czwartek, 13 czerwca 2019

Trzeba zabić tę miłość - IV

W chwilę po tym gdy wróciły do domu panowie rzeczywiście zakończyli swoją grę. I nawet
byli zadowoleni z wyniku.
Udo i Marie pożegnali się a Eric zaczął się rozkoszować faktem, że wreszcie są sami.Mieli
jeszcze  dla siebie  sporo czasu i postanowili to wykorzystać. Około piątej po południu, nieco
głodni i zmęczeni spenetrowali lodówkę, zjedli obiad i przede wszystkim- ubrali się. Około
17,30 przyjechał ojciec Erica, w jakiś czas potem jego matka.
Spędzili w czwórkę miły wieczór, ojciec Erica  narysował wspólny portret Sandry i Erica,
 a właściwie dwa portrety im  zrobił - jeden w ołówku, drugi pastelami. Sandra twierdziła,
że na portrecie jest  ładniejsza niż w rzeczywistości, ale Maxim zapewniał ją, że ona  tak
właśnie  wygląda gdy tkwi w objęciach Erica. Eric ogłosił rodzicom, że od dziś on i Udo
mają wreszcie wakacje, ostatni rok naprawdę był pracowity i ciężki i jeśli coś zagra to tylko
dla Sandry a i to nie  na skrzypcach a na fortepianie.A najbliższe przesłuchanie ma dopiero
w drugiej połowie  września. Obydwaj muszą odpocząć. I chciałby na następny dzień
pożyczyć od któregoś z rodziców samochód, bo musi  zawieźć Sandrę do Pillnitz, Miśni,
Moritzburga i do Szwajcarii Saksońskiej. Z tym, że do Szwajcarii Saksońskiej to trzeba
koniecznie z noclegiem bo po całym dniu chodzenia będą za bardzo zmęczeni by wracać.
Ojciec zaoferował swój samochód na  najbliższe dwa dni a co do Szwajcarii Saksońskiej
to padła propozycja by pojechać w czwórkę, od razu na dwa dni. Maxim ma tam kolegę,
który  da mu po prostu klucze do swojego letniego domu. Tę noc Maxim spędził
w pokoju gościnnym, wręczywszy wpierw synowi kluczyki i dokumenty samochodowe.
Rano Hannelore miała go odwieźć do pracy swoim samochodem.
Następny dzień  Eric i Sandra spędzili w Miśni i Moritzburgu. Obydwa miejsca bardzo
się Sandrze podobały. Kolejnego dnia zwiedzili  Pillnitz, a Eric tym razem przytomnie
wziął ze sobą aparat fotograficzny, więc porobili mnóstwo zdjęć.
Rodzice  Erica wzięli po 2 dni urlopu, Maxim wziął od kolegi odręcznie zrobioną mapkę
jak  do tego letniego domku trafić, wzięto też ze sobą  prowiant. Samochód prowadził
Maxim, obok siedziała Hannelore, młodzież z tyłu.
W pewnej chwili Maxim powiedział: spójrzcie  jaką  świetną rodzinę tworzymy! I tu
Eric nie wytrzymał - tato, przecież my żadnej rodziny nie tworzymy- wy jesteście
rozwiedzeni, a my nie jesteśmy nawet narzeczeństwem. To gdzie tu widzisz rodzinę?
Ja tu widzę tylko wariackie papiery a nie rodzinę. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale
Sandra położyła mu dłoń na ustach i szepnęła- przestań, proszę.
Dość długo błądzili nie mogąc znaleźć  domku, do którego mieli klucze. W końcu
postanowili poszukać noclegu w najbliższej miejscowości.
W pierwszym miejscu, w którym  wisiała w oknie tabliczka  z napisem "wolne pokoje"
wynajęli dwa pokoje. W sąsiednim domu była mała restauracja, więc zjedli  kolację.
Umówili się, że następnego dnia wstaną wcześniej i pojadą poszukać drogi na kamienny
most Bastei.
Całe dwa dni kręcili się po Szwajcarii Saksońskiej. Zwiedzili twierdzę Konigstein,
wędrowali Drogą Malarzy  i płynęli kajakami po Łabie.
Wszyscy byli zmęczeni, ale i zachwyceni krajobrazami. Były tu wielce malownicze
miejsca. Domku kolegi Maxima jednak nie odnaleźli.
Miesiąc to tylko 30 dni, które bardzo szybko mijały. Do świadomości Erica dotarło,
że wkrótce nastąpi rozstanie. Do tego dochodziła niepewność co do jego dalszej
kariery.Ukończenie konserwatorium to dopiero właściwie początek. Zdał sobie sprawę,
że jest człowiekiem bez zawodu, nieznanym  skrzypkiem.
Do tego zakochał się w dziewczynie  mieszkającej  daleko, której nie może zaoferować
nic więcej oprócz miłości, a sam jest nadal na utrzymaniu swych rodziców, więc jaki
z niego  kandydat na męża? Zrezygnowany całkiem  wysłał swe CV do kilku orkiestr.
Zwierzył się Sandrze ze swych obaw i właściwie z bezradności. Ona dobrze go
rozumiała- za 10 dni miała iść do swej pierwszej pracy, nawet jej nie szukała, to praca
przyszła do niej. I już postanowiła, że w czasie  pracy podejmie studia wieczorowe.
Więc może  Eric mógłby iść do jakiejś pracy n.p. nauczycielskiej i jednocześnie
studiować wieczorowo np. ekonomię? A może jednak dostanie jakieś stypendium
zagraniczne i będzie mógł dalej rozwijać swój talent? Dopiero miesiąc upłynął od
czasu gdy wysłał swe dokumenty w kilka miejsc, trzeba po prostu czekać.
Sani, ale co z nami, z naszą miłością?
Sandra zamyśliła się - Eric, my chyba nawet jeszcze sami nie wiemy czy to jest
miłość.Odkryliśmy oboje pierwszy raz jej fizyczny aspekt, który nas bardzo
zachwycił. Jest nam cudownie i myślę, że jeżeli to co nas teraz łączy jest miłością,
to rozstanie tego nie zniszczy. Będziemy do siebie pisać, czasem rozmawiać,może
nam się uda odwiedzać się z okazji świąt.
Gdy dostaniesz jakieś stypendium zagraniczne to ten fakt tylko tobie coś ułatwi, masz
wtedy większą szansę na solową karierę. Nasza miłość na tym nie skorzysta.
Jeżeli zostaniesz wielkim skrzypkiem  to prawie nigdy cię przy mnie nie będzie,
będziesz jeździł po całym świecie z jednego koncertu na drugi.Bo tak wygląda życie
wielkich i sławnych.
Myślałam o tym każdej nocy nim zasnęłam w twoich ramionach.Bądźmy po prostu
wdzięczni losowi za to, że mogliśmy  dać sobie wzajemnie chwile szczęścia.

                                                         E P I L O G
Było łzawo i bardzo smutno na dworcu w Dreźnie.Sandra jechała tym  razem slipingiem
a nie kuszetką. Z Warszawy pojechała jeszcze na  dwa dni do rodziców.
Na pytanie kiedy wyjdzie za mąż odpowiedziała,że pewnie  niedługo, bo ma narzeczonego.
To Niemiec. Ojca omal nie tknęła apopleksja- krzyczał, że na to nie pozwoli nigdy. A jeśli
nie daj  Bóg jest w ciąży to niech usuwa, natychmiast. Sandra zebrała swoje rzeczy i
wychodząc z domu powiedziała - całe szczęście, że nie musisz mi dawać pozwolenia.
Zapominasz, że jestem pełnoletnia,wczoraj skończyłam 23 lata.
Eric dostał jednak stypendium zagraniczne.W każdym liście prosił - poczekaj jeszcze na
mnie. Po roku korespondencja się urwała.
A jednak zabiliśmy tę miłość- pomyślała.Może szkoda, że nie wcześniej.
Gdy kolejny raz jej absztyfikant poprosił by za niego jednak wyszła- tym razem zgodziła
się. Powiedziała tylko, że nie zgadza się na kościelny ślub i że nie będzie na nim  jej
rodziców, bo oni już nie żyją.
Urodziła dwie córeczki, przeszła przez depresję poporodową.
Kiedyś  powiedziała, że  gdy  jest sama w domu to włącza nagranie  I koncertu
D-dur Paganiniego, zamyka oczy i widzi grającego na  skrzypcach Erica.

                                                         Koniec




Trzeba zabić tę miłość -III

Rzeczywiście mama Erica przyjechała około 18,30. Wyglądała bardzo młodo i Eric mógł
śmiało uchodzić za jej młodszego nieco brata a nie za syna.  Wypytała się Sandrę o podróż,
o to czy została przez Erica "nakarmiona" śniadaniem i obiadem i  powiedziała że ona zaraz
przyrządzi jakąś kolację,  więc byłoby miło gdyby poszli do ogrodu,  wyrwali nieco
rzodkiewek i zerwali kilka pomidorów  bo już na pewno są dojrzałe.
A jeśli nie ma  dojrzałych to niech przyniosą trzy duże zielone, to  zrobi smażone zielone
pomidory.  I niech założą rękawiczki ochronne, szkoda rąk przecież.
A po kolacji posiedzą sobie na tarasie (Sandra nie miała pojęcia, że tu jest taras) i wypiją
po kieliszku wina, albo po kuflu piwa, jeśli ktoś będzie wolał.
Ku radości Erica  były już dojrzałe pomidory, bo nie przepadał za tymi smażonymi. Przy
okazji dowiedziała się, że z tych zielonych  to mama Erica robi jakiś dżem.
Po kolacji mama Erica spojrzała się wymownie na zegarek zapytała się czy Eric będzie
 jeszcze grał, ale Eric wytłumaczył, że ćwiczył  gdy Sandra odsypiała podróż, a poza tym
to Sandra mu pomogła przebrnąć przez fragment, który mu ostatnio sprawiał kłopot.
A w jaki sposób ? - zaciekawiła się mama.
Po prostu kazała mi grać bez względu na wszystko, zapomnieć o tym co się nie udaje
i właśnie to poskutkowało.
Sandra  uśmiechnęła się skromniutko - bo gdy się człowiek zaczyna skupiać na tym co nie
wychodzi następuje jakaś blokada. Tak mnie uczono w studium.
O godz. 22,00  pani domu oświadczyła, że idzie spać, bo rano wcześnie wstaje, a oni jeśli
chcą mogą jeszcze posiedzieć na tarasie. Pozostali na nim jeszcze  chwilę, potem zebrali
naczynia, razem je pomyli i wynieśli się na piętro.
Eric miał "wyrzuty sumienia", że Sandra jest nieco obolała i tak gorąco ją przepraszał, że
zasnęli dopiero około drugiej w nocy.
W chwilę po tym gdy zdążyli  rano zjeść śniadanie dotarł Udo wraz z Marie.
Panowie zamknęli się w pokoju muzycznym a Marie i Sandra zaczęły "plotkować".
Marie była bardzo zmartwiona, bo nie miała najmniejszych szans na etat flecistki
w drezdeńskiej filharmonii. W tej  chwili  mocno żałowała, że ukończyła konserwatorium.
Jak mówiła, powinna była cały czas chodzić do normalnych szkół a nie do muzycznej
podstawówki i muzycznego liceum. Bo ogólny poziom tych szkół pozostawia wiele do
życzenia. Może uda się jej dostać etat nauczycielki muzyki, ale tak naprawdę to jest na
pozycji  przegranej. A do tego jest kobietą a w tym kraju nadal kobiety są  istotami
 przeznaczonymi  głównie do prowadzenia domu, rodzenia i wychowywania dzieci.
I państwowa propaganda niczego tu nie zmieni. Co innego się mówi, a rzeczywistość do
tego nijak nie przystaje.
Chodź, zwiedzisz to wspaniałe osiedle. Na serwetce napisała "jesteśmy na spacerze",
serwetkę zawiesiła na klamce drzwi pokoju muzycznego, w przedpokoju wzięła jeden
komplet kluczy i wyszły, zamykając drzwi od domu i furtkę na klucz.
Osiedle było spore, miało sklep z gatunku "szwarc, mydło i powidło", przychodnię
lekarską, klub osiedlowy i małą kawiarenkę z kilkoma stolikami stojącymi  w ogródku
okolonym żywopłotem. Weszły do środka, zamówiły  po małej kawie  i kawałku
sernika i wyszły do ogródka.
A teraz patrz uważnie na sąsiedni stolik - szepnęła  Marie. To jest coś co mnie dobija.
Jak pomyślę, że taka  miałaby być moja przyszłość to  mam ochotę się zabić.
Przy sąsiednim stoliku siedziały cztery niemłode kobiety. Każda z nich robiła zawzięcie
na drutach. Przed każdą z nich stał wysoki, chyba fajansowy kubek, na środku stolika
 stał talerz z jakimś ciastem. Sandra patrzyła i zupełnie nie rozumiała o co chodzi.
Marie jej wytłumaczyła- tego ciasta nie ma tu w tej  kafejce, któraś z nich przyniosła
je z domu. Spójrz teraz - jedna z kobiet sięgnęła do stojącego  obok nogi stolika koszyka
i wyciągnęła z niego termos, z którego nalała do kubków kawę. Patrz dobrze - wg nich
my też powinnyśmy być takim wzorowymi żonami, czyli pracowite i nie marnować
 czasu na puste gadki, a do kawiarni przynosić własnej roboty ciasto i na cztery zamówić
tylko po małej kawie, bo resztę przyniosą wszak z domu. A do kawiarni przychodzi się
po to by goście przypadkiem nie zadeptali świeżo umytej i wylizanej podłogi. Bo taka
bardzo wylizana podłoga to dyplom z czystości i dbałości o dom.
Sandra była nieco zdruzgotana, ale pocieszyła Marie, że zapewne wszędzie na prowincji
są nieco inne obyczaje niż w bardzo dużym mieście. Ona sama przekonała się o tym
gdy wyjechała z rodzinnej miejscowości do stolicy, gdzie wszystko było zupełnie inne.
Sandra, a co sądzisz o Hannelore?
W porządku, przecież  to ona mnie tu oficjalnie zaprosiła. Miła, ale chyba dość
apodyktyczna.
Dobre spostrzeżenie- dla niej Eric to przepustka do innego świata, możliwość wyrwania
się stąd. Oczywiście  warunkiem jest to, by zrobił światową karierę. Od biedy może być
RFN, niby tylko za miedzą a inny świat. Na razie za jej światłą radą Eric złożył kilka
aplikacji na stypendia podyplomowe w kilku krajach, ze Stanami  włącznie. Może mu coś
z tego wypali. Życzę mu tego, bo on naprawdę ma talent i zacięcie do grania.
Hannelore ma nadzieję, że synek ją do siebie  ściągnie gdy dostanie dwuletnie stypendium.
Ale Hannelore  może się przeliczyć, bo Eric jest na razie trzymany na krótkiej smyczy, ale
gdy posmakuje  jakie  fajne jest życie bez obroży i  smyczy to na pewno jej nie ściągnie.
Eric  to się chyba w Tobie  nieźle zabujał,  w drodze powrotnej z Polski bez przerwy
o tobie opowiadał i wzdychał jak kot do Księżyca.
No to ci bardzo współczuję, monotematyczność jest nudna. Marie się roześmiała - po
trzecim przypomnieniu mu, że my  cię przecież poznaliśmy - przystopował. Jestem
ciekawa co on naopowiadał matce o Tobie,że cię zaprosiła?
Sandra wzruszyła ramionami- nie wiem i nawet nie jestem pewna czy chcę to wiedzieć.
Czasem zdrowiej jest wiedzieć mniej niż więcej.
Marie spojrzała na nią uważnie i powiedziała - masz filozoficzne podejście do życia. 
Takie mi pasuje - odrzekła nieco zniecierpliwiona Sandra.
Chodź, wrócimy, może już skończyli grać. Chcemy dziś pojechać do Pillnitz. Czas zacząć
zwiedzać. Eric chce mi wiele miejsc pokazać.

                                                              c.d.n.


Trzeba zabić tę miłość - II

Na dworcu w Dreźnie czekał na Sandrę Eric- Sandrze  wydał się jeszcze chudszy niż wtedy,
gdy go ujrzała na koncercie. Utonęła w jego objęciach, a on ją przytulał i wciąż powtarzał-
wreszcie jesteś! Wreszcie  cię widzę. W końcu zainteresował się walizką Sandry, podniósł
ją a drugą ręką objął Sandrę. Chodź, pojedziemy do domu, wziąłem na dziś samochód ojca.
Okazało się, że Eric mieszka z matką na dość odległym od centrum miasta osiedlu.
Jego rodzice byli rozwiedzeni, ale nadal się przyjaźnili a ojciec Erica brał czynny  udział
w życiu syna. Opiekował się nim gdy jego matka musiała gdzieś służbowo  wyjechać, także
w czasie jej choroby, zabierał syna na wakacje, starał się być na każdym  jego koncercie
i o Sandrze też wiedział. I są po rozwodzie? - dziwiła się Sandra.
Tak, od sześciu lat. Wiesz, on mieszka z drugą kobietą, której w chwili jakiegoś zaćmienia
zmajstrował dziecko i mam w związku z tym przyrodnią siostrę. Gdyby nie  to dziecko, to
pewnie byliby z moją mamą nadal razem , bo ona mu ten błąd wybaczyła, ale uznała że
to małe dziecko bardziej potrzebuje ojca niż siedemnastoletni chłopak. Taka altruistka  z niej.
Wystąpiła o rozwód, sąd z kolei stwierdził podobnie jak mama, że dobro nieślubnego dziecka
jest ważniejsze niż moje. A kiedyś niechcący podsłuchałem jak mama mówiła do swej
koleżanki, że fakt, iż musiał się ożenić z tamtą jest dla niego sporą karą bo tamta jest bardzo
głupią kobietą, dzieli ich intelektualna przepaść i że mama wypróbowała że lepiej być tą
z którą się zdradza niż tą zdradzaną. Trochę mi to dało do myślenia.
Mnie ich rozwód nie boli, jeśli tylko ojciec jest mi do czegoś potrzebny to zawsze mogę
na niego liczyć. Czasami, gdy się zasiedzi zostaje u nas na noc- telefonuje wtedy do tamtej
i mówi, że musi zostać ze mną. Teoretycznie śpi wtedy w pokoju gościnnym, ale za to
nie dałbym głowy, nie wstaję w nocy i nie sprawdzam gdzie  śpi. To ich sprawa, są dorośli.
Tamta musi być jakaś mało rozgarnięta bo ojciec średnio-przeciętnie  trzy noce w miesiącu
śpi u nas.Ja mam swoje włości na górze, to wręcz oddzielne, czteropokojowe mieszkanie
z dwiema  łazienkami, ale bez kuchni, bo kuchnię na początku ojciec zamienił na pokój
muzyczny i tak zostało.
Przejazd przez   Drezno zrobił na Sandrze przykre wrażenie. W wielu  miejscach nadal
były ruiny, a  był to już początek  lat sześćdziesiątych. W Warszawie ruin  w  centrum
już  się nie spotykało a tu były nadal.
To pamiątka po nalotach dywanowych w czasie II wojny światowej, swoiste memento mori,
ku przestrodze- wyjaśnił Eric. Nie wiem czy tak zostawią je aż się same w proch rozsypią,
czy  je rozbiorą,  czy może to odbudują.
Zwinger , chluba Drezna, też wyglądał przygnębiająco- był po prostu przerażająco brudny,
tak brudny, że w niczym nie przypominał pięknego białego cacka z folderu turystycznego.
W środku na szczęście wygląda  lepiej, zobaczysz - pocieszył ją Eric. Przyjedziemy tu
któregoś dnia.
Gdy zajechali do domu Erica, przed furtką czekał na nich jego ojciec -okazało się, że Eric
jest do niego  bardzo podobny.
Ojciec przywitał się z nimi bardzo serdecznie, zapewnił, że im nie będzie w niczym wadził,
bo musi natychmiast jechać służbowo, więc musi zabrać Ericowi samochód. Ale wraca za
dwa dni i wtedy z chęcią  wprosi się do nich na kawę. Tak się spieszył, że omal nie uwiózł
ze sobą walizki Sandry.
Dom był piętrowy typu kwadratowy klocek. Wpierw poszli na górę by Sandra  mogła się
przebrać i umyć po podróży.  Miała również wybrać sobie pokój w którym będzie mieszkać
w czasie swego pobytu.. Gdy Sandra brała prysznic, Eric  w kuchni na dole  przygotował dla
obojga śniadanie. Pociąg dotarł do Drezna  wcześnie rano i Eric pojechał na dworzec  bez
śniadania. Gdy wszystko było gotowe poszedł po Sandrę. Trochę trudno się je śniadanie
co chwilę przytulając się do siebie i nie patrząc na to co się robi. Eric przypomniał sobie, że
nie zamknął za ojcem  furtki, a po okolicy czasem włóczą się jakieś typy  i często coś
z podwórek  ginie. Zamknął również starannie drzwi wejściowe do domu.
Sani, chodźmy teraz na górę, musisz trochę odpocząć po podróży.
Mamy cały dzień dla siebie, mama wróci pewnie około osiemnastej.
Sandra rzeczywiście była zmęczona. W przedziale było duszno, pozostałe pasażerki za nic
nie chciały otworzyć okna i Sandra, która miała dolną kuszetkę  pół nocy przesiedziała na
korytarzu. Teraz oczy się jej kleiły i powiedziała do Erica - na powrót wykupię sobie
sypialny w I klasie. Drugiej takiej nocy nie wytrzymam.
Zrobiłeś za słabą kawę, ja zaraz zasnę!
Sani, przytul się do mnie i razem sobie pośpimy,  dobrze? Też jestem niewyspany, bo zamiast
spać wyobrażałem sobie jak będzie dobrze  gdy już przyjedziesz i gdzie cię zawiozę, co ci
pokażę. Ściągnij spodnie i bluzkę, okryję cię kocykiem i przytulę. W niecałe 10 minut później
przytuleni do siebie, spali.
Sandrze śniło się, że jest w filharmonii na jakimś koncercie, ale bardzo słabo słychać muzykę.
Na wpół rozbudzona pomyślała, że chyba nie może być w filharmonii bo jest tylko w majtkach
i staniku. W końcu otworzyła oczy - leżała sama, otulona miękkim kocykiem, ale nadal
słyszała cichą muzykę. Wreszcie oprzytomniała - przecież była w domu Erica, to on gra!
Wstała i boso , w bieliźnie, poszła szukać skąd dobiegają dźwięki. Stała pod drzwiami pokoju muzycznego i nie bardzo wiedziała czy może wejść. Najwyraźniej Eric  ćwiczył i coś mu nie
pasowało lub nie udawało się, bo jeden  fragment powtarzał  już kolejny raz.
Ciekawa  była jak wygląda Eric właśnie w chwili takiego niepowodzenia i delikatnie nacisnęła
klamkę, sądząc, że drzwi mogą być zamknięte na klucz. Ale nie były, Sandra lekko je uchyliła
i teraz dźwięk  skrzypiec wręcz ją  zaatakował. Eric stał tyłem do drzwi i grał kolejny raz ten
sam fragment utworu. Nie bardzo wiedziała czy tylko nie reaguje na jej bezszelestne otwarcie
drzwi czy może nie słyszy.  Gdy już  opuścił smyczek i dalej wpatrywał się w nuty, cichutko
zapytała- czy mogę tu z Tobą posiedzieć? Grałeś coś, czego nie znam.
Oj, przepraszam , pewnie cię obudziłem , to przez to, że drzwi nie są wyciszone tak jak trzeba.
A gram Beethovena sonatę nr 9, kreutzerowską. Jakiś rozkojarzony jestem, nie wchodzi mi
do głowy.Jutro wpadnie tu Udo i będzie mi akompaniował na fortepianie a mnie jeden fragment
jakoś nie wychodzi.
Eric, zagraj ją dla mnie, nawet jak się pomylisz , to nie szkodzi, graj dalej. Ja tego utworu nie
znam a chciałabym posłuchać.
Dobrze, to usiądź przy fortepianie, będę cię miał "na oku" , a ponieważ zagram wszystkie partie  wiolinowe "ciurkiem" to nie zajmie nam dużo czasu. Normalnie, z akompaniamentem, trwa to
niemal 40 minut.
Eric  wpierw cmoknął Sandrę  w policzek, potem dopiero zaczął grać. Gdy skończył, Sandra
powiedziała - nawet gdybyś się i pomylił to i tak zagrałeś pięknie! Ale się nie pomyliłeś, prawda?
Skąd wiesz?  -To proste, z wyrazu twojej twarzy! Gdy przebrnąłeś przez ten mylący ci się dotąd
fragment leciutko się  uśmiechnąłeś i jakbyś  rozluźnił nieco lewe ramię.
To pewnie dlatego, że patrząc na nuty bardziej grałem z pamięci, widząc na pięciolinii raczej
ciebie niż nuty.
Eric, litości, przecież nie jestem podobna do nut!
Ale  Eric już odkładał smyczek i skrzypce , zgarnął z taboretu Sandrę i wyszli z tego pokoju, by wzajemnie   poznawać  mapę  swych ciał. Jak to po latach wspominała Sandra "szału nie było,
ale nawet dość zabawnie i miło" bo obojgu bardzo brakowało  doświadczenia w tej dziedzinie.
Sani, jestem w Tobie po uszy zakochany. Myślę, że najlepiej byłoby gdybyśmy wzięli  ślub.
Eric, przecież my się niemal nie znamy. To, że jesteśmy dla siebie pierwszymi kochankami to
chyba trochę za mało. Przecież chyba nie jeden raz byłeś zakochany w jakiejś dziewczynie!
I za każdym razem  szykowałeś się w marzeniach do ślubu?
A tak nawiasem - po czym miałam poznać, że jestem tą pierwszą? To ja straciłam dziewictwo,
o czym się z niejakim przerażeniem przekonałeś. Zrobiłeś na mnie wrażenie kogoś, kto dobrze
wie co robi. Eric huknął się pięścią w swą chudą klatkę piersiową- Sani, przysiegam, że jesteś
moją pierwszą dziewczyną, z żadną tego nie robiłem, z jedną "było blisko", ale skończyło się
pettingiem. Zresztą nie kochałem  jej.  U mnie dobrze zadbano o moją edukację seksualną od
strony teoretycznej. Oboje mi wkładali do głowy wiedzę na ten temat, zwłaszcza ojciec. Mama
to raczej mi tłumaczyła wszystko od strony psychicznej. Oboje  są fajni, a sami zaczęli bardzo
wcześnie, bo mama mnie urodziła gdy miała nieco mniej niż 18 lat. I dlatego uznali, że lepiej
będzie gdy nie  będę zielony gdy mnie uczucia i hormony dopadną.
Wiesz Eric,  ja ci takiego podejścia rodziców wręcz zazdroszczę. Ja po prostu kupiłam sobie
 odpowiednią lekturę a i to dopiero gdy wyjechałam na  naukę do Warszawy. A potem, razem
z koleżanką, poszłyśmy do poradni dla kobiet, by poznać skuteczną antykoncepcję, co mnie się
akurat nie przydało przez te cztery lata pobytu w  Warszawie. Nauki było dużo, naprawdę mało
miałam wolnego czasu, bo trochę też pracowałam, chciałam mieć własne pieniądze.

                                                                       c.d.n.


środa, 12 czerwca 2019

Trzeba zabić tę miłość

Podobno nie zapomina się swej pierwszej miłości i nawet po latach wspomina się obiekt
swych uczuć ze wzruszeniem.
Wielu rodziców traktuje pierwszą miłość swego dziecka jak kolejną wirusówkę, jak jakąś
odmianę ospy wietrznej - trochę swędzi, trochę poboli, dużych blizn nie będzie, to przecież
nie czarna ospa.
Poznali się w Warszawie - ona właśnie skończyła pomaturalne Studium Stenotypii i Języków
Obcych, on wraz z grupą absolwentów Konserwatorium Drezdeńskiego miał grać I Koncert
Skrzypcowy D-Dur Paganiniego.
Koncert miał się odbyć w auli Warszawskiego Konserwatorium i gdyby nie sąsiadka, która
tam pracowała, zapewne nigdy by się nie poznali. Sąsiadka, wiedząc że Sandra zna  język
niemiecki zaprosiła ją na koncert i poprosiła, by służyła też za tłumaczkę, bo zapewne nie
wszyscy goście  będą mogli rozmawiać po angielsku, który to język był po stokroć
popularniejszy w Polsce niż  niemiecki.
Nie wzbudziła tym  zaproszeniem entuzjazmu Sandry, ale skoro na najbliższe sobotnie
popołudnie i tak nie miała żadnych planów zgodziła się, zakładając, że jest to niezły
sposób na podszlifowanie języka.
Młodzież grała świetnie, zresztą nic dziwnego, bo każdy z młodych ludzi miał za sobą
tryliony godzin spędzonych na graniu na wybranym przez siebie instrumencie.
Większość z nich zaczynała bliski kontakt z muzyką w wieku  sześciu  lub nawet pięciu lat.
Wreszcie nadszedł czas na koncert skrzypcowy D-dur Paganiniego. Na scenę wślizgnął
się wysoki chudy młodzieniec w  czarnym garniturze, stanął skromnie  przed skrzypkami
orkiestry. Był blady, a ową bladość podkreślał czarny garnitur i ciemne włosy.
Sandra siedziała blisko sceny i gdy spojrzała na jego twarz pomyślała- "piękny chłopak
a będzie rzępolił", jako że nie lubiła skrzypiec.
Orkiestra zagrała wstęp i gdy zaczął grać solista Sandra po raz pierwszy odebrała dźwięk
skrzypiec pozytywnie. Po chwili złapała z nim kontakt wzrokowy - on się w nią wpatrywał,
a ona w niego. I na takim intensywnym wgapianiu się w  siebie wzajemnie minęło nieco
ponad pół godziny. Oklaski były długie, Sandra nawet zawołała  "brawo" a skrzypek
kłaniając się podszedł bliżej brzegu sceny mówiąc po niemiecku "pięknie dziękuję" , cały
czas  zatapiając swój wzrok w oczach Sandry.
Koncert trwał dalej, ale Sandra nadal była myślami przy  pięknym skrzypku, który resztę
koncertu spędził za kulisami.
Po koncercie sąsiadka  zaprosiła ją na wspólną kolację z gośćmi i nieliczną grupą polskich
studentów .
Sandra gdy tylko zobaczyła skrzypka, podeszła do niego i powiedziała: nie lubię brzmienia
skrzypiec, ale ty grałeś  cudownie i po raz pierwszy doceniłam ten instrument. Jestem
naprawdę pełna podziwu! Skrzypek uśmiechnął się - to nie moja zasługa a Paganiniego,
umiał dobierać dźwięki. Ja je tylko powieliłem.
Mam na imię Eric, a ty?   -Sandra, a właściwie Aleksandra.
Widzisz tamtego  blondyna z tą szopą  na głowie? To mój przyjaciel, Udo. On mi często
akompaniuje na fortepianie, może podejdziemy do niego?
Eric dokonał prezentacji. Jego przyjaciel miał nie tyle szopę na głowie co mocno odrośnięte
afro i wyglądał nieco śmiesznie. Po chwili dołączyło do nich jeszcze kilka osób łącznie
z ciałem profesorskim płci żeńskiej.  Sandra musiała odpowiadać na wiele pytań. Następny
dzień, czyli niedzielę wszyscy mieli  dla siebie, więc pytali się dokąd mogą pójść,
co zobaczyć. Na  poniedziałek mieli  załatwionego przewodnika i autokar.
A Eric i Udo  zapytali się czy Sandra nie miałaby nic przeciwko temu, by w niedzielę ona,
ich dwóch i sympatia Udo,  Marie, spotkali się i razem pochodzili po mieście. Bez chwili
namysłu Sandra  zaakceptowała tę propozycję i następnego dnia  spotkali się pod hotelem,
w którym goście mieszkali.
Marie była przemiłą dziewczyną, z dużym poczuciem humoru, chwilami podkpiwała ze
swych kolegów. Na pytanie Sandry jaki instrument ona wybrała,  odpowiedziała, że
ponieważ ona na wszystko gwiżdże, to gra na  flecie. Sandra z przerażeniem słuchała
opowieści  swych nowych znajomych o tym, ile godzin oni przez całe swe dotychczasowe
życie spędzają na ćwiczeniu gry na swych instrumentach. Patrzyła na nich z podziwem
i świetnie rozumiała ich troskę o to, co będzie z nimi dalej.
Już teraz wiadomo było, że Erica czeka solowa kariera, ale przecież nie był jedynym
zdolnym, obiecującym skrzypkiem w swoim kraju.
By być tym najlepszym, rozpoznawalnym nie tylko we  własnym kraju ale i poza jego
granicami trzeba swej pasji poświęcić i podporządkować całe swe życie.
Ale teraz Eric zupełnie przestał interesować się swą dalszą karierą, Sandra nagle
przesłoniła mu "pole widzenia". Podobała mu się  ta drobna dziewczyna, która nawet na
wysokich obcasach z trudem sięgała mu do ramienia, jej roztrzepane na wietrze krótkie
włosy i ta jej lekka niepewność w głosie gdy mówiła  po niemiecku. Czasem prosiła-
powiedz to inaczej, nie bardzo rozumiem co powiedziałeś.
Cała trójka dopytywała się o różne polskie  wyrazy i zgodnie stwierdzili, że polski
język wcale nie jest łatwy. Po obiedzie, na który poszli do restauracji w której wtedy
serwowano tzw. "zdrowe posiłki", czyli głównie wegetariańskie, jakbyśmy to dziś
określili, wybrali się do Łazienek Królewskich. To park, który na wszystkich robi zawsze
miłe i dobre wrażenie i po którym można krążyć niemal cały dzień.
Tu  w tajemniczy sposób Udo i Marie jakoś się "zgubili", co wcale Erica nie zmartwiło,
a zaniepokojonej Sandrze wytłumaczył, że Udo posiada  "szósty zmysł" w postaci planu
Warszawy i bez trudu odnajdą wraz z Marie drogę do hotelu.
Gdy zostali sami, tematyka ich rozmów zeszła na bardziej osobiste tematy, Eric jawnym
tekstem, bez niedomówień, powiedział Sandrze, że ona mu się bardzo podoba i marzy mu
się by połączyło ich coś więcej niż przyjaźń. I choć wiele osób twierdzi, że miłość na
odległość nie istnieje, to on wierzy, że jest to możliwe.
Obiecali sobie wzajemnie, że będą ze sobą korespondować, w miarę możliwości również
utrzymywać kontakt telefoniczny (przypominam, że były to czasy gdy było NRD a nie
było automatycznych połączeń między krajowych, UE, paszportów w domu, komórek
i internetu a  na instalację telefonu stacjonarnego czekało się latami).
Reasumując były  to bardzo trudne czasy dla miłości na odległość.
Włóczyli się po Łazienkach aż do zmroku, wynajdując odosobnione ławki, by móc bez
przeszkód  się całować i przytulać. Gdy opuścili park wędrowali objęci ulicami miasta.
Z wielkim żalem rozstali się w okolicy hotelu, w którym był zakwaterowany Eric.
Ponieważ Sandra jeszcze nie podjęła pracy (miała zacząć pracować od września, a był
dopiero koniec czerwca) i miała wolny czas, Eric wymyślił, że zwolni się z wycieczki po
Warszawie i ten dzień spędzą razem. A ponadto dowie się, czy Sandra mogłaby razem z ich
grupą pojechać do Żelazowej Woli na koncert , zna niemiecki i mogłaby wspomóc swą
obecnością przewodniczkę, o której wiedzieli, że znacznie lepiej zna angielski niż niemiecki.
Po powrocie  do mieszkania (które wynajmowała wraz z koleżanką) Sandra długo analizowała
każde słowo, które na tym ich spotkaniu padło.
Podobał jej się ten chłopak - był inteligentny, utalentowany, kulturalny, opanowany i.....
ładny.
Idylla trwała jeszcze dwa dni, przyćmiona mocno widmem nieuchronnego rozstania.
Jak wiadomo rozstania  bywają smutne. Ponieważ Sandra miała w planie wyjazd do swych
rodziców, umówili się, że korespondencję rozpoczną dopiero po 10 lipca, gdy Sandra już
powróci do Warszawy. Co prawda jej rodzice nie mieszkali na wsi zabitej dechami tylko
w mieście bodajże  powiatowym, ale cała korespondencja z zagranicy zawsze wędrowała
przez Warszawę nim trafiła do adresata, więc oboje uznali, że tak będzie lepiej.
Krótki pobyt w rodzinnym mieście znudził Sandrę niemiłosiernie. Przez cztery lata
mieszkała  sama w Warszawie i zupełnie odzwyczaiła się od tego, by ktoś jej dyktował jak
ma się ubierać, z kim spotykać, co czytać lub oglądać. Jej rodzicom wielkie miasto jawiło
się jako epicentrum zła i wszelakiego zgorszenia. Krytykowali wszystko- szpilki,  zbyt
krótką spódniczkę, nawet fryzurę. A  pytania czy ma już narzeczonego i kiedy wyjdzie
za mąż i uszczęśliwi  swych rodziców wnukami zezłościły ją zupełnie. Nie tak sobie
wyobrażała pobyt w rodzinnym domu.
Nie da się ukryć, że z ulgą stamtąd wyjechała.
W warszawskim mieszkaniu, na stole kuchennym leżały  trzy wyjęte   ze skrzynki listy-
wszystkie trzy do niej od Erica. 
Dwa pierwsze sprawiały wrażenie dziennika zrozpaczonego rozstaniem nieszczęśnika.
Trzeci zawierał  nieco konkretów a nie tylko same biadolenia.
Okazało się, że zwierzył się  swej matce ze swego "stanu zakochania" i uprosił ją by matka
zaprosiła oficjalnie Sandrę do siebie. Zaproszenie było wystosowane w dwóch językach,
niemieckim i polskim  przetłumaczonym przez tłumacza przysięgłego.
Ponieważ  zaproszenie zapewniało Sandrze mieszkanie i wyżywienie oraz ewentualną opiekę
lekarską a Eric wszak jeszcze nie był samodzielny finansowo, zaproszenie wystosowała
jego matka. Ważne było od dnia wystawienia aż do końca sierpnia.
Tego samego dnia bardzo późnym wieczorem Sandrę postawił na nogi dzwonek telefonu-
 po kilku godzinach oczekiwania Eric otrzymał połączenie z Warszawą. Pytał się czy Sandra
 otrzymała list z zaproszeniem i prosił by jak najszybciej złożyła pismo w urzędzie by dostać
paszport. Na szczęście dla nich obojga, Sandra rok wcześniej miała wystawiony paszport na
Kraje Demokracji Ludowej, więc teraz była to tylko kwestia  jego wznowienia.

                                             ciąg dalszy nastąpi
P.S.
Przypominam o dawaniu znaku  życia pod tekstem  :(  lub :)




piątek, 7 czerwca 2019

Miniatury z życia wzięte



                                              Nadmiar techniki w życiu
Podobno to "baby" są głupie.
Mysiek czekał na telefon od swojej dziewczyny.
Położył komórkę obok siebie na  stole i czekał.
Zadzwonił telefon, Mysiek zerknął na nieznany mu numer i nie odebrał.
Za chwilę, znów dzwonek telefonu i znów ten sam, nieznany numer.
A dzwoń sobie, dzwoń, pewnie znów ktoś chce mi coś wcisnąć- pomyślał.
Po kolejnym dzwonku dodał ten  numer do numerów blokowanych.
A masz, pomyślał, odczepisz się wreszcie ode mnie.
Siedzi i siedzi, czeka i czeka, a dziewczyna nie dzwoni. Po godzinie
czekania nie wytrzymał, zadzwonił do niej. Abonent jest poza  zasięgiem-
zabrzmiał w  słuchawce miły głos.
Mysiek zdębiał, jak to poza zasięgiem? Poszła tylko do dentysty i mam
po nią jechać!
Po następnej godzinie  ktoś zadzwonił do drzwi.
Mysiek otworzył a tam stoi nabuzowana Kaśka - odsunęła Myśka i pobiegła
do łazienki. Za chwilę wyszła i krzyczy - czemu nie  odbierasz telefonu i
numer zablokowałeś? Komórka mi wpadła do studzienki, dzwoniłam do
ciebie z pożyczonej komórki a ty nie odbierałeś!
Od tego dnia przestali się spotykać.
O ileż mniej było nieporozumień gdy jeszcze komórek nie było.

                                                       Dziwna kobieta
 Do biblioteki wpadł jak burza jeden z pracowników. Bez zwyczajowego
"dzień dobry" względnie  " cześć ci", zaraz po zamknięciu drzwi nawija:
"słuchaj, ta nowa z chemicznego, pojechała na wycieczkę do Sojuza i
tam jakieś straszne rzeczy wyczyniała, odsyłają ją karetką do domu".
Bibliotekarka spokojnie  skinęła głową- wiem, ale wraca nie karetką a samolotem,
a te straszne rzeczy to sobie biedula nago po korytarzu biegała, bo ona miewa
takie napady, gdy leków nie weźmie. Ona ma schizofrenię, kapujesz?.
Facet jęknął- a skąd ty to wiesz? Przed chwilą dyrektor  dostał telegram na ten
temat i prosto od niego wpadłem do ciebie.
Bibliotekarka spojrzała  na faceta z wyższością - mnie tę wiadomość przekazano
podprogowo, jeśli wiesz co to znaczy.
Facet obrócił się na pięcie i szybko opuścił pokój. Tylko  wychodząc spojrzał na
podłogę- żadnego progu w drzwiach nie było.
A złośliwa bibliotekarka dostała ataku śmiechu.



                                                      Romanse biurowe
A ty z kim będziesz romansować? Masz jakiegoś kandydata? - spytała mnie
kierowniczka, pod której rządami pracowałam od kilku miesięcy.
Bo jak widzę, jesteś tu niemal atrakcją, złażą się jak muchy do miodu.
A nie zauważyłaś, że zawsze się złażą gdy my sobie kawę porządną zrobimy?
To przez ciebie, orzekła oskarżycielskim tonem  - bo przyniosłaś ten ekspres do
kawy i na całym korytarzu  pachnie kawa.
Ale to ty się ich pytasz, czy nie napili by się kawy!
Myślisz więc,  że to dlatego tak tu przyłażą? no to od jutra nie będę proponować
tej kawy!
Po trzech dniach  zainteresowanie biblioteką wyraźnie spadło, kierowniczka
odetchnęła.
                                        

                                                         Nadmiar szczerości
Okres urlopów w biurach mało fajny jest , zwłaszcza dla tych co nie mają dzieci
i zdaniem szefostwa  mogą latem pracować a urlop brać w pozostałe miesiące
roku. No i oczywiście trzeba owe urlopujące matki  zastępować.
Najbardziej znienawidzonym przeze mnie zastępstwem było zastępowanie sekretarki
dyrekcji.
Dyrektorów było trzech- naczelny, techniczny i ekonomiczny. Najmniej kłopotów
sprawiał ekonomiczny.
Był w wieku około emerytalnym , stara szkoła , miły, kulturalny, pozbawiony
fochów.
Któregoś dnia gdy siedziałam na zesłaniu, czyli na zastępstwie w sekretariacie.
do sekretariatu wchodzi ekonomiczny i ma w bardzo widoczny sposób mokre
spodnie w okolicy dołu  rozporka spodni, ale wyraźnie nie zdaje sobie z tego sprawy.
Gdy już się wysnuł do swego gabinetu,  poszłam do niego z ręcznikiem i mówię, że
okropnie się w łazience ochlapał, więc przyniosłam ręcznik papierowy.
 A mój ulubiony dyrektor, z łagodnym uśmiechem powiedział - to starość, posikałem
się. Po raz pierwszy od wielu lat zapomniałam języka w gębie, szepnęłam tylko
"przepraszam, przykro mi" i szybciutko wyszłam.
W miesiąc później odszedł na emeryturę.











środa, 5 czerwca 2019

Epilog

Wszystko ma swój koniec, nawet moje pisanie. Co do Bożeny i Mesuta. Tak jak
mu się marzyło Bożena nie  wróciła do pracy. Tworzyli parę papużek nierozłączek.
Trochę podróżowali, a w sezonie zimowym mieszkali w Amsterdamie, chociaż
interesy wzywały Mesuta często do Turcji. W  takich przypadkach zawsze lecieli
razem.
Lukas zaczął studiować w Amsterdamie a Barbara pilnie uczyła się holenderskiego
narzekając, że to język strasznie  chropawy w brzmieniu.
W trzy lata po ślubie urodziła pierwsze dziecko dziewczynkę, półtora roku później
drugie, chłopca. Na tym poprzestano. Ciąże swej żony Lukas tak przeżywał, jakby
to on sam był w tym stanie, a w czasie porodu omal nie dostał zawału bo "ona tak się
biedna męczy" i w kółko powtarzał "co ja zrobiłem, co ja zrobiłem", czym nieco
rozśmieszył ekipę medyczną.
Od późnej wiosny do jesieni Barbara z dziećmi była w Alanyi, potem wracali do
Amsterdamu. Dopóki dzieci były małe Barbara nie pracowała, z czasem pracowała
na 1/2 etatu.
Po trzech latach wynajmowania mieszkania warszawskiego spłaciła je i sprzedała.
Telefonowała po swym ślubie do matki, ale ta nie chciała z nią rozmawiać nazywając
ją kobietą lekkich obyczajów.
A teraz kilka wyjaśnień- jeżeli ktoś był w ostatnich latach w Alanyi to powie, że
zmyśliłam tę Alanyię, bo  tam jest inaczej. Ale Alanyia, którą opisywałam taka
właśnie była w początku lat dziewięćdziesiątych. Fajna, ale nie do końca. Teraz całe
to wybrzeże tonie w hotelach, powstały zupełnie nowe kurorty a Alanya też przestała
być zapyziałym wczasowiskiem.
B.B. bardzo wrosły w swą nową rodzinę, z czasem każda  z nich biegle operowała
holenderskim, tureckim i angielskim językiem. Polskiego używały tylko między sobą.
Barbara ani razu nie była już w Polsce, Bożena chyba raz.
Cieszę się, że opisałam to wszystko, bo uważam, że ich historia może przełamie choć
trochę pewne stereotypy pokutujące wciąż w Polsce.

Bardzo samotne wakacje - XIV

Wszystko ma swój kres -pobyt w Alanyi dobiegł końca. Pogoda jakby chciała się dostosować
i udowodnić, że nie ma po co siedzieć w Alanyi - lało jak z cebra, chmury snuły się nisko nad
ołowianej barwy morzem.
Dwie młode panie wracały z "bardzo samotnych wakacji" w towarzystwie swych narzeczonych.
Pożegnalna kolacja w domu mamy Lukasa na przekór pogodzie nie był wcale smutna. Wszyscy
się cieszyli, bo było wiadomo, że do rodziny dołączą dwie nowe osoby.
Następnego dnia rano taksówka odwiozła do Antalyi B.B., Mesuta i Lukasa a potem samolot
poniósł ich do Warszawy. I jak to w  Warszawie jesienią - w kranie nie było ciepłej wody bo
awaria, dzika kolejka w sam-ie, w samochodzie stojącym na strzeżonym parkingu jakaś litosierna
osoba spuściła powietrze z jednego koła.
Barbara odebrała to jako znak od losu-"nie  żałuj przypadkiem, że stąd wyjeżdżasz", nikomu nie
jesteś tu potrzebna. Zaraz po powrocie zatelefonowała do swej matki, by ją powiadomić, że już
jest i że się zaręczyła na urlopie z Holendrem.
Ciekawe na jak długo- zapytała zgryźliwie matka- niedawno już jeden od ciebie uciekł.
Na zawsze mamo, wyjeżdżam z Polski, biorę ślub za granicą. Ciekawe kiedy wrócisz tu bez
grosza przy duszy i z bachorem.
Mamo, czy ty się dobrze czujesz? Pijana jesteś czy co? Zadzwonię później.
Nie musisz odpowiedziała matka i odłożyła słuchawkę.
Co się stało  Kochanie, widzę,że się zdenerwowałaś. Barbara westchnęła-mówiłam ci, że mam
zupełnie inną matkę niż ty. Nie wiem co jej odbiło.
Następnego dnia zaczęło się bieganie po urzędach- po wypełnieniu formularza i odsiedzeniu
niemal 2 godzin w kolejce dostała odpis pełny swego aktu urodzenia i zaświadczenie, że
jest stanu wolnego. Dobrze, że Lukasowi dała drugą parę kluczy i że rano już włączyli ciepłą
wodę. Przeszukała książkę telefoniczną by znaleźć tłumacza przysięgłego do przetłumaczenia
dokumentów.Telefonowała kilka razy, za  szóstym ktoś wreszcie odebrał. Umówiła się,
zatelefonowała do Bożeny, która była mówiona w swoim USC na następny dzień, opowiedziała
o rozmowie z matką i podała  Bożenie namiary na tłumaczkę. Wystała się w pobliskim sklepie,
zrobiła zakupy, ugotowała  obiad  na 4 osoby na najbliższe dwa dni. Zatelefonowała do matki
i omal nie padła z wrażenia -telefon odebrał jej były "niemal mąż". Usłyszawszy jego głos
odłożyła czym prędzej słuchawkę.
Zaklęła  szpetnie jak góralski dorożkarz, potem zatelefonowała do  Bożeny i jej wszystko
opowiedziała.. Bożenko,  tak na wszelki wypadek, jeśli będziecie do nas szli, to zadzwońcie do
drzwi 3 razy, żebym wiedziała, że to wy. Lukasowi dałam klucze, to  sam  sobie otworzy.
Wieczorem razem z Lukasem poszła do tłumaczki.
Następnego dnia poszła do swego biura i wzięła ze sobą Lukasa, bo mieli się  spotkać z Bożeną
i Mesutem by się udać do Ambasady Holenderskiej w sprawie wiz.
Dzień wcześniej "chłopcy" złożyli w niej zaproszenia dla B.B.
Szef, porządny facet, złożył gratulacje Lukasowi, że mu się trafiła tak fajna babka jak
Barbara, kazał wydać wszystkie dokumenty od ręki, podpisał gdzie było trzeba i sprawa była
załatwiona raptem w 20 minut.
Podobnie, niczym letnia  burza przeleciało piorunem w Ambasadzie Holenderskiej. Tu obu
parom złożono gratulacje z okazji niedalekiego ślubu  i wstemplowano wizy w paszporty
dziewczyn.
Jednocześnie poinformowano ich, że dokumenty do ślubu muszą składać  w Holandii
osobiście.
Do Ambasady Tureckiej mieli wpaść następnego dnia, w tym nie przyjmowano interesantów.
B.B zostawiły swych narzeczonych w kawiarni Hotelu Europejskiego obiecując, że wrócą za
dwie  godziny i zaczęły intensywną przebieżkę po sklepach, bo chciały nieco odświeżyć swą garderobę i kupić jakąś sukienkę do ślubu dla Bożeny. Przemierzyły Chmielną, Nowy Świat, odwiedziły Modę Polską .
W sumie udało się zrobić niezłe zakupy i z kilkoma wielkimi torbami wylądowały w kawiarni
hotelu Europejskiego  a zaraz potem poszli na obiad do Bristolu.
Następnego dnia "nawiedzili" Ambasadę Turecką. Gdy stali w korytarzyku, z jednego z pokoi
wyszedł jakiś Turek, zerknął na  Mesuta raz i drugi i nagle chyba doznał "olśnienia"- "Mesut,
skąd się tu wziąłeś?". Następne  3 godziny spędzili na zapleczu Ambasady popijając kawę i
wcinając bardzo słodkie ciastka- obrzydliwe, jak stwierdziły B.B.
W tym czasie w  ich paszporty wbito wizy pobytowe na rok. Mesut opowiadał znajomemu
ile to jeszcze mają spraw na głowie bo panie muszą coś ze swymi mieszkaniami zrobić,
a narzeczona  bratanka to ma i małego fiata "trzylatka" na sprzedaż i pewnie jeszcze na
giełdę będzie trzeba pojechać.
Okazało się ,że jest kupiec na fiacika, jeden z  polskich pracowników Ambasady.
Mieszkanie dwupokojowe Barbary chętnie na okres 3 lat wynajmie ambasada dla swego
tureckiego pracownika. A co do mieszkania Bożeny, kawalerki, to on da odpowiedź
następnego dnia, bo zna kogoś, kto szukał kawalerki.
Trzy następne dni upłynęły na podpisywaniu różnych umów. W efekcie końcowym okazało
się, że Barbara sprzedała fiacika, Bożena sprzedała kawalerkę a umowa najmu mieszkania
Barbary też została podpisana i to na trzy lata. Trochę było  biegania po notariuszach i do
urzędu skarbowego. B.B. musiały się pozbyć wielu swoich rzeczy, więc wzbogaciły
zasoby PCK.  No i trzeba było nadać cargo do Antalyi, bo to i tak było tańsze niż nadbagaż
na trasie Warszawa-Amsterdam-Antalyia.
Uzyskane dzięki sprzedaży złotówki zamieniły w kilku kantorach na dolary, które ich
narzeczeni zgodnie wpłacili na konto mamy Lucasa w banku holenderskim.
Znowu trzeba było "odkręcać" i zmieniać rezerwacje, wszak musieli teraz lecieć wpierw
do Amsterdamu a dopiero potem do Antalyi. Ale w tym pomogły im koleżanki Barbary.
Nie obeszło się bez złośliwości, bo "bystra" koleżanka skojarzyła, że B.B. lecą razem
z dwoma facetami o wyraźnie tureckich nazwiskach i pozwoliła sobie na  chamski
komentarz na temat zadawania się z Turkami. Ale Barbara z czarującym uśmiechem
odpowiedziała: "ciebie kochana to i Turek by nie chciał, to raz, a dwa że to nie  twoja
 sprawa i ciesz się, że jestem już na wylocie, bo gdyby nie to, to wyleciałabyś z roboty".
I po angielsku zwróciła się do Bożeny - "co za szczęście, że już wracamy do domu".
Tuż przed wylotem do Amsterdamu Barbara zatelefonowała do matki, ale tylko nagrała się
na sekretarkę mówiąc, że skoro  jej matka gości faceta który Barbarę zdradził i oszukał, to
one rzeczywiście nie mają o czym ze sobą rozmawiać.
Ale było jej bardzo przykro i się popłakała. W końcu opowiedziała Lukasowi o całej sprawie.
Lukas przytulał, pocieszał i zapewniał, że dla jego matki Barbara już jest córką, chociaż
 jeszcze nie było  ślubu.
W Amsterdamie spędzili kilka dni, by B.B. choć  "z lotu ptaka" poznały miasto. Mieszkali
w domu rodzinnym  matki Lucasa, którym pod nieobecność właścicieli opiekowała się
pracownica specjalnej agencji. Dom był trzypiętrowy, bardzo stary ale miał wszystkie
współczesne udogodnienia. Wyznaczono termin  ślubu za miesiąc. Okazało się, że skoro
obie "panny młode" operują biegle angielskim to żaden tłumacz nie będzie potrzebny.
Podziwiano nawet jak dobrze  obie mówią po angielsku, choć są Polkami.
Na B.B. miasto ze swymi niezliczonymi kanałami, mostami i rowerami zrobiło miłe
wrażenie. Jesień już zaczynała tu zdobić parki swymi kolorami.
Antalyia powitała ich deszczem i chłodem, a w sali przylotów czekał na nich Max.
Wyjechali z Antalyi w deszczu, ale Alanyia przywitała ich bladym słońcem. Zostawili
wpierw swe bagaże w swoich domach, potem poszli do domu mamy Lucasa. I każda
z nich myślała, nie o tym, że wyjechała z ojczyzny, ale że wróciła z dalekiej podróży
do domu.
W głębi duszy Barbara nie mogła się nadziwić jak to się stało, że tak bardzo pokochała
Lukasa i całą jego rodzinę i że oni w tak bardzo naturalny sposób ją zaakceptowali
i tacy są serdeczni.
Na dwa tygodnie przed datą ślubu niemal w komplecie zjechali do Amsterdamu. Mama
bowiem uznała,że piękniejsza część rodziny musi się jeszcze  bardziej upiększyć i to
na europejski a nie turecki sposób.
Przy okazji B.B. założono konta bankowe, na które wpłaciły swoje pieniądze, które
były tymczasowo na koncie mamy Lukasa. Na dzień po ślubie panowie zaplanowali
wizytę w swej zaprzyjaźnionej kancelarii prawniczej, ale na razie trzymali tę wiadomość
w tajemnicy.
Ślub był uroczystością krótką ale sympatyczną, może dlatego, że mało się zdarza ślubów
wspólnych, na jednej sesji.
Oczywiście Barbara wystąpiła w sukni ślubnej nazwanej teraz "rodzinna", a Bożena
w sukni koloru bordowego, gładkiej, bez żadnych ozdób, za to super dopasowanej do
jej sylwetki wiecznej kochanki, jak to określiła Barbara.
Rodzinny obiad weselny  był na krytym tarasie restauracji , która była na skraju parku.
Następnego dnia po ślubie  udali się w czwórkę na umówione spotkanie w kancelarii,
gdzie obie młode żony zostały poinformowane,  o kwotach, jakie im  zostały darowane
przez mężów  i którymi mogą bez problemu same dysponować. Z wrażenia obie się
popłakały, czego nawet wodoodporny tusz nie wytrzymał, a prawnicy uznali, że te
Polki to bardzo płaczliwe niewiasty. Została też ustalona kwota do której mogły pobierać
pieniądze  z mężowskich kont bez  upoważnienia.
Dwa dni później obie pary poleciały do Paryża, gdzie spędzili tydzień.
B.B. udało się przekonać swych mężów, że podróż poślubna to przeżytek, podobnie jak
i noc poślubna, którą i tak większość współczesnych par ma  grubo przed  ślubem.

                                                           c.d.n.