sobota, 19 maja 2018

Opowieści mojej Babci - cz. III

O tym jak to się stało, że  obiekt pożądania wszystkich panienek z DKR
dostrzegł Babcię- nie mam pojęcia.
Z okresu ich  narzeczeństwa Babcia opowiadała tylko jedną historię-pewnego
dnia na  jej twarzy ukazały się pęcherze, które w kilka godzin pokryły całą niemal
buzię, część z nich pękała i krwawiła.
Oczywiście zamiast do pracy Babcia trafiła tego dnia do lekarza, który stwierdził,
że to jest "psi liszaj", i zapytał czy w domu jest pies.
No fakt, był w domu pies, prześliczny owczarek niemiecki o imieniu Lord.
I bardzo możliwe, że pies ją polizał, ale nie był to pierwszy raz, psisko było
w domu od kilkutygodniowego szczeniaka, był wciąż tulony, głaskany. Jak każdy
ulubieniec rodziny.
Lekarz wypisał receptę na sporządzenie w aptece odpowiedniego smarowidła,
nakazał smarowanie twarzy kilka razy dziennie tym smarowidłem i zapewnił,
że w ciągu tygodnia powinno się wszystko wygoić i nie będzie blizn.
Gdy Dziadek zorientował się w biurze, że jego sympatii nie ma w pracy.bardzo
się  zaniepokoił.
Po zakończeniu pracy przyszedł do mieszkania Babci, by się dowiedzieć  co się
stało. Młodsza siostra Babci wyjaśniła, że niestety jego sympatia jest bardzo
chora, ma zmasakrowaną buzię i leży z okładami na twarzy i zapewne przez
najbliższy tydzień nie będzie mogła chodzić do pracy.
Pomimo próśb nie  został wpuszczony do pokoju  Babci, która wyglądała  ponoć
tragicznie - smarowidło było dość gęstą białą papką i całkiem niezle trzymało
się na twarzy, która wyglądała teraz jak niezbyt udana maska pośmiertna.
Przez cały tydzień Dziadek po pracy przychodził do domu Babci, wypijał z jej
młodszą siostrą herbatę i wciąż łudził się, że następnego dnia ujrzy swą sympatię.
Smarowidło w końcu jakoś zaczęło działać, nie tworzyły się już nowe pęcherze,
a stare przysychały i odpadały. Po długich dziesięciu dniach Babcia wreszcie się
pokazała. Z tej wielkiej radości Dziadek zapytał się Babci, czy i kiedy może
przyjść do  jej rodziców i poprosić o jej rękę.
Babcia , zamiast odpowiedzieć zapytała  "a czy nie sądzisz, że to mnie się wpierw
powinieneś zapytać o to, czy zechcę być Twą żoną?"
Zupełnie zbity z tropu Dziadek padł na oba kolana i klęcząc jak  w kościele
zapytał, czy zgodzi się  zostać jego żoną. I w tej pozycji zastali go rodzice Babci.
Ślub ustalono na marzec 1916 roku. Nie wiadomo dlaczego, ale wszyscy łudzili
się, że wraz z końcem 1915 roku skończy się i wojna.
I tak w marcu 1916 roku moi Dziadkowie wzięli ślub.
Wojna  nadal trwała, Babcia  brała ślub w niedzielnej kreacji, nie było wesela tylko
wspólny, skromny obiad  dla najbliższych, których i bez gości było sporo.
Dwaj starsi bracia Babci byli na wojnie, rodzice i siostry  Dziadka nie wiedzieli
nic o jego ślubie, mieszkali  wszak w innym zaborze.
I tak się radość mieszała ze smutkiem.
Młodzi zamieszkali w mieszkaniu rodziców Babci.
W czasie tej wojny w dość złośliwy sposób spełniło się marzenie mojego
Pradziadka.
Jak mówiła Babcia, jej  ojciec bardzo dużo czytał i to nie tylko beletrystykę.
Czasem stawał w drzwiach balkonowych i snuł na głos marzenia - najczęściej
 mawiał: "byłoby  świetnie, gdyby ludzie wymyślili maszynę cięższą od powietrza,
która unosiłaby się w powietrzu, tak jak statek unosi się na wodzie."
No i wymyślili ludzie tę maszynę , która pewnego dnia nadleciała nad lwowski
dworzec kolejowy i zbombardowała kilka stojących tam pociągów i budynków.
"Trzeba uważać o czym się marzy bo nie każde marzenie jest dobre"- mówiła
Babcia.
Z chwilą wyjścia za mąż  Babcia przestała pracować. A Dziadek promieniał,
bo wreszcie miał rodzinę, której mu chyba brakowało. Bo Dziadek od  14 roku
życia mieszkał wpierw na stancji w Poznaniu a potem wyjechał na studia do
Wiednia. A z Wiednia, tuż przed wybuchem wojny trafił do Lwowa.
W niecały rok po ślubie na świat przyszła córeczka - siostra mego ojca. Wszyscy
piali z zachwytu, łącznie z psem, który stał się najczujniejszą niańką.
Każde stęknięcie lub pisk małej podrywał psa  na cztery łapy i biegł po Babcię.
Dziadek, który  był niesamowicie zdolnym człowiekiem konstruował dla małej
księżniczki  różne zabawki - dziecko jeszcze nie umiało chodzić a już miało
domek dla  lalek z pełnym umeblowaniem.
Dziadek bardzo lubił swych teściów i dla nich też wciąż robił jakieś drobiazgi.
Nadal nie miał żadnych wiadomości z domu.
Z ulgą wszyscy przyjęli zakończenie wojny i zjednoczenie trzech zaborów
w jedno państwo.
Dziadek postanowił pojechać do swoich rodziców, by ich poinformować, że
się ożenił i ma  dziecko. Rodzice i siostry przenieśli się jeszcze podczas jego
studiów z jego rodzinnego Stęszewa  do Żnina.
Żegnany  Babcinymi łzami pojechał w drugi koniec Polski.
Swych teściów i trzy siostry Dziadka  Babcia poznała  w 1919 roku- dziecko
miało już  2 lata, więc postanowiono pojechać do Żnina.
Rodzina Dziadka przyjęła Babcię wielce serdecznie, ale trzy  dni po przyjezdzie
dziecko zachorowało - mała dostała silnej biegunki.Wezwany lekarz rozkładał
bezradnie ręce, kazał (ku przerażeniu Babci) podawać  małej zimną, przegotowaną
wodę przez 24 godziny a potem wodę z gotowania kartofli.
Biegunka ustąpiła, wszyscy odetchnęli z ulgą i wtedy jedna z sióstr Dziadka
powiedziała: "całe szczęście, że mała wyzdrowiała, bo już się martwiłam czy
dostaniemy  taka małą trumienkę".
Babcię zamurowało, odwróciła się na pięcie i poszła pakować rzeczy mówiąc po
drodze : "szybko to ja tu z dzieckiem drugi raz nie przyjadę".
I faktycznie  - nie tylko, że nie przyjechała szybko- nie pojechała tam już nigdy.
Pamiętam, że dziadek jezdził do Żnina przynajmniej raz do roku, ale zawsze
sam. I nigdy nie pozwoliła bym ja tam pojechała z Dziadkiem.
Od samego początku Babcia zawsze opowiadała o Lwowie -  którędy chodziła
do szkoły, dokąd nie wolno  było dzieciom chodzić, gdzie była ulubiona piekarnia
a gdzie ulubiona cukiernia. Opowiadała też o pewnej wróżce, która znajomemu
krawcowi wywróżyła śmierć podczas podróży. Krawiec bardzo się zmartwił
tą przepowiednią i całymi latami nigdzie nie wyjeżdżał ze Lwowa. Ale pewnego
dnia musiał udać się w drugi koniec miasta, więc  zamówił dorożkę.
Gdy wysiadał z niej wpadł pod koła innej dorożki i zginął.
Morał: "czasami trzeba wierzyć nawet w dziwne przepowiednie bo niektórzy
wiedzą więcej od nas".
Gdy mała "księżniczka" miała trzy lata  urodziło się drugie dziecko - mój ojciec.
Cud chyba sprawił, że nie zginął  w dniu, w którym przyszedł na świat. W kilka
godzin  po porodzie zaprowadzono księżniczkę do pokoju, gdzie w łóżeczku
leżał noworodek. Popatrz, powiedział dumny Dziadek- to jest  córeczko twój
braciszek, zobacz jaki śliczny.
 Księżniczka bez słowa podeszła krok bliżej i  z całych swych sił  piżgnęła
w brata swym dużym, wypchanym trocinami misiem i uciekła.
W dwa lata pózniej przygrzmociła bratu łopatką w głowę. I takie układy
pomiędzy rodzeństwem były aż do końca.
Babcia nigdy nie mogła zrozumieć dlaczego jej dzieci z trudem się wzajemnie
tolerowały, bo serdeczności nigdy między nimi nie było.
W 1928 roku Dziadek dostał bardzo  dobrą posadę w Warszawie, więc Babcia
musiała opuścić swoje  ukochane  miasto.
Nie dość, że zamieszkała w zupełnie obcym dla niej mieście, to została tu sama,
z dala od  rodziny, z którą przecież mieszkała jeszcze po ślubie.
Tęskniła za Lwowem, za rodziną i chyba nigdy nie pokochała Warszawy.
Była jeszcze tylko raz we Lwowie, na pogrzebie  swej matki, w 1930 roku. To
był smutny rok- Prababcia zmarła na początku roku, a w listopadzie-Pradziadek.
Gdy już można było pojechać do Lwowa na wycieczkę - nie chciała.
Stwierdziła, że woli pamiętać taki Lwów jakim  go znała - "przecież mnie by
serce pękło oglądając Lwów po rosyjskich rządach" -mówiła.
I chyba miała rację.
                                                       KONIEC

8 komentarzy:

  1. Niektorzy rodza sie, zyja i umieraja w swoich malych ojczyznach. Innych nosi po swiecie i nie przestaja sie wciaz przeprowadzac. Albo zmieniac mezow/zony. Ja naleze do tych, ktorzy zapuszczaja korzenie i kazda zmiana w zyciu jest dla mnie uciazliwa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie nigdy nie nosiło, męża mam wciąż tego samego a popatrz- na stare lata zmieniłam kraj i, co zabawniejsze- wcale tego nie żałuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tego trzeba odwagi, a tej Ci natura dala dostatek.

      Usuń
  3. Zagmatwana to była ta wojenna historia. Ale i charakter trzeba było mieć, jak to widać było u Twojej babci.
    Z rodzeństwem często tak bywa, że się nie znosi. A jeszcze gorsze jest, kiedy się kochają jako dzieciaki, a potem skłócą w wieku dorosłym. Nie mam rodzeństwa i chyba nie chciałabym, bo nie chciałabym mieć takich dylematów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wojny i konflikty bardzo gmatwają ludzkie losy. Bardzo.Inaczej mówiąc sami sobie ludzie losy plączą wciągając w tą matnię innych.
    Bardzo pouczająca historia o mądrej Kobiecie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie i z miłością opowiadasz o babci i prababci. Znasz tyle faktów z ich życia. To imponujące. Też interesuję się genealogią. Pisałam o tym w poprzednim blogu, na Interii. Może wrócę do tych wspomnień?
    Pozdrawiam bardzo serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Beautiful image the building You chose well for the theme.
    ทางเข้า winwin

    OdpowiedzUsuń
  7. Lwów, Poznań, zupełnie jak losy mojej rodziny. Z przyjemnością przeczytałam. W pamięci moich dziadków Lwów był miejscem ukochanym, za którym całe życie tęsknili. Moja Mama, urodzona we Lwowie, nigdy swojego miasta już nie odwiedziła. Nie chciała. Mogła, a nie chciała... Podobne, prawda?

    OdpowiedzUsuń