piątek, 26 maja 2017

Z pamiętnika Nijakiej.

Nijaka to moje  drugie  imię. Nijakość to nie tylko wygląd, to także charakter.
I poglądy.  I sposób myślenia. A także to wszystko co mnie w życiu spotyka.
Dwa razy byłam jedną nogą w innym wymiarze - ale o tym nie wiedziałam.
Raz jako czterolatka, drugi raz w  dwadzieścia lat pózniej.
Z okresu dzieciństwa to pamiętam tylko, że gdy wyzdrowiałam na nowo uczyłam
się chodzić.
W drugim przypadku rzecz cała była w trakcie operacji i dopiero w kilka miesięcy
pózniej poinformowano mnie łaskawie o tym co się ze mną działo.
Napisałam o tym, bo też taka jakaś nijakość w moim życiu - inni jak zaczynają się
wybierać w inny wymiar to widzą jakiś tunel, jakieś światło, czują coś- a ja nic
 nie czułam, nie  widziałam, nawet nie wiedziałam że coś się dzieje "nie tak".
Szkoła to też była jedna wielka nijakość - lubiłam biologię, chemię, z fizyki
rozumiałam tylko  to co dotyczyło elektryczności, uwielbiałam język polski, ale
generalnie w szkole się nudziłam, koszmarnie się nudziłam. Czytałam strasznie
dużo, uczyłam się wielu rzeczy, tyle tylko, że nie były one w programie szkoły.
Więc pod względem  nauki też byłam nijaka.
I co jakiś czas zdarzały mi się dziwne przypadki.Kiedyś miałam jechać z moją
ciotką podmiejskim pociągiem do Pruszkowa, o jakiejś określonej godzinie.
Ale coś mi "odbiło" i wybrałam się do fryzjera by mi fachman nieco skrócił
włosy.
Facet tak mnie obsmyczył, że wracałam od niego z płaczem a w domu wręcz
wpadłam w histerię. To nie był płacz, to było wręcz wycie.Zupełnie się nie
mogłam uspokoić.
Wyglądałam tak jakby mi ktoś  założył na głowę miskę i obciął to wszystko co
spod niej wystawało.Urządziłam taki cyrk, że w końcu ciotka zdecydowała się,
że pojedzie sama,  następnym pociągiem.
Była na mnie wściekła i obrażona.
Wróciła po 2 godzinach wielce zdenerwowana - gdy dotarła na dworzec  to
dowiedziała się, że pociąg, którym przez moją histerię nie pojechała, miał kolizję ,
wypadł z szyn i wpadł na inny pociąg i sporo osób było bardzo ciężko rannych.
Mój atak ciężkiej histerii został mi wybaczony.
W uczuciach też mi szło nijako - w szkole miałam głównie przyjaciół ale nie
przyjaciółki. Jakoś  znacznie lepiej dogadywałam się z chłopakami niż
z dziewczynami. Bo nie obgadywali, nie plotkowali, można było z nimi na wiele
tematów pogadać, nawet na różne zakazane tematy.
W miłości niby nie było tak  żle - dopóki nagle,  zupełnie  bez powodu, przyszło mi
do głowy wybrać się do wytwornego zakładu  fryzjerskiego, z którego usług
oboje z ukochanym  korzystaliśmy.
Spotkałam naszą wspólną znajomą, która była krótkowidzem, ale bardzo często nie
nosiła okularów, a która wyraziła wielkie zdziwienie, że znów jestem brunetką, bo
jeszcze tydzień temu widziała mego ukochanego ze mną, ale wtedy byłam jasną
blondynką.
No cóż, znów dziwny przypadek, bo tydzień temu mój ukochany, wręcz narzeczony,
niemal mąż, był rzekomo w delegacji zagranicznej.
Tak naprawdę nawet nie usiłowałam tego wyjaśnić- uznałam, że nie ma po co.
Rok póżniej wyszłam za chłopaka, którego znałam "z daleka" od roku, z bliska-
tylko pół roku.
Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że powinnam za niego wyjść -jesteśmy do dziś
razem.
W moim mieście mieszkam od urodzenia, schodziłam je w dzieciństwie i w wieku
szkolnym wzdłuż i wszerz. A już  dzielnicę, w której mieszkałam, znałam jak
własną kieszeń. Na moich oczach zrujnowane domy odzyskiwały nowe życie, te
bardziej zrujnowane były rozbierane, ruiny pomału znikały.
I nagle, w biały dzień zgubiłam się. Weszłam w małą uliczkę, z jednej strony
zamkniętą zabudowaniami i ogrodzonym podwórzem.
Ale tym razem podwórze na końcu ulicy miało bramę, której nigdy przedtem nie
widziałam  i brama ta była otwarta. Zupełnie nie mam pojęcia po co weszłam na
 to podwórze. Teoretycznie powinnam była  przejść nim na inne podwórze pomiędzy
dwoma rządami dwupiętrowych domów. Ale wcale tego podwórza nie było  i tych
stojących po obu stronach domów również nie.
Szłam coraz bardziej zdezorientowana, zupełnie nie wiedziałam dokąd dojdę.
W końcu wyszłam wprost  na bramę Przedsiębiorstwa Miejskiej Zieleni. Obejrzałam
się  chcąc wrócić tą samą drogą, ale nic z tego- droga, którą tu doszłam zniknęła.
 Zrobiło mi się niedobrze, zaczęłam się zwyczajnie bać.
Byłam na skrzyżowaniu Rakowieckiej i  Boboli. Obróciłam się na pięcie i poszłam
Rakowiecką mijając po drodze uliczkę, na końcu której się  zgubiłam.
Weszłam w nią  na kilkanaście kroków, spojrzałam i zobaczyłam, że wszystko jest
na niej tak jak zawsze było i zawróciłam. Nie miałam odwagi dojść do jej końca
i sprawdzić, czy nadal  brama tego podwórza jest otwarta.
Zawróciłam, powędrowałam Rakowiecką do Kieleckiej i Kielecką doszłam do domu.
W domu tak na wszelki wypadek zmierzyłam sobie temperaturę - była normalna.
Do dziś nie wiem po jakie licho  poszłam na tę małą uliczkę  i po co przeszłam przez
tę bramę i dlaczego nie było tam tych domów ani przykościelnego sadu ani budynku,
w którym  wtedy był kościół  a w drugiej części seminarium.
W wiele lat pózniej byłam na działce u wujostwa, nad Liwcem. I znów  trafiłam nie
wiadomo dokąd.
Do Liwca było mniej niż  100 metrów, w tym miejscu były zabudowane tylko dwie
działki - wujostwa i ich znajomych. Odludzie jak licho. Do wsi trzeba było wędrować
4  kilometry, trochę przez las, trochę polami.
Postanowiłam, że powędruję do wsi i kupię od któregoś z gospodarzy mleko i jajka.
Dziecko  zostawiłam pod opieką cioci i wujka a sama powędrowałam z bańką i
koszykiem do wsi. Przedtem mi wujek dokładnie wytłumaczył jak mam tam trafić.
Bywałam na ich działce wcześniej i skoro trafiłam na ich działkę wg opisu to byłam
pewna, że do wsi trafię bez problemu. Miałam iść drogą aż pod las, potem kawałek
pod lasem w prawo i skręcić w pierwszą drogę w lewo, przejść nią przez las i za lasem,
w prawo skośnie już widać było wieś.
Niestety nie trafiłam do wsi, chociaż szłam zgodnie z tym co mi wujek powiedział.
Dotarłam do lasu, poszłam drogą pod lasem, przeszłam  drogą na drugą stronę lasu
(pierwszą drogą, która odchodziła w  lewo) i tu mi się "mapa skończyła".
Szłam i szłam a wiochy nie było. Za  to z 50 metrów od  drogi stał śliczny parterowy
domek, obrośnięty ciemnofioletowymi pnączami, chyba clematisami. Przy małym
płotku rosły malwy. Dom miał mały ganek też obrośnięty clematisami.
Wszystko było starannie pozamykane, w oknach wisiały białe koronkowe  firanki,
na zewnętrznych parapetach okien stały skrzynki z fioletowymi petuniami albo
surfiniami.
Stałam i gapiłam się na ten domek oczarowana. W końcu  uznałam, że chyba jednak
się zgubiłam i wróciłam tą samą drogą, która przyszłam.
Bo gdyby to była dobra droga, to powiedzieli by mi, że po drodze jest taki  mały,
wielkiej urody domek.
No i była afera - poszła sierota głupawa do wiochy i nie trafiła. Więc opowiedziałam
o tym domku. Okazało się, że nikt tu żadnego takiego domku nigdy nie widział.
Dwa dni go szukałam- raz  jeżdżąc samochodem z ciotką, raz idąc piechotą z wujkiem.
I nie znalezliśmy go, a  na mnie patrzyli się jak na wariatkę, która ma zwidy.
W 5 lub 6 lat  pózniej ktoś  w tym właśnie miejscu wybudował dom- był pomalowany
na ciemno niebieski kolor , w oknach były koronkowe  białe firanki i fioletowe
kwiaty w doniczkach na parapetach okiennych.
Nie widziałam go,bo więcej na  działkę nie jezdziłam, ale powiedziała mi o tym ciotka.
I miała bardzo dziwną minę gdy o tym mówiła.
Co jakiś czas zdarza mi się podejmować decyzje z pozoru przemyślane, ale wcale tak
nie jest.
Czasem po prostu wiem, bez analizowania "za i przeciw" co mam wybrać.  I już nawet
nie zastanawiam się dlaczego  akurat takie a nie inne rozwiązanie wybrałam.
I bardzo często, widząc kogoś po raz pierwszy doskonale wiem, że za jakiś czas nasze
drogi się skrzyżują i jakiś czas będzie to bardzo bliski kontakt.
Było wczesne lato 1981 roku, początek czerwca. Byliśmy  wraz z dzieckiem w Gdańsku
u mojej rodziny. Przy pożegnaniu bratowa powiedziała - "no to przyjedziecie do nas na
Boże  Narodzenie, dobrze?"
Bez namysłu odpowiedziałam- "oczywiście, ale nie wiadomo czy to będzie możliwe".
Nie było możliwe - w Polsce ogłoszono  stan wojenny.
W rodzinie dostałam przydomek " jaszczurczy język".
Przez jakiś czas nigdzie się w dziwny sposób nie gubiłam, ale wieczorami, gdy jeszcze
nie zasnęłam, ale miałam zamknięte oczy, przesuwał mi się pod powiekami tak  jakby
film, a może raczej  projekcja obrazów moich aktualnych myśli.
Otwierałam oczy- film znikał. Zamykałam - toczył się dalej.
W tym czasie miałam problemy zdrowotne - w domu kilkuletnie  dziecko a ja odkryłam
u siebie guzek w prawej piersi.
Bałam się nie o siebie ale o dziecko- może zostanie pół sierotą? I jednego wieczoru,nim
zasnęłam znów toczył się  pod moimi powiekami film. Stałam wraz z innymi, obcymi
kobietami na jakimś placu. Byłyśmy wszystkie ubrane w białe długie koszule, przed
nami stali jacyś mężczyzni- też w takich białych, długich "szmatach". Jeden z nich
podszedł do mnie i dość mocno dotknął mojej piersi w  miejscu tego guzka. Czułam
ten dotyk wyraznie. Po chwili powiedział- jesteś zdrowa. to nic groznego.
Otworzyłam oczy i usiadłam na łóżku. Dziecko spało spokojnie, a ja jeszcze czułam ten
dotyk i docierał do mnie sens tych słów. Opadłam na poduszkę i spokojnie zasnęłam.
W tydzień pózniej pani onkolog,  specjalistka w tej dziedzinie obejrzawszy moje
wyniki tomografii komputerowej i obmacawszy dokładnie  tę pierś zawyrokowała- jest
pani zdrowa, w obu piersiach dużo się dzieje, ale to nic groznego. Pozostaje tylko
i wyłącznie obserwacja. I rzeczywiście dużo się ciągle działo, coś  znikało, czasem
coś przybywało i zawsze kończyło się  tylko na dalszej obserwacji.
I tak się toczy ta moja  nijakość - jedno jest pewne od tamtej operacji gdy byłam
bezwiednie na granicy życia,przestałam się  bać śmierci. To po prostu kolejny etap
naszej egzystencji, która chyba nigdy nie ma końca.
W przeciwieństwie do tego pamiętnika.




poniedziałek, 15 maja 2017

Epilog

Przygotowania Lusi do wyjazdu polegały głównie na skompletowaniu nowych
strojów, zwłaszcza na okres zimowy.
Przewidywała, że wyjedzie  co najmniej na dwa lata  a potem wrócą do Polski,
więc nie zabierała z domu przeróżnych rzeczy  o charakterze pamiątkowym.
U tłumacza przysięgłego przetłumaczyła akt  ślubu , swoją metrykę i dyplom
ukończenia Szkoły stenotypii i języków obcych.
Bez problemu otrzymała paszport, a ku swemu zdumieniu zobaczyła, że ma
w paszporcie wbitą wizę kanadyjską pobytową. Nie zaprotestowała, chociaż
ją to mocno zdziwiło. Wizę niemiecką miała tylko na 3 dni, tranzytową,
podobnie jak szwajcarską.

Ale, jak sama mawiała, świat składa się głównie z rzeczy dziwnych.
LOT zawiadomił ją, że jest dla niej bilet otwarty na przelot na trasie Warszawa-
Frankfurt-Zurych -Toronto, z dodatkowym nadbagażem w wys. 30 kg,więc
proszą by się do nich zgłosiła. Ten układ trasy mieścił się w milażu biletu.
Andrzej z kolei poprosił by na razie zrobiła rezerwację na trasie Warszawa-
Frankfurt a dalszą trasę miała rezerwować dopiero we Frankfurcie. Tam
odbiorą ją jego rodzice, bo on już leci do Kanady. Będzie tam przed czasem,
bo chce znależc dla nich jakieś mieszkanie najlepiej blisko szpitala.
Poza tym powinna wylecieć z W-wy w końcu  lutego.
I ma koniecznie zawiadomić jego rodziców kiedy i jakim  rejsem doleci do
Frankfurtu. Resztę wiadomości otrzyma od rodziców.
Wiadomość, że  może wziąć aż 50 kg bagażu wielce ją rozśmieszyła.
Już widziała oczami wyobrażni siebie ciągnącą te 50 kg bagażu.

Szef twierdził, że jest bardzo, bardzo niepocieszony utratą swej ulubionej
sekrtarki, ale rozumie, że Lusia przecież jedzie do  męża.
Ostatniego dnia pracy Lusia otrzymała.....kosz azalii, widać, że szef miał
wyrazną słabość do tych kwiatów.

W dniu "0" Lusia była zupełnie roztrzęsiona - po raz pierwszy na tak długo
rozstawała się z mamą, po raz pierwszy jechała do Europy  Zachodniej ale
jednocześnie cieszyła się, że wreszcie  zobaczy Andrzeja.
Do tego wszystkiego była śpiąca, bo wieczorem zupełnie nie mogła zasnąć.
Na lotnisko odprowadziła ją mama z Witoldem.
Wielkość lotniska we Frankfurcie (a było to jeszcze przed jego przebudową)
nieco ją przeraziła. Na szczęście komunikaty i napisy były nie tylko w języku
niemieckim ale i w angielskim.
Gdy tylko wyszła po odprawie paszportowej i celnej wpadła w objęcia swej
teściowej, która porwała Lusi bilet lotniczy i pobiegła z nim gdzieś w dal po
sticker na dalszy lot.
W niecałą godzinę pózniej  siedziały w samolocie lecącym  do Zurychu.
W Zurychu zostały odebrane przez Lusinego teścia a nim wyszli z lotniska
tym razem teść zajął się biletem Lusi i zrobił dalszą rezerwację. Zgodnie
z tym "co zarządził" Andrzej, w dalszą drogę Lusia miała wyruszyć za
tydzień.
Teściowa zajmowała się Lusią tak,  jakby była małym, zagubionym dzieckiem.
Przytulała, całowała, obdarowała różnymi "niezbędnymi" rzeczami, w tym
lekkim ale ciepłym futerkiem, kilkoma swetrami, które w Polsce bywały tylko
w komisach, zmusiła do wyprawy po ciepłe botki i ciepłe wełniane spodnie.
Cały czas Lusia słyszała, że Andrzej to ma szczęście mając taką żonę.
Obejrzała szew poopoeracyjny Lusi, kupiła jakąś maść, prosiła by Lusia
codziennie, a najlepiej dwa razy dziennie wmasowywała ją, to blizna ładnie
się wygoi i śladu nie będzie.
Odlatując  w dalszą trasę Lusia miała dwie bardzo  duże walizki, bo teściowa
dołożyła jeszcze jakieś rzeczy dla Andrzeja. I jakoś tak się porobiło, że bagażu
było ponad 40kg. Lot był co prawda długi, ale Lusia już się psychicznie
pozbierała, bo teściowa cały czas ją zapewniała, że dla niej to ona  jest takim
samym jej dzieckiem jak Andrzej i że oni zawsze, nawet z daleka, o nich
zadbają.
W Toronto dość długo czekała na bagaż, potem "polowała" na wózek bagażowy
i wyszła ze strefy przylotów niemal ostatnia.
Rozejrzała się dokładnie, ale nigdzie nie było Andrzeja.
Gdy tak stała nieco zdziwiona jego nieobecnością, usłyszała komunikat, że pani
S-ka proszona jest do informacji. Tam dowiedziała się, że "pani mąż przyjedzie
po panią za godzinę, prosi by pani zaczekała na niego w barku kawowym".
Andrzej dotarł za pół godziny- wycałował, przeprosił bo nie mógł wyjść na czas
z bardzo ważnego pokazowego wykładu.

Lusia szybko się odnalazła w Toronto.
Wynajęte mieszkanie było z pełnym umeblowaniem i wyposażeniem kuchennym.
Mając wizę  na pobyt stały Lusia zaczeła pracować w prywatnym gabinecie
lekarskim jako recepcjonistka. Andrzej po stypendium dyplom lekarza uzyskał
na kanadyjskiej uczelni i rozpoczął pracę w szpitalu.
W 1968 roku, po zajściach marcowych, do Kanady przyjechali rodzice Andrzeja.
Skorzystali z okazji, że trwały czystki w resorcie  dyplomacji i wyemigrowali.
Lusia w końcu zdecydowała się na posiadanie dziecka, zwłaszcza, że teściowa
oferowała jej swą pomoc.
Prze cały okres ciąży Andrzej drżał o Lusię i nienarodzone jeszcze dziecko a gdy
Lusia  rodziła omal nie zszedł na serce, tak się bał o nią i dziecko.
Zapewnił jej naprawdę świetne warunki i bezbolesny poród a maluszka przebadało
zaraz po urodzeniu chyba z pięciu jego kolegów, pediatrów.
Przy drugim dziecku, w dwa lata pózniej był już bardziej odporny. Drugi maluszek
też był zdrowym chłopczykiem.
Teściowa, zgodnie  z obietnicą, bardzo pomagała Lusi, jednocześnie nie odbierając
jej "berła pani domu".
Początkowo Lusia i Andrzej planowali powrót do Polski, ale w końcu nie wrócili.
Zamieszkali razem z rodzicami Andrzeja we Włoszech i mama Lusi wraz z Witoldem
przyjeżdżali do nich co roku w czasie wakacji.
                                                         KONIEC



niedziela, 14 maja 2017

cz.XVIII

A jednak było trochę tradycji, co nieco zaskoczyło Lusię.
Gdy już wszyscy zgromadzili się przy stole Andrzej wyjaśnił cel swej
wizyty- przyjechał do Warszawy poprosić Lusię o to, by została jego żoną,
a ona w swej wielkiej łaskawości zgodziła się.
A teraz on prosi, by pani Julia akceptowała  ten plan  a Lusia żeby przyjęła
pewien drobiazg-  i .... z kieszeni dżinsowej koszuli wyszarpnął małe
pudełeczko, które podał Lusi.
W środku , otulone błękitnym aksamitem, leżały dwie obrączki.
Ta mniejsza z trzema mini diamencikami, ta większa bez nich.
Wziął tę mniejszą i wsunął ją na serdeczny palec Lusi  lewej ręki , a Lusia
przytomnie wzięła drugą obrączkę i udekorowała nią w ten sam sposób
lewą rękę Andrzeja.
Powiedział, że obie są platynowe i będą ich obrączkami ślubnymi, ale po
ślubie będą je  nosili na palcu serdecznym prawej ręki.
A Lusia to ma takie szczupłe paluszki, że trzeba było obrączkę robić  na
zamówienie.
Widać było po nim, że odetchnął z ulgą gdy tej ceremonii stało się zadość.
Lusia przytomnie zauważyła, że on się tej obrączki nie nanosi, głównie
z racji swego  przyszłego zawodu.
Ale Andrzej i na to miał sposób - będzie ją nosił na łańcuszku, tak jak teraz
tę swoją część medalionika.
To się będą dziewczyny nabierać nie widząc obrączki na twym palcu -
droczyła się z nim Luśka.
I dopiero teraz powiedział mamie  Lusi, że dostał stypendium w Kanadzie,
że chcą z Lusią wziąć ślub na początku grudnia, bo stypendium jest od
1 marca.
Wie, bo już to sprawdzał, że będzie mógł ściągnąć do siebie Lusię,
oczywiście na swój koszt.
Mamie Lusi jakoś wydłużyła się mina, ale w tej samej chwili odezwał się
Witold, że skoro  zrobił się teraz taki narzeczeńsko-małżeński wieczór, to
on chce poprosić Lusię, by pozwoliła  wyjść swojej mamie za mąż za niego,
gdy tylko  Julia otrzyma z sądu  orzeczenie o rozwodzie.
Zaskoczył tym oświadczeniem nie tylko Lusię ale i obiekt swych uczuć.
A potem Witold zaczął rozmowę z Andrzejem na tematy fachowe i pani
Julia powiedziała- no to mamy dziś facetów z głów, nie ma to jak pogadać
sobie o szpitalu, medycynie, dyżurach i ciekawych przypadkach.

Julia z Witoldem wyjechali nad morze, a Lusia z Andrzejem odwiedzali
razem "stare kąty" w Warszawie,pobrali swoje akty urodzenia z archiwum,
złożyli odpowiednie dokumenty potrzebne do wzięcia ślubu,wybrali termin .
Pławili się w szczęściu i miłości aż do chwili, gdy w następnym tygodniu
Lusię, w krótki czas po  zaśnięciu, obudził okropny ból brzucha i mdłości.
Andrzej stanął na wysokości zadania-przeprowadził najprostsze z możliwych
badanie, dzięki któremu stwierdził że  to wina wyrostka robaczkowego.
Niewiele myśląc zatelefonował do brata swojej mamy, który był ordynatorem
w jednym z lepszych warszawskich szpitali i poprosił o pomoc, bo jego
narzeczona ma ewidentnie atak wyrostka robaczkowego.
Starszy pan, rad nie rad przyjechał, zbadał Lusię, wezwał pogotowie i całą
trójką, na sygnale, pojechali do szpitala, w którym pracował.
W laboratorium natychmiast zrobiono badanie na obecność białych krwinek.
Ich ogromna ilość spowodowała, że o drugiej w nocy Lusia  znalazła się na
stole operacyjnym.
Andrzej szalał z niepokoju, bał się, że to może być już rozlany wyrostek. 
Całą operację oglądał z okna "teatru" tak jak to zwykle oglądają  studenci
medycyny.
Świadomość, że tam w dole leży jego ukochana niemal odbierała mu trzezwą
ocenę sytuacji. Teraz dopiero zrozumiał, czemu żaden chirurg  nie operuje sam
swoich bliskich.
Po operacji, w czasie której okazało się, że na szczęście wyrostek nie pękł,
choć był pełen ropnej treści, siedział przy  Lusi aż do samego rana, czekając
by obudziła się  z narkozy.
I chociaż bardzo protestowała i piszczała , że zaraz wszystko jej z brzucha
ucieknie, kazał jej chodzić, by nie tworzyły się zrosty pooperacyjne.
Następnego dnia Lusia opuściła szpital.
W siedem dni pózniej wujek Andrzeja usunął jej w domu szwy, sprawdził
palpacyjnie okolice pooperacyjne i kazał ten dzień przeleżeć do końca bez
wstawania. A potem miała ograniczyć do minimum chodzenie na wysokich
obcasach przez miesiąc. I po tym terminie miała koniecznie odwiedzić go
w szpitalu by mógł skontrolować jej stan zdrowia.
Andrzej wychodził ze skóry by Lusi rekonwalescencja przebiegała jak
najlepiej i jak najsprawniej. Takiego Andrzeja  Lusia jeszcze nie znała.
Opoznił swój powrót na uczelnię o cały tydzień, nie chciał wyjeżdżać nie
mając pewności, że wszystko z jej zdrowiem jest w należytym porządku.
Przyznał się Lusi, że umierał wręcz z niepokoju, a jej widok na  stole
operacyjnym przyprawił go wielki ból i niepokój.
Lusia dziwiła się, przecież była pod bardzo dobrą opieką, ale Andrzej
wiedział co mówi - tak naprawdę nie ma  bezpiecznych operacji, każda
interwencja  chirurgiczna może mieć złe zakończenie.

 Przyjechała mama Andrzeja. Lusia miała  "lekkiego pietra".
No bo co będzie jeśli nie spodoba się swej przyszłej teściowej?
Nie wiedziała, że jego mama gdyby tylko mogła przychyliłaby swemu
synkowi nieba. Nie wiedziała też, że Andrzej nie ukrywał przed swą
mamą,  jak bardzo jest do Lusi przywiązany, jak bardzo ją kocha i jak
bardzo za nią tęskni.
Gdy przyszła  teściowa przyjechała z wizytą do domu  Lusi, w ciągu
zaledwie godziny wszystkie trzy poczuły jakąś dziwną więz - tak jakby
wszystkie trzy  znały się i przyjazniły od lat.
Pod koniec wizyty mama Andrzeja mówiła do Lusi per "córeńko", Lusia
do niej po imieniu ( przecież mamę ma się jedną, więc mów mi córeńko
po imieniu) i obie matki też sobie mówiły po imieniu.
Pani Julia nie  mogła się wprost nachwalić Andrzeja jaki to porządny
chłopak i taki mądry i jak zadbał o Lusię w czasie jej choroby.
Obie nieco zasmucał fakt, że "dzieci" będą tak daleko od nich. Z drugiej
strony to może nawet niezle, że oboje będąc daleko od swoich  matek, bo
będą "zawieszeni" tylko na sobie,  co też ma wiele zalet.
Gdy przyszła teściowa wyjeżdżała, Lusia z mamą ją odprowadziły na
dworzec i nie  obyło się bez  łez przy pożegnaniu.

Lusia nieco spózniła się po urlopie do pracy, ale Andrzej dostarczył
do kadr jej zwolnienie lekarskie, więc gdy wróciła do pracy, szef
był wyraznie przestraszony.
Co jakiś czas dopytywał się, jak się Lusia czuje i czy nie chce może
trochę odpocząć.
Obrączkę Lusiną dostrzegł dopiero po kilku dniach i gdy siedzieli nad
planami  klnąc zgodnie  to nudne i dość bezproduktywne zajęcie
powiedział-  widzę, że coś się w pani życiu za jakiś czas zmieni.
Lusia  wściekła, że znów odkryła kolejny błąd w zestawieniach które
nadesłały zakłady, spojrzała na niego niezbyt przytomnym wzrokiem
mówiąc- ale ja nie wiem o czym pan mówi.
Szef dotknął delikatnie jej obrączki - o tym mówię pani Lusiu.
Lusia zaczerwieniła się i uśmiechnęła- przepraszam, jestem tak zła, że
ciągle trafiają się jakieś błędy, że nie bardzo wiem co się dookoła dzieje.
No tak, zmieni się, zaręczyłam się, w grudniu będzie cywilny ślub. Ale
to przecież niczego nie zmieni, nie przestanę z tego powodu pracować tylko
wykorzystam resztę urlopu. A i to palcem na wodzie pisane.
A jak się pojawi baby?-spytał. Lusia roześmiała się - nie sądzę bym prędko
miała zacząć sezon reprodukcyjny. Dzieci to konfliktogenne twory. Mnie
się nie spieszy do posiadania dziecka.
Ani się Lusia obejrzała a nadszedł grudzień.
Ślub był kameralny, Lusia  była w wełnianej, bardzo dopasowanej króciutkiej
sukience w kolorze królewskiego błękitu.
Andrzej odmówił wystąpienia w garniturze - był w czarnych spodniach i
sportowej, granatowej marynarce.
Na  ślubie byli "sami bliscy", czyli rodzice i wujek Andrzeja, Julia z Witoldem
i jego córkami , Lilka z mamą i szef Lusi z żoną.
Wesela nie było, tylko wspólny obiad z uczestnikami ślubu. Obiad był
wielce wytworny w Hotelu Europejskim, gdzie rodzice Andrzeja wynajęli
dla młodych apartament nowożeńców na trzy dni.
Podobała im się ta impreza, w końcu miło jest gdy ktoś obojgu dostarcza
przez 3 dni śniadanie do łóżka i ktoś wszystko posprząta.
Święta i Sylwestra spędzili oddzielnie.
Andrzej zaliczał jakieś egzaminy, a Lusia w Sylwestra siedziała w pracy
aż do 22.00 - najczęściej tak właśnie wyglądały ostatnie dni roku.

Andrzej zostawił Lusi dokumenty , które powinna dołączyć do wniosku
wizowego w ambasadzie Kanady. Aż trzy razy rozmawiała  w ambasadzie
w sprawie tego wyjazdu. Rozmowy toczyły się w języku angielskim.
Z dodatkowych dokumentów miała dostarczyć świadectwo zdrowia. Nie
pytała się po co to świadectwo zdrowia. Równocześnie  złożyła wniosek
o wydanie paszportu.
                                                c.d.n.

sobota, 13 maja 2017

cz.XVII

Szef wrócił z urlopu "spieczony", ale w  bardzo dobrym humorze.
Wyglądem przypominał teraz  nieco Indianina z rezerwatu.
Podobno było cały czas tak gorąco, że większość czasu spędzał leżąc na
materacu pośrodku jeziora i  "troszkę go słońce chwyciło".
Ładne mi  troszkę, pomyślała Lusia.
Zdała szefowi dokładne sprawozdanie z tego co się działo w biurze oraz
 z tego co  opracowała i co jej się w tym wszystkim nie zgadza. Przy okazji
 powiedziała że na urlop to się ona wybiera od 5 września.
Szef bez mrugnięcia okiem  "od ręki" podpisał jej kartę urlopową.
Wypoczęty szef ochoczo zabrał się do pracy razem z Lusią. Prawdę mówiąc
Lusia wykazywała znacznie mniej entuzjazmu.
W drugiej połowie sierpnia większość pracowników była na urlopach. Na
długich korytarzach  panowała przerażliwa pustka, budynek był jak wymarły.
Nawet w porze  lunchu w bufecie było pełno wolnych stolików.A ci co zostali
mieli całkiem sporo pracy.

W domu mama namiętnie wszystko przestawiała i zmieniała. Adwokat ją
zapewnił, że na 100% sąd orzeknie rozwód, więc zaczęła urządzać swą
sypialnię i salon "po swojemu". Dopytywała się  Lusi, co ona chce
zmienić  w mieszkaniu, ale Lusi marzyła się tylko jedna rzecz- nieduża
toaletka, z licznymi szufladkami by pochować w jej wnętrzu różne
kosmetyczne drobiazgi. Widziała kiedyś taką w Cepelii. Lustro było
schowane w podnoszonym blacie , więc był to taki trochę tajemniczy
mebelek. No i przydałby się nowy puf, taki ze schowkiem. Kolor?- byle nie
czerwony.

Pan Witold był teraz częstym gościem. Poprosił Lusię, by mogli mówić
sobie po imieniu, bo tak chyba będzie sympatyczniej.
Gdy mama Lusi szła robić kolację lub jakiś inny posiłek  czy też zmywać,
nie czekał bezczynnie w pokoju, ale szedł do kuchni i razem zawsze wszystko
szykowali.
Matka  Lusi miała na imię Julia, a on mówił na nią "Julinka."
Śmieszyło to Lusię niezmiernie, bo  kojarzyło się  jej z nazwą miejscowości
Julinek, w której była szkoła cyrkowców.
Julia  i Witold planowali "rodzinne" spotkanie, by ich córki mogły się
poznać.
Witold chciał wpierw by spotkanie odbyło się na gruncie neutralnym, ale
Julia  przekonała go, że będzie lepiej gdy spotkanie odbędzie się albo
u niej albo u niego.
Lusi było to w zasadzie obojętne, byleby nie było ono w czasie pobytu
w Polsce Andrzeja.
Poza tym 10 września Julia i Witold wyjeżdżali na dwa tygodnie nad morze.
Z tego wszystkiego wyszło, że takie spotkanie będzie możliwe dopiero
w końcu września albo na początku pazdziernika.
Na razie Lusia obejrzała córki  Witolda na kilku zdjęciach. Wyglądały
całkiem zwyczajnie, ani brzydkie ani ładne, ale buzie miały sympatyczne.

Andrzej dotarł do Warszawy 4 września wieczorem. Jeszcze z dworca do niej
zatelefonował. Umówili się, że "teraz, zaraz" wpadnie po nią taksówką.
Julia wprawdzie tłumaczyła Lusi, że powinni wpierw zjeść tutaj kolację , ale
Lusia stwierdziła, że tylko wezmie z domu jakieś zaopatrzenie na wieczór
i rano.
Od dwóch  dni rzeczy miała już spakowane, walizka stała w przedpokoju
a ona od chwili odłożenia słuchawki telefonu stała na balkonie czekając na
przyjazd Andrzeja.
Gdy tylko przed domem stanęła taksówka Luśka ucałowała mamę, porwała
walizkę i szybko wybiegła  z mieszkania.
Spotkali się na I piętrze i już razem wypadli biegiem z budynku.
Pan taksówkarz jechał ich zdaniem wyjątkowo wolno, no ale w końcu wszak
dojechał. Luśka zapłaciła za kurs, bo Andrzej jeszcze nie wymienił dewiz na
złotówki. Gdy zajechali na miejsce porwał obie walizki i wreszcie mogli się
jeszcze w windzie przywitać nieco dokładniej.
Pootwierali w mieszkaniu wszystkie okna, włączyli lodówkę i nie zapalając
światła padli objęci na kanapę w salonie. W kompletnej ciszy tulili się do
siebie, nie przerywając milczenia. W końcu nieco ochrypłym głosem Andrzej
wyszeptał- wreszcie jesteś przy mnie, moja kochana.
Luśka wyzwoliła się delikatnie z jego objęć, przymknęła i przysłoniła okna,
zapaliła małą lampkę i pociągnęła Andrzeja w stronę łazienki.
I choć była to naprawdę niedaleka droga zdążyli się całkiem rozebrać.
Kąpiel była nadspodziewanie krótka bo woda, z bliżej nieznanych powodów,
była bardzo  letnia.
To pewnie po to, żebyśmy wpierw z lekka oprzytomnieli,  elektrociepłownia
wyraznie o nas dba- roześmiał się Andrzej.
To w takim razie ja zrobię wpierw coś do jedzenia i picia -stwierdziła Lusia
owijając się kąpielowym prześcieradłem, chodz, pomożesz mi.
Pomogę, ale za chwilę i poszedł czegoś szukać w swoim  bagażu.
Za moment wrócił z nową  płytą długogrającą dla Lusi.
Siedzieli w kuchni, słuchali swej ulubionej muzyki i nie spuszczali z siebie
wzroku. 
Gdy przytuleni kołysali się w rytm melodii Lusia wyszeptała mu do ucha-
mam dla Ciebie niespodziankę, od dziś ja będę zabezpieczona, ty nie musisz.
I znów odkrywali się na nowo, tym razem bez  poprzedniego pośpiechu, ale
z wielką tkliwością i dbałością o wzajemne doznania.
Lusia przyznała się Andrzejowi, że była u lekarza specjalisty i dostała od
niego odpowiednie leki antykoncepcyjne szwedzkiej firmy.
Jedyny mankament, że można je kupić tylko w Pewexie za dolary lub bony.
Następnego dnia około południa Andrzej otworzył oczy, rozejrzał się i......
ponownie objął Lusię i spokojnie zasnął.
Przy niespiesznym  śniadaniu, które  jedli w porze gdy większość ludzi je
lunch, Lusia opowiadała o tym, co się dotąd wydarzyło w jej życiu.
W kilku  zdaniach zmieściła wszystko co dotyczyło jej pracy.
A ten twój szef to ma chyba słabość do ciebie, wiesz?- zauważył Andrzej.
Luśka zaśmiała się- nie, tylko ja jestem fachowa siła po szkole sekretarek i
to cały sekret jego słabości do mnie.  Facet ma  córkę w moim wieku i żonę
niewiele ode mnie starszą, więc ma co robić w domu.
Nieco dłuższa była opowieść o wydarzeniach rodzinnych. Andrzej słuchał
bardzo uważnie i gdy tylko Lusia przestała mówić powiedział - mogę  ci
przysiąc, że u nas będzie inaczej.
A co znaczy u nas? - zapytała Lusia wpatrując się mu w oczy.
Jeżeli tylko zgodzisz się wyjść za mnie to będzie właśnie "u nas".
Kocham Cię od zawsze, ale zrozumiałem to dopiero całkiem niedawno.
Czuję to, a raczej wiem, jestem tego pewny, że jesteś moim przeznaczeniem.
Wiesz, że nie potrafię ładnie mówić. Proszę Cię, pobierzmy się.Nie wyobrażam
sobie byśmy znów byli rozdzieleni. I to nie idzie wcale o seks, chodzi o  twoją
przy mnie obecność, teraz i na resztę życia.
Dalsze słowa były już całkiem niezrozumiałe, bo Lusia zamknęła mu usta
bardzo długim pocałunkiem.
Ale ponieważ Lusia nie należała do marzycielek z miejsca zaczęła się na zapas
zamartwiać, co to będzie za małżeństwo na odległość.
Okazało się, że  Andrzej, choć wcale nie był w 100 procentach pewny, czy
Lusia zgodzi się zostać jego żoną, już pewne rzeczy zaplanował.
Tak jak sobie postanowił, bardzo pilnie się uczył, nie zawalał żadnych
terminów egzaminów, niemal nocował w klinice, starał się jak najwięcej
nauczyć.  Efekt był - jeden z profesorów zaproponował mu, by złożył aplikację
na stypendium naukowe do którejś z klinik chirurgii dziecięcej.
Andrzej się zawahał i chciał nawet powiedzieć, że chirurgia dziecięca nie za
bardzo mu leży, ale wtedy profesor, poklepując go po plecach powiedział -
ma pan lekką rękę i jestem pewien, że będzie pan miał wiele  satysfakcji
ratując zdrowie i życie dzieciaków.
 I Andrzej "załapał się" na dwa lata stypendium, ale w...... Kanadzie.
Był bardzo , bardzo zaskoczony, bo to była jedna z lepszych uniwersyteckich
kanadyjskich klinik. 
Pomyślał, że  tylko  wtedy pojedzie, jeśli Lusia  zostanie jego żoną i wtedy
pojadą do Kanady razem.No może nie od razu, bo wpierw on będzie musiał
tam zorganizować ich wspólne życie.
W pierwszej kolejności poinformował o wszystkim swoich rodziców,
potem skontaktował się z Lilką, by sprawdzić swoje notowania u Lusi  a
dopiero potem przyjechał  do Polski uprosić Lusię by została jego żoną.
Oczywiście musiał jak najwięcej o swej wybrance opowiedzieć rodzicom.

Świat jest strasznie mały, a niektórzy mają bardzo rozległe kontakty i nawet
odległość nie gra roli, gdy chcą się czegoś o kimś dowiedzieć.
Ojciec Andrzeja bez trudu trafił na ślad Lusi w ministerstwie, do którego
była przeniesiona służbowo. Minister i ojciec Andrzeja znali się dość dobrze,
a bezpośredni szef Lusi miał o niej jak najlepsze zdanie - skromna, pracowita
odpowiedzialna i bystra dziewczyna. Bardzo dobra znajomość angielskiego.
Bezkonfliktowa, dyskretna, umie samodzielnie pracować.
Te wszystkie wiadomości o Lusi zostały zebrane w ekspresowym tempie, ale
oczywiście ojciec nie powiedział o tym synowi.  Do tego wszystkiego przyznał
się  wiele lat póżniej.
Zapytał się tylko, czy Andrzej  jest pewny swych uczuć, bo małżeństwo to nie
jest romans a wielka odpowiedzialność wpierw za dwoje, a potem jeszcze i za
dzieci. I niech się Andrzej liczy z tym, że być może Lusia wcale nie będzie
chciała być jego żoną i jechać za nim na koniec świata.
Mama była w tym temacie  "dobrym  policjantem" - wychwalała ich uczucie
przywiązania, które przetrwało tyle lat i nieco pouczała syna o potrzebach
psychicznych kobiet, o tym, że potrzebują czułości i delikatności  ale nie
mazgajstwa i niezdecydowania.
Potem powiedziała synowi, że bardzo chciała mieć jeszcze i córkę oprócz
syna, więc jeśli Lusia się zgodzi, to ona ją przyjmie jak własne dziecko.
I to zdanie Andrzej powiedział tego dnia Lusi.
Stanęło na tym, że rodzice nie mają nic przeciw małżeństwu Andrzeja, choć
nie znają właściwie swej przyszłej synowej.Ojciec zapewnił, że na pewno
im na początku pomogą, dopóki Andrzej nie stanie sam finansowo na nogach.

Stypendium Andrzeja zaczynało się od 1 marca.
Lusia przyjęła te dość oryginalne oświadczyny Andrzeja. Takie bez klękania,
wręczania pierścionka i składania  przyrzeczeń.
I zgodziła się jechać z nim na koniec świata, nie tylko do Kanady.
Andrzej poprosił, by zatelefonowała do swej mamy i spytała się, czy mogą
jeszcze tego wieczoru wpaść na chwilę.
Oczywiście mama nie miała nic a nic przeciwko tej wizycie.
Czas do wizyty w domu Lusi spędzili na snuciu planów na najbliższe dni.
Ze spraw ważnych musieli pobrać swe dokumenty z USC i zamówić
termin ślubu. Oboje nie mieli ochoty na  ślub kościelny - wystarczał im
do szczęścia ślub cywilny.  Andrzej wertował kalendarz i swoje notatki by
wybrać termin pomiędzy praktykami w szpitalu i ważnymi wykładami.
W końcu okazało się, że najlepiej będzie wybrać jakąś sobotę na początku
grudnia.
Jako osobnik zupełnie niezorientowany w tematyce ślubnych strojów
zapytał  Lusię,  czy ona musi iść do  ślubu w takiej długiej, białej kreacji,           
bo to przecież będzie  zima, a poza tym to jemu się taki strój nie podoba.
Lusia pocieszyła go, że z pewnością "w czymś takim" nie wystąpi,
bo w takim stroju to się  bierze ślub kościelny a nie cywilny.

W drodze do domu Lusi zahaczyli o bank, piekarnię, kwiaciarnię i cukiernię.
Drzwi otworzył im Witold a mama pokrzykiwała coś z kuchni.
                                                          c.d.n.





piątek, 12 maja 2017

cz.XVI

To było upalne lato. Ci co wybrali się na urlop w lipcu mieli pogodę niczym
nad Morzem śródziemnym. Słońce prażyło niemiłosiernie, ulicami Warszawy
krążyły polewaczki, wszyscy chodzili powoli, dostojnie, chodniki które
były w cieniu miały znacznie większe powodzenie niż te skąpane w słońcu.
Szef zostawił Lusi mnóstwo pracy- musiała zebrać dane z różnych zakładów
i wstępnie je opracować.
Całymi dniami wydzwaniała i jak to określił jeden z pracowników działu
planowania "Lusia wisiała na telefonie". Dwa razy była wzywana do ministra
i za każdym razem modliła się, by coś jej przeszkodziło w dojściu do tego
gabinetu.
Było to o tyle dziwne, że minister był sympatycznym  człowiekiem,
a głównie wzywał Lusię po odbiór bardzo ważnych dokumentów, które miała
umieścić  w szafie pancernej swego szefa.
Jednego z tych upalnych dni Lusia spotkała się z Lilką, która przekazała jej
wiadomość od Andrzeja, że z pewnością przyjedzie około 5 września.
 Umęczone upałem dziewczyny postanowiły ochłodzić się lodami a potem
wpaść do Łazienek by posiedzieć w cieniu  wielkich, starych drzew, z dala
od cuchnących rozgrzanym asfaltem ulic.
Siedziały nad stawem, potem nad malutkim oczkiem wodnym na górce za
amfiteatrem, w końcu niespiesznie poszły w kierunku Belwederu.
Stąd Lilka miała już bliziutko do domu, a Lusia do tramwaju.
W domu czekała na Lusię niespodzianka  - mamy nie było, a w kuchni
gospodarzył  ojciec.
Przyleciał tego dnia rano, a nie zawiadomił ich, bo podobno do końca nie
wiedział którego dnia  nastąpi wylot.
Przywitali się niezbyt serdecznie- nie  widzieli się już ponad cztery lata i
oboje spoglądali na siebie dość nieufnie.
Wyrosłaś  córeczko - powiedział tata wypuszczając Lusię  z powitalnego
uścisku.
Lusia szybko zaprzeczyła- nie urosłam, ale zmieniłam  kolor włosów, noszę
szpilki  no i może się postarzałam.
A kiedy wróci  mama? - dopytywał się ojciec.
Nie mam pojęcia, ale  pewnie niedługo.
Zawsze tak pózno wraca?- indagował ojciec.
Nie, czasami gdy musi zostać dłużej w pracy albo gdy się umówi z którąś
z koleżanek. Dziś pewnie siedzi dłużej, bo nie mówiła, że wróci pózniej.
Tato, a może zrobić  ci coś do jedzenia?- zapytała zaglądając do lodówki.
Nie, byłem na obiedzie, ale napiłbym się herbaty.
Luśka wstawiła wodę na herbatę i poszła do swego pokoju by się przebrać
w domową sukienkę.
Zauważyła, że ojciec buszował na jej stoliku nocnym i oglądał chyba każdą
rzecz, bo wszystko było poprzestawiane.
W chwili gdy wychodziła z pokoju zazgrzytał klucz w drzwiach.
Lusia szybko podbiegła do drzwi i całując matkę na powitanie szepnęła-
przyjechał, jest w kuchni.
To dobrze-uśmiechnęła się matka. Uspokój się dziecino.
Herbatę wypili w  "pokoju stołowym" a nie jak zawsze w kuchni.Po wypiciu
herbaty Lusia  chciała pójść do swego pokoju, ale matka ją zatrzymała.
Jeśli nie masz niczego pilnego to zostań. Są sprawy, które  musimy omówić
razem, nie jesteś już małym dzieckiem by coś omawiać za twoimi plecami.
Lusia z powrotem opadła na krzesło, a ojciec zapytał- a o co chodzi, co się
stało?
Nic się nie stało Arturze, prawie nic. Tylko chcę ci powiedzieć, że złożyłam
pozew o rozwód. Byłoby przyzwoicie z twojej strony, gdybyś nie utrudniał
całej sprawy.
Dla dobra Lusi przymykałam latami oko na twoje stare romanse.
Miałeś wrócić po 2 latach, a nie wróciłeś. Zdajesz sobie sprawę z faktu, że
z punktu widzenia prawa istnieje stały rozpad  pożycia małżeńskiego i już
sam  ten fakt jest powodem do rozwodu. Proponuję, byś nim wyjedziesz,
podpisał  zgodę na rozwód. Możemy rozejść się kulturalnie, bez wywlekania
przed  sąd twoich  wyskoków. Na wszystko mam dowody, które   już są
u mego adwokata.
Jutro możemy spotkać się z adwokatem i sprawę  bardzo szybko zakończyć.
A dlaczego to wszystko mówisz przy naszym dziecku ? - niemal wrzasnął
zdenerwowany "pan domu".
Bo Lusia już jest dorosła, niedługo pewnie sama założy rodzinę i nie widzę
powodu, by cokolwiek tu ukrywać. Lepiej niech wie, może wiedząc o tym
bliżej i dłużej przyjrzy się mężczyznie, który jej powie, że ją kocha nad życie.
Pewnie już masz jakiegoś fagasa - wysyczał rozzłoszczony Artur.
Nawet dwóch , mój pseudo mężu, nawet dwóch. Jeżeli jeszcze nie zdążyłeś
dziś poderwać żadnej panienki i nie masz gdzie spać, to możesz  spać na
kanapie w salonie.
No to jak- zgadzasz się na takie rozwiązanie i mogę nas umówić na jutro
do adwokata?- spytała podchodząc do telefonu.
Możesz, niech cię diabli wezmą -rzucił z wściekłością.
Lusia podniosła się z krzesła i powiedziała- to ja idę spać, jutro będzie
kolejny ciężki, upalny dzień.
Stojąc pod prysznicem rozmyślała o tym, że mieszkając tyle lat z rodzicami
nic zupełnie o nich nie wiedziała.
I znów jej myśli powróciły do Andrzeja. W swojej dorosłej wersji nigdy nie
powiedział , że ją kocha. Ostatni raz powiedział jej to gdy byli w siódmej
klasie szkoły podstawowej.
Nie ukrywała sama przed sobą, że tęskni za nim, ale nie wiedziała wcale czy
to właśnie jest miłość.
Po prostu jesteśmy do siebie przywiązani, w końcu znamy się tak długo...
i z tą myślą zasnęła.

Następnego dnia  ojciec Lusi podpisał u adwokata oświadczenie, że zgadza
się na rozwód za obustronnym porozumieniem, bez orzekania winy.
I nie widzi potrzeby wniesienia sprawy podziału majątku. Mieszkanie
nadal było w gestii matki  Lusi .
Jako swój stały adres pobytu podał Tunis i po otrzymaniu rozwodu matka 
Lusi mogła go wymeldować. Wg wówczas obowiązujących przepisów
główny lokator miał prawo wymeldować mieszkającego z nim współlokatora
jeśli podał adres, pod którym ten przebywa.
Dalej sprawą rozwodową zajmować się mieli pełnomocnicy stron.
W godzinę po podpisaniu  dokumentów Artur  wyjechał do swoich rodziców
i więcej go nie widziała ani Lusia ani jej matka.
W dwa miesiące pózniej  sąd orzekł rozwód. W ciągu jednego dnia Mama
Lusi  wymeldowała byłego męża z mieszkania, spakowała wszystkie rzeczy,
które  należały do niego i wraz z Lusią zaniosły dwie duże paczki na pocztę
i wysłały do jego rodziców. Jako nadawcę paczki podały właściciela tych
rzeczy i jego adres w Tunisie.
I to był koniec małżeństwa i ojcostwa Artura
                                                            c.d.n

czwartek, 11 maja 2017

cz. XV

W pierwszych dniach lipca przyszedł list od ojca Lusi. Zapowiadał w nim
swój przyjazd na pierwsze tygodnie sierpnia.
O dokładnym terminie powiadomi je wtedy, gdy będzie miał już potwierdzoną
całą trasę- do Polski i z powrotem. Nie będzie w Polsce dłużej niż 2 tygodnie,
czyli tyle, ile musi być ze względu na wygaśnięcie ważności paszportu.
A ponieważ już dość dawno wystąpiono z wnioskiem o nowy paszport i  jest
pozytywna decyzja, musi ten paszport zdać i zaczekać na wystawienie
nowego, a to nie zajmie więcej czasu niż tydzień.
Dopytywał się czy one będą w sierpniu w Warszawie, ale jeśli w tym czasie
będą gdzieś na urlopie to on sobie poradzi, bo ma przecież klucze od ich
mieszkania.
Tym razem był jeden list do nich obu. Po przeczytaniu listu obie zaniemówiły.
Pierwsza odezwała się Lusia.
Mamuś, tacie to chyba coś na mózg padło. Chyba już nie jesteśmy dla niego
rodziną! Ja mam urlop dopiero we wrześniu, tak przynajmniej zgłosiłam. Bo
pewnie we wrześniu przyjedzie Andrzej. A ty mamuś kiedy wezmiesz urlop?
Pewnie też we wrześniu. Nie mam dziecka w wieku szkolnym to nie muszę
jechać na urlop w lecie. Może załatwię sobie na wrzesień wczasy lecznicze?
Są takie trzytygodniowe turnusy, opłata  niewiele wyższa niż za zwykłe
wczasy, tylko potrzebne jest skierowanie od lekarza na zabiegi.
Pojechałabym chętnie nad morze, nie zależy mi na plażowaniu, wolę spacery
brzegiem morza. We wrześniu często jest bardzo ładna pogoda. Nie ma tłoku,
wrzeszczących dzieci i  upału.
Mamuś, a pojedziesz sama? - dopytywała się Lusia.
Niekoniecznie, zapewne znajdę kogoś chętnego na wyjazd, może pan Witold
też by się w tym samym czasie wybrał na takie wczasy, kto wie?
Mamuś, a pan Witold naprawdę pracuje w tej samej  firmie co ty?
W tej samej, jest naszym lekarzem zakładowym- odpowiedziała mama.
Lusia zaczęła się śmiać-  no ładnie, mamy obie ciągoty do lekarzy.
Ja do przyszłego a ty do będącego aktualnie w zawodzie.
Mamuś, to zabawne. A może nawet jakieś niesamowite- dodała po chwili.
Posłuchaj Lusiu- bardzo dobrze, że tatuś przyjeżdża.Nie mogę nadal tkwić
w papierowym związku. Ty już jesteś dorosła, tylko patrzeć gdy założysz
własną rodzinę. Muszę rozejść się z twoim tatą i próbować sobie ułożyć
życie na nowo. Nie jestem jeszcze taka stara, mam tylko 45 lat. Ja wiem, że
dla ciebie to jestem już staruszką, bo gdy się ma 21 lat z haczykiem, to ktoś,
kto jest po czterdziestce wydaje się być stojącym nad grobem staruszkiem.
Dobrze, że przyszedł ten list,skontaktuję się z adwokatem i gdy twój tata się
pojawi dostanie pozew rozwodowy.
Problemów nie będzie , ty jesteś dorosła i jest ewidentnie stały rozpad pożycia
małżeńskiego.
A jak wezmiesz rozwód to  co?- sondowała matkę Lusia.
To będę rozwódką.
A wyjdziesz drugi raz za mąż?
Lusiu, jeszcze nie mam rozwodu, nie ma na razie o czym mówić.
Wiesz mamuś, pan Witold od razu mi nie wyglądał na jakiegoś urzędnika.
I z całego serca popieram Twój plan. I możesz mnie powołać na świadka.
Mamuś, a co będzie  z mieszkaniem?
Nie wiem, przydział był wystawiony na mnie, tata wyjechał za granicę pod
hasłem, że zarobi na nowe, większe mieszkanie. Siedzi już tam tak długo,
że chyba na dom z ogrodem uzbierał a nie tylko na mieszkanie.
Nie wiem czy wiesz, ale ja odkładałam niemal wszystkie pieniądze, które on
nam przysyłał. Jeśli będzie się upierał przy podziale majątku, spłacę mu
połowę wartości tego mieszkania jego własnymi pieniędzmi.
Naprawdę  córeczko podoba ci się Witold? To bardzo dobry człowiek, bardzo
życzliwy dla ludzi.
Rozwiedziony?- spytała  Lusia.
Nie, wdowiec. Ma dwie córki, starsze od ciebie. Sam je wychowywał. Jego
żona była nieuleczalnie chora i zmarła gdy miała 35 lat. A jedna z jego córek
odziedziczyła  chorobę matki. I jeśli, podobnie jak jej matka odmówi leczenia
to umrze.
Choroba ujawniła się niedawno, ale są szanse na leczenie operacyjne gdy
nastąpi dalszy rozwój choroby.
Jak widzisz   każda rodzina ma jakieś  swoje problemy. U nas rozpad związku,
u innych śmierć i ciężka choroba. Życie jest trudne i niewiele możemy na to
poradzić.
Mamuś, to takie  smutne. Chciałabym, byście  ty i pan Witold dali sobie
wzajemnie szczęście.
Oby córeczko, oby.

Tego wieczoru Lusia bardzo długo nie mogła zasnąć. Zastanawiała się czy
jej rodzice pobrali się z miłości czy może przymuszeni okolicznością, bo
dziecko było w drodze. Usiłowała sobie przypomnieć jak wyglądały układy
pomiędzy rodzicami. Z tego co pamiętała, to kłótni , awantur nigdy nie było.
Rodzice mieli nieco odmienne poglądy na wychowanie dziecka, ojciec
wymagał ślepego posłuszeństwa a matka jeżeli czegoś zabraniała zawsze
tłumaczyła Lusi dlaczego zabrania. Ojciec natomiast wygłaszał długie tyrady,
robił grozne miny, ale nigdy Lusi nie uderzył.
Nigdy nie  jezdzili  razem na wakacje.Ojciec albo jezdził do swoich rodziców
albo zostawał w czasie  urlopu w Warszawie. Uważał, że Lusia powinna
jezdzić na kolonie lub obóz harcerski, ale mama była temu przeciwna.
Lusia uwielbiała wyjazdy wakacyjne z mamą. Gdy Lusia  jeszcze bawiła się
lalkami, mama w czasie wakacji szyła  dla lalek ubranka. Podczas spacerów
po lesie mama uczyła Lusię rozróżniania gatunków drzew, obserwowały
razem ptaki, mrówki a nawet gąsienice i ślimaki. Zbierały szyszki i potem
Lusia układała z nich różne wzory przed domkiem, w którym mieszkały.
Mama wymagała od Lusi tylko jednej rzeczy- by zawsze mówiła prawdę.
Bo tylko znając prawdę mama będzie mogła jej pomóc wyprostować to co
Lusia zle zrobiła.
Rozmyślania o małżeństwie rodziców doprowadziły Luśkę do próby analizy
tego co czuje do Andrzeja. Znali się od dziecka, a od piątej klasy szkoły
podstawowej bardzo się przyjaznili. To Andrzej był pierwszym chłopcem
z którym się całowała. Razem uczyli się tańczyć, mieli cały system tajemnych
znaków, pomagali sobie wzajemnie w nauce- Andrzej mial kłopoty z chemią
a Lusia z matematyką. Mieli w Łazienkach "swoją" ławkę, na której siedzieli
godzinami, mocno do siebie przytuleni i.......milczeli.
A teraz  - kilka dni istnego szaleństwa, wzajemnego oczarowania i długie dni
tęsknoty. Czy to już  jest miłość? Czy może tylko pożądanie?
Znają się i zupełnie nie znają jednocześnie.
Stałe oddalenie nie ułatwi im przecież poznania się a tęsknota przyćmi trzezwe
spojrzenie na siebie wzajemnie.
Lusia zasnęła dopiero nad ranem i półprzytomna pojechała rano do pracy.
                                                         c.d.n.



środa, 10 maja 2017

cz.XIV

Następne dni pobytu w Budapeszcie były wielce pracowite. Wieczorami Lusia       
bardzo zmęczona padała  na swe łóżko i nawet do głowy jej nie przyszło
by zejść na basen i zrelaksować się pływaniem.
Jej współlokatorka każdego wieczoru gdzieś znikała,  rano z trudem wstawała
narzekając na ból głowy.  Przy śniadaniu opowiadała Lusi, że wieczorem
Budapeszt jest śliczny, kawiarenki urocze a wino  wspaniałe.
Te wszystkie wspaniałości ominęły Lusię szerokim łukiem, miała naprawdę
dużo pracy. Musiała uporządkować  wszystkie notatki sporządzane na bieżąco,
a pisane wielkimi skrótami. Bardzo żałowała, że nie ma tu swojej małej maszyny
do pisania. A pisania było sporo, bo zarówno jej dyrektor jak i ten drugi dla
którego świadczyła "usługi sekretarskie" ciągle coś "produkowali".
Maszyny  oddane do użytku uczestnikom konferencji nie  były nowe a do tego
chyba niezbyt starannie konserwowane. A to się któryś klawisz zacinał, a to
wałek zupełnie nieoczekiwanie przeskakiwał w zupełnie inne, niż powinien,
miejsce, a taśma była bardzo zużyta.
Taka socjalistyczna nędza, jak podsumował dyrektor.
Z ulgą przyjęła zakończenie tego międzynarodowego spotkania. Kolacja
była w tej samej sali co uroczyste, powitalne śniadanie, stoły były ustawione
ponownie  w półkole.
Tym razem siedziała pomiędzy własnym szefem a Czeszką  Haną, z którą się
polubiły. Hana zapraszała Lusię by przyjechała do niej w czasie urlopu, bo
Karlove  Vary , w których mieszkała są ładne a do tego to "zdrowe miejsce".
Panie wymieniły się adresami i cały wieczór miały o czym rozmawiać.
Szef proponował by wymknąć się z kolacji i jeszcze trochę pobuszować  po
Budapeszcie i zajrzeć do którejś z winiarni, ale Lusia stanowczo odmówiła bo
była najzwyczajniej w świecie wykończona a Hana miała pociąg wcześnie rano,
więc też nie chciała iść pózno spać.
Wreszcie  ktoś wzniósł toast  za przemiłe spotkanie, owocne rozmowy i bardzo
korzystne dla wszystkich decyzje końcowe. Szef Lusi bąknął cichutko pod
nosem- "no tak, wodę warzył, woda będzie, w rosół się nie zmieniło" i mrugnął
porozumiewawczo do Lusi i Hany.
Następnego dnia około szesnastej samolot łagodnie usiadł na płycie lotniska,
pasażerowie jak zwykle nagrodzili pilota brawami i nawet oczekiwanie na bagaż
nie trwało długo. Kierowca  służbowy już czekał i Lusia szybko znalazła się
w domu.
Na pożegnanie pan dyrektor wysiadł z nią razem, pomógł wyciągnąć z bagażnika
walizkę, podziękował za bardzo dobrą współpracę, na do widzenia cmoknął
Lusię w rękę.

W domu  mama wraz z panem Witoldem pastwili się nad tortem czekoladowym.
Okazało się, że był to dzień urodzin pana Witolda, a tort był własnoręcznie
wykonanym przez mamę Lusi prezentem dla Jubilata.
Pan Witold robił wrażenie niezle zadomowionego, a w ogóle wyglądał jakoś
jakby młodziej niż dotąd.
Lusia szybko przebrała się w mniej oficjalny strój i dołączyła do nich.
Jak zwykle tort, który był popisowym dziełem Lusi mamy,  rozpływał się
w ustach.
Czekoladowy biszkopt był nasączony likierem czekoladowym, pomiędzy
warstwami biszkoptu był delikatny, ale gęsty krem czekoladowy, całość była
dokładnie oblana polewą czekoladową  a wierzch zdobiła cyfra 54 ułożona
z wiśni.Wiśnie były bez pestek, za to nasączone delikatnie  rumem.
Widać, że pan Witold nie był mamie obojętny - taki tort wymagał wiele pracy
i bardzo rzadko pojawiał się w domu. Ostatnio był na osiemnaste urodziny
Lusi, a więc już niemal 4 lata temu.
Lusia niewiele mogła opowiedzieć o Budapeszcie - oglądała go głównie
z okien autokaru, ale i tak bardzo jej się miasto podobało.
Cieszyła się, że następnym dniem jest niedziela. Była bardzo, bardzo zmęczona.
Robienie notatek z rozmów prowadzonych w trzech językach nie było łatwe.
Wyraznie brakowało jej znajomości języka niemieckiego. I tak niezle sobie
poradziła- wyrazy, których nie  rozumiała zapisywała w wersji fonetycznej,
a potem usiłowała je "rozgryzć" albo przy pomocy szefa albo któregoś
z tłumaczy.
Szef twierdził, że i tak bardzo dobrze  Lusia się spisała, bo to jednak było 
wrzucenie Lusi na bardzo głęboką wodę.
W poniedziałek rano szef wręczył Lusi "pamiątkę" z Budapesztu- bardzo
ładną czarną, skórzaną aktówkę z wytłoczonym jej inicjałem  i datą
ostatniej konferencji.
Pani Lusiu, poradziła sobie pani świetnie i ten drobiazg bardziej się należy
pani niż mnie. Dawali te "suweniry" wszystkim przewodniczącym delegacji
zaraz po kolacji, gdy pani i Hana już odeszłyście do swoich pokoi.
I można było zażyczyć sobie by wybić inicjały i od razu pomyślałem o pani.
Lusia czuła, że policzki jej płoną- czuła się wyróżniona a jednocześnie bardzo
zmieszana.
Widząc jej zmieszanie czym prędzej dodał -  i odtąd będzie pani chodziła na
różne spotkania z tym profesjonalnym rekwizytem a nie z papierową teczką
zawiązywaną białą tasiemką.Proszę ją obejrzeć- ma  w środku  chyba trzy
przegródki.
Lusia wzięła z jego rąk teczkę- była mięciutka, z delikatnej skóry, zapinana
na magnetyczny klips. W środku miała w sumie  cztery przegródki, w tym
jedną na długopisy.
Bardzo ładna szefie i ....bardzo panu dziękuję.Nie jestem tylko pewna czy
naprawdę  ona się mnie należy.
Szef roześmiał się - na szczęście to ja o tym decyduję a nie pani.
I proszę koniecznie zajrzeć do naszego służbowego barku- poprawiłem nieco
jego zaopatrzenie. Jest koniak, wino i dobra kawa wraz z zaparzaczką - to
będzie dla specjalnych gości.
A teraz chyba musimy omówić  kilka spraw z tej delegacji, bo jak znam życie
to za dwie godziny  nasz minister się uaktywni.
A potem trzeba będzie opracować wnioski, rozesłać wytyczne.
Czy mogłaby nam pani zrobić naszą kawę i przyjść  do mnie do gabinetu?
Węgierska nie była zła, piekielnie mocna, ale trochę mi szkodziła.
                                                    c.d.n