Wyjazdy zagraniczne.
Czy pamiętacie, że kiedyś nikt nie miał paszportu w domu? Zresztą po co?
Na szczęście poruszanie się po Polsce odbywało się bez paszportów i zezwoleń.
Ale gdy byłam małą dziewczynką i jechałam z babcią do Gdyni i na Półwysep
Helski, fakt ten wymagał odnotowania w Radzie Narodowej (Urząd Miejski) i
na tę okoliczność wystawiano nam przepustki.
Obowiązywały u nas dwa rodzaje paszportów - służbowe i prywatne.
O paszport służbowy występowała firma delegująca pracownika za granicę.
Niezależnie od tego jaki to miał być paszport, każdy delikwent wypełniał dość
skomplikowany wniosek. Formularz zawierał mnóstwo pytań - pisało się w nim
wszystko o sobie i swej rodzinie jak również o rodzinie współmałżonka.
Paszporty służbowe najczęściej miały klauzulę wielokrotnego przekraczania granicy
PRL - i albo były ważne na cały świat lub np. tylko na Kraje Demokracji Ludowej,
a czasem tylko na Europę. Przez kilka lat miałam niefart i pracowałam "przy
paszportach". Byłam naprawdę bardzo dokładnie prześwietloną osobą, o czym się
dowiedziałam gdy mój mąż wyjeżdżał służbowo.
Mało nie dostałam zawału gdy moja opiekunka w Biurze Paszportów zatelefonowała
do mnie do pracy i poinformowała mnie, że mój mąż dostał paszport, bo przecież oni
wszystko o nas wiedzą i...jesteśmy czyści.
Gdy ostatnio wymieniałam paszport pani "za ladą" dobrze wiedziała, że byłam z branży.
Delegacje służbowe.
Pod względem finansowym opłacalne były jedynie te do KDL-ów. Diety były wysokie,
nie było problemów z utrzymaniem się na miejscu.
Natomiast wyjazdy do Europy zachodniej a zwłaszcza do Wielkiej Brytanii były totalną
finansową klęską. Nasze diety nijak nie pasowały do realiów - każdy z delegowanych
zaopatrywał się na wyjazd w suchą kiełbasę i niewielkie gabarytowo konserwy mięsne
typu pasztet lub mielonka.
Wyjazdy prywatne.
Bardzo długo przeważały wyjazdy zorganizowane - wycieczki i wczasy z Biurem Podróży.
I wiecie co, co by kto nie mówił o okresie rządów Gierka - to był bardzo fajny okres.
Przynajmniej wtedy naprawdę była "odwilż w socjalistycznym lodowisku".
Bo Gierek, chociaż był ideowcem, to jednak miał inne spojrzenie przez to , że wiele lat
był na Zachodzie.
I bez trudu wybaczyłam mu, że w 76 r., będąc w zaawansowanej ciąży sterczałam w Super
Samie w kolejce po mięso, tratowana przez krzepkie rodaczki.
Jakby nie było do dziś mieszkamy na osiedlu mieszkaniowym, które było jego wizytówką:))
W czasach gierkowskich, gdy wreszcie odebraliśmy klucze do własnego M3, a tym samym
odzyskaliśmy moją pensję, zachciało nam się "podróżować". Był początek lat 70', świat
jawił nam się na różowo.
Były to niezbyt wyszukane podróże - Bułgaria, Niemcy, Czechosłowacja, Węgry, Turcja.
Śmieliśmy się, że jezdzimy polskimi szlakami wycieczkowymi - część w formie podróży zorganizowanej, część prywatnie.
Ze wszystkich okresów PRL-u najbardziej dał mi się we znaki okres solidarnościowy -
bez przerwy lęk by kolejne strajki nie przeistoczyły się w wojnę domową i by Wielki Brat
nie wpadł na pomysł udzielania nam bratniej pomocy.
W Warszawie różne strajki bywały przynajmniej raz w tygodniu. Przy nich puste półki
były nic nie znaczącym małym Mikusiem.
Za każdym razem, gdy mąż wyjeżdżał służbowo do Moskwy ( a jezdził b. często) drżałam
ze strachu, że może coś się tu wydarzyć i będziemy rozdzieleni, być może na długo.
Bo wszystkie znaki na ziemi i niebie zapowiadały możliwość inwazji- nawet cywile w
Moskwie mówili o tym otwartym tekstem.
A w pobliżu granicy z Polską stały jednak wojska i nie były to wojska amerykańskie.
Że już pominę fakt, że w Polsce było pełno rosyjskiego wojska, a bracia Czesi przebierali
nogami drżąc z chęci rewanżu za naszą, udzieloną im kiedyś bratnią pomoc.
Wiem, nie było lekko w czasie transformacji, zwłaszcza nie było łatwo przestawić się na
inne , nieroszczeniowe myślenie. I trudno było zrozumieć, że wszystko jednak kosztuje,
chociaż w czasach PRL było darmowe.
Nie miałam trudności z przestawieniem się na inne myślenie, bo tak naprawdę niemal
zupełnie nie korzystałam z dobrodziejstw socjalistycznej darmochy.
Koniec
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 21 stycznia 2015
wtorek, 20 stycznia 2015
PRL i ja, cz.III
W pewnym momencie życia nadchodził czas matury i decyzji co dalej.
Studia były bezpłatne, ale w ramach nowego systemu społecznego ważne było
pochodzenie społeczne przyszłego studenta. Same wiadomości i nawet bardzo dobrze
zdany egzamin nie gwarantowały, że młody człowiek dostanie się na studia.
I, nie ma co ukrywać, nie każdy mógł w nieskończoność żyć na koszt rodziców.
Wiele młodych osób zaraz po maturze szło do pracy.
I tu zapewne wiele osób się zdziwi - matura była zupełnie nie opłacalnym wysiłkiem,
jeśli podejmowało się pracę.
Nie miałeś matury - zostawałeś pracownikiem fizycznym niewykwalifikowanym a
wynagrodzenie dostawałeś wyższe niż ten, kto był zaraz po maturze i dostawał
status pracownika umysłowego.
Oczywiście jest to moment na obalenie mitu, że państwo każdemu zapewniało pracę -
państwo po prostu wymagało od każdego (kto nie studiował i nie uczył się) by był
zatrudniony aż do chwili ukończenia 45 roku życia. Przepis ten przetrwał aż do czasów
transformacji.
Nakaz ten nie dotyczył kobiet, które były zamężne i na utrzymaniu męża.
Każdy obywatel musiał mieć w Dowodzie Osobistym stempel instytucji, w której był
zatrudniony. Przerwa w pracy nie mogła być dłuższa niż trzy miesiące.
Każdy milicjant miał oczywiście prawo zażądać okazania Dowodu Osobistego,
obejrzeć go na wszystkie strony , dowiedzieć się na jakim to etacie obywatel jest
zatrudniony lub dowiedzieć się dlaczego aktualnie nie pracuje i pouczyć , że praca
jest obowiązkiem każdego obywatela.
Był to okres, gdy królowały naprawdę wielkie zakłady pracy, zatrudniające wiele
tysięcy osób. Nie był to czas automatyzacji i robotyzacji procesów produkcji, tak
naprawdę żaden zakład produkcyjny nie musiał przynosić zysków, nie był na własnym
rozrachunku.
Jeśli dyrektor zakładu był "po linii i na bazie" to nawet zawalenie planu nie było
końcem świata. Dobrze ustawiony dyrektor mógł dostać wykop w górę - np. za karę
zostać dyrektorem gabinetu ministra. I wierzcie mi - była to naprawdę paskudna kara,
bo wymagała całodobowej dyspozycyjności delikwenta.
Ekonomika przemysłu istniała tylko w teorii, przerosty zatrudnienia były wszędzie.
Warszawa miała sporo zakładów przemysłowych , w których były zatrudnione tysiące
ludzi.
Jeśli idzie o wynagrodzenie, to wszędzie obowiązywała mocno ujednolicona siatka płac,
uzależniona bardziej od stażu pracy niż od jej jakości. Podwyżki były rzadko i tylko
o jedną grupę.
Warszawa przez wiele lat była miastem zamkniętym -zatrudnienie w Warszawie mógł dostać
tylko ktoś, kto był wybitnym specjalistą w danej dziedzinie a do tego był tu potrzebny.
A zameldowanie na pobyt stały mógł dostać tylko ten, kto miał zapewnioną tu pracę
lub miał tu zameldowanego współmałżonka.
Trochę przypominało to kwadraturę koła.
Wiele osób całymi latami przebywało w mieście na podstawie meldunku czasowego,
który trzeba było systematycznie odnawiać.
Teoretycznie pracę dostawało się po złożeniu dokumentów w Biurze Pośrednictwa Pracy.
A tak naprawdę pracę dostawało się po znajomości. Szukając pracy informowało się
o tym fakcie wszystkich znajomych.
Ci wpierw robili wywiad u własnego szefa, a jeśli ten był zainteresowany przyjęciem
nowego pracownika, zapraszał kandydata na nieoficjalną rozmowę.
Gdy wszystko pomiędzy szefem a kandydatem było dogadane, szef załatwiał sprawę
z kierownikiem działu kadr. Dalej było prosto - jeśli kierownik kadr miał bardzo dobre
układy z "pośredniakiem", to kandydat do pracy składał wszystkie dokumenty tylko
w kadrach, a kadrowiec sam składał wszystkie dokumenty w BPP. Osobiście tylko raz
byłam w "pośredniaku" ale i to w towarzystwie swej przyszłej kadrowej.
Każdy szukający pracy brał pod uwagę nie tylko wysokość zarobków zagwarantowaną
umową o pracę - ważne były i inne "parametry" - czy dana instytucja miała własny lub
resortowy ośrodek wczasowy, czy miała własne zakładowe budynki mieszkalne lub
przynajmniej podpisaną umowę na mieszkania spółdzielcze, czy zakład pracy dawał
ręczniki, mydło, służbową odzież ochronną itp. oraz czy premia była ograniczona jakimś
procentem, czy też była to premia uznaniowa, której wysokością można było podreperować
wysokość swej pensji, czasami aż o 50%.
W myśl obowiązujących przepisów wszystkie instytucje musiały dbać o to, by pracownicy
podnosili swe kwalifikacje - dotyczyło to zarówno pracowników fizycznych jak i
umysłowych. Każde ze stanowisk miało określony poziom wykształcenia i osoba na danym
stanowisku musiała albo uzupełnić wykształcenie albo przejść na inne, niższe stanowisko.
Zakład pracy dawał pracownikowi skierowanie na studia, oczywiście na kierunek zgodny
z jego stanowiskiem pracy.
Tym samym gwarantował mu, że przez cały czas studiów pracownik będzie dostawał urlop
szkolny oraz będzie zwalniany nieco wcześniej z pracy w dni, w które miał wykłady.
Wczasy pracownicze.
W tych czasach działała instytucja o nazwie Fundusz Wczasów Pracowniczych. Po całej
Polsce były rozsiane domy wczasowe FWP. Każdy pracownik miał prawo do skorzystania
z tej formy wczasów, z tym, że nie każdy mógł dostać wczasy ulgowe. Prawdę mówiąc
nawet pełnopłatne wczasy FWP nie należały do drogich, ale ja z nich nie korzystałam
ani razu.
Ulgowe nam nie przysługiwały z uwagi na nasze zarobki, a standard domów FWP nie
powalał, więc zawsze jezdziliśmy prywatnie.
Omijały mnie tym samym wieczorki zapoznawcze i pożegnalne, zbiorowe wycieczki
oraz inne zbiorowe atrakcje jak pieczenie kiełbasy zwyczajnej nad ogniskiem.
Stosunki w pracy.
Najlepszą formą egzystowania w pracy to było utrzymywać mit, że jest się zapracowanym
po uszy i tym samym trzymać się nieco z dala od innych. Po prostu w każdym biurze i
zakładzie było zawsze kilka osób, które miały nieco specjalne zadania- byli to "wysunięci
robotnicy". Nie wiem skąd taka nazwa. Może dlatego, że zawsze byli pierwsi na wszystkich
akcjach społecznych?
Większość zakładów pracy miała tzw. Zakładowe Kasy Zapomogowo- Pożyczkowe.
Mam wrażenie, że do dziś przetrwały tylko w Spółkach Węglowych.
W czasach, gdy nie istniały kredyty komercyjne, była to genialna sprawa. Brało się w razie
potrzeby "chwilówki" ( nawet do wysokości jednej pensji) i można je było spłacać ratami,
oczywiście nieoprocentowanymi. Można było również wystąpić z wnioskiem o pożyczkę
mieszkaniową i też ją spłacać nieopodatkowanymi ratami przez kilka lat.
Oczywiście członkiem Kasy Zapomogowo -Pożyczkowej mógł być tylko członek Związku
Zawodowego, opłacający regularnie składki. Jeśli się miało dobre układy to spłatę pożyczki
mogli pracownikowi odroczyć nawet na pięć lat od chwili wzięcia pożyczki.
To akurat znam z autopsji. Wzięliśmy pożyczkę na wkład własny wymagany przez
Spółdzielnię Mieszkaniową i zaczęliśmy ją spłacać dopiero po kilku latach w jakichś
niebywale niskich ratach. Jednym słowem- zrobiliśmy dobry biznes.
Sytuacja mieszkaniowa.
Permanentnie była niewesoła. Powstały liczne spółdzielnie mieszkaniowe, domy rosły
niczym grzyby po deszczu, a mieszkań wciąż było brak.
Przyczyny były dwie - jedna to niskie normy metrażowe, druga- budowano w miejscach,
z których wysiedlano dotychczasowych mieszkańców.
Małżeństwu z jednym dzieckiem przysługiwało M3, czyli 2 pokoje z kuchnią , młodym
jeszcze bez dzieciaka też. A potem ludzie się mnożyli i dwa pokoje to było mało i każdy
chciał większego metrażu. I mieszkań wciąż brakowało.
A ci ludzie wysiedleni z terenów zabranych pod budowę nowych osiedli,mieli oczywiście pierwszeństwo w otrzymywaniu nowo wybudowanych mieszkań. Świetnym przykładem
było pobudowanie osiedla na terenie, na którym było ze 20 domków jednorodzinnych.
Nikt tylko nie wpadł na to, że w każdym domku mieszkały po dwie lub trzy rodziny, więc
nowych mieszkań trzeba było dać nie 20 ale ponad setkę, bo każda rodzina musiała mieć
własne mieszkanie.
Mając zgromadzony w spółdzielni cały wymagany wkład własny czekaliśmy na
mieszkanie "tylko" 9 lat. Przez te lata cała moja pensja szła na wynajmowanie pokoju -
były to ewidentnie zmarnowane pieniądze.
c.d.n.
Studia były bezpłatne, ale w ramach nowego systemu społecznego ważne było
pochodzenie społeczne przyszłego studenta. Same wiadomości i nawet bardzo dobrze
zdany egzamin nie gwarantowały, że młody człowiek dostanie się na studia.
I, nie ma co ukrywać, nie każdy mógł w nieskończoność żyć na koszt rodziców.
Wiele młodych osób zaraz po maturze szło do pracy.
I tu zapewne wiele osób się zdziwi - matura była zupełnie nie opłacalnym wysiłkiem,
jeśli podejmowało się pracę.
Nie miałeś matury - zostawałeś pracownikiem fizycznym niewykwalifikowanym a
wynagrodzenie dostawałeś wyższe niż ten, kto był zaraz po maturze i dostawał
status pracownika umysłowego.
Oczywiście jest to moment na obalenie mitu, że państwo każdemu zapewniało pracę -
państwo po prostu wymagało od każdego (kto nie studiował i nie uczył się) by był
zatrudniony aż do chwili ukończenia 45 roku życia. Przepis ten przetrwał aż do czasów
transformacji.
Nakaz ten nie dotyczył kobiet, które były zamężne i na utrzymaniu męża.
Każdy obywatel musiał mieć w Dowodzie Osobistym stempel instytucji, w której był
zatrudniony. Przerwa w pracy nie mogła być dłuższa niż trzy miesiące.
Każdy milicjant miał oczywiście prawo zażądać okazania Dowodu Osobistego,
obejrzeć go na wszystkie strony , dowiedzieć się na jakim to etacie obywatel jest
zatrudniony lub dowiedzieć się dlaczego aktualnie nie pracuje i pouczyć , że praca
jest obowiązkiem każdego obywatela.
Był to okres, gdy królowały naprawdę wielkie zakłady pracy, zatrudniające wiele
tysięcy osób. Nie był to czas automatyzacji i robotyzacji procesów produkcji, tak
naprawdę żaden zakład produkcyjny nie musiał przynosić zysków, nie był na własnym
rozrachunku.
Jeśli dyrektor zakładu był "po linii i na bazie" to nawet zawalenie planu nie było
końcem świata. Dobrze ustawiony dyrektor mógł dostać wykop w górę - np. za karę
zostać dyrektorem gabinetu ministra. I wierzcie mi - była to naprawdę paskudna kara,
bo wymagała całodobowej dyspozycyjności delikwenta.
Ekonomika przemysłu istniała tylko w teorii, przerosty zatrudnienia były wszędzie.
Warszawa miała sporo zakładów przemysłowych , w których były zatrudnione tysiące
ludzi.
Jeśli idzie o wynagrodzenie, to wszędzie obowiązywała mocno ujednolicona siatka płac,
uzależniona bardziej od stażu pracy niż od jej jakości. Podwyżki były rzadko i tylko
o jedną grupę.
Warszawa przez wiele lat była miastem zamkniętym -zatrudnienie w Warszawie mógł dostać
tylko ktoś, kto był wybitnym specjalistą w danej dziedzinie a do tego był tu potrzebny.
A zameldowanie na pobyt stały mógł dostać tylko ten, kto miał zapewnioną tu pracę
lub miał tu zameldowanego współmałżonka.
Trochę przypominało to kwadraturę koła.
Wiele osób całymi latami przebywało w mieście na podstawie meldunku czasowego,
który trzeba było systematycznie odnawiać.
Teoretycznie pracę dostawało się po złożeniu dokumentów w Biurze Pośrednictwa Pracy.
A tak naprawdę pracę dostawało się po znajomości. Szukając pracy informowało się
o tym fakcie wszystkich znajomych.
Ci wpierw robili wywiad u własnego szefa, a jeśli ten był zainteresowany przyjęciem
nowego pracownika, zapraszał kandydata na nieoficjalną rozmowę.
Gdy wszystko pomiędzy szefem a kandydatem było dogadane, szef załatwiał sprawę
z kierownikiem działu kadr. Dalej było prosto - jeśli kierownik kadr miał bardzo dobre
układy z "pośredniakiem", to kandydat do pracy składał wszystkie dokumenty tylko
w kadrach, a kadrowiec sam składał wszystkie dokumenty w BPP. Osobiście tylko raz
byłam w "pośredniaku" ale i to w towarzystwie swej przyszłej kadrowej.
Każdy szukający pracy brał pod uwagę nie tylko wysokość zarobków zagwarantowaną
umową o pracę - ważne były i inne "parametry" - czy dana instytucja miała własny lub
resortowy ośrodek wczasowy, czy miała własne zakładowe budynki mieszkalne lub
przynajmniej podpisaną umowę na mieszkania spółdzielcze, czy zakład pracy dawał
ręczniki, mydło, służbową odzież ochronną itp. oraz czy premia była ograniczona jakimś
procentem, czy też była to premia uznaniowa, której wysokością można było podreperować
wysokość swej pensji, czasami aż o 50%.
W myśl obowiązujących przepisów wszystkie instytucje musiały dbać o to, by pracownicy
podnosili swe kwalifikacje - dotyczyło to zarówno pracowników fizycznych jak i
umysłowych. Każde ze stanowisk miało określony poziom wykształcenia i osoba na danym
stanowisku musiała albo uzupełnić wykształcenie albo przejść na inne, niższe stanowisko.
Zakład pracy dawał pracownikowi skierowanie na studia, oczywiście na kierunek zgodny
z jego stanowiskiem pracy.
Tym samym gwarantował mu, że przez cały czas studiów pracownik będzie dostawał urlop
szkolny oraz będzie zwalniany nieco wcześniej z pracy w dni, w które miał wykłady.
Wczasy pracownicze.
W tych czasach działała instytucja o nazwie Fundusz Wczasów Pracowniczych. Po całej
Polsce były rozsiane domy wczasowe FWP. Każdy pracownik miał prawo do skorzystania
z tej formy wczasów, z tym, że nie każdy mógł dostać wczasy ulgowe. Prawdę mówiąc
nawet pełnopłatne wczasy FWP nie należały do drogich, ale ja z nich nie korzystałam
ani razu.
Ulgowe nam nie przysługiwały z uwagi na nasze zarobki, a standard domów FWP nie
powalał, więc zawsze jezdziliśmy prywatnie.
Omijały mnie tym samym wieczorki zapoznawcze i pożegnalne, zbiorowe wycieczki
oraz inne zbiorowe atrakcje jak pieczenie kiełbasy zwyczajnej nad ogniskiem.
Stosunki w pracy.
Najlepszą formą egzystowania w pracy to było utrzymywać mit, że jest się zapracowanym
po uszy i tym samym trzymać się nieco z dala od innych. Po prostu w każdym biurze i
zakładzie było zawsze kilka osób, które miały nieco specjalne zadania- byli to "wysunięci
robotnicy". Nie wiem skąd taka nazwa. Może dlatego, że zawsze byli pierwsi na wszystkich
akcjach społecznych?
Większość zakładów pracy miała tzw. Zakładowe Kasy Zapomogowo- Pożyczkowe.
Mam wrażenie, że do dziś przetrwały tylko w Spółkach Węglowych.
W czasach, gdy nie istniały kredyty komercyjne, była to genialna sprawa. Brało się w razie
potrzeby "chwilówki" ( nawet do wysokości jednej pensji) i można je było spłacać ratami,
oczywiście nieoprocentowanymi. Można było również wystąpić z wnioskiem o pożyczkę
mieszkaniową i też ją spłacać nieopodatkowanymi ratami przez kilka lat.
Oczywiście członkiem Kasy Zapomogowo -Pożyczkowej mógł być tylko członek Związku
Zawodowego, opłacający regularnie składki. Jeśli się miało dobre układy to spłatę pożyczki
mogli pracownikowi odroczyć nawet na pięć lat od chwili wzięcia pożyczki.
To akurat znam z autopsji. Wzięliśmy pożyczkę na wkład własny wymagany przez
Spółdzielnię Mieszkaniową i zaczęliśmy ją spłacać dopiero po kilku latach w jakichś
niebywale niskich ratach. Jednym słowem- zrobiliśmy dobry biznes.
Sytuacja mieszkaniowa.
Permanentnie była niewesoła. Powstały liczne spółdzielnie mieszkaniowe, domy rosły
niczym grzyby po deszczu, a mieszkań wciąż było brak.
Przyczyny były dwie - jedna to niskie normy metrażowe, druga- budowano w miejscach,
z których wysiedlano dotychczasowych mieszkańców.
Małżeństwu z jednym dzieckiem przysługiwało M3, czyli 2 pokoje z kuchnią , młodym
jeszcze bez dzieciaka też. A potem ludzie się mnożyli i dwa pokoje to było mało i każdy
chciał większego metrażu. I mieszkań wciąż brakowało.
A ci ludzie wysiedleni z terenów zabranych pod budowę nowych osiedli,mieli oczywiście pierwszeństwo w otrzymywaniu nowo wybudowanych mieszkań. Świetnym przykładem
było pobudowanie osiedla na terenie, na którym było ze 20 domków jednorodzinnych.
Nikt tylko nie wpadł na to, że w każdym domku mieszkały po dwie lub trzy rodziny, więc
nowych mieszkań trzeba było dać nie 20 ale ponad setkę, bo każda rodzina musiała mieć
własne mieszkanie.
Mając zgromadzony w spółdzielni cały wymagany wkład własny czekaliśmy na
mieszkanie "tylko" 9 lat. Przez te lata cała moja pensja szła na wynajmowanie pokoju -
były to ewidentnie zmarnowane pieniądze.
c.d.n.
PRL i ja - cz.II
Życzenie czytelników jest dla mnie ...rozkazem, więc będę pisać.
Będąc już osobą dorosłą, zdałam sobie sprawę, że dzieciństwo wielu z nas było
jakby dwutorowe - szkoła robiła "swoje", czyli hodowała nas w duchu jedynej,
słusznej idei a w domach (nie we wszystkich) owego kursu nie kontynuowano.
Do dziś pamiętam, że każdego wieczoru mój dziadek ( bo mnie wychowywali
dziadkowie) włączał radio i "łapał" wiadomości radia Londyn lub Wolną
Europę. Oczywiście wiadomości były " dobre lub złe, ale zawsze prawdziwe",
z trudem wyławiane spod przerazliwych dzwięków reżimowych zagłuszaczek.
Wiadomości z Londynu zaczynały się trzema tonami, jakby głuchymi uderzeniami
jakiegoś gongu, takie trzykrotne "bumbumbum", po nich następował tekst :
"tu mówi Londyn".
I od tej chwili zaczynały się gwizdy, piski, szumy i rzężenia o różnym natężeniu a
gdzieś daleko w tle słabiutki głos lektora przedstawiał wiadomości. Głos co chwilę
zanikał, bo "fala uciekała", jak mówił dziadek.
I tak było u nas w każdy wieczór. Zazdrościłam tym wszystkim, którzy nie mieli
własnego aparatu radiowego ale tzw. "kołchoznik", gdzie indziej zwany też
"szczekaczką", czyli odbiornik podłączony do jedynej słusznej polskiej radiostacji,
czyli programu I Polskiego Radia.
W domu byłam calutki czas pouczana, że z nikim, ale to naprawdę z nikim nie
wolno rozmawiać o tym, co się dzieje w domu, bo może przyjść "UBe" i wsadzić
dorosłych do więzienia a mnie do Domu Dziecka. Dość długo nie wiedziałam
co to za skrót "UBe" - brzmiało tajemniczo i nie wiedziałam, że to po prostu skrót
od nazwy Urząd Bezpieczeństwa.
Pamiętam reakcję mojej babci, gdy zobaczyła mój pierwszy podręcznik do historii-
była to "cegła" rozmiarów niemal formatki A-4 i liczyła kilkaset stron.
Najwięcej stron poświęcono oczywiście historii ruchu robotniczego - babcia zajrzała
do książki, przekartkowała ją i ze wstrętem odłożyła na bok. Potem "z podsłuchu"
dowiedziałam się, że taki podręcznik jest skandalem, bo właściwie niemal cały jest
poświęcony ruchom proletariackim.
Równie gwałtowna ze strony babci była reakcja, gdy w piątej klasie zaczęła się
nauka rosyjskiego.
"No tak, będą ją uczyli kacapskiego zamiast jakiegoś normalnego języka".
Moja babcia była rodowitą lwowianką, a więc miała styczność z innymi słowiańskimi
narodami, w szkole podstawowej uczyła się oprócz polskiego również ukraińskiego, ale
jakoś nie mogła spokojnie znieść myśli, że będę się uczyła rosyjskiego.
Wzięłam sobie mocno do serca jej niechęć i przez pierwsze półrocze zupełnie się nie
uczyłam rosyjskiego, co zaowocowało oczywiście oceną niedostateczną.
Ale niestety nie zostałam za to w domu pochwalona- zupełnie nie.
W mojej podstawówce nie było lekcji religii, bo była to szkoła pod opieką TPD czyli
Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Te szkoły były "bezwyznaniowe" i tylko one
przyjmowały w swe mury sześciolatków. Niemal wszystkie dzieci z mojej klasy
uczęszczały na religię do kościoła. I nikt z tego powodu nie represjonował nas lub
naszych rodziców.
A na lekcjach religii nikt nam nie kazał mieć zeszytów, pisać wypracowań i nikt
nam nie stawiał stopni, nie robił klasówek.
Za to wszyscy czuliśmy się lubiani i ważni i naprawdę lubiliśmy się spotykać na lekcjach
religii. Dekalog był doskonałą kanwą do nauki etyki - i wierzcie mi - nikt nas nie
straszył piekłem, ogniem piekielnym, wiecznym potępieniem.
I wtedy jeszcze dla wszystkich dzieci Pierwsza Komunia była jednak przeżyciem
duchowym a nie okazją do otrzymywania prezentów. Czasy były ciężkie, najczęściej
dziecko dostawało jeden prezent i to o charakterze pamiątkowym, na który składała
się cała rodzina. Najczęściej był to pozłacany srebrny szkaplerz, z wyrytą datą tej
uroczystości, medalik złoty z okazjonalną grawerką, czasem zegarek.
Ja załapałam się na pamiątkowy rodzinny zegarek w srebrnej kopercie.
Ale oczywiście nie wolno mi było go nosić do szkoły. Pomijam już, że chodził nie za
bardzo dokładnie.
Człowiek pomału dorastał, życie w Polsce też się zmieniało.
Nie da się ukryć, że na życie w Polsce miało wpływ to wszystko co się działo w ZSRR.
Ale i tak byliśmy najweselszym barakiem w tym obozie.
Najbardziej ponury czas przeminął wraz ze śmiercią ukochanego Wodza- Stalina.
Pamiętam apel szkolny z tej okazji - rozpoczęła go zapłakana przewodnicząca Komitetu
Rodzicielskiego. Kobiecisko łkało w głos, ledwo mówiła - ale całe ciało pedagogiczne
nie wykazywało żadnych wzruszeń. Kto wie, czy po prostu nie powstrzymywali się od
uśmiechów. Nam było to raczej obojętne - ważne, że zaryczana i usmarkana pani B.
szybko skończyła mowę i mogliśmy iść do klas.
Gdy w Moskwie zmarł nasz pan prezydent, Bolesław Bierut, pognano nas na trasę
przejazdu trumny przez miasto. Ale byli z nas kiepscy żałobnicy- było nudno i zimno -
staliśmy w Alejach Jerozolimskich pomiędzy ul. Chałubińskiego a Marszałkowską i
straszliwie się wygłupialiśmy. Wychowawczyni ciągle nas upominała, że to przecież
nie piknik, a smutna okazja, ale niestety nas stamtąd nie wyrzuciła.
Miałam szczęście, że szkoły, do których chadzałam (bo robiłam to dość sporadycznie)
były dość oddalone od lotniska - dzięki temu nie musieliśmy witać radośnie różnych
oficjeli z "bratnich państw".
Pochody pierwszomajowe - podejrzewam, że dla większości dzieci były jakąś atrakcją.
Udział w pochodach był dla "Świata Pracy" obowiązkiem - nie da się ukryć, że udział
w pochodzie był dla wielu osób obowiązkiem. Na miejscu zbiórki była sprawdzana
lista obecności. Gdy oboje rodzice musieli wykazać się obecnością na pochodzie, siłą
rzeczy brali ze sobą dzieci. Nie każdy miał z kim dzieciaka zostawić.
Ale były też większe atrakcje - np. defilady wojskowe z okazji Święta 22 Lipca.
W moim domu nazywano to świętem czekolady, bo upaństwowione zakłady Wedla
nazwano imieniem "22 Lipca". Przez wiele lat tabliczki czekolady z tej fabryki miały
napis: Zakłady 22 Lipca, dawny E.Wedel.
Ale ja najbardziej pod Słońcem lubiłam majowe Dni Oświaty, Książki i Prasy. Przez
wiele lat odbywały się w Alejach Ujazdowskich. To były świetne imprezy- można
było kupić nieco taniej wiele naprawdę dobrych książek, bo wydawcy szykowali je
właśnie na owe dni. To było naprawdę święto książki. Prześliczne jak zawsze
Aleje Ujazdowskie, wzdłuż których stały kioski różnych wydawnictw, zieleń drzew
wzdłuż Alej i Łazienki oraz ogród Botaniczny za parkanem, tłumy ludzi garnących się
do stoisk z książkami - był to niezapomniany widok i cudowna atmosfera.
Z czasem impreza przeniosła się pod Pałac Kultury i Nauki, ale tam już nie było ani
tak ładnie, ani nie było tej atmosfery.
Imprezę przeniesiono dlatego, że po niej wszystkie trawniki w Alejach Ujazdowskich
wymagały gruntownej i kosztownej renowacji.
Napisałam , że Polska była w tamtych latach najweselszym barakiem w obozie Krajów
Demokracji Ludowej.
To fakt - nikt nie pozamieniał Kościołów na inne instytucje, istniały małe prywatne
zakłady usługowe i produkcyjne, były również prywatne sklepy.
Co prawda nikt prywatnych właścicieli nie rozpieszczał, wiecznie byli na indeksie a
gąszcz istniejących przepisów sprawiał, że łatwo było podpaść.
Ale wiadomo -Polak potrafi- więc cały czas było gdzie "załapać oczka" w pończochach,
znalezć hydraulika by naprawił cieknący kran , znalezć szewca by podzelował buty.
I tego wszystkiego zazdrościło nam wiele innych krajów.
c.d.n.
Będąc już osobą dorosłą, zdałam sobie sprawę, że dzieciństwo wielu z nas było
jakby dwutorowe - szkoła robiła "swoje", czyli hodowała nas w duchu jedynej,
słusznej idei a w domach (nie we wszystkich) owego kursu nie kontynuowano.
Do dziś pamiętam, że każdego wieczoru mój dziadek ( bo mnie wychowywali
dziadkowie) włączał radio i "łapał" wiadomości radia Londyn lub Wolną
Europę. Oczywiście wiadomości były " dobre lub złe, ale zawsze prawdziwe",
z trudem wyławiane spod przerazliwych dzwięków reżimowych zagłuszaczek.
Wiadomości z Londynu zaczynały się trzema tonami, jakby głuchymi uderzeniami
jakiegoś gongu, takie trzykrotne "bumbumbum", po nich następował tekst :
"tu mówi Londyn".
I od tej chwili zaczynały się gwizdy, piski, szumy i rzężenia o różnym natężeniu a
gdzieś daleko w tle słabiutki głos lektora przedstawiał wiadomości. Głos co chwilę
zanikał, bo "fala uciekała", jak mówił dziadek.
I tak było u nas w każdy wieczór. Zazdrościłam tym wszystkim, którzy nie mieli
własnego aparatu radiowego ale tzw. "kołchoznik", gdzie indziej zwany też
"szczekaczką", czyli odbiornik podłączony do jedynej słusznej polskiej radiostacji,
czyli programu I Polskiego Radia.
W domu byłam calutki czas pouczana, że z nikim, ale to naprawdę z nikim nie
wolno rozmawiać o tym, co się dzieje w domu, bo może przyjść "UBe" i wsadzić
dorosłych do więzienia a mnie do Domu Dziecka. Dość długo nie wiedziałam
co to za skrót "UBe" - brzmiało tajemniczo i nie wiedziałam, że to po prostu skrót
od nazwy Urząd Bezpieczeństwa.
Pamiętam reakcję mojej babci, gdy zobaczyła mój pierwszy podręcznik do historii-
była to "cegła" rozmiarów niemal formatki A-4 i liczyła kilkaset stron.
Najwięcej stron poświęcono oczywiście historii ruchu robotniczego - babcia zajrzała
do książki, przekartkowała ją i ze wstrętem odłożyła na bok. Potem "z podsłuchu"
dowiedziałam się, że taki podręcznik jest skandalem, bo właściwie niemal cały jest
poświęcony ruchom proletariackim.
Równie gwałtowna ze strony babci była reakcja, gdy w piątej klasie zaczęła się
nauka rosyjskiego.
"No tak, będą ją uczyli kacapskiego zamiast jakiegoś normalnego języka".
Moja babcia była rodowitą lwowianką, a więc miała styczność z innymi słowiańskimi
narodami, w szkole podstawowej uczyła się oprócz polskiego również ukraińskiego, ale
jakoś nie mogła spokojnie znieść myśli, że będę się uczyła rosyjskiego.
Wzięłam sobie mocno do serca jej niechęć i przez pierwsze półrocze zupełnie się nie
uczyłam rosyjskiego, co zaowocowało oczywiście oceną niedostateczną.
Ale niestety nie zostałam za to w domu pochwalona- zupełnie nie.
W mojej podstawówce nie było lekcji religii, bo była to szkoła pod opieką TPD czyli
Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Te szkoły były "bezwyznaniowe" i tylko one
przyjmowały w swe mury sześciolatków. Niemal wszystkie dzieci z mojej klasy
uczęszczały na religię do kościoła. I nikt z tego powodu nie represjonował nas lub
naszych rodziców.
A na lekcjach religii nikt nam nie kazał mieć zeszytów, pisać wypracowań i nikt
nam nie stawiał stopni, nie robił klasówek.
Za to wszyscy czuliśmy się lubiani i ważni i naprawdę lubiliśmy się spotykać na lekcjach
religii. Dekalog był doskonałą kanwą do nauki etyki - i wierzcie mi - nikt nas nie
straszył piekłem, ogniem piekielnym, wiecznym potępieniem.
I wtedy jeszcze dla wszystkich dzieci Pierwsza Komunia była jednak przeżyciem
duchowym a nie okazją do otrzymywania prezentów. Czasy były ciężkie, najczęściej
dziecko dostawało jeden prezent i to o charakterze pamiątkowym, na który składała
się cała rodzina. Najczęściej był to pozłacany srebrny szkaplerz, z wyrytą datą tej
uroczystości, medalik złoty z okazjonalną grawerką, czasem zegarek.
Ja załapałam się na pamiątkowy rodzinny zegarek w srebrnej kopercie.
Ale oczywiście nie wolno mi było go nosić do szkoły. Pomijam już, że chodził nie za
bardzo dokładnie.
Człowiek pomału dorastał, życie w Polsce też się zmieniało.
Nie da się ukryć, że na życie w Polsce miało wpływ to wszystko co się działo w ZSRR.
Ale i tak byliśmy najweselszym barakiem w tym obozie.
Najbardziej ponury czas przeminął wraz ze śmiercią ukochanego Wodza- Stalina.
Pamiętam apel szkolny z tej okazji - rozpoczęła go zapłakana przewodnicząca Komitetu
Rodzicielskiego. Kobiecisko łkało w głos, ledwo mówiła - ale całe ciało pedagogiczne
nie wykazywało żadnych wzruszeń. Kto wie, czy po prostu nie powstrzymywali się od
uśmiechów. Nam było to raczej obojętne - ważne, że zaryczana i usmarkana pani B.
szybko skończyła mowę i mogliśmy iść do klas.
Gdy w Moskwie zmarł nasz pan prezydent, Bolesław Bierut, pognano nas na trasę
przejazdu trumny przez miasto. Ale byli z nas kiepscy żałobnicy- było nudno i zimno -
staliśmy w Alejach Jerozolimskich pomiędzy ul. Chałubińskiego a Marszałkowską i
straszliwie się wygłupialiśmy. Wychowawczyni ciągle nas upominała, że to przecież
nie piknik, a smutna okazja, ale niestety nas stamtąd nie wyrzuciła.
Miałam szczęście, że szkoły, do których chadzałam (bo robiłam to dość sporadycznie)
były dość oddalone od lotniska - dzięki temu nie musieliśmy witać radośnie różnych
oficjeli z "bratnich państw".
Pochody pierwszomajowe - podejrzewam, że dla większości dzieci były jakąś atrakcją.
Udział w pochodach był dla "Świata Pracy" obowiązkiem - nie da się ukryć, że udział
w pochodzie był dla wielu osób obowiązkiem. Na miejscu zbiórki była sprawdzana
lista obecności. Gdy oboje rodzice musieli wykazać się obecnością na pochodzie, siłą
rzeczy brali ze sobą dzieci. Nie każdy miał z kim dzieciaka zostawić.
Ale były też większe atrakcje - np. defilady wojskowe z okazji Święta 22 Lipca.
W moim domu nazywano to świętem czekolady, bo upaństwowione zakłady Wedla
nazwano imieniem "22 Lipca". Przez wiele lat tabliczki czekolady z tej fabryki miały
napis: Zakłady 22 Lipca, dawny E.Wedel.
Ale ja najbardziej pod Słońcem lubiłam majowe Dni Oświaty, Książki i Prasy. Przez
wiele lat odbywały się w Alejach Ujazdowskich. To były świetne imprezy- można
było kupić nieco taniej wiele naprawdę dobrych książek, bo wydawcy szykowali je
właśnie na owe dni. To było naprawdę święto książki. Prześliczne jak zawsze
Aleje Ujazdowskie, wzdłuż których stały kioski różnych wydawnictw, zieleń drzew
wzdłuż Alej i Łazienki oraz ogród Botaniczny za parkanem, tłumy ludzi garnących się
do stoisk z książkami - był to niezapomniany widok i cudowna atmosfera.
Z czasem impreza przeniosła się pod Pałac Kultury i Nauki, ale tam już nie było ani
tak ładnie, ani nie było tej atmosfery.
Imprezę przeniesiono dlatego, że po niej wszystkie trawniki w Alejach Ujazdowskich
wymagały gruntownej i kosztownej renowacji.
Napisałam , że Polska była w tamtych latach najweselszym barakiem w obozie Krajów
Demokracji Ludowej.
To fakt - nikt nie pozamieniał Kościołów na inne instytucje, istniały małe prywatne
zakłady usługowe i produkcyjne, były również prywatne sklepy.
Co prawda nikt prywatnych właścicieli nie rozpieszczał, wiecznie byli na indeksie a
gąszcz istniejących przepisów sprawiał, że łatwo było podpaść.
Ale wiadomo -Polak potrafi- więc cały czas było gdzie "załapać oczka" w pończochach,
znalezć hydraulika by naprawił cieknący kran , znalezć szewca by podzelował buty.
I tego wszystkiego zazdrościło nam wiele innych krajów.
c.d.n.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
PRL i ja
Coraz częściej, mówiąc łagodnie, krew mnie zalewa, gdy słyszę jak wiele osób wygaduje
bzdury na temat tego, jak wyglądało życie w PRL.
Postanowiłam więc chociaż trochę przybliżyć tamtą rzeczywistość, do której całkiem
sporo osób wzdycha, zapominając chyba o tym wszystkim co było w tym systemie złe i
opowiadając dzieciom i wnukom duby smalone.
Nie ukrywam, że mój punkt widzenia też może być mało obiektywny - chociażby
dlatego, że całe moje życie związane było i jest z Warszawą.
Nie da się ukryć, że pod wieloma względami życie w stolicy było nieco ciekawsze
i lepsze niż w innych częściach Polski.
I tak chyba jest do dzisiaj, co nie jest akurat polską specyfiką.
Stolice mają po prostu swoje przywileje.
Dzieciństwo miałam średnio dobre - były to czasy tuż po wojnie, więc nikomu się nie
przelewało.
Dom, w którym mieszkaliśmy przed wojną ocalał, bo był w nim sztab niemiecki.
Wszystkie okoliczne domy były albo zrujnowane bombami albo wypalone do cna.
Po upadku Powstania Niemcy chodzili z miotaczami ognia i systematycznie wypalali
w budynkach ich wnętrza. Budynek nasz wprawdzie ocalał, ale w ostatnich dniach wojny
był zamieniony na twierdzę obronną- okna były zamurowane do 3/4 wysokości, ściany
w sąsiadujących ze sobą mieszkaniach miały wykute dziury, by swobodnie można było
przemieszczać się po całym budynku.
Oczywiście wszystkie mieszkania były splądrowane i nie pytajcie mnie przez kogo, bo
tego nie wiem.
Ale nie sądzę by uciekający Niemcy brali ze sobą polski dobytek-fortepian też przepadł.
Moja rodzina wróciła do Warszawy w marcu 1945 roku. Z wielkim trudem jako tako
doprowadzili nasze trzypokojowe mieszkanie do stanu używalności.
Z opowieści rodzinnych wiem, że Elektrownia Warszawska na Powiślu bardzo szybko
podjęła na nowo pracę i mieliśmy prąd. Wodociągi również szybko mogły podjąć swą
pracę.
Z tego wczesnego okresu pamiętam stojący w pokoju piecyk węglowy typu "koza",
kuchnię węglową w kuchni i piec kąpielowy w łazience.Ten ostatni był bardzo ładny-
zbiornik wody był miedziany, malowany na wytworny, ciemno-czerwony kolor.
Gdy tylko udało się rodzinie uporządkować mieszkanie, pojawiła się w budynku
Komisja Mieszkaniowa, która w świetle obowiązującego prawa orzekła, że w dobie tak
dotkliwego głodu mieszkaniowego zarządza, że mieszkanie zostanie podzielone między
trzy rodziny - naszą i jeszcze dwie. Tym sposobem nasze piękne stumetrowe mieszkanie
stało się mieszkaniem "kołchozowym" - łazienka, kuchnia i WC były przestrzenią wspólną
dla trzech rodzin. W sumie w tym mieszkaniu mieszkało 7 osób. Sytuacja taka przetrwała
aż do połowy lat siedemdziesiątych ub. wieku.
A takich mieszkań było w Warszawie mnóstwo - potrzeby mieszkaniowe były ogromne,
a pierwszeństwo w otrzymywaniu mieszkań miał tzw. świat pracy. Nie należała do tego
"świata pracy" inteligencja pracująca.
Pamiętam zrujnowaną Starówkę, ścieżkę wśród gruzów, którą się szło do zrujnowanej
Katedry. Pamiętam też ruiny domów niedaleko naszego domu - bardzo bałam się
tamtędy przechodzić. I pamiętam jak odbudowywano przylegający do naszego budynku
dom - z okna obserwowałam jak robotnicy wnoszą po drewnianych drabinach cegły - z zaciekawieniem patrzyłam jak je układają, nakładają kielniami zaprawę, wyrównują.
Zero mechanizacji, szczytem techniki było wciąganie wiadra z cementem przy pomocy
wielokrążka zwykłego. W ten sam sposób powstawały i inne domy w mieście.
Do przedszkola się nie kwalifikowałam - pomijam już fakt, że jak na złość ciągle
chorowałam - przeszłam wszystkie możliwe choroby wieku dziecięcego oraz zakażenie
gruzlicze, takie ogólnoustrojowe.
Do szkoły poszłam mając 6 lat - nudziłam się w domu jak mops, umiałam już czytać.
W budynku mieściły się trzy szkoły podstawowe, co nie było w tym czasie żadnym
ewenementem. Sali gimnastycznej nie widziałam aż do klasy siódmej, czyli do chwili,
gdy przeniesiono moją szkołę do nowego budynku.
Za to tam były aż dwie sale gimnastyczne.
Przez pierwsze cztery lata podstawówki chodziliśmy do szkoły na dwie zmiany-
wszystkie trzy szkoły.
I też nie był to wyjątek - szkół było po prostu za mało. Akcja 1000 szkół na Tysiąclecie
była dopiero przed Polską, brakowało do niej jeszcze ładnych kilku lat.
Licea w tym czasie nie były profilowane - szkolnictwo dzieliło się na : technika (5 lat
nauki), licea ogólnokształcące (4 lata) oraz cały wachlarz szkół zawodowych, trzyletnich.
Były też wydzielone Licea Medyczne oraz Szkoła Kadetów.
Warunki bytowe w szkołach zależały głównie od budynku, w którym była dana szkoła
i od ilości uczniów. Średnio-przeciętnie klasy były raczej liczne, najczęściej 45 uczniów
w każdej klasie. W podstawówce było podobnie.
Całe szkolnictwo było państwowe, teoretycznie bezpłatne, były tylko składki na Komitet
Rodzicielski. I podręczniki nie były zmieniane co roku i można je było kupić w czerwcu.
I, tego nie da się ukryć - były napisane jasno, prosto i jeśli uczeń nie był w szkole, to bez
najmniejszego trudu mógł uzupełnić swą wiedzę właśnie z podręcznika.
Niewątpliwie lepiej wyglądała opieka lekarska, bo każda szkoła miała własny gabinet
dentystyczny czynny codziennie, była szkolna lekarka i pielęgniarka oraz dostęp do
Międzyszkolnej Przychodni Lekarskiej- oczywiście ze skierowaniem od lekarki
szkolnej. Jak leczyli? - nooo, tak jak dzisiaj, czyli zależnie od tego na kogo się trafiło.
Od pierwszej klasy podstawówki aż do końca liceum zmorą wszystkich uczniów były
apele. Trzeba było przychodzić do szkoły na 7,45. Po co były te apele?
Czasami by wspólnie płakać z okazji zgonu Stalina, innym razem z powodu zgonu
Bieruta, by coś wspólnie uczcić lub potępić - zależnie od sytuacji.
Albo wysłuchać komunikatów porządkowych. Piętnaście minut stania nie wiadomo
po co i na co.
pisać dalej????
bzdury na temat tego, jak wyglądało życie w PRL.
Postanowiłam więc chociaż trochę przybliżyć tamtą rzeczywistość, do której całkiem
sporo osób wzdycha, zapominając chyba o tym wszystkim co było w tym systemie złe i
opowiadając dzieciom i wnukom duby smalone.
Nie ukrywam, że mój punkt widzenia też może być mało obiektywny - chociażby
dlatego, że całe moje życie związane było i jest z Warszawą.
Nie da się ukryć, że pod wieloma względami życie w stolicy było nieco ciekawsze
i lepsze niż w innych częściach Polski.
I tak chyba jest do dzisiaj, co nie jest akurat polską specyfiką.
Stolice mają po prostu swoje przywileje.
Dzieciństwo miałam średnio dobre - były to czasy tuż po wojnie, więc nikomu się nie
przelewało.
Dom, w którym mieszkaliśmy przed wojną ocalał, bo był w nim sztab niemiecki.
Wszystkie okoliczne domy były albo zrujnowane bombami albo wypalone do cna.
Po upadku Powstania Niemcy chodzili z miotaczami ognia i systematycznie wypalali
w budynkach ich wnętrza. Budynek nasz wprawdzie ocalał, ale w ostatnich dniach wojny
był zamieniony na twierdzę obronną- okna były zamurowane do 3/4 wysokości, ściany
w sąsiadujących ze sobą mieszkaniach miały wykute dziury, by swobodnie można było
przemieszczać się po całym budynku.
Oczywiście wszystkie mieszkania były splądrowane i nie pytajcie mnie przez kogo, bo
tego nie wiem.
Ale nie sądzę by uciekający Niemcy brali ze sobą polski dobytek-fortepian też przepadł.
Moja rodzina wróciła do Warszawy w marcu 1945 roku. Z wielkim trudem jako tako
doprowadzili nasze trzypokojowe mieszkanie do stanu używalności.
Z opowieści rodzinnych wiem, że Elektrownia Warszawska na Powiślu bardzo szybko
podjęła na nowo pracę i mieliśmy prąd. Wodociągi również szybko mogły podjąć swą
pracę.
Z tego wczesnego okresu pamiętam stojący w pokoju piecyk węglowy typu "koza",
kuchnię węglową w kuchni i piec kąpielowy w łazience.Ten ostatni był bardzo ładny-
zbiornik wody był miedziany, malowany na wytworny, ciemno-czerwony kolor.
Gdy tylko udało się rodzinie uporządkować mieszkanie, pojawiła się w budynku
Komisja Mieszkaniowa, która w świetle obowiązującego prawa orzekła, że w dobie tak
dotkliwego głodu mieszkaniowego zarządza, że mieszkanie zostanie podzielone między
trzy rodziny - naszą i jeszcze dwie. Tym sposobem nasze piękne stumetrowe mieszkanie
stało się mieszkaniem "kołchozowym" - łazienka, kuchnia i WC były przestrzenią wspólną
dla trzech rodzin. W sumie w tym mieszkaniu mieszkało 7 osób. Sytuacja taka przetrwała
aż do połowy lat siedemdziesiątych ub. wieku.
A takich mieszkań było w Warszawie mnóstwo - potrzeby mieszkaniowe były ogromne,
a pierwszeństwo w otrzymywaniu mieszkań miał tzw. świat pracy. Nie należała do tego
"świata pracy" inteligencja pracująca.
Pamiętam zrujnowaną Starówkę, ścieżkę wśród gruzów, którą się szło do zrujnowanej
Katedry. Pamiętam też ruiny domów niedaleko naszego domu - bardzo bałam się
tamtędy przechodzić. I pamiętam jak odbudowywano przylegający do naszego budynku
dom - z okna obserwowałam jak robotnicy wnoszą po drewnianych drabinach cegły - z zaciekawieniem patrzyłam jak je układają, nakładają kielniami zaprawę, wyrównują.
Zero mechanizacji, szczytem techniki było wciąganie wiadra z cementem przy pomocy
wielokrążka zwykłego. W ten sam sposób powstawały i inne domy w mieście.
Do przedszkola się nie kwalifikowałam - pomijam już fakt, że jak na złość ciągle
chorowałam - przeszłam wszystkie możliwe choroby wieku dziecięcego oraz zakażenie
gruzlicze, takie ogólnoustrojowe.
Do szkoły poszłam mając 6 lat - nudziłam się w domu jak mops, umiałam już czytać.
W budynku mieściły się trzy szkoły podstawowe, co nie było w tym czasie żadnym
ewenementem. Sali gimnastycznej nie widziałam aż do klasy siódmej, czyli do chwili,
gdy przeniesiono moją szkołę do nowego budynku.
Za to tam były aż dwie sale gimnastyczne.
Przez pierwsze cztery lata podstawówki chodziliśmy do szkoły na dwie zmiany-
wszystkie trzy szkoły.
I też nie był to wyjątek - szkół było po prostu za mało. Akcja 1000 szkół na Tysiąclecie
była dopiero przed Polską, brakowało do niej jeszcze ładnych kilku lat.
Licea w tym czasie nie były profilowane - szkolnictwo dzieliło się na : technika (5 lat
nauki), licea ogólnokształcące (4 lata) oraz cały wachlarz szkół zawodowych, trzyletnich.
Były też wydzielone Licea Medyczne oraz Szkoła Kadetów.
Warunki bytowe w szkołach zależały głównie od budynku, w którym była dana szkoła
i od ilości uczniów. Średnio-przeciętnie klasy były raczej liczne, najczęściej 45 uczniów
w każdej klasie. W podstawówce było podobnie.
Całe szkolnictwo było państwowe, teoretycznie bezpłatne, były tylko składki na Komitet
Rodzicielski. I podręczniki nie były zmieniane co roku i można je było kupić w czerwcu.
I, tego nie da się ukryć - były napisane jasno, prosto i jeśli uczeń nie był w szkole, to bez
najmniejszego trudu mógł uzupełnić swą wiedzę właśnie z podręcznika.
Niewątpliwie lepiej wyglądała opieka lekarska, bo każda szkoła miała własny gabinet
dentystyczny czynny codziennie, była szkolna lekarka i pielęgniarka oraz dostęp do
Międzyszkolnej Przychodni Lekarskiej- oczywiście ze skierowaniem od lekarki
szkolnej. Jak leczyli? - nooo, tak jak dzisiaj, czyli zależnie od tego na kogo się trafiło.
Od pierwszej klasy podstawówki aż do końca liceum zmorą wszystkich uczniów były
apele. Trzeba było przychodzić do szkoły na 7,45. Po co były te apele?
Czasami by wspólnie płakać z okazji zgonu Stalina, innym razem z powodu zgonu
Bieruta, by coś wspólnie uczcić lub potępić - zależnie od sytuacji.
Albo wysłuchać komunikatów porządkowych. Piętnaście minut stania nie wiadomo
po co i na co.
pisać dalej????
sobota, 13 grudnia 2014
Przerwa
Kolorowych, wesołych Świąt,pięknych chwil
nad ciekawą lekturą oraz
spełnienia marzeń w Nowym Roku
wszystkim tu zaglądającym życzę
sobota, 6 grudnia 2014
Ciężkie życie
Siedziałyśmy nad odchudzającym deserem, czyli chudym,białym serem, ozdobionym
kołderką niskocukrowego dżemu. Siedziałyśmy tak już z pół godziny, a wspaniałego
deseru jakoś nie ubywało.
Każda z nas stukała widelcem w ten paskudny ser przypominający kawałek gipsu.
Dżem był równie obrzydliwy jak ten ser - był nie tylko niskosłodzony, on był również
pozbawiony wszelkiego smaku i zapachu, tylko kolor miał niezły - ciemno rubinowy.
Nie da się ukryc - byłyśmy na etapie gwałtownego pozbywania się nadmiaru sadła
z kochanego ciała.
Za dwa tygodnie szłyśmy na bal, a na balu trzeba przecież jakoś wyglądac. Na razie
to wyglądałyśmy tylko na głodne i nieszczęśliwe. Bo zaczęłyśmy się odchudzac już
w końcu listopada.
Jak każda kobieta wie, co jakiś czas królują inne diety gwarantujące szybkie zrzucenie
zbędnych kilogramów.
Rok wcześniej królowała dieta jajeczno- kawowo-żółtoserowa. Niestety nie mogłam jej
stosowac - po dwóch dniach wylądowałam u lekarza z atakiem bólu w okolicy wątroby.
Ale tydzień leżenia w łóżku i diety kleikowej zrobiły swoje, czyli 4 kg w dół.
Tegoroczna dieta była dla mnie istną dietą cud -po tygodniu mamlania chudego białego
sera okraszonego niskosłodzonym dżemem już samo spojrzenie na ten przysmak
całkowicie eliminowało u mnie uczucie głodu.
Wyglądało to tak - czułam głód, szykowałam sobie porcję sera z dżemem, wbijałam
widelec lub łyżeczkę, odkrawałam i w ciągu kilka sekund głód mijał, a ja chowałam
porcję sera z dżemem do szafki. Wierzcie mi - to była dieta cud. Tego chudego paskudztwa
należało zjeśc aż pół kg dziennie, żeby pokryc zapotrzebowanie na białko.
Siedziałyśmy u Dory przy stole, spoglądałyśmy na siebie ukradkiem i każda powtarzała
jak mantrę - dziewczyny jedzcie, nic innego nie ma do jedzenia.
W końcu Dora poszła zrobic herbatę, a ser wywędrował do kuchni, by potem znalezc się
w kuble na odpadki.
Piłyśmy zamyślone pyszną, gorącą herbatę.
No, co tak milczycie?- wykrzyknęła Maryla. Opowiedzcie o swoich poprzednich balach.
Co tu opowiadac - zaczęła Dora. Byliśmy z mężem w Instytucie Lotnictwa. Było kiepsko.
Wprawdzie sala była duża i nawet często grała orkiestra, ale jedzenie było tragiczne -
chleb robił za suchary wojskowe, szynka też była wyschnięta, wg menu miał byc łosoś
wędzony a było nie wiadomo co, ale na pewno nie łosoś, bo to było coś w pomidorach.
Byczki w pomidorach, byczki w pomidorach - zaśmiała się Maryla. A potem mój się z lekka
ululał - kontynuowała Dora- i kleił się do jakiejś dziewoi , więc musiałam go odklejac.
W końcu zarządziłam powrót do domu, złapałam taxi i około trzeciej już byliśmy w domu.
No to przynajmniej potańczyłaś - zauważyłam. My byliśmy w "Złotej Rybce". Brakowało
miejsca do tańca, a stoliki były tak ciasno ustawione, że każde wstanie od stolika groziło
uszkodzeniem siebie lub kogoś z gości. Dobrze, że mieliśmy w planie wpadnięcie do
znajomych. Wprawdzie znałam tylko gospodarzy, ale w sumie to było niezle. Tylko ktoś
mnie w pewnej chwili oblał winem, a byłam w tej białej sukience. Dziewczyny pomagały mi
mi to sprac, a końcu kieckę miałam mokrą i paradowałam w bieliznie. Ale i tak wszyscy
byli przycięci, światła przygaszone nastrojowo, więc mało kto zauważył w czym byłam.
No a co z sukienką? - zapytała któraś. Z sukienką nic ciekawego , poszła na śmietnik.
Wróciłam do domu w pożyczonych ciuchach.
A my byliśmy w Pałacu Kultury. Były dwie sale do tańca, przy stole spotkałam koleżankę
jeszcze z podstawówki - powiedziała Anka. Na początku to nawet było fajnie, ale potem obie orkiestry dały w gaz, przerwy pomiędzy graniem były coraz dłuższe i było kiepsko.
I wiecie co?- tam było cholernie zimno. A gdy wyszliśmy to lał deszcz i nie było taksówki.
Wróciłam do domu pół żywa.
Zocha, a ty gdzie byłaś? Zocha wydęła swe słodkie usteczka i zaśmiała się radośnie.
Ja nigdzie nie byłam - i było fajnie. Położyliśmy się z moim żeby się nieco wyspac,
trochę pofiglowaliśmy i zapomniałam nastawic budzik. Gdy się obudziliśmy było już
po północy, więc wstaliśmy, zrobiliśmy sobie super kolację i wróciliśmy na białą salę.
Było super.
Słuchajcie dziewczyny - koniec z odchudzaniem - wrzasnęła Dora.
Przecież w Sylwestra i tak nikt nie zauważy naszych nadmiarów!
Zaplanowane jest, że parkiet i tak będzie marnie oświetlony, poza tym my znamy się
wszystkie jak łyse konie a co jakieś obce baby pomyślą to przecież nie jest ważne.
Poza tym idziemy z własnymi chłopami,którzy dobrze nasze fałdki znają.
Chodzcie do kuchni, zrobimy sobie coś dobrego do jedzenia.
To coś dobrego to była micha makaronu z pysznym sosem pomidorowym.
I to był koniec z odchudzaniem.
Sylwester z fałdkami był super - w wynajętej sali, z dobrym cateringiem i chociaż
nie grała nam orkiestra, wynajęty "wodzirej" pracował na pełnych obrotach do
białego rana.
A rano mieliśmy jeszcze podany gorący barszcz z diablotkami i kawę.
I to był mój ostatni Sylwester poza domem.
kołderką niskocukrowego dżemu. Siedziałyśmy tak już z pół godziny, a wspaniałego
deseru jakoś nie ubywało.
Każda z nas stukała widelcem w ten paskudny ser przypominający kawałek gipsu.
Dżem był równie obrzydliwy jak ten ser - był nie tylko niskosłodzony, on był również
pozbawiony wszelkiego smaku i zapachu, tylko kolor miał niezły - ciemno rubinowy.
Nie da się ukryc - byłyśmy na etapie gwałtownego pozbywania się nadmiaru sadła
z kochanego ciała.
Za dwa tygodnie szłyśmy na bal, a na balu trzeba przecież jakoś wyglądac. Na razie
to wyglądałyśmy tylko na głodne i nieszczęśliwe. Bo zaczęłyśmy się odchudzac już
w końcu listopada.
Jak każda kobieta wie, co jakiś czas królują inne diety gwarantujące szybkie zrzucenie
zbędnych kilogramów.
Rok wcześniej królowała dieta jajeczno- kawowo-żółtoserowa. Niestety nie mogłam jej
stosowac - po dwóch dniach wylądowałam u lekarza z atakiem bólu w okolicy wątroby.
Ale tydzień leżenia w łóżku i diety kleikowej zrobiły swoje, czyli 4 kg w dół.
Tegoroczna dieta była dla mnie istną dietą cud -po tygodniu mamlania chudego białego
sera okraszonego niskosłodzonym dżemem już samo spojrzenie na ten przysmak
całkowicie eliminowało u mnie uczucie głodu.
Wyglądało to tak - czułam głód, szykowałam sobie porcję sera z dżemem, wbijałam
widelec lub łyżeczkę, odkrawałam i w ciągu kilka sekund głód mijał, a ja chowałam
porcję sera z dżemem do szafki. Wierzcie mi - to była dieta cud. Tego chudego paskudztwa
należało zjeśc aż pół kg dziennie, żeby pokryc zapotrzebowanie na białko.
Siedziałyśmy u Dory przy stole, spoglądałyśmy na siebie ukradkiem i każda powtarzała
jak mantrę - dziewczyny jedzcie, nic innego nie ma do jedzenia.
W końcu Dora poszła zrobic herbatę, a ser wywędrował do kuchni, by potem znalezc się
w kuble na odpadki.
Piłyśmy zamyślone pyszną, gorącą herbatę.
No, co tak milczycie?- wykrzyknęła Maryla. Opowiedzcie o swoich poprzednich balach.
Co tu opowiadac - zaczęła Dora. Byliśmy z mężem w Instytucie Lotnictwa. Było kiepsko.
Wprawdzie sala była duża i nawet często grała orkiestra, ale jedzenie było tragiczne -
chleb robił za suchary wojskowe, szynka też była wyschnięta, wg menu miał byc łosoś
wędzony a było nie wiadomo co, ale na pewno nie łosoś, bo to było coś w pomidorach.
Byczki w pomidorach, byczki w pomidorach - zaśmiała się Maryla. A potem mój się z lekka
ululał - kontynuowała Dora- i kleił się do jakiejś dziewoi , więc musiałam go odklejac.
W końcu zarządziłam powrót do domu, złapałam taxi i około trzeciej już byliśmy w domu.
No to przynajmniej potańczyłaś - zauważyłam. My byliśmy w "Złotej Rybce". Brakowało
miejsca do tańca, a stoliki były tak ciasno ustawione, że każde wstanie od stolika groziło
uszkodzeniem siebie lub kogoś z gości. Dobrze, że mieliśmy w planie wpadnięcie do
znajomych. Wprawdzie znałam tylko gospodarzy, ale w sumie to było niezle. Tylko ktoś
mnie w pewnej chwili oblał winem, a byłam w tej białej sukience. Dziewczyny pomagały mi
mi to sprac, a końcu kieckę miałam mokrą i paradowałam w bieliznie. Ale i tak wszyscy
byli przycięci, światła przygaszone nastrojowo, więc mało kto zauważył w czym byłam.
No a co z sukienką? - zapytała któraś. Z sukienką nic ciekawego , poszła na śmietnik.
Wróciłam do domu w pożyczonych ciuchach.
A my byliśmy w Pałacu Kultury. Były dwie sale do tańca, przy stole spotkałam koleżankę
jeszcze z podstawówki - powiedziała Anka. Na początku to nawet było fajnie, ale potem obie orkiestry dały w gaz, przerwy pomiędzy graniem były coraz dłuższe i było kiepsko.
I wiecie co?- tam było cholernie zimno. A gdy wyszliśmy to lał deszcz i nie było taksówki.
Wróciłam do domu pół żywa.
Zocha, a ty gdzie byłaś? Zocha wydęła swe słodkie usteczka i zaśmiała się radośnie.
Ja nigdzie nie byłam - i było fajnie. Położyliśmy się z moim żeby się nieco wyspac,
trochę pofiglowaliśmy i zapomniałam nastawic budzik. Gdy się obudziliśmy było już
po północy, więc wstaliśmy, zrobiliśmy sobie super kolację i wróciliśmy na białą salę.
Było super.
Słuchajcie dziewczyny - koniec z odchudzaniem - wrzasnęła Dora.
Przecież w Sylwestra i tak nikt nie zauważy naszych nadmiarów!
Zaplanowane jest, że parkiet i tak będzie marnie oświetlony, poza tym my znamy się
wszystkie jak łyse konie a co jakieś obce baby pomyślą to przecież nie jest ważne.
Poza tym idziemy z własnymi chłopami,którzy dobrze nasze fałdki znają.
Chodzcie do kuchni, zrobimy sobie coś dobrego do jedzenia.
To coś dobrego to była micha makaronu z pysznym sosem pomidorowym.
I to był koniec z odchudzaniem.
Sylwester z fałdkami był super - w wynajętej sali, z dobrym cateringiem i chociaż
nie grała nam orkiestra, wynajęty "wodzirej" pracował na pełnych obrotach do
białego rana.
A rano mieliśmy jeszcze podany gorący barszcz z diablotkami i kawę.
I to był mój ostatni Sylwester poza domem.
czwartek, 4 grudnia 2014
Ninka - cz.VI
Po dwóch tygodniach od oględzin domku, Ninka i jej rodzice zostali jego
prawowitymi właścicielami.
Wizyta u poprzednich właścicieli przebiegła w bardzo miłej i swobodnej atmosferze.
Najmłodsze dziecko okazało się męskim rówieśnikiem Ninki. Był to duży , zwalisty
chłopak, z wyrazną nadwagą.
Ukończył biotechnologię, ale nie pracował w zawodzie - założył własną szklarnię,
w której hodował różne nowe odmiany sałat, ogórki i nieco ciekawych kwiatów
doniczkowych.
Biznes pana domu to był warsztat samochodowy, bardzo dobrze wyposażony.
A pasją pani domu były kulinaria.
Dla Ninki nastał czas składania, pakowania, upychania, opisywania. W pobliskim
markecie dostała w prezencie pudła po bananach, które były mocne i wygodne do
noszenia.
Zakupiła większą ilośc folii ogrodniczej, którą te pudła wykładała. Poza tym tata
przywiózł rulon folii pęcherzykowej i Ninka pomału zamieniała zawartośc swych
szafek kuchennych w zgrabne foliowe paczuszki układane w pudełkach. Po trzech
tygodniach ciężkich robót zamówiono wreszcie transport i dwoma kursami
przewieziono wszystko do nowego domu.
Mama pomagała Nince w rozpakowywaniu wszystkiego, a tata pilnował wywożenia
wszystkiego z poprzedniego mieszkania.
Ninka, będąc wielce sumienną osobą miała już zaplanowane gdzie jakie meble mają
byc ustawione.
Postanowiła, że sypialnia na dole będzie pokojem gościnnym. Na górze będzie jej
sypialnia a w drugim pokoju coś na kształt gabinetu.
Największy jej zachwyt wzbudziła garderoba , w której było naprawdę dużo miejsca.
Szafy były pojemne, miały liczne szuflady zamiast półek , dużą szafę na pościel.
I była jedna wysoka, wąska szafa z uchwytami na buty, od góry do dołu.
Pomieszczenie gospodarcze obok kuchni pomieściło pralkę, lodówkę, szafkę na
przybory do utrzymania czystości i rozłożoną na stałe deskę do prasowania.
W weekend Ninka urządziła "parapetówkę", na którą zaprosiła oprócz rodziców
również Piotrka. Rodzice znali Piotrka i bardzo go lubili. Mama po cichu żałowała,
że jednak Ninka i Piotrek nie zostali "parą na zawsze".
Piotrek był zachwycony domkiem. Zaoferował się, że może w razie potrzeby pomagac
w mini ogródku - skosi trawę, skopie ziemię pod kwiatki i przytnie żywopłocik. Bo te
kilka krzaczków pod siatką trudno wszak było nazwac żywopłotem.
Z dziennego pokoju było wyjście na nieduży taras , więc rodzice zaoferowali się, że
wyposażą taras w meble ogrodowe i zainstalują nad nim markizę.
Parapetówka przeciągnęła się długo w noc, więc rodzice i Piotrek zanocowali.
Rodzice zostali ulokowani w pokoju gościnnym, a Piotrek na kanapie w pokoju
dziennym.
Następnego dnia, około południa, Ninka wraz z mamą przespacerowały się po sąsiadach
by się przedstawic i zaprosic chętnych na popołudniową kawę.Przy okazji poprosiły, by
każdy przyniósł ze sobą coś do siedzenia, bo krzeseł to jednak brak.
Tata został wysłany do cukierni po zaopatrzenie.Piotrek już nie został na tym spotkaniu-
spieszył się na jakąś randkę.
Sąsiedzi przyszli około 17,00- byli zdziwieni i nieco zaskoczeni, ale dwie godzinki
całe towarzystwo posiedziało.
Ninka posprzątała poprzednie mieszkanie i zadzwoniła do agencji, że mieszkanie już
jest gotowe do sprzedaży.
Codziennie po powrocie do domu miała dużo zajęc - musiała do końca rozpakowac
wszystkie pudła, pomyślec gdzie co ma byc a ponadto zaplanowac co ewentualnie
musi dokupic z wyposażenia domu. W oknach były rolety, ale brakowało Nince
firanek i zasłon. Wolała tradycyjny wystrój, ale pomyślała, że zostawi rolety w tych
oknach, które są bardzo nasłonecznione. Przydadzą się zwłaszcza w upalne dni, by
pomieszczenia nie nagrzewały się za mocno.
Poza tym w niektóre dni musiała umozliwiac chętnym oglądanie przeznaczonego
do sprzedaży mieszkania. W końcu postanowiła, że będzie wszystkich umawiała
tylko i wyłącznie na sobotę przed południem. Wolała posiedziec tam kilka godzin
raz w tygodniu niż poświęcac na to czas kilka razy w tygodniu.
Poza tym wymyśliła, że w soboty przed południem z reguły nie ma korków na ulicy
pod jej oknami, co mogło wszak zrażac ewentualnych nabywców.
Po trzech miesiącach wreszcie znalazła chętnych, których skusiła bliskośc marketu
czynnego 24 godziny na dobę i mającego niskie ceny. Poza tym w pobliżu była
planowana stacja metra. Przybywało z dnia na dzień nowych sklepów i punktów
usługowych.
Gdy transakcja szczęśliwie dobiegła końca i pieniądze znalazły się na koncie, Ninka
odetchnęła. Ale rodzice za nic w świecie nie chcieli tych pieniędzy wziąc od Ninki-
prosili by kupiła sobie nowe meble i co tylko sobie wymyśli do nowego domu.
Mama namawiała na kupno dywanu, tata na kupienie nowych mebli do pokoju
dziennego.
Zbliżały się 31 urodziny Ninki.Wypadały w środku tygodnia, więc świętowanie
tego dnia Ninka przełożyła na weekend.
Oczywiście rodzice zadzwonili do niej w dzień urodzin i zapowiedzieli, że
przyjadą ją uściskac dopiero w niedzielę.
Gdy wróciła tego dnia do domu sąsiadka jej powiedziała, że był kurier , ale że
przyjedzie jeszcze raz, bo musi miec jej podpis. Pomyślała ,że to pewnie kwiaty od
Piotrka.
Gdy zadzwonił dzwonek przy furtce, szybko wcisnęła przycisk domofonu, potem
wytarła ręce i otworzyła drzwi.
Przed jej oczami wyrósł olbrzymi kosz kwiatów, który przysłaniał niosącego go
posłańca.
Odruchowo usunęła się w bok i w tej samej chwili znalazła się w objęciach Miśka.
Kosz kwiatów wylądował na podłodze a Misiek nerwowo zamykał za sobą drzwi.
Ninka nie mogła wręcz złapac powietrza, tak mocno ją Misiek przytulał do siebie.
Ninuś, będzie dobrze, będzie już dobrze, wszystko ci wytłumaczę, powtarzał
w kółko.
Ty draniu - wycharczała Ninka, ty podły draniu! Ninuś dobra , jestem draniem
i skurwysynem, zgoda, ale wysłuchaj mnie, proszę.
Przysięgam, musiałem wtedy uciec i to tak, byś ty o niczym nie wiedziała. Im mniej
wiedziałaś tym było lepiej. Byłaś w niebezpieczeństwie przez to, że byliśmy razem.
Ninka oprzytomniała - co ty pleciesz człowieku, co mi groziło, przecież nic nikomu
nie zawiniłam! Potraktowałeś mnie podle, czymś spiłeś i nawiałeś.
Misiek objął Ninkę i wziął jak dziecko na ręce.
Zaniósł na kanapę i delikatnie posadził, sam usiadł na podłodze "po turecku", by jej
patrzec prosto w oczy.
Posłuchaj Ninko - musiałem się szybko od Ciebie ulotnic. Byłem w tym okresie
myśliwym i przynętą jednocześnie.Moim błędem i grzechem było to, że się w tobie
straszliwie zakochałem i pozwoliłem sobie na luksus mieszkania z tobą.
Przyjaciel mnie uprzedził, że moja osoba stała się dla ciebie zagrożeniem, bo akcja
się rozwija i nabiera rozpędu.
Koledzy "z firmy" uśpili cię w sposób kontrolowany. Jeden siedział z tobą tak długo aż
zaczęłaś się rozbudzac. Nim się obudziłaś ja już byłem w innym kraju.
Ty przez cały czas byłaś na wszelki wypadek pod ochroną mego kolegi- mam wobec
niego dług wdzięczności. Gdy już mogłem wrócic złożyłem rezygnację z pracy i od
kilku tygodni jestem emerytem. I przejąłem od przyjaciela ochronę Ciebie. I chyba
dobrze to robiłem, bo się nie zorientowałaś. Musiałem się upewnic, że nadal jesteś
wolna.
Ninko, mam nadzieję, że przeczytałaś ten karteluszek, który zostawiłem między
banknotami. Prawda jest taka, że kocham cię ogromnie. Mam nadzieję, że jednak
będziemy razem bo mi to wszystko wybaczysz. Ja już nie pracuję "w firmie" jestem
na emeryturze. Nie wiem tylko, czy zgodzisz się wyjśc za mąż za emeryta.
Ninka słuchała tego wszystkiego z otwartymi szeroko ustami - usiłowała coś
powiedziec, ale zamiast tego rozpłakała się w głos.Misiek wyciagnął swą chusteczkę
i wycierał płynące z oczu Ninki łzy. Potem zamknął ją w ramionach i delikatnie
kołysał niczym małe dziecko.
Gdy Ninka ucichła powiedział - masz kochana bardzo sympatycznych rodziców.
Pozwoliłem sobie dziś do nich pojechac, przedstawic się i opowiedziec co i jak.
I jeśli się zgodzisz wyjśc za starego emeryta, to mamy ich zgodę.
Ninuś, możesz mnie nawet nie kochac, ale zostań moją żoną, proszę.
Misiek wstał, podszedł do leżącego na ziemi kosza z kwiatami, chwilę w nim grzebał
i potem podszedł do Ninki z małym pudełeczkiem.
Po chwili na palcu Ninki znalazła się delikatna, ażurowa obrączka z białego złota.
A w pudełku spoczywała nadal druga, większa. Ninka, niczym w transie, ogłuszona
tymi wszystkimi wydarzeniami wzięła ją do ręki i włożyła Miśkowi na palec.
Nadmiar wrażeń uruchomił kolejne strugi łez. Ninka siedziała na kolanach Miśka
i dokładnie zraszała mu łzami koszulę i sweter.
To była bardzo długa noc- przegadana, przepłakana, przekochana - a rano Ninka nie
nadawała się by pójśc do pracy.
Zatelefonowała do szefa i powiedziała, że jest chora i że wezmie 2 dni urlopu i wróci
do pracy w poniedziałek. Szef bez trudu udzielił urlopu- Ninka miała jeszcze sporo
niewykorzystanego urlopu.
W niedzielę Misiek po raz drugi poprosił rodziców Ninki o zgodę na ślub. Tydzień
pózniej przedstawił Ninę swoim rodzicom.
W kilka miesięcy pózniej wzięli ślub -jednym ze świadków był Piotrek.
W dziewięc miesięcy od chwili powrotu Miśka Ninka urodziła synka.
Tata-emeryt świetnie opiekował się synkiem, a Ninka wróciła do pracy zaraz po
ustawowym urlopie macierzyńskim.
K O N I E C
prawowitymi właścicielami.
Wizyta u poprzednich właścicieli przebiegła w bardzo miłej i swobodnej atmosferze.
Najmłodsze dziecko okazało się męskim rówieśnikiem Ninki. Był to duży , zwalisty
chłopak, z wyrazną nadwagą.
Ukończył biotechnologię, ale nie pracował w zawodzie - założył własną szklarnię,
w której hodował różne nowe odmiany sałat, ogórki i nieco ciekawych kwiatów
doniczkowych.
Biznes pana domu to był warsztat samochodowy, bardzo dobrze wyposażony.
A pasją pani domu były kulinaria.
Dla Ninki nastał czas składania, pakowania, upychania, opisywania. W pobliskim
markecie dostała w prezencie pudła po bananach, które były mocne i wygodne do
noszenia.
Zakupiła większą ilośc folii ogrodniczej, którą te pudła wykładała. Poza tym tata
przywiózł rulon folii pęcherzykowej i Ninka pomału zamieniała zawartośc swych
szafek kuchennych w zgrabne foliowe paczuszki układane w pudełkach. Po trzech
tygodniach ciężkich robót zamówiono wreszcie transport i dwoma kursami
przewieziono wszystko do nowego domu.
Mama pomagała Nince w rozpakowywaniu wszystkiego, a tata pilnował wywożenia
wszystkiego z poprzedniego mieszkania.
Ninka, będąc wielce sumienną osobą miała już zaplanowane gdzie jakie meble mają
byc ustawione.
Postanowiła, że sypialnia na dole będzie pokojem gościnnym. Na górze będzie jej
sypialnia a w drugim pokoju coś na kształt gabinetu.
Największy jej zachwyt wzbudziła garderoba , w której było naprawdę dużo miejsca.
Szafy były pojemne, miały liczne szuflady zamiast półek , dużą szafę na pościel.
I była jedna wysoka, wąska szafa z uchwytami na buty, od góry do dołu.
Pomieszczenie gospodarcze obok kuchni pomieściło pralkę, lodówkę, szafkę na
przybory do utrzymania czystości i rozłożoną na stałe deskę do prasowania.
W weekend Ninka urządziła "parapetówkę", na którą zaprosiła oprócz rodziców
również Piotrka. Rodzice znali Piotrka i bardzo go lubili. Mama po cichu żałowała,
że jednak Ninka i Piotrek nie zostali "parą na zawsze".
Piotrek był zachwycony domkiem. Zaoferował się, że może w razie potrzeby pomagac
w mini ogródku - skosi trawę, skopie ziemię pod kwiatki i przytnie żywopłocik. Bo te
kilka krzaczków pod siatką trudno wszak było nazwac żywopłotem.
Z dziennego pokoju było wyjście na nieduży taras , więc rodzice zaoferowali się, że
wyposażą taras w meble ogrodowe i zainstalują nad nim markizę.
Parapetówka przeciągnęła się długo w noc, więc rodzice i Piotrek zanocowali.
Rodzice zostali ulokowani w pokoju gościnnym, a Piotrek na kanapie w pokoju
dziennym.
Następnego dnia, około południa, Ninka wraz z mamą przespacerowały się po sąsiadach
by się przedstawic i zaprosic chętnych na popołudniową kawę.Przy okazji poprosiły, by
każdy przyniósł ze sobą coś do siedzenia, bo krzeseł to jednak brak.
Tata został wysłany do cukierni po zaopatrzenie.Piotrek już nie został na tym spotkaniu-
spieszył się na jakąś randkę.
Sąsiedzi przyszli około 17,00- byli zdziwieni i nieco zaskoczeni, ale dwie godzinki
całe towarzystwo posiedziało.
Ninka posprzątała poprzednie mieszkanie i zadzwoniła do agencji, że mieszkanie już
jest gotowe do sprzedaży.
Codziennie po powrocie do domu miała dużo zajęc - musiała do końca rozpakowac
wszystkie pudła, pomyślec gdzie co ma byc a ponadto zaplanowac co ewentualnie
musi dokupic z wyposażenia domu. W oknach były rolety, ale brakowało Nince
firanek i zasłon. Wolała tradycyjny wystrój, ale pomyślała, że zostawi rolety w tych
oknach, które są bardzo nasłonecznione. Przydadzą się zwłaszcza w upalne dni, by
pomieszczenia nie nagrzewały się za mocno.
Poza tym w niektóre dni musiała umozliwiac chętnym oglądanie przeznaczonego
do sprzedaży mieszkania. W końcu postanowiła, że będzie wszystkich umawiała
tylko i wyłącznie na sobotę przed południem. Wolała posiedziec tam kilka godzin
raz w tygodniu niż poświęcac na to czas kilka razy w tygodniu.
Poza tym wymyśliła, że w soboty przed południem z reguły nie ma korków na ulicy
pod jej oknami, co mogło wszak zrażac ewentualnych nabywców.
Po trzech miesiącach wreszcie znalazła chętnych, których skusiła bliskośc marketu
czynnego 24 godziny na dobę i mającego niskie ceny. Poza tym w pobliżu była
planowana stacja metra. Przybywało z dnia na dzień nowych sklepów i punktów
usługowych.
Gdy transakcja szczęśliwie dobiegła końca i pieniądze znalazły się na koncie, Ninka
odetchnęła. Ale rodzice za nic w świecie nie chcieli tych pieniędzy wziąc od Ninki-
prosili by kupiła sobie nowe meble i co tylko sobie wymyśli do nowego domu.
Mama namawiała na kupno dywanu, tata na kupienie nowych mebli do pokoju
dziennego.
Zbliżały się 31 urodziny Ninki.Wypadały w środku tygodnia, więc świętowanie
tego dnia Ninka przełożyła na weekend.
Oczywiście rodzice zadzwonili do niej w dzień urodzin i zapowiedzieli, że
przyjadą ją uściskac dopiero w niedzielę.
Gdy wróciła tego dnia do domu sąsiadka jej powiedziała, że był kurier , ale że
przyjedzie jeszcze raz, bo musi miec jej podpis. Pomyślała ,że to pewnie kwiaty od
Piotrka.
Gdy zadzwonił dzwonek przy furtce, szybko wcisnęła przycisk domofonu, potem
wytarła ręce i otworzyła drzwi.
Przed jej oczami wyrósł olbrzymi kosz kwiatów, który przysłaniał niosącego go
posłańca.
Odruchowo usunęła się w bok i w tej samej chwili znalazła się w objęciach Miśka.
Kosz kwiatów wylądował na podłodze a Misiek nerwowo zamykał za sobą drzwi.
Ninka nie mogła wręcz złapac powietrza, tak mocno ją Misiek przytulał do siebie.
Ninuś, będzie dobrze, będzie już dobrze, wszystko ci wytłumaczę, powtarzał
w kółko.
Ty draniu - wycharczała Ninka, ty podły draniu! Ninuś dobra , jestem draniem
i skurwysynem, zgoda, ale wysłuchaj mnie, proszę.
Przysięgam, musiałem wtedy uciec i to tak, byś ty o niczym nie wiedziała. Im mniej
wiedziałaś tym było lepiej. Byłaś w niebezpieczeństwie przez to, że byliśmy razem.
Ninka oprzytomniała - co ty pleciesz człowieku, co mi groziło, przecież nic nikomu
nie zawiniłam! Potraktowałeś mnie podle, czymś spiłeś i nawiałeś.
Misiek objął Ninkę i wziął jak dziecko na ręce.
Zaniósł na kanapę i delikatnie posadził, sam usiadł na podłodze "po turecku", by jej
patrzec prosto w oczy.
Posłuchaj Ninko - musiałem się szybko od Ciebie ulotnic. Byłem w tym okresie
myśliwym i przynętą jednocześnie.Moim błędem i grzechem było to, że się w tobie
straszliwie zakochałem i pozwoliłem sobie na luksus mieszkania z tobą.
Przyjaciel mnie uprzedził, że moja osoba stała się dla ciebie zagrożeniem, bo akcja
się rozwija i nabiera rozpędu.
Koledzy "z firmy" uśpili cię w sposób kontrolowany. Jeden siedział z tobą tak długo aż
zaczęłaś się rozbudzac. Nim się obudziłaś ja już byłem w innym kraju.
Ty przez cały czas byłaś na wszelki wypadek pod ochroną mego kolegi- mam wobec
niego dług wdzięczności. Gdy już mogłem wrócic złożyłem rezygnację z pracy i od
kilku tygodni jestem emerytem. I przejąłem od przyjaciela ochronę Ciebie. I chyba
dobrze to robiłem, bo się nie zorientowałaś. Musiałem się upewnic, że nadal jesteś
wolna.
Ninko, mam nadzieję, że przeczytałaś ten karteluszek, który zostawiłem między
banknotami. Prawda jest taka, że kocham cię ogromnie. Mam nadzieję, że jednak
będziemy razem bo mi to wszystko wybaczysz. Ja już nie pracuję "w firmie" jestem
na emeryturze. Nie wiem tylko, czy zgodzisz się wyjśc za mąż za emeryta.
Ninka słuchała tego wszystkiego z otwartymi szeroko ustami - usiłowała coś
powiedziec, ale zamiast tego rozpłakała się w głos.Misiek wyciagnął swą chusteczkę
i wycierał płynące z oczu Ninki łzy. Potem zamknął ją w ramionach i delikatnie
kołysał niczym małe dziecko.
Gdy Ninka ucichła powiedział - masz kochana bardzo sympatycznych rodziców.
Pozwoliłem sobie dziś do nich pojechac, przedstawic się i opowiedziec co i jak.
I jeśli się zgodzisz wyjśc za starego emeryta, to mamy ich zgodę.
Ninuś, możesz mnie nawet nie kochac, ale zostań moją żoną, proszę.
Misiek wstał, podszedł do leżącego na ziemi kosza z kwiatami, chwilę w nim grzebał
i potem podszedł do Ninki z małym pudełeczkiem.
Po chwili na palcu Ninki znalazła się delikatna, ażurowa obrączka z białego złota.
A w pudełku spoczywała nadal druga, większa. Ninka, niczym w transie, ogłuszona
tymi wszystkimi wydarzeniami wzięła ją do ręki i włożyła Miśkowi na palec.
Nadmiar wrażeń uruchomił kolejne strugi łez. Ninka siedziała na kolanach Miśka
i dokładnie zraszała mu łzami koszulę i sweter.
To była bardzo długa noc- przegadana, przepłakana, przekochana - a rano Ninka nie
nadawała się by pójśc do pracy.
Zatelefonowała do szefa i powiedziała, że jest chora i że wezmie 2 dni urlopu i wróci
do pracy w poniedziałek. Szef bez trudu udzielił urlopu- Ninka miała jeszcze sporo
niewykorzystanego urlopu.
W niedzielę Misiek po raz drugi poprosił rodziców Ninki o zgodę na ślub. Tydzień
pózniej przedstawił Ninę swoim rodzicom.
W kilka miesięcy pózniej wzięli ślub -jednym ze świadków był Piotrek.
W dziewięc miesięcy od chwili powrotu Miśka Ninka urodziła synka.
Tata-emeryt świetnie opiekował się synkiem, a Ninka wróciła do pracy zaraz po
ustawowym urlopie macierzyńskim.
K O N I E C
Subskrybuj:
Posty (Atom)
