sobota, 14 grudnia 2019

Samotność

Samotność niejedno ma imię, podobnie jak miłość. Może być nawet wtedy gdy
dookoła nas są osoby dla nas  najbliższe.
Samotność może być stanem psychicznym lub stanem fizycznym. a może być
wynikiem obu tych  stanów łącznie.
Z wiekiem przestałam być stworzeniem towarzyskim - w pewnej chwili zaczęły
mnie męczyć tzw. "biesiady", czyli spotkania w dużym gronie przy stole pełnym
jedzenia i picia.
Nie miałam trudności z podaniem wielu przyczyn, które uniemożliwią  nam
przybycie na super "wyżerkę i wypitkę" w gronie kilkunastu osób.
Z czasem przestaliśmy bywać  na "imprezach" i tym samym przestaliśmy też takie
przyjęcia organizować. Nie, nie zerwaliśmy długoletnich znajomości, nadal się
spotykaliśmy, ale  w bardzo okrojonym składzie, najczęściej we dwie pary.
Obojgu nam taki  układ pasował.
Można było w spokoju porozmawiać na wszystkie tematy, bez przekrzykiwania
się, a przygotowanie takiego spotkania nie spędzało snu z powiek i sprzątanie po
nim nie groziło  zmęczeniem lub kontuzją.
Dziecko zamieniło  się  tymczasem w osobę dorosłą i przeprowadziło się o 1200
km od domu rodzinnego.
Przedpołudnia, gdy moja druga połowa  była w pracy spędzałam albo nad jakąś
robótką- haftowałam, szydełkowałam, wyżywałam się  w technice decoupage lub
robiłam jakąś biżuterię z koralików albo spotykałam się z moimi dwiema bardzo
serdecznymi  przyjaciółkami- z jedną chodziłam do warszawskich galerii sztuki,
do muzeów lub do kina, z drugą chodziłam  na spacery z naszymi psami, oraz
na wszelkie zakupy, a czasem  w miejsca dziwne - do małych sklepików ze
starociami na różnych warszawskich  bazarach.
Dużo czasu spędzałam też w domu sama, jedynie w towarzystwie swego psa.
I nigdy nie czułam się samotna.
Myślę, że gdzieś jest zapisane, że każdy z nas musi przeżyć wszystkie stany
psychiczne- nie uda się przejść przez życie bezstresowo -  wszystko zaczęło się
nagle komplikować.
Mąż mojej przyjaciółki, tej od wypraw do muzeów, zachorował ale o tym że
jego dolegliwości są wynikiem poważnej choroby dowiedział się dopiero
wtedy, gdy zaczął się leczyć prywatnie. Chorował w sumie 6 lat a operacja,
która miała przynieść poprawę stanu  zdrowia odebrała mu życie.
W niedługi czas potem zachorował mój mąż - teoretycznie operacja się udała,
ale przez niemal 4 miesiące był zawieszony między  życiem a śmiercią w wyniku
komplikacji pooperacyjnych. Udało się jednak, wyżył. Przeżyłam ten straszny
czas, łudząc się, że wreszcie  minęło to co  złe.  Ale nie przewidziałam, że zło
nie mija, nie odchodzi w siną dal,  ale się tylko przyczaja.
Okazało się, że ta przyjaciółka od  różnych zakupów ma raka piersi i to
najpaskudniejszą odmianę.
Zmiana była mikroskopijna, mniej niż 5 mm, ale amputowano całą pierś.
Powiedziałyśmy sobie głośno, że w tym wieku to już  odjęcie piersi nie jest
problemem.
Zmianę opatrunków,  sprawdzanie ilości limfy szpital scedował na dom - bez
zastanowienia czy pacjentka ma na to warunki. Dałyśmy radę, zmieniałam
opatrunki i chwaliłam ją  cały czas jaka jest dzielna. Łykała leki cytostatyczne,
chodziła na kontrole. Byłyśmy niemal pewne, że wygrała, bo po 5 latach od
operacji wszystkie badania wychodziły bardzo dobrze.
W międzyczasie druga  z moich przyjaciółek, ta od muzeów, doznała udaru.
Przeżyła 3 miesiące, już wszystko szło  ku dobremu i....przyplątało się zapalenie
płuc i zator płucny- wszystko gdy jeszcze była w szpitalu. Odeszła, ale  wiem,
że od chwili śmierci męża nie chciała już dłużej żyć. Podobnie jak mój mąż i ja,
byli ponad 50 lat razem i bardzo się kochali.

W sierpniu, zupełnie niespodziewanie zmarł we śnie mój mąż.
Minęły już cztery miesiące a ja nie mogę otrząsnąć się z  szoku. Niedowierzanie
miesza się z przerażeniem, z protestem, bólem i tęsknotą.
I po raz pierwszy w życiu czuję koło siebie straszliwą pustkę - samotność, której
nic nie jest w stanie pokonać. Nic, zupełnie nic nie jest w stanie pokonać tego
uczucia kompletnego opuszczenia.
Zło znów ukazało swe oblicze - miesiąc temu odeszła moja druga przyjaciółka-
rak, tym razem wyjątkowo złośliwa  odmiana chłoniaka węzłów chłonnych szyi.
Nie było ratunku, bo organizm  nie wytrzymał chemii.
I tłucze mi się po głowie pytanie - dlaczego zło czające się przy mnie  nie zabierze
mnie? To naprawdę byłby dobry uczynek.