czwartek, 4 maja 2017

cz. VI.

Luśka leżała w swoim własnym łóżku i po raz pierwszy od dawna nie
mogła zasnąć.
Myślała o ostatnich wydarzeniach w swoim życiu.
Chyba sama siebie nie  znam, w życiu tak nie zaszalałam. I nigdy nie miałam
takich motyli w brzuchu, ani nigdy nie byłam tak spontaniczna.
Ja, taka zawsze opanowana  zachowywałam się....no nie wiem jak, jak jakaś
wyuzdana wariatka.
Każdy jego dotyk, pocałunek był taki cudowny i z mety odpływałam.
I on też odpływał tak jak i ja. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam, a on
mówił,że działam na niego jak narkotyk, że całkiem głupieje gdy mnie
obejmuje i całuje.Ooo, ale skąd on wie  jak działa narkotyk?
Jeżeli to jest miłość, to mamy oboje przechlapane.Wiele dałabym za to, żeby
był teraz obok mnie, żeby przytulił i utulił.
Jeszcze mi nigdy nikogo tak nie brakowało jak jego. Jak ja będę teraz żyć?
Ja tu rozpaczam, a może on za dwa dni znajdzie pocieszenie w objęciach
innej? Jest teraz naprawdę przystojny, a przystojnemu  dziewczyny same
wpadają w ręce, nawet ich szukać nie muszą.
Niczego sobie nie obiecywaliśmy i nie powiedział ani razu,  że mnie kocha,
Bo to chyba jeszcze  nie miłość, tylko zakochanie, zaślepienie A może to
tylko pożądanie tak nas oboje wrzuciło  w łóżko? Papużki  nierozłączki jak
nas przezywali. A może papużki nierozłączki umierają z tęsknoty gdy się je
rozdzieli? Czy można umrzeć z miłości lub pożądania?
Przywoływała na pamięć każdy jego gest, każdą  pieszczotę i wciąż
o nim myśląc wreszcie zasnęła.
Gdy się obudziła, matka już się szykowała do wyjścia. Lusia miała  przed
sobą cały dzień samotności, bo mama  zapowiedziała swój powrót na wieczór.
Przechodząc obok dużego lustra w przedpokoju Lusia stanęła i krytycznym
spojrzeniem  omiotła swoje  odbicie.
No nie wiem, co on we mnie zobaczył, wcale nie jestem ładna,a teraz  to
w ogóle wyglądam jak straszydło. Tak bez makijażu to mnie wcale nie ma.
I tyle dni nie malowałam oczu ani ust a jemu się to podobało. I jeszcze wciąż
mi włosy wichrzył, tak jakbym  już  nie była dostatecznie potargana.
Zbliżyła się do lustra unosząc jeden z kosmyków i  wpatrując się w nasadę
włosów. No tak, trzeba  pomalować odrost. No jasne, że mi lepiej w tych
ciemnych włosach niż w buro szarym blondzie! Postała jeszcze chwilę przed
lustrem i przedpokojowe lustro zamieniła na dobrze oświetlone lustro
w łazience.
Za niecałą godzinę z  zadowoleniem spojrzała na swe odbicie - odrastający
szaro-bury blond odrostów już znikł, wszystkie włosy były jednakowej,
ciemnobrązowej barwy. No, teraz mam taki sam kolor włosów jak on,
pomyślała z radością.

W poniedziałek wybrała się do pracy nieco wcześniej, żeby spokojnie zacząć
nowy dzień. W kilka minut po niej przyszedł również szef.
Uśmiechnął się szeroko , wyraził swą radość, że już wróciła z urlopu, spytał
czy ten tydzień urlopu był  udany, potem nieco enigmatycznie powiedział, że
szykują się drobne zmiany, ale  powie o nich we właściwym czasie, bo  musi
się wpierw nad czymś zastanowić. Brzmiało to wszystko bardzo tajemniczo.
Przez moment Lusia pomyślała, że może szef chce ją zwolnić.
W wolniejszej chwili przepytała swą zastępczynię co się działo, czy miała
dużo pracy, ale okazało się, że w minionym tygodniu szef  bardzo często był
poza biurem.
Gdy zaniosła szefowi jego ulubioną kawę, uśmiechnął się i spytał: czy może
mi pani zdradzić tajemnicę jak pani robi tę moją kawę? Bo to  co przynosiła
pani zastępczyni w niczym jej nie przypominało.
Niemożliwe- zdziwiła się Luśka. Może , w trosce o pana zdrowie, dawała
mniej kawy a więcej mleka?  Ja po prostu bardziej dbam o smak niż o zdrowie.
A na urlopie piłam  "nową"  kawę i kiedyś ją panu zaprezentuję, dobrze?
Ale będzie z mlekiem, prawda? - upewnił się szef.
Oczywiście, panie dyrektorze, na pewno. A mój przepis na pana kawę jest
bajecznie prosty - dwie herbaciane łyżeczki kawy i jedną łyżeczkę mleka
skondensowanego mieszamy 5 minut i gdy to  razem tworzy jednolitą masę,
 zalewamy wodą o temperaturze 90 stopni i mieszamy. I to cała filozofia,
odparła z uśmiechem.
Szef lekko wytrzeszczył oczy. I pani mierzy  temperaturę  czy ma  te
przepisowe 90 stopni?  - spytał z niedowierzaniem.
Ależ skąd- wyłączam wodę gdy już wrze i po 5 minutach ją wlewam do
filiżanki. A kawę i mleko ucieram  razem aż do chwili zalania wodą.
Fakt, proste, ale wpierw trzeba na to wpaść!- wygłosił szef z uśmiechem.
Następną kawę wypijemy razem, bo mam dla pani coś do napisania, więc
proszę zrobić dwie takie kawy. Pani chyba też taką pije?
Tak, taką samą odpowiedziała Lusia i wyszła z gabinetu.
Ledwie usiadła przy swoim biurku zadzwonił telefon- dzwonił odstawiony
na boczny tor "amant". Luśka skrzywiła się- nie miała chęci na spotkanie i
tylko obiecała, że zatelefonuje do niego w środę.
Odkładając słuchawkę pomyślała  - powinnam była powiedzieć, że być
może  zatelefonuję w środę.
Nie mam ochoty go oglądać ani słuchać.
Segregując pocztę zastanawiała się co też  jej szef planuje.
Nie krążyły po biurze  żadne  plotki o jakiejkolwiek reorganizacji, bo
gdyby  się na takie zmiany zanosiło to  miejscowe "wszystkowiedzące" już
by jej wszystko wypaplały.
W tym biurze panowało przekonanie,że najważniejszą sprawą jest żyć
dobrze z Madame Kadrową oraz sekretarką dyrektora naczelnego.
Gdy Luśka trafiła tu do pracy wszystkich skręcało z ciekawości czyja to
protegowana.
Przez pierwszy tydzień co chwilę ktoś wpadał do sekretariatu i niemal
od drzwi wykrzykiwał: oooo, mamy nową sekretarkę!, na co  pani Jadwiga
odpowiadała: nie wy macie, tylko pan dyrektor.
Odchodząca  na emeryturę pani Jadwiga, dotychczasowa sekretarka, była
wściekła, bo nie miała ani chwili spokoju, by przekazać "nowej" wszystkie
sprawy. W końcu obie  zostawały kilka razy dłużej, by w spokoju mogła
 Luśka zapoznać się z nowymi dla niej obowiązkami..
Nowa sekretarka przypadła  do gustu i Madame Kadrowej i pani Jadwidze
a po miesiącu i swemu dyrektorowi. Madame Kadrowa dawała wszystkim
do zrozumienia, że to ona wynalazła ów skarb w "szkole sekretarek", ale
 i tak większość była przekonana, że to jakaś krewna  pani Jadwigi.

Dni mijały szybko. Luśka mocno ograniczyła spotkania z "amantem", nie
miała na nie zupełnie ochoty.
Zgodnie z obietnicą zrobiła nową mieszankę kawową- nesca, czekolada pitna
i mleko skondensowane i bardzo szefowi ten skład odpowiadał. A Luśka
pijąc tę kawę wspominała serdecznie Andrzeja.

Zima szykowała się pomału do odwrotu. Szef chorował i nie było go w biurze
aż trzy  tygodnie. Tydzień leżał w szpitalu, pozostały czas był w domu ale cały
czas pracował. Luśka jeżdziła niemal codziennie do jego domu z tekami
dokumentów, czasem jechał też razem z nią któryś z konstruktorów.
Pani dyrektorowa była wyraznie zła, raz zaproponowała by się  mąż przeniósł
wraz z łóżkiem do biura. Ten wybuch wściekłości słyszała tylko Luśka, bo
kierowca siedział w tym czasie w samochodzie.
Luśka tylko raz widziała "panią dyrektorową"- była dużo młodsza od swego
męża. A Luśka pomyślała, że straszna z niej jędza. I że zapewne jest jego
drugą żoną, bo sadząc po wyglądzie nie miała szans być matką córki pana
dyrektora, która miała podobno już 20 lat.
Wreszcie szef wrócił do pracy. Podziękował wylewnie Luśce za cierpliwość i
cierpliwe wożenie w tę i z powrotem dokumentów.
Tego samego dnia posłaniec z kwiaciarni przyniósł do sekretariatu olbrzymi
kosz azalii. Adresatem była Luśka.
W kwiatach ukryta była karteczka z tekstem: "Dziękuję i przepraszam. M.C"
Luśka  podając szefowi kawę powiedziała: to ja dziękuję, szefie .Azalie są
piękne. I nie ma pan za co przepraszać, naprawdę.
Szef spoważniał na moment- mam, za  zachowanie żony.
 I zaraz dodał z uśmiechem: znaczy się dobrze trafiłem, cieszy mnie to!
To może dziś skorzysta pani ze służbowego samochodu?-zaproponował.
Nie, panie dyrektorze, wolę by dekorowały sekretariat, miło patrzeć na kwiaty
w pracy.
Zamykając za sobą drzwi  gabinetu pomyślała - ma facet klasę!
Tego dnia spotkała Lusię jeszcze jedna  niespodzianka. Zatelefonowała do
niej Lilka z prośbą by się  spotkały na kawie, tam gdzie ostatnio. Luśka obiecała,
że będzie około 17,00
                                                  c.d.n.