środa, 9 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść - IV

Nie, nie żartuję, jestem wręcz śmiertelnie poważna. Mam trzy pokoje, więc się raczej pomieścimy. Pracuję na zmiany, na ogół przez cały tydzień na daną zmianę. Moja zmienniczka też woli taki rozkład niż naprzemiennie,  raz rano a raz po południu. Łatwiej wtedy wpaść w rytm. Pracujemy po 6 godzin. Wybierz sobie pokój  w którym chcesz sypiać. Ten od podwórka ma balkon wspólny z kuchnią, a wyjście na  balkon jest właśnie z kuchni. Uważam, że projektant  miał fioła. Drugi mały pokój i duży pokój są od strony ulicy, tam jest nieco większy hałas, ale tylko nieco, bo to jednak  boczna ulica. I nie dociekaj  w którym ja śpię, bo gdy wracam z popołudniowej zmiany, a wracam najczęściej skonana, często zasypiam na sofie w czasie oglądania czegoś w  telewizorni i śpię  do rana. Najlepszym pomieszczeniem w tym domu jest wyraźnie przedpokój. Jest naprawdę duży i kwadratowy. Już się nawet zastanawiałam czy aby nie zrobić w nim salonu, no ale salon bez okien to chyba nie najlepsze rozwiązanie. I nie pytaj mnie dlaczego zmieniłam  zdanie, w kwestii naszych kontaktów bo.....uzasadnienia już nie wygłosiła, bo usta jej zamknął bardzo długi pocałunek. Gdy oderwali się od siebie Iza powiedziała: coś jest w tym stwierdzeniu,  że trening  czyni mistrza. Patrząc jej w oczy Tolek wyszeptał - poczekaj aż trochę na tobie potrenuję, bo dawno tego nie robiłem. Całowałem tylko jedną dziewczynę a i to tylko we  śnie. Ale jawa jest sto razy lepsza niż sen, wierz mi. 

Iza zerknęła na zegarek - zjedzmy coś, wypijmy kawę i pojedziemy w dwa samochody do Forum. Oddasz samochód i zwolnisz pokój, wrócimy moim  samochodem. Gdy będziesz w hotelu ja wpadnę po pieczone kurczaki, vis a vis hotelu jest taki fajny punkt garmażeryjny,  może będzie akurat któraś z moich klientek za ladą, to wtedy mi wybierze najlepsze kurczaki. Zaraz  się będziemy zbierać, tylko zatelefonuję do swojej recepcji i dowiem się co mnie  jutro czeka od rana. Ten tydzień pracuję rano od 8,00 do 14,00. Wstaję o 6 rano, więc może wybierz pokój nie przy kuchni, bo cię będę rano budziła- rano zawsze jestem nieprzytomna i ciągle mi coś z rąk leci a i przeklinam niczym stary dorożkarz. Miałam wyjątkowo wysoki przerób szklanek na stłuczkę, więc się przerzuciłam na kubki, ale i one długo nie wytrzymują. Zastanawiam się nad kubkami z tworzywa lub metalowymi. Nie jestem tylko pewna czy herbata z nich dobrze smakuje. A może to już starość?

Tak, tak,  na pewno starość-  podchwycił Tolek- strasznie starzy jesteśmy a na dodatek jestem od ciebie rocznikowo starszy o rok, a tak naprawdę tylko o 4 miesiące. Iza zanurkowała w jednej z szafek w swojej sypialni i wyciągnęła z niej drugi komplet kluczyków od samochodu i podała je Tolkowi. Trzymaj, nie mam  zamka centralnego, jeden kluczyk jest do wszystkiego łącznie z bagażnikiem. Nr  rejestracyjny masz na breloczku po naciśnięciu  jednocześnie  dwóch płaskich miejsc na obwodzie  breloczka. Mam  fiacika uno, dostałam od ojca w nagrodę za rozwód. Na szczęście te samochodziki nie są dla złodziei atrakcją. Dowód rejestracyjny dam ci gdy wrócimy dziś  do domu. Jeżdżę do pracy autobusem, tam nie bardzo jest gdzie  parkować.

W dwie i pół godziny później byli z powrotem w domu. Iza zakupiła 2 dorodne pieczone kurczaki, kilka różnych sałatek i wracali do  domu w oparach smakowitych zapachów. Po drodze zahaczyli o delikatesy w których  Iza zakupiła sporo owoców, swą ulubioną czekoladę z bakaliami , 2 butelki rieslingu, a Tolek uparł się na koniak Remy Martin którym kiedyś  uczcili 18 urodziny Izy. Brakuje tylko jeszcze tego białego wina Lacryma Christi - burknęła Iza. Ależ skąd, nie  brakuje, ale zobacz- mają  nieco  lepszą wersję, Lacryma Christi  Bianco del Vesuvio, Vesuvio Rosso też  mają, ono jest dobre, piłem je we Włoszech i.....szybciutko to wino  zakupił. Gdy dotarli do  kuchni i wypakowali zawartość kilku sporych toreb Iza się  zaśmiała- oj, pan kapitan coś ogromnie zaszalał.

Wcale nie  zaszalałem, wystarczy nam tego dobra w butelkach na kilka miesięcy. A do tego kurczaka to czerwone wytrawne będzie lepsze niż riesling. A riesling przyda się nam do łososia pieczonego.  Zrobię go w niedzielę. A skąd pan kapitan weźmie łososia? Bo w Wiśle ich nie ma . Z prywatnej hurtowni rybnej, której właścicielem jest mój kolega. Od 2 miesięcy działają też w Warszawie.  Iza skrzywiła się - łososia  to lubię tylko takiego wędzonego na gorąco, który się tak cudnie rozsmarowuje na bułeczce. Ale on jest tylko nad morzem osiągalny.   No to dobrze, możemy przecież pojechać  na tego wędzonego łososia nad morze, ale wpierw zatelefonuję do kolegi, bo może będzie praktyczniej u niego go zamówić - zupełnie nie widzę problemu- odrzekł Tolek. 

Iza podgrzała w mikrofalówce kurczaka, ułożyła na półmisku wszystkie  sałatki, do salaterki wsypała świeżo upieczone  frytki, następnie wręczyła Tolkowi korkociąg mówiąc- ostatni raz usiłowałam z koleżanką otworzyć nim butelkę wina i  nie dałyśmy rady wyciągnąć korka. Wpierw ja siedziałam z  butelką  wina na  podłodze trzymając ją oburącz a ona  usiłowała wyciągnąć korek, potem zamieniłyśmy się rolami i wino nadal nie dało się otworzyć. Następnego dnia wepchnęłam korek do butelki (bez problemu dał się wepchnąć) a wino zużyłam do zabejcowania  mięsa. Więc myślę, że skoro nigdzie niemal nie widzisz problemu to sobie z tym korkiem poradzisz.   I choć Iza oczekiwała, że jednak i on będzie miał problem, butelka Vesuvio Rosso bez trudu udostępniła im swą zawartość. I naprawdę było to bardzo dobre wino.

Po kolacji Iza postanowiła sprawdzić jak wyglądają blizny po jednym smarowaniu olejem rycynowym. Do tej "operacji" samego tylko oglądania Tolek zamknął oczy ale Iza zaraz go obsztorcowała - nie  zamykaj oczu, nie jestem lustrem, nie  zobaczysz w moich oczach swego odbicia. Musisz nauczyć się żyć z tymi bliznami jak z czymś całkiem normalnym. Popatrz- patrzę na nie i co? krzywię się lub dziwię? Traktuję to zupełnie normalnie choć jest mi niezmiernie przykro, że cię to spotkało. Nietrudno mi sobie wyobrazić  co przeszedłeś i jak bardzo był to poważny wypadek, skoro musieli cię długo utrzymywać w śpiączce. Lewa strona bardziej oberwała, jest w  gorszym stanie. A żebra po tych złamaniach nie dokuczają ci?  Ale pewnie strasznie długo bolały, przy każdym nieco głębszym oddechu. A wiesz  chociaż dlaczego cię tak bardzo pocięli? Bo te blizny to raczej nie są po tym uderzeniu  pojemnika, od niego to ci potrzaskały żebra. 

Tak dokładnie to nie wiem, ze mną o tym nie rozmawiali ale z ojcem.Podobno były ogromnie krwiaki, które się nie rozchodziły mimo leków i musieli usuwać skrzepy. Iza westchnęła  - i zapewne robił to specjalista od sprawiania ryb a nie chirurg . 

Przygotuję ci zaraz kąpiel taką co nie wysusza skóry, będziesz miał "śliską wodę", więc na dnie wanny będziesz miał antypoślizgową matę, ale tak na wszelki wypadek będę w łazience gdy będziesz do wanny wchodził i gdy się będziesz z tej  kąpieli wydostawał. I przypomnij sobie, że już cię widziałam gołego, więc nie kąp się w slipach. I nie używaj mydła, tylko tego płynu  co stoi w dozowniku na brzegu wanny.

Tolek uśmiechnął się smutno i spytał: a umyjesz mi plecy? Oczywiście, umyję ale tylko wtedy gdy mnie pięknie o to poprosisz.

A teraz idę zrobić uszlachetniacz wody do twojej kąpieli. A ty bądź  tak miły i poszukaj w szafie na najwyższej półce prześcieradła kąpielowego. Powinny być na moje wyczucie dwa albo nawet trzy - ciemne zielone, niebieskie i  białe. Zdejmij z  półki wszystkie, przełożę je w inne miejsce. Ja to muszę wskakiwać na stołek i na nim jeszcze wspinać się na palce gdy mam coś z tej półki zdjąć a ty sięgniesz  bez problemu - chyba. Nie rozumiem jak można produkować dla zwykłych ludzi takie szafy.

W kilkanaście minut później Iza zniknęła w łazience przygotowując kąpiel dla Tolka. Na dno wanny, która na szczęście była pełno wymiarowa więc taka żyrafa jak Tolek bez problemu mógł w niej leżeć, położyła matę antypoślizgową i zaczęła toczyć wodę. Dolała zrobioną miksturę, sprawdziła temperaturę  wody i zawołała Tolka, by przyszedł wraz z ręcznikiem  kąpielowym. Gdy już wszedł do łazienki runął na kolana  na dywaniku leżącym koło wanny, złożył ręce w błagalnym geście  i powiedział: błagam cię o pani, umyj  mnie, niegodnemu plecy. Oboje wybuchnęli gromkim śmiechem ale pomimo atmosfery zabawy Iza pilnowała by się jednak nie poślizgnął. Po kilku minutach Iza powiedziała- tak pięknie mnie poprosiłeś, że umyję ci nie tylko plecy, przód do pasa również, dobrze będzie  pomasować  te blizny w tej ciepłej,  zmiękczającej skórę wodzie. Resztę swego grzesznego ciała umyjesz sobie sam. Jak się już umyjesz i opłuczesz to wyciągnij korek z wanny i wtedy wstaniesz i dam ci ręcznik, to znaczy prześcieradło kąpielowe i zaczekam tu aż wygrzebiesz się z wanny. Wiesz, gapa z Ciebie, piżamy tu nie przyniosłeś, pójdę po nią. Gdy szła po Tolkową piżamę pomyślała, że chyba jednak coś do tego faceta czuje i że to nie jest tylko nieco zabawne i rozczulające wspomnienie  gdy czcili (w zapewne dla innych dość osobliwy sposób) jej pełnoletność.  I pamiętała dość zdziwioną minę  fotografa u którego pierwsze zdjęcie zrobiła sobie o godzinie 11 rano a w kilka godzin później następne.

Na pierwszym jest bez  makijażu, na następnym już miała makijaż, tylko włosy jakby w nieco większym nieładzie i nieco zamglone spojrzenie.

Tego wieczoru znów Iza wmasowała w blizny olejek rycynowy i okryła wszystko tetrową pieluchą i dopiero potem pozwoliła by nałożył górę piżamy.

Pomimo ostrzeżeń Tolek wybrał pokój obok kuchni. Około 23,30 oboje już byli w swoich pokojach To jednak był dość ciężki weekend, który obojgu dał wiele do myślenia Przed zaśnięciem każde z nich układało własny plan jak zdobyć, jak zasłużyć na uwagę i uczucie drugiej strony. 

Rano gdy półprzytomna Iza weszła do kuchni doznała lekkiego szoku- w kuchni był Tolek, na stole stał talerz z różnymi kanapkami a Tolek nalewał do  kubków wrzątek zalewając nim utartą z odrobiną cukru nescą.Widząc jej zdumienie spokojnie powiedział - ty mnie kąpiesz, więc ja ci robię śniadania. Nie mam problemu ze stawaniem nawet w środku nocy. W różnych porach miewałem wachty nim zostałem kapitanem.

                                                    c.d.n.









Nie wigilijna opowieść - III

Postali jeszcze na kotwicy z godzinę przyglądając się sobie wzajemnie w czasie rozmowy. Wypili  całą kawę a Iza zauważyła zmianę w postawie Tolka. Wyraźnie się rozluźnił, nie rzucał na nią ukradkowych  spojrzeń tylko się jej bacznie przyglądał. W pewnej chwili stwierdził, że choć chodzili razem 7 lat do szkoły, potem spotykali się w okresie liceum to on jej właściwie nie zna, nic o niej nie wie, a chciałby jednak sporo wiedzieć. Iza jęknęła- chłopie, przecież  nie po to nas posyłali do szkoły byśmy się tam poznawali, ale po to byśmy się uczyli czytać i pisać i zdobyli minimum wiedzy. To czego nas uczyli to kropla w morzu potrzeb każdego człowieka. Nas nawet samodzielnego myślenia  nie uczyli, nasze myśli były wiecznie sterowane. Co mi z tego, że dowiedziałam się, że są rośliny okryto i  nago zalążkowe, skoro po szkolnej biologii rozpoznam na łące co najwyżej koniczynę. Jestem w lesie i nie rozpoznaję ptasich głosów i pewnie gdyby nie mój ojciec nie odróżniłabym szpaka od drozda i jaskółki od  jerzyka. Czy ktoś nas w szkole uczył jak sobie radzić z własnymi uczuciami, jak umieć się odnaleźć w okresie dojrzewania hormonalnego  gdy ma się kompletny mętlik w głowie? Teoretycznie tego wszystkiego powinien był uczyć dom, ale chyba pamiętasz jak wyglądał przekrój klasy pod względem społecznym? Były też dzieci alkoholików, więc co mogły wynieść z domu w sensie  wiedzy o życiu? Że jest wódka  czysta i kolorowa a piwem zmieszanym z wódką  można się szybciej upić i zaoszczędzić tym samym nieco pieniędzy. I to wszystko. I nie przesadzaj, że mnie nie znasz,  trochę jednak  żeśmy się poznawali,  głównie z tej zakazanej przez rodziny strony. Trochę czasu jednak od tamtych lat minęło, w międzyczasie byli przy nas inni ludzie i tamte szczeniackie "odkrycia" pokrył kurz niepamięci. A pamiętasz moje osiemnaste urodziny czy też  już zapomniałeś? Czy wiesz, że  tego fotografa już nie ma? Ale ja nadal mam zdjęcie zrobione tamtego dnia. I wiem, że mi jedno wtedy cichcem zabrałeś. Tolek uśmiechnął się przepraszająco - mam je i mam jeszcze jedną twoją rzecz- pamiętasz jak raz zgubiłaś na łodzi swój klapek, ten "złoty"? Szukaliśmy i nie mogliśmy go znaleźć a w tydzień później mój ojciec go znalazł, był pod podłogą w kokpicie. Oczywiście nie przyznałem się, że znam właścicielkę i udawałem wielkie zdumienie skąd się tam wziął. Bo gdybym  powiedział, to by się wydało, że podprowadziłem ojcu zapasowe kluczyki od  hangaru i korzystałem bez jego wiedzy z żaglówki. Iza zaczęła się skręcać ze śmiechu, bo wtedy była pewna, że Tolek brał łódkę legalnie a nie po kryjomu. Ona o brakującym klapku powiedziała w domu, że go zgubiła , zapewne wypadł jej z siatki. A wyprawy nad Wisłę zawsze były firmowane imieniem którejś z koleżanek jeśli akurat nie wypadały w dzień, w którym się urywała ze szkoły. Pośmiali się trochę z siebie, potem postanowili popłynąć  aż do Helu i popatrzeć na miejsce gdzie się spotyka woda zatoki z Bałtykiem. Oboje byli w świetnym nastroju, a Tolek kilka razy powtórzył niczym mantrę : dobrze, że dodzwoniłem się do ciebie i żeśmy się spotkali. Za kolejnym razem  Iza powiedziała - nie  ekscytuj się, nie jestem ani mila ani dobra, jednego już wykończyłam, więc lepiej uważaj. Na dodatek jestem obrzydliwie konsekwentna i poważna, co dla niektórych jest męczące, więc uważaj z różnymi deklaracjami,  bo potem się czepiam. Tolek leciutko się uśmiechnął i podsumował - mam podobnie, mnie to pasuje.

Do Sopotu wracali na foku i silniku. Oboje zadowoleni ze wspólnie spędzonego dnia. Postanowili, że  wieczorem jeszcze wyskoczą na  molo i może wstąpią gdzieś na chwilę na tradycyjny dancing, na który namówią też rodziców Tolka. Był to pomysł Izy, która pamiętała jedną z prywatek u Tolka, gdy jego rodzice tańczyli razem z nimi  wszystkimi. Byli to jedyni rodzice, którzy wpadli na taki pomysł. A  Iza dziś wieczorem zatelefonuje do koleżanki by ta ją w poniedziałek zastąpiła. I do Warszawy pojadą w poniedziałek przed południem. I nie będą tak  gnali jak do Sopotu.

Rodzice Tolka bez problemu zgodzili się na ten plan. Iza zaproponowała, że zrobi  pani domu wieczorowy makijaż co zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem i nim Iza skończyła swe dzieło panie już były "na ty". A po drodze do Grand  Hotelu, bo tam grała prawdziwa orkiestra i ludzie  tańczyli jak Bóg przykazał parami a nie miotali się konwulsyjnie każdy osobno (jak to ślicznie określił pan domu) Iza poprosiła by Tolek  zatrzymał się  koło apteki, bo  ona musi kupić olej rycynowy. Wysiadł razem z nią a jedyne czego się dowiedział brzmiało -  ma do niej przyjść do pokoju gdy  skończy wieczorne  ablucje. Biedny chłopak wyglądał na dość zdezorientowanego- apteka, olej rycynowy, on do niej po wzięciu prysznica - coś trudno było to połączyć w logiczną całość. A gdy z nią tańczył jedyne czego się dowiedział było - nie tylko punktualność jest wielką cnotą, cierpliwość także. Twój tata świetnie  tańczy, jestem zachwycona.

Przed północą ruszyli do domu. Piętnaście  minut po powrocie do domu Tolek zameldował się w pokoju Izy. Iza usadziła go w fotelu, kazała zdjąć górę piżamy i zaczęła pomału, ale dość mocno wmasowywać olej rycynowy w blizny. Chyba nie tego oczekiwał. Iza mu spokojnie tłumaczyła, że w cywilizowanym świecie olej rycynowy nie jest stosowany przy zaparciach  jak w Polsce, ale do wcierania w blizny i stłuczenia. A na zaparcia w cywilizowanym świecie ludzie stosują oliwę z oliwek. Poprosiła by jeszcze z 15 minut nie zakładał nic, a potem by założył jakąś starą, miękką  bawełnianą podkoszulkę, którą  można prać w cieplejszej wodzie. A gdy przyjadą do Warszawy Iza da mu bawełniane, tetrowe .....pieluchy, które ochronią jego piżamy przed zabrudzeniem tym gęstym olejem.

Następnego dnia pożegnanie było jednym pasmem zapewnień z obu stron, że było bardzo miło, Iza dostała  "wieczyste zaproszenie" do odwiedzania rodziców w Sopocie, pani domu wcisnęła jej w dłoń kartkę z telefonem i adresem, Iza czym prędzej podała swój domowy numer, a pan domu zapewniał, że już czeka na jej następną wizytę bo świetnie mu się z Izą tańczyło.

Gdy w końcu młodzi wsiedli do samochodu i zapięli pasy Tolek prychnął - mój stary wyraźnie cię podrywał. Iza roześmiała się serdecznie i spytała czy byłoby lepiej gdyby się jego rodzicom nie podobała. No nie, lepiej, że się podobasz, ale jestem zazdrosny.

Iza  natychmiast spoważniała. Przez chwilę nie mówiła nic, po czym  spokojnie powiedziała - nie ma najmniejszego powodu do zazdrości. Przecież głównie tańczyłam z  tobą. Poza tym czy ty aby nie przesadzasz?  Nim coś palniesz pomyśl a potem mów. Jak na razie to nie jesteśmy parą, sam o tym dobrze wiesz. Nie można kogoś pokochać w 2 dni nawet jeśli się kogoś znało w czasach dzieciństwa i wczesnej młodości. I nie wmawiaj sam w siebie  a i we mnie, że jesteś zakochany we mnie  lub mnie kochasz.

Owszem, może jesteś zauroczony, może ci się podobam, ale to nie miłość jak na razie. Bardzo cię lubię, ale nadużyciem byłoby powiedzenie że cię kocham. Nie bazuj na tym co się między nami kiedyś zdarzyło. Jeżeli jest nam pisane, że mamy być razem to będziemy. Bo jak całkiem przytomnie zauważyłeś to mało się jednak znamy - kim innym byłam w wieku 18 lat a kim innym jestem teraz. Ty też byłeś wtedy inny, sam to wiesz. Musimy trochę ze sobą pobyć, poznać swoje reakcje  na wiele spraw. Nawet nie wiem jak teraz  całujesz. Wiem, że ten wypadek zmienił twoje życie, że w pewnym sensie poczułeś  się gorszy, że te blizny szpecą nie tylko twoje ciało  ale i duszę, niszczą  twą psychikę. Pomogę ci w tym byś jakoś wrócił do równowagi. Już raz popełniłam pomyłkę, drugi raz nie chcę jej popełnić. To nieudane małżeństwo otworzyło mi oczy  na wiele aspektów a jednocześnie też sprawiło, że poczułam się gorsza, choć on pił nie z mojej winy, tylko starannie ukrywano ten fakt  przede mną.

Na wiele kilometrów zapanowało grobowe niemal milczenie, w końcu Tolek  powiedział: wiem, że masz rację. To prawda, że ten wypadek mnie zmienił. Mam jeszcze ten list, który do mnie wysłałaś gdy byłem po wypadku. Nigdy go nie otworzyłem ale nie wyrzuciłem. Masz rację czuję się gorszy, ale już od wielu miesięcy zbierałem się by cię odnaleźć. Ciebie a nie jakąś inną dziewczynę.Ale strasznie się bałem bo minęło tyle  lat. Wiedziałem, że wyszłaś za mąż, nie wiedziałam tylko, że się rozwiodłaś. Gdy powiedziałaś, że jesteś po rozwodzie to chciałem skakać z radości. A jak teraz całuję? Nie wiem, ale mogę spróbować, choć się boję. W snach idzie mi to dobrze. I zawsze w snach  całuję ciebie, nigdy żadną inną kobietę.W pewnym sensie jesteśmy jak dwa rozbitki na bezludnej wyspie. Co prawda każde z nas jest z innego statku ale chyba możemy spróbować poznać się i połączyć swe siły. Podjedźmy gdzieś na kawę zmęczyłem się.

Iza zaprotestowała - nie , po prostu ja cię zmienię za kierownicą na  najbliższym parkingu, mam przy sobie prawo jazdy. Odpada, jestem wpisany  jako kierowca tego samochodu. Gdyby zdarzył się wypadek nawet nie z Twojej winy byłby kłopot.

Rozumiem. Następnym razem weźmiemy  mój samochód. Dobrze, na najbliższej stacji napijemy się kawy i trochę pospacerujemy, to nam dobrze  zrobi.

W dwie godziny później parkowali pod domem Izy. Gdy weszli do mieszkania Iza powiedziała do Tolka - mam dla ciebie pewną propozycję - wymelduj się z hotelu, możesz mieszkać u mnie. Będzie to wygodniejsze dla nas obojga - będziemy dość szybko wiedzieć czy damy radę mieszkać pod  jednym  dachem, będziemy się na nowo poznawać, ja  będę miała pod kontrolą te twoje  blizny, bo jestem  pewna, że tak od razu pod nóż nie pójdziesz, zawsze wpierw jest leczenie zachowawcze. Możesz korzystać z  mojego samochodu. I możesz podać osobom, z którymi musisz mieć kontakt telefoniczny, mój numer telefonu, jest na nim sekretarka, jak cię nie będzie to się ten ktoś nagra.

A teraz szybciutko zrobimy coś do jedzenia, bo ty po prostu jesteś głodny. Włącz wodę, na pierwszy ogień zrobimy kanapki, a potem  ja ugotuję coś na obiad lub kolację.

Tolek przyglądał się jej z uwagą, wreszcie zapytał - ty to wszystko mówisz poważnie?

                                                        c.d.n.



 


wtorek, 8 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść - II

Gdy przyjechali do domu Izy Tolek zatelefonował do swoich rodziców, że za chwilę wyruszy wraz z pewną miłą osobą do Sopotu i że rano wybierają się na  żaglówkę. Wyjaśnił też mamie, że ta miła osoba to Iza, z którą chodził razem jeszcze do szkoły podstawowej a potem razem w czasach liceum pływali po Wiśle. W ciągu 15 minut Iza spakowała swoje rzeczy, wzięła nawet  dwie  butelki  wody, zalała wrzątkiem kawę w termosie, zgarnęła nieco kabanosów, dwie przekrojone  kajzerki i wzięła dwa turystyczne kubki. W ostatniej chwili jeszcze dorzuciła paczkę herbatników i tabliczkę czekolady.

Najtrudniej było przejechać przez Warszawę, potem  już poszło jak po maśle. Na wszelki wypadek w Małdytach nabrali jeszcze  paliwa, wypili resztę kawy i zagryźli ją czekoladą.

Według Izy zdecydowanie za szybko jechali, ale Tolek prowadził pewnie, reflektory były dobrze ustawione, a najważniejsze, że ruch w kierunku Warszawy minimalny. O wpół do pierwszej w nocy dotarli do  domu  rodziców Tolka.

Całą drogę rozmawiali, Tolek wypytywał się gdzie  Iza pracuje, nie  wydziwiał, że jest kosmetyczką i że porzuciła po pierwszym roku studia na polonistyce. Doskonale rozumiał jej rozczarowanie tym kierunkiem  i to, że nie bardzo mogła sobie wyobrazić, że po tym kierunku będzie "panią od polskiego". Nie miała talentu pedagogicznego, nie lubiła dzieci, więc zrezygnowała ze studiów. Poza tym chciała się jak najszybciej usamodzielnić i zrobiła odpowiednie kursy by zostać kosmetyczką. Pierwsze pół roku po kursie pracowała za darmo w prywatnym zakładzie, ale  jak twierdzi opłacało się, bo bardzo wiele się nauczyła, otrzymała też od  właścicielki salonu świetną opinię oraz pomoc w dostaniu pracy w  znanej spółdzielni zrzeszającej kosmetyczki, fryzjerów oraz lekarzy. Teraz  miała już swoje własne klientki a za ścianą bez trudu dostępnych lekarzy różnych  specjalności oraz dobry salon fryzjerski. Lubiła swą pracę, miała też dostęp do najnowszych osiągnięć z dziedziny kosmetyki. Planowała z czasem stworzyć własny salon kosmetyczny. W mieście rosły jak  grzyby po deszczu nowe dzielnice i praktycznie w każdej salon kosmetyczny byłby mile widziany. Rozmawiała już o tym z prezesem jednej ze spółdzielni mieszkaniowych, który dobrze rozumiał, że na każdym owym osiedlu są potrzebne różne punkty usługowe.

O dziewiątej rano Izę obudziło pukanie do drzwi i głos Tolka dopytujący się co będzie piła na śniadanie. Tolek stwierdził, że śniadanie może, jeśli chce, mieć dostarczone  nawet do łóżka, ale Iza stwierdziła, że woli jeść przy stole i za 10 minut będzie gotowa, co nie oznacza, że ubrana już do wyjścia z domu.

Gdy wyszła z pokoju wpadła na Tolka, który na nią czekał pod drzwiami.Śniadanie zjedli w prywatnej kuchni a ilość przygotowanego jedzenia zdumiała wręcz Izę. Z wielkim niedowierzaniem patrzyła na Tolka pałaszującego takie ilości kanapek, które Izie wystarczyłyby na trzy  śniadania. Tolek jadł i jednocześnie  szykował prowiant "na drogę". W pierwszej  chwili pomyślała, że szykuje śniadanie i dla swych rodziców, ale gdy wszystko zostało spakowane w  pojemniki i schowane do termo torby zrozumiała, że to na drogę. Do mariny podjechali samochodem ojca Tolka, bo jak  tłumaczył Tolek lepiej by ten wypożyczony został w garażu.  Bo towarzystwo korzystające z parkingu w pobliżu mariny było różne a samochód na innej niż miejscowa rejestracji często padał łupem złodziei. Podświadomie idąc pomostem mariny Iza wypatrywała "Omegi", ale zatrzymali się koło niedużego jachtu kabinowego. O rany, to my tym będziemy pływać? Myślałam, że jak kiedyś  "omeżką". Jeszcze czymś takim  nie pływałam! Tolek roześmiał się  i powiedział- no to bierz się załogancie do taklowania,  załóż foka, ja obsłużę grot. Wypłyniemy kawałek  na silniku, potem postawimy żagle. 

Iza, a zrobiłaś stopień sternika? No a po co miałam robić sternika? Ty wyjechałeś a byłeś jedynym chłopakiem z którym miałam szansę dość regularnie pływać. Czy to znaczy, że potem już nie pływałaś?  No nie, pływałam kilka razy z  Wojtkiem na Holendrze na Zalewie, gdy skończyli regaty, potem kilka razy Słonką, raz Hornetem, ale po tym  jakoś mi ciąg do żeglowania przeszedł. I to wszystko. A poza tym nie lubiłam i nadal nie lubię gdy się komuś wydaje, że jeśli z nim jestem na żaglu  lub gdzieś w plenerze to jestem gotowa na podryw i "krzakoterapię". 

A pamiętasz Izuś jak się oboje pospaliśmy w Omedze? Dobrze, że kotwica nas utrzymała w miejscu bo byśmy spłynęli nie  wiadomo jak daleko w dół Wisły.  Iza parsknęła śmiechem - nic dziwnego, że się pospaliśmy, byliśmy po niezłej imprezie i mieliśmy szczęście nie tyle z tą kotwicą ale z tym , że tego dnia policja nas nie wypatrzyła. Bo była by niezła draka. Ja wtedy nałgałam w domu, że jadę na wycieczkę i dlatego mogłam po imprezie nie wrócić do domu tylko przetrwać na niej do rana i potem z tobą iść na łajbę. 

I nagle Tolek wybuchnął gromkim śmiechem, w końcu dusząc się od śmiechu powiedział - nie lubiłaś być podrywana, a ja właśnie cię podrywałem tym ciąganiem  na żaglówkę! Teraz i Iza  zaczęła się śmiać- no cóż  fajnie wyszło - ja tego nie odbierałam jako podryw i byłam szczęśliwa, a ty mnie podrywałeś i też byłeś szczęśliwy. Bardzo ich to rozbawiło. Płynęli  teraz na samych żaglach w stronę Półwyspu Helskiego.

W pewnej chwili Tolek zerknął na Izę i zapytał - a ty nadal nie lubisz blondynów? Bo kiedyś  powiedziałaś, że nie lubisz blondynów i naprawdę niewiele brakowało abym sobie zaczął farbować włosy, ale jakiś przytomny fryzjer wybił mi to z głowy. Izie wpierw szczęka opadła ze zdumienia a  potem wybuchnęła śmiechem i gdy się trochę uspokoiła to zapytała- a kiedy ja tak powiedziałam, bo zupełnie tego nie pamiętam.

Powiedziałaś to na prywatce u Zośki, a ja od razu wtedy wziąłem to do siebie i strasznie cierpiałem, że po tatusiu jestem takim platynowym blondynem. A, prywatka u Zośki? - powiedziałam tylko, że nie lubię włosów jasny blond, nie precyzując płci. Piłam to do Zośki, bo ciągle nam wciskała kit, że jej kolor jest w 100% naturalny a tak naprawdę ciągle te włosy traktowała przy myciu wodą utlenioną i płukała rumiankiem. Co prawda  ta woda utleniona to była tylko taka 3% a nie perhydrol. Tolek, litości, wtedy byliśmy raptem w siódmej klasie szkoły podstawowej. W tym wieku większość z nas wygłaszała przedziwne opinie. Przecież w liceum nadal byłeś platynowym blondynem a pływałam z tobą po Wiśle. Teraz też jesteś platynowym blondynem a płynę z tobą po zatoce. Nie sądzisz już chyba, że kolor  włosów ma jakieś niebagatelne znaczenie. Popatrz- dziś mam włosy czarne, kilka miesięcy wcześniej miałam je ciemno popielate a kiedyś miałam w kolorze czekolady. Raz były beżowo-różowe, jeszcze tylko zielonych nie miałam.Ale niezależnie od koloru  jaki mam na włosach to nadal jestem ja ze swymi takimi a nie innymi poglądami, wadami i zaletami,  które się nie zmieniają wraz z kolorem włosów. Wiesz co, zacumujmy gdzieś bliżej brzegu i napijmy się kawy i może coś zjemy?  Projekt Izy został przez Tolka przyjęty z wielkim entuzjazmem.

Zacumowali  gdzieś  pomiędzy Jastarnią Bór a Juratą, w miejscu w którym nie było możliwości spacerowania brzegiem zatoki. Tolek zajął się przygotowywaniem  jedzenia a Iza  z pewnym zdumieniem odkryła, że jest.....głodna. Było bardzo ciepło i Iza zdjęła bluzkę. Ale Tolek nadal paradował w zapiętej koszuli. Iza zerknęła na niego i spytała czy mu aby w tej koszuli nie jest za gorąco. 

Nie mam czego pokazywać, lepiej niech to zostanie przykryte - stwierdził półgłosem. Ale Iza nie odpuściła - podeszła do niego, pocałowała go w policzek i zaczęła rozpinać pomału guziki koszuli mówiąc - domyślam się że masz po tym wypadku jakąś przykrą pamiątkę, ale nie powinieneś tego przede mną ukrywać a słońce na pewno tylko pomoże a nie zaszkodzi. Skóra potrzebuje  słońca i świeżego powietrza. A ja nie boję się widoku blizn. Tolek stał z zamkniętymi oczami wstrzymując oddech. Iza zsunęła z niego koszulę. Nie wyglądało to ładnie, widać było brak troski o bardzo rozległe  i nieco poprzerastane blizny. Nie otwieraj oczu- powiedziała- muszę to pomacać, mów mi tylko kiedy czujesz dotyk. To ważne. W wielu miejscach nie czuł jej dotyku. 

Nie chciałem byś to widziała- wyszeptał. No to źle trafiłeś,  ja jestem dociekliwa. Przecież wiem, że miałeś wypadek, a skoro nie widać żadnych śladów to zapewne je ukrywasz. To proste jak dwa dodać  dwa. I wiesz, gdy wrócimy do Warszawy pójdziemy z tym do chirurga plastycznego. To jest bardzo zaniedbane, ale jak się nad tym popracuje to można wiele poprawić. Otwórz oczy i spójrz na mnie- jak widzisz nie zbladłam, nie zemdlałam na ten widok, nie uciekam z krzykiem i nie mam oporu by cię objąć  i się do ciebie  przytulić. I nie robię tego z litości - zapamiętaj to sobie. I schyl się trochę, w przeciwieństwie do ciebie nie urosłam przez te lata, a do tego jestem w klapkach a nie w szpilkach. Jutro sprawdzę w grafiku kiedy jest chirurg  plastyczny, to świetny specjalista. I uprzedzam cię, że będę cały czas przy badaniu. A potem będziesz mi musiał przyrzec, że będziesz robił wszystko to co lekarz  zleci. Tu nie jest problem natury estetycznej ale zdrowotnej. To już jest bardzo zaniedbane i naprawdę będzie wymagało sporo pracy a część blizn na pewno również interwencji chirurgicznej. Oczywiście w znieczuleniu ogólnym. Jeśli będziesz musiał być w tym czasie w Warszawie będziesz mógł mieszkać u mnie, miejsca jest dosyć. I obejmij mnie wreszcie, wiem, że tego chcesz, ja zresztą też.  A o tym wypadku opowiesz mi gdy będziesz na to gotowy, gdy się te traumę z siebie zrzuci to nawet blizny nieco miękną. 

                                                                 c.d.n.                 

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść

Izę obudził dzwonek telefonu.  Podniosła słuchawkę i raczej jęknęła niż powiedziała zwyczajowe "słucham". W tym momencie obcy głos radośnie wykrzyknął: "a jednak cię odnalazłem!".  Pomyłka!- odkrzyknęła Iza , natychmiast odłożyła słuchawkę i padła z powrotem  na poduszkę. Zerknęła jednak na zegarek- była szósta rano, właściwie to trzeba już wstać. Wyłączyła budzik i  poczłapała do łazienki. Poranne wstawanie  zawsze sprawiało jej trudność. W czasie  śniadania znów  zadzwonił telefon, a na jej  "tak, słucham", obcy męski głos, leciutko schrypnięty wyjaśnił: mówi  Anatol Garlicki, czy zastałem może Izę? 

Zastałeś, jestem przy telefonie - ale, ale przecież ty nie żyjesz! To naprawdę ty?- zapytała zdumiona.

No naprawdę ja, tak, miałem poważny wypadek ale jakoś się z tego wygrzebałem, choć długo to wszystko trwało. Od miesiąca  jestem w Polsce i dopiero wczoraj wieczorem zdobyłem  twój numer telefonu, nie ma  cię w książce telefonicznej, 3/4 wspólnych znajomych gdzieś wyparowało, twój numer podała mi Lilka, ale nie była pewna czy jeszcze jest aktualny bo ostatni raz widziałyście  się 2 lata temu.  Czy moglibyśmy się jakoś spotkać? Będę pewnie z miesiąc w Warszawie, a może dłużej, nie wiem jeszcze dokładnie od kiedy będę miał następny kontrakt. 

Iza przeleciała w pamięci najbliższe dwa dni i zaproponowała by spotkali się w najbliższą sobotę w kawiarni Budapeszt, bo to blisko jej pracy, którą kończy o 14,00, więc o 14,15 mogą się spotkać. I albo posiedzą tam  albo pojadą gdzie indziej. Tolek, ale uprzedzam  cię, bardzo się zmieniłam przez te 10 lat od naszego ostatniego spotkania, nie jestem już  blondynką. A co, zrobiłaś się na "rudą wydrę"? - zapytał. Nie, jestem teraz  "czarna wydra" i mam krótkie włosy.

Gdy odłożyła  słuchawkę zadumała się lekko.Nie widzieli się więcej niż 10 lat. Ostatni raz widzieli się chyba gdy byli jeszcze w liceum- notorycznie urywali się ze swych szkół i pływali  żaglówką po Wiśle. Iza dobrze pamiętała to ich ostatnie  spotkanie - był 1 listopada, wszyscy na  grobach a oni i kilku innych zapaleńców byli w klubie żeglarskim i taklowali żaglówki, a potem snuli się mozolnie po Wiśle bo wiatr był słabiutki,  za to było słonecznie i bardzo ciepło, Iza pływała w szortach i bluzce z  krótkim  rękawem. Zacumowali nawet niedaleko lewego  brzegu i opalali się zachwyceni ciszą, brakiem ruchu na rzece i zupełnie  niespodziewanym ciepłem. Wtedy Tolek  powiedział, że wyjeżdża z Warszawy, będzie zdawał do szkoły morskiej, bo nie widzi siebie poza zawodem marynarza. Potem okazało się, że "wylądował" na początek w szkole rybołówstwa  morskiego, potem z  jego listów przebijało wielkie rozczarowanie, bo bycie uczniem a kimś kto już ukończył szkołę to wielka różnica, był opis rejsu do Wielkiej Brytanii i ...korespondencja się urwała. Potem ktoś ze spotkanych kolegów doniósł, że Tolek miał podczas rejsu wypadek i nie wiadomo czy żyje, bo przygniótł go jakiś duży pojemnik. Iza wysłała nawet do Tolka list, ale nigdy nie otrzymała odpowiedzi. Nie wpadła na pomysł by zadzwonić do jego rodziców- jakby na to nie spojrzeć nigdy nie byli z Tolkiem parą, a całowanie się dziewczyn z chłopakami było w ich  "paczce" czymś normalnym i nie mającym żadnego skutku. Nie podawano sobie rąk w ramach powitania ale się obejmowano, przytulano, całowano. Czuli się niemal jak "dzieci  kwiaty". Ot, wymiana mikrobów, jak mawiała jedna z matek.

Mając na względzie spotkanie z Tolkiem Iza  w piątek rano zgłosiła na recepcji, że  na sobotę mogą do niej umówić najwyżej jedną klientkę, bo ta, którą ma zapisaną na sobotni ranek zajmie jej  dużo czasu, a ona w tę sobotę nie ma  zamiaru wyrabiać jakichś  nadgodzin, musi wyjść z pracy punktualnie. Faktycznie klientka spędziła u niej kilka godzin, po jej wyjściu Iza zeszła jeszcze do salonu fryzjerskiego i poddała swe włosy lekkiemu odświeżeniu. Z przyjemnością zgodziła się na masaż głowy i karku, czuła jak schodzi z niej zmęczenie. Wróciła do swego gabinetu, niespiesznie poprawiła makijaż, powyłączała całą aparaturę, zaciągnęła żaluzje i zeszła do służbowej szatni by zmienić "obuwie  zdrowotne" na niewątpliwie mniej zdrowotne szpilki. Obejrzała się jeszcze w dużym lustrze - jej wygląd całkowicie ją satysfakcjonował. Kolega, który właśnie kończył strzyżenie mrugnął do niej porozumiewawczo i zapytał  "no i jak, dobrze wykonałem swe  zadanie?" Jak zwykle - z uśmiechem odpowiedziała Iza.

Przed wejściem do kawiarni dostrzegła Tolka - stał przeglądając jakieś czasopismo. Nadal był przeraźliwie chudy, tylko jego wiecznie rozwichrzone włosy były bardzo krótko przycięte i nawet uporządkowane. Wyglądał nieco po farmersku - dżinsy, koszula w kolorową kratkę i zamszowa kamizelka wzajemnie się uzupełniały. Iza nieco zwolniła by się mu przyjrzeć. Właściwie niewiele się zmienił, chyba tylko nieco urósł.

Podeszła bliziutko i spytała- a czemu ty tu czekasz a nie w kawiarni? Tolek z lekka spłoszony oderwał wzrok od czasopisma i spojrzał na nią niezbyt przytomnym wzrokiem a potem jak za dawnych lat objął i przytulił pytając - czy gdy cię pocałuję to nikt mi nagle nie przygrzmoci? Iza roześmiała się- nie, nie przygrzmoci. Tolek wycisnął na jej policzkach dwa pocałunki i stwierdził, że na górze jest straszny tłok, więc on   pomyślał, że może będzie lepiej gdy pojadą do klubu jachtowego bo teraz jest tam kawiarnia. Chodź Iza, weźmiemy taksówkę i tam podjedziemy. Albo nie, wypożyczę samochód, to nawet lepsze, bo koło klubu z pewnością potem nie znajdziemy taksówki. Iza wzruszyła ramionami- jak chcesz, mnie wszystko jedno. Albo możemy zrobić jeszcze inaczej - wsiądziemy w  autobus i pojedziemy do mnie- zaproponowała Iza.Tolek  jednak uparł się na wypożyczenie  samochodu i ruszył do hotelu Forum,w którym się  zatrzymał. W pół godziny później siedzieli na tarasie klubu jachtowego i pili kawę, a Tolek usiłował doszukać się smaku w podanym mu ciastku. Okazało się, że Tolka już niewiele spraw łączy z Warszawą  Jego rodzice  sprzedali  mieszkanie swoje i Tolkowej babci i przeprowadzili się  do Sopotu, a poza tym zakupili działkę w Dębkach i z czasem postawią tam domek letniskowy. 

Izę nieco dręczyła  sprawa wypadku Tolka, ale nie śmiała się o to go zapytać. Uznała, że może ten temat jest dla niego traumą i że gdyby chciał to sam by jej o tym opowiedział. Zdziwiła się, że Tolek pływa głównie pod obcymi banderami a teraz czeka na zatrudnienie u włoskiego armatora. Usłyszała więc cały wykład na temat ucieczki różnych armatorów od bander narodowych głównie z przyczyn podatkowych. I że te bajeczne zarobki marynarzy wynikają głównie z tego, że w jednym kraju coś kupią a sprzedadzą korzystnie w innym, a nie dlatego, że świetnie zarabiają. Iza była nieco zdziwiona. Widząc jej zdziwienie Tolek powiedział - i nie wierz, że w każdym  porcie każdy marynarz ma dziewczynę. Oczywiście marynarze nie święci , są wśród nich amatorzy płatnej miłości, ale nie większość. Przecież wśród tych co nie pływają po morzach też takowych nie brak. To jest praca, ciężka praca a w porcie  bywa się raczej krótko i też jest fura obowiązków. Wiesz, marzy mi się rejs taki na luzie, własną łajbą dobrze wyposażoną, z załogą składającą się z samych takich samych narwańców jak ja. Kombinujemy z kilkoma kumplami by zająć się turystyką, zarobkowo, w jakimś miłym i dość ciepłym zakątku świata. A przynajmniej w takim  miejscu , w którym jest długi sezon turystyczny. Na razie  nawiązujemy różne kontakty, łapiemy pracę na wycieczkowcach by wszystko wyczaić.

Izuś, a co ty robisz? Słyszałem od Lilki, że wyszłaś za mąż, ale jakoś nie widzę wcale obrączki tylko kilka bardzo ładnych pierścionków - Tolek ujął jej rękę i z zainteresowaniem oglądał pierścionki.

Iza ciężko westchnęła - no wyszłam ale już  zdążyłam się rozejść - omal się nie pozabijaliśmy. Ja po prostu nie pozwolę nikomu by mnie przerabiał na swój model, a może raczej na model jaki mu mamuśka stawiała za wzór. Nie ukrywam jaka  jestem. Gołym okiem widać - uprzedzałam lojalnie, że nie nadaję się na żonę która będzie po mężusiu sprzątać, obiadki pod nos podtykać, głaskać po głowie gdy wróci do domu zapity i prowadzić do kibla gdy mu się zechce wymiotować. Gdyby to było wskutek choroby to co innego, ale skoro się zapił, choć wie, że tak się to u niego kończy to ja  dziękuję za takiego męża. Pewnego wieczoru gdy wrócił pijaniutki zatelefonowałam do teściów i powiedziałam , żeby po niego przyjechali i zabrali sobie do domu to swoje szczęście.  

No i co? - Tolek był wyraźnie zaciekawiony. Przyjechali, wyciągnęli go z łazienki, gdzie obejmował czule kibel, a ja spakowałam jego dwie walizki i powiedziałam, żeby mi go tu więcej nie przysyłali, bo ja wnoszę sprawę o rozwód- nie będę żyć z pijakiem. Na szczęście to było moje mieszkanie, a ja mówiłam co prawda przed ślubem, że nie jest moje ale  babci i wcale jeszcze nie był w nim zameldowany, bo babcia wg mojej wersji była chora i nie mogła go zameldować, więc tylko przezornie zmieniłam zamek w drzwiach. A mąż mojej koleżanki jest adwokatem i bardzo szybko mnie rozwiódł.  Tolka bardzo rozbawiła ta historia - śmiał się  i stwierdził, że Iza jest bardzo niebezpieczną kobietą. Potem tylko zapytał, czy może tym nieudanym mężem był ktoś ze wspólnych znajomych, ale Iza powiedziała, że nie.

A jak z tobą? Czeka gdzieś na  ciebie jakaś pani Garlicka lub kandydatka na panią Garlicką?  Nie, nie ożeniłem się nawet na chwilę, nie mam też żadnej kandydatki na to stanowisko. Przecież mnie ciągle nie ma w domu, ja wszak pływam. Małżeństwo to raczej powinno razem mieszkać a nie w odległości wielu setek mil morskich od  siebie.Poza tym tak naprawdę poza tobą, nie znam dziewczyn które chciałyby spędzać wolny czas na żaglu, a ja na urlopie nie siedzę na lądzie tylko pływam na żaglu. Wiem, to wielu dziwi, ale ja tak mam. A co byś powiedziała gdybyśmy tak dziś pojechali  nad zatokę Pucką? Przenocujemy w domu moich rodziców, raniutko skoczymy nad zatokę, popływamy na żagielku kilka godzin i wrócimy do Warszawy. Pływanie po zatoce jest naprawdę bardziej ekscytujące niż po Wiśle, przekonasz się. Starzy mają domek, a tak dokładnie niemal pensjonat, dostaniesz własny pokój.

Izie niemal szczęka opadła gdy to wszystko usłyszała.Gapiła się na Tolka jak cielę na malowane wrota wreszcie wymamrotała -  ale muszę wpierw wpaść do siebie do domu, przecież nie pojadę w szpilkach i tym ubraniu. I tak na wszelki wypadek zadzwonię do koleżanki żeby w razie czego mnie zastąpiła, choć ma w poniedziałek wolne. Mam umówione dwie klientki.

W szpilkach to możesz jechać, tylko weźmiesz coś wygodniejszego ze sobą na przebranie. Bo w tych szpilkach wyglądasz naprawdę fajnie. I nawet te ciemne włosy tak asymetrycznie obcięte pasują do ciebie.

                                                    ciąg dalszy nastąpi



P.S. jak zawsze proszę albo o komentarze albo o znaczki    :)   lub    :(


niedziela, 11 października 2020

Samo życie - IX

 Drugi tydzień pobytu spędzali głównie na plaży - słońce pracowało bez zarzutu, Wojtek i Michaś pomału ciemnieli, babcia czym prędzej zakupiła dla dziadka i siebie kapelusze by nieco ochronić się od słońca. Popołudniami Wojtek chodził z synkiem na długie spacery.

Usiłował  dość  delikatnie a jednak stanowczo wytłumaczyć chłopcu, że być  może będzie musiał jeszcze przez jakiś czas mieszkać z mamą, bo wprawdzie już jest  złożona sprawa w sądzie by Michaś mógł mieszkać nie z mamą ale z tatą, to i tak wszystko zależy od decyzji sądu. Przygotowywał też dziecko do sytuacji, że zapewne będzie musiał w sądzie powiedzieć dlaczego nie chce z mamą mieszkać. No i tłumaczył, że jeśli sąd uzna, że może  mieszkać z tatą to będą dni, że będzie u dziadków, wtedy gdy Wojtek będzie musiał na kilka dni wyjechać służbowo. No a poza tym ile razy będzie miał ochotę to będzie mógł bywać u mamy. Co do bywania u mamy to Michaś nie wykazał żadnego entuzjazmu, ale to, że będzie czasem kilka dni u dziadków bardzo mu się podobało.

W jedno popołudnie poszli jeszcze na hipodrom i Michaś dał się namówić na przejażdżkę konną. Był z początku nieco przerażony, ale że koń był z tych, które służą do hipoterapii i był przyzwyczajony do zestresowanych dzieci i nie reagował na ich strach, po kilku minutach powolnego człapania na końskim grzbiecie Michasiowi się to spodobało. Przy kolacji opowiadał ze szczegółami dziadkom jak "jeździł konno".

Jak wiadomo każdy urlop się kiedyś kończy i po dwóch tygodniach, które bardzo szybko Michasiowi minęły wrócili do Warszawy. Gdy już dotarli do domu,  zjedli kolację, a Michaś wylądował w łóżku, Wojtek zatelefonował do Marzeny, żeby jej powiedzieć, że już wrócili i że chce by Michaś był u niego do końca wakacji.  Ale telefonu nikt nie odbierał. Ponowił próbę połączenia się około godziny 23,00, ale nadal nikt nie odbierał. Zatelefonował również rano- nadal cisza. Po śniadaniu zaprowadził Michasia do swoich rodziców, szeptem wyjaśnił mamie, że musi odnaleźć Marzenę by z nią porozmawiać bez obecności dziecka. Wziął klucze od jej mieszkania, które Michaś przyniósł ze sobą owego wieczoru i jeszcze przed udaniem się do pracy poszedł do  mieszkania Marzeny.  Nie znalazł tam nikogo, w zlewie walały  się brudne naczynia,widać było, że czekają od kilku dni na umycie. Wpadł na 2 godziny do pracy, pozałatwiał najpilniejsze sprawy, zatelefonował do Janka , powiedział o sytuacji i postanowił pojechać do  jej rodziców, bo podejrzewał, że u nich jest.

Teściowa nawet się ucieszyła, choć miała pretensję, że przyjechał bez dziecka. Wyjaśniła mu, że Marzenka poznała jakiego mężczyznę, ale teściowa nie wie kto to jest, nie widziała go, bo Marzena nie uznała za stosowne go przedstawić, choć siedział w samochodzie gdy Marzena była ostatni raz u matki by jej powiedzieć, że wyjeżdża  do Włoch i nie wie kiedy wróci. 

Bo widzisz Wojtku, ona chce sobie życie ułożyć- tłumaczyła teściowa. Ależ to bardzo dobrze, stwierdził Wojtek, przecież jest wolna. A ja złożyłem wniosek w sądzie by dziecko było u mnie bo widzi mama....i tu opowiedział ze szczegółami co zaszło przed ich wyjazdem nad morze. Teściowa aż łyknęła jakieś kropelki na uspokojenie, powachlowała się gazetą i powiedziała - wiem, że Michasiowi będzie u ciebie dobrze, będę w sądzie świadczyła na twoją korzyść, ale obiecaj mi, że będziesz co jakiś czas przyjeżdżał razem z Michasiem. To mój jedyny wnuczek przecież. A Marzena, choć to moja córka to.... no nie wiem w kogo to się wdała- leniwa, i nawet dzieckiem nie za bardzo umie się zająć. I dla dobra Michasia będę świadczyć w sądzie przeciwko niej. Nie jestem zaślepioną matką, umiem dostrzec jej wady. A ty Wojtusiu dalej jesteś sam? No nie sam, mam Michasia- roześmiał się Wojtek. Ale jeśli  idzie o kobiety to jestem sam. Chyba za mocno się sparzyłem na Marzenie, a poza tym to bardzo dużo pracuję. No i oczywiście będę tu przyjeżdżał z Michasiem, obiecuję. A Marzenie zapewne będzie łatwiej  ułożyć sobie życie na nowo gdy nie będzie  musiała opiekować się dzieckiem. Może przyjedziemy w najbliższą niedzielę, jeśli nic się nie wydarzy. Pożegnał się z teściową, przekazał pozdrowienia dla teścia i niemal wskoczył do swego samochodu- po prostu rozpierała go radość.

Gdy tylko odjechał nieco dalej natychmiast wysłał wiadomość do Janka. Wierzył matce Marzeny, zdążył ją nieco poznać gdy tu mieszkali. Janek napisał tylko jedno zdanie- będę u ciebie dziś około 19,00.

Michaś został na noc u dziadków - "bo przecież  jak mam tu rano przyjść, to będzie lepiej jak od razu zostanę na noc" - stwierdził.  Ani dziadkowie  ani Wojtek nie protestowali. Wojtek króciutko opowiedział czego się dowiedział u teściów i co powiedziała teściowa. Mama Wojtka zaś powiedziała - mnie to twojej teściowej żal, przecież to strasznie zarobiona kobieta, ale bardzo dobrze zorganizowana i dobrze jej z oczu patrzy. To jasne, że powinieneś ją z Michasiem odwiedzać. Od tego, żeście się  rozeszli nie przestanie być babcią Michasia ani twoją teściową. 

Zgodnie z zapowiedzią Janek był o 19,00. Załapał się na "babciną szarlotkę", której połowę przyniósł od  matki Wojtek. Janek uwielbiał ten rodzaj ciasta, o czym mama Wojtka dobrze wiedziała. Robiła  tę szarlotkę na bardzo cieniutkim cieście, a jej wierzch stanowiła beza. Wiadomość o tym, że Marzeny nie ma w Polsce oraz o tym, że jej własna matka będzie świadczyć przeciwko niej przekazał adwokatowi.  Wiesz, dobrze, że masz za sobą jej matkę, trochę marnie, że nie ma Marzeny, bo się sprawa przeciągnie w czasie. Daj mi jeszcze adres swojej teściowej w takim razie, może być potrzebny.

Janek przyniósł też album "Rodzina na plaży" wykonany już w Warszawie.  Rzeczywiście  na jednym ze zdjęć Wojtek wyglądał groźnie a jednocześnie smutno. No wiesz, jak mogłeś mnie sfotografować gdy  miałem taką minę?  To nie  fair! Kolego, ale to samo życie, nie zawsze można wyglądać jak  Adonis, śmiał się Janek. Ty popatrz na swego syna - ma cały czas uśmiechniętą buzię, dobrze mu tam było. Nie przepadam za dziećmi, ale jego to kocham. To mądry i grzeczny chłopczyk. Podziwiałem go w ZOO, bo jak na sześciolatka to sporo wie o zwierzętach i niemal wszystkie już z daleka poznawał.  Kupię mu "pod  choinkę" jakiś ładny album i to niekoniecznie u nas, gdzieś na wyjeździe. A jak on świetnie opowiadał o tukanie - no normalnie aż mnie zatkało, nawijał jak stary.  Nic dziwnego - powiedział Wojtek -Michaś  zdolny po tatusiu, a dziadek mu stale  kupował książki o zwierzakach i czytał. Przez jeden rok przebojem  sezonu była "Encyklopedia zwierząt" oraz "Encyklopedia ryb". Całe szczęście, że gustował w lwach, ale teraz w Sopocie majaczył coś o posiadaniu kota lub psa. Więc jak coś usłyszysz od niego o chęci posiadania jakiegoś kota lub psa to bądź tak miły i zgaś jego zapał.

Wiesz, mam żal do Marzeny, ale urodziła fajnego synka. No fakt, nie ma babka talentu do bycia  matką i żoną, ale zastanawiam się czy nie wplątała się w coś. Dziwię się, że nie przedstawiła kogoś z kim wyjeżdżała swojej matce, zwłaszcza, że był w samochodzie. Mnie to pokazała swej matce zaraz po pierwszej randce.  

Wojtusiu, Wojtusiu, Marzena to już duża dziewczynka i musi sama o siebie zadbać. Może poderwała jakąś " nadzianą szychę" a do matki wiózł ją tylko kierowca a nie facet, z którym jest. No może masz rację- zgodził się Wojtek. Jutro wpadnę do jej mieszkania, zabiorę resztę rzeczy  Michałka, zabawki i książki , a że nie wiadomo kiedy wróci to zakręcę w mieszkaniu wodę. Wiesz co, zadzwoń Janku do niej do pracy i zapytaj kiedy będzie. Mój głos,  ta  babka, z  którą Marzena pracuje w jednym pokoju  już zna, więc lepiej jak ty zatelefonujesz

I tak jak powiedział, Wojtek wpadł po rzeczy Michasia, umył naczynia pokutujące w zlewie i zakręcił wodę. Na koniec zostawił kartkę, że zakręcił wodę bo nie wie kiedy Marzena wróci.

Mniej więcej w trzy tygodnie później w sądzie rodzinnym odbyła się rozprawa.

Michałek był pytany o to  z kim chciałby mieszkać. Pytano go również o tę jego nocną wyprawę do Wojtka. Swoje zeznania złożyła również matka Marzeny i oświadczyła, że jej zdaniem  Michaś powinien być u swego ojca.

Świadkiem w sprawie był również Janek oraz  rodzice Wojtka.

Sąd rodzinny podjął decyzję, że z uwagi na dobro dziecka nie będzie odkładał sprawy do czasu aż jego matka  raczy kiedyś powrócić, zwłaszcza, że ojciec dziecka  nie był pozbawiony praw rodzicielskich ani nie miał ograniczonego dostępu do dziecka. Ponadto cieszył się nieposzlakowaną opinią.

Wojtek był szczęśliwy, że sąd zdecydował się nie czekać aż pojawi się matka  dziecka, która przecież dobrze wiedziała,  kiedy Wojtek wraca z dzieckiem i jej nieobecność sąd uznał za porzucenie dziecka. 

Marzena pojawiła się u swoich rodziców tuż przed Bożym Narodzeniem. Twierdziła, że przyjechała tylko po swoje dokumenty bo wychodzi za mąż.  Podobno nie powiedziała rodzicom za kogo wychodzi za mąż ani gdzie będzie mieszkać z nowym mężem. Nie chciała również zobaczyć Michasia. Złożyła tylko wizytę notariuszowi i swoje mieszkanie przepisała na Michasia  jako darowiznę.

Matka Marzeny ciężko odchorowała całą tę historię. Wojtek, tak jak obiecał, regularnie raz w miesiącu jeździł z Michasiem do swych teściów.

Przyjaciele nie zdecydowali się jednak na kupno domów na obrzeżach  miasta. Kupili dwa mieszkania w nowoczesnym, eleganckim budynku  w tej samej dzielnicy, w której mieszkali. Poza tym kupili do spółki dużą willę   nad  Morzem Śródziemnym i tam starali się w jednym czasie spędzać wakacje.

W cztery lata później odbyły się dwa śluby, obaj przyjaciele zmienili swój stan cywilny.

Dziesięcioletni Michał niemal uwielbiał swą nową mamę, która twierdziła, że właśnie przez Michała zapragnęła być żoną Wojtka.A Janek ożenił się z bardzo inteligentną panią doktor filozofii i nie przeszkadzało mu (chyba po raz pierwszy), że nie oglądali się za nią wszyscy faceci gdy z nią szedł "monciakiem.

                                                                KONIEC







sobota, 10 października 2020

Samo życie -VIII

Wiem, wiem, że jesteśmy jak bracia -zaczął Wojtek, ale w tej chwili otworzyły się drzwi sypialni i wysnuł się z niej z przymkniętymi oczami Michaś, coś mruknął i posnuł się w stronę łazienki. Gdy wrócił rzucił się Jankowi na szyję i poprosił- połóż mnie do łóżka wujku. Cóż było robić - Janek dźwignął Michasia  na ręce i zaniósł do sypialni mówiąc: ale się zrobiłeś ciężki, kolego! Po dwóch minutach wrócił i powiedział do Wojtka- widzisz, jestem wujkiem, czyli twoim bratem. Nawet dziecko to wie. Ale on naprawdę zrobił się ciężki, chyba porządnie tu je, no ale może to ja osłabłem i mi się zdaje. Oj, nie zdaje ci się, buźka mu się zaokrągliła, on tu całkiem ładnie je, a mama wciągnęła go do kuchni i jest straszliwie dumny, że jej pomaga. Służy mu ten pobyt nad morzem, zresztą pamiętasz- nam też zawsze służył. Tylko wtedy atrakcji było mniej, ale to nam w niczym nie przeszkadzało- stwierdził Wojtek. 

A tak na temat morza - czy nie interesował by cię bliźniak nad Morzem Śródziemnym? Dostałem ciekawą propozycję - jako wynagrodzenie za projekt jeden domek, a tak naprawdę to bliźniak. Od razu pomyślałem, że moglibyśmy to wziąć. Na początek mógłby nieco zarobić na siebie i byśmy połówkę wynajmowali letnikom,  a z drugiej połówki korzystali na zmianę. Tam jest długi sezon, nie wyjęte pół roku. Ale można by przystosować do całorocznego użytkowania, bo nie jest nad samym morzem ale ze 700 metrów od morza. A z czasem będzie jeszcze dalej od wody, bo na pewno zrobią tam plażę i nawiozą w związku z tym piachu, bo w tej chwili to jest tam "plaża" szerokości około 2 metrów.W końcu ludzie tam mieszkają cały rok, podobno zimą też jest sporo chętnych, bo zimy tam łagodne. I zimą mają przyjmować ludzi na rehabilitację . Teraz taka moda nad całym Morzem Śródziemnym. Mam dać odpowiedź czy wezmę tę ofertę. A jak się nam pobyty tam znudzą to będziemy go wynajmować- i co ty na to? 

A ile chcesz za połówkę bliźniaka? -spytał spokojnie  Janek. No co ty, zgłupiałeś?- oburzył się Wojtek. Jasne, że nic nie chcę! No właśnie, nic nie chcesz, a mnie każesz jakieś rachunki wystawiać. To ty  chyba zgłupiałeś Wojtusiu, nie ja. No jasne stary, pewnie że chcę. Ale wiesz co? strzeżonego  Bóg strzeże, więc muszę ten twój kontrakt przejrzeć, żebyś się nie wpakował na minę. Czasem te kontrakty mają ukryte haczyki, więc nim podpiszesz to wszystko posprawdzam, zresztą na podpisanie pojadę tam z tobą. A oni anglojęzyczni czy wydamy na tłumacza ? Nie wiem, dopiero co dostałem tę propozycję i jeszcze się we wszystkim nie rozpatrzyłem. Nie mam nawet jeszcze wszystkich danych do projektowania. 

Ale, ale - jest jeszcze jedna okazja - mój szef będzie chyba brał się  za  jakieś nowe osiedle, nowy teren, na razie  jest tam walka i przepychanka o kilka miejsc, a wiesz- on największym tuzem  w tej rozgrywce nie będzie, ale on ma więcej szczęścia niż rozumu,  może mu się trafić jakiś dobry teren, więc trzeba  mieć rękę na pulsie i jeśli to nie będzie w całkowitych  kartoflach to może zmienimy nasze  "emczwórki"  na domki. Szef szalenie o mnie ostatnio dba, doszło do niego , że dostałem kilka propozycji zmiany "barw klubowych", więc dwa domki mam szansę wyrwać od niego za cenę jednego.

Noooo, brzmi nieźle ,  tylko żeby to były dwa sąsiadujące ze sobą, to sobie zrobimy wspólną  piwnicę jako "mechanę" i wstawimy stół bilardowy- snuł projekt Janek.A obok saunę- dodał Wojtek śmiejąc się.

O której jutro wstajecie?- zapytał Janek. A tak między ósmą a dziewiątą. Chyba musimy iść spać, w takim razie- stwierdził Janek. A macie jakiś plan na jutro?

Jeśli tylko nie  będzie lało to pojedziemy do  ZOO. Mam nadzieję, że ty też z nami pojedziesz. Bo tylko śmierć może cię z tego zwolnić, Michaś by ci tego nie darował.  Czy wiesz, że on czekał aż samolot z tobą wzbije się w powietrze i niemal zniknie  za horyzontem i dopiero wtedy mogliśmy odjechać.

Następnego dnia Janek wpierw zatelefonował do Wojtka i powiedział, że do Oliwy to pojadą jego samochodem, bo choć to nie kombi to i tak się zmieszczą,  nawet z fotelikiem  Michasia- on i Wojtek z przodu, z tyłu babcia , dziadek i Michaś. Pogoda była "w sam raz", a na niebie ani jednej chmurki. Janek został wyściskany i poprzytulany przez rodziców Wojtka, Michaś  wręcz podskakiwał z radości, że jest jego ulubiony wujek i że.... pojedzie nowym  audi wujka. Do rodziców Wojtka Janek od dziecka  zwracał się  per ciocia, wujek, podobnie jak Wojtek do jego rodziców. I wcale nie miał znaczenia fakt, że żadne pokrewieństwo nie łączyło tych osób.

Podróż do Oliwy nie  zajęła wiele czasu, nawet jeszcze były miejsca na parkingu. Oliwskie ZOO jest największe w Polsce pod względem obszaru i chyba najładniej położone, bo zajmuje aż 123 hektary Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Trzeba się nieźle nachodzić po terenie by je  zwiedzić. Dobrze, że jest też sporo miejsc do odpoczynku, jest gdzie  ugasić pragnienie i ewentualnie zaspokoić głód. Dziadkowie po trzech godzinach mieli dość - stwierdzili, że podjadą tramwajem do kolejki i nią wrócą do Sopotu. Michał był zachwycony - wszystkie  zwierzęta były "najpiękniejsze na świecie", z "Małego ZOO" trudno było go wyciągnąć, bo tam dzieci mogły karmić różne  zwierzęta domowe, nawet małą lamę. Michaś zaliczył też park linowy, oglądał karmienie lwów i pingwinów, z trudem udało się go odciągnąć od tukana i od dzioborożca, zachwycał się miniaturowymi hipopotamami, nawet świnki wietnamskie wzbudziły jego entuzjazm. Zjadł w tym czasie  3 porcje lodów i wreszcie po 5 godzinach zwiedzania zgodził się, że jednak już czas wrócić do domu. Po drodze wstąpili do restauracji na obiad, w czasie którego Michaś oświadczył, że jak dorośnie to będzie pracował w ZOO i że chciałby jeszcze raz do tego ZOO przyjechać. Ojciec i wujek powiedzieli mu, że gdy oni byli dziećmi to też chcieli pracować w ZOO i że nie często to co się podoba dziecku gdy ma lat 6 podoba się i wtedy gdy  już dorośnie i ma wybrać kierunek studiów rzutujący potem na jego drogę zawodową. 

Janek cały czas w ZOO robił zdjęcia Michasia i obiektów które Michaś podziwiał, więc po drodze do domu wstąpili do zakładu fotograficznego by zamówić odbitki i to koniecznie w formie albumu.

Tego dnia Michaś już o godzinie 19,00 znalazł się w łóżku. Wojtek uprzedził synka, że wieczorem może go nie być w domu, ale będą babcia i dziadek, a on z wujkiem chcą jeszcze pójść na długi spacer, ale na pewno wróci około 23,00 by zwolnić dziadków, którzy wieczorny  film obejrzą tu a nie w swoim mieszkaniu.

Panowie wpierw zrobili rundkę bulwarem, ale gdy  po raz trzeci zostali zaczepieni przez bardzo młode dziewczyny (zapewne adeptki najstarszego zawodu świata) poszli nad brzeg  morza, zakasali spodnie i pospacerowali brzegiem plaży. Bardzo im się ten spacer podobał. Nie byli jedynymi spacerowiczami o tak późnej porze.

Niedziela powitała wszystkich bajeczną pogodą- było tak pięknie, że Janek postanowił wrócić do "cywilizacji" dopiero w poniedziałek. Planował  wstać o czwartej rano i ruszyć w drogę. Uprzedził tylko telefonicznie swoją sekretarkę, że nie będzie go na pewno do południa. Michaś promieniał - był tata, wujek, dziadkowie. Pływać co prawda  jeszcze nie umiał, ale - nauczył się nurkować. Najważniejsze, jak stwierdził Wojtek -że nie bał się wody. I oczywiście Janek  zrobił kolejną sesją fotograficzną pod tytułem "Rodzina na plaży". Babcia tylko była z lekka nieszczęśliwa "bo ten wiatr robi z moich włosów furę kłaków i wyglądam jak czarownica"- narzekała. Po obiedzie na plażę wrócili już bez dziadków, ale to w niczym nie umniejszyło radości Michasia. W pewnej chwili zawołał- "najlepiej byłoby gdybyśmy wszyscy mieszkali razem". Na zapytanie Wojtka co ma na myśli mówiąc "wszyscy razem"  Michaś wyliczył- no my razem z wujkiem i dziadkami.

Przyjaciele popatrzyli się na siebie znacząco, a Janek powiedział- no widzisz, bliźniak albo willa dwurodzinna nas czeka. A Michaś już snuł plan przyszłościowy, ale jakoś nie było w nim ani słowa o....matce. Muszę to zapamiętać by to zacytować na rozprawie - szepnął Janek do Wojtka.

A Wojtek od razu wpadł w wielki namysł - a może w takim razie podsunąć inwestorowi pomysł osiedla willi wielorodzinnych, na przykład willi na trzy rodziny. Zaraz podzielił się tą myślą z Jankiem, ale  Janek stwierdził, że pomysł dobry, ale nie  w Polsce. Bo tu każdy najchętniej żyje w myśl zasady "każdy sobie rzepkę skrobie" i byłyby tylko wieczne kłótnie o to kto i ile ma włożyć pracy we wspólne  miejsca, kto ma sprzątać klatkę schodową, dbać o ogródek itp., naprawić klamkę w drzwiach wejściowych do budynku. Po chwili namysłu Wojtek przyznał mu rację.

Ale od tej chwili coraz częściej popadał w namysł, w jego głowie już powstawał projekt "bliźniaka", ale bliźniaka dużego, nietypowego. Jednocześnie gdzieś tam z tyłu głowy jakiś trzeźwy głosik mu szeptał - wszystkie dobre miejsca w tym mieście już dawno zabudowane, nowe osiedle to problem ze szkołą i dojazdami do pracy. Przestań marzyć.Własny dom to bezustanne ładowanie w niego pieniędzy, istny worek bez dna. A jeśli to będzie wolnostojący dom to ciężko będzie ogrzać. Pomyśl jak mało masz wolnego czasu. I zastanów się, kto będzie odwoził Michasia do szkoły gdy ty będziesz musiał gdzieś jechać? Rodzice nie są wieczni, w tym wieku w każdej chwili może im zdrowie mocno nawalić i co wtedy? Lepiej rozejrzyj się za większym mieszkaniem, popatrz gdzie budują jakieś plomby. Nawet najdroższe mieszkanie będzie  cię mniej kosztowało w utrzymaniu niż własny dom. I na co ci ogródek? Jak wypali projekt z domkiem nad Morzem Śródziemnym to wystarczy całkowicie. Zaczekaj z tymi planami aż Michaś będzie bardziej samodzielny. Masz trzy pokoje z kuchnią a Michaś do szkoły będzie chodził sam i nawet przez jezdnię nie będzie musiał przechodzić.

Coś ty się tak zasępił? - zapytał Janek, który już od dłuższej chwili przyglądał  mu się uważnie. Wojtek skrzywił się lekko - po prostu dotarło do mnie, że z tym domkiem gdzieś na obrzeżach miasta to raczej głupi pomysł, zbyt wiele komplikacji, może tylko po prostu lepiej z czasem zmienić mieszkanie na nowocześniejsze. Zwłaszcza, że zakładam, że Michał będzie ze mną, a wtedy nie mogę być daleko od rodziców. Ale ten  nad Morzem Śródziemnym to nadal dobry pomysł i traktuję to jak inwestycję. A już myślałem, że planujesz jakąś zbrodnię- zaśmiał się Janek - miałeś tak ponurą minę że aż strach.

 


piątek, 9 października 2020

Samo życie - VII

Piątek powitał wszystkich porannym deszczem. Po śniadaniu postanowiono, że to będzie dobry dzień na odwiedzenie Oceanarium w Gdyni.  Nie oni jedni wpadli na ten pomysł, trzeba było postać w kolejce po bilety.  Na szczęście nie było szkolnych wycieczek. Babcia z dziadkiem dość szybko opuścili budynek, ale Michaś bardzo dokładnie oglądał mieszkańców każdego z akwariów, w pewnej chwili Wojtkowi przyszła do głowy idiotyczna myśl, że Michał liczy ile ziaren piasku jest w każdym akwarium. Ale chłopiec tylko bardzo dokładnie i uważnie wszystko oglądał. 

W pewnej chwili powiedział - dobrze, że ty tata nie jesteś rybakiem albo wędkarzem. Przecież szkoda byłoby jeść takie piękne kolorowe ryby. One tu mają duże akwaria, ale  ludzie takich w domu nie mają. A w naszym przedszkolu w jednej sali też jest akwarium, ale bez ryb. Rybki chyba ktoś otruł, tak powiedziała pani Basia, bo kiedyś gdy rano przyszła to wszystkie  pływały brzuszkami do góry, były umarłe. Były martwe, poprawił dziecko Wojtek. No właśnie, przecież mówię, że były umarłe. Może te nasze  przedszkolne rybki były za małe?- zastanawiał się na głos. Były gupiki,mieczyki i dwa glonojady. Te glonojady to chyba nigdy nie pływały, cały czas były przyklejone do szyby. A Jureczek przyniósł kiedyś do przedszkola welonki, takie ładne, złocisto-czerwone, z wąsami. I przed obiadem przyszła jego starsza siostra i zabrała je do  domu, bo powiedziała, że one w takim słoju to mają złe warunki i mogą umrzeć. No to co jest w tym waszym  akwarium? Stoi po prostu puste? - spytał Wojtek. No jest w nim woda i są roślinki,  dwa ślimaki i taka fajna duża muszla z ciepłego morza, ona jest taka duża jak twoja ręka . Ta muszla jest bardzo   ładna. I jest włączony napowietrzacz, bo pani Basia powiedziała, że  bez niego to ta woda by się popsuła i brzydko  pachniała.

Tata, jak myślisz, a tu te ryby też umierają? Myślę, że pewnie tak, głównie chyba ze starości. Tata, a co ludzie  jedzą z takiego kraba? przecież on nie ma mięsa! No jakieś mięso ma, bo przecież ma jakieś mięśnie i jakieś ciało. No ale faktycznie nie jest tego wiele. Tata, a wiesz, że ludzie to jedzą żywe ostrygi? Ja to bym zwymiotował jakby mi się w brzuchu zaczęło coś ruszać. A ty  jadłeś ostrygi tatusiu? Nie, nie jadłem i nie przewiduję jedzenia ich w najbliższej przyszłości. 

Tata, zobacz rekin. Ale jeszcze mały. Nie lubię rekinów, a ty? Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. Mało interesuję się Michasiu rybami, pewnie dlatego, że rzadko jem ryby. Michaś uważnie przyglądał się rekinowi powoli przesuwającemu się w głąb akwarium. Tata, czy on nas widzi?

A nam w przedszkolu raz w tygodniu dają rybę na obiad, ale nie wiem jaką, bo nie mówią. Ale każą jeść bo to zdrowe jest.Tatuś zobacz, żółw, siedzi tam na kamieniu.

Tata, zobacz, jaki ten krab śliczny, taki ciemno czerwony i wygląda jakby miał nóżki z koralików. No i popatrz, przecież on wcale nie ma  mięśni, te jego nóżki takie są cieniutkie, jak zapałki, tam nie ma mięśni.

Gdy wyszli z  Oceanarium babcia spojrzała na swego syna i pomyślała, że biedak wygląda jak ryba wyciągnięta z wody. Nie da się ukryć, że wentylacja była tam marna. Oczywiście pospacerowali jeszcze po Skwerze Kościuszki, wjechali windą na Kamienną Górę. Potem poszli zobaczyć stare, jeszcze przedwojenne wille na Kamiennej Górze, zeszli jedną z jej ulic  na  nadmorski skwer i niespiesznie powędrowali wzdłuż Kamiennej Góry na parking, gdzie pozostawili samochód.  Na obiad pojechali do Sopotu, do restauracji. Wojtek nie chciał by mama znów stała przy kuchni. Pogoda się poprawiła, więc po obiedzie  wędrowali plażą, ale że było dość chłodno babcia i dziadek szli w obuwiu,  Wojtek i  Michaś boso.  Michaś zbierał muszelki  ale tylko takie, które miały zabarwienie różowe. Dzięki  temu  nie groziło im, że wywiozą stąd kilka  kilogramów  muszelek. Michaś wpadł na pomysł, że oklei nimi plastikowe pudełko i podaruje je  babci.

 A Wojtek rozmyślał nad tym, że czekają go jeszcze przeprawy z Marzeną, bo wcale nie był pewien, czy Marzena  zgodzi się by Michaś nadal był u niego. Jedno było pewne - nie powinien okazać, że mu na tym zależy, bo wtedy Marzena z całą pewnością będzie mu chciała zrobić na złość. 

Około 22 zatelefonował Janek, że będzie za 15 minut, właśnie kończy kolację, a do przejścia ma ze 300 metrów więc niech Wojtek nadsłuchuje, bo on nie będzie dzwonił do drzwi, tylko cicho zapuka, by nie zbudzić Michała.

I rzeczywiście za 15 minut był  na miejscu. Był nawet  mało zmęczony, bo przejazd  miał dobry, nie było żadnych korków, prac drogowych ani wypadków. Okazało się, że hotel  ma zaledwie o 300 metrów od ich kwater, mały, zaciszny,  bez restauracji, ale bez problemu zjadł kolację w hotelowym barze.

Dokumenty wszystkie zostały już  złożone- Janek składał sprawozdanie z podjętych już kroków. Adwokat mówi, że gdybyś Wojtku w chwili gdy Michaś do ciebie przyszedł natychmiast zawiadomił policję, to sprawa poszłaby piorunem, ale byłaby bardziej stresująca dla Michałka, bo bardzo prawdopodobne, że wzięliby dziecko do policyjnej izby dziecka, bo nigdy nie można wykluczyć, że ojciec dziecka nie maczał w tym wszystkim palców. 

Przecież  brak w tym jakiejkolwiek logiki- obruszył się Wojtek.  Wojtusiu, logika policyjna nie ma  nic wspólnego z normalną logiką. Dla nich każdy jest podejrzany, ten kto zgłasza rzecz całą również, bo pewnie  chce w ten sposób odsunąć od siebie podejrzenia. W chwili gdy zgłaszasz np. zaginięcie swojej żony, matki, dziecka jesteś od razu podejrzany, że to ty sprzątnąłeś ową zaginioną osobę a zgłaszasz, żeby nie być podejrzanym.  To w wielu przypadkach jest nonsensem, ale niestety stosunkowo  często  ten zgłaszający zaginięcie sam jest jego sprawcą i dobrze wie,  gdzie jest zaginiona osoba. To znaczy wie, gdzie  zakopał. Dobrze, że  Michaś to takie rozgarnięte dziecię i wszystko nam  ładnie opowiedział, a na dodatek sprzęt się sprawdził. Popatrz,  całkiem w porę kupiłem to cacko. Wprawdzie nie miało służyć do podsłuchu, ale jako normalny dyktafon, bo czasem nie ma mi kto protokołować a tak to pytam się  klienta czy mogę nagrać rozmowę , włączam i jest w porządku. Jest jednak bardzo czuły.

Janek rozejrzał się po pokoju- całkiem fajne to mieszkanko. Może kiedyś będę  miał jakiś urlop i zjadę tu poza sezonem z jakąś kobietą, która będzie dobra  nie tylko w łóżku ale i będzie umiała ugotować coś więcej niż wodę na herbatę.

Tak, masz spore wymagania -zaśmiał się Wojtek - jak dotąd to jeszcze takiej nie znalazłeś, a już kilka po Lilce przecież było. No ale Lilka chyba też nie gotowała nic więcej poza wodą na herbatę. Ja już straciłem nadzieję. Nawet zacząłem się zastanawiać czy jedna osoba  ma szansę by spełnić wszystkie wymagania-  kobieta  ma być ładna, ponętna, mądra, czuła, ma nas rozumieć, kochać, a jednocześnie spełniać dość prozaiczne obowiązki jak gotowanie, sprzątanie, ma nam dać potomstwo i nadal być ładna zgrabna i dobra w łóżku.A my mamy nadal być pełni wigoru, zaradni, dobrze zarabiający, a na dodatek mamy zawsze wiedzieć czego ta  nasza kobieta od  nas chce, choć nie raczy nawet słowa pisnąć czego chce. Straciłem  chęć  na jakąkolwiek kobietę, naprawdę nie wiem, czy się kiedykolwiek ożenię. Jest poza tym Michaś a nie wiem czy obca osoba może pokochać cudze dziecko. A przecież może być i tak,  że zamarzy się tej drugiej dziecko i raczej nie będzie się zastanawiać wtedy nad uczuciami Michasia. Co prawda dookoła pełno takich pokręconych rodzin i dziecko ma  nagle  dwóch ojców lub dwie matki i dwa komplety dziadków, jakoś się do tego przyzwyczaja, ale chyba nikt się nie zastanawia  nad tym co to dziecko myśli i czuje. A tak naprawdę ono nie ma żadnego wyboru. Dorośli sobie z tym często nie radzą a co dopiero dziecko. Moja mama cierpi nad tym, że się rozszedłem z Marzeną, choć wcale nie była nią zachwycona gdy się  pobieraliśmy. Zwymyślała mnie od nieodpowiedzialnych durni, bo nie mówiłem jej, że ta ciąża była z "niedopatrzenia" Marzeny. Dopiero ta awantura, którą zrobiła Marzena o to zabranie dziecka do teatru z lekka otworzyła mojej mamie oczy, że być może ten rozwód to nie  moje zauroczenie się  inną kobietą ale wynik tego, jaka Marzena była i jest.

No tak, przepraszam cię Wojtku, ale jak wiesz nigdy nie przepadałem za Marzeną choć z racji zawodu staram się zawsze być bezstronny. Mnie  brak było w niej jakiegoś takiego wewnętrznego ciepła, bo biorąc pod uwagę tylko  jej zewnętrzność to babka była w porządku. Buzia ładna, wszystko na miejscu i w niezłym gatunku. Tylko tego ciepła było w niej  brak. I jej poziom intelektualny był dużo niższy niż twój- ja to widziałem, ale ty chyba wtedy nie. A potem zrobiłeś honorowy gest. No i teraz  ponosisz tego skutki. Dobrze, że chociaż wiemy, że  mały jest  twoim dziełem. Teraz  musimy o niego zawalczyć.

No właśnie- musimy o niego zawalczyć- jak echo powtórzył te słowa Wojtek. Tylko nie chcę byś z tej okazji pokrywał koszty  tej walki z własnej kieszeni, po prostu chcę byś mi wystawiał rachunki jak każdemu obcemu klientowi.

Janek popatrzył się na Wojtka jak na osobę niedorozwiniętą umysłowo -Wojtuś- ty jesteś dla mnie jak brat, którego nigdy nie miałem, zrozum to wreszcie. Zawsze sobie pomagaliśmy, dzieliliśmy się  wszystkim poza dziewczynami, więc walczę o twoją sprawę jak o własną. Zresztą wiem, że ty zrobiłbyś  tak samo. I wiem, że gdybym cię poprosił np. o projekt domu to też byś mi to zrobił nie biorąc nawet złotówki. Więc przestań mi chrzanić o jakichś kosztach.

Poza tym jak na razie to wszystko nic nie kosztuje w jakimś wymiernym sensie. Zauważyłem dziwną rzecz -większość dziewczyn oszczędza mój portfel gdy zapraszam na obiad lub kolację- one niemal nic nie jedzą, a przecież  nie  noszą już  gorsetów ściskających wnętrzności. Majtek obciskających też nie, raczej takie co się łatwo dają zdjąć. Czasem podziwiam, jak mogą nosić te koronkowe, przecież ta koronka to chyba je  łaskocze. Ja bym nie wyrobił. Wojtek zaczął się cicho śmiać - to może zapytaj się którejś czy pozwoli  ci przymierzyć i sprawdzisz czy łaskoczą. Kobiety są niezwykle  wytrzymałe gdy idzie o strój i dbanie o swój wygląd.  Marzena to potrafiła spać w metalowych lokówkach, mając tylko ręcznik zwinięty w rulon pod karkiem. I całą noc w jednej pozycji, na wznak. Twierdziła, że wszystkie  kobiety to potrafią. Małżeństwo ma to do siebie, że nagle dociera do faceta, że połowa urody jego kobiety jest w pewnym sensie sztuczna.

                                                 c.d.n.