sobota, 6 maja 2017

cz.VIII

Lusi z lekka odebrało mowę. Wreszcie  nabrała powietrza i wyszeptała -
oj, będę miała o czym myśleć. Czy pan, panie dyrektorze jest pewien, że
ja się do takiej pracy nadaję?
Bo tak na zdrowy rozum to mam jeszcze chyba zbyt mało doświadczenia, no
a praca na etacie  pana sekretarki w gabinecie ministra może mnie przerosnąć
i co wtedy?
Pani Felicjo nie ma co tam pani przerosnąć. Kto sporządza na żywo notatki
z narad, które prowadzę?- szef dramatycznie zawiesił na chwilę głos - przecież
to pani je robi.
Tam będzie to nawet dużo łatwiejsze bo tematy będą bardziej ogólne, mniej
szczegółów technicznych niż tu u nas.
Zmieni się tylko to, że teraz to nikt pani nie wyciągnie niespodziewanie
z domu w niedzielę lub z seansu  filmowego, bo pracujemy w z góry
określonych warunkach i godzinach. A tam  bywa różnie, gdy nagle coś
kogoś w rządzie ugryzie. Ale z całą pewnością może  się przecież zdarzyć,
że wcale nie będę musiał pani wzywać.
Raczej mało prawdopodobne by dzień w dzień, jak rok długi, zdarzały się
sytuacje nadzwyczajne.
Poza tym  mogę pani obiecać dwie rzeczy- nie będę bardziej wredny tam  niż
jestem tutaj, to raz,  a druga sprawa  - jeżeli popracuje  pani tam ze mną rok,
to wyślę panią na studia i to wcale nie wieczorowe. Co prawda będzie pani
wtedy na okrojonym etacie, ale nie straci pani  ciągłości pracy, wynagrodzenie
pozostanie  na poziomie 1/2 etatu i będzie pani studiować.
Jest tylko jeden warunek- musi pani mieć same dobre i bardzo dobre oceny.
Ja wiem, to jest z mojej strony czysty egoizm,bo dzięki pani ułatwię sobie start
i pobyt w tym przedsionku piekieł.
A tu, na moje miejsce przejdzie pan  dyrektor techniczny naszego biura - o ile
się nie mylę nie jest pani ulubieńcem. Wiem to, bo często obserwowałem pani
reakcję na jego wypowiedzi - przygryza pani wtedy lewy kącik dolnej wargi.
Tak wyraża pani swą dezaprobatę w każdej sytuacji, ale w biurze chyba nikt tego
nie wie.
No i co jeszcze mogę pani obiecać? Chociażby to, że jeśli zaplanuje pani urlop
dostatecznie wcześnie to będzie go pani miała, tyle tylko, że nigdy więcej niż
dwa tygodnie w jednym rzucie.
I jeszcze coś - nasze relacje personalne się nie zmienią, daję na to słowo.
A teraz proszę znów nabrać powietrza i powiedzieć:  "dobrze szefie, wszystko to
przemyślę i dam odpowiedz w poniedziałek lub wtorek".
Luśka blado się uśmiechnęła - oczywiście, że o tym wszystkim pomyślę, jest
o czym. I jeśli już nie jestem potrzebna to pójdę wszystko pochować. Już jest
czternasta. W 10 minut pózniej zajrzała do gabinetu i powiedziała, że już
wychodzi.

Ale to nie był koniec "rzeczy dziwnych" w tym dniu. Dziś miała odebrać swoje
zdjęcia.
Była tak oszołomiona  tym, co usłyszała od dyrektora, że aby nieco dojść
do siebie postanowiła przejść się  kilka przystanków. Cały czas roztrząsała
w myślach otrzymaną propozycję. Najbardziej spodobała się  jej obietnica,
że będzie mogła rozpocząć studia. Niewątpliwie  największym problemem
byłaby konieczność większej dyspozycyjności. Była tak zamyślona, że omal
nie ominęła zakładu fotograficznego. Dzwięk dzwonka przy otwieraniu drzwi
sprowadził ją na ziemię.
Z zaplecza dobiegł ją  okrzyk:  moment, zaraz przyjdę, proszę usiąść!
Lusia przycupnęła na  taborecie stojącym obok niedużego biurka. Wszystkie
ściany pomieszczenia były obwieszone zdjęciami- cały przekrój płci, wieku
i sytuacji. Zdjęcia ślubne, komunijne, zdjęcia całkiem małych dzieci, zdjęcia
kobiet ładnych i brzydkich, mężczyzn młodych i starych.
Lusia odniosła wrażenie, że wszyscy oni  patrzą się na nią wyczekująco.
Zerknęła na blat biurka - spod  leżącej na nim szklanej tafli  też zerkali na nią
różni ludzie. Leżały tu głównie zdjęcia do dowodów osobistych lub innych
przydatnych  obywatelowi PRL dokumentów.
Za kotarą rozległo się szuranie i po chwili weszła pani fotograf .
Aaa, to pani, zaraz przyniosę pani zdjęcia. Wybierze pani jedno z trzech ujęć.
Pani fotograf znów się wycofała na zaplecze, ale tym razem szybko wróciła.
Proszę, niech pani je obejrzy. Nie uzgadniałam tego co prawda z panią, ale
wszystkie  zrobiłam na matowym papierze, zwłaszcza, że będzie to zdjęcie
w ramce, a więc pewnie i za szkłem.
Rozłożyła przed Lusią zdjęcia.
To ja tak wyglądam?- zapytała nieco zdziwiona tym co ujrzała.
Ze zdjęć spoglądała na nią zupełnie inna Lusia niż ta z lustra.
Lekko rozrzucone włosy, nieco zdziwione, a może  raczej spłoszone spojrzenie,
nieznacznie uchylone usta, delikatnie przechylona głowa. Wyglądała naprawdę
ładnie, ale nigdy nie widziała takiej siebie w lustrze.
Pani fotograf uśmiechnęła się - tak pani właśnie wygląda. Młoda, ładna kobieta,
która czuje się nieco zagubiona, w  otaczającej ją rzeczywistości.
Na własne ryzyko powiększyłam to pani zdjęcie - wskazała palcem to, na którym
była Lusia- nie Lusia.   Proszę spojrzeć, jak będzie wyglądało w ramce.
Sięgnęła do szafki, wzięła z niej ramkę i zręcznym ruchem umieściła zdjęcie pod
szkłem.
I rzeczywiście, zdjęcie wyglądało świetnie. Lusia trzymała to zdjęcie, patrzyła
na nie uważnie i wreszcie powiedziała- nigdy jeszcze nie miałam takiego zdjęcia,
zawsze na zdjęciach pozowanych wychodzę tragicznie, taka  "Lili Koszmar".
A pani dokonała jakiegoś cudu.
Nie cudu, moja droga, nie cudu. Po prostu umiem i lubię fotografować.
Ale ja mam do pani prośbę- to zdjęcie jest naprawdę bardzo udane i chciałabym je
powiększyć i w ramce ustawić w oknie wystawowym. Pozwoli mi pani na to?
Lusia przytaknęła ochoczo - przecież to dla mnie zaszczyt!
Od pani fotograf Lusia wyszła  z trzema zdjęciami  tej Lusi-nie- Lusi, ramką
odpowiednią do zdjęcia, dwoma zdjęciami z innych ujęć i negatywami  tych
wszystkich zdjęć. I z pomysłem na zmianę uczesania.

Po powrocie do domu  swoje nowe zdjęcie w ramce ustawiła w sypialni mamy
na nocnym stoliku. Była ciekawa czy mama je zauważy i jak na nie zareaguje.
A potem  zabrała się za pisanie listu do Andrzeja. Przelała na papier wszystkie
swoje tęsknoty, napisała, że najprawdopodobniej zmieni pracę i pewnie za rok
podejmie studia.
Potem zatelefonowała do Lilki z zapytaniem, czy w przyszłym tygodniu Lilka
pomoże jej w wyborze butów na wiosnę. Śmiać się jej chciało, że umawia się
w ten sposób. Postanowiła wypytać szczegółowo Lilkę o co w tym wszystkim
chodzi, bo miała wrażenie, że bierze udział w jakimś przedstawieniu.
Starannie zapakowała zdjęcie między dwie sztywne tekturki i razem
z listem  zapakowała je do koperty opatrzonej tylko imieniem i nazwiskiem
Andrzeja a  zamknięcie  koperty bardzo dokładnie okleiła.

Do póznej nocy Lusia omawiała z mamą to wszystko, co Lusi przedstawił jej
szef.
Obie wiedziały dobrze jakie dziwne opowieści krążą zawsze o sekretarkach
i ich przełożonych. Ale w 90% były to zawsze tylko i wyłącznie plotki bo
niewielu szefów romansowało we własnym biurze.
Lusia uważała, że bardzo wiele zależy od samej sekretarki - od jej postawy,
stroju, sposobu bycia.
Lusia ani razu nie poczuła się "podrywana" przez własnego dyrektora.
Jedyne komplementy jakie usłyszała od szefa dotyczyły tylko i wyłącznie jej
kompetencji zawodowych. Doceniał jej umiejętność organizacji pracy, szybkie
przyswajanie nowych wiadomości, dobrą pamięć i kulturę osobistą.

A nowe zdjęcie bardzo się mamie spodobało.
                                                c.d.n