poniedziałek, 14 marca 2022

Ryzykantka -47

 Jesień pomału zamieniała się  w  zimę, było coraz  zimniej i zaczęło się poranne  skrobanie  pokrytych szronem  szyb samochodu. Zwołano naradę rodzinną i postanowiono wiatę przerobić na  garaż - i to teraz, zaraz. Bo pomimo zapewnień panów od   klimatu, że  ocieplenie  było tuż, tuż, to póki co było wrednie  zimno i ten  paskudny  szron na szybach! Nawet Paweł, który był dość odporny na różne niedogodności, zaczął narzekać. Boczne ściany wiaty były cały czas opuszczone, a Roberta kolega  załatwił maty ocieplające, które przylegały  do  nich wewnątrz.No ale z budową garażu z prawdziwego  zdarzenia  trzeba  było zaczekać  do wiosny. Robert wymyślił, że w takim  razie weźmie  ekipę, by obudowała tylną i boczną ścianę  wiaty zwykłymi deskami,  zabezpieczonymi tylko wodoodpornie. W tym układzie jedną  ścianę wiaty  stanowiła ściana budynku, a dwie  były  z trzech  warstw-  warstwa  wewnętrzna to były maty ocieplające, potem  warstwa grubego plastiku i warstwa zewnętrzna zrobiona  z desek. Cała ta prowizorka strasznie  denerwowała Ewę a coraz  częściej również Roberta, Pawła a nawet tatę. Ojciec załatwił w urzędzie zezwolenie by wiatę  zamienić w garaż, ale.....była zima, a w  zimę się  nie  muruje! Któregoś listopadowego  poranka, gdy Ewa miała  pracować w  domu, a Robert miał dzień wolny, więc spokojnie jeszcze  wygrzewali się w łóżku, zaintrygowały ich radosne  piski Weli, śmiech Pawła  i paplanina  mamci. Po kwadransie rozległo się delikatne pukanie do drzwi ich  pokoju i cichy głos Pawła- to tylko ja- muszę wam coś pokazać. Wchodź, warknął wręcz Robert, skoro musisz.

Paweł ostrożnie otworzył drzwi - w lewej ręce trzymał nieduże pudełko. Zamknął za sobą drzwi, przykucnął obok łóżka  i odgarnął cienką warstewkę ligniny. Pod tym przykryciem leżał  zwinięty w kłębek bardzo maleńki, czarny jak węgiel psiaczek. Skąd masz tego malca? to strasznie maleńki pieseczek, skąd  go wziąłeś? On potrzebuje matki- stwierdziła Ewa. Już nie, podobno ma już 7 tygodni, była przy  nim kartka. Znalazłem go na  naszych schodach gdy otworzyłem  drzwi. Pudełko  z nim było w dużym pudełku wyłożonym grubo dookoła słomą. Po prostu ktoś  go nam podrzucił. Paweł, podaj  mi szlafrok, goły jestem. Co za  nieodpowiedzialność, mógł szczeniak zemrzeć z przechłodzenia! Ewa z wrażenia  zapomniała o tym, że jak zwykle jest naga i usiadła w łóżku. Paweł zerknął na swą przyszywaną  mamę i pomyślał-  ma świetne piersi, szczęściarz ze  starego! Ale  w tej  chwili Robert podał Ewie górę swej piżamy i "świetne  piersi" zniknęły okryte bluzą piżamową. 

Ewa wyciągnęła maleństwo z pudełka - był niewiele dłuższy niż jej  dłoń, a gdy go nakryła  drugą dłonią przytulił się do do jej  ciepłych  dłoni. No i co  z nim zrobimy?-  zapytała. Babcia i  dziadek są  zdania, że może u nas  w domu zostać, skoro los go do nas przywiał - powiedział Paweł. A  Wela aż się popłakała z radości i omal nie udusiła  babci i dziadka. A co wy o tym myślicie?  Ewa popatrzyła na rozanieloną minę  Pawła a w oczach Roberta wyczytała  aprobatę i  powiedziała - dobrze, niech  zostanie. Ale jeszcze  dziś trzeba  z nim iść do weterynarza żeby go zbadał i zlecił jak i  czym toto karmić. A potem trzeba  kupić dla niego psią  wyprawkę. Ale to  dopiero po wizycie u weterynarza. I do weterynarza to ja się z tym malcem przejdę. Na tym osiedlu jest dwóch weterynarzy, pewnie jeden  z nich przyjmuje  rano. Pójdę z tobą, stwierdził Robert, a potem zrobimy psie  zakupy. Zostaw go na  razie u nas Pawełku, muszę się  z nim oswoić i zrobię mu pampersa. To są i dla psów pampersy? - zdziwił się  Paweł. Nie  wiem, ale on jest taki maleńki, że pampersa  zrobię   mu z podpaski. Dużego siku  taki ociupinek przecież  nie  zrobi, to podpaska wystarczy. A teraz powiedzcie mi prawdę - który z Was tego pieska zafundował Weli? Przyrzekam, że nie  wpadnę w  szał i nie okaleczę ani nie   zamorduję, ani nie wyrzucę z domu. I nie  wkopię przed  rodzicami.  

No dobra - ja wymyśliłem, ale dalsza realizacja to już było Pawła  zmartwienie- przyznał się  Robert. Psina jest  rasowa, ale nie będzie  miała metryczki bo sunia  za dużo maluszków urodziła. Wyrośnie  na cocker spaniela, więc  trzeba  będzie  bardzo dbać o uszka, bo one  u tej rasy są obwisłe i  się  samoistnie   nie  wietrzą- uzupełnił Paweł.  Załatwiłem go przez weterynarza, który leczy psy tego hodowcy. To ten, który przyjmuje w tym wolno stojącym domku obok piekarza. Mamuś , dziadkowie się cieszą z tego pieska,  naprawdę. Bo mogą go bezkarnie  pieścić i  całować i ćwierkać  do niego. Zresztą sama zobaczysz gdy zejdziesz na dół. I rano to go podrzucił personel pana weterynarza. No dobrze - musimy się ubrać, więc zostaw to zwierzę bo muszę  się ubrać i zrobić  mu pampersa. 

Wela i Paweł nie  doczekali się na  zejście  Ewy i Roberta, bo Robert wpierw  musiał "przeprosić" Ewę, że  "spiskował". Poza tym dobrze  rozpoczęty dzień to był ten, który rozpoczynał się od serii pieszczot. Gdy  zeszli na śniadanie w domu byli już tylko rodzice Ewy. Oboje  szczęśliwi, że pieseczek  został zaakceptowany.

Mamcia roztkliwiała się -  nad  szczeniaczkiem. Według  niej był najpiękniejszym szczeniakiem na tej planecie. Zaraz po śniadaniu psina  została zapakowana do wyłożonej kocykiem termo torby i  zawieziona do weterynarza, ale nie tego, o którym mówił Paweł. Ten drugi weterynarz był znajomym Ewy z dawnych  lat. Roberta  nieco zdegustował fakt, że Ewa i ten "wet" mówią  sobie po imieniu, ale odetchnął gdy przyszła żona pana  weta, bardzo ładna  kobieta, koleżanka Ewy jeszcze  ze szkoły. Psiak został wycałowany przez żonę pana weta, Ewa opowiedziała skąd się u niej wziął, koleżanka i jej mąż nie ukrywali, że cieszą się, że wreszcie Ewa  ma przy sobie "normalnego  faceta" a nie to  czupiradło, czyli Julka. Po 10 minutach  wizyty Robert się  czuł jakby oboje  znał od wielu, wielu  lat. Przyznał się, że on był projektodawcą a wykonawcą "zbrodni o nazwie  pies w domu" jego syn. 

Wet i jego żona przyklasnęli temu  pomysłowi - zwłaszcza żona, która  właśnie przez to, że zbyt  wcześnie zabrała się  za hodowlę  dzieci nie skończyła weterynarii - i jak się śmiała - jej kontakt  z weterynarią  zakończył się na wyjściu za mąż za weterynarza i  urodzeniu  mu trzech synów - obojgu marzyła się  dziewczynka, ale rodzili się  sami chłopcy. No a potem, gdy  dzieci były  na świecie to już i ochota na  studia  minęła i czasu nie było.

Ewa nie odmówiła  sobie  przyjemności opowiedzenia o swym  ostatnim kontakcie  z byłym  mężem, a oboje uzupełniając  się opowiedzieli jak  się poznali.

Potem Irena wyciągnęła  katalog firmy  wysyłkowej handlującej akcesoriami  dla  domowych zwierząt i  zaproponowała, żeby wybrali  z niego wyposażenie  dla psiaka, a ona  zamówi je  na siebie, bo ma kartę stałego klienta i dużą  zniżkę. Doradzała im  co warto kupić, a jej  mąż wybrał gotową   karmę dla  maluszka na teraz i na później. Potwierdzenie  zamówienia dostali  natychmiast i  zdaniem Ireny paczka z psim  majątkiem dotrze za dwa  dni, bo Ewa od razu opłaciła zakup.

Weterynarz uprzedzał, by nie przyzwyczajać psiaka do ludzkiego jedzenia, a to które  zamówił dobrze  zna i jego zdaniem jest dobrze  zbilansowane. Potem wymyślali imię  dla psiaka i Robert ochrzcił go Czarusiem, bo maluszek  wszystkich   oczarował.  Bardzo rozśmieszył oboje pampers zrobiony z podpaski. Potem Irena  dawała  wytyczne jak  maluszka  nauczyć  załatwiania się  w domu np. na tacy, która była wyłożona  ligniną. Na razie maluszek mógł być wypuszczany na ogród i dopóki nie  skończy  wszystkich niezbędnych szczepień nie  powinien wychodzić poza ogród. Oczywiście  oboje zostali  nauczeni jak  mają dbać o psie uszka, jak i  czym przycinać pazurki. Kupili też kropelki przeciw insektom. Po niemal godzinnej wizycie umówili się na  dalsze spotkania, tym  razem bardziej towarzyskie, bo Irena  chciała poznać Pawła i Welę. W  końcu  mieszkali blisko siebie i znali  się od dawna.  A, jak  stwierdziła  Irena, ta  "stara gwardia" dogadywała  się  bez trudu. 

Gdy wyszli od weterynarza Robert jęknął - no  nie wiem jak można mieć  trzech  chłopaków w  domu! Ewa się roześmiała - mam wrażenie  że mieć  ich  w domu to tylko część problemu, w końcu to Alina  ma  w domu dwóch. Chyba  większym  problemem jest ich  ubranie i  wyżywienie  i  zapewnienie  im odpowiednich  warunków i wykształcenia. A tak naprawdę to moja wyobraźnia  nie ogarnia trzech  ciąż i porodów. Z urody Ireny została  tylko ładna  buzia- a była to taka  zgrabna dziewczyna! Figurę  miała  jak modelka- 90-60-90. Od facetów to się nie  mogła opędzić. Ooooo, mały się  zesikał i to pewnie  kolejny raz, bo  bokiem pociekło i nie dało rady wsiąknąć.

Ale ten jej mąż też  całkiem niezły  facet pod względem  urody- stwierdził Robert. Ewa uśmiechnęła  się - podobno  kolejki dziewczyn się do niego ustawiały, a wybrał Irenę, bo go  "olewała". I ponoć bardzo  długo go lekceważyła. Znaliśmy  się wszyscy  jeszcze  ze szkoły, on  był w równoległej klasie. A pobrali  się zaraz po  maturze, bo jak mi wtedy  tłumaczyła  Irena, nie  chciała się  z nim kochać pod chmurką na  ławce w parku lub  w lesie na  kocu wśród  komarów i mrówek.

A ty nie  stałaś  w kolejce do niego? Nie, nie  stałam. Nie  zauważyłeś jeszcze, że mnie  nie służą blondyni?  Nawet gdy  są ciemnymi blondynami jak Koczkodan.

W drodze do  domu Ewa  wstąpiła  do sklepu po nieco inne podkładki, bardziej  chłonne. Kupiła ich  całkiem  sporo, bo stwierdziła, że  będzie nimi wyklejać psi "nocnik"  zamiast wykładać tacę ligniną. Kupiła też  kilka  torebek  karmy dla maluszków i buraki, bo  zdaniem Ireny najlepiej jest ugotować  buraki do miękkości, wywarem zalać karmę,  by rozmiękła i  dodać do tego  nieco przetartych buraków i wszystko razem rozmieszać na papkę. Śmiali  się  z Robertem, że najlepiej   będzie jeśli psiunio będzie urzędował w  swoim pudełku na stole w  salonie  lub  w aneksie  jadalnym, bo wtedy  będzie  cały  czas pod  kontrolą. Maluszek i  tak najwięcej  czasu  spędzał na drzemce. Ewa wypisała dużymi  literami,  czerwonym flamastrem  czego nie  wolno pieskowi  dawać a niebieskim flamastrem to co  powinien  dostawać.  Śmiać jej  się  chciało gdy razem  z dziadkami  siedzieli przy  stole na którym  stało pudełko wyłożone  mięciutkim kilka  razy  złożonym  ręcznikiem frotowym,  na którym spał Czaruś a oni pili kawę.

Jakimś "cudem" Paweł i  Wela bardzo  wcześnie  dotarli tego  dnia  do  domu. Na czas obiadu pudełko z pieskiem wywędrowało na  podłogę.  Akurat zdążyli  zjeść, gdy psiątko z  trudem stanęło na  łapkach, zrobiło ze  dwa kroczki i..... raczyło się  zsikać, co  wzbudziło entuzjazm Weli i  Pawła. Ewa czym prędzej usunęła  posikaną podkładkę i przykleiła w to miejsce  nową. Wszyscy chcieli znów przenieść maluszka  na stół,  ale Ewa  zaprotestowała- on się  musi przyzwyczaić do tego, że jest na  podłodze a my nad  nim górujemy.  Dopóki   nie  nauczy  się załatwiać  w jedno  miejsce będzie  miał do dyspozycji ograniczoną przestrzeń- zrobimy  mu kojec, w którym  będzie  miał swoją budkę i tacę do  załatwiania  swych potrzeb. On jest taki malutki, że kojec o wielkości metr na metr będzie dla niego tak  duży jak dla  każdego z nas  boisko do piłki nożnej.  Tato, może znajdziemy w piwnicy coś  jako podłogę  kojca i pokryjemy  ją  resztkami  wykładziny tej  z przedpokoju. Obramowanie dookoła zrobimy z siatki wolierowej, którą kiedyś okrywałeś warzywnik. I tylko trzeba  wymyślić   na  czym ją  rozpiąć, dobrze  byłoby na  czymś, co byłoby  mocowane do podłogi tego kojca. No to chodźmy, popatrzymy co tam  mamy. Po dwudziestu  minutach do  piwnicy wkroczył Robert, więc  dostał do rąk  część  "zdobyczy". Był to  dziecięcy drewniany kojec o bokach 1,5 metra, oraz kawałek wykładziny dywanowej  pasujący do niego wymiarami. Pomiędzy  szczebelkami  kojca Ewa planowała przepleść przezroczyste plastikowe koszulki na  dokumenty, mocowane między  sobą  zszywkami. Ewentualnie można by  zakupić odpowiedniej długości pasek siatki wolierowej. Ale  koszulki już były  w domu,  a po siatkę trzeba by dopiero do któregoś z dużych  marketów budowlanych podjechać. Ewa dała Weli i Pawłowi  wytyczne  dotyczące jedzenia  dla szczeniaczka,  tę noc i pewnie  następną maluszek  miał spędzić już w kojcu, ale w  swoim pudełku,  z którego usunięto jedną  ściankę, by mógł z niego wyjść. W pozostałych trzech ściankach Ewa zbudowała  z  kocyka coś w rodzaju  tzw.  "muszelki" by psina  miała  ciepły, przytulny kącik.

Wela  chciała  koniecznie  wziąć pieska na górę, ale Ewa  zaprotestowała tłumacząc, że pies  będzie  mieszkał na  dole, bo bieganie  po schodach  wcale  nie jest  korzystne   dla  zdrowia psów - i to poparł też  dziadek. Z czasem  zrobi się  barierkę,  by  pies  nie  wchodził na schody.Poza tym on  już teraz  musi się przyzwyczajać do swego miejsca, w którym  będzie  stale przebywał- musi mieć  świadomość, że to będzie dla niego stałe  miejsce, w którym  będzie  się  czuł bezpiecznie. Nie można psu w  głowie  robić bałaganu. Poszła do siebie  na górę i po chwili wróciła z książką o wychowywaniu ......psów i wręczyła ją Weli mówiąc - ja  naprawdę mam obszerną bibliotekę. A ty Pawełku bierz  się za  robienie ścianek kojca, o w ten  sposób. A my z Robertem idziemy zjeść razem kolację, bo on jutro zaczyna 12-godzinny  dyżur, więc musi dobrze wypocząć- idziemy  dziś  wcześnie  spać. A w aneksie jadalnym jest paczka podpasek do przyklejania na tacy. I ustawcie tacę w kojcu w takim  miejscu, by  psiak  do niej trafił.

W pokoju Ewa  mocno  przytuliła  się  do Roberta - dobrze, że nadmiar  swego instynktu macierzyńskiego ta  mała wyładuje  na psie. Może  dzięki temu  będzie nieco normalniejsza gdy  sama będzie  miała  dziecko. A psiaczek jest fajny. Ja to tylko  nie lubię  w domu kotów, bo nie oduczysz  kota wskakiwania gdzie  mu tylko przyjdzie  ochota. Byłam kiedyś u znajomej,  zaprosiła  mnie  na lunch. Ale gdy kot wskoczył mi na stół i usiadł koło  mojego talerza to nie  wyrobiłam,  wstałam i  wyszłam. Ona  się obraziła- przecież kot mi nic nie  zrobił, tylko usiadł koło mego talerza, na którym było jedzenie. Według  niej to ja  miałam  nie wszystkie klepki  na  miejscu. Przecież  ani  mi łapy  nie  wsadził w talerz  ani   mordy, więc nie  rozumiała  w czym problem. Nie  skrzywdzę  żadnego  kota,  ale  nie lubię ich   w domu. Mogę je obserwować, podziwiać ich  zręczność ale nie lubię. A wiesz - ja też   nie lubię  kotów- lubię psy - no może poza jedną  rasą- nie lubię tych bez  sierści. A ten  pewnie  będzie  ładny, o ile  go Wela  nie  zadusi z  miłości.

                                                                     c.d.n.


Ryzykantka - 46

 Przy deserze, którym  był krem czekoladowy z rodzynkami i suszonymi  żurawinami, po kilku słownych zachętach Wela wreszcie powiedziała, że wszystko przez  to, że ona  odstawiła  tabletki antykoncepcyjne, które przepisał jej  lekarz z przychodni, która jest  blisko uczelni. Ona przedtem  brała inne, a on jej przepisał te, twierdząc, że są o wiele  lepsze od tamtych.  

A skąd wiedział, że te  akurat są  dla ciebie  lepsze? Robił ci badania  hormonalne?  Nie, nie robił żadnych badań, nawet mnie  nie badał. Żartujesz  chyba? - zdziwiła się Ewa. Byłaś u niego pierwszy raz i facet ci w ciemno, nawet bez badania rutynowego zapisał inne  tabletki niż te, które  brałaś  dotychczas? I ty je wzięłaś? Wybacz Wela, ale jesteś idiotką. 

Zaklinał się, że skład taki sam, tak  samo dobrze  działają. Ewa nabrała  dużo  powietrza  w płuca i po chwili  zapytała. A co ci po  nich jest? Rozregulował mi się  cykl i zupełnie straciłam ochotę  na seks. No,  rzeczywiście są  w tym układzie antykoncepcyjne- zaśmiała  się Ewa - jako że najlepszą  antykoncepcją jest  brak  seksu. Podaj mi nazwisko tego człowieka. To doktor M., położnik. Ewa zanotowała  sobie nazwisko w komórce i adres przychodni. A teraz  mam do ciebie córciu  dwa pytania - pierwsze- dlaczego  mi tego  nie  powiedziałaś od  razu i drugie- dlaczego nie poszłaś do tego lekarza, który ci przedtem  zapisywał tabletki.  No bo ten jest  blisko uczelni a tamten w  centrum  miasta i przyjmuje  tylko rano. 

No ale spod  twojej uczelni jest autobus do centrum  miasta, poza  tym możesz raz  na jakiś  czas spóźnić się na uczelnię, z tego  powodu nie  zostaniesz wydalona z uczelni.

Ewa załamała  ręce - wiesz Wela,  gdybyś  była z jakiegoś zadupia , gdzieś  spod  wschodniej  granicy i dopiero co  przyjechała do  stolicy, to może bym to  zrozumiała, ale tak to  nijak tego nie mogę  pojąć. I na co jeszcze  czekasz zamiast iść do innego lekarza? Ach, bo  zupełnie  nie miałam  czasu  ani głowy do tego - miałam   problemy w laboratorium, bo ktoś mi grzebał w próbkach. Musiałam na tempo wszystko robić od  nowa.

Ewa  wyciągnęła z kuchennego  notesu  kartkę,  zapisała na  niej nazwisko i telefon lekarki, która  miała  bardzo nowoczesny  gabinet i była  bardzo dobrym lekarzem, wyciągnęła  z portfela pieniądze, odliczyła 300 złotych i  podała wszystko Weli. Ta lekarka  przyjmuje 3 przystanki od twojej  uczelni, gabinet jest otwarty do 21,00 godziny.  Masz się na  "dzień dobry" pochwalić, że jesteś  moją synową. Ja jestem jej pacjentką od wielu lat. I masz powiedzieć o tym draniu, który zmienił ci tabletki bez badania  rutynowego i bez badań hormonalnych. A teraz  powiedz mi jeszcze jedną  rzecz- tylko zastanów się  nad odpowiedzią i powiedz szczerą prawdę - czy jeszcze  kochasz Pawła i czy naprawdę chcesz byście dalej byli małżeństwem, stworzyli razem  rodzinę. Przecież on też chce byście mieli dzieci, ale  chce byś wpierw miała ukończone  studia, bo to jest twój kapitał na przyszłość. A przy małym  dziecku na pewno  nie ukończyłabyś  studiów.  Na uczelni czekasz już tylko na  wyniki prób  laboratoryjnych by je umieścić w pracy. Obronę pewnie będziesz miała przed zimowymi feriami, więc pomyśl jak niewiele ci już  zostało do zrobienia. Zakończ te  studia, macierzyństwo  ci  nie ucieknie, jeśli ci jest  pisane. Jesteś  jeszcze młoda, czas cię nie pogania.

No i jeszcze coś - pamiętaj o dwóch  rzeczach. Mów Pawłowi o wszystkim co dotyczy waszego  współżycia - mów o tym co ci  naprawdę pasuje a co nie i co  chciałabyś by  wyglądało u  was inaczej. Bez tej szczerości wasz związek się  rozleci - wszystkie  związki rozlatują się właśnie  z powodu  braku tej  szczerości i otwartości w tej materii. Gdyby twoja mama była szczera wobec swego męża odeszłaby od niego a  nie zdradziła z byłym chłopakiem i pomyśl ile  rzeczy byłoby wtedy  prostszych. I zapamiętaj  też, że dbanie o własną rozkosz i rozkosz partnera nie jest czymś grzesznym czy  niewłaściwym.

No więc jak ? Paweł czy rozwód? Zastanów  się nad odpowiedzią- ja ci nic  nie podpowiem- masz  dziecino wybór. To twoje  życie, nie  moje. Ja mam już swoje ustawione.

Ewa spokojnie zabrała się  za  zmywanie tej  niewielkiej ilości  naczyń, na  koniec przemyła mikrofalówkę. Sprawdziła zawartość  zamrażarki i dwie  paczki spakowała by wziąć do domu.

Mamuś, przepraszam, że sprawiłam  ci kłopot. Kocham  Pawła, nie chcę  byśmy się  rozstali. I dziękuję ci, że na  mnie  nie nakrzyczałaś. 

Wela- krzykiem  nikt  niczego  nie ugra. Tylko spokojna  rozmowa może obu  stronom  coś wyjaśnić. Powiedz o  wszystkim  Pawłowi - o tym o czym  rozmawiałyśmy i o swoich potrzebach, preferencjach lub  obawach. I  nie  zapomnij o tej wizycie  lekarskiej. Gdy się  po dyplomie  zdecydujesz na  ciążę ta lekarka cię  poprowadzi. I możesz z nią o wszystkim porozmawiać- co dotyczy  współżycia a potem poprowadzi  twoją  ciążę i odda pod  opiekę  zaufanego  położnika. Bo ona  już odeszła  ze  szpitala. Praca w  szpitalu  położniczym jest mordęgą, a ona  ma kłopoty  ze  zdrowiem.

 No to  zbierajmy  się  bo nasi  chłopcy  pomyślą, że poszłyśmy "w  miasto na podryw".

A druga  rzecz- jeśli  brakuje  ci jakichś informacji  dotyczących spraw damsko- męskich na różnych płaszczyznach to mi powiedz- nie  brakuje w moim  zbiorze książek wielu naprawdę wartościowych i wiarygodnych  pozycji. 

Gdy wróciły do  domu Robert popatrzył na obie  i  zażartował - zobacz  Paweł, mam  wrażenie że utyły po tej  wspólnej  kolacji. Weli to by się  nawet przydało, stwierdził  Paweł. A co jadłyście na  kolację?-dopytywał się Paweł. Kurczaka i pyszny krem czekoladowy z rodzynkami i żurawinami. Oooo, to prawie tak jak my, tylko nam nikt  kremu  nie  zafundował. I słusznie - dobry  kogut to chudy kogut  a nie  zapasiony - stwierdziła Ewa. A krem  czekoladowy tuczy. Ale  przecież  żaden  z nas  nie jest  zapasiony - obruszył się  Robert.  No popatrz Wela, myślałam, że mamy w domu  mężczyzn, a oni twierdzą, że są kogutami. Może  adresy pomyliłyśmy.

Nie  wiem jak wy, ale ja już jestem  śpiąca, a jutro  normalnie  pracuję, wy  chyba też? No to czas do  łóżek kochani,  dobrej  nocy wszystkim.

W czasie  wieczornych  ablucji Ewa w skrócie opowiedziała Robertowi o rozmowie. Sprawa  lekarza M. Roberta oburzyła. Gdy już się kładli do  łóżka  powiedział - już wiem, skąd  znam to nazwisko - on wypuścił z gabinetu pacjentkę z wyciekającym płynem owodniowym i kobieta   straciła dziecko. Co prawda  nie  wiadomo czy by  wyżyło, bo to był początek a  może połowa siódmego  miesiąca, no ale to jest  stan zagrażający i  dziecku i kobiecie. Powinien  był wezwać karetkę by ją odtransportowali do szpitala. Nie  rozumiem jak ktoś go może trzymać w jakiejkolwiek przychodni. Dobrze, że jej  dałaś  namiary na  swoją lekarkę. Robert, a  ten  twój przewodnik seksuologiczny jest  tylko  dla  panów czy i dla  pań?

A co,  chcesz poczytać? nie,  ale  dałabym do poczytania  naszej  synowej, bo odniosłam  wrażenie, że jej wiedza  w tej dziedzinie jest szczątkowa. No i może niech Paweł też sobie  poczyta, niech  chociaż jedno  z nich ma większą  wiedzę na ten temat. Bo Wela to ma jakiś melanż w głowie. Z jednej  strony wie, że antykoncepcja nie jest "be, seks też nie, a z drugiej strony techniki  zastępcze to terra incognita, bo tak to  tylko "dziwki" robią. Ciekawe skąd  w jej  rodzinie  ktoś wie co "dziwki" robią. Ja na przykład nie wiem. A ty Robercie? 

 Ja wiem, trafiłem w życiu na jedną - one po prostu  żerują na  naiwniakach. Ale  miałeś szczęście - przeżyłeś, a ten  drugi nie. Napisali w nekrologu, że nieodżałowany, wspaniały stomatolog. I były wyrazy współczucia dla pogrążonej w rozpaczy żony. Koledzy po fachu też zamieścili nekrolog, ale  żonie  nie  składali wyrazów współczucia. 

Skąd to wszystko wiesz? Z Gazety, muszę  czytać  prasę żeby wiedzieć w którą  stronę idzie  rozbudowa miasta, itp.   Zigi prenumeruje na firmę i codziennie mamy  gazetę. Na dole,  w holu jest kiosk z gazetami. Wpierw ją  czyta mamrocząc pod  nosem  Zigi,  ale przy kawie ja  czytam to  czego on  nie przeczytał. I też się tak pyta: a skąd ty to wiesz? Śmieję się,  że jedno z nas  czyta tylko nieparzyste  strony a  drugie tylko  parzyste.

Zadzwonię  jutro do mojej ulubionej pani ginekolożki i powiem jej, że trafi  do  niej  moja  synowa, której wiedza w temacie płciowym jest poplątaniem  z pomyleniem, więc   niech ją podszkoli przy okazji w teorii.

Kochany, a czy ty jutro masz  jakiś  luzacki dzień, że jeszcze  nie śpimy? Prawie luzacki, mam tylko jeden zabieg i to dopiero o godzinie 13,00. Ale to zabieg, którego  nie lubię robić.  Będę usuwał tzw. ganglion i to niestety  spory. To taka precyzyjna dłubanina. A na koniec będzie opatrunek gipsowy i  ręka przez jakiś czas w górze na temblaku. Bo to taka  nieco przeterminowana  sprawa. Nie lubię tego robić, bo zabieg jest tylko pod  znieczuleniem  miejscowym a każdy pacjent któremu coś  robisz pod miejscówką to swój  strach ukrywa  pod nadmierną  gadaniną. I czasem trzeba takiemu niezbyt  miło powiedzieć żeby się zamknął. Ale i tak  jeszcze bardziej  nie lubię robić rozcięgna, na którym się robią gruzły i trzeba je usuwać, ale tak, żeby  ścięgna  nie uszkodzić.  Kiedyś robiłem ganglion całkiem fajnej  młodziutkiej  dziewczynie. Była cierpliwa, siedziała jak  trusia ale gdy  się  dowiedziała, że ręka będzie  na temblaku i w gipsie to się straszliwie  rozryczała. Myślałem, że przestało  działać  znieczulenie i wołam pielęgniarkę, a ta dziewczyna  taka  zapłakana  mówi - a ja po to  poszłam na ten  zabieg bo chciałam  jechać do Zakopanego na  narty i mam pokój  zarezerwowany i jak ja pojadę? Śmiać mi się  chciało, ale musiałem  być poważny, choć trudno  było. Nie  pojechała, bo  musiała przyjść w dwa  dni później na kontrolę, ale ja  w tej przychodni  bywałem tylko raz  w tygodniu i  potem przy innym wylewała łzy, że jej  Zakopane  nie  wypaliło.

W dwa  tygodnie później Wela trafiła do lekarki  poleconej jej  przez Ewę. Ewa kazała by jej  towarzyszył Paweł, mówiąc, że każdy kulturalny  mężczyzna towarzyszy swej żonie  gdy ta idzie do lekarza tej specjalności, bo często lekarz musi męża o  czymś poinformować lub  przepytać. Paweł był wstrząśnięty - myślałem, że tylko wtedy gdy kobieta jest  w  ciąży. Nie tylko - to jest  mało przyjemna wizyta, więc  kobieta  musi mieć  wsparcie a poza  tym czasem lekarz ma jakieś  wskazówki odnośnie  współżycia bądź antykoncepcji i woli je sam przekazać partnerowi kobiety, żeby  wszystko było jasne  i  zrozumiałe. I ja będę w gabinecie  podczas badania Weli? Tak, będziesz oddzielony zasłoną. A gdy lekarka będzie  rozmawiała z Welą po badaniu, to będziesz  od razu  wszystko wiedział, będziesz siedział obok Weli. 

Co cię tak przeraziło? To jest bardzo miła pani, nieco starsza ode  mnie i ma córkę dorosłą.  Czasy się  zmieniły, gdy Wela będzie  rodzić będziesz mógł być cały czas z nią razem. Niewątpliwie sama czynność "robienia  dziecka" jest przyjemnością,  a rodzenie go już nie, ale dlaczego  mężczyzna ma mieć  swój udział tylko w tej przyjemnej części a kobieta ma  sama znosić  trudy  porodu? Chyba jesteś na tyle nowoczesnym facetem że  to rozumiesz? Ale ja źle znoszę  widok krwi. Ty  będziesz stał w trakcie  porodu obok jej górnej połowy, trzymał za rękę, ocierał pot  z czoła, pocieszał, całował. Nie będziesz tej krwi widział, dolna połowa rodzącej  jest schowana  za ekranem. No to  może to przeżyję. Robert parsknął śmiechem -Paweł, ale gdy teraz  będziesz na  wizycie to nawet gołej  pupy  swej żony  nie  zobaczysz, nie rób  z siebie  synku  niedojdy. A mama ma rację, to  bardzo miła i kulturalna pani. To wy też tam  chodzicie razem? - zdziwił się Paweł.  Robert wzruszył ramionami - przecież  my  wszędzie chodzimy razem. Kochamy  się,  póki co to jesteśmy legalnym małżeństwem więc  nie wiem co cię to tak  dziwi. Znamy wzajemnie  swe ciała, nie wstydzimy się  swej nagości- bo nie ma czego.

Po wizycie u pani doktor Wela i Paweł wrócili uśmiechnięci i zadowoleni. Wela przytuliła się do Ewy mówiąc- jesteś  dla mnie lepszą mamą  niż moja mama biologiczna. A pani doktor poświęciła  nam  całą  godzinę, potraktowała nas  jak własne  dzieci. Nawet  nie  wiedziałam, jak  bardzo była  mi ta  wizyta potrzebna. Paweł też jest  zadowolony. Pozapisywałam sobie  masę wiadomości, żeby to sobie  w głowie utrwalić. Paweł co prawda o niektórych  rzeczach  już wiedział, ale ja  się podszkoliłam. Mam tabletki na trzy  miesiące,  a potem wystarczy gdy  zadzwonię  do recepcji i przyjadę odebrać  receptę. A gabinet i cała ta mini  przychodnia jest  super. Ewa i Robert odetchnęli.  Nie wyglądało to  już źle.

                                                                    c.d.n.


niedziela, 13 marca 2022

Ryzykantka-45

 Robert był bardzo  solidnym  człowiekiem. W najbliższy nie operacyjny  dzień  wziął dzień urlopu i  pojechał ze  swym teściem na testy. Wizyta  starszego pana , jego  dobrowolne wzięcie  udziału w testach i  badaniach  lekarskich  wzbudziły lekką  sensację. Drugim  zaskoczeniem  było to, że starszy pan  nadal miał w porządku  wzrok i słuch i przeszedł wszystkie testy. Obydwaj byli  tymi  wynikami  nieco zaskoczeni, a ojciec Ewy  wręcz dumny. Wracając  do  domu  wstąpili do księgarni, gdzie kupili najnowszy plan  Warszawy.  No widzisz ojciec - zdenerwowałeś się  wtedy,  nie  miałeś  ze sobą  planu miasta i dlatego tylko pobłądziłeś a nie  dlatego, że już się nie  nadajesz na   kierowcę- cieszył się  Robert.

Namawianie  Ewy na  nowy  samochód nie  powiodło się - nadal twierdziła, że to bez sensu. Natomiast jeżeli Robert koniecznie  chce  by był jeszcze  jeden  samochód w  rodzinie, to niech  kupi  nowy  samochód Pawłowi- ona  nie ma nic przeciwko temu. Według  Ewy  ona mogła dzielić  się  samochodem  z Pawłem, zwłaszcza, że Paweł też za często  nie korzystał z samochodu, bo też miał kłopoty  ze znalezieniem miejsca do parkowania  blisko uczelni. Ewę poparł też jej tata, bo jak  twierdził, on też mógł Pawłowi użyczać  swego  samochodu -  nie  korzystał z niego  codziennie, a poza  tym odkrył takie udogodnienie  jak  wózek na  zakupy, dzięki któremu mógł połączyć dwie  rzeczy - spacer i  zakupy. Do  dobrze  zaopatrzonego marketu było około 1,5  kilometra, wózek  miał dość duże  koła i nie było ciężko go  ciągnąć. Można było nim nawet po schodkach wjeżdżać lub  zjeżdżać.

Zigi, tak jak  obiecał Ewie, przyjrzał się  swoim pracownikom i odbył z nimi bardzo męską rozmowę na temat "stroju roboczego", wyglądu i  czystości. Zabronił również bezceremonialnego wchodzenia  do swego gabinetu, bo to jest  teraz również gabinet Ewy.  A gdy któryś wybierał się na   postanie pod  budynkiem to miał o  tym zameldować jemu lub Ewie. I razem  ze  zjazdem i wjazdem  oraz  paleniem  miał się  zmieścić się w  30 minutach. A jeśli komuś się to nie  podoba- nie  ma  sprawy - droga wolna,  może odejść. Nikt  nie jest przykuty do  podłogi  łańcuchem.

Małżeństwo wyraźnie wpłynęło na Zigi korzystnie. Zawsze teraz  był ogolony,  czysto i  starannie ubrany i jakoś w  widoczny  sposób spokojny. Niecenzuralne  wyrazy przestały  fruwać po szefowskim gabinecie. W gabinecie od teraz  zawsze wisiały w dostępnym miejscu  teczki z założeniami opracowywanych aktualnie projektów, wszystkie  podpisane. Oczywiście nim  to nastąpiło personel  dowiedział się, że pomylenie zawartości  teczek  grozi śmiercią  lub kalectwem bo takie pomylenie  świadczy o  kompletnym braku urządzenia  zwanego mózgiem. Raz  na   dwa tygodnie była organizowana  "burza  mózgów" ale i wtedy obowiązywały  dobre maniery.  I właśnie na  owej  "burzy  mózgów" któryś  wpadł na  pomysł, by wziąć udział w  akcji "sport to zdrowie" i wykupić dla pracowników wstęp na  halę sportową by  mogli  pograć w siatkówkę dwa razy  w  tygodniu w okresie od  września do końca  kwietnia. 

Pracy  nie  brakowało, bo w stolicy wciąż   brakowało  mieszkań. Ci co od  wielu  lat  mieszkali w  blokach  coraz  częściej mieli ochotę  zmienić  mieszkanie w bloku na własny domek i kawałek  trawnika  zamiast  balkonu. Warszawa "puchła"- po prostu  duże  miasto  dawało pracę, o którą  na prowincji  nie było łatwo. Ponad  milion ludzi  dziennie przyjeżdżało codziennie  do Warszawy do pracy i to nawet z dość odległych miejscowości. I dla osoby, która dojeżdżała do pracy do  Warszawy  z odległości ponad 70 km a czasem nawet z dalszej, osiedle oddalone od centrum  miasta "zaledwie" o 40 km to żaden  problem.

Ewa nadal nie  bywała  w biurze w poniedziałki i piątki - w te  dwa  dni pracowała  w domu. Zigi nie  bywał w biurze co  drugi czwartek.  Dni,  w które jedno  z nich pracowało w  domu były bardzo  wyczerpujące dla ich telefonów i każdy  miał  wielki problem, by się do nich dodzwonić. W związku  z tym postanowili, że zafundują  sobie dwie nowe komórki, których numerów  nie podadzą  nikomu poza  swoimi "połówkami".

Ewa  zauważyła, że Paweł coraz  częściej  bywa ponury a Wela często bardzo późno wraca do  domu. Podzieliła się  tymi  spostrzeżeniami z Robertem, który  stwierdził, że jedyną osobą  w tym  domu, która  mogłaby  coś  z Pawła  wyciągnąć to jest  właśnie  Ewa. Bo chociaż się  Robert  naprawdę  bardzo  starał, to pomiędzy  nim  a Pawłem nie  nawiązała się  nić  wzajemnego stuprocentowego  zaufania i bliskości. Nie  dziwiło to zbytnio Roberta - widocznie   zbyt  długo i zbyt  skutecznie Harpia  zwalczała uczucie  syna  do ojca. A wiadomo, że  wszystkie  nasze lęki i  urazy  z dzieciństwa bardzo ciężko jest  z umysłu wyplenić.  I sądzisz kochanie  moje, że on  mi się  zwierzy z tego co go gryzie? 

Robert skinął głową- tak i obaj będziemy z tego  powodu  szczęśliwi, bo "skubaniec" wie, że ty mi o tym  wszystkim  powiesz ale wie  też, że ja  z nim tego tematu  nie  poruszę, bo sam  mi nic nie  powiedział.  No dobrze, wyciągnę go  zatem w sobotę do Piaseczna, do ogrodnika- obiecałam ojcu, że dokupię miniaturowych iglaków. "Dwunastkę"  masz w tę czy w następną  sobotę? W tę. Ale pomimo tego ogrodnika  wpadniesz do mnie? No jasne, przecież zawsze  wpadam,  nie  mogę być tak długo  bez ciebie, wiesz o  tym. Poza tym nie mogę  zawieść twojego  personelu- mogliby  pomyśleć nie wiadomo  co -  zaśmiała się Ewa. 

W tę sobotę mam dyżur z doktorem L.- wiem, że on  cię  bardzo lubi, więc  spędzimy  miłe popołudnie i kawałeczek wieczoru- stwierdził Robert. To ja pewnie przyjadę tak między 15,00 a 16,00 - Paweł  mnie  podrzuci  do ciebie gdy będziemy  wracać z Piaseczna, podeślę ci sms gdy tylko skręcimy w Aleję Wilanowską. Zaczekasz na  mnie w holu? Oczywiście, niech mają frajdę patrząc jak się  łaszę  do ciebie- śmiał się Robert. Ale wiem, że dałem przykład i nie jesteś  jedyną żoną która wpada na  dwunastogodzinny  dyżur. Żona  doktora  L. była już  dwa razy, bo udało się  jej odstawić  dzieci do matki. I bardzo się obojgu takie  spotkanie podobało, bo  mogli  swobodnie  sobie  porozmawiać, bez podsłuchu, bo  dzieciaki to istne  urządzenia  podsłuchowe. Idealne do  szpiegowania.

Ewa śmiała się. Ja też zawsze starałam się podsłuchiwać dorosłych, ale  moi to rozmawiali o  samych  zupełnie nieciekawych  sprawach, najczęściej o pracy taty a to mnie  zupełnie  nie interesowało. Robert śmiał się - ojciec  mówił, że byłaś słodkim  dzieckiem, ale niesamowicie  upartym- podobno u ciebie "nie" to było stuprocentowe "nie", bez  dyskusji. 

A ty, jakim  dzieckiem byłeś ty? Ja  byłem zapatrzony w Alinę - wszak była ode mnie  starsza o  całe  dwa lata i zawsze się  mną  rządziła. Robiłem co chciała, mówiłem co chciała. Tylko raz zlekceważyłem to co  powiedziała i wpadłem  w  szpony  Harpii. Wiesz, ty jesteś jej ulubienicą. Powiedziała  mi po naszym ślubie, że kocha  cię tak, jakbyś była jej siostrą. A na dodatek  zapowiedziała  mi, że gdybym  cię  skrzywdził to przestałaby mnie kochać, po prostu przestałbym  być jej  bratem. Nie  mogła  darować ojcu, że zmusił mnie do ożenku z Harpią a mnie, że ją "przeleciałem". Gdy chorował i  miał bóle to  mu powiedziała, że to kara  za grzechy, które popełnił wobec  mnie i wobec naszej  mamy. Bo ojciec był despotą. Pewnie  się  biedak w  grobie  przewraca gdy  widzi jak ja ciebie kocham i  traktuję. I wiesz,  gdy twój ojciec  mówi, że jestem prawdziwym mężczyzną, bo cię  traktuję  z szacunkiem i  miłością to zawsze  myślę, że mojemu ojcu ciężka  ta  ziemia, pod którą  leży. Bardzo lubię, a nawet darzę uczuciem twoich  rodziców, a twój ojciec dał i daje  mi nadal więcej uczucia  niż ja   miałem od  rodzonego ojca.

No tak, z westchnieniem  powiedziała Ewa -  w życiu  dzieje się wiele dziwnych rzeczy. Mamcia chciała mi  zapewnić jak najlepsze życie, a w gruncie rzeczy unieszczęśliwiła  mnie małżeństwem z Julkiem. Ja  szukałam lekarza a  znalazłam  miłość  swego życia i dorosłe  dziecko, które "uwnukowili"  moi rodzice. A ty stałeś się ich ukochanym zięciem. Gdybym coś "margnęła" na ciebie to pewnie by mnie oboje pobili. A ja nigdy  nikogo  tak nie  kochałam jak kocham  ciebie. A na dodatek jestem  dumna, że jestem  twoją żoną. 

I martwię  się o Pawła, bo Wela wydaje  mi się coraz  mniej  zrównoważoną  dziewczyną, chyba ją  nieco przeceniłam.  Ale nawet jeśli ich  związek nie wytrzyma próby czasu nie jestem  za tym, by go na siłę zszywać - to nie  miałoby sensu. Sensowne jest tylko to, żeby Paweł wiedział, że jesteśmy z nim, po jego stronie i że rozpad małżeństwa to nie  koniec świata.

Też tak myślę. Nawet jeśli się rozejdą, to i tak  będzie  mu nadal łatwiej  niż było mnie, bo ma  wsparcie, którego ja  nie  miałem. I nie ma dziecka. Wela ma nieco dziwną tę rodzinę i być może  przemożna  chęć wyjścia  z tego domu była motorem jej dążenia do ślubu  z Pawłem, może było w tym od  początku zbyt  mało uczucia. Byłoby dobrze, gdyby to wszystko  nie zaburzyło jego doktoratu, bo już sporo pracy w to włożył.

Ewa zamyśliła  się i dość długo milczała. Zastanawiam  się, czy "wywiad" zaczynać od  Pawła. Może powinnam podjechać któregoś  dnia po Welę na uczelnię i  z nią porozmawiać na  początek. Bo ona to raczej  nie  zwierzy się ze swych problemów własnej matce. Nic  dziwnego,  skoro latami jej  matka ukrywała przed nią fakt, że ojciec  "papierkowy" nie jest jej ojcem  biologicznym. Jestem w stanie  wyobrazić sobie  co przeżyła ta dziewczyna gdy to odkryła. Co o tym  sądzisz? Wiesz, chyba  masz rację. Paweł ma nas, ale mam wrażenie, że  Wela  nie ma takiego  zaplecza u siebie - zgodził się Robert. Zróbmy tak.

Jeszcze tego samego wieczoru Ewa przepytała się Welę w które  dni wychodzi z uczelni o "ludzkiej porze", bo chciałaby  zabrać ją na  babskie  zakupy. Słysząc takie  pytanie  Robert wytrzeszczył ze  zdumienia  oczy, ale  nic  nie  powiedział. Wela co prawda powiedziała, że ona to właściwie niczego  nie  potrzebuje , na co usłyszała, że Ewa potrzebuje i chce by jej  Wela  coś  doradziła. Wela zajrzała do notatek i stwierdziła, że może to być w środę, bo we wtorek to ona siedzi do 19,00 w laboratorium. Ewa uśmiechnęła  się  radośnie i stwierdziła, że są w takim  razie umówione. W pokoju wytłumaczyła Robertowi, że tym sposobem Wela  nie  wie, że ona  we wtorek przyjedzie po nią  na uczelnię. Na  wszelki wypadek przyjedzie z pół godziny  wcześniej. Robert uśmiechnął się - ty się Ewuś  marnujesz - powinnaś pracować w  wywiadzie albo w policji. No jasne - po  wtorku  się do nich  zgłoszę do pracy. Sama jestem  ciekawa co wydobędę z tej  dziewczyny.

We  wtorek,  zgodnie ze  swym  planem Ewa czekała na Welę. Samochód  zaparkowała przy  wejściu do ogródków działkowych. Mniej  więcej dziesięć  minut przed godziną dziewiętnastą z głównego budynku wyszła Wela. Ewa do niej  podeszła i powiedziała - zabieram  cię dziecino na kolację - zjemy ją tylko we  dwie i porozmawiamy. Ale Paweł będzie  się denerwował, że   mnie  jeszcze  nie  ma. Nie będzie, wyślij  mu sms, że jesz  dziś kolację ze mną. Chyba, że wolisz bym ja  mu wysłała taką wiadomość. A dokąd pójdziemy na tę kolację, bo ja  nie lubię jeść w  restauracji. Wiem o tym  kochana i zjemy kolację  w domu. Chodź, mam  nadzieję, że mi jeszcze  nikt nie podwędził samochodu. Samochód na szczęście jeszcze stał, była to  zapewne  zbyt wczesna  godzina dla  złodziei. Ale  gdzie my jedziemy, dlaczego tu skręcamy? Bo jedziemy do mojego mieszkania. Tam zjemy razem  kolację, bo ja też  nie lubię jeść, zwłaszcza  kolacji, w jakiejś knajpie. Zobaczysz po prostu  mieszkanie, w którym mieszkałam przed ślubem z Robertem, teraz jest własnością  Pawła i stoi puste, a ja tu wpadam okazjonalnie by sprawdzić,  czy  wszystko jest w porządku. Klucze od  niego mam tylko ja. Mamy dziś na kolację biusty kurczaka nadziewane pieczarkami , czyli to  samo co oni na Sadybie dziś jedzą. Do tego sałatka z kapusty pekińskiej. Biusty podgrzejemy w  mikrofali. Bardzo dawno z tobą nie rozmawiałam na  poważne tematy, za co cię przepraszam.  A myślę, że raz na  jakiś  czas dobrze jest porozmawiać poważnie nawet na trudne tematy. Wysłałaś  Pawłowi sms?  Jeśli jeszcze nie to wyślij, żeby się  nie dręczył gdzie i  z kim jesteś. Co prawda Robert by mu  za jakiś czas powiedział, że jesteś  ze mną, ale będzie taktowniej, gdy ty to zrobisz. Wela posłusznie wysłała do Pawła sms -" jestem na  kolacji z twoją mamą".

Wela, powiedz mi tak  zupełnie  szczerze- czy Paweł spełnia   twoje oczekiwania? Czy masz do niego  jakiś  żal?  Bo mam wrażenie, że coś  się w  waszym  związku niesamowicie krzywi. Nie  pytałam  go o to, Robert też się go o  to   nie  pytał. Uznałam, że  wpierw powinnam o  tym  porozmawiać z tobą. On jest na  swoim terenie, ma  zaplecze w postaci ojca, mnie i rozpieszczających go przyszywanych  dziadków, więc jesteś  w nieco trudniejszej sytuacji. Ty  chyba zapomniałaś,  albo nie potraktowałaś  poważnie tego, co ci  kiedyś  powiedziałam- idzie mi o to, że możesz  mi  zawsze powiedzieć  wszystko co  budzi twój  niepokój lub ci nie odpowiada  w  zachowaniu Pawła lub  kogokolwiek w naszym  domu.

                                                                           c.d.n.





sobota, 12 marca 2022

Ryzykantka- 44

Rozmowa obu par na temat zakupu nieruchomości w  Juracie odbyła się na  parkingu już blisko Warszawy. Siedzieli  w  samochodzie Zigi i pili  kawę. Pierwsze poruszyły temat obie  panie - i obie zgodnie stwierdziły, że ich  zdaniem nie jest to dobra inwestycja bo: daleko od Warszawy, trzeba będzie poszukać  kogoś  zaufanego, kto będzie tego doglądał, a jeśli zdecydowali by się na  wynajmowanie wczasowiczom, to wtedy praktycznie  cały rok musiałby się  tym ktoś odpłatnie  zajmować. Ewa dodała, że wtedy logika  by nakazywała by tam spędzali  swoje  urlopy, ale jej  się wcale nie marzy by stale jeździć w to samo miejsce, kolejne "nie" to fakt, że  sezon wynajmu jest dość krótki, a ktoś  musi  się tym cały rok  zajmować, bo przecież  tam będzie   cały czas włączone ogrzewanie, żeby dom nie chłonął wilgoci no i ostatni argument - Bałtyk nie jest morzem  ciepłym, a obie panie  lubią ciepłe morze. Zigi i Ewa twierdzili, że im ten "dom w  domu" wydaje  się podejrzaną inwestycją, ale  nie mają  czasu na dociekanie, tym bardziej, że musieliby w tym  celu jeździć do Gdańska i tam w urzędach  sprawdzać czy to wszystko legalne itp.. Na  koniec obie  panie  stwierdziły, że skoro one  cały rok gotują obiady, muszą dbać o  zaopatrzenie,  to w  czasie urlopu chciałyby  mieć ten problem "z głowy", a w Juracie są kłopoty by dobrze  zjeść, bo nawet jeśli wykupią jakieś obiady w którymś z domów  wczasowych to będzie to  żywienie zbiorowe, nie  będzie  można zjeść  tego na co ma się ochotę.

Cała  czwórka  była  zadowolona, że tak szybko i   zgodnie  rozwiązali problem. Zigi stwierdził, że rano zatelefonuje  do tego właściciela i powie  mu, że rezygnują z kupna tej  nieruchomości. A jeśli będzie  się dopytywał, to  mu powie,  że dostali  ciekawszą propozycję nad  cieplejszym  morzem i będzie to  koniec  dyskusji. Co do  nieruchomości nad  cieplejszym  akwenem Robert opowiedział o swoim doświadczeniu  w tym względzie.

Zadowoleni, że tak zgodnie  myślą, ruszyli do Warszawy. O godz. 22,30 wszyscy byli już w swych domach, o czym  się wzajemnie  poinformowali.

W domu czekała Roberta niezbyt  miła  wiadomość- na "dobry wieczór" Paweł go poinformował, że poszukuje go  Harpia, która właśnie  została  wdową po  panu dentyście. Robert się  tylko roześmiał - przecież nie jestem przedsiębiorcą pogrzebowym, nic jej  w tym nie pomogę, pomyliła adres. A powiedziała czego chce? Tak- ma dla ciebie  propozycję, jej  zdaniem  nie do odrzucenia- żebyś w tym   domu założył prywatną przychodnię chirurgiczną. Jeszcze mi powiedziała, że jeśli ja tego z tobą nie  załatwię, to ona mnie  wydziedziczy, nie dostanę  ani złotówki w spadku  po niej. A ja  jej powiedziałem, że nawet gdybym  miał umrzeć z głodu to i tak  każdy  spadek po niej odrzucę. Chciała bym cię  dał do telefonu, ale  powiedziałem  zgodnie  z prawdą, że cię w Warszawie  nie ma, na co usłyszałem, że pewnie  dlatego nie  może się do ciebie  dodzwonić.  

Robert wyciągnął z  kieszeni komórkę - popatrzył i  powiedział- faktycznie  dzwoniła, ale ponieważ u mnie  figuruje jako "obcy" - nie odbierałem. Mam  całą listę "obcych" i tych telefonów nigdy  nie odbieram. Gdybym je odbierał musiałbym przez 3/4 dnia   tylko tym  się  zajmować . Ale przeglądam co 2,3 dni i jeśli jest tam numer, który znam to czasem oddzwaniam. Po prostu mam osoby, z którymi rozmawiam pogrupowane i każda  grupa ma inny dzwonek, a ci "obcy" którzy  mają mój numer nie wiadomo skąd są sygnalizowani sygnałem firmowym, więc ja  nie reaguję na takie dzwonki. 

Oooo, stwierdziła Ewa to ciekawe a ja w której grupie  jestem? W wydzielonej - od ciebie  to nawet na  operacyjnej mogę odebrać. Przed każdą operacją ustawiam  cię tylko na wibrowaniu, bo telefon mam przy sobie, wtedy wiem, że  dzwoniłaś-  ale odkąd jesteśmy po ślubie wiesz jaki mam rozkład  dnia i  tylko raz  zadzwoniłaś gdy operowałem. I już nawet  nie patrzyłem  jak mi pacjenta  zszywają, tylko szybko wyszedłem. A gdy nie operujesz? - drążyła temat Ewa. Masz oddzielną, własną  melodyjkę -  "You are my destiny" A ja? -spytał Paweł. Ty- w grupie  rodzina a z tobą babcia, dziadek, ciocia Alina,Franek, Wela, teraz dopisałem i Zigi żeby  mi dał znać jakby się co  z mamą działo. 

A co ma   się  ze mną  stać?- zdziwiła się Ewa. Nie  wiem, ale  wiem, że bluszczyki są na ścianie pracowni a dostęp do  nich tylko po wejściu na wysoki  stołek. Ja tam nie  wchodzę, panie  sprzątające je  podlewają -wyjaśniła Ewa.

Tato, a czy mógłbyś  wytłumaczyć  Weli, że jej rodzice  nie są twoją  rodziną?  A co się stało? Jej matka ma skierowanie  do szpitala na urologiczną  operację i chce leżeć w twojej klinice i wymyśliła sobie, że skoro jesteś teściem Weli to możesz jej matkę tam umieścić. 

Robert tylko ciężko westchnął- przydałaby się  tej pani operacja mózgu. W tej klinice  nie wykonuje się  wszystkich  operacji jakie istnieją. I chyba  wcale  żaden urolog  nie przyjmuje. Niech sobie  twoja  teściowa poszuka urologa na  stronie "dobry lekarz", idzie  prywatnie na wizytę i wtedy może się  dostanie  do prywatnej kliniki, która ma chirurga- urologa, powiedz to synku Weli. Albo ja jej to jutro powiem, bo teraz to idziemy z mamą spać.

Gdy Paweł wyszedł Robert jęknął -myślałem, że to rozsądniejsza dziewucha. A Ewa, którą ta sprawa rozśmieszyła  powiedziała: no wiesz,  "zawsze można się pomylić- rzekł jeż  złażąc ze  szczotki".

Poniedziałek Robert  miał  wolny, więc oboje  dłużej pospali, potem Robert zszedł na dół przygotować  dla  nich śniadanie i  zaniósł je do ich pokoju dziennego. Na dół zeszli dopiero około czternastej. Mamcia i ojciec Ewy byli w ogrodzie, więc Robert dołączył do  nich, a Ewa przypatrywała się im wszystkim  z okna  aneksu jadalnego rozmyślając o tym, że Robert jest dla  niej  wyraźnie  podarunkiem od  losu. Uwielbiała go - słowo  kochała  nie oddałoby tego  wszystkiego, co do niego  czuła. Podziwiała jego wiedzę, która  nie  kończyła  się na sprawach  zawodowych. Był bardzo oczytany, interesowały go różne  dziedziny nauki, czytali te  same książki, lubili tych  samych kompozytorów i  malarzy, śmieszyły ich te same  dowcipy. I bardzo, bardzo dbali o  siebie  wzajemnie. Gdy były bardzo  chłodne  dni Robert zawsze  sprawdzał, czy Ewa jest odpowiednio ubrana,  nie  zdarzyło się, by choć  raz nie  zapytał czy może jej  w czymś pomóc . Wiedziała, że Robert nadal  cierpi z tego  powodu, że nie zawalczył kiedyś o Pawła, a poprzedniego wieczoru, gdy  Paweł mówił o swojej matce, bez trudu  zauważyła  jak bardzo trudno  było Robertowi powstrzymać  się przed jakąś niewybredną uwagą pod adresem Harpii. Ale jednak się  powstrzymał. I za to  wszystko też go  podziwiała. Któregoś wieczoru coś ją podkusiło i zapytała go ile było kobiet przed nią, bo sądząc po jego umiejętnościach, to  musiało ich być wiele, bo podobno tylko  trening  czyni z faceta wspaniałego  kochanka, a on umie dokonać tego, że ona niemal mdleje z rozkoszy w jego ramionach. Robert usiadł na łóżku - już ci raz mówiłem i powiedziałem ci prawdę. 

A teraz  wstań i chodź ze mną, bo jak sama tego nie  zobaczysz na własne oczy, to  powiesz, że  zmyślam. Wziął ją za rękę i podprowadził do regału  ze  swoimi książkami. Wśród różnych  mądrych książek z dziedziny medycyny w jednym z  atlasów medycznych była rozpadająca  się książeczka  pod tytułem  "seksuologia". To właśnie  moja  nauczycielka, mój przewodnik po  świecie intymnym. Ale gdybyśmy się  nie  kochali, nie byłoby to tak silnym przeżyciem dla nas obojga. To uczucie  wszystko potęguje. Nasz pierwszy raz  mnie dosłownie  powalił. To wszystko przed tobą to było tylko mechaniczne zaspokojenie żądzy, rodzaj masturbacji. Bo ja  żadnej z  nich nie  kochałem i nie obchodziło mnie  co one do  mnie  czują. Chciały seksu, godziły się na seks- to go miały. I naprawdę były to tylko trzy kobiety, razem  z Harpią. I naprawdę nie obchodziły   mnie  ich  doznania, czy szczytowały czy też nie. Nie jestem z tego powodu dumny. I jeszcze  coś - nie  wspomagałem się wtedy tą książeczką, choć ją  miałem.  Ale nasze uczucie sprawiło, że każde nasze  zbliżenie jest  dla mnie i dla ciebie wspaniałym  doznaniem. Gdyby  autor tego podręcznika jeszcze  żył- złożyłbym mu podziękowanie, że wiem  jak  mogę  sprawić  rozkosz nam obojgu. No ale ja jestem zupełnie  zielona w tej  dziedzinie- wyszeptała Ewa. W tej dziedzinie,  kochana  moja, obowiązuje jedno prawo- jest  akcja to jest i  reakcja- dlatego sięgnąłem po tę książeczkę. A teraz to nawet ona  nie jest nam potrzebna. Naprawdę cię kocham, Maleńka.

Ewa patrzyła przez okno na Roberta i wracały jej wspomnienia tego pierwszego razu. Była wzruszona, ale była też niezmiernie  szczęśliwa. Otuliła się  szalem i wyszła do ogrodu i zaraz objęły ją ramiona Roberta. Nie zmarzniesz?  wieje chłodny wiatr, zaraz ci przyniosę kurtkę. Nie zmarznę, to przecież kaszmirowy  szal, a więc  wełna. A poza tym ty  mnie osłaniasz od wiatru a do tego mam ciepły pulower. A pod nim pewnie  tylko gołe  ciałko- zgadłem?  Tak , zgadłeś. No to idę po kurtkę, skoro nadal chcesz być w ogrodzie. I nim Ewa  coś odpowiedziała ruszył biegiem do  domu. A co się Robertowi stało - zdziwił się ojciec. Nic, tylko pobiegł po kurtkę  dla  mnie. No i dobrze  zrobił - prawdziwy z niego mężczyzna- podsumował ojciec. Tato, a  zapytaj  się Roberta  czy  możesz dać swój  samochód Pawłowi. Och, dobrze  że mi przypomniałaś córeczko!

Ewa uśmiechnęła się - no to się  dowiem co było przyczyną jego pobłądzenia i paniki że już nie powinien prowadzić  samochodu. Robert przyniósł Ewie  kurtkę, pomógł jej ją  włożyć, dokładnie  zapiął i na koniec Ewę przytulił i ucałował szepcząc  jej  do ucha- wolałbym  co prawda cię  rozbierać, no ale skoro chcesz  być w ogrodzie to  musiałem cię ubrać. Ewa uśmiechnęła  się- nic  straconego ty mnie  dziś rozbierzesz, ja  ci w tym  nie  pomogę. Gdy Robert  już opatulił Ewę, Tata podszedł do  nich mówiąc- Robert, chciałbym cię o coś  zapytać - tylko  powiedz  mi szczerze-  w tym  momencie  Robert  mu przerwał mówiąc -  jeżeli chcesz  mnie zapytać, czy  nadal  kocham  Ewę to mogę  cię  tato  zapewnić, że nadal i coraz  bardziej ją  kocham- odpowiedział Robert. Oj, to to wiem, ale chcę  cię  zapytać, czy nie  poczujesz się  dotknięty, gdy dam Pawłowi  swój  samochód? - bo on jednak  już nie jest nowiutki, jest  z tego samego roku co  samochód Ewy. 

Ojej, jak  możesz  się o coś  takiego pytać w sytuacji, gdy  robisz  Pawłowi  prezent?  To jeszcze  całkiem dobry  samochód i wcale  nie stary. Ale ty  mi lepiej  powiedz,  dlaczego chcesz  się  pozbyć tego  samochodu? Kupujesz  nowy?  Nie, nie  kupuję,  ja  po prostu powinienem już  zrezygnować z prowadzenia  samochodu. Dlaczego, robiłeś  badania i  ci nie wydali już prawa   jazdy? Czy  może  gorzej  widzisz lub  słyszysz?  Nie  nie robiłem żadnych  badań,  ale miałem  pojechać do znajomego do  Zalesia  i się  zgubiłem. Nie  dojechałem do tego  Zalesia i ledwo potem  do  domu  trafiłem, tak  się  zdenerwowałem. Robert przytulił ojca- wcale   mnie  nie dziwi, że się  zgubiłeś. Warszawa się  bardzo  powiększyła, powstały  zupełnie  nowe osiedla i nowe ulice i po prostu trzeba sobie  przed  wyjazdem z  domu przepatrzeć trasę albo nawet  zapisać  którędy jechać i najlepiej  mieć  ze sobą w  samochodzie plan  Warszawy. Zawsze wtedy  można  się gdzieś  zatrzymać i przejrzeć trasę. Ale  wiesz  co - jeśli  czujesz  się niepewnie i masz jakieś  zastrzeżenia do swej jazdy, to mogę  z tobą pojechać na  badania diagnostyczne  dla  kierowców. Badają wzrok i słuch i mierzą  czas reakcji. I  albo je przejdziesz  albo nie- ale wtedy będzie twoja  rezygnacja  z prowadzenia  samochodu uzasadniona. A ja planowałem, żeby  kupić Ewuni nowy  samochód a ten  dać Pawłowi, bo on  mu się  bardzo  podoba- że nie  za duży i zrywny. A Ewa twierdzi, że jej to  żaden  samochód  nie jest  potrzebny, bo w  mieście  nie  ma  gdzie  parkować, więc jeździ do pracy  autobusem. Ja tylko się  dowiem gdzie  są te  badania  dla   kierowców, w jakich  godzinach i wtedy tam razem  pojedziemy- zgadzasz się?  No pewnie, że się  zgadzam! Jesteś  zupełnie  taki, jakbyś był  moim  synem, to naprawdę nadzwyczajne! To może poczekaj Robercie  z tym kupnem  samochodu  dla Ewy, bo jak odpadnę  na tych sprawdzianach to będzie  samochód  dla Pawła. Dobrze,  powiedział Robert. A my  chyba  mamy jakiś  plan  Warszawy, więc  ci dziś do wieczora  go przyniosę.

                                                                   c.d.n.

piątek, 11 marca 2022

Ryzykantka - 43

 Pan właściciel okazał się być w wieku zbliżonym do wieku Roberta. Domek odziedziczył po swych rodzicach,  a chce  go sprzedać, bo mu niepotrzebny. Osobiście  ma już dość zimnego morza, wystarczy  mu fakt, że mieszka  we Wrzeszczu, bo jak stwierdził "wżenił" się w willę  w tej  części Gdańska. Oboje z żoną wyjeżdżają na stałe z Polski, do swego syna, który mieszka w znacznie cieplejszym i łagodniejszym  klimacie, bo w  Nicei. Na willę  miejską ma  już kupca. Ten "letniskowiec" mógłby zostawić  własnemu  losowi, ale stwierdził, że przeważył sentyment -  zamiast niszczeć niech ten domek żyje w innych rękach- on jako dziecko spędzał tu dużo  czasu i  zawsze mu tu było dobrze-  może jestem  sentymentalny, ale  jakoś  mi głupio zostawić to na  pastwę losu. 

Ceny  nie będzie  windował, sprzeda  za tyle, za ile "chodzą tu  działki", domku nie  dolicza, bo wie, że  dziś  nikt takiego domku  raczej  nie chce. Przywiózł nawet dokumenty, by  zobaczyli ile metrów ma posesja i jeśli są  zainteresowani  to oczywiście  może im wnętrze domku pokazać. Ogródek za domkiem jest  bezużyteczny bo rosną tam drzewa, a tu na wycięcie  każdego drzewa potrzebne jest  zezwolenie, poza tym trzeba by nawieźć sporo  ziemi by coś urosło. Dach jest spadzisty, żeby  woda  deszczowa  z niego dobrze  spływała i  zimą  śnieg  za długo  nie  zalegał. Dzięki temu jest  coś  w rodzaju strychu, zawsze tam był sprzęt wodniacki, 2 kajaki, leżaki i inne przydatne plażowe duperele. No to jak, chcecie państwo  zajrzeć?

Oczywiście  chcieli "zajrzeć". Gdy właściciel wyciągnął  ze  swej porządnej, skórzanej  aktówki  klucze,  Ewę zastanowiła ilość tych  kluczy i ich wielkość. Okazało się, że domek- ruina to jedna  wielka  niespodzianka. Niewielkim kluczem otworzył  wpierw  zamek pod  klamką, potem drugim kluczem górny  zamek. Po otwarciu tych  drzwi okazało się, że są  jeszcze jedne drzwi, bardzo solidne, z blokadą zamka  do futryn. Po ich otwarciu  wyłączył zdalnie alarm. Ale to nie był koniec  niespodzianek.

Oglądając  domek z zewnątrz spodziewali się ścian  zrobionych  z płyt MDF czy też  podobnych, a tu okazało się, że ściany  są z tak zwanych pół bali i są pokryte modrzewiową  boazerią. To był wyraźnie dom  w domu! Właściciel uśmiechnął się, widząc ich zdumienie. To nie przypadek, to przemyślana sprawa- swego czasu każdej  zimy włamywano się do co lepszych domków i je  okradano. Do naszego się nie  włamywano, chociaż wystarczyło kopnąć w drzwi by je otworzyć. A my mieliśmy chęć wybudować coś lepszego niż ten przedwojenny  niemal  "letniskowiec". I wtedy znajomy leśniczy powiedział  mi, żeby zbudować dom w  domu. Sam dobrał  mi drewno, dał ludzi i pewnej  zimy  zaczęła się budowa domu w  domu. Tu są, jak państwo widzicie  dwie  sypialnie  salon połączony z  kuchnią, ale są suwane  drzwi i można tę przestrzeń  zamknąć. Jest też łazienka i toaleta. Domek jest ogrzewany, w piwnicy jest piec  na olej opałowy. Domek jest ogrzewany od połowy września do połowy  kwietnia. Jeden zbiornik wystarcza tu na  dwie  zimy. Ciepła  woda jest  niestety na termę przepływową. Kuchenka jest też na prąd, ale zainstalowaliśmy płytę indukcyjną. Żona ma jakiś uraz do kuchenek  gazowych, podobno jedna  z jej  kuzynek kiedyś otruła się  gazem. Tłumaczyłem, że wtedy był gaz miejski, trujący a  teraz jest inny, ale dla  niej gaz to jest gaz i tyle.

W tej  części kuchennej jest  zejście  do piwnicy a w łazience, a właściwie tuż za nią, ale trzeba  w tym celu jednak  wejść do łazienki, wejście na  strych. Pomiędzy domami jest 10-centymetrowa  przestrzeń powietrzna - małe otwory do wymiany  powietrza są pod okapem. Jak państwo widzicie nie ma tu wilgoci.

Gdy właściciel opowiadał o domu, Ewa cały czas szkicowała, a Zigi zapytał się,  czy  może zrobić kilka  zdjęć, żeby mogli dobrze  się  nad  wszystkim  zastanowić.

Ależ oczywiście, tylko prosiłbym byście państwo  zdecydowali się możliwie szybko - najlepiej może  w czasie 1 tygodnia. Jeśli się państwo zdecydują to proszę o telefon, wtedy w Gdańsku podpiszemy umowę  kupna-sprzedaży. A pani pięknie i szybko szkicuje - jest  pani plastyczką?- zagadnął Ewę. Nie, nie jestem plastykiem jestem  architektem, wspólniczką biura  projektowego w Warszawie. Jego właścicielem jest o ten pan - i wskazała palcem na Zigi. 

A czy mógłbym jeszcze  zobaczyć ten  strych- spytał  Zigi. Ależ oczywiście, włącznik  światła jest na dole, zaraz  za przejściem, po prawej  stronie.

Robert objął Ewę i  powiedział - ale  ty kochanie nie  będziesz wchodziła na strych- zestawienie ty i takie  strome, wąskie  stopnie wzajemnie  się wykluczają. A gdy Zigi  poszedł na górę  szepnął jej do ucha- jak Zigi nie będzie  chciał to ja  to kupię -  zamiast tego nieużytku pod  lasem obok Aliny. Bo na ten  nieużytek  napalił się R. i chce byś mu zaprojektowała domek letni. Zobacz co mi napisał tej nocy. A czy R. zdaje  sobie  sprawę z tego, że to nieopłacalna  sprawa? Budowa tam to będzie bardzo droga.  I to straszliwe  zadupie, nic tam nie  ma. To jego pomysł czy  jego żony? Bo jak jego to ma  facet świra, a jeśli jej to ona  ma jakiś  cel i nie jestem pewna czy  zacny. Muszę podpytać Alinę,  stwierdził Robert.

Fajny ten domek, ale trzeba to przemyśleć, bo jednak jest to uwiązanie  do jednego miejsca, a ja bym  chciała jeszcze  trochę  pojeździć z tobą w różne miejsca, a nie uwiązać się i co roku pędzić na urlop do Juraty. No chyba, że potraktujemy to jako lokatę i będziemy  wynajmować. Dobrze, że jedziemy dwoma  samochodami, to się przynajmniej  nie będę kłócić  z Zigi w drodze.  Bo więcej  niż pewne, że się  z nim pokłócę. Niezależnie od tego czy to będzie wspólny  zakup, czy tylko jednej rodziny to i tak trzeba będzie  znaleźć kogoś by na ten dom poza  sezonem  miał oko. A jeśli się go będzie  wynajmować letnikom to też ktoś to musi  za każdym razem sprawdzić gdy  ludzie  opuszczają dom i muszą  mieć komu zdać dom i klucze.

Zigi  zszedł z góry zachwycony - dach jest  ocieplony, czego nawet właściciel  nie  wiedział, ale ja to sprawdziłem. I na dobrą  sprawę  można by tam  zrobić pokoje, tylko trzeba by zrobić okna dachowe.  Ciekawe czy widać  stamtąd  Zatokę, ale nie  mam jak tego  sprawdzić bo okien  nie ma.  No to nie  zostaje nic innego niż  wypożyczenie łodzi, wypłynięcie na Zatokę i  sprawdzenie,  czy widać z niej ten dach - stwierdziła z bardzo poważną miną Ewa i wymownie  postukała  go w  czoło. I to jest  jedyne  rozwiązanie, bo  z tego co pamiętam to na  tym odcinku nie ma ścieżki brzegiem zatoki.  A skąd  wiesz? - zdziwił się Zigi. Wiem, bo byłam w Juracie  dwa razy z rodzicami i  potem raz z Julasem. No co cię tak  to  dziwi Zigi?  Przecież był moim  mężem i czasem jeździliśmy gdzieś  razem. A mieszkaliśmy wtedy w tym ośrodku, w którym  byliśmy dziś  na kawie. Tylko się wtedy  jakoś inaczej  nazywał, ale  nie pamiętam jak. I wtedy  nie było w nim kawiarni. Tyle tylko z tego pobytu pamiętam. Z góry zszedł właściciel z kilkoma workami jutowymi. Dzięki państwu je  znalazłem - a ile się ich w domu naszukałem! No cóż, chyba  skleroza  mnie  pomału dopada.  Czy jeszcze  jakieś informacje  są państwu  potrzebne?

Nie, nie,  raczej  wszystko już wiemy. No to świetnie, w takim razie wychodzimy. Więc teraz ja  czekam  na wiadomości od państwa.

Gdy wyszli stwierdzili, że są głodni, ale tu  nie było żadnej  godnej  uwagi restauracji, więc postanowili pojechać na obiad  do Jastarni, która  zawsze w porównaniu z Juratą była tętniącym życiem  ośrodkiem.  Po obiedzie ruszyli w  drogę do Warszawy. 

W drodze Ewa  stwierdziła, że na pewno  nie ma  ochoty na kupno domu w Juracie, bo  nawet  jako lokata to będzie  jednak przysłowiowy "strup na  głowie". A poza tym jakoś ją przeraża, by wciąż jeździć  w to samo  miejsce na  wakacje. A kwestia kupna tego domu jako  lokaty i wynajmowanie go letnikom to ją  przerasta. Teraz to jeszcze  rodzice  są "na  chodzie", ale za jakiś  czas trzeba  będzie im  zapewnić opiekę, więc praca  zawodowa, zorganizowanie im opieki i egzekwowanie jej, organizacja życia  domowego i jeszcze  wynajmowanie  domu w Juracie  letnikom to już jednak  zbyt wiele jak dla  niej. I gdyby do pokonania było do 100 km od domu, to może by się na to porwała, ale to jest jednak ponad 400. Ale jeszcze to omówią też z dziećmi - bo może, może gdyby oni się na to napalili i pomagali przy tym no to jeszcze.  

Robert też  nie  był zbyt przekonany do tej inwestycji właśnie  z uwagi na odległość. Poza  tym, gdyby to było  miejsce, w którym  sezon trwa  niemal cały rok  to może by się na to warto było zdecydować, ale polskie  morze ma dość krótki sezon, praktycznie czerwiec i lipiec, bo po połowie  sierpnia to już jesień  zagląda  w oczy nad Bałtykiem.  I wiesz  kochanie  moje - nawet  chyba  nie  warto o tym  wspominać  dzieciom- stwierdził Robert. Bo się "napalą", ale to będzie  słomiany ogień. A potem i tak  wszystko spadnie  na  nasze głowy. Kiedyś zastanawiałem  się nad kupnem  jakiegoś domku we Włoszech, ale też doszedłem  do wniosku, że to  za duże obciążenie- musiałbym i tak  kogoś  wynająć tam  na miejscu, żeby się tym opiekował i "kierował ruchem".     Poza tym w Juracie  jak  widać  nadal kiepsko ze  stołowaniem  się  więc trzeba by  tam gotować - stwierdziła Ewa. A  zaopatrzenie  wozić z Jastarni  lub z Helu. Żadna  frajda. 

Robert wziął ją za rękę i ucałował - popatrz Maleńka, jak  my się jednak dobrze  ze sobą  zgadzamy! Ciekawy jestem co postanowią  Zigi i jego żona. Bo ona  cały czas  milczała jakby jej nie było. No bo ona jeszcze lepiej ode  mnie  wie  jaki jest Zigi i na pewno  nie  da sobie  wsadzić na głowę strupa  w postaci domu pod  wynajem. Dla mnie był to ciekawy dom tylko z powodu tego "domu w domu". Jeszcze  takiego nie  widziałam. Wiem,  że czasem bywało tak, że ktoś budował nowy dom w starym, gdy  czekał długo  na zezwolenie na wybudowanie  nowego. Nie wiadomo przecież jak było w  tym  przypadku. Nie  znamy faceta. Ale mam wrażenie, że nie jesteśmy pierwsi, którzy się  tym  domkiem  zainteresowali. Ale nie  zamierzam "wdrażać  śledztwa". Dobrze, że Zigi  już wraca do pracy, popracuję jutro w domu. Podziwiam  tę Dorotę, że  z nim wytrzymuje.

A ja  podziwiam  ciebie , moje  kochanie, że wytrzymujesz  ze mną. Ewa roześmiała się - ja tylko  nie  bardzo  wytrzymuję bez ciebie, czekam  na ciebie  niczym mały psiak na  swego  właściciela. Najszczęśliwsza jestem wtedy gdy się  za nami zamykają  drzwi naszego pokoju. Wtedy mam cię tylko dla siebie. Powinniśmy gdzieś wyjechać na kilka  dni - sami, bez  nikogo.

Może w takim  razie  pojedziemy zimą na tydzień  na Słowację? Weźmiemy sobie  narty  śladowe i na  nich sobie poczłapiemy? Nawet  koło tego naszego Kukeczki można  na śladówkach pojeździć. Nie  będzie  to bardziej  męczące  dla ciebie  niż dreptanie  w  botkach  ścieżką pod Reglami. Bo ja już nie mam ochoty pędzlować  stoków. Chcę  być cały czas z tobą. Skoro  nie  kupujemy domu w Juracie  to możemy sobie  kupić porządne, nowoczesne  narty  śladowe i wygodne do  nich buty i w ogóle   całe  stroje. I to kupimy już teraz. A wiesz Kochany, że  na śladówkach to  możemy nawet w Powsinie  pospacerować? No może nie jest tam takie  dobre  powietrze jak  na Słowacji ale za to w  zasięgu ręki. Ale ta  Słowacja to bardzo dobry  pomysł. A wiesz co, tata mi mówił, że coraz  mniej pewnie się czuje za kierownicą i chce   swój  samochód dać Pawłowi, tylko on biedaczek  nie wie,  czy ty się  zgodzisz.

Ewuś, ty masz bardzo fajnego tatę-  nie  dlatego, że chce przyszywanemu  wnukowi  dać  samochód, ale  dlatego że  bardzo  trzeźwo patrzy na  wszystko. Na ogół starsi  panowie  jeżdżą tymi swoimi  samochodzikami  nie  zdając  sobie  sprawy z tego, że niedowidzą, niedosłyszą i już nie  mają refleksu. Na ogół to ciężko im wyperswadować, że już należy zrezygnować z tej frajdy. Patrz,  a tata nie  miał jeszcze  żadnego  dramatycznego wydarzenia a sam się orientuje, że gorzej  mu idzie  za kierownicą. 

Bo tata się kiedyś pogubił - teraz  tyle  nowych ulic i osiedli, że faktycznie gdy się  nie jeździ w pewne   rejony  miasta to można  się pogubić.   Ty wiesz,  którego  dnia popatrzyłam  na jakieś zdjęcie w gazecie i czytam, że to Warszawa- a ja patrzę  na zdjęcie  i nie  mam zielonego pojęcia gdzie to jest.  A to było to nowe osiedle po lewej stronie Racławickiej jadąc w kierunku Żwirki i Wigury. Ono jest tak mniej więcej  na wysokości terenu dawnego klubu Gwardii. Tam kiedyś były  chyba  forty wojskowe. Wojsko wyrzucili i  wymodzili osiedle.

Muszę z tatą porozmawiać, bo może po prostu gorzej  widzi albo gorzej  słyszy i stąd to wszystko. Ja pomyślałem, że może byśmy kupili dla  ciebie jakiś nowy automobil, a ten twój dali  dzieciom. Jak ci się  widzi ten pomysł? Nie wiem czy  mi w ogóle jest  potrzebny samochód, do pracy jeżdżę  autobusem bo nie mam z reguły gdzie  zaparkować. Ja uważam, że  powinnaś jednak  mieć samochód. No dobrze,  porozmawiam dyplomatycznie  z tatą, przepytam kiedy był ostatni raz u okulisty. Ale wg  mnie to tata czyta jeszcze bez okularów i trzyma  tekst we właściwej odległości od oczu. Ale okulista  mu nie  zaszkodzi, mogę go wziąć do siebie - rodziny lekarzy mogą się u nas badać. Tylko sprawdzę czy jest u nas okulista, bo nawet  nie wiem. 

Wiem tylko, że nie  mamy wszystkich  specjalistów.Wiem też na pewno, że nie  zajmujemy się porodami. Kolega mówił mi, że taka klinika położnicza to straszny  strup na głowie. Ale nie pytałem się  dlaczego, mało mnie ten temat interesuje.

                                                                       c.d.n.



 

Ryzykantka - 42

 Zigi  spędził w szpitalu nie  trzy dni, ale znacznie  więcej, z tym , że 4 dni  na koszt własny(sam pobyt, bo badania  były na NFZ) a pozostałe  dni pobytu płacił NFZ. Zigi stwierdził, że skoro oszczędza bo nie  pali już po 30 papierosów  dziennie, to może te pieniądze spokojnie  wydać  na pobyt w  szpitalu.  Po bronchoskopii okazało się, że  to "coś"co widać na  TK jest  otorbielone i  zapadła  decyzja, że jednak powinno to być usunięte. Po wydobyciu "wdrożono śledztwo" i okazało się, że jest to mały odłamek kostny z któregoś połamanych wówczas żeber Zigi. 

Dorota bywała  codziennie  w szpitalu, Ewa i Robert byli raz. Ewa była nieco zdegustowana, bo musiała bywać  codziennie w biurze, a  "chłopcy" byli jeszcze bardziej  zdegustowani, bo.......musieli  pracować i mieli zero luzu - nawet sobie  pokląć  swobodnie  nie mogli.

Ewa  skorzystała  z nieobecności Zigi i trochę przemeblowała jego "norę", która zaczęła (niestety) przypominać cywilizowany gabinet a odmalowane  ściany pozbawiły pokój  specyficznego  zapachu zastarzałego dymu tytoniowego.  I, o zgrozo! - były w nim teraz jakieś zielone rośliny, które podobno były wielce  zdrowe- roślinami zajęła się oczywiście  Dorota, jako że była  z wykształcenia botanikiem.

Personel był kompletnie  zdegustowany - na jednej ścianie były  jakieś pnącza a w jednym  z kątów panoszył się  specjalny stojak na kwiaty. W    ich  pracowni zainstalowano na ścianach półki ,  z których  zwisały jakieś drobnolistne  "bluszczyki" jak je  nazwała Ewa.

W ramach  zaleceń jak ma się  Zigi dalej  "prowadzić" było zalecenie o corocznym pobycie nad pełnym  morzem ewentualnie nad jeziorami oraz w dużych lasach sosnowych. Ewka stwierdziła, że  w tym układzie  najlepszym  miejscem  na  urlopy w Polsce jest Półwysep Helski- z jednej strony pełne  morze, z drugiej  Zatoka Pucka  a las nadmorski jest właśnie  głównie  lasem  sosnowym. Zigi natychmiast  zapalił się do tego  pomysłu i stwierdził, ze trzeba  się rozejrzeć  albo za  działką i wybudować domek, taki  na dwie  rodziny, albo może "upolować"  jakąś  nieruchomość. Wtedy to nawet  na  weekendy będzie można tam jeździć. Co prawda nie jest to tak blisko, bo jednak nieco ponad 400 km, ale już lada  dzień  miała być otwarta  autostrada, co znacznie skracało czas podróży, choć była to droga  nieco dłuższa. Postanowili wpuścić  sprawę  swoim "połówkom", a Ewa  stwierdziła, że można by przepatrzeć też inne fragmenty wybrzeża, bo lasy nad  Bałtykiem to chyba  głównie  są  szpilkowe. Przynajmniej te, które ona  zna.Oczywiście, jak to mówią, skóra  była jeszcze na niedźwiedziu,  a oni  już się kłócili o to jaki to ma być domek i czy lepiej kupić już coś  gotowego czy lepiej tylko  działkę. 

Ewa  często bywała na Półwyspie i z niepokojem  patrzyła na to, jak na tym małym  skrawku ziemi wyrastały  wciąż  nowe domy. W końcu stwierdzili, że w któryś z weekendów  będą się  musieli wybrać na Wybrzeże, w  związku z czym zamówią  dwa pokoje w jednym z  gdyńskich hoteli. Wyjadą w piątek po pracy, spędzą dwie  noce  w hotelu, do Warszawy wrócą w niedzielę  wieczorem. Nie  mogli się  dogadać  czy pojadą w czwórkę jednym  samochodem czy dwoma- ten punkt to Ewa  chciała  by rozstrzygnął Robert. Ona jednak  wolałaby  dwoma. W końcu zwyciężyła  wersja, że pojadą  dwoma  samochodami, ale Zigi musiał  jej  przyrzec, że nie  będą to wyścigi, bo ani ona  ani Robert nie są wariatami i jeszcze im życie  miłe. Wyjechali  w dwa tygodnie później, kończąc dzień pracy o godzinie 14,00. W godzinę później byli już w drodze. Robert i Ewa  prowadzili na  zmianę, w  drugim  samochodzie cały czas  prowadziła Dorota. Ewa z przyjemnością odnotowała, że jazda nową  autostradą to wręcz  frajda. W ciągu  czterech  godzin dojechali na  miejsce, czyli do Sopotu, bo  Dorota właśnie  tam zamówiła  nocleg. Pospacerowali jeszcze po wieczornym Sopocie, o ósmej rano  pojawili się  na śniadaniu i wyruszyli w  dalszą drogę. Niestety  na drodze  na Półwysep był już poranny  korek, więc po krótkim  namyśle pojechali w  stronę przeciwną czyli do Jastrzębiej Góry.   Jastrzębią  Górę  znała tylko Ewa, która  stwierdziła, że gdyby tu  znaleźli jakiś  domek to na plażę  musieliby jeździć 6 km  w stronę Karwi, bo Jastrzębia  Góra leży na  wysokim  klifie i by dostać się  do plaży  trzeba pokonać bardzo wiele  pięter, więc o ile idzie o nią, to nie jest to duży problem, bo po prostu wsiądzie w  samochód i pokona owe 6 km by  mieć do plaży tyle co szerokość  szosy i kawałek  drogi właśnie  przez  sosnowy las. Wiec może się  wpierw  rozejrzą po Jastrzębiej a potem pojadą jeszcze w stronę Karwi i ona  pokaże im piękną, dziką plażę. 

Spacer po Jastrzębiej  Górze utwierdził ich  w przekonaniu, że nie jest to najlepsze  miejsce do zamieszkania i pojechali obejrzeć ową dziką plażę. Plaża rzeczywiście  była  puściuteńka,  szeroka, było tak pięknie, że  aż nie chciało im  się nigdzie  jechać. Dręczyła ich tylko  myśl o pozostawionych na łasce  losu samochodach na leśnym  parkingu w pobliżu drogi, więc dość  szybko skończyli  swe  zachwyty. Zajrzeli jeszcze do osławionych Dębek, gdzie królowały namiotowiska ale i to  miejsce nie  wzbudziło w nich  entuzjazmu. W końcu  zrobili  "w  tył zwrot" i pojechali  niespiesznie z powrotem.  Przejechali cały  Półwysep i pierwszy  postój zrobili  w Helu. Plaża im  się podobała, ale  sama  miejscowość nie  za bardzo. Ewa  się śmiała, od  razu wiedziała, że Hel im  nie przypadnie do gustu, więc  pojechali do Juraty.  Samochody zostawili  na płatnym, strzeżonym  parkingu przy  prywatnym, sporym ośrodku wypoczynkowym i Robert  wpadł na  pomysł by  wpaść tu na  kawę i porozmawiać z kimś z biura owego ośrodka na temat czy są tu gdzieś jakieś domy na  sprzedaż.   Cała Jurata była zbudowana właściwie  w lesie i można było do niej  dojechać z Warszawy również pociągiem. Pomysł Roberta się sprawdził - recepcjonistka  wiedziała o jednym  z bardzo  starych  domów stojących bliżej  zatoki, że jego właściciel  chce sprzedać dom i działkę , na której  stoi.  Ale to strasznie  stary dom, właściwie  ruina, proszę państwa- stwierdziła . Ooooo, to świetnie roześmiał się Zigi - w ruinach to ponoć  straszy.  Ja  państwa  zaprowadzę, tylko poproszę  koleżankę o  zastępstwo. To blisko, stąd. Właściciel  mieszka chyba w Gdańsku, albo we Wrzeszczu, ale to właściwie  to samo.

W kwadrans  później stali przy  posesji, na której  stał wyraźnie jeszcze przedwojenny  domek letniskowy - parterowy domek typu "wielosobowy domek  campingowy ze spadzistym  dachem". Ale szyby w oknach  były, trawnik na  posesji był przystrzyżony, dach wyraźnie  cały. Na drzwiach była kartka w celuloidowej okładce z  numerem telefonu, a że drzwi były  z boku budyneczku to pewnie  zbyt  wiele telefonów właściciel  nie  miał w sprawie  kupna.  Pani z recepcji odpięła  kartkę i poprosiła, ich by dali jej  znać w ciągu  trzech  dni czy skontaktowali się z właścicielem. Oczywiście  podała im też swój numer  telefonu. Jeszcze przy  niej Robert zatelefonował do właściciela i umówili się, że spotkają się jeszcze dzisiejszego dnia, bo pan właściciel przyjedzie  do Juraty. Umówili się, że o godzinie  15,30 będą koło obiektu swego zainteresowania.

Zigi i Ewa stwierdzili, że ponieważ  domek jest typu "dykta, klej,  woda" to gdy tam  wejdą to niemal zapleśnieją od  pierwszego oddechu. Ewa  stwierdziła, że w takim układzie dopóki tam się  nie otworzy   okien to Zigi nie  powinien  wchodzić. Jego narządy oddychania wymagały jednak  szczególnej troski. Na razie postanowili  posiedzieć w koszach na plaży. Do kosza ,  w którym  miał siedzieć Zigi Dorota  wzięła z  samochodu  koc campingowy, który  miał wodoodporny spód. Dzięki temu nie przewiewał go wiatr- zaziębienia też nie były dla  Zigi czymś pożądanym.  Ewa i Robert  zadowolili się  swoim  kocem, złożonym  podwójnie.

Ewa śmiała się, że ten "posiad na  plaży" to dojrzewanie do zakupu tego domu. Zastanawiali się nad opieką nad domkiem  zimą, bo każdy wolno stojący  budynek nie wietrzony i nie ogrzewany niszczeje. Te 400 km odległości to jednak nieco komplikowało sprawę. Jedno co jest pewne -  tylko oni, ewentualnie ich najbliższe rodziny będą  korzystały z tego domu, obcym  nie chcą go wynajmować. Ewa z Wojtkiem pomyśleli też o Wojtku i jego żonie z dzieckiem. Martusi byłoby tu dobrze latem. Ponieważ "Wojtki" we wrześniu mieli wpaść na kilka  dni do Warszawy, Ewa  planowała, by obie  pary jej przyjaciół poznały się. Oczywiście  zaraz podzieliła się tą myślą z Dorotą i Zigi.  

Zigi popatrzył się na Ewę i  zapytał - a ta mała nie  boi się  ciebie? Nie,  nie  boi się. No to strasznie  odporne to dziecko, skoro patrzysz się na  nią a ona nie płacze  ze strachu. Wiesz, tak się  pytam, bo chłopcy  mówią, że czasami jak się na podpadniętego  popatrzysz to wolałby dostać  czymś po łbie niż znieść to spojrzenie.

Zigi, Martusia to mała, śliczna  dziewczynusia a nie facet po trzydziestce z żałobą pod  co drugim paznokciem, w  niedopranej koszulce polo i w dżinsach, które mają  awersję do pralki. Ja naprawdę nie  wymagam  by chodzili w garniturach, pod  krawatem-  mogą i w  dżinsach, sama też  chodzę na co dzień w dżinsach, ale  moje  nie noszą śladów tego co tydzień temu jadłam na stojaka w jakimś barze  35  kategorii. I nie  wycieram  w nie brudnych rąk. Jak na krajowe warunki  nie  zarabiają źle, większość ma własne mieszkania.  Nie  wiem dlaczego ty Zigi  nie widzisz tego, że to banda niechlujów. Wiem, 3/4  z nich nie jest rodem ze stolicy, ale  litości - łazienki i pralki są też nawet na  całkiem odległej od  Warszawy prowincji. 

Kiedyś byłam w budynku Budownictwa  Lądowego i jechałam windą z kilkoma młodymi osobnikami płci męskiej - oni zwyczajnie  cuchnęli brudem. Pot dorosłego człowieka niestety nie pachnie a zwyczajnie  śmierdzi gdy przez  kilka  godzin  nie  zostanie z ciała usunięty. Nie  sprawia  mi najmniejszej  frajdy stałe opieprzanie dorosłych  ludzi, więc nie wykluczam, że dość  często patrzę na  nich po prostu z odrazą. Może przyjmując kogoś do pracy trzeba również  zadać mu pytanie w jaki sposób facet dba o siebie i czy wie jak często należy  zmieniać  ciuchy na  czyste.  Ty też często przedtem bardziej przypominałeś bezdomnego, a jesteś rodem z Warszawy, masz  mieszkanie itp. Nie jest mi miło, że muszę z tobą takie  sprawy omawiać. Jesteś naprawdę bardzo dobry pod względem zawodowym, ale chwilami mam naprawdę ochotę zmienić swoje miejsce pracy, otoczyć  się bardziej cywilizowanymi facetami niż nasz  zespół. Pamiętasz chyba, że gdy pracowaliśmy w państwowych placówkach to wszyscy  musieli tam  dbać o swój wygląd - nikt  nie przychodził brudnawy lub  wymiętoszony, nawet jeśli nie  przychodził w garniturze.

Zigi spuścił głowę- pamiętam, zwłaszcza  wszystkie dziewczyny - wszystkie umalowane i takie  jakieś nieosiągalne a jednocześnie uwodzicielskie. Wiem, muszę  z nimi porozmawiać. Ja się im  nigdy nie przyglądam, ale chyba  muszę  zacząć to robić. Ważniejsze było dla mnie jak pracują, ale  chyba ostatnio za bardzo im odpuściłem. Przepraszam  cię za to, poprawię się. Ale gabinet mi odstawiłaś taki, że już nie siedzą mi na karku bez przerwy. 

Ewa  roześmiała się - po prostu przychodzili do ciebie by razem z tobą  palić- a teraz to się  skończyło i biedacy  już nie  mogą sterczeć godzinami pod biurem fajcząc. Taki wredny numer im wycięłam. Ale  zobacz, żaden nie odszedł, tylko jeden Piotrek, który  został do tego  zmuszony.

Robert zerknął na  zegarek - kochani, idziemy na  randkę z panem właścicielem! Zbieramy się!

                                                                           c.d.n.


czwartek, 10 marca 2022

Ryzykantka -41

 Personel oddelegowany na pogrzeb "ulubieńca" Ewy  wrócił z tej  smętnej uroczystości dość  rozbawiony. Wg ich opowieści wdowa wystąpiła w czarnej, wielce obcisłej  czarnej sukience dobrze podkreślającej jej walory zewnętrzne, nadającej  się  zdaniem większości na jakieś ekskluzywne party. Obie wdowie rączęta były okryte  czarnymi,  ażurowymi  matinkami, na których lśniły sporej  wagi i  wartości  pierścionki. Podobno  makijaż również był wyraźnie  wieczorowy, co o godzinie jedenastej przed  południem nawet na płci brzydkiej wywarło niekorzystne  wrażenie. Najbardziej zmartwieni odejściem pana Jerzego byli ci, co mu ostatnio nieoficjalnie pożyczyli pieniądze. Podobno jeszcze  nim trumna  została  zasypana więcej  niż połowa osób odeszła z  cmentarza. "Delegaci" Zigi i Ewy też  nie zostali do końca, zostawiając kwiaty  na  stosiku "kwiatowym". 

Zmarli odchodzą a  życie  toczy  się  dalej. Ostatnio namierzony przez  Ewę kontakt  z inwestorem okazał się  bardzo owocny. Pan inwestor  chciał, by domy nie były  wszystkie jednakowe pod względem wyglądu  zewnętrznego, miały być w  dwóch metrażach ogólnych i miały mieć praktyczne wnętrza, czyli takie, do których  zakup  mebli nie  będzie  szukaniem  igły w stogu siana. Wszystkie  miały mieć  porządne i przestronne  piwnice bo wiadomo, że musiały tam być umieszczone urządzenia grzewcze i by mogły być też  suszarnią, bo nie  było strychów. A dekorowanie tarasów suszącą  się bielizną nie było tu w  modzie.

Ewa tym razem błysnęła i to tak, że Zigi omal  nie  zemdlał, bo z pomocą swego ojca  zrobiła wpierw makietę tego osiedla ( tatko z wielką  wprawą wycinał i sklejał domki) , potem przejrzała  wszystkie dotychczasowe swoje  projekty,wybrała  pasujące do  założeń, przejrzała  również  oferty mebli dostępnych w popularnych sieciach i zebrawszy  wszystko w całość ustawiła makietę na biurku Zigi mówiąc - możesz  patrzeć, ale  nie  wolno ci tego dotykać, bo ty jesteś  straszny psuja.  Zigi  cały  dzień dreptał nerwowo koło  biurka, wypytywał o szczegóły w  końcu  zatelefonował do inwestora i  zaprosił go do ich  biura. Na ten  dzień wcisnął się  nawet  w normalne  spodnie  a nie  w dżinsy, co Ewa  skwitowała komentarzem: "wiesz  co, w normalnych  spodniach wyglądasz  bardziej sexy a ta twoja  kamizelka  zamszowa świetnie się tu komponuje". Tę  kamizelkę  dostałem kiedyś od Doroty, tylko jej nie  nosiłem. No to dobrze, że  zacząłeś, naprawdę  wyglądasz dziś jak należy! 

Najbardziej  się wszystkim w pracowni  podobało, że domki  nie  były przyklejone  do podłoża klejem a tylko specjalną masą. Ewa  wyjaśniła, że gdy już wszystko zostanie zatwierdzone i "przyklepane" to wtedy zostaną przyklejone na  stałe. Makietę niemal każdy uwiecznił w  swej komórce, Ewa i Zigi też. Poza  tym któryś sfotografował makietę w chwili gdy oboje kucali obok biurka, więc  było też  zdjęcie makiety na tle ich głów. I to zdjęcie natychmiast  powędrowało do.....Doroty z podpisem- zobacz co Ewa wymyśliła! A Ewa dopisała - a ty mogłabyś zaprojektować do tego ogródki, bo to chyba  zgodne  z Twoim kierunkiem, to wszak botanika.

Oczywiście Robert też otrzymał takie  zdjęcie, ale  w podpisie  było - wiem, że teraz operujesz, kocham  cię, Ewa.  Zigi, który jak  zwykle podglądał co Ewa  pisze pokiwał tylko   głową  i  zapytał - ile  razy  dziennie tak się  sobie  oświadczacie?  Ewa odpowiedziała krótko - tyle razy, ile  razy do siebie  piszemy. A czasem wysyłamy do siebie tylko króciutki komunikat- "kocham" i tyle. I co?- dopytywał się  Zigi. I wtedy i jemu  i mnie robi się  ciepło i miło i życie  wydaje  się  łatwiejsze. Ciekawe - muszę  spróbować jak to działa. Mam nadzieję, że Dorota nie padnie martwa z  wrażenia. Oj, dojrzewasz Zigi, dojrzewasz- zaśmiała się Ewa. 

A co z twoim leczeniem? działasz coś w tym kierunku? Tak, w przyszłym tygodniu mam pulmonologa - kobietę, sądząc z imienia. Podobno świetna w  swym fachu, choć ostra. I nieurodna. I niezbyt młoda. Same  zalety, jak widzisz. No i podobno nie jest orędowniczką zbyt pochopnych działań chirurgicznych. Wiesz Ewka - po raz pierwszy się  boję, że to może być początek  końca.

Zigi, początek  końca już się  zaczął w momencie  kiedy zaczerpnąłeś  samodzielnie  pierwszy oddech, wrzeszcząc  z oburzenia, że cię wydobyto z  zacisznego i  przyjaznego miejsca. Od tej  chwili  zmierzamy z każdą  sekundą do  swojego końca - czy się to  nam podoba  czy też  nie. Po prostu mamy  bilet w jedną  stronę. I wiesz co ? Kiedyś, podobnie  jak ty teraz przeżyłam koszmar bojąc się, że być może  mam raka i będę po kawałku umierać. I wtedy ktoś mi uświadomił, że i tak, nawet gdybym broniła się  rękami i  nogami to już i tak  jadę  pociągiem, który ma  tylko jedną  stację  docelową, ale  warto do niej  dojechać jak  najpóźniej, więc trzeba  się badać, leczyć i dbać o siebie.

Ewka,  a  pamiętasz , że miałem na  studiach długą dziekankę? Nooo, pamiętam. Plotka  głosiła, żeś  pojechał do pracy w którymś  z krajów  Europy  Zachodniej. I uważano za skandal, że masz jedną  dziekankę po  drugiej. Zigi pokiwał  głową - to właśnie  wtedy wypadłem na trochę z pociągu zwanego życiem,  cudem do  niego z powrotem wsiadłem. Byłem z moim ojcem w Alpach ( bo ojciec wtedy mieszkał w Austrii) i zawsze w  zimę brał mnie do siebie. No i oczywiście zrobiłem to, czego  nikt normalny  nie robił - zjeżdżałem nie trasą, ale "na  dziko" i  miałem  bardzo bliskie spotkanie z gruntem i pewnym drzewem. Matka  dostała  zawału, ojciec  wydał majątek na  moje leczenie, jakiś  czas leżałem w  śpiączce, ale w końcu wsiadłem do tego pociągu  jadącego w jedną  stronę. Korzyści wymierne jednak z tego były - ojciec wrócił do  matki, zostawiając inną  kobietę, która  przecież  wiedziała, że mój stary nie  ma rozwodu z polską żoną i  ma syna  w Polsce. I tak właśnie  wyglądała  moja "dziekanka", którą  mi tyle  razy wymawiano. Widocznie wtedy  za długo spałem , bo po powrocie miałem  cholerne problemy  ze spaniem, więc  się  co wieczór poiłem-  wpierw piwkiem  potem dodawałem procenty. Jakoś to wszystko przetrwałem- dostawałem  jakieś  dobre przeciwbólowce bo  miałem potrzaskane  żebra , pewnie od tego obejmowania drzewa i nabrałem zwyczaju bardzo płytkiego oddychania. 

Zigi, a Dorota o tym wszystkim  wie? Wie, bo na "dzień dobry" to wszystko jej opowiedziałem mówiąc  by  nie liczyła  na mnie  jako materiał na męża i ojca. Patrz Ewa- a jednak się  za mnie  wydała.  No więc doceń to pacanie! Ona cię kocha. I wiesz? Opowiedz tej  pani doktor o tym twoim nawyku płytkiego oddechu i skąd się to wzięło. Swoja  drogą  podziwiam  cię, bo po takich przejściach byłeś bardzo dobrym studentem.

Ale i tak mnie  nie chciałaś - pracowałaś  ze mną wpierw w tej radzie uczelnianej, potem  w tych  wszystkich biurach, ale wyszłaś  za innego. Nie  marudź Zigi - po prostu  za bardzo odbiegałeś od  mojego wyobrażenia męża i partnera - za dużo i za często piłeś,  paliłeś i podrywałeś  dziewczyny i to często takie, że aż  żal było na  nie  spojrzeć ze strachu, żeby się  czymś  nie  zarazić.  Zigi, to było, minęło, żyjemy w innym świecie. Przyjaźnimy się i tak jest dla nas obojga  dobrze. Ja po pierwszej awanturze z tobą to pewnie bym po prostu zerwała - nie lubię kłótni,  awantur na gruncie domowym. Tu się  czasem kłócimy, ale to są sprawy  zawodowe, nie  dotyczą naszego wnętrza. A Dorota przeczekiwała twoje  wyskoki i znów  wracaliście  do siebie. Jest  między  wami chemia taka jak między Robertem  a mną.

Dyskusję przerwał przyjazd inwestora - facet był w pełni  zaskoczony. Takiej  prezentacji jeszcze  nikt mu nie przedstawił. Bardzo uważnie  wysłuchał wszystkiego co na  temat tego  osiedla  mieli oboje do powiedzenia. Oni z kolei dowiedzieli się że ma  bardzo dobrych  murarzy spoza  Warszawy. Do prac wnętrzarskich Ewa i Zigi  dali mu namiary  na ludzi, z tym, że uprzedzili, że musi się powołać  na nich. 

Na  koniec  zapytał, czy mógłby dostać od  nich tę makietę - oczywiście  może za nią  zapłacić, bo to świetna  reklama tego osiedla i będzie  stała w holu jego biura,  ale oni  nie chcieli za nią pieniędzy. Dodatkowo Ewa dała  mu wykaz producentów mebli pasujących  wymiarowo do tych wnętrz. 

Dwóch  najmłodszych  pracowników dostało  polecenie  zniesienia makiety do samochodu- niestety winda w tym  wieżowcu była wiecznie "oblężona" i musieli 6 pięter pokonać na własnych  nogach. Makieta była leciutka,  ale ponieważ jej  podłoże to były tylko  dwie  warstwy bristolu była dość wiotka, więc musiały ją nieść  dwie osoby.

I Zigi i  Ewa byli  bardzo  zadowoleni z nowego inwestora. Przede  wszystkim "nie   grał  w ciemno", zakupiony przez  niego teren nie był co prawda  najtańszy pod słońcem, ale był w  dobrej okolicy, dość  blisko szosy "zimowego utrzymania  pierwszej   kolejności", ponieważ jeździł nią podmiejski  autobus i do  najbliższego stałego przystanku było około 400 metrów. Do  szkoły  podstawowej były dwa kilometry, w pobliskiej  osadzie była też "lekarzówka" i  ze dwa  sklepy spożywcze.

W kilka  dni później zatelefonował pan inwestor, że  "ugrał" od jednego z producentów  mebli, że w  zamian za udzielanie  informacji, że na  tym osiedlu pasują   meble jego  produkcji on zafunduje żywopłot  okalający osiedle z trzech   stron, a  w ogóle to przy  tym terenie postawił tablicę,   na której jest fotografia osiedla i podane są metraże  domków i.......bardzo  wzrosło zainteresowanie  inwestycją, a poza  tym uaktywnili się i  okoliczni mieszkańcy, bo  zaraz  na słupkach tablicy poprzyklejali w co i u  kogo będzie  się  można zaopatrzyć. 

Zigi się śmiał, że teraz trzeba  będzie  wciągnąć tatę Ewy na listę płac żeby "produkował" domki do makiet i że  zamiast z kartonu to lepiej  będzie je "produkować" z cienkich  arkuszy  styropianu, takiego o grubości 3 milimetrów. A styropian  się  dobrze maluje to będzie  można je robić w kolorze. Poza tym wielce dręczyło go  pytanie  skąd Ewa wzięła ten  pomysł, więc Ewa pokazała  mu jeden z internetowych  sklepów z materiałami do  dekupażu oferujący   z okazji świąt Bożego Narodzenia plansze kartonowe z domkami do wycięcia i  posklejania. No coś  podobnego -  nie  miałem  pojęcia, że jest  coś  takiego jak  dekupaż i że sporo osób się  tym bawi- niesamowite!

Nadszedł termin wizyty Zigi u pulmonologa. Pani doktor poświęciła  mu bardzo  dużo  czasu, wypytała o mnóstwo rzeczy, kiedy  na co chorował, więc  siłą  rzeczy  powiedział o swoim wypadku w górach, lekarka  ciągle  coś  notowała,  zrobiła  mu spirometrię, chwaląc jego  pojemność płuc, wyraziła  zadowolenie, że  już przestał palić, opowiedziała jakie  spustoszenia  poczyniły w jego oskrzelach papierosy i  zaproponowała  mu 3-4 dniowy  pobyt w prywatnej klinice na jego koszt, ale  badanie  na koszt NFZ. Według  niej, Zigi  po tych  wszystkich  przejściach  zdrowotnych  musi być przed  tym badaniem przebadany, bo  badanie jest inwazyjne i będzie  musiał być do  niego znieczulony i to nieco lepiej  niż to robią w  państwowym  szpitalu. I dobrze gdy po badaniu spędzi  dobę w  szpitalu. Obejrzała wyniki, które przyniósł i stwierdziła, że nie  wygląda jej ta  zmiana na  zmianę rakową, ale nie  ma  bladego pojęcia co to może  być. A nawet jeśli by to była taka  niepożądana  zmiana, to zostanie wycięta  a bez kawałka jednego płata  można żyć długo i  szczęśliwie.

Czekająca na niego pod  gabinetem Dorota widziała najczarniejszy z  czarnych  scenariuszy i niemal była zdziwiona, że wyszedł z gabinetu  żywy  i cały. Od razu napisali sms do Ewy, że Zigi ma skierowanie  do kliniki, że wpierw  porobią mu badania, bo bronchoskopia jest bardzo inwazyjnym  badaniem i że pani doktor  też nie  wie co na tej jego tomografii widać.

                                                                      c.d.n.