Młodzi, pomimo perswazji postawili na swoim, wzięli ślub i zamieszkali u rodziców mojej matki, po praskiej
stronie Warszawy. Oczywiście niemal codziennie bywali na Mokotowie, u babci, najczęściej w porze obiadowej, jak ze złością w głosie zauważyła babcia.
Ale najbardziej bała się, że podczas tych przejazdów mogą się zaplątać w łapankę. Nie wiem jak było w innych miastach, ale w Warszawie Niemcy wciąż organizowali łapanki, a ci, co mieli nieszczęście wpaść w ręce Niemców byli wpierw sprawdzani na gestapo, a potem albo wysyłani do obozu zagłady albo na roboty do Niemiec. Przecież musiał ktoś pracować za tych, którzy aktualnie podbijali Europę i walczyli w Rosji.
Pewnego dnia przyszli do babci oboje roztrzęsieni, zdenerwowani, a moja matka płakała i lekko kulała.Okazało się, że tramwaj, którym jechali został ostrzelany (prawdopodobnie przez AK) i kilka osób zostało rannych. Oni uniknęli kul, bo jechali na tylnym pomoście drugiego wagonu - ojciec był palaczem a palaczom wolno było palić tylko na tylnym pomoście drugiego wagonu. Gdy tylko tramwaj przyhamował ojciec wyciągnął matkę z wagonu i zaczęli szybko oddalać się od miejsca zdarzenia. Babcia okropnie się zdenerwowała i zabroniła im przyjeżdżać.
Po dwóch lub 3 tygodniach mój ojciec wybrał się jednak na Mokotów i w trakcie przesiadki zaplątał się w łapankę. Na szczęście telefony działały i ojciec dał przez kogoś znać, że go "zgarnęli". Nie wiele myśląc dziadek ruszył na pomoc, a że był w pracy, to o wszystkim poinformował swego szefa, Niemca. Dyrektor firmy uruchomił jakieś swoje kanały i gdy dziadek przyszedł dowiedzieć się o swego syna, został całkiem kulturalnie potraktowany, około godziny rozmawiał z jakimś oficerem, w końcu przyprowadzono mego ojca, a Niemiec był zachwycony, że dziadek tak świetnie włada niemieckim i że jest urodzony w okolicy Poznania, więc są niemal ziomkami. I nie mógł się nadziwić, że dziadek nie podpisał jeszcze volks listy.
Gdyby to wszystko zdarzyło się pół roku pózniej to nie wiadomo jaki byłby koniec tej historii, bo dyrektor firmy, w której pracował dziadek zamknął firmę i postanowił wyjechać do Niemiec. Dziadek podejrzewał, że on chyba wybrał się nieco dalej niż do Niemiec.
W Warszawie coraz trudniej było żyć, pomału pogarszała się sytuacja mieszkańców a i Niemcom też zaczęło się wyrażnie pogarszać.
Nadszedł sierpień 1944 roku - wybuchło powstanie warszawskie. Mieszkańcy "naszej" kamienicy wcale nie wychodzili z domu - na Mokotowie trwały ostre walki i Niemcy nie wypuszczali nikogo, można było co najwyżej wyjść na podwórko, by śmiecie wyrzucić. W budynku każde mieszkanie miało własny zsyp, ale służby miejskie już od dość dawna nie działały.
Nikt nie wiedział co się dzieje, mój ociec utknął na Mokotowie, matka była na prawym brzegu Wisły, a do tego rozpoczęły się naloty. Pewnego dnia , około 100m od naszej kamienicy przesnuli się młodzi ludzie z powstańczymi opaskami, którzy chyba chcieli zlikwidować ten sztab niemiecki. Ich było ze trzech i szybko zostali odkryci przez Niemców, którzy ich ostrzelali.Pewnie ich zabili, bo nikt już potem nie chodził ulicami w pobliżu.
I wtedy Niemcy postanowili "oczyścić " z mieszkańców sąsiednie kamienice. Zaczęli wyrzucać mieszkańców z domów, a budynki wypalali w środku systematycznie miotaczami ognia. W pewnym momencie kamienica stała wśród morza płomieni, bo dookoła paliły się wnętrza budynków.
Z okresu całej okupacji niemieckiej dla wielu mieszkańców Warszawy najgorszy był okres powstania warszawskiego. Naloty były wcale nie mniejsze niż w 1939 roku a zginęło więcej ludzi, miasto zostało bardzo zniszczone, niektóre fragmenty miasta przestały istnieć.
c.d.n.
To co w tamtych strasznych czasach przeżywali na żywo tamci mieszkańcy Warszawy ,trudno dziś żyjącym w czasach pokoju sobie w ogóle wyobrazić. Siedząc bezpiecznie w kinie albo domowym fotelu teraz to też czasem straszne emocje wywołuje jak to się wszystko ogląda, ale tak naprawdę to może tylko ten trochę się w to wczuć kto to na własnej skórze przeżył. Straszne czasy . Oby nigdy więcej.
OdpowiedzUsuńMoja rodzina to i tak miała szczęście w nieszczęściu, bo nawet gdy były walki na Mokotowie to były dość daleko od tego miejsca a bomby też spadały nieco dalej, bo tu był sztab niemiecki.Babcia twierdziła, że cała okupacja to był mały pikuś, można było jakoś to znieść, ale dla Niej powstanie było jedną, wielką zbrodnią, popełnioną na narodzie przez polskich polityków. Bo pchnięto do walki bezbronnych, naiwnych młodych ludzi. Dziś szuka się poparcia i usprawiedliwienia tamtej idei, ale większość warszawiaków uważała tak jak moja babcia.To przez powstanie Warszawa była tak zrąbana.
UsuńMiłego, ;)
W nawale zajęć całkiem zapomniałam o Twoim drugim blogu i nagle spojrzałam na ten adres! Przeczytałam z zapartym tchem dzieje Babci i wszystkich, których opisujesz.
OdpowiedzUsuńFantastycznie piszesz, dzieje niezwykłe, jak to w zawieruchach wojennych bywa. Opisywane przez Ciebie zdarzenia bardzo mnie poruszyły. Wynika z tekstu, że masz jeszcze wiele wątków do opisania, czyli zapowiada się wyjątkowo ciekawa lektura!!!!
Będę jej wyczekiwać z zaciekawieniem. Pozdrawiam Cię bardzo.
Joasiu, to dość zwyczajne dzieje, zwykłych ludzi, bez bohaterstwa, bez super dramatów.A moje pisanie- iiiiii tam, jak mówiła pewna pani od polskiego.
UsuńMiłego, ;)
Z racji zainteresowań mój Tata bardzo lubił dużo wiedzieć o tym okresie, szczególnie w Warszawie. Dlatego dla mnie lekturami obowiązkowymi i filmami, które po prostu musiałam obejrzeć (Bo razem z Tatą), były filmy z okresu wojny i okupacji, ze szczególnym uwzględnieniem Powstania Warszawskiego.
OdpowiedzUsuńTata był wtedy jednak małym dzieckiem, więc nie miał bezpośrednio pojęcia o życiu w tych warunkach, ale domyślam się, że dla ludzi w tamtych czasach życie mogło wyglądać zupełnie inaczej, niż teraz się mówi na lekcjach historii.
Ciekawa jestem, kto Ci tyle opowiedział o Twojej rodzinie, czy to Babcia?
Tak Iw, Babcia mi opowiadała, ale to wszystko to są takie trochę wyrywkowe historie. Część wiadomości uzupełniałam potem u kuzynek, ale te dotyczące Warszawy to z kolei one dowiadywały się ode mnie. Zabawne, bo mamy np. dwie wersje dotyczące pewnego okresu życia we Lwowie i zastanawiamy się, która z nich jest bliższa prawdy.Piszę tylko o tym,czego jestem pewna, co znajdowało potwierdzenie w różnych wersjach opowieści rodzinnych.Poza tym w pewnym okresie moja córka i bratanica zainteresowały się różnymi powiązaniami rodzinnymi i dotarły do ciekawych danych, np. to,że rodzina mego dziadka, ze strony jego matki przybyła do Polski w XVI wieku z Holandii. A męska linia ojca babci przywędrowała ze Szwajcarii i pewnie byli to tzw, najemni żołnierze.Przy okazji dziewczyny odkryły dalekich kuzynów w Polsce (dziesiąta woda po kisielu) i na Słowacji. Mam w domu całe płachty wyciągów z ksiąg parafialnych od XVI wieku poczynając. I list od nieznanego mi kuzyna z Klimontowa. Ilekroć to czytam duszę się ze śmiechu, z uwagi na styl. Jesteśmy tam tytułowane "szanowna pani Kuzynko". I wynika z tych listów,że i generał Chłopicki też był jakimś kuzynem. Wiesz, to były czasy, że każdy miał multum rodzeństwa i czasem ciężko się w tym połapać.
UsuńMiłego, ;)
Mamon, kto czeka ten się doczeka; mam nadzieje,że jutro popiszę dalej.
OdpowiedzUsuńAnabell, takie opowieści wzbogacają historię. Dobrze więc robisz, że spisujesz te wspomnienia. Bo jak już nie będzie pokolenia, któremu babcia czy mam opowiadała, to wielcy tego świata z historią zrobią, co zechcą.
OdpowiedzUsuń