czwartek, 13 marca 2014

Wspominkowo


Po raz pierwszy trafiłam w Tatry w ramach podróży poślubnej. Przedtem bywałam
głównie w Beskidach, poznałam Beskid Żywiecki i  Śląski. Nie były to zbyt wymagające
góry, choć się człowiek nachodził przy okazji.
Nie urządzaliśmy wesela z kilku powodów - byliśmy raczej pod kreską  finansową, poza
tym oboje nie przepadaliśmy za tego rodzaju rozrywką, po trzecie - miałam żałobę.
Pewnej sierpniowej soboty odbyliśmy maraton ślubny - przed południem ślub cywilny,
póżnym popołudniem ślub kościelny, jako rekompensata dla rodziny za brak wesela,
wieczorem wyjazd do Zakopanego.
Dlaczego akurat Zakopane? Bo mój mąż  był zapalonym wspinaczem, jezdził w Tatry
od dziecka i wyobrażał sobie, że z każdego można zrobić taternika- wspinacza.
A więc wyruszyliśmy nocnym pociągiem do Zakopanego - dotarliśmy o wielce podłej
godzinie, czyli około szóstej rano. W Warszawie poprzedniego dnia był piekielny upał,
 tu o szóstej rano trzęsłam się z zimna, telepiąc się w dorożce, która powiozła nas na
Bystre.
Mój drogi mąż wynajął nam kwaterę u znajomej góralki, u której zawsze mieszkał
ze swymi kolegami. Im zupełnie nie przeszkadzał kompletny brak wygód, np. brak
łazienki z ciepłą wodą, WC w postaci szafy drewnianej również nie.
Mnie zupełnie zatkało ze zdziwienia - jak można żyć w takich warunkach?
Ale byłam tak zmęczona, że padłam na  łózko odkładając myślenie na potem.
Po dobie pobytu dotarło jakoś do zwojów mózgowych mego ślubnego, że pomiędzy
pobytem z kumplami a z żoną jest jednak zasadnicza różnica - oni nie marudzili,
rano bez oporów  lecieli pod pompę stojącą na podwórku, tak samo po powrocie z gór.
Im wystarczał do szczęścia kubek ciepłej wody do mycia zębów, bo w trakcie pobytu
nawet się nie golili.
A tu nagle okazało się, że za żadne skarby nie pójdę w  majtkach i staniku pod pompę
na podwórzu  a do mycia potrzeba mi mnóstwo ciepłej wody - no masakra, jednym
słowem. Na domiar złego wymagałam by się golił codziennie, jak w Warszawie.
Ale nie to było najgorsze - znacznie gorszy był fakt, że po przebytym rok wcześniej
WZW B, rozszalały się moje  biedne wnętrzności. Nie wytrzymały kuchni naszej miłej
gospodyni, której obiady obfitowały w dania tłuste i raczej bardzo ciężko strawne.
Dzięki pomocy pana farmaceuty z  pobliskiej apteki, po 3 dniach opanowałam z grubsza
sytuację, choć doskonale wiedziałam w którym miejscu mam narząd zwany wątrobą.
Młody żonkoś był zszokowany-nigdy nie miał do czynienia z tak chorowitą dziewczyną!
Wreszcie udało mu się wyprowadzić mnie w góry-oczywiście w ramach treningu
(dla mnie) poczłapałam Boczaniem i Upłazem na Halę Gąsienicową, gdzie w schronisku
mój mąż pochłonął w 3 minuty talerz owsianki, a mnie już sam jej widok wystarczył bym
czuła się najedzona.
Potem powędrowaliśmy nad Czarny Staw, a ja wysłuchałam wykładu na temat otaczającej
nas panoramy,  musiałam szybciutko wykuć na  pamięć nazwy okolicznych szczytów.
Przy okazji dowiedziałam się, gdzie  pójdziemy następnego dnia - padło na Granaty, nawet obejrzałam kawałek szlaku.
Następnego dnia zostałam zerwana bladym świtem i znów musiałam pokonać drogę
na Halę Gąsienicową, bo tam mieliśmy zjeść śniadanie i wyruszyć dalej. Nie będę Was
zanudzac szczegółami, w każdym razie przedreptałam wszystkie trzy  Granaty i po
piargach zczłapałam  się w dół. Określenie "zczłapałam" jest najwłaściwsze bo bardzo
deprymował mnie fakt niestabilnego podłoża, co bardzo śmieszyło mego męża.
Na Gąsienicowej ograniczyłam obiad do wypicia wody, na Bystre dotarłam w charakterze
zombi. Padłam na łóżko, dostałam dreszczy i dość wysokiej temperatury, 38,5. Mąż był
przerażony - ja nie miałam siły nawet usiąść ani cokolwiek przełknąć, on właśnie po tym
spacerze zjadłby konia z kopytami i zaraz pognał gdzieś na tańce i na piwko.
Ja - zwyczajnie zdychałam ze zmęczenia. A przecież niczego nie dzwigałam, to on niósł
plecak, nigdzie nie musiałam się wspinać, bo to trasa turystyczna była.
Wszystkie dziewczyny,  z którymi przedtem chadzał po górach nie padały jak muchy po
wycieczce, a poza tym bez trudu dzwigały 20 kg plecak na grzbiecie.
No cóż kiepsko trafił - od dziecka chorowałam "na okrągło",  raz otarłam się o śmierć,
poza tym nabawiłam się  w szkółce baletowej kontuzji kolana, które bolało mnie stale-
raz mniej, raz więcej.
Już w czasie tego pobytu mąż uświadomił sobie, że nie pochodzi za mną na jednej linie.
Przy okazji uświadomiłam go, co myślę o tych, co się wspinają -właściwie stanął przed
wyborem- albo my, albo wspinaczka. Nie wiem czemu, ale wybrał "my".
Po trzech dniach wypoczynku zaliczyłam przejście przez Zawrat do Morskiego Oka.
Napędziłam mężowi strachu, bo zachwiało mnie na wąskiej ścieżce wydeptanej w śniegu-
po obu stronach nic nie było, oprócz zjazdu w dół po śniegu. Wracaliśmy już inną drogą.
 Ukoronowaniem pobytu miała być wycieczka na Świnicę. Już gdy pochyliłam się
nad Zmarzłym Stawem, wiedziałam,że coś jest zle ze mną - zadżgało mnie w okolicy
pęcherzyka  żółciowego, ale ze strachu już nic nie powiedziałam. Pokonałam drogę
cały czas czując narastający ból - gdy byłam 5 metrów od szczytu- wysiadłam. Nie byłam
w stanie się ruszyć. Posiedziałam z godzinę pod szczytem i ruszyliśmy na Kasprowy.
Szłam, a raczej wlokłam się straszliwie długo. Na szczęście udało się nam zabrać kolejką
w dół. Potem już tylko przeczłap z Kuznic na Bystre. Rano udałam się do lekarza -
dostałam dziki ochrzan, za łażenie po górach po tak ciężkiej chorobie jak WZW typu B.

Od tego pierwszego pobytu co rok jezdziłam w Tatry - tylko dwa razy bylismy nad moim
ukochanym Bałtykiem a i to tylko z uwagi na to, że wymagał tego mój stan zdrowia.
Potem zawsze dzieliliśmy urlop - 2 tygodnie zimą, dwa latem.
To właśnie w górach po raz pierwszy poczułam pierwsze ruchy swego dziecka. Był
piękny marcowy, słoneczny dzień, ja siedziałam na tarasie wpatrując się w Giewont, mąż
szalał na nartach.

Potem było trochę przerwy, bo dziecię było zbyt małe na Zakopane. Pierwszy raz
pojechaliśmy z nią gdy miała już 3 lata. Z nią przeważnie jezdziliśmy zimą , latem po raz
pierwszy gdy już miała 10 lat.
Tęsknię trochę za Tatrami- dawno już nie byliśmy - i chyba już nie będziemy. Nie ta
kondycja, nie to zdrowie. A szkoda.
Ale pozostały przecież wspomnienia- nikt mi ich nie odbierze, zostaną na zawsze ze mną.

środa, 12 marca 2014

Biurowe romanse

Jeżeli ktoś twierdzi, że w jego miejscu pracy nikt nie romansuje, to dostanę ataku
śmiechu. Romansują niemal wszyscy - jedni bardzo dyskretnie, inni znacznie mniej.
I właściwie nie ma w tym nic dziwnego - odkąd kobiety wywalczyły dla siebie
"równouprawnienie" (czyli najczęściej harują na dwóch etatach - praca zawodowa
+ obowiązki  domowe)  wreszcie wydostały się  z domu.
Pamiętam babcine opowieści, z których wynikało, że przed II wojną światową
pracowały zawodowo jedynie kobiety niezamężne - z chwilą zamążpójścia
przestawały pracować i w pełni chwały wracały w domowe pielesze by rodzić i
wychowywać dzieci oraz prowadzić dom. W związku z tym należało znalezć męża
o już ustabilizowanej sytuacji  materialnej. W biurach pozostawały przysłowiowe
"stare panny" lub wdowy, które na dodatek musiały utrzymać siebie i dzieci.
Babcia poznała swego męża ( a mego dziadka) w swojej  pierwszej i ostatniej pracy,
do której trafiła po ukończeniu  Szkoły Handlowej.
Gdy słuchałam, jaką to odpowiedzialną pracę miała moja babcia, to aż mnie skręcało
ze śmiechu - babcia sprawdzała  czy na każde przychodzące do firmy pismo udzielono
odpowiedzi. W związku z tym ciągle buszowała w dwóch dziennikach- poczty
przychodzącej i wychodzącej. Gdy już sprawdziła, że odpowiedzi udzielono- stawiała
w odpowiedniej rubryce poczty przychodzącej zielony znaczek i swój podpis. W razie
braku odpowiedzi miała obowiązek  postawienia znaczka czerwonego. A potem, ktoś
inny sprawdzał, czemu odpowiedz nie została udzielona.
A wszystko to działo się w Galicji, zaraz po wybuchu I wojny światowej. Wojna szalała,
a dziadek ostro kombinował, jakby tu  poderwać tę drobniutką chudzinę, która bardzo
mu się podobała. A mój dziadek w młodości był naprawdę przystojnym mężczyzną i
bardzo się babcinym koleżankom podobał - podobno wszystkie panny wodziły za nim
oczami i zachwycały się jaki to przystojny mężczyzna i jaki dobry kandydat na męża,
bo był, pomimo młodego jeszcze wieku, zastępcą dyrektora.
Wreszcie  dziadek wpadł na pomysł by babcia przyszła  do jego gabinetu z tymi swoimi
dziennikami korespondencji, bo on biedaczek nie pamięta, czy na jedno z pism została
udzielona odpowiedz. Babcia, która była perfekcjonistką w każdym calu, bez trudu
odnalazła pożądaną sprawę, podała nawet nr i datę pisma  wysłanego jako odpowiedz,
a dziadek zaczął się zachwycać jej kompetencją, na koniec dopytując się czy mieszka
daleko od biura i czy nie miałaby nic przeciwko temu, by razem wybrali się do
cukierni. Chudzinka  nic nie miała przeciw temu, a w 1916 roku została jego żoną.

W pewnym momencie swego życia wylądowałam  w bardzo niewielkim biurze, które
niestety było poza Warszawą.  Nie ukrywam, że pracę dostałam tam po znajomości - po
prostu znałam dyrektora owej placówki. Biuro stanowiło swego rodzaju enklawę.
Nie dość, że raptem pracowało tam ok.200 osób, to większość z nich mieszkała w trzech
budynkach - dwa z nich były w stolicy, jeden w niedalekiej odległości od  biura.
Gdy tam trafiłam to byłam jeszcze bardzo młoda - przez długi czas byłam najmłodsza
w całym biurze. Wszyscy się tam znali jak łyse konie, bo nie tylko pracowali od lat
razem - większość z nich mieszkała w tych zakładowych budynkach.
W pierwszym roku pracy byłam bliska załamania nerwowego- dawano mi do zrozumienia,
że jestem OBCA. Po roku było już lepiej, z własną kierowniczką byłam  na ty, nawet
dorobiłam się wielbiciela, dzięki któremu polubiłam żeglowanie. Z chwilą, gdy zauważono,
że B. wyraznie się do mnie zaleca (żonaty, dwoje dzieci) i nie zraża go fakt, że jestem
mężatką, społeczność enklawy uznała mnie "za swoją".
Z całą pewnością byli nieco rozczarowani, gdy dowiedzieli się, że żegluję nie tylko z B.
ale i również z własnym mężem i starszym synkiem  B. I tak zaliczyli to do zjawiska, że
zawsze najciemniej jest pod latarnią i ja na pewno romansuję z B.
Gdy już  zostałam uznana "za swoją", to dopiero otworzyły mi się oczy. To było wręcz
niesamowite zjawisko - chwilami robiło to na mnie wrażenie jakiejś hippisowkiej komuny.
Tam  każdy o każdym niemal wszystko wiedział -nie dość, że mieszkali w tych zakładowych
budynkach i bez przerwy się odwiedzali i robili imprezy, to  razem pracowali.
Gdy okazało się, że żona jednego z kolegów (ona tu nie pracowała) jest w ciąży zaraz pół
biura się zastanawiało, czyje to dziecko, bo z całą pewnością nie jej męża, bo on nie może
mieć dzieci. Ciekawe skąd o tym wiedzieli?
Kilku pracowników było jeszcze kawalerami , więc bardzo się wszyscy martwili czy i jakie
żony sobie wynajdą. Odnosiłam wręcz wrażenie, że oni nim się ożenią będą musieli
uzyskać akceptację biurowej społeczności.
Największą estymą cieszył się jeden z kierowników laboratoriów, człowiek żonaty, dzieciaty
i niezbyt młody, który od wielu lat "żył w rozkroku" - swój czas i obecność dzielił między
dwa domy - dom kochanki i dom małżeński. Tak prawdę mówiąc to aż się dziwiłam, bo on
był bardzo blisko wieku emerytalnego, ona była od niego z 15 lat młodsza i oboje tu pracowali.
Po czterech latach pracy  w tym grajdole czułam, że już ani dnia dłużej nie wytrzymam.
Z ulgą rozstałam się z tym przedziwnym biurem.





poniedziałek, 10 marca 2014

Przeklęte szkolenie - cz.XV

Dni mijały szybko, Michalina była zapracowana. Dwa dni w tygodniu miała
konwersacje z języka angielskiego. Do tego Romek uparł się, żeby w domu  choć
w jeden wieczór rozmawiali tylko po angielsku. Michalina buntowała się,
twierdząc, że ten cały wyjazd to palcem na wodzie pisany, jest do niego tyle
czasu, że wszystko może się zmienić.
W dwa miesiące pózniej dyrektor poinformował Romka i Janikowskiego, że ich
wyjazd uległ przesunięciu na następny rok, na styczeń i będzie to pobyt roczny.
Romek udawał wielce zaskoczonego, Janikowski był zaskoczony, ale bardzo
zadowolony.

Pewnego upalnego dnia Kaśka zadzwoniła do Michaliny, że powinny się spotkać.
Tym razem wybrały się zaraz po pracy do Ogrodu Botanicznego, by poplotkować
na łonie natury.
Kaśka oświadczyła Michalinie, że "studiuje Mirka"- cokolwiek to znaczy. I, choć to
ją bardzo dziwi, jest chyba w nim zakochana.
Dotychczasowe życie Kaśki było bardzo bogate pod względem erotycznym ale
niezbyt bogate w uczucia. Zawsze uważała, że seks nie musi iść w parze z miłością.
Nie rozmawiała z Mirkiem na temat tamtej nocy. Zamiast tego wybrała się do ich
( Michaliny i Kaśki) lekarza, który je oglądał z odwrotnej perspektywy.
Opowiedziała lekarzowi wszystko ze szczegółami - jak to wyglądało ze strony
Mirka, opisała swoje odczucia i przyznała szczerze, że nie wie co ma  dalej robić.
Kochany doktor J. dał pewne wytyczne co do następnej nocy u Mirka oraz jej
poradził, że jeśli myśli o tym mężczyznie poważnie, to powinna się wybrać do
seksuologa, wpierw sama, potem razem z partnerem.
Kaśka uwielbiała pana doktora J. więc go posłuchała. I była już na jednej wizycie
u seksuologa, którego polecił jej ulubiony doktor. I- hurra, hurra, Mirek zgodził
się na wspólną wizytę. Kasia była zachwycona wizytą u seksuologa- twierdziła,
że jest jeszcze milszy niż ich ukochany dr.J. Zwłaszcza, że nie ogląda kobiety
z odwrotnej perspektywy - śmiała się Michalina.
Po chwili śmiech Michalinie minął - zaczęła się zastanawiać, czy Kaśka jest pewna
tego, że chce być z Mirkiem. Niewątpliwie bardzo się zmieniła, ale czy Mirek
nie jest aby zbyt nudnym dla niej facetem?
Oczywiście w chwilę potem zwerbalizowała swe wątpliwości. Ale Kaśka uparcie
tkwiła przy swoim - po raz pierwszy spotkała faceta, który się o nią autentycznie
troszczy, liczy się z jej zdaniem, nie jest dla niego tylko seksualną zabawką.
A ona też traktuje  go inaczej niż swych dotychczasowych partnerów . I nawet jego
chudość mniej ją denerwuje, a ona,ilekroć u niego jest to zawsze coś razem gotują,
więc może on wreszcie trochę ciała przy okazji nabierze.

Michalina przyznała się Kaśce,że najprawdopodobniej w styczniu przyszłego roku
Romek wyjedzie na  roczne stypendium. Kasia była przerażona - jak to , puścisz go
na rok, samego? Przecież rok to kawał czasu, znarowi ci się  chłop zupełnie a tobie
to wasze olbrzymie łoże wyda się pustynią i może ci też palma odbić. To wcale
nie jest dobra nowina- biadoliła Kaśka.
Małżeńskie łoże Michaliny było dość słynne wśród znajomych. Było olbrzymie,
miało dwa metry szerokości i dwa dwadzieścia długości, było robione na zamówienie.
Właściwie w sypialni mieściło się tylko to łoże , długa szafa na jednej ze ścian, tak
od sufitu do podłogi, dwa malutkie stoliki nocne, dwa wieszaki na  ubrania i  dwa pufy.
Wszystkie  meble były robione na zamówienie, więc wszystko było rozplanowane co
do centymetra.
Łóżko było monstrualne, bo Michalina bardzo nie lubiła braku przestrzeni w czasie
snu, a Romek przy swoim wzroście 190 cm do czasu zainstalowania tego łóżka
zawsze narzekał, że mu nogi wystają poza standardowe meble do spania.
Śmiali się, że nie mogą przez to łoże zmienić mieszkania.
A ich rodzice wyjątkowo zgodnie potępiali taką ekstrawagancję.

W dwa tygodnie  pózniej dziewczyny znów się spotkały. Wizyta u seksuologa była
strzałem w dziesiątkę. Wpierw okropnie długo Mirek rozmawiał sam, potem, już
znacznie krócej byli na rozmowie oboje.
Kaśka powiedziała, że dostali pewne zadania do wykonania i "przećwiczenia" w domu.
I ćwiczą, bardzo wytrwale, a zwłaszcza Mirek przykłada się do ćwiczeń, a Kaśka
oczywiście też bierze w tym udział. I kto wie, może z czasem wszystko będzie
"normalnie", choć z dużą przewagą tego co dotychczas. Bo tak naprawdę to teraz
 jest super, tyle tylko że tą metodą dziecka nie można zrobić.
Michalinie  aż oczy wyszły z orbit- dziecka? czy ty mówisz coś o prawdziwym dziecku?
co cię napadło? Nawet jeszcze nie wiesz, czy będziecie razem a ty już dziecko planujesz?
My będziemy razem,  zobaczysz  -odpowiedziała Kaśka.

W listopadzie wyjazd do Los Angelos był dopięty po obu stronach na ostatni guzik.
Romek wylatywał 3 stycznia.
Michalina miała wyjechać  do  Romka w połowie lutego, już miała zarezerwowany
lot. Teraz wszystkie sprawy nabrały dużego tempa. Trzeba było wybrać rzeczy, które
mieli ze sobą zabrać, część nadać na cargo. Troską o mieszkanie obarczyli rodziców
Michaliny, mieszkali dość blisko.
Jeszcze przed odlotem Romka zostali poproszeni przez Kaśkę i Mirka na  świadków.
Ślub był cichy, cywilny, z minimalną ilością osób. Panna młoda zdołała wypowiedzieć
formułę przysięgi pomiędzy dwoma atakami mdłości. Pan młody z lubością przykładał
rękę do już nieco widocznego brzuszka Kaśki.

W lutym rodzice odprowadzali Michalinę na lotnisko. Nie byli zadowoleni, że córka
 na tak długo wyjeżdża.
Nie wiedzieli jeszcze ile radości spotka ich za rok. Bo za czternaście miesięcy witali
na lotnisku nie dwójkę, a trójkę pasażerów.
                                                   KO N I E C


niedziela, 9 marca 2014

Przeklęte szkolenie - cz.XIV

Opowieść Kaśki zrobiła na Michalinie wrażenie , ale nie bardzo we wszystko
uwierzyła.
Koloryzujesz chyba nieco - stwierdziła. Kaśka zaśmiała się tylko - a co, zazdrość
cię gryzie? Nie koloryzuję ani trochę - opowiedziałam ci wszystko dokładnie, bo
choć  brałam w tym udział, sama w to nie mogę uwierzyć. Właściwie to mam
problem, nie wiem co z tym fantem zrobić.
Facet mi się podoba pod wieloma względami, ale chyba najmniej pod względem
urody - tylko oczy ma ciekawe, a raczej niesamowite. Reszta nie w moim typie-
chudy jak bezdomny pies, anorektyk czy co? Niewątpliwie należy do ginącego
gatunku facetów miłych, dobrze wychowanych, dobrze wykształconych, którzy
w kobiecie widzą chyba  coś więcej niż obiekt dający im rozkosz.
I wiesz, on jest bardzo uporządkowany - w kuchni żadnych brudnych szklanek
ani talerzyków z resztkami jedzenia, czysta ścierka do naczyń, na zlewozmywaku
ma nawet płyn do mycia garów i gąbkowy zmywak. Wszędzie porządek, zero
kurzu, w łazience też czyściutko. Wiesz, dziewicą orleańską to ja nie jestem i
już widziałam w życiu różne mieszkania  samotnych facetów, ale takiego
porządku to jeszcze nigdy. Ta noc była w gruncie rzeczy wspaniała, ale dlaczego
tylko taka? Nie wiem, co mam z tym zrobić!
Michalina przypatrzyła się jej uważnie  i powiedziała - a może po prostu z nim o
tej nocy porozmawiasz? Bo ja naprawdę niewiele o nim wiem - poznałam go na
szkoleniu, potem spotkałam kilka razy, ale największą intymnością pomiędzy
nami był zakup zasłon do jego mieszkania.
Przeklęte szkolenie - powiedziała Kaśka. Na każdym szkoleniu zawsze się
pakowałam w jakiś romans i to z  żonatymi. Nie siedziałam wieczorami sama
w swoim pokoju jak ty.
O tym, że Kaśka zawsze poznawała "kogoś ciekawego" na  szkoleniu to Michalina
wiedziała  już od dawna. Kaśka wciąż poszukiwała miłości- wychodziła z założenia,
że kto szuka, to w końcu znajdzie.
Kaśka nagle się rozpromieniła - wiesz, mam pomysł - zrobimy z Mirkiem wieczór
founde' -usmażymy furę naleśników, ja przyniosę swój garnek do topienia czekolady
i oczywiście czekoladę, wy przyniesiecie wino i spędzimy razem  fajny wieczór.
Nooo... a potem  każdej z nas przybędzie 3 cm w biodrach i będę musiała kupić nowe
ciuchy- skwitowała pomysł Michalina. Uwzględnię to w planach na następną sobotę.
I przyniosę coś mniej słodkiego niż czekolada, zrobię jakieś kolorowe koreczki, takie
na jednego gryza.
A ty porozmawiaj jednak z Mirkiem o tej waszej nocy. Ja naprawdę nic ci w głowie
nie rozjaśnię w tej materii.
Dobrze, chodząca cnoto - powiedziała Kaśka.

W domu Romek powitał ją radosnym zniecierpliwieniem - czekam na ciebie i czekam
a ty plotkujesz z Kaśką. Siedzę sam jak palec i nie mogę się ciebie doczekać. Bo ja
teraz nie pojadę z Janikowskim do Los Angelos. Tamci zaoferowali cztery miejsca
szkoleniowe - dwa w tym roku, dwa w następnym, o czym nam dyrekcja  nie pisnęła
ani słowa. Rozmawiałem z Mitchelem  i powiedział, że on przyśle fax, w którym
zawiadomi, że nasze szkolenie będzie nie teraz ale w przyszłym roku i będzie to wtedy
szkolenie roczne dla Janikowskiego i dla mnie - rozumiesz - rok dla nas dwóch zamiast
po pół roku  dla czterech osób. A sformułuje to w taki sposób, że dyrekcja nie będzie
śmiała zaprotestować. W końcu to ich pieniądze a nie  nasze. A Janikowski też będzie
wolał być tam rok, a nie pół roku. Poza tym to nikt z dyrekcji nie wpadnie na pomysł
by tam zadzwonić, bo z całą pewnością by się nie dogadali - ciężko rozmawiać przez
telefon na migi. No a ty zapisz się na konwersacje, przez rok się podciągniesz
z języka.
Michalina słuchała tego wszystkiego z niezbyt mądrą miną - nie miała pojęcia ani kto to
jest ten Mitchel ani co też jej zaradny małżonek owemu Mitchelowi nakręcił w głowie.
Ale ucieszyła się, bo perspektywa spędzenia pół roku bez Romka mało jej odpowiadała.
Kochanie, ale co ty naopowiadałeś temu Mitchelowi, że nagle zmienił zdanie?-zapytała
Michalina.
Romek spojrzał na nią z lekka wyższością i odpowiedział- to była prawdziwa, męska
rozmowa, więc ci nie  mogę powtórzyć. Już tam się z nim bardzo dobrze dogadywałem,
więc teraz to wykorzystałem.

Naleśnikowo koreczkowy wieczór u Mirka przeunął się wprawdzie o tydzień, ale był
udany. Michalina  obejrzała wprawnym okiem gospodyni Mirkowe gospodarstwo -
rzeczywiście wszędzie był porządek i czystość. Ponieważ przyjechali samochodem, to
butelka wina pozostała nietknięta - skoro jedno z nich miało nie pić, bo było kierowcą,
reszta towarzystwa też zrezygnowała z picia wina.
Mirek opowiedział o niektórych  śmieszno-strasznych chwilach w laboratorium
chemicznym jeszcze na studiach, miedzy innymi o tym, jakie miał nieziemskie szczęście-
robili z kolegą jakieś doświadczenie i w pewnej chwili przypomnieli sobie, że w pakamerze
obok pracowni zostawili pudło z odczynnikami, a że było duże, poszli po nie obaj.
Ledwo zdążyli wyjść z sali  trzasnęła retorta a odłamki drobin szkła okryły wszystko
dookoła. I pewnie skończyłoby się to dla nich dość tragicznie, bo obaj byli bez ochronnych
okularów. Bo to co robili nie było mieszanką wybuchową - retorta po prostu miała  wadę
fabryczną.
Romek zrewanżował się opowieścią jak to na korytarzu pewna młoda osoba na jego widok
padła mu do stóp łamiąc sobie przy tym kostkę. Przy okazji przestrzegł Mirka, by nigdy
nie udzielał w takim wypadku pomocy, bo to się kończy małżeństwem.
A Kaśka opowiedziała, jak zle się kończy gdy facet chce zaimponować dziewczynie.
Młodsza siostra Kaśki była na wycieczce ze znajomymi- w pewnym momencie mieli do
pokonania niezbyt wysoką górkę -Asia była już zmęczona i zaczęła narzekać, że znów pod
górę, na co jej adorator chwycił ją na ręce i zaczął nieść. Ze dwadzieścia metrów przed
"szczytem" górki potknął się o kamień i padł na glebę przygniatając Asię do podłoża.
Niestety kostka Asi wylądowała na kamieniu i następne osiem tygodni życia dziewczyna
spędziła na oddziale ortopedycznym z nogą na wyciągu skarpetkowym. Nie założyli jej
gipsu, ale skarpetkę  na nogę, a skarpetka była zaczepiona palcami na wyciągu.
Ordynator tego oddziału wypróbowywał na niej swą nowatorską metodę leczenia złamań
kości stawu skokowego. Zrosnąć się w końcu zrosło, ale adoratora Asia przegoniła.
Jak z tego widać nie zawsze pomaganie dziewczynie kończy się małżeństwem.

Gdy wracali do domu Michalina stwierdziła, że jeśli  Romek jeszcze raz opowie o tym,
jak to ona padła mu do nóg, to bardzo tego pożałuje a do Stanów pojedzie sam.
c.d.n.

sobota, 8 marca 2014

Przeklęte szkolenie -cz.XIII

Michalina wpadła w wir pracy. Musiała się jeszcze wiele uczyć i gdyby nie
szef, który naprawdę wiele jej w tych dwóch pierwszych miesiącach pomógł,
pewnie złożyłaby rezygnację. Poza szefem bardzo pomogła jej pani Janka,
najstarsza z jej podwładnych.
Pani Janka pracowała tam od lat, a drogę do awansu zamykał jej brak studiów.
I zapewne gdyby nie fakt, że pani Janka owdowiała gdy jej synek miał siedem
lat i od tego czasu wychowywała go sama, uzupełniłaby z czasem wykształcenie.
No ale los zadecydował inaczej, a pani Janka nie należała do osób mających
o wszystko żal do losu. Ważniejsze od studiów było zapewnienie dziecku dobrej
opieki. W drodze do pracy odprowadzała go do świetlicy, wracając z pracy
odbierała go stamtąd. Nie było mowy by znalezć czas na studia.
Nowa kierowniczka podobała się pani Jance o wiele bardziej niż dotychczasowy
jej przełożony, który  odszedł na emeryturę. Bo Michalina zaraz drugiego dnia
zrobiła "babskie zebranko", na którym poprosiła swe pracownice o pomoc, bo
zdaje sobie sprawę, że one wiedzą o tej pracy wiele więcej niż ona.
Interesowała się również, czy każda z nich jest z zadowolona z dotychczasowego
podziału pracy, czy może ich zdaniem należałoby coś zmienić.
Wszystkie trzy panie, gdy tylko  Michalina zniknęła w gabinecie szefa, orzekły
zgodnie, że raczej dobrze będzie się z "tą nową" pracować.

W domu Romek się leciutko podśmiewał, zwracając się do niej per "moja droga
kierowniczko", ale Michaliny wcale to nie bawiło. Po raz pierwszy od wielu
lat powiedziała mu kilka niemiłych słów. Dopiero wtedy do Romka dotarło, że
Michalina bardzo przeżywa zmianę pracy i zrobiło mu się nieco wstyd. I to na
tyle wstyd, że cichcem wyszedł z domu (gdy Michalina zamknęła się w kuchni
w towarzystwie  garnków) i odwiedził pobliskie delikatesy i kwiaciarnię.
Gdy w dwie godziny pózniej Michalina wyszła z kuchni w pokoju na stole stał
kosz azalii, a pod nim jej ulubione słodycze - czekolada "Old Jamaica" i
wedlowska mleczna z orzechami laskowymi. A on sam przepraszał ją i zapewniał,
że jest debilem, bo jej sprawił przykrość. A wieczorem na swoim nocnym stoliku
znalazła kwiat orchidei w szklanej kuli.
Czasem dobrze jest opieprzyć własnego męża- pomyślała Michalina.

Gdy już nieco okrzepła w nowym miejscu, postanowiła zobaczyć się z Kaśką.
Tym razem spotkały się w barku Horteksu. Zamówiły po duuużej porcji lodów.
Kaśka jakoś mało kwapiła się  do opowieści z frontu zwanego Mirek.
Nadal się spotykali, ale  Kaśka była zaniepokojona sama sobą - podejrzewała, że
zakochała się w Mirku - ona, która dotychczas patrzyła bez żadnych złudzeń na
kontakty damsko-męskie. Przez blisko godzinę  Michalina słuchała peanów na
cześć Mirka - czuły, troskliwy, delikatny, mądry, oczytany, chętny do chodzenia
po sklepach z damskimi ciuchami, umie doradzić, pojętny - już umie sam zrobić
naleśniki. No i co dalej? zapytała Michalina.
Byłam raz u niego na noc. I jak, zadowolona jesteś?- zapytała Michalina. Kaśka
dość długo milczała. Nooo... obudz się - Michalina szturchnęła ją łokciem.
No bo nie wiem jak to powiedzieć - było właściwie bardzo fajnie, choć bardzo
nietypowo- trzygodzinna superancka gra wstępna. Tak bym to określiła- tyle tylko,
że nie było typowego zakończenia. Ale byłam usatysfakcjonowana, w pełni.
Nie rozmawialiśmy potem o tym co zaszło. I wiesz, to pierwszy facet, który nie
zadawał głupich pytań w rodzaju czy "było dobrze". Nie wiem skąd, ale dobrze
wiedział co i  w jakim stopniu mi sprawia przyjemność. Może po cichu studiował
zaocznie seksuologię?  Wiesz, jego oczy z bliska są jasno-srebrzyste i chyba jakieś
magiczne - czułam jak  jego spojrzenie przenika mnie na wylot, ale w taki miły
sposób. Zastanawiam się czy powtórzyć ten eksperyment. W sobotę idziemy na
dansing - proponowałam Stodołę, ale on  nie lubi klubów studenckich. Za dużo
brudu i potu, jak określił. Może potem  pojadę do niego. Wiesz, on jest okropnie
chudy, choć nie wątły. Ale dotyk ma fajny....Kaśka umilkła wyraznie rozmarzona.
Michalina zupełnie nie poznawała Kaśki -gdzie się podziała ta Kaśka patrząca na
facetów tak, jak oni z reguły patrzą na kobiety, czyli przez pryzmat pożądania?
c.d.n.

piątek, 7 marca 2014

Przeklęte szkolenie - cz.XII

Wielkanoc minęła  Michalinie niczym sen - nie, nie złoty, ale zimowy.
Od Krakowa jechali w śnieżnej zadymce, trzy kwadranse stali w korku pod
Obidową, bo drogowcy musieli uruchomić piaskarki- w rowie już leżało
kilka samochodów, niektóre to już chyba od świtu, bo były niezle  zasypane
śniegiem. Z trudem dowlekli się na Antałówkę - tu nikt nie oczyścił drogi
ani nie posypał piaskiem i solą. W pierwszej kolejności Romek pożyczył
łopatę i przystosował kawałek podwórka na miejsce parkingowe dla swego
samochodu. Śniegu przybywało, a Michalinie ubywało humoru- marzyła
o spacerach ale nie o śniegu.
Następnego dnia rano  świat wyglądał jak z bajki -wszystko było pokryte
gruba warstwą śniegu, ustrojone białą pierzynką.Śnieg skrzył się w słońcu,
zupełnie jakby to była pełnia zimy a nie koniec pierwszej dekady kwietnia.
Nie wychodzili w góry, spacerowali po Bystrem, poszli nieco w głąb Doliny
Olczyskiej i zajrzeli do Doliny Strążyskiej.
Do Warszawy wracali w deszczu, ale za Krakowem już widać było wiosnę.

Nową pracę Michalina rozpoczęła 2 maja.
Pierwszomajowy wieczór spędziła na przymierzaniu różnych kreacji.
Najchętniej założyłaby spodnium, ale w końcu zdecydowała się na jasno
popielaty kostiumik. Pod  żakiet założyła bladoróżową bluzkę  o perłowym
połysku, torebka, buty i płaszcz były czarne.
Usiłowała zasięgnąć opinii własnego męża na temat stroju, ale on był
monotematyczny - "najładniej wyglądasz kochanie bez niczego lub w bikini".

Nieco stremowana pojawiła się punkt dziewiąta pod działem  kadr. Szefowej
jeszcze nie było, ale personel był zorientowany w sprawie. Gdy Michalina
już podpisała wszystkie wymagane papierki, pracownica zadzwoniła do
jej szefa, mówiąc, że właśnie do niego idą.
Michalina nie należała do nieśmiałych istot, ale gdy tak maszerowała
ogromnie długim korytarzem, czuła się dziwnie niepewnie.
Szef szarmancko wstał na jej powitanie, podziękował pracownicy kadr za
doprowadzenie Michaliny, poprosił by zdjęła płaszcz, wskazał krzesło i
zapytał- "no to czego się napijemy? kawy czy herbaty?"
Sam zrobił dla nich obojga kawę i najbliższą godzinę spędzili na rozmowie
przy małym stoliku. Szef patrząc w papiery Michaliny zauważył, że ma córkę
w jej wieku. Potem bardzo długo opowiadał czego oczekuje od Michaliny,
 jakie konkretnie będzie miała zadania, na koniec zapytał, czy nie obrazi się,
gdy on przekręci nieco jej imię i zrobi z niej Michasię. Bo to bardziej do niej
pasuje.
Potem zaprowadził ją do działu, w którym oczekiwały ją jej przyszłe podwładne.
Obydwa pokoje dzieliło raptem z 10 metrów, ale po drodze Michalinie  aż
zaschło w gardle. Była straszliwie zdenerwowana. Szef to zauważył, tuż przed
drzwiami schwycił ją za łokieć, przytrzymał i powiedział- "dziecino, one cię nie
nie zjedzą, odetchnij głęboko, uśmiechnij się i wchodzimy".
Za te kilka ciepłych słów Michalina była mu wdzięczna do końca swej pracy
w tej firmie.

Gdy weszli do pokoju, w którym siedziały trzy panie, szef powiedział -
przedstawiam paniom nową kierowniczkę, panią Michasię W. Proszę byście
panią  tu "urządziły", a ja przyjdę za dwie godziny i oprowadzę po działach,
z którymi współpracujecie.
Michalina przywitała się z paniami i "wyprostowała " swe imię. Okazało się, że
ona ma oddzielny pokój, do którego wchodziło się przez ich pokój.
Był większy, oprócz biurka stał tam mały stół "konferencyjny" wraz z krzesłami,
regały z  niezbędnymi książkami, stolik z elektryczną maszyną do pisania i dwie
szafy,  z których jedna służyła za garderobę.
Pokój personelu miał ściany obstawione szafami  żaluzjowymi, a na parapecie
okiennym królował elektryczny dzbanek i doniczka z geranium.
Rzeczywiście za około 2 godziny przyszedł szef i wziął Michalinę "na obchód".
Wszędzie przedstawiał ją tekstem- to jest nowa kierowniczka działu  współpracy
JSMC, pani Michasia W.
Po odwiedzeniu 6 pokoi Michalina miała mętlik w głowie.
W końcu szef odprowadził ją  do jej pokoju. Teraz jedna z pań zaproponowała
Michalinie, że pokażą jej inne, bardziej przydatne miejsca, czyli bufet , toalety i
pokój socjalny.
Jedna z pań była wyraznie starsza od Michaliny, dwie w podobnym wieku. Obie
były mężatkami i miały dość małe dzieci, w  wieku przedszkolnym. Trzecia z pań
miała już dorosłego syna.
Michalina nieco przestawiła swoje biurko i stolik wraz maszyną. Wprawdzie teraz
nie mogła sięgnąć po jakąś potrzebną książkę bez wstawania, ale za to światło od
okna padało na biurko z lewej strony. A to, że będę musiała się ruszyć od biurka to
sama korzyść- pomyślała.
Ze zdziwieniem spojrzała na zegarek - nie wiadomo kiedy minęło 8 godzin w nowej
pracy.

Romek już  był w domu, więc opowiedziała mu dokładnie jak ten dzień wyglądał.
Zachwycała się  swym nowym szefem, aż w końcu Romek stwierdził, że jeszcze
chwila, a będzie zazdrosny, bo chyba się Michalina w nim zakochała.
Nie podobało mu się tylko to, że Michalina zaczynała pracę o 9 rano a kończyła
dopiero o 17,00-tej, a on zaczynał pracę o 7,30 i będzie wracał od niej wcześniej.

O jego wyjezdzie na razie nie rozmawiali - Michalina nadal twierdziła, że nie
powinien z niego rezygnować. Michalina już miała pewien plan, ale na razie było
za wcześnie by coś konkretnie omawiać. Nadal czekała na wiadomości od męża
swej koleżanki, ale o tym nic Romkowi nie mówiła.
c.d.n.



Przeklęte szkolenie- cz.XI

Michalina była nieco zdegustowana tą nowiną,  ale mocno nadrabiała miną.
Właśnie miała zmienić pracę, więc z całą pewnością nikt nie będzie skakał
z radości jeśli ona w kilka miesięcy po podjęciu nowej pracy zamarzy sobie
o półrocznym  bezpłatnym urlopie. Bardzo możliwe, że wcale nie dostałaby
takiego długiego urlopu, tylko musiałaby odejść z pracy. Na dzień dzisiejszy
było to wszystko "gdybaniem", bo na rozmowę o pracę wybierała się zaraz
po niedzieli, czyli we wtorek - poniedziałek wydawał się jej dniem wielce
niekorzystnym na załatwianie jakichkolwiek poważnych spraw.
Niedzielę przeznaczyła na tłumaczenie Romkowi, że ten wyjazd jest dla
niego ważny, korzystny, jest niebywałą okazją, a 6 miesięcy to w końcu nie jest
wieczność, że na pewno sporo się nauczy, że nawet się nie obejrzy a już
będzie z powrotem. No i angielski podciągnie w naturalny sposób,  zwiedzi
kilka ciekawych miejsc, z całą pewnością pozna ciekawych ludzi, nawiąże
kontakty. A ona przecież jakoś to wszystko spokojnie przetrzyma, na szczęście
nie ma małego dziecka, poza tym ufa, że on nie zrobi żadnego głupstwa, bo
przecież twierdzi, że ją kocha.
Widać było, że mimo wszystko Romek nie jest przekonany do tego wyjazdu,
a wszystkie argumenty Michaliny zbywał krótkim "no niby tak".
W końcu Michalina przekonała męża, by na razie przestali zatruwać sobie życie
problemem jego wyjazdu - było  do niego jeszcze kilka miesięcy. Na razie
zbliżała się Wielkanoc, więc postanowili "wyciec" na ten czas z Warszawy. Mieli
zrobioną rezerwację w uroczym domu wczasowym na Antałówce. Wyjeżdżali
już w piątek rano, wracali we wtorek. Pobyt miał być krótki, ale Michalina już
nie wyobrażała sobie, by na jakiekolwiek święta znów być w Warszawie i biegać
od jednych rodziców do drugich, by wysiadywać za suto zastawionymi stołami.

Zgodnie  z planem we wtorek pojechała na rozmowę do PKN. Już samo nowe
miejsce pracy podobało się jej- samo centrum miasta, dobra komunikacja.
Podobał się jej również  ewentualny nowy szef - bardzo kulturalny pan, na oko
około pięćdziesiątki, który mówił ładną polszczyzną, do tego bardzo rzeczowy.
Bez problemu doszli do porozumienia- zarówno w kwestii finansowej jak i zakresu
nowych obowiązków Michaliny.
Michalina przechodziła w trybie porozumienia stron, nie tracąc tym samym urlopu
w tym roku. Obiecała tylko, że z całą pewnością nie wezmie urlopu w  okresie od
czerwca do końca sierpnia.
Następnego  dnia Michalina złożyła w dotychczasowym miejscu pracy podanie o
rozwiązanie z nią umowy o pracę z dniem ostatnim  tegoż miesiąca, w ramach
porozumienia stron. Szef podpisał, bo mu przypomniała, że wszak obiecał jej to
i wcale się nie przejęła jego obrażonymi minami i wyrzekaniem. Kadrowa była
nieco zaskoczona , ale gdy Michalina powiedziała jej (oczywiście w tajemnicy)
dokąd odchodzi i ile będzie zarabiać- ta jej pogratulowała.
Wracając z pracy Michalina kupiła mały torcik, by uczcić wraz z Romkiem te
zmiany.

Następnego dnia zatelefonowała do Kaśki -  w poprzednim tygodniu zupełnie nie
miała do tego ani głowy ani czasu.
Spotkały się po pracy, na skromnym "co nieco". Kaśka bardzo dbała o linię, więc
ograniczyła się do "bukietu z jarzyn", Michalina jak zawsze zamówiła polędwicę
wołową i surówkę.
Od czasu "rocznicy" Kaśka dość regularnie spotykała się z Mirkiem. Chodzili do
kina, byli też w teatrze, a raz Kaśka była u niego w domu. Obejrzała oczywiście
również  plany nowego mieszkania, byli nawet obejrzeć dom z bliska oraz
obejrzeli  pokazowe mieszkanie dwupokojowe.
 Wizyta Kaśki w mieszkaniu Mirka sprowadziła się głównie do....nauki smażenia
naleśników. A wszystko przez to, że na którymś spotkaniu Mirek był głodny i
koniecznie chciał odwiedzić bar mleczny, bo był miłośnikiem naleśników z serem.
Już sama myśl o wejściu do baru mlecznego przerażała  Kaśkę, więc powiedziała,
że jeśli tylko on ma w domu patelnię, to ona mu sama zrobi naleśniki i przy okazji
nauczy go ich przygotowania. 
Po drodze zrobili niezbędne zakupy i Kaśka wcieliła się w rolę nauczycielki.
Mirek był pilnym i nawet pojętnym  uczniem, wszystko zapisywał na kartce bardzo
dokładnie, nawet odmierzał precyzyjnie ilość wody, ( nie da się ukryć- miał w domu
kilka naczyń laboratoryjnych )   choć Kaśka tłumaczyła, że jej ilość może ulegać 
zmianie, co oczywiście Mirek również odnotował. Naleśniki  zdaniem Mirka były
świetne i Mirek wyraził chęć zostania uczniem Kaśki - jego zdaniem Kaśka  umiała
w prosty sposób przekazać swą wiedzę.
I co było dalej? -zapytała Michalina. No nic, dostałam cmoka w obie ręce i buziaka
w policzek. Potem dostąpiłam zaszczytu obejrzenia fotografii rodzinnych- on taki
chudy to był od małego- istny patyczak. Poza tym wlepiał we mnie te  swoje jasne
oczyska jakbym była obrazem w muzeum. A mnie normalnie niemal motyle latały
w brzuchu. Miałam chwilami wrażenie, że mnie w myślach rozbiera, ale nie ma
obawy, nic z tego w realu nie było. Dziwny facet, wierz mi. Ale faktycznie jest
miły, uprzejmy, kulturalny, ma rozległą wiedzę. I mam na niego ochotę.
No i co , będziesz go uczyć gotowania? Kaśka parsknęła śmiechem - no co ty, ja
niemal niczego nie umiem gotować. Raczej do Ciebie będziemy oboje przychodzić
na lekcje gotowania. Ale ten pomysł Michalinie zupełnie nie odpowiadał.
c.d.n.