podobno odeszła  z pracy i teraz  ja tu trochę się porządzę.
Nazywam się....widzę, przerwała mu Maria, przecież ma  pan identyfikator bardzo dobrze
czytelny.
No tak - wyjątkowo duży druk jak na taką niewielką plakietkę- uśmiechnął się serdecznie.
A ja mam dla pana, panie Jacku prezent - w ub. miesiącu brałam z magazynu dziurkacz,
ale on nie dziurkuje, więc go zwracam i chcę dostać inny - może być mniej masywny, ale
koniecznie musi przecinać  więcej niż dwie kartki na raz.
Magazynier obejrzał ów cud techniki biurowej i odłożył na bok. A co mam dla pani
naszykować?
Maria podała mu kartkę - tu wszystko wypisałam. Umówmy się tak, że ja  panu ją zostawię,
pójdę do stołówki na śniadanie, wracając wstąpię a jeśli nie będzie jeszcze wszystko do
odbioru to pan do mnie  zatelefonuje gdy już wszystko będzie i ja po to przyjdę.
Na górze jest napisane  dla której to pracowni, a numer znajdzie pan w spisie telefonów.
Maria uśmiechnęła się, okręciła  na pięcie i wyszła.
W bufecie już siedziało sporo osób, w tym kilka jej koleżanek, więc odebrawszy swe
śniadanie przysiadła się do ich stolika.
Dziewczyny, jest nowy magazynier w artykułach biurowych- poinformowała.
Dorota spojrzała na nią zdziwiona- a  co, tego  młodego  Jacka już nie ma? Dwa tygodnie
temu brałam do pracowni kalkę i już pani Zosi nie było i był taki młody Jacek.
Maria roześmiała się - a ja myślałam, że wam opowiem nowinę  no i nie udało się.
Tak jak  obiecała, Maria  po śniadaniu zajrzała do magazynu, a pan Jacek ją poinformował,
że jeszcze nie wszystko zgromadził i że potem zatelefonuje.
Gdy wróciła do swego pokoju szefa jeszcze nie było. Usunęła kartkę, którą  zostawiła na
jego biurku i zaczęła porządkować dokumentację, którą miała tego dnia wysłać.
Sprawdziła czy są aby wszystkie  wymagane podpisy i pieczątki, czy  zawartość teczek
zgodna jest z wykazem  na piśmie przewodnim, przewiązała wszystko sznurkiem .
Postanowiła zaczekać z zaniesieniem  tego wszystkiego  do przyjścia szefa-  niech wie, że
się nie obijam - pomyślała.
Ten stos dokumentacji wcale nie jest lekki, chyba tym razem  zjadę windą - pomyślała.
W drzwiach wpadła na swego szefa - oooo, wystękał- skoro idzie pani do kancelarii  to
wracając proszę zajrzeć do bufetu i kupić mi ze 20 deko pasztetowej, zaraz dam pieniądze-
pogrzebał w kieszeni płaszcza i wcisnął Marii w rękę pieniądze. I niech pani nie idzie na
skróty ale podziemiem, na dworze jest bardzo zimno. Maria  kiwnęła głową- dobrze, kupię.
O Boże, jak ten facet może jeść tę pasztetówkę niemal codziennie - pomyślała. Mnie już
sam jej wygląd przyprawia o mdłości a i zapach ma dziwaczny. A wygląda jak mielony
papier toaletowy.
I choć miała nie iść do drugiego budynku na skróty wysiadła na parterze i przebiegła
te 70 metrów dzielące oba budynki.
W kancelarii wysyłkowej na widok stosu teczek dziewczyna o bardzo bladej twarzy tylko
jęknęła - ja już nie mam gdzie tego kłaść by to zapakować. Dobrze, że związane , to może
połóż to na podłodze, zaraz to wpiszę i dostaniesz numer wysyłki.
Po 10 minutach Maria wędrowała podziemiem do stołówki, po tę nieszczęsną pasztetową.
Przy okazji wzięła dla siebie kubek kawy.
Wracając do  swego pokoju myślała o tym, by zmienić pracę, ale to wcale nie było łatwe.
Teoretycznie władza zapewniała pracę wszystkim obywatelom, mężczyznom zwłaszcza.
Oni mieli obowiązek pracy do 45 roku życia, kobiet to nie  dotyczyło. Rok wcześniej
zrobiła maturę, ale na wymarzone studia plastyczne nie poszła - nie zgodzili się na to jej
rodzice. Ich argumentacji Maria nie mogła pojąć - wg nich artysta plastyk to nie był
zawód zapewniający komukolwiek utrzymanie i jak mawiała mama "mężczyźni plastycy
to alkoholicy a kobiety....zwyczajne dziwki." Popracuj z rok, pomyśl nad prawdziwymi,
pożytecznymi studiami, a może w międzyczasie wyjdziesz za mąż?
Maria miała kogoś "na kształt" narzeczonego, ale  właśnie pół roku wcześniej  zupełnie
przypadkiem odkryła, że ten ponoć szaleńczo w niej zakochany facet, który się właśnie
rozwodzi (rzekomo dla niej)  nie jest wcale jej wierny.  Zaczęła go bacznie obserwować
i wkrótce przyłapała go na kłamstwie.
Chciała z nim to wszystko wyjaśnić, ale on poczuł się dotknięty i przestali się widywać.
Oczywiście w domu nie pisnęła ani słowa i rodzice nadal myśleli, że się z nim spotyka.
A poznała go przez znajomych, gdy miała 17 lat. Dość długo rodzice nic nie wiedzieli
o jego istnieniu, aż do chwili gdy Maria dostała ataku wyrostka robaczkowego w czasie
randki i Jerzy odwiózł ją do szpitala gdzie natychmiast trafiła na stół operacyjny, a on
stamtąd powędrował do jej rodziców, przestawił się, opowiedział  pokrótce o sobie,
a na zakończenie powiedział, że bardzo Marię kocha, rozwodzi się i gdy tylko dostanie
ów dokument to chce się z Marią ożenić. To nic, że jest od niej starszy o te  drobne
22 lata, on Marię kocha, zapewni jej dostatnie życie i jeśli będzie  chciała po ukończeniu
liceum studiować, to on nie ma nic przeciwko temu. Niech studiuje, studia jeszcze
nikomu nie zaszkodziły, a on postara się namówić ją na studia ekonomiczne.
Po powrocie  ze szpitala Maria zaczęła bywać u jego rodziny, matki i brata, i była jego
oficjalną narzeczoną. Oczywiście wszyscy znajomi Jerzego też ją tak traktowali.
                                                ciąg dalszy nastąpi

P.S.
Jak zwykle mam prośbę - możesz nie komentować,
ale bądź miłym cztelnikiem i zostaw choć znaczek:  taki;(  ,  lub taki;),  bo lubię
wiedzieć kto mnie czyta;))))

sobota, 14 grudnia 2019

Samotność

Samotność niejedno ma imię, podobnie jak miłość. Może być nawet wtedy gdy
dookoła nas są osoby dla nas  najbliższe.
Samotność może być stanem psychicznym lub stanem fizycznym. a może być
wynikiem obu tych  stanów łącznie.
Z wiekiem przestałam być stworzeniem towarzyskim - w pewnej chwili zaczęły
mnie męczyć tzw. "biesiady", czyli spotkania w dużym gronie przy stole pełnym
jedzenia i picia.
Nie miałam trudności z podaniem wielu przyczyn, które uniemożliwią  nam
przybycie na super "wyżerkę i wypitkę" w gronie kilkunastu osób.
Z czasem przestaliśmy bywać  na "imprezach" i tym samym przestaliśmy też takie
przyjęcia organizować. Nie, nie zerwaliśmy długoletnich znajomości, nadal się
spotykaliśmy, ale  w bardzo okrojonym składzie, najczęściej we dwie pary.
Obojgu nam taki  układ pasował.
Można było w spokoju porozmawiać na wszystkie tematy, bez przekrzykiwania
się, a przygotowanie takiego spotkania nie spędzało snu z powiek i sprzątanie po
nim nie groziło  zmęczeniem lub kontuzją.
Dziecko zamieniło  się  tymczasem w osobę dorosłą i przeprowadziło się o 1200
km od domu rodzinnego.
Przedpołudnia, gdy moja druga połowa  była w pracy spędzałam albo nad jakąś
robótką- haftowałam, szydełkowałam, wyżywałam się  w technice decoupage lub
robiłam jakąś biżuterię z koralików albo spotykałam się z moimi dwiema bardzo
serdecznymi  przyjaciółkami- z jedną chodziłam do warszawskich galerii sztuki,
do muzeów lub do kina, z drugą chodziłam  na spacery z naszymi psami, oraz
na wszelkie zakupy, a czasem  w miejsca dziwne - do małych sklepików ze
starociami na różnych warszawskich  bazarach.
Dużo czasu spędzałam też w domu sama, jedynie w towarzystwie swego psa.
I nigdy nie czułam się samotna.
Myślę, że gdzieś jest zapisane, że każdy z nas musi przeżyć wszystkie stany
psychiczne- nie uda się przejść przez życie bezstresowo -  wszystko zaczęło się
nagle komplikować.
Mąż mojej przyjaciółki, tej od wypraw do muzeów, zachorował ale o tym że
jego dolegliwości są wynikiem poważnej choroby dowiedział się dopiero
wtedy, gdy zaczął się leczyć prywatnie. Chorował w sumie 6 lat a operacja,
która miała przynieść poprawę stanu  zdrowia odebrała mu życie.
W niedługi czas potem zachorował mój mąż - teoretycznie operacja się udała,
ale przez niemal 4 miesiące był zawieszony między  życiem a śmiercią w wyniku
komplikacji pooperacyjnych. Udało się jednak, wyżył. Przeżyłam ten straszny
czas, łudząc się, że wreszcie  minęło to co  złe.  Ale nie przewidziałam, że zło
nie mija, nie odchodzi w siną dal,  ale się tylko przyczaja.
Okazało się, że ta przyjaciółka od  różnych zakupów ma raka piersi i to
najpaskudniejszą odmianę.
Zmiana była mikroskopijna, mniej niż 5 mm, ale amputowano całą pierś.
Powiedziałyśmy sobie głośno, że w tym wieku to już  odjęcie piersi nie jest
problemem.
Zmianę opatrunków,  sprawdzanie ilości limfy szpital scedował na dom - bez
zastanowienia czy pacjentka ma na to warunki. Dałyśmy radę, zmieniałam
opatrunki i chwaliłam ją  cały czas jaka jest dzielna. Łykała leki cytostatyczne,
chodziła na kontrole. Byłyśmy niemal pewne, że wygrała, bo po 5 latach od
operacji wszystkie badania wychodziły bardzo dobrze.
W międzyczasie druga  z moich przyjaciółek, ta od muzeów, doznała udaru.
Przeżyła 3 miesiące, już wszystko szło  ku dobremu i....przyplątało się zapalenie
płuc i zator płucny- wszystko gdy jeszcze była w szpitalu. Odeszła, ale  wiem,
że od chwili śmierci męża nie chciała już dłużej żyć. Podobnie jak mój mąż i ja,
byli ponad 50 lat razem i bardzo się kochali.

W sierpniu, zupełnie niespodziewanie zmarł we śnie mój mąż.
Minęły już cztery miesiące a ja nie mogę otrząsnąć się z  szoku. Niedowierzanie
miesza się z przerażeniem, z protestem, bólem i tęsknotą.
I po raz pierwszy w życiu czuję koło siebie straszliwą pustkę - samotność, której
nic nie jest w stanie pokonać. Nic, zupełnie nic nie jest w stanie pokonać tego
uczucia kompletnego opuszczenia.
Zło znów ukazało swe oblicze - miesiąc temu odeszła moja druga przyjaciółka-
rak, tym razem wyjątkowo złośliwa  odmiana chłoniaka węzłów chłonnych szyi.
Nie było ratunku, bo organizm  nie wytrzymał chemii.
I tłucze mi się po głowie pytanie - dlaczego zło czające się przy mnie  nie zabierze
mnie? To naprawdę byłby dobry uczynek.