niedziela, 12 stycznia 2020

III - O paniach i panach

Justyna zatelefonowała do Michała, ale go nie było, więc tylko podała jego asystentowi
datę i skrótowo  miejsce, gdzie będzie oczekiwany. Sądziła, że  sam przymiotnik z nazwy
lokalu wystarczy, by  Michał trafił gdzie należy.
Przezornie umówiła się pół godziny wcześniej, by mieli chwilę dla siebie. Była pierwsza i
gdy Michał podchodził do jej stolika poczuła się rozebrana i prześwietlona na wskroś.
Krótko przeprosiła, że tak go wykorzystuje, wyjaśniła w czym rzecz. Michał poznał kiedyś
Julię , stwierdził, że ładna  babka, tylko jakaś naiwna. Wyraził również nadzieję, że szybko
stąd wyjdą a potem gdzieś się razem wybiorą, może do "Hybryd"? Gdzie tylko zechcesz-
zapewniła go Justyna.
Chyba rzeczywiście ich biopola  ściśle ze sobą współpracowały, siedzieli niemal przyklejeni
do siebie od stawów barkowych do pięt.
"Wysoki" był rzeczywiście wysokim facetem, brunetem, nawet dość przystojnym. Niestety
nie był rozmownym człowiekiem.
Po wypiciu  kawy, Michał ogłosił, że zabiera Tinę, bo się właściwie bardzo spieszą. Żegnając
się z Julią szepnął jej do ucha- "wzrost to stanowczo zbyt mały atut".
Gdy wyszli  szybko złapał  taksówkę i pojechali do jego mieszkania.
Był stęskniony, nienasycony i zaproponował, by tę noc Justyna spędziła u niego, by mieli
dużo,  dużo czasu dla siebie. Justyna zatelefonowała więc do domu i poinformowała ojca
(bo to on odebrał telefon),że nie  wróci na noc, bo idzie na  nocny seans i będzie spała u
koleżanki.
Po głosie ojca poznała, że ojciec jej nie wierzy i na koniec roześmiała się mówiąc: przecież
wiesz,  że nie jestem głupia krowa i odłożyła słuchawkę. Wyrosła w domu,  w którym
o wychowanie seksualne dbali oboje  rodzice i nie był to temat tabu.
To było coś zupełnie nowego - Tina jeszcze nigdy nie spędziła całej nocy z Michałem.
Na ogół po kilku godzinach "zwijała żagle" i odjeżdżała do domu odwożona taksówką
przez  Michała. Nigdy nie pozwalał by wychodziła sama i sama jechała taksówką do
domu.
To była długa, piękna, choć nieco wyczerpująca noc. Po raz pierwszy  w życiu o 2 w nocy
jadła kolację , którą przygotował Michał i do świtu prowadziła w jego objęciach dialog
o życiu,  o swych planach  życiowych, poglądach.
Mniej więcej około 8 rano Michał zaproponował, by zamieszkała u niego, na próbę, bo
wspólne mieszkanie zawsze rodzi pewne problemy.
On jest bałaganiarzem , ale raz w tygodniu wszystko porządkuje, więc dobrze będzie gdy
Tina  zaakceptuje taki przejściowy bałagan.
Rozśmieszył tym Justynę, która z powodzeniem mogła iść z nim w tej materii w zawody.
Poza tym, choć już on ma za sobą jeden nieudany związek, to chce prosić Justynę by ona
z nim związała swe życie. Nie wie, czy to co czuje do niej to miłość, zresztą słowa "miłość
i kocham" są zbyt  nadużywane i przeceniane, a tak naprawdę to ważniejsze są inne sprawy
 w życiu, jak chociażby takie same poglądy i podejście do życia.
No i zapewne owa dziwna zgodność biopól czy też biopoli - dodała ze śmiechem Tina.
Po śniadaniu, czyli górze francuskich tostów wspólnie robionych, Justyna powiedziała,
że fajnie, wyjdzie  za niego, ale ona nie ma zamiaru mieć dzieci, więc czy mu taka żona
pasuje? I że jest bałaganiarą to chyba będą musieli wynajmować kogoś do sprzątania.
I że ona chce rozpocząć naukę w  studium dla rehabilitantów, bo chce mieć zawód, który
się jej podoba, czyli najbliższe dwa lata nie będzie pracować tylko się uczyć. Rodzice
o tym wiedzą i pomogą jej w tym okresie  finansowo.
A więc, gdy skończysz studium będziemy razem pracować! Bo ja chcę założyć własną
firmę i to niekoniecznie  tu. Zaczekam  aż skończysz Studium, na razie będę pracował
z Wojtkiem B. Przedstawię Ci go. Ale ślub weźmy już teraz.
O nie- zaprotestowała Tina- teraz to ja się muszę wyspać!!!
W 10 minut potem spała wtulona w Michała, którego wkrótce też pokonał sen.
W dwa tygodnie później Justyna przyprowadziła do domu Michała. Dziwne, ale jakoś
dość długo jej rodzice nie mogli uwierzyć, że ten szybki  ślub to nie wynik przypadkowej
ciąży a wyjątkowego "dopasowania się  ich biopól", które domagały się częstego kontaktu.
Ślub odbył się w najbliższym możliwie terminie, oczywiście tylko cywilny, co dalsza
rodzina Justyny źle odebrała. Ale ją to naprawdę niewiele obeszło. Oczywiście Julia była
świadkiem, świadkiem Michała był jeden z jego przyjaciół.
Ten w sumie niespodziewany ślub Justyny zaskoczył Julię. Wiedziała tylko tyle, że się
Tina z Michałem przyjaźni, że się rzadko widują,  że nigdy on jej nie powiedział, że ją
kocha, że  Tina też nigdy nie uważała, że są parą- a tu nagle - trzęsienie ziemi i ślub.
Wysoki brunet, o którym Michał szepnął, że wysoki wzrost jest zbyt małym atutem-nigdy
więcej nie ujrzał Julii.
Przyjaciółki spotykały się teraz znacznie rzadziej, głównie dlatego, że Tina miała jednak
sporo nauki. I tak miała nieźle, bo Michał był lekarzem i zawsze gdy coś było dla Tiny
niejasne wszystko tłumaczyl i wyjaśniał . Poza tym często była obecna przy różnych
zabiegach,  miała również możliwość wykonywania niektórych. Michał podziwiał jej
cierpliwość i łagodność w stosunku do starszych pacjentów i umiejętność  z jaką ich
mobilizowała do wysiłku.
Mniej więcej w dwa lata po ślubie Justyny Julia poznała kolejnego wysokiego, ale tym
razem szatyna. Szatyn o niebieskich oczach nie spieszył się do ślubu. Dopiero gdy Julia
wyraziła swą gotowość do wyjazdu na kilka lat do swej kuzynki do Szwecji, szatynowi
zrobiło się  żal i poprosił Julię o rękę.  Justyna na ślubie przyjaciółki była sama, niestety
Michał nie mógł opuścić kliniki, która była dość daleko od granic  Polski.
To był dość burzliwy związek, bo jak twierdził Michał, wysoki wzrost nie zawsze idzie
w parze z wysoką kulturą i rozumem. Kilka razy mąż Julii zachowywał się skandalicznie,
aż któregoś dnia Julia najzwyczajniej w świecie wezwała policję, bo ją mąż uderzył, a że
zrobił to dość mocno, Julii pękła warga i bardzo obficie krwawiła.  I choć potem skruszony
przysięgał, że nigdy więcej tego nie zrobi, Julia wystąpiła jednak o rozwód.
Sprawę prowadził znajomy adwokat ojca Juli i rozwód nastąpił dość szybko.
Jula po rozwodzie wyjechała do swej kuzynki, która od kilkunastu lat mieszkała w Szwecji.
Po jakimś czasie wyszła za mąż za Szweda, starszego od siebie chyba o 10 lat, który bardzo
ją kochał i szanował. Byli kilka razy w Polsce, raz pojechali  na spotkanie z Justyną i jej
mężem do Francji, gdzie Michał wraz z przyjacielem prowadził klinikę geriatryczną.
Michał nigdy nie powiedział  Tinie, że ją kocha, ale często mówił, że jest dla niego jak
krwiobieg, jak kroplówka ratująca życie. Ani Tina ani Julia nie chciały mieć dzieci i ich
mężowie zgodzili się z ich decyzją. W zeszłym roku dość niespodziewanie umarła Julia.
Nie chorowała, rano poskarżyła się  na ból głowy, a po południu zmarła. Jej mąż , bardzo
tym przytłoczony zmarł miesiąc temu. Michał i Tina jeszcze jakoś się trzymają, może
dlatego, że nadal są aktywni zawodowo?
                                                                
                                                            KONIEC
        
 

II- O paniach i panach

Zawartość "dwupaku" stanowiły dwie półroczne dziewczynki- małe pulchne amorki, które
przez sen co jakiś czas ssały trzymane w  buziach smoczki.
Dla niewprawnych oczu  dziewcząt wyglądały identycznie, choć ich ojciec zapewniał, że
jednak się od siebie różnią - jedna z nich ma nieco szczuplejszą buzię.
Wojtek, bo tak miał na imię posiadacz bliźniaczek, szybko zamówił "podwójną kawę z jedną
porcją wody" wywołując na twarzy kelnerki pełen zrozumienia uśmiech.  Był tu dość częstym gościem- mieszkał około 1 kilometra od parku i wolał krążyć z wózkiem po parku niż  blisko
domu po ulicach. Siedząc przy stoliku cały czas poruszał wózkiem, by dzieci miały złudzenie,
że cały czas  wózek pokonuje jakąś drogę. Bo jak będzie stał nieruchomo to zaraz się "małe
potwory" obudzą i zacznie się cyrk.
Julka i Tina zaczekały uprzejmie  aż Wojtek dopije swą kawę, a potem  oświadczyły, że one
niestety już muszą iść- wszak spędziły tu już ponad dwie godziny. Zapewniły go, że bliźniaczki
są prześliczne i czym prędzej opuściły kawiarnię. Jakoś nie miały ochoty zobaczyć  na własne
oczy jak bliźniaczki wyrywają sobie wzajemnie smoczki z buzi ani posłuchać ich płaczu lub
podziwiać jak Wojtek sprawnie je przewija. Wierzyły na słowo, nie  chciały tego oglądać.
Gdy tylko wyszły za żywopłot kawiarni ruszyły szybkim marszem do wyjścia- co prawda to
Wojtek im zaimponował tym, że chodzi z małymi na spacery, że potrafi się nimi zająć, no ale
skoro wraz z żoną zdecydowali się na posiadanie dzieci, to wiedział przecież co  go czeka.
Z biurowych opowieści Wojtka wynikało, że wiadomość o tym, że to ciąża bliźniacza dotarła
do nich na dwa miesiące przed rozwiązaniem i oboje byli nią załamani.
Rozmawiając o Wojtku  doszły do wniosku, że nie ma co się spieszyć do małżeństwa, a do
posiadania dzieci zwłaszcza. No i że nie zaszkodzi im dobra wiedza o antykoncepcji, bo wszak
każdemu mogą się przydarzyć dzieci, co jak widać i słychać mało zabawne jest.
Pewnego jesiennego dnia, pomiędzy jednym a drugim kawałkiem bułki konsumowanej
w czasie przerwy śniadaniowej, Julka oznajmiła Tinie - wczoraj spotkałam swą starą miłość
i dziś cały czas się zastanawiam czy jest sens w odgrzebywaniu starych uczuć.
Justyna wzruszyła ramionami - skoro się musisz nad tym zastanawiać, to pewnie nie ma po
co bawić się w  archeologa i odkopywać takie starocie.
A on co? Padł na kolana na Twój widok?
Nie, nie padł, ale powiedział, że nadal jest wolny i jeżeli chcę, to mi przyśle zaproszenie do
Szwecji, bo nadal tam mieszka i gra w tym zespole co kiedyś.
No dobrze- kontynuowała Tina- przyśle ci zaproszenie i co? Gdzie będziesz mieszkać i
z czego się tam utrzymasz? To, że się nie ożenił, to nie oznacza, że nie ma tam żadnej kobiety.
Na supełek sobie przecież nie zawiązał, za młody na to.
A tak w ogóle to mi chyba nigdy o nim nie mówiłaś. Co to za facet?
Syn znajomych moich rodziców. Mieliśmy się nawet pobrać gdy tylko zdam maturę, już nawet
miałam kupiony materiał na suknię, ale wtedy zespół,  w którym grał, załapał jakiś kontrakt na
promie  czy też jakimś wycieczkowcu czy też liniowcu i on wyjechał. Kontrakt był niby tylko
roczny, ale siedział tam 3 lata.
Julka, zastanów się! Na co ci taki facet, co wyjeżdża w siną dal i zostawia narzeczoną i nigdy
do niej nie pisze?
Przecież gdyby cię kochał to raczej nie wyjechałby przed ślubem, lub wyjechałby, ale przyjechał
na kilka dni by ten ślub wziąć i ciebie ze sobą zabrać.
Otrzeźwiej kobieto - możesz zaproszenie od  niego wziąć, ale nie licz na niego i jego miłość.
Możesz pojechać na tydzień, jeśli masz na to pieniądze, możesz się z nim nawet przespać ale
w sposób bezpieczny, tylko na nic nie licz, na małżeństwo zwłaszcza.
Jula ciężko westchnęła - właściwie to masz rację. Nie powinnam sobie nim zawracać głowy.
Roztył się i właściwie jakoś nieświeżo wyglądał, a jest tylko cztery lata ode mnie starszy.
No wiesz- dodała Tina-ci co grają w różnych zespołach podobno nie są wzorcami wierności
i lojalności. Zawsze się jakieś pomylone małolaty koło takich zespołów kręcą.
Myślę, że nim podejmiesz decyzję o kontynuacji tej znajomości to powinnaś z nim  długo
i na różne tematy porozmawiać.
Jula ciężko westchnęła - on był moim pierwszym, wiesz?
No to co, że był pierwszym? Liczy się ten, który będzie ostatnim. Zapewniam cię, że on, jak
większość facetów, już nie pamięta nie tylko tej, która była jego pierwszą, ostatniej też nie.
Wiesz, do małżeństwa to trzeba dojrzeć. Ja to nawet nie jestem pewna czy tak naprawdę
nadaję się do takiego związku jak małżeństwo.  Jeden facet do wszystkiego, na co dzień i od
święta. Czy sądzisz , że znajdziemy facetów "uniwersalnych"? Przecież na logikę biorąc jest
jest to  niemal niemożliwe.  Ta  sama osoba do tańca i do różańca! Jestem pewna, że zaliczę
w życiu kilku mężów. W końcu istnieją rozwody, choć z całą pewnością nie są rzeczą miłą.
Nie wiem dlaczego moi starzy się nie rozeszli - tak naprawdę żyją obok  siebie, mają tak
bardzo różne upodobania i zainteresowania. Ojciec uwielbia grzybobrania, więc jeździ na
grzyby z kolegą, potem pracowicie  te grzyby "obrabia", matka się do nich nie dotyka, ale
marynowane grzybki jada. Do muzeów, na wystawy, na zwiedzanie zawsze jeździł tylko ze
mną, matka siedziała w tym czasie w domu. Do teatru chodziłam zawsze z koleżankami albo
z tatą, raz do roku z mamą. Na wakacje wyjeżdżałam tylko z mamą, tata w tym czasie jeździł
na wczasy FWP. Zawsze miałam i nadal mam takie wrażenie, że razem im  źle a bez siebie
też niedobrze.  Nigdy się nie kłócą, zgodnie obsztorcowują mnie za to samo. Zawsze jeśli
mi czegoś zabraniali to razem, w tandemie. Tyle tylko, że matka  na mnie się głośno wścieka
a ojciec stale spokojnie mówi: "rusz wreszcie mózgiem, zacznij myśleć".
Skończywszy śniadanie  dziewczyny umówiły się, że po pracy "polatają" trochę po sklepach,
zwłaszcza tych prywatnych z butami. Śmiały się, że pewnie znowu będzie  brakowało ich
numerów- dla Tiny 35 a dla Julii 37.
Kilka dni później , w czasie przerwy śniadaniowej Julia powiedziała, że odchodzi z pracy.
Objęła ją redukcja pracowników. Ale  już  załatwiła sobie nową pracę. Odejdzie jeszcze przed
ustawowym upływem czasu wymówienia, bo w nowym miejscu potrzebują pracownika
"od zaraz". A poza tym "dała się poderwać" facetowi o wzroście 190 cm i bardzo chce by Tina
go poznała  i oceniła, czy wszystko z nim "w porządku". I wcale nie była na meczu koszykówki
ale u dentysty. Tyle godzin siedzieli w poczekalni, że w końcu zaczęli rozmawiać.
I umówili się na sobotnie popołudnie w "Zielonej Gęsi", więc będzie  fajnie, jeżeli Justyna
przyjdzie tam ze swoim "dyżurnym" chłopakiem, z którym się od kilku lat przyjaźni. Kiedyś
wydawało się, że będą parą, ale nie zaiskrzyło między nimi, może akurat zawiodła chemia, za
to  bardzo dobrze się dogadywali w różnych sprawach. Żeby było jeszcze śmieszniej i dziwniej
to całowali się, raz na wiele spotkań lądowali nawet w łóżku, ale oboje traktowali to jako
swego rodzaju eksperyment.
Tina twierdziła, że nie kocha Michała ani on jej nie darzy miłością, ale z jakiegoś powodu
raz na jakiś czas wspaniale im wychodził seks - sam seks, bez  bajania o miłości, wierności,
czy też jakimś trwałym związku. Byli wobec siebie szczerzy  aż do bólu, informowali się
wzajemnie o swoich odczuciach, co im  pasuje, co nie za bardzo, mówili o swych marzeniach, fantazjach,  zostawiając wstyd gdzieś daleko za drzwiami mieszkania. Nie było też zazdrości
 o innych partnerów, zastanawiania się co i jak każde z nich robi lub odczuwa z kimś innym.
Czasem chodzili razem potańczyć do klubów studenckich - Stodoły lub Medyka. W sumie był
to jakiś bardzo dziwny i nietypowy związek ciał i dusz.
Michał był  pięć lat starszy od Justyny, miał już za sobą rozwód. Oboje kiedyś zauważyli, że
gdy  się nie widzą i nie słyszą to o sobie nie myślą, niemal tak, jakby się nie znali.
Ale wystarczyło by któreś z nich spotkało kogoś, kogo oboje znali i zaraz do głowy wskakiwała
myśl -"ciekawe  co u niej,  ciekawe co u niego" i następował "mus zatelefonowania".
Michał twierdził, że ich biopola bardzo intensywnie ze sobą współpracowały.
                                                           c.d.n.






sobota, 11 stycznia 2020

O paniach i....panach

Było czerwcowe późne popołudnie.
W kawiarni, przy jednym ze stolików stojących pod starymi kasztanami, siedziały dwie
młode dziewczyny. Było duszno i gorąco nawet w głębokim cieniu starych kasztanów.
Przed każdą z nich stał szklany pucharek wypełniony lodami waniliowymi, bitą śmietaną
i kawałkami brzoskwiń polanych syropem zawierającym małą ilość likieru curaso, czyli
deser nazywany  melbą, stworzony przez Escoffiera ku czci śpiewaczki operowej Nellie
Melba , czyli Hellen Porter Mitchel rodem z Melbourne, żyjącej w latach 1861-1931.
Były to te cudowne czasy, gdy żadna z dziewczyn nie stresowała się zawartością cukru
i kalorii w deserze, śmietana była produktem naturalnym, nie pochodziła z jakiegoś proszku
a figura  modelki Twiggy nie była czymś pożądanym.
Obie miały po 20 lat, pracowały w jednym biurze i bardzo się przyjaźniły.
Obydwie były jedynaczkami, blondynka miała wielce romantyczne imię Julia, natomiast
drugą ochrzczono Justyną,  w domu nazywając Tinką.
Dwie typowe "panienki z dobrych domów", niższa ciemnowłosa o figurze klepsydry
i wyższa, o figurze  gruszki, za to z pięknymi naturalnymi włosami blond.
I jak to u kobiet bywa - ciemnowłosa zachwycała się blond włosami swej koleżanki,
blondynka zaś wymiarami anatomicznymi  ciemnowłosej: 90x60x90.
Zabawne, bo zazdrościły sobie nawzajem wzrostu- Tinka miała zaledwie 158 cm, a Julia
170 cm, co jej zdaniem bardzo utrudniało znalezienie chłopaka znacznie od niej wyższego
by mogła idąc z nim mieć na nogach wysokie szpilki, jak Tina,  a nie pantofle bez obcasów.
Teraz mało kto wie, że wtedy dzieci nie były od niemowlęctwa szpikowane witaminami a
chłopak, który miał 175 cm wzrostu był zaliczany do tych wysokich mężczyzn.
Pochłaniając melbę doszły do wniosku, że gdyby tak połączyć w jedną całość figurę
ciemnowłosej ze wzrostem i kolorem włosów wyższej, wyszłaby jedna "super babka".
Pozostawało pytanie -"ale jak to zrobić"?
W swych domach rodzinnych  wciąż słyszały, że powinny już mieć jakichś "kawalerów,"
kandydatów na męża. I najlepiej by to byli młodzi ludzie już po studiach, z mieszkaniem,
samodzielni, dobrze zarabiający. Rodzice obu  panienek wciąż myśleli kategoriami
przedwojennymi, choć otaczające ich realia ogromnie  różniły się od czasów ich młodości
z okresu międzywojnia.
Studia? A po co kobiecie studia? Przecież wyjdzie  za mąż, urodzi dziecko albo i dwoje,
więc zajmie się ich wychowywaniem a zarabiać będzie mąż.
Kobieta musi znać się na organizacji życia domowego, rodzinnego, dobrze wychować
dzieci a nie oddawać je do żłobka czy przedszkola. Zresztą było powszechnie wiadome,
że miejsc w obu tych placówkach  notorycznie brakuje.
Studia- no gdyby któraś z nich miała jakiś talent, np. do muzyki, talent, a nie tylko zwykłe
zamiłowanie, no to byłaby wysłana do Akademii Muzycznej. Ale - właściwie- zdaniem
rodziców obu panienek- studia kobiecie były  zupełnie zbyteczne. No bo zrobiłaby np. jakąś
filologię i co?- byłaby po prostu belferką, panią np. od polskiego czy panią od łaciny. Albo
panią od geografii czy biologii po bardziej kierunkowych studiach.
Żaden splendor, raczej pewna wieczna mordęga i kiepskie zarobki.
Obydwie urodziły się jeszcze w okresie wojny, co wydawało im się dziwne- nie mogły
zrozumieć jak można  zachodzić w ciążę w okresie gdy dookoła spadają bomby, gdy
jest okupacja i każdy dzień może być tym ostatnim dniem życia. Obydwie były urodzone
w Warszawie i słuchając rodzinnych opowieści o okresie okupacji i Powstania w 1944r.
patrzyły na swych rodziców jak na "przygłupów" - co za okropna nieodpowiedzialność!
Powoływać na świat dzieci w takim okresie! Ale sądząc po ilości dzieci urodzonych w tym
czasie, to takich "przygłupów" było sporo.
Delektując się naprawdę pysznym ( i drogim deserem) zastanawiały się skąd wytrzasnąć
kandydatów na mężów, którzy podobali by się zarówno im jak i ich rodzicom.
Obydwie miały już dosyć kurateli rodziców, tego ciągłego gadania, że powinny już się
rozejrzeć za jakimś "kawalerem", oczywiście takim, którego ich rodzice zaakceptują bez
oporu.
Wiadomo jaki miał być wg rodziców : z dobrej rodziny, wykształcony, pracowity,
zaradny,  dobrze zarabiający, najlepiej z własnym mieszkaniem.
Wiesz- mówiła Julka- wzrostem to by mi pasował Bogdan, ale on już jest  żonaty.
A Rysiek ?- zapytała Tinka.
Rysiek?- skrzywiła się Julka- on ma urodę wychudzonego mopsa, coś jest nie tak z jego
nosem. Nie podoba mi się, przecież nie wyjdę za kogoś, kto mi się nie podoba!
On nawet kiedyś mi proponował wyprawę do kina, ale jak popatrzyłam na jego profil to
zaraz powiedziałam, że nie mam zupełnie czasu.
A Stefan? Wzrostem byłby dla ciebie  niezły.
Tina, ty to chyba oczu nie  masz- przecież on wygląda paskudnie- ma trądzik młodzieńczy
a do tego stare blizny po trądziku, które wyglądają jakby był po  prawdziwej ospie.
Nie, nie, Stefan odpada. Wiesz, ja to chyba zostanę starą panną. Chociaż prawdę mówiąc
pozycja  "starej panny" też za ciekawie nie wygląda.
Jedna z moich ciotek jest taką właśnie "starą panną" i to z wyboru, bo jej narzeczony niemal
tuż przed ślubem umarł z powodu ciężkiego zapalenia płuc. A suknia ślubna już była gotowa.
Ciekawa tylko jestem czy aby naprawdę umarł czy to może tylko taka opowiastka rodzinna,
bo facet  w ostatniej chwili oprzytomniał i zrezygnował z zostania szczęśliwym mężem.
Bo już kilka opowiastek rodzinnych było tylko opowiastkami a nie prawdą.  Jeden z braci
ojca rzekomo zszedł z powodu jakiejś ciężkiej choroby, a tak naprawdę to się utopił po pijaku
w stawie niedaleko własnego domu- staw był  płytki, ale za to dość długi,wujkowi nie chciało
się go okrążać i postanowił pójść "na przełaj", bo nie jeden raz tak chodził. No ale tym razem
się potknął będąc w wodzie, a że był solidnie zalany to nie mógł się podnieść i utopił się. Nie
było nikogo w pobliżu, nikt nie widział  jak wujaszek chlupnął w tę wodę.
W stawie o wysokości poziomu wody zaledwie 70 cm. A wujaszek miał 185 cm wzrostu,
tak jak mój ojciec. Jedna z ciotek się kiedyś wygadała, gdy na któreś święta mój ojciec za
dużo wypił  i zasnął przy stole "przy fruktach i słodyczach". No i było wielce zabawnie, bo
druga  cioteczka stwierdziła, że właściwie  cała męska część tej rodziny miała pociąg do
butelki i że dobrze, że ostatnio same dziewczynki przychodziły na świat i "linia" wygaśnie.
I wszyscy się w końcu pokłócili, tatuńcio się przebudził od tego hałasu, stwierdził, że jakoś
marnie się czuje i pojechaliśmy do domu. I potem ze dwa lata nie było spotkań rodzinnych,
co akurat mnie wcale nie przeszkadzało, bo co za frajda siedzieć godzinami przy stole.
Tina słuchała z wielką uwagą - jej rodzina po wojnie rozjechała się po Polsce i rzadko
udawało się  zgromadzić wszystkich w jednym miejscu, a największym problemem były
wtedy  noclegi  dla wszystkich. W całym kraju sytuacja mieszkaniowa była dość trudna
oraz wszędzie była zbyt szczupła baza hotelowa.
Zrobiły jeszcze przegląd pozostałych kolegów z biura i wyszło na to, że tak naprawdę to
wśród męskiej części pracowników nie ma na kim oka zawiesić - albo żonaci albo zupełnie
nieciekawi.
W pewnej chwili dołączył do nich,  dość  niespodziewanie, jeden z kolegów z pracy- pchał
przed sobą głęboki "dwupak" z bliźniakami. Był wyraźnie uszczęśliwiony ich widokiem-
miał nadzieję, że to spotkanie umożliwi mu wypicie  kawy.
Dziewczyny w głębi duszy żałowały, że nie zakończyły nieco wcześniej swego spotkania,
ale zrobiły przysłowiową  dobrą  minę do złej gry. Z drugiej strony lubiły swego kolegę, który
w pracy często opowiadał jak to jest gdy się trafią bliźnięta.
                                           c.d.n

czwartek, 26 grudnia 2019

VIII- Zupełnie zwyczajne życie

Pomału, bez  "trzęsienia  ziemi" Rafał  wszedł w życie Marii.
Miał już dość zaawansowaną pracę magisterską, widywali się codziennie i jakimś cudem
wciąż mieli o czym rozmawiać.
Przez kilka lat znajomości z Jerzym Maria nie  "narozmawiała się" na tyle tematów co
z Rafałem jeszcze przed ślubem.
Każde widzenie się z  Jerzym było zdominowane seksem, korzystaniem z  przeróżnych
dostępnych rozrywek,  jak fajfy, dancingi, częstymi wypadami do  kina i teatru, spotkaniami  ze znajomymi Jerzego, wyjazdami w plener.
W pewnym sensie Maria była wizytówką Jerzego - pokazywała jego znajomym jaki jest fajny,
bo ma młodziutką dziewczynę, którą wychowuje sobie na żonę, a która podoba się jego rodzinie
i wszystkim znajomym.
A że jest tylko  cztery lata starsza od jego córki? - no i dobrze, dłużej  dzięki niej będzie się
czuł młodo. Jerzy codziennie zapewniał ją, że jest dla niego całym światem, był świetnym
kochankiem, Maria miała ten luksus, że cały czas czuła się pożądana, zaspokojona. I Maria
bardzo długo nie dostrzegała żadnych ciemnych stron tego związku.
I bardzo możliwe, że gdyby Maria przypadkiem nie odkryła, że Jerzy nie jest wobec niej
w stu procentach lojalny, byłaby z nim nadal.
Przez długi czas Jerzy nie dawał znaku życia, co jakoś nie martwiło Marii. Zastanawiała
się co prawda, czy aby znów nie jest pod zdalną obserwacją, ale nawet gdyby była nie
martwiło to jej.
Po pół roku bliższej znajomości, Maria i Rafał doszli do wniosku, że byłoby całkiem
nieźle, gdyby zostali małżeństwem.
Co prawda nie mieli mieszkania a budownictwo mieszkaniowe w Polsce tylko pozornie
"przeżywało rozkwit" - nowe osiedla w stolicy powstawały w miejscach uzbrojonych,
na których istniały mocno zaludnione domki jednorodzinne, nie mniej zasiedlone nie
przez jedną a kilka rodzin. Ludzi z tych domków przesiedlano w nowo wybudowane
osiedla- przecież musieli gdzieś mieszkać- i ten tryb powodował, że wciąż  brakowało
mieszkań dla tych, co zostawali członkami spółdzielni mieszkaniowych. Jak zwykle
ktoś nie pomyślał w porę, że to co zaoszczędzą inwestorzy na niewymagającym już
uzbrojenia terenie  obróci się  przeciwko nowym członkom wszelakich spółdzielni, a czas
oczekiwania na mieszkanie wszystkim spółdzielcom mocno się wydłuży.
Nastąpił swoisty, polski cud budowlany- im więcej budowano nowych domów tym dłużej
ludzie czekali na mieszkania. Opóźnienia w oddawaniu mieszkań dochodziły już do  dwóch
lat, z czasem się wydłużały, zależnie od lokalizacji nowych osiedli.
W lecie Maria z Rafałem wzięli ślub - bardzo skromny, bez wesela. Zdawali sobie dobrze
sprawę, że  lekko nie będzie - cała pensja Marii szła na wynajęcie dla nich lokum.
Mniej więcej w trzy lata po ślubie Maria spotkała Jerzego. Właściwie oboje ucieszyli się
z tego spotkania. Maria taktycznie nie dopytywała się czy Jerzy się ożenił czy też nie.
On był zmartwiony, gdy dowiedział się, że Maria przeszła bardzo ciężką operację i teraz
bardzo wolno powraca do normalności. Zaproponował,  by Maria zmieniła pracę na lepiej
płatną , w firmie, której dyrektorem naczelnym był jego dobry kolega.
Maria ze smutkiem odnotowała, że niewiele zostało z tego dawnego Jerzego- był całkiem
siwy, wyglądał na bardzo zmęczonego.Na pożegnanie dał Marii swój nowy numer telefonu
i prosił by zatelefonowała do niego za dwa dni w sprawie nowej pracy dla siebie.
Po raz pierwszy Maria coś ukryła przed Rafałem - właśnie to spotkanie z Jerzym. W dwa dni
później zatelefonowała do Jerzego, poszła  na umówione przez Jerzego spotkanie z jego
kolegą-dyrektorem i zmieniła pracę. Co jakiś czas spotykała Jerzego służbowo, pracowali
w jednej branży, a Jerzy był jednym z dyrektorów zjednoczenia, do którego należało biuro,
w którym ona pracowała.
Po sześciu latach przeniosła się do innej instytucji i nigdy już nie spotkała Jerzego. Ale i tak
pozostał na zawsze w jej pamięci.
Ale Jerzy tkwił nie tylko w jej pamięci - o jego istnieniu pamiętał dobrze i Rafał - wiele lat
obawiał się, że pewnego dnia Maria opuści go i wróci do Jerzego.
Ale opuszczenie Rafała nigdy nie wpadło Marii do głowy - kochała go, doceniała jego
inteligencję i lojalność.
Tak się złożyło, że ani Rafał ani Maria nie byli dla swych matek wymarzonymi partnerami
ich dzieci. Maria nie podobała się swej teściowej bo nie wniosła  żadnego posagu, nie była
również okazem zdrowia ani, wg. teściowej, nie olśniewała swą urodą, była "zbyt niska"
i.....nie była jasną blondynką.
Mama Marii też nie mogła  wybaczyć swemu  zięciowi, że nie jest krezusem, że jego matka
nie odpowiada jej pod względem intelektualnym, a  Rafał jest dość nieśmiałym osobnikiem.
I zapewne gdyby nie wyjątkowa "odporność na gadanie matek" i prawdziwe uczucie, które
ich łączyło, ich małżeństwo nie przetrwałoby nawet roku.
Wspólnie przetrzymali olbrzymi poślizg warszawskiego budownictwa mieszkaniowego, bo
uparli się by wziąć mieszkanie w lokalizacji, która im odpowiadała, a nie byle gdzie. Z tego
powodu czekali na mieszkanie  aż 9 lat od chwili  ślubu. No i straszna sprawa - nie spieszyli
się wcale by powołać na świat potomstwo by sprawić radość obu babciom, które wręcz nie
mogły się wnucząt doczekać.
A oni zdecydowali się na posiadanie dziecka dopiero wtedy gdy obliczyli, że Maria będzie
mogła wziąć bez drastycznego zachwiania budżetu bezpłatny, trzyletni urlop wychowawczy.
Oboje mieli tak nikłe zaufanie do swych matek, że nawet na moment nie zostawiliby z którąś
z nich swego dziecka.
I zapewne to niemal całkowite odizolowanie się ich od wpływów jednej i drugiej rodziny, to
ich wzajemne  takie silne i konsekwentne "zawieszenie się" tylko na sobie sprawiło, że byli          naprawdę dobrym małżeństwem.
A Maria do dziś jest przekonana, że jest to też zasługa Jerzego, bo jej znajomość z nim
uprzytomniła jej co jest w życiu ważne, o co warto walczyć, a co można z powodzeniem
pominąć.
                                                                KONIEC






















wtorek, 24 grudnia 2019

VII - Zupełnie zwyczajne życie

Droga powrotna z sanatorium była dość męcząca , do Warszawy dotarli późno i tę
noc Maria  przespała w mieszkaniu Jerzego.
Mieszkanie było odmalowane, w kuchni stał nowy stół, zamiast taboretów były nowe,
całkiem wygodne krzesła.
Jerzy, gdy tylko dowiedział się, że Maria ma jeszcze 7 dni zwolnienia lekarskiego, wziął
tydzień urlopu. Miał bardzo  dużo zaległego urlopu, bo jak twierdził, częste wyjazdy,
z których większość była poza PRL, z powodzeniem zastępowały mu  urlop.
Zaproponował Marii, by na ten czas pojechać do "znajomej leśniczówki" - pospacerują
trochę po lesie, pooddychają zdrowym leśnym powietrzem, Maria będzie mogła jeszcze
trochę poleżeć w ciągu dnia, on spędzi miło czas z leśniczym.
Ale ten projekt nie przypadł Marii do gustu- po pierwsze musiała nieco zmienić swą
garderobę, bo miesiąc , w którym spędzała wiele godzin leżąc oraz dieta typu "chudo
i słodko" spowodowały, że przybrała na wadze aż 10 kg. Nie mieściła się w to wszystko, co
nie było wykonane z dżerseju. A i te wszystkie dzianiny, teraz zbyt opięte na niej, sprawiały
niemiłe (głównie dla jej  oczu) wrażenie. Przed wyjazdem ważyła 48kg,  gdy teraz spojrzała
na wagę - omal nie  zemdlała i aż trzy razy się  ważyła- niestety waga uparła się by wciąż
pokazywać równe 58 kg. Nic dziwnego -w sanatorium musiała codziennie pochłaniać
glukozę, jedyne  ciastka, które były dozwolone w sanatoryjnej cukierni to były bezy a do
tego sanatoryjne wyżywienie  to było 5 posiłków dziennie. I albo się siedziało przy stole
i coś konsumowało albo  spędzało czas w pozycji horyzontalnej, na zabiegach lub na
zwykłym leżakowaniu. Spacery po parku zdrojowym, po którym wszyscy dostojnie krążyli,
nie były w stanie zrównoważyć ilości pochłoniętych kalorii.
Maria musiała teraz zająć się bieganiem po sklepach by zmienić swą garderobę bo tylko
dres na niej dobrze leżał, ponieważ poprzednio na niej wisiał. No ale niestety w dresie nie
chodziło się do pracy. Jerzy dzielnie towarzyszył jej w wędrówkach po sklepach, z wielkim
spokojem wysłuchiwał narzekań, że nie ma nic ciekawego ani ładnego w tych sklepach i
na okrągło powtarzał Marii, że ona i tak najładniej to wygląda we własnej skórze.
Na wszystkie uwagi Jerzego, że trzeba pomyśleć o ustaleniu terminu ślubu Maria miała jedną
stałą odpowiedź: "nie jestem jeszcze gotowa, nadal ci nie ufam w stu procentach, możemy
na razie być bez ślubu, mnie się nie spieszy."
Tak naprawdę to Maria sama chwilami nie bardzo wiedziała co ma  zrobić - jej uczucie do
Jerzego mocno ochłodło, faktycznie straciła do niego zaufanie. Zastanawiała się ile razy ją
zdradził, bo był facetem dla którego seks był lekarstwem  na wszystko - na zmęczenie pracą,
na kłopoty w pracy, na nudę a także na okres dużej prosperity i dobrego humoru. Zupełnie
tak jak gryzak dla ząbkującego dziecka.
W obowiązkowych godzinach leżakowania w sanatorium wiele razy zastanawiała się z kim
Jerzy "sypia" gdy ona jest daleko od niego, jak zniesie te duże ograniczenia zalecone przez
lekarza i czy jest jakikolwiek sens wychodzić za niego za mąż. Była sama na siebie zła, że
wciąż tęskni za jego dotykiem i obecnością dającą swoiste poczucie  bezpieczeństwa.
Tydzień minął szybko, Maria zaczęła pomieszkiwać na dwa domy- trochę u rodziców, trochę
z Jerzym.
Zatelefonowała do Rafała i on natychmiast zaproponował by się spotkali i porozmawiali, bo
przez telefon nie jest jednak wygodnie o wszystkim rozmawiać. Spotkali się w kawiarni, która
była niedaleko mieszkania Rafała a dostatecznie daleko od mieszkania Jerzego i absolutnie
nie na jego trasie. Przesiedzieli w dymie papierosowym trzy godziny, z oczami utkwionymi
w sobie i Maria powiedziała co nieco Rafałowi o swych rozterkach, mówiąc, że nie oczekuje
żadnej porady w tej kwestii, ale jakoś musi to z siebie wyrzucić i najłatwiej jest gdy rozmówca
jest osobą bezstronną. Przymiotnik zastosowany w tym zdaniu nieco rozbawił Rafała - chyba
nie był tak naprawdę osobą bezstronną.
Na początku grudnia zachorował niespodziewanie ojciec Marii i trafił do szpitala. Codziennie
po pracy Maria przychodziła do szpitala i siedziała tam do późnego wieczora. Oczywiście
poinformowała Jerzego co się stało i że teraz musi zajmować się ojcem, bo mama bardzo źle
znosi całą sytuację i w szpitalu bywa sporadycznie. W ramach "wsparcia" Jerzy kilka razy
odprowadził ją wieczorem do szpitala, ale nie przekroczył jego progu.
Gdy się  sytuacja pogorszyła i trzeba było zostać na noc, Rafał , nie proszony o pomoc, został
z Marią na noc w szpitalu. Gdy stan zaczął zagrażać życiu pacjenta zdecydowano się na operację -
był to akurat Sylwester, ludzie szli na zabawę a Maria z Rafałem siedzieli  na korytarzu pod salą
operacyjną czekając na wynik operacji. Po kilku bardzo długich godzinach, gdy pielęgniarki
wytoczyły wózek z sali operacyjnej Maria doznała szoku, a ordynator, który operował jej ojca
powiedział Rafałowi by natychmiast zabrał Marię ze szpitala, bo on nie potrzebuje w tę noc
następnego pacjenta do ratowania, w postaci nawet tak miłej osoby jaką jest Maria.
Rafał zabrał Marię, która chwilami nie bardzo wiedziała co się do niej mówi, do swego kolegi,
który zaprosił na Sylwestra kilkanaście osób. Maria została dość szybko "znieczulona"
jednym kieliszkiem wódki, siedziała zdrętwiała objęta ramieniem Rafała i cały czas powtarzała-
jest źle, tata umrze, bo nie leżał po operacji spokojnie, cały czas drżał, to źle rokuje.
Rafał milczał tylko chwilami mocniej ją przytulał i gładził delikatnie po policzku, zastanawiając
się jak ją  uspokoić, wlać w nią nieco otuchy.
Dookoła wszyscy tańczyli, co chwilę  spełniano toasty a Maria tkwiła mocno w swej rozpaczy.
Około ósmej rano oboje poszli do szpitala. Ojciec żył i chyba nawet lepiej wyglądał niż Maria.
O szczegółach tej operacji Maria dowiedziała się kilka dni później. Na razie było lepiej - przed
pacjentem był jeszcze jeden dzień krytyczny , dzień w którym z reguły roztapiały się szwy
wewnętrzne. Był to 9 dzień po operacji - Maria od rana siedziała w szpitalu, ale dzień minął
bardzo spokojnie, ojciec nadal czuł się dobrze.
Tego dnia po południu wpadła do mieszkania  Jerzego by zabrać stamtąd swoje rzeczy, które
akurat były jej potrzebne. Jerzy był już w domu. I wtedy, tak nieco niespodziewanie dla
siebie samej, Maria powiedziała mu, że nie wezmą nigdy ślubu, choć on pozostanie dalej w jej
życiu bardzo ważną osobą, ale ich związek nie uda się, czego dowodem jest to, że nie dał jej
wsparcia teraz, gdy tak bardzo tego potrzebowała.  Natomiast cały czas eksponował fakt, że
 czuje się samotny, bo ona nie przychodzi. że ani razu nie wpadł do jej ojca do szpitala.
W odpowiedzi usłyszała, że on daje jej trzy miesiące na zdecydowanie się kiedy wreszcie
będzie ten ich ślub. Maria wyszła z mieszkania teatralnie trzasnąwszy drzwiami wyjściowymi.
Cud , że nie  rozpadły się.
Niestety  szesnastego dnia po operacji ojciec Marii dostał krwotoku wewnętrznego.Rozpuściły
się szwy na niemal nie zrośniętej tętnicy i pomimo natychmiastowej interwencji chirurgicznej
nie udało się uratować ojca. Pielęgniarka, gdy potem rozmawiała z Marią powiedziała, że tuż
przed śmiercią  jej ojciec wzywał zapewne swego syna, bo wołał  "Rafał, Rafał, synku".
Maria była wstrząśnięta.
Na pogrzebie był i Rafał i Jerzy, ale Maria szła z matką i nawet nie bardzo wiedziała kto był
na tym pogrzebie. W kilka dni później widziała się z Jerzym i podziękowała mu za obecność
na pogrzebie i usłyszała, że mogła mu oszczędzić widoku siebie  w objęciach swego nowego
faceta. I Maria słysząc to dostała ataku śmiechu, bo tym "facetem" był ....siostrzeniec jej
matki, który przytulał płaczącą Marię, czekając aż  ta się nieco pozbiera i opanuje.
W odpowiedzi usłyszała, że czas biegnie do przodu i  zostaje jej coraz mniej czasu na podjęcie
decyzji. Maria nic nie odpowiedziała i wyszła - tym razem oszczędzając drzwi, wszak nie były
niczemu winne.
Była u  Jerzego jeszcze dwa razy, za każdym razem redukując swe rzeczy i mówiąc, że musi
je wziąć do prania lub wyrzucić bo z nich "wyrosła w poprzek".
Złośliwie zostawiła w szafce łazienkowej swoje kosmetyki- dobrze wiedziała, że każda z kobiet, która będzie korzystała z łazienki zajrzy do tej szafki - tak robiła  większość kobiet.
Spędzała teraz dużo czasu w domu z matką - jednego wieczoru, zupełnie niespodziewanie
przyszedł Jerzy.  Posiedział ze dwie godziny a na koniec powiedział, że wyjeżdża na 10 dni,
wraca na 3 dni i zaraz znów wyjeżdża i jeśli coś trzeba Marii lub jej mamie  przywieźć
z Zachodu to on z chęcią przywiezie. Maria stwierdziła, że chyba niczego nie potrzebuje,
poza tym zaczęła się odchudzać, to nawet nie wiadomo jaki rozmiar by miała zamówić.
Zostawił Marii klucze od swego mieszkania zupełnie nie wiadomo po co- w tym mieszkaniu
nie było ani pół kwiatka do podlewania.
Rafał miał sesję egzaminacyjną, bazowali  głównie na krótkich rozmowach telefonicznych
w godzinach pracy. Rozmawiali codziennie. Rafał był zmęczony.
W pracy dostał do realizacji nowy temat, który jego zdaniem mógłby być pracą magisterską.
Zależało mu by jak najszybciej uwinąć się z sesją i zabrać się za pisanie  pracy magisterskiej,
bo szef wyraził ochotę by być jego promotorem.
W czasie tej sesji Maria wpadała  do niego na uczelnię by go po egzaminie wyciągnąć na
krótki spacer.
Na dzień przed powrotem Jerzego z pierwszej części delegacji zrobiła mu zakupy by miał
co zjeść na kolację i śniadanie i ugotowała nawet obiad, do którego dołączyła "instrukcję
użycia". Oddała do pralni jego koszule i jeden z garniturów (przejrzawszy uprzednio
kieszenie), zadzwoniła do znajomych studentów by przyszli pomyć okna.
Poprane i uprasowane koszule tworzyły w szafie na półce zgrabny stosik, przy nich
zostawiła Jerzemu kartkę z informacją w której pralni były prane i że ma on tam swój
numer, pod którym będzie mógł zawsze zostawiać swoje pranie. Jednego popołudnia
zostawi koszule do prania, następnego poprane i poprasowane odbierze.
Pod stosikiem koszul zostawiła kopertę z króciutkim listem, w którym pisała, że zawsze
będzie miał miejsce w jej sercu, bo pewnych rzeczy nie można wyrzucić z serca i umysłu,
ale nie będą dobrym małżeństwem. Mogą  się tylko przyjaźnić, bo przecież dużo ich
kiedyś łączyło.
Chciała by ten list Jerzy znalazł tuż przed wyjazdem w drugą delegację i celowo jego
koszule w ulubionym błękicie nie leżały na samym wierzchu.
Wiedziała, że tchórzy, że to ucieczka przed rozmową w cztery oczy, ale bała się, że nie
oprze się jego namowom, prośbom i  perswazjom. Sama rozumiała, że 22 lata różnicy
wieku to nic gdy ona ma lat 20 a on 42, ale  to wszystkie stanie ością w gardle gdy oboje
będą o 20 lat starsi. Jak słusznie zauważyła jej matka,  to jest różnica pokolenia.
                                                         c.d.n.





poniedziałek, 23 grudnia 2019

VI - Zupełnie zwyczajne życie

Jerzy nie odpuszczał - w jego głosie pojawiły się nuty prośby - bardzo prosił, wręcz
niemal błagał Marię by choć na chwilę pojechała z nim do tego nowego mieszkania,
bo tam też coś na nią czekało.
Przecież cię nie zgwałcę, nie mam zwyczaju brać kobiet siłą, wiesz o tym dobrze.
Obejrzyj to mieszkanie, trzeba tam tylko nieco je  doposażyć, pomóż mi w tym, proszę.
Popatrzysz, podyktujesz mi czego brak, a ja to uzupełnię.
Ktoś mi nakładł w głowę, że ty jesteś dla mnie za młoda, że za kilka lat nie będę mógł
za tobą nadążyć i nawet starałem się pokochać inną, ale nie pokochałem. Naprawdę.
Siuniu, błagam, wróć do mnie.
To bardzo dziwne imię Siunia było wielce intymnym skrótem od  "Marysiunia" ,
wyszeptywanym przez Jerzego gdy był niemal w ekstazie.
Marii stanęły łzy w oczach - Jerzy, ja nie  odeszłam od  ciebie, to ty mnie porzuciłeś,
a do tego okłamałeś. I nie chcę przeżyć tego po raz drugi, boję się, to bardzo bolało.
No dobrze, jestem  podła świnia, ale  proszę, podjedźmy do tego mieszkania.Zrobimy
po drodze jakieś drobne zakupy w Delikatesach, bo są blisko. Nawet nie wiesz jak
blisko stamtąd do mieszkania twoich rodziców.
Maria nagle zaczęła trzeźwo myśleć - chyba lepiej wiedzieć gdzie to jest, bo w razie
czego będzie wiedziała jaki rejon ma omijać.
Wiedziała dobrze, że Jerzy nie weźmie jej siłą, nie  należał do "słodkich brutali", opór
nigdy go nie podniecał, raczej skutecznie zniechęcał. Starał się być obiektem pożądania
i wiedział jak do tego doprowadzić. Zero pośpiechu, "to" musiało niemal samo nastąpić.
Gdy wyszli z kawiarni Jerzy poprosił portiera by wezwał taksówkę i  Maria z nieco
ściśniętym gardłem do niej wsiadła.
Rzeczywiście- od  mieszkania jej rodziców (w którym wszak nadal mieszkała) do nowo
wynajętego przez Jerzego mieszkania było około 2 km. Było to stare osiedle WSM, niemal
wszystkie domy były dwupiętrowe i miały przydomowe ogródki, należące do mieszkań
usytuowanych na parterze.
Wynajęte przez Jerzego mieszkanie było na parterze. Jeden pokój był od północy, okna
dwóch pozostałych wychodziły na ogródek,  na stronę południową.  Każdy z ogródków
był ogrodzony siatką, którą porastał winobluszcz.
Do pokoju, który przez projektanta był przeznaczony na sypialnię, wchodziło się przez
przez  bardzo duży pokój z drzwiami wiodącymi do ogródka. Łazienka miała jeszcze
pełnowymiarową wannę, WC było oddzielne.  Okno w kuchni też wychodziło na stronę
północną.
Meble były stare,  ciężkie, ciemne. W dużym pokoju królował duży okrągły stół  oraz
rozłożysty kredens. Krzesła też były masywne, poza tym była biblioteka i dwa naprawdę
olbrzymie fotele. W sypialni stał  duży tapczan, dwie szafy ubraniowe i toaletka.
W pokoju od strony podwórka stała wersalka, regały, małe biurko. Te meble były już
wyraźnie  z nowszej epoki, bliższej współczesności.
Maria rozejrzała się po mieszkaniu - jej zdaniem przydałoby się je odmalować i farbą
nieco je rozjaśnić, zwłaszcza kuchnię i drugi pokój. Z mebli niewiele trzeba było dokupić,
może tylko  jakiś stolik by go postawić koło wersalki, by było na czym postawić kawę.
Ale nie było to konieczne, w dużym salonie był przecież stół i krzesła.
Najmarniej prezentowała się kuchnia. Taborety pamiętały pewnie jeszcze bardzo dawne
czasy i były paskudne. Na kuchennym stole leżała cerata, która lata świetności miała już
dawno za sobą. W wielu miejscach była ponacinana nożem, wzór na niej był mocno
zatarty. Garnki, talerze, sztućce nie budziły zastrzeżeń. Oprócz tej kuchennej zastawy
Maria odkryła ładną zastawę w wielkim kredensie, w salonie.
Z rzeczy dziwnych, to obok kuchenki gazowej stała kuchnia węglowa, podobnie zresztą
jak w kuchni rodziców Marii. Nic dziwnego, osiedle powstało jeszcze przed wojną.
Mieszkanie było ciche, nie dochodził tu hałas z pobliskiej arterii. W promieniu 100 do 200
metrów było bardzo dużo sklepów, łącznie z Delikatesami, bardzo dobrze zaopatrzonym
sklepem  papierniczym, małym salonem  Empiku, fryzjerem, cukiernią i kwiaciarnią.
Trochę dalej była apteka i rejonowa przychodnia lekarska oraz....Dom Kultury.
Maria otworzyła drzwi prowadzące do ogródka i zeszła  po dwóch koślawych schodkach.
Ogródek wyraźnie dopominał się skoszenia trawy o czym nie omieszkała poinformować
Jerzego. Śmiać jej się zachciało, bo przez moment wyobraziła sobie jak Jerzy w garniturku,
pod krawatem, chodzi po ogródku i macha kosą, a o koszeniu to nie  miał wszak pojęcia.
Przeszła na sam koniec ogródka i odkryła tam sporą dziurę w siatce, przez którą bez trudu
mógł przejść całkiem spory pies, nie mówiąc już o kotach.
Zawołała Jerzego - popatrz, nawet ja bym przez tę dziurę przeszła bez żadnego problemu!
Trzeba to jakoś zabezpieczyć. Gdy winobluszcz zgubi liście to wtedy da się to załatać
jakimś kawałkiem siatki albo wręcz drutem.  Jerzy uśmiechnął się - ci ludzie mieli psa i
pewnie pies tędy wychodził na spacer gdy czuł taką potrzebę. Psa wzięli ze sobą a dziury
nie załatali.
Siuniu, chodź na chwilę do domu, chcę ci coś dać. Usiądź grzecznie w fotelu i zamknij
oczy. To jest zrobione specjalnie dla Ciebie. Daj rękę, ale nie otwieraj oczu, dopóki ci nie
powiem. Maria czuła, że Jerzy zakłada jej na rękę bransoletkę, na palec pierścionek
a w końcu na szyję jakiś naszyjnik.
Jurek nie rób ze mnie choinki, proszę. 
Nie robię choinki, ale te trzy rzeczy są kompletem. To srebro, tak jak lubisz. No dobrze,
otwórz oczy. 
Naszyjnik i bransoletka były zrobione z cienkościennych, wzdłużnie żłobionych, pustych
w środku, owalnych koralików,  które były łączone ogniwkami. Te z bransoletki były nieco 
bardziej płaskie niż te z naszyjnika. Oczkiem pierścionka  był jeden z koralików bransoletki.
Bardzo ładne, ale, ale......... nie przekupisz mnie tym.
Zbyt dużo we mnie żalu i nie mogę się pozbyć podejrzenia, że za jakiś czas ta historia się
powtórzy. Daj ten komplet Monice na 18 urodziny. To będzie bardzo ładny i drogi prezent.
Wiem, to dopiero za dwa lata, ale srebro to wytrzyma, najwyżej  dasz wpierw do czyszczenia.
Pomału zdjęła z siebie biżuterię, obejrzała dokładnie jak to zostało zrobione, oceniła projekt
jako bardzo udany i położyła na stole.
Mario, ja to zamawiałem z myślą o tobie a nie o kimś innym. To twoja biżuteria niezależnie
od tego czy będziemy razem czy nie. Jeżeli będziemy razem będę cię w niej podziwiał,
jeśli nie będziemy - będziesz miała po mnie taką małą pamiątkę pierwszego razu.
Zajrzyj pod spód oczka w pierścionku- masz tam datę i moje imię. Ustrzeliłaś mnie wtedy
swymi reakcjami - czułem się jakbym grał na skrzypcach Stradivariusa.
Jurek, przecież ty nigdy nie uczyłeś  się gry na skrzypcach, więc skąd to porównanie?
Weź kartkę i zapisz - trzeba pomalować ściany, przedpokój, kuchnia i północny pokój na
bardzo  jasny słoneczny kolor. Sypialnia i stołowy na jasny perłowy. Kupić ze dwa nowe
taborety do  kuchni. Nowy, mniejszy stół do kuchni z dobrze zmywalnym blatem.
Rozmrozić i umyć lodówkę. Znaleźć dochodzącą sprzątaczkę, czyli popytać się znajomych.
Słuchaj- jadę na miesiąc do sanatorium, mam bardzo złe wyniki. Wyjeżdżam 2 października,
wracam 30 .
To  ja cię odwiozę do tego sanatorium samochodem, nie będziesz się tłukła pociągiem.
I  po ciebie przyjadę.  A do którego masz skierowanie?
Do Długopola Zdroju, to strasznie daleko jak na jazdę  samochodem.
Nie ma sprawy, pojedziemy testowym samochodem,  z zawodowym kierowcą.  Jeżeli ja
nie będę mógł jechać to pojedziesz sama z kierowcą. Bo coś mi się wydaje, że mam
w tym czasie jakiś wyjazd zagraniczny. Ale samochód  dostaniesz, z kierowcą. On cię
zabierze spod domu rodziców i odstawi pod samo  sanatorium.
I podaj mi te swoje wyniki, zadzwonię do znajomego lekarza, żeby sprawdzić czy to
skierowanie ma sens.
Jurku, ma sens, przechodziłam żółtaczkę wszczepienną i uznano, że teraz powinnam być
jeszcze  na diecie, dużo leżeć i coś tam jeszcze. I , z fajnych wiadomości, to mam roczny
szlaban na seks. I nigdy nie będę mogła być krwiodawcą.No nie rób takiej zdziwionej miny,
lekarz ci wytłumaczy dlaczego. Bo ja się na tym nie znam.  Ale się dowiedziałam, że
zdarzają się osoby, które na ten typ żółtaczki nie chorują a są jej nosicielami.Dobre, prawda?
Ale skąd  ta żółtaczka  u ciebie? 
Prawdopodobnie  po rwaniu zęba  u zakładowej dentystki. Pewnie jej autoklaw miał zbyt
niską temperaturę i nie wybił tego cholernego wirusa. Jestem drugim przypadkiem w tym
gabinecie.
Jurku, pieniądze za płaszcz zwrócę ci w dolarach, nie mam funtów.
Jerzy spojrzał na nią wzrokiem zranionej łani - dziewczyno, ten płaszcz to też prezent,
wróć na ziemię. Widzisz, świetnie, że go kupiłem, weźmiesz do sanatorium. A masz
jakiś cieplutki sweter? Tam może już być chłodno, bo to trochę blisko gór.
Mam, ten czarny, który sięga mi do kolan, bo brałeś go na swój wzrost a objętość Moni.
Ale jest cieplutki. No i może uchodzić za sukienkę.
W tydzień później kierowca odwiózł Marię do sanatorium.. Marii się tam podobało.
Wprawdzie pokój był trzyosobowy, ale współtowarzyszki były całkiem sympatyczne.
Dość dużo czasu Maria spędzała w pozycji horyzontalnej, zabronione było chodzenie
po okolicznych górkach a jedyną rozrywką były cowieczorne tańce - na zmianę tango
lub walc angielski.  Każdy "wieczorek taneczny" był poprzedzany wykładem na temat
odpowiedniej diety i zdrowego trybu życia po przebyciu tego typu żółtaczki.
30 października przyjechał  po Marię Jerzy. Połowę drogi Maria przespała zwinięta
w kłębek  w jego objęciach. Nawet nie wiedziała kiedy zasnęła. Obudziła się, kiedy
zatrzymali się gdzieś po drodze by zjeść obiad.
                                                       c.d.n

















V -Zupełnie zwyczajne życie

Od tego  dnia  Maria i Rafał zaczęli się spotykać. Nie były to częste spotkania bo Rafał
codziennie miał zajęcia na uczelni. Najczęściej widywali się w sobotnie popołudnia i
wieczory. Niedziele też nie wszystkie były dla nich. Po prostu czasami  Rafał musiał pisać
jakieś projekty i musiał się sporo uczyć. W pracy nie miał wcale taryfy ulgowej z racji tego,
że studiował. Teoretycznie mógł wychodzić  z pracy godzinę wcześniej, ale jak to często
bywa teoria i praktyka chadzają różnymi drogami i nie  mogą się spotkać.
Do tego wszystkiego szef Rafała uznał, że warto w niego inwestować i chłopak dostawał
w pracy trudne tematy do realizacji, takie jak dyplomowany inżynier a nie technik, którym
jeszcze był.
Któregoś dnia do Marii zatelefonowała  sekretarka Jerzego z informacją, że następnego
dnia Jerzy będzie na nią czekał w kawiarni w Bristolu. Marię nieco zatkało  z wrażenia,
ale wydusiła  z siebie podziękowanie za przekazanie wiadomości i prosiła by przekazać
Jerzemu, że spóźni się 10 do 15 minut jeżeli nie będzie na postoju wolnych taksówek.
Teoretycznie od biura , w którym pracowała Maria, nie było daleko na Krakowskie
Przedmieście do Bristolu, ale była to pora, gdy był spory tłok  w komunikacji miejskiej
i ilekroć się tam umawiała z Jerzym po zakończeniu swojej pracy to brała taksówkę.
Zaczęła się zastanawiać czy ma pojechać na to spotkanie czy nie. Pomyślała, że może
Jerzy chce jej oddać rzeczy osobiste, które zostały w "ich kawalerce". Nie było tego wiele
i nie były jej niezbędne, skoro ani razu nie odczuła ich braku w swej garderobie.
Ostateczną decyzję czy pojedzie na to spotkanie czy nie zostawiła na następny dzień.
Jeżeli dojdzie do wniosku, że jednak nie ma ochoty to zatelefonuje do jego sekretarki by
go poinformowała, że  ona jednak nie może  na to spotkanie przyjść.
Następnego dnia  poinformowała  swego szefa, że musi tego dnia wyjść nieco wcześniej
z biura, tak z godzinę wcześniej. Po prostu chciała jeszcze przed spotkaniem wpaść do
swojej fryzjerki by nieco odświeżyć czerń swych włosów. I koniecznie je skrócić. Szef
nie widział przeszkód by wyszła z pracy o 15,00 a nie 16,00. Wszystkie ważne i pilne
sprawy były z reguły w godzinach porannych.
Gdy szef  wyszedł na jakąś naradę szybko  zarezerwowała sobie  strzyżenie u swej fryzjerki,
a o 15,00 , tak jak uzgodniła wyszła  z biura.    Po wyjściu od fryzjerki wzięła taksówkę
i pojechała do Bristolu. Do umówionej godziny pozostało jeszcze 15 minut, zakładając,
że  Jerzy przybędzie punktualnie.
Gdy przyszedł kelner zamówiła kawę i krem czekoladowy z wiśniami. Kiedyś bywała tu
z Jerzym dość często na sobotnich dancingach. Jerzy lubił tańczyć i dobrze tańczył, nawet
rocka.
Po chwili przyszedł kelner z kawą i  konspiracyjnym szeptem zaproponował by zamiast
kremu czekoladowego z wiśniami  wziąć szarlotkę, bo jest dziś rano upieczona, a krem
nie wygląda dziś najlepiej. Maria zgodziła się z jego propozycją, bo skoro kelner coś
sugeruje to lepiej go posłuchać.
Z pięć minut po umówionej godzinie wszedł do kawiarni Jerzy. Jak zwykle w garniturze,
starannie ogolony, dobrze dobrany krawat. Wyglądał jak  zawsze elegancko i chyba też był
świeżo od  fryzjera. Podszedł do stolika ze słowem "witaj" na ustach, pochylił się nad
Marią i cmoknął ją w policzek. Miała ochotę powiedzieć mu, żeby oszczędził jej tych
poufałości, ale w ostatniej chwili poczuła, że nie może z siebie wydać głosu. Wyraźnie
była zdenerwowana, więc skupiła się na dziabaniu widelczykiem szarlotki.
A Jerzy, zupełnie jakby nigdy nic, zapytał -  no a co słychać? U kogo ?- zapytała niezbyt
przyjaznym tonem Maria.
Nooo, u ciebie mała, co słychać? Po chwili milczenia odpowiedziała - dziękuję wszystko
w porządku. Jerzy przyglądał się jej z uwagą. Powolnym ruchem, nieco teatralnym, sięgnął
po swój portfel, wziął w rękę złożoną czterokrotnie kartkę i wyciągnął ją w stronę Marii..
To coś dla  ciebie, mała, dostałem wreszcie rozwód.
Maria wpatrywała się tępym wzrokiem w filiżankę kawy i wreszcie wydusiła z siebie - no to
moje gratulacje. Długo na to czekałeś.
Przecież ty też na to czekałaś - zauważył  Jerzy.
Taaak, kiedyś  czekałam, ale od jakiegoś czasu przestałam na to czekać.  Tak dokładnie to
od pewnego Sylwestra, na którym nie byłam.
Jerzy się lekko oburzył - no zgoda, zaszalałem ale za głęboko mi zaszłaś za skórę - wciąż
jeszcze za tobą tęsknię. Możemy się szybko pobrać, no zobacz  mam rozwód! Załatwię
wszystko tak, byśmy nie musieli czekać tych 30 dni na ślub. Wynająłem inne mieszkanie
dla nas, będziemy tam mogli  mieszkać, to jest trzypokojowe mieszkanie, żeby moja
Moniczka mogła u nas  czasem zanocować. A może nawet będzie chciała zamieszkać
z nami. No powiedz wreszcie coś. Dopij tę kawę i pójdziemy do nas, jestem ogromnie
stęskniony. Zobaczysz jakie to ładne  mieszkanie, możemy w  nim 4 lata mieszkać, bo
pewnie tyle czasu trzeba będzie czekać na własne mieszkanie.
Maria zagryzała wargi  bo bardzo chciało się jej płakać ....ze zwykłej złości.
Jakim prawem on podejmuje za jej plecami decyzje, skoro od trzech kwartałów nie są
razem, a wszystko sam popsuł.
Spojrzała na niego uważnie i doszło do jej świadomości, że się postarzał, że przybyło mu
siwych włosów, oczy miał podpuchnięte. Był jakiś taki...zmięty. Ale ten widok wcale nie
przyprawił jej o zaniepokojenie ale o niechęć.
Jurek, oszukałeś mnie podle i ja jakoś nadal nie potrafię ci tego wybaczyć i zapewne już
nigdy bym ci nie zaufała. A małżeństwo to przecież kwestia zaufania, bez tego zamienia
się w piekło. Ja..... masz kogoś - przerwał jej gwałtownie  Jerzy.
Maria spojrzała na niego z uśmiechem  - no jasne, nawet pięciu równolegle. To nie jest
sprawa, że kogoś mam , to sprawa mego zaufania do ciebie.  Już  zawsze będę cię
podejrzewała, że mnie okłamujesz. Nie wrócisz skądś o umówionej godzinie a ja będę
oczami wyobraźni widziała, że trzymasz w objęciach jakąś inną kobietę. Nie jestem aż
tak wspaniałomyślna by się z kimś dzielić twoją obecnością i pieszczotami.
I nie jestem już tak naiwna, by wierzyć, że będziesz wiernym mężem. Zdradzałeś żonę
z innymi i ze mną, będziesz i mnie zdradzać z innymi. Bo dla ciebie najważniejszy jest
seks, a dla mnie już nie. Wiem, że są w  małżeństwie i inne sprawy decydujące o jego
jakości i trwałości. A rozwód ci się przyda, wygodne mieszkanie także. Choć nasza
kawalerka  też była niezła, zwłaszcza  widok z balkonu na pół Śródmieścia. Tam zostały
jakieś kawałki mojej garderoby to wrzuć to wszystko do śmietnika, ja tego nie potrzebuję.
Mówisz, że jesteś stęskniony, ale  jakoś długo nie byłeś stęskniony i nie obchodziło cię
co ja robię, czy tęsknię czy też nie.
Obchodziło mnie, obchodziło, włóczyłaś się z jakimiś małolatami a właściwie z jednym,
takim  niewysokim. Ludzie Leszka cię śledzili w ramach ćwiczeń. Ciągle łaziliście po
kawiarniach i do kina. Pracujecie oboje w tym samym biurze projektów.
No to ci mogę jeszcze uzupełnić jego kartotekę - Maria uśmiechnęła się- trenuje szermierkę
i ma na imię Jacek . I długo leżał w szpitalu i odwiedzałam go tam.
Jak widzisz, nie mam nic do ukrycia.  I skoro tak bardzo cię interesuje co robię to wiedz,
że nie mam żadnego faceta z którym sypiam.
Jerzy skinął ręką  na kelnera i nim ten podszedł spytał się  Marii czy  chce jeszcze coś
zamówić dla siebie, bo on jeszcze  chce kawę. Maria poprosiła tym razem o podanie  "neski
z pianką" zamiast kawy z ekspresu.
Wiesz, przedwczoraj wróciłem z Anglii, byłem w sprawie tego suchego doku.Udało się,
sprawa dogadana, podpisana. Tam jest w tej chwili szał płaszczy i kurtek z kolorowego
skayu. Kupiłem dla Ciebie niebieski taki płaszcz, tzw. 7/8. Czeka już na  ciebie w twoim
domu. Dla Moniczki kupiłem bardzo ciemnoczerwony. Ale pewnie nie będzie w nim chodzić
do szkoły, bo ta szkolna dzicz to albo ukradnie albo go zaraz zniszczy. Ten skay wygląda
zupełnie jak skóra. Chciałem nawet kupić i dla siebie, ale były tylko krótkie kurteczki, takie
do połowy bioder i z futrzanym kołnierzem. Nie pasuje do garnituru.
Jurek, dziękuję,  jeśli będzie dobry rozmiarem to ci zwrócę za niego pieniądze. Nie chcę
żadnych prezentów, nie jesteśmy już razem. I cieszę się, że już masz rozwód, cieszę się
z uwagi na  ciebie. A jak z opieką nad Moniką? U kogo będzie  na stałe mieszkać?
Ze swoją matką, przecież  ja często wyjeżdżam.
Mała, wypij te kawę i jedźmy do nas, proszę. Zrobiłaś mi wykład z teorii małżeństwa, ale
zrozum, że jestem stęskniony i spragniony ciebie.
Maria pokręciła przecząco głową  - nie Jureczku, nie, ja nie jestem jeszcze na to gotowa.
Mnie to wciąż jeszcze boli, że tak mnie oszukałeś. To mi uświadomiło, że nie jestem dla
ciebie tak zwanym całym światem. I tak naprawdę nie wiem, czy kiedykolwiek będę na
to gotowa. I możemy się raz na jakiś czas  spotkać, porozmawiać, ale nie będziemy już
razem, nie będziemy. Doszło do tego, że ja się zastanawiam ile razy mnie zdradziłeś
odkąd zaczęliśmy "być razem". To nie jest zdrowy i dobry układ.
Ale udało mi się znaleźć w tym jedną pozytywną rzecz - już nie jestem naiwną gąską
wierzącą we wszystkie zapewnienia o gorącej miłości. Analizuję teraz każdy komplement,
szukając z miejsca drugiego dna.I wolę jasne sytuacje

                                                         c.d.n.