piątek, 11 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść -VI

 W czasie kolacji, gdy Iza zobaczyła swego ulubionego wędzonego na gorąco łososia, poczuła, że zaraz  się rozpłacze ze wzruszenia i mocno drżącym głosem powiedziała do Tolka - jesteś niesamowity, pamiętałeś!  A co w tym niesamowitego - zdziwił się Tolek- zapamiętuję jakimś cudem każde twoje słowo choć nauczenie się na  pamięć nawet krótkiego wiersza jakoś zawsze przerastało moje możliwości. To jeszcze ci zdradzę pewien sekret - te bułeczki to upiekła dziś moja mama, bo ją o to poprosiłem. Wiedziałem, że na pewno razem z tym łososiem stworzą super duet. Poza tym mam jakąś dziwną frajdę gdy mogę  czymś ci zrobić przyjemność. Izie nadal jakoś cisnęły się łzy do oczu, choć uśmiechała się do Tolka. A ten, nie zważając na obecność  rodziców,  wyciągnął chusteczkę z kieszeni i delikatnie otarł jej oczy.  Usiadł z powrotem i uśmiechając się powiedział - mieliśmy wam powiedzieć to po kolacji, ale powiem teraz -ja ją kocham.  I mam  nadzieję, że się pobierzemy. Dla niej to mogę nawet zrezygnować z morza jeśli tego zażąda.  Nie zażądam - głośno powiedziała Iza, choć głos jej jeszcze drżał. I bardzo,  bardzo przepraszam, ale już od tak dawna  jestem przyzwyczajona do tego, że muszę dbać sama o siebie, że się po prostu wzruszyłam tym, że zapamiętał o tym wędzonym na gorąco łososiu. Bo to przecież tak naprawdę jest nieważna sprawa. 

Ależ życie składa się właściwie z mało ważnych spraw i to te mało ważne sprawy, nasze do nich podejście, decyduje o jego jakości, o tym czy się jest z kimś szczęśliwym czy też nie - powiedziała pani domu.  I ogromnie się cieszę, że jesteście razem i mam nadzieję, że na zawsze. I oby zawsze cię doprowadzał do płaczu właśnie tylko tym, że dba, pamięta co lubisz a czego nie, że kocha.

Tolek odczekał chwilę i powiedział- ale to nie wszystkie nowiny - Iza zaciągnęła mnie wczoraj do chirurga i we wrześniu idę na operację plastyczną. Część blizn będzie zreoperowana, część da się usunąć w inny sposób. A Iza nawet jeszcze przed wizytą   u tego lekarza sama się nimi zajęła. Izuniu, mogę powiedzieć im o tobie? Iza kiwnęła głową, więc Tolek kontynuował - to jest bardzo dobry chirurg, czego dowodem jest właśnie Iza. Czy widzicie na jej buzi jakiś feler, na prawej połowie  twarzy? No właśnie, nic nie widać, bo ten chirurg uratował jej twarz gdy miała dziurę w policzku na skutek ropnia. I  on właśnie zapewnił nas, że zajmie  się czule moimi bliznami. I wiecie co? ten lekarz wprosił się na  nasz ślub, szalenie sympatyczny facet! A operacja będzie w prywatnej klinice. Iza też tam była operowana.

Ponieważ właściwie już skończyli jeść Tolek wraz z ojcem sprzątnęli ze stołu i za chwilę zaprosili obie panie do salonu na kieliszek wina albo czegoś innego, bo wybór to jest nawet spory, jak określił Tolek. A jego ojciec dodał ze śmiechem- przecież muszę wypić bruderschaft  z przyszłą synową.  Tolek podszedł do barku i zobaczył w nim dwa  francuskie koniaki, które kiedyś przywiózł z któregoś rejsu - Remy Martin i Courvosier. Wiedział, że Iza  woli koniak niż wino, bo przy jednej lampce koniaku można spokojnie przesiedzieć cały wieczór, więc dla niej i dla siebie przygotował po lampce Courvasier, pan domu wybrał dla siebie Remy Martin, pani domu skusiła się na likier ziołowy Becherovka czym wywołała wielkie zdziwienie męża i syna. Obaj się skrzywili, więc zaraz usłyszeli, że nikt przecież im nie każe tego pić. Wpierw Iza upiła łyk koniaku z przyszłym teściem, który zapytał się swego syna, czy może pocałować swą przyszłą synową czym rozbawił głównie swą żonę, potem było sporo śmiechu bo Iza i Tolek usiedli w jednym fotelu, wprawiając rodziców w wielkie zdziwienie, no ale ani Iza nie grzeszyła tuszą ani Tolek, a  fotel był ogromny. Ojciec  nieco dokuczał synowi, że lepiej byłoby gdyby po prostu wziął Izę na kolana ale Iza stwierdziła, że Tolkowe kolana to same  kości, a Tolek wytłumaczył ojcu, że gdy siedzą obok siebie to przylegają do siebie  na większej powierzchni i o to w tym wszystkim chodzi. Potem Tolek gdzieś przepadł a gdy wrócił powiedział, że może to nietypowe, ale on właśnie tak ma i zamiast złotego pierścionka kupił dla Izy pierścionek zaręczynowy, co prawda w srebrnym kolorze, ale to nie srebro ale platyna.Ma nadzieję, że rozmiar dobry, bo odrysował wewnętrzny wymiar jednego z jej pierścionków, które ona używa. Celowo wybrał platynę bo tego pierścionka Iza nie będzie musiała zdejmować do mycia rąk.  Izie nieco dech zaparło i spytała kiedy on  ten pierścionek kupił. Dziś, gdy byłaś w pracy. Tylko było za mało czasu by wygrawerować napis. I znów się dziewczyna wzruszyła, ale tym razem łzy zostały scałowane. Pierścionek zyskał aprobatę matki , a pan domu mruknął- coś mi się wydaje, że powstanie druga rodzina w której pierścionkami można by ozdobić wieżę Kościoła Mariackiego. A Tolek czym prędzej się "odgryzł" - wiesz ojciec, geny to straszna rzecz. I wszystko skończyło się zgodnym śmiechem. Iza siedziała przytulona do Tolka i cały czas wpatrywała się w pierścionek. Co jakiś czas wysuwała rękę z pierścionkiem do przodu i przypatrywała mu się z delikatnym uśmiechem.

Około północy wszyscy się rozeszli.Tym razem Tolek już nie wyszedł z pokoju Izy- wpierw jednak Iza  zabrała się  za blizny, choć Tolek wolałby by ten wieczór nieco inaczej przebiegł, ale Iza była nieugięta - wpierw obowiązek, potem rozkosze. W sobotni  ranek  obudzili się jednocześnie i choć oboje byli raczej mało wyspani postanowili jednak wstać. Wszak w planie było pływanie. Za śniadanie wystarczyła obojgu kawa, ale wzięli ze sobą sporo jedzenia i picia. Tolek wyciągnął jeszcze ze schowka sztormiaki, zapakował też dresy ich obojga, bo chciał by wrócili dopiero wieczorem.Tak jak poprzednio wzięli samochód ojca (miejscowa rejestracja), na stole w kuchni zostawił kartkę, że wrócą raczej późno i może wpadną też do Gdańska.       Na pokładzie  panował idealny porządek, wszystko lśniło i nietrudno było odgadnąć, że  to ojciec Tolka wysprzątał łajbę a do tego zrobił to tego poranka, bowiem na szocie wisiała jeszcze wilgotna ścierka.

Tym razem popłynęli w stronę Chałup. Płynęli na foku i motorze bo wiatr był nikły, a chwilami zupełnie znikał. W pewnej chwili Tolek powiedział - koniec wycieczki, wracamy bo będzie  burza. Iza  miała wielką ochotę zapytać się skąd  on to wie, bo według niej pogoda była całkiem dobra. Tolek odgadł, że Iza nie za bardzo mu wierzy, więc pokazał jej na dalekim  horyzoncie  mały, podłużny "wałek" ciemnych chmur. To właśnie zapowiada burzę, wyjaśnił. Poza tym jest za ciepło jak na tę godzinę, wiatr zdycha. Wrócimy na przystań, zapakujemy wszystko w samochód i pojedziemy do Gdańska. Pokażę ci  mieszkanie, może kiedyś tam będziemy mieszkać. A może będziemy mieszkać gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Nie chcę się z Tobą rozstawać gdy będę po nim pływać.  Iza popatrzyła na niego nieco rozbawiona- no to będziesz musiał mnie zatrudnić jako pływającą kosmetyczkę. Ale, kochanie, to nieco dalsza przyszłość, na razie czekają nas inne  sprawy. Powtórz to jeszcze raz, poprosił Tolek. Ten pierwszy wyraz powtórz. Uwielbiam gdy mówisz  do mnie "kochanie". Iza roześmiała się. Kochanie moje,czy wyobrażałeś sobie jakoś nasz ślub?   Oczywiście      i to nie jeden raz - składamy papiery, w wyznaczony dzień zjawiamy się w Urzędzie Stanu Cywilnego , 20 minut trwa ta cała impreza i jesteśmy małżeństwem. Nie ma problemu.  I możemy  albo  tu wziąć ślub albo w  Warszawie . I wcale nie mam zamiaru czekać z tym aż do czasu gdy będzie 6 tygodni po operacji. No chyba, że twoim marzeniem jest ślub kościelny. Zgodziłbym się gdyby ci na tym bardzo zależało. Ale piękną suknię możesz mieć i na takim cywilnym ślubie, a ja, nawet gdy jesteś w dresie mam jakiś rentgen w oczach i tak widzę cię nagą. A skąd ci przyszło do głowy, że ślub kościelny może być moim marzeniem? Już jeden miałam, wystarczy, zresztą wpierw musiałabym mieć kościelne unieważnienie  tamtego małżeństwa. A czy twoi rodzice  wiedzą, że jestem rozwódką?  Wiedzą, nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. Za to się chyba zakochali oboje w  tobie. I strasznie się mama bała że mnie nie zechcesz. Nie podejrzewała chyba ciebie, że masz takie dziwne upodobania. Bo wg mamy jestem koszmarny. Marzyła o córeczce a urodził się chłopak.  Izuś, a jaki był twój mąż, poza tym, że był trunkowy?   Jaki był ? Był  facetem, mocno w sobie zadufanym, cholernie towarzyskim, kleiły się do niego wszystkie  dziewczyny. Z zawodu dentysta. Podobno dobry, nie sprawdzałam. Ale nie wiedziałam, że pił od szesnastego roku życia, starannie to przede mną ukrywano. W myśl przysłowia jak się ożeni to się odmieni. Gdy go poznałam to chyba był po odwyku. Po prostu nie widywałam się z nim codziennie  nie wiedziałam co robił gdy się nie  spotykaliśmy. Ale szybko wszystko się wydało. A do tego był ode mnie siedem lat starszy i wydawało mu się, że znalazł służącą. Jego mamcia wmawiała w niego, że żona to takie uniwersalne stworzenie do wszystkiego a zwłaszcza do dbania o męża, podtykania mu wszystkiego pod nos, sprzątania po nim i dodatkowo do zachwycania się nim. Mieszkałam z nim po ślubie 5 miesięcy,  bo trudno powiedzieć, że żyłam, a w rok po ślubie już świętowałam rozwód. A wiesz kto mi go naraił? Moja własna matka, to był synuś jej koleżanki. Od tamtej pory nie rozmawiam z matką. Dobrze wiedziała, że to alkoholik.  I nie zaproszę jej na nasz ślub. Gdy się ktoś o nią pyta to mówię, że nie wiem co u niej, bo naprawdę nie wiem. A tak w ogóle to moi rodzice się rozeszli. Mamusi nagle coś odbiło, zakochała się  w jakimś dupku, który ją potem zostawił, gdy już się rozeszła z moim ojcem. Jako kochanka mu pasowała, ale jako żona to już nie.A ojciec żyje na kocią łapę z całkiem miłą kobietą i ciągle  się zastanawia czy  się ma żenić czy nie. Istny dom wariatów. Więc nie dziw się, że nie bardzo wierzyłam w twoje uczucia  do mnie i że jestem trochę narwana. I miałeś rację, oboje jesteśmy w pewien sposób rozbitkami. Każde z innej przyczyny.

Mieszkanie  w Gdańsku bardzo się  Izie podobało. Urządzone było starymi gdańskimi meblami. Było obszerne, trzypokojowe, miało prześliczną łazienkę i olbrzymią kuchnię. Przy stole w kuchni mogło siedzieć bez trudu osiem osób i nie narzekaliby na ciasnotę. Z uwagi na te meble mieszkanie  stało puste, bo meble były jednak zabytkowe. Jeden pokój był urządzony "normalnie", czyli współczesnymi meblami.   W szafie stał mały sejf, z którego Tolek wyciągnął dwa listy. Jeden to był list Izy do Tolka, którego on nigdy nie przeczytał, a drugi to był list napisany przez niego do Izy, którego z kolei nigdy nie wysłał. Wpierw Tolek odczytał na głos swój niewysłany list- był dość monotematyczny o tym jak Tolek bardzo cierpi w tej cholernej szkole, jak bardzo tęskni za Izą, jak śni o niej niemal każdej nocy. List Izy też  był monotematyczny - że brakuje jej obecności Tolka, prośba żeby wytrzymał te wszystkie trudy, przecież sam tę szkołę wybrał, że ona tęskni, że  nikogo ze wspólnych  znajomych nie widuje i że jej smutno. I obydwa listy zostały komisyjnie zlikwidowane. Ponieważ już byli głodni postanowili wrócić do Sopotu. Gdy dojeżdżali do Sopotu zaczęło padać. Gdy pojawili się w domu rodzice Tolka wyraźnie odetchnęli - pływanie w czasie  burzy taką łupina jest niebezpieczne- orzekł pan domu- nawet gdy się jest kapitanem. Ucieszył się, gdy dowiedział się, że zeszli z łodzi nim się załamała pogoda. Prowiant wrócił do lodówki, bo za 20 minut miał być podany obiad, więc młodzi  znów wbili się w  fotel. Iza była  bardzo zmęczona i przysnęła przytulona do Tolka. Gdy obiad  znalazł się na stole z wielkim żalem ją obudził. 

Pogoda zdecydowanie  zepsuła się. Padało i lało na zmianę i Tolek stwierdził, że jeszcze trochę a zaczną ropuchy z nieba  spadać, więc po obiedzie idą spać. Iza spojrzała na niego z  wdzięcznością - marzyła o tym by się przytulić  do niego i dalej spać. Jakby na to nie spojrzeć to w piątek pracowała do 14,00, potem jechali do Gdańska i część drogi  prowadziła samochód, poszli naprawdę późno spać, wieczór był dla niej pełen wrażeń  a dzisiejszego ranka wstali dość wcześnie. Gdy znaleźli się  w swoim pokoju Tolek zaciągnął zasłony i w tym zielonym półmroku przytuleni usnęli.

Iza  usnęła niemal  natychmiast, a Tolek leżał jeszcze dobre pół godziny wpatrując się w nią niczym w obraz, rozczulony tym, że z taką ufnością się do niego tuli. Deszcz za oknem wygrywał swoje melodie w różnym tempie, a oni spali spokojnie wtuleni w siebie.

Jak zwykle pierwszy ocknął się Tolek. Zerknął na zegar  wiszący na wprost łóżka. Była już 8 wieczorem. Po chwili namysłu zaczął delikatnie okrywać  jej ciało pocałunkami. Gdy dotarł do podbrzusza Iza wyszeptała cichutko - jestem twoja czy chcesz tego czy nie. No pewnie, że chciał, pół godziny później dotarli do salonu, w którym rodzice oglądali  jakiś  film. Kolację macie przygotowaną w kuchni , nie wiedzieliśmy czy was budzić, czy chcecie spać do rana lub wstać o drugiej w nocy by jednak zjeść kolację - powiedziała mama.

                                                                c.d.n.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                                                                                                           

 

 

 

 

 

                                                   



czwartek, 10 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść - V

 W połowie tygodnia  późnym popołudniem Iza wraz z Tolkiem mieli wizytę u chirurga. Przed wizytą Iza powiedziała  do Tolka- przepraszam cię, ale musiałam nieco nakłamać by szybko złapać ten termin wizyty i powiedziałam, że ty jesteś moim narzeczonym. Uprzedzam  cię o tym, żebyś nie parsknął śmiechem gdy on coś mi tłumacząc czy też zlecając użyje zwrotu "pani narzeczony". Tolek popatrzył na nią przenikliwie i cicho powiedział: nie ma sprawy , bo ja się tak właśnie  czuję. Jest mi niewypowiedzianie dobrze gdy jestem tak blisko ciebie, choć nie ukrywam, że chciałbym być jeszcze bliżej. Ja wiem dobrze co czuję do ciebie i choć wiedziałem, że jesteś mężatką chciałem się z Tobą spotkać. Bo o tym, że wyszłaś za mąż to mi powiedział Piotrek. Ale nie  znał twego numeru telefonu i nakierował mnie na Lilkę i ona dała mi twój numer i powiedziała, że ostatnio widziałyście się 2 lata temu i że coś jest  nie za bardzo z tobą, że chyba masz  kłopoty z facetem za którego wyszłaś. I wtedy postanowiłem przyjechać przy pierwszej nadarzającej się okazji. Zakończyłem ostatni  kontrakt, mogę teraz  jakiś czas nie pływać. Zresztą jest tak jak mówiłem - nie chcę być mężem przypływającym raz  na 3 miesiące lub rzadziej do domu i planujemy z kolegami utworzyć biuro turystyczne z siedzibą w jakimś  miłym, ciepłym kraju i krążyć np. po Morzu Śródziemnym. Sezon długi a rejsiki "kieszonkowe". Można też "podpiąć się" do kogoś kto już działa. Czekamy głównie na wejście do UE. Pieniądze mam, dom rodziców w Sopocie i ta działka w Dębkach są już notarialnie na mnie przepisane, a w razie potrzeby jest jeszcze mieszkanie w Gdańsku po drugiej babci, które  już dawno jest moją własnością. Ale to nie takie istotne w tym wszystkim ja po prostu wiem co do ciebie czuję. O której mamy tam być? Iza spojrzała na zegarek - za 45 minut. Może weźmy samochód to potem pojedziemy  na jakieś zakupy, może na  bazar na Polnej? Dawno tam nie byłam. Podeszła do Tolka i przytuliła się  do niego mówiąc: a tę rozmowę dokończymy gdy wrócimy albo może  nawet jutro.

Gdy wchodziła do spółdzielni powiedziała - już czuję te pytające  spojrzenia -"a z kim to Izunia się przywlokła? Ciekawe do jakiego lekarza, może do ginekologa?" Podeszli do recepcji i Iza powiedziała do recepcjonistki- pani Basiu, już jesteśmy, mamy iść na górę czy jeszcze jest tam pacjent?  Basia zlustrowawszy bystrym spojrzeniem Tolka powiedziała - pewnie za chwilę pacjent już wyjdzie, więc zaczekajcie państwo tu, bo tam nie ma na czym siedzieć,  fotele schną po czyszczeniu.Miały być zrobione wczoraj wieczorem a zrobili  dopiero dziś rano wyjaśniła wpatrując się w Tolka. Po niemal 10 minutach  schodami zaczęła schodzić jakaś kobieta, a recepcjonistka skinęła na Izę i powiedziała, że już mogą iść do gabinetu. Gdy mijali recepcjonistkę ta pokazała Izie kciuk skierowany w górę. Tolek to  zauważył i spytał czy było to życzenie powodzenia.  Iza szepnęła- potem ci powiem.

Gdy weszli do gabinetu lekarz bardzo serdecznie przywitał się z Izą, uścisnął prawicę Tolka i zapytał, czy ten pozwoli, że minutę poświęci Izie , bo musi sprawdzić czy  wszystko u jego  pacjentki jest ok.  Iza usiadła na fotelu, lekarz  skierował reflektor na jej prawy policzek, wpierw obejrzał, potem kazał otworzyć usta i obmacał policzek od środka i  na zewnątrz. Nooo, pięknie jest, nic się nie tworzy, wszystko udało się usunąć. A i śladu właściwie nie ma.

No to teraz zajmę się panem, proszę usiąść. Może się napijecie państwo ze mną kawuni? Wziął do ręki telefon i zarządził - pani Basieńko, trzy małe czarne poproszę.

No a teraz  pana kolej, proszę mi pokazać ten problem. Długo oglądał, macał, skubał, szarpał i zupełnie pomijając Tolka powiedział- pani Izo, damy radę, ale to trochę potrwa. Część pójdzie  bez problemu pod skalpel, ale to na jesieni, teraz jest za  ciepło. część zejdzie po systematycznym stosowaniu maści i codziennej pielęgnacji. Był pan bardzo młody gdy się to wydarzyło i zrobił się bliznowiec.Młody organizm ma sporo kolagenu i blizny wtedy przerastają- nie wszystkim, niektórym. Widzę, że pani Iza już nieco zadbała. Przepiszę jeszcze maść, niestety ze strefy dolarowej, w Pewexie   za bony lub dolary. Ale droga za bardzo nie jest.  Pani Izo, a gdzie będziemy operować? Bo  coraz trudniej o miejsce w państwowej, a byłoby dobrze  zrobić to we wrześniu. Oczywiście  w prywatnej klinice panie  doktorze,  chcę mieć pewność, że to pan będzie robił a w państwowym potrafią w ostatniej chwili zmienić grafik i jakiś paprak się do niego dorwie. No świetnie , to ja tu sobie już wpisuję, pan Anatol Garlicki, narzeczony pani Izuni, na pierwszy tydzień września. Zostanie pan jedną  dobę w klinice a potem będzie pan przychodził na opatrunki. A na ślub mnie  zaprosicie, w  6 tygodni po zabiegu już będzie mógł się żenić. W tej chwili do gabinetu wtargnęła pani Basia z  kawą i mikroskopijnymi ciasteczkami. Zostawiła kawy i zniknęła. Iza dałaby głowę, że pani Basia już dłuższą chwilę stała pod gabinetem podsłuchując.

Wypili kawę, pan doktor wypytywał  czym się Tolek zajmuje, doktor pochwalił pomysł  biura turystycznego i stwierdził, że z chęcią by taki krótki rejs zaliczył , np. pomiędzy wyspami greckimi, o ile będzie można spać na  jachcie. Byli tego dnia ostatnimi pacjentami, więc  pan doktor się nie spieszył. 

Gdy opuścili gabinet i wyszli na ulicę Tolek był uśmiechnięty i powiedział - zaczynam patrzeć w przyszłość z optymizmem.

Izuniu, a co miałaś z tym policzkiem?  Koszmar miałam, koszmar, zrobił mi się ropień od wewnątrz i to taki, że miałam dziurę na  wylot. Podejrzewali że to rak, ja już  byłam pewna, że zemrę na raka i wtedy trafiłam do tego chirurga, by się dowiedzieć, czy gdy mi to wytną to będzie można to jakoś tak  naprawić , żebym ludzi nie  straszyła swym wyglądem. I wtedy wziął mnie pod opiekę,  w klinice prywatnej usunięto mi to wszystko co wywołało ten stan zapalny, potem jak powiedział doktor dziurę "zacerowano" a on zrobił mi przeszczep biorąc moje tkanki z przedramienia. To wspaniały specjalista i jeśli powiedział, że damy radę to wiem, że damy. I nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę, choć dla mnie ty z bliznami czy bez blizn to ten sam facet, liczy się  to co " w środku" ciebie jest. Ale doskonale rozumiem co czujesz i jak się czujesz z tymi  bliznami. I wiesz co ? jeśli przypadkiem tęsknisz za pływaniem to najbliższa sobota jest wolna, ja skończę pracę o 14,00, przyjedziesz po mnie do pracy i pojedziemy nad morze. Weźmiesz z domu jakiś prowiant na drogę, żebyśmy z głodu nie padli w drodze i nie jedli parówek na stacji.W następnym tygodniu będę pracować od 14,00 to będziemy mogli wyjechać z Sopotu bladym świtem w poniedziałek, o ile mnie obudzisz. Pasuje ci taki plan? Mina Tolka i przygarnięcie Izy do siebie takie, że groziło jej uduszenie w tym uścisku było odpowiedzią a na koniec dopiero padła ustna odpowiedź- jesteś genialna!

I chyba z tego poczucia radości, które oboje zaczęli odczuwać, porobili zakupy takie jakby mieli do wyżywienia co najmniej pluton wojska. W domu okazało się, że stanowią całkiem zgraną ekipę, a lodówka jest wyraźnie za mała.

Tym razem Iza nie miała oporów by dowiedzieć się czegoś więcej o życiu Tolka, ale ku jej zdziwieniu, ale i  zadowoleniu, nie za bardzo miał o czym opowiadać. Prawie nie korzystał z urlopów, brał kontrakty jeden po drugim, opłynął niemal cały świat i czuł się coraz  bardziej nieszczęśliwy. Wygląd jego klatki piersiowej w lustrze przesłonił mu cały świat. Był przekonany, że na widok tych blizn każda jedna ucieknie z krzykiem. Zapuścił nawet brodę by oszczędzić  sobie  widoku swego nagiego torsu w  lustrze, ale okazało  się to kiepskim pomysłem, znacznie  bardziej pracochłonnym  niż codzienne  golenie. Zresztą miał tak jasny zarost, że mógł golić się niekoniecznie codziennie, zwłaszcza podczas rejsu. Nie było nikogo, kto by narzekał, że go swym nieogolonym obliczem  drapie.

Reakcja Izy na widok jego nagiego torsu była dla niego pełnym zaskoczeniem, ale aż do dnia obecnego podejrzewał, że ona kieruje  się litością i dopiero dziś zrozumiał  że tak nie jest. I że teraz chce zawalczyć o jej uczucie, skoro los znów skrzyżował ich drogi. I że odtąd nie będzie już ukrywał swych uczuć bo to co do niej czuje nie jest w głównej  mierze  wdzięcznością i echem ich "pierwszego razu", jest czymś zupełnie nowym. I że pragnie by byli ze sobą absolutnie szczerzy, nie kierowali się "dobrym wychowaniem" cokolwiek przemilczając bo np. nie wypada o czymś mówić, nie może być między nimi tematów tabu. Jakby nie było są naprawdę bardzo dorośli, przekroczyli już  trzydziestkę.  Iza słuchała tego wszystkiego z wielką uwagą, przytakując półgłosem, wreszcie powiedziała- a czy mógłbyś mnie teraz  pocałować, bo tak bardzo lubię gdy mnie całujesz. Tolek pochylił się nad nią mówiąc: mógłbym, ale nie zamykaj oczu gdy cię całuję, chcę w nie patrzeć, a nie podejrzewać, że myślisz  w tym czasie o czymś lub o kimś innym. Lubię tonąć w twoich oczach, ale wiesz do czego możesz doprowadzić. Nie jestem z kamienia, wiesz przecież o tym, wiesz jak się to może skończyć? Naprawdę tego chcesz? Chciała, tak samo jak w swe osiemnaste urodziny, ale teraz wszystko było inaczej, choć to był ten sam facet. Oboje byli sobą wzajemnie  zaskoczeni, ale pełni wzajemnego oddania. Gdy nieco ochłonęli ciasno nadal w siebie wtuleni, Tolek cichutko powiedział- nie wiedziałem, że może być tak dobrze. Ja też nie, przeżyłam to po raz pierwszy powiedziała Iza i mocniej się w niego wtuliła.

Rano, a był to już piątek, zjedli śniadanie przygotowane przez Tolka, potem Tolek uparł się by ją odwieźć do pracy, wrócił do  domu, przygotował prowiant na drogę, spakował wszystko do termo torby, wziął torbę z rzeczami przygotowanymi przez Izę i o godzinie 14,00 oczekiwał Izy  przy drzwiach kliniki. Wcześniej zatelefonował do swych rodziców, że będą u nich pod wieczór. Poprosił też mamę by zakupiła na kolację koniecznie łososia wędzonego na gorąco bo Iza bardzo go lubi. I może by upiekła małe bułeczki, bo te jej wypieku są o niebo lepsze od tych z piekarni. 

Prowadzili samochód na zmianę, by nie tracić czasu na postój by się posilić. Jak potem obliczył Tolek "nieźle grzali" bo średnia szybkość wyniosła 103 km na godzinę a ruch był spory. Gdy zajechali pod dom rodziców Tolek poklepał samochód po masce i powiedział- dzielny ten samochodzik, spisał się świetnie. W drodze ustalił z Izą, że przyznają się do faktu, że są razem. Śmiała się, że może powinni się też przyznać do faktu, że właścicielką złotego klapka była Iza, ale po namyśle  doszli do wniosku, że może jednak lepiej nie, bo nikt nie lubi dowiadywać się po czasie, że był przez własne dziecko oszukiwany.

                                                        c.d.n.






środa, 9 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść - IV

Nie, nie żartuję, jestem wręcz śmiertelnie poważna. Mam trzy pokoje, więc się raczej pomieścimy. Pracuję na zmiany, na ogół przez cały tydzień na daną zmianę. Moja zmienniczka też woli taki rozkład niż naprzemiennie,  raz rano a raz po południu. Łatwiej wtedy wpaść w rytm. Pracujemy po 6 godzin. Wybierz sobie pokój  w którym chcesz sypiać. Ten od podwórka ma balkon wspólny z kuchnią, a wyjście na  balkon jest właśnie z kuchni. Uważam, że projektant  miał fioła. Drugi mały pokój i duży pokój są od strony ulicy, tam jest nieco większy hałas, ale tylko nieco, bo to jednak  boczna ulica. I nie dociekaj  w którym ja śpię, bo gdy wracam z popołudniowej zmiany, a wracam najczęściej skonana, często zasypiam na sofie w czasie oglądania czegoś w  telewizorni i śpię  do rana. Najlepszym pomieszczeniem w tym domu jest wyraźnie przedpokój. Jest naprawdę duży i kwadratowy. Już się nawet zastanawiałam czy aby nie zrobić w nim salonu, no ale salon bez okien to chyba nie najlepsze rozwiązanie. I nie pytaj mnie dlaczego zmieniłam  zdanie, w kwestii naszych kontaktów bo.....uzasadnienia już nie wygłosiła, bo usta jej zamknął bardzo długi pocałunek. Gdy oderwali się od siebie Iza powiedziała: coś jest w tym stwierdzeniu,  że trening  czyni mistrza. Patrząc jej w oczy Tolek wyszeptał - poczekaj aż trochę na tobie potrenuję, bo dawno tego nie robiłem. Całowałem tylko jedną dziewczynę a i to tylko we  śnie. Ale jawa jest sto razy lepsza niż sen, wierz mi. 

Iza zerknęła na zegarek - zjedzmy coś, wypijmy kawę i pojedziemy w dwa samochody do Forum. Oddasz samochód i zwolnisz pokój, wrócimy moim  samochodem. Gdy będziesz w hotelu ja wpadnę po pieczone kurczaki, vis a vis hotelu jest taki fajny punkt garmażeryjny,  może będzie akurat któraś z moich klientek za ladą, to wtedy mi wybierze najlepsze kurczaki. Zaraz  się będziemy zbierać, tylko zatelefonuję do swojej recepcji i dowiem się co mnie  jutro czeka od rana. Ten tydzień pracuję rano od 8,00 do 14,00. Wstaję o 6 rano, więc może wybierz pokój nie przy kuchni, bo cię będę rano budziła- rano zawsze jestem nieprzytomna i ciągle mi coś z rąk leci a i przeklinam niczym stary dorożkarz. Miałam wyjątkowo wysoki przerób szklanek na stłuczkę, więc się przerzuciłam na kubki, ale i one długo nie wytrzymują. Zastanawiam się nad kubkami z tworzywa lub metalowymi. Nie jestem tylko pewna czy herbata z nich dobrze smakuje. A może to już starość?

Tak, tak,  na pewno starość-  podchwycił Tolek- strasznie starzy jesteśmy a na dodatek jestem od ciebie rocznikowo starszy o rok, a tak naprawdę tylko o 4 miesiące. Iza zanurkowała w jednej z szafek w swojej sypialni i wyciągnęła z niej drugi komplet kluczyków od samochodu i podała je Tolkowi. Trzymaj, nie mam  zamka centralnego, jeden kluczyk jest do wszystkiego łącznie z bagażnikiem. Nr  rejestracyjny masz na breloczku po naciśnięciu  jednocześnie  dwóch płaskich miejsc na obwodzie  breloczka. Mam  fiacika uno, dostałam od ojca w nagrodę za rozwód. Na szczęście te samochodziki nie są dla złodziei atrakcją. Dowód rejestracyjny dam ci gdy wrócimy dziś  do domu. Jeżdżę do pracy autobusem, tam nie bardzo jest gdzie  parkować.

W dwie i pół godziny później byli z powrotem w domu. Iza zakupiła 2 dorodne pieczone kurczaki, kilka różnych sałatek i wracali do  domu w oparach smakowitych zapachów. Po drodze zahaczyli o delikatesy w których  Iza zakupiła sporo owoców, swą ulubioną czekoladę z bakaliami , 2 butelki rieslingu, a Tolek uparł się na koniak Remy Martin którym kiedyś  uczcili 18 urodziny Izy. Brakuje tylko jeszcze tego białego wina Lacryma Christi - burknęła Iza. Ależ skąd, nie  brakuje, ale zobacz- mają  nieco  lepszą wersję, Lacryma Christi  Bianco del Vesuvio, Vesuvio Rosso też  mają, ono jest dobre, piłem je we Włoszech i.....szybciutko to wino  zakupił. Gdy dotarli do  kuchni i wypakowali zawartość kilku sporych toreb Iza się  zaśmiała- oj, pan kapitan coś ogromnie zaszalał.

Wcale nie  zaszalałem, wystarczy nam tego dobra w butelkach na kilka miesięcy. A do tego kurczaka to czerwone wytrawne będzie lepsze niż riesling. A riesling przyda się nam do łososia pieczonego.  Zrobię go w niedzielę. A skąd pan kapitan weźmie łososia? Bo w Wiśle ich nie ma . Z prywatnej hurtowni rybnej, której właścicielem jest mój kolega. Od 2 miesięcy działają też w Warszawie.  Iza skrzywiła się - łososia  to lubię tylko takiego wędzonego na gorąco, który się tak cudnie rozsmarowuje na bułeczce. Ale on jest tylko nad morzem osiągalny.   No to dobrze, możemy przecież pojechać  na tego wędzonego łososia nad morze, ale wpierw zatelefonuję do kolegi, bo może będzie praktyczniej u niego go zamówić - zupełnie nie widzę problemu- odrzekł Tolek. 

Iza podgrzała w mikrofalówce kurczaka, ułożyła na półmisku wszystkie  sałatki, do salaterki wsypała świeżo upieczone  frytki, następnie wręczyła Tolkowi korkociąg mówiąc- ostatni raz usiłowałam z koleżanką otworzyć nim butelkę wina i  nie dałyśmy rady wyciągnąć korka. Wpierw ja siedziałam z  butelką  wina na  podłodze trzymając ją oburącz a ona  usiłowała wyciągnąć korek, potem zamieniłyśmy się rolami i wino nadal nie dało się otworzyć. Następnego dnia wepchnęłam korek do butelki (bez problemu dał się wepchnąć) a wino zużyłam do zabejcowania  mięsa. Więc myślę, że skoro nigdzie niemal nie widzisz problemu to sobie z tym korkiem poradzisz.   I choć Iza oczekiwała, że jednak i on będzie miał problem, butelka Vesuvio Rosso bez trudu udostępniła im swą zawartość. I naprawdę było to bardzo dobre wino.

Po kolacji Iza postanowiła sprawdzić jak wyglądają blizny po jednym smarowaniu olejem rycynowym. Do tej "operacji" samego tylko oglądania Tolek zamknął oczy ale Iza zaraz go obsztorcowała - nie  zamykaj oczu, nie jestem lustrem, nie  zobaczysz w moich oczach swego odbicia. Musisz nauczyć się żyć z tymi bliznami jak z czymś całkiem normalnym. Popatrz- patrzę na nie i co? krzywię się lub dziwię? Traktuję to zupełnie normalnie choć jest mi niezmiernie przykro, że cię to spotkało. Nietrudno mi sobie wyobrazić  co przeszedłeś i jak bardzo był to poważny wypadek, skoro musieli cię długo utrzymywać w śpiączce. Lewa strona bardziej oberwała, jest w  gorszym stanie. A żebra po tych złamaniach nie dokuczają ci?  Ale pewnie strasznie długo bolały, przy każdym nieco głębszym oddechu. A wiesz  chociaż dlaczego cię tak bardzo pocięli? Bo te blizny to raczej nie są po tym uderzeniu  pojemnika, od niego to ci potrzaskały żebra. 

Tak dokładnie to nie wiem, ze mną o tym nie rozmawiali ale z ojcem.Podobno były ogromnie krwiaki, które się nie rozchodziły mimo leków i musieli usuwać skrzepy. Iza westchnęła  - i zapewne robił to specjalista od sprawiania ryb a nie chirurg . 

Przygotuję ci zaraz kąpiel taką co nie wysusza skóry, będziesz miał "śliską wodę", więc na dnie wanny będziesz miał antypoślizgową matę, ale tak na wszelki wypadek będę w łazience gdy będziesz do wanny wchodził i gdy się będziesz z tej  kąpieli wydostawał. I przypomnij sobie, że już cię widziałam gołego, więc nie kąp się w slipach. I nie używaj mydła, tylko tego płynu  co stoi w dozowniku na brzegu wanny.

Tolek uśmiechnął się smutno i spytał: a umyjesz mi plecy? Oczywiście, umyję ale tylko wtedy gdy mnie pięknie o to poprosisz.

A teraz idę zrobić uszlachetniacz wody do twojej kąpieli. A ty bądź  tak miły i poszukaj w szafie na najwyższej półce prześcieradła kąpielowego. Powinny być na moje wyczucie dwa albo nawet trzy - ciemne zielone, niebieskie i  białe. Zdejmij z  półki wszystkie, przełożę je w inne miejsce. Ja to muszę wskakiwać na stołek i na nim jeszcze wspinać się na palce gdy mam coś z tej półki zdjąć a ty sięgniesz  bez problemu - chyba. Nie rozumiem jak można produkować dla zwykłych ludzi takie szafy.

W kilkanaście minut później Iza zniknęła w łazience przygotowując kąpiel dla Tolka. Na dno wanny, która na szczęście była pełno wymiarowa więc taka żyrafa jak Tolek bez problemu mógł w niej leżeć, położyła matę antypoślizgową i zaczęła toczyć wodę. Dolała zrobioną miksturę, sprawdziła temperaturę  wody i zawołała Tolka, by przyszedł wraz z ręcznikiem  kąpielowym. Gdy już wszedł do łazienki runął na kolana  na dywaniku leżącym koło wanny, złożył ręce w błagalnym geście  i powiedział: błagam cię o pani, umyj  mnie, niegodnemu plecy. Oboje wybuchnęli gromkim śmiechem ale pomimo atmosfery zabawy Iza pilnowała by się jednak nie poślizgnął. Po kilku minutach Iza powiedziała- tak pięknie mnie poprosiłeś, że umyję ci nie tylko plecy, przód do pasa również, dobrze będzie  pomasować  te blizny w tej ciepłej,  zmiękczającej skórę wodzie. Resztę swego grzesznego ciała umyjesz sobie sam. Jak się już umyjesz i opłuczesz to wyciągnij korek z wanny i wtedy wstaniesz i dam ci ręcznik, to znaczy prześcieradło kąpielowe i zaczekam tu aż wygrzebiesz się z wanny. Wiesz, gapa z Ciebie, piżamy tu nie przyniosłeś, pójdę po nią. Gdy szła po Tolkową piżamę pomyślała, że chyba jednak coś do tego faceta czuje i że to nie jest tylko nieco zabawne i rozczulające wspomnienie  gdy czcili (w zapewne dla innych dość osobliwy sposób) jej pełnoletność.  I pamiętała dość zdziwioną minę  fotografa u którego pierwsze zdjęcie zrobiła sobie o godzinie 11 rano a w kilka godzin później następne.

Na pierwszym jest bez  makijażu, na następnym już miała makijaż, tylko włosy jakby w nieco większym nieładzie i nieco zamglone spojrzenie.

Tego wieczoru znów Iza wmasowała w blizny olejek rycynowy i okryła wszystko tetrową pieluchą i dopiero potem pozwoliła by nałożył górę piżamy.

Pomimo ostrzeżeń Tolek wybrał pokój obok kuchni. Około 23,30 oboje już byli w swoich pokojach To jednak był dość ciężki weekend, który obojgu dał wiele do myślenia Przed zaśnięciem każde z nich układało własny plan jak zdobyć, jak zasłużyć na uwagę i uczucie drugiej strony. 

Rano gdy półprzytomna Iza weszła do kuchni doznała lekkiego szoku- w kuchni był Tolek, na stole stał talerz z różnymi kanapkami a Tolek nalewał do  kubków wrzątek zalewając nim utartą z odrobiną cukru nescą.Widząc jej zdumienie spokojnie powiedział - ty mnie kąpiesz, więc ja ci robię śniadania. Nie mam problemu ze stawaniem nawet w środku nocy. W różnych porach miewałem wachty nim zostałem kapitanem.

                                                    c.d.n.









Nie wigilijna opowieść - III

Postali jeszcze na kotwicy z godzinę przyglądając się sobie wzajemnie w czasie rozmowy. Wypili  całą kawę a Iza zauważyła zmianę w postawie Tolka. Wyraźnie się rozluźnił, nie rzucał na nią ukradkowych  spojrzeń tylko się jej bacznie przyglądał. W pewnej chwili stwierdził, że choć chodzili razem 7 lat do szkoły, potem spotykali się w okresie liceum to on jej właściwie nie zna, nic o niej nie wie, a chciałby jednak sporo wiedzieć. Iza jęknęła- chłopie, przecież  nie po to nas posyłali do szkoły byśmy się tam poznawali, ale po to byśmy się uczyli czytać i pisać i zdobyli minimum wiedzy. To czego nas uczyli to kropla w morzu potrzeb każdego człowieka. Nas nawet samodzielnego myślenia  nie uczyli, nasze myśli były wiecznie sterowane. Co mi z tego, że dowiedziałam się, że są rośliny okryto i  nago zalążkowe, skoro po szkolnej biologii rozpoznam na łące co najwyżej koniczynę. Jestem w lesie i nie rozpoznaję ptasich głosów i pewnie gdyby nie mój ojciec nie odróżniłabym szpaka od drozda i jaskółki od  jerzyka. Czy ktoś nas w szkole uczył jak sobie radzić z własnymi uczuciami, jak umieć się odnaleźć w okresie dojrzewania hormonalnego  gdy ma się kompletny mętlik w głowie? Teoretycznie tego wszystkiego powinien był uczyć dom, ale chyba pamiętasz jak wyglądał przekrój klasy pod względem społecznym? Były też dzieci alkoholików, więc co mogły wynieść z domu w sensie  wiedzy o życiu? Że jest wódka  czysta i kolorowa a piwem zmieszanym z wódką  można się szybciej upić i zaoszczędzić tym samym nieco pieniędzy. I to wszystko. I nie przesadzaj, że mnie nie znasz,  trochę jednak  żeśmy się poznawali,  głównie z tej zakazanej przez rodziny strony. Trochę czasu jednak od tamtych lat minęło, w międzyczasie byli przy nas inni ludzie i tamte szczeniackie "odkrycia" pokrył kurz niepamięci. A pamiętasz moje osiemnaste urodziny czy też  już zapomniałeś? Czy wiesz, że  tego fotografa już nie ma? Ale ja nadal mam zdjęcie zrobione tamtego dnia. I wiem, że mi jedno wtedy cichcem zabrałeś. Tolek uśmiechnął się przepraszająco - mam je i mam jeszcze jedną twoją rzecz- pamiętasz jak raz zgubiłaś na łodzi swój klapek, ten "złoty"? Szukaliśmy i nie mogliśmy go znaleźć a w tydzień później mój ojciec go znalazł, był pod podłogą w kokpicie. Oczywiście nie przyznałem się, że znam właścicielkę i udawałem wielkie zdumienie skąd się tam wziął. Bo gdybym  powiedział, to by się wydało, że podprowadziłem ojcu zapasowe kluczyki od  hangaru i korzystałem bez jego wiedzy z żaglówki. Iza zaczęła się skręcać ze śmiechu, bo wtedy była pewna, że Tolek brał łódkę legalnie a nie po kryjomu. Ona o brakującym klapku powiedziała w domu, że go zgubiła , zapewne wypadł jej z siatki. A wyprawy nad Wisłę zawsze były firmowane imieniem którejś z koleżanek jeśli akurat nie wypadały w dzień, w którym się urywała ze szkoły. Pośmiali się trochę z siebie, potem postanowili popłynąć  aż do Helu i popatrzeć na miejsce gdzie się spotyka woda zatoki z Bałtykiem. Oboje byli w świetnym nastroju, a Tolek kilka razy powtórzył niczym mantrę : dobrze, że dodzwoniłem się do ciebie i żeśmy się spotkali. Za kolejnym razem  Iza powiedziała - nie  ekscytuj się, nie jestem ani mila ani dobra, jednego już wykończyłam, więc lepiej uważaj. Na dodatek jestem obrzydliwie konsekwentna i poważna, co dla niektórych jest męczące, więc uważaj z różnymi deklaracjami,  bo potem się czepiam. Tolek leciutko się uśmiechnął i podsumował - mam podobnie, mnie to pasuje.

Do Sopotu wracali na foku i silniku. Oboje zadowoleni ze wspólnie spędzonego dnia. Postanowili, że  wieczorem jeszcze wyskoczą na  molo i może wstąpią gdzieś na chwilę na tradycyjny dancing, na który namówią też rodziców Tolka. Był to pomysł Izy, która pamiętała jedną z prywatek u Tolka, gdy jego rodzice tańczyli razem z nimi  wszystkimi. Byli to jedyni rodzice, którzy wpadli na taki pomysł. A  Iza dziś wieczorem zatelefonuje do koleżanki by ta ją w poniedziałek zastąpiła. I do Warszawy pojadą w poniedziałek przed południem. I nie będą tak  gnali jak do Sopotu.

Rodzice Tolka bez problemu zgodzili się na ten plan. Iza zaproponowała, że zrobi  pani domu wieczorowy makijaż co zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem i nim Iza skończyła swe dzieło panie już były "na ty". A po drodze do Grand  Hotelu, bo tam grała prawdziwa orkiestra i ludzie  tańczyli jak Bóg przykazał parami a nie miotali się konwulsyjnie każdy osobno (jak to ślicznie określił pan domu) Iza poprosiła by Tolek  zatrzymał się  koło apteki, bo  ona musi kupić olej rycynowy. Wysiadł razem z nią a jedyne czego się dowiedział brzmiało -  ma do niej przyjść do pokoju gdy  skończy wieczorne  ablucje. Biedny chłopak wyglądał na dość zdezorientowanego- apteka, olej rycynowy, on do niej po wzięciu prysznica - coś trudno było to połączyć w logiczną całość. A gdy z nią tańczył jedyne czego się dowiedział było - nie tylko punktualność jest wielką cnotą, cierpliwość także. Twój tata świetnie  tańczy, jestem zachwycona.

Przed północą ruszyli do domu. Piętnaście  minut po powrocie do domu Tolek zameldował się w pokoju Izy. Iza usadziła go w fotelu, kazała zdjąć górę piżamy i zaczęła pomału, ale dość mocno wmasowywać olej rycynowy w blizny. Chyba nie tego oczekiwał. Iza mu spokojnie tłumaczyła, że w cywilizowanym świecie olej rycynowy nie jest stosowany przy zaparciach  jak w Polsce, ale do wcierania w blizny i stłuczenia. A na zaparcia w cywilizowanym świecie ludzie stosują oliwę z oliwek. Poprosiła by jeszcze z 15 minut nie zakładał nic, a potem by założył jakąś starą, miękką  bawełnianą podkoszulkę, którą  można prać w cieplejszej wodzie. A gdy przyjadą do Warszawy Iza da mu bawełniane, tetrowe .....pieluchy, które ochronią jego piżamy przed zabrudzeniem tym gęstym olejem.

Następnego dnia pożegnanie było jednym pasmem zapewnień z obu stron, że było bardzo miło, Iza dostała  "wieczyste zaproszenie" do odwiedzania rodziców w Sopocie, pani domu wcisnęła jej w dłoń kartkę z telefonem i adresem, Iza czym prędzej podała swój domowy numer, a pan domu zapewniał, że już czeka na jej następną wizytę bo świetnie mu się z Izą tańczyło.

Gdy w końcu młodzi wsiedli do samochodu i zapięli pasy Tolek prychnął - mój stary wyraźnie cię podrywał. Iza roześmiała się serdecznie i spytała czy byłoby lepiej gdyby się jego rodzicom nie podobała. No nie, lepiej, że się podobasz, ale jestem zazdrosny.

Iza  natychmiast spoważniała. Przez chwilę nie mówiła nic, po czym  spokojnie powiedziała - nie ma najmniejszego powodu do zazdrości. Przecież głównie tańczyłam z  tobą. Poza tym czy ty aby nie przesadzasz?  Nim coś palniesz pomyśl a potem mów. Jak na razie to nie jesteśmy parą, sam o tym dobrze wiesz. Nie można kogoś pokochać w 2 dni nawet jeśli się kogoś znało w czasach dzieciństwa i wczesnej młodości. I nie wmawiaj sam w siebie  a i we mnie, że jesteś zakochany we mnie  lub mnie kochasz.

Owszem, może jesteś zauroczony, może ci się podobam, ale to nie miłość jak na razie. Bardzo cię lubię, ale nadużyciem byłoby powiedzenie że cię kocham. Nie bazuj na tym co się między nami kiedyś zdarzyło. Jeżeli jest nam pisane, że mamy być razem to będziemy. Bo jak całkiem przytomnie zauważyłeś to mało się jednak znamy - kim innym byłam w wieku 18 lat a kim innym jestem teraz. Ty też byłeś wtedy inny, sam to wiesz. Musimy trochę ze sobą pobyć, poznać swoje reakcje  na wiele spraw. Nawet nie wiem jak teraz  całujesz. Wiem, że ten wypadek zmienił twoje życie, że w pewnym sensie poczułeś  się gorszy, że te blizny szpecą nie tylko twoje ciało  ale i duszę, niszczą  twą psychikę. Pomogę ci w tym byś jakoś wrócił do równowagi. Już raz popełniłam pomyłkę, drugi raz nie chcę jej popełnić. To nieudane małżeństwo otworzyło mi oczy  na wiele aspektów a jednocześnie też sprawiło, że poczułam się gorsza, choć on pił nie z mojej winy, tylko starannie ukrywano ten fakt  przede mną.

Na wiele kilometrów zapanowało grobowe niemal milczenie, w końcu Tolek  powiedział: wiem, że masz rację. To prawda, że ten wypadek mnie zmienił. Mam jeszcze ten list, który do mnie wysłałaś gdy byłem po wypadku. Nigdy go nie otworzyłem ale nie wyrzuciłem. Masz rację czuję się gorszy, ale już od wielu miesięcy zbierałem się by cię odnaleźć. Ciebie a nie jakąś inną dziewczynę.Ale strasznie się bałem bo minęło tyle  lat. Wiedziałem, że wyszłaś za mąż, nie wiedziałam tylko, że się rozwiodłaś. Gdy powiedziałaś, że jesteś po rozwodzie to chciałem skakać z radości. A jak teraz całuję? Nie wiem, ale mogę spróbować, choć się boję. W snach idzie mi to dobrze. I zawsze w snach  całuję ciebie, nigdy żadną inną kobietę.W pewnym sensie jesteśmy jak dwa rozbitki na bezludnej wyspie. Co prawda każde z nas jest z innego statku ale chyba możemy spróbować poznać się i połączyć swe siły. Podjedźmy gdzieś na kawę zmęczyłem się.

Iza zaprotestowała - nie , po prostu ja cię zmienię za kierownicą na  najbliższym parkingu, mam przy sobie prawo jazdy. Odpada, jestem wpisany  jako kierowca tego samochodu. Gdyby zdarzył się wypadek nawet nie z Twojej winy byłby kłopot.

Rozumiem. Następnym razem weźmiemy  mój samochód. Dobrze, na najbliższej stacji napijemy się kawy i trochę pospacerujemy, to nam dobrze  zrobi.

W dwie godziny później parkowali pod domem Izy. Gdy weszli do mieszkania Iza powiedziała do Tolka - mam dla ciebie pewną propozycję - wymelduj się z hotelu, możesz mieszkać u mnie. Będzie to wygodniejsze dla nas obojga - będziemy dość szybko wiedzieć czy damy radę mieszkać pod  jednym  dachem, będziemy się na nowo poznawać, ja  będę miała pod kontrolą te twoje  blizny, bo jestem  pewna, że tak od razu pod nóż nie pójdziesz, zawsze wpierw jest leczenie zachowawcze. Możesz korzystać z  mojego samochodu. I możesz podać osobom, z którymi musisz mieć kontakt telefoniczny, mój numer telefonu, jest na nim sekretarka, jak cię nie będzie to się ten ktoś nagra.

A teraz szybciutko zrobimy coś do jedzenia, bo ty po prostu jesteś głodny. Włącz wodę, na pierwszy ogień zrobimy kanapki, a potem  ja ugotuję coś na obiad lub kolację.

Tolek przyglądał się jej z uwagą, wreszcie zapytał - ty to wszystko mówisz poważnie?

                                                        c.d.n.



 


wtorek, 8 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść - II

Gdy przyjechali do domu Izy Tolek zatelefonował do swoich rodziców, że za chwilę wyruszy wraz z pewną miłą osobą do Sopotu i że rano wybierają się na  żaglówkę. Wyjaśnił też mamie, że ta miła osoba to Iza, z którą chodził razem jeszcze do szkoły podstawowej a potem razem w czasach liceum pływali po Wiśle. W ciągu 15 minut Iza spakowała swoje rzeczy, wzięła nawet  dwie  butelki  wody, zalała wrzątkiem kawę w termosie, zgarnęła nieco kabanosów, dwie przekrojone  kajzerki i wzięła dwa turystyczne kubki. W ostatniej chwili jeszcze dorzuciła paczkę herbatników i tabliczkę czekolady.

Najtrudniej było przejechać przez Warszawę, potem  już poszło jak po maśle. Na wszelki wypadek w Małdytach nabrali jeszcze  paliwa, wypili resztę kawy i zagryźli ją czekoladą.

Według Izy zdecydowanie za szybko jechali, ale Tolek prowadził pewnie, reflektory były dobrze ustawione, a najważniejsze, że ruch w kierunku Warszawy minimalny. O wpół do pierwszej w nocy dotarli do  domu  rodziców Tolka.

Całą drogę rozmawiali, Tolek wypytywał się gdzie  Iza pracuje, nie  wydziwiał, że jest kosmetyczką i że porzuciła po pierwszym roku studia na polonistyce. Doskonale rozumiał jej rozczarowanie tym kierunkiem  i to, że nie bardzo mogła sobie wyobrazić, że po tym kierunku będzie "panią od polskiego". Nie miała talentu pedagogicznego, nie lubiła dzieci, więc zrezygnowała ze studiów. Poza tym chciała się jak najszybciej usamodzielnić i zrobiła odpowiednie kursy by zostać kosmetyczką. Pierwsze pół roku po kursie pracowała za darmo w prywatnym zakładzie, ale  jak twierdzi opłacało się, bo bardzo wiele się nauczyła, otrzymała też od  właścicielki salonu świetną opinię oraz pomoc w dostaniu pracy w  znanej spółdzielni zrzeszającej kosmetyczki, fryzjerów oraz lekarzy. Teraz  miała już swoje własne klientki a za ścianą bez trudu dostępnych lekarzy różnych  specjalności oraz dobry salon fryzjerski. Lubiła swą pracę, miała też dostęp do najnowszych osiągnięć z dziedziny kosmetyki. Planowała z czasem stworzyć własny salon kosmetyczny. W mieście rosły jak  grzyby po deszczu nowe dzielnice i praktycznie w każdej salon kosmetyczny byłby mile widziany. Rozmawiała już o tym z prezesem jednej ze spółdzielni mieszkaniowych, który dobrze rozumiał, że na każdym owym osiedlu są potrzebne różne punkty usługowe.

O dziewiątej rano Izę obudziło pukanie do drzwi i głos Tolka dopytujący się co będzie piła na śniadanie. Tolek stwierdził, że śniadanie może, jeśli chce, mieć dostarczone  nawet do łóżka, ale Iza stwierdziła, że woli jeść przy stole i za 10 minut będzie gotowa, co nie oznacza, że ubrana już do wyjścia z domu.

Gdy wyszła z pokoju wpadła na Tolka, który na nią czekał pod drzwiami.Śniadanie zjedli w prywatnej kuchni a ilość przygotowanego jedzenia zdumiała wręcz Izę. Z wielkim niedowierzaniem patrzyła na Tolka pałaszującego takie ilości kanapek, które Izie wystarczyłyby na trzy  śniadania. Tolek jadł i jednocześnie  szykował prowiant "na drogę". W pierwszej  chwili pomyślała, że szykuje śniadanie i dla swych rodziców, ale gdy wszystko zostało spakowane w  pojemniki i schowane do termo torby zrozumiała, że to na drogę. Do mariny podjechali samochodem ojca Tolka, bo jak  tłumaczył Tolek lepiej by ten wypożyczony został w garażu.  Bo towarzystwo korzystające z parkingu w pobliżu mariny było różne a samochód na innej niż miejscowa rejestracji często padał łupem złodziei. Podświadomie idąc pomostem mariny Iza wypatrywała "Omegi", ale zatrzymali się koło niedużego jachtu kabinowego. O rany, to my tym będziemy pływać? Myślałam, że jak kiedyś  "omeżką". Jeszcze czymś takim  nie pływałam! Tolek roześmiał się  i powiedział- no to bierz się załogancie do taklowania,  załóż foka, ja obsłużę grot. Wypłyniemy kawałek  na silniku, potem postawimy żagle. 

Iza, a zrobiłaś stopień sternika? No a po co miałam robić sternika? Ty wyjechałeś a byłeś jedynym chłopakiem z którym miałam szansę dość regularnie pływać. Czy to znaczy, że potem już nie pływałaś?  No nie, pływałam kilka razy z  Wojtkiem na Holendrze na Zalewie, gdy skończyli regaty, potem kilka razy Słonką, raz Hornetem, ale po tym  jakoś mi ciąg do żeglowania przeszedł. I to wszystko. A poza tym nie lubiłam i nadal nie lubię gdy się komuś wydaje, że jeśli z nim jestem na żaglu  lub gdzieś w plenerze to jestem gotowa na podryw i "krzakoterapię". 

A pamiętasz Izuś jak się oboje pospaliśmy w Omedze? Dobrze, że kotwica nas utrzymała w miejscu bo byśmy spłynęli nie  wiadomo jak daleko w dół Wisły.  Iza parsknęła śmiechem - nic dziwnego, że się pospaliśmy, byliśmy po niezłej imprezie i mieliśmy szczęście nie tyle z tą kotwicą ale z tym , że tego dnia policja nas nie wypatrzyła. Bo była by niezła draka. Ja wtedy nałgałam w domu, że jadę na wycieczkę i dlatego mogłam po imprezie nie wrócić do domu tylko przetrwać na niej do rana i potem z tobą iść na łajbę. 

I nagle Tolek wybuchnął gromkim śmiechem, w końcu dusząc się od śmiechu powiedział - nie lubiłaś być podrywana, a ja właśnie cię podrywałem tym ciąganiem  na żaglówkę! Teraz i Iza  zaczęła się śmiać- no cóż  fajnie wyszło - ja tego nie odbierałam jako podryw i byłam szczęśliwa, a ty mnie podrywałeś i też byłeś szczęśliwy. Bardzo ich to rozbawiło. Płynęli  teraz na samych żaglach w stronę Półwyspu Helskiego.

W pewnej chwili Tolek zerknął na Izę i zapytał - a ty nadal nie lubisz blondynów? Bo kiedyś  powiedziałaś, że nie lubisz blondynów i naprawdę niewiele brakowało abym sobie zaczął farbować włosy, ale jakiś przytomny fryzjer wybił mi to z głowy. Izie wpierw szczęka opadła ze zdumienia a  potem wybuchnęła śmiechem i gdy się trochę uspokoiła to zapytała- a kiedy ja tak powiedziałam, bo zupełnie tego nie pamiętam.

Powiedziałaś to na prywatce u Zośki, a ja od razu wtedy wziąłem to do siebie i strasznie cierpiałem, że po tatusiu jestem takim platynowym blondynem. A, prywatka u Zośki? - powiedziałam tylko, że nie lubię włosów jasny blond, nie precyzując płci. Piłam to do Zośki, bo ciągle nam wciskała kit, że jej kolor jest w 100% naturalny a tak naprawdę ciągle te włosy traktowała przy myciu wodą utlenioną i płukała rumiankiem. Co prawda  ta woda utleniona to była tylko taka 3% a nie perhydrol. Tolek, litości, wtedy byliśmy raptem w siódmej klasie szkoły podstawowej. W tym wieku większość z nas wygłaszała przedziwne opinie. Przecież w liceum nadal byłeś platynowym blondynem a pływałam z tobą po Wiśle. Teraz też jesteś platynowym blondynem a płynę z tobą po zatoce. Nie sądzisz już chyba, że kolor  włosów ma jakieś niebagatelne znaczenie. Popatrz- dziś mam włosy czarne, kilka miesięcy wcześniej miałam je ciemno popielate a kiedyś miałam w kolorze czekolady. Raz były beżowo-różowe, jeszcze tylko zielonych nie miałam.Ale niezależnie od koloru  jaki mam na włosach to nadal jestem ja ze swymi takimi a nie innymi poglądami, wadami i zaletami,  które się nie zmieniają wraz z kolorem włosów. Wiesz co, zacumujmy gdzieś bliżej brzegu i napijmy się kawy i może coś zjemy?  Projekt Izy został przez Tolka przyjęty z wielkim entuzjazmem.

Zacumowali  gdzieś  pomiędzy Jastarnią Bór a Juratą, w miejscu w którym nie było możliwości spacerowania brzegiem zatoki. Tolek zajął się przygotowywaniem  jedzenia a Iza  z pewnym zdumieniem odkryła, że jest.....głodna. Było bardzo ciepło i Iza zdjęła bluzkę. Ale Tolek nadal paradował w zapiętej koszuli. Iza zerknęła na niego i spytała czy mu aby w tej koszuli nie jest za gorąco. 

Nie mam czego pokazywać, lepiej niech to zostanie przykryte - stwierdził półgłosem. Ale Iza nie odpuściła - podeszła do niego, pocałowała go w policzek i zaczęła rozpinać pomału guziki koszuli mówiąc - domyślam się że masz po tym wypadku jakąś przykrą pamiątkę, ale nie powinieneś tego przede mną ukrywać a słońce na pewno tylko pomoże a nie zaszkodzi. Skóra potrzebuje  słońca i świeżego powietrza. A ja nie boję się widoku blizn. Tolek stał z zamkniętymi oczami wstrzymując oddech. Iza zsunęła z niego koszulę. Nie wyglądało to ładnie, widać było brak troski o bardzo rozległe  i nieco poprzerastane blizny. Nie otwieraj oczu- powiedziała- muszę to pomacać, mów mi tylko kiedy czujesz dotyk. To ważne. W wielu miejscach nie czuł jej dotyku. 

Nie chciałem byś to widziała- wyszeptał. No to źle trafiłeś,  ja jestem dociekliwa. Przecież wiem, że miałeś wypadek, a skoro nie widać żadnych śladów to zapewne je ukrywasz. To proste jak dwa dodać  dwa. I wiesz, gdy wrócimy do Warszawy pójdziemy z tym do chirurga plastycznego. To jest bardzo zaniedbane, ale jak się nad tym popracuje to można wiele poprawić. Otwórz oczy i spójrz na mnie- jak widzisz nie zbladłam, nie zemdlałam na ten widok, nie uciekam z krzykiem i nie mam oporu by cię objąć  i się do ciebie  przytulić. I nie robię tego z litości - zapamiętaj to sobie. I schyl się trochę, w przeciwieństwie do ciebie nie urosłam przez te lata, a do tego jestem w klapkach a nie w szpilkach. Jutro sprawdzę w grafiku kiedy jest chirurg  plastyczny, to świetny specjalista. I uprzedzam cię, że będę cały czas przy badaniu. A potem będziesz mi musiał przyrzec, że będziesz robił wszystko to co lekarz  zleci. Tu nie jest problem natury estetycznej ale zdrowotnej. To już jest bardzo zaniedbane i naprawdę będzie wymagało sporo pracy a część blizn na pewno również interwencji chirurgicznej. Oczywiście w znieczuleniu ogólnym. Jeśli będziesz musiał być w tym czasie w Warszawie będziesz mógł mieszkać u mnie, miejsca jest dosyć. I obejmij mnie wreszcie, wiem, że tego chcesz, ja zresztą też.  A o tym wypadku opowiesz mi gdy będziesz na to gotowy, gdy się te traumę z siebie zrzuci to nawet blizny nieco miękną. 

                                                                 c.d.n.                 

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść

Izę obudził dzwonek telefonu.  Podniosła słuchawkę i raczej jęknęła niż powiedziała zwyczajowe "słucham". W tym momencie obcy głos radośnie wykrzyknął: "a jednak cię odnalazłem!".  Pomyłka!- odkrzyknęła Iza , natychmiast odłożyła słuchawkę i padła z powrotem  na poduszkę. Zerknęła jednak na zegarek- była szósta rano, właściwie to trzeba już wstać. Wyłączyła budzik i  poczłapała do łazienki. Poranne wstawanie  zawsze sprawiało jej trudność. W czasie  śniadania znów  zadzwonił telefon, a na jej  "tak, słucham", obcy męski głos, leciutko schrypnięty wyjaśnił: mówi  Anatol Garlicki, czy zastałem może Izę? 

Zastałeś, jestem przy telefonie - ale, ale przecież ty nie żyjesz! To naprawdę ty?- zapytała zdumiona.

No naprawdę ja, tak, miałem poważny wypadek ale jakoś się z tego wygrzebałem, choć długo to wszystko trwało. Od miesiąca  jestem w Polsce i dopiero wczoraj wieczorem zdobyłem  twój numer telefonu, nie ma  cię w książce telefonicznej, 3/4 wspólnych znajomych gdzieś wyparowało, twój numer podała mi Lilka, ale nie była pewna czy jeszcze jest aktualny bo ostatni raz widziałyście  się 2 lata temu.  Czy moglibyśmy się jakoś spotkać? Będę pewnie z miesiąc w Warszawie, a może dłużej, nie wiem jeszcze dokładnie od kiedy będę miał następny kontrakt. 

Iza przeleciała w pamięci najbliższe dwa dni i zaproponowała by spotkali się w najbliższą sobotę w kawiarni Budapeszt, bo to blisko jej pracy, którą kończy o 14,00, więc o 14,15 mogą się spotkać. I albo posiedzą tam  albo pojadą gdzie indziej. Tolek, ale uprzedzam  cię, bardzo się zmieniłam przez te 10 lat od naszego ostatniego spotkania, nie jestem już  blondynką. A co, zrobiłaś się na "rudą wydrę"? - zapytał. Nie, jestem teraz  "czarna wydra" i mam krótkie włosy.

Gdy odłożyła  słuchawkę zadumała się lekko.Nie widzieli się więcej niż 10 lat. Ostatni raz widzieli się chyba gdy byli jeszcze w liceum- notorycznie urywali się ze swych szkół i pływali  żaglówką po Wiśle. Iza dobrze pamiętała to ich ostatnie  spotkanie - był 1 listopada, wszyscy na  grobach a oni i kilku innych zapaleńców byli w klubie żeglarskim i taklowali żaglówki, a potem snuli się mozolnie po Wiśle bo wiatr był słabiutki,  za to było słonecznie i bardzo ciepło, Iza pływała w szortach i bluzce z  krótkim  rękawem. Zacumowali nawet niedaleko lewego  brzegu i opalali się zachwyceni ciszą, brakiem ruchu na rzece i zupełnie  niespodziewanym ciepłem. Wtedy Tolek  powiedział, że wyjeżdża z Warszawy, będzie zdawał do szkoły morskiej, bo nie widzi siebie poza zawodem marynarza. Potem okazało się, że "wylądował" na początek w szkole rybołówstwa  morskiego, potem z  jego listów przebijało wielkie rozczarowanie, bo bycie uczniem a kimś kto już ukończył szkołę to wielka różnica, był opis rejsu do Wielkiej Brytanii i ...korespondencja się urwała. Potem ktoś ze spotkanych kolegów doniósł, że Tolek miał podczas rejsu wypadek i nie wiadomo czy żyje, bo przygniótł go jakiś duży pojemnik. Iza wysłała nawet do Tolka list, ale nigdy nie otrzymała odpowiedzi. Nie wpadła na pomysł by zadzwonić do jego rodziców- jakby na to nie spojrzeć nigdy nie byli z Tolkiem parą, a całowanie się dziewczyn z chłopakami było w ich  "paczce" czymś normalnym i nie mającym żadnego skutku. Nie podawano sobie rąk w ramach powitania ale się obejmowano, przytulano, całowano. Czuli się niemal jak "dzieci  kwiaty". Ot, wymiana mikrobów, jak mawiała jedna z matek.

Mając na względzie spotkanie z Tolkiem Iza  w piątek rano zgłosiła na recepcji, że  na sobotę mogą do niej umówić najwyżej jedną klientkę, bo ta, którą ma zapisaną na sobotni ranek zajmie jej  dużo czasu, a ona w tę sobotę nie ma  zamiaru wyrabiać jakichś  nadgodzin, musi wyjść z pracy punktualnie. Faktycznie klientka spędziła u niej kilka godzin, po jej wyjściu Iza zeszła jeszcze do salonu fryzjerskiego i poddała swe włosy lekkiemu odświeżeniu. Z przyjemnością zgodziła się na masaż głowy i karku, czuła jak schodzi z niej zmęczenie. Wróciła do swego gabinetu, niespiesznie poprawiła makijaż, powyłączała całą aparaturę, zaciągnęła żaluzje i zeszła do służbowej szatni by zmienić "obuwie  zdrowotne" na niewątpliwie mniej zdrowotne szpilki. Obejrzała się jeszcze w dużym lustrze - jej wygląd całkowicie ją satysfakcjonował. Kolega, który właśnie kończył strzyżenie mrugnął do niej porozumiewawczo i zapytał  "no i jak, dobrze wykonałem swe  zadanie?" Jak zwykle - z uśmiechem odpowiedziała Iza.

Przed wejściem do kawiarni dostrzegła Tolka - stał przeglądając jakieś czasopismo. Nadal był przeraźliwie chudy, tylko jego wiecznie rozwichrzone włosy były bardzo krótko przycięte i nawet uporządkowane. Wyglądał nieco po farmersku - dżinsy, koszula w kolorową kratkę i zamszowa kamizelka wzajemnie się uzupełniały. Iza nieco zwolniła by się mu przyjrzeć. Właściwie niewiele się zmienił, chyba tylko nieco urósł.

Podeszła bliziutko i spytała- a czemu ty tu czekasz a nie w kawiarni? Tolek z lekka spłoszony oderwał wzrok od czasopisma i spojrzał na nią niezbyt przytomnym wzrokiem a potem jak za dawnych lat objął i przytulił pytając - czy gdy cię pocałuję to nikt mi nagle nie przygrzmoci? Iza roześmiała się- nie, nie przygrzmoci. Tolek wycisnął na jej policzkach dwa pocałunki i stwierdził, że na górze jest straszny tłok, więc on   pomyślał, że może będzie lepiej gdy pojadą do klubu jachtowego bo teraz jest tam kawiarnia. Chodź Iza, weźmiemy taksówkę i tam podjedziemy. Albo nie, wypożyczę samochód, to nawet lepsze, bo koło klubu z pewnością potem nie znajdziemy taksówki. Iza wzruszyła ramionami- jak chcesz, mnie wszystko jedno. Albo możemy zrobić jeszcze inaczej - wsiądziemy w  autobus i pojedziemy do mnie- zaproponowała Iza.Tolek  jednak uparł się na wypożyczenie  samochodu i ruszył do hotelu Forum,w którym się  zatrzymał. W pół godziny później siedzieli na tarasie klubu jachtowego i pili kawę, a Tolek usiłował doszukać się smaku w podanym mu ciastku. Okazało się, że Tolka już niewiele spraw łączy z Warszawą  Jego rodzice  sprzedali  mieszkanie swoje i Tolkowej babci i przeprowadzili się  do Sopotu, a poza tym zakupili działkę w Dębkach i z czasem postawią tam domek letniskowy. 

Izę nieco dręczyła  sprawa wypadku Tolka, ale nie śmiała się o to go zapytać. Uznała, że może ten temat jest dla niego traumą i że gdyby chciał to sam by jej o tym opowiedział. Zdziwiła się, że Tolek pływa głównie pod obcymi banderami a teraz czeka na zatrudnienie u włoskiego armatora. Usłyszała więc cały wykład na temat ucieczki różnych armatorów od bander narodowych głównie z przyczyn podatkowych. I że te bajeczne zarobki marynarzy wynikają głównie z tego, że w jednym kraju coś kupią a sprzedadzą korzystnie w innym, a nie dlatego, że świetnie zarabiają. Iza była nieco zdziwiona. Widząc jej zdziwienie Tolek powiedział - i nie wierz, że w każdym  porcie każdy marynarz ma dziewczynę. Oczywiście marynarze nie święci , są wśród nich amatorzy płatnej miłości, ale nie większość. Przecież wśród tych co nie pływają po morzach też takowych nie brak. To jest praca, ciężka praca a w porcie  bywa się raczej krótko i też jest fura obowiązków. Wiesz, marzy mi się rejs taki na luzie, własną łajbą dobrze wyposażoną, z załogą składającą się z samych takich samych narwańców jak ja. Kombinujemy z kilkoma kumplami by zająć się turystyką, zarobkowo, w jakimś miłym i dość ciepłym zakątku świata. A przynajmniej w takim  miejscu , w którym jest długi sezon turystyczny. Na razie  nawiązujemy różne kontakty, łapiemy pracę na wycieczkowcach by wszystko wyczaić.

Izuś, a co ty robisz? Słyszałem od Lilki, że wyszłaś za mąż, ale jakoś nie widzę wcale obrączki tylko kilka bardzo ładnych pierścionków - Tolek ujął jej rękę i z zainteresowaniem oglądał pierścionki.

Iza ciężko westchnęła - no wyszłam ale już  zdążyłam się rozejść - omal się nie pozabijaliśmy. Ja po prostu nie pozwolę nikomu by mnie przerabiał na swój model, a może raczej na model jaki mu mamuśka stawiała za wzór. Nie ukrywam jaka  jestem. Gołym okiem widać - uprzedzałam lojalnie, że nie nadaję się na żonę która będzie po mężusiu sprzątać, obiadki pod nos podtykać, głaskać po głowie gdy wróci do domu zapity i prowadzić do kibla gdy mu się zechce wymiotować. Gdyby to było wskutek choroby to co innego, ale skoro się zapił, choć wie, że tak się to u niego kończy to ja  dziękuję za takiego męża. Pewnego wieczoru gdy wrócił pijaniutki zatelefonowałam do teściów i powiedziałam , żeby po niego przyjechali i zabrali sobie do domu to swoje szczęście.  

No i co? - Tolek był wyraźnie zaciekawiony. Przyjechali, wyciągnęli go z łazienki, gdzie obejmował czule kibel, a ja spakowałam jego dwie walizki i powiedziałam, żeby mi go tu więcej nie przysyłali, bo ja wnoszę sprawę o rozwód- nie będę żyć z pijakiem. Na szczęście to było moje mieszkanie, a ja mówiłam co prawda przed ślubem, że nie jest moje ale  babci i wcale jeszcze nie był w nim zameldowany, bo babcia wg mojej wersji była chora i nie mogła go zameldować, więc tylko przezornie zmieniłam zamek w drzwiach. A mąż mojej koleżanki jest adwokatem i bardzo szybko mnie rozwiódł.  Tolka bardzo rozbawiła ta historia - śmiał się  i stwierdził, że Iza jest bardzo niebezpieczną kobietą. Potem tylko zapytał, czy może tym nieudanym mężem był ktoś ze wspólnych znajomych, ale Iza powiedziała, że nie.

A jak z tobą? Czeka gdzieś na  ciebie jakaś pani Garlicka lub kandydatka na panią Garlicką?  Nie, nie ożeniłem się nawet na chwilę, nie mam też żadnej kandydatki na to stanowisko. Przecież mnie ciągle nie ma w domu, ja wszak pływam. Małżeństwo to raczej powinno razem mieszkać a nie w odległości wielu setek mil morskich od  siebie.Poza tym tak naprawdę poza tobą, nie znam dziewczyn które chciałyby spędzać wolny czas na żaglu, a ja na urlopie nie siedzę na lądzie tylko pływam na żaglu. Wiem, to wielu dziwi, ale ja tak mam. A co byś powiedziała gdybyśmy tak dziś pojechali  nad zatokę Pucką? Przenocujemy w domu moich rodziców, raniutko skoczymy nad zatokę, popływamy na żagielku kilka godzin i wrócimy do Warszawy. Pływanie po zatoce jest naprawdę bardziej ekscytujące niż po Wiśle, przekonasz się. Starzy mają domek, a tak dokładnie niemal pensjonat, dostaniesz własny pokój.

Izie niemal szczęka opadła gdy to wszystko usłyszała.Gapiła się na Tolka jak cielę na malowane wrota wreszcie wymamrotała -  ale muszę wpierw wpaść do siebie do domu, przecież nie pojadę w szpilkach i tym ubraniu. I tak na wszelki wypadek zadzwonię do koleżanki żeby w razie czego mnie zastąpiła, choć ma w poniedziałek wolne. Mam umówione dwie klientki.

W szpilkach to możesz jechać, tylko weźmiesz coś wygodniejszego ze sobą na przebranie. Bo w tych szpilkach wyglądasz naprawdę fajnie. I nawet te ciemne włosy tak asymetrycznie obcięte pasują do ciebie.

                                                    ciąg dalszy nastąpi



P.S. jak zawsze proszę albo o komentarze albo o znaczki    :)   lub    :(


niedziela, 11 października 2020

Samo życie - IX

 Drugi tydzień pobytu spędzali głównie na plaży - słońce pracowało bez zarzutu, Wojtek i Michaś pomału ciemnieli, babcia czym prędzej zakupiła dla dziadka i siebie kapelusze by nieco ochronić się od słońca. Popołudniami Wojtek chodził z synkiem na długie spacery.

Usiłował  dość  delikatnie a jednak stanowczo wytłumaczyć chłopcu, że być  może będzie musiał jeszcze przez jakiś czas mieszkać z mamą, bo wprawdzie już jest  złożona sprawa w sądzie by Michaś mógł mieszkać nie z mamą ale z tatą, to i tak wszystko zależy od decyzji sądu. Przygotowywał też dziecko do sytuacji, że zapewne będzie musiał w sądzie powiedzieć dlaczego nie chce z mamą mieszkać. No i tłumaczył, że jeśli sąd uzna, że może  mieszkać z tatą to będą dni, że będzie u dziadków, wtedy gdy Wojtek będzie musiał na kilka dni wyjechać służbowo. No a poza tym ile razy będzie miał ochotę to będzie mógł bywać u mamy. Co do bywania u mamy to Michaś nie wykazał żadnego entuzjazmu, ale to, że będzie czasem kilka dni u dziadków bardzo mu się podobało.

W jedno popołudnie poszli jeszcze na hipodrom i Michaś dał się namówić na przejażdżkę konną. Był z początku nieco przerażony, ale że koń był z tych, które służą do hipoterapii i był przyzwyczajony do zestresowanych dzieci i nie reagował na ich strach, po kilku minutach powolnego człapania na końskim grzbiecie Michasiowi się to spodobało. Przy kolacji opowiadał ze szczegółami dziadkom jak "jeździł konno".

Jak wiadomo każdy urlop się kiedyś kończy i po dwóch tygodniach, które bardzo szybko Michasiowi minęły wrócili do Warszawy. Gdy już dotarli do domu,  zjedli kolację, a Michaś wylądował w łóżku, Wojtek zatelefonował do Marzeny, żeby jej powiedzieć, że już wrócili i że chce by Michaś był u niego do końca wakacji.  Ale telefonu nikt nie odbierał. Ponowił próbę połączenia się około godziny 23,00, ale nadal nikt nie odbierał. Zatelefonował również rano- nadal cisza. Po śniadaniu zaprowadził Michasia do swoich rodziców, szeptem wyjaśnił mamie, że musi odnaleźć Marzenę by z nią porozmawiać bez obecności dziecka. Wziął klucze od jej mieszkania, które Michaś przyniósł ze sobą owego wieczoru i jeszcze przed udaniem się do pracy poszedł do  mieszkania Marzeny.  Nie znalazł tam nikogo, w zlewie walały  się brudne naczynia,widać było, że czekają od kilku dni na umycie. Wpadł na 2 godziny do pracy, pozałatwiał najpilniejsze sprawy, zatelefonował do Janka , powiedział o sytuacji i postanowił pojechać do  jej rodziców, bo podejrzewał, że u nich jest.

Teściowa nawet się ucieszyła, choć miała pretensję, że przyjechał bez dziecka. Wyjaśniła mu, że Marzenka poznała jakiego mężczyznę, ale teściowa nie wie kto to jest, nie widziała go, bo Marzena nie uznała za stosowne go przedstawić, choć siedział w samochodzie gdy Marzena była ostatni raz u matki by jej powiedzieć, że wyjeżdża  do Włoch i nie wie kiedy wróci. 

Bo widzisz Wojtku, ona chce sobie życie ułożyć- tłumaczyła teściowa. Ależ to bardzo dobrze, stwierdził Wojtek, przecież jest wolna. A ja złożyłem wniosek w sądzie by dziecko było u mnie bo widzi mama....i tu opowiedział ze szczegółami co zaszło przed ich wyjazdem nad morze. Teściowa aż łyknęła jakieś kropelki na uspokojenie, powachlowała się gazetą i powiedziała - wiem, że Michasiowi będzie u ciebie dobrze, będę w sądzie świadczyła na twoją korzyść, ale obiecaj mi, że będziesz co jakiś czas przyjeżdżał razem z Michasiem. To mój jedyny wnuczek przecież. A Marzena, choć to moja córka to.... no nie wiem w kogo to się wdała- leniwa, i nawet dzieckiem nie za bardzo umie się zająć. I dla dobra Michasia będę świadczyć w sądzie przeciwko niej. Nie jestem zaślepioną matką, umiem dostrzec jej wady. A ty Wojtusiu dalej jesteś sam? No nie sam, mam Michasia- roześmiał się Wojtek. Ale jeśli  idzie o kobiety to jestem sam. Chyba za mocno się sparzyłem na Marzenie, a poza tym to bardzo dużo pracuję. No i oczywiście będę tu przyjeżdżał z Michasiem, obiecuję. A Marzenie zapewne będzie łatwiej  ułożyć sobie życie na nowo gdy nie będzie  musiała opiekować się dzieckiem. Może przyjedziemy w najbliższą niedzielę, jeśli nic się nie wydarzy. Pożegnał się z teściową, przekazał pozdrowienia dla teścia i niemal wskoczył do swego samochodu- po prostu rozpierała go radość.

Gdy tylko odjechał nieco dalej natychmiast wysłał wiadomość do Janka. Wierzył matce Marzeny, zdążył ją nieco poznać gdy tu mieszkali. Janek napisał tylko jedno zdanie- będę u ciebie dziś około 19,00.

Michaś został na noc u dziadków - "bo przecież  jak mam tu rano przyjść, to będzie lepiej jak od razu zostanę na noc" - stwierdził.  Ani dziadkowie  ani Wojtek nie protestowali. Wojtek króciutko opowiedział czego się dowiedział u teściów i co powiedziała teściowa. Mama Wojtka zaś powiedziała - mnie to twojej teściowej żal, przecież to strasznie zarobiona kobieta, ale bardzo dobrze zorganizowana i dobrze jej z oczu patrzy. To jasne, że powinieneś ją z Michasiem odwiedzać. Od tego, żeście się  rozeszli nie przestanie być babcią Michasia ani twoją teściową. 

Zgodnie z zapowiedzią Janek był o 19,00. Załapał się na "babciną szarlotkę", której połowę przyniósł od  matki Wojtek. Janek uwielbiał ten rodzaj ciasta, o czym mama Wojtka dobrze wiedziała. Robiła  tę szarlotkę na bardzo cieniutkim cieście, a jej wierzch stanowiła beza. Wiadomość o tym, że Marzeny nie ma w Polsce oraz o tym, że jej własna matka będzie świadczyć przeciwko niej przekazał adwokatowi.  Wiesz, dobrze, że masz za sobą jej matkę, trochę marnie, że nie ma Marzeny, bo się sprawa przeciągnie w czasie. Daj mi jeszcze adres swojej teściowej w takim razie, może być potrzebny.

Janek przyniósł też album "Rodzina na plaży" wykonany już w Warszawie.  Rzeczywiście  na jednym ze zdjęć Wojtek wyglądał groźnie a jednocześnie smutno. No wiesz, jak mogłeś mnie sfotografować gdy  miałem taką minę?  To nie  fair! Kolego, ale to samo życie, nie zawsze można wyglądać jak  Adonis, śmiał się Janek. Ty popatrz na swego syna - ma cały czas uśmiechniętą buzię, dobrze mu tam było. Nie przepadam za dziećmi, ale jego to kocham. To mądry i grzeczny chłopczyk. Podziwiałem go w ZOO, bo jak na sześciolatka to sporo wie o zwierzętach i niemal wszystkie już z daleka poznawał.  Kupię mu "pod  choinkę" jakiś ładny album i to niekoniecznie u nas, gdzieś na wyjeździe. A jak on świetnie opowiadał o tukanie - no normalnie aż mnie zatkało, nawijał jak stary.  Nic dziwnego - powiedział Wojtek -Michaś  zdolny po tatusiu, a dziadek mu stale  kupował książki o zwierzakach i czytał. Przez jeden rok przebojem  sezonu była "Encyklopedia zwierząt" oraz "Encyklopedia ryb". Całe szczęście, że gustował w lwach, ale teraz w Sopocie majaczył coś o posiadaniu kota lub psa. Więc jak coś usłyszysz od niego o chęci posiadania jakiegoś kota lub psa to bądź tak miły i zgaś jego zapał.

Wiesz, mam żal do Marzeny, ale urodziła fajnego synka. No fakt, nie ma babka talentu do bycia  matką i żoną, ale zastanawiam się czy nie wplątała się w coś. Dziwię się, że nie przedstawiła kogoś z kim wyjeżdżała swojej matce, zwłaszcza, że był w samochodzie. Mnie to pokazała swej matce zaraz po pierwszej randce.  

Wojtusiu, Wojtusiu, Marzena to już duża dziewczynka i musi sama o siebie zadbać. Może poderwała jakąś " nadzianą szychę" a do matki wiózł ją tylko kierowca a nie facet, z którym jest. No może masz rację- zgodził się Wojtek. Jutro wpadnę do jej mieszkania, zabiorę resztę rzeczy  Michałka, zabawki i książki , a że nie wiadomo kiedy wróci to zakręcę w mieszkaniu wodę. Wiesz co, zadzwoń Janku do niej do pracy i zapytaj kiedy będzie. Mój głos,  ta  babka, z  którą Marzena pracuje w jednym pokoju  już zna, więc lepiej jak ty zatelefonujesz

I tak jak powiedział, Wojtek wpadł po rzeczy Michasia, umył naczynia pokutujące w zlewie i zakręcił wodę. Na koniec zostawił kartkę, że zakręcił wodę bo nie wie kiedy Marzena wróci.

Mniej więcej w trzy tygodnie później w sądzie rodzinnym odbyła się rozprawa.

Michałek był pytany o to  z kim chciałby mieszkać. Pytano go również o tę jego nocną wyprawę do Wojtka. Swoje zeznania złożyła również matka Marzeny i oświadczyła, że jej zdaniem  Michaś powinien być u swego ojca.

Świadkiem w sprawie był również Janek oraz  rodzice Wojtka.

Sąd rodzinny podjął decyzję, że z uwagi na dobro dziecka nie będzie odkładał sprawy do czasu aż jego matka  raczy kiedyś powrócić, zwłaszcza, że ojciec dziecka  nie był pozbawiony praw rodzicielskich ani nie miał ograniczonego dostępu do dziecka. Ponadto cieszył się nieposzlakowaną opinią.

Wojtek był szczęśliwy, że sąd zdecydował się nie czekać aż pojawi się matka  dziecka, która przecież dobrze wiedziała,  kiedy Wojtek wraca z dzieckiem i jej nieobecność sąd uznał za porzucenie dziecka. 

Marzena pojawiła się u swoich rodziców tuż przed Bożym Narodzeniem. Twierdziła, że przyjechała tylko po swoje dokumenty bo wychodzi za mąż.  Podobno nie powiedziała rodzicom za kogo wychodzi za mąż ani gdzie będzie mieszkać z nowym mężem. Nie chciała również zobaczyć Michasia. Złożyła tylko wizytę notariuszowi i swoje mieszkanie przepisała na Michasia  jako darowiznę.

Matka Marzeny ciężko odchorowała całą tę historię. Wojtek, tak jak obiecał, regularnie raz w miesiącu jeździł z Michasiem do swych teściów.

Przyjaciele nie zdecydowali się jednak na kupno domów na obrzeżach  miasta. Kupili dwa mieszkania w nowoczesnym, eleganckim budynku  w tej samej dzielnicy, w której mieszkali. Poza tym kupili do spółki dużą willę   nad  Morzem Śródziemnym i tam starali się w jednym czasie spędzać wakacje.

W cztery lata później odbyły się dwa śluby, obaj przyjaciele zmienili swój stan cywilny.

Dziesięcioletni Michał niemal uwielbiał swą nową mamę, która twierdziła, że właśnie przez Michała zapragnęła być żoną Wojtka.A Janek ożenił się z bardzo inteligentną panią doktor filozofii i nie przeszkadzało mu (chyba po raz pierwszy), że nie oglądali się za nią wszyscy faceci gdy z nią szedł "monciakiem.

                                                                KONIEC