W wielu laboratoriach na całym świecie naukowcy bez przerwy starają się
wymyślić nowe technologie. Niektóre prace są już bardzo zaawansowane,
a część budzi takie zainteresowanie wśród świata biznesu, rządów lub
uczelni, że badacze bez trudu znajdują sponsorów.
Nie wiadomo czy naprawdę nowe wynalazki przyniosą zyski, ale kto nie
ryzykuje ten nie zyskuje. Wśród tych nowatorskich pomysłów można
znależć: bezprzewodową elektryczność, kosmiczną windę, chirurgiczne
miniroboty, trójwymiarową telewizję, system ostrzegawczy dla kie-
rowców, nowe paliwo dla samolotów.
Dostarczanie energii elektrycznej metodą bezprzewodową ma szanse zaist-
nieć już 2011 roku. Amerykańska firma WiTricity opracowała system zasi-
lania bezprzewodowego oparty o.... transformatory, tak jak to ma miejsce
w ładowarce do komórki. W ładowarce trwa bezprzewodowe przekazywa-
nie energii na odległość 1 mm, ale naukowcom udało się zwiększyć tę odle-
głość do ponad 2 metrów.Dyrektor firmy zapewnia, że energia przekazy-
wana jest za pośrednictwem rezonansu pola oddziaływania magnetycz-
nego, nieszkodliwego dla żywych istot. Projekt został opracowany za drob-
na sumę 5 milionów dolarów.
Brytyjska telewizja satelitarna SKy TV ogłosiła, że jeszcze w tym roku
uruchomi kanał 3D. Ale wcale nie jest pewne, czy widzowie będą chcieli
zakładać specjalne okulary, by oglądać program w 3 wymiarach.
W 2009 roku, na targach Consumer Electronics, firma Panasonic zapre-
zentowała swój nowy system 3D.
Niestety u części osób oglądających taką telewizję wystąpiły mdłości.
Przyczyn nie podano i nie wiadomo co widzom zaszkodziło - treść czy
trójwymiarowość obrazu.
A Japończycy stworzyli projektor laserowy do wyświetlania obrazów trój-
wymiarowych w powietrzu. Jedyny obraz jaki udało im się wyświetlić to
były świecące punkty, z których udawało się ułożyć litery lub figury geo-
metryczne. Oczywiście niezbędne były odpowiednie okulary. Prace nad
stworzeniem prawdziwych obrazów trówymiarowych trwają.
W Danii trwają prace nad tzw. "transportem dwufunkcyjnym", o nazwie
RUF. Byłby to pojazd prowadzony tak jak zwykły samochód a jednocześ-
nie mógłby być wagonikiem włączonym do systemu transportu publicz-
nego.
A w San Francisco ruszy program pilotażowy dla kierowców, mający
usprawnić ruch samochodowy. Kierowcom biorącym udział w tym pro-
gramie będą wysyłane na ich telefony komórkowe informacje ostrzegające
o korkach na ulicach.
Trwają badania nad nad udoskonalaniem konstrukcji samolotów, by były
one cichsze, zużywające mnie paliwa i mniej zanieczyszczające środo-
wisko. Wypróbowuje się jako paliwo gaz ziemny oraz biopaliwa.
Na początku ubiegłego roku linie Continental Airlines przeprowadziły
próbny lot, w którym samolot do paliwa lotniczego miał dodany wyciąg
z alg.
Na Uniwersytecie Nebraska doktorzy : Dmitry Oleynikow i Shane
Farritor, opracowali instrumenty chirurgiczne tak małe, że bez trudu
można je wprowadzić do ciała pacjenta i zdalnie nimi kierować. Oświe-
tlenie pola operacyjnego zapewniałby drugi taki minirobot.
Do pełni szczęścia, czyli zbudowania jeszcze bardziej zminiaturyzowa-
nych narzędzi brakuje uczonym dziesięć milionów dolarów.Do tej pory
udało im się zgromadzić milion dolarów.
Innym pomysłem jest wykonywanie cięć chirurgicznych z taką precyzją,
by można operować pojedyncze komórki a nawet cząsteczki.
Wizjonerzy liczą na to, że taka technika operacyjna byłaby wielce pomocna
w walce z rakiem.
Wiecie co, tak czytam o tych wszystkich badaniach i trochę mi smutno -
a gdzie w tym wszystkim nasi naukowcy? Czy w ogóle coś nowego opraco-
wują? Czy tylko biorą udział w cudzych pracach naukowych?
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
wtorek, 5 stycznia 2010
piątek, 1 stycznia 2010
193. Tak mnie naszło
Udało się, mamy kolejny rok za sobą.
Tę sylwestrową noc spędziłam z psem na kolanach, ponieważ rodacy ćwiczyli
do 2 w nocy odpalanie wszystkiego co wybucha. Chwilami zastanawiałam się,
czy aby nie zaczął się jakiś konflikt pomiędzy naszym i sąsiednim osiedlem, bo
wybuchy były dość potężne i szyby w oknach niepokojąco dzwięczały.
Pies był na tyle miły, że pozwolił mi przeglądać blogi i chwilami mogłam nawet
pisać, ale tylko jedną ręka i nie za wiele.
I wtedy naszły mnie.... wspomnienia i pomyślałam, że napiszę troszeczkę o
tamtych zamierzchłych już czasach.
Do chwili oficjalnej pełnoletności wszystkie noce sylwestrowe spędzałam we
własnym domu, lub razem z rodziną u sąsiadów. Zawsze pilnowano, bym
trochę pospała, bo wieczór zaczynał się o 22-giej.
Była odświętna kolacja, a przed północą na stół "wjeżdżał" odświętny wypiek
w postaci mocno bakaliowego keksa, taca z bakaliami i cząstkami pomarań-
czy, paterka ciasteczek francuskich z grubym ,"kryształowym" cukrem i do-
mowe, musujące wino z owoców dzikiej róży. Z dzisiejszego punktu widzenia
to nie było nic nadzwyczajnego, ale to były czasy "głębokiego PRL", gdy zdo-
bycie rodzynek i cytrusów graniczyło z cudem. Nawet orzechy były niemal
rarytasem. I rzecz nie wynikała z braku pieniędzy a z braku towaru.
Każdy transport cytrusów był zapowiadany w oficjalnej prasie : już płynie sta-
tek z cytrusami, już dopłynął, cytrusy już w dojrzewalni, już za kilka dni trafią
do delikatesów. A potem to już pestka : trafić na dostawę i postać z godzinkę,
czasem dłużej, w kolejce.
Po północy towarzystwo zaczynało tańce, muzyka była z płyt, bo byliśmy
szczęśliwymi posiadaczami ustrojstwa zwanego adapter oraz niezłego zbioru
płyt. Sylwestrowy wieczór przeważnie kończył się około 2 w nocy.
Lubiłam te wieczory sylwestrowe, ale marzyłam o wieczorze sylwestrowym
spędzonym poza domem, najlepiej na balu w Operze. Zabawne, ale to marze-
nie nie spełniło się nigdy, po prostu z czasem samo wygasło.
Mój pierwszy oficjalny bal sylwestrowy pamiętam do dziś. A zaczęło się niezle-
już na początku grudnia wiedziałam, dokąd pójdziemy. Musiałam zdecydować
w jakiej sukience - długiej czy krótkiej. Pragmatyzm zwyciężył, sukienka była
krótka, z jedwabiu ręcznie malowanego, wielce nobliwa pomimo cieniuteńkich
jak sznurek ramiączek. Do dziś pamiętam jej kolor- ciemno stalowy z błękit-
nym wzorem, rozświetlonym błękitnym brokatem. Szal z tego samego ma-
teriału uzupełniał całość. Prawie codziennie wyciągałam ją z szafy, by choć po-
oglądać.
I wtedy zaczęły się schody -zachorowałam tuż przed wigilią, a sprowadzony
lekarz zalecił postawienie baniek.Nawet protestować nie mogłam, bo straci-
łam całkiem głos. Przepłakałam kilka godzin, ale 30 grudnia lekarz pozwolił mi
iść na sylwestra. No ale ja miałam na plecach przepiękne, okrągłe, fioletowe
sińce.
Wierzcie mi, byłam załamana - przed sobą miałam pierwszy w życiu dorosły
bal, ponadto bal był w ówczesnej Radzie Ministrów. Całe popołudnie straciłam
na próbach zatuszowania tych sińców, ale nic nie było w stanie ich przysłonić.
Mama pomogła mi tak upiąć szal by zasłonił te wszystkie "upiększenia" a jed-
nocześnie nie krępował ruchów.
Bal był naprawdę udany, choć było mi w tym szalu niezbyt wygodnie i nieco za
ciepło.
Były 3 sale taneczne, w każdej grał inny zespół, parkiety były przestronne,
stoliki stały w oddzielnych salach, jedzenie było naprawdę dobre. Bawiłam się
świetnie do czwartej rano.
W swej młodzieńczej naiwności myślałam, że każdy bal sylwestrowy spędzany
poza domem będzie równie udany. Życie dość szybko zweryfikowało moje po-
glądy w tej materii. Dość szybko przekonałam się, że większość organizatorów
jest nastawiona na maksymalny zysk przy minimalnym nakładzie kosztów.
Bardzo duże bale charakteryzowały się maksymalną ciasnotą na parkietach i
przy stolikach, wyjątkowo podłym menu, większość potraw pamiętała chyba
jeszcze zaduszki, przerwy pomiędzy tańcami były długie, a balowicze pili
po kątach własny alkohol i to w straszliwych ilościach. Po kilku takich "balach"
zrezygnowaliśmy z tych "przyjemności". Na krótko wróciliśmy do wieczorów
sylwestrowych w gronie przyjaciół, organizowanych co roku u kogoś innego.
Od kilkunastu lat zostajemy w ten wieczór w domu, a odkąd jest z nami pies,
gdy tylko zaczyna się noworoczna kanonada, ja siedzę z psem w łazience i tam
wypijamy noworoczny toast. Mój psi staruszek już nieco przygłuchł, więc tym
razem był luksus - mogłam być w pokoju, zamiast jak co roku, w łazience.
Ciekawa jestem czy jeszcze pamiętacie swoje pierwsze bale sylwestrowe.
A może o tym napiszecie, lepsze to niż remanent ubiegłorocznych strat i
zysków.
Tę sylwestrową noc spędziłam z psem na kolanach, ponieważ rodacy ćwiczyli
do 2 w nocy odpalanie wszystkiego co wybucha. Chwilami zastanawiałam się,
czy aby nie zaczął się jakiś konflikt pomiędzy naszym i sąsiednim osiedlem, bo
wybuchy były dość potężne i szyby w oknach niepokojąco dzwięczały.
Pies był na tyle miły, że pozwolił mi przeglądać blogi i chwilami mogłam nawet
pisać, ale tylko jedną ręka i nie za wiele.
I wtedy naszły mnie.... wspomnienia i pomyślałam, że napiszę troszeczkę o
tamtych zamierzchłych już czasach.
Do chwili oficjalnej pełnoletności wszystkie noce sylwestrowe spędzałam we
własnym domu, lub razem z rodziną u sąsiadów. Zawsze pilnowano, bym
trochę pospała, bo wieczór zaczynał się o 22-giej.
Była odświętna kolacja, a przed północą na stół "wjeżdżał" odświętny wypiek
w postaci mocno bakaliowego keksa, taca z bakaliami i cząstkami pomarań-
czy, paterka ciasteczek francuskich z grubym ,"kryształowym" cukrem i do-
mowe, musujące wino z owoców dzikiej róży. Z dzisiejszego punktu widzenia
to nie było nic nadzwyczajnego, ale to były czasy "głębokiego PRL", gdy zdo-
bycie rodzynek i cytrusów graniczyło z cudem. Nawet orzechy były niemal
rarytasem. I rzecz nie wynikała z braku pieniędzy a z braku towaru.
Każdy transport cytrusów był zapowiadany w oficjalnej prasie : już płynie sta-
tek z cytrusami, już dopłynął, cytrusy już w dojrzewalni, już za kilka dni trafią
do delikatesów. A potem to już pestka : trafić na dostawę i postać z godzinkę,
czasem dłużej, w kolejce.
Po północy towarzystwo zaczynało tańce, muzyka była z płyt, bo byliśmy
szczęśliwymi posiadaczami ustrojstwa zwanego adapter oraz niezłego zbioru
płyt. Sylwestrowy wieczór przeważnie kończył się około 2 w nocy.
Lubiłam te wieczory sylwestrowe, ale marzyłam o wieczorze sylwestrowym
spędzonym poza domem, najlepiej na balu w Operze. Zabawne, ale to marze-
nie nie spełniło się nigdy, po prostu z czasem samo wygasło.
Mój pierwszy oficjalny bal sylwestrowy pamiętam do dziś. A zaczęło się niezle-
już na początku grudnia wiedziałam, dokąd pójdziemy. Musiałam zdecydować
w jakiej sukience - długiej czy krótkiej. Pragmatyzm zwyciężył, sukienka była
krótka, z jedwabiu ręcznie malowanego, wielce nobliwa pomimo cieniuteńkich
jak sznurek ramiączek. Do dziś pamiętam jej kolor- ciemno stalowy z błękit-
nym wzorem, rozświetlonym błękitnym brokatem. Szal z tego samego ma-
teriału uzupełniał całość. Prawie codziennie wyciągałam ją z szafy, by choć po-
oglądać.
I wtedy zaczęły się schody -zachorowałam tuż przed wigilią, a sprowadzony
lekarz zalecił postawienie baniek.Nawet protestować nie mogłam, bo straci-
łam całkiem głos. Przepłakałam kilka godzin, ale 30 grudnia lekarz pozwolił mi
iść na sylwestra. No ale ja miałam na plecach przepiękne, okrągłe, fioletowe
sińce.
Wierzcie mi, byłam załamana - przed sobą miałam pierwszy w życiu dorosły
bal, ponadto bal był w ówczesnej Radzie Ministrów. Całe popołudnie straciłam
na próbach zatuszowania tych sińców, ale nic nie było w stanie ich przysłonić.
Mama pomogła mi tak upiąć szal by zasłonił te wszystkie "upiększenia" a jed-
nocześnie nie krępował ruchów.
Bal był naprawdę udany, choć było mi w tym szalu niezbyt wygodnie i nieco za
ciepło.
Były 3 sale taneczne, w każdej grał inny zespół, parkiety były przestronne,
stoliki stały w oddzielnych salach, jedzenie było naprawdę dobre. Bawiłam się
świetnie do czwartej rano.
W swej młodzieńczej naiwności myślałam, że każdy bal sylwestrowy spędzany
poza domem będzie równie udany. Życie dość szybko zweryfikowało moje po-
glądy w tej materii. Dość szybko przekonałam się, że większość organizatorów
jest nastawiona na maksymalny zysk przy minimalnym nakładzie kosztów.
Bardzo duże bale charakteryzowały się maksymalną ciasnotą na parkietach i
przy stolikach, wyjątkowo podłym menu, większość potraw pamiętała chyba
jeszcze zaduszki, przerwy pomiędzy tańcami były długie, a balowicze pili
po kątach własny alkohol i to w straszliwych ilościach. Po kilku takich "balach"
zrezygnowaliśmy z tych "przyjemności". Na krótko wróciliśmy do wieczorów
sylwestrowych w gronie przyjaciół, organizowanych co roku u kogoś innego.
Od kilkunastu lat zostajemy w ten wieczór w domu, a odkąd jest z nami pies,
gdy tylko zaczyna się noworoczna kanonada, ja siedzę z psem w łazience i tam
wypijamy noworoczny toast. Mój psi staruszek już nieco przygłuchł, więc tym
razem był luksus - mogłam być w pokoju, zamiast jak co roku, w łazience.
Ciekawa jestem czy jeszcze pamiętacie swoje pierwsze bale sylwestrowe.
A może o tym napiszecie, lepsze to niż remanent ubiegłorocznych strat i
zysków.
czwartek, 31 grudnia 2009
192. Już za chwileczkę, już za momencik......
Wiem, wiem, troszkę przesadzam bo ten Nowy Rok spadnie nam na kark
mniej-więcej za dwanaście i pół godziny.
A ja wszystkim stałym i okazjonalnym moim gościom życzę by w Nowym
Roku uśmiech nie schodził z twarzy, by wszystkie projekty i podjęte
postanowienia doczekały się szczęśliwego zakończenia , zdrowie nie robiło
głupich psikusów, a bliscy - byli naprawdę bliskimi.
Kochani, wszystkiego o czym marzycie -niech się spełni!!!
mniej-więcej za dwanaście i pół godziny.
A ja wszystkim stałym i okazjonalnym moim gościom życzę by w Nowym
Roku uśmiech nie schodził z twarzy, by wszystkie projekty i podjęte
postanowienia doczekały się szczęśliwego zakończenia , zdrowie nie robiło
głupich psikusów, a bliscy - byli naprawdę bliskimi.
Kochani, wszystkiego o czym marzycie -niech się spełni!!!
niedziela, 27 grudnia 2009
191. Święta, święta i po świętach
Mam nadzieję, że wszystkim święta minęły zgodnie z ich oczekiwaniami.
Jak zwykle w TV królowały przeróżne powtórki, więc trochę poogląda-
łam Discovery (obejrzałam budowę tego wspaniałego, nowego statku
wycieczkowego, o którym niedawno pisałam) oraz poodrabiałam zale-
głości w czytaniu.
W 1953 roku, pisarz Ray Bradbury, specjalizujący się w science fiction
tak napisał o TV: " Telewizja to podstępna bestia, ta Meduza, która co
wieczór zmienia w kamień miliard ludzi patrzących nieruchomym wzro-
kiem, ta syrena, która przyzywała, śpiewała i obiecywała tak wiele, by na
końcu dać tak mało".
Do dziś telewizja ma swych zwolenników i gorących przeciwników, którzy
ją obwiniają o upadek zdrowia publicznego i moralności oraz o szerzenie
ignorancji. W Indiach niedawno ogłoszono, że telewizora "prawie nie da
się używać bez grzechu", a w Arabii Saudyjskiej czołowy saudyjski du-
chowny ogłosił, że dopuszczalne jest zabójstwo członków kierownictwa
stacji telewizyjnych za podburzanie widzów i szerzenie niemoralności.
Niewątpliwie telewizja jest siłą - w 2007 roku na czterech mieszkańców
naszego globu przypadał więcej niż jeden odbiornik telewizyjny, a do
2013 roku przed odbiornikami zasiądzie kolejnych 150 mln rodzin. Nie
da się ukryć, że jest i długo jeszcze będzie siłą zmieniającą świat tymi
wyśmiewanymi przez nas reality -show i mydlanymi operami. To brzmi
śmiesznie, ale właśnie te programy uczą wielu ludzi podstaw higieny i de-
mokracji, zachęcają dzieci do nauki, emancypują kobiety, propagują nowo-
czesny styl życia. To telewizja wprowadza ludzi w XXI wiek.
Brazylijskie i hinduskie seriale pokazują nowoczesne i wyemancypowane
kobiety, zupełnie odmienne od tych, które to oglądają. Okazuje się, że
oglądanie tych seriali zaowocowało w obu tych krajach wyższym poziomem
zapisów dziewcząt do szkoły i zwiększoną niezależnością kobiet.
W odległych meksykańskich wsiach, ponad 700 tysięcy uczniów szkoły
średniej ogląda transmitowane przez TV lekcje w ramach programu
Telescundaria. Początkowe testy językowe i z matematyki wypadają
poniżej przeciętnej, ale do czasu ukończenia szkoły uczniowie nadrabiają
zaległości matematyczne i językowe.
Niewątpliwie telewizja robi ze świata globalną wioskę, skraca dystans
emocjonalny w obrębie jednego narodu i pomiędzy odległymi nawet kra-
jami.
Podobno finały piłkarskich mistrzostw świata w 2006 roku oglądało ok
715 mln ludzi.
Największy sukces na świecie odniósł serial amerykański "Słoneczny
Patrol", który był nadawany w 142 krajach, a jego widownię szacowano
na miliard osób. Na drugie miejsce wychodzi serial medyczny "Dr House",
oglądany w 66 krajach. Swą 82 milionową widownią wyprzedził "CSI:
Kryminalne zagadki Las Vegas" oraz "Gotowe na wszystko".
Oczywiście politycy na całym świecie starają się wpływać na decyzje swych
wyborców poprzez TV.
Co ciekawe, tam gdzie wybór kanałów jest bardzo bogaty (tak jak w USA),
nie ma prostego związku pomiędzy liczbą godzin spędzonych przed ekranem
a sympatiami politycznymi.
Prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości każdy mieszkaniec Ziemi spędzi
średnio cztery godziny dziennie przed telewizorem. I nim znowu opsioczymy
kolejną operę mydlaną, pomyślmy, że może ona mieć większy wpływ na
życie wielu ludzi niż najlepszy program edukacyjny, choć nas przyprawia
jedynie o ataki śmiechu.
Dla wielu ludzi oglądanie telewizji to otwarcie ich na świeże pomysły i na
innych ludzi, nowe możliwości, lepsze rozumienie świata, dążenie do
równouprawnienia.
w oparciu o art.Charlesa Kenny'ego,Forum, XII.2009
Jak zwykle w TV królowały przeróżne powtórki, więc trochę poogląda-
łam Discovery (obejrzałam budowę tego wspaniałego, nowego statku
wycieczkowego, o którym niedawno pisałam) oraz poodrabiałam zale-
głości w czytaniu.
W 1953 roku, pisarz Ray Bradbury, specjalizujący się w science fiction
tak napisał o TV: " Telewizja to podstępna bestia, ta Meduza, która co
wieczór zmienia w kamień miliard ludzi patrzących nieruchomym wzro-
kiem, ta syrena, która przyzywała, śpiewała i obiecywała tak wiele, by na
końcu dać tak mało".
Do dziś telewizja ma swych zwolenników i gorących przeciwników, którzy
ją obwiniają o upadek zdrowia publicznego i moralności oraz o szerzenie
ignorancji. W Indiach niedawno ogłoszono, że telewizora "prawie nie da
się używać bez grzechu", a w Arabii Saudyjskiej czołowy saudyjski du-
chowny ogłosił, że dopuszczalne jest zabójstwo członków kierownictwa
stacji telewizyjnych za podburzanie widzów i szerzenie niemoralności.
Niewątpliwie telewizja jest siłą - w 2007 roku na czterech mieszkańców
naszego globu przypadał więcej niż jeden odbiornik telewizyjny, a do
2013 roku przed odbiornikami zasiądzie kolejnych 150 mln rodzin. Nie
da się ukryć, że jest i długo jeszcze będzie siłą zmieniającą świat tymi
wyśmiewanymi przez nas reality -show i mydlanymi operami. To brzmi
śmiesznie, ale właśnie te programy uczą wielu ludzi podstaw higieny i de-
mokracji, zachęcają dzieci do nauki, emancypują kobiety, propagują nowo-
czesny styl życia. To telewizja wprowadza ludzi w XXI wiek.
Brazylijskie i hinduskie seriale pokazują nowoczesne i wyemancypowane
kobiety, zupełnie odmienne od tych, które to oglądają. Okazuje się, że
oglądanie tych seriali zaowocowało w obu tych krajach wyższym poziomem
zapisów dziewcząt do szkoły i zwiększoną niezależnością kobiet.
W odległych meksykańskich wsiach, ponad 700 tysięcy uczniów szkoły
średniej ogląda transmitowane przez TV lekcje w ramach programu
Telescundaria. Początkowe testy językowe i z matematyki wypadają
poniżej przeciętnej, ale do czasu ukończenia szkoły uczniowie nadrabiają
zaległości matematyczne i językowe.
Niewątpliwie telewizja robi ze świata globalną wioskę, skraca dystans
emocjonalny w obrębie jednego narodu i pomiędzy odległymi nawet kra-
jami.
Podobno finały piłkarskich mistrzostw świata w 2006 roku oglądało ok
715 mln ludzi.
Największy sukces na świecie odniósł serial amerykański "Słoneczny
Patrol", który był nadawany w 142 krajach, a jego widownię szacowano
na miliard osób. Na drugie miejsce wychodzi serial medyczny "Dr House",
oglądany w 66 krajach. Swą 82 milionową widownią wyprzedził "CSI:
Kryminalne zagadki Las Vegas" oraz "Gotowe na wszystko".
Oczywiście politycy na całym świecie starają się wpływać na decyzje swych
wyborców poprzez TV.
Co ciekawe, tam gdzie wybór kanałów jest bardzo bogaty (tak jak w USA),
nie ma prostego związku pomiędzy liczbą godzin spędzonych przed ekranem
a sympatiami politycznymi.
Prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości każdy mieszkaniec Ziemi spędzi
średnio cztery godziny dziennie przed telewizorem. I nim znowu opsioczymy
kolejną operę mydlaną, pomyślmy, że może ona mieć większy wpływ na
życie wielu ludzi niż najlepszy program edukacyjny, choć nas przyprawia
jedynie o ataki śmiechu.
Dla wielu ludzi oglądanie telewizji to otwarcie ich na świeże pomysły i na
innych ludzi, nowe możliwości, lepsze rozumienie świata, dążenie do
równouprawnienia.
w oparciu o art.Charlesa Kenny'ego,Forum, XII.2009
poniedziałek, 21 grudnia 2009
190. WESOŁYCH ŚWIĄT
Wszystkim odwiedzającym mnie gościom życzę
Wesołych Świąt
czyli miłego spędzenia czasu w gronie tych, których
kochacie,
upragnionych prezentów pod choinką,
odpoczynku od codzienności.
P.S.
Wrócę przed Nowym Rokiem
Wesołych Świąt
czyli miłego spędzenia czasu w gronie tych, których
kochacie,
upragnionych prezentów pod choinką,
odpoczynku od codzienności.
P.S.
Wrócę przed Nowym Rokiem

środa, 16 grudnia 2009
189. Podły proceder
Zapewne wszyscy słyszeliście o ograniczaniu przyrostu naturalnego
w Chinach.W dużych miastach wolno mieć jedno dziecko, na wsi dwoje,
o ile pierwsza urodziła się dziewczynka.
W każdym mieście działa biuro planowania rodziny, którego pracownicy
są uprawnieni do wydawania skierowań na aborcję i sterylizację.
Osobom posiadającym więcej dzieci niż to wynika z zezwolenia, grozi
kara finansowa w wysokości ich sześciokrotnego rocznego dochodu.
Dotychczas w małych miasteczkach i na wsiach, gdy rodzice nie byli
w stanie uiścić kary za ponadnormatywne potomstwo, urzędnicy zabie-
rali im zwierzęta i część dobytku.
Powszechnie uważa się,ze małe dzieci, a głównie dziewczynki są po-
rzucane przez rodziców, którzy nie są w stanie zapłacić kary.
Dzieci trafiają do sierocińców, a stamtąd do zagranicznych adopcji,
większość do Stanów Zjednoczonych. Rodzice adopcyjni płacą sierociń-
com po 3 tysiące dolarów za każde dziecko.Nic dziwnego,że tak docho-
dowy interes skusił wielu nieuczciwych urzędników biur do spraw
adopcji.
Z wielu małych miejscowości napływają skargi rodziców, że są zmu-
szani do oddania dzieci do sierocińca lub dzieci te są im siłą za-
bierane przez urzędników do spraw adopcji. Kiedyś zabierali inwen-
tarz żywy lub martwy, teraz - dzieci.
W małych miasteczkach prawie każdy zna kogoś, komu odebrano dziecko.
Prawo wprawdzie nie upoważnia funkcjonariuszy do odbierania dzieci
rodzicom, ale okazuje się, że w praktyce pracownicy ośrodków plano-
wania rodziny to grupa silniejsza niż bezpieka.
Międzynarodowe organizacje zajmujące się adopcją dzieci mają zastrze-
żenia co do sposobu , w jaki Chiny przekazują dzieci do adopcji, bo
zjawisko to przerodziło się w rynek sterowany podażą i popytem. Wg
ekspertów chiński system adopcyjny wymaga pilnych reform i dokładnej
kontroli przepływu pieniędzy płynących z adopcji.
Wielu amerykańskich rodziców adopcyjnych ma teraz niemały problem
natury moralnej. Adoptowali chińskie dzieci, bo mówiono im, że to
dzieci porzucone, które zginą na ulicy, jeśli nie udzieli im się
pomocy. Teraz mają podejrzenie,że to nie były dzieci porzucone
przez rodziców, ale dzieci zabrane rodzicom wbrew ich woli. Oni te
dzieci kochają, chcą by miały kontakt z chińską kulturą (wiele
dzieci chodzi na lekcje kultury chińskiej), ale nie wyobrażają sobie
by nagle kilkuletnie dziecko odesłać do Chin. Są zdecydowani powie-
dzieć dzieciom skąd się wzięły w ich domu, niektórzy podejmują
próby odnalezienia rodziców biologicznych swego adoptowanego dziecka,
by mogło ono w przyszłości utrzymywać z nimi kontakt.
A biologiczni chińscy rodzice twierdzą,że teraz , po upływie kilku
lat chcieliby wiedzieć,gdzie jest ich dziecko, zobaczyć jego zdjęcie
i przekazać dziecku,że tęsknią za nim i nigdy go nie porzucili.
Osobiście nie wierzę w możliwość szczęśliwego rozwiązania tych spraw.
Władze chińskie wprawdzie zapewniają,że winni porwań zostali ukarani,
ale kara to było wpisanie nagany do akt kilku urzędników, a proceder
był prowadzony w wielu miejscach, przez wielu ludzi.
Od początku lat 90. ponad 80 tysięcy chińskich dzieci trafiło do
adopcji zagranicznej.
Mam nadzieję,że wszystkie trafiły do odpowiedzialnych i kochających je
ludzi. Z pewnością mają lepsze warunki niż miałyby w swych ojczystych
stronach. Ale moim zdaniem wyrządzono im i ich rodzicom wielką, nie
do naprawienia krzywdę.
(na podst.art.B.Demick, Los Angeles Times)
w Chinach.W dużych miastach wolno mieć jedno dziecko, na wsi dwoje,
o ile pierwsza urodziła się dziewczynka.
W każdym mieście działa biuro planowania rodziny, którego pracownicy
są uprawnieni do wydawania skierowań na aborcję i sterylizację.
Osobom posiadającym więcej dzieci niż to wynika z zezwolenia, grozi
kara finansowa w wysokości ich sześciokrotnego rocznego dochodu.
Dotychczas w małych miasteczkach i na wsiach, gdy rodzice nie byli
w stanie uiścić kary za ponadnormatywne potomstwo, urzędnicy zabie-
rali im zwierzęta i część dobytku.
Powszechnie uważa się,ze małe dzieci, a głównie dziewczynki są po-
rzucane przez rodziców, którzy nie są w stanie zapłacić kary.
Dzieci trafiają do sierocińców, a stamtąd do zagranicznych adopcji,
większość do Stanów Zjednoczonych. Rodzice adopcyjni płacą sierociń-
com po 3 tysiące dolarów za każde dziecko.Nic dziwnego,że tak docho-
dowy interes skusił wielu nieuczciwych urzędników biur do spraw
adopcji.
Z wielu małych miejscowości napływają skargi rodziców, że są zmu-
szani do oddania dzieci do sierocińca lub dzieci te są im siłą za-
bierane przez urzędników do spraw adopcji. Kiedyś zabierali inwen-
tarz żywy lub martwy, teraz - dzieci.
W małych miasteczkach prawie każdy zna kogoś, komu odebrano dziecko.
Prawo wprawdzie nie upoważnia funkcjonariuszy do odbierania dzieci
rodzicom, ale okazuje się, że w praktyce pracownicy ośrodków plano-
wania rodziny to grupa silniejsza niż bezpieka.
Międzynarodowe organizacje zajmujące się adopcją dzieci mają zastrze-
żenia co do sposobu , w jaki Chiny przekazują dzieci do adopcji, bo
zjawisko to przerodziło się w rynek sterowany podażą i popytem. Wg
ekspertów chiński system adopcyjny wymaga pilnych reform i dokładnej
kontroli przepływu pieniędzy płynących z adopcji.
Wielu amerykańskich rodziców adopcyjnych ma teraz niemały problem
natury moralnej. Adoptowali chińskie dzieci, bo mówiono im, że to
dzieci porzucone, które zginą na ulicy, jeśli nie udzieli im się
pomocy. Teraz mają podejrzenie,że to nie były dzieci porzucone
przez rodziców, ale dzieci zabrane rodzicom wbrew ich woli. Oni te
dzieci kochają, chcą by miały kontakt z chińską kulturą (wiele
dzieci chodzi na lekcje kultury chińskiej), ale nie wyobrażają sobie
by nagle kilkuletnie dziecko odesłać do Chin. Są zdecydowani powie-
dzieć dzieciom skąd się wzięły w ich domu, niektórzy podejmują
próby odnalezienia rodziców biologicznych swego adoptowanego dziecka,
by mogło ono w przyszłości utrzymywać z nimi kontakt.
A biologiczni chińscy rodzice twierdzą,że teraz , po upływie kilku
lat chcieliby wiedzieć,gdzie jest ich dziecko, zobaczyć jego zdjęcie
i przekazać dziecku,że tęsknią za nim i nigdy go nie porzucili.
Osobiście nie wierzę w możliwość szczęśliwego rozwiązania tych spraw.
Władze chińskie wprawdzie zapewniają,że winni porwań zostali ukarani,
ale kara to było wpisanie nagany do akt kilku urzędników, a proceder
był prowadzony w wielu miejscach, przez wielu ludzi.
Od początku lat 90. ponad 80 tysięcy chińskich dzieci trafiło do
adopcji zagranicznej.
Mam nadzieję,że wszystkie trafiły do odpowiedzialnych i kochających je
ludzi. Z pewnością mają lepsze warunki niż miałyby w swych ojczystych
stronach. Ale moim zdaniem wyrządzono im i ich rodzicom wielką, nie
do naprawienia krzywdę.
(na podst.art.B.Demick, Los Angeles Times)
poniedziałek, 14 grudnia 2009
188. Vincent van Gogh (1853 -1890)
Większość ludzi zapytana o Vincenta van Gogh'a wyklepuje formułkę:
"malarz holenderski, postimpresjonista, genialny, szalony, niedo-
ceniony za życia, obciął sobie ucho, żył w biedzie, zmarł w nędzy".
Nie jest to do końca prawdziwy obraz tego wielkiego i bardzo praco-
witego malarza.
Vincent van Gogh był synem pastora i początkowo chciał iść w ślady
ojca, podjął nawet studia teologiczne. Przez krótki czas był kazno-
dzieją w belgijskim zagłębiu węglowym. Był tak przejęty swą
misją i losem górników, że przełożeni odwołali go ze stanowiska.
W 1880 roku poświęcił się całkowicie karierze artystycznej- wpierw
w Belgii, potem w Holandii, a w 1886 roku przeniósł się do Paryża.
Dwa lata pózniej osiadł w Prowansji.
Van Gogh nie tylko cudownie malował, świetnie władał też piórem.
Amsterdamskie Muzeum van Gogha oraz haski Instytut Huygensa-KNAW,
przez 15 lat badały korespondencję malarza obejmującą 819 listów
napisanych przez niego i 83 listy, adresowane do niego. Badania te
zaowocowały powstaniem 6 tomowego dzieła liczącego ponad 2 tysiące
stron, które ukazuje się jednocześnie w 3 językach: po niderlandzku,
francusku i angielsku. Jest to książka pt. "Vincent van Gogh.Listy-
ilustrowane, pełne wydanie krytyczne". Stworzono również międzynaro-
dową stronę internetową www.vangoghletters.org./vg/, dostepną w ję-
zyku angielskim i niderlandzkim.
Nic dziwnego,że badania listów zajęły aż 15 lat - były niezwykle
dokładne, analizie było poddawane każde słowo malarza, usiłowano
ustalić w jakich okolicznościach zostało ono napisane.Gdy w liście
artysta pisał ,że spadł śnieg lub wiał silny wiatr, to kontaktowano
się z odpowiednim instytutem metereologii, by mieć pewność,że tak
właśnie było.
Jeden z głównych redaktorów tego wydania listów artysty, naukowiec
z Muzeum van Gogha, Hans Luijten, powiedział, że dzięki tym bada-
niom obecnie wizerunek malarza jest pełniejszy i znacznie odbiega
od stereotypowego, dotychczasowego wizerunku.
Okazało się,ze van Gogh był bardzo oczytanym człowiekiem, czytał
książki w kilku językach- po niderlandzku, angielsku, francusku i
niemiecku. Wiele jego listów zawiera odniesienia biblijne, bo jako
syn pastora i student teologii był przesiąknięty słowem biblijnym.
Zdaniem Luijtena artysta wcale nie był dotknięty psychozą maniakalno-
depresyjną. Poza tym okazuje się,ze van Gogh wcale nie żył w nędzy,
bo jego brat, Theo przekazywał mu wystarczająco dużo pieniędzy.
Nieprawdą też jest,że van Gogh był niezrozumianym malarzem. W kręgu
znawców sztuki był ceniony, choć rynek jeszcze nie był gotowy na
przyjęcie jego malarstwa.
Malarz zmarł w wieku 37 lat, ale żył tak intensywnie,że niejednemu
jego przeżycia i działanie starczyłyby na dwa razy dłuższe życie.
Za wszelką cenę starał się ukazać piękno natury. W jednym ze swych
listów napisał: "nie widzę dla siebie innej drogi, jak tylko walczyć
z naturą, póki nie wyjawi mi swego sekretu".
Przyznacie chyba, że z tej walki van Gogh wyszedł zwycięsko, a jego
obrazy są ponadczasowe.
"malarz holenderski, postimpresjonista, genialny, szalony, niedo-
ceniony za życia, obciął sobie ucho, żył w biedzie, zmarł w nędzy".
Nie jest to do końca prawdziwy obraz tego wielkiego i bardzo praco-
witego malarza.
Vincent van Gogh był synem pastora i początkowo chciał iść w ślady
ojca, podjął nawet studia teologiczne. Przez krótki czas był kazno-
dzieją w belgijskim zagłębiu węglowym. Był tak przejęty swą
misją i losem górników, że przełożeni odwołali go ze stanowiska.
W 1880 roku poświęcił się całkowicie karierze artystycznej- wpierw
w Belgii, potem w Holandii, a w 1886 roku przeniósł się do Paryża.
Dwa lata pózniej osiadł w Prowansji.
Van Gogh nie tylko cudownie malował, świetnie władał też piórem.
Amsterdamskie Muzeum van Gogha oraz haski Instytut Huygensa-KNAW,
przez 15 lat badały korespondencję malarza obejmującą 819 listów
napisanych przez niego i 83 listy, adresowane do niego. Badania te
zaowocowały powstaniem 6 tomowego dzieła liczącego ponad 2 tysiące
stron, które ukazuje się jednocześnie w 3 językach: po niderlandzku,
francusku i angielsku. Jest to książka pt. "Vincent van Gogh.Listy-
ilustrowane, pełne wydanie krytyczne". Stworzono również międzynaro-
dową stronę internetową www.vangoghletters.org./vg/, dostepną w ję-
zyku angielskim i niderlandzkim.
Nic dziwnego,że badania listów zajęły aż 15 lat - były niezwykle
dokładne, analizie było poddawane każde słowo malarza, usiłowano
ustalić w jakich okolicznościach zostało ono napisane.Gdy w liście
artysta pisał ,że spadł śnieg lub wiał silny wiatr, to kontaktowano
się z odpowiednim instytutem metereologii, by mieć pewność,że tak
właśnie było.
Jeden z głównych redaktorów tego wydania listów artysty, naukowiec
z Muzeum van Gogha, Hans Luijten, powiedział, że dzięki tym bada-
niom obecnie wizerunek malarza jest pełniejszy i znacznie odbiega
od stereotypowego, dotychczasowego wizerunku.
Okazało się,ze van Gogh był bardzo oczytanym człowiekiem, czytał
książki w kilku językach- po niderlandzku, angielsku, francusku i
niemiecku. Wiele jego listów zawiera odniesienia biblijne, bo jako
syn pastora i student teologii był przesiąknięty słowem biblijnym.
Zdaniem Luijtena artysta wcale nie był dotknięty psychozą maniakalno-
depresyjną. Poza tym okazuje się,ze van Gogh wcale nie żył w nędzy,
bo jego brat, Theo przekazywał mu wystarczająco dużo pieniędzy.
Nieprawdą też jest,że van Gogh był niezrozumianym malarzem. W kręgu
znawców sztuki był ceniony, choć rynek jeszcze nie był gotowy na
przyjęcie jego malarstwa.
Malarz zmarł w wieku 37 lat, ale żył tak intensywnie,że niejednemu
jego przeżycia i działanie starczyłyby na dwa razy dłuższe życie.
Za wszelką cenę starał się ukazać piękno natury. W jednym ze swych
listów napisał: "nie widzę dla siebie innej drogi, jak tylko walczyć
z naturą, póki nie wyjawi mi swego sekretu".
Przyznacie chyba, że z tej walki van Gogh wyszedł zwycięsko, a jego
obrazy są ponadczasowe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)