niedziela, 14 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 67

 Następnego dnia rano, tak jak  było  zaplanowane,  Wojtek spotkał się z  Ziukiem, czyli teściem  Ali i razem odwiedzili  dział prawny  Spółdzielni. Cała "impreza" trwała dość  długo,  bo potem  jeszcze zawadzili o prezesa, ale, jak stwierdził Wojtek "było warto", bo  w efekcie końcowym, po napisaniu kilku oświadczeń , złożeniu  podpisów  w wielu  miejscach Wojtek przestał być  członkiem Spółdzielni   a jego prawa i obowiązki przejął teść Ali. 

Wyszli obaj w świetnym humorze - Spółdzielnia  zapewniała, że odbiór może nastąpić już w lutym. Wojtek  namówił Ziuka by jeszcze wziął pisemko uprawniające go do obejrzenia mieszkania, tłumacząc, że skoro jest członkiem spółdzielni i stosunkowo niedługo zostanie lokatorem tegoż mieszkania to warto  tam zajrzeć z żoną, bo kobiety zawsze mają jakieś   całkiem  niezłe pomysły, a poza tym to warto wziąć  ze sobą plan mieszkania i  taśmę mierniczą i wszystko własnoręcznie pomierzyć i wyniki nanieść na plan. Bo czasem i 15  cm  różnicy może sprawę skomplikować. 

Ty masz rację - jednak co inżynierska głowa - to inżynierska- stwierdził Ziuk. Tym sposobem będziemy  się mogli z żoną zorientować co weźmiemy z tego naszego domu a co zupełnie się nie nada pod  względem  wymiarowym. I myślę, że wcale nie musimy wzbogacać twojego znajomego notariusza, bo przecież tu stoi czarno na białym, że ja  przejmuję wszystkie dalsze koszty z dniem dzisiejszym.  A przecież nie musimy  się spowiadać co tych kosztów dotychczasowych.

 Nie kochany - powiedział Wojtek- zamówimy  się do notariusza, bo umówimy się na  następny weekend u mnie i ja  ci przedstawię wszystkie kwity, bo  ty musisz mieć podkładkę, że mi zwróciłeś moje  dotąd poniesione koszty i ja ci takie oświadczenie z wymienionymi kosztami dam, ty mi pieniądze wtedy  wrzucisz na konto, ja wezmę w banku wyciąg z konta na którym będzie wyszczególniona ta suma i skąd ona się  na koncie  wzięła i wszystko wtedy będzie w porządku i nikt nigdy się do nas nie przyczepi - żaden  Urząd Skarbowy. Dziś porobię skany wszystkich wpłat. I to, że mi wpłaciłeś na konto będzie w umowie notarialnej.

Ale wiesz co Wojtusiu- ja się źle czuję  z tym, że mi to mieszkanie odstępujesz nie po cenie rynkowej. Wojtek aż przystanął -  zrozum Ziuk, że ja nie  handluję mieszkaniami- ty mi po prostu zwrócisz koszty, które poniosłem i mnie to urządza.  Nam to mieszkanie nie jest potrzebne, po prostu tak  się złożyło, że gdy tata Marty zapisywał się do Spółdzielni to mi o  tym powiedział, a ja właśnie zacząłem wtedy zarabiać na tym co studiowałem i miałem pieniądze, więc też się  zapisałem. Ale wziąłem mieszkanie własnościowe, więc nieco droższe. Nie przewidziałem tylko, że  będzie  się znacznie dłużej budowało niż to Marty.  Ja to mam  jakieś dziwne szczęście  do mieszkań - gdy zacząłem studia to mieszkałem w  wykupionym przez ojca mieszkaniu, które ojciec wykupił i wpierw było własnością jego siostry, potem było zapisane przez nią na  mnie. A potem to mieszkanie sprzedałem oficjalnie mojemu własnemu ojcu, bo już  nie  mieszkał w Polsce i  nie  mieliśmy  wspólnego gospodarstwa i oczywiście dostałem za nie  pieniądze, które mam na koncie.  I ojciec teraz  tam mieszka.  Dzięki temu miałem na  samochód dla Martuni i zasilenie konta dewizowego. 

I gdy będziemy u notariusza to popytaj faceta czy  nie lepiej zrobić dla Mireczka darowiznę z tej waszej posiadłości niż zostawiać zapis testamentowy. Bo z uwagi na  wiek Mirka wiadomo, że  darowizną będzie zarządzać jego matka lub ojciec aż do czasu jego pełnoletności. Jest to o tyle  dobre, że w razie jakiegoś krachu finansowego Ala i Michał  będą mogli tym obiektem dysponować. Ale to trzeba omówić z  notariuszem - to łebski człowiek i umie  dobrze  doradzić. No albo zostaw to sobie  i tylko daj pod  wynajem komuś, ale to zawsze kłopot, bo ty ponosisz wtedy różne koszty, które  tylko częściowo uda  ci  się przerzucić na  najemcę. A nasze  władze mają co jakiś czas dość dziwaczne pomysły które zawsze uderzają we  właścicieli nieruchomości  a w niewielkim stopniu w najemców. I wiesz  - oboje z Martą uważamy ciebie i twoją żonę  za wspaniałych i rozumnych ludzi, że w pewnym sensie pełnicie rolę rodziców dla Ali i Michała i nie  stawaliście okoniem gdy Michał adoptował Mirka. Cała nasza rodzina jest dla was pełna  szacunku.

Wiesz - jak mówią  każda  akcja wywołuje  reakcję - a Michał to szalenie uczciwy i rzetelny człowiek- powiedział Ziuk.  Potraktował nas  tak jakbyśmy byli nie tylko teściami Ali ale jej rodzicami. Nim Michał ożenił się z Alą  to spędził na  rozmowach z nami wiele  godzin. I zawsze wprowadzał w  czyn to co nam wtedy obiecał. 

W czasie tych tak trudnych dla Ali i dla nas dni, gdy jej i nam nieomal  mieszał  się  rozum z powodu tego  wypadku,  zupełnie  nie stanęli na  wysokości zadania rodzice Ali, a ona ukrywała stale przed nami ich  zachowanie.  Jak potem powiedziała to nie  chciała nam dokładać  bólu, ale podejrzewam, że  zżerał ją  po prostu  wstyd i bardzo  bolało to co wtedy oni wyplatali. Efekt ich zachowania w tamtym okresie  jest taki, że ona od  śmierci naszego syna u nich nie bywa i nawet z matką swoją nie  rozmawia. Nie był idealnym synem  nasz jedynak - był egoistą.  Ale kochał bardzo Alę i Mireczka. Idealnym synem dla nas to jest Michał. Mógł wyjechać razem z Alą i Mireczkiem do swych rodziców, do Stanów, ale nie  wyjechał mówiąc, że skoro my tam nie  chcemy pojechać to oni zostaną tu. I jego  rodzice to rozumieją, utrzymujemy z nimi stały kontakt korespondencyjny. Inteligentni, serdeczni i bardzo taktowni ludzie i dobrze swego syna  wychowali.

Wojtek uśmiechnął się - Marta się ze mnie  śmiała, że ja to jestem zakochany w Michale, ale gdy go poznała to przestała  się  dziwić. I ogromnie  się  cieszy, że się przyjaźnię z Michałem. A my  też się bardzo cieszymy  z tego, że się przyjaźnicie - stwierdził Ziuk. Masz Wojtku świetną, mądrą żonę i bardzo dobrego ojca  i teścia. O tobie, Marcie i jej ojcu to nam Michał nawet  sporo opowiadał i szalenie  chcieliśmy was poznać. Twego ojca już  znamy, mam nadzieję, że za którymś razem przyjedziecie  do nas razem z rodzicami Marty. No i z waszym brytanem. Tylko będę musiał sprawdzić czy  nie ma jakichś mini dziur w ogrodzeniu, żeby wam ten  brytan  nie wyciekł poza ogród.  Ala zachwycała  się też tym  twoim "bratem" Andrzejem i jego żoną.  Zaczynam kombinować co zrobić by mieszkać w Warszawie ale nadal mieć ten dom z ogrodem. By można by było go wykorzystywać jako dom letniskowy. Miałyby latem gdzie  dzieciaki od rana do wieczora być na tak zwanym  świeżym powietrzu. Choć tak naprawdę to  zaczynam podejrzewać, że nie  tylko nad Polską, ale nad całą  Europą to już od  dawna nie ma "świeżego powietrza" tylko stopień skażenia różni  się od miejsca. Trzeba  chyba zrobić jakąś  burzę mózgów. Muszę  chyba namówić Michała, by zjechali w któryś weekend do nas razem z tym lekarzem, jego żoną i ich dziećmi. 

Wojtek uśmiechnął się leciutko - ale chyba nie obrazisz  się, że my wtedy nie przyjedziemy? Bo Marta mi powiedziała, że im  częściej przebywa w towarzystwie  dzieci tym mniej ma  chęci na własne dziecko, bo po prostu nie  czuje się na  siłach na takie "uziemienie". Chce skończyć studia i pracować w wybranym zawodzie a nie zakopywać  się zaraz po dyplomie  w pieluchy.  Co prawda, jak zauważyłem, to ona ma całkiem niezły kontakt  z  dziećmi i chłopcy Andrzeja dopytują  się kiedy ciocia Marta do  nich znów przyjedzie, ale jeszcze  ją do posiadania dzieci nie  ciągnie - powiedział Wojtek. Mam wrażenie, że każdy powinien w pewnym  sensie dorosnąć do posiadania dziecka - ona jak na razie nie  czuje  takiej potrzeby. Zresztą  ja też jeszcze nie dorosłem mentalnie  do dzieci.  Rozmawiałem z lekarzem i on mówi, że jeszcze jesteśmy młodzi i czas nas  nie pogania. Na razie to ja robię doktorat i mnie takie podejście Marty pasuje. Ona w te wakacje pracowała w laboratorium i jest przekonana, że to idealne dla niej miejsce pracy. Pracowała  na pół etatu i szef laboratorium powiedział, że już ją w nim widzi na pełnym etacie i że zawsze, gdy będzie miała jakieś pytania w trakcie studiów to może do nich wdepnąć i o  tym porozmawiać. Bo podobno Marta ma "analityczny umysł", taki w  sam raz do prac "innowacyjnych".  

Ja  tylko stwierdziłem, że cholernie   z niej dociekliwa istota  jest.  Jak  zacznie drążyć jakiś temat to nie odpuści w połowie. Andrzej to nie  może odżałować, że ona nie poszła jednak na studia na Akademii Medycznej. Bo wydedukował, że świetnie by mu  się z nią pracowało w chirurgii plastycznej. Ale  Marta  zaraz  go  ściągnęła  dość  brutalnie  na  ziemię opowieściami rodem z gabinetów kosmetycznych - czyli opowieści o tym na  co stać pacjentów i jak bardzo są nieuświadomieni. Pomimo tego, że przed każdym zabiegiem są uprzedzani co można danym  zabiegiem osiągnąć  a co jest po prostu nierealne. I po jej opowieściach już Andrzejowi wywietrzała  z głowy chęć przekwalifikowania się na chirurga- plastyka.

Kilka dni później Wojtek przesłał Ziukowi  skany opłat poniesionych dotychczas przez Wojtka i podał trzy możliwe terminy spotkania z notariuszem, by Ziuk wybrał ten, który mu  będzie pasował. Michał się śmiał, że jeszcze  trochę,  a Ziuk zacznie żałować, że Ala wyszła  za niego a nie za Wojtka, bo przez dwa wieczory wciąż się zachwycał Wojtkiem. A potem dodał - wiesz Wojtuś- on poniekąd ma rację, bo tak z ręką na  sercu, to ja  w porównaniu z tobą jestem straszliwym bałaganiarzem - to ty zawsze w naszym "gabinecie" utrzymujesz " ład i skład" a ja wiecznie wszystko rozkopuję. Ale już ucywilizowałem  się trochę i nie zarzucam papierami twojego biurka.  Nooo, zauważyłem,że od jakiegoś czasu starcza ci własne biurko - odpowiedział Wojtek.  Mnie nauczył porządku mój teść , który mi powiedział, że mnie podziwia jak ja mogę cokolwiek  znaleźć na  swoim biurku w tych stosach papierów i obdarował mnie przy najbliższej okazji szalenie fajnymi teczkami made in USA. A Marta pomogła w  segregacji papierów. Myślę, że moglibyśmy sobie  zamówić z jedną szafkę oszkloną, taką biblioteczkę zamykaną i w niej trzymać co ważniejsze "papiórki" i będzie  więcej miejsca na i w biurkach. A żeby zmobilizować dział gospodarczy to pogadaj z jego wielkim dyrektorem- ale nie  zamawiaj takiej  szafki, tylko spytaj, czy jak my dwaj sami  taką kupimy do swego gabinetu to czy nam pozwolą ją zabrać gdy któryś z nas będzie odchodził z pracy. Przy okazji będziemy  mieli gdzie schować express do kawy i przestanie  ludzi kłuć w oczy i przestaną do nas przyłazić na kawę. Jak przeniesiemy wszystkie papiórki do szafy to ekspresik sobie  schowamy do szafki biurka i nie będzie  ciągle ludziom w oczy  właził. Będziemy go wyjmowali tylko na  zrobienie kawy.  Bo ostatnio coraz  więcej ludzi do nas wpada na kawę i to przestało być fajne. Ty i ja pijemy góra  dwie kawusie w  ciągu  dnia, a ekspres wciąż jest okupowany i ciągle  ktoś u nas sterczy. Jest przecież expres  w kawiarni a drugi w sekretariacie, który dostały kobitki w prezencie ode  mnie.  Jeszcze  trochę a i panowie  studenci zaczną tu wpadać na kawę. Masz rację! Przytaknął Michał.  Mnie też już zaczęło to denerwować. Zaraz do niego zatelefonuję i  dowiem  się kiedy będzie  miał wolną chwilę.  

W trzy dni później do gabinetu Michała i Wojtka  została wniesiona oszklona biblioteczka. Była co prawda już używana ale pasowała kolorem do reszty mebli i oprócz zwykłego klucza miała jeszcze dodatkowe zamknięcie na kłódeczkę dolnej, zabudowanej części. No super-ucieszył się Wojtek- jutro przyniosę przekładki wyznaczające środek półek, bo podzielimy szafkę od  góry do  dołu, bo każdy z nas ma papiery mniej i  bardziej potrzebne i sobie je tak ułożymy by te stale używane były w części oszklonej, te ważniejsze w części zabudowanej.Wybierz  sobie którą część wolisz- lewą czy prawą. A ja porobię etykietki i nakleimy je na brzegi półek. A segregatory to sobie każemy przynieść do gabinetu - trzeba  się nieco szanować "kolego doktorze"- powiedział   Wojtek.  Teść będzie dumny ze mnie gdy to "obfocę" i mu pokażę. A Marta powie: "kurczę, następny świr w rodzinie". A sama ma  wszystko pod linijkę ułożone, a jak jej to mówię to twierdzi, że lata tresury nawet ją złamały.

                                                                c.d.n.



piątek, 12 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 66

 Gdy obejrzeli "posiadłość" powiedzieli facetowi, który ich "oprowadzał", że muszą się w domu,  w gronie rodzinnym  spokojnie  zastanowić. Na koniec Marta  zapytała  się czy i gdzie tu jest jakiś sklep spożywczy, lekarz itp. Zapytany chwilę  dumał i powiedział - no najbliższe  sklepy to są na Ursynowie, ale nie mam pojęcia gdzie jest jakaś przychodnia lekarska - mam wrażenie, że w Powsinie, tam przy  szosie. Acha, a jak się stąd  dostać na Ursynów? - wyraźnie  Marta drążyła temat, na który  z góry znała odpowiedź.

Pan  się rozpromienił i odpowiedział, że to blisko, a jedzie  się przez pola, przez które prowadzi nawet  dość  szeroka droga a niedługo ta droga, przy której stoi mur ogradzający to malutkie osiedle będzie szła prościutko do Nowoursynowskiej i będzie  miała  asfalt. No ale na pewno jeszcze nie  w tym roku. Też tak myślę - wycedziła przez  zęby Marta.  A Michał dodał - pojutrze do pana zatelefonuję, bo musimy  się z tymi wszystkimi  wiadomościami przespać. To jednak wszystko "stoi w kartoflach" i to w  sumie  dość  daleko od miasta i jakoś  trudno mi sobie  wyobrazić by tu mieszkać  zimą. No ale latem na pewno fajnie, bo to jest skraj Lasu Kabackiego i jest ładnie. A właściwie za jaką cenę ma  zejść ten dom - spytał Wojtek.  Człowiek wymienił cenę i powiedział, że na  wszystkie  wydatki  są rachunki i że właściwie to on  sprzedaje to po koszcie - po prostu ma problem by dostać  kredyt z banku. A kto zaprojektował tak oryginalnie ten budynek? - zapytała Marta. Bo mam podejrzenie, że ciężko go będzie  zimą ogrzać, co jednak jest sprawą istotną. Facet nieco  się zmieszał i powiedział - moja żona zrobiła  szkic a potem nasz znajomy architekt zaprojektował  to na podstawie  tego  szkicu. Marta z kamienną twarzą wydała  z siebie ciche "ychy" i nie  zadawała  więcej pytań, a Wojtek odwrócił się, by ukryć  uśmiech. Wojtkowy tata cicho chrząknął  i zapytał - a gdzie jest miejsce na  samochód? - bo tak naprawdę to chyba każdy  tu  mieszkający musi być  zmotoryzowany. Widzę, że w innym budynku jest garaż,  a tu nie. No bo my to planowaliśmy tylko wiatę, z boku, tam gdzie państwo zaparkowali. Marta ostentacyjnie spojrzała na  zegarek i stwierdziła, że zrobiło się już późno i powinni wracać i podeszła do drzwi wyjściowych. 

Gdy już byli w  samochodzie powiedziała - muszę to powiedzieć, bo inaczej  się uduszę - strata czasu i pieniędzy na taki dom. Ale musi facet bardzo kocha  żonę skoro pozwolił by wybudować tak dziwny dom. A Wojtek dodał - bo może to ona lub jej rodzina dała na to pieniądze. Taki projekt byłby niezły w ciepłym klimacie w którym  zimą nigdy temperatura nie  spada poniżej kilkunastu stopni. A skoro już tu jesteśmy to przejedziemy się na skróty na Ursynów i zobaczycie panowie miejsce, w którym stoi blok z "karcerem". Pojedziemy wolniutko, żeby nam zęby nie wypadły na ewentualnych wybojach a ja i tak mam dziś  w planie wizytę na myjni samochodowej, więc mi kurz nie przeszkadza.  

Droga  pomiędzy dwiema  częściami  kartofliska była nawet  w całkiem dobrym stanie, bez jakichś dziur, a za samochodem  snuł  się obfity welon  piaskowego kurzu. Przy okazji Wojtek pokazał "domki dla krasnoludków", które kiedyś zwiedzali. Gdy dojechali do miejsca, w którym stał budynek, w którym Wojtek miał dostać mieszkanie, Wojtek zaparkował i powiedział, że idzie pertraktować z dozorcą obiektu  by mogli zobaczyć mieszkanie które będzie do odbioru. Po 10 minutach wrócił po Michała i teścia Ali mówiąc, że obejrzą takie  mieszkanie, ale na 3 piętrze. 

Marta ze  swoim teściem została w  samochodzie i razem wciąż jeszcze obgadywali obejrzany w Powsinie dom. Ojciec  stwierdził, że samo to mini osiedle to mu  się podobało, ale tak naprawdę to powinno ono być ogrodzone dookoła murem, bo część, która praktycznie przylega do lasu jest idealnym  miejscem dla  złodziei okradających domy, bo tam nawet nie ma  zwykłego siatkowego płotu a przez istniejące ogrodzenia przejdzie  każdy złodziej bez najmniejszego uszczerbku, bo płot ze zwykłego drutu, między którymi może każdy nie będący kaleką przejść to nie płot a raczej tylko zaproszenie dla złodzieja. No  a fakt, że wszystko trzeba praktycznie  zwozić z Ursynowa jest  mało zabawny. No a ja - powiedziała Marta- to za żadne skarby świata  bym tu nie mieszkała. Musiałabym chyba  do cna zgłupieć by tu  mieszkać. Pierwszy raz taki dziwny dom widziałam. To nawet hacjendy w Meksyku, na dzikich zadupiach, lepiej się prezentują. Mąż jednej z moich koleżanek mieszkał kilka lat w Meksyku i oglądałam film nakręcony przez niego. Śmiać mi  się chciało, bo widziałam, że Michasia to z lekka przytkało na widok takiego marnotrawstwa miejsca i materiału a na wiadomość, że ten stół bilardowy też jest do nabycia to aż biedaczek nieco zbladł. Ciekawa jestem jak się będzie jemu i starszemu panu podobać  to mieszkanie w bloku. 

Takie trzy normalne pokoje z tym "karcerem" to dla dwojga na co  dzień i ewentualnie na weekendowe spotkania w cztery dorosłe osoby i trójkę dzieci to powinno wystarczyć- stwierdził ojciec  Wojtka.  Teść Ali ma dobrze poukładane  głowie. Ale na pewno mu żal będzie by sprzedać ten dom  z ogrodem pod Warszawą. Z drugiej  strony to już  sam zauważył, że z wiekiem to jakoś sił ubywa i ostatnio coraz  częściej musiał wynajmować ludzi do pracy w ogrodzie i do konserwacji domu - powiedział teść.  Bardzo go  to zmartwiło. On ma już nawet kupca na dom i ogród. Facet chce tam zrobić za domem regularną szklarnię. Nie mówił nic na razie Michałowi, bo jak powiedział nie  chce mu dowalać swoich problemów na głowę, bo Michał bardzo się wszystkim przejmuje. 

No właśnie - zauważyłam, że Michał jest bardzo wrażliwym facetem i zapewne  dlatego pomógł tak czynnie Ali gdy się jej popsuł wózek z małym  dzieckiem - stwierdziła Marta. I cieszę się, że się Wojtek  z nim zaprzyjaźnił i że razem w jednej branży pracują. Kiedyś uważałam, że mi  się źle ułożyło w życiu bo praktycznie nie miałam matki, a inne dzieci miały. Ale z czasem, gdy poznawałam coraz  więcej osób i ich historii to stwierdziłam, że miałam szczęście bo tata był i jest nadal  odpowiedzialnym i bardzo dzielnym człowiekiem skoro mnie sam wychował i bez żadnych powikłań przeszłam przez trudny okres  dorastania. I mam szczęście, że moja dziecięca miłość do Wojtka i jego do mnie nie minęła i że jesteśmy razem. Czasem, gdy  czuję się nieco zagubiona bo mnie  coś przerasta, sama  siebie sztorcuję, że w porównaniu do wielu osób znajomych to tak naprawdę  mam wiele szczęścia w życiu bo mam jednak rodziców, Wojtka, ciebie, fajne  mieszkanie i nie mam problemów materialnych. I mamy przyjaciół  takich  jak Andrzej i Michał i ich rodziny. Teść wziął jej rękę i ucałował mówiąc - a ja jestem szczęśliwy, że  się z Wojtkiem kochacie  i jesteś moją córeczką. Kocham was oboje i zawsze będę was chronił i wam pomagał. No popatrz, już wychodzą z budynku, ciekawy jestem jak im się podobało. A cieć im  się nisko kłania, pewno dostał jakąś gratyfikację. Marta uśmiechnęła się  - znając Wojtka to jestem pewna, że tak. Tej ekipie która robiła u nas remont dał premię, chociaż go zapewniali, że mój tata i ty już uregulowaliście wszystkie sprawy finansowe. 

No i jak? - spytała Marta gdy panowie już wsiedli do samochodu. "Machniom" powiedział ze śmiechem Michał. Spodobało się, a na karcer już jest pomysł - to będzie rodzaj magazynu czyli system szaf i półek. I będą do niego harmonijkowe  drzwi. Oczywiście za forsę lokatora, bo firmowo to jest pomieszczenie bez  drzwi. Cieć twierdzi, że na pewno budynek będzie wykończony w terminie, a może nawet przed terminem, bo jak na razie  to nie ma poślizgów. Oni już się nauczyli, by każdy budynek był strzeżony i dzięki temu przestała ginąć w ostatniej chwili już zamontowana armatura. A facet twierdzi, że był moment, że ginęły nawet już zamontowane kaloryfery.  Normalnie  to można obejrzeć mieszkanie gdy się przyniesie poświadczoną kartkę ze spółdzielni, a ja mu pokazałem swój dowód i pismo do mnie  adresowane ze spółdzielni, mówiące o przydziale mieszkania w  tym bloku. Chyba nie  wyglądaliśmy na złodziei armatury. No chyba nie - zgodziła  się z nim Marta.

No to jedziemy do nas na kawę - zarządziła Marta- ale przejedziemy  się nieco Ursynowem, żebyście obaj panowie  zobaczyli, że to już jest bardzo dobre osiedle i jest tu wszystko- to nieomal samodzielne miasteczko pełne i wieżowców i niskich domów, czyli czteropiętrowych.  Wiem- powiedział teść Ali- ja tu często bywam na SGGW. Ale zawsze byłem pod kreską czasową i nie  zwiedzałem tego osiedla. Andrzej i Lena bardzo sobie  chwalą Ursynów- powiedziała Marta. Moi lokatorzy również, zwłaszcza od chwili gdy jest porządne kino.

W takim razie ja jutro muszę się wyrwać  z pracy i wpaść do spółdzielni do działu prawnego i dopytać  się dokładnie co i jak musimy przeprowadzić. To może i ja od  razu też wpadnę - może to skróci w jakiś sposób wędrówki po urzędach- zaproponował teść Ali.  Nooo, możemy spróbować - zgodził się Wojtek. Ale musimy być najpóźniej o 9 rano, bo  ja około południa zaczynam wykłady. 

 Stary, "no problem"- albo ja  cię zastąpię, albo ktoś inny - powiedział Michał.  Ale jako kuzyni to musicie być "na  ty", więc zacznijcie  dziś ćwiczyć. Bruderszaft  jako istoty bezalkoholowe  spełnicie u Wojtka kawą albo sokiem z  czarnej porzeczki - to dwa płyny, które, jak zauważyłem u Marty  są  zawsze - kawa z expresu i sok z czarnej porzeczki . Dopiero u was nauczyłem się pić  sok z  czarnej porzeczki- przedtem go nawet  nie znałem  a teraz wpadłem  w nałóg- śmiał się  Michał. Och tato- ty nawet nie masz bladego pojęcia jacy z nich obojga fajni i zupełnie nie  dzisiejsi ludzie!- powiedział Michał. A dobrali  się niczym w korcu maku. 

Marta roześmiała  się- no fakt jesteśmy nieco staromodni. Dotarło to  do mnie  dopiero na uczelni, bo jakoś ni  diabła nie  mogłam  się z którąkolwiek z dziewczyn zaprzyjaźnić. Dopiero teraz, gdy jest zupełnie inny "zestaw" dziewczyn i jestem z nich najmłodsza to  się jakoś lepiej z nimi  dogaduję i żadna się nie  dziwi, że robię drugi stopień studiów.  Przedtem to naprawdę kilka  razy  miałam ochotę rzucić te  studia, no a teraz  się cieszę, że jednak wytrwałam.

A co  cię tam na tych studiach denerwowało? - dopytywał  się Michał. Marta machnęła  ręką - drobiazgi- na przykład opowieści o tym z kim sypiają, ogromne  zdziwienie, że  wyszłam  za mąż a nie jestem w  ciąży, opowieści o tym jak od  męża wyciągnąć pieniądze i jak jednocześnie być z dwoma  facetami na raz i nie  dać  się przyłapać. No i wychodziło na to, że ja jestem niedorobiona i nic  o życiu nie  wiem. Takie bystre  były a do końca nie  załapały, że je dwa razy  dziennie oszukuję mówiąc , że jeżdżę miejską komunikacją a nie  swoim  samochodem. A parkowałam dwie posesje dalej, bo się zapytałam właścicielki czy mogę i chciałam  jej nawet płacić jak za parking, ale ona wolała niewielkie porady kosmetyczne. Kosztowało mnie  to czasami nieco późniejszy powrót do domu, ale miałam wygodę. Teraz jest inny zestaw i są to babki, które już są kosmetyczkami a  mają chęć na własny salon kosmetyczny i  muszą dorobić owe "mgr" do swego wykształcenia. I żadna  się nie  dziwi, że mam ambicje  by pracować z czasem naukowo, w laboratorium. 

W czasie szybko zaaranżowanego lunchu teść Ali powiedział, że ma na imię Józef, a gdy był dzieckiem wołali na niego Ziutek, a potem został w  szkole i na studiach Ziukiem i jest do takiego imienia bardzo przywiązany. A poza tym jest szczęśliwy, gdy Michał mówi do niego tato, bo czuje  się wtedy potrzebny i chociaż pamięta o swoim niesfornym, nieżyjącym   synu, to Michał stał się dla niego i jego żony też prawdziwym synem. I stale jest wdzięczny Michałowi za to, że ten odrzucił zaproszenie swych  rodziców i nie wywiózł Ali i Mireczka do Stanów i pozostał w Polsce.

Zaraz po lunchu Michał z teściem pojechali do domu opowiedzieć o przymiarce do zamieszkania w Powsinie i o mieszkaniu na Ursynowie. W kwadrans później zatelefonowała Pati, że  zaraz przyniesie księżniczkę Misię, bo oni dość niespodziewanie idą dziś do teatru, więc już ją  przyniosą, bo Pati musi jeszcze coś  zrobić z włosami. To fajnie, przyjdźcie, a ja coś mamie zrobię  z włosami, nie ma problemu- powiedziała  Marta. I nawet makijaż mamie  zrobię - zapewniła  Marta. 

No to może ja pójdę  do siebie? -zaproponował teść. No co ty tato? Nie lubisz  Pati?  My tylko na kwadrans  zajmiemy łazienkę a resztę będziemy robić w sypialni albo w gościnnym pokoju. A wy sobie pogadacie o czym będziecie chcieli lub  coś będziecie oglądali w telewizorni.  Naprawdę nie będę wam przeszkadzał?- ucieszył się teść. Tato -  gdybym chciała byśmy same  zostały to poprosiłabym Pati by teraz tata  przyszedł sam a ja poszłabym do nich i potem tu przyszła  z Misią. Nie  doceniasz mnie jak słyszę. Doceniam- tłumaczył  się teść, ale nie chciałem przeszkadzać. No to siedź na tyłku i nie marudź- powiedziała Marta śmiejąc  się i obejmując  go.

                                                                 c.d.n.

 



czwartek, 11 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 65

 Wojtek, tak jak planował, powiedział Michałowi o tym, że teść Ali jest  zainteresowany kupnem mieszkania w Warszawie i  że pytał się czy Wojtek nie byłby skłonny by sprzedać  jemu to mieszkanie, które będzie  za rok do odbioru. 

Michał popatrzył na niego przeciągle i powiedział - ty jesteś niesamowitym facetem - nikt inny poza  tobą nie wpadłby na pomysł by mnie o tym powiedzieć, bo to przecież twoje mieszkanie. Każdy inny zrobiłby taką transakcję bez zająknięcia się, a ty się pytasz  czy mnie taka transakcja odpowiada. Przecież to będzie twoje mieszkanie i na  zdrowy, chłopski rozum to nie moja sprawa. A ty się pytasz- dlaczego? 

Wojtek uśmiechnął się - pytam się, bo teść Ali z jej poprzedniego związku jest dziadkiem twego adoptowanego dziecka, ale nie jest twoją rodziną  w powszechnym rozumieniu tego terminu. A że mam cię za swego serdecznego kolegę  nie  chcę zrobić ci  czegoś, co byłoby ci nie na rękę. Bo ja  wcale nie muszę sprzedawać tego mieszkania, które jeszcze jest w budowie, ale mogę je  sprzedać dziadkowi Mirka jeśli tobie  takie rozwiązanie pasuje. Poza tym chcę je  sprzedać tylko po tych kosztach, które dotąd poniosłem - po prostu dziadek zwróciłby mi tylko i  wyłącznie te koszty, które dotąd poniosłem- na  wszystko mam kwity. Ja nie  chcę  czekać aż do chwili odbioru mieszkania i sprzedawania go dopiero wtedy.  Uważam, że tak będzie uczciwie i praktycznie, bo przed wykończeniem zawsze można (gdy już wiadomo które to będzie  mieszkanie) wprowadzić drobne zmiany- jest to możliwe i wiele osób tak robi. Możemy z dziadkiem Mirka pojechać w tygodniu do spółdzielni i na plac budowy by w naturze obejrzał miejsce i to mieszkanie - plan nie oddaje wszystkiego- zawsze  w naturze  wygląda to inaczej- czasem lepiej  a czasem gorzej niż na  kalce technicznej. I prościej jest teraz wpisać go na członka  spółdzielni niż czekać bym ja je  odebrał i wtedy sprzedawał. No i na pewno będzie taniej niż wtedy gdy mieszkanie jest już oddane  właścicielowi. Bo teraz  to ono kosztuje  tylko tyle, ile ja w nie  włożyłem, bo tyle sobie  spółdzielnia  życzyła. A gdy już jest oddane do użytku przy sprzedaży obowiązuje  cena  rynkowa, która jednak w pewien sposób obowiązuje, jeśli się nie  chce  mieć  do czynienia z prawnikami i Urzędem Skarbowym.  Poza  tym, jak znam życie,  to zawsze przy końcu budowy koszty rosną - nie wiem co prawda  czemu, ale tak to wygląda. My już mamy mieszkanie na Ursynowie - to mieszkanie Marty i ona je po prostu wynajmuje. To miejsce gdzie mieszkamy nam bardziej pasuje  niż Ursynów bo do jej rodziców mamy tylko 230 metrów a do mojego ojca 500 metrów gdy się przeleci podwórkami a kilometr gdy się idzie jak  należy ulicą. Oczywiście  calutką  transakcję przeprowadzimy jak najbardziej legalnie, za zgodą Spółdzielni. Nie chodzę na  jakieś lewizny. 

To mieszkanie  miał dostać Andrzej, ale Marta wpadła na pomysł, żeby dostał to, które ja  miałem już odebrać. Mieszkali w paskudnym  miejscu na Woli w M3 z ciemną kuchnią. Dział prawny chciał bym jednak je  odebrał i dopiero potem się zamieniał. Teraz  jest inaczej, bo blok jeszcze ma  daleko do odbioru, więc dziadek po prostu wskoczy do Spółdzielni  na moje miejsce (zrobię  z niego swego krewnego) i dalsza "spółdzielcza  papierologia" będzie już dotyczyła jego, nie mnie. No i zawsze niestety jest możliwy "poślizg", no ale  raczej niewielki, bo chałupa  już stoi. No i mamy zaprzyjaźnioną ekipę remontowo - przeprowadzkową. Rewelacyjni ludzie. Nam zrobili super  remont  mieszkania w tydzień a Andrzeja przeprowadzili- śmieliśmy się  z tatą, że nieomal ich na rękach  zanieśli. Mistrzowie pakowania.

A ponadto przyjmij  do wiadomości, że uważam ciebie za przyjaciela, a my z Andrzejem uważamy  się za braci, a przyjaciele i rodzina są zawsze traktowani inaczej niż reszta. Teraz już chyba wiesz, dlaczego się ciebie pytam, czy pasuje  ci by dziadek Mirka mieszkał bliżej was i by mogli pomagać Ali w opiece nad waszymi dzieciakami. 

No wiem, ale mnie całkiem zaskoczyłeś - ty, Marta, wasi ojcowie, pani Patrycja - jesteście  zupełnie nietypowi- jakby wyjęci z innych czasów. Po prostu takich  ludzi bardzo rzadko się  teraz spotyka. Rozmawiałem z Alunią, że jesteście  wszyscy jak z innej bajki i że szczęśliwie się stało, że los nas zetknął z wami oraz z Andrzejem i Leną. Już gdy byłem twoim promotorem to widziałem, że jesteś inny. Pomijam w tej  chwili twoją wiedzę - mam na myśli tylko twoje rodzinne sprawy. Naprawdę nie  często na obronę przyjeżdża teść i żona a na dodatek nie  mają żadnych wydumanych żądań tylko się troszczą jak pomóc nie tyle zdającemu co osobom przy  tym zajętym. Widziałem projekt który  zrobiłeś dla  L. - był świetny! A ty go zrobiłeś jeszcze nim obroniłeś pracę! Powiedziałem o nim  szefowi i dlatego cię stary lis zwerbował. I wiedz, że chociaż jesteś ode mnie  sporo młodszy to ja cię podziwiam.  Martę też- ona to mnie  zadziwia! Wojtek roześmiał się - no to jest nas  dwóch, tyle  tylko, że ja w takim  zadziwieniu tkwię od szkoły podstawowej. A jej ojca to wolałem po stokroć bardziej niż  własnego.  Ale to właściwie  Marta "odkryła", że mój ojciec  jest całkiem fajny. A nasi ojcowie to kiedyś razem pracowali. A mój teść zna Pati od  wielu, wielu lat, ale pobrali się dopiero wtedy gdy już Marta i ja byliśmy po ślubie. I Marta mówi do niej najczęściej per "mama". Jak widzisz i słyszysz zabawna jest ta  nasza  rodzina i  zapewne  nieco dziwna, bo mamy zwyczaj  rozmawiania o  wszystkim. Tata Marty zawsze traktował mnie poważnie, nawet gdy byłem małolatem, nie wyśmiał mnie gdy mu powiedziałem wtedy, że kocham Martę i że się na pewno z nią ożenię gdy dorosnę i skończę studia.  No i tak zrobiłem.  

Przepraszam, że pytam a jaka jest rodzona matka Marty? Nie wiem- odpowiedział Wojtek - Marty rodzice rozeszli się gdy ona  miała 12 lat i ona na  sprawie rozwodowej wybrała mieszkanie z ojcem- zresztą wtedy powiedziała w sądzie, że matka się nią nie  zajmowała. Ja często odprowadzałem Martę do  domu ale  ani razu  nie widziałem  jej matki, bo nigdy jej nie  było w domu a nie pracowała  zawodowo. A zawsze odprowadzałem Martę  aż do mieszkania, bo ona  miała  jakiś kiepski klucz i trzeba  było dość mocno go przekręcać  w  zamku. A potem gdy wymienił tata  zamek to i tak wchodziłem  z nią do budynku i  czekałem aż wejdzie  do mieszkania. I zawsze nikogo nie  było w mieszkaniu.  I sąd wziął pod uwagę jej wypowiedź. A jej matka wyprowadziła  się i od tej pory ani  razu już  się nie  widziały. Marta to "córeczka tatusia" - on ją przygotował do dorosłego życia i jak  sam widzisz  zrobił to świetnie. Dostaliśmy sporo lektury do czytania i zapewnienie, że tata odpowie na każde nasze pytanie- możemy pytać  razem albo oddzielnie- zawsze nam odpowie. I tak było. Ja to moim rodzicom często kłamałem, ale nigdy jej ojcu- wiedziałem, że mogę mu powiedzieć wszystko i w razie potrzeby na pewno mi pomoże wyjść z jakiegoś kłopotu bez szwanku.

A z Andrzejem chodziliście do jednej szkoły? -spytał Michał. Nie, on jest bliżej twojego rocznika  niż mojego. Po ćwiczeniach w  siłowni i pociągnięciu za ciężkiej  sztangi "coś" mi wyskoczyło w pachwinie i Marta popatrzyła, pomacała i zawiozła  mnie do szpitala na dyżur i miała  rację, że to przepuklina . Tego wieczoru dyżur  miał Andrzej i mnie  zoperował i jeszcze  Martę pochwalił. A po  operacji przegadaliśmy z nim kawałek nocy i doszliśmy do wniosku, że  ani chybi jesteśmy z jednej prywatki albo wręcz braćmi. A on potem wszystkim w klinice powiedział, że ja jestem jego bratem a Marta bratową i tak zostało do  dziś. A potem Andrzej wysłał mojego ojca na konsultację do swego kolegi, a ten mu  zoperował stercz i Andrzej na stałe  już wszedł do rodziny. 

Dzieciaki Andrzeja  mówią do mego ojca "dziadku" i ojciec  jest szczęśliwy. A moja matka znarowiła  się i wydało się, że od długiego dość  czasu ojca  zdradzała i się  rozeszli. Całe miasto o tym wiedziało ale nie ojciec. Ojciec wrócił do Polski, a ona siedzi nadal w Austrii  i kolekcjonuje młodszych od  siebie  facetów. A ojciec  cały w skowronkach bo Martusia go wysłała do kardiologa po jednej  z wizyt mojej matki u nas i wydało się, że ojciec  miał kiedyś  zawał o czym nie  wiedział, ale na angiografii wyszło. Śledztwo wykazało że zawał był uznany za  zapalenie oskrzeli. I Marta  zarządziła, żeby matka  nie przychodziła do nas bez  zapowiedzenia, bo ojciec  się  denerwuje i mu ciśnienie  skacze. 

No i teraz co Martusia powie to jest święte. Jestem przekonany, że gdyby mu kazała z Pałacu  Kultury skoczyć to też by to zrobił - on ją ubóstwia.  Gotuje dla nas obiadki a u siebie  to tylko śpi i je śniadania. U nas je obiady i kolacje. A Marta mu powiedziała, że ilekroć będzie się  nieco gorzej czuł albo był w gorszej  formie psychicznej to ma u nas nocować. Naprawdę jesteśmy zwariowaną rodziną. 

A teraz gdy Marta miała te  atrakcje ze  swoją ręką Andrzej ją  ratował. A poza tym Andrzej ma  zawsze o  czym pogadać z  Martą bo ona  sporo wie na tematy medyczne. W końcu kosmetologia to kawałek medycyny  estetycznej. 

A Marta  mi ostatnio powiedziała, że Andrzej to kawałek przystojnego i mądrego faceta, więc nic  dziwnego, że stale go jakieś  "pimpy" w klinice  uwodzą i  że on jej też się podoba bo obaj jesteśmy podobnego typu urody ale kocha  mnie a nie jego. Ona jest  czasami szczera  aż do bólu. A o tobie powiedziała, że jesteś  wyjątkowo porządnym  facetem i jej zdaniem pomysł, żebyście mieszkali z  Ali teściami blisko jest bardzo dobry, bo trójka  dzieciaków to jednak spore obciążenie  dla Ali. I jest pełna uznania dla Ali teścia, że nie  robił problemów gdy postanowiłeś usynowić ich jedynego wnuka. Ala też jest z tego powodu szczęśliwa a dzieciaki mają pełną rodzinę. A twoja  mała Irunia to prawdziwa kobieta- od  razu zobaczyła pierścionek Marty i jestem pewien, że Marta  ją przy pierwszej okazji wyposaży w  jakąś dziecięcą biżuterię, taką zabawkową.

Kocham was oboje- powiedział Michał. I muszę pogadać z kolegą, bo on  się buduje w Powsinie, ale może ktoś tam chce  się pozbyć domu, który nadawał by się do remontu. Bo ja  wiem, że teściowie Ali nie  będą szczęśliwi w bloku - zbyt długo mieszkali we własnym domu. Tylko na  razie nic nikomu nie mów. Postaram się w ciągu tygodnia przepatrzeć rzecz całą - dobrze?  No jasne, żaden problem. Marcie też mam nie mówić?  Marcie możesz, ale niech  zachowa  to dla siebie. Spokojna  głowa, Marta w tygodniu jest  zajęta, wszak studiuje i twierdzi, że nauki ma teraz po koniuszki włosów. Te ostatnie  dwa lata są jej zdaniem bez porównania trudniejsze,  ale  się  cieszy bo zawsze  może wpaść do laboratorium po zajęciach i pogadać z chemikami by lepiej  coś pojąć. A w weekend to robimy  zakupy i różne zaległe prace  domowe.  A moja matka nie może Marcie wybaczyć, że ona po studiach chce pracować w laboratorium a nie być właścicielką lub wspólniczką porządnego gabinetu kosmetycznego. Bo teraz jest poprzeczka podniesiona i osoba prowadząca gabinet kosmetyczny musi mieć wyższe  studia a nie  tylko ukończony pomyślnie dwuletni kurs  zawodowy. Bo kosmetyczką to już Marta mogłaby  być, ale ona nie lubi tego zawodu. Będzie po prostu kosmetologiem  a to spora różnica.

W sobotni wieczór do Wojtka zatelefonował Michał z pytaniem, czy Wojtek mógłby z nim razem pojechać w niedzielę do Powsina, bo jest coś do pertraktacji - ktoś przecenił swoje  możliwości finansowe i musi zrezygnować z budowy. I może by pojechałaby z nimi Marta, bo przydałoby  się kobiece praktyczne spojrzenie. Wiesz  co - w takim razie  weźmiemy też mojego ojca - on  się zna na  domach, bo miał w Austrii duży dom - co prawda drewniany ale  spory. O to fajnie - ucieszył się Michał.  Ale i tak moim zdaniem taką inwestycję powinien obejrzeć jakiś specjalista  budowlaniec powiedział Wojtek. Bo wiesz - to że coś wygląda fajnie  nie dowodzi, że jest to warte zakupu. A nikt z nas tak naprawdę nie  zna się na budownictwie od  strony  technicznej. No ale przynajmniej zobaczymy czy warto się do tego domu przymierzać  i ściągać  fachowca - stwierdził Michał. No to ja po was przyjadę z teściem i pojedziemy moim wózkiem - mam nawet opisane jak trafić od dołu, bo od góry, czyli z Ursynowa to jest tylko  bita droga i ponoć trudniej trafić. Z czasem będzie normalna, asfaltowa. No ale może my wpadniemy samochodem Marty, więc może spotkajmy się  gdzieś na  dole, czyli jak się domyślam będziesz jechał Aleją Wilanowską i potem w stronę Powsina, więc umówmy się gdzieś na  dole. Zerknij i przeczytaj mi opis trasy a ja ci powiem gdzie się spotkamy, bo ja Powsin i okolice mam dość dobrze przepatrzone. Michał  stwierdził, że najlepiej będzie  gdy  się spotkają w okolicy parkingu należącego do  Parku- czyli na końcu tej drogi dojazdowej, bo na parking skręca  się w lewo,  a oni pojadą kawałek  w prawo i w górę i podał nazwę uliczki, w którą skręcą w prawo. W tym momencie Marta stwierdziła, że będzie najprościej  gdy Michał podjedzie pod ich  dom i dalej pojadą razem. Przecież zmieszczą się w jeden normalny samochód bo przecież będzie ich najwyżej 5 osób i do Powsina pojadą samochodem Wojtka, żeby nie  demontować dziecięcych fotelików z  samochodu Michała no albo dwoma. Dobrze, podjedziemy do was, bo faktycznie to lepsza trasa - zgodził się Michał.

W pół godziny później już  wsiadali do samochodu Wojtka - Michał siadł obok niego, a Marta siedziała  z tyłu pomiędzy dwoma teściami- swoim i Ali. Teść  Marty  śmiał się, że czasy takie, że nawet siedząc obok ponętnej młódki nie  można jej za kolanko potrzymać, bo jest w  dżinsach.  Bez trudu trafili w Powsinie pod  wskazany adres.  Był to rodzaj mini osiedla, na którym wg planu  ma być pięć  domów jednopiętrowych.  Teren od  strony uliczki ( nazwa "ulica" było zwykłym nadużyciem, bo była to zwykła polna droga) był oddzielony  białym murem,  w którym była  brama, teraz jeszcze  wciąż otwarta ale widać  było, że z czasem będą domofony do poszczególnych domów. Trzy już były zamieszkane, dwa jeszcze  w trakcie budowy. Dom, do sprzedaży był, zdaniem Marty, dość dziwny. Na dole była bardzo duża kuchnia i duży salon, duża łazienka, WC. Z  salonu było zejście do piwnicy do pokoju, w którym stał stół bilardowy - również do kupienia razem z domem. Nad salonem właściwie nie  było sufitu - można było obejrzeć  jak od  spodu wygląda dach. Na piętrze  nad całym salonem dookoła był rodzaj   balkonu i widać było drzwi  sześciu pokoi, sądząc po ilości drzwi. Było tam tak naprawdę pięć pokoi,  z których dwa  były połączone przesuwanymi drzwiami i mogły tworzyć jeden większy pokój. Poza tym  za szóstymi drzwiami była duża łazienka z wejściem  do oddzielnego WC. W łazience była duża wanna i kabina prysznicowa. Przed każdym z budynków było coś w rodzaju tarasu, czyli kawałek gruntu pokryty płytkami terakoty w mało ciekawym beżowym kolorku, a dalej już rosła trawa. Michał dostał plan  domu z podanymi wymiarami pomieszczeń. Przeszli jeszcze  raz do kuchni,  w której był zamontowany zlewozmywak i  kuchenka gazowa. Dom  miał niewątpliwie tę zaletę, że był podłączony do miejskich mediów, co oczywiście podwyższało jego cenę. Michał wypytywał się jeszcze faceta, który był zainteresowany sprzedażą tego domu  czy zakup stołu bilardowego jest obowiązkowy, bo on to by  wolał mieć w tym pomieszczeniu co innego a poza tym bilard nie jest jego ulubioną rozrywką.

                                                                 c.d.n.


środa, 10 stycznia 2024

Córeczka tatusia- 64

 Dzień spędzony  u teściów Ali minął, zdaniem wszystkich, szalenie  szybko a Michał wymyślił, że następne  spotkanie weekendowe zrobią w jeszcze  szerszym  gronie, bo najprawdopodobniej w najbliższy weekend Andrzej będzie  miał wolną  sobotę. Ponadto długoterminowa prognoza pogody  była pomyślna. 

W drodze powrotnej do Warszawy Marta stwierdziła, że jest pełna podziwu dla Ali, bo posiadanie trójki dzieci to naprawdę sporo obowiązków i pracy  w  domu. I - co zapewne jest dziwne - im częściej ona przebywa w towarzystwie dzieci tym mniej chętnie myśli o posiadaniu własnego dziecka. Bo "na zdrowy rozum" to Ala, chociaż teraz nie pracuje zawodowo to jest przy tych  dzieciach  "zarobiona po uszy" a fakt, że starszego nie ma   w domu  przez jakiś czas bo jest w przedszkolu, wcale sprawy  nie upraszcza i teściowie Ali właśnie dlatego chcą mieszkać gdzieś w pobliżu , by pomóc Ali.  

Do dyskusji zaraz  włączył się ojciec Wojtka mówiąc, że gdy Marta i Wojtek zostaną z czasem  rodzicami on wtedy natychmiast zrezygnuje nawet z tej połówki etatu i zostanie na  cały etat dziadkiem i będzie pomagał Marcie, nawet jeśli ona weźmie trzyletni urlop wychowawczy. I dobrze, że mieszka tak blisko nich, bo przejście pół kilometra nie jest problemem. I stwierdził, że może faktycznie byłoby nieźle, gdyby Wojtek to mieszkanie, które odbierze na Ursynowie sprzedał teściowi Ali. Trzeba  sobie wzajemnie pomagać gdy się ma takiego przyjaciela jak  Michał. To szalenie  wartościowy chłopak a ludzi wartościowych warto wspierać, czego właściwie żaden rząd powojenny w  Polsce  nie  rozumie. 

Tato, wpierw muszę to omówić z Michałem, bo nie  wiem jak on się zapatruje na to, by teściowie Ali jej pomagali. Ale jeśli ta opcja będzie Michałowi odpowiadała i moja droga żona też to zaakceptuje, to na pewno to mieszkanie odsprzedam  teściowi Ali. Z tym, że ja najchętniej sprzedałbym je  już teraz, a nie  czekał aż je wybudują, odbiorę i tp. Ja wiem, że za rok na pewno mieszkania będą droższe i pewnie wtedy uzyskana cena  byłaby wyższa, ale ja to po prostu zadowolę się tym, że oni odkupią je po tych kosztach, które ja do tej chwili poniosłem. A one wcale nie były małe, bo to tzw. mieszkanie  własnościowe. Na  wszystkie   wydatki mam kwity. Bo Michał to jest moim przyjacielem - może nie  aż tak bliskim memu sercu jak Andrzej, ale na tyle  bliski, że nie  chcę na sprzedaży tego mieszkania zarobić. 

Twoja "droga żona" to akceptuje - powiedziała Marta. Ty akceptowałeś mój pomysł dotyczący zamiany mieszkań gdy  szło o Andrzeja, ja  akceptuję ten pomysł. Mamy nadal w zapasie  jedno mieszkanie na Ursynowie- w umowie jest trzymiesięczny okres  wypowiedzenia jej z obu  stron. Oni się liczą  z tym, że zapewne jednak zmienią kraj zamieszkania. Na razie oboje szlifują  angielski i niemiecki on, a ona francuski. A w jakiej branży on pracuje?- nie  wiem, ale  wiem, że skończył elektronikę - wydaje  mi się, że w Warszawie jest wiele miejsc,  w których elektronik może pracować. Ja to z nimi mam mały kontakt, pieniądze to mi wpłacają regularnie na konto, więc  rzadko rozmawiamy i na  szczęście  jakoś wszystko w tym bloku nadal dobrze  funkcjonuje i nie  muszę nigdzie interweniować jako właścicielka. A ten teść Ali to według  mnie jest bardzo miłym  człowiekiem i należy do tych, którzy uważają, że  dziecko, nawet najmłodsze to jest  człowiek i też mu  się należy  szacunek. I ogromnie  mi się podoba to, że Mirek   jest nauczony, że małymi należy  się opiekować i za nie pomyśleć, bo przecież  są od niego młodsi i dlatego  mniej wiedzą niż on. Cała  trójka jest wpatrzona w Michała i w  dziadka. I fajne  te dzieciaki, wcale  nie były uciążliwe gdy byli razem z nami. Pareczka w  sumie to jak miniatura Michała, a dziewczynusia to Michał w wersji żeńskiej- ogromnie do niego podobna. Mirek z kolei przejął wszystkie  gesty i mimikę Michała i przez to też wygląda jak jego własny produkt. Czy zauważyliście, że cała  trójka ma  w imieniu literę "r"?  Mirosław, Marek i Irena. 

Nooo, faktycznie! Jakoś nie  zwróciłem na to uwagi - stwierdził Wojtek. I mam wrażenie, że to Michał wybierał imiona dla dzieciaków, bo czasem mówił o nich " mimy"- wtedy mi się wydawało, że coś palnął od rzeczy, bo był bardziej skupiony na tym co ze mną omawia, ale teraz już widzę  sens w wyrazie "mimy"- to M.I.M., czyli Mirek, Irena, Marek.  Michał czasem ma takie zabawne pomysły.  I widać, że cała trójka uwielbia  swego tatę - mam wrażenie, że zaszczytne  drugie miejsce to zajmuje dziadek a babcia i Alina są dopiero na trzecim miejscu. Ale cała  trójka jest naprawdę grzeczna. I nie wiem czemu Ala powiedziała, że chwilami ma ochotę całą trójkę rozszarpać na kawałki- dziwił się Wojtek.

To normalne - Ala jest  z nimi całą  dobę, a Michał nie - stwierdziła Marta. On jej bardzo pomaga w  domu, ale na  co  dzień to ona jest z nimi stale. A do tego szalenie się denerwowała gdy w przedszkolu  były te epidemie, że Mireczek coś przywlecze młodszym. Ale na  szczęście  jakoś w porę zawieszali działalność i Mirek nie przywlókł niczego  z przedszkola. I szczerze mówiąc to podziwiam dziadków Mirka za to,  że w pewnym  sensie usynowili Michała i zaakceptowali zmianę nazwiska swego jedynego wnuka - i to właśnie dla jego dobra, żeby nikt nie  dociekał potem w  szkole dlaczego ma inne nazwisko niż jego matka. Pamiętam, że w czasach  szkolnych,  zarówno w podstawówce jak i potem w liceum panie nauczycielki potrafiły  się na lekcji wychowawczej zapytać dlaczego mama ma inne nazwisko. Zawsze mi  się wydawało, że nauczyciel powinien być taktowną osobą a nie trepem bez kultury. 

Pamiętasz Baśkę Z.?  Taka duża, chyba jedyna dziewczyna  w klasie bez grzywki.  Po pierwszej wywiadówce na  następne  to już przychodził jej ojciec- jej rodzice  byli rozwiedzeni, ale jej ojciec miał cały czas kontakt z nią i jej matką, zabierał Baśkę na wszystkie wakacje i to nawet  wtedy, gdy już ułożył sobie  życie z inną kobietą i miał drugie dziecko w tym drugim związku. A matka Baśki nigdy złego słowa nie powiedziała na jej ojca, co podobno jest dość rzadkim przypadkiem. Ona po prostu powiedziała Baśce, że pobrali się tak trochę bez zastanowienia, potem kilka lat mieszkali razem bo Basia się urodziła, no ale zupełnie nie byli kompatybilni  i postanowili, że jednak powinni  się  rozstać. Na ślubie Baśki byli oboje rodzice, jej matka z przyjacielem, a ojciec z drugą żoną i przyrodnią siostrą Baśki. I do dziś w czasie  świąt lub imienin wszyscy razem się spotykają. Widać  z tego, że  wszystko zależy od osobistej  kultury. A Baśka, żeby było śmieszniej wyemigrowała  do Włoch cztery lata temu - po prostu wydała  się za Włocha.  I włoska teściowa Baśki uważa za całkiem normalny fakt, że co jakiś czas Baśka gości u siebie jednocześnie dwie  rodziny - rodzinę matki i rodzinę ojca. Oni wpierw  z rok mieszkali w Libii, w Benghazi, bo tam pracował na kontrakcie Basi mąż, a gdy skończył mu się kontrakt to  zamieszkali w Parmie, czyli rodzinnym mieście jej męża. Baśka twierdziła, że takiej teściowej jak jej teściowa to mogą jej wszystkie dziewczyny pozazdrościć, że nawet jej własna matka nie ma dla niej tyle zrozumienia i ciepła co jej teściowa.  Baśka w Benghazi to się uczyła na gwałt włoskiego bo wyjeżdżając z Polski to rozumiała  zaledwie kilka słów a i to  z gatunku "amore mio", a z mężem to rozmawiała po angielsku i jak twierdzi, to "chłop" się jej oświadczał trzymając w garści słownik włosko-angielski  i straszliwie się namordował przy  tym,  potem wpadł na genialny w  swej prostocie pomysł i wszystko powtórzył przez tłumacza  polsko-włoskiego jej oraz jej  rodzinie. Jej mąż jest od  niej niemal 10 lat starszy. A Baśka to jest aktualnie  w ciąży i pod ścisłą ochroną  swej teściowej, która  dba, żeby Basia się właściwie odżywiała, odpowiednio dużo czasu spędzała na powietrzu, spała długo i  dobrze. Baśka się śmieje, że widocznie ona  ma urodzić następcę tronu a nie  dziecko pana inżyniera. Jestem jedyną z jej szkolnych koleżanek, z którą utrzymuje  kontakt. Obiecałam jej, że jeśli  kiedyś pojadę do Włoch to "zawadzę"  o Parmę. Wiesz - często  ze sobą  nie korespondujemy,  za to nasze listy to "tasiemce". Nie mogła  się nadziwić, że nadal jesteśmy parą, chociaż  ciebie nie było tu cztery lata. 

Wojtek zaśmiał się- mnie  coś innego dziwi- do dziś nie  wiem jakim  cudem wytrzymałem  cztery lata bez  ciebie. Pewnie dlatego wytrzymałeś, bo zdawałeś  sobie  sprawę z faktu, że jako osobnik  niepełnoletni nie możesz sam sobą dysponować - gdybyś wtedy nawiał z domu to pół Europy by postawiono na nogi by cię dorwać i sprowadzić do mamy i taty. Przecież ty nawet egzamin wstępny na Politechnikę  zdawałeś po kryjomu i dopiero gdy wyczytałeś na liście, że  zdałeś to powiedziałeś o tym w domu. Ja tylko nie  rozumiem, dlaczego mnie o tym nie szepnąłeś ani słowa - przecież chyba wiedziałeś, że tak samo tęsknię za tobą jak ty za mną- dziwiła  się Marta.  

Nie powiedziałem, bo bałem  się, że mogą na ciebie  naciskać plotąc jakieś  głupoty i wolałem  tego uniknąć. A gdy  zdałem i byłem  na liście to wiedziałem, że się złamią, tym bardziej, że wtedy i tak  nie  studiowałbym w Grazu  a w Wiedniu, więc i tak nie byłbym w  domu. A ich urządzało żeby ktoś mieszkał z  ciotką, która już  wtedy miewała problemy z trafieniem do domu, więc byłbym  jako zaopatrzeniowiec. Ja się jej  myliłem z moim ojcem, mojej matki to już w ogóle nie kojarzyła co matkę doprowadzało do  szału, bo ciotka świadkiem  była na ich ślubie. Przecież kiedyś odprowadził ją do domu  sąsiad z pierwszego piętra, który ją zobaczył gdy sunęła środkiem jezdni wzdłuż szyn tramwajowych. I to daleko od  domu, bo  aż na Grójeckiej, w zupełnie innej  dzielnicy.  Podszedł do niej, tropnął  się, że coś z nią  nie jest dobrze, zaczął rozmawiać , wziął pod  rękę odprowadził wpierw  na  chodnik a potem, cały czas do niej mówiąc zaprowadził do autobusu i odwiózł do mieszkania. A ponieważ przed wyjazdem ojciec zostawił mu swój adres to facet rzecz  całą opisał w liście. I cioteczka spędziła kilka  miesięcy w  szpitalu na neurologii. Tam ją z lekka podciągnęli a do mnie  dotarło, że może z tego powodu nie będą  się ciskać gdy zdam na warszawską Politechnikę. I miałem rację. Poza tym mama szybko obliczyła, że znacznie  mniejsze będą koszty utrzymania mnie w Warszawie niż w Wiedniu. I zawsze będzie  mogła  wyskoczyć do Warszawy bez ojca  by mnie  skontrolować. Bo ojciec nawet jeśli bywał to zawsze miał tu mnóstwo spraw służbowych no i musiał być pod ręką  szefa, a pod jego ręką mama, więc do swej  siostry to wpadał na minutę. Na wizyty kontrolne to matka poświęcała na ogół nie więcej niż godzinę. I zawsze mi zostawiała listę spraw do załatwienia ewentualnie  do zrobienia. Ale i tak musieli zatrudnić z czasem tę panią  do opieki, bo cioci to  się niestety pogarszało a  nie poprawiało.  

No bo moja  ciocia  miała Alzheimera - co prawda wtedy to nie  był jeszcze mocno zaawansowany  stan. Poza tym ta  choroba nie przebiega u wszystkich jednakowo- jedni zapadają na  nią powoli, tak jak ciocia.  Zmiany nie następują  szybko ale powoli, stan  się pogarsza, ale stopniowo. Opowiadał mi jeden z kolegów, że jego kuzynka miała pierwszy "atak" w wieku 72 lat i było to szokujące, bo ona  zatelefonowała do niego, że w jej pokoju siedzi jakiś obcy mężczyzna i  nie  daje się wyprosić, więc ona nie wie co ma  zrobić. Koledze nieco zjeżyły  się  włosy na głowie, bo pomyślał, że ktoś się podstępem dostał do mieszkania owej kuzynki, a kuzyna jeszcze  nie było, bo dopiero za dwa  dni miał wrócić z  sanatorium. Kazał więc kuzynce stać cały  czas w przedpokoju i nie wypuszczać tego obcego człowieka z mieszkania. Szybko  się ubrał, a że kiedyś jeździł konno to miał w domu szpicrutę więc ją  wziął ze sobą, tak na  wszelki wypadek. Miał klucze od  mieszkania kuzynki więc nie korzystał z domofonu, wpadł nieomal biegiem na drugie  piętro i cicho otworzył drzwi. W przedpokoju paliło się  światło, a na podłodze siedziała kuzynka - blada jak ściana i wyraźna udręczona  całą historią. Kolega zapytał się szeptem czy ten "ktoś" nadal jest w mieszkaniu i w którym pokoju, jako że mieszkanie  było 3-pokojowe. Kuzynka wskazała palcem pokój i uciekła  do łazienki. Kolega zdecydowanym ruchem otworzył drzwi pokoju i zdębiał - przy  stole siedział mąż kuzynki, który wrócił z sanatorium dwa  dni wcześniej - był blady i wyraźnie wystraszony a potem zapytał - a gdzie jest ta  wariatka, która nie pozwala mi wyjść  z pokoju, a mnie  za chwilę pęcherz pęknie! Kolega powiedział - chodź- wyprowadzę  cię do toalety a potem ci wszystko opowiem. Popchnął męża kuzynki do toalety,a gdy ten już  zniknął w tym przybytku powiedział do kuzynki siedzącej na krzesełku w łazience- Jadziu - to przecież  Jacek - to nie jest żaden obcy mężczyzna.  Nie poznałaś go bo wreszcie wygląda zdrowo. I odłóż ten nóż do rozcinania kopert. To naprawdę jest Jacek. Tak mu to sanatorium dobrze  zrobiło, że go zupełnie nie poznałaś! Chodź do kuchni, zrobimy dla nas wszystkich coś ciepłego do picia. 

Gdy mąż kuzynki wyszedł z toalety kolega podał mu kartkę, na której napisał: "dzwoń na pogotowie i powiedz co się stało, bo ja nie wiem co dalej  robić". W dwadzieścia minut później  przyjechała karetka i kuzynka kolegi trafiła do szpitala przy Instytucie Psychoneurologii, w którym spędziła ponad  miesiąc. A potem trafiła do placówki opiekującej  się pacjentami zaatakowanymi chorobą Alzheimera, gdzieś w pobliżu Trójmiasta. Jak wiesz to moja   cioteczka trafiła do domu opieki dla  chronicznie chorych kobiet. Cały czas miała podawane leki, więc żadnych cyrków  z nią nie miały.

                                                                     c.d.n.



poniedziałek, 8 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 63

 W drodze do teściów Ali Wojtek usiłował przypomnieć  sobie, czy kiedykolwiek jadł kartofle pieczone w ognisku i wyszło na to, że albo było to tak  dawno, że już  nie pamięta  albo wcale. Twoja mama bardzo  nie lubiła takich, prymitywnych jej  zdaniem, rozrywek- powiedział ojciec- więc nigdy nie jeździliśmy w takie  miejsca,  w których można  rozpalać ognisko i na dodatek piec kartofle.  I nie przypominam  sobie  by kiedykolwiek siedziała na kocu lub  na mchu czy  piasku - zawsze  musiała  mieć  co najmniej turystyczny stołeczek pod  tyłkiem a najlepiej to leżak.  No i nie jakiejś polanie  w lesie z brzęczącymi komarami lub innymi latającymi stworami. Na łące w pobliżu kartofliska  też   ani  razu nie  była, bo jej zdaniem  na łące to były osy i muchy. Twierdziła, że ma uczulenie na jad owadów i każde ukąszenie to dla niej jest  zabójcze. Zawsze  była tak obficie  spryskana lub wysmarowana tym odstraszaczami, że w chyba  w promieniu 100 m dookoła niej było żadnych bzykających stworów. No a poza tym jej  zdaniem jedzenie pieczonych kartofli to dobre tylko dla prymitywów a nie  dla ludzi kulturalnych. Więc  w ramach tej kultury zawsze jadaliśmy w domu tylko  kartofle gotowane ewentualnie frytki. 

Tato - odkąd w domach nie ma kuchni z piecem w którym  się palił "żywy ogień" to raczej nie ma szans na prawdziwe pieczone kartofle - przytomnie  zauważyła Marta. Ja czasem piekę w piekarniku kartofle, ale one nie  są takie jak te pieczone w ognisku. A poza tym mam wrażenie, że to też kwestia  gatunku kartofli - są przecież różne ich odmiany - w dobrze zaopatrzonym  sklepie są co najmniej dwa gatunki, które  różnią  się tzw. mączystością. Ale wraz z hasłem, że  wszyscy ludzie  są równi wprowadzono hasło, że wszystkie kartofle  też są równe, tyle że nie prawami  ale właściwościami, co wcale nie jest prawdą. Jeden z naszych kolegów z podstawówki, Maciek, poszedł do technikum gastronomicznego i gdy go kiedyś spotkałam to przegadaliśmy ze trzy godziny, bo mi opowiadał o tym czego  się uczy i twierdził, że postara  się po tym technikum pojechać  do Paryża  by tam zdobywać  wiedzę w jednej  ze  znanych  szkół gastronomicznych i potem założyć własną restaurację. I pewnie  wyjechał, bo nigdy go już potem nie  spotkałam,  a mieszkał z pół kilometra  stąd. Który Maciek?- zainteresował się Wojtek. "Gruby" Maciek - doprecyzowała  Marta. Chociaż w czasach licealnych był nie  tyle gruby co naprawdę duży - kawał  chłopa był z niego. No popatrz - a w  szkole to wszyscy nauczyciele uważali, że on to do trzech nie  za bardzo umie policzyć- zdziwił się Wojtek. Zresztą z tego co  zapamiętałem z podstawówki to w naszej szkole faworyzowano dziewczyny i bardzo nie lubiano chłopców. A dziewczyny też tak  samo rozrabiały. No ale były sprytniejsze i nigdy  nie  dały  się przyłapać na "nieodpowiednim zachowaniu" - podsumował wrażenia  Wojtek. I na  dodatek miały oczy w  mokrym  miejscu bo na każdą zwróconą przez  nauczyciela uwagę zaraz dostawały spazmów.  Ty też miałaś oczy w mokrym  miejscu- przypomniał Marcie Wojtek.

Ty też płakałeś - wypomniała mu Marta- i to w ostatniej klasie. Naprawdę? Wojtek płakał? - zdziwił się ojciec. Tak - przyznał  się Wojtek- płakałem z bezsilności, bo wcale nie  chciałem jechać  z  wami do Austrii, nie chciałem  się rozstawać z Martą, bo ja już wtedy ją kochałem. I dlatego zaraz po skończeniu liceum przyjechałem zdawać tu na  Politechnikę. Zupełnie  nie  wiem  czemu,  ale rodzicom się  wydaje, że miłość jest  zarezerwowana  tylko dla dorosłych. A ja wtedy powiedziałem o tym tacie  Marty i mieliśmy wtedy ze  sobą  prawdziwie męską  rozmowę, potraktował mnie jak dorosłego, a mógł przecież  wyśmiać. I wtedy postanowiłem, że wrócę  do Polski  na studia, skończę je jak najszybciej i wtedy ożenię  się  z Martą.

A Twoja matka się zamartwiała, że w czasach licealnych nie miałeś żadnej dobrej koleżanki- obawiała  się, że masz inną orientację seksualną. Wojtek tylko roześmiał się - ciekawy  jestem jakby  zareagowała gdybym rzeczywiście był gejem. Ona bardzo chciała by urodziła  się dziewczynka  a nie  chłopak. I nie jeden raz mi o tym mówiła.

Po kwadransie pobytu u teściów Ali, Marta , Wojtek i jego ojciec   czuli się tak, jakby teściów Ali znali "od zawsze", zwłaszcza, że trójka Michałowych  dzieciaków zaraz zaczęła ich nazywać  ciocią i  wujkiem a gospodarze nie traktowali ich jak obcych  gości  ale jak rodzinę.Teść zaraz wraz z trójką  dzieciaków oprowadził ich po swym "niewielkim królestwie" i bardzo pomagał mu w tym Mirek, który już  całkiem nieźle mógł opowiedzieć jak funkcjonuje szklarnia, czym zadziwił Wojtkowego ojca. Pareczka zaraz uczepiła się cioci Marty - dziewczyneczka już opanowała wymowę litery "r", jej brat bliźniak jeszcze  nie, ale  zdaniem pediatry to było normalne i  wszystko w porządku- dziewczynki z reguły rozwijają się nieco  szybciej w tej  dziedzinie. Jako typowa "kobieta" mała Irunia zaraz dostrzegła, że Marta  ma ładny pierścionek, a Marta odnotowała  w głowie, by na  następne  spotkanie z dziećmi przygotować dla małej jakąś dziecięcą biżuterię. Mały Mareczek chodził jak  cień za starszym bratem a oni obaj nie odstępowali na krok dziadka. 

Gdy Ala i Marta na  chwilę zostały  same Marta powiedziała - masz naprawdę fajnych teściów.Oni cię po prostu adoptowali i gołym okiem widać, że Michała również. I zobacz - mój teść i twój już  się zakolegowali. Ja to się zawsze  czuję u teściów jak księżniczka - i tak jest od pierwszej chwili, gdy tu pierwszy raz  przyjechałam z ich  synem - powiedziała Marta. Wiedzieli, że on ma  świra na moim punkcie i że zawsze się ze mną dogaduje.  Oni mnie  chyba  wtedy pokochali i tak im  zostało, są dla mnie znacznie lepsi niż moi rodzice. I  choć miałam duszę na ramieniu, nim wyszłam za Michała przywiozłam go do nich, bo uważałam, że skoro chcę Mirkowi zafundować ojca, to jego dziadkowie  powinni go poznać nim za niego wyjdę. A oni to w pełni  docenili.  A gdy lepiej poznali Michała to też go pokochali. Gdy rodziłam pareczkę to był przy mnie  Michał, a gdy już było po wszystkim to przyjechali teściowie z Mireczkiem. I wtedy teść powiedział, że teraz to wszyscy jesteśmy jedną rodziną . I że los tak widocznie  chciał. I podobnie jak ty oni są zdania, żeby  o tym, że pod  względem genetycznym Michał nie jest jego ojcem,  Mirek dowiedział się dopiero wtedy, gdy już będzie dorosłym człowiekiem. A o was to moi teściowie wiedzą od  dawna, bo Michał opowiadał o Wojtku gdy jeszcze był jego promotorem. I "teście"  bardzo  chcieli was poznać, bo nie  często Michał pochlebnie  się  wyraża o swoich magistrantach. Teść  mówi, że ja  to  chyba przyciągam określony "gatunek" ludzi.

Na końcu ogrodu był, jak to nazwał teść Ali, grill wielozadaniowy. Można  było piec na rusztach- były dwa, na różnych poziomach i można je było również zdjąć a  wtedy można  było piec  coś w żarze , czyli tak jak  się  zwykle piecze kartofle. W pobliżu był schowek na  grillowe akcesoria, maty do siedzenia na trawie oraz składane drewniane stołeczki, a całe miejsce można  było w razie potrzeby "ogrodzić" składanym  parawanem by je chronić przed wiatrem. Dzieci już  dobrze  wiedziały do którego miejsca wolno im podejść gdy działa  grill - było ono  oznaczone czerwonymi  ceramicznymi  płytkami. Ojej, jakie  to super  miejsce - zachwyciła  się Marta.  No to mam nadzieję, że będziecie tu wszyscy państwo naszymi częstymi gośćmi - ucieszył się pan  domu. Latem  to robimy tu zadaszenie żeby dzieci miały nieco cienia bo jabłonki nie  dają dużo cienia, poza tym krążą przy nich osy i inne  zapylacze więc lepiej by dzieciaki nie bawiły  się pod  takimi drzewami.

Ten dom i ogród są zapisane testamentem na Mirka- jako nasz biologiczny wnuczek należy do tzw. pierwszej  grupy,  a więc  nie płaci podatku. Doradził nam tak  dobry prawnik. A do czasu jego pełnoletności będzie tym zawiadywał Michał. Ale mam nadzieję, że jeszcze trochę pożyjemy, bo staramy   się dbać o siebie. I każdy weekend jest dla nas świętem, bo wtedy zawsze mamy u siebie  dzieciaki. Nie da  się ukryć,że byłoby jeszcze milej gdyby tu były stale, ale jestem realistą i wiem jak wyglądają dojazdy i powroty do Warszawy, a poza tym tu tylko jest podstawówka a i to chyba nie najlepsza, bo wielu rodziców wozi dzieciaki do Warszawy. Rano korki w  stronę Warszawy, po 17,00 korki na wyjeździe z Warszawy. No i dochodzą różni działkowicze i w weekendy też są w określonych godzinach korki. I, choć żal, to zastanawiamy się nad sprzedaniem domu i przeprowadzenie się do Warszawy. Za ten dom i ogród, to jak na  dziś, mógłbym coś kupić blisko nich. W każdym razie w granicach Warszawy- może na Ursynowie. Muszę o tym pomyśleć. A może ktoś będzie  chciał się zamienić. Najchętniej kupiłbym jakiś domek. 

Wojtek uśmiechnął się - to chyba, że jakiś do remontu - wtedy jest szansa, że będzie  miał dość dobrą lokalizację. Bo te  wszystkie  nowe są budowane szalenie daleko od  centrum, poza tym całymi latami kuleje infrastruktura, bo bardzo  długo nie ma  na tych terenach  niczego a poza tym to one  są wielkości w  sam raz dla dużego psa. A ceny takie, że człowiek szczypie  się w policzek, by się upewnić, że to nie jest koszmarny sen a rzeczywistość.  My też  chcieliśmy kupić domek jednorodzinny , bo takie zbudowano na Ursynowie. Ceny powalające, domki małe. I w końcu  mieszkamy na starym osiedlu WSM na  Mokotowie i mamy cztery pokoje z kuchnią, wszystkie  sklepy, lekarzy itp. Marta ma  mieszkanie  na Ursynowie i je  wynajmuje, a ja swoje, które  właśnie niedawno było do odbioru  zamieniłem z przyjacielem na jego mieszkanie, które będzie za rok do odbioru na Ursynowie. I wiem, że teraz  trzeba bardzo uważać nim  się przystąpi  do jakiejś spółdzielni, bo wielu  deweloperów plajtuje i ludzie  latami nie mogą odzyskać pieniędzy, bo pierwszeństwo w odzyskiwaniu pieniędzy mają firmy państwowe a nie osoby prywatne. A deweloperzy  są z reguły  zadłużeni w wielu państwowych  firmach a ponadto mają niemiły zwyczaj kupowania materiałów przecenionych, nie pełnowartościowych. Podobno funkcjonuje takie powiedzenie, że jak  się nie ma pieniędzy to najlepiej się zabrać za budowanie domów, a pieniędzy nie zabraknie.

Ooooo, dobrze, że mi pan o  tym mówi, bo już  się zacząłem rozglądać. To bardzo istotna  dla mnie wiadomość. A jakieś uczciwe spółdzielnie to jeszcze istnieją na Ursynowie?  Oczywiście - istnieją. Tyle  tylko, że dość  wolno budują ale jak się komuś nie pali ziemia pod stopami to warto zaczekać. Można też zainteresować  się kto buduje "Miasteczko Wilanów". Tyle  tylko, że na tym Miasteczku Wilanów to ja  widziałem same  dziwne  mieszkania. Może po prostu miałem pecha. Poza tym jest kilka firm, które oferują do sprzedaży różne domy, najczęściej już starsze, ale jeśli nie ma pośpiechu to wtedy jest szansa by coś dość ciekawego znaleźć. Kolega przymierzał się do kupna  domu w Aninie, ale on był razem z ogrodem,  a jego ogród  nie interesował.  I ostatnio sporo się wybudowało nowych osiedli w Piasecznie. Ale w Piasecznie jakiś niemota  zaprojektował kilka domków jednorodzinnych w dość  niemiłym  miejscu, do którego dochodzi obrzydliwa  woń z oczyszczalni ścieków, która co prawda  jest dość  daleko a smród zapewne dochodzi  co prawda nie  codziennie, ale wtedy  gdy wieje  wiatr od  strony oczyszczalni. I chyba warto popatrzeć co się dzieje  w Konstancinie, bo tam jest sporo placów  właściwie z ruinami. Tyle  tylko, że tam to nawet ruiny są drogie,bo każda ruina  stoi na  bardzo dużym terenie.  Na moje oko to tam  są takie te place, że mogłyby stać  swobodnie dwa domy jednorodzinne i każdy miałby i tak  sporo koszenia trawy i strzyżenia ewentualnie  żywopłotu. To  jednak jest znacznie  bliżej i droga  dojazdowa jest mniej obciążona. Z tym, że nie mam pojęcia jak tam  wygląda z zaopatrzeniem. Pewnie  wszystko się wozi z Warszawy. A czasem  są prawdziwe okazje na Starej Sadybie  lub Wilanowie. Z tym, że i na Wilanowie i Sadybie to mogą  być domy nie podłączone  do sieci miejskiej, bo gdy  była akcja  ich podłączania nie wszyscy mieli na  to pieniądze. A podłączali wtedy do elektrociepłowni i jeśli ktoś nie miał aktualnie pieniędzy mógł  wziąć pożyczkę  z banku- jedni brali, inni nie. Może nie mogli z jakichś  względów  dostać pożyczki. Jak  się ma gdzie na  razie  mieszkać to można  spokojnie  się rozejrzeć.  Jeśli idzie o Piaseczno, to niezłym rozwiązaniem jest "wdepnięcie" raz na jakiś  czas do Auchan, bo tam często wiszą ogłoszenia o domach na  sprzedaż. A z tyłu, za tym marketem to buduje  się osiedle  domów jednorodzinnych i często ktoś rezygnuje z jakichś  względów i chce sprzedać na wpół wybudowany dom, bo zapewne się przeliczył i ma  za mało pieniędzy. Nie  byłem tam, wiem  o tym osiedlu tylko dlatego, że jeden z moich  klientów tam  się budował i narzekał, że ma w domu jakiś słup ceglany i nie bardzo wiadomo po co. Ale nie  zgłębiałem tematu, bo nie po to facet  do mnie  trafił. Ja myślę, że nieźle jest  wpierw przejrzeć ogłoszenia   w gazetach, pojechać w kilka  miejsc by się zorientować w cenach itp. a potem nawiązać  kontakt z którąś  agencją nieruchomości i sprecyzować swoje wymagania, żeby  szukali. A potem pójść oglądać razem z  jakimś rzeczoznawcą.  

Panie Wojtku - powiedział pan, że za rok będzie pan  miał mieszkanie na Ursynowie. I co pan  zamierza z nim  zrobić?   To może ja bym od pana kupił to mieszkanie albo je wynajmował? Bardzo małe  to mieszkanie?  Wojtek uśmiechnął się - zaraz panu pokażę jego plan - to są trzy pokoje z kuchnią, łazienka, WC i "karcer", który w nomenklaturze projektanta  ma ksywkę "pokój dziecinny" a jest, przynajmniej na planie, rodzajem wnęki bez okna  i drzwi. Nazwałem to pomieszczenie karcerem bo to raptem cztery metry kwadratowe  powierzchni. No i jest to nie dom z fabryki domów a normalny, z  cegły. I jest  w bloku  czteropiętrowym, II piętro bez windy. Uważam, że  nazwanie  takiego pomieszczenia pokojem jest zwykłym nadużyciem. W moim pojęciu pokój to pomieszczenie, które ma okno i drzwi, a tu brak  tych elementów.

                                                                         c.d.n.



sobota, 6 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 62

Podług  wszelakich prawideł siódmego dnia  "po wypadku"  Andrzej osobiście usunął owe  dwa  szwy z ręki Marty i miejsce  cięcia zabezpieczył jeszcze specjalnymi  plasterkami. Potem długo przyglądał się  "podejrzanemu" ścięgnu i myśląc  na  głos  stwierdził, że będzie  dobrze, gdy obejrzy to jego kolega, który zajmuje   się  chirurgią ręki, bo to ścięgno jest jakieś pogrubione i on podejrzewa, że mogą być  z nim kiedyś, gdy Marta  wstąpi w  wiek po menopauzalny, jakieś  kłopoty. 

Hmmm- zdziwiła  się Marta - zawsze myślałam, że ten  czas głównie dewastuje psychikę i metabolizm a nie ma nic   wspólnego  ze ścięgnami. No niestety - zmiany hormonalne  mają wpływ na  calutki organizm, tylko się głośno o  tym nie mówi- wyjaśnił jej Andrzej. Pociesz  się, że mężczyźni też mają różne dolegliwości związane  ze zmianami hormonalnymi i wciąż medycyna wpada na jakieś  nowe objawy związane z tymi zmianami. Ale jak wiesz  wszystkie  badania kosztują a przeważnie we wszystkich państwowych budżetach brak  pieniędzy na długie i czasem bardzo kosztowne badania. Co dziwniejsze, to zawsze  znajdują  się środki na badania   tych chorób na które wynaleziono drogie leki, a choroby, których  leczenie wymaga podawania  niezbyt drogich  leków stają  się "chorobami  sierocymi", bo nikt  nie  chce ich badać dokładniej. Zatelefonuję  dziś do kumpla i powiem mu o  co chodzi. Postaram  się  go namówić, żeby wpadł do mnie, a jeśli nie to pojadę z tobą do niego gdy będzie w  swojej przychodni przyszpitalnej. 

Marta zaczęła z zainteresowaniem przyglądać  się wnętrzu  swych dłoni i po chwili stwierdziła, że  rzeczywiście to ścięgno jest jakieś zgrubiałe. Nigdy dotąd  nie oglądałam dokładnie wnętrza swoich  dłoni - zwłaszcza lewej, bo pierwszy raz  w  życiu mam tak pokaleczoną rękę. I w ogóle raczej rzadko uszkadzałam sobie dłonie - może dlatego, że nie należę do  tych, którzy muszą  wszystko pomacać i nie muszę pakować  ręki w ogień by uwierzyć, że można  się oparzyć - powiedziała. 

No i bardzo dobrze - pochwalił ją Andrzej. Z reguły kobiety mają  więcej rozsądku i tym  samym mniej dziwacznych kontuzji. Raz  do  roku spotykamy  się z kilkoma  kolegami ze studiów i wtedy opowiadamy sobie  co ciekawsze przypadki jakie  się nam trafiły do leczenia. Najciekawsze przypadki to są najczęściej u tych kolegów, którzy pracują w pogotowiu, bowiem pomysłowość ludzi w kwestii uszkadzania swej powłoki cielesnej wydaje  się nie mieć granic. Bo bardzo  często są to efekty "genialnych pomysłów".

W trzy  dni po tej rozmowie dłoń Marty obejrzał  specjalista od  chirurgii ręki i potwierdził podejrzenia Andrzeja.  Zlecił odpowiednie działania profilaktyczne, w tym "kąpiele" owej  dłoni i masaże, które Marta powinna robić  na początku co drugi dzień,  a potem raz  w tygodniu. Marta  nie kryła  swego podziwu dla wiedzy Andrzeja, o  czym w  domu poinformowała męża i teścia a oni obaj zgodzili  się z jej opinią o nim.

Gdy Marta wróciła  do laboratorium zastała  "w  swoim kąciku" nowy regał, do najwyższej półki mogła  sięgnąć nie  wspinając  się na palce. Szef, gdy tylko zorientował się, że Marta już  wróciła poprosił  ją do siebie - okazało się, że nim "naczynie laboratoryjne" rozpadło się  gdy Marta je  zdejmowała, już wcześniej wylądowało na stole - po prostu pani sprzątająca niechcący je strąciła , ale ponieważ się nie rozbiło to postawiła je z powrotem na półce. I gdy Marta je zdejmowała  to się rozleciało, bo już było lekko pęknięte.  Ale żeby było dziwniej, to pani sprzątająca dość nagle odeszła  z pracy gdy szef już ją przepytał czy mogłaby jeszcze raz przetrzeć tę półkę, bo są na niej  jakieś plamy, które wyglądają nieestetycznie. 

Marta czuła  się nieco dziwnie  gdy wróciła do pracy, bo nagle niemal każdy w laboratorium chciał obejrzeć jak wygląda "uszkodzona  ręka". Martę to dziwiło, bo przed  tym wypadkiem miała  wrażenie, że nikt  nawet nie wie (oprócz  szefa)  czy danego dnia ona jest w pracy czy jej nie ma. Przy okazji nasłuchała  się "opowieści  dziwnych treści" co się komu w życiu przydarzyło w pracy. Między innymi była opowieść o tym, jak przed laty jeden z szefów podążając do toalety potknął się o próg  tegoż pomieszczenia, wywrócił i.... złamał nogę.  I choć to było wiele lat wcześniej do dziś  się ludzie  zastanawiali czy wypadek nastąpił nim wszedł do toalety czy gdy wychodził. Na  wszelki wypadek owe drewniane progi w obu toaletach  zostały zlikwidowane.

W czasie  nieobecności Marty w pracy szef wygłosił mowę na temat BHP i powiedział, by nikt nie łapał w garść spadających naczyń laboratoryjnych - tym razem na szczęście wypadek nie był groźny, ale wszystko zdarzyć  się może - nowe naczynie  laboratoryjne jest do kupienia ale póki co to nowej ręki w razie poważnego uszkodzenia nikt nigdzie nie kupi.

W trakcie rozmowy z  szefem Marta powiedziała o tym swoim dziwnym ścięgnie i śmiała  się, że może przy okazji wypróbować kilka preparatów, które  są półproduktami.  Szef się rozpromienił i stwierdził, że to znakomity pomysł - jego  zdaniem nigdy nie jest  za wiele takich badań.

Pomału  wszystko wracało do normalności, cichcem nadszedł nowy rok akademicki i tym samym na  razie koniec pracy w laboratorium.  Na studiach  Marta miała teraz większość  zupełnie nowych koleżanek, większość starszych od  siebie. Stwierdziła  ze  zdziwieniem, że bardziej jej odpowiada ich towarzystwo niż roztrajkotanych panienek, które  już zakończyły naukę.

W niedługi czas po rozpoczęciu roku akademickiego   do Warszawy zjechała  mama Wojtka. O tym, że przyjeżdża poinformowała Wojtka zaledwie dzień wcześniej. Zapytana gdzie będzie nocować powiedziała, że "będziemy mieszkać te cztery dni w hotelu". Wojtek, jak zwykle nieco złośliwy, zapytał się od  kiedy mama mówi o  sobie w formie  "pluralis  maiestatis". Bo nie będę sama - poinformowała  go matka. Doceń, że cię o tym informuję, żeby twój ojciec mógł uniknąć spotkania ze mną by nie paść na atak serca. Oczywiście doceniam - stwierdził Wojtek. A możesz uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć z kim tu przyjeżdżasz?  Z moim partnerem. Być może będzie twoim ojczymem.  Wojtek zaśmiał się - a on chociaż wie, że masz dorosłego syna? No jasne, że  wie, to nie tajemnica. Gdy przyjedziemy to do ciebie synku zatelefonuję, że już jesteśmy. Dobrze - zgodził się Wojtek- zadzwoń.

Zaraz po zakończeniu rozmowy zatelefonował do swego ojca z  wiadomością, że przyjeżdża matka z jakimś facetem, ponoć jej partnerem. I że skoro zatelefonowała to pewnie do nich przyjdzie. Ojciec się tylko roześmiał - niech przychodzi- jest mi obojętne czy jest z kimś czy sama. Już dawno przestało mnie obchodzić co robi i  z kim robi. I wcale nie mam zamiaru chować  się przed  nią. Będę u was tak jak zawsze - jej wizyta w niczym nie  zakłóci mojego "rozkładu jazdy."  Jutro wracam około osiemnastej i nie  widzę powodu by nie wpaść do was na kolację. Ona  mnie już naprawdę nie  denerwuje, jest mi tak obojętna jak  zeszłoroczny śnieg. Poza tym jak zwykle wyjdę na wieczorny spacer  z Misią i twoimi teściami.

Marta na wiadomość, że jej teściowa następnego  dnia zjeżdża do Warszawy tylko wzruszyła ramionami. Miała sporo nauki i stwierdziła, że na jej towarzystwo to Wojtek niech  nie liczy, bo ma sporo nauki, więc nie  będzie godzinami siedziała przy stole - zje i "spłynie" do swego pokoju. A na sobotę umówiła  się z Alą, że pojadą wszyscy,  razem z ojcem,  do teściów Ali na pieczenie kartofli w ognisku. W niedzielę natomiast to ona musi się trochę pouczyć, bo we wtorek ma sprawdzian, ogólnie  mówiąc  z chemii. No i bardzo dobrze- powiedział Wojtek.  Matka wpadnie do nas pewnie w piątek, nie jest sama, więc sobie zagospodaruje jakoś sobotę i niedzielę - nie mam zamiaru odwoływać z tego powodu pieczenia kartofli. A Michał też jedzie?- bo jak na razie  to nic  mi jeszcze  nie mówił o tym pieczeniu kartofli- zresztą dziś to go nie było, był na jakiejś konferencji i musiałem go zastępować. 

To może ci podesłał wiadomość - stwierdziła Marta. Ty nie  zawsze pamiętasz o włączeniu dźwięku  gdy możesz odbierać wiadomości. Ale nie wykluczam też możliwości, że Ala jeszcze mu o  tym nie mówiła. Bo jak mu za  wcześnie  powie to on na pewno zapomni.  Ala się zamartwia, że Michał za dużo pracuje, bo znów ma jakiegoś magistranta. I według Ali to jakiś namolny osobnik, wiecznie Michałowi głowę zawraca, ciągle  czegoś nie  wie, a jak twierdzi  Michał to powinien to wiedzieć. Ty to podobno bardzo mało spraw  miałeś do Michała i wcale  się przy tobie  nie napracował, a ten to wydzwania do Michała niemal co drugi  dzień. Wojtek tylko się uśmiechnął - może ma chłopczyk nadzieję, że Michał mu pokaże jakąś pracę na  wzór, gdy mocno pomarudzi. Ale Michał nie z tych naiwnych i w pewnej chwili sprowadzi chłopaka na  ziemię i wyrazi zdziwienie, że facet ma  absolutorium a nie wie o czym ma pisać. Michaś jest bardzo spokojnym facetem i ten spokój już kilka osób zmylił. Najbardziej to lubię oglądać i słuchać jak Michał rozmawia ze studentkami. Bo on jest bardzo cierpliwym facetem, kobietki się do niego wdzięczą, on daje im się wygadać, a często na koniec gdy już dziewczyna się nawdzięczy,  nauśmiecha, nawywraca oczami mówi jej, żeby przyszła gdy szczegółowiej zapozna się z tematem, bo dziś to mógłby jej tylko nie zaliczyć - i mówi jej o  czym biedulka nie ma nawet bladego pojęcia. A mógłby przecież z mety odesłać ją na  inny termin. Pytałem się skąd ma  tyle  cierpliwości, bo ja to bym od  razu taką odwalił, żeby mi czasu nie zabierała, ale  Michał stwierdził, że po pierwsze  to takie natychmiastowe odwalenie kobiet jest podciągane pod  dyskryminację płci a poza  tym to mu w niczym nie  przeszkadza. Nie poświęca na to prywatnego czasu - to wszystko dzieje się w ramach czasu pracy, za który  mu płacą. A jak  się nasłucha i napatrzy na te panienki to jeszcze  bardziej docenia  własną  żonę, która  wprawdzie nie ukończyła  żadnych studiów  ale ma  w głowie  wszystko po kolei ułożone.

Wizyta matki Wojtka  z partnerem przeleciała  bezproblemowo. Matka była  nieco spięta, bowiem nie  spodziewała  się, że będzie jej były mąż. Partner matki był przyodziany w garnitur z najwyższej półki cenowej i jak potem powiedział Wojtek to brakowało  tylko metek z cenami.  

Lekko zgrzytnęło gdy matka  zapytała  się Wojtka "kiedy  wreszcie pomyślą o dziecku".  Wojtek tylko wzruszył ramionami i powiedział - nie  chcę być  niemiły,  ale to:  po pierwsze - nie twoja sprawa, po drugie - nim  znowu zadasz komuś takie  pytanie uzmysłów  sobie, że to brak kultury z twojej strony  a po trzecie - jeśli tak bardzo chcesz mieć małe  dziecko do miziania to zaadoptuj jakieś  dziecko z Domu  Dziecka, bo nie  sądzę byś jeszcze  mogła urodzić własne.  

Jesteś synku bardzo niemiły - stwierdziła  matka. Wojtek uśmiechnął się i powiedział - jak widać i słychać mam to po tobie - widocznie jest to cecha  odziedziczona.

Partner matki siedział wyraźnie jak na  przysłowiowym tureckim kazaniu, więc ponieważ matka  Wojtka powiedziała o nim, że jest właścicielem pensjonatu w górach, ojciec  zapytał  się  go jakie są prognozy meteorologów na najbliższą zimę.  Okazało  się, że ponieważ jednak zmiana klimatu postępuje to zapewne tej zimy też  trzeba będzie dośnieżać stoki sztucznie, co zdaniem ekologów bardzo  źle działa na roślinność na tych stokach i on osobiście zaczyna się zastanawiać nad sprzedażą  swego hotelu i ewentualnie kupnem jakiegoś  hoteliku w innej części Austrii, który mógłby być czynny cały  rok, na przykład nad  jakimś jeziorem w Karyntii.  Mina matki Wojtka świadczyła o tym, że pierwszy raz słyszy o takich planach.  I chyba była  bardzo zaskoczona  tymi wiadomościami  bo bardzo szybko zakończyła wizytę, twierdząc, że musi jeszcze tego dnia spotkać się z dwiema osobami.

                                                               c.d.n.





czwartek, 4 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 61

 Wracając z kliniki Marta poprosiła Wojtka,  by podjechali do laboratorium -  chciała od  razu zostawić zwolnienie  lekarskie i poinformować szefa, że "jeszcze  żyje" i że na szczęście ścięgna  całe. Szef był wzruszony, że pomimo   tak dotkliwej  kontuzji zahaczyła o laboratorium i stwierdził, że musi "obadać" sprawę tej szklanej  zlewki. Marta stwierdziła, że trudno będzie  to zbadać, tyko nie może  się nadziwić, że dzień  wcześniej nie  zauważyła żadnego uszkodzenia. Szef  stwierdził, że starannie  sam osobiście zebrał "szczątki" i jeszcze im  się przyjrzy, zwłaszcza, że na półce znalazł jakieś plamy. Poza tym wymógł na Marcie obietnicę, że oczywiście nic nikomu o tym nie powie, że dziwna ta  sprawa z tą  zlewką. Marta obiecała,  a szef powiedział, że gdy tylko dojdzie do jakiegoś  wniosku to od  razu do Marty zatelefonuje.

W domu już czekał na  nich ojciec z obiadem.Wojtek "zjadł w biegu"- musiał wrócić na uczelnię, bo gdy wyjeżdżał w pośpiechu to zostawił rozgrzebaną masę dokumentów i musiał  wrócić  by wszystko pochować. Wezwał taksówkę, uściskał ojca, wycałował Martę i pojechał z powrotem. 

Opatrzona ręka ukochanej  synowej zrobiła na teściu ogromne wrażenie - tak naprawdę to był przerażony. Sto razy się pytał czy na pewno nie są poprzecinane ścięgna,  zapewnił Martę, że bez najmniejszego problemu zajmie  się domem, czyli gotowaniem,  zakupami,  sprzątaniem, i że  oczywiście pojedzie z nią na  zmianę opatrunku. I, też oczywiście, wejdzie razem  z nią do gabinetu. Poza tym poprosił  by Marta  wszystko mu dokładnie opowiedziała. No i co chwilę powtarzał, że co za  szczęście, że Andrzej mógł się nią zająć osobiście. 

Marta się roześmiała i powiedziała -  jeszcze trochę to dojdziemy do wniosku,  że bardzo dobrze się  złożyło, że Wojtek zaczął chodzić na tę siłownię, że mu  "wyskoczyła" przepuklina, że go niemal na siłę zawiozłam na ostry dyżur do kliniki, że zaprzyjaźnił  się tak bardzo z Andrzejem, czyli że trafił się nam zbiór samych szczęśliwych przypadków z gatunku "szczęście w nieszczęściu", bo jeszcze trzeba do tego dodać, że ciebie Andrzej skierował do właściwego chirurga. No właśnie!- doskonale  to ujęłaś córeczko!  - zgodził  się teść.

Tatku - ale ja myślę, że ty zupełnie spokojnie możesz pracować, jeśli przez ten czas niesprawności mojej ręki  pomieszkasz u nas. Przecież ciebie nie będzie   w domu raptem 6 godzin , biorąc pod uwagę dojazdy do i z pracy. Będziesz wychodził z domu o 13,30 i wracał do domu około 19,00, czyli ja będę sama w domu bardzo krótko, bo Wojtek około 16,30 już jest w domu, czyli wychodzi na  to, że będę raptem sama w domu 3 godziny. A  w ciągu tych 3  godzin  nie muszę nic  robić poza  czytaniem ewentualnie oglądaniem czegoś w telewizorni. Albo obejrzę jakieś filmy z wypożyczalni. Więc wnieś jakąś poprawkę do tego co ogłosiłeś w  swojej pracy. Mogę ci solennie obiecać, że gdy będę sama w  domu to na pewno nie będę sprzątać, pichcić, robić sama zakupów. Będę po prostu sporo czytać. A na zakupy to pojedziemy z Wojtkiem jak  zwykle w  sobotę do któregoś dużego marketu. No i oczywiście  jeśli będziesz miał ochotę to przecież możesz zawsze jechać  z nami. Aaa - jak będziesz ze mną  w klinice to nie  zapomnij, że ja jestem  "bratową" Andrzeja - bo od  chwili operacji Wojtka mam taką ksywkę u Andrzeja. On po prostu traktuje Wojtka jak brata. 

Jak sam widzisz  niemal wszystko stoi w naszej rodzinie na głowie - ja do Pati mówię "mamo", Wojtek jest nagle  bratem Andrzeja i nieomal umieram  z ciekawości kim niebawem będzie  dla mnie  Michał. I pomyśl  przy tym, że tak naprawdę jestem jedynaczką, wychowaną przez rozwiedzionego faceta i mam tyle fajnych, bliskich  mi ludzi, którzy są dla mnie  prawdziwą rodziną. A dzieci Andrzeja mówią na ciebie "dziadek" i myślę, że to  wszystko razem jest po prostu cudowne.

Marta zatelefonowała jeszcze  do własnego taty, opowiedziała mu o tym że  jej szef ma  chyba  jakąś teorię na  temat tego jej  wypadku i chce  się temu bliżej przyjrzeć, umówiła  się, że dopóki nie  wydobrzeje i będzie  miała rękę unieruchomioną  to Misia będzie pod opieką rodziców. Tata obiecał, że wieczorem do niej wpadnie i niech Marta pomyśli w  czym on i Pati mogliby jej pomóc. Bo  może Marta  chce by Pati jej pomogła w kwestiach kosmetyczno - kobiecych, a może przy  kąpieli. Marta roześmiała  się  mówiąc, że etat kąpielowego już od dawna  jest obsadzony przez Wojtka, a teraz gdy jest kabina a  nie wanna to po prostu lewa  ręka aż do łokcia  będzie ubrana  w foliowy worek, żeby jej nie  zamoczyć. No i przy okazji, ponieważ będzie miała  czas to odwiedzi fryzjerkę, bo już ma stanowczo zbyt długie włosy. I że  teść będzie przez ten  cały czas nocował u nich no i gotował obiadki i robił drobne zakupy, bo te  większe to ona z Wojtkiem jak zwykle  zrobią w  sobotę.

Późnym wieczorem zatelefonował Andrzej, przepytał się jak się sprawuje  ręka, czy boli "sama z siebie", ucieszył się, że "sama z siebie" nie boli i że w takim  razie zamiast następnego  dnia rano niech Marta przyjedzie do kliniki pojutrze około godziny  szesnastej, prosto do jego gabinetu. No i oczywiście poprosił by nie  spała na lewym  boku tylko na prawym i najlepiej  żeby rękę ułożyła tak, by dłoń była nieco wyżej niż łokieć i by ręka nie była  zbyt mocno ugięta  w łokciu. Zróbcie między sobą piramidkę z poduszek  i jaśków, bo lepiej by ta ręka była na neutralnym podłożu a nie na męskim torsie - dwie lub trzy noce dasz radę tak pospać. 

A skąd ty wiesz jak ja śpię? zdziwiła  się Marta.  Andrzej  zaśmiał  się - bo my z Leną też tak  śpimy -  w końcu z jakiegoś powodu jesteśmy z Wojtkiem  braćmi. Oczywiście  my czasem mamy utrudnienie bo między  nami zdarza  się  któryś z  chłopców. Poduszka  lepsza, bo nie kręci  się, nie piszczy przez sen i nie wierzga a dzięki niej nic  nie  zagrozi twojej ręce. A nie drętwieją ci paluszki? Nie, nie drętwieją- zapewniła go Marta. No to daj mi na  chwilę brata jeśli jest gdzieś  blisko. On zawsze jest blisko mnie, nie ma problemu - stwierdziła  Marta i podała telefon mężowi.

Wojtek uważnie słuchał, na koniec  powiedział, że albo on przyjedzie z Martą  albo jego ojciec, bo jakaś masa nasiadówek go czeka, bo to wszak niedaleko jest do rozpoczęcia nowego roku akademickiego i jest  akcja "wszystkie ręce na pokład", bo nowy  rok ma  być lepszy organizacyjnie  od poprzedniego. No i jego też to dotyka, bo przecież  część jego pracy to dydaktyka. Koniec końców panowie doszli do wniosku, że w niedzielę około południa Andrzej z Leną wpadną sami, bez  dzieci do Marty i Wojtka. Tylko niech Marta nic  nie  szykuje. No jasne, że Marta nic  nie będzie  szykowała - z okazji tej nieczynnej ręki jest  z nami mój ojciec i on teraz zarządza w  domu kuchnią. I na pewno będzie  zachwycony tym, że do nas przyjedziecie - odpowiedział Wojtek. A komu je sprzedacie? Oooo, będą mieli chłopcy atrakcję, oby tylko była pogoda. Ojciec mi tu podpowiada, że możecie ich tu przywieźć, on ich spacyfikuje. Po tej swojej operacji to nabrał wiatru  w  żagle. Najlepiej to sam z nim porozmawiaj, masz jego numer. Możesz wszak sam rozmawiać z dziadkiem swoich  dzieci - śmiał się Wojtek. No dobrze - w takim razie Martę przywiezie ojciec i sobie od razu porozmawiacie, bo ja nie wiem jak wygląda pacyfikacja w wykonaniu mojego ojca.  Mnie z reguły pacyfikowała matka.

Gdy Wojtek skończył rozmowę z Andrzejem powiedział - coś Andrzejek  dziś w doskonałym humorze  - pewnie  dlatego, że ma wolną  niedzielę.  Strasznie absorbujący jest jego  zawód - no  ale z tego  co wiem, zawsze chciał być lekarzem. Jak był w podstawówce to jego ojciec miał nadzieję, że synuś będzie architektem, bo najlepiej gdy synuś kontynuuje marzenia ojca, który tym architektem  zamierzał być, ale jakoś jednak nie został, ale handlował nieruchomościami. No a Andrzej cichcem,  cichcem  przygotował się do zdawania na medycynę i tak  się przygotował, że  zdał bez problemu. Ponoć ojciec był bardzo niezadowolony z początku, ale teraz to sobie  chwali, że Andrzej ma wielu kolegów "po fachu". I często korzysta z ich usług, ale do Andrzeja się nie odzywa - to matka wydzwania i prosi syna o pomoc. Ojciec   jest śmiertelnie obrażony, że Andrzej  nie  chciał mieszkać pod  Warszawą w domu, który kupił jego ojciec i  z prawie  ruiny zrobił całkiem dobry  dom, a ten "podły syn" nie docenił i nie zamieszkał tam a na  dodatek uciekł w podróż poślubną  wprost z kościoła.  

Wizyta kontrolna Marty u Andrzeja wypadła  bardzo  dobrze. Andrzej  był bardzo  zadowolony z procesu gojenia   się tej ręki. Nic się nie paprało, ranki były suche, kciuk nawet za dotknięciem nie przyprawiał Marty o ból - dopiero teraz do Marty dotarło, że mięsień kciuka został  wewnątrz zszyty rozpuszczalnymi nićmi,  a te dwa szwy na rozcięciu to będą usunięte gdy całkiem zrośnie  się skóra. W sumie  to wszystko wyglądało bardzo  dobrze.

 Co do niedzielnej  wizyty - ojciec  Wojtka obiecał Andrzejowi, że w niedzielę podjedzie do nich, załaduje  w  samochód dzieci i razem z mamą Leny pojedzie z nimi do ZOO. Zawszeć będzie  to wygodniej niż wyprawa autobusami i tramwajem, chociaż  dzieciaki bardzo lubiły jazdę miejską komunikacją.  A wracając do sprawy zasadniczej, która przywiodła  tu Martę -po siedmiu  dniach od dnia  założenia szwów  szwy zostaną zdjęte a  założone tylko plasterki. Andrzej pokazał Marcie, że bardzo  niepokoił się o stan jednego ze ścięgien, bo u Marty było ono bardzo płytko położone i skóra nad nim i cieniutka  warstewka mięśnia marnie je  chroniła. Przewidywał, że po wygojeniu  się ręki trzeba  będzie się mu uważnie przyglądać, bo mu się  to ścięgno nie podoba. Naprawdę to cud  jakiś, że żaden kawałek szkła nie  skaleczył w tym miejscu ręki.

Tak jak  się umówili w niedzielę ojciec Wojtka pojechał samochodem z teściową Andrzeja i jego synkami do ZOO. Andrzej o całej tej  wyprawie  powiedział  dzieciakom  dopiero w niedzielny poranek - pisku i skakania z radości było z pół godziny a  niedzielne  śniadanie pochłonięte  bez margania, chociaż do jajek był dodany szczypiorek, którego obaj  chłopcy nie lubili. Ale tym razem perspektywa  wizyty w ZOO a do tego towarzystwo "dziadka Wieśka" poprawiły  wyraźnie  smak szczypiorku i chłopcy  bez  szemrania  go pochłonęli. 

Gdy tylko dzieciaki wyszły z domu i Andrzej przez okno sprawdził, że już odjechali  on i Lena pojechali do Marty i Wojtka. Lena wiozła  do  nich całą blachę orzechowych ciasteczek, bowiem wiedziała, że Marta ogromnie je lubi, więc wynalazła  w sieci przepis i je upiekła.

                                                                   c.d.n.