piątek, 5 maja 2017

cz. VII

Wysiadając na przystanku Luśka niemal wpadła na Lilkę. Lilka rozejrzała się
dookoła i powiedziała: nie dziw się niczemu i rób co ci powiem. Pójdziemy
teraz do kilku sklepów. Mam dla ciebie przesyłkę, ale muszę ci to dać tak,
żeby nikt nic nie widział. Dobrze, że masz dużą torebkę.
Wejdziemy do spożywczego, potem do apteki, a potem do księgarni i dopiero
wtedy pójdziemy do Zielonej Gęsi.
Luśka zupełnie nie mogła zrozumieć co jest grane. Stały w zatłoczonym
sklepie spożywczym udającym SAM. Otwórz dyskretnie torbę -zarządziła
Lilka. Za chwilę w Luśki  torebce wylądowała koperta.
W księgarni Luśka poczuła,  że Lilka wciska jej do kieszeni płaszcza jakieś
małe  pudełko. Jak będziemy w aptece przełóż je do torebki tak, żeby nikt
tego  nie widział z ulicy.
Lila, a ty się aby dobrze czujesz?- zapytała z lekka zaniepokojona Lusia.
Może  jednak pójdziemy do mnie, to już całkiem blisko, ze 300 metrów, do
końca tej  ulicy. Zrobimy sobie kawę lub herbatę. U mnie możemy swobodnie
porozmawiać.
Nie -  zaoponowała Lilka, nie mam czasu, ale musimy wpaść do Zielonej Gęsi
na kawę, bo tam czeka na mnie  mój Andrzej.Niestety nie chory z miłości  do
mnie  jak twój do Ciebie. I nie rozmawiamy przy nim nic a nic o tym,że się
umówiłyśmy tu specjalnie. Spotkałyśmy się przypadkiem w tramwaju. On nie
może też wiedzieć o tym, że ci cokolwiek dostarczyłam.
Jak będziesz chciała coś przesłać swojemu to musisz się skontaktować ze mną.
I mów wtedy, że chcesz byśmy się razem wybrały na kupowanie butów.
Umówimy się wtedy ma Marszałkowskiej pod sklepem z butami. Zapamiętaj,
dobrze?
Nie czytałam tego listu do ciebie,ale wiem, że mocno choruje, napisał mi to.
I wiem też co dostałaś. Nic dziwnego, jak się ma na imię Felicja to się chyba
przyciąga do siebie szczęście. Będę na ciebie mówić  "Szczęściara".
Luśka czuła się już doszczętnie skołowana.
Lilka, jak na razie to ja tu szczęścia  nie widzę, raczej sporo tęsknoty i kłopotów-
odpowiedziała Luśka.
W kawiarence wszyscy wypili w szybkim tempie po małej czarnej, bo Lilka i
jej towarzysz spieszyli się do kina.
A Luśka, wciąż jeszcze z lekka skołowana pomaszerowała szybko do  domu.
Gdy przyszła do domu okazało się, że mamy jeszcze nie ma.
Lusia szybko zajrzała wpierw do listu. Na początku wyciągnęła zdjęcie Andrzeja.
Ze zdjęcia spoglądał na Lusię Andrzej w białej trykotce , białych płóciennych
spodniach i drewnianych chodakach.
W ręce uzbrojonej w rękawiczkę diagnostyczną trzymał strzykawkę i chyba
był zaskoczony przez osobę, która to zdjęcie  zrobiła.
Potem wyciągnęła drugie zdjęcie - była to jej fotografia, zrobiona w czasie snu.
Zrobione pewnie wtedy, gdy Andrzej biegł po bułki do piekarni. Wreszcie
wyciągnęła list.
Pisany zapewne  na raty, różnymi długopisami. Przepraszał, że zrobił jej
zdjęcie, bez jej wiedzy i zgody, ale wyglądała tak słodko, że musiał. Pisał, że
się jakoś trzyma, ale tęskni ogromnie. I prosi o jej zdjęcie, takie, żeby mógł
je postawić przy  swoim łóżku  bo to, na którym Lusia śpi jest zbyt intymne
by stało "na widoku". Ale je nosi w portfelu. A to jego zdjęcie które jej teraz
posyła zrobił mu znienacka kolega wtedy,  gdy z powodzeniem umieścił
w żyle pacjenta wenflon.
Dalej znów było o tęsknocie, o tym, że będzie się starał przyjechać w sierpniu,
może nawet na dwa tygodnie .
I że będzie się starał zdawać wszystkie  egzaminy w terminach zerowych.
A ten drobiazg, który przesyła jest dwudzielny- on będzie nosił łańcuszek
z damskim profilem,  a dla  niej jest męski profil. I jest to wykonane z białego
złota palladowego, więc noszone nawet bez przerwy nie zmieni koloru.
Dostał to od mamy z okazji 18 urodzin, by podzielił się tym drobiazgiem
z dziewczyną która będzie tego warta. I doszedł do wniosku, że to ona jest
tą dziewczyną. Drobiazg był robiony  na zamówienie u znajomego jubilera.
A on już widzi oczami wyobrazni miny  rodziców gdy przyjadą do niego
za jakiś czas.
Potem znów były przeprosiny za to zrobione po kryjomu zdjęcie i prośba
o takie oficjalne.
 Dalej wyjaśniał, że kontakt na razie będzie przez Lilkę, przynajmniej tak
długo jak będzie pracował jej ojciec tam, gdzie obecnie pracuje.
Następny kawałek listu był pisany chyba na kolanie i był o tym, że jest
cholernie zmęczony, bo miał dyżur  nocny a teraz ma wykłady. I że brak
snu to chyba największy problem w tym zawodzie.
I kolejny fragment znów był o tęsknocie i że to aż boli. I prośba by szybko
przysłała zdjęcie i żeby pamiętała o nim. I nosiła ten wisiorek.

Lusia po kilkakrotnym odczytaniu tych bazgrołów przypomniała sobie, że
w szkole Andrzej nigdy nie  wykazywał się talentem pisarskim i pisanie
wypracowań było jego zmorą. A charakter jego pisma też nigdy nikogo nie
zachwycał. Odkładając list pomyślała, że bazgrze tak jak każdy lekarz
wypisujący receptę.
Przyjrzała się dokładnie wisiorkowi- wyglądał jakby był z platyny lub srebra.
Nigdy nie słyszała o białym złocie. Wisiorek był długości ok. 2cm, z daleka
wyglądał jak mały półksiężyc, na którego  wypukłej stronie był jakiś napis,
a profil męski tworzył jego wklęsłą stronę. Napis był chyba po łacinie, ale
bez lupy nie  mogła go odczytać.
Założyła i stwierdziła, że  będzie go nosić stale, prezentował się  ładnie no
a poza tym był wszak OD NIEGO.
I gdy tak stała przed lustrem wpatrując się w nie, wybuchnęła płaczem.
Było jej zle, smutno i tęskno i zupełnie nie wiedziała co będzie dalej.  Po
chwili  uspokoiła się i zaczęła się  sama na siebie złościć. To już drugi taki
niekontrolowany wybuch płaczu, chyba dzieje się z nią coś złego! Bardzo
złego, traci nad sobą panowanie!
Przypomniała sobie, że ostatniej nocy spędzonej z Andrzejem, widziała w jego
oczach łzy. Nie rozpłakał się tak jak ona, ale oczy miał pełne łez.
Rozważania nad własnym stanem psychicznym przerwał jej powrót matki.
Przy kolacji pokazała  mamie wisiorek, mówiąc, że podobno jest tą, która
zdaniem Andrzeja powinna go nosić. I że to jest białe złoto, ale to nic jej nie
wyjaśnia. Ale Andrzej napisał, że był wykonany na zamówienie i był
prezentem, który otrzymał na swe 18 urodziny od swojej mamy. I że on będzie
nosił drugą połowę tego wisiorka.
Mama  obejrzała dokładnie wisiorek i stwierdziła, że gdy była młoda i piękna
to były "wisiorki dla rozdzielonych" w postaci dwóch, pasujących  do siebie
połówek serca. Były robione ze złota lub srebra. A białe złoto jest stopem
złota i kilku innych metali. I podobny wisiorek widziała kiedyś w komisie,
ale był ze "zwykłego" złota.
W dwa dni pózniej Lusia bardzo starannie podkreśliła swą urodę, włożyła
bluzkę z dekoltem  eksponującym wisiorek i wracając z pracy wstąpiła do
zakładu fotograficznego pewnej znanej pani fotograf. Zdjęcia miało być
tzw. "wizytowe" i oczywiście czarno- białe. Pani fotograf robiła zdjęcia
artystyczne i brzydziła się  "eksperymentów z fotografią kolorową".
Wpierw bardzo dokładnie przyjrzała się Luśce, potem spoza obiektywu
dyrygowała w którą stronę ma Lusia patrzeć, to się uśmiechnąć, to przestać
się uśmiechać, wypytywała do czego jej to zdjęcie jest potrzebne, w końcu
poprosiła by Lusia  dała jej na chwilę swój grzebień, lekko przeczesała jej
włosy przy okazji je rozburzając , potem zrobiła kilka ujęć. Lusia była tym
wszystkim niezle umęczona i miała serdecznie dość. Zdjęcia miały być
gotowe za tydzień. Dopiero? -zdziwiła się Lusia.
Drogie dziecko, ja jestem fotografem a nie piekarzem, który wypieka chleb
według zegarka. Zdjęcie wymaga sporo pracy. Musi o pani coś opowiedzieć,
a nie tylko być podobizną- poinformowała Lusię.

Ten tydzień oczekiwania na zdjęcia był bardzo pracowity- niemal codziennie
Luśka musiała spędzać po 2 godziny w gabinecie szefa, który bez litości
zarzucał ją pracą wybiegającą poza jej zwykłe obowiązki służbowe. Prosił
o zrobienie  różnych zestawień, wyszukanie w bibliotece pewnych materiałów,
i zbieranie określonych danych od kierowników działów.
Panna "gońcówna"w tym czasie pilnowała sekretariatu a Lusia zbierała żądane
dane, wysłuchując przy okazji uwag, że "staremu chyba na mózg padło".
W sobotę, z godzinę przed końcem dnia pracy szef znów wezwał Luśkę do
swego  gabinetu. Poprosił by spokojnie wysłuchała tego, co jej powie,
przemyślała to wszystko na spokojnie w domu i dała mu odpowiedz w ciągu
kilku dni.
Luśce, po tej przemowie aż serce podskoczyło do gardła-bała się, co usłyszy.
Okazało się, że szef odchodzi do gabinetu ministra. I ma sobie wybrać
asystenta/asystenkę, czyli osobę, która będzie odciążała go od wielu spraw-
będzie  jego kalendarzem, pamięcią,sejfem do przechowywania różnych
wiadomości i będzie musiała mu towarzyszyć czasem w różnych krajowych
i zagranicznych spotkaniach.
I ten tydzień, w którym Lusia musiała tak wiele dziwnych spraw załatwiać
był swoistym egzaminem, który jego zdaniem zdała na piątkę z plusem.
Poza tym wie, że Lusia jest bardzo kulturalną i dyskretną osobą oraz potrafi
bez  zgrzytów współpracować z innymi.
I dlatego on proponuje by Lusia przyjęła jego propozycję zostania asystentką.
Dostanie przeniesienie słuzbowe, urlop będzie zachowany a pensja wzrośnie jej
około trzykrotnie.
Mankamenty-będzie musiała, podobnie jak on, zostawiać namiary na siebie,
bo musi być stale "uchwytna", a pan minister czasem musi się z kimś zobaczyć
np. o 8 wieczorem i jego sekretarka wtedy "zbiera" wszystkie potrzebne osoby.
I ma prośbę- niech  Lusia to przemyśli i przejdzie razem z nim.
                                                   c.d.n.