środa, 10 maja 2017

cz.XIV

Następne dni pobytu w Budapeszcie były wielce pracowite. Wieczorami Lusia       
bardzo zmęczona padała  na swe łóżko i nawet do głowy jej nie przyszło
by zejść na basen i zrelaksować się pływaniem.
Jej współlokatorka każdego wieczoru gdzieś znikała,  rano z trudem wstawała
narzekając na ból głowy.  Przy śniadaniu opowiadała Lusi, że wieczorem
Budapeszt jest śliczny, kawiarenki urocze a wino  wspaniałe.
Te wszystkie wspaniałości ominęły Lusię szerokim łukiem, miała naprawdę
dużo pracy. Musiała uporządkować  wszystkie notatki sporządzane na bieżąco,
a pisane wielkimi skrótami. Bardzo żałowała, że nie ma tu swojej małej maszyny
do pisania. A pisania było sporo, bo zarówno jej dyrektor jak i ten drugi dla
którego świadczyła "usługi sekretarskie" ciągle coś "produkowali".
Maszyny  oddane do użytku uczestnikom konferencji nie  były nowe a do tego
chyba niezbyt starannie konserwowane. A to się któryś klawisz zacinał, a to
wałek zupełnie nieoczekiwanie przeskakiwał w zupełnie inne, niż powinien,
miejsce, a taśma była bardzo zużyta.
Taka socjalistyczna nędza, jak podsumował dyrektor.
Z ulgą przyjęła zakończenie tego międzynarodowego spotkania. Kolacja
była w tej samej sali co uroczyste, powitalne śniadanie, stoły były ustawione
ponownie  w półkole.
Tym razem siedziała pomiędzy własnym szefem a Czeszką  Haną, z którą się
polubiły. Hana zapraszała Lusię by przyjechała do niej w czasie urlopu, bo
Karlove  Vary , w których mieszkała są ładne a do tego to "zdrowe miejsce".
Panie wymieniły się adresami i cały wieczór miały o czym rozmawiać.
Szef proponował by wymknąć się z kolacji i jeszcze trochę pobuszować  po
Budapeszcie i zajrzeć do którejś z winiarni, ale Lusia stanowczo odmówiła bo
była najzwyczajniej w świecie wykończona a Hana miała pociąg wcześnie rano,
więc też nie chciała iść pózno spać.
Wreszcie  ktoś wzniósł toast  za przemiłe spotkanie, owocne rozmowy i bardzo
korzystne dla wszystkich decyzje końcowe. Szef Lusi bąknął cichutko pod
nosem- "no tak, wodę warzył, woda będzie, w rosół się nie zmieniło" i mrugnął
porozumiewawczo do Lusi i Hany.
Następnego dnia około szesnastej samolot łagodnie usiadł na płycie lotniska,
pasażerowie jak zwykle nagrodzili pilota brawami i nawet oczekiwanie na bagaż
nie trwało długo. Kierowca  służbowy już czekał i Lusia szybko znalazła się
w domu.
Na pożegnanie pan dyrektor wysiadł z nią razem, pomógł wyciągnąć z bagażnika
walizkę, podziękował za bardzo dobrą współpracę, na do widzenia cmoknął
Lusię w rękę.

W domu  mama wraz z panem Witoldem pastwili się nad tortem czekoladowym.
Okazało się, że był to dzień urodzin pana Witolda, a tort był własnoręcznie
wykonanym przez mamę Lusi prezentem dla Jubilata.
Pan Witold robił wrażenie niezle zadomowionego, a w ogóle wyglądał jakoś
jakby młodziej niż dotąd.
Lusia szybko przebrała się w mniej oficjalny strój i dołączyła do nich.
Jak zwykle tort, który był popisowym dziełem Lusi mamy,  rozpływał się
w ustach.
Czekoladowy biszkopt był nasączony likierem czekoladowym, pomiędzy
warstwami biszkoptu był delikatny, ale gęsty krem czekoladowy, całość była
dokładnie oblana polewą czekoladową  a wierzch zdobiła cyfra 54 ułożona
z wiśni.Wiśnie były bez pestek, za to nasączone delikatnie  rumem.
Widać, że pan Witold nie był mamie obojętny - taki tort wymagał wiele pracy
i bardzo rzadko pojawiał się w domu. Ostatnio był na osiemnaste urodziny
Lusi, a więc już niemal 4 lata temu.
Lusia niewiele mogła opowiedzieć o Budapeszcie - oglądała go głównie
z okien autokaru, ale i tak bardzo jej się miasto podobało.
Cieszyła się, że następnym dniem jest niedziela. Była bardzo, bardzo zmęczona.
Robienie notatek z rozmów prowadzonych w trzech językach nie było łatwe.
Wyraznie brakowało jej znajomości języka niemieckiego. I tak niezle sobie
poradziła- wyrazy, których nie  rozumiała zapisywała w wersji fonetycznej,
a potem usiłowała je "rozgryzć" albo przy pomocy szefa albo któregoś
z tłumaczy.
Szef twierdził, że i tak bardzo dobrze  Lusia się spisała, bo to jednak było 
wrzucenie Lusi na bardzo głęboką wodę.
W poniedziałek rano szef wręczył Lusi "pamiątkę" z Budapesztu- bardzo
ładną czarną, skórzaną aktówkę z wytłoczonym jej inicjałem  i datą
ostatniej konferencji.
Pani Lusiu, poradziła sobie pani świetnie i ten drobiazg bardziej się należy
pani niż mnie. Dawali te "suweniry" wszystkim przewodniczącym delegacji
zaraz po kolacji, gdy pani i Hana już odeszłyście do swoich pokoi.
I można było zażyczyć sobie by wybić inicjały i od razu pomyślałem o pani.
Lusia czuła, że policzki jej płoną- czuła się wyróżniona a jednocześnie bardzo
zmieszana.
Widząc jej zmieszanie czym prędzej dodał -  i odtąd będzie pani chodziła na
różne spotkania z tym profesjonalnym rekwizytem a nie z papierową teczką
zawiązywaną białą tasiemką.Proszę ją obejrzeć- ma  w środku  chyba trzy
przegródki.
Lusia wzięła z jego rąk teczkę- była mięciutka, z delikatnej skóry, zapinana
na magnetyczny klips. W środku miała w sumie  cztery przegródki, w tym
jedną na długopisy.
Bardzo ładna szefie i ....bardzo panu dziękuję.Nie jestem tylko pewna czy
naprawdę  ona się mnie należy.
Szef roześmiał się - na szczęście to ja o tym decyduję a nie pani.
I proszę koniecznie zajrzeć do naszego służbowego barku- poprawiłem nieco
jego zaopatrzenie. Jest koniak, wino i dobra kawa wraz z zaparzaczką - to
będzie dla specjalnych gości.
A teraz chyba musimy omówić  kilka spraw z tej delegacji, bo jak znam życie
to za dwie godziny  nasz minister się uaktywni.
A potem trzeba będzie opracować wnioski, rozesłać wytyczne.
Czy mogłaby nam pani zrobić naszą kawę i przyjść  do mnie do gabinetu?
Węgierska nie była zła, piekielnie mocna, ale trochę mi szkodziła.
                                                    c.d.n






cz.XIII

List do Andrzeja Luśka pisała co najmniej trzy dni. Opisała też swój pierwszy
lot samolotem i paniczny strach gdy samolot  wpadał w próżnię. Opisała też
swą samotną wycieczkę po Pradze, która bardzo się jej podobała.
Wychwalała też swego szefa, który naprawdę był "porządnym człowiekiem".
Pomarudziła też na temat tego, że nie  bardzo wiadomo kiedy tak naprawdę
się zobaczą, pozachwycała się  otrzymanymi prezentami, prosiła by Andrzej
przekazał swej mamie podziękowania za wręcz zjawiskowo piękną chustę.
Przyznała się, że planowane przez niego ich zajęcia gdy już będą razem
przyprawiły ją o dreszcze i chęć przeżycia tego wszystkiego jak najszybciej.
Pocieszała go, że zapewne większość lekarzy podobnie jak on tak samo
mocno przeżywała i zapewne nadal przeżywa śmierć pacjenta. Że z czasem
być może będzie mu łatwiej.
I znów umówiła się z Lilką na babskie zakupy.
Tym razem robiły zakupy na Chmielnej - ulicy pełnej prywatnych małych
sklepików, kilku dobrze zaopatrzonych komisów i dwóch kawiarni, w których
można było się uwędzić żywcem w  papierosowym dymie. Lusia, która wiele
godzin w ciągu dnia spędzała na bardzo wysokich szpilkach (tak to jest gdy
natura poskąpi kobiecie wzrostu) szukała wygodnych  szpileczek przeglądając
zawartość komisowych półek. W swoim rozmiarze znalazła tylko granatowe
szpilki, ale były z cieniutkiej skórki i miały  wspaniale ustawiony obcas.
Niestety ich cena omal nie powaliła  Lusi na ziemię-była wręcz astronomiczna.
Lilka natomiast  zakupiła dwie pary cienkich, czarnych rajstop.
Można powiedzieć, że zakupy były udane przynajmniej dla jednej z dziewcząt.
Tym razem zrezygnowały z zajadania się  lodami - nadchodził wszak sezon
cienkich sukienek i wypraw na baseny.
W końcu Lusia skusiła się na kupienie w prywatnym sklepie klapek ze złotymi
i białymi paskami. Czuła, że wprost nie wypada niczego na Chmielnej nie kupić.

Dni w pracy mijały szybko,a Lusia już nie gubiła się wśród kilometrów korytarzy.
Coraz częściej miała do wykonania samodzielne zadania i szef coraz częściej
żartował, że jeszcze trochę a Lusia wygryzie go ze stanowiska. Ale tak naprawdę
był bardzo zadowolony z jej pracy. Ostatnio zdarzało mu się używać zwrotu:
pani Lusiu, dziecino kochana, proszę...i tu następowało jakieś służbowe polecenie.
Na szczęście pilnował się bardzo, by tego zwrotu nie użyć przypadkiem przy
ludziach.
Pewnego dnia szef przyniósł do pokoju Lusi małą maszynę do pisania. Prosił by
"dziecina kochana" sprawdziła jak się jej na niej pisze, bo według niego ta maszyna
jest stworzona do delikatnej kobiecej ręki. Maszyna przypadła Lusi do gustu i ręki
i odtąd Lusia używała jej stale.
W sumie w jej pokoju stały już trzy maszyny do pisania- jedna z bardzo długim
wałkiem potrzebna do kwartalnych zestawień, jedna "normalna" i ta malutka,
z którą Lusia wędrowała czasem do gabinetu szefa.
Lusia wymogła na szefie, by dzielili się kosztami swej ulubionej kawy, bo Lusia nie
widzi powodu by tylko szef tę kawę i pitną czekoladę kupował, skoro oboje ją piją
w tych samych, zbyt dużych ilościach.
Czasami Lusia przynosiła z domu jakieś domowe ciasto, upieczone przez  mamę.
Szef był łasuchem i zachwycał się każdym ciastem przyniesionym przez Lusię.
W czerwcu mieli lecieć do Budapesztu. Delegacja była spora i tym razem wyjazd
obsługiwał  "duży" sekretariat.
Pobyt  miał być kilkudniowy, spotkanie o randze międzynarodowej w gronie
państw RWPG. Na zakończenie przewidziana była uroczysta kolacja. Lusia miała
służyć pomocą jeszcze jednemu z dyrektorów, więc była pewna, że będzie miała
mnóstwo pracy.
Lusia czym prędzej uzupełniła swą letnią garderobę  o cienki kostiumik i
nową sukienkę, którą mogłaby włożyć na tę uroczystą kolację i.....zrujnowała
się na te arcy wygodne szpilki z komisu. Letnie kreacje nie były na szczęście
drogie.
Szef doradził Lusi by wzięła ze sobą również kostium kąpielowy to będzie
mogła skorzystać z pięknych basenów termalnych, poza tym z pewnością
w ich  hotelu też będzie basen, a nic tak nie odświeża po całym dniu jak
wieczorne  pływanie w  basenie.
Wylot był we wtorek rano o mało chrześcijańskiej godzinie a na lotnisko
należało przyjechać dwie godziny wcześniej, więc szef zaproponował, że
bladym świtem przyjedzie służbowym transportem po Lusię, bo w pewnym
sensie  Lusia mieszka "na trasie" do lotniska.
Podróż minęła spokojnie, w Budapeszcie czekały na nich samochody, szybko
też przebiegło zakwaterowanie.
Lusię zakwaterowano w pokoju z pracownicą jednego z dużych zakładów
przemysłowych, szef miał pokój sąsiedni i był w nim sam.
Organizatorzy, gdy już wszyscy byli zakwaterowani  zaprosili swych gości
na wspólne śniadanie.
W hotelowej restauracji stoły były ustawione w półkole. W sumie było około
30 osób, przeważała płeć brzydka.
Szef tak manewrował by znależć się przy stole obok Lusi.Tak prawdę mówiąc
to nawet była mu za to wdzięczna, bo czuła się niezbyt pewnie.
Śniadanie ciągnęło się niczym guma do żucia i Lusia nie mogła się nadziwić,
że ludzie potrafią tyle zjeść na śniadanie.
Pierwsza tura rozmów miała być w podgrupach w trzech różnych salach.
Ku zdumieniu Lusi  rozmowy były mało  służbowe, wpierw się wszyscy sobie
wzajemnie przedstawiali, część  już się znała z poprzednich spotkań więc bardzo
serdecznie się witali, zauważyli bez trudu nowe twarze czyli Lusię i jej  szefa.
Atmosfera była mało robocza, ale w sumie było bardzo sympatycznie. Było
dwóch tłumaczy, bo większość uczestników mówiła tylko w rodzimym języku.
Lusia zastanawiała się, jak ona porobi  jakieś notatki bo jak na razie to królował
jakiś dziwny język. Ona rozumiała rosyjski i angielski, szef rozmawiał z jakimś
Niemcem po niemiecku. Pewna Czeszka mówiła po polsku, ale z takim akcentem,
że Lusia dałaby sobie uciąć rękę, że mówi w swym ojczystym języku, który jest
tak podobny do polskiego, że Lusia wszystko rozumie.
Było z tego powodu trochę śmiechu, bo Lusia  powiedziała do szefa, że język
czeski jest tak bardzo podobny do polskiego, że ona wszystko może zrozumieć.
Nic dziwnego, powiedział szef, przecież ona mówi po polsku!
Potem była przerwa i uczestnicy zostali zaproszeni na wycieczkę po Budapeszcie.
Po mieście woziły ich dwa autokary a przewodnik objaśniał wszystko w języku
rosyjskim.
Budapeszt ogromnie się Lusi podobał.
Autokar wprawdzie nie posiadał klimatyzacji ale uchylone okna pozwalały na
względny komfort przejazdu. Natomiast  każde wyjście z autokaru było mało
miłe, bo był upał. Po trzech godzinach wrócili do hotelu na lunch.
Wszyscy byli zmęczeni upałem i każdy marzył o prysznicu i zmianie ubrania.
Szczególnie nieszczęśliwi byli panowie w swych garniturach.
Lunch już nie miał charakteru wspólnego posiłku, stoliki były cztero i sześcio
osobowe, wszyscy siadali tak jak im pasowało.
Lusia oczywiście siedziała w towarzystwie dwóch swoich dyrektorów, którzy
mówili do siebie po imieniu.
                                            c.d.n.