wtorek, 19 lipca 2022

Trudny wybór - 65

No cóż, życie  nie jest  romansem i musimy  wrócić  do pracy - stwierdziła  Stasia. Powinnam  cię jeszcze zaprowadzić w kilka  miejsc, ale do biblioteki trafisz  sama,  a poza  tym jestem  zdania, że na pierwszy  dzień to już i tak masz sporo wrażeń a gdy będziesz gdzieś musiała iść i nie będziesz mogła wpaść na to jak trafić, to wtedy  się mnie albo kogoś innego z działu zapytasz. I zapewne każdy ci chętnie  nie tylko wytłumaczy jak  trafić  ale i  zapewne  wręcz  zaprowadzi. Ale jestem  dziwnie  pewna, że szef przez pierwszy  miesiąc będzie cię namiętnie  uczył i dużo  tłumaczył.  On uwielbia ludzi uczyć. Chyba  się nieco  minął z powołaniem. Z tym, że on  naprawdę  dobrze tłumaczy.  

Szefa  jeszcze  nie  było, Adela  wzięła klucz od swego pokoju i poszła  poczekać  na  szefa. Obejrzała  dokładnie  obie  szafki w  swoim  biurku i postanowiła przynajmniej w jednej szafce wymontować  zamek  by go wymienić. Otworzyła też szufladę biurka  - znalazła  tu pojemnik ze spinaczami biurowymi  w drugim kilka  ołówków, pisaków, zszywacz, "szczęki teściowej" do pozbywania  się  zszywek  z akt, linijkę, bloczek kart rozmiaru A5 oraz  całkiem porządny nóż do papieru, wykaz numerów telefonów, broszurkę z telefonami alarmowymi i drugą z zaleceniami dotyczącymi BHP i klawiaturę do komputera. Najbardziej  ją ucieszył nóż  do papieru, bo okazał się wielce pomocny  przy demontażu  zamka w drzwiczkach biurka. Jego  czubek  doskonale posłużył za śrubokręt.

Szkoda, że szafy zamknięte- pomyślała Adela. Poprzeglądałabym  sobie w tym czasie jakieś dokumenty. Ciekawe  kiedy szef  wróci. Może też jest na obchodzie tak jak  ja byłam z tą Stasią. Wstała od  biurka  i podeszła  do okna. Przed nią rozpościerało  się dawne  Pole  Mokotowskie, teraz zamienione w  Park Mokotowski. To miejsce  pamiętała  nieźle z dzieciństwa, bo tu przychodziła z dziadkiem na  spacery. A tak dokładnie to dziadek usadawiał się na kocyku i zanurzał nos  w gazetę,  a ona zbierała koniczynę i plotła  z niej wianki dla lalek. Dziadek opowiadał, że kiedyś był to teren  należący  do  wojska i lądowały  tu  samoloty wojskowe.  Opowieści dziadka wydawały  się Adeli  wyssane z palca, bo było sporo drzew i krzewów a Adela była kiedyś  na  lotnisku Okęcie i widziała, że owszem, były tam duże połacie króciutko przystrzyżonej trawy, ale były też duże ,wybetonowane  "jezdnie  dla  samolotów" jak je  nazywała  Adela. Dopiero gdy już  była  w szkole uwierzyła  w dziadkowe opowieści,  a Pole  Mokotowskie miało wtedy  złą opinię, bo było , zdaniem ciała pedagogicznego, miejscem do którego nie powinna  chodzić szkolna  młodzież. No i Adela tam  nie bywała. Nie  bywała  tam  również i wtedy gdy tuż obok  wyrosło osiedle  wieżowców i nie  bywała tam i  wtedy gdy się Pole Mokotowskie zamieniło w Park wpierw Mokotowski a później w Park imienia Józefa Piłsudskiego. Ledwie dostrzegała ów Park przejeżdżając obok niego dwa razy dziennie, lub korzystając z czytelni pobudowanej  na jego terenie  Biblioteki  Narodowej. Nie przypominała  sobie by kiedykolwiek gdy tu bywała z dziadkiem był jakikolwiek zbiornik wodny, ale teraz był.  Były porządne alejki, których kiedyś wcale nie było i było sporo drzew- wtedy, z tego co pamiętała  Adela to były głównie różne krzewy i jeszcze nieduże  drzewa, które   nie  były celowym nasadzeniem, tylko po prostu same wyrosły i nikt im  w tym nie  pomagał ani nie przeszkadzał. Patrząc przez okno pomyślała - powinnam  sobie  spisać w jakimś notesie to  wszystko co mnie przyprawiało o wieczną  frustrację w okresie  dzieciństwa. Może gdy to  wszystko sobie  uświadomię będę dużo lepszą matką niż moja matka i babcia. Była tak bardzo zamyślona, że gdy usłyszała głos  szefa to niemal podskoczyła i gwałtownie się odwróciła. 

Przepraszam, posiedziałem nieco zbyt długo w barku, musiałem nieco odreagować tę poranną nasiadówkę. Jak widzę podziwia  pani widok za oknem.  Adela uśmiechnęła  się - głównie to wspominam, bo przychodziłam  tu kiedyś z dziadkiem, zrywałam koniczynę i plotłam  z niej  wianki. I nie przypominam sobie, by wtedy był tu jakiś staw. No bo nie było na tym Polu Mokotowskim  żadnego stawu, zrobiono go dopiero gdy  wybudowano to osiedle. Wtedy dopiero przemieniono Pole Mokotowskie w Park Mokotowski. Skoro tu panią prowadzano na  spacer to zapewne jest pani rodem z Mokotowa. 

Tak, zgadza  się, mieszkałam przy Narbutta, a teraz mieszkam  na Ursynowie, a tak bardzo dokładnie to na  Stokłosach. Czyli tak, jakby pod Warszawą - powiedziała  ze śmiechem Adela. W końcu Mokotów też był kiedyś  terenem podwarszawskim. Tak, to prawda - potwierdził szef. I jak  się tam państwu mieszka? Całkiem  dobrze, bo mieszkamy  bliziutko rodziców mego  męża, a Ursynów stał się przez te ostatnie lata niemal samodzielnym  miastem, chociaż  z tego co pamiętam jego początki radosne  nie były - była to istna pustynia handlowa. Jak każde nowe osiedle - dodał szef.

Szef sięgnął ręką do kieszeni i wyjął z niej wpierw jeden klucz, potem kilka małych kluczyków. Ten większy klucz jest do drzwi naszego pokoju - naruszyłem przepisy i dorobiłem go, więc proszę o dyskrecję - nie muszą o tym wiedzieć inni. A te małe to są od naszych szaf. W tej blisko mojego biurka są nasze  laptopy. Są w  szafie, bo szafki w biurkach można chyba  nawet ołówkiem otworzyć. Ta szafa obok drzwi to nasza szafa ubraniowa. Pewnie się pani jeszcze  nie spotkała z szafą  żaluzjową w charakterze szafy ubraniowej. Na dole szafy są dwie tace na buty - po prostu zimą zmieniam buty zimowe, ocieplane  na półbuciki. No i jeśli płaszcze  są mokre to wtedy szafa  jest otwarta. Wiem, że z powodu tej  szafy niektórzy pracownicy nazywają mnie  wariatem, ale jakoś mnie    przeszkadza w pokoju wieszak na ubrania. Latem, gdy gorąco też wolę odwiesić marynarkę do szafy.

Ale ja uważam, że to dobry pomysł i spotkałam  się z nim już w kilku miejscach. Zimą i jesienią to ja  notorycznie zmieniam obuwie - nie  sposób siedzieć 8 godzin w  zimowych, ocieplanych botkach. Po biurze zawsze chodziłam w  szpilkach żeby  mnie było choć trochę widać. A ja mam do pana pytanie - czy mogę przynieść do pokoju mały express do kawy? Zmieści się nawet w  szafce  mego biurka. I chcę wymienić zamki w szafce biurka. Oczywiście gdy express będzie u nas zawsze z przyjemnością napiję się kawy w pana towarzystwie i pan też będzie mógł sobie w każdej  chwili zrobić kawkę. To prosta sprawa, nauka obsługi trwa góra pięć minut. I pomyślałam, że mogę przywieźć z domu mały, składany stolik turystyczny i może stać pomiędzy oknem a moim biurkiem, na nim express i nie będzie  wtedy dekoracją pokoju, nie będzie nikomu wpadał w oczy. A wychodząc z pracy schowam go do biurka.

A skąd ten express pani weźmie? Z domu, mamy duży i mały. Duży ma  więcej funkcji, mały tylko parzy kawę. Ale jeśli pan na przykład pije  tylko kawę rozpuszczalną to wystarczy jak przyniosę z domu  elektryczny czajnik. Wtedy to można zrobić albo kawę albo herbatę. Co prawda kawa rozpuszczalna ma nieco  mniej polifenoli niż "normalna kawa", ale i tak ma  wiele korzyści dla zdrowia mimo złej prasy. Po prostu mało kto wie  jak jest produkowana i bajdurzą, że to "sama chemia", a to nie jest prawda.

Ja też podejrzewam, że to sama chemia- stwierdził szef, ale tak naprawdę nie  wiem jak jest produkowana. A jest produkowana  dość zabawnie, podobnie  jak mleko w proszku i wiele innych produktów  żywnościowych sprzedawanych w postaci  sproszkowanej - powiedziała  Adela. Kawę rozpuszczalną uzyskuje  się dwiema metodami - jedna z nich to tańsza, a druga droższa. Tańsza metoda to uzyskanie bardzo mocnego naparu kawy,  a potem pozbycie się z niego wody  z pomocą  gorącego powietrza. Napar  rozpyla  się  w bardzo wysokich kominach, woda odparowuje,  ze ścianek na  dno zbiornika spada sucha masa.

Druga metoda to liofilizacja i kawa rozpuszczalna produkowana tą drogą jest droższa , ale delikatniejsza w smaku. W tym przypadku też  się robi  bardzo mocny napar, zamraża  się go i poddaje  działaniu niskiego ciśnienia. Kawa liofilizowana wygląda nieco inaczej jest w formie  malutkich  kryształków a nie proszku.  Ale najzdrowsza kawa to jest normalna, mielona, zaparzona  w expresie. W wielu krajach już od lat badają  wpływ kawy na  zdrowie człowieka, już ze 30 lat to badają "na okrągło" i płacą  za to wcale nie producenci kawy.

No to pani przyniesie ten expresik, a ja przyniosę nieduży czajnik elektryczny. Taki najwyżej na litr wody. A ma pani jakiś patent by kanapka na drugie śniadanie była  smaczniejsza i by to była świeża  bułeczka? A opatentuje  to pan?- roześmiała  się Adela. Ja po prostu późnym wieczorem wyciągam z zamrażalnika zamrożoną bułkę, która jest owinięta w folię aluminiową. Wieczorem wkładam do pudełka to co chcę by było na owej kanapce,  a każda z tych  rzeczy jest owinięta w kawałeczek pergaminu i to wszystko wkładam do małego pudełka tzw.  śniadaniowego. Oczywiście bułkę trzymam poza lodówką, owiniętą nadal w folię. To samo można zrobić z chlebem, tylko trzeba  go przed  zamrożeniem  pokroić na porcje i  zawinąć  w alufolię. Brzmi prosto i logicznie, wypróbuję - stwierdził szef. 

Dziś jeszcze powinien przyjść do nas informatyk by sprawdzić ten pani laptop, pokasować to co nie będzie potrzebne i zalogować panią. Pani poprzednikowi nie  spodobało się  tutaj, pograł trochę w różne gry twierdząc, że  gdy gra to mu się lepiej myśli i obraził się gdy mu powiedziałem, że grać to sobie  może w domu. Jakiś dziwny był - po prostu przestał przychodzić do pracy a po tygodniu nieobecności powiadomił kadry że zrezygnował z pracy.   Jakiś młody? - spytała Adela. No w porównaniu do mnie  to młody, miał ponoć 42 lata. I był rzecznikiem patentowym?  Nie, był ekonomistą z wykształcenia i miał być tzw. pracownikiem cywilnym, czyli nie  zajmującym  się orzekaniem ani analizą wniosków. 

Pani Adelko, a nie chciałaby pani zostać rzecznikiem europejskim? Oczywiście  nie teraz  zaraz, bo ma pani zbyt krótki staż pracy jako rzecznik, trzeba jednak  mieć przynajmniej staż pięcioletni jako rzecznik krajowy by móc przystąpić do egzaminu na takiego rzecznika. 

Odpowiedź moja na  dziś brzmi, że raczej nie - przez 5 lat równocześnie pracowałam i uczyłam  się. Ciągle jeszcze jestem zmęczona, zwłaszcza ostatnim rokiem, bo pisałam pracę magisterską i chodziłam potem na kurs rzecznikowski.   Emil bardzo mi pomagał w tym czasie, namówił mnie  bym pisała pracę na temat ochrony praw  autorskich, bo materiały do tej  pracy pokrywały się częściowo z tematyką kursu. Tak ustawił w  firmie moją pracę, że w dniu, w którym byłam na kursie nie przyjeżdżałam do pracy, po prostu miałam przepustkę służbową.  Poza tym chcemy z Emilem stworzyć prawdziwą  rodzinę i jakoś mało współczesna jestem  chyba, bo gdy będę miała  dziecko to nie  chcę by było wychowywane przez  żłobek, przedszkole a potem  świetlicę szkolną. Wiem co przeżywały moje koleżanki w pracy gdy ciągle musiały brać zwolnienia lekarskie bo maluszek przynosił do domu kolejną infekcję. Ja na pewno pierwsze 3 lata  życia  dziecka chciałabym  z nim być w domu, ewentualnie potem pracować w  wymiarze pół etatu.

I jeśli miałabym się teraz jeszcze czegoś uczyć, to zapewne wybrałabym aplikację adwokacką, znam nawet takiego jednego, który zostałby  moim mentorem - był moim promotorem i chętnie widziałby mnie jako aplikantkę. Mam tylko nadzieję, że to co panu powiedziałam teraz nie  wykorzysta pan przeciwko mnie. Gdy powiedziałam na  roku, że muszę  się zastanowić co dalej ze mną po tej magisterce to kilku wykładowców radziło mi robienie aplikacji  radcowskiej, ale ja  się nie lubię i  nie potrafię wykłócać a tym bardziej latać po  sądach w zastępstwie dyrektora jakiejś placówki. A to właśnie  robią na ogół radcy prawni w tym kraju. Poza tym znałam prywatnie kilku radców prawnych, którzy sami siebie przeklinali za to, że byli radcami prawnymi, bo dyrektorzy, którym radca prawny tłumaczył, że facet postępuje niezgodnie z przepisami najczęściej mówili, że oni są dyrektorami a nie on.

Zastanawiam się chwilami nad tym jak to będzie teraz  z rzecznikami patentowymi - podejrzewam, że ci, którzy są na etatach w dużych zakładach pracy to nadal tam pozostaną, chociaż wiem,  że wszyscy w  zakładach pracy  krzywo patrzą na  rzeczników patentowych, bo siedzi taki w gabineciku, czyta i nic  nie  robi, a lud pracuje ciężko i na ich pensje zarabia. Tak samo patrzą krzywo na wynalazców- zwłaszcza  wtedy gdy patent jest wdrożony do produkcji  i współtwórcy patentu dostają pieniądze przez trzy kolejne lata. No straszne- siedzieli przy biurkach a teraz dostają  pieniądze  za nic. Ten czas powojenny, ta apoteoza wysiłku fizycznego nad umysłowym nie wyszedł nam na  zdrowie.  Myślałam, że po transformacji będzie lepiej, ale niestety większość jednak  się nie odnalazła w nowej rzeczywistości. Zamarzyło się państwo "opiekuńcze", nie  ważne, że jesteśmy w Europie. Po prostu nie  dorośliśmy do Europy. Blichtr większości społeczeństwa wystarcza, a poza  tym to niech  Europa  daje pieniądze i niech  się odczepi - takie motto coraz  częściej się przebija.

Adela  mówiła to wszystko cichym głosem, zupełnie  pozbawionym emocji a  szef wpatrywał się w  nią badawczo. Przez chwilę panowała  cisza, w końcu szef powiedział - dziecko drogie,  ma pani rację. Rzadko rozmawiam z ludźmi w pani wieku. Jeśli więcej osób w pani wieku zacznie tak myśleć, to jest szansa, że jeszcze  wyjdziemy na prostą. I przysięgam - ta  rozmowa pozostanie między  nami.  Nie podejrzewałem, że tak dobrze pani potrafi zanalizować sytuację. Adela uśmiechnęła  się - po prostu miałam szczęście, że trafiałam w życiu na inteligentnych ludzi. Szczerze mówiąc nie chciałabym byśmy musieli urządzać sobie  życie poza Polską. Nie chcemy się rozstawać z najbliższymi, wiemy, że oni bez protestu pojechaliby z nami, ale starych drzew się  nie przesadza, nie  wychodzi im  to na  zdrowie. Ile razy można wszystko zaczynać od  nowa? W pewnym sensie jestem do ciągłych zmian przyzwyczajona, bo stanowisko dyrektora nie jest czymś trwałym, bo niewiele znaczą na tym stanowisku kompetencje - znacznie  więcej układy, przynależność partyjna itp. Nawet jeśli ja  siedziałam na  miejscu to zmieniali mi się dyrektorzy i za każdym razem musiałam uwzględniać to w  swoich kontaktach służbowych. A bywali różni, niczym dziurki w  serze.

                                                                        c.d.n.

poniedziałek, 18 lipca 2022

Trudny wybór- 64

Szef, który szefował od lat i był całkiem niezłym psychologiem rozmawiał z Adelą bardzo  długo,  nim uznał, że emocje  z niej opadły i można już oprowadzić  Adelę "po zagrodzie". Nie  da się ukryć, że Adela była najmłodszym pracownikiem.  Jeden z pracowników witając  się  z nią powiedział- pewnie  mnie  pani nie pamięta, ale byłem na sali, gdy pisała  pani  egzamin.  Fakt - powiedziała Adela - nie mogę powiedzieć, że wiele z tamtego dnia  pamiętam- do  dziś  nie mogę  się nadziwić, że jednak napisałam na tyle  dobrze, że zaliczyłam ten  egzamin.  Byłam tak  skoncentrowana  na tym co robię, że nie zauważyłabym nawet gdyby  do sali wszedł Święty Mikołaj i  zaczął rozdawać prezenty. Wszyscy  się roześmieli, a jedna z pań powiedziała- to bardzo dobrze, że umie  się pani  tak skoncentrować zamiast wpadać  w panikę. Ja to zawsze odchorowuję takie imprezy.  

Adela uśmiechnęła  się - mnie  chyba było o tyle łatwiej, że dopiero co  przed  tym kursem zrobiłam  magisterkę z prawa i  jeszcze  nie do końca  wypadłam z rytmu egzaminów i kolokwiów.  Co prawda stresowała mnie świadomość, że jeśli nie  zdam to  nie ma poprawki. Ale gdy obroniłam magisterkę to zamiast skakać  z radości płakałam tak rzewnie  jakby mnie odwalili  na obronie. 

No, obrona magisterki to też nic łatwego - odezwał się  jeden  z mężczyzn - moja żona broniła swą pracę w dniu, w którym miała  wg lekarza termin rozwiązania i ja  czekałem na nią na podwórku w samochodzie, będąc przekonanym, że zaraz  usłyszę dźwięk pędzącej  do niej karetki - powiedział jeden z pracowników - ale urodziła dopiero trzy  dni po terminie. Wszyscy zaczęli  się śmiać , a  Adela powiedziała - pewnie  dziecko  doszło do  wniosku, że nie ma  się właściwie  do  czego spieszyć, bo jeszcze je zaczną przepytywać jak  jego mamę.

Kochani - powiedziałem  pani Adeli,  że może zawsze liczyć na pomoc każdego z nas gdy będzie  miała jakieś wątpliwości. Oczywiście najczęściej  siłą  rzeczy będzie się zwracała  do mnie, bo będzie  pracowała w moim pokoju, ale uczulam  państwa- gdyby mnie  nie było to ze  swymi wątpliwościami przyjdzie do was po pomoc. Część z was na pewno zna męża pani Adeli - też jest rzecznikiem patentowym i wiem, że  niedługo też  będzie  pracował w urzędzie, ale w  sąsiednim pionie.

Pani Stasiu,  mam prośbę - proszę panią Adelkę oprowadzić po urzędzie i dać jej  spis  telefonów i trochę opowiedzieć o tym co robimy.  Bo ja  mam zaraz jakąś nasiadówkę, a ostatnio,  zupełnie  nie wiem dlaczego są one  coraz  dłuższe i coraz bardziej wodniste. Nie chcę by pani Adelka czuła  się tego pierwszego dnia  nieswojo.  I jeszcze  coś - to nie jest pierwsza praca pani Adelki, choć jej wygląd może komuś  to sugerować.  A jak będziecie panie  na  dole, to kupcie mi gotową   kanapkę, wie  pani jaką, pani  Stasiu, taką z zieloną  sałatką. Ja  ją potem sobie odbiorę z bufetu i opłacę. Muszę jeszcze coś poczytać przed tą nasiadówką. No to zostawiam panią Adelkę w rękach  pani Stasi. Aaaa- pani Adelko, klucz od naszego pokoju będzie tu. Kiedyś po prostu zostałby w drzwiach,  ale czasy się zmieniły, niestety. 

Gdy szef wyszedł pani Stasia powiedziała: mam wiadomość dla kolegów- pani Adelka jest żoną p.Emila B. , a nie siostrą. Szczęściarz z niego - powiedział któryś z mężczyzn.  Jak  się trochę  tu zadomowię to na pewno  zmieni pan  zdanie, jestem zołzowata i będzie mu pan  współczuć - stwierdziła  Adela. Pani Stasia objęła ramieniem Adelę i  powiedziała - no to my idziemy na obchód. Jakby ktoś do  mnie dzwonił to powiedzcie  proszę, że będę za 2 godziny. To gdzie wy idziecie? - zapytał któryś. No przecież powiedziałam - na obchód. Pani Stasia nic już nie odpowiedziała tylko pociągnęła Adelę  do drzwi. 

Gdy wyszły powiedziała - wpierw pojedziemy zamówić tę kanapkę. Nie lubi  brać  drugiego śniadania z domu, a tu mu tylko te kanapki odpowiadają, więc lepiej  by jeszcze  były. W windzie powiedziała- mówmy sobie po imieniu- wszyscy tu tak sobie mówimy. Adela uśmiechnęła  się- bardzo  chętnie. Masz oryginalne imię - nie znałam dotąd  żadnej Ady. Jestem Adela, nie  Ada. Ada to zupełnie inne imię, podobno  wersja żeńska imienia  Adam. Gdy byłam w  szkole to dla jednych  byłam Adą, dla  innych Adelą ale i Adelajdą. Nie mam pojęcia  dlaczego nazwano mnie  Adelą a nie np. Anną, Agnieszką. Ale to i tak  lepsze niż imię Emilia- w szkole na koleżankę o imieniu Emilia wszyscy mówili....Plater. A na nazwisko miała Czajkowska.

A ja mam  żal, że mnie nazwano Stanisławą- na cześć dziadka ze strony ojca. Nie podobają  mi się imiona dla dziewcząt wywodzące się od imion  męskich.  I tak nieźle, że nie ma u nas imion wywodzących  się od  nazw dni tygodnia lub miesiąca czy też  pory dnia. 

W bufecie Adela zaproponowała by się napiły kawy i na zagryzkę wzięły paczkę paluszków  makowych, zamiast muffinek.  Oczywiście Adela oświadczyła, że ona stawia. No popatrz, nie  miałam pojęcia, że są też paluszki  z makiem, a  za słonymi to ja  nie przepadam. 

A gdzie ty przedtem pracowałaś? - spytała Stasia. Szef wam  nie  mówił?  Nie, powiedział tylko, że masz świetne referencje. No pracowałam kilka lat w ministerstwie  jako sekretarka, potem jako asystentka dyrektora  w programie pilotażowym i ostatnie  dwa lata w dziale rzecznika  patentowego, który z  szefa zmienił się w mego męża. To ile  ty masz lat? Bo wyglądasz na  nastolatkę.  Prawie 28 . Studiowałam w trakcie pracy, trybem zaocznym. Przez 5 lat  nie  wiedziałam co to jest  weekend. Po prostu musiałam po liceum iść do pracy. I po absolutorium, w trakcie pisania pracy chodziłam na kurs  na rzecznika. Emil zapoznawał  mnie  z każdym pismem do Urzędu Patentowego, wszystko mi tłumaczył, często musiałam sama pisać te pisma, on je  czytał, pokazywał gdzie  zrobiłam błąd merytoryczny i wszystko cierpliwie  tłumaczył. Poza tym wszędzie  mnie  woził, bardzo pomagał w domu. Gotować też potrafi. On to wszystko wyniósł z domu, tak go rodzice  wychowali. Mam cudownego męża i równie cudownego teścia. Niestety teściowej nie poznałam, zmarła nim spotkałam  Emila. Ale wiem, że Emil  bardzo mamę kochał. 

Przystojny jest ten twój  mąż. I sympatyczny, ale zawsze z ogromnym dystansem w stosunku do kobiet. Zawsze grzeczny, uprzejmy, ale zero typowych męskich umizgów.  Adela chwilę milczała, potem powiedziała - on właśnie  taki sposób kontaktów z kobietami  wyniósł  z domu. Ojciec   zawsze uczył go szacunku do kobiet  i traktowania ich poważnie, a nie  zawracania  im głowy. I pod  tym względem mamy z Emilem takie same poglądy, traktujemy kontakty damsko-męskie poważnie. Oboje  nie należymy do flirciarzy. Powiedziałabym nawet, że w pewien  sposób  jesteśmy  niedzisiejsi. Nie mniej jakoś tak  się składa, że spotykamy sporo  ludzi z takim  samym  podejściem do życia.

A twoi rodzice też tacy zachwyceni Emilem  jak ty?  Nie wiem, bo mną nigdy nie   byli zachwyceni a ja mając 16 lat wyprowadziłam  się do  siostry mojej matki i od tamtej pory mam z nimi sporadyczne kontakty. Na  ślubie byli, zaprosiłam ich, podobnie jak wszystkich z biura, w którym pracowaliśmy. Ostatnio widziałam ich jakoś tak zaraz po Nowym Roku. Za to z ojcem Emila widuję się codziennie, to super facet. I nazywa  mnie  córeczką lub  córeńką. I jest mężem mojej cioci. Pobrali się zaraz po nas. Mieszkamy po sąsiedzku.

Adelko - ty jesteś niesamowita! Jeszcze  nie  spotkałam takiej osoby jak ty. Stasiu- zapewniam cię, że  osób z tak pokręconym życiorysem jak mój jest  sporo. W pewnym momencie uznałam, że  wszystko co nas  spotyka ma chyba  jakiś sens. Tylko czasem trzeba się zastanowić jaki-  nie  wszystko jest oczywiste i całkiem  jasne.

Wiesz, kupię jeszcze tych makowych paluszków, oboje z Emilem  je  lubimy. Adela odniosła ich puste filiżanki po kawie i kupiła  dwie  paczki paluszków. Jedną postanowiła  wziąć do  domu,  a drugą zostawić  sobie w biurku. Stasiu, a czy można tu sobie przynieść do pokoju mały express do kawy? Bo mam w domu taki mały, na dwa espresso. I jak tu jest właśnie z tą kawą lub  herbatą? Trzeba do bufetu po to chodzić? A to to musisz  sobie z szefem uzgodnić. Tylko uprzedzam, że jeśli przyniesiesz express do kawy, lub elektryczny dzbanek to będziesz mu musiała robić kawę lub herbatę. Nie problem - zaśmiała się Adela - mam  dużą  wprawę w tej materii. Stasiu, a dlaczego  szef powiedział, że teraz  nie można  wychodząc zostawiać klucza  w drzwiach? Były jakieś kradzieże? Podobno. Ale tylko z jego pokoju  coś zginęło. Osobiście podejrzewam, że sam gdzieś posiał swą komórkę. Albo i nie, bo u mojej koleżanki w biurze ginęły pieniądze z  torebek i z kieszeni  płaszczy wiszących  w pokojach. A jeśli chcesz coś schować w biurku to zmień sobie zamek w biurku, bo te zamki są w pewien sposób uniwersalne - jednym kluczykiem otworzysz wszystkie biurka. 

Hmmm, zdziwiła  się Adela - będę musiała w takim  razie kupić na mieście  jakiś zamek. Mam  zwyczaj chować w szafce  biurka  swoją torebkę.  No to niemiła  wiadomość.Tam gdzie ostatnio pracowałam to był chroniczny brak miejsc, więc pokoje były przeważnie wieloosobowe  i z reguły zawsze ktoś  w pokoju zostawał. A my z Emilem  zostawialiśmy  klucz w sekretariacie dyrekcji. No bo czasem zdarzało się, że oboje  musieliśmy wyjść z pokoju. 

Szczerze mówiąc to na początku nie będziesz  zbyt  wiele w ciągu dnia wychodzić ze  swego pokoju- już  szef  zadba  o to, byś miała  sporo do pracy  na  miejscu. 

U zarania  dziejów był pomysł, żeby zrobić  pokój  socjalny, w którym byłby express  do kawy, dzbanek  na wodę, szklanki, filiżanki, talerzyki. No ale szybko się okazało, że nie ma  na to miejsca i że można przecież  zejść  do barku na  kawę lub herbatę. Kiedyś była tu pani  "herbaciarka", która  również sprzątała, ale już  nie  robi  herbaty i tylko  sprząta. A w ogóle ciągle ktoś  coś  tu wymyśla by było "po europejsku", tylko że pewne obyczaje wschodnioeuropejskie   są już tak wrośnięte, że trudno to wszystko  zmienić. Teraz  jest ten trend by rzecznicy patentowi pracowali na wolnym  rynku. Ale ja to czarno widzę - zbyt wiele  lat wszystko było "po linii i na bazie" i społeczeństwo nie  dorosło do tego, by był naprawdę  wolny rynek w każdej niemal  dziedzinie. Nasz Urząd też ma przejść  jakąś modernizację, czyli nietrudno się domyśleć, że będą redukcje etatów - bo na tym  głównie  polegają polskie  modernizacje. Potem  się okazuje,  że brak ludzi, znów się  nowych  werbuje i  historia  co jakiś  czas się powtarza. A potem wyzywa  się ludzi od nieodpowiedzialnych i wrogów  własnego  kraju, bo  wzięli  swoje  "szmatki i lalki" i poszli  się bawić  na inne podwórko, na którym z góry wiadomo jakie  są wymagania i  nie  zmieniają  się  co  kwadrans.

Adela uśmiechnęła  się smętnie - w najgorszym przypadku powieszę  sobie  dyplom magistra  prawa i rzecznika  patentowego w  salonie jako ozdoby ścian  i mogę  wrócić do bycia sekretarką. Eeee, rzecznicy mogą tu  spać  spokojnie, w Polsce jest  niedobór  rzeczników patentowych, redukcja  to dosięgnie tych bez tytułu  rzecznika. Będą tylko rzecznicy i personel pomocniczy. A poza tym zawsze istnieje opcja wyjechania  na inne  podwórko. I my z mężem się nad  tym poważnie zastanawiamy, zwłaszcza, że mamy prawo zamieszkać  w dowolnym kraju należącym do Unii. I nie  musimy  mieć na to zgody ani kraju, w którym zamierzamy zamieszkać  ani tym  bardziej Polski. Mąż już coś kombinuje z wyjazdem i  zapewne wyjedzie  pierwszy, potem  tylko będzie  kwestia zlikwidowania  tu mieszkania. Ale mam prośbę- niech ta rozmowa  zostanie miedzy  nami- poprosiła Stasia. Przymierzamy  się do Szwecji, bo tam  można  pracować znając  dobrze  angielski. Nasi znajomi już cztery lata mieszkają w Sztokholmie i bardzo  sobie chwalą życie tam. I do Polski stamtąd  blisko, jeśli ktoś  zatęskni.  Ale oni  nie  zatęsknili i ani razu od  czasu  wyjazdu  nie przyjechali  tu, za to ciągle  ktoś  z ich rodzin  siedzi u  nich. Mój  mąż też był u  nich i twardo teraz szlifuje angielski i poducza  się  szwedzkiego. Bardzo  się mojemu Sztokholm podobał.  Ci nasi znajomi  mieszkają daleko od  centrum, ale dojazd do pracy mają dobry - dojeżdżają  samochodem do kolejki podmiejskiej, potem kawałek  metrem. Coś tak jakbyś mieszkała na osiedlu  koło Mysiadła a pracowała na Żoliborzu. A gdzie  wy z Emilem  mieszkacie?  Na Ursynowie,  na Stokłosach. I czekamy niczym  kania  dżdżu na metro. Żeby już  chociaż ten pierwszy odcinek do Politechniki kursował. A teraz to ja będę jeździła dwoma  autobusami. A jak  znam życie i  Emila, to gdy on tu też będzie pracował to będziemy jeździć  samochodem.

                                                                      c.d.n.



piątek, 15 lipca 2022

Trudny wybór - 63

W poniedziałkowy  ranek obudzili  się jak  zwykle i Adela  stwierdziła, że skoro  zaczyna  później pracę to chyba  będzie  jadać  śniadanie  w domu. W kilkanaście  minut później  stwierdziła - albo i  nie, jakoś mi nic  nie idzie. To sobie  zrobię w takim  razie  czekoladę, to pożywniejsze od  kawy i zdrowsze. To może jeszcze  zjesz do tego plasterek  szynki - będziemy ją  zawsze kupować, jest nawet lepsza od tej z tego "krakowskiego  kredensu". Bo pewnie  jest  krótsza  droga od  producenta  do  sklepu - stwierdziła  Adela.  I widziałam  tam, niedaleko od tego, bardzo  porządny kiosk  z rybami - trzeba będzie  spróbować co tam mają. Co prawda wolę  robić  wszystkie  zakupy   w jednym  miejscu i parkować pod  dachem, ale to nie  problem. 

No pewnie, że nie problem, możemy też  zawsze poprosić rodziców by nam tam zrobili  zakupy przed południem, bo nie  wiem czy w późniejszych  godzinach też jest taki  wybór. Po prostu wypróbujemy wracając z pracy. Trochę nam mało po drodze no i będziemy późno wracać, z pracy będziemy wychodzić przecież o  siedemnastej. Faktycznie - zupełnie o tym  nie pomyślałam - stwierdziła Adela.  Ale może  wpierw dowiemy  się jak im  smakowały te  wędliny, żeby  czasem  nie  jeździli po nie  specjalnie  dla nas. 

Kochanie, ależ oni będą prze-szczęśliwi, gdy będą  wiedzieli, że  nam potrzebna jest ich  pomoc. Ojciec ciągle mnie pyta czy  nam  czegoś  nie kupić gdy robią  zakupy  dla  siebie. I nawet nie  wiesz, jaki był zadowolony, że zaproponowaliśmy im, że razem pojedziemy na  zakupy  w sobotę. On cię naprawdę adoptował, ma  wreszcie  córeczkę. I masz jak  w banku, że dziś, gdy wrócisz  z pracy będzie  się dopytywał jakie masz  wrażenia. Ojciec do dziś  nie może  zrozumieć jak można  nie kochać własnego dziecka tylko dlatego, że nie jest tej płci, która  się  rodzicom wymarzyła.

Wiem, że tata mnie lubi, zawsze tak mnie czule  wita. On cię nie  tylko lubi, on po prostu uważa  cię za  swoje dziecko, po prostu on  cię kocha.  I pokochał  cię jeszcze przed  naszym  ślubem. Najbardziej  mnie  ojciec  rozczula, gdy  mi tłumaczy, że mam  cię kochać bo jesteś nadzwyczajna - już mu raz  powiedziałem, że wiem o tym i że już bardziej cię kochać  nie mogę, to teraz co jakiś  czas mi mówi, że mam pamiętać, że sam  cię wybrałem, więc masz mieć pierwszeństwo przed  wszystkimi, nawet przed nim. No więc zapewniłem, że tak właśnie  jest i usłyszałem, że tak właśnie ma być  zawsze.

Adela uśmiechnęła się - to w takim  razie dzisiejsza obiado-kolacja  będzie u nich, ale ponieważ już wyjęłam mięso z zamrażalnika, to gdy mnie odwieziesz wpadnij  do domu i zanieś  mięso do Heleny. Tylko zadzwoń wpierw  do niej gdy już mnie  dostarczysz do mego  szefa. Zadzwonię i powiem, żeby sama sobie  to mięso zabrała  z lodówki, bo ja przecież nie  wracam zaraz do domu. Muszę kilka  spraw  tu  załatwić  a potem pewnie  się  spotkam  z Arkiem.

Maleństwo, zjedz jeszcze plastereczek  szynki, bo do barku to pewnie  skoczysz  dopiero koło południa, albo nawet później.  Im pełniejszy żołądek  będziesz  miała, tym mniej  się będziesz  denerwować. Już pomijam fakt, że tak naprawdę nie masz się czym  denerwować. I gdy otworzysz szafkę biurka  mogę ci zagwarantować, że nie wyskoczy stamtąd Kamil ani Zdzisław. 

No to całe szczęście, bo pewnie  bym wtedy najzwyczajniej w świecie  zemdlała ze  zdziwienia - stwierdziła Adela. I o ile ducha  Kamila  to bym się raczej  mało wystraszyła to widok Zdzisia  raczej  by mnie  wkurzył. Mileczku, wyszukaj  mi w mamy pudełku jakąś małą broszkę, żeby mi pasowała do sukienki, powinnam  czymś ożywić tę szarą sukienkę. Maleństwo, to twoje  pudełko przecież. No moje,  ale  lubię nazywać je "pudełkiem  mamy". Bo to tak, jakby twoja  mama nadal tu była. Po chwili Emil przyniósł jej małą, owalną broszkę z jadeitu - idealnie pasującą  do pierścionka. Oprawiona była bardzo oryginalnie w dwa cieniutkie paseczki złota łączone w kilku  miejscach małymi złotymi, nieco spłaszczonymi, kuleczkami. Ojej, ja jej  nie  widziałam  wcześniej!  Nie widziałaś, bo ojciec  ją odnalazł w swoim biurku, bo miała uszkodzone zapięcie. Znalazł ją dopiero w trakcie przeprowadzki, dał do naprawy, potem dał mi ją,  a ja wrzuciłem ją do pudełka i całkiem o niej  zapomniałem. Nie wiedziałem, że mam  już taką sklerozę. Kochanie, dopóki pamiętasz, że jesteś moim mężem - nie masz  sklerozy.

Tak jak przewidywał Emil, Adela  wpierw "zaliczyła" dział kadr, w którym  złożyła mnóstwo  podpisów i otrzymała  "od  ręki" swą plakietkę ze zdjęciem, imieniem oraz  nazwiskiem  i jedna   z pracownic miała ją odprowadzić do szefa  działu. A ponieważ Emil był w kadrach razem  z nią, powiedział - ja żonę tam zaprowadzę, wiem gdzie  to jest i znam jej  szefa.  Dobrze, nie ma  sprawy. A pan kiedy do nas przychodzi?  Od 1 października - z uśmiechem odpowiedział Emil. Ale ja będę w innym  dziale. A dlaczego? -spytała pracownica. Bo żona jest prawnikiem a ja inżynierem, więc tematyka jednak inna. Ale ja i tak  z wami pójdę, bo mi szef działu  musi  tu  złożyć podpis. Tak więc Adela  dalej szła eskortowana  przez  dwie  osoby. 

Pracownica  kadr weszła pierwsza, Adela i Emil  za nią.  Szef, który od pierwszego spojrzenia przypadł Adeli do serca, ujrzawszy Emila powiedział - muszę pana przeprosić, panie inżynierze, ale  wpierw  muszę przyjąć do pracy nowego pracownika .... wiem, wpadł mu w słowo Emil, tym nowym pracownikiem jest właśnie  moja  żona, a że jest  nieco stremowana pozwoliłem sobie  ją tu przyprowadzić. Szef podziękował pani  z kadr, złożył podpis  w miejscu przez  nią  wskazanym, przywitał się uściskiem  dłoni wpierw z Adelą a potem z Emilem. A pan kiedy przychodzi do pracy? Od pierwszego września. 

A mogę zapytać  czemu to pani jest stremowana? Przeglądałem pani dokumenty i wynika z nich, że miała pani do  czynienia  ze znacznie  ważniejszymi osobistościami niż my tutaj. Adela nabrała powietrza i z lekkim westchnieniem  powiedziała - jestem stremowana  bo zdaję  sobie  sprawę z tego  jak mało jeszcze wiem zarówno z dziedziny prawa jak i z orzecznictwa patentowego.  

No to proszę nieco wyluzować, bo nikt tu nie ma zamiast mózgu komputera i  wszyscy się  wspomagamy ciągłym zaglądaniem do różnych przepisów i wytycznych. Jak na tak młodą osobę to ma pani już sporą  wiedzę. Pozwoliłem  sobie zajrzeć do tego, co pani napisała  na egzaminie i........nieco dramatycznie zawiesił głos.......jestem w pełni zadowolony z tego, że będzie  pani tu pracować. Ani jednego błędu merytorycznego ani językowego ani  też ortograficznego. Pani dopiero zaczyna karierę w kierunku zgodnym z wykształceniem i mam cichą nadzieję, że polubi pani tę pracę.  Myślenia i pisania jest tu dużo, ale jak widziałem pisanie  nie sprawia  pani jakichkolwiek  trudności.  

Wszystkie pani wątpliwości co do merytoryki to ma chyba każdy z nas, no ale jak mówię - jest dostęp i do przepisów i do każdego z większym doświadczeniem w tej  dziedzinie. Proszę pamiętać, że kto pyta  to nie błądzi. Jeżeli coś  się wyda  pani niezbyt jasne to proszę pytać - głównie  mnie, bo będę tak  zwanie pod ręką, ale może się pani  zapytać każdego pracownika  tego działu. Tu nie ma wyścigu szczurów, nie trzeba się też przed nikim popisywać swą wiedzą i talentem towarzyskim - to nie  korporacja. Nie  robimy jakichś zbiórek lub wyjazdów integracyjnych, zabaw i wieczorków rozpoznawczych czy też zapoznawczych. Na  akord też nie pracujemy. 

A jak pani dawała  sobie  radę z tą elektrotechniką?- zapytał Emila. Powiedziałbym, że całkiem nieźle,bo nawet potrafi  sama niektóre  rzeczy naprawić. Poza tym odciążyła mnie wertując mnóstwo czasopism z tej  dziedziny i to anglojęzycznych i rosyjskich. Przeglądała  też normy - przed odejściem zarchiwizowała  mi mnóstwo notatek, w ogóle doprowadziła do tego, że dyrekcja po raz  pierwszy zatrudniła kogoś jako archiwistę. I mam  wrażenie, że studia prawnicze jako podstawa są bardzo dobre dla rzecznika - przynajmniej  nie miała trudności z formułowaniem  wniosków i opisów. No tak- zgodził się  szef - język jest  wzięty żywcem z żargonu prawniczego. A co pani pisała w pracy  magisterskiej?-zapytał. O ochronie praw  autorskich - temat podpowiedział mi mąż.

Za chwilę oprowadzę panią po swoim dziale. Proszę się nie  denerwować na  zapas, nie żywią  się młodymi kobietami.  A powiedzcie mi jeszcze tak prywatnie co myślicie o tym, że rzecznicy patentowi nie będą na etatach w dużych zakładach a będą pracować tak jak prawnicy.

Może, gdybym  wiedział jaka to złota  myśl przyświecała temu projektowi, umiałbym to ocenić- powiedział Emil. Ale jakoś  nie mogę  się  w tym dopatrzeć jakiejś logiki. Bo na pewno nie przybędzie od  tego rzeczników patentowych bo trzyletnia  aplikacja i to słono płatna  nie przyciągnie  chyba  wielu osób.

Praca jako rzecznik w pojedynkę poza  zakładem produkcyjnym- też raczej słodka nie  będzie- wiem ile  godzin w ciągu  roku  muszę  spędzić u konstruktorów.  Wiem ile jest ambarasu z produkcją wyrobu opartego na jakimś patencie - wynalazca  wszak musi dostać pieniądze gdy wyrób trafi do produkcji, a wtedy wynalazca jest wrogiem publicznym, bo raz  w roku zgarnia "kupę  forsy", a to nie on przecież stoi w pocie  czoła przy produkcji tego  wyrobu. A już pisanie, że rzecznik patentowy może mieć dochód miesięczny 10 tysięcy złotych  jest liczeniem  na wyrost. Wiem też jak trudno jest znaleźć w Warszawie lokal nadający się na kancelarię prawniczą i ile taka  frajda  kosztuje.

A ja nie rozumiem jednego przepisu - dlaczego prawnik, który jest  również rzecznikiem patentowym, który jak  wiadomo musi zachować tajemnicę  zawodową,  nie może prowadzić spraw cywilnych- jeśli choć raz poprowadzi taką sprawę traci tytuł rzecznika  patentowego i musi się o niego starać po raz drugi, robiąc kurs i zdając egzamin - powiedziała Adela. Dla mnie nie ma  w tym ani krzty logiki. Bo zarówno każdy prawnik jest  zobowiązany do zachowania tajemnicy  tak jak i  rzecznik- powiedziała Adela.  

Szef popatrzył się na nią i powiedział - tego nie  wie nikt. To jest właśnie  dziwne. Ale podejrzewam, że będzie się wkrótce dziać więcej rzeczy dziwnych. Dobrze, że teraz  państwo przechodzicie, bo tu też  się szykują jakieś dziwne  zmiany. Określiłbym to mianem zmiany iluzoryczne. I na pewno znów masa dobrych, zdolnych ludzi zmieni miejsce stałego pobytu. I wtedy przyda się tytuł rzecznika europejskiego. I chyba powinien pan się  tym zainteresować- powiedział zwracając  się do Emila. Ma pan dostatecznie długi staż jako rzecznik patentowy. Otworzył szufladę  swego biurka , poprzerzucał  jej  zawartość i podał  Emilowi wizytówkę. Niech  się pan  z nimi skontaktuje i to jak najprędzej. Może pan w trakcie rozmowy u nich, na  miejscu, podać moje nazwisko. Przez telefon lepiej  nie. A gdy się pan umówi z nimi na rozmowę wstępną to proszę mi dać  znać przez  swą żonę. Telefonując tam proszę podać tylko to, że jest pan zainteresowany zdobyciem uprawnień rzecznika  europejskiego. Emil obejrzał wizytówkę, podał ją Adeli mówiąc- zrób zdjęcie-obie  strony. Gdy Adela zrobiła zdjęcie zapytał się  szefa,  czy może ją wziąć, a ten  powiedział - tak, jest pan porządnym  człowiekiem i dlatego panu powiedziałem o tym co myślę i o tym, że się te uprawnienia mogą panu  bardzo przydać. Przed panem pięć godzin pisania w języku angielskim, a przedtem łyknięcie przepisów europejskich. Też w języku angielskim.

No a teraz pani Adelko idziemy poznać innych pracowników tego  działu. Trzymaj  się Maleństwo, przyjadę po ciebie, powiedział Emil i cmoknął ją  w czubek głowy, a szefowi uścisnął rękę i powiedział- dziękuję- za przyjęcie  Adeli i te wiadomości. Do zobaczenia!

Gdy szef i  Adela szli korytarzem szef powiedział - miło patrzeć na ludzi, którzy  się kochają i  szanują. Lubię tego pani męża, bardzo porządny i uczciwy facet. I widać, jaki w pani zakochany. Ile on jest od pani starszy?  Tylko dziesięć lat, ale jakoś  tego nie  widać. A ile jesteście po ślubie ? Dwa i pół roku. Niewiele, a on taki zapatrzony jakby jeszcze był przed  ślubem- stwierdził szef. Bardzo ładnie panią nazywa i nie  da się ukryć, że  adekwatnie  do sytuacji. Nie obrazi  się  pani, gdy będę mówić do pani  Adelko a nie "pani Adelo"?  No pewnie, że nie. To takie  trochę niedzisiejsze imię. Imię ładne, ale Adela to mi  się kojarzy z jakąś potężną, starszą damą, a nie z taką kruszynką jak  pani.  A jak ja mam się do pana zwracać? Tak jak wszyscy, per "szefie". W moim dziale większość to faceci, ale pani chyba umie pracować z facetami i to na pewno bardziej  dokuczliwymi niż  ci. Ale naprawdę - jeśli coś będzie niejasne każdy pani wytłumaczy- zresztą już mówiłem, że przyjdzie  do pracy młoda mężatka, więc zaloty niedozwolone. Zresztą  zawsze są niedozwolone do mężatek. 

                                                       c.d.n.

czwartek, 14 lipca 2022

Trudny wybór - 62

 W niedzielę Adela przeżywała wyraźnie kryzys - Emil  widział, że coś "ją  gryzie" i w końcu tuląc ją do siebie powiedział - zupełnie niepotrzebnie  się denerwujesz. Wiedzą, że jesteś świeżo upieczonym magistrem prawa i równie świeżym rzecznikiem patentowym i przez pierwsze miesiące będziesz się tam przecież  wszystkiego uczyć. Docelowo najprawdopodobniej będziesz w innym  dziale  niż teraz. Teraz  będziesz miała najporządniejszego z tamtych szefów, który wie doskonale gdzie dotychczas pracowałaś. To sześćdziesięciolatek, od lat pracujący w tym urzędzie, też prawnik jak i ty. Nim osiądziesz gdzieś na  stałe poznasz kilka wydziałów. Wiem  co prawda gdzie najprawdopodobniej osiądziesz na  stałe. W każdym razie będziesz się teraz głównie uczyć. A na wszystkie pytania, które będą  cię  dręczyć w trakcie tej aklimatyzacji odpowie ci właśnie  twój  szef. A jeśli czegoś nie będzie  wiedział to wyśle  cię do kogoś, kto ci wszystko wyjaśni. I pamiętaj, że nie ma  głupich pytań, masz pytać o wszystko co nie jest dla ciebie jasne jak  słońce. W każdym razie ministerstwo wystawiło ci taką opinię, że tylko pozazdrościć.  A co cię najbardziej niepokoi? A nie będziesz  się ze mnie śmiał?  Z ciebie  na pewno nie, co najwyżej z problemu który  cię w jakiś  sposób denerwuje. No powiedz co cię tak przeraża, wyrzuć to z siebie.  

Najbardziej mnie przeraża, że mogę wylądować w wieloosobowym pokoju. To zapewne  dziwny objaw u sekretarki, która pracuje w sekretariacie, przez który wciąż się przewala tak  naprawdę sporo osób. Ale ci ludzie wchodzą i wychodzą a na stałe to jestem  tylko ja i za ścianą np. dwóch dyrektorów.  Wybrałam  ciebie, bo wiedziałam, że w pokoju będziesz tylko ty,  a nie jak w planowaniu sześć bab i ja na  dodatek. Wcale nie kierowałam  się rozsądkiem, że tu będę  miała więcej do czynienia z prawem tylko tym, że będzie oprócz mnie tylko jedna osoba, która na  dodatek  zrobiła na mnie dobre  wrażenie. I Kamil dobrze wiedział dlaczego wybrałam dział patentowy, ale przytomnie  nie  skomentował tego. Nie przewidział tylko, że się połączymy, to na pewno było dla niego zaskoczeniem. 

Naprawdę to ja jestem mało rozrywkowa, a już najtrudniej mi idzie nawiązywanie  kontaktów z różnymi kobietami, z tymi w moim wieku też. Bo podobno  wewnętrznie jestem mało kobieca. Nie wierzę w przyjaźń między kobietami- raz się  tylko nabrałam i od tamtego czasu wszystkie moje dobre kontakty polegają głównie na  tym, że mogą  się do mnie wygadać, ale żadna z nich nie wie co ja naprawdę myślę o niej i innych. A to, że się do mnie  wygadają, to dla mnie  sam  zysk - uczę się po prostu na ich doświadczeniach. Tak od środka zna mnie tylko Helena no i ty. 

Maleństwo kochane, jesteś naprawdę cudowna i uwielbiam u ciebie właśnie to, że jak powiedziałaś  jesteś mało kobieca. Bo dzięki temu mogę z tobą o  wszystkim porozmawiać i wiem, że mnie rozumiesz. Masz szalenie  dużo wiadomości z różnych dziedzin i bardzo  często mnie  tym zadziwiasz. Co do przyjaźni - nie mam żadnego przyjaciela, kiedyś miałem sporo kolegów, najdłużej utrzymywałem bliski kontakt z Jackiem, ale życie pokazało, że to przeszłość. To ty jesteś tą osobą z którą dzielę  się swoimi problemami. Jesteś po prostu  dla mnie  wszystkim,  całym światem. I wiesz, ojciec o tym wie, choć mu o  tym nie mówiłem, ale jakoś to szóstym zmysłem wyczuł. On chyba cię wcześniej rozgryzł i dlatego kazał mi  się modlić byś mnie  zechciała w roli męża. 

Teraz będziesz przez czas poznawania procedur siedziała w jednym pokoju z szefem.To bardzo kulturalny człowiek i miły w  nienachalny sposób. Nie  zdziw się, jeśli czasem, gdy coś będzie  ci tłumaczył poprosi cię byś to sobie  zanotowała. Przy okazji ci powie, że człowiek  lepiej coś  zapamięta,  jeśli oprócz wysłuchania również to  zanotuje. No i ma facet  rację, to prawda. Poza tym - na pewno nigdy nie uraczy cię jakimś niewybrednym  żartem i nie  usłyszysz z jego ust niecenzuralnego słowa. Do pracy zawsze przychodzi 15 minut wcześniej. Na jego biurku nigdy nie ma bałaganu. Zapewne zapyta  się ciebie o której masz zwyczaj jadania  drugiego śniadania i czy jadasz w pokoju czy  schodzisz do barku. Pyta tak dlatego, żeby w godzinach  pracy  zawsze był ktoś w pokoju. Wie, że jesteś mężatką. Jutro rano odtransportuję cię  do Urzędu  z pięć minut przed dziewiątą. Oczywiście zaczniesz od  Kadr, potem cię odeślą do niego i tam pójdziemy razem, niech  wie kto jest twoim mężem, bo jak wiadomo nie jednemu psu na imię  Burek. Ja po prostu na jutro wziąłem jeden dzień z  zaległego jeszcze urlopu. Mam jeszcze 2 dni zaległego i miesiąc z tego roku. 

Dziś wieczorem zadzwonię do Arka i spróbuję  się  z nim umówić, żeby przepytać go o postępy w kwestii tej kancelarii. W następne dni, do połowy sierpnia będziesz jeździła   do pracy sama, a ja będę po ciebie przyjeżdżał. Potem będę cię przez miesiąc odwoził i przywoził. Już przestałem liczyć na metro, ciekawe czy  kiedyś jednak  ruszy. I jeśli spodobasz  się szefowi to masz  szansę zawsze siedzieć z nim w jednym pokoju. Oni cierpią na  dwie  rzeczy - brak dobrych pracowników i brak  miejsca dla  nich, ale nie ma więcej niż trzech  osób w pokoju. A pokój, w którym  będziesz  siedziała jest większy od tego, w którym my razem pracowaliśmy. I biurka  są inaczej ustawione - szef siedzi lewym bokiem do okna, twoje  biurko stoi tak, że będziesz  siedziała buzią do okna, które  wychodzi na   zachód. Będziesz widziała  drzewa na  Polu Mokotowskim a na prawo od Pola Mokotowskiego  masz Bibliotekę Narodową. Ale jestem  dziwnie  pewien, że nie będziesz z niej  korzystała. 

Adela wysupłała się z objęć Emila i podeszła do szafy mówiąc - jestem prawie pewna, że nie rozpakowałam jednego pudła z moimi ciuchami - dopiero teraz do mnie to dotarło. Podejrzewam, że nadal tkwi w piwnicy razem z moimi zimowo-górskimi ciuchami. Zejdziesz  ze mną do piwnicy? No jasne, że zejdę, jeszcze byś tam jakąś mysz zobaczyła i wystraszyła  się.  No a skoro podejrzewasz, że tam jest pudło, to weźmy z domu coś do jego otwarcia i coś do ponownego zaklejenia. Nie będziemy chyba  brali do domu rzeczy zimowo-górskich. Przy okazji zobaczymy co tam jeszcze  mamy, bo ja nie pamiętam. No właśnie, ja też nie  za bardzo pamiętam. To weźmy też trochę kartek i coś do pisania. I komórkę wezmę, bo może Helena dzwonić.

Zaopatrzeni w nóż, dwa rodzaje  taśmy klejącej, 3 kartki, długopis i kilka małych karteczek zeszli  do piwnicy. Jako jedyni lokatorzy  oni i  rodzice mieli "normalne" drzwi do swego piwnicznego boksu, zamykane na klucz, od strony wewnętrznej obite blachą. I tak dopasowane do futryn, by się do wewnątrz nie  dostały myszy lub inna piwniczna  zwierzyna. Podłogi w ich  boksach były wyłożone wykładziną, dzięki czemu cementowa podłoga  nie kruszyła  się i nie pyliła. No i były zamontowane  na ścianach półki, na tyle  szerokie by zmieściła się na półce walizka. Okienka  były od zewnątrz okratowane, ale o  to to już się postarała  Spółdzielnia. Na półce stały dwa oklejone kartony z napisem Adela. Gdy Adela  chciała je rozpakować  Emil  powiedział- zróbmy inaczej - zaniosę je  do mieszkania, tam sprawdzimy ich zawartość i to co uznamy za niepotrzebne w  mieszkaniu spakujemy, opiszemy i tu przyniosę. Zobacz, tu jest jeszcze karton z napisem kuchenne i nie jest oklejony- ciekawe co tu jest. Zajrzał i uśmiechnął się - masz tu przyrząd do poskramiania męża, czyli wałek do ciasta, jakiś młynek do kawy, jakieś małe  foremki do ciasteczek, taką  tarkę jak dla lalek i jakieś miseczki. Weźmy też to pudło na górę. Mamy jeszcze  sporo miejsca  w szafkach   w kuchni. Zaczekaj na mnie moment, wyniosę to duże pudło i wrócę po ciebie i  dwa pozostałe.  W dziesięć minut później przynieśli resztę dobytku do  mieszkania. W jednym z pudeł opisanych jako Adela, były rzeczywiście jej zimowe akcesoria łącznie z  zimową kurtką i butami na po nartach i nieprzemakalnymi spodniami. Adela od  razu  wszystko opisała na dwóch kartkach, jedną  z nich nakleiła na  karton. Karton  został oklejony i  Emil od  razu go wyniósł do piwnicy, a druga kartka  została przyklejona   taśmą do wewnętrznej  strony drzwi  szafy ubraniowej w przedpokoju. W drugim pudle Adela  znalazła dwa swoje spodniumy, letni i jesienny, kilka spódniczek, 2 swetry własnej  produkcji, dresy, sukienkę typu  "mała czarna" z ciekawym dekoltem na plecach i szmizjerkę z cienkiego  sztruksu oraz 2 pary szpilek - czarne i  wiśniowe.

No panienko, nie ma lekko - musisz  teraz  to  wszystko przymierzyć - stwierdził Emil. Możemy zacząć od  dresów. One na pewno przydadzą ci się jesienią i zimą. Adela posłusznie  wskoczyła  w dresy- nie były najciekawsze w kolorze- spodnie  gładkie, ciemnozielone, bluza w  paski białe i  zielone. Ale były ciepłe i mięciutkie. Ciekawość Emila  budziły dwa spodniumy - jesienny był z dzianiny czarnej w małe, białe  łezki. Obydwa były jeszcze  nie używane i należało po prostu tylko  dopasować  długość  spodni. Ależ w tym super  wyglądasz! - zachwycał  się  Emil.Trzeba poprosić mamę, żeby  ci pomogła  z długością  tych  spodni. Ale wyglądasz  w nich bosko! Drugie  spodnium było z jakiegoś  cienkiego materiału w blado fioletowym kolorze, zmieniające kolor w  zależności od kąta patrzenia. W nim z całą pewnością żakiet wymagał dopasowania do figury Adeli - był wyraźnie nieco dla niej  za obszerny,  ale  spodnie leżały dobrze. 

Gdy Adela włożyła  sukienkę "mała-czarna" i Emil obejrzał ją dookoła a  zwłaszcza dekolt to powiedział - nooo,  w niej to możesz  chodzić tylko w moim towarzystwie i tańczyć tylko ze mną. Wyglądasz  w niej jak uosobienie  seksu.  Nie  miałem pojęcia, że u nas bywają takie  sukienki!  Dekolt sukienki był w kształcie trójkąta, bardzo głęboki, kończył się około 7 centymetrów powyżej talii. Brzegi dekoltu były łączone paskami szerokości 2 cm, które były od  siebie w odległości 1,5 centymetra. W jednym   z pasków było ukryte zapięcie  biustonosza wkomponowanego w  sukienkę.

No bo nie bywają u nas takie sukienki -  kupiłam ją w Budapeszcie bo musiałam brać udział w bardzo wytwornej kolacji a ta  sukienka była jedyna  w moim rozmiarze i tylko mi dopasowano długość paska kryjącego zapięcie biustonosza. Ale i  tak nikt  mnie  nie podrywał - wszyscy wstawali następnego  dnia o świcie i zaraz po kolacji wszyscy się  rozeszli. Poza  tym jak to przy kolacji - widzisz  tylko przód tych,  z którymi pochłaniasz to  co masz na talerzu.  A przyznasz, że z przodu ta  sukienka wygląda  wielce nobliwie, no tyle, że jest bez rękawów.  Mój dyrektor kupił taką samą, ale o numer większą dla  swojej córki. A  tak  dokładnie  to zlecił  jej kupno jednej z babek z Centrali Handlu Zagranicznego, tej  z którą byłam na zakupach. Te  wiśniowe szpilki to też made in Hungary.  Najśmieszniejsze jest to, że ta  sukienka  sięga mi tuż za kolano,  a według rozmiarówki to jest  sukienka mini i córce dyrektora  sięgała  ponad  kolana, jak mi potem  doniosła jego żona. Ja to niewymiarowa jestem, stałam  w złej  kolejce  gdy wzrost  rozdawali.

Maleństwo, mnie się właśnie taka podobasz- wiesz jak mówią? małe to  są do pieszczot,  a duże do roboty. No nie  wiem, jakoś ciągle mi "roboty" nie brak i to tak jakoś od dość  dawna. Dobrze, że chociaż nie mogę narzekać  na brak pieszczot.

Do przymierzenia została jeszcze  tylko sztruksowa  szmizjerka - leżała na Adeli bez  zarzutu i była w uniwersalnym jaśniutkim popielato- perłowym  kolorze. Będę tylko musiała  nieco bardziej podkreślić oczy, bo będę miała na  sobie  sporo szarości- sukienka i włosy.

                                                                        c.d.n.


środa, 13 lipca 2022

Trudny wybór - 61

 Sobotni ranek Adela spędziła na przeglądaniu swojej garderoby - Emil siedział w  "siadzie  skrzyżnym" na ich łóżku i przyglądał się jej uważnie, jako że Adela głównie była odziana  w  biustonosz i figi, a był to strój , który jego  zdaniem  wyjątkowo dobrze na niej leżał i, co najważniejsze, nie ukrywał  zbytnio jej  wdzięków.  Pod koniec  drugiej godziny Adela westchnęła - no i właściwie nie mam co na  siebie  włożyć.

A ty mi kochany nic w tym nie pomagasz, bo co tylko na siebie  włożę, to ci  się podoba i w końcu nie  wiem w co mam się ubrać. Przez te pracę na etacie  sekretarki mam całą tonę nobliwych garsonek i 1500 bluzek. Powiedz mi  chociaż w  czym ci się najbardziej podobam. No w tym co masz teraz  na  sobie. Adela wrzasnęła- no przecież  w tej  chwili jestem niemal goła, nic  nie mam  na sobie! 

No właśnie, mnie się właśnie  w tym stroju najbardziej podobasz, prawie tak  samo pięknie  wyglądasz jak  wtedy gdy jesteś  golutka.  A tak poważnie, to mnie naprawdę we  wszystkim  się podobasz, więc może wybierz coś, w czym tobie jest najwygodniej i w czym sama sobie się podobasz. A jeśli nie możesz  się zdecydować to możemy po śniadaniu wyskoczyć na miasto i może sobie na tę okoliczność zmiany pracy coś nowego kupisz? Faktycznie, ty chyba wcale nie masz  sukienek.  Pojedźmy na  zakupy, może i  ja sobie  coś przy okazji kupię, chociaż mało wymiarowy jestem. Nooo, dla ciebie  to trzeba  chyba dokupić trochę takich koszulek polo w lepszym gatunku. I może jakiś nowy pulower lub coś w rodzaju marynarki ale z dzianiny.

Bo lato szybko się  skończy i pozostanie nam dziesięć miesięcy pory przejściowej,  aż do następnego lata. I dobrze  byłoby kupić dla  ciebie jakieś mokasyny czy coś  w tym stylu.  I skarpetki, też już trzeba  je  wymienić. I może  zadzwońmy do rodziców, może oni też by się z nami  wybrali? No pewnie. A jak myślisz , już się obudzili? Adela zerknęła na zegarek- spokojna  głowa , oni już pewnie  drugie  śniadanie jedzą. Zakręcę do Heleny  i od  razu wybrała numer  Heleny. Umówili się, że za pół godziny pojadą samochodem Emila do centrum i odwiedzą  kilka  galerii handlowych.

Pogoda  była zupełnie  nie handlowa, dzięki czemu udało im  się  zaparkować na parkingu na Foksal, więc mieli w  zasięgu  kawałek  Nowego Światu i sklepy na jego  zapleczu i Chmielną. Adela całkiem  przytomnie  wskoczyła  w letnią  sukienkę zapinaną na  całej  długości na  guziki, co wywołało u Emila szczery entuzjazm i dopytywał  się, czemu ona  w niej nie chodzi. No bo ona jest bez  rękawów,  a ja  nie lubię  gołymi rękami opierać się o blat  biurka. 

A masz jeszcze tę sukienkę z fałszywym zapięciem  z tyłu? - spytała  Helena. Nieee, podarowałam ją koleżance, która się  nią  zachwycała. Mnie ona  denerwowała, bo każdy facet próbował mi rozpiąć ją  z tyłu w nadziei że nagle  zostanę w bieliźnie. A ona była zapinana z przodu na kryty zamek błyskawiczny. Miałam  chyba jakieś  zaćmienie umysłu, że ją wtedy  kupiłam. Gatunkowo była świetna, ale nie nadawała  się do kontaktu z prymitywnymi facetami.

Wbrew zapowiedziom Emila, że on taki "niewymiarowy" jest, udało się bez problemu kupić  dla niego dwie pary letnich spodni, które nie  były dżinsami, mokasyny z miękkiej skóry,( czarne)  i coś, co zdaniem Adeli było po prostu dość solidnie  zabudowanymi sandałami, a  etykieta  głosiła, że są to "sandały miejskie", co szalenie rozbawiło Adelę. Zastanawiała  się czy są i jak wyglądają w takim  razie  "sandały  wiejskie", a Emil stwierdził, że  zapewne  "sandały  wiejskie" to po prostu klapki uplecione  ze słomy. Wyrób  znany  zapewne odkąd ludzie  zaczęli uprawiać  zboże.

W jednej z galerii trafili na box szwedzko-niemieckiej  firmy MarcO'Polo. Ceny były wg Adeli powalające, ale gatunek odzieży bardzo  dobry. Kupili dla siebie w tym samym kolorze  cienkie pulowery, które można  było wkładać na  gołe  ciało i dla Emila krótką, już jesienną kurtkę, taką w sam raz do  samochodu. Cieplejszy pulower był jedynie  czarny w białe, nieregularnie  rozmieszczone i różnej szerokość i długości paski  i  nie podobał się  ani Emilowi  ani Adeli. I dobrze- tani nie  był. W Modzie  Polskiej, na stojaku z przecenionym towarem Adela wypatrzyła dla siebie  dżersejową sukienkę błękitną z karczkiem w paseczki błękitne, granatowe i białe, płaszczyk letnio-wiosenny  tkany w  "jodełkę" bladoróżową i popielato-perłową. Płaszczyk bardzo się jej podobał  i  z tego  względu, że można go było zapiąć pod  szyję, więc odpadał problem  szalika. I - cud  na Wisłą - nie  musiała go skracać! Kupiła również kostiumik  z dżerseju, ale nie jak jej dotychczasowe gładki, ale dżersej był tkany we wzór liści, które  były w trzech odcieniach  zieleni z brązowymi  "żyłkami". Gdy już właściwie "byli obkupieni", w jednym  ze sklepów Adela zobaczyła męską zamszową marynarkę w ciemno kasztanowym kolorze i choć się Emil bronił, że przecież ma garnitury, to Adela nie odpuściła. 

Gdy weszli do sklepu i Adela powiedziała, że są  zainteresowani tą  marynarką,  sprzedawczyni powiedziała, że to model dla wysokiego i  szczupłego mężczyzny. No właśnie, mąż ma powyżej 180 cm wzrostu a zatłuszczony  nie jest. Sprzedawczyni westchnęła i sięgnęła po tę marynarkę - leżała na Emilu jakby  szyta na  zamówienie, nawet rękawy nie były za krótkie i nie  wisiała  mu na brzuchu. I nawet Emil podobał się  sobie w tej marynarce. A jak pasowała do jego  oczu!  

Zakupy  poszły dobrze  nie tylko im, Piotr i Helena też nieco odświeżyli  swą  garderobę. A Helena "zdobyła" w sklepie Cepelii adres osoby, która może utkać maszynowo męskie kardigany lub inną część odzieży męskiej lub damskiej. Wracając do domu Adela  stwierdziła, że powinna koniecznie jeszcze  wpaść na  bazar przy  Puławskiej by kupić  nieco zieleniny i dokupić szynki. Jakoś tak  się zaplątała  pomiędzy bazarowymi budkami, że w pewnej chwili trafiła na budkę, w której  były  włóczki. W związku z tym obie z Heleną wysłały panów po wędliny a same utknęły w sklepiku z włóczkami. Wyszły stamtąd z całkiem pokaźnym zapasem włóczek i szczęśliwe tak, jakby te włóczki dostały  w prezencie  a nie  za pieniądze.

Panowie z kolei zakupili sporo wędlin i część z nich od razu wylądowała w  zamrażarkach. W charakterze lunchu były tego  dnia  lody z dodatkiem bitej śmietany i owoców. Po nieco spóźnionym lunchu wybrali  się do Parku Zdrojowego w Konstancinie. Pospacerowali dookoła tężni (należało przecież w jakiś sposób zrównoważyć bilans  energetyczny po zjedzonych lodach i śmietanie), pokrążyli nieco po uliczkach Konstancina przypatrując  się różnym obiektom wyraźnie opuszczonym i niszczejącym. 

Helena stwierdziła, że kiedyś marzyła o  tym, by mieszkać  w Konstancinie, ale jej znajomi, którzy mieli  tu domek  stukali  się wymownie  w  czoło, gdy  snuła  takie marzenia. Oni natomiast marzyli by się ze  swojego małego domku w Konstancinie wyprowadzić do bloku, których  kilka się wówczas  budowało. Aby pogrzebać Heleny "niedorzeczne  marzenia" zaprosili ją kiedyś by spędziła u  nich sobotę i niedzielę. Po sobotnim  myciu  się w lodowatej wodzie (przepraszamy,  ale grzanie wody elektrycznością  strasznie  dużo kosztuje) i  spędzeniu nocy z odgłosami  myszy buszujących w rzadko używanym  pokoju gościnnym Helena  zrozumiała, że  mieszkanie  w wolno stojącym  domku to bardzo droga przyjemność i nic dziwnego, że na te kilka bloków  mieszkalnych w Konstancinie  było 5 razy  więcej chętnych niż mieszkań, które  miały  być wybudowane.

A Piotr dodał- dom w Milanówku wybudował jeszcze  mój ojciec. Wtedy teren tam  kosztował niewiele i dość długo tak  było, bo aż do czasu  wybuchu wojny. Ale prawda  wygląda tak - wygodnie  się  mieszka w okolicy  dużego miasta  wtedy gdy  się jeszcze jest  młodym i ma się jakieś  zaplecze finansowe. A im  człowiek  starszy tym gorzej  jest  mieszkać poza miastem. Tu wychodzimy  z domu i w ciągu 10  minut można  zrobić  zakupy. Jeśli się  coś dzieje  ze  zdrowiem to nie ma problemu z wezwaniem  pomocy- teraz to już nawet przyjeżdżają i z prywatnych klinik, bo  wszystkie  współpracują z NFZ-etem. Jeśli masz własny dom, to  kosztują cię wszystkie naprawy. Nie jest również łatwo ogrzać budynek  wolnostojący - to bardzo  duży   koszt. Oczywiście, tu płacimy za techniczne  utrzymanie  budynku,  za wodę (kiedyś nie  było obliczane   zużycie wody, teraz  jest) ale i tak  mieszkanie  w bloku jest znacznie mniej   kosztowne  niż w budynku wolnostojącym. I szczerze mówiąc wcale a wcale  nie tęsknię  za domem w Milanówku. Jakoś mi nie tęskno ani  za bólem  głowy spowodowanym  zakupem opału na  zimę ani za jego zrzuceniem  do piwnicy, nie tęsknię też za sprzątaniem chodnika przed  domem, wizytami kominiarzy ani za naprawą dachu przynajmniej  raz  w roku. I bardzo  się cieszę, że udało się  go dobrze  sprzedać. Właściciele domów przeżywają  w życiu dwa razy super  radość - pierwszy raz gdy kupią wymarzony dom,  a drugi  raz gdy go sprzedadzą.

A może dziś na kolację  "Starszyzna" przyjdzie  do nas? - zaproponowała  Adela.  Zrobię  dziś zapiekankę z cukinii. Z curry, bez mąki i bez  żółtego  sera. Samo  zdrowie. Przyjdziecie? Oczywiście można to jeszcze wzbogacić  paseczkami szynki. A jak tą cukinię przygotujesz  do pieczenia? w plastry? Nie, nie w plastry, zetrę na dużych oczkach. To młode cukinie, dobrze  się dają  zetrzeć.  Do startej  cukinii dodam curry, sól czosnkową,  trochę płatków owsianych i oczywiście jajka. I to na blasze zapiekę. W trakcie  pieczenia pokroję cieniutko szynkę w paseczki i po wyciągnięciu z pieca, już na talerzach posypię to  szynką. Brzmi doskonale- stwierdziła  Helena. To my przyniesiemy beziki, z ksylitolem. I lody. A masz orzechowe? Mam jeszcze, przyniosę. A po kolacji to chyba  będziemy musieli iść jeszcze na  spacer albo w ramach   gimnastyki umyć samochód- stwierdziła  Helena. 

No to nie przynoś bezików i lodów. Po tej  zapiekance nie będziemy przecież  głodni, będą w niej jajka, po  dwa na twarz.

Jak  zwykle o ósmej wieczorem na stół  "wjechała " kolacja. To naprawdę jest  cukinia?- spytała  Helena  po pierwszym kęsie. Naprawdę,  mogę ci nawet obierki  pokazać. To bardzo młoda  cukinia a poza tym jest sporo curry i zamiast przeciskać   czosnek przez  praskę pokroiłam w cienkie płatki- to też  daje wtedy inny nieco  smak. A ja tu nie  czuję wcale płatków owsianych- zauważył Emil a przecież ci je  dałem do ręki. No bo to są drobne  płatki, tzw. górskie. Poza tym pergamin  wysmarowałam  porządnie masłem klarowanym, więc się te  wszystkie  składniki dobrze  pomieszały. A masło tym razem robiłam  sama. Wydaje mi się, że jest  smaczniejsze od tego sklepowego.  Poza  tym  zauważyłam, że curry  świetnie  się komponuje  właśnie  z jajkami. Muszę któregoś dnia zrobić kotlety jajeczne właśnie  z curry.  Oj zrób, zrób, mogę ci nawet pomóc w robieniu, zapewniła ja Helena.  No to jeśli chcesz pomóc to mi tylko zrób bułkę tartą ale nie  z bułki a z płatków śniadaniowych, kukurydzianych. Bo ja  nie  mam w  czym ich utłuc. Albo je wrzuć do blendera. A płatki to  u mnie są i to  dużo.  Muszę  sobie kupić blender taki  kielichowy.

Maleństwo, przecież mogliśmy  dziś kupić ten blender, czemu nie  powiedziałaś? Bo myślałam  o ciuchach  a nie o robieniu kotletów. A poza  tym jeden blender na  dwa domy wystarczy. Ja prawie  nic nie  miksuję, ciocia też rzadko.

                                                                   c.d.n.

wtorek, 12 lipca 2022

Trudny wybór - 60

Gdy już siedzieli  w  samochodzie Emil stwierdził, że podziwiał  jak Adela  właściwie  lizała  koniak, a nie piła. Nie  tylko, że dość obcesowo stwierdziła, że sama  sobie  naleje do kieliszka to nalała tak mniej więcej ze dwa centymetry a wypiła z pół centymetra. Adela  tylko wzruszyła  ramionami- ja  naprawdę lubię ten  koniak,  ale pół normalnej  porcji mnie  wystarcza na  calutki wieczór. A dziś nie dość, że upał, to nie jest  jeszcze  wieczór, a w  dzień to ja  co najwyżej jestem  w stanie  wypić kieliszek  białego, lekkiego wina a i to nie do kawy ale do obiadu, zagryzając owe wino dobrze przyrządzonym mięsem.

Widziałeś przecież w  Zakopcu co i ile piję. Szkoda  tylko, że nie  widziałeś  miny Kamila gdy przywiozłam do pracy owe  dwie  butelki koniaku  - miał biedak ochotę mnie udusić a ten koniak wywalić przez okno. Ale spytał się  tylko dlaczego kupiłam ten "ekstrakt z rozgniecionych pluskiew", więc mu wyjaśniłam, że to z powodu jego  stanu  zdrowia, a poza tym nie  było w delikatesach  czegoś z napisem "jakiś". No a poza tym ja ten koniak znam i lepiej w gabinecie każdego dyrektora  wygląda butelka Remy Martin niż Metaxa lub  Pliska. Bo Metaxa  wygląda interesująco tylko w  dwulitrowej butelce a takich w Polsce  nie ma.  I zapewne tylko dzięki tym wyjaśnieniom zdołałam  przeżyć. 

Zauważyłeś chyba, że butelka dopiero dziś została otwarta - znaczy, że Zdzisio też   nie preferuje dobrych, markowych koniaków. Nie  wiem  czemu, ale mam  wrażenie, że on  też długo tu nie popracuje. Bo na  moje  oko to ta "placówka" jest dla niego swego  rodzaju   zesłaniem, może karą  za tamten podryw  na placówce zagranicznej. Gdybyśmy tu  mieli nadal pracować to dowiedziałabym  się  dokładnie co przeskrobał i jak  długo będzie  "na  zesłaniu". Ale w tej  sytuacji to mi taka wiadomość zupełnie nie jest potrzebna.

Maleństwo, ty mu wyraźnie w oko wpadłaś, to widać,  słychać i  czuć. Kochanie, to facet, któremu wpada w oko każda pomiędzy  18 a 40 rokiem życia, jeśli tylko ma  "wszystko na miejscu" - to zwyczajny tak  zwany babiarz. A ja takich  nie lubię.  

Aż  żałuję, że tej  Kaweckiej  dziś  nie  widziałam- to  musiał być niezły  widok - pół goła Kawecka  sztorcowana  przy ludziach za to, że jest niemal  goła. Trochę jednak przesadziła biedulka. Ona nie wie, że jeśli się w upał wychodzi  z domu, to lepiej jest być okrytym  czymś od czubka  głowy do pięt, by jak najmniej gołego  miało styczność  ze słońcem. Wiedzą o tym ci co stale mieszkają w krajach  mocno nasłonecznionych. I na pewno dostała  nieźle  w kość gdy  musiała iść w tym słońcu do pociągu. Jest jeszcze  jedna opcja - stanąć przy głównej ulicy i łapać ciężarówki - podobno zawsze podwiozą za frajer  do Warszawy.  Prawdę mówiąc  to podziwiam te, które jadą do Warszawy takim autostopem. Aż taka odważna to ja nie jestem.

A ze mną się nie bałaś jechać? Nie, bo wiedziałam, że jeżeli ktoś cię po mnie  wysłał to raczej nie jesteś kiepskim  kierowcą. Tylko powiedziałam do Heleny, że mam nadzieję, że nie będzie takiej  sceny jak w filmie  "W samo południe" i nikt  nie będzie do mnie  strzelał. Co prawda gdy usłyszałam głos Kamila to pożałowałam, że nie mam czym  go  zabić. Biedak  zapewne w  najczarniejszych  snach nie podejrzewał że nas  skojarzy.  Fakt, widziałem, że był tym bardzo zaskoczony- stwierdził  Emil. No i przynajmniej mogę go dobrze  wspominać i nawet mi go żal, w pewnym  sensie.

Adela zamyśliła się i cicho powiedziała - zawsze mnie ciekawiło i nadal ciekawi co jest "potem", gdy już wydamy ostatnie tchnienie. Nie  wierzę w niebo i piekło, ale jestem skłonna uwierzyć, że jesteśmy "dwoiści", że składamy  się z materii i energii. Materia w pewnej chwili kończy  swe  zadanie, zmienia swą stałą postać, rozpadamy  się na biliony atomów, zaczynamy być w pewnym  sensie wszędzie. A co się wtedy dzieje z tą energią?  Energia  chyba nie  rozpada się na  atomy, ale może zmienić  postać, więc  w co  się zmienia? Bo , o ile zrozumiałam  z fizyki- energia  nie  ginie.

Latamy w Kosmos a nadal tego nie  wiemy. Ale nie wykluczam sytuacji, że niektórzy z badaczy  już wiedzą tylko z jakiegoś względu nie rozgłaszają tego. Podoba  mi się pogląd, że ciągle  tu wracamy w kolejnych wcieleniach. I dlatego wierzę  w to, że to ja  ci  się przyśniłam. I wiesz - jakoś tak się składa, że ilekroć śni mi się moja babcia, to zawsze mnie  wtedy coś niemiłego spotka. Tyle  tylko,  że skoro mi się śni, to mogłaby mi jakoś przekazać co mnie  złego może  spotkać. Co dziwne, to zawsze jakoś  wtedy we śnie  wiem, że ona  mi się tylko śni, bo przecież  ona  nie żyje. 

To pytanie  "co jest potem?" dręczy  nie  tylko mnie - na  całym  świecie  fura ludzi z cenzusami naukowymi próbuje tego dociec. Mam masę książek poświęconych temu zagadnieniu- leżą grzecznie jeszcze  w pudłach w piwnicy. Dlaczego zakochałam się  w tobie w ciągu kilku minut? To nie tak, że zobaczyłam  cię i tak szalenie mi się spodobałeś, że  zapragnęłam ni z tego ni  z owego wleźć ci  do łóżka. Dlaczego tylko z tobą szczytowałam i to już za pierwszym  razem a wszystkie inne przed tobą chwile intymne z innymi były tylko rodzajem gimnastyki po której zastanawiałam  się co to jest owo "dobrze", o które jestem wypytywana. Jesteś jakimś cudem cały  czas w moim umyśle, mało tego, często wiem o  czym myślisz a ty się potem dziwisz skąd wiedziałam  czego chcesz.

Więc może już kiedyś byliśmy razem tu albo na jakiejś innej planecie  i to wcielenie jest kontynuacją tamtego,  poprzedniego naszego istnienia, bo jeszcze  czegoś wtedy nie zrobiliśmy i mamy szansę zrobić to teraz? Bo właśnie teraz dano nam  szansę na dokończenie czegoś? Może to już któryś z rzędu nasz powrót do siebie tylko my o tych poprzednich kontaktach nie pamiętamy, bo nam oczyszczono przezornie pamięć. Skąd nagle  wiedziałam jakie pieszczoty lubisz,  skoro nigdy dotąd  nikogo tak  nie pieściłam? To wszystko mnie  trochę przeraża. Mówię ci to  wszystko bo mam, też nie wiem  skąd, pewność, że mnie nie wyśmiejesz i nie  doradzisz mi bym poszła do psychiatry. I dlaczego Piotr zakochał się w Helenie? I dlaczego mojej matce tak bardzo przeszkadzało, że urodziła  dziewczynkę a nie  chłopca? Może kiedyś miała syna i go straciła a tęsknota  za nim była tak dojmująca, że pojawiła  się i w tym wcieleniu? Maleństwo kochane, też mam masę pytań i  wątpliwości takich jak twoje. Może kiedyś dowiemy  się dlaczego coś się układa w naszym życiu tak  a nie inaczej. 

Dziś Zdzisław zadał mi jedno pytanie - czy  nie chciałbym  mu sprzedać swojego mieszkania, tego w bloku zakładowym. Bo on  wie, że je wynajmuję komuś a mieszkam gdzie indziej. A dopóki jest dyrektorem tej placówki mógłby je ode  mnie odkupić. Bo  w regulaminie jest punkt, że prawo pierwokupu mają pracownicy tego OBR i Zakładu Doświadczalnego. Obiecałem  mu, że się oboje nad  tym zastanowimy i dam mu odpowiedź w najbliższym czasie. On z kolei już ma zapewnienie z banku, że dostanie kredyt. 

Mileczku, kochanie  to przecież twoje  mieszkanie, to tylko i  wyłącznie  ty je finansowałeś, mnie  nic do tego.  Mylisz  się Maleństwo w chwili naszego  ślubu połowa mieszkania  jest twoja,  "z  automatu".  To jest nasza wspólna własność, jesteśmy małżeństwem, nie mamy rozdzielności majątkowej. Oczywiście będę musiał wszystko omówić z prawnikiem. Dogadaliśmy się, że obu nam w przypadku tej transakcji pasuje by odbyła  się ona w  euro i to może  być problemem. Bo on też ma konto za granicą, oprócz tego w  Polsce. 

Muszę się szybko skontaktować z prawnikiem jak to  wszystko poskładać  do kupy, żeby się nie natknąć na jakieś  kłopoty. Doszliśmy obaj do wniosku, że cała polityka  państwa zaczyna  mocno kuleć od jakiegoś  czasu i nic  dziwnego, że coraz  więcej osób się  stąd  wynosi. On ma starych  rodziców i ich przeflancowanie do innego europejskiego kraju  może być sporym problemem. Wiem, że nasi to pojadą z nami wszędzie, z jego  rodzicami jest  to raczej bardzo wątpliwe. Urodziliśmy się, jak widać, w mało odpowiednim miejscu. A zależy  mu na  szybkiej  transakcji, bo przecież  żaden  dyrektor w tym cyrku nie  wie jak długo będzie  dyrektorem danej placówki. To że dziś jest  nie oznacza, że pozostanie   na tym  miejscu do emerytury. No tak, to niestety prawda, zmiany na  tym stanowisku zawsze i  wszędzie w tym kraju  są częste - stwierdziła Adela. Liczy się przynależność partyjna i kontakty  a nie kompetencje.

Wiesz Maleństwo, mnie specjalnie  nie  zależy na  sprzedaży tego mieszkania, niech on kombinuje i się  stara,   ja  tylko chcę się  dowiedzieć jak to wszystko powinno być  dobrze  ustawione od  strony prawnej. Jemu bardzo pasuje  ta  lokalizacja, bo jego rodzice mieszkają w tej części Mokotowa, przy Alei Niepodległości na odcinku Narbutta- Rakowiecka. To nasze mieszkanie  nie  generuje żadnych  kosztów więc mnie się  ze  sprzedażą nie  spieszy.  

On nie może  się nadziwić, że my mieszkamy tak blisko taty i Heleny a na dodatek pojechaliśmy  z nimi na urlop. Pewnie  uważa  nas  teraz  za  dziwaków. On jest po rozwodzie i mieszkanie  zostawił byłej i  dziecku. No i  nie mógł się nadziwić, że sprzedaliśmy z ojcem  dom w Milanówku. Powiedziałem  mu tylko, że nie on jeden  się dziwi- dziwi  się każdy kto nie  dojeżdżał  codziennie  do Warszawy wpierw do liceum, potem na studia a na końcu  do pracy. Bo dzisiejsza kolejka   kursująca  na tej linii a ta, którą  latami  dojeżdżałem to są dwie  różne  bajki. Czasem bywała  w takim  stanie, że prędzej bym doszedł na piechotę. Poza tym kursowała  tylko do  godziny 23, a potem to  zostawała  już tylko  taksówka.

Mam wrażenie Mileczku, że nie sprzedamy mu  tego  mieszkania.  Nie wiem czemu,  ale ten facet jakoś nie budzi mego zaufania, choć robi na początku dobre  wrażenie.  Nie potrafię tego zdefiniować, ale coś jest w nim dziwnego. Gdybyśmy  nie odchodzili stąd to pewnie usiłowałabym  rozwikłać czego  się właściwie  czepiam. Ale w tej  sytuacji to mało ważne. Mam nadzieję, że mu nie powiedziałeś o naszych kontach poza krajem? Nie, tylko powiedziałem, że mam konto dolarowe w  PKO SA, a on powiedział, że ma konto za granicą bo musiał je tam  mieć, tam nikt koperty  z pieniędzmi nie daje  ci w  dniu wypłaty do ręki tylko przelewa  należną kwotę na konto bankowe.

No popatrz,  a ja myślałem, że ty go lubisz - Emil był nieco zdziwiony. No bo to nie jest tak, że ja go nie lubię, ale nie jest to facet któremu powierzyłabym opiekę nad  dzieckiem, gdybym takowe  miała. Lubienie kogoś a darzenie  go pełnym zaufaniem to są dwie  różne  sprawy i  wcale nie muszą iść w parze.

Mogę tylko powiedzieć, że darzę  go ograniczonym  zaufaniem. Nie wykluczam, że się  mylę, że może to całkiem w porządku facet, ale nie chciałabym z nim blisko współpracować, na przykład jako sekretarka. Na razie  nam ziemia  się nie pali pod stopami więc zostawmy rzecz tak jak jest.  On tu długo nie popracuje jeśli mu tego  mieszkania nie  sprzedamy. Bo  chyba tylko to mieszkanie go nęciło. Stąd to przejście wpierw z tobą na "ty" a potem ze mną. Pewnie z przewodniczącym Rady Zakładowej też  się  "tyka".

Kamil też z wieloma osobami był "na ty", ale chociaż miał kupę wad to przejście "na ty" było wyrazem jego sympatii a nie  wyrachowania. W poprzednim miejscu to był po imieniu niemal  ze wszystkimi facetami łącznie z cieciami na portierni. Tu to  chyba tylko z niektórymi inżynierami.

                                                                             c.d.n.

 

 


poniedziałek, 11 lipca 2022

Trudny wybór - 59

Lipiec cichcem,  cichcem dobiegł końca. Jak zwerbalizowała  rzecz  Adela to tylko 31 dni minus 4 soboty i 4 niedziele oraz 1 dzień święta  państwowego, więc  się Adela  nie przepracowała. Okazało się, że cichcem, cichcem  wyszło jakieś  tajne przez poufne zarządzenie, żeby odchodzącym z pracy, którzy mają zaległe urlopy nie  wypłacać  ekwiwalentu za  zaległy urlop, ale po prostu  wysłać na ten  zaległy urlop. Emil  się z tego tylko i  wyłącznie  ucieszył, bo mógł dzięki temu  swój skarb w postaci Adeli wozić do i  z pracy przez pół sierpnia i pół września. Ostatnie  dwa tygodnie września miał poświęcić na przeniesienie wszystkich  zamkniętych spraw  do  archiwum. Nic nowego na razie nie powstawało w konstruktorskich  mózgach pracujących  w  zakładzie  doświadczalnym i jak mówił Emil do Adeli- no i bardzo  dobrze, niech jak  najdłużej brakuje im  weny. Dwudziesty dziewiąty lipca był ostatnim  dniem pracy Adeli, więc tutejszym zwyczajem "wydała pożegnalną kawę" - Adela  coraz  szerzej otwierała oczy, bowiem przychodzili na tę kawę ludzie, których jeszcze  nigdy nie  widziała. 

Jak to określił Emil nie przyszli tylko ci, którzy  danego  dnia byli na urlopie, zwolnieniu  lekarskim lub  w delegacji ewentualnie  zdążyli przenieść się w  zaświaty. Pod koniec  dnia Adela  już  miała  chrypkę, a grzbiet dłoni ocierała co jakiś  czas dyskretnie chusteczką ligninową spryskaną płynem  dezynfekcyjnym  do klamek. 

"Stado ogierów" z Konstrukcyjnego przyszło grupowo, każdy z 1 różą  w garści i strasznie  ciekawi co teraz  będzie,  skoro rzecznicy patentowi odchodzą i czy to oznacza, że nie  będzie  już żadnej burzy mózgów by coś  nowego wprowadzić  do produkcji.  

Adela, zgodnie z prawdą  powiedziała, że póki  co, to nadal jeszcze  placówka  ma rzecznika  patentowego, bo tylko ona  stąd odchodzi. A ona i tak spełniała  tu głównie pomocniczą  rolę, bo nie jest  z tej   branży, ma  wykształcenie  prawnicze i raczej  zajmować  się  będzie kwestią własności praw autorskich a nie stroną techniczną wynalazków  z dziedziny elektrotechniki lub  mechaniki. 

A poza tym teraz "idzie nowe" i ze wszystkich zakładów, biur konstrukcyjnych,  będą odchodzić  rzecznicy patentowi. Odtąd nie będą pracownikami etatowymi różnych zakładów przemysłowych czy też  placówek badawczych , rzecznik patentowy to będzie od teraz  "wolny  zawód", tak jak adwokat.  I  już nikt  nie będzie musiał  mieć  skierowania  na kurs  na rzecznika patentowego. Można aplikować samemu i trzy lata się za własne pieniądze uczyć. Ale  aby aplikować za te własne pieniądze to trzeba  będzie  wpierw  zdać egzamin konkursowy dopuszczający na kurs. A po trzyletnim kursie  zdać drugi egzamin, by uzyskać tytuł rzecznika  patentowego.  Nie jest  wykluczone, że jakieś  duże placówki przemysłowe będą nadal  miały etatowych rzeczników  patentowych.

No chyba ktoś na głowę upadł - stwierdził któryś z chłopaków. Adela powiedziała półgłosem - zapewne  tak, ale  być może nikomu nie  zależy na nowoczesnym, konkurującym z innymi krajami przemyśle. W każdym razie  osobiście  wątpię, by przybyło u nas  rzeczników patentowych. A zadaniem  rzeczników patentowych jest  nie tylko ocena, czy dany nowy  pomysł ma możliwości patentowe. My musimy również śledzić co nowego produkuje  się  na świecie. Nie dla frajdy musiałam  przeglądać  czasopisma techniczne  związane z tą gałęzią przemysłu i innymi, które produkują różne materiały potrzebne do tego co my produkujemy lub  konstruujemy.

No to się zaczynam zastanawiać, czy był sens mordować  się na  studiach - może lepiej  było kalafiorki uprawiać i za jeden pierwszy wiosenny transport kalafiorów kupić  sobie  mercedesa - dociekał drugi. Dobrze, że ma pani i drugi zawód. Prawnicy na tym  świecie zawsze są potrzebni. 

To prawda, że są potrzebni, ale gdybym chciała być np. adwokatem lub  radcą prawnym też musiałabym jeszcze robić dodatkową  aplikację w danym kierunku. Nie ma lekko. Na razie pozostanę  tym rzecznikiem patentowym. Zwłaszcza, że jeżeli bym się przerzuciła na działania  jako  prawnik cywilny automatycznie straciłabym  licencję rzecznika patentowego. I musiałabym iść tym razem na trzyletni kurs i  znów  zdawać  egzamin.  A ten egzamin był trudny?- zapytał któryś.  Tak, to  był egzamin pisemny. Na pewno bardzo trudny  dla tych, którzy nie mają tzw. "lekkiego pióra" i którym znacznie  łatwiej przychodzi mówienie niż pisanie  z sensem, w jasny  sposób. Po prostu był to "wycinek" pracy rzecznika patentowego. A rzecznicy patentowi naprawdę  dużo piszą. 

Stado ogierów  zostało "przepędzone" przez kadrową, która poprosiła Adelę do siebie - wręczyła jej kartę obiegową, na której brakowało jeszcze tylko podpisu bibliotekarki  i wręczając  jej tę kartę powiedziała- staram się, naprawdę  staram się  zrozumieć powody, dla których rzecznicy patentowi mają pracować na  zasadzie "wolnych strzelców", ale  nie  mogę się oprzeć  wrażeniu, że coś się komuś pomiętosiło w mózgu. A tak  w ogóle to jestem pani wdzięczna, że dzięki pani  pomysłowi ta Ania już nie będzie siedziała w tej jaskini konstruktorów.  O ile rozumiałam pomysł poprzedniego dyrektora, by ci  stażyści siedzieli razem o tyle  nie  mogłam  zrozumieć, dlaczego nie mogła  zostać w budynku Zakładu  Doświadczalnego i przeniósł ją do pokoju tej  zgrai. Adela uśmiechnęła  się - ja to ich  nazywam   stadem ogierów i powiem szczerze, że jej  współczułam, zwłaszcza, że w sąsiednim pokoju są tylko 2 osoby i mogłaby tam siedzieć  ze swym kulmanem. Ale teraz  to ma przynajmniej  spokój w tym  archiwum. I przy  okazji  nowych obowiązków  dostanie  podwyżkę.  I mam  wrażenie, że jest dziewczyna  zadowolona z tej  zmiany. I tak ładnie  rozrysowała  plan archiwum i przygotowała etykiety- chwaliła kreślarkę  Adela. Wzięła tę kartę obiegową i powiedziała - zaraz pójdę  do biblioteki, o ile pamiętam to wszystko co stamtąd  brałam to albo brałam  tylko do  czytelni albo na konto mego męża.  W chwilę później już rozmawiała  z bibliotekarką,  która  się jej  zwierzyła, że gdyby nie fakt, że mieszka zaledwie  15 minut spacerkiem  od  miejsca  pracy to  dawno by już stąd  uciekła, w końcu  nie po to studiowała filologię polską by tkwić w bibliotece.  No ale z kolei dojazdy do pracy do Warszawy też nie  są wcale  a wcale zabawne. Z podpisaną obiegówką Adela  znów  wróciła do kadr i odebrała swoje dokumenty. Wyściskały  się  z panią  kadrową życząc  sobie  wzajemnie  zdrowia  i wszelakiego dobrego i Adela powędrowała  do swego pokoju, który najwyraźniej był opuszczony przez Emila i zamknięty na klucz. Pospacerowała   chwilę po korytarzu, sądząc, że Emil był w  łazience, pogapiła  się przez okno na podwórze, w końcu stwierdziła, że klucz jest  zapewne w sekretariacie,bo może Emil  musiał iść do  zakładu  doświadczalnego. Gdy weszła do sekretariatu sekretarka rozpromieniła  się  mówiąc  właśnie szukam pani, telefonowałam do pani pokoju, ale  nikt się nie  zgłaszał.  Nikt się  nie  zgłaszał bo mnie tam  nie było- czekałam na korytarzu na powrót męża do pokoju- niestety nikt drugiego klucza  nie dorobił. Myślałam,  że  wyszedł tylko do łazienki i potem  dopiero pomyślałam, że może poszedł do konstrukcyjnego lub  do  zakładu i tu  zostawił  klucz. Nie, pani mąż jest u dyrektora i dyrektor mówił, żeby panią skierować do gabinetu, gdy pani przyjdzie.

Adela z trudem powstrzymała  się przed  ciężkim  westchnieniem. Sekretarka posłała jej pełen otuchy uśmiech i powiedziała - wyobrażam  sobie jak bardzo jest pani  dzisiejszym  dniem  zmęczona. Otworzyła drzwi gabinetu i  rzuciła w przestrzeń - już się pani Adela  odnalazła. Nareszcie, dobiegł Adelę głos Emila.  Adela  weszła ze służbowym uśmiechem mówiąc- musiałam  załatwić obiegówkę i wycofać swoje dokumenty z kadr.

Przywitała się z naczelnym i z ulgą klapnęła na  tapicerowanym krześle. Napije  się pani kawy? O nie, już nawet sam widok kawy mi wystarcza po dzisiejszym dniu. Miałam  dziś niebywałe  wręcz powodzenie i jeśli nie dostanę  jakiejś egzemy na prawej ręce to będzie  cud. Co za paskudny  zwyczaj to  całowanie kobiet w rękę. Nie  dość, że każdy potrząsał moją ręką niczym ścierką  do kurzu to jeszcze cmokał. 

Emil się  śmiał- a ja jestem ciekaw czy ktoś się tropnął, że całuje rękę przetartą  płynem do  dezynfekcji klamek. 

No to co mam zlecić  sekretarce - spytał naczelny. Lampkę dobrego koniaku o ile Emil  będzie prowadził samochód. Wypiłam dziś morze kawy, zjadłam pół tony paluszków z makiem i nie pozostaje mi nic innego jak koniak.  Naczelny podniósł się z krzesła i wykonał półobrót w stronę  regału, z którego wyciągnął, jak to określił "spadek po poprzedniku" czyli butelkę dobrego markowego  Remy Martin i tylko jeden kieliszek  mówiąc - ja  dziś też jestem zmotoryzowany.  

Adela zerknęła do barku i stwierdziła - jak widzę to koniak nie  miał powodzenia. Ten koniak to ja  kupowałam,  a ponieważ dostałam polecenie kupienia "jakiegoś  koniaku"  to kupiłam taki, który bez obrzydzenia sączę. Pana poprzednik miał szlaban na alkohol, więc z premedytacją kupiłam taki, którego nie lubił. Lubił Metaxę.  

Pani to zna  chyba dolegliwości  i słabostki wszystkich dyrektorów ,  z którymi pani  pracowała.  Zgadza  się -  przytaknęła  Adela - znałam również ich żony, dzieci, przyjaciółki, kochanki, nałogi i nawet marzenia niektórych. Jako asystentka musiałam się orientować nie tylko w tym jakie materiały  mam zgromadzić  do każdej delegacji, ale wpaść do żony, zabrać leki i rozpiskę do  nich, wziąć rozpisaną dietę, którą  człowiek miał przestrzegać i jeszcze patrzeć  mu w talerz co je, żeby się nie rozchorował. No i jeszcze popatrzeć  przed  wyjazdem na serwis  pogodowy, żeby  żona przygotowała mu odpowiedni zestaw ubraniowy. A jak opuszczał swój pokój hotelowy  to wpaść tam i sprawdzić czy  dzidziuś wszystko wziął z dokumentów i  swych  rzeczy osobistych. 

Ale muszę bezstronnie przyznać, że ten, którego byłam  asystentką był naprawdę bardzo kulturalnym  człowiekiem i wiedział, że asystentka ma  ciężkie życie i nie jest panią  do towarzystwa. Miał córkę w moim wieku i bardzo się interesował moimi studiami. I jeśli tylko była  chwila spokoju to mówił - ucz się  dziecino, ja dziś  sam  sobie poradzę, wystarczy sekretarka. Jak  się  śmiałam to obydwoje  mieliśmy sekretarkę. To było  całkiem  dobre, bo gdy  ja coś notowałam to już potem ona musiała to zamienić w maszynopis, a nie ja. Ja robiłam  spis potrzebnych materiałów, ale ona musiała je  wyszukać, a ja ponownie sprawdzić czy aby na pewno to wystarczy.

Gdy odchodziłam to żegnałam się  nie tylko z nim  ale i  z jego żoną i córką. Jego żona  była na naszym ślubie.

A w tej Czechosłowacji to mi pani zaimponowała - świetnie sobie  pani dała radę z tym tłumaczeniem. Adela uśmiechnęła  się - do dziś nie wiem jak ja  sobie z tym  dałam radę. W każdym razie w tej delegacji  zgubiłam gdzieś 5 kilogramów w tydzień.  Żyłam nerwami, jak  to ładnie mówią. Dobra  kuracja odchudzająca  mi  się trafiła. Żyłam tam głównie sałatkami bo niewiele rzeczy  mi tam smakowało.

A ja mam pytanie - zabrał głos  naczelny - czy pozwolisz  Emilu,bym zaproponował twojej żonie byśmy sobie mówili po imieniu? Pozwolę,  ale uprzedzam, że możesz tego  z czasem pożałować, zwłaszcza gdy ją czymś  zdenerwujesz , a poza tym  to od  niej  zależy.

Dobrze, możemy  sobie mówić po imieniu,  ale  błagam- żadnego bruderszaftu, żadnego ślinienia mojej ręki lub policzka, Zdzisławie - powiedziała Adela.  Dobrze,   nie  denerwuj  się, też nie uwielbiam tego zwyczaju cmokania w rękę.

Powiedz mi, proszę  czy znasz tu, z biura panią Kawecką?  Kawecką? Taka ciemnowłosa, zmakijażowana na co dzień jakby szła na bal?  Trudno  powiedzieć, że ją  znam, widziałam kilka  razy- rozwódka, ma dwunastoletniego  syna, szuka  męża. Jestem zapewne u niej podpadnięta, sprzątnęłam jej sprzed nosa jedynego w tym biurze godnego uwagi kawalera. Jeśli jesteś stanu  wolnego to uważaj- może  cię uwieść.  

Eeeee, chyba  nie, wywaliłem ją  dziś z biura do  domu i to przy ludziach. Ja rozumiem, że jest upał,  ale tu nie plaża tylko biuro a ta przyszła  dziś w  szortach i podkoszulce na  ramiączkach. I bez biustonosza pod  spodem.   Z pracy ją zwolniłeś?  No nie  zwolniłem  z pracy, ale kazałem by poszła do  domu  się ubrać bo tu  nie plaża ani nie dom uciech, a jej  strój jest  nieodpowiedni do pracy. No i co?  No nic, tylko mi powiedziała, że jest upał, więc się  zapytałem czy  w takim razie wszyscy mamy tu  chodzić w strojach plażowych. I że jakoś inne panie nie  spacerują tu w  szortach i podkoszulce na  ramiączkach. Wyszła  z biura i już  nie  wróciła. No wiesz, upał jest, więc musiała  iść do pociągu te 2 kilometry, a nim się doturlała  do  domu w  Warszawie  to pewnie  już nie było sensu tu  wracać. Nie pozostaje  ci nic innego jak jeszcze  dziś puścić obiegiem okólnik, że pomimo upału szorty i koszulka na  cienkich ramiączkach  nie jest  strojem odpowiednim do pracy  w biurze dla kobiet, tak  samo jak szorty i  goły tors u mężczyzn.

Ojej, to ja  dziś jednak sporo  straciłam - tyle  atrakcji mnie  ominęło! Jestem naprawdę niepocieszona!

                                                             c.d.n.