czwartek, 29 stycznia 2009

Homo sapiens i androidzi

Czy pamiętacie film Ridleya Scotta "Łowca Androidów"?
Okazuje się, że na naszych oczach zaczyna się tworzenie cywilizacji rodem z tamtego filmu.
Kanadyjski wynalazca, Le Trung, trzydziestotrzyletni Wietnamczyk, wykonał duży krok do największego marzenia futurologów- stworzenia humanoidalnego androida.
Jego dziełem jest pomoc domowa o imieniu Aiko - najbardziej spektakularny i najdroższy cud współczesnej cybernetyki.
Aiko wygląda z daleka jak oryginalna Azjatka. Ma idealne wymiary, piękny uśmiech i zadbane , ciemne włosy. Jej zdolności mogą przyprawić każdego o zawrót głowy. Potrafi bowiem rozpoznawać twarze, wypowiada 13 tysięcy zdań, podczas przejażdżki może być przenośnym GPS-em lub funkcjonalnym laptopem.
Ponadto -nie musi jeść, nie odmawia wykonania poleceń i nie narzeka.
No i jeszcze coś, czym wprawia w zachwyt wszystkich panów - nie odczuwa zupełnie potrzeby ciągłego chodzenia na zakupy i wydawania pieniędzy.
Konstruktor podkreśla w wywiadach, że wciąż jest to wersja niedoskonała i niestety konieczne są dalsze nakłady finansowe., by ją ulepszyć, np. sprawić by Aiko poruszała sie jak człowiek.
Wszyscy odnoszą wrażenie, że wynalazca traktuje swój wynalazek jak kogoś bardzo bliskiego. Aiko każdego ranka czyta mu najciekawsze artykuły z gazet, a gdy wraca z pracy, towarzyszy przy kolacji.
Le Trung uważa, że można tak przeprojektować oprogramowanie jego wynalazku, aby Aiko stała sie również - patrnerem seksualnym. I co wtedy?
Bo czy mozliwe jest w naszej rzeczywistości realne uczucie między człowiekiem a androidem?
Wynalazek pana Le rodzi kluczowy dla naszej cywilizacji precedens, gdyż balansuje niezwykle blisko granicy, po przekroczeniu której nastąpi powszechna zgoda na związki Homo Sapiens z androidami.
Skutków takiego wydarzenia nie sposób sobie nawet dziś wyobrazić.
Znani futurolodzy przewiduja, ze juz za 20 lat "sztuczna inteligencja" moze osiągnąć poziom świadomości równy człowiekowi, by potem zdominowac nasz gatunek na zawsze.
W takiej sytuacji każde przesuwanie wspomnianej bariery musi być podejmowane z rozwagą i spokojem.
Pomyślałam od razu o jednym z blogujących, który tak pięknie pisze "porady"o tym, jak wytrzymać z kobietą.
I wiecie co, mam nadzieję, że nie dotrwam do czasu, gdy konkurentkami kobiet staną się -
androidki. Brrr.. okropieństwo!
anabell

niedziela, 25 stycznia 2009

Limit wieku?

Dziś zupełnie "babski" temat , tak dla odmiany.
Zadzwoniła do mnie przyjaciółka, z prośbą, bym koniecznie do niej przyjechała bo musimy się razem wybrać do Halinki. Owa Halinka mieszka niedaleko mojej przyjaciółki i wiem, że ostatnio nie wychodzi z domu, bo jest po operacji.
Po ponad godzinnej jezdzie miejskim autobusem dotarłam na miejsce. Moja przyjaciółka nie mogla się mnie wprost doczekać, stała w oknie i machała do mnie ręką. Troche to było dziwne.Gdy weszłam do mieszkania zaciągnęła mnie do swego pokoju i starannie zamknęła drzwi, żeby jej mąż nie słyszał naszej rozmowy.
- Z Haliną jest zle , poinformowała mnie ściszonym głosem. Po plecach przeszedł mi dreszcz, bo wyobraziłam sobie, że pewnie wykryto u Haliny jakąś sprawę nowotworową.
- No a co mówią lekarze? zapytałam zaniepokojona.
-A co mają do tego lekarze? odpowiedziała mi pytaniem, co wprawiło mnie w absolutne zdumienie.
- Ona się zakochała! Zwariowała dla jakiegoś młodego faceta! Ona gotowa wyjść za niego!
Moja miła przyjaciółka wyrzucała z siebie krótkie zdania głosem przyciszonym (aby jej mąż nic nie usłyszał) , nie mniej dość zgorszonym.
Zaczęłam się śmiać, bo poczułam ulgę, że nic złego się nie dzieje. Alicja wpatrywała się we mnie wzrokiem bazyliszka.
-Nie rozumiem co cię tak cieszy, to przeciez tragedia! On jest od niej dużo młodszy, z 15 lat!
Musimy jej to wybić z głowy, w tym wieku nie powinna się zakochiwać, a zwłaszcza w człowieku młodszym od niej, podsumowała Alicja.
Tu muszę coś wyjaśnić - Halinka jest od klkunastu lat wdową, dzieci nie ma i wiele razy skarżyła się na samotność. W ramach wydobywania się z poczucia samotności zaczęła uczęszczać na spotkania do osiedlowego klubu seniora. Tam właśnie poznała owego pana. Rzeczywiście jest od niej 15 lat młodszy, ale Halinka zupełnie nie wygląda na swoje lata, jest miłą, dowcipną kobietą, lubi chodzić na klubowe potańcówki, a odkąd zaczęła wychodzić z domu, ubyło jej lat.
Poszłyśmy z Alicją do Halinki, upewniwszy się przedtem, czy jest sama w domu. Była sama i nawet ucieszyła się naszym przyjściem.
Była zajęta szykowaniem jakiejś owocowej sałatki, bo za godzinę miał przyjść ów powód niepokojów Alicji. Halinka nie ukrywa, że jest z tym panem w bliskich stosunkach. On doskonale wie, ile ona ma lat i wcale mu to nie przeszkadza.
Mają wspólne zainteresowania, chodzą do kina, na wystawy, chodzą na długie spacery albo oglądaja razem program TV lub wdają się w dyskusje. Weekendy przeważnie spedzają razem, w jej mieszkaniu. On też jest wdowcem, ale ma syna, który jest już żonaty.
Halina nie nazywa tego jakąś romantyczną, szaloną miłością. Oboje maja romantyczne młodzieńcze uniesienia poza soba, to uczucie jest oparte na przyjazni.
Być może postanowią razem spędzić następne lata i prawdopodobnie wezmą ślub. Łatwiej jest żyć "na stare lata" razem niż samemu.
Znają się dopiero 2 lata a Halinie się nie spieszy.
Pożegnałyśmy się przed upływem godziny i poszłyśmy na spacer.
Alicja w dalszym ciągu uważa, że " w pewnym wieku" należy zrezygnować z uczuć, bo nie wypada zakochiwać się na starość, zwłaszcza w człowieku młodszym od siebie.
Przypomniałam jej tylko jak to wyglądało pod względem wiekowym w mojej rodzinie - po rozwodzie moi rodzice wybrali : ojciec- kobietę starsza od siebie o 8 lat, a trzeci mąż mojej matki był od niej młodszy o 13 lat.
A moja kuzynka, gdy owdowiała, wyszła ponownie za mąż w wieku 67 lat, za człowieka ,który był jej pierwszą miłością.
Bo według mnie uczucia nie są limitowane wiekiem.
A co Wy o tym sądzicie?
anabell

sobota, 24 stycznia 2009

Gorąca prośba

Kochani Blogowi Goście!
W Klinice, w Zabrzu, mały Kacperek oczekuje pomocy. Życie może mu uratować jedynie przeszczep serca. Klinika w Berlinie podejmie się tej operacji, lecz potrzebne na to są pieniądze.
Bliższe informacje o Kacperku znajdziecie na:

http://pomozkacperkowi.pl

Proponuję, aby każdy z moich gości umieścił ten adres na swoim blogu.
Każdy z nas ma wielu odwiedzających, wszak liczna jest społeczność blogowiczów.
Pomóżmy uratować Kacperkowi życie.

anabell

piątek, 23 stycznia 2009

Obejrzałam bardzo ciekawy film dokumentalny. Film bez ani jednego dialogu, skromne , niezauważalne tło muzyczne, pełna gama dzwięków natury. Film był nakręcony w amazońskiej dżungli.
We wstępie realizatorzy podali, że nie mogą ujawnić ani dokładnego miejsca, w którym był film nakręcony, ani nazwy plemienia, które zostało sfilmowane, ponieważ jest to ostatnia grupa etniczna, nie mająca kontaktu z dzisiejszą cywilizacją i tak powinno jak najdłużej pozostać.
Trochę był ten film trudny w odbiorze, bo nikt nic nie tłumaczył, nie wyjasniał kto kim jest.
Filmy o Amazonii, które dotychczas oglądałam pokazywały owych na wpół dzikich Indian, których kontakt z cywilizacja sprowadzał się do używania plastikowych pojemników na wodę, noszeniu podartych podkoszulków, zasłanianiu "nieprzyzwoitych" części ciała.
Ci Indianie byli jednak inni - na wodę mieli tykwy, jakieś gęsto splatane pojemniki, wyścielane dużymi liśćmi. Właściwie wszyscy byli nadzy, bo trudno róznego rodzaju ozdobne plecionki nazwać ubraniem. Wszystkie kobiety i dzieci miały skórę pokrytą jakąś kremową substancją w kolorze terakoty. Dzieci miały równiez pokryte nią główki. Wyglądało to niesamowicie. W dalszym ciągu filmu nastąpiło wyjaśnienie, czym pokryte są ich ciała.
Wszystkie kobiety i dzieci chodziły w określone miejsce, z którego wydobywano tłustą, czerwona glinkę. Przed nałożeniem nowej warstwy stara była dokladnie zmywana. Kobiety pomagały sobie wzajemnie przy nakładaniu owego kosmetyku. Mam wrazenie, ze była to ochrona przed insektami. W czasie tej "operacji" wszystkie kobiety wyglądały na bardzo szczęśliwe i zrelaksowane. Potem wracały do wsi , o ile można nazwać wsią 3 chaty zbudowane z trzciny i jakichś gałezi. Część z nich oddalała się od wioski i zabierała starsze dzieci, każda miała jakis koszyk na plecach , oraz coś w rodzaju siatki przywiązanej wokół talii, w ręce dość gruby patyk, niektóre zaś długie kije.
Nie wiem skąd wiedziały, w którym miejscu kopać, bo na moje oko te wykopywane bulwy mogły być pod każdym krzakiem. Inne , tymi długimi kijami starały się naginac gałęzie, z których zrywały liście , a z niektórych gałęzi owoce.Zabawne, gdy oglądasz film i nie jestes w stanie rozpoznac jakie to owoce zbierają.
Następna scena to znowu ta wioska. Mężczyzni zajęci zdobieniem twarzy. Oczywiście malują się nawzajem, lusterko rzecz nieznana. Z pewnością nie jest to "makijaż" wojenny, ale ma jakieś rytualne znaczenie. Za chwilę mężczyzni i młodzi chłopcy wyruszają w las, myślę, że idą na polowanie, mają ze sobą łuki. A więc owe malunki miały pomóc w polowaniu.
Kobiety wspólnie zabieraja sie do przygotowywania jakiegoś posiłku. I w tym miejscu pełne zaskoczenie- one mają coś pośredniego między nożem a maczetą. A więc jest jakis kontakt z cywilizacją. Gdy patrzę jak męczą się obłupywaniem tych twardych bulw, myślę, że zawsze
kobietom trafiały się ciężkie prace. A potem wrzucają te posiekane bulwy do naczynia zrobionego chyba z pnia drzewa wydrążonego w środku i zaczynają ubijać grubym drągiem.
Stoją we trzy, każda ma własny drąg, tłuką na zmianę. To młode kobiety, mają pogodne twarze, krótkie kręcone włosy, w uszach jakieś ozdoby, wyglądające jak duże pestki. Ich wielkośc kojarzy mi sie z pestką awokado . To co zwraca uwagę to mała ilość niemowląt. Nie wiem dlaczego, na filmach dotąd oglądanych było zawsze sporo maluchów. Zreszta cała ta wioska jest nieliczna, nie mogę się zorientować ile właściwie jest tych osób.
Kamera usiłuje zaglądnąć do wnętrza chaty, ale w tym momencie wyrasta przeszkoda w postaci bardzo starej kobiety, która robi reką taki ruch, jakby odganiała muchę. Ta kobieta nie jest pomalowana gliną, ma ciemną, bardzo pomarszczona skórę, kolorem przypominającą łupinę orzecha. Ale na jej twarzy nie widac złości czy tez zniecierpliwienia. Twarz wprawdzie tonie w głębokich zmarszczkach, ale jest łagodna, nieomal uśmiechnięta.
Zreszta wszyscy sfilmowani Indianie wyglądaja na spokojnych, łagodnych ludzi. Wszystko co się tu dzieje jest wykonywane bez pośpiechu, nikt nikogo nie pogania, nie rozmawiaja ze sobą zbyt dużo. Zdają sie zupełnie nie zauważać kamery. Do wioski wracaja mężczyzni - do długiego kija, który niosą dwaj męzczyzni, przwiązane są dwie martwe małpy.
Oszczędzono widzom widoku szykowania posiłku z małp.
Ostatnia scena to wspólny, wieczorny posiłek przy niewielkim ognisku.
Pomyślałam ,że własciwie każdy kontakt tzw. "ludów prymitywnych" z cywilizacja białych nie był dla nich korzystny. Wiele plemion niemal wyginęło, bo zmiotły ich choroby przywleczone przez nieproszonych gości.
Nikt nie zadawał sobie trudu dokładnego poznania owych "prymitywnych " plemion, a przecież one funkcjonowały, miały własny ustalony porządek działania, swego wodza, określone rytuały na każdą okazję. A że ich obyczaje były dla "cywilizowanych" zupełnie niezrozumiałe to nie dowód, że były niewłaściwe. Siłą narzucano inne obyczaje, wprowadzano nowe porządki. Niekiedy tych "dzikich tubylców " po prostu zabijano, przepędzano, więziono, tak jak w Ameryce lub Australii. Myślę, że gdyby wykazano więcej cierpliwości i wyrozumiałości to trwające obok siebie nawet bardzo różne cywilizacje wymieszałyby się, z większą korzyścia dla tych
"prymitywnych".
Brat mojej matki, przez wiele lat był polskim attache handlowym w jednym z krajów afrykańskich. Był zafascynowany Afryką, na urlopy nie przyjeżdzał do Polski, zwiedzał Afrykę.
Zachwycał się afrykańskimi legendami, obyczajami, sztuką.
Gdy już po jego powrocie rozmawiałam z nim na temat Afryki powiedział, że ekspansja białego człowieka jest zgubą tego kontynentu. W tym okresie jeszcze nie było tam wojen, nie wszystkie kraje były niepodległe. Ale wujek właśnie w owej niepodległości upatrywał zarzewie wszelkiego zła. Uważał, że i do niepodległości i do demokracji każdy naród musi dojrzeć , a jest to proces bardzo powolny, który musi trwać przynajmniej sto lat. Nagłe przekształcenie przeważnie kończy się rewoltą, wojną domową, kłopotami gospodarczymi. Chyba wypowiedział to w złą godzinę. To wszystko właśnie mamy w Afryce. Dziż już wujka nie ma wśród nas i czasem myślę, że to dobrze - serce by mu pękło z bólu, gdyby słuchał tych wszystkich wiadomości napływających z "Czarnego Kontynentu."
anabell

wtorek, 20 stycznia 2009

Dla odpornych, cz.I

Czy wiecie, że w Polsce istnieje "nerkobiznes"? Jego ofiarami padaja z reguły ludzie młodzi, a czasem dzieci.
Dwudziestojednoletnia studentka T.T. nie powróciła po studenckiej imprezie w Olsztynie. Jej zwłoki odnaleziono w maju 2006 roku, a ich sekcja wykazała, że wycięto jej obie nerki i to z chirurgiczną precyzją. Nie udało się ani wykryć sprawców ani motywów ich działania i śledztwo umorzono po kilku miesiącach.
Podobnie było z zaginionym w niewyjaśnionych okolicznościach szesnastoletnim D.Z, mieszkańcem Olsztyna, którego zmasakrowane zwłoki przypadkowo odnalezli robotnicy w czasie remontu drogi. Nastolatkowi wycięto równiez obie nerki oraz serce a ślady wskazywały na profesjonalizm osoby usuwającej te narządy.
Policja postawiła hipotezę, że obie ofiary zginęły z rąk tych samych osób i że ich zgon był związany z pobraniem narządów. Sprawa była tak bulwersująca, że nakazono wszystkim milczenie aż do momentu wyjaśnienia całej prawdy. Ale do dziś sprawa pozostaje niewyjaśniona.
W kwietniu 2008 roku na biurko naczelnika warszawskiego zarządu CBŚ trafiła notatka pewnego policjanta, z rozmowy przeprowadzonej z pewnym lekarzem spod Warszawy. Ów lekarz twierdził, że w znanej mu klinice w województwie mazowieckim maja miejsce nielegalne pobrania narządów do przeszczepów. Sprawę gruntownie sprawdzono, okazało się, że ów lekarz jest skłócony z właścicielem tej wskazanej przez niego kliniki.
CBŚ zaczęło rozptrywać możliwość,że celowo podano im fałszywy trop, by odwrócić uwage od tych, którzy rzeczywiście zajmują sie tym procederem. Dowodem, że taki proceder istnieje mogą być zeznania osób przesłuchiwanych w latach 2006 - 2008 przez policjantów spod Warszawy.
Pierwsza z nich była 24-letnia A.N. napadnięta póznym wieczorem na pustej drodze, która wracała z pracy do domu. Poszkodowana poczuła silne uderzenie w głowę i straciła przytomność.Ocknęła się kilkanaście godzin pózniej w przydrożnym rowie, czując potworny ból.
Wezwani lekarze zauważyli na jej plecach szwy, a wykonane badanie USG wykazało , że jedna nerka jest usunięta. Podobne zeznania składał 16-letni M.G., ktorego napadnięto w jednej z podwarszawskich wsi. Też poczuł wpierw uderzenie w głowę, stracił przytomność, ocknął się
w przydrożnym rowie, czując ogromny ból. Badanie wykazało, że usunięto mu lewą nerkę.
Nieco wiecej szczegółów poznano dzięki tragedii małego, ośmioletniego P.W spod Warszawy. Był wieczór 2007 roku, wakacje.Na boisku obok szkoły chłopczyk grał w piłkę z kolegami.W pewnej chwili zatrzymał się obok nich samochód, z którego wyskoczył, wysoki, barczysty mężczyzna,
który złapał Piotrusia i wrzucił do auta, które ruszyło z piskiem opon. Następnego dnia ludzie idący na mszę do kościoła znalezli chłopca w przydrożnym rowie. Tylko dzięki sprawnej interwencji lekarzy dziecko przeżyło. Niestety od tej pory boi sie wychodzić z domu, ma nocne koszmary.
Mieszkankę Warszawy, 20-letnią J.S poznany na dyskotece młody, przystojny mężczyna zabawiał kilka godzin. Po jednym drinku dziewczyna straciła przytomność. Obudziła sie w czystej pościeli w pokoju hotelowym. Zauważyła na plecach zeszyta ranę, jak po operacji. Badania lekarskie wykazały, że usunięto jej nerkę.
Sprawców nie wykryto, śledztwo umorzono.
Przedstawiciele Europolu i Interpolu, którzy współpracują z polskimi policjantami przy ściganiu najgrozniejszych przestępstw, mówią że Polska przoduje w niechlubnej statystyce państw europejskich, w których dokonuje się nielegalnego pobierania narządów. W materiałach operacyjnych przewijają się równiez ceny za narządy. Są to kwoty ok. 50 tys. dolarów za nerkę i 120 tys. dolarów za serce. Tkanki i szpik mają odpowiednio niższą cenę.
Jeżeli przyjąć, że w całej Polsce w 2008 roku dokonano 30 nielegalnych pobrań organów, to okazuje się, że bandyci zarobili na tym procederze ok. 2 mln. dolarów.
W Paryżu, w maju 2007 roku policja zatrzymała Marokańczyka, któremu zarzucano handel narkotykami oraz bronią. Chcąc złagodzic wymiar kary, zatrzymany składał bardzo obszerne zeznania, w których przewijał się motyw handlu organami. Niestety wielu szczególów nie zdążył wyjawić, gdyż zmarł w kilka tygodni po złożeniu zeznań.
Od dwóch lat policje krajów europejskich wspóldziałają przy rozpracowywaniu grup przestępczych handlujących ludzkimi organami.
Za tydzień poznamy zeznania rosyjskiego przemytnika, który przebywa w więzieniu w północnej Polsce, brał udział w handlu organami, a skazany jest teraz za zupełnie inne przestępstwa.
na podst.tyg.Angora.
autor L.Szymowski

anabell

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Bardzo bogate zwierzęta

Najbogatszym zwierzęciem świata jest Gunter IV, owczarek niemiecki. Jest on właścicielem nieruchomości w USA, na Bahamach, w Niemczech i we Włoszech, szacowanych ogółem na 90 milionów funtów.
Gunter IVmajątku dorobił się na obrocie nieruchomościami, ale często kupuje i sprzedaje rózne spółki. Przez jakis czas figurował jako wydawca włoskiej gazety "L'Unita".
Wiosną 2008 roku Gunter IV został wytropiony przez włoską policję finansową jako nr 1. na czarnej liście obywateli wyprowadzających swe pieniądze do "rajów podatkowych".Owczarek zdeponował w banku w Lichtensteinie rekordowa sumę 400 milionów euro. Dobrego imienia psa zaciekle broni jego patron- Maurizio Mian, farmakolog z Pizy, on to bowiem podszywa się pod Guntera IV. Sprytny farmakolog przejął swego czasu f-mę Karlotta Ltd, której donatorką była pewna ekscentryczna Niemka. Zmarła ona w 1992 roku, pozostawiając w spadku 60 milionów funtów, z czego część przypadła f-mie, a część Gunterowi III, synowi jej wiernego towarzysza życia- owczarkowi Gunterowi II. Gunter IV zaś przejął spadek po swym ojcu, Gunterze III,
a dzięki zdolnościom biznesowym Marurizio Mian pomnożył ten majątek.
Drugie miejsce w rankingu najzamożniejszych zwierząt przypadło pewnemu pudelkowi z Nowego Jorku. Toby Rimes jest spadkobiercą swego dalekiego krewnego, który otrzymał w 1931 roku 20 milionów dolarów . Był to spadek po panu, prawniku. Opiekunowie pudelka okazali sie ludzmi utalentowanymi biznesowo i powiększyli ów majątek do 65 milionów.
Trzeci na liście to szympans Kalu.
Jego smutne życie (był przywiązany do drzewa za domem argentyńskiego konsula generalnego) odmieniła żona australijskiego pływaka Franka O'Neila, Patricia.
Kalu bardzo pokochał swa nową panią, a ona odwzajemniła to uczucie i pod nieobecność męża zapisała szympansowi w testamencie 40 milionów funtów, oraz farmę i rezydencję w Australii. Mąż nie dostał ani pensa.
Na czwartym miejscu są: pies chihuahua Frankie, oraz koty: Ani i Pepe Le Pew. Zwierzęta otrzymały w spadku po 1/3 willi w San Diego oraz 10 milionów euro w gotówce.
Na piątym miejscu znalazła się labradorka Flossie, obdarowana posiadłością wartą 4,5 miliona euro. Jest to nagroda za uratowanie życia swej pani, aktorce Drew Barrymore i jej męzowi.
Gdy wybuchł w domu pożar labradorka pobiegła na piętro i szczekaniem oraz drapaniem w drzwi obudziła swych państwa, umożliwiając im ucieczke z domu.
Szóstą pozycję zajmuje terierka maltańska Trouble z kwotą 12 milionów dolarów.
Siódme miejsce ma kot Tinker, z kwotą 400 tysięcy funtów odziedziczoną po śmierci swej pani -Margaret Layne.
Pozycję ósmą okupują dwa mieszańce collie, Tina i Kate. Ich właścicielka zapisała im swój dom w Peasedown niepodal Bath i 450 tysięcy funtów.
Żółw Silverstone i kilka kotów, ukochane zwierzęta właścicielki słynnej londyńskiej księgarni, Christiny Foyle, zajmują dziewiąte miejsce z odziedziczonym domem w Essex i kwotą 100 tysięcy funtów dla opiekuna zółwia.
Dziesiątkę najbogatszych zwierząt zamyka inwentarz królowej Elzbiety II. Juz teraz zadbała o los 150 krów rasy aberdeen angus, 200 owiec, gromadki kóz, świń, kur, kaczek, królików i dwóch papużek, rezydentów zamku i farmy Mey. Darowizna opiewa na 3 miliony funtów, co oznacza, że na każde zwierzę przypada 8 tysięcy funtów.
To miło poczytać o tym, ze są ludzie, którzy dbają, by po ich śmierci los ich pupili nie uległ pogorszeniu. Jednocześnie przychodzą mi na myśl te setki psów w Polsce, które są przez ludzi wyrzucane z domu w momencie gdy zaczynaja być dla swych właścicieli kłopotem - wyjazd na wakacje lub ciąża niewysterylizowanej suki. Co roku, gdy zaczynaja się wakacje, na moim osiedlu pojawiaja się zdesperowane, bezpańskie, porzucone psy. Biegają po osiedlu szukając na prózno swych właścicieli, którzy w ten sposób pozbywają sie kłopotu. Od kilku lat ośrodki wypoczynkowe zezwalają na pobyt z psem, opłata wynosi od 15 do 30 zł za dobę. Mozna równiez oddac zwierzę do specjalnego hotelu, gdzie oplata wynosi 50 zl za dzień pobytu. I naprawdę, niech mi nikt nie tłumaczy,ze to wynik cięzkiej sytuacji materialnej. To zwykła bezmyślność . Biorąc do domu psa nalezy liczyć sie z kosztami, pies to droga inwestycja. W skali całego roku utrzymanie niezbyt duzego psa, nawet gdy nie choruje, to wydatek ok. 200 zł miesięcznie. Oprócz pieniędzy trzeba jeszcze swemu czworonogowi poświęcic choć trochę uwagi i nie zostawiać go na 10 godzin samego w domu. Jeśli nie stać nas na takie "poświęcenie" - nie bierzmy psa, szkoda zwierzaka.

sobota, 17 stycznia 2009

Przyznaje się.....

Moi kochani blogowi goście!
Siódmego stycznia zostałam babcią, ślicznego, maleńkiego chłopczyka. Oczywiście jest śliczny, nie tylko dlatego, że to mój wnuczek. Pierwsze fotki zostały zrobione 4 godziny po sprowadzeniu go na świat i poniewaz nie był malec umęczony - wyglądał ślicznie. Spędzil ze swoja mamą (moja córką) 4 dni w szpitalu, a ja właściwie od pierwszej chwili ciągle jestem czymś zaskakiwana.
Po pierwsze - przy zabiegu towarzyszył córce mąż. Po drugie- po czterech godzinach od zabiegu cała rodzinka została przeniesiona do własnego pokoju. Młoda mama miała wybór - dziecko 24 godziny przy niej, lub cały dzień z nią a noc w pokoju dziecięcym.
Sala noworodków podzielona na kilka pokoi i na odrębne boksy. Wyobrazcie sobie, że tamtejsze "noworodkowe" pielęgniarki noszą dzieciaczki na rękach, gdy te małe stworzenia płaczą. Dla mnie szok- pamiętam nieustanny wrzask niemowląt, gdy ja korzystałam z usług szpitala połozniczego.
Oczywiście świezo upieczony tata siedział od świtu do nocy z żoną i maleństwem, poza tym był szkolony w pokoju dziecięcym jak przewijać dziecko.
Szpital zapewniał wszystkim pacjentkom regularne ubranka dziecięce na pobyt w szpitalu, pampersy przystosowane dla noworodków, oraz bielizne osobistą kobietom i wszelkie niezbędne akcesoria. Jeszcze przed przyjęciem na oddzial uprzedzali, że wszystko jest na miejscu i żeby nic pacjentki nie przynosiły z domu.
Nie da się ukryć, że noworodek ubrany w kolorowy kaftanik i śpioszki, prezentuje sie znacznie lepiej od takiego owiniętego w szpitalny powijak , w którym prezentuje się jak miniaturowa mumia.
Na drugi dzień po powrocie córki do domu, przyszła z wizyta pielęgniarka i przez pierwsze 2 miesiące będzie przychodziła co drugi dzień. Jest to o tyle cenne, że ona na bieżąco udziela matce porad co do pielęgnacji dziecka, poza tym kontroluje wagę dziecka i stan matki, warunki domowe niemowlęcia, doradza we wszystkich sprawach.
Z tego co sie dowiaduję, wiele sie zmieniło w dziedzinie pielęgnacji noworodków i niemowląt.
Żadnych codziennych kąpieli w wodzie - dziecko ma być kąpane raz na 2 tygodnie. Ewentualne zabrudzenia usuwa sie specjalnymi chusteczkami.
Paznokietki - po raz pierwszy będą obcięte po ukończeniu 2 miesięcy. Ja musiałam (drżąc z nerwów) obcinać zaraz po przyjściu z dzieckiem do domu.
Pierwszy spacer - na pierwszy, regularny spacer dziecko zostało wyprowadzone w 8 dniu życia, bo była świetna pogoda - +2, słońce, bezwietrznie. Mało sobie nie zwichnęłam szczęki ze zdziwienia. Ja rodziłam córkę w lipcu, więc na pierwszy spacer mogłam wyjść juz po 14 dniach.
Karmienie - oczywiście tzw. "na żądanie", średnio wypada 5 karmień na dobę. Godziny "rózne, rózniste". Mały tyran je około 2 w nocy, potem jest kochany i daje rodzicom pospać az do 10 rano i to właściwie oni go budzą.
Pokarm - czyli mleko matki. Po raz pierwszy się dowiedziałam, że w temp. pokojowej może bez uszczerbku dla swej jakości stać do 6 godzin. W lodówce - 3 dni. Mozna go równiez zamrazać.
Jezeli niemowlę ma wysuszoną błonę śluzową noska (wtedy kicha, ale bez śluzu) nalezy wpuścic mu do noska po kropelce mleka mamy. Ma ono właściwości nawilzająco- kojące.
Dziś córka rozczuliła mnie do łez pytaniem, jak sobie kobiety radziły , gdy nie było pampersów. Czy tamte pieluchy to były możliwe do wyprania? Wysłuchawszy mojej opowieści
stwierdziła, że to jednak były ciężkie czasy dla matek.
I jeszcze jedno - u niej można prać rzeczy niemowlęce w kazdym proszku do prania.
Spieszę wyjaśnić, że córka nie rodziła w prywatnej klinice a w szpitalu Uniwersyteckim. Nie była na prawach specjalnej pacjentki. Wszystkie miały takie warunki.
No coz, świat się zmienia, wygląda na to, że jakoś mocno uciekł mi do przodu.
anabell