piątek, 12 maja 2017

cz.XVI

To było upalne lato. Ci co wybrali się na urlop w lipcu mieli pogodę niczym
nad Morzem śródziemnym. Słońce prażyło niemiłosiernie, ulicami Warszawy
krążyły polewaczki, wszyscy chodzili powoli, dostojnie, chodniki które
były w cieniu miały znacznie większe powodzenie niż te skąpane w słońcu.
Szef zostawił Lusi mnóstwo pracy- musiała zebrać dane z różnych zakładów
i wstępnie je opracować.
Całymi dniami wydzwaniała i jak to określił jeden z pracowników działu
planowania "Lusia wisiała na telefonie". Dwa razy była wzywana do ministra
i za każdym razem modliła się, by coś jej przeszkodziło w dojściu do tego
gabinetu.
Było to o tyle dziwne, że minister był sympatycznym  człowiekiem,
a głównie wzywał Lusię po odbiór bardzo ważnych dokumentów, które miała
umieścić  w szafie pancernej swego szefa.
Jednego z tych upalnych dni Lusia spotkała się z Lilką, która przekazała jej
wiadomość od Andrzeja, że z pewnością przyjedzie około 5 września.
 Umęczone upałem dziewczyny postanowiły ochłodzić się lodami a potem
wpaść do Łazienek by posiedzieć w cieniu  wielkich, starych drzew, z dala
od cuchnących rozgrzanym asfaltem ulic.
Siedziały nad stawem, potem nad malutkim oczkiem wodnym na górce za
amfiteatrem, w końcu niespiesznie poszły w kierunku Belwederu.
Stąd Lilka miała już bliziutko do domu, a Lusia do tramwaju.
W domu czekała na Lusię niespodzianka  - mamy nie było, a w kuchni
gospodarzył  ojciec.
Przyleciał tego dnia rano, a nie zawiadomił ich, bo podobno do końca nie
wiedział którego dnia  nastąpi wylot.
Przywitali się niezbyt serdecznie- nie  widzieli się już ponad cztery lata i
oboje spoglądali na siebie dość nieufnie.
Wyrosłaś  córeczko - powiedział tata wypuszczając Lusię  z powitalnego
uścisku.
Lusia szybko zaprzeczyła- nie urosłam, ale zmieniłam  kolor włosów, noszę
szpilki  no i może się postarzałam.
A kiedy wróci  mama? - dopytywał się ojciec.
Nie mam pojęcia, ale  pewnie niedługo.
Zawsze tak pózno wraca?- indagował ojciec.
Nie, czasami gdy musi zostać dłużej w pracy albo gdy się umówi z którąś
z koleżanek. Dziś pewnie siedzi dłużej, bo nie mówiła, że wróci pózniej.
Tato, a może zrobić  ci coś do jedzenia?- zapytała zaglądając do lodówki.
Nie, byłem na obiedzie, ale napiłbym się herbaty.
Luśka wstawiła wodę na herbatę i poszła do swego pokoju by się przebrać
w domową sukienkę.
Zauważyła, że ojciec buszował na jej stoliku nocnym i oglądał chyba każdą
rzecz, bo wszystko było poprzestawiane.
W chwili gdy wychodziła z pokoju zazgrzytał klucz w drzwiach.
Lusia szybko podbiegła do drzwi i całując matkę na powitanie szepnęła-
przyjechał, jest w kuchni.
To dobrze-uśmiechnęła się matka. Uspokój się dziecino.
Herbatę wypili w  "pokoju stołowym" a nie jak zawsze w kuchni.Po wypiciu
herbaty Lusia  chciała pójść do swego pokoju, ale matka ją zatrzymała.
Jeśli nie masz niczego pilnego to zostań. Są sprawy, które  musimy omówić
razem, nie jesteś już małym dzieckiem by coś omawiać za twoimi plecami.
Lusia z powrotem opadła na krzesło, a ojciec zapytał- a o co chodzi, co się
stało?
Nic się nie stało Arturze, prawie nic. Tylko chcę ci powiedzieć, że złożyłam
pozew o rozwód. Byłoby przyzwoicie z twojej strony, gdybyś nie utrudniał
całej sprawy.
Dla dobra Lusi przymykałam latami oko na twoje stare romanse.
Miałeś wrócić po 2 latach, a nie wróciłeś. Zdajesz sobie sprawę z faktu, że
z punktu widzenia prawa istnieje stały rozpad  pożycia małżeńskiego i już
sam  ten fakt jest powodem do rozwodu. Proponuję, byś nim wyjedziesz,
podpisał  zgodę na rozwód. Możemy rozejść się kulturalnie, bez wywlekania
przed  sąd twoich  wyskoków. Na wszystko mam dowody, które   już są
u mego adwokata.
Jutro możemy spotkać się z adwokatem i sprawę  bardzo szybko zakończyć.
A dlaczego to wszystko mówisz przy naszym dziecku ? - niemal wrzasnął
zdenerwowany "pan domu".
Bo Lusia już jest dorosła, niedługo pewnie sama założy rodzinę i nie widzę
powodu, by cokolwiek tu ukrywać. Lepiej niech wie, może wiedząc o tym
bliżej i dłużej przyjrzy się mężczyznie, który jej powie, że ją kocha nad życie.
Pewnie już masz jakiegoś fagasa - wysyczał rozzłoszczony Artur.
Nawet dwóch , mój pseudo mężu, nawet dwóch. Jeżeli jeszcze nie zdążyłeś
dziś poderwać żadnej panienki i nie masz gdzie spać, to możesz  spać na
kanapie w salonie.
No to jak- zgadzasz się na takie rozwiązanie i mogę nas umówić na jutro
do adwokata?- spytała podchodząc do telefonu.
Możesz, niech cię diabli wezmą -rzucił z wściekłością.
Lusia podniosła się z krzesła i powiedziała- to ja idę spać, jutro będzie
kolejny ciężki, upalny dzień.
Stojąc pod prysznicem rozmyślała o tym, że mieszkając tyle lat z rodzicami
nic zupełnie o nich nie wiedziała.
I znów jej myśli powróciły do Andrzeja. W swojej dorosłej wersji nigdy nie
powiedział , że ją kocha. Ostatni raz powiedział jej to gdy byli w siódmej
klasie szkoły podstawowej.
Nie ukrywała sama przed sobą, że tęskni za nim, ale nie wiedziała wcale czy
to właśnie jest miłość.
Po prostu jesteśmy do siebie przywiązani, w końcu znamy się tak długo...
i z tą myślą zasnęła.

Następnego dnia  ojciec Lusi podpisał u adwokata oświadczenie, że zgadza
się na rozwód za obustronnym porozumieniem, bez orzekania winy.
I nie widzi potrzeby wniesienia sprawy podziału majątku. Mieszkanie
nadal było w gestii matki  Lusi .
Jako swój stały adres pobytu podał Tunis i po otrzymaniu rozwodu matka 
Lusi mogła go wymeldować. Wg wówczas obowiązujących przepisów
główny lokator miał prawo wymeldować mieszkającego z nim współlokatora
jeśli podał adres, pod którym ten przebywa.
Dalej sprawą rozwodową zajmować się mieli pełnomocnicy stron.
W godzinę po podpisaniu  dokumentów Artur  wyjechał do swoich rodziców
i więcej go nie widziała ani Lusia ani jej matka.
W dwa miesiące pózniej  sąd orzekł rozwód. W ciągu jednego dnia Mama
Lusi  wymeldowała byłego męża z mieszkania, spakowała wszystkie rzeczy,
które  należały do niego i wraz z Lusią zaniosły dwie duże paczki na pocztę
i wysłały do jego rodziców. Jako nadawcę paczki podały właściciela tych
rzeczy i jego adres w Tunisie.
I to był koniec małżeństwa i ojcostwa Artura
                                                            c.d.n