czwartek, 22 lutego 2024

Córeczka tatusia - 89

 Spotkanie Marty z panią dermatolog  trwało bardzo długo, pomimo obecności Andrzeja. Marta przyzwyczajona do notowania na  wykładach cały  czas notowała. Andrzej zaglądał jej przez ramię, oczy chwilami robiły mu się wielkie niczym talerzyki  do deserów i pytał - ty naprawdę to odczytasz? 

Oczywiście- zapewniała go Marta- weź pod uwagę fakt, że ja cały czas  w trakcie  wykładów, rozmów z szefem lub chemikami w laboratorium robię notatki. Aż się dziwię, że nie zaczęłam robić notatek  gdy rozmawiam prywatnie z rodziną lub  znajomymi. Skrypty, które mamy są dość kiepskie,  albo ja mało bystra jestem. Mam własny system skrótów myślowych i bez problemu odczytuję potem te  swoje bazgroły. Wojtek się  śmieje, że moje notatki to swoisty stenopis. Ale na  wykładach lub  zajęciach praktycznych jest mnóstwo dodatkowych informacji, których gdzie indziej najprawdopodobniej nie  znajdę. Najzabawniejsze jest to, że wszelakie skróty myślowe to tylko ja rozumiem i już mnie moje koleżanki nie mordują bym im skserowała swoje notatki, bo niewiele mogą  z tego pojąć. One to na ogół nagrywają na dyktafon - ja to taka bardziej staromodna jestem i wolę sobie  zapisać, zwłaszcza, że w  czasie przerwy coś w tych notatkach sobie uzupełniam, bo wykładowcy czasem coś dodają na końcu, więc robię "chmurkę" i od niej strzałkę do czego to się odnosiło. Poza tym jestem typowym wzrokowcem i zapamiętuję głównie to co sama przeczytam. Odkryłam to jeszcze  w czasach liceum.  Zauważyłam wtedy, że bardziej mi się  utrwala to, co zapiszę. No po prostu mam taki feler. 

Lekarka sporo opowiedziała o dermokosmetykach  ale i też o odbiorze ich przez  pacjentów. W swej praktyce  zauważyła, że znacznie wyższe notowania wśród pacjentów  mają dermokosmetyki z importu niż rodzime, choć gdyby któryś z pacjentów wysilił nieco mózg to bez problemu pojąłby, że polski odpowiednik danego preparatu powstał na bazie  tych  samych składników, tyle  tylko, że opakowanie "zagranicznego preparatu" jest najczęściej znacznie ładniejsze ewentualnie dozowanie jest wygodniejsze. Bo wyciąg z rumianku lub z cebuli czy też  z innej rośliny zawsze jest tylko wyciągiem z tych roślin, niezależnie od tego gdzie został wyprodukowany. Wszędzie jest wymóg, żeby rośliny zastosowane do kontaktu z pacjentem były wyhodowane na terenach nie  skażonych jakimikolwiek chemikaliami i dotyczy to nie  tylko leków podawanych doustnie a wszystkich, tych do kontaktu ze  skórą również.

Przy okazji Marta dowiedziała  się, że jej promotor jest niewyobrażalnie poczciwym i uczciwym facetem, że szef laboratorium,  w którym najprawdopodobniej Marta będzie pracowała, jest bardzo dobrym fachowcem i fakt, że już  widzi miejsce Marty w "swoim" laboratorium jest w pewnym  sensie dowodem, że  Marta już spełnia jego oczekiwania jakie on ma wobec pracowników. 

Oczywiście Andrzej zaraz opowiedział jak to Marta napędziła strachu szefowi laboratorium i jak on  sam musiał ukryć swe przerażenie, bo bał się, że mogły pozostać mikroskopijne drobiny  szkła lub mogły zostać uszkodzone włókienka  nerwowe. I , zapewne gdyby nie to, że był to czas, gdy już powinien być w przyszpitalnej przychodni to zapewne opowiedziałby jeszcze i o  tym,  jak przebiegła operacja Marty. 

Nie  miałam pojęcia, że Andrzej ma brata - stwierdziła lekarka, zawsze myślałam, że jest jedynakiem. No bo oni są przyrodnimi braćmi- jedna matka, ojcowie  różni i przez lata nie utrzymywali ze  sobą kontaktów  - tłumaczyła Marta, jednocześnie zapisując  sobie,  by to powiedzieć  wieczorem Andrzejowi. Jak łgać to razem i powielać tę samą wersję.

Gdy dotarła do domu okazało się, że  tuż przed powrotem Marty telefonowała mama Wojtka i koniecznie chciała  rozmawiać z Martą, nie mówiąc Wojtkowi o co jej chodzi.  Marta ciężko westchnęła i wybrała numer telefonu swej teściowej. Po wymianie typowych w tej sytuacji grzeczności, Marta zamilkła i tylko włączyła  tryb głośnomówiący - okazało się, że teściowa była u fryzjera, u  którego bywa "od  zawsze", który wysyła ją jak najprędzej  do onkologa, bo nie podoba mu się jedno znamię, które ona ma już  od  dawna. A ty mamo od dawna do tego fryzjera chodzisz i dopiero teraz  je zauważył? - spytała.

Nooo, ja tam chodzę od lat, ale teraz jest nowy pracownik i on stwierdził, że powinnam koniecznie to pokazać onkologowi no a to "coś" to  ja mam w tym miejscu od lat. I jak mi radzisz - iść do zwykłego lekarza czy do onkologa? Marta ciężko westchnęła - ja myślę, że byłoby dobrze żebyś pokazała to od  razu onkologowi - lepiej dmuchać na  zimne niż się oparzyć. Nowe kadry fryzjerskie są teraz  lepiej przeszkolone pod  względem różnych anomalii dermatologicznych.

A onkolog mnie nie wyśmieje?- martwiła  się teściowa.  Na pewno nie - to są z reguły bardzo dobrze wyszkoleni lekarze i na pewne cię nie wyśmieje. I albo sam zdecyduje, że to nic groźnego albo wyśle cię na  dalsze badania. A w którym miejscu to masz? 

No prawie we włosach, tuż poniżej skroni, tak na kości, w odległości ze trzech palców od ucha i zawsze jest to zakryte włosami, więc widoczne tylko u fryzjera. Ja jestem zdania, że koniecznie powinnaś to pokazać jednak onkologowi. Skoro jest to prawie we  włosach to jest to kawałek skóry, który systematycznie jest poddawany działaniu chemikaliów, bo wszak stosujesz koloryzację włosów. a nie każda  skóra to dobrze  znosi- tłumaczyła Marta  swej teściowej. A koloryzujesz je chyba dość często, bo ci bardzo szybko włosy rosną. Nawet jeśli nie pokrywa się tego miejsca farbą to i tak ma ono kontakt z farbą a nie jest to farba naturalna jak na przykład wywar domowy z kasztanów. Zresztą mam wrażenie, że teraz to już nie ma żadnych naturalnych farb do włosów, bo po prostu to są zbyt krótko trwałe barwniki.

Tylko nie mów nic Wojtusiowi - bo  się jeszcze  zdenerwuje- poprosiła teściowa. Mamo, mam włączony tryb głośnikowy, więc on  wszystko słyszy. Idź do onkologa jak najszybciej i daj nam  znać co powiedział.

No dobrze, skoro uważasz, że tak będzie lepiej to tak  zrobię. Ale mnie to wcale  nie boli tyko muszę uważać przy  czesaniu by tego nie zawadzać grzebieniem.  A co u was słychać?- spytała.  Nic ciekawego  ani też specjalnego - zapewniła ją Marta. A myślicie już coś o urlopie? Jeszcze nie i urlop to chyba będziemy  mieli dopiero we  wrześniu i może pojedziemy nad  jakieś cieplejsze morze niż Bałtyk. Nie będzie wtedy na plaży hord wrzeszczących bachorów. Naprawdę jeszcze nic  nie  zaplanowaliśmy. 

Ja już mam promotora i muszę trochę podumać nad pracą magisterską. Miałam już spotkanie  z promotorem, a dziś z panią dermatolog. A w lipcu i sierpniu to będę pracować w laboratorium na pół etatu, tak jak w ubiegłe  wakacje. I tym samym będę się przymierzać do pisania magisterki. Będę pisała o fitoterapii w kosmetykach. Bo teraz , po latach sobie przypomniano, że wiele kosmetyków było kiedyś, kiedyś na bazie  ziół i działały korzystnie na skórę nie  tylko ją pielęgnując  ale też i lecząc. 

Mamo, bardzo cię proszę, nie  zlekceważ sprawy tego znamienia - niestety często to co wygląda bardzo niewinnie może  narobić wielkiej szkody w organizmie. Przy najbliższej kąpieli obejrzyj  się dokładnie  w lustrze czy jeszcze gdzieś na ciele nie masz takich lub podobnych  znamion. I wszystkie plamki, znamiona,  jakieś stwardnienia lub zgrubienia skóry od  razu przy okazji pokaż onkologowi. No i jeszcze  coś- powiedz o  tym, że byłaś w Tajlandii- tam słońce operuje  nieco intensywniej niż u nas. To dla onkologa też ważna informacja, zwłaszcza, że nie unikałaś słońca  i tylko nogi po operacji chroniłaś przed nim,  a resztę ciała to nie  za bardzo. I koniecznie  daj znać co powiedział lekarz. I koniecznie idź do lekarza w Austrii, bo tu na wizytę, nawet prywatną to zbyt długo musiałabyś czekać. Na oddziałach onkologicznych jest przepełnienie, szalenie dużo jest pacjentów onkologicznych, wszystkie przychodnie onkologiczne są wręcz oblężone.

Po zakończonej rozmowie Wojtek powiedział - podziwiałem twoją cierpliwość. Wiesz, to wygląda mi na  coś poważnego - stwierdziła Marta. Niestety tak  się składa, że niektóre nowotwory wyglądają zupełnie niegroźnie przez wiele lat, nie  dają  jakichś dokuczliwych objawów a potem nagle się okazuje, że już jest za późno na jakiekolwiek leczenie. A profilaktyka u nas niestety kuleje bo to też przecież kosztuje - trzeba mieć odpowiednią aparaturę do wczesnego wykrywania zmian nowotworowych.No i ludzie za mało o siebie dbają, zbyt mało robi  się badań przesiewowych.

To dobrze, że ja cię przy każdej kąpieli dokładnie oglądam i nawet macam i całuję - ucieszył się Wojtek. Od razu bym zobaczył, gdyby coś się  zmieniło.

Wieczorem zatelefonował jeszcze Andrzej, więc Marta  zaraz mu wpuściła sprawę, że wytłumaczyła pani dermatolog, że on i Wojtek są braćmi przyrodnimi. Ok,  pamiętam o tym. A Kaśka  już do  mnie dzwoniła i bardzo się jej spodobałaś i zapewniła  mnie, że  zawsze ci w  razie  czego pomoże w pisaniu jeśli na  czymś się zatniesz. A najbardziej się jej spodobało, że nie jesteś wypacykowana jak większość młodych  kobiet. Marta się  śmiała - to wszystko przez  to, że nie chciałam nigdy służyć za manekin do obróbki i mówiłam, że mam uczulenie na  wszystkie kolorowe kosmetyki, więc chodzę bez makijażu na co dzień. Nie lubię być malowana, masowana itp. przez obce osoby. I nie przepadam wcale  za tym by malować inne babki, zwłaszcza obce. Mogę umalować nasze mamy, ale to koniec. Najśmieszniejsze jest to, że z zajęć praktycznych mam ocenę bdb. Andrzej - mam pytanie - właśnie wysłałam  swoją teściową do onkologa, bo fryzjer (młody, nowa  siła)  zauważył u niej jakieś znamię na skraju owłosionej skóry głowy i poradził by poszła do onkologa i ja, nie widząc tego podtrzymałam jego zalecenie.  No to bardzo dobrze zrobiłaś - onkolodzy już nawet na podstawie wyglądu i umiejscowienia są w stanie wydać wiążącą opinię. W dobrych szkołach fryzjerzy i kosmetyczki też już są wyczuleni, bo coraz  więcej jest przypadków czerniaka, który na początku wygląda zupełnie nijako i niegroźnie. Było teściową przełączyć na SKYPE i kazać  sobie to pokazać.

No coś ty - ja się na tym nie  znam, ja tylko i  wyłącznie mogę klientkę wysłać albo do dermatologa  albo do onkologa. No i wybrałam onkologa na jej doradcę. Wiesz, ona jeszcze przed rozwodem była w Tajlandii i z tego co wiem, to tylko chroniła przed  słońcem nogi bo była po usuwaniu żylaków metodą termiczną, a resztę to opalała. No to bardzo dobrze  zrobiłaś - tam faktycznie słońce jest groźne. Masz dziewczyno mocno rozrywkową teściową, skoro po usuwaniu żylaków pożeglowała  do Tajlandii. Albo odważna  albo zielono w głowie. Stawiam na ów kolor - odpowiedziała  Marta.  A co u ciebie? - spytała.

Standard - siedzę do 22,00 i jadę do chaty. Za to jutro mam wolne przedpołudnie - ciekawe jak to zniesie Lena, bo chcę razem z  chłopcami iść do fryzjera. Oni mają strasznie długie  włosy, bo nie  chcą iść z Leną do fryzjerki. Jeśli mnie  się uda by ich obskoczył mój fryzjer to ona  się na mnie obrazi zamiast  się ucieszyć, że udało się im obciąć włosy.  Jestem już mocno zmęczony jej fochami. Zaczyna we mnie aktywować moje złe instynkty.  I ciągle mi majaczy o rozwodzie i że mi dzieci odbierze i puści  mnie z torbami bo dowalą mi wysokie alimenty. Chyba muszę o tym wszystkim porozmawiać z teściową - może ona wie  coś o czym ja nie mam bladego pojęcia.  No spróbuj tylko pewnie będziesz  musiał to zrobić tak by się o tym nie  dowiedziała Lenka. Na razie to mam zamiar podstępnie ich wziąć do fryzjera. Bo jak mi starszy powiedział, to oni nie  chcą się dać ostrzyć "babie", no więc  może dadzą  się ostrzyc u "chłopa". Mam wrażenie, że ona robi  się z dnia na  dzień głupsza - głupieje w tempie postępu geometrycznego. Mam do was prośbę byście się nieco poświęcili i  wpadli do nas w któryś weekend. Jutro dostanę rozpiskę na nowy  miesiąc i będę wiedział kiedy będę miał wolne sobotnie popołudnie.

                                                                        c.d.n.

środa, 21 lutego 2024

Córeczka tatusia - 88

 Następnego dnia, zgodnie  z  zapowiedzią,  przyjechał pod  wieczór  Andrzej. Podał Marcie do wyboru dwa terminy spotkania z dr dermatolog. Uprzedzam  cię, że ja też przy tym będę, to wtedy będzie  to dyskusja czysto na temat - bo to bardzo sympatyczna osoba, ale jak na mój gust to za  dużo  rozmawia na tematy ogólne, nie mające nic wspólnego z meritum spotkania. Mam uzasadnione podejrzenie, że jej mąż nie wytrzymał tego jej gadania i dlatego się rozeszli. 

A propos rozwodu - Lena mi oświadczyła, że  się bardzo zastanawia nad naszym rozwodem, więc się tylko zapytałem czy aby nie ma wysokiej gorączki, bo bredzi- to po pierwsze,  a po drugie to nie bardzo rozumiem dlaczego mamy się rozejść i dowiedziałem  się, że skoro już jej nie kocham, bo nawalam w sensie wypełniania obowiązków stricte małżeńskich, to dla niej jest to sygnał, że już jej nie kocham.  Bo przecież przed ślubem to był seks "na okrągło" a teraz to jej się kojarzy seks z cukrem, masłem i mięsem gdy był epizod z kartkami żywnościowymi w Polsce. Tak mnie zatkało, że szybko zrobiłem  w  tył zwrot i wyszedłem z  domu, żeby jej przypadkiem nie uszkodzić, bo poczułem przemożną chęć walnięcia jej w głowę. Wracam do domu upieprzony jak dziki muł po wyprawie wysokogórskiej, a ta  debilka nadaje mi taki tekst. Wychodzi na  to, że w jej pojęciu małżeństwo to tylko seks i nic więcej. Ona to nawet nie gotuje dla mnie obiadów, bo jadam w naszej kantynie, ze sprzątaniem się nie szarpie, bo moja teściowa, odkąd mieszka też na Ursynowie to niemal codziennie u nas  sprząta i idąc do nas robi dla nas  zakupy. Spacery,  jeśli jest chłodno to są krótkie, a jeśli jest pogoda to Lena siedzi głównie na placu zabaw, do którego ma góra 250 metrów od  domu.

Marta popatrzyła  uważnie na Andrzeja i powiedziała - idź umyj łapięta, bo pierwsza partia placków już za chwilę będzie na  stole - jeżeli to nie jest  ponury żart, to pogadamy o tym po kolacji - dobrze, że dziś ojca nie ma, bo pewnie by się zdenerwował tą wiadomością. 

 Wiem, że go dziś nie ma, przy nim bym tego nie powiedział. Ojciec lubi Lenę i nasze  dzieciaki. No ale  jest jak jest.  Fakt - nie wywiązuję się ze  swych obowiązków, ale pacjentów przybywa a lekarzy nie. Jestem zmordowany i fizycznie i psychicznie a ona wynudzona i niedopieszczona. Powiedzcie  mi, proszę, czy u was małżeństwo sprowadza  się głównie do seksu noc  w noc i jeszcze  trochę? 

Czasami, czyli w praktyce na  wakacjach - stwierdził Wojtek. Ale nie jak rok długi. Wyślij ją do jakiegoś  sex-shopu, już teraz  jest ich trochę w  stolicy, rzuć gotówką i niech  sobie dziewczyna kupi jakąś zabawkę, z tego co widziałem w  sieci to wibratorów nie  brak i do tego wyglądają zabójczo prawdziwie albo wejdź do sieci i zamów i przyślą  jej do domu. Jak zapewniają dyskrecja zapewniona, nie będzie na opakowaniu zdjęcia tego co w środku.

A może lepiej wybierz się z nią do poradni rodzinnej, bo to nie wygląda wcale zabawnie, skoro u niej rzecz  cała sprowadza  się  tylko do seksu - powiedziała Marta. To chory układ i to niezależnie od tego która  ze stron tak pojmuje związek małżeński. Poza tym mam podejrzenie, że ona naprawdę chce jeszcze jednego dziecka, ona chce by teraz urodziła  się dziewczynka. Tyle tylko, że nie dociera  do niej, że nie mamy żadnego wpływu na płeć dziecka. Była zachwycona, że Ala ma dwóch  chłopców i dziewczynkę. Chwilami- bardzo cię przepraszam  Andrzeju, że to powiem - ale mam  wrażenie, że jej nieco rozumu brak. Od niej  wiem, że druga jej ciąża to była "planowana wpadka" - oczywiście planowana przez nią. Gdy wygłosiła  ten tekst to aż  się w język ugryzłam, żeby nie palnąć jej co o takim postawieniu sprawy sądzę. Nie  wykluczam  zresztą, że to ja jestem  nienormalna, bo nie wyobrażam  sobie by nie omówić z mężem lub z partnerem kwestii posiadania  wspólnego  dziecka.

Nie masz za co mnie przepraszać - stwierdził Andrzej - to kara dla mnie za to, że bezmyślnie się z nią ożeniłem, bo była chętna i ponętna i bardzo łatwo dostępna. I całe szczęście, że zdecydowałem    się na  wazektomię. Oczywiście nadal jej tej wiadomości   nie wpuszczę - nie mam już do niej nawet za grosz  zaufania. 

No a co zrobisz, jeśli ona  złoży pozew  rozwodowy?- zapytał Wojtek. No cóż, cały dowcip w tym, że ona nie ma żadnych, ale to żadnych dowodów na to, że ją  zdradzam i że dlatego nie jestem w  stanie już z nią współżyć. Ja w każdej chwili mogę dostarczyć sądowi wydruki  godzin, w których byłem w pracy, a nawet najdurniejszy sąd  wie, że praca chirurga to cały czas stres, a stres z kolei pozbawia większość facetów  "mocy przerobowych" jak i ochoty na  seks.  Wiem doskonale, że nie ja jeden tak reaguję. Nie jestem jakimś wyjątkiem - no może tylko takim, że nie  sięgam wtedy po alkohol, żeby  się odprężyć. Ty Wojtuś to jesteś  szczęściarzem, bo Marta, jej rodzice i twój ojciec doskonale rozumieją jak często  nadmiar  pracy i jej rodzaj wpływają na małżeństwo. 

Opowiadał mi Michał z  zachwytem jak bardzo Marty tata pomagał gdy miałeś obronę magisterki i że Marta to nawet się zwolniła  z  zajęć na uczelni i do  ciebie pojechała.  Obaj  wasi ojcowie są fantastyczni - twój ojciec szalenie mi pomógł w  czasie przeprowadzki, a moje dzieciaki wszak nazywają go dziadkiem. Bo prawdziwy ich dziadek  to  już od wielu lat siedzi za granicą i ani myśli tu wracać, co moją teściową chyba cieszy. Jest w  dalszym ciągu zaliczana do grona  mężatek, bo rozwodu nie mają. I mam wrażenie, że  nadal jej przysyła pieniądze.Kilka razy  mówiłem, żeby mi  zasygnalizowała, gdyby  miała  jakieś kłopoty finansowe, ale twierdzi, że ma pieniądze. Nie  wiem dlaczego się rozpadł ich  związek, Lena twierdzi, że też nie  wie.  Właśnie sobie uświadomiłem, że na większość pytań które jej zadaję jest właściwie tylko jedna odpowiedź - "no nie bardzo wiem". 

No a jak ta  sprawa tych "Zielonoświątkowców"?- spytała  Marta. Andrzej roześmiał się - odpowiem jak Lena - "no nie bardzo  wiem". Poczytałem sobie o  nich, ale  Lena nie  wycieka z  domu na ich zebrania czy też modły, w każdym razie jak rozmawiałem z tym szpiclem to on twierdzi, że tam jest sporo byłych katolików, dla których wymogi katolickie przestały być wygodne, a od dziecka wierzą w Boga  i chcą mieć kontakt  z osobami, które  również  w niego wierzą. Jest sporo osób rozwiedzionych, które  biorą drugi ślub przed ołtarzem, co jest niemożliwe  w kościele katolickim i to też ludzi przyciąga. Poza  tym wolno stosować antykoncepcję, tylko aborcja jest niedozwolona. Można należeć do tego kościoła ale  wcale nie ma obowiązku ochrzczenia się i nie  chrzci się niemowląt. Chrzest ma  być aktem świadomym a nie przez  kogoś narzuconym.  Spowiedź jest ogólna, powszechna, w trakcie  nabożeństwa, jak wydedukowałem,  nie ma jakiegoś miejsca, w którym pastorowi do ucha coś wyznajesz. Poza tym ich "przewodnicy", pastorzy, nie mają narzuconego celibatu, wręcz jest wskazane by byli żonaci, mieli  dzieci, by tworzyli przykładną rodzinę.  Kościoły skromne, raczej surowe, bez złoceń i ozdób. Grzechami są: aborcja, eutanazja, homoseksualizm. Nie ma  wiary w czyściec, nie  wierzą w niepokalane poczęcie, choć uznają, że przed urodzeniem syna  była  dziewicą, wierzą też, że Jezus nie był jedynym jej  dzieckiem,  wierzą w życie  duszy po śmierci ciała. No i kaplice ich choć "surowe w  wystroju" są ogrzewane, wierni nie  sterczą w  zimowych kapotach. Nie zagłębiałem się zbytnio w to  wszystko. Największe święta to Wielkanoc i Zielone  Świątki.  Ja to nie jestem dobry  w te klocki wyznaniowe w jakimkolwiek kościele. To zupełnie jak my- stwierdził Wojtek.

Ale, ponieważ Lena  czasami wyplata jakby się  z głupim widziała, mam ciągoty by jej zrobić test na obecność narkotyków gdy znów  zacznie coś wyplatać - teraz  można  zrobić  całkiem wiarygodne testy w domu- wystarczy do tego ślina, nie trzeba pobierać krwi lub  moczu. Wiem od kolegów, że te testy są jak najbardziej wiarygodne i wielu rodziców  posiadających  nastolatki to stosuje. 

Gdy byłam  w liceum to nas "uczulano" żeby  nie brać od  nieznanych osób żadnych cukierków, czekoladek itp. bo mogą  mieć wewnątrz  jakiś narkotyk - śmieszyło mnie  to, bo na logikę to ktoś kogo znam dobrze też mógł mnie jakimś świństwem poczęstować. Tata  mi powiedział, żebym po prostu od  nikogo nic nie  brała - zawsze można się jakoś wymówić np. bólem żołądka lub zęba. Ale w moim liceum jakoś nie  były narkotyki na porządku dziennym  a ja nie chodziłam na imprezy klasowe i w nosie  miałam, że mnie nazywali dzikuską - stwierdziła Marta. 

Śmiały  się  ze mnie dziewczyny, że pewnie wstąpię do klasztoru po maturze, bo na żadnej imprezie  nie byłam, na studniówce i na  balu maturalnym  też nie. Wiem, że na tych imprezach  domowych  to  z reguły było wino, ale wina  to ja  się mogłam napić w domu, do obiadu, gdybym  tylko miała na to ochotę.  Tata zawsze  miał w barku tokaj półwytrawny ,  oraz  Lacryma Christi Bianco. I tylko po każdej delegacji wina przybywało, bo nie powiem żebyśmy z tatą regularnie je pijali. A goście bywali rzadko a do tego zawsze  zmotoryzowani. Jestem pewna, że nadal u taty w barku te wina nienapoczęte  stoją. Oooo, na pewno - zapewnił ją Wojtek - stały  cały czas gdy u was pomieszkiwałem przed ślubem.

Andrzej nieomal zastrzygł uszami niczym rasowy koń - to ty u Marty mieszkałeś przed ślubem?- zapytał wielce  zdziwiony. Nooo, mieszkałem i to oficjalnie, Marty tata pozwolił. I zezwalając tylko mi powiedział, że mam postępować tak, żeby on nie musiał żałować, że dał takie pozwolenie. Mój teść jest naprawdę super facetem. No przecież on super  sam wychował Martę a przy okazji i mnie gdy jeszcze byliśmy w podstawówce. To taki człowiek, że raczej dałbyś się porżnąć niż jemu sprawić jakąś nawet drobną przykrość. Długo Marcie zazdrościłem ojca. Mój to się "wyrobił" dopiero po rozwodzie z moją matką. Widać moja matka wydzielała jakieś złe fluidy.

No i jak? Ma tata  jakąś przyjaciółkę po tym rozwodzie? Może ma, może nie ma. W każdym  razie nic o jakiejś jego "damie  serca" nie  wiemy. U nas jest niemal codziennie, pichci nam obiadki, czasami u nas  nocuje jeśli się  zasiedzi. Lub gdy nieco gorzej  się  czuje fizycznie  lub psychicznie.  Ma tu swój pokój i może u nas nawet stale mieszkać gdyby chciał. Jest absolutnie niekrępującym  współlokatorem. Pierwsze  skrzypce u mego ojca to oczywiście Marta - aż  się dziwię, że ona jeszcze chodzi po ziemi a nie unosi się nieco ponad podłożem. No prawie święta  - ulubiony mój tekst tatowy to : "Martusia tak powiedziała", "Martusia tak zarządziła" i wtedy to tata już innych  nie słucha - wszak wszechmocna Martusia tak to zarządziła- nie ma od tego odwołania.  Jeśli się mój tata w jakiejś pani zadurzy, to o opinię zapyta  się Martusi czy ma kontynuować czy może  lepiej zerwać.  

Andrzej popatrzył się na niego i powiedział - a ty myślisz, że robisz inaczej? Też się słuchasz Marty i bardzo dobrze  robisz bo to mądra kobieta. Ja też  się jej często słucham  bo ona ma zawsze bardzo wyważone opinie.  Nie wstydziłem  się ani nie stchórzyłem pokazać się jej zaraz po odejściu od  stołu operacyjnego gdy byłem właściwie wrakiem. A ona potraktowała  mnie  jak matka swego syna gdy ten wróci pokiereszowany, porozbijany z podwórka na którym bił się z kolegami- to było pełne  zrozumienie sytuacji i prawdziwa  troska - masz bracie cudowną kobietę  przy  sobie.  Jest dla mnie jak siostra i matka - takie  dwa w jednym. I kocham was oboje. Pierwszy raz w swym życiu mam  takich cudownych przyjaciół jak wy oboje, jak twój ojciec. 

                                                                 c.d.n.

wtorek, 20 lutego 2024

Córeczka tatusia - 87

 Marta po  spotkaniu ze swoim promotorem zaraz  napisała o tym do taty, do męża i do Andrzeja, ciesząc się  w duchu, że nie  musi tego rozsyłać w więcej  miejsc. No nieomal jakbym wydawała jakiś biuletyn- narzekała w myślach. Pierwszy zareagował Andrzej pisząc, że się bardzo  cieszy i że wyraźnie  dziś jest dobry  dzień bo: wszystkie zabiegi poszły śpiewająco,  jak na  razie to wszyscy pacjenci jeszcze  żyją a poza  tym rozmawiał z Londynem  i wyjazd został przesunięty na październik. A  z panią doktor dermatolog zobaczy  się następnego dnia i umówią  się na któreś popołudnie i oczywiście Andrzej też będzie na tym  spotkaniu, no  chyba, że Marta  sobie tego nie życzy. A spotkają  się na terenie...Kliniki, bo pani doktor raz  w tygodniu przyjmuje  tu  pacjentów dermatologicznych.

A poza tym to on następnego  dnia pod  wieczór wpadnie  do nich wracając z kliniki, bo.......stęsknił się za nimi. A masz jakiś pomysł na to, co chciałbyś  zjeść? możesz zamówić  coś, co u was bywa bardzo rzadko, a ty lubisz to jeść - odpowiedziała Marta. Bo wiesz - u nas to kolację podszykuje ojciec i jak znam życie, to gdy mu powiem, że ty będziesz na kolacji  a nie powiem  co chciałbyś  zjeść, to w nocy cię "ścignie" by  się dowiedzieć  co dla ciebie mam upichcić. 

A co będzie jeśli powiem, że marzą mi  się placki ziemniaczane?  No to fajnie, dawno nie  było, my też je lubimy- odpisała  Marta. A z czym je lubisz? Masz do wyboru - gulasz na prawie ostro,  czyli z łagodnym  curry, pieczarki duszone w śmietanie, kotlet mielony w mojej wersji, czyli b.cienki, bo włożony pomiędzy dwa placki ,  które wyglądają jak naleśniki?  

Andrzej odpisał  - uwielbiam twoje określenia kulinarne - prawie ostry bo z łagodnym curry - to określenie  to cała ty. Tyle  tylko, że ty jesteś łagodna z ostrym curry. Zrób to co ty lubisz, mnie  wszystko odpowiada z tej listy.  Nie bardzo zassałam co masz na myśli tak mnie kwalifikując - zaprotestowała Marta.  Zapytaj  Wojtka, on ci to wytłumaczy. A on jest u ciebie na etacie tłumacza? - dopytywała  się Marta.  Czasami tak, bo ja za mało cię znam. No tak - operowałeś wszak moją jamę brzuszną a nie mózg - zgodziła  się Marta. 

Potem całą korespondencję pokazała Wojtkowi, który po prostu bardzo się uśmiał. Bo ty go zawsze czymś zaskakujesz i biedaczek czasem nie bardzo wie czy ty aby nie powiedziałaś mu czegoś niemiłego, bo potrafisz mówić rzeczy niemiłe przyjaznym tonem a do tego z uśmiechem.  Ale jemu to jeszcze nic niemiłego nie powiedziałam przecież - stwierdziła Marta. No to pewnie palnęłaś coś niemiłego do kogoś innego a on jest dostatecznie bystry by to wyłapać. No może i tak- nie byłam miła dla tego lekarza, który kwestionował moją  wiedzę na temat mego organizmu.  Henio to tylko się pytał jak  się czuję a nie zaglądał mi pod koszulę czy też piżamę.

Nie powinno  cię  to dziwić, że facet  nie dowierzał temu co mówisz - większość pacjentów  ma dość dziwne wiadomości o funkcjonowaniu własnego organizmu i z reguły konfabulują. Poza tym byłaś po operacji usunięcia wyrostka pełnego ropy, więc  się pewnie bał,  że może jednak trochę tego świństwa tam zostało. 

No ale skoro Andrzej był pewny, że nic się nie rozlało poza tę cholerną ślepą kichę, no to jeśli nie  mnie, to powinien zawierzyć słowom Andrzeja - twierdziła Marta. A mnie nie było fajnie znów się rozbierać do gołego z tej kazionnej koszuli  i jeszcze się podśmiewał jak mogę  czuć, że mi brzuch zaraz  się rozpadnie, skoro nie mam brzucha lecz wręcz wklęśniecie  w tym miejscu- tłumaczyła  Marta mężowi. A na dodatek zachęcał mnie  to zjedzenia tego paskudztwa zwanego kleikiem. No podpadł mi facet na  całej linii.  

A co do tej jutrzejszej kolacji - optuję za gulaszem podanym  w małych miseczkach i plackach na oddzielnym talerzyku. Zaraz wsadzimy mięso do zalewy - lubię gdy  się to mięsko rozpływa w  dziobie. Kto będzie  chciał to sobie gulasz wywali na placki. Ja wolę gulasz zagryzać plackami.

Ciekawa jestem jaka jest ta pani dermatolog. Muszę  sobie  zrobić listę pytań i koniecznie w punktach wypisać co  chcę w tej pracy umieścić. Wyobraź sobie, że pan profesor  jest nieomal naszym sąsiadem bo mieszka na Ligockiej. Jego zdaniem to może być ciekawa ta moja praca. A w czasie okupacji to kawałek jego rodziny  mieszkał w  willi na Szustra i willa ocalała bo obok, za płotem, też w willi, mieszkali Niemcy i na ten kawałek ulicy  nie spadła  ani jedna bomba. I następna randka z nim będzie w "Zielonej Gęsi". Nigdy jeszcze tam nie byłam - dobrze, że nie w "Lunie" bo byłam tam dwa razy- pierwszy i ostatni zarazem.  Takiej lury jak tam serwowali to jeszcze nie piłam. Mam wrażenie, że dwa razy parzyli tę samą dawkę kawy. Miałeś szczęście, że nigdy tam nie byłeś, bo nie podejrzewam by takie paskudztwo podawano w Grazu. Już pomijam fakt, że nie  było tam wcale wentylacji i miejsce na "antresoli" groziło śmiercią  z braku powietrza.  A to już było gdy w kawiarniach nie fajczono papierochów. Ciekawe jak tam było, gdy palenie było dozwolone.

A w jakim wieku jest ten twój promotor? - spytał Wojtek. No nie wygląda młodo, ale jeszcze  się zalicza do wieku trolejbusowego, tak w pierwszej dziesiątce, jak nasi ojcowie. No ale może on tylko taki wyniszczony pracą bo wygląda od nich starzej. Cały czas  się dopytywał czy ja  aby naprawdę dobiegam trzydziestki, aż mu pokazałam swój dowód osobisty. A wiesz, tym razem to mam szczęście z tą uczelnią- jestem ostatnim rocznikiem, bo tu zostaną tylko studia licencjackie i po nich będą tylko studia podyplomowe, ale też nie tu  tylko pewnie u Koźmińskiego, więc w 100% płatne.  Te licencjackie to też pewnie będą płatne, ale nie wykluczone, że te osoby z najlepszymi wynikami będą dostawały stypendium, co nie  znaczy, że ono pokryje cały koszt nauki. 

Najprawdopodobniej rynek już jest nasycony kosmetyczkami, poza tym  zapewne wyposażenie zakładu kosmetycznego bardzo poszybowało w górę, teraz  jest cala masa sprzętu potrzebna i to wcale nie jest tani sprzęt. No i zostanie najzwyklejszą kosmetyczką wcale nie będzie proste. Dziewczyn  z Warszawy jest stosunkowo mało a te  spoza  miasta muszą przecież jeszcze wynajmować jakieś lokum, a to kosztuje. Założenie  własnego gabinetu  też nie jest ani proste ani tanie. Wynajęcie  lub kupno lokalu użytkowego to w każdym mieście spory wydatek. Twoja mama inwestowała kilka lat wcześniej, ale podejrzewam, że teraz  to już znacznie  więcej płaci za lokal niż na początku. Widziałeś przecież ile kiedyś było sklepów przy Marszałkowskiej - teraz połowa jest zamkniętych, bo czynsze podskoczyły a zarobki jakoś nie - teraz  to głównie jakieś  banki są. Jeśli się komuś udało w porę zrezygnować to uciekł  byle  dalej od  centrum. I dlatego nie bardzo rozumiem o co ma  żal do mnie, że nie paliłam  się by zostać kosmetyczką. Laboratoria kosmetyczne nadal będą produkować kosmetyki, bo do tego by je stosować nie jest potrzebny żaden lokal. Usiłowałam to kiedyś wytłumaczyć twojej mamie, ale powiedziała, że ja nie mam pojęcia o biznesie. Cieszę się,  ze względu na  nią, że ona ma.  Ja przeżyję bez pracy w jej prywatnym gabinecie.

Oczywiście można na cały sprzęt wziąć pożyczkę z banku i pewnie  sporo osób tak robi - ciekawe tylko czy do emerytury spłacą  całość. Śmiem w to wątpić. Szef  laboratorium  jest zdania, że taka zapaść to potrwa kilka lat, ale to laboratorium nie jest powiązane jakąś umową ze salonami  kosmetycznymi, ich produkty jak najbardziej można aplikować w domowym zaciszu - każdy produkt ma dokładny opis  do jakiego rodzaju skóry się nadaje i nie są to duże opakowania. Każdy z produktów zawiera  w opisie uwagę, co ewentualnie  może uczulić i zaleca dużą ostrożność przy stosowaniu.  Niektórym to  i  maska czekoladowa może zaszkodzić, chociaż to produkt jadalny i skądinąd  wielce odżywczy.

Jak to maska czekoladowa - zdziwił się Wojtek - nigdy nie widziałem maski z czekolady. To taka jadalna czekolada?  Tak, może być taka jadalna, ale musi  mieć powyżej 80% kakao. Bo taka czekolada zawiera flawonoidy, pierwiastki takie jak potas, wapń, fosfor, magnez, żelazo oraz masę witamin: A, B1, B2, C, D, E, K. Takie okłady  z czekolady regenerują  ciało, mineralizują, ujędrniają, odżywiają, działają przeciw starzeniu się skóry.  Taka maska pobudza mikrokrążenie, poprawia  elastyczność  skóry, redukuje  tkankę tłuszczową. 

Ja mam akurat przepis na maseczkę peelingującą na twarz - wystarczą 2 czubate łyżki stołowe kakao, (oczywiście kakao prawdziwe a nie jakiś słodzony rozpuszczalny erzac), 1 łyżeczka miodu, 1 łyżka oleju lnianego, szczypta  cynamonu, 1 łyżka mleka kokosowego.  A jeżeli  dodamy do tego 2 łyżki zmielonej kawy prawdziwej będziemy mieć świetny peeling do ciała. I po prostu tym wszystkim sobie masujemy ciało.Twarz to też ciało - jakbyś miał jakieś wątpliwości. Ale można  sobie  zrobić taką maseczkę i bez tej kawy.A do tego na osłodę zjadamy dwie malutkie kosteczki gorzkiej czekolady, takiej co ma minimum 80% kakao.

No widzisz- ty ciągle jesz tylko tę gorzką czekoladę i biorą  cię panowie  za nastolatkę - śmiał się Wojtek. A można taką maseczkę  zrobić bez oleju lnianego? Bo nie jestem pewien czy olej lniany jest smaczny. Nie wiem, bo nie próbowałam go jeść, ale myślę, że się go nawet nie poczuje wśród innych składników. A poza tym to nie jest do jedzenia tylko do stosowania na ciało. A olej lniany przyspiesza przemianę materii, ponoć ułatwia odchudzanie, działa też anty nowotworowo, reguluje poziom cholesterolu no i regeneruje skórę.   Ma po prostu  właściwe proporcje  kwasów Omega 3 do Omega 6.  Nawiasem mówiąc nie pożeranie słodyczy też ułatwia odchudzanie. Ale ani ty ani ja, ani Andrzej nie mamy potrzeby by  się odchudzać. Lena by mogła, ale coś podejrzewam, że Andrzej lubi takie, do których się można przytulić w każdym  miejscu bo gnaty nie sterczą. Ona do chudych to i przed ciążą nie należała - sądząc po zdjęciach. Zresztą mnie do chudych to też  trudno zaliczyć, mam czym oddychać i na  czym siedzieć, ale jej jest po prostu więcej niż mnie i to w obu płaszczyznach- i wzdłuż i wszerz.  

To  fakt - Andrzej się śmieje, że ja to ciebie chyba dlatego ciągle obejmuję nawet  w nocy, bo mogłabyś mi się zgubić w małżeńskim łóżku, o  czym  się przekonał gdy ty spałaś w tym fotelu w  szpitalu przed operacją. Zmieściłaś się podobno idealnie w tym fotelu.  

Po prostu było mi wygodnie leżeć na nim na lewym  boku  a nie siedzieć prosto - bo ja rozwiązywałam krzyżówki gdy on spał. Fajne były te fotele- takie klubowe. Wyobrażam sobie jak się jego kolega anestezjolog obśmiał gdy przyszedł budzić Andrzeja. Chyba nie  często lekarz w szpitalu  śpi na łóżku pacjenta a pacjent na fotelu zwinięty w kłębek.

Nie znam się na tym, ale w moim przekonaniu to personel takiej placówki powinien  mieć dużo lepsze warunki do odpoczynku - a tu to podobno te ich służbowe pomieszczenia  są tragicznie ciasne i jest ich  zbyt mało, chociaż  nie da  się ukryć, że i personelu stricte  medycznego brakuje. A i tak  podobno mają tu lepiej niż w innych szpitalach.

                                                                       c.d.n.





sobota, 17 lutego 2024

Córeczka tatusia - 86

 Szef laboratorium dotrzymał słowa i skontaktował Martę z profesorem chemii, który  zgodził  się, by zostać promotorem Marty. Pan profesor był dość bliskim znajomym  szefa laboratorium. Obaj twierdzili, że gdy  tylko Marta ukończy uczelnię, te  studia, które teraz jeszcze funkcjonują, będą dostępne już tylko w  formie płatnej, jako studia podyplomowe. No fakt, nas jest teraz  tylko garstka na tym II stopniu- stwierdziła  Marta. No właśnie - tu  zostaną tylko studia licencjackie a i to zapewne będą to studia płatne. Co prawda jest pomysł, żeby ci najzdolniejsi z bardzo dobrymi wynikami mieli  stypendium. Ale jak będzie to czas pokaże.

Pan profesor z pięć razy dopytywał  się, czy aby Marta  na pewno ma ukończone  18 lat, bo tak naprawdę to wygląda  co najwyżej na licealistkę  a nie na kobietę, która  dobiega trzydziestki. Ach, to na pewno dlatego, że wiecznie chodzę w dżinsach i bez  makijażu a do tego stałam  w niewłaściwej kolejce gdy w niebie wzrost rozdawali - śmiała  się Marta. A do tego  ponieważ na  co  dzień poruszam  się samochodem to chodzę  w adidasach a nie na obcasie i właściwie   jestem złą reklamą uczelni bo się nie  maluję. Ale ja rano  zawsze  jestem z lekka  "obecna-nieprzytomna", więc się nie maluję.  Gdy  się już ociepli to będę przed  wyjściem  z  samochodu zmieniała  adidasy na  szpileczki,  zawsze kilka  centymetrów jestem wtedy  wyższa. Dobrze, że jeżdżę na  wykłady  stale tą  samą trasą, bo rano to zawsze kiepsko kontaktuję. Po prostu z natury jestem niskociśnieniowcem. Podejrzewam, że gdyby mi drogowcy nagle  zrobili jakiś objazd to pewnie bym zabłądziła lub wzywała  męża na pomoc.  I przyjechałby? - dopytywał się pan profesor. No tak - na pewno  by przyjechał, bo zna mnie od czasu  szkoły podstawowej. A mąż też ma  coś wspólnego z chemią i kosmetyką? Nie, jest informatykiem.

Ty, stary, nie masz pojęcia jakiego stracha mi napędziła  pani Marta - łapała w rękę pękniętą  zlewkę z jej zawartością - mało zawału  nie dostałem - poinformował pana profesora szef.  Ale już się  wszystko zagoiło i pozrastało  - powiedziała Marta. I najważniejsze, że nie zostały przecięte ścięgna lub żyły i nie było żadnej infekcji. I dłoń mam w 100% sprawną, mięsień miałam pięknie  zszyty. Pozszywał  mnie brat przyrodni  mego męża. I wszystko  się pięknie wygoiło i mam pełną  sprawność wszystkich palców  i mięśni w pełni zachowaną.  I na pewno nigdy więcej nie będę podstawiała  ręki by łapać rozpadające się jakieś szklane  naczynie - zapewniła obu panów  Marta.  Ja po prostu nie  skojarzyłam, że nadal trzymam brzeg tej zlewki, miałam  wrażenie, że ona mi się wymknęła z palców prawej ręki, a nie  że ona się po prostu  "sama z siebie rozpada". Ale się wszystko dobrze  skończyło, skaleczenia nie były zainfekowane bo je zaraz  potraktowałam  całą butelką  wody utlenionej  a mąż po mnie przyjechał i odwiózł mnie do szpitala i jego brat wpierw  sprawdził, czy aby   nie  zostały w ranach odłamki  szkła  a potem elegancko mnie pozszywał i podał profilaktycznie antybiotyk. I tylko znieczulanie mnie  na początku trochę bolało. W trzy kwadranse  od chwili wypadku już byłam zszywana. I nie  było żadnych odłamków  szkła  w tych skaleczeniach. 

To można  uznać, że miała pani nieco  szczęścia  w tym nieszczęśliwym wypadku- podsumował pan profesor. Oj tak - zgodziła się z nim Marta. No i ulżyło mi, gdy dotarło do mojej świadomości, że to nie  był wynik mojego gapiostwa, bo nadal cały czas trzymałam w palcach prawej  ręki górny brzeg tej zlewki. Teraz  już  wiem, że ta  zlewka  była po prostu pęknięta a efekt  tego wypadku taki, że nim cokolwiek szklanego biorę do ręki to wpierw  się temu podejrzliwie przyglądam.  

Szef  zerknął ukradkiem na  zegarek i powiedział - ja już omówiłem z profesorem temat, który w moim odczuciu byłby dla pani dobry a i dla nas przydatny. I, przyznam się bez bicia, nieco panią "obgadałem" do pana profesora, bo świetnie się  pani spisywała pracując w naszym laboratorium no i już widzę panią w naszym laboratorium badawczym nowych produktów. Jest  pani chyba  jedyną z tego ostatniego rocznika, która nie chce mieć własnego gabinetu kosmetycznego i przyznała  się, że wylądowała tu głównie dlatego, że odpadła na egzaminie wstępnym na medycynę. Marta roześmiała  się - ja po prostu byłam przekonana, że jestem dobra   z chemii i że wiadomości wyniesione  z liceum  są wystarczające i nie douczałam  się przed egzaminami  z chemii. A nie startowałam  po raz  drugi  bo rozmawiałam  z kilkoma lekarkami i mnie jakoś skutecznie  zraziły do tych studiów i nie startowałam po raz  drugi. Brat męża jest chirurgiem i cały czas mi "wypomina", że powinnam  była jednak startować na medycynę, ale ja  chyba jestem za mało odporna  psychicznie na ten zawód. A może i za mało ambitna i chciałabym, gdy będę miała  dziecko, móc mu poświęcić cały swój czas a nie dzielić czas pomiędzy dziecko i pracę zawodową. To, jak na dzisiejsze  czasy mało popularny pogląd, wręcz niemodny, ale tak  sobie  zaplanowałam życie. A mój mąż popiera taki plan. Według niektórych znajomych to jesteśmy właśnie określani jako staromodni, co mnie śmieszy, bo mąż jest informatykiem. Mój ojciec zawsze mi mówił i nadal powtarza, że trzeba  się kierować w życiu zdrowym rozsądkiem a nie  zachciankami i modą. 

Zdecydowanie nie pasuję do nowego wzorca kobiety, która na okrągło wmawia wszystkim dookoła, że w każdej dziedzinie jest co najmniej tak dobra jak mężczyzna i nie wytykam na okrągło moim "domowym facetom", że wiele tak  zwanych "męskich prac" potrafię wykonać  sama i to równie  dobrze i jeśli nie muszę to zawsze owe "męskie prace" zostawiam albo obu ojcom  albo mężowi  i nie ćwierkam, że mi żaden facet nie jest potrzebny. Umiem zmienić koło w  samochodzie, ale na ponad 10 lat prowadzenia   samochodu tylko raz  sama zmieniałam koło, bo nikt nie jechał tą drogą,  na której musiałam to zrobić, umiem nawet aparat zapłonowy w małym fiaciku rozebrać i złożyć, ale  wolę gdy to zrobi mój  tata lub mąż. I nie  zauważyłam by z tego powodu któryś  z nich cierpiał. 

Ponieważ nie ma mnie  cały  dzień w  domu to gotowaniem zajmuje się mój teść, bo pracuje  tylko na połówce etatu, mój ojciec też potrafi gotować, no  ale częściej gotuje teść  - lubi to. Czasem gotujemy z teściem  oboje. A czasem  gotuję  razem  z mężem. Mieszkacie państwo razem z teściem?- spytał szef. Nie, mamy oddzielne   mieszkanie , ale jeśli teść  się nieco gorzej  czuje to wtedy prosimy by nie szedł do siebie, ale nocował u nas. Kiedyś miał zawał, więc gdy się nieco gorzej  czuje, to  już pojął, że wtedy lepiej by nocował u nas a  miejsca mamy sporo bo jak na dzisiejsze  czasy to mieszkanie mamy duże.  Teść mieszka raptem kilometr od nas, a moi rodzice  to mniej niż 300m od  nas. A gdzie państwo mieszkacie? Na starym, mokotowskim WSM- osiedle powstało chyba w 1948 roku. Do Al. Niepodległości to od naszego bloku jest 120 metrów. 

Mojemu teściowi to się marzy, byśmy  wszyscy razem   mieszkali w jednym budynku i jest  niepocieszony, że to jest nierealne. Bo tereny dostępne pod  zabudowę indywidualną są właściwie na terenach ongiś podwarszawskich. Wielu naszych  znajomych  zazdrości nam tej lokalizacji bo i do metra nie mamy daleko, bo stacja jest przy Racławickiej. No to jesteśmy, pani Marto, nieomal sąsiadami, bo my mieszkamy przy Ligockiej, druga  kamienica od Alei Niepodległości. To jeszcze przedwojenna kamienica, ale zbudowana tuż przed  wojną. Dwa sąsiednie domy zostały w czasie  Powstania  w 44 roku zbombardowane, a ten budynek ocalał. To ten budynek przylegający do tego narożnego,  w którym jest sklep spożywczy.Mocno oberwał Mokotów  w czasie Powstania.  Gdy moi rodzice po wyzwoleniu wrócili na Mokotów to mój  ojciec chodził po tych okolicach i fotografował  i zapisywał wszystko. Raz przez  to omal to więzienia nie trafił, ale skończyło się  na pobiciu go, wybiciu kilku zębów, zabraniu mu aparatu i filmu. A willa  ciotki  ocalała bo w sąsiedniej mieszkali Niemcy i bomby jakoś omijały tę posesję i te  dwie przylegające po jej dwóch  bokach. Wniosek nasuwa  się prosty, że mieli niezłe rozeznanie gdzie mieszkają ich rodacy.

A zaczęła już pani coś myśleć na temat pracy magisterskiej? Tak z ręką na  sercu to jeszcze  nie, bo jeszcze ze mną szef laboratorium  nie omawiał co konkretnie on by chciał w tej pracy zobaczyć. Ja to bym chciała bym mogła napisać coś o kosmetykach leczniczych opartych na produktach naturalnych np. takich jak maść Cepan. W moim odczuciu to jest ona  po prostu niedoceniana - wyparł ją ze świadomości dermatologów contractubex. Tak zupełnie prywatnie to mam podejrzenie, że po prostu producent zachodni zainwestował sporo w  reklamę i w swego rodzaju przekupienie części lekarzy.  A najprostszy  sposób to zorganizowanie "Seminarium  ze  szkoleniem" w  jakiejś  sympatycznej miejscowości nad ciepłym morzem, oczywiście poza ścisłym sezonem urlopowym. Poza tym to mało kto wie, że młoda  skóra ma tendencję do tworzenia się bliznowca i nic jak na  razie na to nie pomoże- ani maść contractubex ani cepan. Chcę  się spotkać z jedną doktor  dermatolog i z  nią na ten temat porozmawiać.  To lekarka  z doktoratem. Brat męża mi obiecał, że jeżeli tylko zechcę to mnie  z nią skontaktuje. Ja tak naprawdę to powinnam uzgadniać  temat pracy dopiero po absolutorium, ale wiem, że w praktyce to każdy studiujący już na początku ostatniego roku uzgadnia temat pracy i omawia ją z promotorem. Z tym, że tu to  chyba jest mniej typowo niż na innych uczelniach i moje koleżanki zainteresują  się tematami pracy magisterskiej najwcześniej po rozpoczęciu przedostatniego semestru a i tak większość z nich będzie pisała o organizacji i wyposażeniu gabinetów kosmetycznych, bo są nastawione na prowadzenie własnego lub firmowanie gabinetu  wspólniczki. Ja jestem po prostu nie  zainteresowana prowadzeniem własnego gabinetu kosmetycznego lub do spółki z kimś, czego mi moja teściowa nie może  wybaczyć. I w ogóle jest mocno zdegustowana, że obecne przepisy wymagają by osoba będąca właścicielem gabinetu  miała owe mgr przy nazwisku. Więc jestem solą w oku swej teściowej, bo zapewne  będę miała owe mgr a jestem paskudna i  nie  chcę żadnego gabinetu kosmetycznego prowadzić.

A co pani mąż o tym sądzi?- spytał pan profesor. No cóż - małżeństwo jego rodziców rozpadło się, są już po rozwodzie, teść mój mieszka w Warszawie, teściowa mieszka w Austrii. A małżeństwo utrupiła teściowa, nie teść. To tak mało typowe - podobno.  No ale mamy przecież równouprawnienie. Byłam tym szalenie zaskoczona,  bo znam moją teściową odkąd  zaczęłam chodzić do I klasy szkoły podstawowej i zawsze mi się jawiła jako Hestia, ale jak widać pozory mylą, jak powiedział pewien jeż. Mój mąż tylko powiedział mojej  teściowej, żeby nie przyjeżdżała do nas  do domu bez uprzedzenia, bo ojciec jest z nami właściwie  codziennie i jej widok oraz teksty go denerwują , co po zawale dobre nie jest. Na razie jest śmiertelnie  obrażona  na nas oboje.  Na mnie chyba  bardziej.

To podsumowując chce pani napisać  coś o fitoterapii w dermatologii - mamy teraz  trend powrotu do Matki Natury, więc proszę  się  rozejrzeć w literaturze i spotkać  z ową doktor- dermatologiem. Myślę, że to może być bardzo ciekawa praca magisterska.  Tu są moje namiary, a tu proszę mi się wpisać łącznie z wpisaniem godzin,  w których  telefon  nie będzie pani przeszkadzał. Mnie nigdy  nie przeszkadza, bo po prostu mam w pewnych godzinach przełączony na wibracje  zamiast dzwonka a ponieważ jest wtedy w kieszeni to  zazwyczaj wtedy odpowiadam tekstowo kiedy będę mogła  rozmawiać- wyjaśniła  Marta. 

Oooo, to nawet jest niezły patent, muszę to wypróbować.   I myślę, że następnym  razem  to się spotkamy  raczej w naszej dzielnicy, może w tej kawiarence wis a' vis SGH? Bardziej by mi to pasowało- jeśli mam być szczery. Ona  chyba ma  w  nazwie jakąś gęś. Myśli pan o tej kawiarence w mieszkalnym  wieżowcu? Tak, mam wrażenie, że ona  chyba ma nazwę "Zielona Gęś". Być może, ale ja tam jeszcze  ani razu nie byłam. No cóż w kawiarnie to nasza okolica  nie  obfituje,  ale  to może i lepiej. Może w tej "Gęsi" jest lepsza kawa niż ta, którą serwują w "Lunie" na Alei Niepodległości - tam to chyba podają popłuczyny z mycia expresu do kawy.   Raz tam byłam  -  czyli byłam o jeden  raz  za dużo. 

                                                                        c.d.n.

niedziela, 11 lutego 2024

Córeczka tatusia - 85

 Dni toczyły  się w jakimś z góry , nie wiadomo przez co lub przez kogo  ustalonym trybie. Andrzej wynajął detektywa, który ustalił że Lena spotyka  się na placu zabaw z kobietą, która jest wynajętą opiekunką do dziecka. Opiekunka i jej pracodawcy są "Zielonoświątkowcami". To taka odmiana wiary w  sumie bliska katolicyzmowi, mają swój kościół przy ulicy Siennej a ich zasady religijne to jakby nieco lżejsza odmiana katolicyzmu, nie ma w ich zasadach wiary kultu Matki Boskiej, nie ma też  chrzczenia nowo narodzonych  dzieci, ochrzczony może być tylko ten, kto już jest świadomy tego w  co wierzy, ale chrzest nie jest obowiązkowy. Opierają  się o Biblię  kanonu  palestyńskiego, nie ma u nich celibatu. Głównie  się modlą i rozpatrują treści przekazywane w modlitwach - cokolwiek to znaczy. Dopuszczają jak najbardziej antykoncepcję ale nie aborcję, czyli dopuszczają działanie na etapie "przedzarodkowym", udzielają ślubów kościelnych  tym, którzy wstępują w kolejny  związek małżeński i są po rozwodzie a należeli przedtem do kościoła stricte katolickiego.

No to całe szczęście - skomentowała Marta rozmawiając o  tym z Wojtkiem - bo już podejrzewałam, że ich zasady są podobne do zasad Świadków Jehowy, a z tego co słyszałam to owa formacja coraz bardziej przypomina jakąś ześwirowaną sektę. No popatrz - nie miałam nawet bladego pojęcia, że mamy w stolicy Zielonoświątkowców i że oni mają regularny Kościół.  Nie mogę jednak  zrozumieć,  czemu Lena nie powiedziała Andrzejowi o tej znajomości. Jak dla  mnie to ich zasady wyglądają nawet całkiem  sympatycznie. Jeśli ktoś należy do osób, które lubią robić  coś  wspólnie  w większej  grupie to niezłe  miejsce. No ale  mnie do szczęścia wystarcza  najbliższa  rodzina i ogromnie  nie lubię  wszelakich "spędów".

Andrzej zastanawiał się co ma z tą świeżo nabytą wiedzą o kontakcie Leny zrobić - zbyt mało wierzył w "zdrowy rozsądek" Leny a i w uczciwość wszystkich Zielonoświątkowców także, zwłaszcza, że i w kościele katolickim nie  działo się najlepiej ani najuczciwiej. Oczywiście zastanawiał się wpierw  sam, ale dręczony brakiem pomysłu postanowił pojechać  do przyjaciół i  z nimi  sprawę omówić.

Mnie o to nie pytaj - stwierdziła Marta gdy Andrzej do  nich wpadł - nie byłam ani nie jestem związana z jakimkolwiek kościołem, choć jestem ochrzczona i nawet byłam w I Komunii i to był koniec moich kontaktów z kościołem - jaki by on nie  był. Ślub braliśmy tylko cywilny.  Ja to nawet do harcerstwa nie  chciałam należeć i nie należałam, nie jeździłam nigdy na jakieś kolonie, obozy itp. Ja po prostu źle  toleruję wszelkie  zgrupowania. Na balu maturalnym i studniówce też nie  byłam - może bym poszła gdyby Wojtek  był ze mną. Ale podejrzewam, że raczej byśmy poszli gdzieś sami ewentualnie z rodzicami. Ja po prostu dziwna byłam i jestem nadal. Nie lubię tłumu, dla mnie 10 osób to już tłum.  Nawet za dopłatą nie poszłabym na jakiś koncert rockowy gdzieś na  stadionie czy w jakiejś dużej hali. Oczywiście bywam w kinie, ale rzadko, bywam też w operze i filharmonii a tam ratuje  mnie fakt, że  w czasie spektaklu widownia jest ciemna a ja nie wychodzę  na przerwę w ten kręcący  się tłum i z rozkoszą siedzę w niemal pustej  sali. Po prostu jestem odludkiem - może dlatego, że często byłam sama w domu. Bo matka ciągle gdzieś "wyciekała" z domu, choć nie pracowała zawodowo. Poza tym to mam minimalne zaufanie do obcych mi osób i nie jestem tak zwanym towarzyskim stworzeniem.  A że nie jest to bardzo widoczne to po prostu dlatego, że sporo sama nad  sobą pracowałam. A mimo tego ty zauważyłeś, że Lena nie przypadła mi do serca - czyli znów  muszę nieco nad  sobą popracować by się bardziej kontrolować.

Andrzej wpatrywał się w Martę jak zahipnotyzowany a ona z uroczym uśmiechem powiedziała - ale ty mnie jakoś oczarowałeś tym, że tak się zająłeś Wojtkiem. Poza tym nie ukrywam, że cię uważam za swego prawdziwego przyjaciela. Wizualnie też mi odpowiadasz. I Wojtek o tym wie, nie mam przed nim tajemnic. Masz nad nim nawet pewną przewagę - wiesz jak wyglądam wewnątrz- on nie. 

No fakt - stwierdził Andrzej - ale z punktu widzenia chirurga to masz wszystko wewnątrz jak należy, tylko wyrostek  robaczkowy ci usunąłem - reszta jak była tak i jest na  swoim  miejscu, niczego nie przestawiałem, nie  było takiej potrzeby. Wojtkowi tylko trochę mięśnie poprzestawiałem, żeby  się wszystko lepiej razem trzymało. Nie wiedziałam , ba- nawet nie podejrzewałam, że mięśnie można ot tak poprzestawiać - stwierdziła Marta. No można jeśli trzeba - a ja uznałem że trzeba- zapewnił ją Andrzej. 

Ja to  chyba muszę cię kiedyś usadowić w teatrze żebyś  sobie obejrzała jakąś operację, ale muszę to omówić z szefem, bo nie jesteś z kręgu medycznego i wtedy gdy ktoś inny by operował to ja bym ci w teatrze wyjaśniał co lekarz  właśnie  robi. Jesteśmy  kliniką, więc często mamy studentów i oglądają z góry jak przebiega operacja. Wiele godzin spędziłem w ten sposób.  

Wojtek popatrzył się na oboje jak na takich co  się gdzieś po drodze minęli z  rozumem i powiedział - wam obojgu to chyba coś kompletnie  odbiło. Potem jeszcze Marta wpadnie na pomysł żeby pójść na medycynę. Nie ma obawy- pocieszył go Andrzej - już  nie zdążyłaby zrobić studiów i specjalizacji. Jak chcesz to mogę i ciebie na taki spektakl zaprosić.  No coś ty - albo bym  uciekł z wrzaskiem  albo zemdlał - stwierdził Wojtek. Nie mam  w  sobie ducha  oprawcy tak jak  Marta.

Marta popatrzyła na niego i powiedziała - gdybym nie  miała  ducha oprawcy to nie znalazłbyś  się w szpitalu i łaziłbyś do  dziś z tą przepukliną dziwiąc  się co ci jest. I gdybym w  szkole nie kazała  ci siedzieć z głową nie odchyloną do tyłu gdy ci Witek nos  rozwalił,  to byś  się udławił własną krwią, bo tak  ci kazała siedzieć nasza geografka.  A tak naprawdę to nie mogę pojąć dlaczego w programie  szkolnym nie ma czegoś takiego jak kurs pierwszej pomocy a te kursy, które  są  w ramach kursów na prawo jazdy są prowadzone na żenująco  niziutkim poziomie i jedyne czego się nauczysz to tylko to żeby zawsze wezwać pomoc - ciekawe tylko jak i  czym gdy jesteś w terenie   niezabudowanym i nie masz  zasięgu w komórce.

A skąd wiedziałaś , że nie należy siedzieć z głową odchyloną  do tyłu - zaciekawił  się Andrzej. Z encyklopedii zdrowia - mieliśmy ją  z tatą w domu i wtedy sporo wiedzy łyknęłam. A potem to stale bywałam w księgarni medycznej na Hożej. I zawsze  sobie  coś  ciekawego upolowałam. Mam wrażenie  że nie jest to  szkodliwe  hobby, że chcę wiedzieć jak prawidłowo powinien pracować ludzki organizm i z czym należy dość  szybko pokazać  się u lekarza. Szkoda, że nie  wyczytałaś tam, że powinnaś  była jednak zdawać koniecznie po raz  drugi na medycynę - podsumował Andrzej. Eeee, jakoś bez  siebie wytrzymamy, to znaczy ja bez ukończenia  medycyny a medycyna  beze  mnie - stwierdziła Marta.

A co do Leny - ja ją mało znam - nie  widujemy  się przecież  często. Tak "z lotu ptaka",  a tak właśnie wyglądają moje  z nią kontakty to dość trudno mi powiedzieć jaka ona jest -jak na razie to mam wrażenie, że nie docenia możliwości intelektualnych dzieci, a obaj twoi chłopcy to bystre dzieciaczki i można ich już teraz  sporo nauczyć, trzeba im wciąż dostarczać nowych wiadomości i nowych  wrażeń, pokazywać im otaczający ich świat i bardzo dużo im tłumaczyć, jednocześnie obserwując czy rozumieją. Oni mają spory potencjał. Jest wiele miejsc,  w które już można z nimi pójść i które będą im  się podobały. Można z nimi pójść do Muzeum Etnograficznego, do Muzeum Kolejnictwa, Muzeum Wojskowego. Nie trzeba od razu całego Muzeum z nimi oblecieć, bo to zbyt wiele  wrażeń na  jeden raz. I nie można ich na  co dzień traktować jak przygłupów bo to jeszcze małe  dzieci.  Trzeba im  dobierać odpowiednie zabawki i takie książeczki by kot był podobny do kota, kura do kury, słoń do słonia. Porozmawiaj o tym z moim teściem, on jest dobry w te klocki, a twoje dzieciaki go lubią i nazywają dziadkiem. Teść Michała też jest super jeśli idzie o wychów dzieci w  wieku przedszkolnym i też już wymyśla dokąd można z dzieciakami pójść żeby było dla nich ciekawie i mądrze.

Mówisz tak, jak siostra mojej teściowej - stwierdził  Andrzej. Ona twierdzi, że już teraz obaj powinni być włączani i wdrażani w różne prace domowe, choć nie  da  się ukryć, że to na  samym początku może  być dla dorosłych męczące.  

No właśnie - siostra twojej teściowej ma rację. Twój starszy to chyba od  września pójdzie do zerówki, a młodszy mógłby iść do przedszkola. Jeśli będzie w prywatnym to może być nawet nie cały dzień, ale np. do leżakowania poobiedniego, którego większość dzieci nie lubi. I mam wrażenie, że pobyt ich pod okiem siostry twojej teściowej dobrze im obu zrobi, o ile Lena nie będzie protestować, twierdząc, że to jeszcze maleństwa. Bo Lena - przepraszam, że to powiem, kocha ich taką przysłowiową małpią miłością, czyli całą  swą uwagę i czułość skupia na  dziecku. A w naturze, gdzie małpy żyją w stanie  dzikim wcale tak nie jest - owszem to małe jest uczepione cały  czas matki, ale gdy matka dojdzie  do  wniosku, że czas by maluch przestał ssać tylko jej pokarm to traktuje  swe małe bardzo brutalnie, potrafi nawet nim  ciskać o glebę. A potem wcale nie interesuje się czy coś je  czy nie. Bo życie jest w naturalnych  warunkach  po prostu brutalne i mają przetrwać najsilniejsze osobniki. My w ogrodach stwarzamy zwierzętom nienaturalne warunki bytowania, więc i one inaczej się zachowują niż w naturze.

A co do tych Zielonoświątkowców - sprowokuj sprytnie rozmowę z Leną na ich temat.  Możesz też dowiedzieć się w jakich godzinach ów przybytek działa i pojechać by obejrzeć kto tam bywa. Sądzę, że mają jakąś kancelarię czy jak to się w kościołach nazywa- za mało się na tym znam bo nie  chodzę do kościołów-  i na pewno ci powiedzą w jakim  czasie ów przybytek działa. 

Wiesz - jako osoba bezdzietna to za bardzo się na hodowli  dzieci nie  znam- na pewno lepszy jest w tej materii Michał i Ala, więc myślę, że możesz  się z nim śmiało skonsultować w kwestii wychowu dzieci, ma ich w końcu troje a jedno nie jest jego  dziełem, ale kocha je bardzo , tak samo jak własną produkcję. A  Michał  na pewno lepiej się orientuje w  wychowie dzieci niż ja  - ja tyle wiem co ze "słychu i widu" a nie z własnego doświadczenia.

Zaczynam się zastanawiać czy mam jechać czy może przełożyć na jakiś inny termin - jeżeli tylko będzie to możliwe  - cicho powiedział Andrzej  A co? - w innym terminie coś się  zmieni w twoim życiu osobistym? Do ich pełnoletności to jeszcze daleko, a jak mówi przysłowie  "małe  dzieci mały kłopot, duże  dzieci duży kłopot". Teraz  to ci jeszcze  teściowa i jej siostra spolaryzują Lenę i dzieci, a jak będzie  za rok to nie wie nikt.  Trzy miesiące to nie jest bajecznie  długi okres, przetrzyma Lena to jakoś bez ciebie w towarzystwie mamy i cioci i kuzyna. W nagrodę może będziesz ją mógł ściągnąć na ostatni tydzień swego pobytu do Londynu - tydzień dwie babcie  z dwójką dzieci spokojnie wyrobią, bo oni będę grzeczniejsi gdy nie  będzie koło nich zaplecza w postaci Leny. Dzieci zawsze  są bardziej pyskate czując oparcie w postaci mamy, która je rozpieszcza.

A Michał mnie nie wyśmieje gdy mu powiem, że potrzebuję jego porady?- spytał Andrzej.  Michał to najzwyczajniej w  świecie chodząca dobroć i porządność w ludzkim  ciele - powiedział Wojtek. Wierz mi - ja  z nim pracuję w jednym pokoju, a przedtem był moim promotorem. I będę szczęśliwy gdy będę mógł z nim pracować do  samej emerytury. I bardzo nam  się marzy wspólna firma, ale wpierw  muszę zrobić doktorat, a tego się nie da  zrobić w rok i Michał czeka na ten mój doktorat, a mógłby już z kimś innym  zorganizować to, ale umówił się ze mną i czeka na mnie. Nie  znam innych tak porządnych ludzi. Więc zapewniam  cię, że na pewno podzieli  się z tobą swoim doświadczeniem w kwestii hodowli dzieci, bo ma dwóch chłopców i jedną księżniczkę.

                                                                      c.d.n.


sobota, 10 lutego 2024

Córeczka tatusia - 84

 Ojciec Wojtka dotarł do nich dopiero około dziewiątej wieczorem i stwierdził, że  się chyba  starzeje bo zaczyna  go męczyć praca z wieloma osobami na raz. Więc  tylko pochłonie ciasto i lody i zaraz pójdzie  się położyć.  Tato,  a co cię  tak wymęczyło? - spytał Wojtek.  Baby - zadziwiające jak długo i głupio potrafią gadać. Marta poszła po ciśnieniomierz a Andrzej zmierzył "pacjentowi" ciśnienie - wynik jego zdaniem  był całkiem  niezły i tata został odesłany do swego pokoju by spokojnie  poleżał i odpoczął od napływu różnych wiadomości. Przy okazji Andrzej poinformował go, że postara  się pojechać  z nim na to badanie  kontrolne w Instytucie, bo przy okazji spotka tam swego  kolegę.

A może ty Andrzeju  chcesz  dziś nocować tutaj?- spytał ojciec. Tato - tu przecież jest do licha i trochę miejsc do spania - nawet gdybyś poszedł do swego mieszkania to i tak Andrzej będzie spał w pokoju gościnnym a nie w tej sypialni,  w której ty sypiasz gdy u nas  nocujesz.  W gościnnym to on ma nawet swoją piżamę wścieloną razem z pościelą - poinformowała ojca  Marta. I pamiętaj, że jutro jest już sobota i nikt nie musi się zrywać bladym świtem, a jeśli się ktoś zerwie to  sobie sam zrobi śniadanie, więc  nie zrywaj  się skoro świt, bo ja nie jadę jutro do pracy - tłumaczyła  spokojnie Marta.

No faktycznie - jutro sobota - zgodził się  z nią ojciec.  Ojciec, który  zawsze bardzo słuchał  się Marty  pożeglował  do łazienki. Gdy wyszedł z kuchni, która zdaniem wszystkich była świetna do tego  by się w niej tuczyć i godzinami gadać, Andrzej powiedział - brakuje  mi waszej obecności na co dzień.  Brakuje  mi po prostu tego, że nie muszę się zastanawiać nad każdym słowem które  powiem, bo my wszyscy, jak mówi Marcia, nadajemy na tej samej częstotliwości i wy wiecie dokładnie o czym mówię. Boję się trochę tego wyjazdu do Londynu bez waszej tam obecności. Będę pewnie wiecznie zawieszony na komunikatorach, żeby nie  zwariować. 

Ja jestem na SKYPE, więc nawet będziemy  się mogli widzieć, a nie tylko słyszeć pocieszył go Wojtek. A jeśli tam gdzie  będzie Lena  z dziećmi jest internet to i z nimi sobie  pogadasz i ich pooglądasz. Sprawdź to przed  wyjazdem.  No i sprawdź, czy ona  ma konto na SKYPE i przy okazji załóż sobie konto na FB, to będziesz  miał możliwość szybkiej korespondencji na Messengerze. Bo często jest tak, że z uwagi na miejsce w którym przebywasz lepiej jest wymieniać wiadomości pisząc niż mówiąc - dodała Marta. No i masz to również na smartfonie, więc praktycznie w każdym miejscu. No fakt - muszę  sobie kupić nowego smartfona na ten wyjazd, żebym  miał stały kontakt  z wami - poinformował ją Andrzej.  Już mnie nawet mój operator namawiał na nabycie  nowego.  To umów  się z Wojtkiem i razem idźcie po ten nowy nabytek - doradziła  Marta.

Na razie muszę się rozejrzeć w kwestii znalezienia jakiegoś detektywa i czuję  się niczym bohater jakiejś szmatławej powieści  kryminalnej - stwierdził Andrzej.  W poniedziałek mam do usunięcia pęcherzyk żółciowy i mam zamiar zrobić go laparoskopem - pacjentka dość młoda, ale będzie pod pełną narkozą, bo nie wiadomo co tam zastanę - może być tak, że zawartość nie zmieści  się w świetle laparoskopu, więc trzeba by ją wtedy w trakcie dodatkowo uśpić. Zdarzył mi się już pęcherzyk z furą drobniusich kamyków i jednym takim, że za nic nie wszedłby do laparoskopu. Dobrze, że to częste operacje, więc nie  muszę kilku godzin przeznaczyć na przemyślenie sobie co i jak zrobię. Najtrudniej  gdy pacjent leciwy i ma cały pakiet  chorób towarzyszących - to spory kłopot i dla chirurga i anestezjologów. A i tak jak coś nie pójdzie to i tak rodzina  całą  winą obarczy chirurga.  

Marciu - pokaż mi swoje łapięta - chcę je pomacać. Tak przy Wojtku będziesz  mnie macał? - roześmiała  się Marta.  No wiesz - podobno najciemniej jest pod latarnią- podchwycił Andrzej.  Skrupulatnie "powiercił"  Marcie w obu wnętrzach jej dłoni i stwierdził, że jak było tak i jest, ścięgno jest wyraźnie pogrubione ale nie przykurczone  i  nic się na nim nie tworzy, więc jest duża  szansa, że tak już pozostanie. Może to taka jego uroda "od zawsze".

Czy moją bliznę też masz ochotę obejrzeć?- spytał Wojtek. Wyobraź sobie, że nie - goiło ci  się wszystko pięknie, Marta nie narzeka, więc nie ma takiej potrzeby. No ale jeśli czujesz nieodpartą potrzebę bym ją obejrzał to mogę ci zrobić taką przyjemność. Gdyby coś  było pod jakimkolwiek względem źle to już dawno by mi to Marta doniosła, a na nic nie narzeka.

A ja zaraz już wychodzę - zrobię nocny nalot, zabawię  się w alianckiego lotnika  z czasów II wojny światowej. Podobno te naloty były bardzo  skuteczne. Lubię ten wyraz ogromnego  zdziwienia na twarzy Leny. Jutro mam dzień wolny, z soboty na niedzielę nockę, więc może być dość wesoło, choć nie tak interesująco jak na pogotowiu, nie mamy ciężkich przypadków na oddziale, niedzielę też mam wolną. Kocham was oboje, bez  was bym chyba się załamał.

Gdy już był w przedpokoju Marta przyniosła mu w pojemniku spory kawałek "przekładańca", typowo męską porcję,  mówiąc - jesteś tak samo chudy jak Wojtek,  więc możesz  się dożywić - pojemnik bezzwrotny, mam ich multum. Kiedyś przez roztargnienie  lub sklerozę zamówiłam je  dwa razy. 

To jest wielce  pocieszające dla mnie  - mam w domu z takiego samego powodu niektóre książki w dwóch egzemplarzach - pocieszył Martę Andrzej. Bo zamówię, przesyłka  nadejdzie, odkładam na książkowy regał i ona  dojrzewa, ja nie mam kiedy przeczytać, potem gdzieś doczytam o niej i........zamawiam, bo nie pamiętam, że już ją kupiłem. No to przejrzyj i jak coś interesującego to od  ciebie odkupię - stwierdził Wojtek.  No nie wiem - bo to głównie książki medyczne, ale mam nadzieję, że wpadniecie  do nas i wtedy Marcia sobie przejrzy, tam jest też trochę z jej branży. To co przyszło przed przeprowadzką to dopiero niedawno rozpakowałem i jakoś nie miałem  czasu ich przejrzeć. No i zapomniałem, że mam dla niej film z operacji grasicy - krwi na nim więcej niż na najpodlejszym horrorze. Podobno nawet studenci medycyny czuli się przy oglądaniu bardzo niewyraźnie. Ale to stary film, teraz już nie usuwa  się nałogowo grasicy przy operacji kardiologicznej- bo grasica chroni przed  rakiem i chorobami autoimmunologicznymi. Ale  kiedyś usuwali by sobie  ułatwić dostęp do serca. Teraz  już się tego nie robi. 

No ale to przecież mały gruczoł, nie mam pojęcia  co mógł zasłaniać, zwłaszcza u dorosłego człowieka bo wtedy ona jest już dużo mniejsza - dziwiła  się Marta.  W okresie  dojrzewania  waży raptem ok.25 gramów, a wtedy jest największa, potem  się systematycznie  zmniejsza. A usuwa  się tylko gdy jest miastenia i to  taka w dużym  stopniu. Andrzej  się uśmiechnął - nie  wiem, nie jestem kardiochirurgiem.  Oni  się uważają za najmądrzejszych i wszyscy inni mają bić im pokłony.Też mnie to dziwiło. Ty, jak na panią kosmetolog przystało,  stanowczo za dużo wiesz z innych dziedzin medycyny. Marnujesz  się. A byłabyś  super jako asystentka. 

Marta roześmiała  się - zwłaszcza przy sekcji indyka lub kurczaka.  Ty  się nie śmiej - ale wielu znakomitych lekarzy zaczynało kontakt z medycyną  od patroszenia zwierząt - część bo byli dociekliwymi dziećmi a mieszkali w pobliżu ubojni lub  mieszkali na  wsi a tam często dzieciaki brały udział np. w świniobiciu i potem jak  się mięso świniaka rozbiera, patrzyły jak się kryje klacz, jak  się  rodzi źrebak lub szczeniaki - powiedział Andrzej.  

A ja wybebeszałam lalki, by zobaczyć co mają w środku i byłam wielce rozczarowana, że są puste w środku, a potem tata mi kupił atlas anatomiczny.  A nieco później sprawdzaliśmy z Wojtkiem różnice w budowie dziewczynek i chłopców, o  czym jako ewidentna idiotka opowiedziałam tacie. I tata nas oboje uświadamiał. No bo twój tata to normalnym  facetem był i jest a nie jakimś gniotem - powiedział Wojtek. I ja nadal jestem do niego bardziej przywiązany niż do rodzonego ojca. 

Andrzej uściskał oboje i pojechał do domu. W pół godziny później przysłał wiadomość - chyba było u nas jakieś przyjęcie, albo ona nie  zmywała ani jednego kubka  od  rana poprzedniego dnia ani nie  wstawiła naczyń do zmywarki. Ostatnio ciągle mi ględzi, że tabletki do zmywarek oraz proszek do nich mają szkodliwe  działanie na zdrowie dzieci.Właśnie wstawiłem wszystko do zmywarki i idę spać do swego pokoju. Mam ochotę ją stłuc, więc lepiej by nie była blisko mnie. Dobrze,  że rano wychodzę  z domu.

No ewidentnie ona  się widuje  z kimś głupim - stwierdziła Marta. Teraz tylu oszołomów ekologicznych działa, że niedługo ludzie przestaną się  myć mydłem i do picia będą brali wodę ze strumyków podmiejskich bo woda miejska z kranów jest niezdrowa. A akurat teraz woda się poprawiła i jest naprawdę smaczna. Mam nadzieję, że on mimo wszystko jej nie przyleje, bo ona ostatnio to jest wyraźnie od niego potężniejsza objętościowo i mogłaby go uszkodzić już samym  swym ciężarem. 

No właśnie - gdy byli u nas ostatnio to też odniosłem  wrażenie, że jest jej znacznie  więcej niż gdy ją widziałem poprzednio. Może "zajada" swoje problemy większą ilością  jedzenia  albo wręcz  pasie  się słodyczami.  Nie wiem- ale odkąd ją znamy to nigdy nie  była szczupła - w końcu urodziła  dwoje dzieci w odstępie dwóch lat. Tak na oko to mogłaby z powodzeniem zrzucić z 10 kilogramów- stwierdziła Marta. Zaszła w drugą  ciążę nim  zrzuciła nadwagę z pierwszej. Może jest  w tej  chwili w tak zwanym "błędnym kole" - jest zdołowana tym przytyciem więc  sobie poprawia nastrój podjadając słodycze i nadal tyje. Może jakaś psychoterapia by jej pomogła, ale ja na pewno jej w tym nie pomogę - na razie muszę zadbać o  swoje  własne  sprawy związane ze studiami. 

Poza tym czuję się bardzo nią rozczarowana - jakoś na początku lepiej się prezentowała. Myślałam, że ma lepiej pod  czaszką poukładane.  Andrzej jest wyraźnie przerażony, ale powiedzmy sobie  szczerze - podobała  mu się Lena, bo była  wesoła, chętna do seksu i świetnie  się z nią bawił. A odkąd jest dwoje dzieci zaczęły  się schody z wysokimi stopniami. Jak widzę to on jest nieźle zdołowany tą sytuacją i sam nie bardzo wie jak ten problem rozwiązać. Nie mam pojęcia czy jego wyjazd do Londynu polepszy czy też pogorszy  sytuację. 

Bo to powiedzenie, że Lena będzie pod kontrolą matki i swej ciotki w Otwocku to jak dla mnie zabrzmiało nieco złowieszczo. Bo to nie było, że babcie pomogą jej w opiece nad  chłopcami, ale że ona będzie  pod ich kontrolą. Myślę, że Andrzej nie powiedział nam całej prawdy o tej sytuacji, ale nie mam wcale ochoty by tę prawdę poznać.  Wziął sobie "dziewczynę typu muzyka rozrywkowa, czyli lekką, łatwą i przyjemną"  no to ma teraz to co wybrał.  Jak do tego dodać, że jego ojciec uważał, że nie jest to dobry wybór, to być może jej rodzina i jego byli z tego samego kręgu znajomych. Nie mam pojęcia gdzie mieszkał czy też nadal mieszka ojciec Andrzeja. 

On na tym wyjeździe nie  zbije kokosów, nie będzie  go stać na wynajęcie lokum dla rodziny,  co najwyżej na jakąś kawalerkę i to raczej na peryferiach miasta a poza  tym będzie  cały  dzień w pracy a ona sama z dwójką małych dzieci bez znajomości języka w obcym językowo mieście to na pewno nie będzie szczęśliwa i dzieci też nie. Nie mam zupełnie pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. I tak naprawdę wolę nie mieć pojęcia.  Lubię Andrzeja, szanuję go jako lekarza, ma w Klinice świetną opinię, od strony  zawodowej jest naprawdę godny podziwu, do tego i kulturalny i oczytany więc  tylko to wszystko obserwuję. Poza tym to on  chyba kocha te  dzieci. Już nawet pomyślałam, że on dąży do rozwodu i do odebrania jej  dzieci no ale co on zrobi sam, przy tak intensywnej pracy z dwójką  dzieci? Chyba, że chce  rozwodu i zostawi jej dzieci i tylko będzie płacił na ich utrzymanie. Trochę by mnie to zdziwiło i chyba znacznie obniżyło u mnie jego notowania. A może już kogoś ma?  Tam niejedna  do niego  wzdycha i kto wie czy nie jedna pomyśli, że może lepiej  być żoną Andrzeja i hodować jego  dzieci niż być pielęgniarką w Klinice.

                                                                      c.d.n.


 



 


piątek, 9 lutego 2024

Córeczka tatusia - 83

 Kwestia  "kasztanowych włosów" jednej z licealnych koleżanek Marty w jakiś sposób nurtowała Wojtka, bo rano, gdy się  szykowali do wyjścia  powiedział -  tak się zastanawiam, jak można komuś zazdrościć koloru włosów - to przecież głupota! No jasne, że głupota - zgodziła  się z nim Marta - no ale weź poprawkę na to, że gdy się jest nastolatką to na ogół  nie ma się zbyt wielu życiowych mądrości w głowie. Generalnie zazdroszczenie komuś czegokolwiek jest głupotą, a jeśli się nam coś u kogoś innego bardzo podoba i chcielibyśmy coś takiego mieć, to zamiast  zazdrościć trzeba się zastanowić jak można podobną rzecz mieć lub być do tego kogoś podobnym - jest to wtedy bardziej twórcze niż tylko zazdrość. Ale mam wrażenie, że ten komu my czegoś zazdrościmy to też pewnie czegoś nam zazdrości, ale nie  zawsze o tym informuje pół świata. Równie dobrze mogłabym zazdrościć Andrzejowi  że jest chirurgiem a ja tylko podziwiam, że ukończył medycynę i jako specjalizację wybrał chirurgię - ale wcale mu tego nie  zazdroszczę, to szalenie ciężkie studia a potem wielce obciążająca praca. Jedno jest pewne - partner życiowy lekarza musi mieć odporną psychikę, bo wszystkie obciążenia psychiczne lekarza biją rykoszetem w związek. Tyle  tylko, że gdy jesteśmy zakochani to mamy nieco rozum przyćmiony i nie widzimy żadnych  zagrożeń dla  naszego  związku w przyszłości.  

Ja  dziś nieco wcześniej wracam, więc wracając kupię w piekarni placek i wymodzę  z niego coś słodkiego, jakiś  przekładaniec. Będzie akurat dobre do zjedzenia w piątek, bo jest lepsze  gdy krem "poleży" na  cieście pełną dobę i gdy jest bardzo mocno schłodzony przed położeniem  go na ciasto.

A ja pomyślałem, że byłoby dobrze zastanowić  się już teraz  nad urlopem - kiedy i dokąd byśmy się wybrali. Możemy też rozejrzeć  się za jakimś pobytem  w nieco cieplejszym miejscu niż nadbałtyckie plaże. Moglibyśmy się wybrać we  wrześniu nad Morze Śródziemne , np. do Turcji. Nie  będzie już takich wściekłych upałów i dzieci w  wieku szkolnym. Trzeba postudiować co oferują różne biura podróży. No i wypada o tym też porozmawiać z twoimi rodzicami i moim ojcem. Sporo nam oni wszyscy pomagają nawet o to nie proszeni, więc wypada się zachować przyzwoicie - stwierdził Wojtek. Ale możemy się też wybrać do Austrii, tam jest sporo fajnych miejsc na letnie pobyty, głównie w Karyntii. Możemy też sobie zarezerwować noclegi w kilku miejscach  i przemieszczać się między nimi np. rowerami albo samochodem, ale myślę, że najfajniej będzie zarezerwować kilka miejsc i się przemieszczać samochodem. W Karyntii są piękne krajobrazy, można też zrobić sobie jedną wycieczkę na lodowiec - wiesz w stroju zimowym, w pełnym zabezpieczeniu, z rakami na butach, w uprzęży zabezpieczającej.  No i trzeba się zastanowić czy jedziemy sami czy np. składamy propozycję którymś ze znajomych. Tak z ręką na  sercu to ja bym najchętniej zaproponował taki wyjazd twoim rodzicom.  Bo choć ogromnie lubię i Michała i Andrzeja, to jakoś nie widzę takiego wyjazdu w towarzystwie małych dzieci. A co do mojego ojca - nie jestem pewien  czy górskie wycieczki to dla niego dobra sprawa. 

A tak w ogóle to chyba trzeba go na jakieś badania kontrolne wysterować do kardiologa w Instytucie. Marta zajrzała  czym prędzej do swej "przypominajki" i stwierdziła, że faktycznie-  trzeba  "łapać termin" i mówić, że to oni wyznaczyli by w tym czasie tata  zgłosił się na badania a nie jest to nasze "widzimisię".

No a jeszcze wracając do kwestii urlopu - jeżeli pojechalibyśmy na urlop we wrześniu to bym mogła popracować w lipcu i sierpniu w laboratorium. Oczywiście skupię się na tym, żeby nie łapać lecących   z góry naczyń laboratoryjnych - stwierdziła Marta. I kto wie, czy nie  zacznę wtedy pisać pracy magisterskiej, bo pracy będzie niewiele i będę mogła wiele  spraw omówić  z szefem. On mi obiecał, że mi narai promotora. W najbliższym  czasie mam to z nim omówić. Odnoszę  wrażenie, że ten człowiek to raczej nigdy nie  bywa na urlopie. A on to żonaty, dzieciaty? - spytał Wojtek. Nie mam pojęcia - obrączkę nosi, ale  wielu ją nosi głównie  w celach ochronnych- może on też. 

Jak to- nie  rozumiem co masz na myśli - zdziwił się Wojtek. No po to nosi obrączkę, by dać sygnał, że jest już zajęty i by go babki nie podrywały wyjaśniła Marta.  Tak z 80% babek to zawsze spogląda na rękę faceta czy zaobrączkowany czy nie. Ci co pracują w miejscu, w którym pracuje  dużo kobiet z reguły noszą obrączkę  w celu ochronnym, żeby im baby głowy nie  zawracały. W naszym laboratorium to nie ma nadmiaru kobiet. W każdym razie on ma zawsze drugie  śniadanie  ze sobą, ze dwa razy mówił "moja żona", więc pewne żonaty. 

Wiesz- mnie to akurat mało interesuje jego stan cywilny- gość jest  w wieku około trolejbusowym i chyba ma córkę w moim wieku, albo nieco młodszą. Ale poza tym to  bardzo porządny facet i nadaje  się na  szefa. Zresztą te trzy kobiety, które tam pracują twierdzą, że to bardzo kulturalny facet i nieczepliwy chociaż wymagający bo, jak mówi, praca to nie udział w pikniku. Faceci z laboratorium też go szanują, bo on zawodowo jest świetny. Jeden z  chemików mi mówił, że szef mnie podobno ceni, a świadczy o tym fakt, że zastanawia  się nad tematem magisterki dla mnie i ponoć ma jakiegoś doktora  chemii dla mnie. A ja sobie pomyślałam, że jak się ów doktor zorientuje jak mocno niedojrzała jestem w kwestii chemii to się facet  załamie i da nogę. 

Wojtek pokręcił głową - coś ci  się chyba śni - przecież w tym laboratorium pan  szef na bieżąco wie  wszystko o  was, wy między innymi jesteście  dla nich zapleczem, bo nawet jeśli nie  będziecie u nich potem pracować to będziecie wykorzystywać ich produkty w  swojej pracy. Poza  tym szef to cię chyba już kojarzy - chyba nie  często u nich fruwają rozpadające  się naczynia laboratoryjne. Nie wiem  czemu, ale  zauważyłem, że im dłużej studiujesz tym bardziej przestajesz  wierzyć we  własne  siły. Pomyśl logicznie - ile słuchaczek dostało propozycję pracy w laboratorium w okresie wakacyjnym? Dziesięć, a może  więcej? No, powiedz, proszę. 

No dobrze, tylko ja. Reszta załapała  się na produkcję. No więc przestań  wreszcie panikować! Równie  dobrze ja  mogłem panikować gdy Michał został moim promotorem, bo w porównaniu  z nim to jestem zielony niczym koperek na  wiosnę, choć teraz  uczę innych.

W piątek, około południa Andrzej potwierdził, że  przyjedzie do nich około godziny 18,00. No to świetnie- zapewnił go Wojtek- w takim razie zjesz z nami obiadokolację. W drodze łaski pozwalam ci dziś żebyś po drodze wpadł do Grycana po pudełko lodów. Smak dobierz pod siebie, bo my to lodowi wszystkożercy a do tego przekładańca czekoladowo kawowego to każdy smak będzie pasował. A to dziś jakieś święto u was, że będzie ciasto i lody?- zapytał Andrzej. No jasne, że święto - zaśmiał się Wojtek- ty przyjdziesz i zjesz z nami i moim ojcem obiadokolację. 

Marta twierdzi, że mam strasznie twarde kości i trzeba je  czymś obłożyć, żebym nie  był taki twardy bo wtedy  się ciężko do mnie przytulić. Wiesz- my jemy obiadokolację i potem przed  spaniem jakiś owoc. A dziś będą bitki wołowe zawijane z pieczarkami - podejrzałem rano  w lodówce. No i będzie  fajnie, jeśli ty wytłumaczysz mojemu ojcu dlaczego ma iść na kontrolę do kardiologa do Instytutu Kardiologii chociaż się dobrze czuje. Bo ja jednak za nerwowy jestem by mu to wyłożyć bez używania inwektyw. Marta już mu jakiś termin "złapała" a ten wybrzydza.  Ona  jest nawet skłonna nie pojechać tego  dnia na  wykłady tylko z nim do Anina a on wybrzydza, że nie widzi potrzeby. Ale jeśli Michał mnie zastąpi na  wykładach to ja z nim pojadę, w końcu to mój ojciec, nie jej. 

No i bardzo dobrze, że to mi mówisz- sprawdzę jaki mam rozkład jazdy i może ja z nim pojadę, bo jeden z naszych dawnych kardiologów tam pracuje. Tylko sprawdzę nazwisko, żebym nie przekręcił, bo byłoby to nieco niezręczne z mojej  strony. Po prostu dzień wcześniej zatelefonuję do niego i powiem, że przyjadę do niego z jednym  z  członków mojej rodziny i  że będzie mi miło jeśli  się  z nim spotkam. No to  się ojciec poczuje w pełni dopieszczony i nie będzie margał, że "nie wiadomo po co ta kontrola, przecież nic mi nie dolega"- stwierdził Wojtek.

Andrzej dotarł na tę obiadokolację z pięciominutowym wyprzedzeniem i pudełkiem  lodów orzechowych. Oczywiście tłumaczył swemu "przyszywanemu"  tacie, że wizyta jest widocznie konieczna, skoro  mu lekarz wpisał do karty informację, że ma właśnie w tym miesiącu pokazać  się na wizycie kontrolnej. I obiecał, że jeżeli tylko będzie mógł tego dnia się "urwać", czyli jeżeli nie ma na ten  dzień zapisanego od dawna jakiegoś  pacjenta na planową operację to z nim pojedzie do Anina.

Tatowe bitki nafaszerowane pieczarkami zostały nie tyle  zjedzone co pożarte. Andrzej twierdził, że nie  jadł takich zrazów  zawijanych już kilka lat. Zwłaszcza, że on znacznie  częściej je obiady   w pracy niż  w domu. Lena gotuje głównie  dla siebie i dzieci, więc on  się stołuje  w kantynie- zresztą  jeśli idzie o dania mięsne to ona  wiecznie robi albo mielone  albo siekane mięso, bo  dzieci wtedy szybciej i chętniej je jedzą.  Mięso w postaci regularnego  sznycla jedliby godzinami. Poza tym stwierdziła, że nie ma  zamiaru robić dwóch obiadów, bo przecież on to je o innej porze niż dzieci. Nie moja broszka, ale przecież mógłbyś sobie ten gotowy obiad sam odgrzać gdy wrócisz  z pracy. Nie  mógłbym - mężczyzna w kuchni to wróg publiczny -  tak było od  samego początku. No ale na  szczęście mam  w pracy tę kantynę. 

Gdy na  stół wjechało ciasto i lody Andrzej cicho powiedział - nie wiem co mam dalej zrobić ze  swoim życiem. Coś złego się dzieje z Leną - mam wrażenie, że powinien ją przebadać jakiś fachowiec. Zresztą mieliście próbkę jej toku myślenia. Dla niej jedynym jasnym kryterium okazywania miłości to akt cielesny- najlepiej ze trzy razy dziennie. No niestety mój  zawód jakoś nie  czyni ze mnie królika - często jestem tak wykończony, że mogę się co najwyżej przytulić by nie myśleć o tym co danego dnia robiłem i czy nie będzie komplikacji lub zupełnie  niespodziewanych efektów. A skoro  wypadłem z roli chutliwego królika to na pewno  dlatego, że już jej  nie kocham, ale na pewno robię to z innymi bo inne kocham. Lista podejrzanych jest dość  długa, Marta też na niej jest, wraz  ze zgrają pielęgniarek , lekarek i recepcjonistek. Poza tym mam wrażenie, że "zakolegowała się" z jakąś sektą bo  ciągle sypie jakimiś cytatami mówiąc, że to Biblia tak naucza. Wpadła na pomysł by ochrzcić dzieci, ale do kościoła to nie chodzi, bo to nie jest "prawdziwy kościół". Zabijcie mnie, ale nie mam bladego pojęcia o co biega w  tym wszystkim. Chyba muszę wynająć jakiegoś detektywa by śledził ją gdy jest sama z dziećmi. 

 A może ona coś ćpa? - powiedziała Marta. Nie  znam się na  tym, ale podobno jest tych "ogłupiaczy" do licha i trochę. Bo nawet klej przecież niektórzy wąchali i choć już dawno tego nie  robią to do dziś bzdury plotą. Może jakieś testy na zakazane substancje można kupić i  zrobić. Zupełnie  się na tym nie  znam, ale kiedyś  słyszałam, że są takie testy. A może któryś z twoich kolegów  ze studiów zrobił specjalizację z psychiatrii?  A może powinniście oboje iść na terapię do poradni rodzinnej - oni podobno są dobrzy i bardzo pomocni. Ta przychodnia jest na Placu Trzech Krzyży. Możesz  zresztą wpierw się sam do nich wybrać, a  z nią razem potem.  Jak zacznie u nich od  rzeczy wyplatać to zapewne się zorientują co z nią jest. Nie wiem  jakie układy masz z jej matką i ciocią - a może one  coś zauważyły co się z nią dzieje. Bo na uszkodzenie związane ze zmianami hormonalnymi to ona jest wszak za młoda. A może wpadła  w ręce jakiejś sekty  i detektyw by tu pomógł, bo by ją poobserwował i przyuważył z kim się ona na spacerach kontaktuje. Tylko nie wypytuj o to dzieci. To wszystko musi być poza nimi.

                                                                        c.d.n.