wtorek, 9 maja 2017

cz.XII

Lusia drżącymi  rękami zdejmowała kolejne warstwy z otrzymanej przesyłki.
W pierwszej kolejności natrafiła na trzy single The Beatles. Była tu też jej
ulubiona piosenka "All My Loving". A wszystkie trzy były częścią płyty,
której słuchali podczas pamiętnego pierwszego spotkania po latach.
W następnej warstewce   papieru Lusia  znalazła cieniutką jak mgiełka
apaszkę, w różnych, przeplatających się  odcieniach błękitu. Od niemal bieli
do nasyconego błękitu. Była bardzo duża, kwadratowa , mięciutka, a złożona
zajmowała bardzo mało miejsca. Mogła służyć jako okrycie odsłoniętych
ramion albo jako otulenie szyi.
Następną rzeczą był zwykły zeszyt w kratkę zapisany bazgrołami Andrzeja.
Zeszyt był co najmniej  sześćdziesięcio kartkowy i niemal cały zapisany.
Część zapisków była opatrzona datami. Pomiędzy kartkami były dwa
zdjęcia- jedno Andrzeja, takie robione w  fotograficznym atelier a drugie było
fotomontażem i to nawet bardzo  profesjonalnym. Na tym zdjęciu byli oboje.
Notatki w zeszycie chwilami były pisane dzień po dniu, czasami było ich
kilka pod jedną datą.
Nie da się ukryć, że Andrzej paskudnie bazgrolił i chwilami Lusia musiała
dobrze się nagłowić co dany bazgroł oznacza.
Gdy już  udało się jej wszystko przeczytać dowiedziała się, że single tata
Andrzeja przywiózł z podróży służbowej do Wielkiej Brytanii, na prośbę
Andrzeja, który pomyślał, że single będzie łatwiej wyekspediować do Polski
niż normalną płytę  długogrającą.
Chusta jest darem mamy Andrzeja, pochodzi z Chin i jest ręcznie malowana,
czego Andrzej nie może pojąć, bo przecież tu nic nie jest namalowane.
Potem była niezbyt radosna wiadomość, że nie przyjedzie w sierpniu bo ma
w tym czasie praktyki w szpitalu, ale może przyjedzie w połowie września.
Niemal w każdej notce były  wspominane i rozpatrywane różne aspekty
anatomii Lusi, których wspomnienie  było dla autora bazgrołów wielce miłe
a jednocześnie bardzo bolesne z powodu oddalenia. Było też nieco cytatów
słów jego mamy, gdy zobaczyła zdjęcie Lusi i tylko połówkę wisiorka na szyi
Andrzeja. Zdaniem mamy Andrzeja Lusi dobrze z oczu patrzy a poza tym to
bardzo ładna kobieta.W dwóch różnych miejscach wyczytała, że jego mama,
jeśli pojedzie do Warszawy to z pewnością się z nią skontaktuje, bo chce ją
poznać. Podobno  jego dotychczasowe dziewczyny nie interesowały jego
mamy zupełnie. Nie da się ukryć, że najwięcej miejsca zajmowały wyrazy
tęsknoty i snucie wyobrażeń co się będzie działo gdy wreszcie się spotkają.
Opisy były miejscami wielce sugestywne i zupełnie nie nadawały się by
z nimi zapoznać osoby trzecie.
W kilku miejscach były też refleksje Andrzeja  dotyczące pracy lekarza.
Kilka kolejnych było napisanych po dyżurze  na izbie przyjęć, gdy mimo
pełnego zaangażowania grupy lekarzy i wszystkich dostępnych środków
pacjent jednak umarł.  A Andrzej był przy nim do końca. I okropne było to,
że to był trzydziestoparoletni mężczyzna., który niedawno został ojcem.
Andrzej przeżył to  bardzo mocno, zastanawiał się nawet czy nie zmienić
kierunku studiów, bo odnosił wrażenie, że następnym razem zejdzie razem
z pacjentem z samej tylko żałości.
Prosił też by mu Lusia napisała dokładnie co się u niej dzieje, czy nadal za
nim tęskni, co w pracy, czy  już zmieniła  pracę, a jeśli tak to czy jest
zadowolona. Przesyłał też pozdrowienia dla  jej mamy.
Lusia przestudiowała  całość dwukrotnie, włączyła adapter i  przesłuchała
płyty. Ulubioną piosenkę odtworzyła "zaledwie" trzy razy z rzędu.
Wspominała minione  chwile i zastanawiała się czy to miłość czy tylko
połączenie przyjazni i pożądania. Jednego była pewna- nikt nigdy tak na
nią nie zadziałał. Kto wie, może byli sobie przeznaczeni?
Marzyła by znów znależć się w ramionach Andrzeja i najlepiej długo z nich
nie wychodzić.
Przypomniały się jej różne opowieści o młodych lekarzach - podobno
wierność tylko jednej osobie nie  była ich naczelną cechą a seks był rodzajem
rozładowania emocji związanych z wykonywaniem tego bardzo stresującego
wszak zawodu a nie wyrazem uczuć.
Dla niej seks i uczucia nie miały wspólnego mianownika. Była pewna, że
jedno może istnieć bez drugiego  a zdrada cielesna to raczej sprawa  ambicji
obu stron. Tyle tylko, że aby wszystko "grało", obie strony musiały tak samo
te sprawy pojmować.
Jedna z jej kuzynek, sporo od niej starsza żyła w tak zwanym otwartym związku
i zapewniała, że to bardzo dobry sposób na życie.
Byli jak najbardziej małżeństwem , ale w ich związku nie było ani grama tak
popularnej zaborczości. Mieli oczywiście wiele spraw wspólnych, ale każde
z nich miało również własny krąg znajomych i własne zainteresowania.Mąż
kuzynki nie trawił jej teatralnych zainteresowań, ona z kolei nie interesowała
się jego pasją wędkowania. Do opery i teatru ona chodziła z kolegą, on zaś
wędkował w gronie takich samych zapaleńców, wśród których było sporo kobiet.
Czy się zdradzali w sensie fizycznym - być może, ale ani z jednej ani z drugiej
strony nie wywoływało to emocji.
Było im ze sobą dobrze pod każdym względem.
Wspomniała własną inicjacją - tak prawdę mówiąc nie miało to nic wspólnego
z jakimkolwiek szlachetniejszym uczuciem.
Była najzwyczajniej w świecie  ciekawa czy naprawdę seks jest czymś bardzo,
bardzo przyjemnym. Koleżanki zachwycały się, a Lusia czuła się jakaś mocno
opózniona w rozwoju, bo nie miała o tym żadnego pojęcia.
Gdy skończyła 18 lat po raz pierwszy pojechała na wakacje bez mamy, ale
z jedną z koleżanek z pomaturalnej  szkoły.
Po tygodniu znajomości z pewnym starszym od siebie studentem pozbyła się
dziewictwa. Miała szczęście, bo chłopak był odpowiedzialny a do tego dobrze
zdawał sobie sprawę z faktu, że ten pierwszy raz ma często wielkie znaczenie
w życiu kobiet i bardzo się przyłożył do tego by ten pierwszy raz nie był
dla Lusi niezbyt miłym doświadczeniem. Przez rok jeszcze się spotykali, ale
ciągłe kłopoty ze znalezieniem odpowiedniego miejsca do intymnych chwil
było wielce kłopotliwe. Żadne z nich nie marzyło o tak zwanej krzakoterapii
na łonie natury.
W trakcie pisania  przez niego pracy magisterskiej znajomość się bezboleśnie
dla obu stron rozleciała.
Z chłopakiem, z którym się spotykała nim przyjechał Andrzej nie łączyło jej
wiele. Owszem, był przystojny i miło było w jego towarzystwie spotykać się
z koleżankami, ale zupełnie nie miała ochoty na jakieś bardziej intymne
kontakty. Po prostu brak było między nimi chemii. A od chwili spotkania
z Andrzejem Lusia wykreśliła go całkowicie ze swego życia. Spotkała się
z nim tylko raz po wyjezdzie Andrzeja i w dość prosty sposób spławiła
chłopaka mówiąc, że chce wyjść szybko za mąż i że kandydat musi już mieć
ustabilizowane życie a nie dopiero studiować. Więcej się nie spotkali.
W ogóle były to czasy, w których łatwo było się pozbyć chłopaka- najczęściej
wystarczyło powiedzieć, że rodzice chcą go poznać. Większość chłopaków
wtedy rejterowała, bo byli pewni, że rodzice dziewczyny oczekują  od nich
konkretnych deklaracji co do celu spotykania się z ich córką.
                                                      c.d.n.