środa, 17 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 69

 Około dziewiątej rano  do pokoju Marty przyszedł lekarz w towarzystwie pielęgniarki, nieomal jeszcze   w progu wymienił swe nazwisko, które  Marcie nic nie mówiło i natychmiast wyleciało z głowy, pomógł jej usiąść i  stwierdził, że musi ją osłuchać, czy wszystko jest w porządku z płucami, bo jednak Marta ma temperaturę. Marta zdobyła  się na  uśmiech i cicho powiedziała - mogę pana zapewnić, że płuca są w porządku, to tylko taka  moja uroda, że nawet po zwykłym, nie  zakażonym  skaleczeniu palca wysoko gorączkuję.  Lekarz uśmiechnął się i powiedział- to nie będzie  bolało, zapewniam.  Osłuchiwałał długo, prosił by zakaszlała, potem obejrzał gardło i  nieomal z żalem  stwierdził, że  wszystko jest  w porządku. A potem zerknął na talerz stojący na stoliku, na którym dogorywał kleik i spytał czemu nie je- powinna pani koniecznie jeść by jelita  pracowały - pouczył ją.

Jem, ale nie jestem w stanie  zjeść "tego czegoś" - powiedziała  wskazując palcem talerz z kleikiem- zjadłam  dziś aż dwa dietetyczne  sucharki i popiłam wodą mineralną, niegazowaną. Poza tym ja  nie konsumuję zwykłego mleka bo mi nie służy. Na  co  dzień to jem jogurt lub kefir a i to nie  w  jakichś imponujących ilościach, przeważnie  150 ml na jeden  raz. Pan doktor uśmiechnął się i powiedział - no i bardzo  dobrze, to najzdrowsza  postać  mleka.  Po obchodzie przyjdzie  do pani jedna  z pań pielęgniarek, i oklepie pani profilaktycznie  plecki i potem pomoże pani  wstać. 

Ja już dziś  rano wstawałam do łazienki- poinformowała  go Marta-  ale miałam  wrażenie, że mi wszystkie wnętrzności za moment  wypadną, okropne  uczucie.  Dobrze, że to tylko  kilka kroków. A coś bolało gdy pani  szła do swej łazienki? - zainteresował  się lekarz. Nie, nic  nie  bolało, tylko  miałam takie uczucie i nawet odruchowo podtrzymywałam własny brzuch. Lekarz uśmiechnął  się - ciekawe jak można podtrzymywać  coś, co nie sterczy i jest nieomal  wpadnięte.  Za  dzień a najpóźniej za  dwa dni to uczucie  minie, pani  mięśnie "przyzwyczają  się" do nowej  rzeczywistości. Zaintrygowała mnie ta pani  temperatura bez  konkretnego powodu. Uprzedzał mnie o  tym chirurg - to  chyba pani brat? Marta uśmiechnęła  się - nie, to przyrodni brat  mojego męża. 

W dwie  godziny później przyszedł Andrzej i Marta opowiedziała mu wizycie tego lekarza, przy okazji mu doradziła, by zawsze mówił, że są z Wojtkiem braćmi przyrodnimi, mieli  wspólną mamę i stąd mają różne  nazwiska. Andrzej spojrzał na  nią z uznaniem - ty to jesteś  niesamowicie trzeźwą babką. A tak nawiasem to już dziś z Wojtkiem odbyłem konferencję i musiałem mu długo tłumaczyć, że naprawdę jest wszystko z tobą  w porządku. On tu przyjedzie około 14,00,  bo Michał, też przejęty twoją operacją, wziął jego dzisiejsze  wykłady.  

A ten internista, który  cię  dziś nawiedził to twierdzi, że jeszcze nigdy  w życiu nie widział pacjenta, który cały i  zdrowy miałby temperaturę niemal 39 stopni i chyba  będzie  wydzwaniał do kolegów  po fachu, że "odkrył" niezwykły przypadek. Jutro przyjdzie  do ciebie siostra opatrunkowa i zmieni opatrunek i pewnie  też będzie  zadziwiona, że nic ci nie  cieknie z cięcia. Chyba, że do jutra coś pocieknie. A teraz  bądź tak miła i usiądź sama z nogami opuszczonymi   w dół  a ja ci w nagrodę założę skarpetki. Muszę zobaczyć jak chodzisz.  Tu możesz chodzić w  samych  skarpetkach i w samej piżamie, bo jest cieplutko, ale na korytarzu to już jest chłodno, więc kapcie i szlafrok wymagane. Mam ogromną  wprawę  w  zakładaniu skarpetek bo zakładanie  skarpetek moim dzieciakom wymaga nie  tylko umiejętności ale i sprytu bo ich kończyny żyją własnym, zupełnie odrębnym życiem, czasem można odnieść  wrażenie, że oni mają samo składające  się nogi zwłaszcza od kolan aż do czubków palców choć czasami to nawet już od  bioder.  Podziwiam  Lenę jak ona sobie  z nimi radzi -  jej  zdaniem, to tylko kwestia wprawy i ignorowania pewnych zachowań dziecka. Poza tym  dzieci, jej  zdaniem, dobrze reagują na rutynowe działania.  Wiesz - przyzwyczajenie  drugą naturą  człowieka.  

To tak trochę jak zwierzaki- zauważyła  Marta - z reguły nerwowo reagują na nowości. Jak przyzwyczaisz zwierzaka do pewnych procedur to wszystko idzie jak z płatka. Przyuczyliśmy psiaka że ma trzy domy,  w których  mieszka  i Miśka we  wszystkich tak samo dobrze  funkcjonuje, w każdym czeka grzecznie aż  się jej łapki wytrze po każdym spacerze. Bo my je czyścimy po każdym, wszak na ulicy i trawnikach  czysto nie jest. 

Wojtek, tak jak zapowiedział  przyjechał punktualnie o godzinie 14,00. Długo trzymał Martę w objęciach niczym  cudem odzyskany skarb. Szalenie rozbawił Martę pytaniem czy pamięta coś z operacji, bo on pamięta wszystko co do niego  Andrzej w trakcie operacji mówił.  Marta się  śmiała -  ja tylko pamiętam moment gdy mi robiono zastrzyk  dożylny na sali przedoperacyjnej i zaraz potem odleciałam.  A pochwalił ci  się Andrzej, że przed operacją spał w moim pokoju?  Poprzednie  zabiegi trwały jakoś długo, widziałam , że Andrzej wygląda  na  zmęczonego więc mu kazałam położyć się na moim łóżku i nakryć kocem, żeby trochę odetchnął, bo zaraz miała być operacja, ale dopiero o 1 w nocy przyszedł ktoś z anestezjologów, zrobił mi zastrzyk i po następnej  godzinie obudził Andrzeja. Mam wrażenie, że byłam  na stole operacyjnym około trzeciej nad  ranem. Jestem pełna podziwu dla Andrzeja, że był w stanie operować. Ale jak mi powiedział,  to każdy z lekarzy jest "wyćwiczony" w łapaniu okazji do snu i w minutę po przebudzeniu do ratowania bądź operowania pacjenta. Ten anestezjolog to  się pewnie  zdrowo uśmiał, bo Andrzejek spał na łóżku a ja zwinięta w kłębek na fotelu z długopisem  w garści. Ciekawa jestem  skąd oni wzięli takie wielkie fotele. A gdybyś dziś widział minę lekarza internisty, który usiłował dociec dlaczego ja tak wysoko  gorączkuję bez powodu to byś  się  serdecznie ubawił. On był wyraźnie  tą sytuacją urażony.  Tak jakbym mu zrobiła  na  złość. Andrzej  twierdzi, że na pewno ten facet obdzwonił wszystkich swoich kolegów po fachu, bo pierwszy raz trafił mu się taki pacjent - zdrowy a z wysoką gorączką. A poza tym powiedziałam  dziś Andrzejowi, by mówił, że jesteście  braćmi przyrodnimi, mieliście tę samą mamę a różnych tatusiów.

A od kogo jest ten cudny, puchaty i cieplusi szlafroczek?- spytała Marta.  Od nas wszystkich, a wybrała go dla ciebie Pati.Tak naprawdę  wszystko to co nowe to wybierała Pati. Ja to tylko te śmieszne  klapki osobiście kupiłem bo mi się podobała ich gruba ale miękka, taka  amortyzująca podeszwa i to że bez trudu wchodziła mi w nie  moja pięść, więc wykoncypowałem, że bez trudu włożysz w te klapki stopę w grubszej skarpetce. A mój osobisty ojciec  ma metę na te sucharki dla ciebie - kupuje  je w prywatnej piekarni na Dolnym Mokotowie. I wszyscy  się nimi teraz objadamy. Ja je nawet wziąłem do pracy i Michałowi też one pasują. Michał tak przejęty twoją operacją jakby to Ala była  w szpitalu. 

Mój ojciec już obmyśla   jakieś dietetyczne dania, które  będzie  gotował gdy będziesz  w domu. Jest przerażony, że ty z tym bólem sama prowadziłaś  samochód, bo przecież mogło ci  się nagle pogorszyć i mogłaś mieć  wypadek.  Jak znam życie to on  tu pewnie dziś wpadnie bo zrobił dla ciebie kurczaka w galarecie. A kroił w tak małe kosteczki jakby to miało być dla dziecka. Wczoraj pozwolił mi na małą degustację. Pychotka, dobrze mu to wyszło. Ale strasznie mi źle zasypiać gdy nie ma  cię obok mnie - skarżył się Wojtek.  I w ogóle to bardzo źle śpię gdy ciebie  nie ma.  

A bardzo cię Andrzej pociął? Marta roześmiała  się  - sądząc po opatrunku to przeciął mi skórę na długości  ze sześciu centymetrów. Tylko? - zdziwił się Wojtek - to ja  miałem znacznie dłuższy szew.  No bo ty jesteś większy - śmiała  się Marta. Poza tym to miał u ciebie zapewne więcej do grzebania w brzuchu niż u mnie. U mnie tylko usuwał mały kawałek, nie  musiał mi mięśni przekładać i wszywać  do środka siatki. Ale i tak  się narobił  bo tam  jest  sporo naczyń  krwionośnych. No i musiał bardzo uważać by mu ten nafaszerowany ropą wyrostek nie pękł i by się to wszystko nie  dostało do wnętrza  brzucha.  

Najzabawniejsze jest  to, że wciąż nie  wiadomo do czego ten kawałeczek jest człowiekowi potrzebny. U niektórych  ssaków ponoć wspomaga trawienie węglowodanów. Jakaś inna teoria głosiła , że zapobiega różnym stanom  zapalnym, no ale przecież  sam wpada czasem w stan zapalny. No więc jest to ciągle tajemnicza struktura w naszym wnętrzu. Kiedyś jakiś geniusz wzywał by profilaktycznie małym dzieciom usuwać wyrostki robaczkowe bo nie wiadomo do czego służą, a bez nich wszak nadal człowiek żyje. I pewnie ileś tych wyrostków profilaktycznie wycięto, ale głównie  nie  w Polsce, nim się ktoś nie ocknął i nie powiedział głośno, że to głupota. 

Jeśli cię  ten temat interesuje  to w gościnnym pokoju jest na półce taka gruba książka pt. "Chirurgia"- możesz w niej poczytać o najczęstszych operacjach i pooglądać  rysunki- dowiesz się przy okazji co gdzie masz i jak  się co wycina i dlaczego, jakie jest ryzyko danej operacji, skutki zaraz po operacji i odległe. O przeszczepach też tam jest. Wszystko napisane jasno i zwięźle. Kupiłam ją gdy wpadłam na pomysł, że będę studiować medycynę. I bardzo starannie przestudiowałam. Książkę popełnił pan Youngson, jest tłumaczona z języka  angielskiego. Nawet w całkiem przystępnej  cenie  była. Wzrokowo to śnieżno biała twarda okładka  grzbietu z zielonym paskiem. 

A ja myślałem, żeś taka mądra w te klocki bo masz dwutomową Encyklopedię Zdrowia. Marta zaśmiała  się- no mam, ale tam nie ma dokładnych opisów jak przebiega jakaś operacja. Tam jest głównie o różnych chorobach i jak ich unikać, z czym iść do lekarza a nie leczyć  się na  własną rękę i jest o funkcjonowaniu różnych narządów które posiadamy. Według mnie to powinna być taka książka w każdym  domu. Tyle tylko, że jeśli nikt z właścicieli takiej Encyklopedii do niej  nie  zagląda to jest zbytecznym wydatkiem, choć trzeba przyznać, że ładnie  się na półce jej dwa tomy prezentują.

Chodź, zjedziemy do kantyny, może ty tam  coś zjesz a ja bym się tam napiła herbaty. Poza tym to ja mam przecież  chodzić. Zdaniem  Andrzeja to tam  nie trują, ale  sobie do tej herbaty wezmę suchareczki. Chyba  zdrowieję,  skoro zaczynam  być głodna. Gdybym była  w NFZetowskim  szpitalu to pewnie już jutro by mnie  wykopali, a tu będę tak długo jak będzie  sobie tego życzył chirurg. Zapytaj  się  swego taty o której on ma  zamiar tu być bo ja to bym  wolała, żeby  mi to papu przywiózł jutro. Z moim tatą to się umówiłam, że przyjedzie  tylko na  wezwanie,  żeby nie robić tłoku. Pytałam się  Andrzeja   ile będę tu siedzieć to oczywiście powiedział że nie jest wróżką i nie wie. Kiedyś to bym tu była siedem dni do zdjęcia  szwów i wyszła dzień po ich zdjęciu. Ale cztery  dni to mam tu pewne. Jutro mi zdejmą opatrunek  bo będzie  zmieniany i on wtedy zobaczy jak się goję.

W kantynie  Wojtek zamówił dla siebie gulasz z kopytkami i surówką, a Marta wypiła herbatę i zjadła  aż dwa sucharki. Gdy już kończyli jeść Marta  stwierdziła, że jednak jest jeszcze słabiutka i ta wyprawa do kantyny ją  zmęczyła. Nic  dziwnego - pocieszył ją Wojtek - ostatnio miałaś sporo nauki i jeszcze się douczałaś w laboratorium - zaraz zatelefonuję do ojca, żeby się na jutro a nie na  dziś ustawiał. Wracamy zaraz pomału do pokoju.

"Wyprawa " do kantyny tak Martę zmęczyła, że zaraz po powrocie ułożyła  się wygodnie  w łóżku, Wojtek  usiadł na łóżku i delikatnie Martę gładził po głowie, a  Marta  w 10 minut później już spała, o  czym Wojtek  zaraz przesłał wiadomość  do Andrzeja, dodając pytanie  czy to aby dobrze czy może jednak dzieje się coś złego. Oprócz tego nadał wiadomość do swego ojca, że galaretka  z mięsa  kuraka to raczej  jutro dopiero i że właśnie  Marta zasnęła.  Andrzej podesłał Wojtkowi informację, że to normalne, że Marta  śpi, objaw  prawidłowy, sen regeneruje organizm. I że on do godziny  osiemnastej ma jeszcze pacjentów w przychodni i gdy skończy to do nich wpadnie i nie będzie pukał tylko się im  wpakuje do pokoju bez pukania  tak jak personel w NFZ-towskich  szpitalach.  Wojtek zamienił krzesło na  wygodny fotel - ustawił go tak, by wygodnie siedząc mógł się wpatrywać w Martę. Wpatrywał się,  rozmyślał o tym, że kocha ją tak samo jak wtedy gdy byli jeszcze  małolatami i.....gdy Andrzej  po ostatnim pacjencie cichutko otworzył drzwi pokoju Marty zastał oboje pogrążonych  we śnie. 

Uśmiechnął się, zrobił im "pamiątkowe"  zdjęcie, delikatnie obudził Wojtka i wyciągnął go  do swojego gabinetu, który był na tym samym piętrze. Opowiedział Wojtkowi o całej operacji, o tym, że Marta cały zabieg świetnie zniosła, że nie  było z niczym kłopotu i wcale się przy niej nie napracował no i że Marta bardzo dobrze  zna  swój organizm. A co ty bracie taki śpiący jesteś? balowałeś  gdzieś? Nie balowałem, ale - tylko się ze mnie  nie śmiej - po raz pierwszy od lat spałem bez Marty i okrutnie  długo nie  mogłem zasnąć a potem budziłem się szukając jej w łóżku. Michał gdy mnie  dziś rano zobaczył to przez moment pomyślał, że spędziłem noc czuwając przy łóżku  Marty. Pocieszył mnie, że to normalne i że jak mi  się rodzina powiększy to bez trudu zasnę sam, ciesząc  się wręcz z tego faktu, bo niczyje malutkie lodowate stópki ani większe, damskie,  nie będą  się grzały na  moim brzuchu. 

Andrzej,  a jak długo chcesz ją trzymać w  szpitalu?  Tak ze cztery pełne  dni, nie licząc dzisiejszego. A na zdjęcie szwów to ją po prostu przywieziesz, zdejmę jej te  szwy i pozalepiam tak jak kiedyś ciebie, tymi paskowymi plastrami.

A wiesz, że spałem w łóżku Marty? Wojtek uśmiechnął się  i spytał - a co ci  się śniło? Nie wiem, przy takim dosypianiu  regeneracyjnym to ja  nie mam snów, albo są takie krótkie, że ich  nie  zapamiętuję. Ale pamiętam, że gdy ją widziałem przed zaśnięciem to namiętnie rozwiązywała krzyżówki i była  zwinięta w kłębek więc  tylko pomyślałem, że to oznaka, że wyrostek nie pękł, bo przy rozlanym by tak nie leżała i nie była  w stanie rozwiązywać krzyżówek. Zobacz Wojtek jakie to wszystko dziwne - z tobą i Martą mamy bardzo dużo takich  samych odczuć. A przecież znamy się nie "od zawsze".  Nawet z Leną mam sporo zupełnie innych spojrzeń na to co nas otacza, a z wami to "toczka w toczkę".  Może kiedyś, kiedyś mieliśmy wspólne geny. No może- zgodził się Wojtek- może nasi pra-pra-pra dziadowie  byli braćmi. Bo Marta to uważa, że jesteśmy w tym  samym typie urody i z tego co wiem, to  z żadnym facetem nie była i nie jest tak zaprzyjaźniona jak z tobą. Coś chyba musi w tym być. Gdy byliśmy dzieciakami to mówili o niej, że jest niedotykalska i  zarozumiała i trudno się z nią przyjaźnić.

                                                                        c.d.n.

wtorek, 16 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 68

 Listopad minął, jak  stwierdziła Marta, podejrzanie  szybko. Pogoda była przez większość  dni paskudna, miasto wyglądało ponuro i często  "tonęło" w rozpaćkanym brudnym śniegu, najlepiej sprzedającym  się towarem był według  Marty płyn zimowy do spryskiwaczy samochodowych. Ale  choć narzekała to cieszyła  się, że ma  sprawny samochód i nie musi jeździć miejską komunikacją. Nauki miała  zdecydowanie duuużo więcej niż na pierwszym stopniu studiów. Kilka  razy uzupełniała  swe wiadomości  z chemii z pomocą  życzliwych pracowników laboratorium. Lepiej też  się jej układały stosunki  koleżeńskie na uczelni.

W pierwszych  dniach grudnia w nocy, obudził Martę dziwny ból brzucha. "Przeleciała" w myślach co jadła na kolację, ale nie było to wcale ani ciężkostrawne  ani nieświeże. A że ból był wyraźnie raczej prawostronny pomyślała, że musi  się wybrać zamiast na uczelnię to do jakiegoś lekarza. Przypomniała  sobie, że w liceum też się jej kilka  razy taki ból zdarzył i wtedy  w międzyszkolnej przychodni lekarka podejrzewała wyrostek robaczkowy i dała jej zwolnienie z ćwiczeń WF do końca  roku szkolnego i jakoś dolegliwości ustąpiły. Następnego  dnia nic nie powiedziała  Wojtkowi, pojechała jednak na  uczelnię, bo ją nic nie bolało, a potem prosto z uczelni pojechała do swojej przychodni,  w której byli razem z Wojtkiem  zarejestrowani. W rejestracji zapisała  się do Andrzeja, który  zdaniem rejestratorki jeszcze nie urzędował w przychodni, więc powędrowała  do jego gabinetu na oddziale. Andrzej był i na jej widok zrobił "wielkie oczy", a Marta powiedziała, że właśnie się do niego zapisała i wyjaśniła dlaczego. No to idź, skarbie, pod gabinet  w przychodni, ja tam zaraz przyjdę, wezmę po drodze wykaz pacjentów na dziś. Nie mam cię gdzie tu położyć jak widzisz. A Wojtek na  dole? Nie, on nawet nie  wie, że ja tu jestem bo mu nic nie mówiłam. Może to jakiś fałszywy alarm to po co miałam mu robić cały dzień nerwów? Dam mu znać jak mnie "obadasz" - powiedziała i  szybko wyszła  z gabinetu. Andrzej tylko westchnął, ale nic już nie powiedział. W kwadrans później był już w przychodni i wziął Martę jako pierwszą pacjentkę. Jego zdaniem po badaniu to jednak "sfiksował" wyrostek, ale zaraz zrobią Marcie badania czy jest stan zapalny- jeśli tak to ona wyląduje jeszcze  dziś na chirurgii i zapewne na sali operacyjnej. I ty mnie pokroisz? - dopytywała się Marta.  Masz to jak w banku, mam dziś  dyżur,  a nawet gdybym  nie miał to i tak byłbym przy tobie jako asysta. Nie oddaję   rodziny w obce  ręce . Dzwoń do Wojtka. Później zadzwonię, on teraz ma jakąś nasiadówkę. Nie odbierze- wyjaśniła  Marta.  Wyślę mu sms przed godziną szesnastą. Bo albo wtedy zrobią przerwę albo już  skończą. Im później się  dowie  tym zdrowiej dla niego.

W czasie  badań wyszło, że to jednak stan zapalny i operacja jest niezbędna. Kurczę blade, a ja myślałam,że zapalenie  wyrostka to przypadłość głównie dzieci - nie  znam osób dorosłych operowanych z tego powodu. No bo nie jesteś chirurgiem to nie  znasz - ja już sporo dorosłych zoperowałem z tego właśnie powodu.  Wolisz znieczulenie zewnątrzoponowe czy ogólne?  Ogólne - stwierdziła Marta. To drugie  to sobie zostawię na poród, szkoda kręgosłupa. No, też racja - zgodził  się Andrzej.

Andrzejku - jest jeszcze  coś, o czym powinieneś wiedzieć - jest na 95% pewne, że ja po operacji będę bardzo wysoko gorączkować- taka jakaś dziwna uroda mego organizmu. Po tych przeciętych palcach też miałam  gorączkę, bo  po każdym "krwawym  zabiegu" tak mam.  Nawet po usuwaniu kamienia nazębnego jeśli mi krwawią dziąsła i po otarciu  sobie kolana  do krwi. No a przecież sam widziałeś, że goiło mi  się  wszystko szybko i dobrze i nic się nie paprało.

Dostaniesz po operacji kroplówkę i będzie w niej również antybiotyk - to standard, bo skoro wyrostek  fiksuje to znaczy jest stan  zapalny. Spędzisz jakiś czas na  sali pooperacyjnej pod opieką  pielęgniarek. Najważniejsze, że  się szybko zgłosiłaś i jest 99% szansy, że nic tam jeszcze nie jest rozlane, że nie pękł. Pewnie będziesz operowana w nocy. Ale rano już będziesz  musiała  się przespacerować po piętrze. Będziesz  miała odczucie, że masz dziurę w brzuchu,  przez którą ci zaraz uciekną wszystkie wnętrzności. To dlatego, że będziesz  miała przecięte mięśnie a organizm nie  ma potem świadomości, że one  są jednak dobrze  zszyte. Chcesz pokój jedno czy dwu łóżkowy?  Jedno, niech Wojtek śpi i będzie normalnie  w domu i  w pracy. Przecież nie będę tu długo.  

No raczej nie, jeśli nie będzie żadnych komplikacji. Naprawdę nie jestem wróżką i nie  wiem co zobaczę u ciebie  w środku. Nigdy nikt z nas tego nie wie- no może poza tymi przypadkami gdy ma się pacjenta z otwartą raną, ale i tak trzeba wszystko na własne oczy zobaczyć.Chociaż i wtedy można  być zaskoczonym.

Zaraz cię oddam w ręce pielęgniarek, zrobią  ci szybkie próby uczuleniowe. Masz uczulenie  na jakieś leki? Mam - jest w karcie - na sulfonamidy. Co nastukałaś do Wojtka?  Że jestem w szpitalu u ciebie i pewnie będę operowana, ale chyba jeszcze nie  czytał. Dopiszę by mi przywiózł koszulkę nocną. Nie musi - dostaniesz służbową, odkażoną, w której pojedziesz na blok operacyjny a na stole i tak będziesz tylko okryta płachtami a nie w koszuli. Niech  ci przywiezie  szlafroczek na to  dreptanie po operacji. A ja niestety będę widział tylko miejsce w którym będę działał. Musimy się jednak wszyscy razem wybrać latem do Sopotu, żebym mógł cię zobaczyć w bikini - mam podejrzenie, że to bardzo fajny  widok. Wbrew pozorom  nadal jeszcze jestem  facetem łasym na ładne babki. Ale od  dawna  wiem, że kocha  się nie za urodę ale za zupełnie inne  cechy.Nim wystartowałem na  medycynę to miałem wrażenie, że taki chirurg to ma klawo, bo zawsze widzi na  stole nagie kobietki. A realia wyglądają zupełnie inaczej, bo chirurg  widzi tylko pole operacyjne i narzędzia. 

Na godzinę przed operacją dostaniesz  zastrzyk ze środkiem premedykacyjnym, który ułatwia zasypianie. Gdybyś miała być operowana  dopiero jutro w ciągu dnia, to  dostałabyś wieczorem tabletkę "głupiego Jasia", o takim właśnie działaniu. Kiedyś, jeszcze na praktyce pacjent zatrzymał mnie i powiedział -"połknąłem tego głupiego Jasia i nic nie  działa - niech pan patrzy- mogę nawet czytać"! Spojrzałem i zachciało mi  się śmiać, bo facet trzymał tę gazetę "do góry nogami". Ale powiedziałem, że widocznie u  niego tabletka zadziała  z opóźnieniem.

Gdy Marta była już w swoim pokoju odezwał się przerażony Wojtek- był przekonany, że Marta uległa jakiemuś wypadkowi. Tusieńku, ja mam zapalenie  wyrostka robaczkowego i w nocy najprawdopodobniej będę operowana i to zapewne przez  Andrzeja. Albo  sam  mnie pokroi albo będzie  asystował przy  tym. Wybrałam opcję pełnej narkozy. Jego zdaniem nie jest  źle, bo raczej  nie jest ów wyrostek rozlany, więc operacja powinna być niczym  muzyka  rozrywkowa - lekka, łatwa i przyjemna. No ale  co jest tam  w środku to dopiero jak otworzą to zobaczą. Rano, czyli w kilka  godzin po operacji już mam spacerować. Mam pokój jedno łóżkowy. Z domu to tylko potrzebuję kapcie, ciepłe skarpety, szlafrok  i może cieplejszą piżamę na te  spacery . I to wszystko  może daj mojemu tacie  żeby mi rano przywiózł. A ty przyjedź dopiero po pracy. 

Wiesz  co, oni mi tu rano jakiś kleik do jedzenia  dadzą, więc może podrzućcie mi jakieś sucharki bo kleiku to ja  nie  zjem. Nie wiem czy jeszcze  są, ale  kiedyś były do kupienia takie sucharki z  ciasta biszkoptowego.  I tak dużo tego nie  zjem. Samochód mam tu na parkingu pod  dachem, na piętrze. I kup mi jakieś pisma kobiece, albo weź od mamy, bo ja ostatnio nic  nie kupowałam i mam  zaległości. I zadzwoń do sekretariatu mojej uczelni jutro i powiedz, że jestem  w  szpitalu. I nie wystrasz swego taty tą wiadomością, że jestem w  szpitalu, powiedz mu dopiero gdy będzie u nas  w domu a nie przez telefon.  Możecie jutro wpaść po południu.  Ja jeszcze  nie  wiem o której będę operowana, Andrzej powiedział, że może dopiero w nocy - tu  sala operacyjna to czynna chyba  całą  dobę. Są  dwie  albo nawet trzy i  chyba  działają na  zmiany. Sal nie  brakuje, raczej brakuje chirurgów i anestezjologów bo to takie  diablo trudne i ciężkie  zawody. Popatrz - Andrzej to chyba  sobie nas wykrakał, mówiąc, że będzie naszym rodzinnym chirurgiem. I jak dobrze, że albo on  będzie  mnie operował albo przynajmniej  asystował.

Około ósmej wieczorem Wojtek i ojciec Marty przyjechali do niej przywożąc : sucharki,  dwie ciepłe piżamy w tym jedną ze wzorem w.....białe misie, kosmetyczkę z kosmetykami wybranymi przez Pati, ciepłe skarpetki antypoślizgowe w ilości 3 par, kapcie  klapki, żeby  łatwo było je  wkładać i nowy, "puchaty" cieplutki szlafrok, lekturę w postaci "prasy kobiecej" i dwa  zeszyty rozrywki w postaci krzyżówek,  małe  radio,  2 butelki litrowe nie gazowanej wody mineralnej. Na  widok tego wszystkiego Marcie  to aż  się łzy zakręciły pod  powiekami.  I tata  z Wojtkiem   na wyścigi ją zapewniali, że na pewno wszystko będzie  w porządku skoro wyrostek nie rozlał  się- to raz, a dwa- że będzie  ją operował Andrzej. 

Marta wraz z Wojtkiem doszli do  wniosku, że on zabierze teraz jej samochód ze szpitalnego parkingu, żeby niepotrzebnie za ów pobyt  nie płacić, bo jakby na  to nie  spojrzeć to na pewno któryś z członków  rodziny po nią przyjedzie gdy będzie wychodziła  ze szpitala. Około godziny 22,00 przyszedł do Marty Andrzej i stwierdził, że- primo -rodzina, której czuje się członkiem jest unikalna i jest dumny, że do niej należy, secundo - że przyszedł do niej odpocząć bo tak na oko to koło północy zaczną się przygotowania  do jej operacji a on teraz się trochę zregeneruje u niej w pokoju. No to się wyciągnij na moim łóżku, nakryj kocem i odpoczywaj a ja się  trochę zajmę krzyżówkami. Miejmy nadzieję, że nikogo pogotowie nie zwiezie- stwierdziła  Marta. Nie  zwiezie, nie mamy dziś ostrego  dyżuru - a tu to mi nikt głowy  nie będzie  zawracał.W dziesięć minut później Andrzej już spał, a Marta przysłoniwszy nieco światło małej lampki pogrążyła  się  w lekturze.

Przygotowania  do operacji Marty były  chyba jednak opóźnione bo anestezjolog, dobry kolega Andrzeja, wślizgnął się cichutko do pokoju Marty dopiero po godzinie 1,00 w nocy, delikatnie obudził Martę drzemiącą na fotelu, wyszeptał jej do ucha, że zrobi zastrzyk i że za godzinę obudzi Andrzeja i wtedy też zabiorą ją na  salę operacyjną. I faktycznie godzinę później rozległo się pukanie i wszedł tenże lekarz który teraz obudził Andrzeja . Oprócz niego przyszły dwie pielęgniarki z łóżkiem i szpitalną koszulą, które pouczyły Martę, żeby jeszcze  skorzystała  z toalety, bo potem  będzie   miała kroplówkę, więc lepiej by pęcherz był pusty. Na  sali przedoperacyjnej  Marta została rozebrana i okryta, zapytana kolejny raz o to na co ma uczulenia, wstrzyknięto  jej  dożylny zastrzyk i w ciągu niecałej minuty  "urwał się jej film".

Ocknęła się na wieloosobowej sali pooperacyjnej. Leżała oddzielona kolorowymi zasłonkami od łóżek, które stały obok.  Nad  nią pochylała  się pielęgniarka pytając  się jak się  czuje i informując  ją, że gdy się skończy kroplówka to zostanie odwieziona do swojego pokoju. I że operacja przebiegła  bez żadnych problemów, wyrostek nie był pęknięty,  a jej wszystkie parametry życiowe były cały  czas prawidłowe. Została też przepytana  czy aby nie ma mdłości, a gdy powiedziała , że nie,  to zabrano leżącą pod jej brodą płaskie naczynie  nazywane w żargonie szpitalnym  nerką, z uwagi na kształt. Potem zmierzono jej temperaturę i ciśnienie i przyszedł lekarz pytając się jak się czuje, bo ma nieco podwyższoną temperaturę, więc mu wyjaśniła, że to u niej normalne. W dwie godziny później odwieziono ją do jej pokoju, pielęgniarka pomogła  jej usiąść i założyć piżamę  oraz ciepłe, antypoślizgowe skarpetki.  

Gdy już została  sama przyszedł Andrzej. Stwierdził, że mieli szczęście bo wyrostek był wypełniony ropą a, co gorsze,  był nieomal ukryty i się go Andrzej zdrowo naszukał bo był prawie pod  wątrobą. Ale go znalazł i odciął tak by nic   z niego  nie wyciekło a na koniec  jego kikut zamknął  i schował w kątnicy  i tam go starannie  zaszył. Całe szczęście, że wpadłaś na pomysł by przyjechać do szpitala a nie  czekać aż "samo przejdzie".   "Samo" to na ogół przechodzi zakażenie  z jednego osobnika na  drugiego.  I dziękuję ci, że mogłem u ciebie w pokoju zebrać siły na tę operację. Krzysiek mówił, że ty spałaś w fotelu  zamiast mnie wykopać  z łóżka i samej się w nim ułożyć.  Mam nadzieję, że Wojtek mnie nie  "złomocze" gdy  się o tym dowie.

Andrzejku - ja po prostu zadbałam o  siebie wychodząc  z założenia że dobry operator to operator wypoczęty. Poza tym ja to się w tym fotelu naprawdę wyspałam bo on duży jest a ja do gigantów to nie należę, a poza tym miałam jednak przed  sobą perspektywę wyspania się pod narkozą. Może nie jest to najzdrowszy  sposób na  spanie, ale jednak są ludzie  leczeni metodą śpiączki farmakologicznej. Bez jej zastosowania pewnie by nie przeżyli. A co powie Wojtek?  Powie, że widocznie tobie bardzo dobrze  się śpi w naszej obecności, co według nas jest wręcz komplementem, bo np. w moim odczuciu stan  snu jest najbardziej intymnym stanem i jeśli  możesz z kimś zasnąć spokojnie w jednym pokoju to znaczy, że masz do niego pełne  zaufanie pod każdym względem, że nadajecie na tej samej fali a wasze biopola się uzupełniają a nie zwalczają.   Jest cała masa osób z którymi za żadne  skarby nie spałabym w jednym pokoju, chociaż je lubię. I nie jest to wcale związane z płcią. Z iloma kobietami tak spałeś jak ze mną przed tą operacją? Z Leną, tylko z nią. A teraz z Wojtkiem i z tobą.  Ty masz rację, że sen jest bardzo intymnym stanem  i dzielenie go z inną osobą nie jest łatwe. Zwerbalizowałaś moje przemyślenia i odczucia w tej materii. Nie  byłem święty przed ślubem, było kilka dziewczyn, ale  każda ze wspólnych  nocy była dla mnie bezsenna i to nie  dlatego że był seks całą noc. Dziewczyna spała a ja za cholerę nie mogłem  zasnąć choć byłem zaspokojony i nie  brakło mi seksu. Popatrz - przy tobie  zasnąłem jak niemowlę i ten sen  mnie  w pełni zregenerował, choć nie powiem żeśmy spali długo.  Już zastanowiło mnie to, że obaj z Wojtkiem widząc się pierwszy raz  w życiu mieliśmy sobie  tyle do powiedzenia i tak dobrze  się rozumieliśmy.

                                                                         c.d.n.

niedziela, 14 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 67

 Następnego dnia rano, tak jak  było  zaplanowane,  Wojtek spotkał się z  Ziukiem, czyli teściem  Ali i razem odwiedzili  dział prawny  Spółdzielni. Cała "impreza" trwała dość  długo,  bo potem  jeszcze zawadzili o prezesa, ale, jak stwierdził Wojtek "było warto", bo  w efekcie końcowym, po napisaniu kilku oświadczeń , złożeniu  podpisów  w wielu  miejscach Wojtek przestał być  członkiem Spółdzielni   a jego prawa i obowiązki przejął teść Ali. 

Wyszli obaj w świetnym humorze - Spółdzielnia  zapewniała, że odbiór może nastąpić już w lutym. Wojtek  namówił Ziuka by jeszcze wziął pisemko uprawniające go do obejrzenia mieszkania, tłumacząc, że skoro jest członkiem spółdzielni i stosunkowo niedługo zostanie lokatorem tegoż mieszkania to warto  tam zajrzeć z żoną, bo kobiety zawsze mają jakieś   całkiem  niezłe pomysły, a poza tym to warto wziąć  ze sobą plan mieszkania i  taśmę mierniczą i wszystko własnoręcznie pomierzyć i wyniki nanieść na plan. Bo czasem i 15  cm  różnicy może sprawę skomplikować. 

Ty masz rację - jednak co inżynierska głowa - to inżynierska- stwierdził Ziuk. Tym sposobem będziemy  się mogli z żoną zorientować co weźmiemy z tego naszego domu a co zupełnie się nie nada pod  względem  wymiarowym. I myślę, że wcale nie musimy wzbogacać twojego znajomego notariusza, bo przecież tu stoi czarno na białym, że ja  przejmuję wszystkie dalsze koszty z dniem dzisiejszym.  A przecież nie musimy  się spowiadać co tych kosztów dotychczasowych.

 Nie kochany - powiedział Wojtek- zamówimy  się do notariusza, bo umówimy się na  następny weekend u mnie i ja  ci przedstawię wszystkie kwity, bo  ty musisz mieć podkładkę, że mi zwróciłeś moje  dotąd poniesione koszty i ja ci takie oświadczenie z wymienionymi kosztami dam, ty mi pieniądze wtedy  wrzucisz na konto, ja wezmę w banku wyciąg z konta na którym będzie wyszczególniona ta suma i skąd ona się  na koncie  wzięła i wszystko wtedy będzie w porządku i nikt nigdy się do nas nie przyczepi - żaden  Urząd Skarbowy. Dziś porobię skany wszystkich wpłat. I to, że mi wpłaciłeś na konto będzie w umowie notarialnej.

Ale wiesz co Wojtusiu- ja się źle czuję  z tym, że mi to mieszkanie odstępujesz nie po cenie rynkowej. Wojtek aż przystanął -  zrozum Ziuk, że ja nie  handluję mieszkaniami- ty mi po prostu zwrócisz koszty, które poniosłem i mnie to urządza.  Nam to mieszkanie nie jest potrzebne, po prostu tak  się złożyło, że gdy tata Marty zapisywał się do Spółdzielni to mi o  tym powiedział, a ja właśnie zacząłem wtedy zarabiać na tym co studiowałem i miałem pieniądze, więc też się  zapisałem. Ale wziąłem mieszkanie własnościowe, więc nieco droższe. Nie przewidziałem tylko, że  będzie  się znacznie dłużej budowało niż to Marty.  Ja to mam  jakieś dziwne szczęście  do mieszkań - gdy zacząłem studia to mieszkałem w  wykupionym przez ojca mieszkaniu, które ojciec wykupił i wpierw było własnością jego siostry, potem było zapisane przez nią na  mnie. A potem to mieszkanie sprzedałem oficjalnie mojemu własnemu ojcu, bo już  nie  mieszkał w Polsce i  nie  mieliśmy  wspólnego gospodarstwa i oczywiście dostałem za nie  pieniądze, które mam na koncie.  I ojciec teraz  tam mieszka.  Dzięki temu miałem na  samochód dla Martuni i zasilenie konta dewizowego. 

I gdy będziemy u notariusza to popytaj faceta czy  nie lepiej zrobić dla Mireczka darowiznę z tej waszej posiadłości niż zostawiać zapis testamentowy. Bo z uwagi na  wiek Mirka wiadomo, że  darowizną będzie zarządzać jego matka lub ojciec aż do czasu jego pełnoletności. Jest to o tyle  dobre, że w razie jakiegoś krachu finansowego Ala i Michał  będą mogli tym obiektem dysponować. Ale to trzeba omówić z  notariuszem - to łebski człowiek i umie  dobrze  doradzić. No albo zostaw to sobie  i tylko daj pod  wynajem komuś, ale to zawsze kłopot, bo ty ponosisz wtedy różne koszty, które  tylko częściowo uda  ci  się przerzucić na  najemcę. A nasze  władze mają co jakiś czas dość dziwaczne pomysły które zawsze uderzają we  właścicieli nieruchomości  a w niewielkim stopniu w najemców. I wiesz  - oboje z Martą uważamy ciebie i twoją żonę  za wspaniałych i rozumnych ludzi, że w pewnym sensie pełnicie rolę rodziców dla Ali i Michała i nie  stawaliście okoniem gdy Michał adoptował Mirka. Cała nasza rodzina jest dla was pełna  szacunku.

Wiesz - jak mówią  każda  akcja wywołuje  reakcję - a Michał to szalenie uczciwy i rzetelny człowiek- powiedział Ziuk.  Potraktował nas  tak jakbyśmy byli nie tylko teściami Ali ale jej rodzicami. Nim Michał ożenił się z Alą  to spędził na  rozmowach z nami wiele  godzin. I zawsze wprowadzał w  czyn to co nam wtedy obiecał. 

W czasie tych tak trudnych dla Ali i dla nas dni, gdy jej i nam nieomal  mieszał  się  rozum z powodu tego  wypadku,  zupełnie  nie stanęli na  wysokości zadania rodzice Ali, a ona ukrywała stale przed nami ich  zachowanie.  Jak potem powiedziała to nie  chciała nam dokładać  bólu, ale podejrzewam, że  zżerał ją  po prostu  wstyd i bardzo  bolało to co wtedy oni wyplatali. Efekt ich zachowania w tamtym okresie  jest taki, że ona od  śmierci naszego syna u nich nie bywa i nawet z matką swoją nie  rozmawia. Nie był idealnym synem  nasz jedynak - był egoistą.  Ale kochał bardzo Alę i Mireczka. Idealnym synem dla nas to jest Michał. Mógł wyjechać razem z Alą i Mireczkiem do swych rodziców, do Stanów, ale nie  wyjechał mówiąc, że skoro my tam nie  chcemy pojechać to oni zostaną tu. I jego  rodzice to rozumieją, utrzymujemy z nimi stały kontakt korespondencyjny. Inteligentni, serdeczni i bardzo taktowni ludzie i dobrze swego syna  wychowali.

Wojtek uśmiechnął się - Marta się ze mnie  śmiała, że ja to jestem zakochany w Michale, ale gdy go poznała to przestała  się  dziwić. I ogromnie  się  cieszy, że się przyjaźnię z Michałem. A my  też się bardzo cieszymy  z tego, że się przyjaźnicie - stwierdził Ziuk. Masz Wojtku świetną, mądrą żonę i bardzo dobrego ojca  i teścia. O tobie, Marcie i jej ojcu to nam Michał nawet  sporo opowiadał i szalenie  chcieliśmy was poznać. Twego ojca już  znamy, mam nadzieję, że za którymś razem przyjedziecie  do nas razem z rodzicami Marty. No i z waszym brytanem. Tylko będę musiał sprawdzić czy  nie ma jakichś mini dziur w ogrodzeniu, żeby wam ten  brytan  nie wyciekł poza ogród.  Ala zachwycała  się też tym  twoim "bratem" Andrzejem i jego żoną.  Zaczynam kombinować co zrobić by mieszkać w Warszawie ale nadal mieć ten dom z ogrodem. By można by było go wykorzystywać jako dom letniskowy. Miałyby latem gdzie  dzieciaki od rana do wieczora być na tak zwanym  świeżym powietrzu. Choć tak naprawdę to  zaczynam podejrzewać, że nie  tylko nad Polską, ale nad całą  Europą to już od  dawna nie ma "świeżego powietrza" tylko stopień skażenia różni  się od miejsca. Trzeba  chyba zrobić jakąś  burzę mózgów. Muszę  chyba namówić Michała, by zjechali w któryś weekend do nas razem z tym lekarzem, jego żoną i ich dziećmi. 

Wojtek uśmiechnął się leciutko - ale chyba nie obrazisz  się, że my wtedy nie przyjedziemy? Bo Marta mi powiedziała, że im  częściej przebywa w towarzystwie  dzieci tym mniej ma  chęci na własne dziecko, bo po prostu nie  czuje się na  siłach na takie "uziemienie". Chce skończyć studia i pracować w wybranym zawodzie a nie zakopywać  się zaraz po dyplomie  w pieluchy.  Co prawda, jak zauważyłem, to ona ma całkiem niezły kontakt  z  dziećmi i chłopcy Andrzeja dopytują  się kiedy ciocia Marta do  nich znów przyjedzie, ale jeszcze  ją do posiadania dzieci nie  ciągnie - powiedział Wojtek. Mam wrażenie, że każdy powinien w pewnym  sensie dorosnąć do posiadania dziecka - ona jak na razie nie  czuje  takiej potrzeby. Zresztą  ja też jeszcze nie dorosłem mentalnie  do dzieci.  Rozmawiałem z lekarzem i on mówi, że jeszcze jesteśmy młodzi i czas nas  nie pogania. Na razie to ja robię doktorat i mnie takie podejście Marty pasuje. Ona w te wakacje pracowała w laboratorium i jest przekonana, że to idealne dla niej miejsce pracy. Pracowała  na pół etatu i szef laboratorium powiedział, że już ją w nim widzi na pełnym etacie i że zawsze, gdy będzie miała jakieś pytania w trakcie studiów to może do nich wdepnąć i o  tym porozmawiać. Bo podobno Marta ma "analityczny umysł", taki w  sam raz do prac "innowacyjnych".  

Ja  tylko stwierdziłem, że cholernie   z niej dociekliwa istota  jest.  Jak  zacznie drążyć jakiś temat to nie odpuści w połowie. Andrzej to nie  może odżałować, że ona nie poszła jednak na studia na Akademii Medycznej. Bo wydedukował, że świetnie by mu  się z nią pracowało w chirurgii plastycznej. Ale  Marta  zaraz  go  ściągnęła  dość  brutalnie  na  ziemię opowieściami rodem z gabinetów kosmetycznych - czyli opowieści o tym na  co stać pacjentów i jak bardzo są nieuświadomieni. Pomimo tego, że przed każdym zabiegiem są uprzedzani co można danym  zabiegiem osiągnąć  a co jest po prostu nierealne. I po jej opowieściach już Andrzejowi wywietrzała  z głowy chęć przekwalifikowania się na chirurga- plastyka.

Kilka dni później Wojtek przesłał Ziukowi  skany opłat poniesionych dotychczas przez Wojtka i podał trzy możliwe terminy spotkania z notariuszem, by Ziuk wybrał ten, który mu  będzie pasował. Michał się śmiał, że jeszcze  trochę,  a Ziuk zacznie żałować, że Ala wyszła  za niego a nie za Wojtka, bo przez dwa wieczory wciąż się zachwycał Wojtkiem. A potem dodał - wiesz Wojtuś- on poniekąd ma rację, bo tak z ręką na  sercu, to ja  w porównaniu z tobą jestem straszliwym bałaganiarzem - to ty zawsze w naszym "gabinecie" utrzymujesz " ład i skład" a ja wiecznie wszystko rozkopuję. Ale już ucywilizowałem  się trochę i nie zarzucam papierami twojego biurka.  Nooo, zauważyłem,że od jakiegoś czasu starcza ci własne biurko - odpowiedział Wojtek.  Mnie nauczył porządku mój teść , który mi powiedział, że mnie podziwia jak ja mogę cokolwiek  znaleźć na  swoim biurku w tych stosach papierów i obdarował mnie przy najbliższej okazji szalenie fajnymi teczkami made in USA. A Marta pomogła w  segregacji papierów. Myślę, że moglibyśmy sobie  zamówić z jedną szafkę oszkloną, taką biblioteczkę zamykaną i w niej trzymać co ważniejsze "papiórki" i będzie  więcej miejsca na i w biurkach. A żeby zmobilizować dział gospodarczy to pogadaj z jego wielkim dyrektorem- ale nie  zamawiaj takiej  szafki, tylko spytaj, czy jak my dwaj sami  taką kupimy do swego gabinetu to czy nam pozwolą ją zabrać gdy któryś z nas będzie odchodził z pracy. Przy okazji będziemy  mieli gdzie schować express do kawy i przestanie  ludzi kłuć w oczy i przestaną do nas przyłazić na kawę. Jak przeniesiemy wszystkie papiórki do szafy to ekspresik sobie  schowamy do szafki biurka i nie będzie  ciągle ludziom w oczy  właził. Będziemy go wyjmowali tylko na  zrobienie kawy.  Bo ostatnio coraz  więcej ludzi do nas wpada na kawę i to przestało być fajne. Ty i ja pijemy góra  dwie kawusie w  ciągu  dnia, a ekspres wciąż jest okupowany i ciągle  ktoś u nas sterczy. Jest przecież expres  w kawiarni a drugi w sekretariacie, który dostały kobitki w prezencie ode  mnie.  Jeszcze  trochę a i panowie  studenci zaczną tu wpadać na kawę. Masz rację! Przytaknął Michał.  Mnie też już zaczęło to denerwować. Zaraz do niego zatelefonuję i  dowiem  się kiedy będzie  miał wolną chwilę.  

W trzy dni później do gabinetu Michała i Wojtka  została wniesiona oszklona biblioteczka. Była co prawda już używana ale pasowała kolorem do reszty mebli i oprócz zwykłego klucza miała jeszcze dodatkowe zamknięcie na kłódeczkę dolnej, zabudowanej części. No super-ucieszył się Wojtek- jutro przyniosę przekładki wyznaczające środek półek, bo podzielimy szafkę od  góry do  dołu, bo każdy z nas ma papiery mniej i  bardziej potrzebne i sobie je tak ułożymy by te stale używane były w części oszklonej, te ważniejsze w części zabudowanej.Wybierz  sobie którą część wolisz- lewą czy prawą. A ja porobię etykietki i nakleimy je na brzegi półek. A segregatory to sobie każemy przynieść do gabinetu - trzeba  się nieco szanować "kolego doktorze"- powiedział   Wojtek.  Teść będzie dumny ze mnie gdy to "obfocę" i mu pokażę. A Marta powie: "kurczę, następny świr w rodzinie". A sama ma  wszystko pod linijkę ułożone, a jak jej to mówię to twierdzi, że lata tresury nawet ją złamały.

                                                                c.d.n.



piątek, 12 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 66

 Gdy obejrzeli "posiadłość" powiedzieli facetowi, który ich "oprowadzał", że muszą się w domu,  w gronie rodzinnym  spokojnie  zastanowić. Na koniec Marta  zapytała  się czy i gdzie tu jest jakiś sklep spożywczy, lekarz itp. Zapytany chwilę  dumał i powiedział - no najbliższe  sklepy to są na Ursynowie, ale nie mam pojęcia gdzie jest jakaś przychodnia lekarska - mam wrażenie, że w Powsinie, tam przy  szosie. Acha, a jak się stąd  dostać na Ursynów? - wyraźnie  Marta drążyła temat, na który  z góry znała odpowiedź.

Pan  się rozpromienił i odpowiedział, że to blisko, a jedzie  się przez pola, przez które prowadzi nawet  dość  szeroka droga a niedługo ta droga, przy której stoi mur ogradzający to malutkie osiedle będzie szła prościutko do Nowoursynowskiej i będzie  miała  asfalt. No ale na pewno jeszcze nie  w tym roku. Też tak myślę - wycedziła przez  zęby Marta.  A Michał dodał - pojutrze do pana zatelefonuję, bo musimy  się z tymi wszystkimi  wiadomościami przespać. To jednak wszystko "stoi w kartoflach" i to w  sumie  dość  daleko od miasta i jakoś  trudno mi sobie  wyobrazić by tu mieszkać  zimą. No ale latem na pewno fajnie, bo to jest skraj Lasu Kabackiego i jest ładnie. A właściwie za jaką cenę ma  zejść ten dom - spytał Wojtek.  Człowiek wymienił cenę i powiedział, że na  wszystkie  wydatki  są rachunki i że właściwie to on  sprzedaje to po koszcie - po prostu ma problem by dostać  kredyt z banku. A kto zaprojektował tak oryginalnie ten budynek? - zapytała Marta. Bo mam podejrzenie, że ciężko go będzie  zimą ogrzać, co jednak jest sprawą istotną. Facet nieco  się zmieszał i powiedział - moja żona zrobiła  szkic a potem nasz znajomy architekt zaprojektował  to na podstawie  tego  szkicu. Marta z kamienną twarzą wydała  z siebie ciche "ychy" i nie  zadawała  więcej pytań, a Wojtek odwrócił się, by ukryć  uśmiech. Wojtkowy tata cicho chrząknął  i zapytał - a gdzie jest miejsce na  samochód? - bo tak naprawdę to chyba każdy  tu  mieszkający musi być  zmotoryzowany. Widzę, że w innym budynku jest garaż,  a tu nie. No bo my to planowaliśmy tylko wiatę, z boku, tam gdzie państwo zaparkowali. Marta ostentacyjnie spojrzała na  zegarek i stwierdziła, że zrobiło się już późno i powinni wracać i podeszła do drzwi wyjściowych. 

Gdy już byli w  samochodzie powiedziała - muszę to powiedzieć, bo inaczej  się uduszę - strata czasu i pieniędzy na taki dom. Ale musi facet bardzo kocha  żonę skoro pozwolił by wybudować tak dziwny dom. A Wojtek dodał - bo może to ona lub jej rodzina dała na to pieniądze. Taki projekt byłby niezły w ciepłym klimacie w którym  zimą nigdy temperatura nie  spada poniżej kilkunastu stopni. A skoro już tu jesteśmy to przejedziemy się na skróty na Ursynów i zobaczycie panowie miejsce, w którym stoi blok z "karcerem". Pojedziemy wolniutko, żeby nam zęby nie wypadły na ewentualnych wybojach a ja i tak mam dziś  w planie wizytę na myjni samochodowej, więc mi kurz nie przeszkadza.  

Droga  pomiędzy dwiema  częściami  kartofliska była nawet  w całkiem dobrym stanie, bez jakichś dziur, a za samochodem  snuł  się obfity welon  piaskowego kurzu. Przy okazji Wojtek pokazał "domki dla krasnoludków", które kiedyś zwiedzali. Gdy dojechali do miejsca, w którym stał budynek, w którym Wojtek miał dostać mieszkanie, Wojtek zaparkował i powiedział, że idzie pertraktować z dozorcą obiektu  by mogli zobaczyć mieszkanie które będzie do odbioru. Po 10 minutach wrócił po Michała i teścia Ali mówiąc, że obejrzą takie  mieszkanie, ale na 3 piętrze. 

Marta ze  swoim teściem została w  samochodzie i razem wciąż jeszcze obgadywali obejrzany w Powsinie dom. Ojciec  stwierdził, że samo to mini osiedle to mu  się podobało, ale tak naprawdę to powinno ono być ogrodzone dookoła murem, bo część, która praktycznie przylega do lasu jest idealnym  miejscem dla  złodziei okradających domy, bo tam nawet nie ma  zwykłego siatkowego płotu a przez istniejące ogrodzenia przejdzie  każdy złodziej bez najmniejszego uszczerbku, bo płot ze zwykłego drutu, między którymi może każdy nie będący kaleką przejść to nie płot a raczej tylko zaproszenie dla złodzieja. No  a fakt, że wszystko trzeba praktycznie  zwozić z Ursynowa jest  mało zabawny. No a ja - powiedziała Marta- to za żadne skarby świata  bym tu nie mieszkała. Musiałabym chyba  do cna zgłupieć by tu  mieszkać. Pierwszy raz taki dziwny dom widziałam. To nawet hacjendy w Meksyku, na dzikich zadupiach, lepiej się prezentują. Mąż jednej z moich koleżanek mieszkał kilka lat w Meksyku i oglądałam film nakręcony przez niego. Śmiać mi  się chciało, bo widziałam, że Michasia to z lekka przytkało na widok takiego marnotrawstwa miejsca i materiału a na wiadomość, że ten stół bilardowy też jest do nabycia to aż biedaczek nieco zbladł. Ciekawa jestem jak się będzie jemu i starszemu panu podobać  to mieszkanie w bloku. 

Takie trzy normalne pokoje z tym "karcerem" to dla dwojga na co  dzień i ewentualnie na weekendowe spotkania w cztery dorosłe osoby i trójkę dzieci to powinno wystarczyć- stwierdził ojciec  Wojtka.  Teść Ali ma dobrze poukładane  głowie. Ale na pewno mu żal będzie by sprzedać ten dom  z ogrodem pod Warszawą. Z drugiej  strony to już  sam zauważył, że z wiekiem to jakoś sił ubywa i ostatnio coraz  częściej musiał wynajmować ludzi do pracy w ogrodzie i do konserwacji domu - powiedział teść.  Bardzo go  to zmartwiło. On ma już nawet kupca na dom i ogród. Facet chce tam zrobić za domem regularną szklarnię. Nie mówił nic na razie Michałowi, bo jak powiedział nie  chce mu dowalać swoich problemów na głowę, bo Michał bardzo się wszystkim przejmuje. 

No właśnie - zauważyłam, że Michał jest bardzo wrażliwym facetem i zapewne  dlatego pomógł tak czynnie Ali gdy się jej popsuł wózek z małym  dzieckiem - stwierdziła Marta. I cieszę się, że się Wojtek  z nim zaprzyjaźnił i że razem w jednej branży pracują. Kiedyś uważałam, że mi  się źle ułożyło w życiu bo praktycznie nie miałam matki, a inne dzieci miały. Ale z czasem, gdy poznawałam coraz  więcej osób i ich historii to stwierdziłam, że miałam szczęście bo tata był i jest nadal  odpowiedzialnym i bardzo dzielnym człowiekiem skoro mnie sam wychował i bez żadnych powikłań przeszłam przez trudny okres  dorastania. I mam szczęście, że moja dziecięca miłość do Wojtka i jego do mnie nie minęła i że jesteśmy razem. Czasem, gdy  czuję się nieco zagubiona bo mnie  coś przerasta, sama  siebie sztorcuję, że w porównaniu do wielu osób znajomych to tak naprawdę  mam wiele szczęścia w życiu bo mam jednak rodziców, Wojtka, ciebie, fajne  mieszkanie i nie mam problemów materialnych. I mamy przyjaciół  takich  jak Andrzej i Michał i ich rodziny. Teść wziął jej rękę i ucałował mówiąc - a ja jestem szczęśliwy, że  się z Wojtkiem kochacie  i jesteś moją córeczką. Kocham was oboje i zawsze będę was chronił i wam pomagał. No popatrz, już wychodzą z budynku, ciekawy jestem jak im się podobało. A cieć im  się nisko kłania, pewno dostał jakąś gratyfikację. Marta uśmiechnęła się  - znając Wojtka to jestem pewna, że tak. Tej ekipie która robiła u nas remont dał premię, chociaż go zapewniali, że mój tata i ty już uregulowaliście wszystkie sprawy finansowe. 

No i jak? - spytała Marta gdy panowie już wsiedli do samochodu. "Machniom" powiedział ze śmiechem Michał. Spodobało się, a na karcer już jest pomysł - to będzie rodzaj magazynu czyli system szaf i półek. I będą do niego harmonijkowe  drzwi. Oczywiście za forsę lokatora, bo firmowo to jest pomieszczenie bez  drzwi. Cieć twierdzi, że na pewno budynek będzie wykończony w terminie, a może nawet przed terminem, bo jak na razie  to nie ma poślizgów. Oni już się nauczyli, by każdy budynek był strzeżony i dzięki temu przestała ginąć w ostatniej chwili już zamontowana armatura. A facet twierdzi, że był moment, że ginęły nawet już zamontowane kaloryfery.  Normalnie  to można obejrzeć mieszkanie gdy się przyniesie poświadczoną kartkę ze spółdzielni, a ja mu pokazałem swój dowód i pismo do mnie  adresowane ze spółdzielni, mówiące o przydziale mieszkania w  tym bloku. Chyba nie  wyglądaliśmy na złodziei armatury. No chyba nie - zgodziła  się z nim Marta.

No to jedziemy do nas na kawę - zarządziła Marta- ale przejedziemy  się nieco Ursynowem, żebyście obaj panowie  zobaczyli, że to już jest bardzo dobre osiedle i jest tu wszystko- to nieomal samodzielne miasteczko pełne i wieżowców i niskich domów, czyli czteropiętrowych.  Wiem- powiedział teść Ali- ja tu często bywam na SGGW. Ale zawsze byłem pod kreską czasową i nie  zwiedzałem tego osiedla. Andrzej i Lena bardzo sobie  chwalą Ursynów- powiedziała Marta. Moi lokatorzy również, zwłaszcza od chwili gdy jest porządne kino.

W takim razie ja jutro muszę się wyrwać  z pracy i wpaść do spółdzielni do działu prawnego i dopytać  się dokładnie co i jak musimy przeprowadzić. To może i ja od  razu też wpadnę - może to skróci w jakiś sposób wędrówki po urzędach- zaproponował teść Ali.  Nooo, możemy spróbować - zgodził się Wojtek. Ale musimy być najpóźniej o 9 rano, bo  ja około południa zaczynam wykłady. 

 Stary, "no problem"- albo ja  cię zastąpię, albo ktoś inny - powiedział Michał.  Ale jako kuzyni to musicie być "na  ty", więc zacznijcie  dziś ćwiczyć. Bruderszaft  jako istoty bezalkoholowe  spełnicie u Wojtka kawą albo sokiem z  czarnej porzeczki - to dwa płyny, które, jak zauważyłem u Marty  są  zawsze - kawa z expresu i sok z czarnej porzeczki . Dopiero u was nauczyłem się pić  sok z  czarnej porzeczki- przedtem go nawet  nie znałem  a teraz wpadłem  w nałóg- śmiał się  Michał. Och tato- ty nawet nie masz bladego pojęcia jacy z nich obojga fajni i zupełnie nie  dzisiejsi ludzie!- powiedział Michał. A dobrali  się niczym w korcu maku. 

Marta roześmiała  się- no fakt jesteśmy nieco staromodni. Dotarło to  do mnie  dopiero na uczelni, bo jakoś ni  diabła nie  mogłam  się z którąkolwiek z dziewczyn zaprzyjaźnić. Dopiero teraz, gdy jest zupełnie inny "zestaw" dziewczyn i jestem z nich najmłodsza to  się jakoś lepiej z nimi  dogaduję i żadna się nie  dziwi, że robię drugi stopień studiów.  Przedtem to naprawdę kilka  razy  miałam ochotę rzucić te  studia, no a teraz  się cieszę, że jednak wytrwałam.

A co  cię tam na tych studiach denerwowało? - dopytywał  się Michał. Marta machnęła  ręką - drobiazgi- na przykład opowieści o tym z kim sypiają, ogromne  zdziwienie, że  wyszłam  za mąż a nie jestem w  ciąży, opowieści o tym jak od  męża wyciągnąć pieniądze i jak jednocześnie być z dwoma  facetami na raz i nie  dać  się przyłapać. No i wychodziło na to, że ja jestem niedorobiona i nic  o życiu nie  wiem. Takie bystre  były a do końca nie  załapały, że je dwa razy  dziennie oszukuję mówiąc , że jeżdżę miejską komunikacją a nie  swoim  samochodem. A parkowałam dwie posesje dalej, bo się zapytałam właścicielki czy mogę i chciałam  jej nawet płacić jak za parking, ale ona wolała niewielkie porady kosmetyczne. Kosztowało mnie  to czasami nieco późniejszy powrót do domu, ale miałam wygodę. Teraz jest inny zestaw i są to babki, które już są kosmetyczkami a  mają chęć na własny salon kosmetyczny i  muszą dorobić owe "mgr" do swego wykształcenia. I żadna  się nie  dziwi, że mam ambicje  by pracować z czasem naukowo, w laboratorium. 

W czasie szybko zaaranżowanego lunchu teść Ali powiedział, że ma na imię Józef, a gdy był dzieckiem wołali na niego Ziutek, a potem został w  szkole i na studiach Ziukiem i jest do takiego imienia bardzo przywiązany. A poza tym jest szczęśliwy, gdy Michał mówi do niego tato, bo czuje  się wtedy potrzebny i chociaż pamięta o swoim niesfornym, nieżyjącym   synu, to Michał stał się dla niego i jego żony też prawdziwym synem. I stale jest wdzięczny Michałowi za to, że ten odrzucił zaproszenie swych  rodziców i nie wywiózł Ali i Mireczka do Stanów i pozostał w Polsce.

Zaraz po lunchu Michał z teściem pojechali do domu opowiedzieć o przymiarce do zamieszkania w Powsinie i o mieszkaniu na Ursynowie. W kwadrans później zatelefonowała Pati, że  zaraz przyniesie księżniczkę Misię, bo oni dość niespodziewanie idą dziś do teatru, więc już ją  przyniosą, bo Pati musi jeszcze coś  zrobić z włosami. To fajnie, przyjdźcie, a ja coś mamie zrobię  z włosami, nie ma problemu- powiedziała  Marta. I nawet makijaż mamie  zrobię - zapewniła  Marta. 

No to może ja pójdę  do siebie? -zaproponował teść. No co ty tato? Nie lubisz  Pati?  My tylko na kwadrans  zajmiemy łazienkę a resztę będziemy robić w sypialni albo w gościnnym pokoju. A wy sobie pogadacie o czym będziecie chcieli lub  coś będziecie oglądali w telewizorni.  Naprawdę nie będę wam przeszkadzał?- ucieszył się teść. Tato -  gdybym chciała byśmy same  zostały to poprosiłabym Pati by teraz tata  przyszedł sam a ja poszłabym do nich i potem tu przyszła  z Misią. Nie  doceniasz mnie jak słyszę. Doceniam- tłumaczył  się teść, ale nie chciałem przeszkadzać. No to siedź na tyłku i nie marudź- powiedziała Marta śmiejąc  się i obejmując  go.

                                                                 c.d.n.

 



czwartek, 11 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 65

 Wojtek, tak jak planował, powiedział Michałowi o tym, że teść Ali jest  zainteresowany kupnem mieszkania w Warszawie i  że pytał się czy Wojtek nie byłby skłonny by sprzedać  jemu to mieszkanie, które będzie  za rok do odbioru. 

Michał popatrzył na niego przeciągle i powiedział - ty jesteś niesamowitym facetem - nikt inny poza  tobą nie wpadłby na pomysł by mnie o tym powiedzieć, bo to przecież twoje mieszkanie. Każdy inny zrobiłby taką transakcję bez zająknięcia się, a ty się pytasz  czy mnie taka transakcja odpowiada. Przecież to będzie twoje mieszkanie i na  zdrowy, chłopski rozum to nie moja sprawa. A ty się pytasz- dlaczego? 

Wojtek uśmiechnął się - pytam się, bo teść Ali z jej poprzedniego związku jest dziadkiem twego adoptowanego dziecka, ale nie jest twoją rodziną  w powszechnym rozumieniu tego terminu. A że mam cię za swego serdecznego kolegę  nie  chcę zrobić ci  czegoś, co byłoby ci nie na rękę. Bo ja  wcale nie muszę sprzedawać tego mieszkania, które jeszcze jest w budowie, ale mogę je  sprzedać dziadkowi Mirka jeśli tobie  takie rozwiązanie pasuje. Poza tym chcę je  sprzedać tylko po tych kosztach, które dotąd poniosłem - po prostu dziadek zwróciłby mi tylko i  wyłącznie te koszty, które dotąd poniosłem- na  wszystko mam kwity. Ja nie  chcę  czekać aż do chwili odbioru mieszkania i sprzedawania go dopiero wtedy.  Uważam, że tak będzie uczciwie i praktycznie, bo przed wykończeniem zawsze można (gdy już wiadomo które to będzie  mieszkanie) wprowadzić drobne zmiany- jest to możliwe i wiele osób tak robi. Możemy z dziadkiem Mirka pojechać w tygodniu do spółdzielni i na plac budowy by w naturze obejrzał miejsce i to mieszkanie - plan nie oddaje wszystkiego- zawsze  w naturze  wygląda to inaczej- czasem lepiej  a czasem gorzej niż na  kalce technicznej. I prościej jest teraz wpisać go na członka  spółdzielni niż czekać bym ja je  odebrał i wtedy sprzedawał. No i na pewno będzie taniej niż wtedy gdy mieszkanie jest już oddane  właścicielowi. Bo teraz  to ono kosztuje  tylko tyle, ile ja w nie  włożyłem, bo tyle sobie  spółdzielnia  życzyła. A gdy już jest oddane do użytku przy sprzedaży obowiązuje  cena  rynkowa, która jednak w pewien sposób obowiązuje, jeśli się nie  chce  mieć  do czynienia z prawnikami i Urzędem Skarbowym.  Poza  tym, jak znam życie,  to zawsze przy końcu budowy koszty rosną - nie wiem co prawda  czemu, ale tak to wygląda. My już mamy mieszkanie na Ursynowie - to mieszkanie Marty i ona je po prostu wynajmuje. To miejsce gdzie mieszkamy nam bardziej pasuje  niż Ursynów bo do jej rodziców mamy tylko 230 metrów a do mojego ojca 500 metrów gdy się przeleci podwórkami a kilometr gdy się idzie jak  należy ulicą. Oczywiście  calutką  transakcję przeprowadzimy jak najbardziej legalnie, za zgodą Spółdzielni. Nie chodzę na  jakieś lewizny. 

To mieszkanie  miał dostać Andrzej, ale Marta wpadła na pomysł, żeby dostał to, które ja  miałem już odebrać. Mieszkali w paskudnym  miejscu na Woli w M3 z ciemną kuchnią. Dział prawny chciał bym jednak je  odebrał i dopiero potem się zamieniał. Teraz  jest inaczej, bo blok jeszcze ma  daleko do odbioru, więc dziadek po prostu wskoczy do Spółdzielni  na moje miejsce (zrobię  z niego swego krewnego) i dalsza "spółdzielcza  papierologia" będzie już dotyczyła jego, nie mnie. No i zawsze niestety jest możliwy "poślizg", no ale  raczej niewielki, bo chałupa  już stoi. No i mamy zaprzyjaźnioną ekipę remontowo - przeprowadzkową. Rewelacyjni ludzie. Nam zrobili super  remont  mieszkania w tydzień a Andrzeja przeprowadzili- śmieliśmy się  z tatą, że nieomal ich na rękach  zanieśli. Mistrzowie pakowania.

A ponadto przyjmij  do wiadomości, że uważam ciebie za przyjaciela, a my z Andrzejem uważamy  się za braci, a przyjaciele i rodzina są zawsze traktowani inaczej niż reszta. Teraz już chyba wiesz, dlaczego się ciebie pytam, czy pasuje  ci by dziadek Mirka mieszkał bliżej was i by mogli pomagać Ali w opiece nad waszymi dzieciakami. 

No wiem, ale mnie całkiem zaskoczyłeś - ty, Marta, wasi ojcowie, pani Patrycja - jesteście  zupełnie nietypowi- jakby wyjęci z innych czasów. Po prostu takich  ludzi bardzo rzadko się  teraz spotyka. Rozmawiałem z Alunią, że jesteście  wszyscy jak z innej bajki i że szczęśliwie się stało, że los nas zetknął z wami oraz z Andrzejem i Leną. Już gdy byłem twoim promotorem to widziałem, że jesteś inny. Pomijam w tej  chwili twoją wiedzę - mam na myśli tylko twoje rodzinne sprawy. Naprawdę nie  często na obronę przyjeżdża teść i żona a na dodatek nie  mają żadnych wydumanych żądań tylko się troszczą jak pomóc nie tyle zdającemu co osobom przy  tym zajętym. Widziałem projekt który  zrobiłeś dla  L. - był świetny! A ty go zrobiłeś jeszcze nim obroniłeś pracę! Powiedziałem o nim  szefowi i dlatego cię stary lis zwerbował. I wiedz, że chociaż jesteś ode mnie  sporo młodszy to ja cię podziwiam.  Martę też- ona to mnie  zadziwia! Wojtek roześmiał się - no to jest nas  dwóch, tyle  tylko, że ja w takim  zadziwieniu tkwię od szkoły podstawowej. A jej ojca to wolałem po stokroć bardziej niż  własnego.  Ale to właściwie  Marta "odkryła", że mój ojciec  jest całkiem fajny. A nasi ojcowie to kiedyś razem pracowali. A mój teść zna Pati od  wielu, wielu lat, ale pobrali się dopiero wtedy gdy już Marta i ja byliśmy po ślubie. I Marta mówi do niej najczęściej per "mama". Jak widzisz i słyszysz zabawna jest ta  nasza  rodzina i  zapewne  nieco dziwna, bo mamy zwyczaj  rozmawiania o  wszystkim. Tata Marty zawsze traktował mnie poważnie, nawet gdy byłem małolatem, nie wyśmiał mnie gdy mu powiedziałem wtedy, że kocham Martę i że się na pewno z nią ożenię gdy dorosnę i skończę studia.  No i tak zrobiłem.  

Przepraszam, że pytam a jaka jest rodzona matka Marty? Nie wiem- odpowiedział Wojtek - Marty rodzice rozeszli się gdy ona  miała 12 lat i ona na  sprawie rozwodowej wybrała mieszkanie z ojcem- zresztą wtedy powiedziała w sądzie, że matka się nią nie  zajmowała. Ja często odprowadzałem Martę do  domu ale  ani razu  nie widziałem  jej matki, bo nigdy jej nie  było w domu a nie pracowała  zawodowo. A zawsze odprowadzałem Martę  aż do mieszkania, bo ona  miała  jakiś kiepski klucz i trzeba  było dość mocno go przekręcać  w  zamku. A potem gdy wymienił tata  zamek to i tak wchodziłem  z nią do budynku i  czekałem aż wejdzie  do mieszkania. I zawsze nikogo nie  było w mieszkaniu.  I sąd wziął pod uwagę jej wypowiedź. A jej matka wyprowadziła  się i od tej pory ani  razu już  się nie  widziały. Marta to "córeczka tatusia" - on ją przygotował do dorosłego życia i jak  sam widzisz  zrobił to świetnie. Dostaliśmy sporo lektury do czytania i zapewnienie, że tata odpowie na każde nasze pytanie- możemy pytać  razem albo oddzielnie- zawsze nam odpowie. I tak było. Ja to moim rodzicom często kłamałem, ale nigdy jej ojcu- wiedziałem, że mogę mu powiedzieć wszystko i w razie potrzeby na pewno mi pomoże wyjść z jakiegoś kłopotu bez szwanku.

A z Andrzejem chodziliście do jednej szkoły? -spytał Michał. Nie, on jest bliżej twojego rocznika  niż mojego. Po ćwiczeniach w  siłowni i pociągnięciu za ciężkiej  sztangi "coś" mi wyskoczyło w pachwinie i Marta popatrzyła, pomacała i zawiozła  mnie do szpitala na dyżur i miała  rację, że to przepuklina . Tego wieczoru dyżur  miał Andrzej i mnie  zoperował i jeszcze  Martę pochwalił. A po  operacji przegadaliśmy z nim kawałek nocy i doszliśmy do wniosku, że  ani chybi jesteśmy z jednej prywatki albo wręcz braćmi. A on potem wszystkim w klinice powiedział, że ja jestem jego bratem a Marta bratową i tak zostało do  dziś. A potem Andrzej wysłał mojego ojca na konsultację do swego kolegi, a ten mu  zoperował stercz i Andrzej na stałe  już wszedł do rodziny. 

Dzieciaki Andrzeja  mówią do mego ojca "dziadku" i ojciec  jest szczęśliwy. A moja matka znarowiła  się i wydało się, że od długiego dość  czasu ojca  zdradzała i się  rozeszli. Całe miasto o tym wiedziało ale nie ojciec. Ojciec wrócił do Polski, a ona siedzi nadal w Austrii  i kolekcjonuje młodszych od  siebie  facetów. A ojciec  cały w skowronkach bo Martusia go wysłała do kardiologa po jednej  z wizyt mojej matki u nas i wydało się, że ojciec  miał kiedyś  zawał o czym nie  wiedział, ale na angiografii wyszło. Śledztwo wykazało że zawał był uznany za  zapalenie oskrzeli. I Marta  zarządziła, żeby matka  nie przychodziła do nas bez  zapowiedzenia, bo ojciec  się  denerwuje i mu ciśnienie  skacze. 

No i teraz co Martusia powie to jest święte. Jestem przekonany, że gdyby mu kazała z Pałacu  Kultury skoczyć to też by to zrobił - on ją ubóstwia.  Gotuje dla nas obiadki a u siebie  to tylko śpi i je śniadania. U nas je obiady i kolacje. A Marta mu powiedziała, że ilekroć będzie się  nieco gorzej czuł albo był w gorszej  formie psychicznej to ma u nas nocować. Naprawdę jesteśmy zwariowaną rodziną. 

A teraz gdy Marta miała te  atrakcje ze  swoją ręką Andrzej ją  ratował. A poza tym Andrzej ma  zawsze o  czym pogadać z  Martą bo ona  sporo wie na tematy medyczne. W końcu kosmetologia to kawałek medycyny  estetycznej. 

A Marta  mi ostatnio powiedziała, że Andrzej to kawałek przystojnego i mądrego faceta, więc nic  dziwnego, że stale go jakieś  "pimpy" w klinice  uwodzą i  że on jej też się podoba bo obaj jesteśmy podobnego typu urody ale kocha  mnie a nie jego. Ona jest  czasami szczera  aż do bólu. A o tobie powiedziała, że jesteś  wyjątkowo porządnym  facetem i jej zdaniem pomysł, żebyście mieszkali z  Ali teściami blisko jest bardzo dobry, bo trójka  dzieciaków to jednak spore obciążenie  dla Ali. I jest pełna uznania dla Ali teścia, że nie  robił problemów gdy postanowiłeś usynowić ich jedynego wnuka. Ala też jest z tego powodu szczęśliwa a dzieciaki mają pełną rodzinę. A twoja  mała Irunia to prawdziwa kobieta- od  razu zobaczyła pierścionek Marty i jestem pewien, że Marta  ją przy pierwszej okazji wyposaży w  jakąś dziecięcą biżuterię, taką zabawkową.

Kocham was oboje- powiedział Michał. I muszę pogadać z kolegą, bo on  się buduje w Powsinie, ale może ktoś tam chce  się pozbyć domu, który nadawał by się do remontu. Bo ja  wiem, że teściowie Ali nie  będą szczęśliwi w bloku - zbyt długo mieszkali we własnym domu. Tylko na  razie nic nikomu nie mów. Postaram się w ciągu tygodnia przepatrzeć rzecz całą - dobrze?  No jasne, żaden problem. Marcie też mam nie mówić?  Marcie możesz, ale niech  zachowa  to dla siebie. Spokojna  głowa, Marta w tygodniu jest  zajęta, wszak studiuje i twierdzi, że nauki ma teraz po koniuszki włosów. Te ostatnie  dwa lata są jej zdaniem bez porównania trudniejsze,  ale  się  cieszy bo zawsze  może wpaść do laboratorium po zajęciach i pogadać z chemikami by lepiej  coś pojąć. A w weekend to robimy  zakupy i różne zaległe prace  domowe.  A moja matka nie może Marcie wybaczyć, że ona po studiach chce pracować w laboratorium a nie być właścicielką lub wspólniczką porządnego gabinetu kosmetycznego. Bo teraz jest poprzeczka podniesiona i osoba prowadząca gabinet kosmetyczny musi mieć wyższe  studia a nie  tylko ukończony pomyślnie dwuletni kurs  zawodowy. Bo kosmetyczką to już Marta mogłaby  być, ale ona nie lubi tego zawodu. Będzie po prostu kosmetologiem  a to spora różnica.

W sobotni wieczór do Wojtka zatelefonował Michał z pytaniem, czy Wojtek mógłby z nim razem pojechać w niedzielę do Powsina, bo jest coś do pertraktacji - ktoś przecenił swoje  możliwości finansowe i musi zrezygnować z budowy. I może by pojechałaby z nimi Marta, bo przydałoby  się kobiece praktyczne spojrzenie. Wiesz  co - w takim razie  weźmiemy też mojego ojca - on  się zna na  domach, bo miał w Austrii duży dom - co prawda drewniany ale  spory. O to fajnie - ucieszył się Michał.  Ale i tak moim zdaniem taką inwestycję powinien obejrzeć jakiś specjalista  budowlaniec powiedział Wojtek. Bo wiesz - to że coś wygląda fajnie  nie dowodzi, że jest to warte zakupu. A nikt z nas tak naprawdę nie  zna się na budownictwie od  strony  technicznej. No ale przynajmniej zobaczymy czy warto się do tego domu przymierzać  i ściągać  fachowca - stwierdził Michał. No to ja po was przyjadę z teściem i pojedziemy moim wózkiem - mam nawet opisane jak trafić od dołu, bo od góry, czyli z Ursynowa to jest tylko  bita droga i ponoć trudniej trafić. Z czasem będzie normalna, asfaltowa. No ale może my wpadniemy samochodem Marty, więc może spotkajmy się  gdzieś na  dole, czyli jak się domyślam będziesz jechał Aleją Wilanowską i potem w stronę Powsina, więc umówmy się gdzieś na  dole. Zerknij i przeczytaj mi opis trasy a ja ci powiem gdzie się spotkamy, bo ja Powsin i okolice mam dość dobrze przepatrzone. Michał  stwierdził, że najlepiej będzie  gdy  się spotkają w okolicy parkingu należącego do  Parku- czyli na końcu tej drogi dojazdowej, bo na parking skręca  się w lewo,  a oni pojadą kawałek  w prawo i w górę i podał nazwę uliczki, w którą skręcą w prawo. W tym momencie Marta stwierdziła, że będzie najprościej  gdy Michał podjedzie pod ich  dom i dalej pojadą razem. Przecież zmieszczą się w jeden normalny samochód bo przecież będzie ich najwyżej 5 osób i do Powsina pojadą samochodem Wojtka, żeby nie  demontować dziecięcych fotelików z  samochodu Michała no albo dwoma. Dobrze, podjedziemy do was, bo faktycznie to lepsza trasa - zgodził się Michał.

W pół godziny później już  wsiadali do samochodu Wojtka - Michał siadł obok niego, a Marta siedziała  z tyłu pomiędzy dwoma teściami- swoim i Ali. Teść  Marty  śmiał się, że czasy takie, że nawet siedząc obok ponętnej młódki nie  można jej za kolanko potrzymać, bo jest w  dżinsach.  Bez trudu trafili w Powsinie pod  wskazany adres.  Był to rodzaj mini osiedla, na którym wg planu  ma być pięć  domów jednopiętrowych.  Teren od  strony uliczki ( nazwa "ulica" było zwykłym nadużyciem, bo była to zwykła polna droga) był oddzielony  białym murem,  w którym była  brama, teraz jeszcze  wciąż otwarta ale widać  było, że z czasem będą domofony do poszczególnych domów. Trzy już były zamieszkane, dwa jeszcze  w trakcie budowy. Dom, do sprzedaży był, zdaniem Marty, dość dziwny. Na dole była bardzo duża kuchnia i duży salon, duża łazienka, WC. Z  salonu było zejście do piwnicy do pokoju, w którym stał stół bilardowy - również do kupienia razem z domem. Nad salonem właściwie nie  było sufitu - można było obejrzeć  jak od  spodu wygląda dach. Na piętrze  nad całym salonem dookoła był rodzaj   balkonu i widać było drzwi  sześciu pokoi, sądząc po ilości drzwi. Było tam tak naprawdę pięć pokoi,  z których dwa  były połączone przesuwanymi drzwiami i mogły tworzyć jeden większy pokój. Poza tym  za szóstymi drzwiami była duża łazienka z wejściem  do oddzielnego WC. W łazience była duża wanna i kabina prysznicowa. Przed każdym z budynków było coś w rodzaju tarasu, czyli kawałek gruntu pokryty płytkami terakoty w mało ciekawym beżowym kolorku, a dalej już rosła trawa. Michał dostał plan  domu z podanymi wymiarami pomieszczeń. Przeszli jeszcze  raz do kuchni,  w której był zamontowany zlewozmywak i  kuchenka gazowa. Dom  miał niewątpliwie tę zaletę, że był podłączony do miejskich mediów, co oczywiście podwyższało jego cenę. Michał wypytywał się jeszcze faceta, który był zainteresowany sprzedażą tego domu  czy zakup stołu bilardowego jest obowiązkowy, bo on to by  wolał mieć w tym pomieszczeniu co innego a poza tym bilard nie jest jego ulubioną rozrywką.

                                                                 c.d.n.


środa, 10 stycznia 2024

Córeczka tatusia- 64

 Dzień spędzony  u teściów Ali minął, zdaniem wszystkich, szalenie  szybko a Michał wymyślił, że następne  spotkanie weekendowe zrobią w jeszcze  szerszym  gronie, bo najprawdopodobniej w najbliższy weekend Andrzej będzie  miał wolną  sobotę. Ponadto długoterminowa prognoza pogody  była pomyślna. 

W drodze powrotnej do Warszawy Marta stwierdziła, że jest pełna podziwu dla Ali, bo posiadanie trójki dzieci to naprawdę sporo obowiązków i pracy  w  domu. I - co zapewne jest dziwne - im częściej ona przebywa w towarzystwie dzieci tym mniej chętnie myśli o posiadaniu własnego dziecka. Bo "na zdrowy rozum" to Ala, chociaż teraz nie pracuje zawodowo to jest przy tych  dzieciach  "zarobiona po uszy" a fakt, że starszego nie ma   w domu  przez jakiś czas bo jest w przedszkolu, wcale sprawy  nie upraszcza i teściowie Ali właśnie dlatego chcą mieszkać gdzieś w pobliżu , by pomóc Ali.  

Do dyskusji zaraz  włączył się ojciec Wojtka mówiąc, że gdy Marta i Wojtek zostaną z czasem  rodzicami on wtedy natychmiast zrezygnuje nawet z tej połówki etatu i zostanie na  cały etat dziadkiem i będzie pomagał Marcie, nawet jeśli ona weźmie trzyletni urlop wychowawczy. I dobrze, że mieszka tak blisko nich, bo przejście pół kilometra nie jest problemem. I stwierdził, że może faktycznie byłoby nieźle, gdyby Wojtek to mieszkanie, które odbierze na Ursynowie sprzedał teściowi Ali. Trzeba  sobie wzajemnie pomagać gdy się ma takiego przyjaciela jak  Michał. To szalenie  wartościowy chłopak a ludzi wartościowych warto wspierać, czego właściwie żaden rząd powojenny w  Polsce  nie  rozumie. 

Tato, wpierw muszę to omówić z Michałem, bo nie  wiem jak on się zapatruje na to, by teściowie Ali jej pomagali. Ale jeśli ta opcja będzie Michałowi odpowiadała i moja droga żona też to zaakceptuje, to na pewno to mieszkanie odsprzedam  teściowi Ali. Z tym, że ja najchętniej sprzedałbym je  już teraz, a nie  czekał aż je wybudują, odbiorę i tp. Ja wiem, że za rok na pewno mieszkania będą droższe i pewnie wtedy uzyskana cena  byłaby wyższa, ale ja to po prostu zadowolę się tym, że oni odkupią je po tych kosztach, które ja do tej chwili poniosłem. A one wcale nie były małe, bo to tzw. mieszkanie  własnościowe. Na  wszystkie   wydatki mam kwity. Bo Michał to jest moim przyjacielem - może nie  aż tak bliskim memu sercu jak Andrzej, ale na tyle  bliski, że nie  chcę na sprzedaży tego mieszkania zarobić. 

Twoja "droga żona" to akceptuje - powiedziała Marta. Ty akceptowałeś mój pomysł dotyczący zamiany mieszkań gdy  szło o Andrzeja, ja  akceptuję ten pomysł. Mamy nadal w zapasie  jedno mieszkanie na Ursynowie- w umowie jest trzymiesięczny okres  wypowiedzenia jej z obu  stron. Oni się liczą  z tym, że zapewne jednak zmienią kraj zamieszkania. Na razie oboje szlifują  angielski i niemiecki on, a ona francuski. A w jakiej branży on pracuje?- nie  wiem, ale  wiem, że skończył elektronikę - wydaje  mi się, że w Warszawie jest wiele miejsc,  w których elektronik może pracować. Ja to z nimi mam mały kontakt, pieniądze to mi wpłacają regularnie na konto, więc  rzadko rozmawiamy i na  szczęście  jakoś wszystko w tym bloku nadal dobrze  funkcjonuje i nie  muszę nigdzie interweniować jako właścicielka. A ten teść Ali to według  mnie jest bardzo miłym  człowiekiem i należy do tych, którzy uważają, że  dziecko, nawet najmłodsze to jest  człowiek i też mu  się należy  szacunek. I ogromnie  mi się podoba to, że Mirek   jest nauczony, że małymi należy  się opiekować i za nie pomyśleć, bo przecież  są od niego młodsi i dlatego  mniej wiedzą niż on. Cała  trójka jest wpatrzona w Michała i w  dziadka. I fajne  te dzieciaki, wcale  nie były uciążliwe gdy byli razem z nami. Pareczka w  sumie to jak miniatura Michała, a dziewczynusia to Michał w wersji żeńskiej- ogromnie do niego podobna. Mirek z kolei przejął wszystkie  gesty i mimikę Michała i przez to też wygląda jak jego własny produkt. Czy zauważyliście, że cała  trójka ma  w imieniu literę "r"?  Mirosław, Marek i Irena. 

Nooo, faktycznie! Jakoś nie  zwróciłem na to uwagi - stwierdził Wojtek. I mam wrażenie, że to Michał wybierał imiona dla dzieciaków, bo czasem mówił o nich " mimy"- wtedy mi się wydawało, że coś palnął od rzeczy, bo był bardziej skupiony na tym co ze mną omawia, ale teraz już widzę  sens w wyrazie "mimy"- to M.I.M., czyli Mirek, Irena, Marek.  Michał czasem ma takie zabawne pomysły.  I widać, że cała trójka uwielbia  swego tatę - mam wrażenie, że zaszczytne  drugie miejsce to zajmuje dziadek a babcia i Alina są dopiero na trzecim miejscu. Ale cała  trójka jest naprawdę grzeczna. I nie wiem czemu Ala powiedziała, że chwilami ma ochotę całą trójkę rozszarpać na kawałki- dziwił się Wojtek.

To normalne - Ala jest  z nimi całą  dobę, a Michał nie - stwierdziła Marta. On jej bardzo pomaga w  domu, ale na  co  dzień to ona jest z nimi stale. A do tego szalenie się denerwowała gdy w przedszkolu  były te epidemie, że Mireczek coś przywlecze młodszym. Ale na  szczęście  jakoś w porę zawieszali działalność i Mirek nie przywlókł niczego  z przedszkola. I szczerze mówiąc to podziwiam dziadków Mirka za to,  że w pewnym  sensie usynowili Michała i zaakceptowali zmianę nazwiska swego jedynego wnuka - i to właśnie dla jego dobra, żeby nikt nie  dociekał potem w  szkole dlaczego ma inne nazwisko niż jego matka. Pamiętam, że w czasach  szkolnych,  zarówno w podstawówce jak i potem w liceum panie nauczycielki potrafiły  się na lekcji wychowawczej zapytać dlaczego mama ma inne nazwisko. Zawsze mi  się wydawało, że nauczyciel powinien być taktowną osobą a nie trepem bez kultury. 

Pamiętasz Baśkę Z.?  Taka duża, chyba jedyna dziewczyna  w klasie bez grzywki.  Po pierwszej wywiadówce na  następne  to już przychodził jej ojciec- jej rodzice  byli rozwiedzeni, ale jej ojciec miał cały czas kontakt z nią i jej matką, zabierał Baśkę na wszystkie wakacje i to nawet  wtedy, gdy już ułożył sobie  życie z inną kobietą i miał drugie dziecko w tym drugim związku. A matka Baśki nigdy złego słowa nie powiedziała na jej ojca, co podobno jest dość rzadkim przypadkiem. Ona po prostu powiedziała Baśce, że pobrali się tak trochę bez zastanowienia, potem kilka lat mieszkali razem bo Basia się urodziła, no ale zupełnie nie byli kompatybilni  i postanowili, że jednak powinni  się  rozstać. Na ślubie Baśki byli oboje rodzice, jej matka z przyjacielem, a ojciec z drugą żoną i przyrodnią siostrą Baśki. I do dziś w czasie  świąt lub imienin wszyscy razem się spotykają. Widać  z tego, że  wszystko zależy od osobistej  kultury. A Baśka, żeby było śmieszniej wyemigrowała  do Włoch cztery lata temu - po prostu wydała  się za Włocha.  I włoska teściowa Baśki uważa za całkiem normalny fakt, że co jakiś czas Baśka gości u siebie jednocześnie dwie  rodziny - rodzinę matki i rodzinę ojca. Oni wpierw  z rok mieszkali w Libii, w Benghazi, bo tam pracował na kontrakcie Basi mąż, a gdy skończył mu się kontrakt to  zamieszkali w Parmie, czyli rodzinnym mieście jej męża. Baśka twierdziła, że takiej teściowej jak jej teściowa to mogą jej wszystkie dziewczyny pozazdrościć, że nawet jej własna matka nie ma dla niej tyle zrozumienia i ciepła co jej teściowa.  Baśka w Benghazi to się uczyła na gwałt włoskiego bo wyjeżdżając z Polski to rozumiała  zaledwie kilka słów a i to  z gatunku "amore mio", a z mężem to rozmawiała po angielsku i jak twierdzi, to "chłop" się jej oświadczał trzymając w garści słownik włosko-angielski  i straszliwie się namordował przy  tym,  potem wpadł na genialny w  swej prostocie pomysł i wszystko powtórzył przez tłumacza  polsko-włoskiego jej oraz jej  rodzinie. Jej mąż jest od  niej niemal 10 lat starszy. A Baśka to jest aktualnie  w ciąży i pod ścisłą ochroną  swej teściowej, która  dba, żeby Basia się właściwie odżywiała, odpowiednio dużo czasu spędzała na powietrzu, spała długo i  dobrze. Baśka się śmieje, że widocznie ona  ma urodzić następcę tronu a nie  dziecko pana inżyniera. Jestem jedyną z jej szkolnych koleżanek, z którą utrzymuje  kontakt. Obiecałam jej, że jeśli  kiedyś pojadę do Włoch to "zawadzę"  o Parmę. Wiesz - często  ze sobą  nie korespondujemy,  za to nasze listy to "tasiemce". Nie mogła  się nadziwić, że nadal jesteśmy parą, chociaż  ciebie nie było tu cztery lata. 

Wojtek zaśmiał się- mnie  coś innego dziwi- do dziś nie  wiem jakim  cudem wytrzymałem  cztery lata bez  ciebie. Pewnie dlatego wytrzymałeś, bo zdawałeś  sobie  sprawę z faktu, że jako osobnik  niepełnoletni nie możesz sam sobą dysponować - gdybyś wtedy nawiał z domu to pół Europy by postawiono na nogi by cię dorwać i sprowadzić do mamy i taty. Przecież ty nawet egzamin wstępny na Politechnikę  zdawałeś po kryjomu i dopiero gdy wyczytałeś na liście, że  zdałeś to powiedziałeś o tym w domu. Ja tylko nie  rozumiem, dlaczego mnie o tym nie szepnąłeś ani słowa - przecież chyba wiedziałeś, że tak samo tęsknię za tobą jak ty za mną- dziwiła  się Marta.  

Nie powiedziałem, bo bałem  się, że mogą na ciebie  naciskać plotąc jakieś  głupoty i wolałem  tego uniknąć. A gdy  zdałem i byłem  na liście to wiedziałem, że się złamią, tym bardziej, że wtedy i tak  nie  studiowałbym w Grazu  a w Wiedniu, więc i tak nie byłbym w  domu. A ich urządzało żeby ktoś mieszkał z  ciotką, która już  wtedy miewała problemy z trafieniem do domu, więc byłbym  jako zaopatrzeniowiec. Ja się jej  myliłem z moim ojcem, mojej matki to już w ogóle nie kojarzyła co matkę doprowadzało do  szału, bo ciotka świadkiem  była na ich ślubie. Przecież kiedyś odprowadził ją do domu  sąsiad z pierwszego piętra, który ją zobaczył gdy sunęła środkiem jezdni wzdłuż szyn tramwajowych. I to daleko od  domu, bo  aż na Grójeckiej, w zupełnie innej  dzielnicy.  Podszedł do niej, tropnął  się, że coś z nią  nie jest dobrze, zaczął rozmawiać , wziął pod  rękę odprowadził wpierw  na  chodnik a potem, cały czas do niej mówiąc zaprowadził do autobusu i odwiózł do mieszkania. A ponieważ przed wyjazdem ojciec zostawił mu swój adres to facet rzecz  całą opisał w liście. I cioteczka spędziła kilka  miesięcy w  szpitalu na neurologii. Tam ją z lekka podciągnęli a do mnie  dotarło, że może z tego powodu nie będą  się ciskać gdy zdam na warszawską Politechnikę. I miałem rację. Poza tym mama szybko obliczyła, że znacznie  mniejsze będą koszty utrzymania mnie w Warszawie niż w Wiedniu. I zawsze będzie  mogła  wyskoczyć do Warszawy bez ojca  by mnie  skontrolować. Bo ojciec nawet jeśli bywał to zawsze miał tu mnóstwo spraw służbowych no i musiał być pod ręką  szefa, a pod jego ręką mama, więc do swej  siostry to wpadał na minutę. Na wizyty kontrolne to matka poświęcała na ogół nie więcej niż godzinę. I zawsze mi zostawiała listę spraw do załatwienia ewentualnie  do zrobienia. Ale i tak musieli zatrudnić z czasem tę panią  do opieki, bo cioci to  się niestety pogarszało a  nie poprawiało.  

No bo moja  ciocia  miała Alzheimera - co prawda wtedy to nie  był jeszcze mocno zaawansowany  stan. Poza tym ta  choroba nie przebiega u wszystkich jednakowo- jedni zapadają na  nią powoli, tak jak ciocia.  Zmiany nie następują  szybko ale powoli, stan  się pogarsza, ale stopniowo. Opowiadał mi jeden z kolegów, że jego kuzynka miała pierwszy "atak" w wieku 72 lat i było to szokujące, bo ona  zatelefonowała do niego, że w jej pokoju siedzi jakiś obcy mężczyzna i  nie  daje się wyprosić, więc ona nie wie co ma  zrobić. Koledze nieco zjeżyły  się  włosy na głowie, bo pomyślał, że ktoś się podstępem dostał do mieszkania owej kuzynki, a kuzyna jeszcze  nie było, bo dopiero za dwa  dni miał wrócić z  sanatorium. Kazał więc kuzynce stać cały  czas w przedpokoju i nie wypuszczać tego obcego człowieka z mieszkania. Szybko  się ubrał, a że kiedyś jeździł konno to miał w domu szpicrutę więc ją  wziął ze sobą, tak na  wszelki wypadek. Miał klucze od  mieszkania kuzynki więc nie korzystał z domofonu, wpadł nieomal biegiem na drugie  piętro i cicho otworzył drzwi. W przedpokoju paliło się  światło, a na podłodze siedziała kuzynka - blada jak ściana i wyraźna udręczona  całą historią. Kolega zapytał się szeptem czy ten "ktoś" nadal jest w mieszkaniu i w którym pokoju, jako że mieszkanie  było 3-pokojowe. Kuzynka wskazała palcem pokój i uciekła  do łazienki. Kolega zdecydowanym ruchem otworzył drzwi pokoju i zdębiał - przy  stole siedział mąż kuzynki, który wrócił z sanatorium dwa  dni wcześniej - był blady i wyraźnie wystraszony a potem zapytał - a gdzie jest ta  wariatka, która nie pozwala mi wyjść  z pokoju, a mnie  za chwilę pęcherz pęknie! Kolega powiedział - chodź- wyprowadzę  cię do toalety a potem ci wszystko opowiem. Popchnął męża kuzynki do toalety,a gdy ten już  zniknął w tym przybytku powiedział do kuzynki siedzącej na krzesełku w łazience- Jadziu - to przecież  Jacek - to nie jest żaden obcy mężczyzna.  Nie poznałaś go bo wreszcie wygląda zdrowo. I odłóż ten nóż do rozcinania kopert. To naprawdę jest Jacek. Tak mu to sanatorium dobrze  zrobiło, że go zupełnie nie poznałaś! Chodź do kuchni, zrobimy dla nas wszystkich coś ciepłego do picia. 

Gdy mąż kuzynki wyszedł z toalety kolega podał mu kartkę, na której napisał: "dzwoń na pogotowie i powiedz co się stało, bo ja nie wiem co dalej  robić". W dwadzieścia minut później  przyjechała karetka i kuzynka kolegi trafiła do szpitala przy Instytucie Psychoneurologii, w którym spędziła ponad  miesiąc. A potem trafiła do placówki opiekującej  się pacjentami zaatakowanymi chorobą Alzheimera, gdzieś w pobliżu Trójmiasta. Jak wiesz to moja   cioteczka trafiła do domu opieki dla  chronicznie chorych kobiet. Cały czas miała podawane leki, więc żadnych cyrków  z nią nie miały.

                                                                     c.d.n.



poniedziałek, 8 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 63

 W drodze do teściów Ali Wojtek usiłował przypomnieć  sobie, czy kiedykolwiek jadł kartofle pieczone w ognisku i wyszło na to, że albo było to tak  dawno, że już  nie pamięta  albo wcale. Twoja mama bardzo  nie lubiła takich, prymitywnych jej  zdaniem, rozrywek- powiedział ojciec- więc nigdy nie jeździliśmy w takie  miejsca,  w których można  rozpalać ognisko i na dodatek piec kartofle.  I nie przypominam  sobie  by kiedykolwiek siedziała na kocu lub  na mchu czy  piasku - zawsze  musiała  mieć  co najmniej turystyczny stołeczek pod  tyłkiem a najlepiej to leżak.  No i nie jakiejś polanie  w lesie z brzęczącymi komarami lub innymi latającymi stworami. Na łące w pobliżu kartofliska  też   ani  razu nie  była, bo jej zdaniem  na łące to były osy i muchy. Twierdziła, że ma uczulenie na jad owadów i każde ukąszenie to dla niej jest  zabójcze. Zawsze  była tak obficie  spryskana lub wysmarowana tym odstraszaczami, że w chyba  w promieniu 100 m dookoła niej było żadnych bzykających stworów. No a poza tym jej  zdaniem jedzenie pieczonych kartofli to dobre tylko dla prymitywów a nie  dla ludzi kulturalnych. Więc  w ramach tej kultury zawsze jadaliśmy w domu tylko  kartofle gotowane ewentualnie frytki. 

Tato - odkąd w domach nie ma kuchni z piecem w którym  się palił "żywy ogień" to raczej nie ma szans na prawdziwe pieczone kartofle - przytomnie  zauważyła Marta. Ja czasem piekę w piekarniku kartofle, ale one nie  są takie jak te pieczone w ognisku. A poza tym mam wrażenie, że to też kwestia  gatunku kartofli - są przecież różne ich odmiany - w dobrze zaopatrzonym  sklepie są co najmniej dwa gatunki, które  różnią  się tzw. mączystością. Ale wraz z hasłem, że  wszyscy ludzie  są równi wprowadzono hasło, że wszystkie kartofle  też są równe, tyle że nie prawami  ale właściwościami, co wcale nie jest prawdą. Jeden z naszych kolegów z podstawówki, Maciek, poszedł do technikum gastronomicznego i gdy go kiedyś spotkałam to przegadaliśmy ze trzy godziny, bo mi opowiadał o tym czego  się uczy i twierdził, że postara  się po tym technikum pojechać  do Paryża  by tam zdobywać  wiedzę w jednej  ze  znanych  szkół gastronomicznych i potem założyć własną restaurację. I pewnie  wyjechał, bo nigdy go już potem nie  spotkałam,  a mieszkał z pół kilometra  stąd. Który Maciek?- zainteresował się Wojtek. "Gruby" Maciek - doprecyzowała  Marta. Chociaż w czasach licealnych był nie  tyle gruby co naprawdę duży - kawał  chłopa był z niego. No popatrz - a w  szkole to wszyscy nauczyciele uważali, że on to do trzech nie  za bardzo umie policzyć- zdziwił się Wojtek. Zresztą z tego co  zapamiętałem z podstawówki to w naszej szkole faworyzowano dziewczyny i bardzo nie lubiano chłopców. A dziewczyny też tak  samo rozrabiały. No ale były sprytniejsze i nigdy  nie  dały  się przyłapać na "nieodpowiednim zachowaniu" - podsumował wrażenia  Wojtek. I na  dodatek miały oczy w  mokrym  miejscu bo na każdą zwróconą przez  nauczyciela uwagę zaraz dostawały spazmów.  Ty też miałaś oczy w mokrym  miejscu- przypomniał Marcie Wojtek.

Ty też płakałeś - wypomniała mu Marta- i to w ostatniej klasie. Naprawdę? Wojtek płakał? - zdziwił się ojciec. Tak - przyznał  się Wojtek- płakałem z bezsilności, bo wcale nie  chciałem jechać  z  wami do Austrii, nie chciałem  się rozstawać z Martą, bo ja już wtedy ją kochałem. I dlatego zaraz po skończeniu liceum przyjechałem zdawać tu na  Politechnikę. Zupełnie  nie  wiem  czemu,  ale rodzicom się  wydaje, że miłość jest  zarezerwowana  tylko dla dorosłych. A ja wtedy powiedziałem o tym tacie  Marty i mieliśmy wtedy ze  sobą  prawdziwie męską  rozmowę, potraktował mnie jak dorosłego, a mógł przecież  wyśmiać. I wtedy postanowiłem, że wrócę  do Polski  na studia, skończę je jak najszybciej i wtedy ożenię  się  z Martą.

A Twoja matka się zamartwiała, że w czasach licealnych nie miałeś żadnej dobrej koleżanki- obawiała  się, że masz inną orientację seksualną. Wojtek tylko roześmiał się - ciekawy  jestem jakby  zareagowała gdybym rzeczywiście był gejem. Ona bardzo chciała by urodziła  się dziewczynka  a nie  chłopak. I nie jeden raz mi o tym mówiła.

Po kwadransie pobytu u teściów Ali, Marta , Wojtek i jego ojciec   czuli się tak, jakby teściów Ali znali "od zawsze", zwłaszcza, że trójka Michałowych  dzieciaków zaraz zaczęła ich nazywać  ciocią i  wujkiem a gospodarze nie traktowali ich jak obcych  gości  ale jak rodzinę.Teść zaraz wraz z trójką  dzieciaków oprowadził ich po swym "niewielkim królestwie" i bardzo pomagał mu w tym Mirek, który już  całkiem nieźle mógł opowiedzieć jak funkcjonuje szklarnia, czym zadziwił Wojtkowego ojca. Pareczka zaraz uczepiła się cioci Marty - dziewczyneczka już opanowała wymowę litery "r", jej brat bliźniak jeszcze  nie, ale  zdaniem pediatry to było normalne i  wszystko w porządku- dziewczynki z reguły rozwijają się nieco  szybciej w tej  dziedzinie. Jako typowa "kobieta" mała Irunia zaraz dostrzegła, że Marta  ma ładny pierścionek, a Marta odnotowała  w głowie, by na  następne  spotkanie z dziećmi przygotować dla małej jakąś dziecięcą biżuterię. Mały Mareczek chodził jak  cień za starszym bratem a oni obaj nie odstępowali na krok dziadka. 

Gdy Ala i Marta na  chwilę zostały  same Marta powiedziała - masz naprawdę fajnych teściów.Oni cię po prostu adoptowali i gołym okiem widać, że Michała również. I zobacz - mój teść i twój już  się zakolegowali. Ja to się zawsze  czuję u teściów jak księżniczka - i tak jest od pierwszej chwili, gdy tu pierwszy raz  przyjechałam z ich  synem - powiedziała Marta. Wiedzieli, że on ma  świra na moim punkcie i że zawsze się ze mną dogaduje.  Oni mnie  chyba  wtedy pokochali i tak im  zostało, są dla mnie znacznie lepsi niż moi rodzice. I  choć miałam duszę na ramieniu, nim wyszłam za Michała przywiozłam go do nich, bo uważałam, że skoro chcę Mirkowi zafundować ojca, to jego dziadkowie  powinni go poznać nim za niego wyjdę. A oni to w pełni  docenili.  A gdy lepiej poznali Michała to też go pokochali. Gdy rodziłam pareczkę to był przy mnie  Michał, a gdy już było po wszystkim to przyjechali teściowie z Mireczkiem. I wtedy teść powiedział, że teraz to wszyscy jesteśmy jedną rodziną . I że los tak widocznie  chciał. I podobnie jak ty oni są zdania, żeby  o tym, że pod  względem genetycznym Michał nie jest jego ojcem,  Mirek dowiedział się dopiero wtedy, gdy już będzie dorosłym człowiekiem. A o was to moi teściowie wiedzą od  dawna, bo Michał opowiadał o Wojtku gdy jeszcze był jego promotorem. I "teście"  bardzo  chcieli was poznać, bo nie  często Michał pochlebnie  się  wyraża o swoich magistrantach. Teść  mówi, że ja  to  chyba przyciągam określony "gatunek" ludzi.

Na końcu ogrodu był, jak to nazwał teść Ali, grill wielozadaniowy. Można  było piec na rusztach- były dwa, na różnych poziomach i można je było również zdjąć a  wtedy można  było piec  coś w żarze , czyli tak jak  się  zwykle piecze kartofle. W pobliżu był schowek na  grillowe akcesoria, maty do siedzenia na trawie oraz składane drewniane stołeczki, a całe miejsce można  było w razie potrzeby "ogrodzić" składanym  parawanem by je chronić przed wiatrem. Dzieci już  dobrze  wiedziały do którego miejsca wolno im podejść gdy działa  grill - było ono  oznaczone czerwonymi  ceramicznymi  płytkami. Ojej, jakie  to super  miejsce - zachwyciła  się Marta.  No to mam nadzieję, że będziecie tu wszyscy państwo naszymi częstymi gośćmi - ucieszył się pan  domu. Latem  to robimy tu zadaszenie żeby dzieci miały nieco cienia bo jabłonki nie  dają dużo cienia, poza tym krążą przy nich osy i inne  zapylacze więc lepiej by dzieciaki nie bawiły  się pod  takimi drzewami.

Ten dom i ogród są zapisane testamentem na Mirka- jako nasz biologiczny wnuczek należy do tzw. pierwszej  grupy,  a więc  nie płaci podatku. Doradził nam tak  dobry prawnik. A do czasu jego pełnoletności będzie tym zawiadywał Michał. Ale mam nadzieję, że jeszcze trochę pożyjemy, bo staramy   się dbać o siebie. I każdy weekend jest dla nas świętem, bo wtedy zawsze mamy u siebie  dzieciaki. Nie da  się ukryć,że byłoby jeszcze milej gdyby tu były stale, ale jestem realistą i wiem jak wyglądają dojazdy i powroty do Warszawy, a poza tym tu tylko jest podstawówka a i to chyba nie najlepsza, bo wielu rodziców wozi dzieciaki do Warszawy. Rano korki w  stronę Warszawy, po 17,00 korki na wyjeździe z Warszawy. No i dochodzą różni działkowicze i w weekendy też są w określonych godzinach korki. I, choć żal, to zastanawiamy się nad sprzedaniem domu i przeprowadzenie się do Warszawy. Za ten dom i ogród, to jak na  dziś, mógłbym coś kupić blisko nich. W każdym razie w granicach Warszawy- może na Ursynowie. Muszę o tym pomyśleć. A może ktoś będzie  chciał się zamienić. Najchętniej kupiłbym jakiś domek. 

Wojtek uśmiechnął się - to chyba, że jakiś do remontu - wtedy jest szansa, że będzie  miał dość dobrą lokalizację. Bo te  wszystkie  nowe są budowane szalenie daleko od  centrum, poza tym całymi latami kuleje infrastruktura, bo bardzo  długo nie ma  na tych terenach  niczego a poza tym to one  są wielkości w  sam raz dla dużego psa. A ceny takie, że człowiek szczypie  się w policzek, by się upewnić, że to nie jest koszmarny sen a rzeczywistość.  My też  chcieliśmy kupić domek jednorodzinny , bo takie zbudowano na Ursynowie. Ceny powalające, domki małe. I w końcu  mieszkamy na starym osiedlu WSM na  Mokotowie i mamy cztery pokoje z kuchnią, wszystkie  sklepy, lekarzy itp. Marta ma  mieszkanie  na Ursynowie i je  wynajmuje, a ja swoje, które  właśnie niedawno było do odbioru  zamieniłem z przyjacielem na jego mieszkanie, które będzie za rok do odbioru na Ursynowie. I wiem, że teraz  trzeba bardzo uważać nim  się przystąpi  do jakiejś spółdzielni, bo wielu  deweloperów plajtuje i ludzie  latami nie mogą odzyskać pieniędzy, bo pierwszeństwo w odzyskiwaniu pieniędzy mają firmy państwowe a nie osoby prywatne. A deweloperzy  są z reguły  zadłużeni w wielu państwowych  firmach a ponadto mają niemiły zwyczaj kupowania materiałów przecenionych, nie pełnowartościowych. Podobno funkcjonuje takie powiedzenie, że jak  się nie ma pieniędzy to najlepiej się zabrać za budowanie domów, a pieniędzy nie zabraknie.

Ooooo, dobrze, że mi pan o  tym mówi, bo już  się zacząłem rozglądać. To bardzo istotna  dla mnie wiadomość. A jakieś uczciwe spółdzielnie to jeszcze istnieją na Ursynowie?  Oczywiście - istnieją. Tyle  tylko, że dość  wolno budują ale jak się komuś nie pali ziemia pod stopami to warto zaczekać. Można też zainteresować  się kto buduje "Miasteczko Wilanów". Tyle  tylko, że na tym Miasteczku Wilanów to ja  widziałem same  dziwne  mieszkania. Może po prostu miałem pecha. Poza tym jest kilka firm, które oferują do sprzedaży różne domy, najczęściej już starsze, ale jeśli nie ma pośpiechu to wtedy jest szansa by coś dość ciekawego znaleźć. Kolega przymierzał się do kupna  domu w Aninie, ale on był razem z ogrodem,  a jego ogród  nie interesował.  I ostatnio sporo się wybudowało nowych osiedli w Piasecznie. Ale w Piasecznie jakiś niemota  zaprojektował kilka domków jednorodzinnych w dość  niemiłym  miejscu, do którego dochodzi obrzydliwa  woń z oczyszczalni ścieków, która co prawda  jest dość  daleko a smród zapewne dochodzi  co prawda nie  codziennie, ale wtedy  gdy wieje  wiatr od  strony oczyszczalni. I chyba warto popatrzeć co się dzieje  w Konstancinie, bo tam jest sporo placów  właściwie z ruinami. Tyle  tylko, że tam to nawet ruiny są drogie,bo każda ruina  stoi na  bardzo dużym terenie.  Na moje oko to tam  są takie te place, że mogłyby stać  swobodnie dwa domy jednorodzinne i każdy miałby i tak  sporo koszenia trawy i strzyżenia ewentualnie  żywopłotu. To  jednak jest znacznie  bliżej i droga  dojazdowa jest mniej obciążona. Z tym, że nie mam pojęcia jak tam  wygląda z zaopatrzeniem. Pewnie  wszystko się wozi z Warszawy. A czasem  są prawdziwe okazje na Starej Sadybie  lub Wilanowie. Z tym, że i na Wilanowie i Sadybie to mogą  być domy nie podłączone  do sieci miejskiej, bo gdy  była akcja  ich podłączania nie wszyscy mieli na  to pieniądze. A podłączali wtedy do elektrociepłowni i jeśli ktoś nie miał aktualnie pieniędzy mógł  wziąć pożyczkę  z banku- jedni brali, inni nie. Może nie mogli z jakichś  względów  dostać pożyczki. Jak  się ma gdzie na  razie  mieszkać to można  spokojnie  się rozejrzeć.  Jeśli idzie o Piaseczno, to niezłym rozwiązaniem jest "wdepnięcie" raz na jakiś  czas do Auchan, bo tam często wiszą ogłoszenia o domach na  sprzedaż. A z tyłu, za tym marketem to buduje  się osiedle  domów jednorodzinnych i często ktoś rezygnuje z jakichś  względów i chce sprzedać na wpół wybudowany dom, bo zapewne się przeliczył i ma  za mało pieniędzy. Nie  byłem tam, wiem  o tym osiedlu tylko dlatego, że jeden z moich  klientów tam  się budował i narzekał, że ma w domu jakiś słup ceglany i nie bardzo wiadomo po co. Ale nie  zgłębiałem tematu, bo nie po to facet  do mnie  trafił. Ja myślę, że nieźle jest  wpierw przejrzeć ogłoszenia   w gazetach, pojechać w kilka  miejsc by się zorientować w cenach itp. a potem nawiązać  kontakt z którąś  agencją nieruchomości i sprecyzować swoje wymagania, żeby  szukali. A potem pójść oglądać razem z  jakimś rzeczoznawcą.  

Panie Wojtku - powiedział pan, że za rok będzie pan  miał mieszkanie na Ursynowie. I co pan  zamierza z nim  zrobić?   To może ja bym od pana kupił to mieszkanie albo je wynajmował? Bardzo małe  to mieszkanie?  Wojtek uśmiechnął się - zaraz panu pokażę jego plan - to są trzy pokoje z kuchnią, łazienka, WC i "karcer", który w nomenklaturze projektanta  ma ksywkę "pokój dziecinny" a jest, przynajmniej na planie, rodzajem wnęki bez okna  i drzwi. Nazwałem to pomieszczenie karcerem bo to raptem cztery metry kwadratowe  powierzchni. No i jest to nie dom z fabryki domów a normalny, z  cegły. I jest  w bloku  czteropiętrowym, II piętro bez windy. Uważam, że  nazwanie  takiego pomieszczenia pokojem jest zwykłym nadużyciem. W moim pojęciu pokój to pomieszczenie, które ma okno i drzwi, a tu brak  tych elementów.

                                                                         c.d.n.