wtorek, 28 stycznia 2014

Pod prąd -cz. XI

Po dziesięciu dniach pobytu w szpitalu, po porannym obchodzie lekarskim przyszedł
do Izy prowadzący ją lekarz. Przeprosił, że znów ją musi osłuchać i "obmacać", ale
następnego dnia  już będzie operacja. On miał Izę operować, pokazał w którym
miejscu zrobi nacięcie, poprosił by od godz.14,00 już nic nie jadła i zapowiedział, że
nieco pózniej przyjdzie do niej anestezjolog by zrobić z nią szczegółowy wywiad.
W dwie godziny pózniej przyszedł rzeczony lekarz - na jego widok wszystkie trzy
panie, bez względu na wiek aż westchnęły: w drzwiach stanęło 195 cm wzrostu ,
szczupłe, ale niechude, o pięknych, regularnych rysach, czarnych włosach, brązowych,
oczach, lekko smagłej cerze i pięknie wykrojonych ustach.
Podszedł do Izy, przysiadł przy jej łóżku i zaczął  przeprowadzać wywiad. Na koniec
zapewnił Izę, że dołoży starań, by wszystko przebiegło sprawnie i bezboleśnie.
Po jego wyjściu panie zgodnie orzekły, że powinien grać role  amanta w Hollywood
a nie sterczeć na sali operacyjnej. Wieczorem Izie podano tabletkę "uspakajacza" i
spała spokojnie do rana.
Następnego dnia o 8,20 pomaszerowała w towarzystwie pielęgniarki na blok
operacyjny.
Na operacyjnej zajęły się nią pielęgniarki. Ale nie darmo Iza zawsze szła pod prąd-
dwie z pielęgniarek bezskutecznie usiłowały się wkłuć w jej najgrubszą  żyłę z boku
nadgarstka, a potem na dłoni - po trzech próbach poddały się i wezwały lekarza
anestezjologa.
"Ślicznota" ( jak go Iza nazwała w myśli) rzucił tylko okiem na rękę Izy, zażądał
cienkiej   igły,obrugał panienki, że przecież na kilometr widać, że pacjentka ma
cieniutkie  a do tego cienkościenne żyły, więc "igła jak dla konia" tu nie pasuje.
Potem życzył Izie  miłych snów i wstrzyknął lek usypiający. O tym, co było potem Iza
dowiedziała się dużo pózniej, tuż przed wyjściem ze szpitala.
Rzeczywiście, usunięcie jednego płata tarczycy było dość rutynowym zabiegiem.
Oczywiście, nawet najprostsza operacja może się nie udać, lub udać, a pacjent zejść.
Po odsłonięciu przeznaczonego do usunięcia płata tarczycy okazało się, że  rozrósł się
on bardzo głęboko w głąb klatki piersiowej. Poza tym oplatał struny głosowe. Zapanowała
konsternacja - przerwano operację, zawiadomiono o tym przypadku docenta W.,
ordynatora chirurgii.
Okazało się, że pierwsze niedopatrzenie było ze strony technika robiącego scyntygraficzną
mapę  tarczycy- zrobił tylko badanie odcinka szyjnego, nie sprawdzając czy płat nie rozrósł
się w dół. Drugie niedopatrzenie- nie wykonano Izie dzień przed operacją badania rtg
z kontrastem.
W przypadku tarczycy zamostkowej ( a tu był taki przypadek) zwykle rozcinano mostek i
dopiero wtedy usuwano przerośnięty płat.
Ale taki przecięty mostek to  lekkie kalectwo do końca życia a Iza miała zaledwie 25 lat.
Kości mostka nigdy się nie zrosną, muszą być zespolone metalowymi klamrami i tylko te
klamry i cienka warstwa kostniny go utrzymują w całości. Wtedy do końca życia są różne
ograniczenia fizyczne.
Docent W. postanowił, że sam poprowadzi dalej operację i usunie ten nieszczęsny płat bez
rozcinania mostka. Tarczyca jest bardzo mocno ukrwionym narządem i zawsze jest to
bardzo krwawa operacja, a pole operacyjne zle widoczne mimo stałego osuszania.
W pewnej chwili Iza dostała krwotoku i to tak obfitego, że musiano szybko podłączyć krew.
Przez długą chwilę obawiano się, że Iza podczas operacji umrze. Na szczęście opanowano
krwotok, w sumie podano dziewczynie 1,5 litra krwi  i niebezpieczeństwo zażegnano.
Zaczęto ją wybudzać jeszcze podczas zakładania klamer na skórze.
Iza czuła  ból i słyszała czyjś głos, namawiający ją by otworzyła oczy. Otworzyła  z trudem
oczy - nad jej dekoltem pochylała się jakaś młodziutka lekarka, z jednej strony stał pan
docent W. zwracając uwagę lekarce, by nie gniotła skóry klamrami, a za głową Izy stał
"Ślicznota" i stukał ją palcami w czoło. Gdy ich oczy się spotkały, zapytał : " jak się pani
czuje?"
Jestem strasznie zmęczona, wyszeptała Iza. "My też", odpowiedział jej chórek stojących
nad nią lekarzy.
Po zaklejeniu rany Izę zawieziono do jej pokoju.Jadąc korytarzem Iza spojrzała na zegar-
była godzina 12,45.
W pokoju poproszono jej współtowarzyszki, by z nią rozmawiały, by nie pozwolić jej spać.
Gdy tylko ułożono ją na łóżku wpadł z odwiedzinami Mietek - zapewnił pielęgniarki, że
dopilnuje by Iza przypadkiem nie zasnęła.
Siedział przez resztę dnia przy jej łóżku i co jakiś czas delikatnie klepał po ramieniu ilekroć
Iza zamykała oczy. Było to duże poświęcenie, bo nadal siedzenie sprawiało mu ból.
Na noc Iza miała wykupioną opiekę pielęgniarki, bo jak zwykle obawiano się przełomu
tarczycowego.
c.d.n.