sobota, 1 lipca 2023

Lek na wszystko? -152

 Teoretycznie była już zima. Było wciąż paskudnie, mokro, błotniście i brudno. Zamiast spacerów było wietrzenie dzieci na loggii. Kilka razy prószył śnieg, ale znacznie  częściej padał deszcz  ze  śniegiem. Teresa wypatrzyła w sieci sklep internetowy z meblami dla  dzieci. Wydrukowała  sobie tę stronę by spokojnie  się wszystkiemu przyjrzeć i wszystko wymierzyć.  Mebelki były z płyty laminowanej w kolorze- jak to kreśliła Teresa- "przechodzona biel" lub zbyt często  myty jasno popielaty kolorek.

Komplet obejmował: łóżko o wymiarach 80 x 160cm z szufladą na pościel i materacem kokos-pianka oraz z  barierką ochronną o długości 1 metra, którą można było z czasem zdemontować, regał 70 x180 x 44cm, który miał cztery półki a na dole była szafka, szafę ubraniową dwudzielną podzieloną na część wieszakową i z półkami  oraz komodę z trzema  szufladami. Było też jeszcze biurko, ale było jeszcze  za wcześnie by je kupować, bo trudno było przewidzieć, ile wzrostu będzie  miał Alek gdy pójdzie do szkoły.

Meble  były do samodzielnego montażu jeśli się je zamawiało przez internet, ale były również w jednym ze sklepów w Warszawie i tam można było kupić te meble razem z montażem w domu klienta i oboje byli skłonni tak właśnie zrobić. Zdaniem Teresy cena kompletu była nieco wygórowana, ale postanowili pojechać do tego dużego sklepu meblowego i obejrzeć je z bliska. Jak mówiła Teresa - nie ma to jak pomacać towar przed  zakupem. Pojechali razem z tatą i Alkiem. Alek był szalenie przejęty, że będzie  miał  "swój pokój z własnymi meblami". 

No a gdy już będziesz miał własny pokój to będziesz musiał dbać o to, by był w nim porządek  - zapowiedział Kazik.  Planowali poza tym całą podłogę wyłożyć wykładziną dywanową, bo wiadomo, że dzieciak  będzie urzędował głównie na podłodze. Ułożenie wykładziny też zamierzali zlecić fachowcom jeszcze przed zakupem mebli.

Mebelki były nawet dość dobrze pomyślane- nie były to "meble na lata", ale wiadomo, że dzieci mają ten feler, że rosną, więc nie opłaca  się robić mebli z dobrej lub bardzo dobrej jakości drewna. A te mebelki były nawet starannie wykończone,  wszystkie miały lekko zaokrąglone kanty, były jasne,  ale miały zmywalną powierzchnię. Wykładzinę wybrali w sklepie z wykładzinami, od razu wybrali listwy. Po długim namyśle  "padło" na wykładzinę "tkaną" z trzech odcieni brązu. Wykładzina wraz z panami do jej ułożenia  miała przybyć do nich za tydzień, a mebelki z panem montażystą dopiero za trzy tygodnie. Generalnie mieli tydzień na opróżnienie obecnego pokoju dziecinnego, w którym na szczęście stało mało rzeczy, które na czas kładzenia wykładziny, czyli na jeden  dzień mogą  być wstawione do living roomu.

Alek już przeżywał fakt, że będzie spał  sam w  pokoju "dorosłym łóżku". Zamartwiał się jak to będzie  w nocy gdy mu się na przykład  zachce  siku. Żaden problem - pocieszał go Kazik -w twoim pokoju zawsze będzie włączona maleńka lampka nocna, więc nie będzie całkiem ciemno, tak samo w przedpokoju i toalecie, więc wstaniesz, założysz kapciuszki i powędrujesz do toalety, w której też zamontuję takie delikatne oświetlenie. Twoja nakładka na deskę sedesową wisi tam stale i masz przecież tam ten malutki stopieniek, żebyś mógł sam wygodnie usiąść, papier toaletowy też  jest w miejscu do którego bez trudu dosięgasz. A gdy będzie mi się coś smutnego śniło?  No to zawołasz mnie lub mamę - Kazik na  wszystko znał sposób. 

O tym, że będzie miał swój pokój  swoje meble i że będzie spał sam w "dorosłym łóżku" Alek  z dumą poinformował Alinę, dziadka Jacka i wujka Pawła oraz  swego młodszego braciszka, na którym owa wiadomość nie  zrobiła  żadnego wrażenia, jako że on od pierwszych swych dni w domu spał w innym pokoju niż rodzice, co nie znaczyło, że nie lądował bardzo często w ich małżeńskim łożu w środku nocy.

W dzień, w którym przyjechała dwuosobowa  ekipa  z wykładziną podłogową Alek z tatą od rana był u dziadka Jacka a potem razem z Aliną i małym Tadziem nieco spacerowali. Kazik tego dnia został w domu, twierdząc, że  pańskie oko  konia tuczy, a poza  tym nie ma nic pilnego w biurze do zrobienia i większy będzie  z niego pożytek w domu. Panowie wpierw sprawdzili jak się trzyma podłoża mozaika parkietowa, w kilku miejscach  dodali pod drewniane płytki jakiegoś kleju i namiętnie po tych miejscach deptali, by lepiej wszystko przylegało, potem ze trzy razy przemyli parkiet by ściągnąć z niego resztki pasty do podłóg zwłaszcza wzdłuż ścian i wreszcie rozłożyli na podłodze wykładzinę. Wzdłuż ścian przykleili do podłogi jakąś importowaną szeroką taśmę dwustronnie klejącą i bardzo starannie przykleili do niej wykładzinę, potem tę samą czynność powtórzyli przy każdej ze ścian. Na koniec wykładzina  została przymocowana listwami przypodłogowymi ze śrubkami i przymocowali listwę plastikową w charakterze progu. Na sam koniec otworzyli okno, zamknęli drzwi i rozpylili na wykładzinę jakiś  "dywanowy dezodorant" by wykładzina straciła swój chemiczny zapach. W pół godziny później swoim odkurzaczem, który zdaniem Teresy wydawał ryk wściekłego bawołu, ściągnęli z wykładziny ów pochłaniacz zapachów.  W kwadrans później posprzątali po sobie, z wyraźną przyjemnością wypili kawę, którą im zaproponowała Teresa, pozachwycali się ciastkami z pobliskiej cukierni, zostawili wizytówkę z namiarami na siebie i wyszli.  Gdy wyszli Teresa  stwierdziła, że czuje się jakby oglądała film zagraniczny bo pierwszy raz natknęła się na taką kulturalną ekipę montażową. Panowie bowiem byli ubrani w czyściutkie kombinezony, wszystko mieli czyste i nowe, nie cuchnęło od nich wódą ani papierochami. A na dodatek nie przeklinali. Oby ci, co będą montować meble też tacy byli.

Gdy tata z Alkiem wrócił ze  spaceru zaraz wysłuchał opowieści o nadzwyczajnych panach montażystach, a Alek wpierw stał w pokoju w niemym zachwycie a potem.....położył się na podłodze i kilka razy przeturlał. Kazik stwierdził, że specjalnie  do tego pokoju kupią nowy odkurzacz,  ale z "turbo-szczotką", bo takim lepiej się czyści wykładziny. Tata, a kiedy kupisz ten odkurzacz?- dopytywał się Alek. Może nawet jutro, jeżeli będzie w galerii handlowej na Ursynowie. Tam gdzie są te drzwi ze sztucznym okiem?- dopytywał się Alek. Tak, właśnie w tej galerii. Po prostu wracając z pracy tam zajrzę. Tata, a w jakim kolorze? Nie mam pojęcia w jakim kolorze będzie, poza  tym kolor odkurzacza to sprawa obojętna,  ważne by był trwały i dobrze wciągał wszystkie śmieci. 

Tata, a mogę wziąć do mojego ZOO te kawałki dywanu?  Możesz. Mały zaczął podskakiwać z radości mówiąc - to będzie dla misia na zimę, bo  dziadek Tadek powiedział,że zrobimy misiowi na zimę gawrona.  Gawrona?- zdziwił się Kazik. Myślisz, że misie lubią jeść gawrony? poza tym gawrony nie są w tym kolorze. Taaato, to będzie do spania, nie do jedzenia. Czyli chcesz byście z dziadkiem zrobili gawrę - taki zimowy niedźwiedzi domek nazywa się gawra a nie gawron. Gawron to taki ptak. Mamy ich na osiedlu sporo tam gdzie rosną topole, tam gdzie są psie place zabaw. One na topolach budują gniazda, lubią takie bardzo wysokie drzewa. Tata,  a jak ptak buduje gniazdo, on nie ma rąk?  Ale ma dziób i tym dziobem buduje gniazdo. Wstąpię do wypożyczalni filmów, może będą mieli jakiś film o ptakach. Nie wiem co prawda, czy akurat o gawronach, ale każdy ptak używa  dzioba do budowy gniazda, więc zobaczysz na filmie jak ptak dziobem buduje gniazdo. Na pewno będzie ci  się podobało.

Taaata, a kiedy będą moje meble?  Powinny być za dwa tygodnie. Zaznaczę w kalendarzu w kuchni kiedy powinny być, narysuję ci stołek obok tej daty. Ale pamiętaj, że mogą być równie dobrze jeden lub dwa  dni  później. One nie są produkowane w Warszawie, ale gdzieś pod Poznaniem, to jest trochę ponad 300 kilometrów stąd. Daleko - stwierdził Alek. Tak synku, daleko. I ktoś je przywiezie? Tak, przywiozą te twoje meble w częściach i będą montowane u nas w mieszkaniu. I będę widział? Myślę, że będziesz się mógł przyglądać gdy będą je montować. Ja będę grzeczny - zapewnił Kazika Alek - nie będę przeszkadzał.  Wiem, że nie będziesz przeszkadzał i poprosimy żebyś mógł trochę popatrzeć gdy będą montowane. 

Tata, a kiedy będzie śnieg? Nie wiem synku. Może na święta, w grudniu. A może dopiero  w  styczniu. Klimat się zmienia i już nie ma takich długich ostrych zim jak kiedyś. Tata, a gdzie jest wujek Kris? Dlaczego do nas nie przychodzi? Nie przychodzi, bo nie mieszka teraz  w Polsce, mieszka w innym kraju, we Francji. A to  daleko? Tak, daleko. Znacznie dalej niż do Berlina. Tata, a ja wolę wujka Pawła. On zawsze ze mną mówi i powiedział, że kocha mnie tak samo jak Tadzisia.  A wujek Kris nie mówił tak. Wujek Paweł mówi, że kocha nas wszystkich. Ja też wujka Pawła kocham i ciocię Alinę i dziadka Jacka. Dziadek Jacek mówi że  Tadziś i ja jesteśmy jego skarbami. I że nas  bardzo kocha. 

Wiesz  synku- jeśli dziadek Jacek tak mówi to na pewno tak jest. Tata, a ty nie przestaniesz kochać mamy i mnie? No pewnie, że nie przestanę was kochać, zawsze będę was kochał, nie mógłbym żyć bez ciebie, mamy i dziadka Tadka. Gdy będziesz  już dorosłym człowiekiem to nadal będziesz moim ukochanym synkiem. Mama i tata zawsze kochają bardzo swoje dzieci, a potem dzieci swoich dzieci, czyli wnuczęta. Tak to już jest na świecie. 

Tata, a te święta to będą z choinką?  Tak, to są święta na które do domu  zaprasza  się  choinkę. I będzie stała w moim pokoju? Myślę, że będzie  stała na stoliku w dużym pokoju. Ale jeśli bardzo chcesz to do twojego pokoju kupimy jakąś niedużą, ładną choinkę w kwiaciarni - pójdziemy tam razem i ty sam wybierzesz taką, która ci się będzie podobała.  Albo kupimy jodłowych gałązek i sami zrobimy małą choinkę i postawimy ją na twojej nowiutkiej komodzie. Mamy w piwnicy całe duże pudło z dekoracjami na choinkę. A ty wiesz, że w grudniu, już po świętach, skończysz całe pięć lat?  A Tadziś?- spytał Alek. Tadziś jest od ciebie rok i trzy miesiące młodszy.  Tata, a wujek Kris jest od  ciebie młodszy czy starszy? Wujek Kris jest ode mnie całe pięć lat młodszy. A mama? Oooo, mama jest jeszcze młodziutka jest ode  mnie dziewięć lat młodsza.

Kazik podniósł się z podłogi, na której obaj siedzieli i powiedział - muszę pomyśleć jak ustawić meble w twoim pokoju, żeby było ci wygodnie. I pomyślimy gdzie ustawić twoje ZOO, żeby ci nie przeszkadzało i żebyś miał do niego wygodny dostęp. Muszę to sobie  rozrysować. Tata, mama ci pomoże, mama robiła kiedyś taki plan i wycinała takie niby meble z kartonu. I ty to pamiętasz?- zdziwił się Kazik. Alek pokiwał główką i powiedział - to było bardzo ładne i podobało mi się bo mama co chwilę przesuwała te niby meble. A dziadek Tadek powiedział, że zrobi ze mną nowe ZOO na jakiejś  tacy i będą siatki z większymi dziurkami.A na tacy będzie coś leżało, jakiś "pokład", żeby nie było ślisko. Pewnie miał dziadek na myśli podkład a nie pokład - stwierdził Kazik. To świetnie, w takim razie ZOO będziesz urządzał razem z dziadkiem Tadkiem. Dziadek lepiej się zna na tym ode mnie.

Nadeszło ze sklepu zawiadomienie, że meble już dotarły i mogą  być montowane w najbliższą środę, czyli za dwa dni. Kazik  szybko narysował plan pokoju i zapisał gdzie  co ma stać.Z samego rana musiał być w biurze, ale uwinął się w godzinę i przyjechał do domu w chwilę po przyjeździe mebli i ekipy. Ekipę stanowili ci sami dwaj panowie, którzy kładli wykładzinę, co bardzo ucieszyło Teresę i Kazika.

Alek zaraz zajął z góry upatrzoną pozycję, a jeden z panów powiedział mu, że może być nawet  w pokoju, w którym najpierw panowie starannie okryli  wykładzinę grubym płótnem żeby się  nie  zabrudziła  lub nie uszkodziła. Kazik dał im plan i wycofał się do przedpokoju, mówiąc Alkowi, że ma się stosować do poleceń tych panów. A jeden z panów  szepnął Krisowi do ucha - to super chłopak, grzeczny i mądrutki.  Może i mój taki będzie, na razie ma tylko pół roku. Kazik uśmiechnął się - nawet pan  sobie  nie wyobraża jak szybko z takiego maleństwa robi  się pięciolatek. Czas tak niesamowicie  szybko ucieka, dopiero co byłem przy jego porodzie a on po świętach kończy pięć lat. A w pewnym momencie zapewne  bardzo się zadziwię, że już jestem  dziadkiem. 

Wpierw zostało zmontowane łóżko a Alek został poproszony by się na nim położył by w odpowiednim miejscu  zamontować  "barierkę" zapobiegającą  spadaniu kołdry i dziecka. W trakcie montażu okazało się, że projektant  tych mebelków przewidział  fakt, że  dzieci rosną i były trzy warianty mocowania w  szafie wieszaków, to  samo dotyczyło wysokości i rozstawu półek w regale. Za grzeczność Alkowi zamontowano z zewnętrznego boku regału dodatkowe półeczki, takie w sam raz na odłożenie czytanej aktualnie książki, pokazano też, że do tej barierki dobrze jest dorobić kieszeń, n.p. z cienkiego kolorowego filcu, który można  zakupić bez problemu w  sieci. Alek w rewanżu pokazał im  swoją ukochaną maskotkę i swoje ZOO w pokoju dziadka.

Po montażu panowie zostali podjęci kawą i tym razem domowymi wypiekami Teresy. W trakcie rozmowy okazało się, że są kuzynami,  a młodszy  z nich aktualnie  studiuje wieczorowo  elektronikę  na Politechnice.

                                                                   c.d.n.

                                                   



piątek, 30 czerwca 2023

Lek na wszystko? -151

 Następnego dnia Kazik rzeczywiście pojechał na późniejszą godzinę, więc rano odbyło  się "rodzinne mizianie i łaskotanie", czyli  coś  co Alek  ogromnie  lubił, bo przecież, jak mówiła Teresa, dziecko było obciążone genetycznie  zamiłowaniem  do przytulania,  całowania i głaskania. W pewnej  chwili dziecko usiadło i powiedziało - idę ukochać dziadka Tadka, żeby  nie był smutny, bo nie ma go kto ukochać. Oboje pochwalili pomysł dziecka i Alek założył kapciuszki i pobiegł ukochiwać  dziadka. No popatrz jaki on jest kochany- powiedziała  do męża Teresa gdy mały wyszedł z pokoju- pamiętał o dziadku. Chwilę później Alek wrócił i doniósł, że już ukochał dziadka i dziadek kazał mu  się ubrać, bo coś słabo grzeją dziś  "kalofery", pewnie jest awaria i woda prawie zimna leci. No ciekawe - wysiadł wymiennik ciepła w naszym bloku czy awaria w elektrociepłowni - zastanawiała się Teresa. Kazik wzruszył tylko ramionami- wszystko jedno, trzeba mu chyba założyć ciepłe skarpetki. 

Akurat gdy wchodzili do kuchni by zrobić śniadanie zatelefonował Jacek z pytaniem czy jest u  nich ciepła  woda i doszli wspólnie do wniosku, że to jakaś poważniejsza  awaria, skoro obie  części osiedla i zapewne kawałek miasta jest pozbawiony  ciepła. No to jest szansa, że szybko usuną  awarię -zauważył przytomnie tata.  Gdyby dotyczyła tylko naszego budynku to mogłoby to dłużej potrwać. Dobrze, że zimna woda jest, zawsze można ją podgrzać. 

Przy śniadaniu Teresa powiedziała  tacie, że rozmawiała wieczorem z Krisem, który podobno jest we Francji blisko niemieckiej granicy, że pracuje i jest  zdrowy. Na ciele zapewne tak - wyzłośliwił się Kazik - chyba nieco gorzej z mózgiem. Chwilami to ma wyraźnie jakieś zaniki połączeń w mózgu.

Alek, który poszedł do dziennego pokoju wrócił stamtąd z wiadomością, że pada deszcz. No bo właśnie tak jest  syneczku jesienią- dni są coraz  chłodniejsze i  często pada deszcz i czasem pada deszcz  ze śniegiem. To dziś pewnie nie pójdziemy na spacer- wydedukował Alek. No pewnie  nie- zgodził się z nim Kazik. No  ale ja niestety muszę się zbierać- stwierdził Kazik. Coraz bardziej mam ochotę na  zmianę instytucji.  Dam głos gdy skończę, bo może zdałoby  się coś kupić po drodze. Po co masz  się kręcić w tę paskudną pogodę. 

Ja to najwyżej podskoczę do zamrażarki i coś stamtąd przyniosę- stwierdziła Teresa. No to załóż buty i kurtkę i cię tam podrzucę i odstawię do  domu,  nie chodź po deszczu. Dobrze- zgodziła się Teresa i szybciutko się ubrała do  wyjścia, biorąc dwie torby. W dwadzieścia minut potem już była z powrotem. Przy okazji dowiedziała  się, że najprawdopodobniej jeszcze tej  nocy  awaria będzie usunięta.

Zrobiła  sobie kawę i zatelefonowała do Aliny. Powiedziała jej, że rozmawiała z Krisem, bo jakby  nie  było to jest on bratem Kazika i wie, że chociaż Kazik był na Krisa  zły, to jednak  się martwił, że Kris nie  daje  znaku życia. No i co? Żyje? Tak, żyje, jest we  Francji i jak twierdzi ma pracę, w  swojej dziedzinie i jest blisko niemieckiej granicy, ale nie zapytałam go gdzie  dokładnie.  Widziałam po minie i zachowaniu Zika, że mu ulżyło, że z Krisem  ponoć  wszystko w porządku. Nie rozmawiał z Krisem, tylko ja rozmawiałam. Ochrzaniłam gada , że nie dzwonił i powiedział, że odniósł wrażenie, że my go skreśliliśmy i dlatego nie  dzwonił. No to mu powiedziałam, że nie ze mną się rozszedł. Całą rozmowę dałam na głośnik i Zik słuchał. 

A  Zik mi powiedział, że gdy  wyjechał do Niemiec  po rozwodzie z Anką to też  nie  dzwonił do Polski i pierwszy raz  zatelefonował po roku i tylko do mnie. I prosił mnie  wtedy bym nikomu nie mówiła, że mam z nim  jakiś kontakt. No więc  zachowałam to dla  siebie.  Kazik powiedział, że jego  zdaniem Krisowi pasowało,  to usynowienie Tadzia przez Pawła. On zawsze chciał wyjechać  do Francji i tam  mieszkać. Tylko nie wiem po jakie  licho zrobił dziecko, wiedział, że z malutkim dzieckiem to emigracja nie jest dobrym pomysłem. A potem pogubił się kompletnie  z twoją chorobą. Wiesz - jedni są  dobrzy na ciężkie czasy i  nie tracą głowy a jemu pod  wpływem tego stresu i nie radzenia  sobie  z tą sytuacją synapsy zaczęły źle funkcjonować. Ja też nie błysnęłam wtedy inteligencją i jeszcze  cię opieprzałam. I nie mogę sobie tego  wciąż wybaczyć. 

No ale  skąd miałaś wiedzieć, że ja jestem chora, skoro ja sama o tym nie miałam pojęcia. Cały początek znajomości z Krisem był u mnie na  fazie super optymizmu. Gdybym  wtedy  miała po kolei we łbie to bym ci wytłumaczyła, że zimą  podróże Otrębusy -Warszawa to mrzonka.  Wszystko mi się jarzyło jako piękne, nawet ten jego zagracony niemal po sufit pokój, zwany magazynem.  Posiadanie  dziecka, ciąża, poród to wtedy dla mnie na tamtym etapie  choroby były "pestką"- byłam przekonana, że ze  wszystkim  sobie  śpiewająco poradzę. Przy pierwszym bólu porodowym myślałam że za sekundę skonam i bolało nawet bez skurczów. I potem ta porażająca bezradność gdy mały płakał. Nawet anioł by nie zniósł mnie wtedy. Opieprzałaś mnie, ale i tak mi pomogłaś bo znalazłaś mi pomoc. Krisowi też  się wtedy od  ciebie oberwało  nieźle. Dziś myślę, że gdyby on wtedy  chodził na terapię to pewnie bylibyśmy nadal rodziną. Popatrz, już mogę o  tym wszystkim mówić tak zwyczajnie jak o tym co ugotować na obiad. To nawet dość zabawne, że pokochałam  faceta, którego wpierw nie  znosiłam, bo miałam wrażenie, że on mi zabiera ciebie, twoją przyjaźń- on i Jacek. A teraz oni  mnie na  wyścigi rozpieszczają - jestem doceniana, kochana i stoję na pewnym gruncie. 

Kris chyba wcale  nie pragnął dziecka - nigdy  nie  zajmował  się dzieckiem tak jak Paweł lub Jacek.Ale teraz dziecko ma obok  siebie  dwa bardzo dobre  wzorce do powielania. Gdybym wtedy wiedziała o sobie to wszystko co wiem teraz to po pierwsze wytłumaczyłabym  ci, że zimowo-wieczorne jazdy do stolicy są super  chorym pomysłem. I na pewno nie  zamieszkałabym wtedy u Krisa  tylko u  was, co mi zresztą proponowałaś. Dom pewnie bym jednak i tak  sprzedała, ale być może dostrzegłabym jakieś pozytywy z kontaktu z Frankiem. Miałabym pewnie w nim przyjaciela. Wiesz, ja to wszystko przepuściłam przez  swój mózg na tej terapii. Bo nie  było tam tematu tabu. 

Przeanalizowałam na zimno i  spokojnie  to co czuję do Pawła, bo bałam się, że może  to nie miłość  z mojej strony a głównie wdzięczność, że mnie dostrzegł, że o  mnie dba, że mówi mi na każdym kroku jaka jestem fajna. Nawet się spotkałam w tym celu dwa razy z terapeutą - już bez  skierowania wpakował mnie między pacjentami- cieszył się jak  dziecko, że zaczęłam sama siebie analizować. 

Alinko, a może byśmy się wybrali któregoś dnia do klubu - bo Paweł dobrze tańczy. Zresztą mój Zik też. Możemy  się  wybrać w tygodniu- wtedy grają tylko do 23,00, bo w soboty to ponoć i do 2,00 w nocy. A twój teść to tańczy wręcz bajecznie i super prowadzi. Pewnie  Paweł odziedziczył te umiejętności po tacie. Stroje dowolne  zwłaszcza w tygodniu chociaż i w weekendy nie ma tam gali.  A Paweł tam kiedyś był?- spytała Alina. No był, z jakąś panią cybernetyczką, pracowała tam gdzie  wtedy Paweł.  Jej się wydawało, że skoro ukończyła taki kierunek to jest arcy atrakcyjna i mądra, ale  się biedula przeliczyła. Do teatru nie  chodziła, bo nie ma na co, "wszystkie  sztuki takie  miałkie", czytać też nie miała co bo "sam chłam w księgarniach". No to była raz w tym klubie i chyba  była zbyt nadęta żeby dobrze tańczyć. No i nie podobało się jej bo muzycy nie byli w garniturach i pod  krawatem. A to grają amatorzy, którzy szkoły muzyczne pokończyli w czasach szkolnych a są z zawodu inżynierami i grają dla własnej frajdy, bo granie to ich hobby. Jacek też wtedy był i się przynajmniej trochę wytańczyłam. Z tą babką to zupełnie nie było o czym pogadać. A myślisz, że Jacek by został z Tadziem? No jasne, u nas  zostanie z małym tata. Pomyśl o tym. Pomyślę- obiecała Alina.

Alina z Pawłem  zapowiedzieli, że tegoroczne święta Bożego Narodzenia  dla obu rodzin będą u nich - co prawda oni tak jak Teresa i Kazik nie biegają z tej okazji do kościoła, ale będą to wszak  dni wolne od pracy i będzie okazja do spotkania  się w dwie  rodziny by razem coś dobrego zjeść, wymienić  się swoimi myślami, planami i pokazać dzieciom nieco bardziej odświętną stronę życia.  Prezenty pod  choinkę mają być dla dorosłych głównie symboliczne, góra do 200zł, a dla  dzieci uzgodnione, żeby potem jeden z drugim nie tonęli w np. samochodzikach. I prezentami dla dzieci mają się zająć tatusiowie, głównie z racji płci. Bo obie  rodziny  nie  hołdują trendowi  zrównywania na  siłę obu płci. Gdyby to było dla ludzkości korzystne to natura sama by na to wpadła i tak jak to się dzieje u pewnego gatunku  ryb, w sytuacji  gdy zaczyna w sposób zagrażający gatunkowi brakować np.  samców, to część populacji zmienia płeć.  No i mają to być zabawki rozwijające intelekt - żadnych pistoletów itp. I żadnych premii finansowych wkładanych pod poduszkę - dodała Alina. 

No niestety takiej opcji  z forsą pod  poduszkę w tym roku  nie będzie - wtedy  rok był wyjątkowo dobry pod  względem finansowym - po prostu podzieliłem się ze  wszystkimi swoją nagrodą, były to pieniądze extra a nie z oszczędności - powiedział Kazik. A w ogóle  to podjąłem decyzję o zmianie pracy- w lutym przejdę na Politechnikę,  na etat  naukowo-dydaktyczny.  To trochę dla mnie wyzwanie, ale mam nadzieję, że się sprawdzę. Ta zmiana sprawi, że jednak póki co nie zmienimy  miejsca zamieszkania. Ale i tak zaczniemy prowadzić Alka dwujęzycznie. Mam nadzieję, że zmiana miejsca  pracy nie będzie miała  wpływu na naszą przyjaźń z Kurtem i nadal będziemy w dobrym kontakcie. Byli dla mnie  rodziną przez kilka lat. Tak samo serdecznie jak mnie przyjął Tesię i Alka. Mam nadzieję, że w nowym roku przyjadą jednak tu na  wakacje.

Nie bądź taki skromniutki - powiedział Jacek- znam cię bardzo dobrze, i jestem pewien, że  się sprawdzisz na tym nowym  stanowisku. I ogromnie się cieszę, że nie wisi nad  tobą widmo zmiany miejsca  zamieszkania - ja wiem, że to dla ciebie nie straszne, bo już tam mieszkałeś. Ale będzie straszne  dla nas, bo będziesz daleko. Nie  wyobrażam  sobie byście  byli tak daleko od nas.

Jacku, byłem już przygotowany na to, że jednak się przeprowadzimy i planowałem osiedlenie  się nie tuż  za rogiem,  czyli w Berlinie, ale w Stuttgarcie. Dostałem stamtąd świetną propozycję pracy, ale... - i tych "ale" jest  dużo. Musiałbym wpierw pojechać tam sam i wszystko od podstaw przygotować do sprowadzenia Tesi, taty i Alka. I znając realia niemieckie zajęło by mi to mnóstwo czasu, być może nawet pół roku. Nie  stać mnie psychicznie na taką rozłąkę, jestem  chyba  zbyt rozpieszczony przez Tesię, tatę i was. I oczywiście zaraz  ściągałbym do siebie  Pawła z całą rodziną, choć wcale nie wiem, czy wy byście  chcieli stąd wyjeżdżać na stałe. 

Oczywiście nadal mogę nieomal w każdej chwili podjąć pracę w Berlinie, mam tam własne mieszkanie, ale znacznie ciekawszą pracę miałbym w Stuttgarcie, a klimatycznie to miasto jest znacznie milsze niż Berlin.  I też  mieszka  w nim  wielu Polaków.Tam w granicach  miasta są winnice. Tesi podobał się Stuttgart, mnie  też. Więc na razie zmienię miejsce pracy i zobaczę jak to się będzie  sprawdzało,  a tak dokładnie życie pokaże jak ja się sprawdzę w nowych realiach. Nie mam po prostu praktyki w dydaktyce. Mam kilku znajomych  wykładowców, ale nie mam pojęcia  jak ja się w tym odnajdę. Na razie  wiem, że w ciągu roku akademickiego czeka mnie do 180 godzin dydaktycznych, a 10 godzin dydaktycznych to jest 7,5 godzin zegarowych. Urlopu będę miał w roku 36 dni roboczych. Dni wolne od pracy ustawowo nie są wliczane do urlopu. I chcę wam jeszcze jedno powiedzieć- Tesia rozmawiała z Krisem -żyje, mieszka we Francji i podobno pracuje. I, jak to mówią- kamień spadł mi z serca, bo się nieco o chłopa  martwiłem. Sporo głupot narobił w życiu i nie jeden raz miałem ochotę go sprać porządnie.

                                                                            c.d.n.


czwartek, 29 czerwca 2023

Lek na wszystko?-150

 Czas - pojęcie wymyślone przez ludzi, podzielone na sekundy, minuty, godziny, dni - mijał obojętny na to co się w tym czasie wydarzyło. Kris zniknął - dziwne było to, że nikt nic o nim nie wiedział. Kazik podejrzewał, że jego brat wyjechał do Francji i tam podjął pracę. Nie dziwił się, że nie daje  znaku życia, bo pamiętał, że gdy on wyjechał po rozwodzie do Niemiec też przez  bardzo długi czas nie pragnął kontaktu ze znajomymi. Po roku nieobecności zatelefonował do Teresy, ale do rodziny nie miał zamiaru się odzywać. Prosił ją  by nikomu nie mówiła, że ma z nim kontakt i Teresa tę prośbę spełniła. Może i Kris ma jakąś przyjaciółkę lub przyjaciela którego oni nie  znają. Poza tym nie  wykluczone jest, że nie za bardzo mu się wszystko we Francji dobrze ułożyło i że nie ma  się czym pochwalić, więc się nie odzywa. Bo Kris zawsze bardzo starannie ukrywał swe niepowodzenia, za to chwalił się każdym swym nawet małym sukcesem.

Teresa szybko zrobiła ciasto ziemniaczane na krakersy dla dzieci. Postanowiła  zrobić ich znacznie więcej, bo i dorośli je  chętnie podjadali. Dla dorosłych były z odrobiną chili, wędzoną papryką ale i z  makiem oraz grubo zmielonymi orzechami laskowymi i włoskimi. Gdy wkładała już drugą blachę z krakersami do piekarnika usłyszała, że otwierają się drzwi wejściowe i pomyślała, że tata z Alkiem dość krótko byli na  spacerze, no ale późno jesienne spacery z  reguły były dość  krótkie.  

Wyszła do przedpokoju i zamiast swego taty i Alka zobaczyła własnego męża, który powinien być o tej porze jeszcze w Instytucie. Kazik szybko zrzucił buty i jeszcze  będąc w kurtce przytulił mocno Teresę mówiąc - stęskniłem się  za tobą i szybciej wróciłem. Żle mi się pracuje gdy nie mam cię blisko siebie. Pociągnął nosem i powiedział- a ty, niepoprawna  pracusia, znów nas rozpieszczasz i coś pieczesz! Zaraz  umyję ręce i ci pomogę  w kuchni. Poza tym mam nowinę. Jesteś w  ciąży? -zapytała ze śmiechem Teresa-  a może wymyśliłeś coś latającego ze skrzydłami w kształcie  skrzydeł nietoperza? Nie, ale muszę się z tobą naradzić, bo dostałem dziś dość ciekawą propozycję i wtedy nie będę musiał codziennie bywać tyle godzin poza  domem. I będą ci płacić za to siedzenie w domu? No właśnie i to mi się podoba. Będę mógł pracować i w domu i na Politechnice i będę co nieco wykładał. Muszę to  wszystko sobie spokojnie z tobą przemyśleć, umówiłem  się, że dam odpowiedź za tydzień. A kiedy byś tam przeszedł? W lutym. Pomyśl Tesiuniu - będę miał w roku 36 dni wolnych od pracy przy pięciodniowym tygodniu pracy. Wziąłem całą rozpiskę możliwości - będę miał etat badawczo-dydaktyczny Nie podejrzewałem, że 10 godzin dydaktycznych to się równa 7,5 godzinom  zegarowym, a ja będę miał rocznie 180 godzin dydaktycznych na tym etacie. Muszę to sobie  wszystko dokładnie porozpisywać i się dobrze zastanowić. Oczywiście finansowo to też wypadnie lepiej niż tu. Staszeczek udaje, że mu będzie przykro gdy odejdę, ale wiem, że odetchnie. Gdy tylko przestało dla mnie przychodzić stypendium to biedak odetchnął, bo ono każdego w oczy kłuło i każdemu musiał tłumaczyć, że to nie idzie z puli instytutu. Trochę się pośmieliśmy, bo któremuś się wydawało, że każdy, kto będzie robił doktorat to dostanie stypendium.  Jeden taki napalony na doktorat pytał się go czy instytut może mu znaleźć promotora i da stypendium. A poza tym to niestety jakoś ostatnio niewiele nowego tu się dzieje. 

A junior z seniorem są na  spacerze? Tak,  dziś mieli być na południowym placu zabaw, bo oni raz są na naszym a raz na tym nowym, Jackowym. Na tym nowym to latem będzie nawet basenik  z fontanną. Na razie  jest tam tylko to miękkie podłoże do skakania. Jeśli to będzie nie ogrodzony teren, a tak przewidywał projekt, to stanie  się najdalej po tygodniu zbiornikiem śmieci i nieczystości. Na osiedlu jest masa psów i przynajmniej połowa  z nich łazi bez  smyczy zwłaszcza  wieczorem, to w "try miga" zanieczyszczą ten plac  zabaw. W naszym bloku są tylko 4 psy, ale w niektórych  tych czteropiętrowych blokach to w każdej klatce przynajmniej jeden pies na dziesięć mieszkań. I to takie spore psiska jak owczarki niemieckie. Ostatnio  widziałam tam mocno starszą panią, taką kruchutką, wątlutką, jak prowadziła na  smyczy dobermana, a właściwie to on ją prowadził i ona ledwo za nim nadążała. Pomyślałam, że kobiecina sporo ryzykuje bo jak psa coś zdenerwuje i jak da w długą to babcię przeczołga po chodniku. 

Powinniśmy w  sobotę wyskoczyć  do IKEI po jakiś mebel do spania dla Alka - trzeba go już  wyrzucić do jego  własnego pokoju. Kazik uśmiechnął się- niech wie od małego, że życie  nie jest jak muzyka rozrywkowa, czyli  lekkie, łatwe i przyjemne.

Właściwie to nie musimy nawet jechać do IKEI, mamy katalog w  sieci i możemy zamówić razem z materacem,weźmiemy mu takiej twardości jak my mamy. Przejrzysz ze mną katalog?- zapytała męża. Tak, oczywiście, że razem przejrzymy, ale pod  warunkiem, że będziesz mi siedziała na kolanach, lubię cię mieć tak bliziutko. A ja myślałam, że będziemy pić kawusię, degustować krakersy i przeglądać katalog. No zgoda,  ale możesz przecież pić kawę siedząc na moich kolanach. Nie mogę wtedy pić kawy, bo się  do ciebie tulę i  się co chwilę całujemy - śmiała  się Teresa. A poza tym to zaraz wrócą nasi, bo Alkowi trzeba będzie  coś wrzucić na ruszt. Przyzwyczaił się, że wraca ze spaceru i coś zjada. My też chyba coś zjemy. Mam na tę okoliczność zupę pieczarkową z zacierkami. Dodałam do niej kilka suszonych podgrzybków i  wyszła  świetna.

W tej chwili otworzyły  się  drzwi wejściowe i wszedł tata z Alkiem. Taaata, wrzasnął Alek radośnie i szybko pozbył się swoich adidasów i jeszcze  w kurtce i czapce pobiegł do Kazika. Kazik rozpiął mu kurtkę, ściągnął z główki czapkę i przytulił synka do siebie mówiąc- idź założyć kapciuszki i pójdziemy umyć ręce, bo mama zaraz da na stół pyszną  zupę.

Zupa wszystkim smakowała a Alek powiedział Teresie, że on najbardziej to lubi właśnie takie domowe kluseczki w zupie. Bo mu nie  tylko smakują, ale bardzo wygodnie się je, bo nie zsuwają  się z łyżki jak makaron.

Po lunchu Teresa  zrobiła kawę, do której były domowe krakersy, które też zostały przez  Alka pozytywnie ocenione. Alek oczywiście też pił kawę w eleganckiej filiżance i jego kawa była osłodzona syropem daktylowym. Kazik spróbował tę jego kawę i stwierdził, że wieczorem, po obiadokolacji też będzie pił tę kawę z syropem daktylowym  zamiast herbaty.

Po lunchu Alek zajął się swoim ogrodem zoologicznym, tata przeglądał prasę a Kazik z Teresą zaczęli przeglądać meble- nie tylko te w IKEI. W jednym ze sklepów Kazik wypatrzył łóżko typu "dwa w jednym"- dolne łóżko było wysuwane spod górnego i Kazik zaczął się zastanawiać, czy nie kupić właśnie takiego łóżka. Bo teraz dziecko spałoby na tym dolnym i "w razie  czego" nie potłukłoby się zlatując z niego w nocy, a gdy się już przyzwyczai do spania na łóżku o szerokości 90 cm to będzie spał  "piętro wyżej" a jego dolna część będzie wsunięta. Będzie przy okazji w domu jedno miejsce więcej do spania. Poza tym podejrzewał, że Alkowi będzie  się takie spanie podobało i lepiej zniesie "wyprawienie" go do łóżka w innym pokoju. Ale nim  się to łóżko zamówi nie  zaszkodziłoby obejrzeć je  w naturze. Teresa miała jednak zastrzeżenia, że gdy się wysunie tę dolną część to mebel jest wtedy szerokości 180 cm i zabiera tym samym bardzo dużą powierzchnię pokoju, który wszak nie ma 20 metrów kwadratowych. No tak- niestety masz rację - stwierdził Kazik. Może będzie lepiej zakupić jakiś dziecięcy mebel do spania, bo one  są niższe niż łóżka dla dorosłych. Po prostu na początku będzie mu się przystawiało krzesła by nie spadała mu kołdra lub i on.  I niech  się od  razu przyzwyczaja  do spania na łóżku szerokości 90 cm. No to w sobotę wyruszymy szukać legowiska dla Alka- stwierdził Kazik-  nie ma lekko.

Wieczorem, gdy Alek już wycałowany, poprzytulany zasnął, Teresa powiedziała do Kazika - nie wiem czemu, ale trochę mnie dziwi i niepokoi, że Kris nie  daje znaku życia. Rozumiem, że nie kontaktuje się z Aliną, ze mną, no ale z tobą przecież mógłby. Nie mógłby - powiedział Kazik- przecież świadkowałem Alinie, to tak jakbym go zdradził. A to zawzięty osobnik. Możesz do niego zatelefonować, według mnie na pewno ma przy sobie swój smartfon. Albo napisz do niego maila. No ale ja też go zdradziłam, też wszak świadkowałam. Spróbuj zadzwonić, to wbrew pozorom nie kosztuje majątku, on pierwszy nie zadzwoni dopóki nie  zostanie kimś na  szczeblu. Ale twój telefon ma  w bazie i nawet jeśli nie odbierze to go mile połechce, że ty do niego dzwonisz. Jeśli nie odbierze to jutro też zadzwonisz, to go zastanowi. Ja myślę, że się trochę przeliczył ze swoimi możliwościami. Poza tym, żeby mógł pracować w  swoim zawodzie to musiałby znać perfect prawo francuskie a nie sądzę by był w tej materii biegły.No i tu miał małą styczność z językiem francuskim, a gdy językiem obcym mało operujesz to on ulatuje  z głowy. Może on wcale nie  wyjechał z Polski tylko się zadekował gdzieś na prowincji i tam robi karierę na  zasadzie, że mu warszawskie zapylone powietrze  nie służy. Przyjrzałem mu się w sądzie - jemu ten rozwód z Aliną pasował i pasowało mu pozbycie się dziecka w taki sposób by wyjść na  swego rodzaju ofiarę. On naprawdę był przerażony stanem Aliny, bał się, że ma nieuleczalne zaburzenia i że dziecko to wszystko po niej odziedziczy.  Popatrz - nawet ty się nie połapałaś na początku, że ona jest chora, byłaś na nią wiele razy wręcz wściekła, a byłyście wszak przyjaciółkami tyle lat.

Teresa pokiwała głową - no fakt, byłam pewna, że nadal jest rozkapryszoną, rozpieszczoną przez mamę panienką. Do dziś sobie  to wyrzucam, że wcześniej na to nie  wpadłam. I mam wrażenie, że może być z Krisem tak jak mówisz i on do dziś nie bardzo wierzy w to, że Tadziś jest i będzie normalnym dzieckiem. No i poza  wszystkim "szlachectwo zobowiązuje" dobrze go zaszachowano tym, że jego brzydka przygoda może się stać jego wizytówką i straciłby klientów. 

Wiesz, za nim się zawsze uganiał tabun dziewczyn a on był taki bawidamek jak nasz ojciec. Czasem to go nawet podziwiałem. Bo ja nie  miałem takiego talentu.Wpierw wbagniłem  się w Ankę a potem zakochałem się w pewnej mężatce na  zabój. Ale powiem ci, że warto było się w tej mężatce  zakochać, choć to wtedy okrutnie  bolało. Kocham cię, choć nadal jesteś mężatką - śmiał się Kazik. Zadzwoń do tego mojego  durnego brata. I daj na głośnik.

Teresa wybrała numer Krisa i po dłuższej chwili usłyszała: " o Boże, co  się stało"? Nic się nie stało, dzwonię bo się o ciebie tak zwyczajnie, po ludzku, martwię. Jakby  nie było jesteś bratem mego męża i w pewnym sensie jesteśmy rodziną, a ja się zawsze martwię o  swoją rodzinę - powiedziała Teresa. Powiedz  mi lepiej gdzie jesteś, czy jesteś zdrowy, czy masz pracę i masz gdzie mieszkać. Rozszedłeś się nie ze mną i nadal jesteśmy rodziną. No jestem zdrowy, pracę mam, jestem we Francji, blisko granicy niemieckiej, mieszkanie wynajmuję. Ufff, powiedziała Teresa to dobrze. A dlaczego, paskudny padalcu, nie dajesz znaku życia i nie dzwonisz ani do Zika ani do mnie? Bo pomyślałem, że już mnie oboje skreśliliście. No to cię muszę zmartwić nie skreśliliśmy ciebie, choć się o to wyraźnie prosiłeś. Jeżeli prawdą jest to co mi teraz powiedziałeś, że masz pracę i jesteś zdrowy to się cieszę i Zik się ucieszy i  zapewne do ciebie któregoś  wieczoru  zapika. Trzymaj się i dbaj o siebie. Pa. Dziękuję,że ty zapikałaś, pozdrów Kazika, pa.

Kazik objął Teresę i długo obcałowywał jej twarz w końcu powiedział- no widzisz stary kocur  wylądował na czterech łapach. I jak cię, mężatko, nie kochać? Ten padalec, jak go ślicznie nazywasz, wystraszył się twego telefonu, ale to dobrze, niech pamięta, że są jeszcze inni oprócz niego na świecie. Podejrzewam, że to któryś z jego klientów mu ten wyjazd naraił. Teraz  wielu prowadzi interesy z zagranicą, wszak CHZety zostały zlikwidowane, a pańskie oko konia tuczy i trzeba jakoś tych spraw  pilnować. Idziemy spać, a jutro nie jadę rano do Instytutu tylko na Politechnikę i to nie o świcie.

                                                              c.d.n.



 


wtorek, 27 czerwca 2023

Lek na wszystko?- 149

 W dwa dni później Alina pojechała do profesora, do którego weszła przez  sekretariat, omijając tym samym kolejkę pacjentów  czekających przed drzwiami profesorskiego gabinetu.  Pan profesor nawet bystro ją  skojarzył z tą zastraszoną, nieco zapłakaną osobą, która dwa lata wcześniej była u niego na wizycie.  Był mile zaskoczony kolosalną zmianą jaka w niej zaszła - tym razem siedziała na przeciw niego młoda, bardzo ładna i pewna siebie młoda kobieta i spokojnie referowała sprawę, dlaczego jej potrzebne jest zaświadczenie o stanie jej zdrowia psychicznego.  Od razu poprosił sekretarkę by przygotowała odpowiednie pismo, w którym ma być wyjaśnione, że choroba afektywna dwubiegunowa w  żaden sposób nie dyskwalifikuje Aliny do sprawowania pełnej opieki nad  swym nieletnim dzieckiem. Nie wolno też traktować osób na  nią chorych jako osoby chore psychicznie i nie  w pełni poczytalne.  Alina w trakcie rozmowy zapytała się, czy jego zdaniem mogłaby urodzić drugie dziecko, ale pan profesor powiedział, że lepiej byłoby pozostać przy jednym dziecku, bo jednak ciąża, poród i te pierwsze miesiące po rozwiązaniu to zawsze są bardzo stresujące i nikt nie jest w stanie przewidzieć jak ona to zniesie i wyraził nadzieję, że jej obecny partner to zrozumie. Sądząc po obecnym pani stanie jego obecność przy pani jest dla pani w pełni korzystna. 

Alina przy okazji powiedziała, że najbardziej w trakcie leczenia pomogła jej  indywidualna terapia (tu wymieniła nazwisko swego terapeuty), bo dzięki niemu nauczyła  się działać tak by jak najmniej obciążać swój organizm, umie sobie poza tym tak ułożyć  dietę by nie tyć i wreszcie  wbiła  sobie  do mózgu świadomość, że do końca życia  będzie brała lek i to jej już nie martwi i przestała uważać, że jest z powodu tej choroby mniej wartościowym człowiekiem. Tego samego dnia Paweł zawiózł tę opinię do prawnika. 

W kilka dni później  prawnik zatelefonował do  Aliny i powiadomił ją, że już ma wszystkie dokumenty z jej strony zgromadzone, teraz powiadomi Krisa, że będzie się zajmował tą sprawą i że byłoby rozsądnym posunięciem z jego strony, by wyraził zgodę na pełną adopcję Tadzia przez Pawła, to wtedy uniknie w sumie dość przykrej rozprawy w sądzie rodzinnym, czyli publicznego prania jego brudów. A Warszawa nie jest wielkości Londynu i wszelakie plotki o prawnikach migiem się rozchodzą i więcej z tego szkody będzie  miał niż pożytku.

W dwa dni później, pod wieczór, przyjechał do domu Kazika Kris. Teatralnym gestem wyciągnął z kieszeni pisemko od prawnika  wynajętego przez Pawła i Alinę i zapytał - które z was doradziło Alinie tego faceta?  Kazik spojrzał na niego ze  zdziwieniem i zapytał o  co chodzi, bo nie ma pojęcia o jakim facecie on mówi.  Kris wymienił wówczas nazwisko, ale i Teresa i Kazik tylko wzruszyli ramionami mówiąc, że nic im to nazwisko nie mówi. A to, że Alina wyszła  za mąż to wiecie?  Oczywiście, że wiemy- powiedział Kazik- byliśmy nawet świadkami na jej ślubie, ale Alina po mężu  ma inne nazwisko niż to wymienione przez  ciebie. 

Ale wiesz co braciszku? - Alina jest pełnoletnia i nie musiała  się pytać ciebie o zgodę na wyjście za mąż. Zresztą wyszła  za mąż za bardzo porządnego i kulturalnego człowieka, którego my wszyscy znamy i cenimy. Ty też go znasz.  I on bardzo pokochał Tadzia, Tadziś jego też i tworzą szczęśliwą rodzinę. I może powiedz o kim mówisz machając tą kartką, ja takiego nazwiska  z nikim znajomym nie kojarzę, sądzę, że Tesia także nie - powiedział Kazik.

No to masz, czytaj - Kris wepchnął Kazikowi pismo do ręki. Kazik przeczytał  i powiedział- na twoim miejscu to bym przystał na tę propozycję. Nie  znam tego prawnika, z tej branży to znam tylko ciebie i tego gościa, który rozwodził Tesię - zresztą sam go nam poleciłeś, ale on  chyba miał inaczej na imię, a nazwiska to zupełnie nie pamiętam.  O ile się nie mylę to sąd ci zasądził wysokie alimenty, bo miałeś  widocznie w ostatnim roku wysokie dochody. A jeśli się dobrze  orientuję w tych klockach, to gdy mąż Aliny zaadoptuje  Tadzia to ty pozbędziesz  się tych alimentów. I myślę, że zdrowiej będzie nie cieszyć panów prawników w sądzie rodzinnym wyciąganiem przyczyn rozpadu twojego małżeństwa i tym, że zadawałeś  się z jakąś panienką zakażoną jedną z chorób z rodziny WR. Bo to raczej chwały ci nie przysporzy.  

A za kogo ona wyszła?- spytał Kris ponurym głosem.  Za syna Jacka - to dobra partia, bo facet dobrze wykształcony, kulturalny, ma  dobry zawód. Tadziś za nim przepada  a on za Tadzisiem. Zapewne nie  wiesz, ale to Tadziś go sobie wybrał na tatę.  Przecież to młokos- burknął Kris. No nie wiem czy facet po trzydziestce, dobrze  zarabiający, z samodzielnym stanowiskiem w ministerstwie to młokos- powiedział Kazik. Alina przy nim jest spokojna i naprawdę rozkwitła. On wie  wszystko o jej chorobie i bardzo  dba o Alinkę.  Było braciszku nie pchać się po pijaku lub na trzeźwo na obcą, z przeproszeniem, dupę. Sam sobie zrobiłeś tym samym tak zwane "kuku" - dałeś dowód tego, że nie kochasz i nie  szanujesz Aliny i swego dziecka. A dziecko też  cię niewiele obchodzi, co udowodniłeś całkowitym brakiem zainteresowania jego osobą po rozwodzie.

Osobiście uważam, że propozycja tego prawnika jest całkiem rzeczowa i satysfakcjonująca dla ciebie - Kazik kontynuował spokojnie.  Wiesz stary - kto kocha kobietę to jej nie zdradza- ani po pijaku ani na trzeźwo. Przemyśl sobie  to wszystko sam, spokojnie, posłuż się logiką a nie emocjami. Zresztą nie oszukuj sam siebie- już dawno Alina stała  się dla ciebie ciężarem.  Znajdź sobie inną, może sporo od siebie młodszą i nie żeń się - ty się po prostu nie nadajesz do życia w małżeństwie. Jesteś taki, jaki był nasz ojciec, z którym mama trwała w  związku przez lata tylko dla dobra dzieci i pozostała gdy przy nim gdy mu już chucie odeszły bo już mu sprawności nie  starczało.

Chcesz może herbatę z melisy na uspokojenie myśli?- zapytała Krisa Teresa. A niech cię diabli wezmą - wybuchnął Kris. Wzajemnie - powiedziała spokojnie Teresa a Kazik podniósł się z krzesła i powiedział- wyjdź stąd natychmiast i nie wracaj tu raczej nigdy. Uprzedzam cię, że ja będę w sądzie świadczył przeciw tobie. Jesteś obrzydliwym egoistą. I ta twoja kancelaria nigdy nie powstanie i to nie dlatego, że ja ci nie pożyczyłem pieniędzy, które ciężką pracą zarobiłem, ale dlatego, że nikt nie chce z tobą pracować. Masz po prostu paskudny charakter. Przemyśl sobie to wszystko spokojnie w domowym zaciszu. I może popracuj nad  sobą. Z takim podejściem na pewno nie znajdziesz poklasku w  swej branży  ani tu ani we Francji, dokąd ponoć masz ochotę na  stałe wyjechać.

Kris niechętnie podniósł się z krzesła i wydusił z siebie - przepraszam, nerwy mnie poniosły.Przepraszam cię Tereso. I masz Kaziku rację, lepiej nie  robić z siebie pośmiewiska. Może rzeczywiście nie nadaję się do życia w trwałym związku. To ja już pójdę- powiedział cicho i ruszył do drzwi. Kazik ruszył za nim i zamknął je  za nim. Potem podszedł do Teresy i mocno ją objął mówiąc - przepraszam cię, że  to wszystko widziałaś i  słyszałaś. Nic mi się nie stało - spokojnie odpowiedziała Teresa - on po prostu sam ze sobą nie może sobie poradzić. Mam nadzieję, że jednak podpisze  zgodę  na pełne przysposobienie Tadzisia. Jakieś resztki rozsądku mu  jeszcze się tłuką po mózgu.

W pół godziny później do domu dotarł tata z Alkiem, którzy byli  w "prawdziwym kinie", jak to określiło szalenie przejęte dziecko, na filmie rysunkowym dla dzieci.  Tata powiedział, że było to bardzo dziwne doświadczenie bo mocno nieletnia publiczność ogromnie przeżywała akcję filmu - dzieciaki doradzały bohaterom filmu co mają robić i bardzo żywiołowo na  wszystko reagowały. Dźwięk był podkręcony chyba na  maksimum a dzieciaki też się wydzierały i tata stwierdził, że następnym  razem weźmie z domu stopery do uszu.

Gdy Alek już poszedł spać Kazik opowiedział tacie o wizycie Krisa i jak ta wizyta się zakończyła. Tata długo milczał, w końcu powiedział - chwilami to mi go nawet  żal, bo ewidentnie  jest jakiś zagubiony- wyrósł w przekonaniu o tym, że jest nadzwyczajnym dzieckiem, a życie wciąż mu usiłuje to przekonanie wyperswadować. Jak sobie tę sprawę spokojnie przemyśli to na pewno wyrazi zgodę na tę pełną adopcję. I na pewno zadecyduje tu kwestia finansowa, bo on bardzo lubi szpanować,  a szpanowanie niestety sporo kosztuje.  Bo głupi to on  nie jest, tylko jest mocno przekonany o swojej nadzwyczajności i to mu wyraźnie szkodzi. I mam wrażenie, że każdy jego związek będzie jednak niewypałem. No chyba, że jakaś naiwna będzie w niego  bezkrytycznie wpatrzona  i będzie robiła  wszystko pod jego dyktando. Ale wtedy zapewne dojdzie do słusznego wniosku że ta osoba jest bezdennie głupia. Zgodnie ustalili, że nic nie powiedzą Alinie i Pawłowi o wizycie Krisa. Bo nie miało to wszak żadnego znaczenia dla sprawy.

W miesiąc później prawnik zawiadomił Alinę i Pawła, że sprawa już jest złożona w sądzie rodzinnym i że Kris wyraził na piśmie zgodę na pełne przysposobienie Tadzia przez Pawła. Teraz tylko trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo musi się odbyć sprawa sądowa, sąd musi porozmawiać ze stronami i wydać wyrok. A sąd jest zawalony sprawami, więc to może nieco potrwać, ale na pewno wyrok sądu będzie dla Aliny i Pawła po ich myśli. No a jak już będzie  wyrok sądu to wtedy w USC Tadzikowi będzie można dać nazwisko rodziców, czyli Pawła i Aliny. Na znalezienie się sprawy na  wokandzie czekali ponad dwa miesiące. Pomimo zgody wyrażonej przez  Krisa szanowny sąd wysłuchał co mają  na ten temat do powiedzenia Kazik i Teresa. Teresa starała  się nie "obsmarować" zbytnio swego szwagra i sugerowała, że po prostu Kris i Alina zbyt krótko się znali przed ślubem i to też  zapewne miało bardzo niekorzystny  wpływ na  związek, a nie leczona wtedy  choroba Aliny też nie  sprzyjała temu, by relacje pomiędzy  nimi były dobre. Teresa opowiedziała też o tym, że matka Aliny ukrywała przed  nią i znajomymi fakt, że Alina  jest chora  na nieuleczalną chorobę i musi codziennie brać lek. Powiedziała też, że Kris od  chwili rozwodu  ani razu  nie odwiedził dziecka. Opowiedziała też jak nad Zegrzem Tadzik zatytułował Pawła tatusiem chociaż nikt- ani Alina ani którekolwiek z nich nie  sugerowało  dziecku by tak Pawła  nazywało.

Wysoki  Sąd przepytał  się jeszcze Krisa, czy podtrzymuje swą zgodę na to by Paweł adoptował jego syna, a Kris powiedział, że świadomie  podjął taką decyzję,  dziecko jeszcze  małe, a on najprawdopodobniej wyjedzie  na jakiś czas z Polski i nie będzie mógł tym samym sprawować nad dzieckiem opieki, więc będzie dla  dziecka lepiej gdy Paweł będąc mężem matki dziecka  przejmie nad  dzieckiem opiekę. Wysoki Sąd, już po rozprawie, był świadkiem zachowania się Tadzia gdy z sali wyszedł Kris  i Paweł. Tadziś  stał na korytarzu z dziadkiem  Tadeuszem i Alkiem i czekał na mamę i tatę,  a  gdy zobaczył Pawła wyrwał  się z ręki dziadka i szybko podbiegł do Pawła  z okrzykiem  "tata jest!" a na Krisa nawet nie  zwrócił uwagi. Sędzia prowadzący powiedział półgłosem - to mówi samo za siebie. A Tadzio już "ukochiwał" Pawła, a Alek  stał nadal grzecznie z dziadkiem czekając na swoich rodziców. Teresa powiedziała do męża - może  szkoda, że na początku tego nie widzieli, rozprawa byłaby zapewne krótsza. Popatrz jaki Alek grzeczny, stoi grzecznie obok dziadka i spokojnie na  nas czeka. Żal mi trochę Krisa, ale  czasem wiadro zimnej wody wylanej na głowę może uzdrowić człowieka. Może  to odejście od  niego Aliny i dziecka  coś zmieni w jego psychice. Kazik popatrzył na  nią i tylko powiedział - jesteś optymistką i to wielką. Ja nie mam złudzeń. To jest niereformowalny facet.

W trzy tygodnie później Tadzisiowi wystawiono nową metrykę i dostał nazwisko Pawła. By uczcić ten fakt Jacek zrobił u siebie w weekend małe "przyjątko".

                                                                         c.d.n.




poniedziałek, 26 czerwca 2023

Lek na wszystko? -148

 W trzy  dni po powrocie  z wakacji Paweł skontaktował  się z prawnikiem w sprawie usynowienia Tadzia, ten  zaś stwierdził że do poprowadzenia tej sprawy poleca  swojego kolegę, który ją na pewno poprowadzi lepiej od niego, bowiem ma częsty kontakt z takimi sprawami, poza tym nie jest bliskim kolegą Krisa. Jak tłumaczył Pawłowi to każdy z prawników w pewnym  sensie specjalizuje  się w pewnym obszarze prawa- ja najchętniej i najlepiej rozwodzę małżeństwa. 

Prawnik, którego państwu polecam  specjalizuje  się  właśnie  w takich sprawach prowadzonych przez sąd rodzinny i na pewno poprowadzi tę sprawę lepiej ode mnie - przekonywał Pawła. Pozwoliłem  sobie dać mu skrócony obraz tej sprawy i on sądzi, że to nie jest sprawa nie do wygrania. To, że jedną ze stron jest któryś z naszych kolegów nie ma  znaczenia. A ma pani nadal ten twardy dowód, że Kris panią zdradził?- zapytał. 

Tak, mam to nadal i jest w bezpiecznym miejscu.  Alina uśmiechnęła się -lekarz psychoterapeuta, który pomagał mi w powrocie do równowagi powiedział, że w razie potrzeby dostanę opinię lekarza o tym czy mój stan  zdrowia pozwala mi na pełnowymiarową opiekę nad dzieckiem - mówię to dlatego, że  znając Krisa  jestem pewna, że w sądzie powie o mojej chorobie dwubiegunowej i że był czas, gdy dziecko było niemowlakiem, a ja nie bardzo sobie dawałam radę z opieką nad  nim i Kris musiał mi pomagać i zaangażować pomoc do prowadzenia  domu.  

Oczywiście wiem, że na pewno nie powie w sądzie, że ja nie miałam pojęcia o tym, że mam chorobę afektywną dwubiegunową i że odstawiłam samowolnie lek, który brałam jeszcze nim osiągnęłam pełnoletność. Bo moja matka ukrywała przede mną fakt, że jestem "dwubiegunówką."  I gdyby nie bratowa Krisa, z którą się znamy od ukończenia  szkoły podstawowej to  bym pewnie jeszcze długo nie nadawała  się do życia. Bo to ona skojarzyła moje zachowanie i to , że zawsze musiałam brać jakiś lek gdy byłyśmy jeszcze  w liceum, postudiowała w encyklopedii zdrowia i wysłała mnie do psychiatry, do Instytutu Psychoneurologii. Muszę tu powiedzieć, że wtedy Kris mi nawet załatwił tę wizytę. Teraz już proces leczenia jest zakończony a ja codziennie biorę lek. I będę go brała do końca życia.

Pan prawnik wpatrywał się w Alinę jakby nagle zorientował się, że przed nim siedzi jakiś zamorski stwór, więc Alina dodała - to nie jest choroba dziedziczna, nie przenosi się na potomstwo, o ile obydwoje rodzice nie mają takiego układu genów. Tu chodzi o układ genów a nie o jakąś ich  wadę. A choroba jest dość trudna do zdiagnozowania, bo każdy z nas ma okresy złego nastroju lub bardzo dobrego i dopiero dłuższa obserwacja pozwala na zdiagnozowanie, bo w tej chorobie występuje cykliczność. Bardzo dużo osób na to choruje i o tym nie  wie. Pogarsza się gdy chory ma jakieś przykre przeżycia lub pogorszenie  stanu zdrowia  fizycznego. Ja w dość niedługim czasie straciłam rodziców - wpierw ojca, potem mamę.

A my, z żoną, mamy nawet  nagranie rozmowy telefonicznej pomiędzy nią a byłym mężem - to taki przykład jak mało jest Kris zainteresowany dzieckiem. No i przez cały  czas nawet  słowem nie  zapytał się o dziecko. To wygląda tak, jakby dziecko nie istniało. A nie było to dziecko z przypadku, tylko jak najbardziej zaplanowane - poinformował Paweł.

A to taki miły chłopaczek i nadal  z niego taka "przylepka"?- zapytał prawnik. Tak, ale zabraliśmy go ze żłobka i  żona przestała pracować i jest  z nim  w domu. Ale mały ma  kontakt z innymi dziećmi i z bratankiem Krisa, razem się bawią teraz  codziennie. Tamten jest piętnaście  miesięcy starszy od naszego synka. To jeszcze  spora różnica wieku, ale to  się  czasem wyrówna.

Prawnik dał Pawłowi "namiary" na swego kolegę, panowie uścisnęli swe prawice, pan prawnik cmoknął Alinę w dłoń i wyszli. Alina spojrzała na adres, pod którym można znaleźć nowego  prawnika i powiedziała - ten to nawet dość blisko nas ma  swoją siedzibę. Tylko ciekawe czy będzie tam gdzie zaparkować. To zaraz sprawdzimy wracając teraz do  domu - powiedział Paweł. Zresztą zaraz do niego zatelefonuję i  dowiem  się kiedy będzie osiągalny. Nie pogniewałbym się, gdy można się spotkać z nim  dziś, bo nie  za bardzo mogę w tym tygodniu wyjść z pracy. Teoretycznie każdy  z nich  przyjmuje nie tylko od 8,00 do 16,00.  Niektórzy to przyjmowali w godzinach 20,00 - 24,00 - powiedziała Alina ze  śmiechem.  

Paweł zatelefonował, przedstawił się z czyjego polecenia  tu trafia i......zamiast do domu pojechali do następnego prawnika. Alina tylko zatelefonowała do Jacka, że teraz  jadą do następnego prawnika, nie mają pojęcia ile  czasu im  to zajmie. Jacek oczywiście zapewnił ją, że nie ma problemu, da Tadziowi kolację, więc niech  się nie  spieszą, wszystko jest pod kontrolą. 

Kolejny prawnik miał na imię Andrzej, z wyglądu był nieco starszy od Krisa. I, jak zauważyła Alina, był bardzo  przystojnym mężczyzną. Ale tym wrażeniem nie podzieliła  się z Pawłem. Prawie godzinę prawnik wypytywał dokładnie Alinę o całą sprawę i notował. Potem zapytał co upewniło Alinę, że została  zdradzona, więc opowiedziała dokładnie o całej sprawie i że  ma wyniki badań sprzed zakażenia i po nim. Opowiedziała również o tym, że wprawdzie Kris przysyła regularnie  alimenty, ale od  chwili rozwodu ani razu nie odwiedził dziecka i nawet się o niego nie pyta. A świat dziecka najwyraźniej nie znosi próżni, bo mały sam, z własnej inicjatywy zaczął Pawła tytułować tatą i to jeszcze przed ich ślubem. I jak pan na to zareagował? Poprosiłem Alinę by została moją żoną - kochałem  się w niej już od  roku, ale należę do tych, którzy  nie podrywają cudzych żon - powiedział Paweł.  A Tadzio jest wspaniałym dzieckiem i jestem  szczęśliwy, że mnie uznał za tatę. I wiem, że będę go tak wychowywał i dbał o niego jakby miał moje geny.  

A Kris nie proponował pani byście  się jednak zeszli? Majaczył nieco,  że mnie kocha, że zdrada to był przypadek   dlatego, że  się upił.  Ale jeszcze nieco wcześniej, nim odkryłam u siebie dolegliwości  spowodowane  zakażeniem czepiał się wszystkiego i widziałam, że jestem mu raczej  zbyteczna. Tłumaczył to faktem, że chce  założyć spółkę i ma  same kłopoty, a na dodatek brat nie  chciał mu pożyczyć na ten cel pieniędzy. Ja przez ostatni rok leczyłam się, miałam psychoterapię, bo  mam chorobę afektywną, dwubiegunową. Ale poza załatwieniem  mi pierwszej wizyty u psychiatry Kris mnie nie  wspierał, nawet nie  zauważył, że proces psychoterapii  dał mi powrót do normalności. Moja bliska przyjaciółka, czyli bratowa  Krisa to zauważyła od razu, że jestem taka jaka byłam kiedyś. Kris tego nie  zauważył. Jestem pewna, że w sądzie pierwsze co powie to właśnie to, że jestem chora psychicznie, co nie jest prawdą. W Instytucie  mnie  zapewniono, że wystawią mi zaświadczenie, że mogę się opiekować dzieckiem.

Ma pani rację, to pewne, że to wyciągnie. Dam pani karteczkę do biegłego, da mu pani  namiary u kogo się pani leczyła. Z tego co wiem, to bardzo wiele osób z tą chorobą jest na świecie i nikt nie nazywa ich chorymi psychicznie. O tej spółce Krisa to słyszałem,  ale Kris to ciężki partner do współpracy, wszystkich uważa za głupców, więc chętnych  to raczej  nie znajdzie. On jest nawet dobrym prawnikiem, jest tak zwanym łebskim  facetem, ale niech zapomni o jakiejkolwiek spółce. Jako wolny strzelec radzi sobie naprawdę dobrze.

A on wie,  że pani wyszła  za mąż?  Nie, przez kilka miesięcy nawet do mnie nie zadzwonił żeby  się dowiedzieć jak się czuje  dziecko, czy  zdrowe, czy może chore. Do mnie  zatelefonował tylko po to i to ze trzy tygodnie temu, że nie może się dostać do mieszkania,  w którym mieszkaliśmy razem przed  rozwodem, bo tam jest remont. Z okazji rozpadu związku przestaliśmy razem mieszkać i zamieniliśmy się mieszkaniami - on wziął moje na  Żoliborzu, a ja zostałam w tym, które było przedtem jego. To jest zamiana przeprowadzona  notarialnie. Tak naprawdę to trochę wymusiłam na nim tę zamianę - powiedziałam i wtedy  dotrzymałam  słowa, że nie dołączę do pozwu świadectwa  lekarskiego. Rozmawiał ze mną chwilę, ale  nawet nie  wspomniał o dziecku. Mamy z mężem nagraną tę rozmowę - może się przyda. 

Rok temu byliśmy w dwie rodziny w Bieszczadach, tam też dał popis, jaki  z niego miły człowiek. Wszyscy byli bardzo zdziwieni jego zachowaniem, aż  się brat go pytał czy  aby  nie zmienia płci bo się zachowuje jakby  miał klimakterium.  Poza tym cały czas wyśmiewał mnie, że ja ciągle  coś mówię do dziecka, bo przecież taki maluch to nic z tego nie  rozumie.

Czy ktoś będzie stawał w sądzie i świadczył w  pani sprawie?  Tak -  to będzie Krisa brat, jego żona, jego teść. Ja mam stale z nimi kontakt, ojciec bratowej Krisa jest zawsze z dziećmi gdy są na spacerach. Mnie, proszę mi wierzyć, nie zależy by zniszczyć Krisa, nie mam zamiaru dokopać mu tylko dlatego, że mnie zdradził. Kris nigdy nie brał małego na kolana, mój mąż jest zawsze dostępny dla małego i Tadzio bardzo jest do niego przywiązany. Po prostu Paweł tłumaczy dziecku świat, a Kris nigdy tego nie robił.

No dobrze - wezmę tę sprawę. Tu jest list do tego biegłego, tu jest jego wizytówka, znajdzie pani tego człowieka właśnie w Instytucie. Poproszę o kontakt z panią, żebym mógł zatelefonować gdy mi będą potrzebne jeszcze jakieś  informacje. I proszę  zacząć od tego biegłego. Alina spojrzała na wizytówkę i powiedziała - ja byłam na wizycie u pana profesora.Wpierw  miałam psychoterapię grupową a potem  mi zlecił indywidualną i to dało naprawdę efekty.  No to się świetnie  składa - nie będzie pewnie pani czekała tygodniami na spotkanie.

Nigdy nie współpracowałem z Krisem, ale on nie jest głupi. Będę się starał iść z nim na ugodę, by wyraził zgodę na pełne przysposobienie małego przez pani męża. Taka sprawa powinna przejść biegiem. On ostatnio prawie nie prowadzi spraw, a jak nie ma spraw to nie  zarabia- grzecznie płaci alimenty a  zasolili mu spore alimenty i pewnie z końcem roku złoży wniosek o zmniejszenie kwoty z uwagi na spadek zarobków. No nic, prześpię się  z tym. Napisałem do pana profesora by opinię dał pani do ręki, więc gdy będzie to proszę ją do  mnie dostarczyć. Ostatnio  zmniejszyło się moje zaufanie do poczty.

Gdy wyszli Paweł objął Alinę mówiąc - no popatrz, udało się nam dziś całkiem  sporo załatwić. Do pana profesora  sama pojedziesz czy podrzucić cię samochodem?  Sama pojadę, to trzy przystanki autobusem. Tylko wpierw  zadzwonię czy przyjmuje  pacjentów w tych samych godzinach. Tadzia zostawię z tatą, bo jeśli będę musiała posterczeć pod  gabinetem to tam nie bardzo byłoby co z małym zrobić. A wiesz, że ja go brałam ze sobą gdy jeździłam na terapię indywidualną i on tam zasypiał? Po prostu ten terapeuta  był uosobieniem  spokoju i mały się tam idealnie wyciszał. Jutro tam podjadę.

                                                                   c.d.n.

niedziela, 25 czerwca 2023

Lek na wszystko? - 147

 Lunch wszyscy ocenili na piątkę  z plusem. Na deser wjechał na  stół tort. Teresa uprzedziła, że : primo- tort nie jest profesjonalnej roboty, bo to ona  sama go wymyśliła, więc może nawet jest zbyt mało słodki, secundo: jej dziełem jest masa, którą jest przekładane ciasto, a ciasto to są krążki biszkoptowe  zakupione w pobliskiej cukierni i nasączone bezalkoholowo, żeby i  dzieci mogły załapać się na tort. Przybraniem tortu były maliny. Masa była orzechowa, osłodzona syropem daktylowym i jak  się śmiała Teresa każdy cukiernik dostałby chyba  zawału  serca słuchając jaki to tort ona  zrobiła. Ale okazało się, że  wszystkim ten tort bardzo smakował. 

Potem zastanawiano się  wspólnie  jak będą spędzać  czas na wyjeździe. Dziadkowie stwierdzili, że będą codziennie chodzić, a właściwie jeździć na grzyby i będą w związku z tym wstawać około 4 rano i jeździć w okolice Łążka, które zdaniem Jacka zawsze obfitowały  w grzyby. Ale dlaczego tak wcześnie  rano? dopytywała  się Teresa. No bo wtedy jeszcze  nie ma w lesie  zbyt wielu grzybiarzy, a las o tej porze jest piękny. No to ja bym chyba  musiała  się czołgać po ziemi i zbierać grzyby techniką macania, bo wątpię bym o tej godzinie chodziła po lesie z otwartymi oczami, ja z reguły przytomnieję  dopiero około  godziny 9 rano. Czwarta rano we wrześniu to jeszcze  ciemna noc, ja będę chodziła na grzyby w dzień.  W dzień to będziemy jeździć na wycieczki i zajmować  się dziećmi - powiedział tata. Tato, ale to nie ma  być obóz koncentracyjny tylko wyjazd, na którym ja  chcę wypocząć a nie się poświęcać by zebrać wór grzybów. Kazik  się śmiał i tłumaczył tacie, że Teresa naprawdę przytomnieje dopiero około dziewiątej  rano  odkąd już nie musi karmić  dziecka o szóstej rano. Zresztą gdy tak o  świcie karmiła to też zaraz po karmieniu  zasypiała i to jeszcze  w fotelu, w którym dziecko karmiła. Najbardziej cieszyło wszystkich, że była w pobliżu domu, w którym  mieli mieszkać,duża, profesjonalna suszarnia grzybów, a we wrześniu to już nie było niemal prawie wczasowiczów,  zapełniały się nimi ośrodki tylko w  weekendy i to głównie z soboty na niedzielę. Planowano wypad do Grudziądza, który pomału, dzięki funduszom Unijnym dojrzewał do większej dbałości o swoje  zabytki. Ale postanowiono by codziennie bywać w lesie, w którym można  było chodzić kilometrami wygodnymi, szerokimi leśnymi drogami i wentylować swe płuca żywicznym powietrzem. Teresa przypomniała o tym, by dzieciom nie wkładać jasnych skarpetek i nie prowadzić do lasu w krótkich spodenkach  i w sandałkach z uwagi na kleszcze i by zakupić koniecznie  autan, bo odstrasza nie tylko kleszcze ale i komary. Pawłowi na osobności szepnęła by na wszelki wypadek wziął opakowanie tabletek Aliny, bo jak zna życie i Alinę, to ona  weźmie tylko tyle na ile  dni wyjeżdża a jeśli jej jakaś spadnie na podłogę to potem będzie tej jednej brakować.

Wybrali najkrótszą trasę, liczącą niecałe  300 km, przez Płońsk, Sierpc, Lipno, omijając Toruń. Za kierownicami mieli siedzieć Kazik i  Paweł i umówili  się na spokojną jazdę, czyli mieli jechać nie przekraczając zbyt  często szybkości  100km na godzinę.  Jak stwierdziła Teresa to tę trasę można  zrobić bez postoju, ale ze  względu na dzieci to pewnie zaliczą z jeden parking. Po dłuższym namyśle postanowili, że wyjadą z Warszawy o 9,30, gdy już będzie  w mieście po porannym szczycie  i zajadą  do Tlenia akurat na  obiad.

Pogoda na wyjazd była dobra, nic nie padało ani nawet nie było porannych mgiełek. Teresa siedziała z przodu obok Kazika, dziadek Tadek  z tyłu z rozpartym w swoim  foteliku Alkiem. Alek cały  czas komentował co widzi, był bardzo podniecony podróżą. Dziadek cały  czas cierpliwie słuchał Alkowych opowieści, czasem mu odpowiadał na pytania  w końcu  Alek ogłosił, że chce mu  się pić, a gdy się już napił to stwierdził, że jest głodny, więc dostał swoje ulubione paluszki z makiem. Dziecię napojone i z lekko napełnionym żołądkiem aż na całe  dwadzieścia minut  zapadło w drzemkę. Za Lipnem postanowili zjechać na jakiś sympatyczny parking, co oczywiście zostało uzgodnione z drugą "ekipą" telefonicznie. Zjechali na pierwszy napotkany leśny parking i bardzo szybko  zrezygnowali z pobytu na nim, ponieważ był niesamowicie brudny, pojemniki na śmiecie były przepełnione a okalający parking mini lasek cuchnął odchodami.  Ze dwadzieścia kilometrów dalej był parking ze stacją benzynową i tu się zatrzymali. Alek był zachwycony bo parkowało tu  sporo dużych ciężarówek, które jego zdaniem były "bardzo śliczne" i "bardzo wielkie". Co do wielkości to się dorośli z Alkiem zgadzali, ale trudno było im  dostrzec ich urodę.

Gdy Kazik i Paweł stali przed jedną z tych wielkich ciężarówek z kabiny wychylił się jej kierowca i powiedział - też mam w domu takie maluchy, ale jedno to dziewuszka. Jak panowie chcą  to mogą dzieci obejrzeć kabinę. Ile latek ma ten starszy?  Ponad  cztery,  a ten mniejszy to jest ponad rok młodszy. Myślałem, że jest starszy, bo jest wysoki.  Alek tymczasem podszedł do ciężarówki i powiedział- tata, zobacz jakie tu są duże śruby. No bo tu są bardzo duże koła więc  muszą być duże i długie śruby, żeby się koło dobrze trzymało. W tej chwili  z za ciężarówki wyszły obie mamy mówiąc, że już mogą jechać dalej. Alek puścił rękę Kazika i podbiegł do Teresy nieomal wołając- mama, tam są takie wielkie śruby, musisz zobaczyć. Teresa wzięła go za rękę i powiedziała - ja wiem, jakie wielkie są śruby w kołach ciężarówek, ale już musimy jechać  dalej,  na obiad.  Kazik i Paweł pożyczyli kierowcy szerokiej i bezpiecznej drogi i razem z żonami i dziećmi poszli do  swego samochodu. Mijając tę  ciężarówkę Kazik zerknął na tablicę rejestracyjną  - rejestracja była niemiecka. Trącił Pawła łokciem i powiedział - jeszcze  trochę a u nas zabraknie całej masy pracowników w wielu branżach.

Na miejsce zajechali w  sam raz  na obiad. W  Recepcji odebrali klucze od swego domku. Był to duży drewniany dom, na parterze były dwie sypialnie i duży living room z dobrym aneksem kuchennym i dość duża łazienka z wanną, prysznic był nad wanną obudowaną przesuwanymi płytami z tworzywa, by w przypadku korzystania z prysznica  woda nie  zalewała łazienki. WC było oddzielne. Na piętrze była trzecia sypialnia, z której było wyjście na taras oraz  nieduża łazienka  z kabiną prysznicową  i WC.  W sypialniach były  podwójne łóżka i bez trudu można było z jednej ich strony wstawić turystyczne dziecięce łóżeczko. Teresa i Kazik powiedzieli, że im jest absolutnie obojętne która  sypialnia im przypadnie  w udziale, bo na wyjeździe to Alek  najchętniej śpi z nimi, bo wtedy może na ramieniu mamy ułożyć łepetynę a tatę obdarzyć  swoimi odnóżami, czasem odwrotnie, a on bardzo spokojnie śpi w nocy. Co prawda rano jest bardzo zdziwiony, że śpi w turystycznym łóżeczku. On po całym dniu spędzonym na  dworze i przetuptanym o własnych  siłach bardzo mocno śpi i przenosiny go nie  budzą a tu na pewno będzie sporo wędrował w  ciągu dnia.

Dziadkowie wybrali pokój na pięterku z uwagi na ten taras, bo planowali na nim każdego rana ćwiczyć, czym nieco rozśmieszyli Teresę, poza  tym byli zdania, że lepiej by maluchy nie kursowały po schodach. Aneks kuchenny na dole był bardzo dobrze wyposażony, była porządna duża lodówka z  zamrażarką, stały w nim też   dwa czteroosobowe stoliki z odpowiednią ilością krzeseł a w części wypoczynkowej była czteroosobowa sofa i dwa duże fotele oraz dwa okolicznościowe stoliki.  Był też odbiornik TV i radio.  W kuchennej części szklanek, kubków, talerzy, sztućców nie brakowało, były też dwie patelnie. Kuchenka była elektryczna, ale nie indukcyjna. Podłogi były wyłożone  gresem imitującym parkiet, dzięki  czemu były łatwe do utrzymania  w czystości. Na wyposażeniu był też odkurzacz i dwa mopy.

Po małym zagospodarowaniu  się poszli na obiad  do pobliskiej restauracji. Okazało  się, że Tadziś jest pierwszy raz  w prawdziwej  restauracji, ale siedział bardzo grzecznie na kolanach  Pawła rozglądając się dookoła. Dla dwójki dzieci zamówili jedną dziecinną porcję, bo ich wielkość niewiele odbiegała od porcji pełnowymiarowych. Pan  kelner poinformował tatusiów, że może przynieść dwa wysokie  dziecinne krzesełka i na pewno będzie tatusiom wygodniej.

Obiad wszystkim, łącznie  z  dziećmi, smakował. Po obiedzie Kazik i Paweł  chwilę z panem kelnerem porozmawiali, popytali gdzie stosunkowo blisko są grzyby, zapytali  się czy jest szansa by zawsze siadali przy tym samym  stoliku, bo maluchy mają to do  siebie, że najlepiej funkcjonują gdy urzędują  stale  w tym samym miejscu przy posiłku i za naprawdę niewygórowaną kwotę osiągnęli stałą rezerwację  stolika i dziecięcych krzesełek. Kazik i Paweł namówili swe żony, by zamiast kolację pichcić w domu przychodzić do tej restauracji a tylko śniadanie  robić rano w domu. Nie da  się ukryć, że w porównaniu z cenami w stolicy to tu ceny były nieomal o połowę niższe. Pan "Juleczek" (do końca pobytu nie  zdołali rozgryźć czy  "Juleczek" to imię, nazwisko czy ksywka) szalenie o nich dbał, a obaj chłopcy, o których pan Juleczek mówił  "mali mężczyźni" zachowywali  się bardzo kulturalnie i wszystko im  tu smakowało. Po trzech obiadach i kolacjach obie rodziny zdały  się w kwestii tego co wybrać do jedzenia całkowicie na pana Juleczka. Teresa konsumując kopytka, które nie  za często robiła  w domu zapytała  się Kazika, czy  aby  nie mogli by  tu osiąść na stałe, bo to fajnie jest gdy  się nie robi  zakupów, nie stoi przy garach a zawsze coś dobrego  się  zje. Apetyt im wszystkim dopisywał bo tak jak postanowili codziennie gdzieś wędrowali  lasami. Pan Juleczek "skombinował" dwie łódki, sześć kamizelek kapokowych dla dorosłych i dwie dla chłopców i jeśli tylko było pełne  słońce pływali Wdą, podziwiając jej  czyściutką  wodę. Pawłowi i Kazikowi  całkiem dobrze szło wiosłowanie a dzieciaki  siedziały w  swych łódkach jak  zaczarowane i niemal wszystko dookoła było zdaniem Alka śliczne i łaciate krowy i kury i pole już dojrzałej kukurydzy i pies ujadający na brzegu. A gdy chodzili leśnymi ścieżkami to też były same śliczne pająki i czerwone borówki i  szyszki modrzewiowe i żołędzie leżące pod  dębami. Dżdżownice też były śliczne i małe zielone  żabki także. W trakcie  tych spacerów Teresa i Alina schodziły  wciąż z drogi i z każdego spaceru przynosiły trochę grzybów, potem w domu je czyściły i suszyły przy piecach akumulacyjnych, w które były wyposażone domki. W całym domku unosił się zapach grzybów. 

Na prawdziwym grzybobraniu  Teresa była trzy razy, za każdym razem przywozili razem z Kazikiem  dwa wiadra prawdziwków i podgrzybków, które Teresa czyściła na miejscu, nim włożyła do wiadra, Dziadkowie raz byli razem z nimi a Alek został z Pawłem, Aliną i Tadzisiem, a  dziadkowie byli  dwa razy sami, ale nie o 4 rano, tylko około 6,30 i też przywieźli dużo grzybów, które  suszyli w suszarni. Z wycieczek krajoznawczych wypalił tylko Grudziądz a i to głównie dlatego, że chcieli dokupić jakieś wędliny na  śniadania, zwłaszcza, że Teresa i Alina jadły same  wędliny, bez pieczywa, więc zapas wędlin z Warszawy szybko zniknął. Wędliny, które kupili w Grudziądzu zniknęły szalenie  szybko bo były bardzo  smaczne i postanowiono, że w dniu wyjazdu do  domu "wstąpią" do Grudziądza i wypełnią  swe termo torby  wędlinami. Dwa  razy zrobili w miejscu do tego wyznaczonym ognisko, na które zaprosili też  pana Juleczka i piekli  na długich szpikulcach  bardzo zgrabne kawałki schabu przekładane plasterkami wędzonego  boczku a do tego był grzaniec z białego, lekkiego wina. Maluchy już dawno spały w  swych łóżeczkach, a oni siedzieli i się objadali. 

Było bardzo miło, ogień trzaskał, nad głową mieli rozgwieżdżone  niebo, dookoła było cicho. I wtedy przemaszerowało za płotem niewielkie stadko  dzików, chyba same lochy z młodymi. Teraz państwo wiecie dlaczego trzeba zawsze zamykać bramę - powiedział pan Juleczek- gdyby nie była zamknięta to byśmy nawiewali przed tą hołotą. Bo lochy z małymi są bardzo niebezpieczne. Teraz to jest tu przyjemnie wieczorami, jest spokój i  cisza, ale w sezonie  różnie  bywa, bo ludzie  za dużo piją i to nie takiego leciutkiego grzańca do porządnego jedzenia.

A jak tu jest zimą? Tu nad  wodą to pusto, jak zima śnieżna to samochodem się nie dojedzie. Raz tylko tu byłem, ja tu tylko latem pracuję. A stale to mieszkam w Bydgoszczy.

Dwa  tygodnie to tylko 14 dni i...koniec pobytu. Przez całe dwa tygodnie była dobra pogoda, oczywiście już było czuć jesień, poranki i wieczory były chłodne, no ale to było do przewidzenia i  wszyscy  mieli ciepłe kurtki. Tak jak planowali wstąpili do Grudziądza, zapełnili swe termo torby smaczną wędliną i ruszyli do Warszawy. Droga powrotna minęła dość  szybko i  spokojnie, od Torunia  wracali tą samą drogą którą tu dotarli. W okolicy Płońska zakupili od przydrożnych sprzedawców maliny i pomidory. Do Warszawy udało im  się wrócić  w ciągu 3 godzin i 20 minut.

Obiad był u Kazików. Przy obiedzie umówili  się, że następnej jesieni też pojadą w Bory Tucholskie, w to samo  miejsce i na pewno też będzie to miły pobyt bo już  dzieci będą starsze o rok. Ale pojadą zaraz po pierwszym  września.

                                                                      c.d.n.


sobota, 24 czerwca 2023

Lek na wszystko? - 146

 Gdy Kris opuścił mieszkanie swego brata Teresa zatelefonowała do Aliny i  zdała jej sprawozdanie z tej wizyty, opowiedziała nawet o tym mało udanym paśmie  siwizny na jego włosach. Pewnie jakąś pomoc fryzjerską poderwał - stwierdziła Alina i sobie panienka poeksperymentowała na jego włosach. A o Tadzia lub o  mnie pytał? 

Pytał o ciebie ,  ale tylko w kontekście remontu  mieszkania, więc mu powiedziałam nieomal prawdę z happy endem, że mieszkasz u przyjaciół, że nie siedzisz sama w domu i że za jakiś czas na pewno kogoś poznasz i wyjdziesz za mąż i skierowałam jego uwagę na Sulejówek. W gruncie  rzeczy powiedziałam nieomal  samiutką prawdę, no bo faktycznie  mieszkasz u przyjaciół i nie siedzisz sama w domu. No i powiedziałam, że przestałaś pracować bo Tadziś poznał w żłobku nieprzystojne słownictwo i rzuciłaś pracę, przeprowadziłaś  się do znajomych i posiedzisz z dzieckiem aż do chwili jego pójścia  do  szkoły. I kazałam mu zlikwidować to paskudztwo co ma na  włosach, bo straci klientów i że jak się jest adwokatem a nie dostawcą pizzy to trzeba jednak inaczej wyglądać. Wziął to pudło i nawet kawy u mnie  nie dostał. Gdy u nas  był to Alek był zamknięty w taty pokoju i razem z tatą oglądał film o jakimś nowozelandzkim  ZOO. I Kris mówił, że był z jakąś swoją dziewczyną w Nicei  i zastanawia się nad osiedleniem się i pracą we Francji.  I tak sobie pomyślałam, że jeżeli rzeczywiście ma takie plany to nie będzie szedł z tobą  "na udry" i raczej będzie mu pasowało by ktoś inny finansował życie Tadzia. No ale wiesz- nie wiadomo ile w tym co mówił jest prawdy- może podobnie jak ty rozsnuwa dookoła  zasłonę dymną. Ale nie  zapytał się o Tadzia. No i dobrze, ja  sobie  tylko zapiszę, że był dziś u nas i że się nawet o dziecko nie zapytał. To może być przydatna notatka. Już mam wprawę w stawaniu w sądzie jako świadek na sprawie rozwodowej

Paweł nieomal nie mógł  się już doczekać ślubu co bardzo bawiło Teresę, bo jakby  nie było to narzeczeni już mieszkali razem i "konsumowali związek". Z oferty w Borach Tucholskich wybrali domek trzypokojowy z dobrze urządzonym  aneksem kuchennym, bowiem najbardziej im pasowało by śniadania i kolacje jeść w domu a obiady  jeść gdzieś w pobliżu. Planowali jechać w  dwa samochody. Jak się śmiała Teresa  w każdym samochodzie tata i trójka dzieci w  wieku różnym.

Z tydzień przed datą ślubu Teresa i  Kazik mieli poważną rozmowę z Alkiem bo mały bystrzak zapytał się, dlaczego wujek Kris wcale do nich nie przychodzi. A ty się stęskniłeś za wujkiem Krisem?- zapytał się synka  Kazik. Nie, ale bo powiedział, że jestem głupol. A kiedy ci tak powiedział?  Gdy jechaliśmy kolejką i ja machałem ręką do traktora. Teresa na  wszelki wypadek nieomal weszła do lodówki, by ukryć śmiech. Wujek nie powiedział, że ty jesteś głupol, tylko że głupie jest machanie ręką do traktora , bo nie wiadomo czy osoba  jadąca traktorem widzi jak jakieś dziecko siedząc w  wagoniku kolejki macha  rączką. Zwłaszcza, że okno było zamknięte a traktor był dość daleko - wyjaśniał dziecku Kazik.  A wujek Kris teraz  rzadko do nas przychodzi, bo już nie jest mężem cioci Ali. Dlaczego? - Alek nie odpuszczał. Po prostu wujek Kris i ciocia Ala już nie są małżeństwem. Przestali się kochać. Wujek nie lubi małych dzieci i przestał być mężem cioci Ali.  A ty i mama się kochacie? Oczywiście, powiedział Kazik. Bardzo się z mamą kochamy i nigdy się nie rozstaniemy. A Tadziś mówi "tata" na wujka Pawła- doniósł Alek.   Tak - bo wujek Paweł bardzo pokochał ciocię Alinę i Tadzisia i wujek Paweł opiekuje się Tadzisiem i ciocią Aliną. I wujek Paweł i ciocia Alinka wezmą ślub i będą mieszkać razem z  Tadzisiem  w mieszkaniu wujka Pawła. Tak blisko dziadka Jacka? Tak kochanie, będą mieszkać bardzo bliziutko dziadka Jacka,w sąsiedniej klatce schodowej.

A co to jest ślub, skąd go wezmą? Kazik przełknął głośno ślinę i rzucił Teresie wymowne spojrzenie, więc Teresa  wspomogła go mówiąc-  ślub, to jest taka uroczystość, w czasie której mężczyzna i kobieta głośno, przy urzędniku i zgromadzonych w Urzędzie osobach mówią o tym, że się kochają, że chcą być razem, że będą razem na dobre i złe, że razem będą się opiekować dziećmi, które albo już ma ta kobieta lub mężczyzna lub dziećmi , które dopiero pojawią się w ich życiu.  A wujek Paweł to już kocha Tadzisia, zawsze go ściska i całuje - zapodał Alek. Oczywiście - wujek Paweł kocha i ciocię Alę i Tadzisia i bardzo niedługo będzie ślub cioci Ali i wujka Pawła. A po ślubie będzie u nas w mieszkaniu uroczysty obiad, a w dwa dni później pojedziemy wszyscy, cała nasza rodzina  nad jezioro i będziemy wszyscy tam mieszkać w jednym domku. I co będziemy tam robić?  Będziemy chodzić do lasu na grzyby, będziemy jeździć na wycieczki. A jeśli nie będzie  zimno to będziemy pływać łódką  lub kajakiem po jeziorze.

Wieczorem Kazik zatelefonował do Pawła i powiedział mu, że teraz to już nie ma  szans na odwołanie ślubu, bo Alek już jest poinformowany o  tym, że się Paweł z Aliną kochają i że biorą  ślub. No to chyba my też powinniśmy jakoś Tadziowi wyłożyć sprawę ślubu zauważył Paweł. Jasne,  możesz mu powiedzieć to, co powiedziała Alkowi Teresa- jak chcesz to z nią się skonsultuj i w chwilę potem Paweł przeszedł niewielki kurs  w tej materii. 

I nie przejmuj  się tym, że on na razie  niewiele pojmie z tego co mu powiesz. Podkreślaj  głównie kwestię uczuć swoich do niego i Aliny, opowiedz, że on przy tym też będzie  i my i obaj  dziadkowie- tłumaczyła mu Teresa. Opowiedz, że po ślubie będzie uroczysty obiad, że pojedziemy potem  wszyscy razem  na wypoczynek, że będziemy chodzić do lasu na grzyby, pokaż mu  grzyby na obrazku albo w książce albo na  kompie. A w ogóle nie przejmuj się, że on nie wszystko od razu załapie. Im więcej będziesz  z nim rozmawiał tym bardziej wzrosną twoje  akcje u niego a on się będzie lepiej rozwijał. Alina i Kris za mało z nim rozmawiali, trzeba to nadrobić. Opowiadaj mu wszystko to co przy nim robisz, weź go do łazienki gdy się będziesz golił, kąp się  razem z nim pod prysznicem, opowiadaj  mu każdą czynność przy nim wykonywaną, to mu poszerzy horyzont. Dla maluszków  wszystko jest ciekawe. Nawet czyszczenie butów.  Dziecko wtedy uczy  się życia gdy mu opowiadasz co robisz i po co. Tak  samo przy  szykowaniu posiłków. A Kris, kretyn, wyśmiewał  Alinę, że do dziecka zagadywała. Tadziowi ten żłobek  trochę  dzióbek otworzył, może nie koniecznie  w najlepszą stronę, ale jednak.  My gadaliśmy do Alka już od  drugiego dnia jego życia. Bądź po prostu  super tatą. To  wszystko nie jest rozpieszczaniem  dziecka ale jest traktowaniem go  jako pełnoprawnego, rozumnego członka  rodziny. To wszystko  zaprocentuje gdy on będzie  w wieku szkolnym, bo wcześnie się przekona, że można tobie ufać, że zawsze mu będziesz służyć pomocą. Możesz o tym pogadać i ze  swoim tatą i  z moim. Obaj są dobrzy  w te klocki. Zobaczysz jaki twój będzie  szczęśliwy, że z nim o  tym rozmawiasz. Bo masz Paweł bardzo fajnego i mądrego ojca. Oboje z Kazikiem bardzo go cenimy i lubimy. A on to dałby się dla was posiekać na kawałki - powiedział Paweł. Jeszcze was na oczy  nie widziałem a już wydawało mi  się, że was znam od  zawsze, bo tyle o was opowiadał.

Pogoda w dniu ślubu Aliny i Pawła stanęła na wysokości  zadania. Dzień był słoneczny "z kulturalną" temperaturą , niektóre  drzewa już miały sporo złotawych liści, pomału robiło się kolorowo. Ślub był wyznaczony na godzinę 13,00, w USC mieli być o 12,30, więc w  samo południe Alina ze  swoimi zjechali do Kazików. Alina koniecznie chciała by ją Teresa obejrzała krytycznym okiem i  trochę pomogła ujarzmić włosy, których Alina  miała wyraźnie nadmiar. Swoje dokumenty Alina dała Pawłowi, bo  nie chciała brać torebki. Teresa poza ujarzmieniem  włosów przypięła do klapy żakietu Aliny 1 kwiat ciemno czerwonej lilii tygrysiej, uprzednio zabezpieczywszy jej spód, by nie ubrudzić żakietu. Wszyscy czterej panowie  aż jęknęli z  zachwytu, bo lilia wyglądała  wręcz zjawiskowo. Obydwa maluchy też  się świetnie prezentowały, obaj mieli spodenki zaprasowane w kant, białe cienkie golfiki i kamizelki w kolorze  swych spodenek. Oczywiście dziadkowie mieli dla  nich również sweterki. Paweł miał nowiutki garnitur w kolorze morskiej wody, co świetnie współgrało z jasno piaskowym kostiumem Aliny, a Teresa powiedziała- razem tworzycie komplet - morze i plaża w słoneczny dzień. A potem szepnęła  Alinie do ucha - wyglądasz super, Paweł się w tobie drugi raz  zakocha.  A obrączki wzięliście  z domu? - spytała Teresa.   Paweł pomacał się po kieszeni marynarki i wyjął z niej dwie obrączki.  Teresa wyciągnęła po nie rękę i powiedziała podając Pawłowi małe płaskie pudełko tekturowe - w środku macie  "schowanko" na te obrączki- to kawalątek prezentu.  "Schowanko"  było srebrnym, pudełeczkiem w kształcie  muszelki niedużego  perłopława, wewnątrz  wyklejone mięciutkim tworzywem.  Ojej, jakie ładne! zachwyciła  się Alina. No to jedziemy, kochani, już czas najwyższy- pogoniła  wszystkich Teresa.

Pod USC oczekiwała ich pani Maria  bardzo elegancko ubrana i uczesana i nawet umalowana. Płeć męska  była totalnie  zaskoczona zmianą wyglądu pani Marii, którą zawsze wszyscy oglądali w  stroju roboczym. Zaraz posypały  się komplementy, a obaj dziadkowie jakoś  się nieco wyprężyli, co bardzo rozbawiło Teresę.  Nie  da się ukryć,  że  te  wszystkie  śluby cywilne trwają krótko, uroczyste nie są i nawet marsz  weselny Mendelssohna  tego nie  zmieni. Obydwaj malcy stali bardzo grzecznie razem z dziadkami, a zaraz po uroczystości Tadziś wylądował na rękach  Pawła.  Pod USC zrobiono nowożeńcom kilka zdjęć i zaraz wszyscy pojechali do domu  Teresy i Kazika.  W samochodzie  Jacka wylądowała pani Maria.

Alek gdy już był w  samochodzie powiedział- ciocia Ala ładnie dziś wygląda. Bo ciocia Ala jest ładna- powiedziała Teresa.  Ale ty jesteś ładniejsza- zapewnił swą mamę Alek. Masz takie włosy jak tata  i ja. Tata z kolei powiedział - ogromnie się cieszę z tego małżeństwa Ali, bo Paweł to bardzo zrównoważony człowiek a przy nim Alina będzie miała  spokój.  Kris był zbyt emocjonalny a do tego szalenie  zajęty sobą. Zdecydowanie nie jest to facet dobry na trudne  sytuacje  życiowe. Mówił mi Jacek, że Paweł rozmawiał przed ślubem z tym lekarzem, który ostatnio opiekował się Alinką i Paweł określił tego lekarza  jako szalenie sympatycznego i przyjaznego swym pacjentom lekarza. No bo naprawdę jest świetny pod  względem  zawodowym- też zrobił na mnie takie  wrażenie, jest oddany swoim  pacjentom. Robi na  mnie  wrażenie człowieka, który  nie ma prywatnego życia, bo pacjenci  są dla  niego ważniejsi. Jeśli jest z jakąś kobieta to musi to być super  wyrozumiała osoba - powiedziała Teresa. Czyli taka jak ty - podsumował Kazik. Przez ponad  2 lata w niczym  ci nie pomagałem, bo pisałem i  miałem głowę nabitą swoim doktoratem, a ty to wszystko przetrzymałaś. Nie sprawiło mi to wszystko żadnych trudności- było mi dobrze, gdy pisałeś  w domu, zawsze mogłam do ciebie przyjść i się na moment przytulić. Teraz to mi tego brakuje.

Wjechali dwiema windami  do mieszkania i w kwadrans  później dojechał catering. Żeby nie przyjeżdżali po raz  drugi po puste pojemniki  dostawcze Teresa wszystko poprzekładała do  swoich naczyń, Kazik uregulował rachunek, panowie pożyczyli im  smacznego i wielce  zadowoleni odjechali. Na  razie jeszcze  nikt  nie  miał ochoty na lunch, więc Kazik zajął się zrobieniem kawy, na którą wszyscy  mieli ochotę, a Teresa  zajęła się  przygotowaniem obiadku dla dzieci, bo Tadziś już był nieco zmęczony. Po swoim obiedzie obaj poszli leżakować i posłuchać bajki dla dzieci , którą miał im poczytać dziadek Tadek. Tadziś dość szybko zasnął, mniej więcej w połowie bajki a Alek oświadczył, że nie chce leżeć, więc tylko Tadziowi podciągnięto  szczebelki łóżeczka w górę i włączono podsłuch  a Alek wrócił do dorosłych, a potem poszedł do swojego pokoju, wziął pudełko z klockami i bawił się w salonie budując domki  z klocków. Następnego dnia wyjeżdżali w Bory Tucholskie, więc panowie wybierali trasę, Teresa z Aliną zastanawiały się co ze sobą wziąć. Po kawie pani Maria stwierdziła, że niestety musi ich już opuścić, bo musi pojechać do swej kuzynki, która zupełnie niespodziewanie znalazła  się w  szpitalu na oddziale kardiologicznym i dziś miała  zapaść decyzja czy i kiedy będzie konieczna interwencja chirurga. Kuzynka była jeszcze  stosunkowo młoda, tuż po czterdziestce, ale dwie sprawy wykończyły jej serce- papierosy i przebyte  zapalenie stawów. Jacek szarmancko stwierdził, że podrzuci  panią Marię do szpitala, bo stąd jest do niego dość kiepski dojazd.

                                                                    c.d.n.