poniedziałek, 8 maja 2017

cz. XI

Lusia, zgodnie z wytycznymi otrzymanymi od Lilki nie zaprzyjazniła się
z żadną z sekretarek.
Zresztą wszystkie miały czasami istne urwanie głowy i naprawdę nie było czasu
na jakieś pogaduchy.
Najbardziej podobało się  Lusi, że zaczynała pracę  dopiero o 9,00, więc nie
jechała rano  do pracy we wściekłym tłoku.
Wracała  z reguły też już  po tak zwanym  "szczycie komunikacyjnym".
Szef rzeczywiście dotrzymywał słowa - gdy się zdarzyło, że Lusia musiała
zostać do póznego wieczora, do domu odwoził ją służbowy samochód  szefa,
a szef wracał do domu swoim samochodem.
Zresztą on z reguły jezdził na trasie dom- praca-dom swoim  samochodem,
służbowy wykorzystując tylko do poruszania się po mieście lub gdy musieli
jechać  gdzieś w teren służbowo.
Do obowiązków Lusi należało również organizowanie podróży, rezerwowanie
hotelu, zgromadzenie potrzebnych materiałów, ustalanie kto  będzie brał udział
w rozmowach.
W razie wyjazdów służbowych, gdy szef uznawał, że będzie mu niezbędna
sekretarka  do sporządzania notatek z rozmów, Lusia musiała mu wtedy
towarzyszyć.
Sieć hoteli w kraju była wtedy dość marna, sytuację ratowały pokoje gościnne
różnych przedsiębiorstw. Często były zupełnie nieciekawe, ze wspólnymi
sanitariatami na korytarzu. I tych Lusia  bardzo nie lubiła.

Szef wystąpił również o wystawienie dla niej paszportu służbowego oraz o
zmianę stanowiska pracy. Pod względem nazwy etatu nie była już teraz
sekretarką , ale planistą-asystentem dyrektora.
Jak zwał tak zwał, bo w gruncie rzeczy wykonywała tę samą pracę co zawsze
a uposażenie  było to samo  co w dniu rozpoczęcia pracy w ministerstwie.
Pierwszym jej wyjazdem zagranicznym był wyjazd do Czechosłowacji.
Po raz pierwszy leciała samolotem i niemiłosiernie się bała. Na dodatek pogoda
była niezbyt dobra i samolotem  rzucało.
Lusia trzymała się niemal konwulsyjnie  poręczy fotela i chyba miała nietęgą
minę, bo szef aż dwa razy pytał się, jak się Lusia czuje.
Dziwnie się czuję- odpowiedziała Lusia bledziutka jak ściana- nie sądziłam że
samolotem może tak rzucać. Zupełnie jakbyśmy jechali po jakichś wybojach!
Przyzwyczai się pani, ale to często się nie zdarza, proszę mi wierzyć.
I rzeczywiście nigdy więcej nie miała tak niemiłych wrażeń. Pobyt ten  był
chyba dla Lusi rodzajem nagrody za jej pracę. Dostała nawet od swego szefa
jeden dzień "luzu", plan Pragi i przewodnik po  Pradze, na szczęście w języku
polskim.
Na zakończenie pobytu "gospodarze" obwiezli  szefa i Lusię po Pradze.
I choć  lot powrotny był spokojny, Lusia z radością powitała warszawskie
lotnisko.
Na lotnisku już czekał służbowy samochód, który odwiózł Lusię do domu, 
a jej  szefa do.......ministerstwa, choć dochodziła godzina 21,00.
Rano jej szef wyglądał na wykończonego, bo narada skończyła się  o takiej
godzinie, że nie było warto wracać do domu i szef przespał się w swoim
pokoju "socjalnym".
Wzór sekretarko-asystentki zbiegł do bufetu po gotowe kanapki i zrobił
szefowi śniadanie, co szef przyjął z niemałym zachwytem.

Po rozmowie  z Lilką na temat sprawdzanej korespondencji Lusia ponownie
przeczytała wszystkie listy od ojca.
Doszła do wniosku, że przecież  pisanie o tym, że się tęskni i myśli o tych
co zostali w domu z pewnością nie było zakazane i nie spowodowałoby
konfiskaty takiego listu.
Ale żaden list nie był serdeczny, żaden nie mówił o tęsknocie za córką lub
żoną, za domem. Ojciec pisał głównie o tym, że trudno mu się odnależć w tym
upale, ale praca mu się podoba. Kontrahentowi widocznie też się podobała
jego praca, bo zaproponował mu przedłużenie kontraktu i to na 4 lata.

Pewnego letniego popołudnia zatelefonowała Lilka z pytaniem, czy będą mogły
się  spotkać po pracy, by wybrać się razem na zakupy,  bo tym razem Lilka
chce sobie kupić kostium kąpielowy.  Lusia czym prędzej zajrzała do swego
wszystkowiedzącego kalendarza i stwierdziła, że chyba tak, więc się umówiły.
W pracy niemal nie mogła się skupić, bo była pewna, że Lilka ma  dla niej jakieś
wiadomości od Andrzeja.
A tych nie było od dawna, tylko ustnie Lilka przekazała jej informację, że zdjęcie
pewnej modelki zrobiło furorę.
Dziewczyny były umówione pod sklepem z damską bielizną. Było to świetne
miejsce, bo był to jedyny  wówczas w Warszawie sklep, w którym można było
przymierzyć biustonosz lub kostium kąpielowy. Poza tym miał tę zaletę, że
będąc w przymierzalni można było spokojnie nawet niedużego słonia przełożyć
dyskretnie z torebki do torebki.
Lilka rzeczywiście miała dla Lusi przesyłkę, ale kostium kąpielowy też chciała
kupić.
Sklep miał bardzo dobre zaopatrzenie, tylko ceny były jakby nie za  bardzo
dostosowane do zarobków w Polsce.
Lusia skorzystała z okazji i też kupiła dla siebie  kostium - jednoczęściowy,
choć właśnie królowały bikini. Kostium urzekł ją swymi kolorami - na zielonym,
a raczej szmaragdowym tle były jakieś bardzo egzotyczne kwiaty.
Lilka za to wyszukała dla siebie czarne bikini.
Przesyłka od Andrzeja była całkiem spora i Lusia cieszyła się, że ma taką dużą
torebkę.
Dziewczyny postanowiły przejść się kawałek piechotą, zamiast siedzieć
w dusznym tramwaju.
Prawdę mówiąc Lusię zżerała ciekawość  co zawiera przesyłka. Ale  uznała,
że skoro tyle czasu wytrzymała bez wiadomości to  godzinę czy dwie jeszcze
spokojnie wytrzyma.
Był to czas, gdy ulica Marszałkowska pełna była normalnych sklepów, lepiej
lub gorzej zaopatrzonych a nie tak jak dziś- bank za bankiem i bankiem pogania.
Szły niespiesznie, oglądały wystawy, omawiały oglądane towary.
Wstąpiły też do Hortexu na lody, które im  posłużyły za obiad.  Lody, bita
śmietana, sporo owoców, krem czekoladowy jako ozdobnik - porcje były
ogromne i naprawdę  z powodzeniem mogły zastąpić obiad.
Po wyjściu z Hortexu pożegnały się, bo Lilka szła jeszcze na randkę. Lusia
natomiast pojechała do domu.
Właściwie była już zmęczona, ale ciekawość gnała ją do domu i od przystanku
do domu szła bardzo szybko. Po schodach niemal biegła i zdyszana  wpadła
do mieszkania. Mama była w kuchni, więc wbiegła się przywitać, powiedziała,
że ma coś od Andrzeja i czym prędzej zniknęła w swoim pokoju.
                                                              c.d.n