Wszyscy mamy dość ekscesów naszych parlamentarzystów. Co jakiś czas
okazuje się, że owi "wybrańcy narodu" nie są kryształowymi ludzmi.
A to używają służbowej karty płatniczej w celach pokrycia własnych
wydatków, a to zużywaja hektolitry paliwa na fikcyjne dojazdy, na obra-
dach śpią lub czytaja prasę. Chcę wszystkich pocieszyć? nasi nie są pod
tym względem wyjątkowi.
Na światło dzienne wychynęły rewelacje na temat chciwości, machlojek
i zwykłej nieuczciwości w brytyjskiej Izbie Gmin.
Opublikowane szczegóły z rozliczeń wydatków poselskich chwilami były
dziwne. Były minister rolnictwa z Partii Konserwatywnej zażądał dwóch
tysięcy funtów z pieniędzy podatników na utrzymywanie kanału wod-
nego w swojej posiadłości wiejskiej. Inny deputowany chciał 1645 funtów
na utworzenie " kaczej wysepki" na swoim stawie, by ptaki mogły tam
gniazdować i kryć się przed lisami.
"The Daily Telegraph" zdobyła zapis ponad 700 tysięcy rachunków z lat
2004 - 2008, pokazujących na co parlamentarzyści wydają państwowe
pieniądze.
Zgodnie z przepisami deputowani mają prawo do zwrotu kosztów utrzy-
mania lokum w drugim, dodatkowym miejscu zamieszkania.
Potrzebują oni rzekomo dwóch domów: jednego w pobliżu Westminsteru,
a zarazem drugiego, by mogli przebywać w swym okręgu wyborczym.
Brzmi to logicznie, ale jest to furtka do ogromnych nadużyć.
Np. dwaj deputowani z Partii Pracy odliczali sobie odsetki od dawno już
spłaconych kredytów hipotecznych. Deputowana Partii Pracy z Luton-
miasteczka na północ od Londynu - otrzymała 2500 funtów na remont
domu, który nie znajduje się ani w Londynie ani w Luton, ale w nad-
morskiej miejscowości Southampton, gdzie pracuje jej mąż. Pani deputo-
wana tłumaczyła, że wykonując tak ciężką pracę potrzebuje wsparcia
małżonka.
Okazuje się ponadto, że sporo deputowanych spekulowało na nieruch0-
mościach, wykorzystując dopłaty do utrzymywania drugiego lokum.
19 maja 1995r, po raz pierwszy od 1695 roku musiał podać się do dymisji
spiker Izby Gmin. Wydarzenie wręcz niebywałe, bo przez ostatnie 300
lat spiker był traktowany z honorami prawie królewskimi. Paradował
w historycznym stroju, miał do dyspozycji lokajów w perukach i okazałą
rezydencję w Westminsterze. Pełniący tę funkcję Michael Martin nie
tylko zarządzał ryczałtami dla parlamentarzystów ale i sam z nich
korzystał, otrzymując zwrot czterech tysięcy funtów za taksówki,
którymi jego żona jezdziła na zakupy.
Dymisja Martina nie załatwiła jednak sprawy. Ale przynajmniej do opinii
publicznej dotarły szokujące rewelacje dotyczące Partii Pracy, która
teoretycznie opowiadała się za socjalizmem, a praktycznie zgarniała co
się dało do własnej kieszeni.
Członkowie Izby Lordów wogóle nie są wybierani, lecz zasiadają tam
z urzędu lub nadania premiera.
Anglia jest krajem, w którym konstytucja w postaci skodyfikowanej na
piśmie nie istnieje i w rezultacie Brytyjczycy nie mają dokładnego
wyobrażenia o zasadach funkcjonowania własnego kraju. Coraz częściej
słychać głosy, że Izba Lordów też powinna być wybierana. Oczywiście
mówi się też o pełnej jawności , jeśli chodzi o posłów i ich wydatki.
I coraz częściej mówi się o konstytucji jako o pisanym akcie, określają-
cym jasno prawa przysługujące obywatelom.
Brzmi to bardzo rewolucyjnie, ale w Wielkiej Brytanii zmiany nie
następują zwykle szybko.
A my, skoro mamy konstytucję i skoro sami wybieramy wszystkich
posłów, nauczmy się korzystać z przysługujących nam praw oraz
spełniajmy wynikające z niej obowiązki.
A jak tam z Waszym udziałem w wyborach do PE? Byliście???
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 7 czerwca 2009
wtorek, 2 czerwca 2009
Mam mieszane uczucia.....
...czyli to co czujecie, gdy wasza teściowa ,waszym nowym samochodem
spada w przepaść. Ale tak naprawdę rzecz dotyczy zwrotu byłym właś-
cicielom ich byłych posiadłości, które po II wojnie światowej przejęło
państwo.Warto dodać, że obiekty te zostały bardzo starannie
wyremontowane, są konserwowane, są dla nas żywą lekcją historii.
Spadkobiercy rodziny Branickich żądają zwrotu Wilanowa, chociaż na
początku lat 90. zapewniali, że ich zdaniem taki obiekt powinien zostać
w rękach państwa. Lubomirscy rozpoczęli walkę o Wiślicz, Druccy-
Lubeccy o Bałtowo, Radziwłłowie o Jadwisin, Krasiccy o Lesko,
Krasińscy o Opinogórę, Czartoryscy o Gołuchów, Potoccy o Koniecpol,
Raczyńscy o stołeczną Akademię Sztuk Pięknych. Lista jest znacznie
dłuższa.
W żadnym innym państwie Europy nie występuje obecnie tak duże nasi-
lenie procesów reprywatyzacyjnych. Ponad 20 tysięcy nieruchomości
oddanych przez państwo według stanu pod klucz, kilka tysięcy postępo-
wań zmierzających już do pomyślnego dla właścicieli końca, kilkanaście
tysięcy kolejnych obiektów, co do których już zgłoszono żądania zwrotu,
około 400 mln zł wypłaconych odszkodowań- byli właściciele z innych
krajów Europy Środkowo-Wschodniej z pewnością obgryzają paznokcie
z zazdrości.
Na tle ubogiego ogółu mieszkańców naszego kraju, nagle setki tysięcy
ludzi stają się bardzo zamożne, bez jakiegokolwiek wkładu pracy
fizycznej bądz intelektualnej.
A ich wzbogacenie finansujemy my wszyscy-przecież te odszkodowania
płacone są z budżetu.
Co do obiektów zwracanych w naturze, niepokój budzi przyszły los odda-
wanych nieruchomości i los ich dotychczasowych użytkowników.
W wielu obiektach mieszczą się muzea i placówki naukowe, poza tym są
one udostępnione po przystępnej cenie dla zwiedzających. Nie będzie
również kontroli nad eksponatami.
Oczywiście nikt nie protestowałby, gdyby właściciele chcieli odzyskać
je w takim stanie, w jakim te obiekty były po wojnie. Ale "za komuny"
obiekty te zostały odbudowane dużym nakładem kosztów i starannie
konserwowane. Poza tym były wykorzystywane na cele społeczne,
kulturalne i naukowe. Część tych obiektów jeszcze przed wojną była
mocno zadłużona.
Państwo ma obowiązek, by w trosce o interes wszystkich obywateli,
zażądać od potomków ich byłych właścicieli zwrotu długów oraz
zwrotu nakładów poniesionych na odremontowanie i utrzymanie tych
obiektów.
Oczywiście potomkowie byłych właścicieli nie chcą nawet o tym słyszeć.
Większość właścicieli jest zdania, że państwo powinno im oddać za
darmo te wszystkie obiekty - a potem pomagać finansowo w ich utrzy-
maniu.
Jak na mój gust, to mają osobliwe poczucie humoru.
Odnoszę wrażenie, że nie jesteśmy jeszcze tak bogatym krajem, aby
zamożniejsi przedstawiciele naszego społeczeństwa dostawali od
państwa pokazne majątki oraz środki na ich utrzymanie.
Wakacje już blisko - może warto w tym roku trochę pozwiedzać,
póki jeszcze można : Wiślicz, Bałtów, Kozłówkę, Otwock Wielki,
Wilanów, Jadwisin, Lesko, Gołuchów, Koniecpol....
anabell
spada w przepaść. Ale tak naprawdę rzecz dotyczy zwrotu byłym właś-
cicielom ich byłych posiadłości, które po II wojnie światowej przejęło
państwo.Warto dodać, że obiekty te zostały bardzo starannie
wyremontowane, są konserwowane, są dla nas żywą lekcją historii.
Spadkobiercy rodziny Branickich żądają zwrotu Wilanowa, chociaż na
początku lat 90. zapewniali, że ich zdaniem taki obiekt powinien zostać
w rękach państwa. Lubomirscy rozpoczęli walkę o Wiślicz, Druccy-
Lubeccy o Bałtowo, Radziwłłowie o Jadwisin, Krasiccy o Lesko,
Krasińscy o Opinogórę, Czartoryscy o Gołuchów, Potoccy o Koniecpol,
Raczyńscy o stołeczną Akademię Sztuk Pięknych. Lista jest znacznie
dłuższa.
W żadnym innym państwie Europy nie występuje obecnie tak duże nasi-
lenie procesów reprywatyzacyjnych. Ponad 20 tysięcy nieruchomości
oddanych przez państwo według stanu pod klucz, kilka tysięcy postępo-
wań zmierzających już do pomyślnego dla właścicieli końca, kilkanaście
tysięcy kolejnych obiektów, co do których już zgłoszono żądania zwrotu,
około 400 mln zł wypłaconych odszkodowań- byli właściciele z innych
krajów Europy Środkowo-Wschodniej z pewnością obgryzają paznokcie
z zazdrości.
Na tle ubogiego ogółu mieszkańców naszego kraju, nagle setki tysięcy
ludzi stają się bardzo zamożne, bez jakiegokolwiek wkładu pracy
fizycznej bądz intelektualnej.
A ich wzbogacenie finansujemy my wszyscy-przecież te odszkodowania
płacone są z budżetu.
Co do obiektów zwracanych w naturze, niepokój budzi przyszły los odda-
wanych nieruchomości i los ich dotychczasowych użytkowników.
W wielu obiektach mieszczą się muzea i placówki naukowe, poza tym są
one udostępnione po przystępnej cenie dla zwiedzających. Nie będzie
również kontroli nad eksponatami.
Oczywiście nikt nie protestowałby, gdyby właściciele chcieli odzyskać
je w takim stanie, w jakim te obiekty były po wojnie. Ale "za komuny"
obiekty te zostały odbudowane dużym nakładem kosztów i starannie
konserwowane. Poza tym były wykorzystywane na cele społeczne,
kulturalne i naukowe. Część tych obiektów jeszcze przed wojną była
mocno zadłużona.
Państwo ma obowiązek, by w trosce o interes wszystkich obywateli,
zażądać od potomków ich byłych właścicieli zwrotu długów oraz
zwrotu nakładów poniesionych na odremontowanie i utrzymanie tych
obiektów.
Oczywiście potomkowie byłych właścicieli nie chcą nawet o tym słyszeć.
Większość właścicieli jest zdania, że państwo powinno im oddać za
darmo te wszystkie obiekty - a potem pomagać finansowo w ich utrzy-
maniu.
Jak na mój gust, to mają osobliwe poczucie humoru.
Odnoszę wrażenie, że nie jesteśmy jeszcze tak bogatym krajem, aby
zamożniejsi przedstawiciele naszego społeczeństwa dostawali od
państwa pokazne majątki oraz środki na ich utrzymanie.
Wakacje już blisko - może warto w tym roku trochę pozwiedzać,
póki jeszcze można : Wiślicz, Bałtów, Kozłówkę, Otwock Wielki,
Wilanów, Jadwisin, Lesko, Gołuchów, Koniecpol....
anabell
poniedziałek, 1 czerwca 2009
Ale się zdziwiłam
Wpadła mi ostatnio w ręce dziwna mapa świata. Dlaczego dziwna? Otóż
ukazywała flagi państw, których de facto nie ma na mapach. Owe prawie
nie znane mi państwa dzielą się na kilka grup: uznawane tylko przez
państwa sojusznicze, uznawane przez znaczącą liczbę państw, nieuznawa-
ne, kontrolujące swe terytorium, oraz nieuznawane, objęte działaniami
zbrojnymi. Tych ostatnich jest niestety najwięcej.
Jak wiecie, sama chęć zostania państwem nie wystarcza- ogłoszenie, że
od rzeki "A" , do gór "BWG" i niziny "N" to jest nasze państwo -nie
wystarcza. Fakt ten musi być uznany przez pozostałe kraje.
Świat juz dawno został podzielony i nie da się wygospodarować skrawka
ziemi dla siebie bez naruszenia obcych granic i interesów. Najczęściej
inne państwa się na to nie godzą lub próbują coś zyskać dla siebie.
W efekcie regiony lub ludy chcące się usamodzielnić, stają się podobne
do czarnych dziur kosmicznych- wciągaja w swoje problemy sąsiadów
bliskich, a czasem nawet bardzo odległych.
Z pewnością każdy kojarzy nazwę Południowa Osetia. Ta niewielka
kraina, wielkości dwóch powiatów, potrafiła sprowokować konflikt, który
zachwiał stosunkami pomiędzy Rosją, USA, Unią Europejską.
A Kosowo -ten konflikt spowodował, że po raz pierwszy od czasu II wojny
światowej, amerykańskie samoloty bombardowały miasta w Europie.
W konflikt na Sri Lance, pomiędzy Syngalezami i Tamilami, dążącymi
do utworzenia samodzielnego państwa- Ilamu, zostały wciągnięte Indie ,
a premier Radjiv Gandhi stracił życie.
Sudan - na południu w wojnie domowej zginęło dwa miliony ludzi, a na
zachodzie, w Darfurze - ponad 300 tysięcy. Rzesze uciekinierów trafia-
jąc do państw sąsiadujących wciągnęły w sudańskie sprawy Egipt, Libię
Czad, Francję oraz wojska Unii Afrykańskiej a w końcu i nas.
Ciągnąca się wojna w Afganistanie to tez wina istnienia "czarnej dziury"
na pograniczu z Pakistanem. Żyjące tam plemiona Pasztunów rządzą się
wg własnych reguł, a wsparcia udzielają komu chcą- ostatnio talibom,
którzy dzięki nim mają zapewnione schronienie i dostawy broni.
Nowe państwa zawsze powstają pod hasłami walki o wolność i prawa
narodu do samostanowienia o swym losie. Flaga, godło i hymn mają
to podkreślać. Ale przywódcy tych nowych tworów najczęściej nie
troszcza się o swój lud, który żyje w nędzy gdy ci wspaniali rewolucjo-
niści się bogacą.
Warazistan- czy wie ktoś gdzie to jest? To pogranicze pakistańsko-
afgańskie, gdzie niepokornym mieszkańcom publicznie ścinają głowy.
Bangsamoro, na Filipinach też lepiej omijać z daleka-tam rozstrzeliwują
lub wieszają. Ale nie wiem od czego zależy sposób uśmiercenia.
Generalnie w Afryce i Azji, ten kto ma kałasznikowa, ten rządzi.
W niby-państwach wyrosłych na gruzach ZSRR,"bojownicy o wolność"
sięgają do sprawdzonych wzorców radzieckich.
W samozwańczej republice Naddniestrza, której nikt nie uznaje ale i
nikt nie potrafi zmusić do podporządkowania się Mołdawii, na terenie
której się znajduje, od 18 lat rządzi ten sam prezydent, który zawsze,
przytłaczającą większością głosów wygrywa kolejne wybory. Cała jego
rodzina zajmuje kluczowe stanowiska w państwie.
Naddniestrze pomału przekształciło się w raj dla przemytników szmu-
glujących towary z Ukrainy do Rumunii i dalej, do Unii Europejskiej.
Zorganizowane gangi upłynniają ogromne ilości broni, pozostawione tam
przez Armię Radziecką, oferując ją każdemu, kto zapłaci, organizacjom
terrorystycznym także.
Pomimo względnej stabilizacji Nadniestrze pozostaje najbiedniejszym
regionem Europy.Średnia płaca miesięczna nie przekracza 50$.
W Afryce i Azji jest dużo gorzej, a wszystkie utworzone tam niby-
państwa są azylem dla terrorystów, schronieniem dla bandytów oraz
zagrożeniem dla świata.
I nim zachwycicie się hasłami o wolności, równości , sprawiedliwości,
praworządności i dobrobycie - zerknijcie na mapę państw, które są,
lecz ich nie ma.
anabell
ukazywała flagi państw, których de facto nie ma na mapach. Owe prawie
nie znane mi państwa dzielą się na kilka grup: uznawane tylko przez
państwa sojusznicze, uznawane przez znaczącą liczbę państw, nieuznawa-
ne, kontrolujące swe terytorium, oraz nieuznawane, objęte działaniami
zbrojnymi. Tych ostatnich jest niestety najwięcej.
Jak wiecie, sama chęć zostania państwem nie wystarcza- ogłoszenie, że
od rzeki "A" , do gór "BWG" i niziny "N" to jest nasze państwo -nie
wystarcza. Fakt ten musi być uznany przez pozostałe kraje.
Świat juz dawno został podzielony i nie da się wygospodarować skrawka
ziemi dla siebie bez naruszenia obcych granic i interesów. Najczęściej
inne państwa się na to nie godzą lub próbują coś zyskać dla siebie.
W efekcie regiony lub ludy chcące się usamodzielnić, stają się podobne
do czarnych dziur kosmicznych- wciągaja w swoje problemy sąsiadów
bliskich, a czasem nawet bardzo odległych.
Z pewnością każdy kojarzy nazwę Południowa Osetia. Ta niewielka
kraina, wielkości dwóch powiatów, potrafiła sprowokować konflikt, który
zachwiał stosunkami pomiędzy Rosją, USA, Unią Europejską.
A Kosowo -ten konflikt spowodował, że po raz pierwszy od czasu II wojny
światowej, amerykańskie samoloty bombardowały miasta w Europie.
W konflikt na Sri Lance, pomiędzy Syngalezami i Tamilami, dążącymi
do utworzenia samodzielnego państwa- Ilamu, zostały wciągnięte Indie ,
a premier Radjiv Gandhi stracił życie.
Sudan - na południu w wojnie domowej zginęło dwa miliony ludzi, a na
zachodzie, w Darfurze - ponad 300 tysięcy. Rzesze uciekinierów trafia-
jąc do państw sąsiadujących wciągnęły w sudańskie sprawy Egipt, Libię
Czad, Francję oraz wojska Unii Afrykańskiej a w końcu i nas.
Ciągnąca się wojna w Afganistanie to tez wina istnienia "czarnej dziury"
na pograniczu z Pakistanem. Żyjące tam plemiona Pasztunów rządzą się
wg własnych reguł, a wsparcia udzielają komu chcą- ostatnio talibom,
którzy dzięki nim mają zapewnione schronienie i dostawy broni.
Nowe państwa zawsze powstają pod hasłami walki o wolność i prawa
narodu do samostanowienia o swym losie. Flaga, godło i hymn mają
to podkreślać. Ale przywódcy tych nowych tworów najczęściej nie
troszcza się o swój lud, który żyje w nędzy gdy ci wspaniali rewolucjo-
niści się bogacą.
Warazistan- czy wie ktoś gdzie to jest? To pogranicze pakistańsko-
afgańskie, gdzie niepokornym mieszkańcom publicznie ścinają głowy.
Bangsamoro, na Filipinach też lepiej omijać z daleka-tam rozstrzeliwują
lub wieszają. Ale nie wiem od czego zależy sposób uśmiercenia.
Generalnie w Afryce i Azji, ten kto ma kałasznikowa, ten rządzi.
W niby-państwach wyrosłych na gruzach ZSRR,"bojownicy o wolność"
sięgają do sprawdzonych wzorców radzieckich.
W samozwańczej republice Naddniestrza, której nikt nie uznaje ale i
nikt nie potrafi zmusić do podporządkowania się Mołdawii, na terenie
której się znajduje, od 18 lat rządzi ten sam prezydent, który zawsze,
przytłaczającą większością głosów wygrywa kolejne wybory. Cała jego
rodzina zajmuje kluczowe stanowiska w państwie.
Naddniestrze pomału przekształciło się w raj dla przemytników szmu-
glujących towary z Ukrainy do Rumunii i dalej, do Unii Europejskiej.
Zorganizowane gangi upłynniają ogromne ilości broni, pozostawione tam
przez Armię Radziecką, oferując ją każdemu, kto zapłaci, organizacjom
terrorystycznym także.
Pomimo względnej stabilizacji Nadniestrze pozostaje najbiedniejszym
regionem Europy.Średnia płaca miesięczna nie przekracza 50$.
W Afryce i Azji jest dużo gorzej, a wszystkie utworzone tam niby-
państwa są azylem dla terrorystów, schronieniem dla bandytów oraz
zagrożeniem dla świata.
I nim zachwycicie się hasłami o wolności, równości , sprawiedliwości,
praworządności i dobrobycie - zerknijcie na mapę państw, które są,
lecz ich nie ma.
anabell
czwartek, 28 maja 2009
A wszystko dla naszego dobra
Ostatnio rozgorzała w sieci i poza nią, dyskusja na temat anonimowości
w sieci. Swoje zdanie na ten temat już przekazałam w komentarzach do
kilku postów i nie będę się o tym rozpisywać. Chcę tylko dziś napisać
jak wygląda ta nasza anonimowość.
Anonimowi jesteśmy tylko dla innych bloggerów, rozpoznajemy się tylko
po nickach.
Ale nie jesteśmy anonimowi dla naszych władz. W imię walki z terroryz-
mem jesteśmy na każdym kroku inwigilowani.
Istnieje kontrola transakcji finansowych, rozmów telefonicznych i Inter-
netu, lokalizowanie telefonów komórkowych, kamery, systemy rozpoz-
nawania twarzy, nadajniki umieszczane są w kartach kredytowych,
banknotach, sprzęcie domowym a nawet w śmietnikach. Działania prze-
ciętnego obywatela średniej wielkości miasta są rejestrowane nawet
kilkaset razy dziennie. Ale śledzą nas nie tylko rządy. Dziś każdy może
stać się właścicielem sprzętu, który umożliwia wgląd w życie innych.
Miejscem , w którym można spodziewać się największej inwigilacji-
jest miejsce pracy. Przy wejściu i wyjściu, czytnik sprawdza indentyfika-
tor. E-maile są monitorowane prze programy szukające słów, które mo-
głyby wskazywać na przekazywanie na zewnątrz poufnych danych.
Często nad biurkiem znajduje się kamera. Administratorzy sieci kompu-
terowych mogą kontrolować wszystkie komputery w firmie nie ruszając
się zza biurka. Programy automatycznie tworzą statystyki najczęściej
oglądanych prze danego pracownika stron internetowych, skanują
zawartość komputerów, tworzą kopie wysyłanych i odbieranych e-maili.
Dane te w ciągu kilku sekund mogą znależć się na biurku szefa.
Rejestratory rozmów telefonicznych prowadzonych przez pracowników
ma każda większa firma, w tym wszystkie banki. Jeśli pracownik wgra
w komputer program GG lub Skype'a, system natychmiast powiadamia
o tym administratora sieci, a szef może wszystko widzieć i słyszeć.
W hurtowniach, magazynach i supermarketach obserwują nas kamery, a
coraz częściej towarzyszą im mikrofony.
Od końca lat 90. w śmieciarkach i szambowozach przedsiębiorstw komu-
nalnych kilku polskich miast montowane są odbiorniki GPS,by pracodaw-
cy mogli sprawdzać, czy ich obsługa nie robi lewizny w godzinach pracy.
Z tego samego powodu pracownicy urzędów miejskich w Lublinie mają
dostać telefony komórkowe z nadajnikami GPS.
Na świecie jest jeszcze ciekawiej, choć mało zabawniej. Najlepszym urzą-
dzeniem do śledzenia ludzi jest telefon komórkowy. Każda włączona
komórka co kilkanaście minut wysyła do najbliższej stacji bazowej (BTS)
informacje o swojej obecności w sieci. Informacja ma unikalny numer
IMEI, wskazuje kierunek z którego łączył się jej właściciel oraz przybli-
żoną odległość od stacji BTS.
Dzięki temu można zlokalizować właściciela z dokładnością do 15 m w
dużym mieście i do 0,5 km w terenie otwartym.
FBI stosuje metody podsłuchu poprzez zdalne załączanie mikrofonu
telefonu komórkowego. Technika ta nosi nazwę "roving bug" i jest
możliwa bez względu na to, czy telefon jest włączony czy nie.
Niezależnie od tego, co siedzi w naszych komputerach i komórkach,
możemy być pewni, że każda nasza rozmowa, SMS, czy e-mail zostaną
sprawdzone przez system stacji nasłuchowych, obejmujących swym
zasięgiem cała Ziemię i przechwytujący również przekazy z satelitów
komunikacyjnych.
System nazywa się ECHELON, a jego budowa rozpoczęła się 60 lat temu
na mocy porozumienia agencji wywiadowczych z USA, Wielkiej Brytanii,
Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Wspólpracują z nimi także wywiady
Niemiec, Holandii, Japonii, Norwegii, Japonii, Korei Południowej i Turcji.
We wszystkich tych krajach działają stacje nasłuchowe ECHELONU.
System chwyta wszystko: rozmowy telefoniczne, radiowe, satelitarne,
faksowe i wiadomości e-mailowe. Jego dzienna wydajnośc to 3 miliardy
przekazów. Tyle są w stanie przeanalizować pracujące obecnie w tym
systemie komputery, filtrujące wiadomości w poszukiwaniu określonych
słów, adresów, numerów telefonów czy nawet głosów.
Dziś każdy rząd, firma a nawet osoba prywatna może zakupić własny
mini-system Echelon. Siemens wypuścil na rynek system o nazwie
Platforma Wywiadowcza. System ten zbiera i analizuje dane z sieci, roz-
mów telefonicznych , transakcji bankowych oraz ubezpieczeniowych.
Siemens nie ujawnia kim byli nabywcy 90 sprzedanych do tej pory
Platform Wywiadowczych. To nie handel bronią i te transakcje nie
podlegają żadnym ograniczeniom.
W USA w 105 hipermarketach telewizory mają wmontowany system
rozpoznawania twarzy.
Czipy - żadna nowość, od 2001 roku ich cena spadła z 20 eurocentów
na 7 za sztukę i teraz czipy są umieszczane nieomal wszędzie.
Od 2005 r są umieszczane w banknotach dolarowych, a od 2007 roku
w banknotach euro o nominale powyżej 20 €. Najnowsze czytniki są w
stanie odczytać informacje zawarte w czipach z odległości 100 metrów.
W USA są już w sprzedaży specjalne portfele uniemożliwiające trans-
misję radiową ze swego wnętrza. Czipy są też umieszczane w niektó-
rych kartach kredytowych oraz paszportach niektórych krajów.
Organizacje pilnujące przestrzegania obywatelskiego prawa do prywat-
ności biją na alarm.
A w Wielkiej Brytanii czipy RFID zamontowane zostały już w 500 tysią-
cach domowych koszy na śmiecie.
Przesyłane dane mają pomóc w ustaleniu, czy obywatel stosuje się do
przepisów o recyklingu.
Ach jaki będzie śliczny ten świat za kilka lat- kosz na śmiecie doniesie
na nas do władz, że nie segregujemy śmieci, samochód doniesie policji
ile razy przekroczyliśmy prędkość a banknoty zdradzą z kim i jakie
transakcje robiliśmy. Tylko komu to przyniesie pożytek?
I nie cieszcie się, że nie wszystko to już u nas działa, to przyjdzie i
nawet nikt nas o tym nie powiadomi.
anabell
w sieci. Swoje zdanie na ten temat już przekazałam w komentarzach do
kilku postów i nie będę się o tym rozpisywać. Chcę tylko dziś napisać
jak wygląda ta nasza anonimowość.
Anonimowi jesteśmy tylko dla innych bloggerów, rozpoznajemy się tylko
po nickach.
Ale nie jesteśmy anonimowi dla naszych władz. W imię walki z terroryz-
mem jesteśmy na każdym kroku inwigilowani.
Istnieje kontrola transakcji finansowych, rozmów telefonicznych i Inter-
netu, lokalizowanie telefonów komórkowych, kamery, systemy rozpoz-
nawania twarzy, nadajniki umieszczane są w kartach kredytowych,
banknotach, sprzęcie domowym a nawet w śmietnikach. Działania prze-
ciętnego obywatela średniej wielkości miasta są rejestrowane nawet
kilkaset razy dziennie. Ale śledzą nas nie tylko rządy. Dziś każdy może
stać się właścicielem sprzętu, który umożliwia wgląd w życie innych.
Miejscem , w którym można spodziewać się największej inwigilacji-
jest miejsce pracy. Przy wejściu i wyjściu, czytnik sprawdza indentyfika-
tor. E-maile są monitorowane prze programy szukające słów, które mo-
głyby wskazywać na przekazywanie na zewnątrz poufnych danych.
Często nad biurkiem znajduje się kamera. Administratorzy sieci kompu-
terowych mogą kontrolować wszystkie komputery w firmie nie ruszając
się zza biurka. Programy automatycznie tworzą statystyki najczęściej
oglądanych prze danego pracownika stron internetowych, skanują
zawartość komputerów, tworzą kopie wysyłanych i odbieranych e-maili.
Dane te w ciągu kilku sekund mogą znależć się na biurku szefa.
Rejestratory rozmów telefonicznych prowadzonych przez pracowników
ma każda większa firma, w tym wszystkie banki. Jeśli pracownik wgra
w komputer program GG lub Skype'a, system natychmiast powiadamia
o tym administratora sieci, a szef może wszystko widzieć i słyszeć.
W hurtowniach, magazynach i supermarketach obserwują nas kamery, a
coraz częściej towarzyszą im mikrofony.
Od końca lat 90. w śmieciarkach i szambowozach przedsiębiorstw komu-
nalnych kilku polskich miast montowane są odbiorniki GPS,by pracodaw-
cy mogli sprawdzać, czy ich obsługa nie robi lewizny w godzinach pracy.
Z tego samego powodu pracownicy urzędów miejskich w Lublinie mają
dostać telefony komórkowe z nadajnikami GPS.
Na świecie jest jeszcze ciekawiej, choć mało zabawniej. Najlepszym urzą-
dzeniem do śledzenia ludzi jest telefon komórkowy. Każda włączona
komórka co kilkanaście minut wysyła do najbliższej stacji bazowej (BTS)
informacje o swojej obecności w sieci. Informacja ma unikalny numer
IMEI, wskazuje kierunek z którego łączył się jej właściciel oraz przybli-
żoną odległość od stacji BTS.
Dzięki temu można zlokalizować właściciela z dokładnością do 15 m w
dużym mieście i do 0,5 km w terenie otwartym.
FBI stosuje metody podsłuchu poprzez zdalne załączanie mikrofonu
telefonu komórkowego. Technika ta nosi nazwę "roving bug" i jest
możliwa bez względu na to, czy telefon jest włączony czy nie.
Niezależnie od tego, co siedzi w naszych komputerach i komórkach,
możemy być pewni, że każda nasza rozmowa, SMS, czy e-mail zostaną
sprawdzone przez system stacji nasłuchowych, obejmujących swym
zasięgiem cała Ziemię i przechwytujący również przekazy z satelitów
komunikacyjnych.
System nazywa się ECHELON, a jego budowa rozpoczęła się 60 lat temu
na mocy porozumienia agencji wywiadowczych z USA, Wielkiej Brytanii,
Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Wspólpracują z nimi także wywiady
Niemiec, Holandii, Japonii, Norwegii, Japonii, Korei Południowej i Turcji.
We wszystkich tych krajach działają stacje nasłuchowe ECHELONU.
System chwyta wszystko: rozmowy telefoniczne, radiowe, satelitarne,
faksowe i wiadomości e-mailowe. Jego dzienna wydajnośc to 3 miliardy
przekazów. Tyle są w stanie przeanalizować pracujące obecnie w tym
systemie komputery, filtrujące wiadomości w poszukiwaniu określonych
słów, adresów, numerów telefonów czy nawet głosów.
Dziś każdy rząd, firma a nawet osoba prywatna może zakupić własny
mini-system Echelon. Siemens wypuścil na rynek system o nazwie
Platforma Wywiadowcza. System ten zbiera i analizuje dane z sieci, roz-
mów telefonicznych , transakcji bankowych oraz ubezpieczeniowych.
Siemens nie ujawnia kim byli nabywcy 90 sprzedanych do tej pory
Platform Wywiadowczych. To nie handel bronią i te transakcje nie
podlegają żadnym ograniczeniom.
W USA w 105 hipermarketach telewizory mają wmontowany system
rozpoznawania twarzy.
Czipy - żadna nowość, od 2001 roku ich cena spadła z 20 eurocentów
na 7 za sztukę i teraz czipy są umieszczane nieomal wszędzie.
Od 2005 r są umieszczane w banknotach dolarowych, a od 2007 roku
w banknotach euro o nominale powyżej 20 €. Najnowsze czytniki są w
stanie odczytać informacje zawarte w czipach z odległości 100 metrów.
W USA są już w sprzedaży specjalne portfele uniemożliwiające trans-
misję radiową ze swego wnętrza. Czipy są też umieszczane w niektó-
rych kartach kredytowych oraz paszportach niektórych krajów.
Organizacje pilnujące przestrzegania obywatelskiego prawa do prywat-
ności biją na alarm.
A w Wielkiej Brytanii czipy RFID zamontowane zostały już w 500 tysią-
cach domowych koszy na śmiecie.
Przesyłane dane mają pomóc w ustaleniu, czy obywatel stosuje się do
przepisów o recyklingu.
Ach jaki będzie śliczny ten świat za kilka lat- kosz na śmiecie doniesie
na nas do władz, że nie segregujemy śmieci, samochód doniesie policji
ile razy przekroczyliśmy prędkość a banknoty zdradzą z kim i jakie
transakcje robiliśmy. Tylko komu to przyniesie pożytek?
I nie cieszcie się, że nie wszystko to już u nas działa, to przyjdzie i
nawet nikt nas o tym nie powiadomi.
anabell
środa, 27 maja 2009
Japoński chleb
Japonia leży na wielu wyspach, a trzy czwarte ich powierzchni zajmują
góry. Na wszystkich równinach swego kraju, Japończycy uprawiają ryż.
Z hektara jego upraw można uzyskać kilkadziesiąt razy więcej kalorii
niż z mięsa zwierząt wypasanych na analogicznej powierzchni pastwisk.
W VII wieku ery nowożytnej otrzymywano 300 kg ryżu z hektara, dziś
otrzymuje się dziesięciokrotnie więcej.
Do Japonii ryż przywędrował z Półwyspu Koreańskiego w III wieku n.e.
Do tego czasu ludność wysp japońskich zdążyła ogołocić z żywności swoje
wyspy i zaczęła wymierać z głodu.
Ryż stał sie pożywieniem, które uratowało Japończyków od zagłady i
jednocześnie stał się środkiem płatniczym: płacono nim podatki oraz
wypłacano wynagrodzenie urzędnikom. Dla Japończyków ryż stał się
"chlebem powszednim".
Obiad, podczas którego nie spożyto ryżu, w ogóle się nie liczy, jakby go
w ogóle nie było.
Jeszcze 100 lat temu ryż był w Japonii miernikiem dostatku. Uważano,
że dorosły człowiek spożywa rocznie 150 kg ryżu, toteż zwiększenie lub
zmniejszenie tej normy było wskaznikiem poziomu życia.
Obecnie z ekonomicznego punktu widzenia plantacje ryżu w Japonii są
zupełnie nieopłacalne i powinny być skasowane i zastąpione przemysłem
wysokich technologii, a ryż kupowany w Tajlandii lub Wietnamie.
Jednak ze względów prestiżowych władze Japonii wolą dotować własne
uprawy, bowiem Japończycy uważaja swój ryż za najsmacznieszy na
świecie.
Zgodnie ze wskazaniami japońskiej kuchni idealnym dodatkiem do ryżu
były ryby i owoce morza. Klimat archipelagu i liczne płycizny przybrzeż-
ne sprzyjają obfitości planktonu, stanowiącego pokarm dla ryb.
W japońskich wodach przybrzeżnych wystepują dziś 3492 gatunki ryb
i mięczaków. Nic dziwnego, że podstawą diety Japończyków jest ryż
z dodatkiem morskich produktów.
Regularne spożywanie ryżu z rybami przez wiele pokoleń sprawiło, że
japońskie społeczeństwo jest światowym liderem pod względem liczby
ludzi dożywających póznej starości w dobrej kondycji.
Niestety współcześni młodzi Japończycy coraz częściej odstępują od
tradycyjnej diety na rzecz pokarmów zawierających mięso, tłuszcze
zwierzęce i duże ilości węglowodanów. Zaczyna się pojawiać problem
otyłości oraz chorób układu krażenia.
W tym samym czasie ludzie Zachodu coraz częściej sięgają po znane
i wypróbowane przepisy kuchni japońskiej. Doceniono zalety tej
kuchni: ani grama masła, za to mnóstwo witamin i mikroelementów.
Prototypem obecnych dań sushi były kuleczki lub ruloniki formowane
z ryżu i polewane słodzonym octem. Byłe praktyczne, długi czas utrzy-
mywały świeżość i można je było zabierać do pracy w polu lub w drogę.
Pózniej zaczęto je nadziewać marynowanymi przez 3 miesiące rybami.
Ryby marynowano w wielkich beczkach co najmniej 3 miesiące, potem
umieszczane je pod prasą. Miały specyficzną woń i smak i z pewnością
nie zrobiłyby kariery w świecie kulinarnym. A potem marynowaną
rybę zastąpiła świeża, surowa ryba, a sushi zrobiło światową karierę.
W dzisiejszej Japonii sushi rzadko przygotowuje się w domu. To danie
restauracyjne. Do sushi polecane jest ciepłe wino ryżowe- sake.
A dla wszystkich dbających o linię specjaliści polecają ryż naturalny,
brązowy, który zawiera mikroelementy i błonnik.
Ryż to symbol japońskiego państwa i dusza narodu.
Obecny cesarz Akihito każdej wiosny osobiście sadzi ryż na swoim
cesarskim poletku.
Mieszkańcy wysp japońskich są głęboko przekonani, że jeśli urodzaj
ryżu będzie dobry, to wszystko inne też znakomicie się ułoży.
anabell
góry. Na wszystkich równinach swego kraju, Japończycy uprawiają ryż.
Z hektara jego upraw można uzyskać kilkadziesiąt razy więcej kalorii
niż z mięsa zwierząt wypasanych na analogicznej powierzchni pastwisk.
W VII wieku ery nowożytnej otrzymywano 300 kg ryżu z hektara, dziś
otrzymuje się dziesięciokrotnie więcej.
Do Japonii ryż przywędrował z Półwyspu Koreańskiego w III wieku n.e.
Do tego czasu ludność wysp japońskich zdążyła ogołocić z żywności swoje
wyspy i zaczęła wymierać z głodu.
Ryż stał sie pożywieniem, które uratowało Japończyków od zagłady i
jednocześnie stał się środkiem płatniczym: płacono nim podatki oraz
wypłacano wynagrodzenie urzędnikom. Dla Japończyków ryż stał się
"chlebem powszednim".
Obiad, podczas którego nie spożyto ryżu, w ogóle się nie liczy, jakby go
w ogóle nie było.
Jeszcze 100 lat temu ryż był w Japonii miernikiem dostatku. Uważano,
że dorosły człowiek spożywa rocznie 150 kg ryżu, toteż zwiększenie lub
zmniejszenie tej normy było wskaznikiem poziomu życia.
Obecnie z ekonomicznego punktu widzenia plantacje ryżu w Japonii są
zupełnie nieopłacalne i powinny być skasowane i zastąpione przemysłem
wysokich technologii, a ryż kupowany w Tajlandii lub Wietnamie.
Jednak ze względów prestiżowych władze Japonii wolą dotować własne
uprawy, bowiem Japończycy uważaja swój ryż za najsmacznieszy na
świecie.
Zgodnie ze wskazaniami japońskiej kuchni idealnym dodatkiem do ryżu
były ryby i owoce morza. Klimat archipelagu i liczne płycizny przybrzeż-
ne sprzyjają obfitości planktonu, stanowiącego pokarm dla ryb.
W japońskich wodach przybrzeżnych wystepują dziś 3492 gatunki ryb
i mięczaków. Nic dziwnego, że podstawą diety Japończyków jest ryż
z dodatkiem morskich produktów.
Regularne spożywanie ryżu z rybami przez wiele pokoleń sprawiło, że
japońskie społeczeństwo jest światowym liderem pod względem liczby
ludzi dożywających póznej starości w dobrej kondycji.
Niestety współcześni młodzi Japończycy coraz częściej odstępują od
tradycyjnej diety na rzecz pokarmów zawierających mięso, tłuszcze
zwierzęce i duże ilości węglowodanów. Zaczyna się pojawiać problem
otyłości oraz chorób układu krażenia.
W tym samym czasie ludzie Zachodu coraz częściej sięgają po znane
i wypróbowane przepisy kuchni japońskiej. Doceniono zalety tej
kuchni: ani grama masła, za to mnóstwo witamin i mikroelementów.
Prototypem obecnych dań sushi były kuleczki lub ruloniki formowane
z ryżu i polewane słodzonym octem. Byłe praktyczne, długi czas utrzy-
mywały świeżość i można je było zabierać do pracy w polu lub w drogę.
Pózniej zaczęto je nadziewać marynowanymi przez 3 miesiące rybami.
Ryby marynowano w wielkich beczkach co najmniej 3 miesiące, potem
umieszczane je pod prasą. Miały specyficzną woń i smak i z pewnością
nie zrobiłyby kariery w świecie kulinarnym. A potem marynowaną
rybę zastąpiła świeża, surowa ryba, a sushi zrobiło światową karierę.
W dzisiejszej Japonii sushi rzadko przygotowuje się w domu. To danie
restauracyjne. Do sushi polecane jest ciepłe wino ryżowe- sake.
A dla wszystkich dbających o linię specjaliści polecają ryż naturalny,
brązowy, który zawiera mikroelementy i błonnik.
Ryż to symbol japońskiego państwa i dusza narodu.
Obecny cesarz Akihito każdej wiosny osobiście sadzi ryż na swoim
cesarskim poletku.
Mieszkańcy wysp japońskich są głęboko przekonani, że jeśli urodzaj
ryżu będzie dobry, to wszystko inne też znakomicie się ułoży.
anabell
niedziela, 24 maja 2009
Z tego nikt się nie wyleczy
Autyzm - choroba nie zakazna, nie powoduje masowych epidemii, nikt
z jej powodu nie umiera, ale jest chorobą nieuleczalną.
Pierwszym lekarzem, który zdefiniował tę chorobę był szwajcarski le-
karz psychiatra, działający na początku XX wieku, Eugen Bleuler. To jemu
nauka zawdziędza nie tylko sam termin, ale i wiedzę na temat symptomów
choroby i jej przebiegu.
Bleuler traktował autyzm jako objaw "niektórych chorób psychicznych".
W latach 40. XX wieku badania nad autyzmem, niezależnie od siebie
prowadziło dwóch lekarzy-amerykański psychiatra Leo Kanner i austriacki
lekarz Hans Asperger. Nic dziwnego, że nie wymieniali się między sobą
badaniami , bo w Europie szalała II wojna światowa.
Dzieci badane przez Leo Kannera miały część objawów dość typowych dla
schizofrenii, takich jak : niechęć do kontaktu ze światem zewnętrznym
brak emocji, brak zainteresowania ludzmi z otoczenia oraz objawy niety-
powe - dzieci miały trudności z nauczeniem się mowy. W wieku 2,5 - 3 lat
dzieci te nie tylko nie wypowiadały słów złożonych z więcej niż jednej sy-
laby, nie reagowały również na to, co mówili do nich dorośli, choć za równo
aparat mowy jak i słuch miały w pełni sprawny. Ale w schizofrenii nie wys-
tępuje nie możność nauczenia się mowy, ani choroba ta nie występuje u
dzieci poniżej 3 roku życia.Kanner nazwał te objawy "syndrom wczesnego
dziecięcego autyzmu".
Mali pacjenci lekarza austriackiego, Hansa Aspergera byli na pierwszy rzut
oka podobni do pacjentów Kannera-byli obojętni, odcięci od świata, niechęt-
ni do komunikacji z otoczeniem, pozbawieni reakcji emocjonalnych, natręt-
nie powtarzający jedną czynność. Ale podopieczni Aspergera nie mieli
problemów z nauczeniem się mowy, ich rozwój intelektualny w pełni odpo-
wiadał ich wiekowi, wiele dzieci wykazywało niezwykłe uzdolnienia w ma-
tematyce, grze w szachy, konstruowaniu mechanizmów. Z wiekiem ich
zachowanie ulegało czasami złagodzeniu, mogli nawet nawiązać względnie
dobre relacje z otoczeniem. Asperger objawy te nazwał "autystyczną
psychopatią", dziś objawy te nazywamy zespołem Aspergera.
Pod koniec lat 90. naukowcy z uniwersytetu w San Diego zwrócili uwagę,
że za te funkcje, których zaburzenia odnotowuje się u osób z autyzmem,
odpowiedzialne są neurony lustrzane, a więc uszkodzenie tej sieci
neuronów jest odpowiedzialne za autyzm. Zaczęto poszukiwać czynników
powodujących uszkodzenia sieci neuronów. W wyniku tych badań lista
genów odpowiedzialnych za tę chorobę ciągle się wydłuża. Jednocześnie
zakłada się, że jedną z przyczyn choroby może być zanieczyszczenie
środowiska, ponieważ ilość dzieci autystycznych wzrasta w krajach
wysoko uprzemysłowionych.
Na szczęście zespół Kennera występuje dość rzadko - od 2 do 4 przypad-
ków na dziesięć tysięcy dzieci, a trzy czwarte chorych na ten syndrom
to chłopcy.
Niestety dzieci z zespołem Kannera na zawsze pozostaną poza nurtem
życia ponieważ nie są w stanie rozwinąć się intelektualnie. Do końca
życia będą wymagały stałej opieki, bo mimo dorosłego wieku nie są
w stanie prowadzić samodzielnego życia, a często nie są zdolni do samo-
obsługi w elementarnym zakresie.
Dostałam list od rodziny z Kanady, że moja mała, ośmioletnia kuzyneczka
chorująca na autyzm, robi wyrazne postępy. Umie się już przywitać
grzecznie ze wszystkimi członkami rodziny, pozwala się nawet przytulić,
ostatnio powiedziała dziadkowi, że go kocha i zrobiła dla niego laurkę.
Mała jest cały czas pod opieką psychoterapeuty, właściwie od rana do
wieczora. Oczywiście jest to opieka odpłatna, nie objęta żadnym ubezpie-
czeniem. Czy mała Klaudyna zrobi większe postępy -trudno przewidzieć.
Ale my cieszymy się i z tego co już jest.
anabell
piątek, 22 maja 2009
" a kiedy powiem sobie dość...."
Poprzednio pisałam o niektórych tajemnicach naszego mózgu, dziś temat
niejako pokrewny - co sprawia, że nagle, decydujemy się porzucić nasze
dotychczasowe życie i wybieramy zupełną samotność.
Pustelnicy wcale nie odeszli wraz z średniowieczem. Nawet dziś, w XXI
wieku ludzie nadal wybierają życie w samotności i izolacji, zwracając na
siebie uwagę świata.
Na całym świecie żyją, porozrzucani po różnych zakątkach świata, ludzie,
którym do życia wystarcza tylko kawałek chleba i bliskość Boga. Dlaczego
porzucają zdobycze cywilizacji i towarzystwo innych ludzi? Czy dzieje się
tak z różnych powodów, czy może jest jeden powód, wspólny dla wszyst-
kich?
Niewątpliwie życie w społeczeństwie powoduje wiele napięć. Zmusza nas
do ciągłego kompromisu, rezygnacji z jakiejś części siebie, z życia spokoj-
nego, nieuwikłanego w gry i niezdominowanego przez rywalizację. I nic
właściwie dziwnego, że coraz większym poklaskiem cieszy się idea
prostego życia.
Dlatego niektórzy rezygnują z karier w wielkich korporacjach i wybierają
pracę np. na stacjach benzynowych. Wielu Polaków porzuca miejskie
życie i przenosi się w Bieszczady.
Ale aby nabrać dystansu do cywilizacji, nie trzeba podejmowac aż tak
drastycznych kroków. Firma Spiritour oferuje "wakacje eremity" na
marokańskich wydmach, a Ictus Voyages proponuje samotny pobyt na
pustyni Synaj.
W Polsce coraz więcej ludzi, w ramach wypoczynku, jezdzi do zakonu
benedyktynów na rekolekcje lub medytacje w odosobnieniu.
Bo "samotność to droga, która daje możliwość syntezy swojej przeszłości
i różnych doświadczeń" - tak tłumaczy te zachowania socjolog Isacco
Turina z uniwersytetu w Bolonii.
W Japonii żyje dziś około kilkuset tysięcy pustelników. Za pustelnie służą
im ich własne pokoje, w których zamykają się na okres od 2 - 7 l at. Są
to najczęściej nastolatkowie lub młodzi mężczyzni, gdyż to nad nimi
ciąży najwięcej społecznych presji. Czując swą niemoc by wypełnić wy-
magania społeczne i jednocześnie uniknąć z tego powodu porażki oraz
wstydu - stają się hikkimori , czyli "odchodzący do pustelni". W Japonii
coraz częściej słychać głosy, że ze zjawiskiem tym należy walczyć.
Łączność ze światem owi japońscy pustelnicy utrzymują za pomocą
internetu i telewizji.
Niemiecki rzezbiarz Manfred Gnadinger w 1962 roku przybył do małej
wioski Camelle w hiszpańskiej Galicji. Po kilku latach przyjął imię Man
i wybudował sobie chatkę na plaży-bez prądu, bez ciepłej wody, a jadł
tylko to, co wyhodował we własnym ogródku. Tworzył rzezby z kamienia,
drewna, kości i wszystkiego, co wyrzuciło morze. Wokół domu stworzył
Muzeum Niemca, z którego czerpał swój jedyny dochód- wstęp 1 €.
W 2002 roku, 17 listopada ropa wyciekająca z uszkodzonego tankowca
Prestige zniszczyła wybrzeże i cały dobytek Mana. Miesiąc pózniej
znaleziono go martwego.Mieszkańcy Camelli mówili, że umarł ze smutku.
W Beszowej koło Pacanowa, od 1997 roku, żyje w pustelni, bez jakich-
kolwiek wygód, brat Paweł, były zakonnik.
Amerykanin Christopher McCandless zamieszkał w opuszczonym samo-
chodzie na Alasce. Niestety zmarł w wieku 24 lat. Powstała o nim książka
oraz film.
Hugh Sawyer, pracujący na co dzień w domu aukcyjnym Sitheby's, w roku
2005 postanowił zamieszkać w lesie niedaleko Oxfordu, a swój dobytek
zredukować do pojemności plecaka. Na swoim blogu napisał: "Chcę, żeby
ludzie zastanowili się nad tym, jak dużo mają rzeczy niepotrzebnych.
Chcę udowodnić, że można przeżyć bez wielu z nich. To bardzo wyzwala-
jące doświadczenie. Nosząc przy sobie wszystko co mam, zrozumiałem,
że mam bardzo dużo".
Wszystkim zainteresowanym tematem polecam dwie książki:
1."Współcześni pustelnicy" -Maria Anna Leenen, wyd. Salwator 2009
2."Wszystko za życie" - Jon Krakauer, wyd.Proszyński i S-ka.
Dotychczas wydawało mi się ,że coś ze mną "nie tak" bo lubię przebywać
sama dumając nad tym co mnie dotąd spotkało, czego jeszcze oczekuję.
Nie lubię znajdować się w tłumie, nie podobają mi się stosunki panujące
obecnie w miejscach pracy, ten wyścig szczurów.
Po przeczytaniu "Współczesnych pustelników" utwierdziłam się w mnie-
maniu, że mam niezle działający system autoochrony przed atakującą
mnie współczesnością.
anabell
niejako pokrewny - co sprawia, że nagle, decydujemy się porzucić nasze
dotychczasowe życie i wybieramy zupełną samotność.
Pustelnicy wcale nie odeszli wraz z średniowieczem. Nawet dziś, w XXI
wieku ludzie nadal wybierają życie w samotności i izolacji, zwracając na
siebie uwagę świata.
Na całym świecie żyją, porozrzucani po różnych zakątkach świata, ludzie,
którym do życia wystarcza tylko kawałek chleba i bliskość Boga. Dlaczego
porzucają zdobycze cywilizacji i towarzystwo innych ludzi? Czy dzieje się
tak z różnych powodów, czy może jest jeden powód, wspólny dla wszyst-
kich?
Niewątpliwie życie w społeczeństwie powoduje wiele napięć. Zmusza nas
do ciągłego kompromisu, rezygnacji z jakiejś części siebie, z życia spokoj-
nego, nieuwikłanego w gry i niezdominowanego przez rywalizację. I nic
właściwie dziwnego, że coraz większym poklaskiem cieszy się idea
prostego życia.
Dlatego niektórzy rezygnują z karier w wielkich korporacjach i wybierają
pracę np. na stacjach benzynowych. Wielu Polaków porzuca miejskie
życie i przenosi się w Bieszczady.
Ale aby nabrać dystansu do cywilizacji, nie trzeba podejmowac aż tak
drastycznych kroków. Firma Spiritour oferuje "wakacje eremity" na
marokańskich wydmach, a Ictus Voyages proponuje samotny pobyt na
pustyni Synaj.
W Polsce coraz więcej ludzi, w ramach wypoczynku, jezdzi do zakonu
benedyktynów na rekolekcje lub medytacje w odosobnieniu.
Bo "samotność to droga, która daje możliwość syntezy swojej przeszłości
i różnych doświadczeń" - tak tłumaczy te zachowania socjolog Isacco
Turina z uniwersytetu w Bolonii.
W Japonii żyje dziś około kilkuset tysięcy pustelników. Za pustelnie służą
im ich własne pokoje, w których zamykają się na okres od 2 - 7 l at. Są
to najczęściej nastolatkowie lub młodzi mężczyzni, gdyż to nad nimi
ciąży najwięcej społecznych presji. Czując swą niemoc by wypełnić wy-
magania społeczne i jednocześnie uniknąć z tego powodu porażki oraz
wstydu - stają się hikkimori , czyli "odchodzący do pustelni". W Japonii
coraz częściej słychać głosy, że ze zjawiskiem tym należy walczyć.
Łączność ze światem owi japońscy pustelnicy utrzymują za pomocą
internetu i telewizji.
Niemiecki rzezbiarz Manfred Gnadinger w 1962 roku przybył do małej
wioski Camelle w hiszpańskiej Galicji. Po kilku latach przyjął imię Man
i wybudował sobie chatkę na plaży-bez prądu, bez ciepłej wody, a jadł
tylko to, co wyhodował we własnym ogródku. Tworzył rzezby z kamienia,
drewna, kości i wszystkiego, co wyrzuciło morze. Wokół domu stworzył
Muzeum Niemca, z którego czerpał swój jedyny dochód- wstęp 1 €.
W 2002 roku, 17 listopada ropa wyciekająca z uszkodzonego tankowca
Prestige zniszczyła wybrzeże i cały dobytek Mana. Miesiąc pózniej
znaleziono go martwego.Mieszkańcy Camelli mówili, że umarł ze smutku.
W Beszowej koło Pacanowa, od 1997 roku, żyje w pustelni, bez jakich-
kolwiek wygód, brat Paweł, były zakonnik.
Amerykanin Christopher McCandless zamieszkał w opuszczonym samo-
chodzie na Alasce. Niestety zmarł w wieku 24 lat. Powstała o nim książka
oraz film.
Hugh Sawyer, pracujący na co dzień w domu aukcyjnym Sitheby's, w roku
2005 postanowił zamieszkać w lesie niedaleko Oxfordu, a swój dobytek
zredukować do pojemności plecaka. Na swoim blogu napisał: "Chcę, żeby
ludzie zastanowili się nad tym, jak dużo mają rzeczy niepotrzebnych.
Chcę udowodnić, że można przeżyć bez wielu z nich. To bardzo wyzwala-
jące doświadczenie. Nosząc przy sobie wszystko co mam, zrozumiałem,
że mam bardzo dużo".
Wszystkim zainteresowanym tematem polecam dwie książki:
1."Współcześni pustelnicy" -Maria Anna Leenen, wyd. Salwator 2009
2."Wszystko za życie" - Jon Krakauer, wyd.Proszyński i S-ka.
Dotychczas wydawało mi się ,że coś ze mną "nie tak" bo lubię przebywać
sama dumając nad tym co mnie dotąd spotkało, czego jeszcze oczekuję.
Nie lubię znajdować się w tłumie, nie podobają mi się stosunki panujące
obecnie w miejscach pracy, ten wyścig szczurów.
Po przeczytaniu "Współczesnych pustelników" utwierdziłam się w mnie-
maniu, że mam niezle działający system autoochrony przed atakującą
mnie współczesnością.
anabell
Subskrybuj:
Posty (Atom)