Kwiatki, czekoladki, uściski, zapewnienia, że zawsze się dla nich znajdzie domek gdy
zamarzy im się pobyt w tym ośrodku, potem składanie "dobytku" i upychanie go
w samochodzie, znowu uściski i fura miłych słów i "przyjeżdżajcie też w każdą niedzielę
przez całe lato" i głębszy oddech, bo już tylko 35 km i będzie powrót do rzeczywistości.
Oboje całkiem przytomnie zauważyli, że wyjazdy na działkę były mniej absorbujące, co
dość mocno zdziwiło Jacka.
Iza zaraz mu to wyłożyła dość dobitnie - bo dopóki się mieszka z rodzicami to się nie wie
na czym polega życie - spija się śmietankę bez hodowania i dojenia krowy. U rodziców
to my tylko łaskawie pomagamy, ale to oni zarządzają. Wiesz, to jak z praniem i gotowaniem-
wiesz gdzie jest w domu kosz na brudy i gdzie stoi pralka, ale zapewne jeszcze nic w życiu
sam do pralki nie wrzuciłeś i nie uprałeś, wiesz gdzie jest kuchnia, ale niczego poza wodą
na herbatę nie ugotowałeś. Zakupy robisz wg rozpiski, którą dostajesz od matki, bez
zastanawiania się co i ile kupić. Bycie dorosłym i samodzielnym to całkiem spory wysiłek
i umysłowy i fizyczny. I potem okazuje się, że ta wymarzona dorosłość nijak się ma do
marzeń o dorosłym życiu - bo nam się marzy ta dorosłość jako czas, w którym nareszcie
"będziemy robić to co chcemy". A to bzdura - całe życie jesteśmy od kogoś lub czegoś
zależni.
Jacek zwolnił, jechał teraz z oszałamiającą szybkością 40km/godz., wreszcie stanął w małej
zatoczce do parkowania.
Co jest!? - zdziwiła się Iza. Coś z samochodem?
Nie, tylko muszę ci kilka rzeczy powiedzieć. Jesteś cudowną i mądrą dziewczyną. Kocham
cię na każdej płaszczyźnie tego co w sobie masz - kocham nawet twoją złośliwość gdy mi
dokuczasz. Nie jestem ideałem, nawet niewiele w domu pomagałem, ale mam dobre wzorce
i kilka rzeczy potrafię zrobić, bo asystowałem ojcu we wszystkich technicznych pracach
w obu domach. Jestem kiepski w mówieniu komplementów, bo to tylko słowa.
Zapewne jestem jeszcze dość toporny w łóżku, ale nie miałem chęci ćwiczyć gdzieś na boku,
by potem ciebie olśnić swymi umiejętnościami - tego będziemy się musieli razem uczyć.
Z działalności kulinarnej to potrafię usmażyć kotlety schabowe, ugotować coś wg instrukcji
która jest na opakowaniu a nawet umiem ugotować krupnik - bez instrukcji na opakowaniu.
I umiem cienko obrać kartofle. Pomyślałem o tym mieszkaniu razem z rodzicami, bo do
czasu obrony pracy będę miał mało czasu na ogarnianie prac domowych, a nie chcę byś tylko
ty się tym zajmowała. Ale też wiem doskonale, że moi rodzice zawsze cię kochali równie
mocno jak mnie i jestem w 100% pewien, że gdy tylko powiemy im o tym, że chcemy się
pobrać, to zaraz usłyszymy, że dopóki nie będziemy mieć własnego mieszkania to możemy
się zakotwiczyć u nich, by nie wydawać pieniędzy na wynajem. Od ich mieszkania oboje
mamy blisko do pracy. Wiem, że oni nie będą się wtrącać w nasze życie, dostali w kość od
swoich starych i dobrze o tym pamiętają. Jakoś się oboje pomieścimy w moim pokoju, ma
wszak 30 metrów. I jeszcze pomyślałem, że nim pojedziemy do domu to podjedziemy do
Baszty zarezerwować miejsce, bo oni ostatnio jacyś przeładowani gośćmi są. Ciągle mają
jakieś wesela.
Nooo, jak na współczesnego młodego faceta to nawet całkiem sporo myślisz i niegłupio.
I wiesz, też cię kocham za całokształt, a teraz jedźmy dalej.
Wpierw podjechali do domu Jacka (było po drodze), potem do Izy. Mama Izy była w domu,
ale była zajęta rozmową telefoniczną. Iza z Jackiem krzątając się po kuchni i szykując kawę
słyszeli jak mama Izy pokrzykiwała do słuchawki: "tak kochana", "masz rację", "oczywiście",
"wszystko dokładnie powtórzę", "oczywiście, to jasne jak słońce", "tak, tak , masz rację",
"tak, tak, całuję cię, tak tak, przyjdziemy".
O rany, mama z kimś głuchym rozmawia- stwierdziła półgłosem Iza. Nieźle krzyczy w tą
słuchawkę, przez zamknięte drzwi słychać jakby stała obok. Ciekawe z kim odprawia te
krzyki.
Ciekawość Izy została dość szybko zaspokojona - jej mama już szła ku nim z uśmiechem
i po wymienieniu z nimi uścisków powiedziała - właśnie rozmawiałam z ciocią Melanią.
Byliście w ośrodku rzemieślników, którego kierowniczką jest cioci wieloletnia przyjaciółka.
Podobno jesteście: śliczni, przemili, kulturalni, co oznacza, że Iza nie latała na stołówkę
w bikini bo upał. A Jacek wg p. kierowniczki z całą pewnością ma niedowagę, biedny
chudzinka. No i ciocia zaprasza nas wszystkich do siebie, rodziców Jacka także, na obiad.
O nie!- krzyknęła Iza - nie mam zamiaru paść z przejedzenia. Kocham ciocię Melanię, ale
zawsze się czuję u niej niczym gęś w trakcie tuczu. Mowy nie ma, u niej nawet sama kawa
bez ciasta tuczy. No a jak ta przyjaciółka powiedziała, że Jacek jest chudziną, to stół się
będzie uginał pod ciężarem pełnych półmisków. Wujka już utuczyła, niestety.
Mamuś, Jacek i ja zaprosimy rodziców Jacka, was i w takim razie ciocię Melanię, skoro już
wie, że byłam na urlopie z Jackiem, na obiad. Może nam się uda na najbliższą niedzielę,
zaraz pojedziemy do Baszty zamówić miejsce. Jak tam nie będzie miejsc to podjedziemy do
Honoratki, tam też dobrze karmią. A czemu tak krzyczałaś do tej słuchawki?
Aaa, ciocia ma zatkane jedno ucho, ale już jutro idzie do laryngologa, a ponieważ w trakcie
rozmowy piła herbatę, to musiała trzymać słuchawkę w lewej ręce i trzymała ją przy tym
zatkanym uchu, więc musiałam pokrzykiwać. Ale to ona tu dzwoniła. Nie wiem dlaczego
akurat wtedy, gdy piła tę herbatę. No cóż, wszyscy kiedyś będziemy starzy, ciocia ma już 75
lat. Niemożliwe, myślałam, że z 10 lat mniej, bo wygląda świetnie - zdziwiła się Iza.
Na najbliższą niedzielę nie było miejsc w "Baszcie", więc pojechali do "Honoratki". Doszli
do wniosku, że to może nawet lepiej bo: wujostwo będzie miało od siebie bliżej, to raz,
a poza tym "Honoratka" miała ciekawe, klimatyczne wnętrze, była restauracją rzemieślników
i wujostwo często tu bywali i chwalili tutejszą kuchnię. Przejrzeli menu, Iza sprawdziła, że
bez problemu znajdzie coś lekkiego dla siebie. Teraz tylko czekała ją rozmowa z ciocią, ale
postanowiła odłożyć ją na wieczór, bo wtedy prawdopodobnie telefon odbierze wujek, więc
nie będzie musiała mu opowiadać o ich pobycie w ośrodku.
Jacek siedział nieco skwaszony, więc mama Izy stanęła na progu kuchni i skinęła na Izę -
chodź ze mną na chwilę do sypialni, coś ci pokażę.
W sypialni zapytała półgłosem: a co jemu się stało? wygląda jakby mu ktoś umarł. Mamuś,
on już przeżywa fakt, że dziś będzie spał beze mnie. Szybko się przyzwyczaił do mojej
stałej obecności. Mama roześmiała się - no a ty się nie smucisz z tego powodu? Smucę, ale
nic na to nie poradzę, urlop mi się skończył. Dobrze, że jutro jeszcze nie muszę być w pracy.
Zaczynam pojutrze popołudniówką. No to idź go pociesz, że zawsze któreś się może zbyt
długo zasiedzieć i przenocować, poza tym każda niedziela będzie dla was albo tu albo na wsi.
Macie szczęście, że nie macie normalnych (ale zakłamanych) rodziców.A coś postanowiliście?
Mamuś, w niedzielę się dowiesz, zawsze mi mówisz, że kobietę powinna cechować cierpliwość.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
poniedziałek, 6 lipca 2020
niedziela, 5 lipca 2020
Zastępstwo - V
Dwa tygodnie to tylko 14 dni, które dziwnie szybko mijały. Iza stwierdziła, że chyba
powinni sobie robić notatki, w jakich godzinach dnia i nocy najbardziej im wychodzi
sex. Jacek z kolei twierdził, że powinni natychmiast wziąć ślub, żeby mógł każdego
wieczora zasypiać trzymając w objęciach Izę.
Zapomnij - wieczorem to ja jestem denat- ja to jestem ciężko fizycznie pracująca osoba.
W dni, w które pracuję do 18,00 to nawet nie mam siły przygotować sobie kolacji.
Piję wtedy tylko soki owocowe lub warzywne i zjadam jakieś herbatniki lub coś co
mama upiecze. Z reguły nie spotykamy się w dni, w które pracuję po południu, jestem
zbyt zmęczona.
A dlaczego mi nigdy o tym nie powiedziałaś?- zdziwił się Jacek.
A pytałeś się? Nawet gdybym powiedziała to niczego by to nie zmieniło, taka praca.
Taki sobie wybrałam zawód, wiedziałam co mnie czeka. Jedyny plus, że mamy
bardzo porządną i sympatyczną naszą szefową. Każdego nowego pacjenta z nami
omówi, nie zostawi nas tylko z wypełnioną kartą zlecenia. Co prawda wtedy wychodzę
jeszcze później z pracy, za to mi łatwiej pracować z pacjentem. To ona mnie przekonała
bym brała prywatne zlecenia, bo to co oferuje " darmowo" ubezpieczenie to kropla
w morzu potrzeb. Mało która matka może potem w domu ciągnąć rehabilitację. Wiesz-
dziecku potrzeba 365 zabiegów a dostaje raptem po dwadzieścia, dwa razy w roku.
Resztę, czyli 325, jeśli rodzicom zależy by dziecko doszło do normy, muszą zapewnić
dziecku na koszt własny. My, jak cała "służba zdrowia" zarabiamy kiepsko i te fuchy
nas ratują finansowo. Ja biorę tylko tych pacjentów, którzy mieszkają blisko, 2- 3
przystanki autobusowe ode mnie, a nie na drugim końcu dzielnicy. Ostatnio mam
dziecinę na naszym osiedlu, na sąsiedniej ulicy. Fajna dziewuszka, ma półtora roku
i widać postępy. Już nawet się cieszy gdy przychodzę i ta rączka jest coraz lepsza.
Jak już będzie dobrze, to tylko nauczę jej mamę jak ma z nią ćwiczyć w ramach
zabawy. Ma malutka szczęście, że jej matka zobaczyła, że mała nieco inaczej wyciąga
w górę jedną rączkę. Taki mikroskopijny zespół DPM.
Znam takiego rehabilitanta, który pracuje w szpitalu, jest po studiach i wcale nie
zarabia sporo więcej ode mnie i żyje dostatnio tylko z tych prywatnych wizyt.
Różnica polega między nami głównie na tym, że on ma tych co już nie mówią a ja
najwięcej tych co jeszcze nie mówią. Podobno mam dobry kontakt z maluszkami.
Jacusiu, jutro trzeba podjechać do Zegrza albo do Serocka i kupić jakieś czekoladki
i kwiatki dla pani kierowniczki - bycie rodziną p.Melanii zobowiązuje.
Damy to jutro po obiedzie, bo pojutrze po śniadaniu się stąd wyniesiemy.
Nie rób takiej smutnej miny, przecież się nie rozchodzimy, mamy się pobrać.
Jacek rzucił jej niezbyt przytomne spojrzenie- właśnie się zastanawiam gdzie my
będziemy mieszkać. Budynek, w którym mam mieć mieszkanie prezentuje się
jako głęboki wykop, więc może za rok będzie gotowy. Mamy do wyboru albo
mój pokój albo coś wynająć. Mądrzej byłoby pomieszkać na razie u moich
rodziców. Moja maman cię uwielbia i zaraz Ci przedstawi same zalety takiego
rozwiązania. Bo zawsze marzyła o córce a urodziła mnie- straszliwie była
rozczarowana tym faktem. Do dziś mi to powtarza.
Ja też bardzo lubię twoją mamę, lepiej się z nią dogaduję niż z własną. Jacek, ale ja
nie chcę ślubu kościelnego i wesela też nie chcę. Zwykły cywilny na dzielnicy, obiad
rodzinny w Honoratce i koniec.
A twoje przysłowiowe pięć minut? Biała suknia z trenem, welon , te śmiecie rzucane
na szczęście itd? Dorożka lub biały mercedes?
Jacuniu, mówię poważnie. Mam śliczną sukienkę, której jeszcze nie miałam okazji
założyć, jest w twoim ulubionym błękitnym kolorku i ma duuuży dekolt z przodu
i z tyłu.
A kto nam będzie świadkował? - spytała Iza
Jacek uśmiechnął się szeroko - mnie Aleks, bo ty lubisz ładnych chłopaków, zwłaszcza
ciemnych szatynów o jasnych oczach.
No to ja poproszę Alicję - wszak ty lubisz blondynki o szarych oczach.
Jasne, najbardziej lubię blondynki, co widać zwłaszcza po tobie. Jak się nazywa ten
twój kolor?
Po prostu czarny.
Jacek westchnął teatralnie - myślałem, że może "czerń nocy".
c.d.n.
powinni sobie robić notatki, w jakich godzinach dnia i nocy najbardziej im wychodzi
sex. Jacek z kolei twierdził, że powinni natychmiast wziąć ślub, żeby mógł każdego
wieczora zasypiać trzymając w objęciach Izę.
Zapomnij - wieczorem to ja jestem denat- ja to jestem ciężko fizycznie pracująca osoba.
W dni, w które pracuję do 18,00 to nawet nie mam siły przygotować sobie kolacji.
Piję wtedy tylko soki owocowe lub warzywne i zjadam jakieś herbatniki lub coś co
mama upiecze. Z reguły nie spotykamy się w dni, w które pracuję po południu, jestem
zbyt zmęczona.
A dlaczego mi nigdy o tym nie powiedziałaś?- zdziwił się Jacek.
A pytałeś się? Nawet gdybym powiedziała to niczego by to nie zmieniło, taka praca.
Taki sobie wybrałam zawód, wiedziałam co mnie czeka. Jedyny plus, że mamy
bardzo porządną i sympatyczną naszą szefową. Każdego nowego pacjenta z nami
omówi, nie zostawi nas tylko z wypełnioną kartą zlecenia. Co prawda wtedy wychodzę
jeszcze później z pracy, za to mi łatwiej pracować z pacjentem. To ona mnie przekonała
bym brała prywatne zlecenia, bo to co oferuje " darmowo" ubezpieczenie to kropla
w morzu potrzeb. Mało która matka może potem w domu ciągnąć rehabilitację. Wiesz-
dziecku potrzeba 365 zabiegów a dostaje raptem po dwadzieścia, dwa razy w roku.
Resztę, czyli 325, jeśli rodzicom zależy by dziecko doszło do normy, muszą zapewnić
dziecku na koszt własny. My, jak cała "służba zdrowia" zarabiamy kiepsko i te fuchy
nas ratują finansowo. Ja biorę tylko tych pacjentów, którzy mieszkają blisko, 2- 3
przystanki autobusowe ode mnie, a nie na drugim końcu dzielnicy. Ostatnio mam
dziecinę na naszym osiedlu, na sąsiedniej ulicy. Fajna dziewuszka, ma półtora roku
i widać postępy. Już nawet się cieszy gdy przychodzę i ta rączka jest coraz lepsza.
Jak już będzie dobrze, to tylko nauczę jej mamę jak ma z nią ćwiczyć w ramach
zabawy. Ma malutka szczęście, że jej matka zobaczyła, że mała nieco inaczej wyciąga
w górę jedną rączkę. Taki mikroskopijny zespół DPM.
Znam takiego rehabilitanta, który pracuje w szpitalu, jest po studiach i wcale nie
zarabia sporo więcej ode mnie i żyje dostatnio tylko z tych prywatnych wizyt.
Różnica polega między nami głównie na tym, że on ma tych co już nie mówią a ja
najwięcej tych co jeszcze nie mówią. Podobno mam dobry kontakt z maluszkami.
Jacusiu, jutro trzeba podjechać do Zegrza albo do Serocka i kupić jakieś czekoladki
i kwiatki dla pani kierowniczki - bycie rodziną p.Melanii zobowiązuje.
Damy to jutro po obiedzie, bo pojutrze po śniadaniu się stąd wyniesiemy.
Nie rób takiej smutnej miny, przecież się nie rozchodzimy, mamy się pobrać.
Jacek rzucił jej niezbyt przytomne spojrzenie- właśnie się zastanawiam gdzie my
będziemy mieszkać. Budynek, w którym mam mieć mieszkanie prezentuje się
jako głęboki wykop, więc może za rok będzie gotowy. Mamy do wyboru albo
mój pokój albo coś wynająć. Mądrzej byłoby pomieszkać na razie u moich
rodziców. Moja maman cię uwielbia i zaraz Ci przedstawi same zalety takiego
rozwiązania. Bo zawsze marzyła o córce a urodziła mnie- straszliwie była
rozczarowana tym faktem. Do dziś mi to powtarza.
Ja też bardzo lubię twoją mamę, lepiej się z nią dogaduję niż z własną. Jacek, ale ja
nie chcę ślubu kościelnego i wesela też nie chcę. Zwykły cywilny na dzielnicy, obiad
rodzinny w Honoratce i koniec.
A twoje przysłowiowe pięć minut? Biała suknia z trenem, welon , te śmiecie rzucane
na szczęście itd? Dorożka lub biały mercedes?
Jacuniu, mówię poważnie. Mam śliczną sukienkę, której jeszcze nie miałam okazji
założyć, jest w twoim ulubionym błękitnym kolorku i ma duuuży dekolt z przodu
i z tyłu.
A kto nam będzie świadkował? - spytała Iza
Jacek uśmiechnął się szeroko - mnie Aleks, bo ty lubisz ładnych chłopaków, zwłaszcza
ciemnych szatynów o jasnych oczach.
No to ja poproszę Alicję - wszak ty lubisz blondynki o szarych oczach.
Jasne, najbardziej lubię blondynki, co widać zwłaszcza po tobie. Jak się nazywa ten
twój kolor?
Po prostu czarny.
Jacek westchnął teatralnie - myślałem, że może "czerń nocy".
c.d.n.
Zastępstwo - IV
Ośrodek "Budowlanych" był pełen ludzi. Piach na plaży był brudny, jedyny kosz na
śmiecie był wypełniony "z górką" i otoczony śmieciami. W kawiarni nie było już
wolnych miejsc, więc wzięli lody "na wynos". Jedli lody i przyglądali się otoczeniu.
Pomiędzy jednym a drugim "liźnięciem" Jacek stwierdził, że może ośrodek w którym
zamieszkali nie jest wytworny, ale jest w nim czysto a poza tym cicho i przestronnie.
Tu stanowczo było zbyt wiele ludzi, pełno wrzeszczących dzieciaków, plaża mała
i bardzo brudna a stojące przy brzegu rowery wodne wyglądały na mocno już
wysłużone. Zjedli lody i wyruszyli przepatrzeć jeszcze inne miejsca. Dojechali do
miejsca w którym wyraźnie powstawało nowe osiedle domków jednorodzinnych.
Domki-klocki były jednakowe, dwa rzędy jednakowych domków, każdy okolony
ogródkiem. Patrzyli na nie z dezaprobatą a Jacek wysunął tezę, że gdy będą potem
wszystkie jednakowo otynkowane to ktoś wracający do domu "na gazie" na pewno
będzie miał kłopot ze znalezieniem swego domu. Bo wśród 20 jednakowych
domów znalezienie tego właściwego nie będzie łatwe. Do tego osiedle stało w szczerym
polu, przy bocznej drodze, ale przy główniejszej nie było w promieniu 3 km żadnego
przystanku PKS ani też żadnego sklepu czy też kiosku.
Przejechali jeszcze kilka kilometrów i powrócili do "swego" ośrodka - w sam raz na
kolację.
Po kolacji jeszcze trochę pospacerowali nad zalewem ale wkrótce komary zmusiły ich
do odwrotu. Na szczęście okna domków były zabezpieczone szczelnymi siatkami.
Jacek starannie sprawdził w domku czy aby nie ma choć jednego komara bo dobrze
pamiętał jak którejś nocy Iza postawiła wszystkich na nogi bo polowała na bzyczącego
komara. Po tym doświadczeniu obaj ojcowie rodzin w ciągu 2 dni zamontowali na
wszystkich oknach w domu ramy z siatkami a na tarasie stały pojemniczki z olejkiem
goździkowym i rozpuszczonymi tabletkami witaminy B2.
Gdy Jacek tak wielce dokładnie sprawdzał pokój, Iza zniknęła w łazience i po chwili
zawołała - Jacuś, zapomniałam wyjąć z torby szampon, mógłbyś go wyjąć i tu mi
przynieść? I czy umyjesz mi plecki? Moment, muszę zdjąć ciuchy, odkrzyknął.
Po chwili wszedł do łazienki z szamponem, a Iza zarządziła- "wpierw plecki" i podała mu
gąbkę.
Gdy tylko dotknął jej pleców wyszeptała: "niespodzianka panie Sułku, biorę tabletki
antydziecięce, więc będziesz miał ze mną mnóstwo pracy na wstępie".
To była bardzo pracowita noc a Iza wykorzystała wszystkie dobre rady, których jej
udzielił stary lekarz. Oboje byli sobą wzajemnie zachwyceni i zdumieni. Iza nie
ukrywała co jej powiedział lekarz a z porad wynikało że był również bardzo dobrym
seksuologiem, nie tylko ginekologiem.
Na śniadaniu byli niezbyt przytomni, dopiero mocna kawa i krótka drzemka postawiły ich
do pionu.
Jacek stwierdził, że zaraz po powrocie do Warszawy zrezygnuje z tego stypendium, za to
przyspieszy pisanie pracy magisterskiej by jak najszybciej uzyskać dyplom. Ma już
napisaną połowę, z tym że promotor jeszcze z nim tego co już napisane nie omawiał.Poza
tym postara się o pracę w jednym z laboratoriów, w którym pracuje jego promotor. A jak już
załatwi pracę to będą się mogli pobrać, nawet przed obroną magisterki.
A z kim ty Jacusiu ten ślub weźmiesz ?- słodziutkim głosem zapytała Iza.
Jak to z kim - przecież z tobą!
A to ciekawe - śmiała się Iza - bo ja nic o tym nie wiem! Uzgodniłeś coś ze mną? Pytałeś
się mnie o to czy będę twoją żoną? To, że się z tobą tej nocy znalazłam w łóżku a ty
pozbawiłeś mnie dziewictwa nie znaczy wcale, że mamy być mężem i żoną. Od dość
długiego czasu znałeś dobrze moje ciało, ale nigdy nie rozmawialiśmy o takiej
drobnostce jak ślub lub uczucia. Tak naprawdę jedyne co wiem w kwestii twoich uczuć do
mnie to fakt, że masz całą furę wątpliwości co do tego co nas łączy, zupełnie jak
w piosence Grechuty - "czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie?" Nie wiesz też czy ja cię
kocham, tak jak nie wiesz czy ty mnie kochasz.
Jacek wyglądał jakby stał przed plutonem egzekucyjnym - zdumiony i wystraszony.
Wreszcie oprzytomniał, podszedł do Izy objął ją, przytulił i powiedział nieco stłumionym
głosem - masz rację, jestem debil.
Kocham cię od dawna, jest to dla mnie tak naturalny stan jak proces oddychania, o którym
się nie rozmawia ani nie rozmyśla. Po prostu się oddycha. O tym, że chcę byś była moją
żoną mówiłem raz, bardzo dawno, ale ponieważ wciąż byliśmy blisko siebie byłem pewien,
że nadal się zgadzasz.
A teraz mi powiedz - czy zostaniesz moją żoną? Bo ja kocham cię od wielu lat i to uczucie
nie zmienia się. Postaram się być dobrym mężem.
I jeszcze coś -jeśli nie zmieni się twój pogląd odnośnie dzieci - to nie będziemy ich mieli.
Czytałem sporo na ten temat - część DPM to wynik stresu matki w trakcie ciąży.
Stąd taka moja decyzja w tej sprawie.
Iza, czy ja naprawdę muszę paść na kolana z bukietem róż w grabie by prosić byś została
moją żoną?
Jeśli tak, to zaraz pojadę poszukać jakiegoś ogrodnika, kupię wiadro róż i obtłukę sobie
kolana padając na nie przed tobą. Nie podejrzewałem nawet, że coś takiego mogłoby się
Tobie spodobać. Tobie, która mnie przyzwyczajała do widoku nagich piersi a potem uczyła
anatomii kobiety poza lekcjami biologii w szkole a do tego zmusiła do zgłębiania tematu
antykoncepcji tylko w sferze teorii. Jesteś moją pierwszą kobietą i jeśli mnie nie odtrącisz
pozostaniesz i ostatnią.
Iza delikatnie wyplątała się z jego objęć, mrucząc, że za moment zemdleje z braku dopływu
powietrza tkwiąc z twarzą przyciśniętą do jego klatki piersiowej.
Pociągnęła go na tapczan, mówiąc, że porozmawiają dalej w pozycji horyzontalnej- wszak
zawsze najlepiej im się rozmawiało właśnie leżąc obok siebie i niemal szepcząc.
Długo rozmawiali omawiając swe przyszłe życie.
Oczywiście Iza nie byłaby sobą gdyby coś nie palnęła . Tuląc się do Jacka wyszeptała- no
i wychodzi na to, że nigdzie nie pójdę z bardzo przystojnym Aleksem. Jedyną odpowiedzią
Jacka była lawina konkretnych pieszczot. Z trudem zdążyli na obiad.
Gdy wracali ze stołówki Jacek powiedział - już wiem co robią ci nasi wczasowicze- to mądrzy
ludzie - oni po obiedzie śpią i powinniśmy zrobić to samo, ale w domku, nie na zewnątrz.
Otworzymy szeroko okno i nie zaciągniemy zasłony. Siatka ochronna w oknie jest szczelna.
Pół metra od naszego okna rośnie jakiś krzak, za nim już jest siatka , potem metr do brzegu
zalewu a nikt nigdy tamtędy nie chodzi, nie ma dokąd, drogę zamyka budynek stołówki.
No i jak, mam jechać i szukać ogrodnika? Bo z bukietem to mam zamiar przyjść do Twoich
rodziców i jak tradycja każe prosić wujka, tfu, chciałem powiedzieć twego tatę o twą rękę.
Cóż za zubożenie tradycji- zaśmiała się Iza. Wpierw powinna przyjść do jednych i drugich
swatka. Tylko skąd ją wziąć? Ja mam inny plan - zaprosimy swoich rodziców do Baszty na
obiad i w trakcie obiadu ich poinformujemy o swoich planach. Zarezerwuję wcześniej
miejsca i zapłacę orientacyjny rachunek- mam "fundusz ślubny" z prywatnych fuch.
No to będziemy to załatwiać razem, bo jak cię znam to jeszcze zamówisz dla mnie w ramach
deseru występy nagich dziewczyn- zaśmiał się Jacek.
Oj, to ty jeszcze wciąż mało mnie znasz - myślałam raczej o tym, że sama wystąpię w stroju
odaliski i razem z Aleksem odtańczymy taniec erotyczny, dla ciebie. Żebyś był pewien co do
mnie czujesz.
Włącz muzykę z tej kasety z czerwonym serduszkiem, dawno nie tańczyłam z tobą na golasa.
c.d.n.
śmiecie był wypełniony "z górką" i otoczony śmieciami. W kawiarni nie było już
wolnych miejsc, więc wzięli lody "na wynos". Jedli lody i przyglądali się otoczeniu.
Pomiędzy jednym a drugim "liźnięciem" Jacek stwierdził, że może ośrodek w którym
zamieszkali nie jest wytworny, ale jest w nim czysto a poza tym cicho i przestronnie.
Tu stanowczo było zbyt wiele ludzi, pełno wrzeszczących dzieciaków, plaża mała
i bardzo brudna a stojące przy brzegu rowery wodne wyglądały na mocno już
wysłużone. Zjedli lody i wyruszyli przepatrzeć jeszcze inne miejsca. Dojechali do
miejsca w którym wyraźnie powstawało nowe osiedle domków jednorodzinnych.
Domki-klocki były jednakowe, dwa rzędy jednakowych domków, każdy okolony
ogródkiem. Patrzyli na nie z dezaprobatą a Jacek wysunął tezę, że gdy będą potem
wszystkie jednakowo otynkowane to ktoś wracający do domu "na gazie" na pewno
będzie miał kłopot ze znalezieniem swego domu. Bo wśród 20 jednakowych
domów znalezienie tego właściwego nie będzie łatwe. Do tego osiedle stało w szczerym
polu, przy bocznej drodze, ale przy główniejszej nie było w promieniu 3 km żadnego
przystanku PKS ani też żadnego sklepu czy też kiosku.
Przejechali jeszcze kilka kilometrów i powrócili do "swego" ośrodka - w sam raz na
kolację.
Po kolacji jeszcze trochę pospacerowali nad zalewem ale wkrótce komary zmusiły ich
do odwrotu. Na szczęście okna domków były zabezpieczone szczelnymi siatkami.
Jacek starannie sprawdził w domku czy aby nie ma choć jednego komara bo dobrze
pamiętał jak którejś nocy Iza postawiła wszystkich na nogi bo polowała na bzyczącego
komara. Po tym doświadczeniu obaj ojcowie rodzin w ciągu 2 dni zamontowali na
wszystkich oknach w domu ramy z siatkami a na tarasie stały pojemniczki z olejkiem
goździkowym i rozpuszczonymi tabletkami witaminy B2.
Gdy Jacek tak wielce dokładnie sprawdzał pokój, Iza zniknęła w łazience i po chwili
zawołała - Jacuś, zapomniałam wyjąć z torby szampon, mógłbyś go wyjąć i tu mi
przynieść? I czy umyjesz mi plecki? Moment, muszę zdjąć ciuchy, odkrzyknął.
Po chwili wszedł do łazienki z szamponem, a Iza zarządziła- "wpierw plecki" i podała mu
gąbkę.
Gdy tylko dotknął jej pleców wyszeptała: "niespodzianka panie Sułku, biorę tabletki
antydziecięce, więc będziesz miał ze mną mnóstwo pracy na wstępie".
To była bardzo pracowita noc a Iza wykorzystała wszystkie dobre rady, których jej
udzielił stary lekarz. Oboje byli sobą wzajemnie zachwyceni i zdumieni. Iza nie
ukrywała co jej powiedział lekarz a z porad wynikało że był również bardzo dobrym
seksuologiem, nie tylko ginekologiem.
Na śniadaniu byli niezbyt przytomni, dopiero mocna kawa i krótka drzemka postawiły ich
do pionu.
Jacek stwierdził, że zaraz po powrocie do Warszawy zrezygnuje z tego stypendium, za to
przyspieszy pisanie pracy magisterskiej by jak najszybciej uzyskać dyplom. Ma już
napisaną połowę, z tym że promotor jeszcze z nim tego co już napisane nie omawiał.Poza
tym postara się o pracę w jednym z laboratoriów, w którym pracuje jego promotor. A jak już
załatwi pracę to będą się mogli pobrać, nawet przed obroną magisterki.
A z kim ty Jacusiu ten ślub weźmiesz ?- słodziutkim głosem zapytała Iza.
Jak to z kim - przecież z tobą!
A to ciekawe - śmiała się Iza - bo ja nic o tym nie wiem! Uzgodniłeś coś ze mną? Pytałeś
się mnie o to czy będę twoją żoną? To, że się z tobą tej nocy znalazłam w łóżku a ty
pozbawiłeś mnie dziewictwa nie znaczy wcale, że mamy być mężem i żoną. Od dość
długiego czasu znałeś dobrze moje ciało, ale nigdy nie rozmawialiśmy o takiej
drobnostce jak ślub lub uczucia. Tak naprawdę jedyne co wiem w kwestii twoich uczuć do
mnie to fakt, że masz całą furę wątpliwości co do tego co nas łączy, zupełnie jak
w piosence Grechuty - "czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie?" Nie wiesz też czy ja cię
kocham, tak jak nie wiesz czy ty mnie kochasz.
Jacek wyglądał jakby stał przed plutonem egzekucyjnym - zdumiony i wystraszony.
Wreszcie oprzytomniał, podszedł do Izy objął ją, przytulił i powiedział nieco stłumionym
głosem - masz rację, jestem debil.
Kocham cię od dawna, jest to dla mnie tak naturalny stan jak proces oddychania, o którym
się nie rozmawia ani nie rozmyśla. Po prostu się oddycha. O tym, że chcę byś była moją
żoną mówiłem raz, bardzo dawno, ale ponieważ wciąż byliśmy blisko siebie byłem pewien,
że nadal się zgadzasz.
A teraz mi powiedz - czy zostaniesz moją żoną? Bo ja kocham cię od wielu lat i to uczucie
nie zmienia się. Postaram się być dobrym mężem.
I jeszcze coś -jeśli nie zmieni się twój pogląd odnośnie dzieci - to nie będziemy ich mieli.
Czytałem sporo na ten temat - część DPM to wynik stresu matki w trakcie ciąży.
Stąd taka moja decyzja w tej sprawie.
Iza, czy ja naprawdę muszę paść na kolana z bukietem róż w grabie by prosić byś została
moją żoną?
Jeśli tak, to zaraz pojadę poszukać jakiegoś ogrodnika, kupię wiadro róż i obtłukę sobie
kolana padając na nie przed tobą. Nie podejrzewałem nawet, że coś takiego mogłoby się
Tobie spodobać. Tobie, która mnie przyzwyczajała do widoku nagich piersi a potem uczyła
anatomii kobiety poza lekcjami biologii w szkole a do tego zmusiła do zgłębiania tematu
antykoncepcji tylko w sferze teorii. Jesteś moją pierwszą kobietą i jeśli mnie nie odtrącisz
pozostaniesz i ostatnią.
Iza delikatnie wyplątała się z jego objęć, mrucząc, że za moment zemdleje z braku dopływu
powietrza tkwiąc z twarzą przyciśniętą do jego klatki piersiowej.
Pociągnęła go na tapczan, mówiąc, że porozmawiają dalej w pozycji horyzontalnej- wszak
zawsze najlepiej im się rozmawiało właśnie leżąc obok siebie i niemal szepcząc.
Długo rozmawiali omawiając swe przyszłe życie.
Oczywiście Iza nie byłaby sobą gdyby coś nie palnęła . Tuląc się do Jacka wyszeptała- no
i wychodzi na to, że nigdzie nie pójdę z bardzo przystojnym Aleksem. Jedyną odpowiedzią
Jacka była lawina konkretnych pieszczot. Z trudem zdążyli na obiad.
Gdy wracali ze stołówki Jacek powiedział - już wiem co robią ci nasi wczasowicze- to mądrzy
ludzie - oni po obiedzie śpią i powinniśmy zrobić to samo, ale w domku, nie na zewnątrz.
Otworzymy szeroko okno i nie zaciągniemy zasłony. Siatka ochronna w oknie jest szczelna.
Pół metra od naszego okna rośnie jakiś krzak, za nim już jest siatka , potem metr do brzegu
zalewu a nikt nigdy tamtędy nie chodzi, nie ma dokąd, drogę zamyka budynek stołówki.
No i jak, mam jechać i szukać ogrodnika? Bo z bukietem to mam zamiar przyjść do Twoich
rodziców i jak tradycja każe prosić wujka, tfu, chciałem powiedzieć twego tatę o twą rękę.
Cóż za zubożenie tradycji- zaśmiała się Iza. Wpierw powinna przyjść do jednych i drugich
swatka. Tylko skąd ją wziąć? Ja mam inny plan - zaprosimy swoich rodziców do Baszty na
obiad i w trakcie obiadu ich poinformujemy o swoich planach. Zarezerwuję wcześniej
miejsca i zapłacę orientacyjny rachunek- mam "fundusz ślubny" z prywatnych fuch.
No to będziemy to załatwiać razem, bo jak cię znam to jeszcze zamówisz dla mnie w ramach
deseru występy nagich dziewczyn- zaśmiał się Jacek.
Oj, to ty jeszcze wciąż mało mnie znasz - myślałam raczej o tym, że sama wystąpię w stroju
odaliski i razem z Aleksem odtańczymy taniec erotyczny, dla ciebie. Żebyś był pewien co do
mnie czujesz.
Włącz muzykę z tej kasety z czerwonym serduszkiem, dawno nie tańczyłam z tobą na golasa.
c.d.n.
sobota, 4 lipca 2020
Zastępstwo - III
Plan Izy zyskał bardziej niż pełną aprobatę Jacka. Samochód rodziców Jacka był nowszy,
zaledwie roczny, więc Jacek przekonywał Izę, że lepiej będzie wziąć ten.
Iza spędziła dwa dni "wisząc na telefonie" i szukając domku nad Zalewem. W końcu
"upolowała" domek w jednym z ośrodków, ale ze słabym dostępem do Zalewu, więc
zapewne tylko dlatego jeszcze były w tym ośrodku dostępne domki. Jak zapewniała
kierowniczka tego ośrodka to miała być w tym roku już zrobiona plaża, ale wypadła
z planu i jej nie ma. Ale dzięki temu w ośrodku nie ma rodzin z małolatami, jest cisza
i spokój i jest już czynna stołówka. Nazwisko Izy wydało się kierowniczce tego ośrodka
na tyle znajome, że aż zapytała się czy Iza może jest rodziną i tu wymieniła imię jej
ciotki. Iza przyznała się, że owszem, jest rodziną, więc zaraz dowiedziała się, że radość
pani kierowniczki z tegoż faktu jest niewymowna. A Iza pomyślała, że świat jest mały,
a ten mały kawałeczek świata położony nad Wisłą funkcjonuje głównie na układach
rodzinno-towarzyskich.
Każde z nich, nie będąc wcale pewne jak się ten pobyt potoczy zajęło się problemem
(tak na wszelki wypadek) antykoncepcji. Iza skontaktowała się w swoim miejscu pracy
z ginekologiem, wysłuchała wszystkiego co miał w tej materii do powiedzenia i do
doradzenia, została nazwana pieszczotliwie "córeczką" (fakt, że lekarz był chyba nawet
starszy od jej ojca), obdarowana francuskimi tabletkami antykoncepcyjnymi, pouczona
co może pójść nie tak i poproszona by tabletki już zaczęła łykać za 3 dni bo to będzie na
ich użycie właściwy dzień cyklu. Gdyby się po nich źle czuła, to ma je zużyć do końca,
ale koniecznie przyjść po inne , bo nie każdej kobiecie one służą. Nasłuchała się przy
okazji jaka to mądra z niej młoda kobieta.
Rodzice obojga na wieść, że oboje wybierają się gdzieś w siną dal, zastanawiali się po
cichu czy aby nie zostaną nagle dziadkami, ale ojciec Jacka stwierdził, że sporo wysiłku
jednak włożył w przygotowanie syna do życia,więc nie ma obawy- Jacek nie jest idiotą.
To samo twierdziła mama Izy w stosunku do swojej córki .
Tydzień później, z bagażnikiem załadowanym jak na wyprawę w dzikie ostępy Azji,
Jacek z Izą wyjechali. Do ośrodka mieli mniej niż 40 kilometrów - istny rzut beretem.
Wieczorem tego dnia rodzice obojga zjedli razem kolację, pomarzyli o tym, że może
jednak będą mieli z czasem wspólne wnuczęta, spełnili kilka toastów i zgodnie doszli
do wniosku że mają naprawdę fajne dzieci. Nigdy nie było z nimi kłopotów w szkole,
nie kłamali, nie palili, nie ćpali. Obie panie zgodnie stwierdziły, że właściwie to każda
z nich tak się czuje jakby miała dwoje dzieci a nie jedno.
A obgadywane dzieci już od kilku godzin urządzały się w domku nad zalewem.
Domek miał miniaturową łazienkę, dwa pojedyncze tapczaniki stojące pod dwiema
przeciwległymi ścianami, niewielki stolik, dwa krzesła , szafę w ścianie, w malutkim
przedpokoiku stały złożone dwa drewniane leżaki. Ich widok wzbudził w obojgu
wybuch śmiechu - kiedyś Jacek z impetem usiadł na leżaku, który był niezbyt dobrze
rozstawiony i znalazł się zupełnie niespodziewanie na podłożu. Iza nienawidziła tych
leżaków, bo kiedyś składając leżak wyposażony dodatkowo w podłokietniki omal
nie złamała sobie palca.
Ale tu nie groziło im używanie tych dziwnych mebli- mieli w bagażniku dwa turystyczne
fotele i stoliki, dwa turystyczne łóżka i...10m kabla, by można koło domku korzystać
z magnetofonu. Z pojemnego bagażnika Jacek wydostał jeszcze parasolki mocowane do
oparć fotelików lub ram łóżek, ekspres do kawy oraz turystyczną lodówkę, różne łakocie
i owoce a na końcu tzw. koc piknikowy,czyli koc ze spodnią stroną nieprzemakalną.
Dobrze, że mieli niedaleko do parkingu, więc wypatroszenie bagażnika przebiegło im
stosunkowo szybko.
Pobyt rozpoczęli od zrobienia sobie kawy, która w towarzystwie ciasta czekoladowego
upieczonego przez mamę Jacka smakowała wybornie.
Po tak miłym prologu poszli zwiedzać ośrodek- stołówka była w rozległym pawilonie,
którego oszklona ściana wychodziła na zalew. Z drugiej strony pawilonu były łazienki i
nieczynny kryty basen. Miał bardzo ładne kafelki, ale był nieczynny.Z bliżej nie znanego
powodu jego duże okna nie wychodziły za zalew, ale na ośrodek, co oboje uznali za
totalny nonsens.
Brzeg zalewu był obłożony wielkimi betonowymi płytami. Nie tylko nie było tu dostępu
do wody ale i nie dawało się w tym miejscu wylądować jakimś sprzętem pływającym.
Poza tym wszędzie przy brzegu było głęboko więc oboje bardzo się zastanawiali jakim
cudem mogła by tu być plaża. Nawiezienie wielu ton piachu nie było czymś niemożliwym,
nie mniej bardzo drogim, więc nic dziwnego, że plaża nie powstała.
Oboje dobrze znali ten akwen, przyjeżdżali tu do znajomych żeglarzy by dopingować
ich podczas zawodów i kilka razy po nim pływali. Utworzone w 1963r jezioro było głównie
zbiornikiem retencyjnym na Narwi, miało 41 km długości i 3,5 km szerokości.
Powstawało tu coraz więcej ośrodków wypoczynkowych i sportów wodnych. a plaża w Zegrzu przyciągała mieszkańców Warszawy w każdą letnią słoneczną niedzielę.
Podmiejski pociąg co godzinę wypluwał ze swego wnętrza tłum spragnionych wody, piachu
i słońca mieszkańców miasta.
Rodzice Jacka rozglądali się kiedyś za jakąś działką w tych okolicach, ale dwie wyprawy
w czasie których jechało się większość drogi w gigantycznym korku zraziły ich do tego
miejsca skutecznie.
Jacek stwierdził, że chyba przemeblują domek bo tapczaniki stoją stanowczo zbyt daleko
od siebie, więc najlepiej będzie je ustawić jeden obok drugiego.Co prawda wtedy będzie
się wchodziło wprost na nie, ale przecież nie będą tu nikogo gościć.
Na obiedzie do ich stolika dosiadła się kierowniczka ośrodka by wypytać Izę o jej ciotkę.
"Bo pani Melania tak lubiła tu przyjeżdżać, ale ona zawsze tu bywa w sierpniu i widziałam
w zarządzie, że teraz też na sierpień zarezerwowała domek. To pewnie ona państwa
namówiła na nasz ośrodek?"
Iza spokojnie wytłumaczyła, że gdy miała z 10 lat to była z wizytą u cioci spędzającej
tu urlop i stąd pamięta ten ośrodek. Pani kierowniczka porozpływała się jeszcze nad
zaletami pani Melanii, a potem poinformowała kelnerkę, że to rodzina kochanej p.Melanii.
Iza już od chwili odczuwała dziwną chęć schowania się pod stół lub założenia czapki
niewidki. Nie miała bladego pojęcia czym się jej ciotka zasłużyła w tym ośrodku. Jacek
w ramach ratowania Izy zaczął wychwalać konsumowany obiad, więc dostał podwójną ilość
owoców w kompocie. A tak naprawdę jedzenie było bardzo smaczne i nawet wielce
grymaśna Iza musiała to przyznać. Pani kierowniczka porozpływała się chwilę nad panią
Melanią i, ku zadowoleniu Izy, pozbawiła ich swego towarzystwa.
Słońce grzało, latające insekty bzyczały usypiająco, ośrodek wyglądał jak wymarły.
Zapewne goście, których widzieli w czasie obiadu (średnia wieku oscylowała pomiędzy
60 a 100 lat) wypoczywali po trudach konsumpcji. Jacek wyniósł z domku turystyczne
łóżka, każde nakrył flanelowym kocykiem, dodał małe jasieczki, przymocował do ram
parasolki. Iza w bardzo oszczędnym pod względem zużycia materiału kostiumie bikini
z radością wyciągnęła się na łóżku, skrywszy głowę w cieniu. Jacek chwilę postał nad
nią dopytując się czy aby nie trzeba jej czegoś przynieść, potem powiedział, że bardzo
lubi gdy widzi ją ubraną tak jakby wcale nie była ubrana, na co usłyszał ulubione ich
powiedzenie -"kocham pana, panie Sułku".
Jacek pomny celu głównego swego pobytu przyniósł z domku jakiś tekst francuski
z zakresu swych studiów oraz słownik i też wyciągnął się na łóżku. Nie minęło nawet
pół godziny gdy oboje spokojnie spali.
Chyba go nawet przez sen gryzło sumienie, że leniuchuje, bo obudził się pierwszy.
Z rozczuleniem przyglądał się śpiącej dziewczynie. Nie pierwszy raz widział ją
w czasie snu, ale pierwszy raz uświadomił sobie że darzy ją jednak wcale nie takim
bezpłciowym braterskim uczuciem. Pomyślał, że jego wyjazd na to stypendium to
zupełny idiotyzm, a taka rozłąka wcale mu nie rozjaśni w głowie. Patrzył na Izę tak,
jakby zobaczył ją po raz pierwszy. To nie była ta ulubiona "kumpelka" z którą się
nie jeden raz posprzeczał, która dokuczała mu, że nie ma żadnej dziewczyny, która
niespodziewanie zaprezentowała mu się w stroju topless i która zawsze mówiła mu
"kocham pana, panie Sułku" w chwilach gdy razem przeżywali jakieś pozytywne
emocje, albo gdy on zrobił coś tylko dla niej lub przez wzgląd na nią.
Jestem debilem, kompletnym debilem, tyle razy mówiła mi jak dziewczyny widzą świat,
a ja, kretyn, niczego nie zrozumiałem.
Siedział tuż obok niej lustrując centymetr po centymetrze jej ciało, powstrzymując się
od głaskania, które mogłoby ją obudzić. Wiedział, że ostatnie dwa dni miała ciężkie -
praca z dziećmi nie była lekka. Dzieci nie rozumiały dlaczego "ta ciocia" sprawia im
ból prostując lub zginając bolącą nóżkę lub rączkę.
Iza pomału otworzyła oczy, uśmiechnęła się i spytała- a co ty tak tu siedzisz zamiast
się uczyć?
Bo odganiam muchy i zastanawiam się czy pani Eliza naprawdę mnie kocha- odparł.
Załóż jakiś kawałek materiału na siebie i pojedziemy do "Budowlańców" na lody.
Pochowali wszystko do domku i pojechali w inne miejsce, do innego ośrodka,
dużego, z porządną kawiarnią, w którym wieczorami przygrywano do kotleta.
c.d.n.
zaledwie roczny, więc Jacek przekonywał Izę, że lepiej będzie wziąć ten.
Iza spędziła dwa dni "wisząc na telefonie" i szukając domku nad Zalewem. W końcu
"upolowała" domek w jednym z ośrodków, ale ze słabym dostępem do Zalewu, więc
zapewne tylko dlatego jeszcze były w tym ośrodku dostępne domki. Jak zapewniała
kierowniczka tego ośrodka to miała być w tym roku już zrobiona plaża, ale wypadła
z planu i jej nie ma. Ale dzięki temu w ośrodku nie ma rodzin z małolatami, jest cisza
i spokój i jest już czynna stołówka. Nazwisko Izy wydało się kierowniczce tego ośrodka
na tyle znajome, że aż zapytała się czy Iza może jest rodziną i tu wymieniła imię jej
ciotki. Iza przyznała się, że owszem, jest rodziną, więc zaraz dowiedziała się, że radość
pani kierowniczki z tegoż faktu jest niewymowna. A Iza pomyślała, że świat jest mały,
a ten mały kawałeczek świata położony nad Wisłą funkcjonuje głównie na układach
rodzinno-towarzyskich.
Każde z nich, nie będąc wcale pewne jak się ten pobyt potoczy zajęło się problemem
(tak na wszelki wypadek) antykoncepcji. Iza skontaktowała się w swoim miejscu pracy
z ginekologiem, wysłuchała wszystkiego co miał w tej materii do powiedzenia i do
doradzenia, została nazwana pieszczotliwie "córeczką" (fakt, że lekarz był chyba nawet
starszy od jej ojca), obdarowana francuskimi tabletkami antykoncepcyjnymi, pouczona
co może pójść nie tak i poproszona by tabletki już zaczęła łykać za 3 dni bo to będzie na
ich użycie właściwy dzień cyklu. Gdyby się po nich źle czuła, to ma je zużyć do końca,
ale koniecznie przyjść po inne , bo nie każdej kobiecie one służą. Nasłuchała się przy
okazji jaka to mądra z niej młoda kobieta.
Rodzice obojga na wieść, że oboje wybierają się gdzieś w siną dal, zastanawiali się po
cichu czy aby nie zostaną nagle dziadkami, ale ojciec Jacka stwierdził, że sporo wysiłku
jednak włożył w przygotowanie syna do życia,więc nie ma obawy- Jacek nie jest idiotą.
To samo twierdziła mama Izy w stosunku do swojej córki .
Tydzień później, z bagażnikiem załadowanym jak na wyprawę w dzikie ostępy Azji,
Jacek z Izą wyjechali. Do ośrodka mieli mniej niż 40 kilometrów - istny rzut beretem.
Wieczorem tego dnia rodzice obojga zjedli razem kolację, pomarzyli o tym, że może
jednak będą mieli z czasem wspólne wnuczęta, spełnili kilka toastów i zgodnie doszli
do wniosku że mają naprawdę fajne dzieci. Nigdy nie było z nimi kłopotów w szkole,
nie kłamali, nie palili, nie ćpali. Obie panie zgodnie stwierdziły, że właściwie to każda
z nich tak się czuje jakby miała dwoje dzieci a nie jedno.
A obgadywane dzieci już od kilku godzin urządzały się w domku nad zalewem.
Domek miał miniaturową łazienkę, dwa pojedyncze tapczaniki stojące pod dwiema
przeciwległymi ścianami, niewielki stolik, dwa krzesła , szafę w ścianie, w malutkim
przedpokoiku stały złożone dwa drewniane leżaki. Ich widok wzbudził w obojgu
wybuch śmiechu - kiedyś Jacek z impetem usiadł na leżaku, który był niezbyt dobrze
rozstawiony i znalazł się zupełnie niespodziewanie na podłożu. Iza nienawidziła tych
leżaków, bo kiedyś składając leżak wyposażony dodatkowo w podłokietniki omal
nie złamała sobie palca.
Ale tu nie groziło im używanie tych dziwnych mebli- mieli w bagażniku dwa turystyczne
fotele i stoliki, dwa turystyczne łóżka i...10m kabla, by można koło domku korzystać
z magnetofonu. Z pojemnego bagażnika Jacek wydostał jeszcze parasolki mocowane do
oparć fotelików lub ram łóżek, ekspres do kawy oraz turystyczną lodówkę, różne łakocie
i owoce a na końcu tzw. koc piknikowy,czyli koc ze spodnią stroną nieprzemakalną.
Dobrze, że mieli niedaleko do parkingu, więc wypatroszenie bagażnika przebiegło im
stosunkowo szybko.
Pobyt rozpoczęli od zrobienia sobie kawy, która w towarzystwie ciasta czekoladowego
upieczonego przez mamę Jacka smakowała wybornie.
Po tak miłym prologu poszli zwiedzać ośrodek- stołówka była w rozległym pawilonie,
którego oszklona ściana wychodziła na zalew. Z drugiej strony pawilonu były łazienki i
nieczynny kryty basen. Miał bardzo ładne kafelki, ale był nieczynny.Z bliżej nie znanego
powodu jego duże okna nie wychodziły za zalew, ale na ośrodek, co oboje uznali za
totalny nonsens.
Brzeg zalewu był obłożony wielkimi betonowymi płytami. Nie tylko nie było tu dostępu
do wody ale i nie dawało się w tym miejscu wylądować jakimś sprzętem pływającym.
Poza tym wszędzie przy brzegu było głęboko więc oboje bardzo się zastanawiali jakim
cudem mogła by tu być plaża. Nawiezienie wielu ton piachu nie było czymś niemożliwym,
nie mniej bardzo drogim, więc nic dziwnego, że plaża nie powstała.
Oboje dobrze znali ten akwen, przyjeżdżali tu do znajomych żeglarzy by dopingować
ich podczas zawodów i kilka razy po nim pływali. Utworzone w 1963r jezioro było głównie
zbiornikiem retencyjnym na Narwi, miało 41 km długości i 3,5 km szerokości.
Powstawało tu coraz więcej ośrodków wypoczynkowych i sportów wodnych. a plaża w Zegrzu przyciągała mieszkańców Warszawy w każdą letnią słoneczną niedzielę.
Podmiejski pociąg co godzinę wypluwał ze swego wnętrza tłum spragnionych wody, piachu
i słońca mieszkańców miasta.
Rodzice Jacka rozglądali się kiedyś za jakąś działką w tych okolicach, ale dwie wyprawy
w czasie których jechało się większość drogi w gigantycznym korku zraziły ich do tego
miejsca skutecznie.
Jacek stwierdził, że chyba przemeblują domek bo tapczaniki stoją stanowczo zbyt daleko
od siebie, więc najlepiej będzie je ustawić jeden obok drugiego.Co prawda wtedy będzie
się wchodziło wprost na nie, ale przecież nie będą tu nikogo gościć.
Na obiedzie do ich stolika dosiadła się kierowniczka ośrodka by wypytać Izę o jej ciotkę.
"Bo pani Melania tak lubiła tu przyjeżdżać, ale ona zawsze tu bywa w sierpniu i widziałam
w zarządzie, że teraz też na sierpień zarezerwowała domek. To pewnie ona państwa
namówiła na nasz ośrodek?"
Iza spokojnie wytłumaczyła, że gdy miała z 10 lat to była z wizytą u cioci spędzającej
tu urlop i stąd pamięta ten ośrodek. Pani kierowniczka porozpływała się jeszcze nad
zaletami pani Melanii, a potem poinformowała kelnerkę, że to rodzina kochanej p.Melanii.
Iza już od chwili odczuwała dziwną chęć schowania się pod stół lub założenia czapki
niewidki. Nie miała bladego pojęcia czym się jej ciotka zasłużyła w tym ośrodku. Jacek
w ramach ratowania Izy zaczął wychwalać konsumowany obiad, więc dostał podwójną ilość
owoców w kompocie. A tak naprawdę jedzenie było bardzo smaczne i nawet wielce
grymaśna Iza musiała to przyznać. Pani kierowniczka porozpływała się chwilę nad panią
Melanią i, ku zadowoleniu Izy, pozbawiła ich swego towarzystwa.
Słońce grzało, latające insekty bzyczały usypiająco, ośrodek wyglądał jak wymarły.
Zapewne goście, których widzieli w czasie obiadu (średnia wieku oscylowała pomiędzy
60 a 100 lat) wypoczywali po trudach konsumpcji. Jacek wyniósł z domku turystyczne
łóżka, każde nakrył flanelowym kocykiem, dodał małe jasieczki, przymocował do ram
parasolki. Iza w bardzo oszczędnym pod względem zużycia materiału kostiumie bikini
z radością wyciągnęła się na łóżku, skrywszy głowę w cieniu. Jacek chwilę postał nad
nią dopytując się czy aby nie trzeba jej czegoś przynieść, potem powiedział, że bardzo
lubi gdy widzi ją ubraną tak jakby wcale nie była ubrana, na co usłyszał ulubione ich
powiedzenie -"kocham pana, panie Sułku".
Jacek pomny celu głównego swego pobytu przyniósł z domku jakiś tekst francuski
z zakresu swych studiów oraz słownik i też wyciągnął się na łóżku. Nie minęło nawet
pół godziny gdy oboje spokojnie spali.
Chyba go nawet przez sen gryzło sumienie, że leniuchuje, bo obudził się pierwszy.
Z rozczuleniem przyglądał się śpiącej dziewczynie. Nie pierwszy raz widział ją
w czasie snu, ale pierwszy raz uświadomił sobie że darzy ją jednak wcale nie takim
bezpłciowym braterskim uczuciem. Pomyślał, że jego wyjazd na to stypendium to
zupełny idiotyzm, a taka rozłąka wcale mu nie rozjaśni w głowie. Patrzył na Izę tak,
jakby zobaczył ją po raz pierwszy. To nie była ta ulubiona "kumpelka" z którą się
nie jeden raz posprzeczał, która dokuczała mu, że nie ma żadnej dziewczyny, która
niespodziewanie zaprezentowała mu się w stroju topless i która zawsze mówiła mu
"kocham pana, panie Sułku" w chwilach gdy razem przeżywali jakieś pozytywne
emocje, albo gdy on zrobił coś tylko dla niej lub przez wzgląd na nią.
Jestem debilem, kompletnym debilem, tyle razy mówiła mi jak dziewczyny widzą świat,
a ja, kretyn, niczego nie zrozumiałem.
Siedział tuż obok niej lustrując centymetr po centymetrze jej ciało, powstrzymując się
od głaskania, które mogłoby ją obudzić. Wiedział, że ostatnie dwa dni miała ciężkie -
praca z dziećmi nie była lekka. Dzieci nie rozumiały dlaczego "ta ciocia" sprawia im
ból prostując lub zginając bolącą nóżkę lub rączkę.
Iza pomału otworzyła oczy, uśmiechnęła się i spytała- a co ty tak tu siedzisz zamiast
się uczyć?
Bo odganiam muchy i zastanawiam się czy pani Eliza naprawdę mnie kocha- odparł.
Załóż jakiś kawałek materiału na siebie i pojedziemy do "Budowlańców" na lody.
Pochowali wszystko do domku i pojechali w inne miejsce, do innego ośrodka,
dużego, z porządną kawiarnią, w którym wieczorami przygrywano do kotleta.
c.d.n.
piątek, 3 lipca 2020
Zastępstwo - II
Po kilku minutach rozmowy o niczym, czyli o pogodzie, wystroju kawiarni i zawartości
karty dań, Jacek poinformował Izę, że dostał roczne stypendium we Francji i zaraz po
wakacjach wyjedzie, no a wakacje będzie miał pod znakiem uzupełniania języka, bo
podejrzewa, że to czego nauczył się w szkole to stanowczo za mało. Tak więc już wie,
że wakacje ma już "zorganizowane", czyli trenowanie francuskiego od rana do wieczora.
Aleks z kolei czekał na stypendium do Niemiec-marzył mu się pobyt na którejś z uczelni
w RFN, ale nie miał złudzeń - bardziej prawdopodobne było stypendium w NRD.
Iza lustrowała kątem oka Aleksa- był bardzo przystojnym szatynem, widać było, że dba
o swój wygląd - dobrze ostrzyżony, zadbane ręce zdradzały, że manikiurzystka to ich
dobra znajoma, w sumie wyglądał znacznie lepiej niż większość polskich studentów.
Aleks dość szybko uporał się z kawą, zerknął na zegarek i oświadczył, że "niestety
musi lecieć", a ściskając rękę Izy powiedział, że ma nadzieję na rychłe ponowne
spotkanie.
Gdy Aleks zniknął w drzwiach kawiarni Iza zapytała lodowatym tonem czemu o tym
stypendium ona dowiaduje się dopiero dziś i to w chwili, gdy ono już jest przyznane,
a do wyjazdu zostały raptem dwa miesiące.
Nie mówiłem , że złożyłem, bo tych podań leży tam chyba tona. Nie liczyłem na to,
że je dostanę. Złożyłem "rzutem na taśmę" bo wyczytałem, że właśnie mija termin
składania wniosków. Widocznie tym razem brali "z wierzchu" a nie w kolejności
składania zgłoszeń. Albo chętniej kierują na stypendium nim student zakończy tu
studia niż na stypendia po magisterium. Bo wielu tych po magisterium już do Polski
nie wraca po stypendium. Poza tym te po magisterium z reguły bywają dwuletnie.
Wiesz belissima, porozmawiamy o tym gdy stąd wyjdziemy. A teraz przyjmij do
wiadomości, że wyglądasz w tej nowej kreacji wybornie. Choć jakaś bledziutka
dziś jesteś. O której musisz być w pracy? A jak ci się Aleks spodobał?
W pracy wcale nie muszę dziś być, za to jutro spędzę tam 10 godzin, może więcej.
Aleks? Nooo, ładny facet, dobrze ubrany, zadbany, niemal twoja kopia. Tyle tylko
mogę o nim powiedzieć. A jak ma w głowie to nie wiem. Za krótko rozmawialiśmy.
Poza tym nie jestem na etapie szukania faceta. Nie zauważyłeś tego?
Jacek, dopij kawę, płacimy i wychodzimy.
Gdy wyszli z kawiarni Iza zaciągnęła jeszcze Jacka do Cepelii, gdzie z jego pomocą
wybrała dla siebie materiał na sukienkę, wspólnie wybrali malowany na szkle
obrazek, który miał zawisnąć nad biurkiem ojca Jacka.
Pojechali do domu Izy, by porozmawiać o tym stypendium. Matka Izy pochwaliła
zakupy, wykazała chęć nakarmienia obojga, ale młodzi nie byli głodni, więc tylko
oznajmiła, że ona idzie na aerobik a "tata nie wróci bo dopiero co pojechał
z ojcem Jacka na działkę, bo kupili deski na szopę i zostaną tam kilka dni".
Gdy za matką zamknęły się drzwi Iza natychmiast zapytała o to stypendium. Bo
przecież Jacek już zaczął pisać pracę magisterską i co? - przerwie pisanie? To było
pierwsze pytanie a drugie- po co przyszedł z tym Aleksem?
Belissima- pracę magisterską będę pisał tam, wrócę z gotową pracą. Aleks będzie
tu zastępował mnie u twego boku -gdy będziesz chciała pójść do teatru, na koncert,
do kina lub gdzieś na spacer- wystarczy że zatelefonujesz do niego, najlepiej ze dwa
dni wcześniej. Nie będzie cię podrywał, zakochany jest w pewnej Niemce i czeka
na to stypendium jak kania na deszcz.
A ja stwierdziłem ostatnio, że ty i ja tworzymy dziwną parę - jestem do ciebie wprost
nieziemsko przywiązany, ale wciąż nie wiem jakie uczucie nas łączy - czy to taka
miłość jaka łączy rodzeństwo czy taka jaka łączy chłopaka z dziewczyną. Wiemy
o sobie bardzo dużo ze sfery intymnej, pieścimy się czasem ale nie przekraczamy
pewnej granicy. Znam twoje ciało "z widzenia", ty moje też, ale nie współżyjemy.
To stypendium i wymuszone nim oddalenie pomoże nam obojgu w rozeznaniu
naszych uczuć wobec siebie. Co prawda sama myśl o tym, że cię nie będę miał
obok powoduje niemal zamieranie bicia mego serca, ale będzie lepiej dla nas,
dla naszej przyszłości, gdy się na trochę rozstaniemy, nabierzemy dystansu do tego
co nas łączy. W czerwcu przyszłego roku spotkamy się na nowo, tak jak wtedy
gdy się spotkaliśmy na egzaminie do liceum - pamiętasz jak oboje się baliśmy?
Pamiętam - ale nie o to teraz chodzi. Przecież powinieneś to wszystko powiedzieć
mi wcześniej, a nie nagle przyprowadzać swego nieznanego mi kumpla i jeszcze mi
mówić, że on cię będzie zastępował w towarzyszeniu mi do kina lub teatru. A nie
boisz się, że może ja nagle się w nim zakocham i nawet jego zakochanie w jakiejś
Niemce nie przeszkodzi jemu i mnie w zbliżeniu się do siebie?
Nie mogę się tylko nadziwić, że złożyłeś papiery a nic mi nawet nie wspomniałeś
o tym skoro normalnie to mi mówisz o wszystkim, nawet o zupełnych drobiazgach,
nawet o tym, że zgubiłeś długopis. I jeszcze za moimi plecami uzgadniasz z Aleksem
że będzie ze mną chodził do kina, do teatru, a może już też mu powiedziałeś gdzie ma
mnie głaskać,żeby mnie pocieszyć lub odprężyć gdy jestem zestresowana!
Przecież nie jestem twoim zwierzątkiem domowym! Jesteś jakiś nienormalny chyba!
Iza- dziś mamy czwartek, papiery złożyłem w poniedziałek, a my widzieliśmy się ostatni
raz w niedzielę i wtedy umówiliśmy się na dziś. Akceptację dostałem dziś rano, ledwo
uwierzyłem własnym oczom, bo dopiero co złożyłem papiery. Nie wiem, może nie było
chętnych przez ten francuski. Teraz tylko dziwolągi uczą się francuskiego.
Osoba Aleksa przyszła mi na myśl wczoraj - jest bardzo inteligentny, kulturalny, w twoim
typie pod względem urody i jak zauważyłem i ty mu się spodobałaś. Widział nas kiedyś
w klubie i pytał się, czy jesteś moją dziewczyną.
Wiem jakie masz wymagania wobec facetów i wiem z jakim trudem nawiązujesz nowe
znajomości. W poprzednie wakacje gdy byłem ze starymi u ciotki na Słowacji to ani razu
nie byłaś w kinie, siedziałaś wciąż po pracy w domu, a niedziele spędzałaś ze swoimi na
naszej działce. Wiem o tym, bo nasze matki o tym rozmawiały, a moja mi o tym potem
doniosła.
Zależy mi na tym wyjeździe, ale przeraża mnie myśl, że będziesz siedzieć wciąż w domu.
Aleksowi nic nie mówiłem, miałem zamiar tylko zapytać się go, czy w razie gdybyś
w czasie mojej nieobecności miała jakiś problem natury towarzyskiej np. wypad na koncert
to czy mogłabyś do niego zadzwonić żebyście poszli razem.
Nie dałbym mu twojego numeru telefonu, tylko tobie jego numer.
Boję się tej rozłąki, ale jednocześnie wiem, że jest nam potrzebne żebyśmy spojrzeli na siebie
z pewnej odległości.
Jeśli to co jest między nami ma się rozlecieć bo my w ciągu kilku miesięcy będziemy się
widzieć za dwa razy, albo góra trzy, to lepiej by się to rozleciało teraz a nie gdy się pobierzemy.
Bo ja wciąż myślę o tym, że będziemy jednak małżeństwem.
Wiem, mówiłem o tym tylko raz, zaraz po maturze, a ty wtedy powiedziałaś, że nie jest to
niemożliwe wtedy, gdy będziemy już naprawdę dorośli i każde z nas będzie miało zawód
w ręce. Ty już masz, ja będę miał za rok.
Długą chwilę żadne z nich nic nie mówiło, wreszcie ciszę przerwała Iza.
Ja ciągle nie mogę pojąć dlaczego trzeba brać ślub żeby można być zameldowanymi pod
jednym dachem i żyć ze sobą. To, że jakiś urzędniczyna poświadczy swym podpisem, że
w jego obecności obiecaliśmy sobie być razem jakoś nie wpływa wcale na trwałość tych
małżeństw, o czym oboje wiemy, bo i w twojej rodzinie i w mojej co drugi związek jest
nieudany, ale za to poprawia byt adwokatom. Przynajmniej 5% dzieci ze związków
małżeńskich ma innego ojca biologicznego niż ten oficjalnie zgłoszony. To tylko dane
szacunkowe - no i nie z Polski ale z Wielkiej Brytanii. I wychodzi to na jaw dopiero wtedy
gdy dziecko ma jakąś skomplikowaną chorobę genetyczną, dziedziczoną wprost rodzic -
dziecko.
Poza tym małżeństwo to jednak posiadanie dziecka, a ja już ci mówiłam -boję się, bardzo
się boję, że moje dziecko może mieć np. zespół Downa lub DPM. Tak się tego boję, że
aż mi przechodzi ochota na seks. Może powinnam zmienić pracę i zająć się rehabilitacją
staruszków, to się będę wtedy bała skutków starości.
Belissima, nie podejrzewasz chyba mnie o to, że zmajstrowałbym nam dziecko.Dziecka
to na razie i ja nie pragnę, a temat antykoncepcji razem kiedyś zgłębiliśmy od strony
teoretycznej. I to jeszcze w liceum, gdy nie pracowałaś z maluszkami.
Czasami wydaje mi się, że jesteśmy rodzeństwem, innym razem że małżeństwem.
Takim starym , dobrym małżeństwem, w którym każde w jakiś sposób wie co mysli to
drugie.
Czy wiesz, że przez te cztery lata liceum to widywaliśmy się i rozmawialiśmy dzień
w dzień jak rok długi? I w czasie roku szkolnego i w wakacje.
Do dziś nie wiem jakim cudem zdałem wtedy ten wstępny egzamin bo cały czas miałem
przed oczami ciebie, twoją skupioną i przerażoną buzię i twą lewą rękę skubiącą
nerwowo mankiet bluzki.
A ja pamiętam tylko, że miałam całkowitą pustkę w głowie i strasznie się bałam, że
nie dostanę się do tej wymarzonej szkoły, choć dobrze wiedziałam, że papiery moje
w innej szkole zrobiły super wrażenie- czerwony pasek od pierwszej do ósmej
klasy miały tam znaczenie i mogłam być spokojna, że mnie tam przyjmą, bez egzaminu.
Nie wiem Jacusiu, ale naszą przyjaźń niemal od pierwszej chwili traktowałam jak coś
tak oczywistego i normalnego, że się nawet nad tym nie zastanawiałam. No i fajnie
było, że nikt w klasie nie wiedział o tym.
Może masz rację, że powinniśmy się nam samym przyjrzeć z pewnego oddalenia.
I może w tym roku urlop spędzimy nie na działce a np. nad Zalewem? Przyrzekam,
nie będę ci przeszkadzała w nauce francuskiego.Weźmiemy sobie domek, pożyczymy
samochód od moich rodziców albo od twoich i będzie nieco inaczej niż dotąd.
Jak ci się to widzi?
c.d.n.
karty dań, Jacek poinformował Izę, że dostał roczne stypendium we Francji i zaraz po
wakacjach wyjedzie, no a wakacje będzie miał pod znakiem uzupełniania języka, bo
podejrzewa, że to czego nauczył się w szkole to stanowczo za mało. Tak więc już wie,
że wakacje ma już "zorganizowane", czyli trenowanie francuskiego od rana do wieczora.
Aleks z kolei czekał na stypendium do Niemiec-marzył mu się pobyt na którejś z uczelni
w RFN, ale nie miał złudzeń - bardziej prawdopodobne było stypendium w NRD.
Iza lustrowała kątem oka Aleksa- był bardzo przystojnym szatynem, widać było, że dba
o swój wygląd - dobrze ostrzyżony, zadbane ręce zdradzały, że manikiurzystka to ich
dobra znajoma, w sumie wyglądał znacznie lepiej niż większość polskich studentów.
Aleks dość szybko uporał się z kawą, zerknął na zegarek i oświadczył, że "niestety
musi lecieć", a ściskając rękę Izy powiedział, że ma nadzieję na rychłe ponowne
spotkanie.
Gdy Aleks zniknął w drzwiach kawiarni Iza zapytała lodowatym tonem czemu o tym
stypendium ona dowiaduje się dopiero dziś i to w chwili, gdy ono już jest przyznane,
a do wyjazdu zostały raptem dwa miesiące.
Nie mówiłem , że złożyłem, bo tych podań leży tam chyba tona. Nie liczyłem na to,
że je dostanę. Złożyłem "rzutem na taśmę" bo wyczytałem, że właśnie mija termin
składania wniosków. Widocznie tym razem brali "z wierzchu" a nie w kolejności
składania zgłoszeń. Albo chętniej kierują na stypendium nim student zakończy tu
studia niż na stypendia po magisterium. Bo wielu tych po magisterium już do Polski
nie wraca po stypendium. Poza tym te po magisterium z reguły bywają dwuletnie.
Wiesz belissima, porozmawiamy o tym gdy stąd wyjdziemy. A teraz przyjmij do
wiadomości, że wyglądasz w tej nowej kreacji wybornie. Choć jakaś bledziutka
dziś jesteś. O której musisz być w pracy? A jak ci się Aleks spodobał?
W pracy wcale nie muszę dziś być, za to jutro spędzę tam 10 godzin, może więcej.
Aleks? Nooo, ładny facet, dobrze ubrany, zadbany, niemal twoja kopia. Tyle tylko
mogę o nim powiedzieć. A jak ma w głowie to nie wiem. Za krótko rozmawialiśmy.
Poza tym nie jestem na etapie szukania faceta. Nie zauważyłeś tego?
Jacek, dopij kawę, płacimy i wychodzimy.
Gdy wyszli z kawiarni Iza zaciągnęła jeszcze Jacka do Cepelii, gdzie z jego pomocą
wybrała dla siebie materiał na sukienkę, wspólnie wybrali malowany na szkle
obrazek, który miał zawisnąć nad biurkiem ojca Jacka.
Pojechali do domu Izy, by porozmawiać o tym stypendium. Matka Izy pochwaliła
zakupy, wykazała chęć nakarmienia obojga, ale młodzi nie byli głodni, więc tylko
oznajmiła, że ona idzie na aerobik a "tata nie wróci bo dopiero co pojechał
z ojcem Jacka na działkę, bo kupili deski na szopę i zostaną tam kilka dni".
Gdy za matką zamknęły się drzwi Iza natychmiast zapytała o to stypendium. Bo
przecież Jacek już zaczął pisać pracę magisterską i co? - przerwie pisanie? To było
pierwsze pytanie a drugie- po co przyszedł z tym Aleksem?
Belissima- pracę magisterską będę pisał tam, wrócę z gotową pracą. Aleks będzie
tu zastępował mnie u twego boku -gdy będziesz chciała pójść do teatru, na koncert,
do kina lub gdzieś na spacer- wystarczy że zatelefonujesz do niego, najlepiej ze dwa
dni wcześniej. Nie będzie cię podrywał, zakochany jest w pewnej Niemce i czeka
na to stypendium jak kania na deszcz.
A ja stwierdziłem ostatnio, że ty i ja tworzymy dziwną parę - jestem do ciebie wprost
nieziemsko przywiązany, ale wciąż nie wiem jakie uczucie nas łączy - czy to taka
miłość jaka łączy rodzeństwo czy taka jaka łączy chłopaka z dziewczyną. Wiemy
o sobie bardzo dużo ze sfery intymnej, pieścimy się czasem ale nie przekraczamy
pewnej granicy. Znam twoje ciało "z widzenia", ty moje też, ale nie współżyjemy.
To stypendium i wymuszone nim oddalenie pomoże nam obojgu w rozeznaniu
naszych uczuć wobec siebie. Co prawda sama myśl o tym, że cię nie będę miał
obok powoduje niemal zamieranie bicia mego serca, ale będzie lepiej dla nas,
dla naszej przyszłości, gdy się na trochę rozstaniemy, nabierzemy dystansu do tego
co nas łączy. W czerwcu przyszłego roku spotkamy się na nowo, tak jak wtedy
gdy się spotkaliśmy na egzaminie do liceum - pamiętasz jak oboje się baliśmy?
Pamiętam - ale nie o to teraz chodzi. Przecież powinieneś to wszystko powiedzieć
mi wcześniej, a nie nagle przyprowadzać swego nieznanego mi kumpla i jeszcze mi
mówić, że on cię będzie zastępował w towarzyszeniu mi do kina lub teatru. A nie
boisz się, że może ja nagle się w nim zakocham i nawet jego zakochanie w jakiejś
Niemce nie przeszkodzi jemu i mnie w zbliżeniu się do siebie?
Nie mogę się tylko nadziwić, że złożyłeś papiery a nic mi nawet nie wspomniałeś
o tym skoro normalnie to mi mówisz o wszystkim, nawet o zupełnych drobiazgach,
nawet o tym, że zgubiłeś długopis. I jeszcze za moimi plecami uzgadniasz z Aleksem
że będzie ze mną chodził do kina, do teatru, a może już też mu powiedziałeś gdzie ma
mnie głaskać,żeby mnie pocieszyć lub odprężyć gdy jestem zestresowana!
Przecież nie jestem twoim zwierzątkiem domowym! Jesteś jakiś nienormalny chyba!
Iza- dziś mamy czwartek, papiery złożyłem w poniedziałek, a my widzieliśmy się ostatni
raz w niedzielę i wtedy umówiliśmy się na dziś. Akceptację dostałem dziś rano, ledwo
uwierzyłem własnym oczom, bo dopiero co złożyłem papiery. Nie wiem, może nie było
chętnych przez ten francuski. Teraz tylko dziwolągi uczą się francuskiego.
Osoba Aleksa przyszła mi na myśl wczoraj - jest bardzo inteligentny, kulturalny, w twoim
typie pod względem urody i jak zauważyłem i ty mu się spodobałaś. Widział nas kiedyś
w klubie i pytał się, czy jesteś moją dziewczyną.
Wiem jakie masz wymagania wobec facetów i wiem z jakim trudem nawiązujesz nowe
znajomości. W poprzednie wakacje gdy byłem ze starymi u ciotki na Słowacji to ani razu
nie byłaś w kinie, siedziałaś wciąż po pracy w domu, a niedziele spędzałaś ze swoimi na
naszej działce. Wiem o tym, bo nasze matki o tym rozmawiały, a moja mi o tym potem
doniosła.
Zależy mi na tym wyjeździe, ale przeraża mnie myśl, że będziesz siedzieć wciąż w domu.
Aleksowi nic nie mówiłem, miałem zamiar tylko zapytać się go, czy w razie gdybyś
w czasie mojej nieobecności miała jakiś problem natury towarzyskiej np. wypad na koncert
to czy mogłabyś do niego zadzwonić żebyście poszli razem.
Nie dałbym mu twojego numeru telefonu, tylko tobie jego numer.
Boję się tej rozłąki, ale jednocześnie wiem, że jest nam potrzebne żebyśmy spojrzeli na siebie
z pewnej odległości.
Jeśli to co jest między nami ma się rozlecieć bo my w ciągu kilku miesięcy będziemy się
widzieć za dwa razy, albo góra trzy, to lepiej by się to rozleciało teraz a nie gdy się pobierzemy.
Bo ja wciąż myślę o tym, że będziemy jednak małżeństwem.
Wiem, mówiłem o tym tylko raz, zaraz po maturze, a ty wtedy powiedziałaś, że nie jest to
niemożliwe wtedy, gdy będziemy już naprawdę dorośli i każde z nas będzie miało zawód
w ręce. Ty już masz, ja będę miał za rok.
Długą chwilę żadne z nich nic nie mówiło, wreszcie ciszę przerwała Iza.
Ja ciągle nie mogę pojąć dlaczego trzeba brać ślub żeby można być zameldowanymi pod
jednym dachem i żyć ze sobą. To, że jakiś urzędniczyna poświadczy swym podpisem, że
w jego obecności obiecaliśmy sobie być razem jakoś nie wpływa wcale na trwałość tych
małżeństw, o czym oboje wiemy, bo i w twojej rodzinie i w mojej co drugi związek jest
nieudany, ale za to poprawia byt adwokatom. Przynajmniej 5% dzieci ze związków
małżeńskich ma innego ojca biologicznego niż ten oficjalnie zgłoszony. To tylko dane
szacunkowe - no i nie z Polski ale z Wielkiej Brytanii. I wychodzi to na jaw dopiero wtedy
gdy dziecko ma jakąś skomplikowaną chorobę genetyczną, dziedziczoną wprost rodzic -
dziecko.
Poza tym małżeństwo to jednak posiadanie dziecka, a ja już ci mówiłam -boję się, bardzo
się boję, że moje dziecko może mieć np. zespół Downa lub DPM. Tak się tego boję, że
aż mi przechodzi ochota na seks. Może powinnam zmienić pracę i zająć się rehabilitacją
staruszków, to się będę wtedy bała skutków starości.
Belissima, nie podejrzewasz chyba mnie o to, że zmajstrowałbym nam dziecko.Dziecka
to na razie i ja nie pragnę, a temat antykoncepcji razem kiedyś zgłębiliśmy od strony
teoretycznej. I to jeszcze w liceum, gdy nie pracowałaś z maluszkami.
Czasami wydaje mi się, że jesteśmy rodzeństwem, innym razem że małżeństwem.
Takim starym , dobrym małżeństwem, w którym każde w jakiś sposób wie co mysli to
drugie.
Czy wiesz, że przez te cztery lata liceum to widywaliśmy się i rozmawialiśmy dzień
w dzień jak rok długi? I w czasie roku szkolnego i w wakacje.
Do dziś nie wiem jakim cudem zdałem wtedy ten wstępny egzamin bo cały czas miałem
przed oczami ciebie, twoją skupioną i przerażoną buzię i twą lewą rękę skubiącą
nerwowo mankiet bluzki.
A ja pamiętam tylko, że miałam całkowitą pustkę w głowie i strasznie się bałam, że
nie dostanę się do tej wymarzonej szkoły, choć dobrze wiedziałam, że papiery moje
w innej szkole zrobiły super wrażenie- czerwony pasek od pierwszej do ósmej
klasy miały tam znaczenie i mogłam być spokojna, że mnie tam przyjmą, bez egzaminu.
Nie wiem Jacusiu, ale naszą przyjaźń niemal od pierwszej chwili traktowałam jak coś
tak oczywistego i normalnego, że się nawet nad tym nie zastanawiałam. No i fajnie
było, że nikt w klasie nie wiedział o tym.
Może masz rację, że powinniśmy się nam samym przyjrzeć z pewnego oddalenia.
I może w tym roku urlop spędzimy nie na działce a np. nad Zalewem? Przyrzekam,
nie będę ci przeszkadzała w nauce francuskiego.Weźmiemy sobie domek, pożyczymy
samochód od moich rodziców albo od twoich i będzie nieco inaczej niż dotąd.
Jak ci się to widzi?
c.d.n.
środa, 1 lipca 2020
Zastępstwo
Iza spojrzała na zegarek- była godzina do spotkania z Jackiem. Umówili się w Galerii
na MDM-ie.
Iza lubiła tę kawiarnię - podawali naprawdę dobrą kawę, ciastka były zawsze świeże,
stoliki stały niezbyt blisko siebie a co 2 lub 3 tygodnie zmieniały się obrazy wiszące na
ścianach kawiarni. Poza tym tuż obok był sklep firmowy jednej z lepszych firm
odzieżowych , w którym Iza często robiła zakupy. Teraz też postanowiła, że przed
spotkaniem zajrzy do sklepu - może będzie coś ciekawego?
Jacka znała od dawna - lubiła go, był całkiem przystojnym chłopakiem, spotykali
się dość często, ale gdy kiedyś Jacek przedstawił ją swemu koledze mówiąc o niej
"moja dziewczyna" - ofuknęła go ostro. Jacek się poczuł nieco dotknięty i przez
dwa tygodnie ani razu do niej nie zatelefonował. Ale Iza wiedziała, że i tak się
spotkają wkrótce, bo będą urodziny jej ojca, na które zawsze przychodzili rodzice
Jacka i oczywiście Jacek też.
Rodzice obojga poznali się gdy Iza i Jacek byli jeszcze w liceum i bardzo się
zaprzyjaźnili. Rodzice Jacka mieli działkę dość daleko od miasta i jeden miesiąc
wakacji dwie rodziny spędzały pod jednym dachem. Iza z Jackiem włóczyli się po
lesie, chodzili do ośrodka wczasowego gdzie był dostępny basen, czasem w dwa
samochody wraz z rodzicami wyruszali na zwiedzanie okolic bliższych i dalszych.
Gdy byli w II klasie liceum całe wakacje Iza spędziła na działce - w lipcu byli
oboje pod opieką mamy Jacka, w sierpniu jak zwykle mieli też być rodzice
Izy.
Tego lata wędrując brzegiem rzeki odkryli mikroskopijną plażę z trzech stron
osłoniętą nadrzecznymi krzakami. Była tak niewielka, że leżąc na piasku Jacek
stopami dosięgał wody.
No to ja się rozbiorę- stwierdziła Iza. To istne solarium jest - i szybko pozbyła
się części garderoby zostając tylko w niewiele kryjących majteczkach.
Złożyła starannie spodnie i na nich usiadła.
Jacek patrzył na nią lekko oszołomiony. W końcu pozostał w slipkach i z uporem
wpatrywał się w wodę.
Jacek- Iza trąciła go łokciem - pierwszy raz widzisz dziewczynę bez stanika?
Właściwie to tak, żadna się przy mnie nie rozebrała do gołego- wystękał.
Jacusiu- ja nie jestem goła, mam na sobie figi. Jestem w stroju topless. I jak?
podoba ci się mój strój? Możesz się patrzeć, mnie to nie przeszkadza. Tylko
nie dotykaj.
Iza - prowokujesz mnie - wyjęczał Jacek.
Nie Jacusiu - ja cię tylko przyzwyczajam do widoku gołych piersi, bo
w sierpniu Ty jedziesz z mamą do Francji, na Lazurowe Wybrzeże, a tam
na plaży będziesz widział nie jedną parę gołych cycków a setki - mniejszych,
większych, ładniejszych niż moje ale zapewne też i brzydszych niż moje.
Zmyślasz - stwierdził Jacek.
Nie zmyślam - ja to wiem, bo podsłuchałam naszych starych. Pociesz się tylko,
że ja też tam będę i moja matka.
My z matkami na Lazurowe Wybrzeże a nasi ojcowie na wycieczkę objazdową
autokarem - "Zamki nad Loarą".
I nasze matki będą paradować z gołymi piersiami na plaży? Nie wierzę -
Jacek aż potrząsnął przecząco głową. Głupio bym się czuł widząc piersi swojej
matki.
No popatrz, a nie przeszkadzało ci to ssać mleka z tych piersi - zaśmiała się.
Jacek to taka sama część ciała jak ręka czy noga.
Może i taka sama, ale piersi mają strefę erogenną-zaoponował Jacek.
No to ja mam widocznie niewłaściwe piersi- strefę erogenną mam w zupełnie
innym miejscu. Ale ci nie powiem gdzie. Może kiedyś będę chciała byś ją
odszukał i to będzie przednia zabawa.
Choć, popływamy chwilę i pójdziemy do domu.
W kilka dni później ich rodzice poinformowali oboje, że w sierpniu obie panie
z "młodzieżą" jadą do Nicei - to nagroda dla obojga za dobrą naukę.
A ojcowie w tym czasie pojadą na autokarową wycieczkę "Zamki nad Loarą."
Iza świetnie odegrała wielkie zaskoczenie i radość a gdy razem z Jackiem nakrywali
stół na tarasie, Jacek szepnął - powinnaś chyba iść do szkoły teatralnej. Dobrze
wypadłaś w tej roli uradowanego dziecka.
Iza roześmiała się - ależ ja naprawdę się cieszę, nie musiałam udawać radości.
Od tamtej pory minęło kilka lat, nadal tworzyli dwie zgrane i zaprzyjaźnione rodziny.
Jacek i Iza nadal się przyjaźnili, bardzo dużo o sobie wiedzieli, często się spotykali,
Opowiadali sobie wzajemnie o wszystkim - o swych sympatiach i antypatiach,
o marzeniach, zachciankach, smutkach i radościach.
Oboje sobie zdawali sprawę z faktu, że taka przyjaźń nie często się zdarza. Iza
opowiadała o swoich małych pacjentach, mówiła o tym, że praca z tymi dziećmi
daje wiele satysfakcji ale zasiała również w niej strach przed posiadaniem
dziecka, bo nigdy do końca nie jest wiadomo czy na świat przyjdzie zdrowe,
pełnosprawne dziecko, choć oboje rodzice młodzi, zdrowi, ciąża była zadbana,
cały czas pod kontrolą lekarską a dziecko "uszkodzone" jak mawiali lekarze.
Wizyta w firmowym sklepie okazała się wielce owocna. Iza zakupiła "ostatni
krzyk mody" czyli dżersejowe spodnium w atrakcyjnym ciemnofioletowym
kolorze w delikatny konturowy wzór lilii burbońskich. Tak się sobie spodobała
w tym stroju, że do firmowej torebki spakowała to, w czym trafiła do sklepu.
Wychodząc przeszła powoli wzdłuż ściany luster kontrolując swe odbicie i
zastanawiając się jakie wrażenie sprawi jej wygląd na Jacku. Bo nie dało się
ukryć, że w tym spodnium wyglądała świetnie.
Doskonale wiedziała, że podoba mu się, zresztą oboje często zapewniali się
wzajemnie o tym, że się lubią. Iza często używała zwrotu "Jacusiu, kochanie",
a Jacek często mówił do niej "belissima".
Przez te kilka lat każde z nich miało w pewnym sensie "dwa komplety"
rodziców.
Po liceum Iza poszła do studium dla rehabilitantów, Jacek zaś rozpoczął
studia na wydziale biotechnologii.
Iza weszła do kawiarni wystudiowanym krokiem modelki - już z daleka
zobaczyła, że Jacek siedzi z jakimś nieznanym jej młodym mężczyzną.
Jacek dokonał wzajemnej prezentacji- to jest Aleks, kolega z mojego
wydziału, a to - prawie moja siostra i prawie moja dziewczyna.
W tym momencie Iza skrzywiła się lekko, ale powstrzymała się od jakiegoś
komentarza, tym bardziej, że podeszła kelnerka by wziąć zamówienie.
P.S.
ciąg dalszy na pewno nastąpi a miłych czytaczy proszę o zostawienie małego
znaczka - ;( lub ;)
na MDM-ie.
Iza lubiła tę kawiarnię - podawali naprawdę dobrą kawę, ciastka były zawsze świeże,
stoliki stały niezbyt blisko siebie a co 2 lub 3 tygodnie zmieniały się obrazy wiszące na
ścianach kawiarni. Poza tym tuż obok był sklep firmowy jednej z lepszych firm
odzieżowych , w którym Iza często robiła zakupy. Teraz też postanowiła, że przed
spotkaniem zajrzy do sklepu - może będzie coś ciekawego?
Jacka znała od dawna - lubiła go, był całkiem przystojnym chłopakiem, spotykali
się dość często, ale gdy kiedyś Jacek przedstawił ją swemu koledze mówiąc o niej
"moja dziewczyna" - ofuknęła go ostro. Jacek się poczuł nieco dotknięty i przez
dwa tygodnie ani razu do niej nie zatelefonował. Ale Iza wiedziała, że i tak się
spotkają wkrótce, bo będą urodziny jej ojca, na które zawsze przychodzili rodzice
Jacka i oczywiście Jacek też.
Rodzice obojga poznali się gdy Iza i Jacek byli jeszcze w liceum i bardzo się
zaprzyjaźnili. Rodzice Jacka mieli działkę dość daleko od miasta i jeden miesiąc
wakacji dwie rodziny spędzały pod jednym dachem. Iza z Jackiem włóczyli się po
lesie, chodzili do ośrodka wczasowego gdzie był dostępny basen, czasem w dwa
samochody wraz z rodzicami wyruszali na zwiedzanie okolic bliższych i dalszych.
Gdy byli w II klasie liceum całe wakacje Iza spędziła na działce - w lipcu byli
oboje pod opieką mamy Jacka, w sierpniu jak zwykle mieli też być rodzice
Izy.
Tego lata wędrując brzegiem rzeki odkryli mikroskopijną plażę z trzech stron
osłoniętą nadrzecznymi krzakami. Była tak niewielka, że leżąc na piasku Jacek
stopami dosięgał wody.
No to ja się rozbiorę- stwierdziła Iza. To istne solarium jest - i szybko pozbyła
się części garderoby zostając tylko w niewiele kryjących majteczkach.
Złożyła starannie spodnie i na nich usiadła.
Jacek patrzył na nią lekko oszołomiony. W końcu pozostał w slipkach i z uporem
wpatrywał się w wodę.
Jacek- Iza trąciła go łokciem - pierwszy raz widzisz dziewczynę bez stanika?
Właściwie to tak, żadna się przy mnie nie rozebrała do gołego- wystękał.
Jacusiu- ja nie jestem goła, mam na sobie figi. Jestem w stroju topless. I jak?
podoba ci się mój strój? Możesz się patrzeć, mnie to nie przeszkadza. Tylko
nie dotykaj.
Iza - prowokujesz mnie - wyjęczał Jacek.
Nie Jacusiu - ja cię tylko przyzwyczajam do widoku gołych piersi, bo
w sierpniu Ty jedziesz z mamą do Francji, na Lazurowe Wybrzeże, a tam
na plaży będziesz widział nie jedną parę gołych cycków a setki - mniejszych,
większych, ładniejszych niż moje ale zapewne też i brzydszych niż moje.
Zmyślasz - stwierdził Jacek.
Nie zmyślam - ja to wiem, bo podsłuchałam naszych starych. Pociesz się tylko,
że ja też tam będę i moja matka.
My z matkami na Lazurowe Wybrzeże a nasi ojcowie na wycieczkę objazdową
autokarem - "Zamki nad Loarą".
I nasze matki będą paradować z gołymi piersiami na plaży? Nie wierzę -
Jacek aż potrząsnął przecząco głową. Głupio bym się czuł widząc piersi swojej
matki.
No popatrz, a nie przeszkadzało ci to ssać mleka z tych piersi - zaśmiała się.
Jacek to taka sama część ciała jak ręka czy noga.
Może i taka sama, ale piersi mają strefę erogenną-zaoponował Jacek.
No to ja mam widocznie niewłaściwe piersi- strefę erogenną mam w zupełnie
innym miejscu. Ale ci nie powiem gdzie. Może kiedyś będę chciała byś ją
odszukał i to będzie przednia zabawa.
Choć, popływamy chwilę i pójdziemy do domu.
W kilka dni później ich rodzice poinformowali oboje, że w sierpniu obie panie
z "młodzieżą" jadą do Nicei - to nagroda dla obojga za dobrą naukę.
A ojcowie w tym czasie pojadą na autokarową wycieczkę "Zamki nad Loarą."
Iza świetnie odegrała wielkie zaskoczenie i radość a gdy razem z Jackiem nakrywali
stół na tarasie, Jacek szepnął - powinnaś chyba iść do szkoły teatralnej. Dobrze
wypadłaś w tej roli uradowanego dziecka.
Iza roześmiała się - ależ ja naprawdę się cieszę, nie musiałam udawać radości.
Od tamtej pory minęło kilka lat, nadal tworzyli dwie zgrane i zaprzyjaźnione rodziny.
Jacek i Iza nadal się przyjaźnili, bardzo dużo o sobie wiedzieli, często się spotykali,
Opowiadali sobie wzajemnie o wszystkim - o swych sympatiach i antypatiach,
o marzeniach, zachciankach, smutkach i radościach.
Oboje sobie zdawali sprawę z faktu, że taka przyjaźń nie często się zdarza. Iza
opowiadała o swoich małych pacjentach, mówiła o tym, że praca z tymi dziećmi
daje wiele satysfakcji ale zasiała również w niej strach przed posiadaniem
dziecka, bo nigdy do końca nie jest wiadomo czy na świat przyjdzie zdrowe,
pełnosprawne dziecko, choć oboje rodzice młodzi, zdrowi, ciąża była zadbana,
cały czas pod kontrolą lekarską a dziecko "uszkodzone" jak mawiali lekarze.
Wizyta w firmowym sklepie okazała się wielce owocna. Iza zakupiła "ostatni
krzyk mody" czyli dżersejowe spodnium w atrakcyjnym ciemnofioletowym
kolorze w delikatny konturowy wzór lilii burbońskich. Tak się sobie spodobała
w tym stroju, że do firmowej torebki spakowała to, w czym trafiła do sklepu.
Wychodząc przeszła powoli wzdłuż ściany luster kontrolując swe odbicie i
zastanawiając się jakie wrażenie sprawi jej wygląd na Jacku. Bo nie dało się
ukryć, że w tym spodnium wyglądała świetnie.
Doskonale wiedziała, że podoba mu się, zresztą oboje często zapewniali się
wzajemnie o tym, że się lubią. Iza często używała zwrotu "Jacusiu, kochanie",
a Jacek często mówił do niej "belissima".
Przez te kilka lat każde z nich miało w pewnym sensie "dwa komplety"
rodziców.
Po liceum Iza poszła do studium dla rehabilitantów, Jacek zaś rozpoczął
studia na wydziale biotechnologii.
Iza weszła do kawiarni wystudiowanym krokiem modelki - już z daleka
zobaczyła, że Jacek siedzi z jakimś nieznanym jej młodym mężczyzną.
Jacek dokonał wzajemnej prezentacji- to jest Aleks, kolega z mojego
wydziału, a to - prawie moja siostra i prawie moja dziewczyna.
W tym momencie Iza skrzywiła się lekko, ale powstrzymała się od jakiegoś
komentarza, tym bardziej, że podeszła kelnerka by wziąć zamówienie.
P.S.
ciąg dalszy na pewno nastąpi a miłych czytaczy proszę o zostawienie małego
znaczka - ;( lub ;)
wtorek, 19 maja 2020
Podróż sentymentalna
Siedziała na prawie już pustej plaży. Ciszę przerywały tylko piski mew przeszukujących
plażę - co jakiś czas znajdowały coś nadającego się ich zdaniem do ptasiego żołądka.
Nic dziwnego - w ciągu dnia plaża była pełna ludzi z dziećmi, a troskliwe mamy, ciocie
i babcie bardzo dbały o to by dzieci ciągle coś jadły - jak nie kanapkę to przynajmniej
jakiegoś herbatnika lub wafelka. Dla świętego spokoju starsze nieco dzieci brały w rękę
to co im dano i natychmiast znikały z pola widzenia opiekunów wracając do przerwanej
zabawy. Najczęściej połowa przekąski lądowała w piachu stając się potem łupem mew.
Wpatrywała się w morze - było jak zwykle piękne . Fale niemal bezgłośnie obmywały
brzeg plaży. Słychać było odległy warkot małego traktorka czyściciela plaży.
No proszę - i tu cywilizacja wkroczyła - pomyślała.
Ostatni raz była w tym miejscu gdy miała szesnaście lat, czyli wieki temu.
Świat był wtedy jednak inny - nikt nie czyścił plaży, nie było koszy na śmiecie a plaża
była czysta. Wtedy jednak bardziej ludzie dbali o swe otoczenie. No i nawet w szczycie
sezonu nie było tłumów. Po prostu baza noclegowa była skromna- nie było dużych
domów wczasowych, królowały kwatery prywatne i nie każdego było stać na wynajęcie
takowej.
Dobrze, że choć morze i latarnia morska były takie jak zawsze. Obejrzała się za siebie-
zza wydm porośniętych ostrą, kaleczącą ciało trawą, wystawała pomalowana w białe
i czerwone szerokie pasy latarnia morska. Tej latarni nie można było zwiedzać tak jak
tej w Rozewiu. Była dla wszystkich dzieci wielce tajemniczym obiektem, wieczorem
rzucającym snopy światła w morską dal. W dzień u jej stóp gromadziły się dzieciaki,
marząc o wejściu na jej szczyt.
Dopiero dziś wyczytała, że to najniższa latarnia morska na polskim wybrzeżu,
zbudowana w 1950 r na pozostałościach poprzedniej latarni,którą zburzono w 1939r by
nie padła łupem Niemców. Nadal latarnia nie była dostępna dla zwiedzających, ale tym
faktem Maria wcale nie była zmartwiona.
Na horyzoncie w ślimaczym tempie przesuwał się jakiś biały statek - przez moment
żałowała, że nie ma ze sobą lornetki.
Minęło wiele lat, a nadal doskonale pamiętała w którym miejscu był "jej grajdoł"
a w którym miejscu był grajdoł "Jerrego".
Uśmiechnęła się na samo wspomnienie - kilkanaście kroków od jej miejsca okopali się
dwaj młodzi ludzie. Jeden naprawdę wpadł jej w oko- wysoki, zgrabny, czarnowłosy.
W dwa dni później, gdy brodziła w wodzie wyławiając dla braci będących pod jej
opieką muszelki, ten "ładny" wszedł do wody, obrzucił ją uważnym spojrzeniem ,
powiedział "dzień dobry" i poszedł pływać. Po jakimś czasie znów znalazł się
w pobliżu i wyciągnął do niej rękę z.....muszelkami.
-Widziałem, że zbiera pani muszelki, tam na głębszej wodzie jest ich więcej i tyle
udało mi się wyłowić dla pani dzieci- powiedział trzymając blisko niej rękę- proszę
je wziąć.
-Ale to nie są moje dzieci, to są moi bracia - wyjąkała, czując, że się czerwieni.
Młodzieniec uśmiechnął się i powiedział- a to fajnie, jestem Jerry, a właściwie Jerzy
i tu wymienił swe nazwisko. A na brzegu jest mój kolega, Staszek.
Tak pani tresuje tych chłopców, a oni się słuchają, że myśleliśmy, że jest pani ich
mamą.
Spojrzała na braci i zarządziła - wychodzimy z wody, idźcie się przebrać w suche
majtki. Chłopcy bez protestu pobiegli do grajdoła.
A można wiedzieć jak pani ma na imię?
Spojrzała na niego - był wyraźnie w jej typie - brunet o zielonych oczach. Cuuudny!
Mam na imię Maria - i proszę nie mówić mi przez "pani". Możemy mówić do siebie
po imieniu.
O, to świetnie! Dziękuję! Ale mów do mnie Jerry, tak mi bardziej pasuje.
A ja dziękuję za muszelki - niedługo pół pokoju będzie w muszelkach i kamykach.
Oni zbierają muszelki a ja kamyki.
Powoli doszli do grajdoła, w którym czekali na nią już przebrani chłopcy. Jerry
zapytał się chłopców czy nie chcieli by przypadkiem pograć z nim i jego kolegą w piłkę
a może wolą zbudować zamek z piasku?
Oczywiście gra w piłkę zwyciężyła i Maria mogła się spokojnie rozpłaszczyć na kocu,
co jakiś czas zerkając w stronę, gdzie dwaj mali i dwaj duzi chłopcy kopali z wielkim
przejęciem piłkę.
Przed szesnastą zabrała dzieciaki z plaży i poszła z nimi na obiad. Jerry zapytał się czy
mogą się również spotkać po obiedzie. Powiedziała, że będzie po obiedzie nad zatoką, bo
zawsze popołudnia spędzają pływając kajakiem po zatoce.
W czasie obiadu zastanawiała się czy rzeczywiście Jerry odnajdzie ją nad zatoką. Jakoś nie
dotarło do niej, że nad zatoką jest tylko jedna wypożyczalnia kajaków, więc na pewno Jerry
z kolegą trafią na jej ślad.
Dzieciaki szybko uporały się z obiadem, bo przezornie zamówiła kotlet mielony.
Popołudniowe pływanie kajakiem obaj uwielbiali, pływała z nimi na zmianę. Nigdy nie
wypływała daleko, dobrze wiedziała do którego miejsca jest płytko i nie przekraczała
granic płycizny.
Cały czas była pod wrażeniem tych zielonych oczu, które spoglądały na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Wzięła dla dzieci i siebie swetry, poprawiła bez lustra swą zupełnie
nieskomplikowaną fryzurę , czyli upięty na czubku głowy "koński ogon".
W ciągu 10 minut dotarła nad zatokę. Jerry stał oparty o ścianę wypożyczalni, w dłoni
dzierżył dwa wiosła, obok stały oparte o ścianę dwa kajaki.
Długo czekasz? - zapytała.
Nie, pewnie z 15 minut i właśnie dopiero co wybrałem dla nas kajaki- mam dać znać o której
wypłyniemy. Ty popłyniesz z jednym chłopcem a ja z drugim.
Godzina pływania minęła błyskawicznie, a Jerry nie szarżował i uznał, że skoro Maria nie
chce wypływać dalej, to pozostaną w tych granicach, które ona akceptuje.
Następne dni niewiele się różniły od tego pierwszego, przed południem plaża nad morzem,
po południu pobyt nad zatoką, z tym, że jeszcze tylko raz wypłynęli kajakami. Chcieli po
prostu o wielu rzeczach porozmawiać, dowiedzieć się czegoś wzajemnie o sobie, więc
chłopcy bawili się na brzegu a oni pilnując ich - rozmawiali.
Jerry był aktualnie w szkole oficerskiej. Poza tym grał na saksofonie altowym i okazało się
że lubią te same utwory i wykonawców. Niestety żyli w dwóch odległych od siebie
miastach.
Lipiec dobiegał końca, 1 sierpnia miała przyjechać mama Marii i była szansa, że Maria będzie
miała trochę więcej czasu tylko dla siebie.
W trakcie którejś rozmowy powiedziała Jerremu, że ma 16 lat, co wprawiło go w wielkie
zdumienie- sadząc z wyglądu był pewien, że ma już ponad 20 lat, on miał 21. Maria się
śmiała, mówiąc mu, że nie jest pierwszym, który się nabrał na jej kobiece kształty. Ale tak
to ona wyglądała już 2 lata wcześniej.
Gdy przyjechała matka, Maria przezornie nie powiedziała, że Jerry to jest nowo poznany
chłopak. Jerry na powitanie wytwornie cmoknął jej matkę w rękę i zapytał, czy będzie
mógł zaprosić obie panie i chłopców do kawiarni na lody. Matka wyraziła zgodę, ale
pod warunkiem, że każda ze stron sama za siebie płaci. Jerry protestował, ale matka Marii
stwierdziła, że albo przystanie na taki układ, albo nie będzie wspólnej konsumpcji lodów.
Do kawiarni dołączył również kolega Jerrego. Mali chłopcy byli szczęśliwi, bo które
dziecko nie lubi lodów, a ci duzi nieco skrępowani.
Po tak miło rozpoczętym popołudniu wszyscy ruszyli na spacer do Juraty. Nie było wtedy
tych szerokich wyłożonych kostką ścieżek, ot po prostu leśna droga do sąsiedniej
miejscowości. I Maria wspominając zatęskniła za tamtą zwykłą leśną ścieżką i za tym
dreszczykiem, który przeniknął ją gdy idący obok Jerry wziął ją za rękę. I tak szli niczym
para przedszkolaków.
Maria i Jerry wymieniali się uwagami na temat ulubionych utworów. Matka rozmawiała
ze Staszkiem wypytując go tę szkołę oficerską i miasto , w którym mieszkali, a dzieciaki
co chwilę wybiegały do przodu i wracały z rewelacjami typu: "o tam jest taki ogromny dół,
chodźcie, zobaczcie."
Ten ogromny dół to był po czołgu, jak orzekli "znawcy" tematu, bo tu kiedyś przecież
toczyły się walki. Oczywiście zaraz duzi chłopcy zostali zasypani serią pytań, przez tych
małych i udzielali bardzo wyczerpujących odpowiedzi.
Maria miała w Juracie koleżankę (jej rodzina miała tu domek letniskowy), więc czym
prędzej skorzystała z okazji i zajrzała do niej. Po chwili towarzystwo się powiększyło
o Gosię, koleżankę Marii. A Gośka miała ciekawą informację- za dwa dni do Jastarni
miał zjechać zespół jazz band New Orleans Stompers. Grali jazz i nie tylko, bo grali
też muzykę taneczną. Od razu umówili się w czwórkę na sobotni wieczór.
W Juracie jak zawsze wiało lekką nudą, dzieciaki, pocwałowały nieco po molu, Jerry
kombinował czy aby nie da się wrócić do Jastarni brzegiem zatoki, ale Gosia twierdziła,
że już kiedyś próbowali i nic z tego nie wyszło- na przeszkodzie stały bardzo gęste krzaki
porastające brzeg. Wierzyli jej, bo Gosia przyjeżdżała tu co roku, wszak tu był ich
domek letniskowy.
Maria zazdrościła Gosi, że może co roku być w wakacje na Półwyspie, a Gosia z kolei
zazdrościła jej, że może co roku spędzać wakacje w innym miejscu.
Następne dni zapadły dobrze Marii w pamięć - dziećmi zajmowała się matka i wreszcie
Maria miała wakacje- kilometrowe spacery brzegiem morza, wspólne pływanie, "posiady"
na brzegu morza, wypływanie kajakiem daleko od brzegu aż do sterczących z wody
betonowych bunkrów, podglądanie węgorzy gdy żerowały w przynęcie - truchle owcy,
wspólne milczenie i wpatrywanie się w siebie nawzajem.
Na popołudniowe spacery Jerry wskakiwał w autentyczne dżinsy (wtedy jeszcze nie
były szyte w Turcji lub Bangladeszu) i w zamszową kurtkę z frędzlami. Wyglądał
super i Maria idąc z nim czuła się wspaniale..
Wieczór "taneczny" pozostanie zapewne w pamięci Marii na zawsze- wpierw szaleli
w czwórkę na parkiecie ( a raczej na dechach), potem Jerry powiedział, że musi na
moment zniknąć. I wtedy ktoś z zespołu powiedział, że "teraz dla pewnej Marysi
tajemniczy saksofonista zagra utwór Sidneya Becheta "Petit Fleur".
Tajemniczym saksofonistą był oczywiście Jerry, a Maria słuchała i była bliska płaczu.
Do dziś ilekroć słyszy ten utwór jest bliska płaczu. To tego wieczoru Jerry pocałował
ją we wnętrze dłoni, przytrzymując dłuższą chwilę jej rękę przy swoich ustach...
I to był ich jedyny kontakt cielesny.
W drugim tygodniu sierpnia Jerry i Staszek wracali już do siebie, a Maria zostawała
nad morzem do końca sierpnia.
Na pożegnanie Jerry prosił o coś na pamiątkę i o adres , bo przecież pozostaną ze
sobą w kontakcie listownym. Na pamiątkę dała mu prześliczną jedwabną apaszkę,
której używała jako opaskę, gdy chodziła z rozpuszczonymi włosami.
Korespondencja kwitła, choć przyprawiała Marię o ból głowy - nie jej treść, tylko
strona graficzna - Jerry fajnie grał na saksofonie, niestety robił koszmarne błędy
ortograficzne (dziś byłby uznany za dysgrafika i dyslektyka).
Czasami korespondencja się rwała, raz z tego powodu, że Jerry miał paskudny
wypadek i ledwie wyżył, potem wybierał się do miasta, w którym mieszkała ale
z bliżej nie wiadomego powodu przyjechał, akurat w czasie wakacji, gdy Maria
była w Szczyrku. W końcu pewnego dnia przyszedł list, w którym ją poinformował,
że zmuszony był się ożenić , bo pewnej panience zmajstrował dziecko. Ale do tejże
swej żony nic nie czuje, ona mu nawet obrączkę zwróciła, bo on kocha.... Marię.
Prawdę mówiąc Maria się nawet tym nie zdenerwowała, tak naprawdę nic do tego
człowieka nie czuła. A to, że zagrał dla niej "Petit Fleur" na saksofonie było tylko
miłym wspomnieniem- na tyle miłym, że ilekroć jest na Półwyspie słyszy w pamięci
ten utwór.
Żeby było jeszcze zabawniej, to gdy Maria była już dwa lata mężatką dostała list
od...owej przypadkowej żony Jerrego. Prosiła w nim, by Maria wpłynęła na niego,
bo "on nadal twierdzi, że kocha tylko Marię i że byli sobie przeznaczeni i nie chce
z nią być, choć są przecież małżeństwem, a on ją porzucił i wyjechał w Bieszczady".
Na wspomnienie tego listu Maria niemal się roześmiała w głos - nigdy nie było mowy
między nią a Jerrym na temat uczuć, nawet się nie obejmowali i nie całowali.
Początkowo Maria miała zamiar nie odpisywać, ale przyszło jej na myśl, że to dość
zdesperowana kobieta, więc wysłała list, w którym powiedziała, że bardzo jej
współczuje, ale nie napisze do Jerrego bo nie ma pojęcia gdzie on jest, a poza tym
jest od dwóch lat szczęśliwą mężatką, a Jerry był tylko znajomym.
I nucąc cichutko Petit Fleur Maria powędrowała brzegiem morza.
plażę - co jakiś czas znajdowały coś nadającego się ich zdaniem do ptasiego żołądka.
Nic dziwnego - w ciągu dnia plaża była pełna ludzi z dziećmi, a troskliwe mamy, ciocie
i babcie bardzo dbały o to by dzieci ciągle coś jadły - jak nie kanapkę to przynajmniej
jakiegoś herbatnika lub wafelka. Dla świętego spokoju starsze nieco dzieci brały w rękę
to co im dano i natychmiast znikały z pola widzenia opiekunów wracając do przerwanej
zabawy. Najczęściej połowa przekąski lądowała w piachu stając się potem łupem mew.
Wpatrywała się w morze - było jak zwykle piękne . Fale niemal bezgłośnie obmywały
brzeg plaży. Słychać było odległy warkot małego traktorka czyściciela plaży.
No proszę - i tu cywilizacja wkroczyła - pomyślała.
Ostatni raz była w tym miejscu gdy miała szesnaście lat, czyli wieki temu.
Świat był wtedy jednak inny - nikt nie czyścił plaży, nie było koszy na śmiecie a plaża
była czysta. Wtedy jednak bardziej ludzie dbali o swe otoczenie. No i nawet w szczycie
sezonu nie było tłumów. Po prostu baza noclegowa była skromna- nie było dużych
domów wczasowych, królowały kwatery prywatne i nie każdego było stać na wynajęcie
takowej.
Dobrze, że choć morze i latarnia morska były takie jak zawsze. Obejrzała się za siebie-
zza wydm porośniętych ostrą, kaleczącą ciało trawą, wystawała pomalowana w białe
i czerwone szerokie pasy latarnia morska. Tej latarni nie można było zwiedzać tak jak
tej w Rozewiu. Była dla wszystkich dzieci wielce tajemniczym obiektem, wieczorem
rzucającym snopy światła w morską dal. W dzień u jej stóp gromadziły się dzieciaki,
marząc o wejściu na jej szczyt.
Dopiero dziś wyczytała, że to najniższa latarnia morska na polskim wybrzeżu,
zbudowana w 1950 r na pozostałościach poprzedniej latarni,którą zburzono w 1939r by
nie padła łupem Niemców. Nadal latarnia nie była dostępna dla zwiedzających, ale tym
faktem Maria wcale nie była zmartwiona.
Na horyzoncie w ślimaczym tempie przesuwał się jakiś biały statek - przez moment
żałowała, że nie ma ze sobą lornetki.
Minęło wiele lat, a nadal doskonale pamiętała w którym miejscu był "jej grajdoł"
a w którym miejscu był grajdoł "Jerrego".
Uśmiechnęła się na samo wspomnienie - kilkanaście kroków od jej miejsca okopali się
dwaj młodzi ludzie. Jeden naprawdę wpadł jej w oko- wysoki, zgrabny, czarnowłosy.
W dwa dni później, gdy brodziła w wodzie wyławiając dla braci będących pod jej
opieką muszelki, ten "ładny" wszedł do wody, obrzucił ją uważnym spojrzeniem ,
powiedział "dzień dobry" i poszedł pływać. Po jakimś czasie znów znalazł się
w pobliżu i wyciągnął do niej rękę z.....muszelkami.
-Widziałem, że zbiera pani muszelki, tam na głębszej wodzie jest ich więcej i tyle
udało mi się wyłowić dla pani dzieci- powiedział trzymając blisko niej rękę- proszę
je wziąć.
-Ale to nie są moje dzieci, to są moi bracia - wyjąkała, czując, że się czerwieni.
Młodzieniec uśmiechnął się i powiedział- a to fajnie, jestem Jerry, a właściwie Jerzy
i tu wymienił swe nazwisko. A na brzegu jest mój kolega, Staszek.
Tak pani tresuje tych chłopców, a oni się słuchają, że myśleliśmy, że jest pani ich
mamą.
Spojrzała na braci i zarządziła - wychodzimy z wody, idźcie się przebrać w suche
majtki. Chłopcy bez protestu pobiegli do grajdoła.
A można wiedzieć jak pani ma na imię?
Spojrzała na niego - był wyraźnie w jej typie - brunet o zielonych oczach. Cuuudny!
Mam na imię Maria - i proszę nie mówić mi przez "pani". Możemy mówić do siebie
po imieniu.
O, to świetnie! Dziękuję! Ale mów do mnie Jerry, tak mi bardziej pasuje.
A ja dziękuję za muszelki - niedługo pół pokoju będzie w muszelkach i kamykach.
Oni zbierają muszelki a ja kamyki.
Powoli doszli do grajdoła, w którym czekali na nią już przebrani chłopcy. Jerry
zapytał się chłopców czy nie chcieli by przypadkiem pograć z nim i jego kolegą w piłkę
a może wolą zbudować zamek z piasku?
Oczywiście gra w piłkę zwyciężyła i Maria mogła się spokojnie rozpłaszczyć na kocu,
co jakiś czas zerkając w stronę, gdzie dwaj mali i dwaj duzi chłopcy kopali z wielkim
przejęciem piłkę.
Przed szesnastą zabrała dzieciaki z plaży i poszła z nimi na obiad. Jerry zapytał się czy
mogą się również spotkać po obiedzie. Powiedziała, że będzie po obiedzie nad zatoką, bo
zawsze popołudnia spędzają pływając kajakiem po zatoce.
W czasie obiadu zastanawiała się czy rzeczywiście Jerry odnajdzie ją nad zatoką. Jakoś nie
dotarło do niej, że nad zatoką jest tylko jedna wypożyczalnia kajaków, więc na pewno Jerry
z kolegą trafią na jej ślad.
Dzieciaki szybko uporały się z obiadem, bo przezornie zamówiła kotlet mielony.
Popołudniowe pływanie kajakiem obaj uwielbiali, pływała z nimi na zmianę. Nigdy nie
wypływała daleko, dobrze wiedziała do którego miejsca jest płytko i nie przekraczała
granic płycizny.
Cały czas była pod wrażeniem tych zielonych oczu, które spoglądały na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Wzięła dla dzieci i siebie swetry, poprawiła bez lustra swą zupełnie
nieskomplikowaną fryzurę , czyli upięty na czubku głowy "koński ogon".
W ciągu 10 minut dotarła nad zatokę. Jerry stał oparty o ścianę wypożyczalni, w dłoni
dzierżył dwa wiosła, obok stały oparte o ścianę dwa kajaki.
Długo czekasz? - zapytała.
Nie, pewnie z 15 minut i właśnie dopiero co wybrałem dla nas kajaki- mam dać znać o której
wypłyniemy. Ty popłyniesz z jednym chłopcem a ja z drugim.
Godzina pływania minęła błyskawicznie, a Jerry nie szarżował i uznał, że skoro Maria nie
chce wypływać dalej, to pozostaną w tych granicach, które ona akceptuje.
Następne dni niewiele się różniły od tego pierwszego, przed południem plaża nad morzem,
po południu pobyt nad zatoką, z tym, że jeszcze tylko raz wypłynęli kajakami. Chcieli po
prostu o wielu rzeczach porozmawiać, dowiedzieć się czegoś wzajemnie o sobie, więc
chłopcy bawili się na brzegu a oni pilnując ich - rozmawiali.
Jerry był aktualnie w szkole oficerskiej. Poza tym grał na saksofonie altowym i okazało się
że lubią te same utwory i wykonawców. Niestety żyli w dwóch odległych od siebie
miastach.
Lipiec dobiegał końca, 1 sierpnia miała przyjechać mama Marii i była szansa, że Maria będzie
miała trochę więcej czasu tylko dla siebie.
W trakcie którejś rozmowy powiedziała Jerremu, że ma 16 lat, co wprawiło go w wielkie
zdumienie- sadząc z wyglądu był pewien, że ma już ponad 20 lat, on miał 21. Maria się
śmiała, mówiąc mu, że nie jest pierwszym, który się nabrał na jej kobiece kształty. Ale tak
to ona wyglądała już 2 lata wcześniej.
Gdy przyjechała matka, Maria przezornie nie powiedziała, że Jerry to jest nowo poznany
chłopak. Jerry na powitanie wytwornie cmoknął jej matkę w rękę i zapytał, czy będzie
mógł zaprosić obie panie i chłopców do kawiarni na lody. Matka wyraziła zgodę, ale
pod warunkiem, że każda ze stron sama za siebie płaci. Jerry protestował, ale matka Marii
stwierdziła, że albo przystanie na taki układ, albo nie będzie wspólnej konsumpcji lodów.
Do kawiarni dołączył również kolega Jerrego. Mali chłopcy byli szczęśliwi, bo które
dziecko nie lubi lodów, a ci duzi nieco skrępowani.
Po tak miło rozpoczętym popołudniu wszyscy ruszyli na spacer do Juraty. Nie było wtedy
tych szerokich wyłożonych kostką ścieżek, ot po prostu leśna droga do sąsiedniej
miejscowości. I Maria wspominając zatęskniła za tamtą zwykłą leśną ścieżką i za tym
dreszczykiem, który przeniknął ją gdy idący obok Jerry wziął ją za rękę. I tak szli niczym
para przedszkolaków.
Maria i Jerry wymieniali się uwagami na temat ulubionych utworów. Matka rozmawiała
ze Staszkiem wypytując go tę szkołę oficerską i miasto , w którym mieszkali, a dzieciaki
co chwilę wybiegały do przodu i wracały z rewelacjami typu: "o tam jest taki ogromny dół,
chodźcie, zobaczcie."
Ten ogromny dół to był po czołgu, jak orzekli "znawcy" tematu, bo tu kiedyś przecież
toczyły się walki. Oczywiście zaraz duzi chłopcy zostali zasypani serią pytań, przez tych
małych i udzielali bardzo wyczerpujących odpowiedzi.
Maria miała w Juracie koleżankę (jej rodzina miała tu domek letniskowy), więc czym
prędzej skorzystała z okazji i zajrzała do niej. Po chwili towarzystwo się powiększyło
o Gosię, koleżankę Marii. A Gośka miała ciekawą informację- za dwa dni do Jastarni
miał zjechać zespół jazz band New Orleans Stompers. Grali jazz i nie tylko, bo grali
też muzykę taneczną. Od razu umówili się w czwórkę na sobotni wieczór.
W Juracie jak zawsze wiało lekką nudą, dzieciaki, pocwałowały nieco po molu, Jerry
kombinował czy aby nie da się wrócić do Jastarni brzegiem zatoki, ale Gosia twierdziła,
że już kiedyś próbowali i nic z tego nie wyszło- na przeszkodzie stały bardzo gęste krzaki
porastające brzeg. Wierzyli jej, bo Gosia przyjeżdżała tu co roku, wszak tu był ich
domek letniskowy.
Maria zazdrościła Gosi, że może co roku być w wakacje na Półwyspie, a Gosia z kolei
zazdrościła jej, że może co roku spędzać wakacje w innym miejscu.
Następne dni zapadły dobrze Marii w pamięć - dziećmi zajmowała się matka i wreszcie
Maria miała wakacje- kilometrowe spacery brzegiem morza, wspólne pływanie, "posiady"
na brzegu morza, wypływanie kajakiem daleko od brzegu aż do sterczących z wody
betonowych bunkrów, podglądanie węgorzy gdy żerowały w przynęcie - truchle owcy,
wspólne milczenie i wpatrywanie się w siebie nawzajem.
Na popołudniowe spacery Jerry wskakiwał w autentyczne dżinsy (wtedy jeszcze nie
były szyte w Turcji lub Bangladeszu) i w zamszową kurtkę z frędzlami. Wyglądał
super i Maria idąc z nim czuła się wspaniale..
Wieczór "taneczny" pozostanie zapewne w pamięci Marii na zawsze- wpierw szaleli
w czwórkę na parkiecie ( a raczej na dechach), potem Jerry powiedział, że musi na
moment zniknąć. I wtedy ktoś z zespołu powiedział, że "teraz dla pewnej Marysi
tajemniczy saksofonista zagra utwór Sidneya Becheta "Petit Fleur".
Tajemniczym saksofonistą był oczywiście Jerry, a Maria słuchała i była bliska płaczu.
Do dziś ilekroć słyszy ten utwór jest bliska płaczu. To tego wieczoru Jerry pocałował
ją we wnętrze dłoni, przytrzymując dłuższą chwilę jej rękę przy swoich ustach...
I to był ich jedyny kontakt cielesny.
W drugim tygodniu sierpnia Jerry i Staszek wracali już do siebie, a Maria zostawała
nad morzem do końca sierpnia.
Na pożegnanie Jerry prosił o coś na pamiątkę i o adres , bo przecież pozostaną ze
sobą w kontakcie listownym. Na pamiątkę dała mu prześliczną jedwabną apaszkę,
której używała jako opaskę, gdy chodziła z rozpuszczonymi włosami.
Korespondencja kwitła, choć przyprawiała Marię o ból głowy - nie jej treść, tylko
strona graficzna - Jerry fajnie grał na saksofonie, niestety robił koszmarne błędy
ortograficzne (dziś byłby uznany za dysgrafika i dyslektyka).
Czasami korespondencja się rwała, raz z tego powodu, że Jerry miał paskudny
wypadek i ledwie wyżył, potem wybierał się do miasta, w którym mieszkała ale
z bliżej nie wiadomego powodu przyjechał, akurat w czasie wakacji, gdy Maria
była w Szczyrku. W końcu pewnego dnia przyszedł list, w którym ją poinformował,
że zmuszony był się ożenić , bo pewnej panience zmajstrował dziecko. Ale do tejże
swej żony nic nie czuje, ona mu nawet obrączkę zwróciła, bo on kocha.... Marię.
Prawdę mówiąc Maria się nawet tym nie zdenerwowała, tak naprawdę nic do tego
człowieka nie czuła. A to, że zagrał dla niej "Petit Fleur" na saksofonie było tylko
miłym wspomnieniem- na tyle miłym, że ilekroć jest na Półwyspie słyszy w pamięci
ten utwór.
Żeby było jeszcze zabawniej, to gdy Maria była już dwa lata mężatką dostała list
od...owej przypadkowej żony Jerrego. Prosiła w nim, by Maria wpłynęła na niego,
bo "on nadal twierdzi, że kocha tylko Marię i że byli sobie przeznaczeni i nie chce
z nią być, choć są przecież małżeństwem, a on ją porzucił i wyjechał w Bieszczady".
Na wspomnienie tego listu Maria niemal się roześmiała w głos - nigdy nie było mowy
między nią a Jerrym na temat uczuć, nawet się nie obejmowali i nie całowali.
Początkowo Maria miała zamiar nie odpisywać, ale przyszło jej na myśl, że to dość
zdesperowana kobieta, więc wysłała list, w którym powiedziała, że bardzo jej
współczuje, ale nie napisze do Jerrego bo nie ma pojęcia gdzie on jest, a poza tym
jest od dwóch lat szczęśliwą mężatką, a Jerry był tylko znajomym.
I nucąc cichutko Petit Fleur Maria powędrowała brzegiem morza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)