Dni, tak jak to mają we zwyczaju , mijały niepostrzeżenie i wrzesień przemienił się w październik. Jesień zaczęła coraz szybciej złocić las, trawa w ogrodzie już nie błyszczała szmaragdową zielenią, coraz częściej Helena znajdowała w domu pająki. Oszklenie werandy i stale zamknięte szklane drzwi sprawiły, że jak na razie do domu nie trafiła żadna mysz. Każde z nich wchodząc do domu odczyniało na wycieraczce dziwne "tańce indiańskie" jak je nazywał Mietek, by odstraszyć ewentualnych dzikich lokatorów, bo jak mówiła Helena - wolę potupać na wycieraczce przed wejściem do domu niż potem nastawiać pułapki na myszy i rozsypywać zatrute ziarno i wyprawiać myszkom pogrzeby lub żywe wynosić do lasu.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
piątek, 10 grudnia 2021
Spóźnione uczucia - 9
"Pan od ogrzewania", jak mówiła o nim Helena przeszkolił i ją i Mietka w obsłudze pieca, podał numer swego prywatnego telefonu, co po jego wyjściu Mietek skwitował krótkim- "no i dobrze, będziemy bardziej zadbani". Piec już mieli włączony, na razie na "małych obrotach" i wieczorami Helena już nie musiała zakładać ciepłych kapci i swetra.
Sprawy "administracyjne", jak je nazywała Helena, pomału posuwały się do przodu. Ślub był wyznaczony na połowę lutego.
Obejrzeli mieszkanie kolegi Mietka, które im obojgu się spodobało. Budynek był czteropiętrowy a mieszkanie zamiast balkonu miało wyjście na mały ogródek- zresztą wszystkie mieszkania na parterze miały ogródki. Co ciekawe - ogródki od strony biegnącej wzdłuż budynku ulicy były odgrodzone
od niej wysokim i gęstym żywopłotem. Jak niosła "wieść gminna" kiedyś ten żywopłot wyznaczał granicę wielkiego ogrodu dawnego właściciela tych gruntów. Widać z tego było, że projektant wykorzystał w swym projekcie ten stary, piękny żywopłot. I chwała mu za to, że wykorzystał go a nie zniszczył - pochwaliła Helena nieznanego jej projektanta. Poza tym dawnym żywopłotem ostały się w wielu miejscach bardzo stare drzewa, różniące się swym wiekiem bardzo mocno od nowych nasadzeń. Po drugiej stronie budynku były tereny zielone, a za nimi różne krzewy i "mini wąwóz" z tak zwaną drogą "bitą", a o "rzut beretem" dalej poletka doświadczalne SGGW (Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego). Mniej więcej 200 metrów od tego budynku, w którym mieli ewentualnie zamieszkać, niemal w centrum osiedla, znajdował się duży, dobrze zaopatrzony market znanej sieciówki i jak się śmiał Mietek- jego bliskość miała decydujące znaczenie w kwestii atrakcyjności miejsca.
Osiedle składało się tylko z czteropiętrowych budynków, w jego dalszej części była przychodnia lekarska, apteka i kilka różnych punktów usługowych łącznie z fryzjerem dla płci obojga, były nawet dwa kioski ruchu i 2 kioski z .....Toto-lotkiem. No żyć- nie umierać jak to określiła Helena. Nieco dalej od tego bloku powstawał, na życzenie mieszkańców, ogrodzony plac zabaw dla dzieci. Na szczęście dostatecznie daleko od tego bloku, jak zauważyła z zadowoleniem Helena.
Nieco rozbestwiona mieszkaniem w wolno stojącym domu Helena bardzo dokładnie wypytywała się o sąsiadów mieszkających w tym bloku. Uspokoiła się, gdy się dowiedziała, że nad tym mieszkaniem mieszkają starsi ludzie a w tej klatce małe dzieci mieszkają w innym pionie. Ten blok miał zaledwie sześć klatek schodowych, na każdym piętrze były tylko dwa mieszkania. Mietek jej cały czas przypominał, że przecież latem to będą mieszkać głównie w letnim domu.
W trakcie tej wizyty Mietek bardzo uważnie przypatrywał się Helenie, która podobno bardzo nie lubiła dzieci i nigdy się nie zdecydowała na dziecko. Śmiać mu się chciało, gdy młodsza z dziewczynek wpakowała się Helenie na kolana z pudełkiem kredek i małym blokiem rysunkowym i prosiła Helenę by ta coś jej narysowała. W krótkim czasie kilka kartek było całkiem pokrytych rysunkami. Prawie już czterolatka była bardzo dobrze rozwinięta intelektualnie, a Helena bardzo jej przypadła do gustu. Bardzo grzecznie zapytała się, czy może do Heleny mówić "ciociu Eleno" i oczywiście Helena wyraziła zgodę. Obydwie dziewczynki były dwujęzyczne, bowiem mama mówiła do nich tylko po polsku, tata tylko po francusku. A między sobą mówiły dziwną mieszaniną, przeplatając oba języki nawet w jednym zdaniu.
Były bardzo ciekawe jakiej płci będzie dziecko, które przyjdzie na świat. Płeć dzieci rodzice już znali, a tak naprawdę to znali płeć tylko jednego dziecka, ale nie chcieli dziewczynkom nic mówić. Nie mówili nawet, że to będą dwojaczki, żeby nie było traumy, gdyby tylko jedno zniosło dobrze ciężar i trudy ewentualnego przedwczesnego porodu. Jak na szósty miesiąc ciąży podwójnej to pani domu miała nieduży brzuszek. Ale podobno gdy była w poprzednich ciążach to niemal do końca siódmego miesiąca ciąży nikt nie wiedział "tak na oko", że jest w ciąży.
Po wizycie, która trwała aż trzy godziny, w czasie których Helena nie tylko rysowała ale i dobrze poznawała zalety i wady tego mieszkania, umówili się, że w ciągu najdalej 2 dni Mietek przekaże Pierrowi ich zdanie, czy kupią to mieszkanie, czy dalej będą czegoś szukać.
W apartamentowcu, w którym Krystyna i Pierre mieli zamieszkać ciągle jeszcze trwały prace wykończeniowe i miały szanse jeszcze potrwać, bo jakiś debil zapomniał w którymś z mieszkań zakręcić kran w pionie i niemal dobę woda zalewała część mieszkań. Obydwie panie były zdania, że to "normalka"- przecież wiadomo, że gdy facet cokolwiek robi to trzeba mu patrzeć na ręce i pilnować go by o czymś nie zapomniał. Na koniec wizyty Helena miała w osobie Krystyny (pani domu) koleżankę i dwie małe wielbicielki- cztero i sześciolatkę.
Przy pożegnaniu zaprosili Pierre'a i Krystynę na najbliższą sobotę do swego "domu pod lasem" a Helena została wycałowana i wyściskana przez obie dziewczynki.
Gdy wsiedli do samochodu Mietek stwierdził, że całe szczęście, że Helena nie lubi dzieci i ich nie ma, bo wtedy musiałby bardzo walczyć o to, by Helena zwróciła na niego uwagę.
Wracając do domu cały czas roztrząsali zalety mieszkania, które właśnie oglądali. Wiadomo było, że osiedle już się bardziej nie rozbuduje, może co najwyżej będą jeszcze jakieś pawilony handlowo-usługowe.
Komunikacyjnie było dobrze połączone z resztą miasta i, co ważne - miało parkingi- ogrodzone i strzeżone. Dwa kilometry dalej w stronę Wilanowa powstawało nowe osiedle, ale z dużo wyższymi domami, nieco bardziej wyszukanymi w kształcie zewnętrznym. A w Wilanowie zaczynały "wychodzić
z ziemi" nowe domy - powstawało osiedle "Miasteczko Wilanów" na części terenów, które kiedyś otrzymała uczelnia SGGW. Teraz te tereny wykupiła spółdzielnia mieszkaniowa. W stolicy zaczęły się mnożyć, niczym grzyby po deszczu, różne spółdzielnie mieszkaniowe. Służewiec przemysłowy, dotąd nie najciekawsza dzielnica miasta zaczęła "zarastać" nowymi osiedlami mieszkaniowymi.
Skoro mieszkanie obojgu się podobało uzgodnili, że je kupią. Helena była zdania, że "w dzisiejszych czasach" lepiej jest kupować mieszkanie z drugiego obiegu niż nowo wybudowane - łatwiej wyłapać wszystkie wady i niedogodności. Bardzo dobrze pamiętała czas, gdy zamieszkała z Wojtkiem na świeżutko wybudowanym osiedlu, na którym był jeden sklep na kilkanaście tysięcy mieszkańców, nie było telefonów, jedyna budka telefoniczna była wiecznie uszkodzona, "do miasta" kursował jeden autobus, pobliska teraz trasa przelotowa dopiero powstawała, a teren koło ich bloku wyglądał niczym powierzchnia Marsa. I wyglądał tak całe trzy lata. Z okna ich dziennego pokoju mogła obserwować jak przebiega niwelowanie terenu pod nową drogę, odległą od ich bloku zaledwie o 170 metrów. Na trawnikach osiedlowych (było ich nawet sporo) kicały zające a bażanty dostojnie spacerowały. Po tych doświadczeniach nie chciała drugi raz wpakować się w taką sytuację. Nie chciała też by Mietek kupił mieszkanie w starym budownictwie, tym przedwojennym, bo choć były z reguły interesujące metraże to budynki miały starą instalację wod.-kan. i potem były cyrki z wymianą armatury, bo rozstaw starych rur nie pasował do nowej armatury. I każda awaria którejś z rur wymagała kucia ścian, czasem na dwóch lub więcej pietrach. Dobrze zapamiętała kłopoty swej ciotki, gdy ta musiała wymieniać armaturę nad wanną. W końcu znajomy hydraulik zastosował jakieś robione na zamówienie "sztukowania", co nie wyglądało ładnie.
Na sobotę, w którą mieli przyjechać Krystyna i Pierre z dziećmi, Helena przygotowała całą masę drobnych kruchych ciasteczek, dla dziewczynek, oprócz tego dla wszystkich galaretkę z malinami, a w ramach drugiego śniadania, ewentualnie lunchu była terrina drobiowa. Był też placek ze śliwkami z wiadomej cukierni i paluszki z makiem. Oprócz tego zajrzała do księgarni i kupiła dla dziewczynek wycinanki i kolorowanki oraz dwa pudełka kredek i dwa nieduże szkicowniki.
Sobota powitała wszystkich nawet słońcem, chociaż nie rozpieszczała temperaturą. Piec został więc "podkręcony"na wyższe obroty. Dla dziewczynek Helena przygotowała miejsce do rysowania na werandzie, wiedząc dobrze, że będzie to atrakcją.
Goście zjechali około południa. Dziewczynki szybko obiegły cały ogród i w ich mniemaniu wszystko było wspaniałe, nawet grządki na tyłach domu, które już były skopane i nic na nich już nie rosło. Ponieważ pogoda była ładna, postanowili pójść kawałek drogą, która "nie wiadomo dokąd " prowadziła i wrócić lasem. Dziewczynki niczym psiaki biegały w tę i z powrotem, ale w lesie, w którym dawno nie były trzymały się blisko dorosłych a młodsza szybko wzięła za rękę ojca.
Spacer wszystkim się podobał, Krystyna stwierdziła, że fajnie jest mieszkać tak blisko lasu. Pierre zaczął się dopytywać czy są tu jeszcze jakieś wolne działki, bo dobrze byłoby mieć takie lokum pod miastem, zwłaszcza, że to tylko dwadzieścia kilka kilometrów od Warszawy. Mietek od razu obiecał, że się dowie, a Helena powiedziała, że owszem, miło się tu mieszka, tyle tylko, że nie ma tu żadnych atrakcji dla dzieciaków, więc będą musieli sporo atrakcji dla nich sprawić w ogrodzie. Ale to nie przerażało Pierre'a, w końcu istnieją całkiem dobre baseny ogrodowe, nadmuchiwane.
Tak jak podejrzewała Helena dziewczynki z pełnym entuzjazmem zaanektowały werandę. Były całkiem pochłonięte wycinankami - bo były to nieco inne wycinanki - była to lalka, dla której należało wyciąć różne ubranka, które przed wycięciem musiały pokolorować.
Terrina wszystkim bez wyjątku smakowała, a Krystyna dostała od swego męża "polecenie" by koniecznie wzięła od Heleny przepis. Pomysł zaraz oprotestował Mietek mówiąc, że przez to branie przepisów potem w każdym domu je się to samo. Przypomniał Helenie jak to było z ciastem o wdzięcznej nazwie "murzynek"- jak wszedł w modę to przez rok u każdego wjeżdżał na stół ów wypiek. No a przecież znacznie fajniej jest jeść u każdego coś innego. Rozbawiona tym Krystyna obiecała Mietkowi, że nigdy u siebie nie poda terriny gdy oni będą u niej jedli. A terrina bardzo zasmakowała dziewczynkom, które za zwykłym, pieczonym kurczakiem nie przepadają, więc będzie im co jakiś czas robić terrinę z kurczaka.
Gdy po czterech godzinach goście wyszli, Helena i Mietek podsumowali, że wszystko poszło bardzo dobrze.
c.d.n.
czwartek, 9 grudnia 2021
Spóźnione uczucia - 8
Nie da się ukryć, że po wyjściu gości z domu Helena i Mietek odetchnęli. Pierwsze słowa Mietka brzmiały: no nareszcie, myślałem, że coś palnę pani Wandeczce!
Helena śmiała się serdecznie- oj, oj, widać, że szanowny pan długo już nie mieszkał w Polsce! Przecież pani Wandeczka jak coś plecie to tylko z wielkiej serdeczności. Ma jedną, niesamowicie cenną zasadę- nigdy nikomu nie spadnie niespodziewanie na głowę , czyli nie wpadnie z wizytą na zasadzie "deszczu z czystego nieba". Pod tym względem jest lepsza niż wielu naszych warszawskich znajomych. Jest ciutkę wścibska, bo należy do osób, które cenią sobie informacje z pierwszego źródła, natomiast zupełnie nie roznosi plotek z gatunku co, kto , z kim i co kto ma. To bardzo dobra cecha i niestety dość rzadka. Bardzo ceniła Wojtka, bo on zawsze z nią rozmawiał, często wypytywał o okolicę, o to jak tu kiedyś wyglądało. A kiedyś to nawet poprosiła Wojtka czy mógłby coś wytłumaczyć jej córce z fizyki, bo ona ma do rozwiązania zadanie i nie może sobie poradzić.Wojtek potem powiedział Wandeczce, że jej córka miała po prostu kiepskiego nauczyciela fizyki w podstawówce i ma braki. Wiesz przecież, jaki był Wojtek - każdego potrafił rozgrzeszyć.
Wyciągnięcie metryki z archiwum zajęło Helenie wiele dni i kosztowało kilka wizyt osobistych w Archiwum USC. Gdy za pierwszym razem dostała numerek "56" i zobaczyła jak długo trwa obsługa jednej osoby ze wściekłością cisnęła numerek obok automatu wydającego numerki. Do tego wszystkiego miała problem z zaparkowaniem samochodu w pobliżu Archiwum. Następnym razem przyjechała na godzinę 8 rano - tym razem podrzucił ją Mietek. Była 32, ale odpis metryki miała otrzymać dopiero za dwa tygodnie.
Skontaktowała się z prawnikiem, który stwierdził, że najlepiej będzie jeśli ona zamelduje Mietka u siebie, ale niech wpierw przeprowadzi przez sąd sprawę spadku po Wojtku, bo przecież nie było sporządzonego żadnego testamentu. Na szczęście zgodził się poprowadzić tę sprawę tak, by wszystko odbyło się stosunkowo szybko. Trochę się Helena pośmiała, bo pan prawnik bardzo się ucieszył, że zmarły nie miał ani dzieci ani rodzeństwa i był już całkowitym sierotą w dniu śmierci. Oczywiście sprawa odbyła się niemal błyskawicznie, ale - na wydruk orzeczenia trzeba było poczekać dwa tygodnie. Pan prawnik bardzo się tłumaczył, że wszystkie sądy cierpią na niedobór pracowników. Po prostu są tak marne wynagrodzenia, że nie ma chętnych do pracy. I że dobrze się złożyło, że mieszkanie było już własnościowe, spłacone, a domek współwłasnością obojga małżonków.
Z tego wszystkiego wyszło, że ślub może być najprędzej w pierwszych dniach lutego. Mietek narzekał, aż w końcu Helena powiedziała - ja ciebie nie rozumiem- jakby na to nie popatrzeć krzywdy nie masz, z konsumpcją związku nie musisz czekać do dnia ślubu, więc o co chodzi.? Masz po prostu więcej czasu do namysłu czy aby dobrze robisz biorąc mnie za żonę. Więc skup się może na poznawaniu moich złych i dobrych stron, bo lepiej nie wziąć ślubu niż go wziąć i potem się rozwodzić.
Mietek delikatnie wziął ją w ramiona i powiedział cichutko - bo ja się kochanie moje boję, że to ty się rozmyślisz, bo w porównaniu do Wojtka to jestem kiepskim facetem.
Helena wpierw się roześmiała, potem bardzo spoważniała i powiedziała - może nie wyglądam na osobę poważnie myślącą, ale nim powiem "tak" lub "nie" mam wszystko przemyślane. Po prostu szybko myślę, taka moja uroda. Znam cię bardzo długo, decyzja moja by wyjść za ciebie to nie chwilowe zauroczenie. Zawsze mnie do ciebie ciągnęło i myślę, że gdyby Wojtek nie zmarł kto wie, czy byśmy się nie rozeszli. Bo coraz częściej nie mogliśmy dojść do porozumienia. Te oddzielne sypialnie to były wynikiem nie tylko mocno odmiennego trybu naszego życia ale i temperamentów. Od wielu lat nie współżyliśmy. Jesteś pierwszą osobą i ostatnią, która się o tym dowiaduje. Dajesz mi wszystko to, czego nie dostałam nigdy od Wojtka. Po prostu dla niego seks był sprawą zupełnie bez znaczenia. Ważne były dla niego inne wartości - mądrość, zrównoważenie, zgodność poglądów, lojalność, podobne zainteresowania. Podejrzewam, że gdyby ustawić mnie w rzędzie innych nagich kobiet i wszystkie miałybyśmy zakryte twarze i milczały, to nie rozpoznałby mnie, nawet gdy byliśmy niedługo po ślubie. Ale wtedy mi to odpowiadało i sądziłam, że tak pozostanie do końca małżeństwa. No w pewnym sensie tak się stało, bo odszedł i małżeństwo ustało. Dopiero po jego śmierci zdałam sobie sprawę z wielu rzeczy. Tylko nie wysnuj z tego co powiedziałam błędnych wniosków- bo dla mnie oprócz seksu ważne są i inne zalety, które ty posiadasz i o których wiem od dawna. Wiem też, że miałeś mnóstwo kobiet, snuły się za tobą zawsze całe tabuny.
A te które znałam nie szczędziły mi szczegółów o tobie z poziomu materaca. I każda z nich liczyła na małżeństwo z tobą a ty po prostu wyjechałeś.
Mietek tulił ją w objęciach i......dziwne, ale miał wyraźnie łzy w oczach. Wtulił głowę w jej szyję i wyszeptał - późno, stanowczo zbyt późno los pozwolił się nam połączyć. Ale wykorzystamy ten czas jak najlepiej nam się uda. Kocham cię i to tak, aż do bólu. Najchętniej tkwiłbym przy tobie dzień i noc. Gdy tylko dowiedziałem się, że Wojtek umarł, postanowiłem wracać do Polski. Tyle tylko, że wpierw musiałem jednak zakończyć kilka spraw służbowych, dokończyć temat, który miałem rozgrzebany. Byłem zdecydowany odbić cię każdemu, kto by z tobą był. Pisałem nawet do Milka by cię trochę śledził czy jesteś sama czy może z kimś. Oczywiście było to pod hasłem "sprawdź stary, czy nie trzeba jej w czymś pomóc, przecież Wojtek był naszym kumplem".
No i co? Podesłał ci jakieś informacje? Bo ja to go ostatni raz widziałam na pogrzebie Wojtka.
Nie wiedział gdzie cię ma szukać, ale stwierdził, że nie mieszkasz już w Warszawie tylko gdzieś poza Warszawą. Nawet nad Bug pojechał, ale ci nowi nie wiedzieli nic na wasz, ani na twój temat. Był też u tych, którym wynajmujesz, ale oni mu nie powiedzieli gdzie mieszkasz, tylko powiedzieli, że są z tobą w kontakcie i gdybyś ty coś potrzebowała to oni ci pomogą. Numeru komórki twojej też mu chcieli podać, mówiąc, że nie są do tego upoważnieni. Jedynie powiedzieli, że mieszkasz w domu pod Warszawą, ale oni nie znają adresu. Naciskani powiedzieli, że to gdzieś za Wilanowem. No to cię potem szukał w Powsinie i na Zawodziu. W końcu mi pięknie napisał, żebym sobie sam szukał, bo on już wyczerpał wszystkie swoje w tej materii możliwości. Całkiem dobrze zarąbałaś wszystkie ślady po sobie, wiesz?
No popatrz kochany, jak łatwo jednak jest się ukryć! A coś ty naopowiadał tym moim lokatorom, że jednak dali ci mój adres?
Powiedziałem im prawdę - pokazałem swoje dokumenty, pokazałem wasze zdjęcie ślubne, na którym widać mnie całkiem nieźle, wysłuchałem setkę zachwytów pod adresem twoim i Wojtka, dostałem też numer twojej komórki. Ale postanowiłem nie dzwonić. Bałem się, że może nie będziesz chciała się ze mną zobaczyć i znów gdzieś się zaszyjesz.
A jak ty otworzyłeś furtkę? Nie dzwoniłeś do furtki, tylko od razu do drzwi, co sobie uświadomiłam właściwie dopiero teraz.
Zwyczajnie, mam długie łapska, oparłem jedną stopę na zawiasie furtki, trochę się wspiąłem, przechyliłem się do środka i od góry dosięgnąłem klamki. To słaby punkt tej furtki, chyba zmienimy klamkę od wewnątrz na gałkę obrotową.
Kiciu Malutka, a może jednak rozejrzymy się za jakimś mieszkaniem w Warszawie? Ten domek to byśmy sobie zachowali jako domek na weekendy i lato. Pomyślałem, że może kupiłbym jakieś trzypokojowe mieszkanie np. na Ursynowie. Tam niektóre miejsca są naprawdę dobre do mieszkania, na przykład te w okolicy Natolina. Mieszkanie nie w jakimś wieżowcu, ale w domu o ludzkim wymiarze, np. czteropiętrowym. Widziałem plan zagospodarowania Ursynowa, np. za tymi bloczyskami wzdłuż głównej ulicy są fajne domy nieduże, tworzące tak jakby małe osiedla 3, do 5 bloków, Może udałoby się załapać na mieszkanie parterowe z ogródkiem. Jest jeszcze jedno całkiem ciekawe miejsce- tyły Alei Wilanowskiej. Jeden z pracowników ambasady tam mieszka, ma 3 pokoje, z ogródkiem, ale jego żona jest aktualnie w ciąży i będą bliźniaki, a oni już mają dwójkę dzieci, więc trzy pokoje z kuchnią to dla nich zbyt mało i chcą to mieszkanie sprzedać . Umówiłem się z nimi, że wpadniemy do nich i obejrzymy. Sklep mają na wyciągnięcie ręki, chociaż nie jest tuż pod oknami. I mają stałe miejsce parkingowe. Z tym, że musimy się dość szybko zdecydować, bo to już 6 miesiąc, a wiesz, z bliźniakami to może być i tak, że nie doczekają grzecznie do 9 miesięcy. Oni już mają upatrzone mieszkanie, ale tam jeszcze niemal plac budowy, więc urządzają ich tacy kupcy jak my, którzy mogą spokojnie poczekać po dokonaniu transakcji. A potem się będziemy gimnastykować z tym twoim mieszkaniem i naszym domkiem letniskowym. To bardzo mili ludzie, on jest Francuzem, ona Polką. Co o tym myślisz?
No dobrze myślę, możemy je zobaczyć. A jeśli tobie się będzie podobało a mnie nie za bardzo to też je kupisz?
Nie kochanie, musi się Tobie podobać, bo byśmy przecież tam mieszkali zimą. Nie jest dobrze mieszkać w mieszkaniu które się jednej ze stron związku nie podoba.
A dokąd się oni przeprowadzają? Do apartamentowca na Dolnym Mokotowie, ale tam jeszcze coś w tym budynku jest niegotowe. Tak szczerze mówiąc to ja bym tam nie chciał mieszkać, choć stamtąd jest kilka kroków do Łazienek. I masz rację drogie te mieszkania jak jasny piorun! No ale mają recepcję na dole. Jej się podobało mieszkanie na ostatnim piętrze, z tarasem, ale się podłamała, gdy on jej uświadomił, że to zbyt mało bezpieczne dla małych dzieci. A między nami mówiąc to miejsce paskudne, niemal na samym skrzyżowaniu dwóch ruchliwych ulic i jedną z nich jeździ tramwaj.
c.d.n.
środa, 8 grudnia 2021
Spóźnione uczucia - 7
Pani Wandeczka wraz ze swym małżonkiem wkroczyła do domu Heleny równo 3 minuty po godzinie szesnastej.
Nastąpiła obustronna prezentacja i w pierwszej kolejności Helena poprowadziła przybyłych na werandę, na której już wcześniej Mietek ustawił na pomocniczym stoliku ekspres do kawy , filiżanki oraz inne potrzebne akcesoria oraz piętrową paterę z ciastami.
Helena zaraz na wstępie powiedziała, jaką to propozycję zagospodarowania bocznych ścian werandy złożył syn pani Wandeczki i że teraz to tylko trzeba spokojnie zaczekać co młody człowiek wybierze z roślin pnących, bo pewnie trzeba będzie zrobić jakąś kratownicę by pnącza miały się czego trzymać. Mąż pani Wandeczki całkiem przytomnie zauważył, że chyba nie byłoby dobrze, by boczne ściany miały pnącze aż pod sam sufit, że tak naprawdę wystarczy by kratownica kończyła się na wysokości półtora do dwóch metrów- tyle wystarczy by nikt spoza ogrodzenia nie zaglądał na werandę, a ten metr wolnej od pnączy przestrzeni będzie dawał światło. I w takim razie najlepiej się sprawdzą skrzynki od razu z kratownicą. I on zna człowieka, który produkuje takie skrzynki, to jego kolega jeszcze z liceum.
Więc gdy Helena zdecyduje się jakie pnącze będzie jej zdaniem tu pasowało, to zaraz on zamówi u swego kolegi te skrzynki, bo na pewno muszą to być pnącza całoroczne, zimozielone, więc sadzić się je będzie jesienią. Na zimę pomiędzy szybę a skrzynki i kratownicę da się włókninę, taką ogrodniczą, żeby roślinki nie przeziębiły się. W każdym razie trzeba zacząć od wybrania roślin. A "młody" musi przy prezentowaniu roślin wziąć pod uwagę usytuowanie geograficzne werandy i do niego wybierać rośliny.
A może- nieśmiało zauważył Mietek- dać te pnącza tylko na ściankę od strony drogi a tą drugą ścianę zagospodarować inaczej? Ja bym pod nią ustawił coś w donicy na kółkach, może fikus a może palmę? A może nic a tylko na rozporowym karniszu rozepnie się jakąś ozdobną cieniutką tkaninę? Na tej ścianie od drogi to pnącze bezsprzecznie będzie najlepsze. Mamy jeszcze trochę czasu do namysłu co do tej drugiej ściany.
Gdy Helena kroiła placek ze śliwkami, pani Wandeczka zauważyła na jej palcu obrączkę i powiedziała- macie państwo bardzo ładne i modne teraz obrączki ślubne. Ma pani na niej sporo tych brylantowych drobinek.
Helena uśmiechnęła się i powiedziała - na razie to są obrączki zaręczynowe, a po ślubie dopiero będą ślubne. Na razie to trzeba dopiero złożyć dokumenty w Urzędzie Stanu Cywilnego. I pewnie będę musiała zacząć od wizyty w archiwum, bo już nie mam ani jednego aktu swego urodzenia. W ogóle muszę tam zatelefonować i dowiedzieć się jakie papiórki tam trzeba złożyć i jakie mają wolne terminy.
Och, pani Helenko, oni teraz powariowali- do każdej sprawy chcą aktualnej metryki urodzenia a nie tej, którą się ma w domu od lat. A w którym urzędzie będzie pani brała metrykę?
Na Mokotowie.
No to wyrazy współczucia - teraz już na Wiśniowej nie wydają metryk a w archiwum, które jest na Służewcu i zawsze są tam straszne kolejki. O ile jeszcze są na tym Służewcu, bo podobno mają się gdzieś przenieść - pan Wandeczka pokiwała głową z dezaprobatą. I za każdym razem pytają do czego ta metryka, bo do niektórych spraw pobierają opłatę za wydanie tego druczku, a najgorsze, że niczego nie dostanie pani od pierwszego podejścia. Jeśli jest wyjątkowo mało osób to wtedy wydadzą metrykę za dwie godziny i można dostać świra, bo gdzieś ten czas trzeba wytracić a tam w okolicy nie ma żadnych sklepów ani kawiarni. Można co najwyżej dostać odcisków na siedzeniu korzystając z tych twardych krzeseł.
Przepraszam, że pytam, a pan znał męża pani Helenki, pana Wojtka? - zwróciła się do Mietka. Mietek posłał jej pełen wyrozumiałości uśmiech i powiedział - oczywiście, że znałem, byliśmy przyjaciółmi.
Wiele lat się przyjaźniliśmy. Nie mogłem uwierzyć w to, że zmarł tak młodo, bo co to za wiek dla mężczyzny 55 lat? Ale nie mogłem wtedy przyjechać do Polski, pracowałem przy bardzo ważnym projekcie w Kanadzie.
Pani Wandeczka wyraźnie nabrała wiatru w żagle i popłynęła tekstem wysławiającym pierwszego męża Heleny niemal pod niebiosa. Jaki to był miły i delikatny człowiek, taki kulturalny i taki mądry. O wszystkim można było z panem Wojtkiem porozmawiać, nawet i o ogrodnictwie.
Helena słuchała i oczy się jej otwierały szeroko, no ale znając zamiłowanie swego zmarłego męża do rozmów pojęła, że Wojtek miał w pani Wandeczce wdzięczną słuchaczkę. I taki oczytany był, tyle rzeczy z historii znał - zachwycała się Wandeczka.
Helena widząc niemą udrękę w oczach Mietka szybko ruszyła po tratwę ratunkową i poszła do kuchni po lody.
Gdy wkroczyła na werandę z tacą załadowaną miseczkami, łyżeczkami i kilkoma pojemnikami z lodami powiedział z wyrzutem - a czemu Ty mnie nie zawołałaś tylko sama wszystko ciągniesz z zamrażarki ?
Przecież bym to wszystko przyniósł. A może jeszcze ktoś ma ochotę na kawę, to zaraz dorobię. A może na gorącą czekoladę? Też potrafię zrobić. Pani Wandeczka pozostała wierna kawie, jej mąż i Helena wybrali czekoladę.
Gdy Mietek zniknął w kuchni pani Wandeczka zapytała zniżonym głosem- a pan Mietek to jest wdowcem?
Nie - odpowiedziała Helena- nie jest wdowcem ale rozwodnikiem. I jego była żona była Kanadyjką?- pani Wandeczka drążyła temat.
Tego nie wiem - w Kanadzie jest mnóstwo różnych narodowości- Polaków, Rosjan, Ukraińców, Francuzów, Anglików i różnych tak zwanie "kolorowych"- nawet się nie pytałam jakiej była narodowości, nigdy mnie to nie interesowało. Żenił się w Kanadzie, nie tutaj.
A nie boi się pani wychodzić za rozwodnika?
No jakoś nie boję się, bo ja Mietka znam tylko nieco krócej niż znałam swego męża, czyli ponad 30 lat.
Zdążyłam go dobrze poznać.
No to dobrze, stwierdziła pani Wandeczka. A ślub będziecie państwo brali w Pałacu Ślubów czy w tym Pałacyku Szustra? A wesele też będzie?
Pani Wando, na ślub w Pałacu Ślubów to nie ma co liczyć, tam się trzeba zapisywać ze 3 miesiące wcześniej, podobnie jest z Pałacykiem Szustra. Weźmiemy kameralny ślub, tylko my i świadkowie, obojętnie w którym Urzędzie.Wesela też żadnego nie robimy, może pojedziemy gdzieś na kilka dni, tak niemal wprost z USC. Na razie to jeszcze nie złożyliśmy przecież dokumentów. A ślub można wziąć przecież dopiero w 30 dni po złożeniu dokumentów. To nie Las Vegas, gdzie ślub dadzą od ręki. Z tego co widzę, to albo ślub będzie pod koniec października albo w listopadzie. Ale równie dobrze może być dopiero w styczniu lub w lutym. A wie pani- za progiem już Boże Narodzenie i w firmie będzie urwanie głowy, bo zawsze albo coś trzeba będzie nagle zaprojektować albo coś przeprojektować, bo się jakiejś pannie młodej coś ubzdura, potem zaraz Sylwester i sukienki balowe już właściwie się zaczynają i zaraz potem Studniówki. Jakieś wariactwo z tym sukienkami na studniówkę- gdy ja chodziłam do szkoły to miałyśmy białe bluzki i czarne lub granatowe spódnice. Jedyny luksus polegał na tym, że bluzki mogły być nieco bardziej ozdobne i spódnice mogły być dość szerokie i na przykład z falbaną. No i nie musiały być z wełny, ale z jedwabiu lub czarnej tafty. A teraz jakiś wyścig , czyja kiecka będzie bardziej modna, a właściwie czyja droższa.
Ostatnio się uśmiałam, bo panna młoda tak się odchudziła, że sukienka wisiała na niej jak na haku. Krawcowe włosy rwały z głowy, bo właściwie lepszym rozwiązaniem było uszyć całą suknię od nowa niż tę dopasowywać.
A ja do ślubu pójdę w.... wełnianym spodnium. Mam fajne długie spódnico-spodnie i żakiet, wszystko w tak zwanym "błękicie królewskim", pod żakiet założę cienki golfik w kremowym kolorze. I jeśli nie będzie mrozu to będę w zwykłych szpilkach a w razie mrozu to w kozakach na wysokim obcasie. A Mietek już sobie zafundował garnitur szyty na miarę, "setka wełna" w jasno-stalowym kolorze.
A ile lat ma pan Mietek?- panią Wandeczkę nadal rozpierała ciekawość.
Tyle samiutko co ja, bo jesteśmy z tego samego rocznika i nawet z tego samego miesiąca, dzieli nas raptem chyba mniej niż 10 dni. A Wojtek był od nas 2 lata starszy.
I będziecie państwo tu po ślubie mieszkać czy w Warszawie?
Raczej tutaj, bo moje warszawskie mieszkanie odstąpiłam na jakiś czas znajomym, którzy się budują. Na razie jakoś im to kiepsko idzie i będziemy mieszkać tutaj. Ten dom był budowany jako całoroczny.
No chyba, że mojemu narzeczonemu szajba odbije i kupi jakieś mieszkanie. Swoje sprzedał gdy wyjeżdżał do Kanady, myślał, że nigdy nie wróci do Polski. Ale wtedy i tak raczej tu będziemy mieszkać.
Ale zeszłej zimy nie mieszkała pani tutaj- zauważyła Wandeczka.
No nie, mieszkałam u przyjaciółki, której mąż wyjechał do pracy w Wielkiej Brytanii. Po prostu bałam się tu nocować sama. Tej zimy nie będę sama to raz, a dwa - będą już tej zimy mieszkać w trzech domkach na pewno. Muszę na dniach wypróbować to centralne ogrzewanie. Na uruchomienie to przyjedzie spec i ma mnie nauczyć jak ten piec obsługiwać. On jest na olej opałowy. Tankuje się raz do roku. Na razie jest zatankowany. Podobno to jest bezobsługowy model Wolf, to znaczy raz w roku przyjeżdża fachman i wszystko przegląda, ustawia , sprawdza itd.
I gdzie on jest- dopytywała się Wandeczka.
W piwnicy, pod budynkiem. I ponoć to bardzo ekologiczne urządzenie, bo ten olej spala się w stu procentach. No ale wie pani, pani Wando- coś za coś- eksploatacja jest droższa niż piec na paliwo stałe.
Więc omija mnie radocha z czyszczeniem pieca, usuwaniem popiołu i kupowaniem paliwa stałego. Raz do roku przyjeżdża cysterna z pojemnikami oleju, zabiera stare, zostawia nowe.
No to będę się musiała tym zainteresować bliżej- stwierdziła pani Wandeczka.
c.d.n.
wtorek, 7 grudnia 2021
Spóźnione uczucia - 6
Helena wstała i wzięła Mietka za rękę mówiąc - no to chodź, ściągniesz mi pościel i ręczniki, potem pomożesz mi przy nawlekaniu tych szmat na kołdry i poduszki. Będziemy spać w gościnnej sypialni, bo tylko w niej jest podwójne łóżko i przylegająca do sypialni łazienka z dużą kabiną a nie z taką małą jak ta na górze.
Mietkowi lekuchno opadła ze zdziwienia szczęka , w końcu wyjąkał- ja przepraszam, to jak wyście spali?
No jak ?- zwyczajnie spaliśmy, każde miało własną sypialnię i to od wielu lat. Ale nie uważaliśmy tego za coś tak dziwnego żeby aż o tym podawać informację do prasy krajowej lub jakiegoś biuletynu towarzyskiego. W Warszawie też każde spało w innym pokoju. Wojtek oglądał TV do późnej nocy, zwłaszcza sport, czasem pracował, ja wieczorem z kolei czytałam. On wstawał wcześnie, ja, mając nienormowany czas pracy i pracując głównie w domu podsypiałam do oporu, czyli na ogół do 9 rano. Poza tym jeśli miałam zrobić jakiś pilny projekt to zarywałam noc kończąc działanie około 4 nad ranem, więc rano lepiej było do mego łóżka nie podchodzić bez kija. Nie dość, że nie wiedziałam jak mam na imię to wrzeszczałam na niego, że mnie budzi. Więc po jakimś czasie rozdzieliliśmy sypialnie i to zdawało egzamin. A że mieszkanie było w sumie nieduże to przejście z sypialni do sypialni nie było żadnym wysiłkiem, nawet w środku nocy. Nie wiem czy zauważyłeś, że gdyby się ktoś uparł, to tu mogłyby być drzwi między sypialniami na górze. Planując wnętrze tego domu kilka razy ostro się starłam z projektantem, raz tylko mu ubliżyłam mówiąc, że wcześniej to chyba tylko stodoły projektował. Ten dom to ma tylko metraż typowy, reszta to Wojtka i moje "widzimisię". Rozkład piwnicy to projektował Wojtek, tak żeby wszystko współgrało z kuchnią. Kuchnię "wymodziliśmy" wspólnie, tzn. wpierw wypisałam co chcę w niej mieć i potem razem sprawdzaliśmy jaki ma być "ciąg" urządzeń i mebli, żeby była ergonomicznie urządzona.
Ergonomicznie? - zdziwił się Mietek.
Ergonomicznie, to znaczy tak, żeby działanie w niej wymagało jak najmniej wysiłku na chodzenie, schylanie się lub wspinanie. Czyli wpierw trzeba prześledzić co się w jakiej kolejności robi szykując posiłki a potem dopiero planować rozmieszczenie mebli kuchennych i innych urządzeń. Uwielbiam patent Wojtka w postaci drzwi do piwnicy. I tę równię pochyłą zamiast schodów. Ja mam uraz do schodów. Gdy wychodzę rano z sypialni od razu znoszę na dół to co może mi być potrzebne w ciągu dnia, żeby jak najmniej chodzić po schodach. Najchętniej miałabym domową windę. Nawet nie wyobrażasz sobie ile ja się naprzeglądałam różnych czasopism niemieckich na temat urządzania wnętrz domków jednorodzinnych. I ile się naklęłam, że tego tu nie ma. I wiesz? - masz w tej chwili szansę wycofania się zarówno w kwestii małżeństwa jak i spania w jednym pokoju. Niczego to nie zmieni w naszych układach, nie ucierpi na tym nasza przyjaźń.
Mietek dość brutalnie ją do siebie przyciągnął mówiąc : nie udało ci się mnie przestraszyć, kocham cię- to raz, a dwa- każdy związek jest inny. Chodź, przygotujemy sobie spanko, a potem cię wykąpię i zajmiemy się miłością, będziemy ją pielęgnować.
To była bardzo długa noc, pełna zupełnie nowych doznań dla obojga. Padało wiele pytań, na każde pytanie była wyczerpująca odpowiedź, nic nie zostawało zawieszone w próżni milczenia. Byli sobą wzajemnie nieco zaskoczeni i nawet zachwyceni. To była noc dużych i małych zadziwień i odkryć.
Nad ranem doszli do wniosku, że to będzie ich sypialnia a nie jakiś pokój gościnny.
Świtkiem, koło południa, Helena spojrzała na zegarek i jęknęła- za cztery godziny przyjdzie do nas pani Wandeczka, ta od malin. I może nawet przyjdzie z własnym mężem. Muszę szybko coś upiec.
Daj spokój - stwierdził Mietek - zaraz się ubiorę i pojadę po coś słodkiego do Warszawy. Tylko kawę wypiję, żeby nieco otrzeźwieć. No dobrze, zgodziła się Helena, pojadę z tobą. Szybko to obskoczymy, wpadniemy do "Cukierni Wiedeńskiej". Co prawda taka ona wiedeńska jak ja dziewica, ale zawsze jest kilka rodzajów ciasta. I ma tę zaletę, że jest stosunkowo blisko, nie trzeba jechać aż do centrum.
Mietek zaczął się śmiać- zapewniam cię, że po tej nocy nie ma śladu po twoim dziewictwie, a gdy tylko ta pani Wandeczka opuści nasze progi mam zamiar kontynuować. Jutro mam wolny dzień. Zapiąć ci może staniczek? Jeżeli zajmiesz się tylko samymi haftkami a nie zawartością stanika, to możesz zapiąć. Kochanie, nie całuj tylko zapinaj, musimy napić się kawy albo czekolady. To nas wzmocni i postawi na nogi.
No to ja zrobię kawę, a ty czekoladę i pomieszamy wszystko razem i będzie niemal jak ten tort, którego już nie ma. Czy mogłabyś robić go przynajmniej raz na dwa tygodnie?
Wiesz co -stwierdziła Helena po krótkim namyśle - pojedziemy twoim samochodem, bo mój tu wszyscy znają. Ja usiądę z tyłu bo są szyby przyciemnione, więc będzie wyglądało, że jedziesz sam. Bo jakby pani Wandeczka zauważyła, że jedziemy oboje to potem musiałaby wypatrywać, czy wracamy przed czwartą. Popatrz, ja tu mało z kim się widuję, a oni i tak wszystko widzą i wiedzą. Wywiad ławeczkowy działa non stop, nawet gdy leje deszcz i nikt na ławeczce nie siedzi.
Tak jak Helena zaplanowała pojechali do cukierni. Kupili placek ze śliwkami, bo wyglądał niezwykle apetycznie i miał naprawdę dużo śliwek, a co najważniejsze, jak stwierdziła Helena- wyglądał na wyrób domowy. No a skoro była to Cukiernia Wiedeńska kupili też sernik wiedeński oblewany czekoladą.
Helena wypatrzyła też kruche paluszki z makiem, idealne do pogryzania przy kawie. Oboje je bardzo lubili, więc Mietek zażyczył sobie by kupić ich więcej , więc kupili ich aż pół kilograma. Ekspedientka ważyła je bardzo ostrożnie,żeby nie połamały się i starannie układała je w pudełku. Gdy już opuścili cukiernię Mietek zaczął się skręcać ze śmiechu- rozbawiła go swego rodzaju bezmyślność tej ekspedientki, która zamiast wpierw postawić na wadze puste pudełko i zapisać sobie jego wagę układała na szalce z wielkim trudem same paluszki, które jej co jakiś czas spadały z szalki i łamały się, więc brała następne i to ważenie zdawało się nie mieć końca, bo potem te paluszki z pietyzmem układała w pudełku.
W drodze do domu Helena uprzedziła Mietka, że pani Wandeczka to wielce bystrooka osoba i zaraz zauważy ich obrączki, więc niech się Mietek nie zakrztusi kawą lub ciastem, gdy pani Wandeczka wprost się zapyta albo kiedy był ślub albo kiedy będzie.
No i dobrze- stwierdził Mietek- niech się pyta, jestem dumny z tego, że będę twoim mężem. A na pytanie, kiedy będzie ślub to jeszcze nie umiem odpowiedzieć, ale na pewno najwcześniej w miesiąc po złożeniu przez nas dokumentów.
Lenko, a kiedy złożymy dokumenty i w którym urzędzie?
No właśnie, muszę się porozumieć z jakimś prawnikiem, bo wprawdzie jesteś obywatelem polskim , ale nie masz chyba zameldowania w Polsce, więc może powinnam cię zameldować albo w tym domu albo w swoim mieszkaniu na Mokotowie. Bo jeśli podasz swój kanadyjski adres to będą, jak mur/beton, same komplikacje. I będziesz jeszcze musiał dać do tłumacza przysięgłego orzeczenie o ustaniu twego małżeństwa w Kanadzie. Syn mojej koleżanki ma kancelarię adwokacką, więc wpuszczę jej sprawę i jak znam życie- fakt, że sprawa dotyczy mnie, bo się za ciebie chcę wydać sprawi, że bez problemu i szybko dowiem się jak to bezboleśnie załatwić. Wiesz, tu zawsze znajomości mają kolosalne znaczenie.
Popatrz- dzięki znajomości z panią Wandeczką mam zawsze zapewnione dobrej jakości produkty spożywcze od tutejszych gospodarzy.
Gdy zamawiam kurę na rosół, to wiem, że nie zdechła bo miała jakąś infekcję, ale została zarżnięta w pełni zdrowia a na dodatek oskubana z pierza. A to skubanie wcale nie jest fajnym zajęciem. Jak zamawiam kartofle to wiem, że będą wszystkie jednego gatunku, a nie jakaś zbieranina. Gdy zamawiam ogórki do kwaszenia to wiem, że będą zebrane po okresie karencji i nie będą gorzkie lub zwiędnięte. To takie śmieszne trochę udogodnienia, ale takie jest właśnie życie poza miastem. A pani Wandeczka aż piszczy by cię poznać osobiście. Co prawda odwiedzi nas pod hasłem, że chce obejrzeć werandę, ale wiem, że jest ciekawa jaki jesteś z bliska.
No to może poprosimy na świadków pana Wacława i panią Wandeczkę? - zaproponował ze śmiechem
Mietek.
No nie wiem, czy żona pana Wacława byłaby szczęśliwa, gdyby świadkową była pani Wandeczka. Bo pani Wandeczka gdy się odpowiednio przyodzieje jest całkiem atrakcyjną kobietą. I wydała się za naprawdę bogatego chłopaka, którego ojciec miał duże gospodarstwo - miał ksywkę król kalafiorów. Gdy teść pani Wandeczki sprzedawał pierwsze w sezonie kalafiory to za zawartość jednej przyczepy mógł bez problemu kupić sobie mercedesa, tzw. beczkę. Nie wiem co prawda co to za model, ale wiem, że był kiedyś bardzo lubianym modelem. A mąż pani Wandeczki to do liceum jeździł własnym motocyklem, oczywiście nie polskiej produkcji i brylował. Niestety nie na lekcjach, bo był święcie przekonany, że kalafiory tatusia zawsze będą w większej cenie niż wyniesiona ze szkoły wiedza. Na szczęście dzieci pani Wandeczki mają więcej oleju w głowie, a zwłaszcza syn pani Wandeczki. Pani Wandeczka to też całkiem niegłupia kobieta, zafundowała sobie tylko dwójkę dzieci i postarała się by ich więcej nie mieć. Bo wie doskonale, że każde dziecko kosztuje, a PanBóg dziwnym trafem nie daje pieniędzy na dzieci. Jest stałą pacjentką jednego ze znanych warszawskich ginekologów - i stosuje antykoncepcję.
Ooo, sporo wiesz o tych ludziach - zauważył Mietek.
No wiem, ale tak jakoś jest, że sami mi się z tego wszystkiego "spowiadają", ja nie pytam.
c.d.n.
poniedziałek, 6 grudnia 2021
Spóźnione uczucia - 5
Helena patrzyła na Mietka uważnie i w końcu powiedziała: ten garnitur to chyba nie jest "gotowiec", zbyt dobrze na tobie leży, chyba szyłeś go u Niedźwieckiego. Mietek uśmiechnął się i stwierdził- nooo, nic się przed tobą nie ukryje. Tak, masz rację to jego dzieło. To wielce skrupulatny facet, poza tym gdy byłem u niego składając zamówienie sam brał miarę, co zapewne też miało znaczenie. I wiesz, miałem tylko jedną miarę, już wtedy wszystko leżało na mnie świetnie.
Helena wzruszyła lekko ramionami - nic w tym dziwnego, jesteś bardzo harmonijnie zbudowany, nie jesteś zapasiony i wcale a wcale jakoś nie widać po tobie upływu lat. I wiesz, daj mi te róże, zaraz
je wstawię do wody, są przecudne! No i powiedz wreszcie, z jakiej to okazji je przyniosłeś, bo mam wrażenie, że za chwilę padniemy z głodu.
Mietek stał nadal z tym bukietem w ręce i miał dość zakłopotaną minę, wreszcie przestępując z nogi na nogę niczym czterolatek wystękał - bo ja, bo ja.....pragnę, chcę, chcę cię prosić byś została moją żoną.
Nie jestem ideałem, nie powiem, że jestem w tobie śmiertelnie zadurzony, bo już z tego wyrosłem, ale wiem, czuję to, że jesteś jedyną kobietą, z którą chcę być stale i wszędzie. Znamy się jak łyse konie w jednym zaprzęgu, ty znasz doskonale moje wady, więc proszę cię - pobierzmy się.
Będę o ciebie dbał, a twoja bliskość jest mi wprost niezbędna do życia, jak tlen do oddychania. Nie musisz mnie nawet kochać, wystarczy, że będziesz ze mną i będziesz mnie tolerować. No powiedz coś, proszę, ja nie umiem się oświadczać, pewnie mam w tym zbyt małą wprawę. W końcu zdesperowany objął ją w dalszym ciągu dzierżąc w lewej ręce bukiet.
Helena wyszeptała - wtykasz mi te biedne róże we włosy, szkoda róż. I jesteś trzeźwy, chociaż nieco bredzisz. Daj te róże, zdejmij ten zielony wazon z kredensu, nalej wody i przynieś go tu. Tylko go nie stłucz bo się ledwo mieści pod kranem. Mietek rzucił się niczym maratończyk na taśmę finiszu w stronę kredensu, z jego najwyższej półki ściągnął wazon i niemal pobiegł z nim do kuchni by go napełnić wodą. Wrócił, prawie wyrwał Helenie róże z ręki, wcisnął je do wazonu i bardzo szybko wziął ją w objęcia wzdychając z wyraźną ulgą.
Z lekka przyduszona Helena wyszeptała - zaskoczyłeś mnie całkowicie. Chodź do kuchni, zamienimy obiad z kolacją, a teraz napijemy się kawy, zjemy tort urodzinowy i porozmawiamy jak bardzo dorośli ludzie. Mieciu, ale tak objęci to daleko nie dojdziemy. Zdejmij ten śliczny garnitur, wskocz w dżinsy lub zostań w tych swoich świetnie leżących na tobie bokserkach w gwiazdeczki, tylko wpierw zasuń zasłony w oknach. A potem włącz ekspres i zrób kawę, a ja w tym czasie pokroję tort. I nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć pocałowała go i pobiegła do kuchni.
Nieomal z ulgą wsadziła całą głowę do lodówki, czuła, że skoczyło jej ciśnienie. Była nieco zdumiona, bo Mietek tak naprawdę zawsze ją trochę uwodził, ale on miał właśnie taki stosunek do kobiet. Pokroiła tort, przesypała maliny do pucharków i dołożyła do nich lody. Ustawiła wszystko na tacy i zaniosła do saloniku.
Zasłony we wszystkich oknach były zasunięte. W pokoju panował zielony, łagodny półmrok. Helena postawiła tacę na stoliku przy sofie, na której siedział Mietek, teraz już w dżinsach i t-shircie. Helena wyjęła z barku butelkę wina i podała ją Mietkowi mówiąc - okazja w sam raz na tokaj-aszu. Korkociąg jest w szufladce stolika. Z kredensu wyciągnęła jeszcze kryształowe kieliszki i zaświeciła połowę kinkietów. Zrobiło się nastrojowo i nieco odświętnie.
Lena, nie dałaś mi odpowiedzi - zaczął Mietek.
Ale chyba zauważyłeś, że nie dałam ci odmownej odpowiedzi- chcę byśmy teraz, wspólnie, zastanowili się nad twoją pochlebiającą mi propozycją. Bo ja ją w pełni doceniam, pochlebia mi, że jeszcze się komuś podobam, że ktoś chce ze mną spędzić resztę życia. Jest w tym wszystkim tylko jedno ale - wierz mi, szalenie mi daleko do mistrzostwa świata w łóżku a nie chciałabym się z kimś dzielić tobą. Zawsze miałeś bardzo ładne i atrakcyjne dziewczyny i wszyscy faceci z naszej paczki zazdrościli ci tych dziewczyn.
Tylko twój Wojtek mi nie zazdrościł - przerwał jej Mietek. Zawsze mi tobą oczy wykłuwał - tym jaka jesteś świetna, mądra- mógł cały dzień wyliczać twoje zalety. A to co nazywasz mistrzostwem świata w łóżku nie zależy tylko od kobiety- zależy w dużej mierze od partnera. Póki co fortepian sam z siebie nie zagra, potrzebny jest pianista by instrument wydał z siebie nie tylko dźwięk ale konkretną melodię. Od dawna inaczej spoglądam na kobiety. Zawsze mi się podobałaś, czego nie ukrywałem, Wojtek też o tym wiedział. I nadal mi się podobasz. Nie dlatego się wprosiłem na mieszkanie u Ciebie, że nie miałem gdzie mieszkać- mogłem nawet rok mieszkać w tym pensjonacie, lub wynająć sobie mieszkanie, bo teraz masa osób w Polsce , a zwłaszcza w dużych miastach kupuje mieszkania z myślą o ich wynajmowaniu, ale chciałem być blisko ciebie. Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłem, że nadal jesteś sama, że z nikim się nie związałaś. Chcę przy tobie zasypiać i przy tobie rano się budzić, mieć cię blisko, na wyciągnięcie ręki. Będziemy mieszkać gdzie ty zechcesz, najchętniej kupiłbym dla nas mieszkanie w którymś z apartamentowców, takie, które ty zaakceptujesz. Kocham cię i nie jest to dla mnie nic nowego, podkochiwałem się w tobie od lat, ale ty miałaś męża, z którym się przyjaźniłem. Gdyby nie to, wyszedłbym ze skóry by cię jemu odbić. Lenko, nie musisz mi dawać natychmiast odpowiedzi na moje pytanie. Przemyśl to, proszę.
Właśnie cały czas o tym myślę- cicho powiedziała Helena wpatrując mu się w oczy. A co zrobisz jeśli powiem - Helena dramatycznie zawiesiła głos- jeśli powiem, że - znów zamilkła na kilka sekund -wyjdę za ciebie?
Mietek zerwał się z sofy i wybiegł z salonu, po chwili usłyszała, że jest w pokoju na górze i zaraz potem wrócił z małym pudełeczkiem, w którym były właśnie wchodzące w modę dwie obrączki z białego złota, - mniejsza z sześcioma malutkimi brylancikami, większa z trzema. Wziął jej rękę, ucałował i wsunął na jej palec mniejszą z obrączek, większą umieścił na swoim palcu.
O, nawet rozmiar pasuje - zdziwiła się Helena.
Mietek zaczął się śmiać - dziecino, ty wszędzie siejesz swoje pierścionki, więc nie miałem problemu by dobrać rozmiar. Najwięcej ich jest w tym hinduskim wazoniku. I znalazłem tam też ten pierścionek, który ci kiedyś z Elką kupiliśmy na twoje imieniny.
Helena oglądała obrączkę na swoim palcu i zastanawiała się głośno, czy brylanciki nie wypadną np. podczas zmywania naczyń.
Nie wypadną- poza tym przecież jest tu zmywarka, przytomnie zauważył Mietek. A od wstawiania naczyń do zmywarki na pewno nie wypadną. Przejedź po nich paluszkiem - nie wystają. Zrobić ci jeszcze kawy, a może zrobić herbatę lub czekoladę na gorąco -zapytał. Ten tort, który zrobiłaś jest niesamowicie pyszny , chyba zjemy go do końca.
No właśnie dlatego zrobiłam taki mały, żebyśmy go dziś wykończyli. Jutro już nie będzie taki pyszny.
Ale wiesz co - pan Wacław dziś przyniósł świeżo złowionego szczupaka, muszę go sprawić i albo go zrobię dziś na kolację albo wrzucę do zamrażarki przygotowanego do smażenia. Jak wolisz?
Dziś na kolację to ja chcę ciebie a nie szczupaka - stwierdził Mietek. A ten szczupak jest żywy czy już martwy?
Martwy i nawet wypatroszony, bo pan Wacław od razu pozbawił go wnętrzności. I wyobraź sobie, że zapytał się mnie czy ty jesteś moim narzeczonym.
I co powiedziałaś?
No prawdę powiedziałam, że nie wiem. Więc mi powiedział, że powinnam wyjść za ciebie, bo według niego to my pasujemy do siebie a poza tym życie jest zbyt ciężkie by iść przez nie samotnie.
A to ciekawe, stwierdził Mietek- filozof z pana Wacława. Możemy go wziąć na świadka. A on kawaler czy żonaty? Jeśli żonaty to mogą nam razem świadkować. Wolę by to byli nowi znajomi niż starzy znajomi. Starzy nie mogą mi wybaczyć, że nikogo do Kanady nie ściągnąłem, tylko sam się "pławiłem w dostatku". Dopiero teraz do mnie dotarło, że bardzo dobrze zrobiłem, bo gdyby tylko któremuś się tam nie powiodło to wszystko zwaliłby na mnie. Mnie też się na początku nie układało. Nigdy nie jest różowo, gdy się jedzie do obcego kraju, nawet gdy się dobrze zna język i ma się tam kogoś znajomego. Ja tam mam bardzo dalekiego kuzyna. Jedyna jego pomoc polegała na tym, że mi przysłał zaproszenie i uprzedził, że dobrze płatna, ale ciężka pod wieloma względami praca jest na dalekiej północy. Nie pracowałem tam fizycznie, pracowałem w swoim zawodzie, ale było ciężko, bo ta daleka północ wysysa z człowieka życie. Jeśli masz przez 24 godziny na dobę ciemność i właściwie żyjesz jak pod ziemią, to fajnie nie jest. No ale nie mówmy już o mnie, było, minęło, załatwiłem sobie, że wszystkie moje dokumenty prześlą mi pocztą dyplomatyczną na ambasadę. Zastanówmy się nad tym gdzie będziemy mieszkać, nie mam pojęcia jak ty sobie Lenko to wyobrażasz.
Hmmm, zadumała się Helena- tak prawdę mówiąc to trochę mi szkoda by się pozbywać tej działki. Włożyliśmy z Wojtkiem tu sporo pracy i w weekendy jest tu całkiem nieźle bywać. Z drugiej strony , jeśli ty jeszcze pracujesz i będziesz musiał bywać codziennie w Warszawie to może być zbyt uciążliwe. Do granic miasta jest tylko 25 km, no ale potem to jest jeszcze nieco drogi do centrum. Umowę z ludźmi, którzy mieszkają w moim mieszkaniu mam podpisaną jeszcze na rok- mają nadzieję, że w tym czasie na tyle ukończą budowę swego domu, że będą mogli się tam wprowadzić. To moje warszawskie mieszkanie jest jednak w sumie w niezłym miejscu, teraz już jest tam dobra komunikacja, osiedle dobrze zagospodarowane, tyle tylko, że to blok. Pamiętasz je chyba jeszcze? Mieszkanie w apartamentowcu- po pierwsze to bardzo drogie mieszkania i trudno jest trafić na naprawdę dobrą lokalizację. Nie wiem kto te mieszkania projektuje, ale z reguły to są duże metraże i mocno wydumane rozkłady mieszkań. Oglądaliśmy, tak dla sportu, jedno z takich mieszkań - duże, ale nieustawne pokoje, kuchnie klitki, zapewne dlatego, że ktoś kto mieszka w apartamencie stołuje się tylko na mieście. Tu mam garaż i wiatę , w Warszawie trudno nawet o miejsce parkingowe. Może nie podejmujmy jeszcze żadnych decyzji co do mieszkania. Pomieszkajmy razem , sprawdźmy jakie są nasze oczekiwania i penetrujmy wtórny rynek mieszkań i domków w granicach miasta. Ludzie się budują, potem się okazuje, że trzeba się domu pozbyć, bo za drogi w utrzymaniu lub drogi im się rozchodzą i żadne nie chce już strupa na głowę w postaci domu. Bo tak naprawdę własny dom to strup na głowie, wiecznie coś się dzieje. Może przeczekamy ten czas do chwili, gdy wygaśnie umowa najmu na moje mieszkanie, w umowie jest napisane, że oni muszą je przed opuszczeniem oddać w takim stanie, w jakim je zastali, czyli odmalowane i wszystko bez uszkodzeń. W chwili gdy się pobierzemy automatycznie masz pół tego domu i pół mieszkania w Warszawie, no chyba, że nie chcesz i wtedy możemy zrobić notarialnie rozdzielność majątkową. Wszystko na co zezwala prawo możemy przeprowadzić notarialnie. Zakładam, że nie masz żadnych dzieci? Bo jak wiesz i widzisz, ja nie mam i z całą pewnością my też ich nie będziemy mieli. Więc połowa wszystkiego, dopóki ja żyję jest z mocy prawa twoja a potem ty wszystko po mnie dziedziczysz.
Ja też nie mam żadnych dzieci- bardzo dbałem o to, by ich nie było - stwierdził Mietek.
A zrobiłbyś dla nas herbatkę ? Coś mnie suszy, może po tym winie? Dobre było, ale zakręciło mi się po nim w głowie.
To będzie lepiej gdy się napijesz czystej wody mineralnej, bo może ci po tym winie podskoczyło ciśnienie? Masz ciśnieniomierz w domu?
Mam, na górze w mojej sypialni w nocnej szafce.
Mietek szybko się podniósł i poszedł po ciśnieniomierz. Po chwili z wielką powagą mierzył Helenie ciśnienie, ale było w granicach normy, tętno również.
To może w takim razie dziś wcześniej się wybierzemy w objęcia Morfeusza? Idź pierwsza do łazienki, ja tymczasem posprzątam.
c.d.n.
Spóźnione uczucia - 4
Na początku października Helena zrealizowała swój projekt oszklenia werandy. Dwa węższe boki były oszklone "na stałe", od podłogi do sufitu. Trzeci, długi bok miał cztery szyby przesuwane. Montaż trwał aż 3 dni, bo wpierw trzeba było zamontować szyny, w których przesuwały się szyby. Przy montażu Helena doceniła projekt tej werandy, dzięki któremu nie było problemu z jej oszkleniem. Szyby były grube i od razu można było docenić korzyści z oszklenia tej werandy. Kilka dni przed przyjazdem montażystów Helena wraz z Mietkiem malowali balustradę werandy. Gdy montaż się skończył "ochrzcili" nowy wystrój jedząc na werandzie kolację. Wreszcie w trakcie posiłku nic nie fruwało nad talerzami. Dotychczas nawet wypicie kawy na tej werandzie było problemem, bo ciągle coś bzykało i latało.
Następnego dnia dwóch sąsiadów przyszło obejrzeć z bliska "to cudo" i jeden z nich wziął nawet namiary na firmę, która to wszystko instalowała.
W sobotę przed południem Mietek zniknął z domu zaraz po śniadaniu - zapytał się tylko Helenę, czy aby nie będzie jej do czegoś niezbędny, bo ma kilka spraw do załatwienia w Warszawie. I tak dokładnie to nie wie o której wróci. No i jeśli Helenie coś jest potrzebne "z miasta", to on przywiezie. Ale ona stwierdziła, że wszystko co niezbędne to jest w domu i na końcu zażartowała: przywieź tylko z tej Warszawy siebie, albo daj znać, jeśli utkniesz w ramionach jakiejś młódki.
Mietek się wyraźnie zapowietrzył, otworzył nawet usta by coś odpowiedzieć, ale jednak nic nie powiedział. Obrzucił tylko Helenę długim spojrzeniem, jakby chciał zapamiętać jej wygląd i wyszedł. W chwilę potem Helena "ruszyła do boju". Dziś były jej urodziny, więc postanowiła zrobić mały tort, taki by można go w dwie osoby zjeść na jedno posiedzenie. Pomysł na obiad zmienił się jej przez sąsiada, który właśnie wrócił ze skutecznego połowu ryb (których nigdy nie jadał) i przyniósł Helenie dorodnego szczupaka, za którego Helena odwdzięczyła się butelką wina, bo sąsiad nigdy nie chciał wziąć pieniędzy. Sąsiad, zdaniem Heleny, powinien był zostać zawodowym rybakiem - nigdy nie konsumował ryb, bo jak twierdził "ryba to nie mięso, mięso to wieprzek albo krówka". Żona sąsiada podejrzewała go, że to łowienie ryb, to było "takie zwykłe wyciekanie z domu, żeby nic w nim nie robić, a nocne połowy to zapewne miały coś wspólnego z jakąś amatorką nocnego życia".
Sąsiad wręczając Helenie rybę bezpardonowo zapytał - "a ten przystojniak u pani to kandydat na męża? Bo na moje oko to bardzo do siebie pasujecie, to porządny facet. Gdybym widział, że jest nie taki jak należy, zaraz bym pani powiedział, pani Heleno. Bo ja to jestem szczerym człowiekiem".
Helena czym prędzej przywołała na twarz minę nr 6 i powstrzymując się od śmiechu powiedziała - wiem panie Wacławie, to porządny facet, ale jeszcze nie wiem czy jest mną zainteresowany jako kandydatką na żonę. To bliski przyjaciel mój i był też przyjacielem mego, świętej pamięci, męża. Pan Wacław wyszczerzył się w uśmiechu i dodał - miło byłoby mieć takiego sąsiada tutaj. Oboje z żoną uważamy, że powinna pani wyjść za mąż po raz drugi. Życie jest za ciężkie by iść przez nie samemu. A "szczupcia" sama pani oprawi czy pomóc? Helena podziękowała za ewentualną pomoc, sama sobie poradzi, to tylko jedna sztuka a nie kilka. Na koniec usłyszała, że gdyby coś potrzebowała, to "do nas może pani zawsze przyjść po pomoc, żona i ja bardzo panią lubimy, pani męża też bardzo lubiliśmy".
Gdy wreszcie sąsiad znalazł się za furtką i pomaszerował dziarsko w stronę swojego domu Helena odetchnęła - nadmiar troski o jej osobę wykazywany co jakiś czas przez sąsiadów nieco ją przytłaczał.
Zdecydowanie wolała większą anonimowość życia w wielkim mieście.
W czasie robienia tortu zaczęła się zastanawiać nad tym, co jej powiedział sąsiad odnośnie osoby Mietka. Znali się z Mietkiem już przynajmniej dwadzieścia lat, ale nigdy nie zastanawiała się nad jego osobą jako kandydatem na swego męża. Poznała go, gdy on był w roli "niedoszłego męża" jej koleżanki z pracy. Był bardzo przystojnym chłopakiem i jeśli idzie o urodę to na głowę bił Wojtka, z którym Helena już wtedy była po ślubie. Też był inżynierem, miał niemal czarne włosy, takąż oprawę oczu i był czarującym facetem - zawsze wiedział co i jak powiedzieć kobiecie by ją oczarować. Wielbicielek miał multum, Helena zastanawiała się nawet nad tym, czy one mu się nie mylą. Wojtek i Mietek szybko się zaprzyjaźnili, chociaż w oczach Wojtka to Mietek był " babiarzem" i nie mógł zrozumieć czemu za Mietkiem snuje się tyle dziewczyn. Helena wytłumaczyła wtedy mężowi, że Mietek zawsze wie, co należy powiedzieć kobiecie by sprawić jej przyjemność. Poza tym bardziej go fascynuje uroda kobiet niż ich intelekt, co zapewne też ma znaczenie. Trochę zaskoczył wszystkich wyjazd Mietka do Kanady, ale on nie ukrywał, że po prostu chce zarobić pieniądze i na pewno nie osiedli się tam na stałe, no chyba, że tam znajdzie "kobietę swego życia". Jak się okazało to znalezienie kobiety swego życia skończyło się rozwodem. Teraz nie palił się do powrotu do Kanady.
Ukończywszy swe tortowe dzieło umieściła je w lodówce i wybrała się "do wsi", do właścicielki plantacji malin. Co prawda wolała leśne maliny, ale te z tej plantacji owocowały bardzo długo, aż do przymrozków. Stosunki z właścicielką plantacji miała Helena bardzo dobre, niemal serdeczne, odkąd zaprojektowała dla jej córki suknię ślubną i nie wzięła od niej ani złotówki za projekt, a na dodatek sprawiła, że pracownia, dla której projektowała suknie ( nie tylko ślubne) dała jej zniżkę. Właścicielka plantacji "napędziła" pracowni sporo klientek, a Helena miała zapewnione maliny w czasie całego sezonu ich owocowania. Oczywiście Helena zawsze za nie płaciła, ale dla "pani Helenki" cena była taka, jakby sama sobie je zrywała, choć zrywał je syn lub mąż właścicielki. Poza tym Helena dostała "namiary" gdzie znajdzie najlepsze ogórki do kwaszenia, kto ma bardzo dobre kartofelki i dobre kury na zdrowotny rosół. Wystarczyło, że trafiwszy pod wskazany adres powiedziała, kto jej podał ten adres i zawsze towar był świeży, prosto z grządki. Wprawdzie do wsi był "kawałek szosy" do pokonania, ale Helena postanowiła się przejść a nie jechać samochodem.
Wieś ciągnęła się wzdłuż szosy, zabudowania były po obu stronach tuż przy jezdni i przed niemal każdym domem stała ławka, na której zawsze ktoś wysiadywał pośladki, traktując widok z ławeczki jak czytanie kroniki towarzyskiej - jak mawiał Wojtek. Idąc teraz Helena się nieźle "napozdrawiała i naspowiadała" do kogo i po co idzie.
Plantatorka, pani Wandeczka, doskonale wiedziała już, że Helena gości u siebie przyjaciela, wiedziała, że weranda w jej domu została obudowana i pani Wandeczka wprosiła się do Heleny na obejrzenie tej obudowanej werandy, która zdaniem pani Wandeczki była jak z "amerykańskiego filmu" no a oszklona zapewne nie będzie już taka jak z tych starych, amerykańskich filmów.
Pani Wandeczka namówiła Helenę na dwie łubianki malin, do zrywania ich angażując swego syna, przypominając, by robił to delikatnie, bo maliny będą zamrożone, więc nie mogą być "wymęczone". I oczywiście syn został zaangażowany do zaniesienia ich do domu Heleny. W czasie gdy łubianki były napełniane malinami panie piły "kawę- plujkę" przygotowaną przez panią domu. Kawa była "po arabsku", jak mówiła pani Wandeczka, czyli zagotowana przez minutę i pełna przypraw, łącznie z kardamonem.
Pani Wandeczka pałała tak wielką chęcią obejrzenia oszklonej werandy ( a tak naprawdę to obejrzenia lokatora Heleny, którego pani Wandeczka nazywała "taki przystojny ten pani lokator, pani Helenko"), że Helena zaprosiła ją do siebie na następny dzień, na niedzielne popołudnie. Wypiją razem kawusię na tej oszklonej werandzie, no i oczywiście jeśli mąż pani Wandeczki będzie miał ochotę zobaczyć tę werandę, to niech go pani Wandeczka weźmie ze sobą.
Gdy łubianki zostały napełnione malinami a Helena wypiła kawę zagryzając ją kruchymi ciasteczkami roboty pani domu i uregulowała rachunek, syn pani Wandeczki dostał polecenie odniesienia malin do domu Heleny, żeby pani Helenka nie dźwigała łubianek. Gdy Helena tłumaczyła, że da radę sama zanieść te łubianki, pani Wandeczka powiedziała stanowczym tonem, że po prostu "nie wypada, żeby pani Helenka sama niosła te łubianki do domu".
Wracając wymieniała z obserwatorami szosy już tylko uśmiechy lub pozdrowienia z gatunku "szczęść Boże". W domu obdarowała młodzieńca książką o historii jednej z niemieckich łodzi podwodnych i kilkoma batonikami snickersów. Ucieszył się szczerze z jednego i drugiego prezentu. Niedługo miał rozpocząć studia na wyższej uczelni rolniczej w Warszawie i Helena szczerze pogratulowała, bo dobrze wiedziała, że na 1 miejsce na tej uczelni było naprawdę sporo kandydatów.
Obejrzał dokładnie tę oszkloną werandę, bystro zauważył, że dzięki oszkleniu będzie można nieco zaoszczędzić na ogrzewaniu, z zaciekawieniem obejrzał jeszcze inne książki, które ostatnio kupiła Helena i dwie z nich wypożyczył. Obiecał Helenie, że poszuka w jednej z nich jakie pnącza można by posadzić wewnątrz przy bocznych ścianach werandy, tych oszklonych na stałe. I jeśli Helena zaakceptuje jego pomysł, to on to zrealizuje. Helena zgodziła się, zaproponowała młodemu jeszcze kawę i lody, co zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem. W czasie rozmowy dowiedziała się, że wybrał wydział "architektura krajobrazu" a w czasie studiów chciałby wziąć udział w programie Erasmus.
Gdy tak siedzieli przy kawie i rozmawiali wrócił do domu Mietek, a że siedzieli na werandzie, zorientował się, że Helena nie jest sama, więc to, co miał wziąć z samochodu do domu, zostawił chwilowo w samochodzie.
Pojawienie się Mietka w pewnym sensie "wymiotło" młodego z miłej pogawędki z Heleną, a ta przedstawiła młodego Mietkowi, mówiąc mu o tym, że to przyszły architekt krajobrazu i że wyraził chęć zagospodarowania dwóch ścian werandy pnączami, więc ona już nie będzie musiała zastanawiać się nad zasłonami na boczne ściany, żeby nie czuli się jak w akwarium.
Mietek czuł się w obowiązku pogratulowania młodemu tego, że się dostał na uczelnię, zapraszał, by jeszcze posiedział u nich, ale młody stwierdził, że już jednak pójdzie, bo musi jeszcze pomóc ojcu w ogrodzie. Mietek wyszedł z domu razem z nim, chwilę jeszcze rozmawiał z nim przy furtce, potem poszedł do samochodu.
Gdy wszedł do domu trzymał w ręce olbrzymi bukiet, autentycznie pąsowych róż, które wręczył Helenie.
Ojej, a skąd wiedziałeś, że dziś są moje urodziny?
Nie wiedziałem, te są z innej okazji, więc muszę pojechać po róże urodzinowe - roześmiał się Mietek i zawrócił w stronę drzwi, ale Helena zatrzymała go.
No coś ty, jest ich w tym bukiecie tyle, że może być jeden bukiet z dwóch okazji. I w ogóle - coś ty taki elegancki nagle- pojechałeś w dżinsach, a wracasz w nowym garniturze!Wyglądasz super!
c.d.n.
niedziela, 5 grudnia 2021
Spóźnione uczucia - 3
Wrzesień tego roku był jakiś wyjątkowo ciepły i słoneczny, więc w dzień, w którym Mietek nie miał zajęć w konsulacie namówiła go na wycieczkę po okolicy bliższej i dalszej. Pojechali do lasów w okolicach Wilgi i praktycznie spędzili tam cały dzień bo......były grzyby i Helena, zapalona grzybiarka nie odpuściła. Mietek, dla którego było to nieomal pierwsze w życiu grzybobranie nie widział po drodze żadnych grzybów, chociaż się o nie potykał. Najwięcej grzybów było już poza Wilgą, w stronę Maciejowic. Były nawet na trawniku parkingu pod brzozami. Ogromnie Helenę śmieszyło, że Mietek zupełnie nie odróżniał grzybów. Ale i tak go pochwaliła, gdy w pewnym miejscu trafił na prawdziwka i bardzo był zdumiony, że tym razem znaleziony przez niego grzyb był jadalnym okazem. Posiedzieli nad Wisłą a Helena skorzystała z tego czasu i czyściła grzyby. Mietek nieco myślał na głos- proponował, by Helena poleciała z nim na trochę do Kanady, gdy on tam będzie likwidował swoje sprawy.
No ale ty przecież nie będziesz miał czasu na pokazywanie mi Kanady, skoro lecisz tylko po to, by spakować swoje zimowe ciuchy i załatwić swoje sprawy- zaprotestowała trzeźwo Helena. Sam wiesz, że trzymanie kilku srok za ogon nie prowadzi do dobrego załatwienia spraw. Jeśli naprawdę planujesz by być w Europie to pomyśl głównie o tym, byś miał w porządku wszystkie papiery, bo przecież jeszcze będziesz pracować.
Mietek zerknął na nią i powiedział - jeśli będę tu pracował to tylko na pół etatu i tylko w ambasadzie. I bardzo chciałbym z tobą pojechać do Kanady późną wiosną lub wczesnym latem, pomieszkać w chacie nad jeziorem, pływać łodzią po jeziorze, łowić z tobą ryby i piec je potem na grillu. Nawet nie wiesz jakie piękne jest nocą niebo nad jeziorem, dookoła puściutko, bo najbliższa chata jest w odległości 10 lub więcej kilometrów.
To ty masz tam taką chatę nad jeziorem? - spytała nieco zaskoczona.
Mam, z kolegą do spółki.
I byłeś tam ze swoją żoną ?- dociekała Helena.
Byłem, chyba ze dwie godziny. Obejrzała wyposażenie, na tyle pobieżnie, że nawet nie znalazła łazienki, pochodziła dookoła chaty i stwierdziła że nie jest indiańską kobietą i nawet jednej nocy nie prześpi w takich warunkach. Więc wróciliśmy w bardziej cywilizowane okolice. Do pełnego ludzi ośrodka wypoczynkowego. A w pół roku później znalazła sobie jakiegoś tancerza, który prowadził aerobik dla pań.
Kochałeś ją?
Chyba nie za bardzo, ale podobała mi się pod względem fizycznym, mistrzostwo świata w łóżku. Za to dość pusto w głowie, ale naiwnie myślałem, że ją sobie wychowam. Dostałem nauczkę, by nie wiązać się z kobietą tylko dlatego, że jest dobra w łóżku i bardzo, bardzo atrakcyjna fizycznie i
tak jak ty to mi wtedy napisałaś - o połowę młodsza ode mnie. A na pożegnanie mi wykrzyczała, że odchodzi, bo jestem sknerą i nie dałem jej upoważnienia do swojego konta bankowego.
Mietek, a dlaczego ona w tej chacie nie znalazła łazienki? Nie było jej tam?
No coś ty, była łazienka i toaleta, ale drzwi były z takich samych drewnianych paneli jak ściany, więc ich nie zauważyła i uznała, że skoro chata należy do dwóch facetów , to pewnie są tak prymitywni że myją się tylko w jeziorze a potrzeby fizjologiczne załatwiają w krzakach, w lesie. Ona po prostu należała do tych, które potrzebują dookoła siebie mnóstwa ludzi, w tym głównie płci męskiej, luster by móc się co chwilę w nich przeglądać no i wybetonowanych ścieżek bo chodziła zawsze na szpilkach. I to wszystko było w ośrodku wczasowym z basenem, trzema kawiarniami i sztucznym wodospadem nad którym były zawieszone sztuczne łososie. Na szczęście nie w postaci filetów.
Helena roześmiała się serdecznie - gdyby były w postaci filetów to musieli by je umieścić na patelni, a patelnie są mało dekoracyjne. Chodź, wrócimy już do domu, bo niedługo padniemy z głodu.
W domu Helena zagoniła Mietka do pokrojenia grzybów na mniejsze kawałki i ułożenia ich w dehydratorze. Sama w tym czasie prędko zabrała się za szykowanie dla nich obiadu, co nie trwało długo, bo przed wyjściem z domu rozmroziła sznycle już przygotowane do smażenia, za sałatkę służyły domowe ogórki kwaszone a na patelni obok sznycli odgrzewały się dla Mietka kluski ziemniaczane. Do obiadu mieli też po kieliszku czerwonego wina.
Po obiedzie Mietek zrobił kawę, do której tym razem były domowe ciastka orzechowe. Mietek pochłaniał ciastka i mruczał niczym mały miś - w końcu wymruczał - zabierz te ciastka, bo wszystkie zjem! Są pyszne! Gdzie je kupiłaś?
Nigdzie, upiekłam. To tylko trzy składniki - cukier trzcinowy, orzechy i mąka orzechowa oraz piana z białek. To włoskie ciasteczka. Powinny być jeszcze oblane paseczkami czekolady, ale nie miałam w domu czekolady, bo gdybym ją miała to bym ją zwyczajnie zeżarła. Uwielbiam gorzką czekoladę połączoną z niewielką ilością prawdziwego cukru trzcinowego. Kiedyś się dziwiłam widząc na jakimś filmie jak ktoś pogryzał łodygę trzciny cukrowej i mlaskał z zachwytu. Potem mi kolega z pracy przywiózł z Kuby cukier trzcinowy. A potem byliśmy z Wojtkiem we Włoszech i tam jadłam te ciastka. Ich były takie "jednokęsowe" kuleczki o średnicy 2,5 cm. Podejrzewam, że miały w środku coś, co je utrzymywało w formie kulek - moje przestają być kulkami w trakcie pieczenia. O właśnie- trzeba następnym razem podjechać do sklepu z tak zwaną zdrową żywnością. Kupię przy okazji syrop klonowy i w ogóle popatrzę co mają.
Mietek patrzył na nią zdziwiony - to teraz w Polsce jest zdrowa i chora żywność? Dotychczas dzieliłem żywność na świeżą lub konserwowaną oraz na te produkty które lubię i te których nie lubię i nie jadam.
Ewentualnie był podział na żywność europejską i azjatycką czy inną - taki podział regionalny. No popatrz, opóźniony w rozwoju jestem. W Kanadzie koncentrowałem się głównie na polskiej kuchni, na której przecież byłem wychowany.
Nie jesteś opóźniony w rozwoju tylko nie zajmujesz się gotowaniem. Nawet nie wyobrażasz sobie ile jest teraz różnych rodzajów mąki! Co prawda nie w każdym sklepie osiedlowym, ale w dobrych marketach jest ich sporo. We włoskim sklepie stałam przed półkami ze słownikiem w garści, bo naprawdę nie wiedziałam co biorę do ręki. Kiedyś, w Polsce, wyraz masło oznaczał wyrób ze śmietany, czyli z tłuszczu mlecznego. Teraz masz w sklepie masła orzechowe z różnych orzechów, lub np.masło migdałowe. Świat się skurczył, każdy zakątek świata rozsyła do innych swoje wyroby. Kiedyś kupując czekoladę kojarzyłeś kakao tylko z Brazylią, a teraz możesz kupić czekoladę wyprodukowaną z kakaowców rosnących na Madagaskarze. I zawsze staram się kupować właśnie taką, bo ona tam jest produkowana w ramach akcji likwidowania skrajnej biedy tamtejszych społeczności.
Europa, w moim odczuciu ma do spłacenia wielu rejonom świata ogromny dług - ekspansywność "białych" była niesamowita - zabierano miejscowym to wszystko co białym pasowało, głównie ziemię i jej bogactwa, czerpano ze wszystkiego korzyści niszcząc wszystko bez opamiętania- zabijając w jawny sposób, lub zabijając przywleczonymi z Europy chorobami. Ospa, grypa, choroby weneryczne - to były główne prezenty od białych przybyszy. Zachwycasz się przyrodą Kanady, ale z tego co wiem, to Kanada już nie pachnie żywicą, za to jest systematycznie niszczona przemysłem pozyskującym celulozę, wydobyciem ropy naftowej i gazu ziemnego.
Mietek słuchał uważnie tego co mówiła Helena, cicho jej przytakiwał. W końcu powiedział - pierwszy raz słyszę ciebie gdy mówisz o tym wszystkim. Jakoś nigdy o tym nie rozmawialiśmy wcześniej. Niszczymy nasze miejsce zamieszkania systematycznie, jesteśmy nastawieni tylko i wyłącznie na zyski.
Wiesz, że trwają poszukiwania nowej planety, takiej by spełniała warunki, do jakich tu jesteśmy od zarania ludzkości przystosowani. I pomyślałem, że jeśli ją znajdą to zniszczą następną Ziemię. A może my , tutaj, też jesteśmy jakąś kolejną planetą zasiedloną przez takich jak my obecnie, którzy zniszczyli kiedyś własną Ziemię? Kosmos jest przecież olbrzymi, więc nie wykluczone, że jesteśmy kolejnym pokoleniem istot, które zniszczyły własną planetę i wypatrzywszy w Kosmosie obiekt zbliżony warunkami do swojej planety wysłały w przestrzeń kosmiczną ludzkie DNA w jakimś ochronnym "opakowaniu". Czytałem, że wirusy i bakterie są w stanie przetrwać w Kosmosie w stanie nieuszkodzonym, już to zbadano. Zawsze zazdrościłem trochę Wojtkowi ciebie, choć wiem, że czasami nieźle się kłóciliście, bo ty jesteś strasznie rzeczowa babka a do tego bardzo konkretna. Może już nie pamiętasz, ale kilka razy mnie "zgasiłaś".
Ja cię "zgasiłam" ? - zdziwiła się Helena. Ja ci tylko powiedziałam, że nie całuje się w usta żony swego przyjaciela i nie podgląda jej gdy przebiera się na plaży.
Nie byliście jeszcze wtedy małżeństwem- bronił się Mietek, Wojtek mi nie mówił, że jest tobą poważnie zainteresowany. I, wybacz, ale nie żałuję, że cię wtedy podglądałem - było na co popatrzeć i - tylko się nie zezłość - nadal jest.
Oj Mietek, Mietek - rozbawiłeś mnie teraz, chyba jednak powinieneś pójść na wizytę kontrolną do dobrego okulisty - odpowiedziała ze śmiechem.
Byłem w ubiegłym roku, przeszedłem trzy zabiegi okulistyczne, widzę lepiej niż kiedyś. A na dodatek zacząłem dostrzegać to, czego nie widać, a co można poznać tylko wymieniając z kimś poglądy i spostrzeżenia. Zmieniłaś się, mniej w twych wypowiedziach agresji, chyba zrobiłaś się bardziej
tolerancyjna a może tylko cierpliwsza.
Być może - zgodziła się Helena - po prostu nauczyłam się, że nic nie jest albo tylko czarne albo tylko białe a i niemal każdy kolor ma swoje odcienie. I że punkt widzenia zależy od punktu w którym jest obserwator. I że łatwo się dlatego pomylić w swoich sądach. I że jeżeli nie jesteśmy czegoś pewni, to należy o tym rozmawiać , by nie pozostawiać tematów "dogadanych" tylko pozornie. Więc licz się z tym, że stałam się jeszcze bardziej dociekliwa niż kiedyś byłam, choć wiem, że dociekliwi żyją krócej, jak mawiał pewien kowboj z filmu "Jak zdobyto Dziki Zachód".
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)