Druga ksiązeczka jest "Plec i poznanie", autorstwa Doreen Kimury. To, ze na poziomie gonad wszyscy jestesmy tacy sami, bez zroznicowania plci pewnie kazdy wie. Plec zalezy od wyposazenia dwudziestej trzeciej pary chromosomow X i Y. Do tego, by z gonad wyksztalcil sie organizm zenski nie jest potrzebne specyficzne srodowisko hormonalne, ale aby powstał organizm meski na chromosomie Y musi znajdowac sie gen SRY. Naukowcy przyjmuja, ze wyjsciowa forma organizmu ssakow jest samica, a samiec jest tylko jej swoista odmiana. Okazuje sie, ze ta kobieta z zebra Adama to bajka.
W trakcie wielu badan okazalo sie, ze wlasciwie wszystkie nasze, ludzkie, umiejetnosci podporzadkowane sa hormonom i plec ma tu znaczenie.
Badania byly prowadzone w obrebie roznych grup wiekowych, przedszkolnej, szkolnej i wsrod doroslych. Okazalo sie, ze wiele naszych zdolnosci nie ma zadnego powiazania z wiekiem i wynikajacym z niego doswiadczeniem w danej dziedzinie.
Ogolnie rzecz biorac - nie ma takich dziedzin, w ktorych jedna z plci przegrywa z kretesem. Raczej nasuwa sie wniosek, ze zdolnosci poznawcze kobiet i mezczyzn uzupelniaja sie.
Np. - mezczyzni lepiej radza sobie z rozumowaniem matematycznym, ale kobiety sa lepsze w zadaniach obliczeniowych, mezczyzni lepiej orientuja sie w przestrzeni, lecz kobiety lepiej zapamietuja szczegoly i ich rozmieszczenie w terenie, sa bardziej spostrzegawcze.
W ksiazce tej omowiono tylko zdolnosci poznawcze obu plci w kontekscie ich biologii, ale nie omawiano roznic w psychice, ktore jak wiemy, sa znaczne.
Wydaje mi sie, ze powinny ją przeczytac kobiety, ktore tak bardzo pragna ze wszystkich sil udowodnic swiatu, ze moga byc znacznie lepsze od mezczyzn w wielu dziedzinach.
Po co takie podejscie, czy nie wystarczy nam swiadomosc, ze dzieki tym roznicom mozemy sie wlasnie uzupelniac?
anabell
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
wtorek, 25 listopada 2008
poniedziałek, 24 listopada 2008
Przeczytalam ostatnio dwie ksiazeczki nie za bardzo rozrywkowe, z serii PIWu Biblioteka Myśli Wspólczeznej. Pierwsza z nich to prof. Marka Konarzewskiego "Na początku był głód". Profesor Konarzewski pokusil sie by przyblizyc czytelnikom spojrzenie na zmiany , jakie zaszly w diecie czlowieka, oczami biologa-ewolucjonisty.
Powszechnie wiadomo, ze zwierzeta jedza po to, by zyc. A my? Obserwujac Ameryke i Europe mozna dojsc do wniosku, ze zyjemy po to, by jesc. Na kazdym prawie kanale telewizyjnym wciskaja nam informacje o nowych "smakolykach", serwuja programy kulinarne lub informacje o tym, jak skutecznie sie odchudzic.
Okazuje sie, ze nasza fizjologia odzywiania sie jest w dalszym ciagu przystosowana bardziej do menu paleolitycznego niz do produktow z polek sklepowych.
Oczywiscie nasi praprzodkowie bardzo czesto cierpieli glod. Nie byli tak naprawde lowcami, nie mieli mozliwosci zapolowania na zwierzyne. Byli padlinozercami- sami nie potrafili upolowac, ale potrafili odgonic drapiezce od upolowanej przezen zwierzyny. Nawet w upale sawanny upolowane zwierze przez kilka godzin nadaje sie do konsumpcji. Oczywiscie nie zawsze sie to udawalo, zawsze jako uzupelnienie diety pozostawaly larwy roznych owadow, ptasie jajka, a nad woda malze morskie i rzeczne.
Gdy praprzodkowie nasi umieli juz wykonywac narzedzia, powoli stawali sie lowcami, z czasem calkiem sprawnymi. Nadal jednak dominowala dieta bialkowa, uzupelniana tylko okazyjnie dziko rosnacymi owocami.
Czasami, w okresach bardzo dlugotrwalego glodu z padlinozercow i lowcow przemieniali sie nasi przodkowie w ...ludozercow. Tak tak, to nie ponury zart. Odkryte w jaskiniach (europejskich tez) pozostalosci swiadcza dobitnie o tym, ze z kosci ludzkich wydobywano szpik kostny a kosci nosza specyficzne slady po kamiennych narzedziach, powstale w trakcie oddzielania miesa od kosci. Szczegolnie duzo takiego "materialu naukowego" znaleziono w jaskinii Moula-Guercy na prawym brzegu Rodanu, w departamencie Ardeche.
Przelomem w sposobie odzywiania bylo udomowienie zwierzat, co na dluzsza mete i tak nie wyszlo nam na zdrowie. Mieso dzikich zwierzat jest zdrowe, mieso zwierzat hodowlanych niestety juz nie, bo ma zbyt duzo tluszczu, a wspolczesne-zbyt duzo antybiotykow (drob i trzoda chlewna). Oczywiscie wraz z udomowieniem bydla i uprawa roslin zmienil sie diametralnie sposob zycia. Juz nie trzeba bylo uganiac sie za zwierzyna, skonczyly sie dlugie wyprawy "zbieraczy", wszystko bylo pod reka. Pokarm juz nie musial byc zdobywany -byl obok, nawet jesli w ktoryms roku nie byly duze plony.
I tym sposobem stalismy sie obzartuchami, zwlaszcza, ze nasza dieta z przewazajacej bialkowej zmienila sie w duzym stopniu w diete weglowodanowo-bialkowa. Do tego owe weglowodany sa wysoko przetworzone i w naszym organizmie zamieniaja sie w cukry proste.
Stad epidemia otylosci i cukrzycy typu II.
Wyglada to niestety niewesolo. I stad zalecenia - zmniejszajmy stopniowo ilosci zjadanego pozywienia, jedzmy weglowodany zlozone , zazywajmy wiecej ruchu.
Jakie to proste - prawda?
O drugiej ksiazeczce napisze nastepnym razem.
anabell
Powszechnie wiadomo, ze zwierzeta jedza po to, by zyc. A my? Obserwujac Ameryke i Europe mozna dojsc do wniosku, ze zyjemy po to, by jesc. Na kazdym prawie kanale telewizyjnym wciskaja nam informacje o nowych "smakolykach", serwuja programy kulinarne lub informacje o tym, jak skutecznie sie odchudzic.
Okazuje sie, ze nasza fizjologia odzywiania sie jest w dalszym ciagu przystosowana bardziej do menu paleolitycznego niz do produktow z polek sklepowych.
Oczywiscie nasi praprzodkowie bardzo czesto cierpieli glod. Nie byli tak naprawde lowcami, nie mieli mozliwosci zapolowania na zwierzyne. Byli padlinozercami- sami nie potrafili upolowac, ale potrafili odgonic drapiezce od upolowanej przezen zwierzyny. Nawet w upale sawanny upolowane zwierze przez kilka godzin nadaje sie do konsumpcji. Oczywiscie nie zawsze sie to udawalo, zawsze jako uzupelnienie diety pozostawaly larwy roznych owadow, ptasie jajka, a nad woda malze morskie i rzeczne.
Gdy praprzodkowie nasi umieli juz wykonywac narzedzia, powoli stawali sie lowcami, z czasem calkiem sprawnymi. Nadal jednak dominowala dieta bialkowa, uzupelniana tylko okazyjnie dziko rosnacymi owocami.
Czasami, w okresach bardzo dlugotrwalego glodu z padlinozercow i lowcow przemieniali sie nasi przodkowie w ...ludozercow. Tak tak, to nie ponury zart. Odkryte w jaskiniach (europejskich tez) pozostalosci swiadcza dobitnie o tym, ze z kosci ludzkich wydobywano szpik kostny a kosci nosza specyficzne slady po kamiennych narzedziach, powstale w trakcie oddzielania miesa od kosci. Szczegolnie duzo takiego "materialu naukowego" znaleziono w jaskinii Moula-Guercy na prawym brzegu Rodanu, w departamencie Ardeche.
Przelomem w sposobie odzywiania bylo udomowienie zwierzat, co na dluzsza mete i tak nie wyszlo nam na zdrowie. Mieso dzikich zwierzat jest zdrowe, mieso zwierzat hodowlanych niestety juz nie, bo ma zbyt duzo tluszczu, a wspolczesne-zbyt duzo antybiotykow (drob i trzoda chlewna). Oczywiscie wraz z udomowieniem bydla i uprawa roslin zmienil sie diametralnie sposob zycia. Juz nie trzeba bylo uganiac sie za zwierzyna, skonczyly sie dlugie wyprawy "zbieraczy", wszystko bylo pod reka. Pokarm juz nie musial byc zdobywany -byl obok, nawet jesli w ktoryms roku nie byly duze plony.
I tym sposobem stalismy sie obzartuchami, zwlaszcza, ze nasza dieta z przewazajacej bialkowej zmienila sie w duzym stopniu w diete weglowodanowo-bialkowa. Do tego owe weglowodany sa wysoko przetworzone i w naszym organizmie zamieniaja sie w cukry proste.
Stad epidemia otylosci i cukrzycy typu II.
Wyglada to niestety niewesolo. I stad zalecenia - zmniejszajmy stopniowo ilosci zjadanego pozywienia, jedzmy weglowodany zlozone , zazywajmy wiecej ruchu.
Jakie to proste - prawda?
O drugiej ksiazeczce napisze nastepnym razem.
anabell
piątek, 21 listopada 2008
Bawaria -tym razem moje wakacje
Tak się składa, że od kilku lat bywam na wakacjach w Bawarii. Bardzo mi się tam podoba. Wszędzie jest czysto, schludnie, sympatycznie. Widoki piękne, w koncu jakby nie było alpejski krajobraz. Nie wszyscy wiedza, ze Bawaria jest w pewien sposob powiazana z Polską. Otóż polskie księżniczki byly wydawane za mąż za ksiażąt bawarskich. Najsłynniejszy ślub odbył sie w 1475 roku. Wtedy to ksiaże bawarski Jerzy Bogaty poślubił Jadwigę Jagiellonkę, córkę Kazimierza Jagiellończyka. Na pamiątkę tego wydarzenia odbywa się od 1904 roku impreza "Wesele w Landshut". Początkowo organizowano je co roku, a po II wojnie światowej co 4 lata.
Ja byłam tam w 2005 roku, a wiec uwaga- następne "Wesele w Landshut" juz 2009 roku, w lipcu. Landshut jest slicznym , starym miasteczkiem polozonym na Isarą. Zalozył je w 1204 roku książe bawarski Ludwik I. Dumą miasteczka jest najwyższa na świecie ceglana wieża bazyliki kapitulnej pod wezwaniem św.Marcina i Kastulusa. A w latach 1536 - 1543 wybudowano tutaj pierwszy pałac renesansowy po północnej stronie Alp. Niestety juz w 1503 roku wygasła męska linia potomkow i miasto w wyniku sporów o sukcesje zaczęło tracić swe znaczenie.
Te pamiątkowe obchody "wesela" sa fantastcznym widowiskiem, w którym biorą udzial niemal wszyscy mieszkańcy samego Landshut oraz kilku okolicznych miasteczek. Przez dwie równoległe ulice Landshut przeciąga bajecznie kolorowy pochód, liczący ok.1000 osób. Wszyscy sa poubierani w stroje z epoki,w ktorej to się działo. Pomyślałam sobie wówczas, że musiało to być naprawde niezwykłe na owe czasy wydarzenie. Jadwiga Jagiellonka podróżowała ze swym przeogromnym orszakiem okolo 1100 km. Oprócz całej kawalkady wozów "gospodarczych"
towarzyszyli jej oczywiście rycerze , dwórki, dworzanie, muzykanci. Przed wjazdem do Landshut
czekał na naszą księżniczkę orszak powitalny księcia Jerzego Bogatego, jej przyszłego małżonka.
Po połączeniu się orszaków podążyli razem , poprzez miasteczko na zamek Trausnitz, górujący nad miastem.
Do Landshut przyjechaliśmy około południa pociągiem regionalnym. Stamtąd kursował do centrum miasteczka autobus. Gdy dojechaliśmy na miejsce trochę poraziła mnie ilosc turystów.
Ludzi było mnóstwo, ciągle dochodzili nowi. Wzdłuż obu głównych ulic, po obu stronach chodniki były pełne ludzi. Ci, którzy przybyli wcześnie rano i zapewnili sobie miejsca siedzące siedzieli na samym skraju chodnika i mieli zagwarantowany doskonały widok. Inni, podobnie jak my, krążyli szukając jakiegoś miejsca , z którego byłoby coś widać. Nim pochód dotarł do nas, rozległ się przejmujący dżwięk piszczałek i bębnow. Potem zaczeły przesuwać sie grupy różnych "igrców", którzy co jakiś czas zatrzymywali się i dawali pokaz swych umiejętności. Jak juz pisałam wszyscy
byli ubrani w stroje z tamtej epoki. Za "igrcami" podążali rycerze, cześć konno ( ci byli w prawdziwych, stalowych zbrojach) , część per pedes. Serdecznie współczułam im, bo upał był ogromny, a oni "zapuszkowani". Uwage moja zwróciły stroje, które były niezwykle starannie wykonane, żadnych nowoczesnych tkanin, tylko len, wełna aksamit, naturalne futra. Nasza księżniczka jechała srebrnym wozem, ksiaże bawarski- złotym. Towarzyszyli im różni dostojnicy, wielu konno. Kobiety miały prześliczne suknie, uszyte z pełna dbałością o szczegóły.
Było bardzo kolorowo i radośnie, wyrażnie uczestnicy tego pochodu świetnie się bawili. Ciągle ktos podchodził do ludzi stojących na chodnikach, zagadywał, dopytywał sie, czy sie dobrze bawią. Przemarsz trwał około 2 godzin. Przyznam sie szczerze, ze byłam wykończona fizycznie, bo upał był koszmarny, a rzecz cała odbywała sie w południe. Dobrze, że chociaż przytomnie wzięłam kapelusz od słońca. Zapomniałam jeszcze napisać, ze cale miasto było przystrojone małymi chorągiewkami i dużymi chorągwiami a ponadto z okien wielu domów zwisaly szerokie wstęgi z namalowanymi różnymi herbami.
Po całej imprezie dowiedziałam sie, że oczywiście można wcześniej wykupić miejsce na specjalnie zbudowanej w tym celu trybunie jak i wykupić udział w przyjęciu na zamku. Ale nasz wypad do Landshut był nieco spontaniczny, więc było troche niewygód.
Ale wszystkim goraco polecam tą impreze. Więcej wiadomości można uzyskać na stronie internetowej www.landshut.de , bo jest nawet polska wersja językowa, dotycząca wielu aspektów życia w Landshut.
To nie był jedyny ślad obecności polskich księżniczek w Bawarii. Zwiedzajac rezydencję królewską w Monachium, podsłuchalyśmy z córka, jak przewodniczka niemiecka opowiadała
turystom,że pierwsza łazienka (taka z prawdziwego zdarzenia) powstala na życzenie polskiej księżniczki Teresy, która- o zgrozo!- kąpała się codziennie, wiec zażyczyła sobie własnej, prawdziwej łazienki.
Oczywiście to tylko malutki wycinek z moich pobytow w Bawarii, ale jeszcze o nich napisze.
Anabell
Ja byłam tam w 2005 roku, a wiec uwaga- następne "Wesele w Landshut" juz 2009 roku, w lipcu. Landshut jest slicznym , starym miasteczkiem polozonym na Isarą. Zalozył je w 1204 roku książe bawarski Ludwik I. Dumą miasteczka jest najwyższa na świecie ceglana wieża bazyliki kapitulnej pod wezwaniem św.Marcina i Kastulusa. A w latach 1536 - 1543 wybudowano tutaj pierwszy pałac renesansowy po północnej stronie Alp. Niestety juz w 1503 roku wygasła męska linia potomkow i miasto w wyniku sporów o sukcesje zaczęło tracić swe znaczenie.
Te pamiątkowe obchody "wesela" sa fantastcznym widowiskiem, w którym biorą udzial niemal wszyscy mieszkańcy samego Landshut oraz kilku okolicznych miasteczek. Przez dwie równoległe ulice Landshut przeciąga bajecznie kolorowy pochód, liczący ok.1000 osób. Wszyscy sa poubierani w stroje z epoki,w ktorej to się działo. Pomyślałam sobie wówczas, że musiało to być naprawde niezwykłe na owe czasy wydarzenie. Jadwiga Jagiellonka podróżowała ze swym przeogromnym orszakiem okolo 1100 km. Oprócz całej kawalkady wozów "gospodarczych"
towarzyszyli jej oczywiście rycerze , dwórki, dworzanie, muzykanci. Przed wjazdem do Landshut
czekał na naszą księżniczkę orszak powitalny księcia Jerzego Bogatego, jej przyszłego małżonka.
Po połączeniu się orszaków podążyli razem , poprzez miasteczko na zamek Trausnitz, górujący nad miastem.
Do Landshut przyjechaliśmy około południa pociągiem regionalnym. Stamtąd kursował do centrum miasteczka autobus. Gdy dojechaliśmy na miejsce trochę poraziła mnie ilosc turystów.
Ludzi było mnóstwo, ciągle dochodzili nowi. Wzdłuż obu głównych ulic, po obu stronach chodniki były pełne ludzi. Ci, którzy przybyli wcześnie rano i zapewnili sobie miejsca siedzące siedzieli na samym skraju chodnika i mieli zagwarantowany doskonały widok. Inni, podobnie jak my, krążyli szukając jakiegoś miejsca , z którego byłoby coś widać. Nim pochód dotarł do nas, rozległ się przejmujący dżwięk piszczałek i bębnow. Potem zaczeły przesuwać sie grupy różnych "igrców", którzy co jakiś czas zatrzymywali się i dawali pokaz swych umiejętności. Jak juz pisałam wszyscy
byli ubrani w stroje z tamtej epoki. Za "igrcami" podążali rycerze, cześć konno ( ci byli w prawdziwych, stalowych zbrojach) , część per pedes. Serdecznie współczułam im, bo upał był ogromny, a oni "zapuszkowani". Uwage moja zwróciły stroje, które były niezwykle starannie wykonane, żadnych nowoczesnych tkanin, tylko len, wełna aksamit, naturalne futra. Nasza księżniczka jechała srebrnym wozem, ksiaże bawarski- złotym. Towarzyszyli im różni dostojnicy, wielu konno. Kobiety miały prześliczne suknie, uszyte z pełna dbałością o szczegóły.
Było bardzo kolorowo i radośnie, wyrażnie uczestnicy tego pochodu świetnie się bawili. Ciągle ktos podchodził do ludzi stojących na chodnikach, zagadywał, dopytywał sie, czy sie dobrze bawią. Przemarsz trwał około 2 godzin. Przyznam sie szczerze, ze byłam wykończona fizycznie, bo upał był koszmarny, a rzecz cała odbywała sie w południe. Dobrze, że chociaż przytomnie wzięłam kapelusz od słońca. Zapomniałam jeszcze napisać, ze cale miasto było przystrojone małymi chorągiewkami i dużymi chorągwiami a ponadto z okien wielu domów zwisaly szerokie wstęgi z namalowanymi różnymi herbami.
Po całej imprezie dowiedziałam sie, że oczywiście można wcześniej wykupić miejsce na specjalnie zbudowanej w tym celu trybunie jak i wykupić udział w przyjęciu na zamku. Ale nasz wypad do Landshut był nieco spontaniczny, więc było troche niewygód.
Ale wszystkim goraco polecam tą impreze. Więcej wiadomości można uzyskać na stronie internetowej www.landshut.de , bo jest nawet polska wersja językowa, dotycząca wielu aspektów życia w Landshut.
To nie był jedyny ślad obecności polskich księżniczek w Bawarii. Zwiedzajac rezydencję królewską w Monachium, podsłuchalyśmy z córka, jak przewodniczka niemiecka opowiadała
turystom,że pierwsza łazienka (taka z prawdziwego zdarzenia) powstala na życzenie polskiej księżniczki Teresy, która- o zgrozo!- kąpała się codziennie, wiec zażyczyła sobie własnej, prawdziwej łazienki.
Oczywiście to tylko malutki wycinek z moich pobytow w Bawarii, ale jeszcze o nich napisze.
Anabell
środa, 19 listopada 2008
Nie moje wspomnienia z wakacji
Musiałam wczoraj pokonac miejskim autobusem odległosc kilkunastu kilometrow. Na szczescie jechalam w porze "emeryckiej", czyli poza najwiekszym tlokiem.
Bez trudu znalazlam miejsce siedzace, a po chwili juz mialam zapewniona rozrywke. Za mna siedzialy dwie panie, wiek mniej-wiecej "wczesniejsza emerytura". Juz gdy siadałam przed nimi jedna z nich zwrocila moja uwage, bo przypominala mi - indianke.Skóre na twarzy miala mocno opaloną , do tego jakis intensywny makijaz, co jako zywo przypominalo barwy wojenne. Druga przypominala mi "krolowa sniegu"- porcelanowa cera, perlowe wlosy, blekitne cienie na powiekach. Panie caly czas nadawaly i to dosc glosno, wiec chcac-nie chcac sluchalam wakacyjnych opowiesci. Indianka opowiadala, jak to sie super bawila na tureckiej riwierze - "Ismail zamienił się z kolegami dyzurami i ciagle byl noca na recepcji. I wiesz, on sie w zimie ożenil i jego żona jest w ciaży, a on biedaczek, byl taki wyposzczony" - tu glos indianki zabrzmial namietnoscią. "No, ale przecież pracował w nocy" -zakwiliła krolowa sniegu. "Pracowaliśmy razem, na zapleczu recepcji, tam byla świetna , skórzana kanapa" poinormowala kolezanke indianka. "Ale wiesz, ja potem musialam caly dzien spac na lóżku nad basenem, bo byłam wykończona. Wierz mi, musiałam miec siłę na nastepne razy". "No a jak bylo na Twoim urlopie?- zapytała sie kolezanki. Krolowa śniegu wydala z siebie cos jakby przeciagly jęk a potem zaczęła opowieść. " W Bułgarii to było nawet nieżle, tylko te campingi jakieś marniejsze teraz, brudniej i drogo. Potem pojechaliśmy do Rumunii i wlaściwie wszystko było marnie. Chłopy uparły się żeby jechać w góry, potem nam ukradli, nawet nie wiem gdzie, torbe, a potem, juz w górach mapa nam się skończyla" "Jak to mapa się skończyła?" zadziwiła się indianka. "No bo zabłądziliśmy i nie mogliśmy znależć campingu, było już cholernie póżno i rozstawiliśmy namiot na dziko. Ja z Miśka spałam w namiocie,chłopy w samochodzie, a rano okazalo sie, że ich nie ma." "Jak to nie ma?' zdziwila sie indianka, "uciekli?" "No nie, ale pojechali szukac drogi, a my poszlyśmy troche do pobliskiego lasu, nawet jagody były, odeszlysmy nawet dosc daleko, a gdy wrocilyśmy nasz namiot byl zniszczony". "Zalewasz" zawyrokowała indianka. "Nikogo nie było w poblizżu, to kto wam zniszczył namiot?" -indianka była juz wyraznie zdenerwowana tą opowieścia.
"Niedzwiedz " - smutnym glosem odpowiedziała królowa śniegu. " Dobrze, ze zachcialo nam się sikać i że poszlysmy zbierac jagody i ze nas nie było, bo przeciez mógl nas zabić! Okazało sie. ze wjechalismy na zamkniety teren, wiesz, taki ich jakby park narodowy" . Niestety nie wiem co było dalej bo panie podniosly sie z miejsca i wysiadły.
A ja, idiotka, myślałam, ze miałam ciekawy urlop, bo byłam wBawarii. Ale nie było tam ani Ismaila ani niedżwiedzia.
Zaczynam żałować,że tak rzadko jeżdże tą trasą. Następny raz będę jechała dopiero po połowie stycznia. Może znów trafię na te same panie?
anabell
Bez trudu znalazlam miejsce siedzace, a po chwili juz mialam zapewniona rozrywke. Za mna siedzialy dwie panie, wiek mniej-wiecej "wczesniejsza emerytura". Juz gdy siadałam przed nimi jedna z nich zwrocila moja uwage, bo przypominala mi - indianke.Skóre na twarzy miala mocno opaloną , do tego jakis intensywny makijaz, co jako zywo przypominalo barwy wojenne. Druga przypominala mi "krolowa sniegu"- porcelanowa cera, perlowe wlosy, blekitne cienie na powiekach. Panie caly czas nadawaly i to dosc glosno, wiec chcac-nie chcac sluchalam wakacyjnych opowiesci. Indianka opowiadala, jak to sie super bawila na tureckiej riwierze - "Ismail zamienił się z kolegami dyzurami i ciagle byl noca na recepcji. I wiesz, on sie w zimie ożenil i jego żona jest w ciaży, a on biedaczek, byl taki wyposzczony" - tu glos indianki zabrzmial namietnoscią. "No, ale przecież pracował w nocy" -zakwiliła krolowa sniegu. "Pracowaliśmy razem, na zapleczu recepcji, tam byla świetna , skórzana kanapa" poinormowala kolezanke indianka. "Ale wiesz, ja potem musialam caly dzien spac na lóżku nad basenem, bo byłam wykończona. Wierz mi, musiałam miec siłę na nastepne razy". "No a jak bylo na Twoim urlopie?- zapytała sie kolezanki. Krolowa śniegu wydala z siebie cos jakby przeciagly jęk a potem zaczęła opowieść. " W Bułgarii to było nawet nieżle, tylko te campingi jakieś marniejsze teraz, brudniej i drogo. Potem pojechaliśmy do Rumunii i wlaściwie wszystko było marnie. Chłopy uparły się żeby jechać w góry, potem nam ukradli, nawet nie wiem gdzie, torbe, a potem, juz w górach mapa nam się skończyla" "Jak to mapa się skończyła?" zadziwiła się indianka. "No bo zabłądziliśmy i nie mogliśmy znależć campingu, było już cholernie póżno i rozstawiliśmy namiot na dziko. Ja z Miśka spałam w namiocie,chłopy w samochodzie, a rano okazalo sie, że ich nie ma." "Jak to nie ma?' zdziwila sie indianka, "uciekli?" "No nie, ale pojechali szukac drogi, a my poszlyśmy troche do pobliskiego lasu, nawet jagody były, odeszlysmy nawet dosc daleko, a gdy wrocilyśmy nasz namiot byl zniszczony". "Zalewasz" zawyrokowała indianka. "Nikogo nie było w poblizżu, to kto wam zniszczył namiot?" -indianka była juz wyraznie zdenerwowana tą opowieścia.
"Niedzwiedz " - smutnym glosem odpowiedziała królowa śniegu. " Dobrze, ze zachcialo nam się sikać i że poszlysmy zbierac jagody i ze nas nie było, bo przeciez mógl nas zabić! Okazało sie. ze wjechalismy na zamkniety teren, wiesz, taki ich jakby park narodowy" . Niestety nie wiem co było dalej bo panie podniosly sie z miejsca i wysiadły.
A ja, idiotka, myślałam, ze miałam ciekawy urlop, bo byłam wBawarii. Ale nie było tam ani Ismaila ani niedżwiedzia.
Zaczynam żałować,że tak rzadko jeżdże tą trasą. Następny raz będę jechała dopiero po połowie stycznia. Może znów trafię na te same panie?
anabell
poniedziałek, 17 listopada 2008
Bliskie spotkanie trzeciego stopnia
Mialam dziś bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze służbą zdrowia. Owa instytucja winna nosić nazwe "służba dla zdrowych", bo trzeba mieć niezle zdrowie, by to przetrzymać. Gdy zapisują pacjenta do lekarza, wyznaczają godzinę wizyty, tylko nie wiem po co, bo odstępy miedzy pacjentami wynoszą 15 minut. A jesli pacjent musi przedstawić lekarzowi opis dolegliwości, ów musi go zbadać, wypisać recepte, wytlumaczyć jak stosować lek, opisać wszystko w karcie pacjenta i jeszcze w trzech różnych wykazach, to nawet mistrz w szybkim pisaniu i extra bystry lekarz nie zmieści sie w tych piętnastu minutach. Gdy dotarłam na 10,00 to wlaśnie wkraczał do gabinetu pacjent, który mial wyznaczoną wizytę na godz.9,00.
Gdy ktoś wpadł u nas na pomysł tzw. lekarza rodzinnego ( na wzór krajów zachodnio-europejskich) to wydawało się to całkiem niezłym rozwiązaniem Lekarz rodzinny, miał byc tym, który majac pierwszy kontakt z pacjentem, pokieruje go na odpowiednie badania, obejrzy wyniki tych badań a nastepnie, ,jeżeli uzna, że sam nie może pacjentowi pomóc, skieruje go do odpowiedniego specjalisty. Poza tym, w myśl zasady - lepiej zapobiegać niż leczyc- pokieruje profilaktyką. Nie wiem, kto i gdzie pokręcił, ale nic z tego nie funkcjonuje. Nikt nigdzie nie słyszy i nie stosuje profilaktyki. Lekarz rodzinny ma dość wybiórcza liste badań, na jakie może kierować pacjenta,reszte badań zleca specjalista, ktory jest zawalony pacjentami i moment od wykonania badan do czasu uzyskania diagnozy dochodzi często do 3 lub 4 miesięcy. Zaczynam podejrzewać jakieś celowe działanie - albo pacjent sie wścieknie i pójdzie prywatnie, albo spokojnie zejdzie i po problemie.
Zastanawiam się, komu nie zależy na prawdziwej reformie służby zdrowia i dochodze do smutnego wniosku, ze samym pracownikom owej słuzby zdrowia. Gdy przepisy niejasne, brak komputeryzacji, rzekomy brak funduszy, to korzystają z tego właśnie pracownicy służby zdrowia. Wyobrażmy sobie, że nasze male dziecko ma dziecięce porażenie mózgowe lub inną jednostke chorobową wymagającą rehabilitacji kilka razy w tygodniu, przez dlugi, dlugi czas. I wtedy okazuje sie, ze dziecko może dostac np. 20 zabiegów bezplatnie, a resztę .......resztą zajmuja sie prywatnie rehabilitantki w domu pacjenta, udzielajac zabiegow za pieniądze, oczywiście świadcząc swe usługi "na czarno". I zastanówcie się sami- czy są one zainteresowane jakimikolwiek zmianami w tym resorcie? Nie piszę tego bezpodstawnie, swego czasu w mojej rodzinie wydano masę pieniędzy na takie małe dziecko. Oczywiście efekty były, ale jako podatnik nie uważam, żeby to bylo w porządku.
Jestem daleka od krytykowania pani min.Kopacz i jej pomysłów, bo tak naprawdę jedyną dla nas informacją z tej dziedziny jest to, co usłyszymy przetworzone przez dziennikarzy. A czasem jeden wyraz zmienia sens całej wypowiedzi, a my wpadamy w drgawki z oburzenia.
Zreszta właściwie, to nie znam kraju, ktorego obywatele byliby zadowoleni ze swej łużby zdrowia. Narzekają prawie wszędzie. A dlaczego - bo tak naprawdę nie ma takiego państwa, ktore byłoby stać na w 100% bezpłatna służbę zdrowia, gdy wchodzą coraz droższe techniki diagnozowania i leczenia. Nad tym będą się biedziły nie tylko nasze władze.
Miejmy tylko nadzieję, że nie dojdą do wniosku - dobry pacjent to martwy pacjent.
Gdy ktoś wpadł u nas na pomysł tzw. lekarza rodzinnego ( na wzór krajów zachodnio-europejskich) to wydawało się to całkiem niezłym rozwiązaniem Lekarz rodzinny, miał byc tym, który majac pierwszy kontakt z pacjentem, pokieruje go na odpowiednie badania, obejrzy wyniki tych badań a nastepnie, ,jeżeli uzna, że sam nie może pacjentowi pomóc, skieruje go do odpowiedniego specjalisty. Poza tym, w myśl zasady - lepiej zapobiegać niż leczyc- pokieruje profilaktyką. Nie wiem, kto i gdzie pokręcił, ale nic z tego nie funkcjonuje. Nikt nigdzie nie słyszy i nie stosuje profilaktyki. Lekarz rodzinny ma dość wybiórcza liste badań, na jakie może kierować pacjenta,reszte badań zleca specjalista, ktory jest zawalony pacjentami i moment od wykonania badan do czasu uzyskania diagnozy dochodzi często do 3 lub 4 miesięcy. Zaczynam podejrzewać jakieś celowe działanie - albo pacjent sie wścieknie i pójdzie prywatnie, albo spokojnie zejdzie i po problemie.
Zastanawiam się, komu nie zależy na prawdziwej reformie służby zdrowia i dochodze do smutnego wniosku, ze samym pracownikom owej słuzby zdrowia. Gdy przepisy niejasne, brak komputeryzacji, rzekomy brak funduszy, to korzystają z tego właśnie pracownicy służby zdrowia. Wyobrażmy sobie, że nasze male dziecko ma dziecięce porażenie mózgowe lub inną jednostke chorobową wymagającą rehabilitacji kilka razy w tygodniu, przez dlugi, dlugi czas. I wtedy okazuje sie, ze dziecko może dostac np. 20 zabiegów bezplatnie, a resztę .......resztą zajmuja sie prywatnie rehabilitantki w domu pacjenta, udzielajac zabiegow za pieniądze, oczywiście świadcząc swe usługi "na czarno". I zastanówcie się sami- czy są one zainteresowane jakimikolwiek zmianami w tym resorcie? Nie piszę tego bezpodstawnie, swego czasu w mojej rodzinie wydano masę pieniędzy na takie małe dziecko. Oczywiście efekty były, ale jako podatnik nie uważam, żeby to bylo w porządku.
Jestem daleka od krytykowania pani min.Kopacz i jej pomysłów, bo tak naprawdę jedyną dla nas informacją z tej dziedziny jest to, co usłyszymy przetworzone przez dziennikarzy. A czasem jeden wyraz zmienia sens całej wypowiedzi, a my wpadamy w drgawki z oburzenia.
Zreszta właściwie, to nie znam kraju, ktorego obywatele byliby zadowoleni ze swej łużby zdrowia. Narzekają prawie wszędzie. A dlaczego - bo tak naprawdę nie ma takiego państwa, ktore byłoby stać na w 100% bezpłatna służbę zdrowia, gdy wchodzą coraz droższe techniki diagnozowania i leczenia. Nad tym będą się biedziły nie tylko nasze władze.
Miejmy tylko nadzieję, że nie dojdą do wniosku - dobry pacjent to martwy pacjent.
sobota, 15 listopada 2008
Dlaczego?
Takie pytanie zadala mi koleżanka, gdy powiedziałam, że chcę założyć blog - odpowiedż dałam wymijającą - bo istnieje taka możliwość.Więcej nie drążyła tematu. A ja postanowiłam dać na to pytanie odpowiedż teraz. Może kiedyś przeczyta, nie wiem.
Rzecz cała zaczęła się, gdy wpadłam w permanentny dołek, spowodowany radosnymi wiadomościami na temat moich dolegliwości. Właściwie powinnam się cieszyć, bo okazało sie, że to nie były wymysły mojej chorej wyobrażni . Z drugiej strony to mała frajda mieć świadomość, że mój własny organizm wytwarza przeciwciała, ktore atakuja moje narządy i jest to nieuleczalne . A więc bedąc w takim dziwnym stanie ducha pozagladałam na blogi, zobaczyć co ludzie piszą. Po wielu, wielu przeczytanych blogach zaczęłam wracać do tych, które najbardziej przypadły mi do gustu, a z czasem ośmieliłam sie nawet wpisywać komentarze, dając nickAnna n.p.b. Polubiłam tę blogowa społeczność i postanowiłam do niej dołączyć zakładajac własny blog. O czym będę pisać - wlaściwie o wszystkim co mnie interesuje, co lubię i co mnie wścieka, może czasem znów jakiś wiersz mi wyjdzie? O wszechobecnej polityce chyba najmniej, bo sa wśród blogowiczów niemal zawodowcy w tej dziedzinie, a ja chwilami już " nie wyrabiam" i nie słucham radia, nie ogladam TV bo mam dość. Tak dla ścisłości - nie ogladam tego wszystkiego co oferuje TV w ramach publicystyki politycznej, bo jest tyle innych ciekawszych i poszerzających horyzonty programów. Płytoteke mam niezła, więc radio też mi do szczęścia nie jest potrzebne.
No to tyle o mnie na początek.
Rzecz cała zaczęła się, gdy wpadłam w permanentny dołek, spowodowany radosnymi wiadomościami na temat moich dolegliwości. Właściwie powinnam się cieszyć, bo okazało sie, że to nie były wymysły mojej chorej wyobrażni . Z drugiej strony to mała frajda mieć świadomość, że mój własny organizm wytwarza przeciwciała, ktore atakuja moje narządy i jest to nieuleczalne . A więc bedąc w takim dziwnym stanie ducha pozagladałam na blogi, zobaczyć co ludzie piszą. Po wielu, wielu przeczytanych blogach zaczęłam wracać do tych, które najbardziej przypadły mi do gustu, a z czasem ośmieliłam sie nawet wpisywać komentarze, dając nickAnna n.p.b. Polubiłam tę blogowa społeczność i postanowiłam do niej dołączyć zakładajac własny blog. O czym będę pisać - wlaściwie o wszystkim co mnie interesuje, co lubię i co mnie wścieka, może czasem znów jakiś wiersz mi wyjdzie? O wszechobecnej polityce chyba najmniej, bo sa wśród blogowiczów niemal zawodowcy w tej dziedzinie, a ja chwilami już " nie wyrabiam" i nie słucham radia, nie ogladam TV bo mam dość. Tak dla ścisłości - nie ogladam tego wszystkiego co oferuje TV w ramach publicystyki politycznej, bo jest tyle innych ciekawszych i poszerzających horyzonty programów. Płytoteke mam niezła, więc radio też mi do szczęścia nie jest potrzebne.
No to tyle o mnie na początek.
piątek, 14 listopada 2008
Betonowa dżungla
Za oknem zmrok , jak szary kot
czai się pod krzakami,
za chwilę, za nim przyjdzie noc.
Rtęciowki rozpraszaja mrok
błyskają światla aut,
szum opon opowiada sny,
czyjś śmiech, czyjś placz.
czasami krzyk,
karetki jęk przenika wskroś
taka jest betonowej dżungli noc.
Ten wiersz dedykuje Andrzejowi, ktory pisze piekne wiersze, ale wierzy we mnie i moje
"wierszowanie"
anabel
czai się pod krzakami,
za chwilę, za nim przyjdzie noc.
Rtęciowki rozpraszaja mrok
błyskają światla aut,
szum opon opowiada sny,
czyjś śmiech, czyjś placz.
czasami krzyk,
karetki jęk przenika wskroś
taka jest betonowej dżungli noc.
Ten wiersz dedykuje Andrzejowi, ktory pisze piekne wiersze, ale wierzy we mnie i moje
"wierszowanie"
anabel
Subskrybuj:
Posty (Atom)