sobota, 18 czerwca 2022

Trudny wybór - 44

 Ponieważ wycieczka obejmująca  spływ  Dunajcem wcale nie  była męcząca, a pogoda nadal  była  dobra, Adela stwierdziła, że mogliby następnego  dnia pojechać do Doliny  Chochołowskiej. Wymyśliła,  że mogliby  tym razem wybrać  się z Doliny  Chochołowskiej  na Trzydniowiański Wierch, którego  wysokość to tylko 1758m, a  można tam  dojść od Schroniska w Dolinie. Rodzice   zostaliby w Schronisku lub obok   schroniska, a ona z Emilem poszliby na Trzydniowiański  Wierch. 

Trasa nie jest  trudna, wrócą  "po własnych śladach", czyli tą samą  drogą, którą pójdą  w górę. Jest  jedno podejście stromo  w górę żlebem, ale niezbyt  długie, potem jest  wąska ścieżka  przez  kosówki, następnie  będzie trawers wschodnim  zboczem Kulawca na grań. A stąd to już  tylko  kilkanaście minut na  Trzydniowiański Wierch. W nagrodę obejrzą  ładną  panoramę Tatr Zachodnich, czyli Bobrowiec, Wołowiec, Rohacze, Jarząbczy Wierch, Starorobociański Wierch, Bystrą,  Ornak, Czerwone  Wierchy i Kominiarski Wierch, znany bardziej jako  Kominy  Tylkowe. Jeśli będzie  dobra  widoczność to po wschodniej   stronie  będzie  widać Rysy i Krywań  a po  zachodniej  stronie Pachoł i Spaloną. W górę to pewnie  powloką  się  ze  dwie  godziny, może nawet odrobinę dłużej, powrót do schroniska to zabierze im  pewnie godzinę i  czterdzieści  minut,  będą  schodzić tą samą  drogą, którą  wchodzili, czyli  "szlakiem papieskim". W nagrodę zjedzą  w  schronisku najpyszniejszą w świecie szarlotkę. Adela, chociaż  bywała  zimą w Dolinie  Chochołowskiej to  nigdy  nie  docierała  dalej niż na Polanę  Huciska i nigdy owej  wspaniałej szarlotki nie konsumowała.

Od XVI wieku Dolina  Chochołowska była objęta intensywnym  wypasem, a poza  tym aż do XIX wieku wydobywano  tu rudę  żelaza.  Od 1819 roku właścicielem  Doliny jest "Wspólnota Uprawnionych Ośmiu Wsi" : Chochołowa, Witowa, Czarnego  Dunajca, Cichego, Dzianisza, Wróblówki, Podczerwonego i  Koniówki . 

Droga prowadząca od  wlotu  Doliny jest "różnorodna"- od początku do Polany Huciska jest  asfalt, który potem  zmienia  się w drogę o  nawierzchni ziemnej, potem przechodzi w  szlak kamienisty i może  dzięki temu  nie  spacerują do  schroniska  matki z dziećmi w  wózku. Ilekroć Adela była tu  zimą to zawsze była właściwie  jedyną turystką, ale  w pełni  sezonu to jest tu ponoć nielichy  tłok. 

Rozstając się  z rodzicami Adela powiedziała, że w górę to pewnie będą  szli dwie i pół godziny, na górze  chwilę odpoczną a schodzenie  zajmie im półtorej  godziny,  więc mniej więcej będą w schronisku za  cztery godziny. I jeśli  się  rodzicom znudzi pobyt w schronisku, to niech spokojnie jadą  do domu, bo oni wrócą albo taksówką  albo autobusem.

Już dawno Adela zauważyła, że te wyliczone czasy  przejścia  danego szlaku jakoś nie  zawsze pokrywają  się z  rzeczywistością, czyli wszystko  zależało od tego, kto  dany szlak opracowywał i per pedes przemierzał. Z własnego  doświadczenia wiedziała, że  ona  niektóre  szlaki pokonywała szybciej  niż to opisywał przewodnik a inne dużo  wolniej.

To pierwsze podejście  żlebem w górę było nawet  dość  strome, nie  da się ukryć, że  się nawet  zasapała a w dwóch miejscach to nawet przystanęła. Ale gdy  tylko skończył się ten stromy żleb trasa  dalej nie była już trudna. Musiała się  tylko nieco osłaniać przed gałęziami  kosówki. Dumna i blada pierwsza  wkroczyła na  Trzydniowiański Wierch. Szybko wyciągnęła kartkę z kieszeni i zaczęła "odcyfrowywać" co widać.  Bez trudu rozpoznała  Kominy  Tylkowe i Czerwone  Wierchy, reszta była kwestią  dedukcji. Tym razem zabrała  z domu mały aparat i sfotografowała to co było widoczne. Niestety  Rysów  ani Krywania  "na  wschodzie" nie  było widać- widocznie pogoda nadal miała  być taka jak teraz - bo jeśli nagle odległe obiekty bardzo dobrze widać, to wiadomo, że idzie  zmiana pogody- niestety zawsze na gorszą.  W  drodze  powrotnej stromy  żleb Adela pokonywała bardzo uważnie i dość długo, bo robiła   malutkie zakosy schodząc w dół. Do schroniska dotarli w niecałe cztery godziny od rozpoczęcia wędrówki w górę. Rodziców  już nie było i Adela stwierdziła, że ona  woli od  razu ruszyć do wyjścia  z  Doliny, nie chce wcale siadać i odpoczywać. Nie jest  głodna, nie chce się jej pić więc jeśli Emil nie jest głodny i  zmęczony to ona już by wyruszyła dalej, do wyjścia  z Doliny. Emil przyjrzał się jej  uważnie i zapytał  czy  aby naprawdę od razu  chce  iść dalej. Adela pokiwała  głową- tak, chcę iść dalej, mnie takie "posiady" nie służą. Żeby naprawdę odpocząć to ja potrzebuję minimum dwie  godziny. A tak to jestem "w kursie" i mogę te siedem i pół kilometra jeszcze przetuptać. Trochę wolniej  pójdziemy po tych końskich łbach  wbitych w drogę, ale potem to już równiutka  droga, jak po maśle. Za godzinę i trzy kwadranse powinniśmy być już przy wylocie  z Doliny.

Żeby  było  śmieszniej, rodziców spotkali na Polanie Huciska- właśnie  wychodzili z jednego z  szałasów. Helena układała  coś  w plecaku, który Piotr oparł na kamiennym ogrodzeniu koło szałasu. Adela i Emil przystanęli, poczekali aż Helena założyła swój plecak i dopiero wtedy do  nich podeszli. No i co dzieciaki, zdobyliście  miejscowy  Everest?- zapytał  się  Piotr. Taaak, mamy nawet zdjęcia. A to dobrze ,  w nagrodę dostaniecie w domu oscypki i.....podobno kozi ser. 

Tato,  a dlaczego mówisz podobno?- zdziwił się Emil. No bo tu ani jednej kozy nigdzie nie widziałem, więc  nie  wiem czy to  aby naprawdę kozi ser. Wygląda jak normalny  biały  ser z krowiego mleka. A może to owczy biały ser? 

No a jak wam się ta  wycieczka udała?  Całkiem fajnie, stwierdził  Emil, tylko   Adelka  nie  chciała odpocząć  w schronisku.  Ha,ha, miała  wyczucie - szarlotka będzie  dopiero za godzinę. Piliśmy  kawę w towarzystwie  jakiegoś biszkoptu. Nie  był  zły, ale biszkopt to  nie  szarlotka, nawet jeśli jest z bitą  śmietaną.

To właściwie  bardzo dobrze,  że Adelka   nie chciała nic jeść w  schronisku, to możemy pojechać  razem na obiad,  może znów na  włoskie  jedzonko? Maleństwo, ale teraz, gdy  dojedziemy  do Zakopanego to chyba już  zjesz?- spytał  Emil. Tak, oczywiście,  ale muszę  wpierw się przebrać. Trochę  się spociłam na tym podejściu, ale  chyba  nawet  bardziej na zejściu no i  wolałabym nie  siedzieć w wibramach. No jasne, mogę  cię  nawet szybkościowo wykąpać, jeśli  będziesz chciała- zaproponował Emil. No jasne, że będę  chciała żebyś mi plecki  umył. Wszystko ci umyję, co tylko zechcesz  szepnął jej do ucha. Jesteś pewien?- odszepnęła. Emil potakująco  pokiwał głową. 

Adela tym razem znów wzięła  sałatkę z szynką parmeńską, Emil też tę  sałatkę tylko poprosił o  dodatkową porcję  szynki parmeńskiej, Helena i Piotr  zamówili białą pizzę z szynką  parmeńską i wszyscy rozpustnie zamówili na  deser  tiramisu i cappuccino.

Gdy wrócili do  domu Adela  stwierdziła, że jedyne co  może jeszcze  tego dnia robić nazywa  się ...NIC. W ramach owego NIC zniknęła  w  sypialni. Oczywiście w robieniu NIC bardzo czynnie pomagał jej Emil. Maleństwo zostało wymasowane, wycałowane, dopieszczone, utulone i usnęło w ramionach męża.

Obudzili  się około dziewiątej  wieczorem. Ze  zdziwieniem odkryli, że są  sami w domu - na stole  w  salonie  leżała kartka informująca, że Piotr  z Heleną wybrali  się  do kina i wrócą  dopiero  po wieczornym  seansie. 

Adela  zrobiła kolację  przy  czynnej  pomocy Emila. Degustacja sera  zakupionego w bacówce  wypadła  dobrze- niezależnie z jakiego  mleka  on  był zrobiony- smakował im. Od razu przyczepili do  pokrywki pudełka  w którym  spoczywał karteczkę  z informacją, że  smaczny i że właściwie  wszystko jedno z jakiego mleka został zrobiony. A nawet jeśli to było  krowie   mleko, to tutejsze  krowy latem pasą  się na halach, na których z pewnością jest inna trawa  niż na  nizinach.

Po kolacji Adela  stwierdziła, że ma siłę już tylko na kąpiel, więc  się  wykąpią teraz, nim rodzice wrócą  z kina. A po kąpieli to ona zadomowi  się   w łóżku, jednak się  zmęczyła tą  wycieczką.   Zmęczyłaś  się, bo za kilka  godzin już będziesz  niedysponowana -  zauważył Emil. A ty jesteś  w tej  dziedzinie  niezwykle  punktualna.  Ale to nie moja zasługa, odkąd  biorę tabletki zrobiłam się taka punktualna niemal co do godziny, nie mówiąc  już  że co do dnia.  Muszę  się na tę noc  już  zabezpieczyć, nie  chcę się bawić jutro  w pranie  pościeli. Chyba  jutro pośpimy trochę dłużej, dobrze? No pewnie,  zgodził  się Emil.  Wiesz przecież,  że lubię rankami polenić  się  w łóżku. I  lubię, gdy się obudzę rano  a ty jeszcze tak słodko śpisz, przyglądać się  tobie i cieszyć  się   z tego, że mój sen się zmaterializował. Bo nadal jestem przekonany, że to właśnie ty mi się śniłaś cztery razy. A ty niemal  zawsze leżysz  właśnie  w takiej pozycji, w jakiej  widziałem cię   w tym śnie.  A przecież nie mówiłem ci nigdy  w jakiej pozycji leżałaś  w czasie   mojego  snu.  No fakt, zgodziła  się Adela. Mnie przekonuje  do twojej teorii to, że tak niezmiernie szybko i jak  widać trwale zakochaliśmy  się  w sobie. Zwłaszcza, że jak  dotąd niezbyt łatwo się  zakochiwałam a poza  tym to  nigdy nikogo tak  nie kochałam i  nie pożądałam. Naprawdę  byłabym najszczęśliwsza gdybyś mógł mnie  nosić w kieszeni. Wiem,  to brzmi infantylnie, ale tak  właśnie jest.

Dopóki się  nie  spotkaliśmy to ja nawet spać nie potrafiłam z facetem w jednym łóżku,  a teraz  nie mogę  zasnąć  jeśli  mnie nie obejmujesz. Jeśli wyjedziesz  gdzieś  w jakąś  delegację to ja będę miała bezsenne noce.   Maleństwo, nie  zamierzam nigdzie  jechać w  jakąkolwiek  delegację. Już jestem nieszczęśliwy, że nie będziemy  pracować  w jednym pokoju. Będę musiał często "wyciekać"  z  pracy  do Urzędu. Mam nadzieję, że nie mówiłaś nikomu dokąd  odchodzisz?  No pewnie , że nie! I naczelnemu i kadrówce wciąż wciskam ciemnotę, że idę do kancelarii prawniczej. A poza nimi to ja tu niemal z nikim  nie  rozmawiam.

Adela gładziła  dłoń Emila mówiąc - masz piękne  ręce i uwielbiam gdy  mnie dotykasz. Popatrz kochany- masz  szczupłą dłoń i  długie palce i nie masz zbyt chudych palców, w których sterczą stawy paliczkowe. I jak widzę bez trudu obejmiesz oktawę, masz ręce pianisty. Uczyłeś  się kiedyś gry na pianinie? 

Nie, nigdy nie miałem na tyle  dobrego  słuchu by uczyć  się muzyki. Do chóru też mnie nie ciągnęli. A mnie się   z chórem udało, bo często miałam  w czasach  szkolnych  anginy. Nawet   nie masz pojęcia jak  mi koleżanki  zazdrościły z tego powodu. Mnie  bolało gardło,  a one  mi tego  zazdrościły.

                                                                         c.d.n.


czwartek, 16 czerwca 2022

Trudny wybór - 43

 W Szczawnicy już czekał na nich pan Tomek. Poprosili go by dał  się zaprosić na kawę lub  czekoladę. Poza tym  chcieli zakupić nieco  wody mineralnej ze źródła  Helena, więc przy  okazji zobaczyliby tutejszą  Pijalnię  Wód  Mineralnych. Nie  reflektują  natomiast na  rozrywkę przewidzianą jako "Park  Miniatur". Och, to świetnie - ucieszył się  Tomek- bo prawdę mówiąc ten park  miniatur to chyba  tylko dla  dzieci może być rozrywką.  Jak mówią potem- "głowy  nie urywa"- ani  dzieciom ani dorosłym.

Pijalnia wód  mineralnych i kawiarnia,  w której oprócz kawy  można się  było napić  czekolady były niemal obok siebie. Co do  zaproszenia  do kawiarni to Tomek miał obiekcje, które mu zaraz  wybił  z głowy Emil mówiąc - od tej  chwili nie jesteśmy klientami tylko twoimi znajomymi-  ja mam na imię  Emil, to jest moja żona Adela, a to są moi  rodzice. A ze znajomymi przecież  masz prawo iść na kawę lub  czekoladę. No chyba, że ci  nasze  towarzystwo  nie odpowiada, no to powiedz. Na takie  dictum "młodziak" w  wieku  Adeli "wymiękł" i dał  się  zaprosić.

W czasie pobytu w kawiarni powiedział im  nieco o kościele  w Dębnie. Był to kościół calutki  drewniany, z drewna  modrzewiowego i jodłowego, wybudowany bez użycia gwoździ, wszystkie  elementy  były łączone techniką "na zrąb". Kościół jest  zgłoszony do światowej  listy UNESCO ochrony  zabytków i podobno lada  moment będzie  na tej  liście. Ma unikatową , doskonale  zachowaną polichromię, która powstała na przełomie  XV i XVI  wieku. Malowidła są na  wszystkich stropach i ścianach, poza  tym malowidła  są na parapetach okien, na  ambonie, ławy też  są  malowane. Wyróżniono 77 motywów w 12 układach i w 33 wariantach  kolorystycznych. Obok  ornamentu  roślinnego i geometrycznego są typowe gotyckie  formy- łuki, iglice.  Ołtarz  główny to malowany w XV i XVI wieku tryptyk. Wszystko jest malowane  na  złoconym tle. A z zewnątrz ściany i dach  są kryte gontem.  W tym kościółku kręcono sceny do filmu  "Janosik". Ale jak to na filmach- ten kościółek jest pokazany  tylko w scenie samego ślubu, a sceny wchodzących i wychodzących   z kościoła  ludzi były filmowane  w dwóch innych, ale też  drewnianych  kościołach. A że  drewniane kościoły są do siebie dość podobne, to raczej  nikt  tego z  widzów nie  zauważył.  

Adela uśmiechnęła  się - ja na pewno tego  nie  zauważyłam, bo nie pamiętam bym oglądała taki  film o Janosiku.  Nie  często chodzę  do kina, wolę jednak poczytać książkę. Poza tym zawsze miałam za mało wolnego czasu bo pracowałam i  studiowałam jednocześnie.

Warszawiakom   bardzo podobały  się  stare, zabytkowe  domy w Szczawnicy.  Ale ja jednak  wolę   Zakopane- stwierdziła  Adela. Może po prostu  dlatego, że już je  znam od  dawna. Z tym, że teraz ogromnie się  Zakopane   zmieniło. Zakopane  dziś  a  pięć lat  wcześniej to spora różnica.  

To zasługa  funduszy z UE- stwierdził Tomek. No i  Zakopane  zawsze było "zimową  stolicą  Polski, " przyciągało turystów i  zawsze wyciągało z ich  kieszeni  pieniądze.  Zupełnie  nie  wiem  czemu, ale  moi rodzice nie lubili i nadal  nie lubią   Zakopanego. Dlaczego przedtem nie lubili to  nie  wiem, ale teraz  nie lubią bo ożeniłem  się z "góralką" zamiast z  "krakowianką". Ledwo raczyli  przyjechać na  chrzciny Eluni. No i  są obrażeni, że zamiast, jak Bóg przykazał, pójść na medycynę to poszedłem  na AWF na  fizjoterapię, bo dla  nich absolwent AWF to "pan od  gimnastyki".  Kolejny powód do obrazy  to fakt, że w przyszłości  będę  mieszkać i pracować  w  Zakopanem a nie  w Krakowie. 

A twoi rodzice  mieszkają  w Krakowie? Nie, w Ojcowie.  Kiedyś mieszkali  w Krakowie, ale mama  miała kłopoty zdrowotne i wynieśli  się  z Krakowa. Kraków miał i nadal ma zbyt zanieczyszczone powietrze. A ojciec dojeżdża do pracy w Krakowie, jest stomatologiem. Tyle  tylko, że nie jestem pewien  czy w odległości  25  kilometrów od  Krakowa powietrze jest  naprawdę czyściejsze.  Ja nawet nie jestem pewien czy nad Zakopanem mamy naprawdę czyste powietrze, zwłaszcza w okresach  grzewczych. Kiedyś późną  jesienią popatrzyłem  o zmierzchu na  Zakopane z Gubałówki to aż mnie  zatkało - wszystko zasnute  dymami z kominów. I to takimi  ciemnymi dymami.

A wiecie  co? Tak  się na  was patrzę i  wam  zazdroszczę - spędzacie  razem z rodzicami  wakacje i widać, że jest Wam  dobrze razem - stwierdził Tomek.  

Emil  roześmiał  się - bo my, Tomku, jesteśmy w pojęciu  wielu osób strasznymi  dziwakami - Adela i ja chcieliśmy nawet w jednym  domu   mieszkać  z rodzicami do końca  świata, ale w samej Warszawie coraz  trudniej jest  znaleźć odpowiedni dom na dwie  rodziny, poza tym nowe  domy jednorodzinne  są budowane coraz  dalej od Warszawy i  są coraz  mniejsze, bo szalenie  zdrożały  grunty.  Gdy przeglądaliśmy  projekty to trochę  nas  "zatkało" bo te  domy to takie jak  dla lalek. Poza tym gdy  budują jakieś osiedle domków  jednorodzinnych to są na początku tylko same  domy,  żadnych  sklepów, żadnego  zaplecza typu przychodnia  lekarska no i kłopoty z komunikacją do centrum  miasta. I wtedy koniecznością jest  samochód i  codzienne dojazdy i powroty w korkach. Nie ma też na  takim osiedlu domków jednorodzinnych szkół i przedszkoli, więc przez kilka  lat wozisz  dzieciaka gdzieś  do szkoły lub przedszkola. My mieszkamy na bardzo dużym miejskim osiedlu w jednym bloku, więc mamy do siebie  niedaleko. To osiedle już jest  wielkości całkiem sporego  miasteczka i jest  w nim  wszystko co potrzebne  człowiekowi  do funkcjonowania. Ale gdy tylko powstało to pierwsi mieszkańcy też nie mieli lekko. Ale  była to inwestycja finansowana przez  państwo  a nie prywatna. Nasze  mieszkania  w bloku rozdziela  przychodnia lekarska. I jest  jeszcze  coś  bardziej dziwnego - oczywiście  nie dla nas -  mój ojciec ożenił się  z  ciocią  Adeli, którą  Adela kocha  znacznie  więcej niż  rodzoną matkę. Więc nas  nie  dziwi, że masz - jak to mówią - "krzywe kluski" w swoich  stosunkach   z rodzicami. Mój ojciec  pokochał Adelę odkąd ją pierwszy raz zobaczył. To chyba  rodzinne, bo ja też dziwnie szybko się  w tym Maleństwie  zakochałem. Tomek  zaśmiał  się - moja też  nie  wielkolud, te   małe to jakoś  chyba  głębiej w  serce wpadają. I  z nimi jak  z drzazgami - dużą to wyciągniesz bez trudu, a małą to  ciężko wydłubać.

Tomek nagle  przypomniał  sobie, że jest jednak  w pracy i  powiedział - mam  wam jeszcze  do  pokazania nową  zaporę - jest to największa  w Polsce zapora ziemna. Jej  wysokość to 56 metrów, długość to 400 metrów, szerokość  w koronie 7 metrów. A 40 metrów pod  ziemią, 7 pięter w głąb, jest  elektrownia, której  kubatura  wynosi 171 tysięcy metrów  sześciennych, a podziemny tunel kontrolny jest  wykuty w  skale na głębokości 45 metrów od lustra  wody. Wydaje  mi się, że niewiele osób zdaje  sobie  sprawę z tego ile pracy wymagała ta inwestycja. A była planowana jeszcze w latach  sześćdziesiątych. Trzeba  było przenieść w inne miejsce  całą wieś. Z 385 domów musiano  przenieść 363. I teraz  stara  wieś  Maniowy leży  na  dnie  zbiornika a nowa wieś jest na południowych stokach  Gorców. Przez  wieś przebiega teraz  droga  wojewódzka z Nowego  Targu do Nowego  Sącza.

Tomku, a może ty się kiedyś wybierzesz na któryś weekend z  żoną do  Warszawy. Możecie  u nas nocować, jakby  nie było mamy trzy  pokoje, rodzice tak  samo. Jeśli przyjedziecie  z dzieciną to  my na  weekend wyniesiemy  się  do mieszkania  rodziców, żebyście  się  czuli  swobodnie. Tyle  tylko, że ona  jeszcze jest  malutka,  to niewiele użyje  w  Warszawie. Już  sama   podróż ją zmęczy  i  znudzi. Już od kilku osób nie  mieszkających w  Warszawie  słyszałem, że  Warszawa jest  męczącym  miastem, że  za dużo  samochodów i ludzi i  za duże odległości.  Ja przez  kilka lat  mieszkałem w Mexico City i gdy wróciłem  do Warszawy to wydała  mi  się malutką,  prowincjonalną  dziurą. Więc jeśli  ktoś mieszka w niedużej  miejscowości to Warszawa   może wydawać mu się ogromnym   miastem. Zapisz  sobie mój numer telefonu i może daj  mi kontakt na siebie. Na twojego teścia  mam, ale nie na  ciebie. 

Tomek ucieszył  się - to bardzo mila propozycja, tyle  tylko, że ja mógłbym przyjechać dopiero  na któryś październikowy  weekend. Małą zostawilibyśmy w domu. Wrzesień mam  zajęty praktyką w szpitalu. No moja to byłaby szczęśliwa, ona to chciałaby  wręcz  mieszkać stale w  Warszawie.   Tylko teściowie nie byliby  z tego  powodu  szczęśliwi. Na razie to ja  muszę  skończyć studia, to najważniejsza  sprawa  teraz  dla mnie.  Fizjoterapeuci po pełnych pięcioletnich  studiach  są teraz w cenie, większość jest tylko po trzyletnich. Oczywiście  już wiele wiem i umiem, no ale to trochę jeszcze  za mało na dobrą  pracę. A może wy  zimą zjedziecie  do Zakopanego?  

Tej  zimy na pewno nie, bo oboje  zmieniamy  pracę i  nie  sądzę byśmy  mogli wziąć urlop w marcu - odpowiedział Emil. Trochę  się  nam wszystko komplikuje, bo  zmieniają  się przepisy  dotyczące naszego  zawodu. Teoretycznie ma być lepiej,  ale chyba ja mam wzrok kiepski,  bo jakoś to co słyszę nie bardzo pozwala  mi spojrzeć z optymizmem na kwestię naszej pracy.  Wiesz jak to jest w praktyce - jak ci władza  tłumaczy, że coś będzie  lepiej to należy  uważać, bo to  "lepiej"  jest  z  reguły wrogiem  dobrego.

Przepraszam  za wścibstwo, ale  czym  się  zajmujecie? - spytał Tomek. Ja jestem inżynierem, a Adela  mgr prawa  i oboje jesteśmy  rzecznikami patentowymi. Z tym, że ja tym rzecznikiem  to jestem od kilku lat, a Adela dopiero  co uzyskała te  uprawnienia. Ona jest  niesamowita, niemal jednocześnie  zrobiła  magisterkę na prawie i kurs na rzecznika  patentowego.

Uuuu, to się dziewczyna solidnie  napracowała- jestem pełen  podziwu- stwierdził Tomek.  Szczerze mówiąc to ja też- stwierdził Emil.  Adela odstawiła pusty kubek po  czekoladzie i powiedziała -  zejdźcie panowie  ze mnie bo mi duszno się robi.  Musiałam to zrobiłam, nie miałam innego wyjścia.  Ja bym się  napiła jeszcze  soku z czarnej porzeczki . Ciociu, a wy z tatuniem  też  się napijecie jeszcze  czegoś? 

Ja bym się napił espresso powiedział Piotr, a ty Helenko? Ja też tego soku co Adelka. A Wam co zamówić- spytała Tomka i Emila.  Cappuccino - odpowiedzieli obaj. Ale ty siedź Maleństwo, ja  zamówię - powiedział Emil i ruszył do lady  bufetu. W chwilę później przyszła kelnerka, zabrała  puste  naczynia, przyniosła  soki i  świeże  szklanki a potem espresso i cappuccino.

Zapora rzeczywiście zrobiła na  nich  wrażenie, ale nie  mieli ochoty na  zwiedzanie   elektrowni. Adelę bardziej  interesował ewentualny rejs  stateczkiem po Zalewie  Czorsztyńskim, ale  nie była pewna, czy będzie jej  się chciało jeszcze raz  w te strony  przyjeżdżać. Mieli  jeszcze  w planie odwiedzenie  Doliny Chochołowskiej i wypad  na Słowację, którą Adela też  znała  głównie  z  zimowych pobytów.

                                                                            c.d.n.



środa, 15 czerwca 2022

Trudny wybór- 42

Na obiad  wybrali się do  pobliskiej  restauracji  serwującej kuchnię  włoską. Emil wybrał pizzę białą, co oznaczało, że  nie będzie  na  niej wszechobecnego  sosu  pomidorowego, za to była mozzarella, orzechy, gruszka, szynka  parmeńska, ser gorgonzola. Adela wybrała sałatkę z  szynką  parmeńską, gorgonzolą,  gruszką, jabłkiem, brzoskwinią,  grzanką i  sosem  vinegret. Piotr poczuł ochotę  na pierś z kaczki w sosie demi-glace, do niej polenta, zielone  jabłko, puree z marchwi, pomarańczy i pistacji, a Helena wybrała  domowe ravioli z cielęciną w sosie pomidorowo- maślanym. Tanio  nie było,  za to wszyscy się  zachwycali  smakiem oraz sposobem  podania. Dali się jeszcze  namówić  na deser w postaci  tiramisu. Helena wyciągnęła  swój  notesik i  pilnie  coś  w nim notowała. Na pytające  spojrzenie Adeli powiedziała - po powrocie  będzie u nas kuchnia włoska- gnocci to wszak odpowiednik  naszych  kopytek w nieco innym  formacie, ravioli- to zminiaturyzowane  nasze pierogi i będę  się  musiała  wybrać do nowego  sklepu  serowarskiego, może będzie tam gorgonzola,  a jak  nie  to jego   francuski odpowiednik.

W czasie  obiadu Piotr  zaproponował, by wybrać  się z Zakopanego na  spływ  Dunajcem i obejrzeć  z rzeki  Pieniny. Firm proponujących tę  formę  rozrywki namnożyło się  sporo. Organizacja była  niezła bo klient  był  niemal   noszony na rękach - zabierano  go spod miejsca  zamieszkania i po imprezie w to samo miejsce odstawiano.  

Piotr co prawda już kiedyś  był razem z Emilem i jego mamą na takim  spływie, ale było to niesamowicie  dawno, bo Emil miał wtedy  chyba  z dziesięć lat, albo nawet nieco  mniej.  Emil zupełnie  nie pamiętał tego spływu. Przed powrotem do  domu wstąpili jeszcze do pobliskiego  biura podróży "niedalekich" by dowiedzieć  się kiedy  można  skorzystać  z ich usług w kwestii spływu. Okazało się, że mogą wybrać  się nawet następnego  dnia.  Rano o 9,00 przyjedzie po nich "pracownik", a tak naprawdę to zięć właściciela owego  "biura", świetny, odpowiedzialny  młodziak, jak  zapewniał właściciel, zabierze ich spod  domu, zawiezie do Sromowców Wyżnich, potem odbierze w Szczawnicy, pojadą do  Dębna by obejrzeć drewniany zabytkowy kościółek i potem wrócą do Zakopanego. Zamek w  Niedzicy  obejrzą  głównie  z  zewnątrz, bo chociaż  jego część jest muzealna, to ciągle  jeszcze coś jest  w remoncie i praktycznie się go nie  zwiedza. No a  z Dębna powrócą  do Zakopanego.

I rzeczywiście następnego dnia o godzinie 9,00 rano stanęło pod domem porządne BMW. Okazało się, że tego  dnia oni są jedynymi  klientami tego  biura i  nie  będzie  potrzeby  zabierania z  Zakopanego innych turystów,  więc  zamiast  busikiem  pojadą "zwykłym" samochodem. "Młodziak" okazał się bardzo sympatycznym i kontaktowym człowiekiem.

W czasie drogi dowiedzieli  się, że jest  studentem krakowskiej  AWF, że ma jeszcze  rok do skończenia studiów na wydziale  fizjoterapii, że ma trzyletnią córeczkę, którą ubóstwia. Bo mała jest prześmieszna i jest pod  względem psychiki odbiciem jego żony - zawsze dopnie  swego. A robi to w rozkoszny sposób, bo wpierw do niego przyjdzie, przytuli się, da  buzi a dopiero  potem powie co od niego chce. Emil go pocieszył, że większość kobiet potrafi postawić na swoim, a spora  ich  część przeprowadza to  w sposób  zupełnie   bezbolesny i taki, że facet ma przekonanie, że sam na to wpadł, a nie  że to był pomysł kobiety.

Och, ma pan rację - nie planowałem żeby  mieszkać  razem  z teściami i co? - mieszkamy  z nimi. Po prostu ja tu mieszkam od piątku wieczorem do poniedziałku rano i we wszystkie  dni gdy  nie muszę  być na uczelni. Przecież gdybyśmy mieszkali  sami, to przez  cały  tydzień moje  dziewczyny  byłyby same. Żona jest zatrudniona w firmie  teścia na pełnym  etacie- oczywiście nie jeździ z turystami ale i tak  ma sporo pracy i może ją wykonywać  nawet w pokoju  małej, bo tu jest  sporo  papierkowej  roboty. Teściowie oboje  uwielbiają małą, jest ich oczkiem  w głowie. Ja jestem  spokojny, bo wiem, że obie  są pod  dobrą opieką. Teściowa nie należy  do babć, które rozwydrzają dzieciaki.  Teściowa już ją przygotowuje na pójście  do przedszkola, mała już była kilka razy z wizytą w przedszkolu i nawet raz została  tam na  godzinę sama z dziećmi i wychowawczynią. Nie bała się,  nie płakała,  a potem w domu opowiadała  dziadkowi jak jest  w przedszkolu. I bardzo  się jej podobało w Krakowie bo tam  spała  razem z nami w jednym łóżku i raz  się mogła przytulać  do mamy a raz do taty. A we wrześniu będzie na pewno  szczęśliwa, bo "tata będzie w domu"- po prostu będę cały wrzesień na praktyce w tutejszym szpitalu ortopedycznym. Najbardziej mnie zawsze  rozbawia gdy  dostaje  jakiś  nowy ciuszek, zaraz go przymierza i  przybiega do każdego w domu i pyta się , czy ładnie w tym wygląda- zupełnie jak jej mama. Jedyny kłopot, to pamiętanie cały czas o tym, że to dziecko ma  niestety  uszy i wszystko łapie, więc trzeba  bardzo uważać co  się mówi na głos.  Ostatnio zapytała  się babci co to jest  cholera. Babcia  tłumaczyła, że to bardzo niemiła  choroba, uciążliwa  dla  człowieka i czasem gdy człowiek dorosły  jest bardzo zdenerwowany, to mówiąc "cholera" podkreśla, że jakaś  sytuacja jest dla niego taka ciężka i przykra  jak ta choroba. Mała  wysłuchała a potem przyniosła zepsuty śrubokręt z którego ze starości odpadł drewniany uchwyt i powiedziała: "ta  cholera się dziadkowi  zepsuła". Obiecałem jej, że gdy będę miał czas to postaram  się naprawić dziadkowi ten śrubokręt. Ale ta  "cholera" nieźle jej utkwiła  w  główce, bo któregoś dnia  niosła  klocki w tych  małych łapkach i jej wypadły, więc stwierdziła: cholera, wszystko mi się rozsypało. I znów  się musiała treściowa  natłumaczyć, że nie powinna tak mówić, bo to nie jest  ładnie. I wyobrażam  sobie  co się potem nasłuchał teść od teściowej.

Gdy zajechali do Sromowców Wyżnych pan Tomek ( bo tak  miał ich  opiekun  na imię) oddał ich  w ręce jednego z flisaków. Powiedział, że będzie na  nich czekał w Szczawnicy.

Adela stała na brzegu wpatrując  się w stojącą przy brzegu tratwę. W końcu powiedziała do Emila - nie podobają  mi się te tratwy - wyglądają niczym  niedokończone  trumny, nie wiem, czy mam ochotę  tym czymś płynąć. Poza tym w moim odczuciu taka  tratwa to mało sterowna  jest a one nawet żadnego steru  nie mają. Emil przytulił ją- widzę, że moje Maleństwo boi  się płynąć czymś  mniejszym niż Batory. Nie bój  się, flisacy pływają   "tym czymś" od lat i jak na razie nic nikomu się  złego nie stało. A ster nie jest na takiej jednostce potrzebny- woda jest  tu płytka,  na każdej tratwie  jest dwóch flisaków z długimi wiosłami, którymi się odpychają od  dna.  A sterowanie polega na zanurzeniu tegoż wiosła pod odpowiednim kątem  w  wodzie- wtedy pełni ono  rolę steru.Weź pod uwagę  fakt, że oni tak pływają  cały dzień. 

Mogę  ci zacząć opowiadać o Zamku Dunajec. Bo ten  zamek w Niedzicy ma nazwę Dunajec i został ukończony w XIV wieku. Nazwa Zamek Dunajec jest  zapisana w dokumentach z 1325 roku jako własność rodu Berzeviczych, panów na Brzozowej, wnuków Komesa spiskiego Rudygera z Tyrolu. Początkowo był węgierską strażnicą na  granicy  z Polską.  Jest opowieść, że pod koniec XVIII wieku na  zamku rezydowali Inkowie, potomkowie Tupaca Amaru II oraz  część arystokracji inkaskiej, chroniąc się przed hiszpańskimi prześladowaniami i na terenie  zamku ukryli część  skarbu przeznaczonego na sfinansowanie powstania  przeciw Hiszpanii. I do dziś ludzie  wierzą w tę opowieść i  co jakiś czas  szukają skarbu. A wszystko przez  to, że zaraz po drugiej wojnie światowej  znaleziono tu inkaskie "kipu", które ponoć wskazywało na to, że tu są ukryte  skarby. 

A kipu  było trójwymiarowym  sposobem  zapisu danych  liczbowych w prekolumbijskich  cywilizacjach. Wiem, że w pewnej chwili poddano  'kipu" analizie komputerowej i wykazała ona, że były to jakieś  dane  liczbowe, ale do dziś nie wiadomo, jak zapisywane inne, słowne  dane. Być może, że były one przekazywane  tylko ustnie przez  zaufanych posłańców. Tych "kipu" jest po prostu zbyt mało, żeby  można to dobrze  zanalizować. To były poziome liny utrzymujące szereg pionowych  zwisających  sznurków, na których były węzełki, różnej wielkości,  w różnych odstępach i te pionowe  sznurki były też w różnych kolorach.

Do Adeli i Emila  podszedł Piotr - chodźcie, już mamy na  naszej tratwie komplet. My usiądziemy na zewnętrznych końcach ławek,  dziewczyny będą  w środku.  Bardzo sympatyczny ten flisak, któremu nas przekazał pan Tomek. Teraz  to tu jest porządek, wiadomo kto czyich klientów  wozi. I turystom  tak jest wygodniej i flisakom. No i dobrze, że to jest  jeszcze przed  sezonem. Będziemy płynąć około 2 godzin. Wniosek z tego taki, że tratwa będzie płynęła  z obłędną  wręcz szybkością 9 kilometrów na godzinę - do pokonania jest wszystkiego 18 kilometrów.

A co Maleństwu jest, że takie jakieś  zgaszone  dzisiaj - dopytywał się Piotr. Bo Maleństwu nie podobają  się te tratwy - odpowiedział  Emil. Córeczko,  to nie są klasyczne tratwy, to są łódki razem połączone. I każda taka jedna  łódka najzwyczajniej  w świecie  może pływać po wodzie. A poza tym Dunajec to nie Jukon, ani nie jest  tak szeroki  ani głęboki. A poza tym nie wiem czy wiecie,  ale firma nas ubezpieczyła. Taka mała cywilizacja i  tu  dotarła.

Emil  z Piotrem usadowili swe panie , Emil od  razu otoczył swe maleństwo silnym , męskim  ramieniem i szepnął jej  do ucha - już wiem co jest grane, dziś jest 26 dzień i dlatego jesteś  taka nieco rozbita i w marnym nastroju. Jesteś niesamowity- stwierdziła Adela. Wyciągnęła notesik i zerknęła w niego- masz rację, mój panie  wszystko wiedzący. Emil zerknął w zapiski i spytał-a co to za czarne  serduszka ja tu widzę? To są oznaczone  dni, kiedy się nie kochaliśmy. Bo mój pan doktor każe zaznaczać  dni w których para  się kocha, no ale wtedy miałabym  za dużo serduszek  do rysowania,  więc ja  oznaczam  czarnymi serduszkami dni bez seksu- przynajmniej  mam mniej rysowania. I to jak widzisz bardzo  dużo  mniej. Ależ  z ciebie cwaniutkie  stworzenie! - śmiał  się  Emil. Świetnie to wymyśliłaś. Uwielbiam cię, wiesz? Adela pokiwała głową - wierzę  ci, inaczej byś  ze mną  nie wytrzymał nawet jednego  miesiąca. Ciągle mi ciebie mało. Już  się martwię, że nie  będziemy pracować  w jednym pokoju.

To znaczy, że mamy ten  sam problem, tylko obiekty nam  się  różnią. Tak  bardzo  się przyzwyczaiłem by  zerkać  na ciebie w pracy, że  nie  wiem jak ja bez ciebie  wysiedzę w pokoju. No właśnie, mamy teraz  problem. No ale pomyśl, że nadal będziemy razem rano jeździć do pracy i razem  wracać, będziemy  mogli sobie  razem wypijać kawę w barku. Ale to wszystko dopiero od października, bo ty Maleństwo przechodzisz od pierwszego sierpnia  a ja dopiero od października, czyli dwa miesiące będziemy daleko od  siebie. Ale będę po ciebie przyjeżdżał. Będziemy  mieli dobrze  gdy oddadzą pierwszą  nitkę metra. Zobacz Maleństwo, kaczki słowackie. A  skąd wiesz, że one  są  słowackie? No bo są przy  słowackim brzegu my płyniemy środkiem  a granica  jest na  środku rzeki.  Zobacz  maleństwo, jak tu jest płytko i jaka  czyściutka jest tu  woda! A Pieniny ci  się podobają? Podobają,  a najważniejsze, że nie  muszę  się tam  wcale  wdrapywać.  Kościelec wyczerpał mój tegoroczny limit na  łażenie po górach. Bo chodzenie po  dolinach tatrzańskich jest poza moim limitem wysokogórskim. I jakaś   strasznie  zimna ta woda - stwierdził po chwili  Emil wyciągając rękę  z wody.

                                                             c.d.n.

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Trudny wybór- 41

 W domu czekała na Adelę i Emila  zapiekanka makaronowa, którą  zjedli w czwórkę. Adela gdy  usiadła do  stołu zaczęła dopiero wtedy odczuwać  trudy tej  wycieczki. Była tak  zmęczona, że nie  miała  siły jeść. Zjadła mniej niż jedną  czwartą  swej porcji i odstawiła talerz mówiąc - nie mam  siły jeść chociaż mi bardzo  smakuje. Muszę jeszcze  zostawić  trochę  siły by wypić sporo, bo  za mało  dziś piłam, zaczynają mnie  chwytać kurcze w podbiciu stóp. Przeniosła  się na  kanapę i pomału piła  wodę z sokiem z  cytryny. Emil szybko zjadł i też  przeniósł  się na kanapę by pomasować  jej stopy. Ale Adela stwierdziła, że raczej  zrobi sobie kąpiel z olejkiem sosnowym i  w czasie kąpieli będzie  piła. 

Maleństwo,  a dlaczego nie piłaś w drodze, przecież mieliśmy  ze sobą picie?- dopytywał  się Emil.  Adela popatrzyła  na niego z politowaniem- po prostu  dlatego, że jak  się pije  to trzeba potem ten płyn  z siebie  wydalić,  a ja  bardzo nie lubię  sikać w krzakach. No ale przecież   było cały czas pusto,  nie musiałaś wchodzić  w jakieś  krzaczory.  Mileczku, ale za każdym razem muszę niestety w tym celu się co nieco  rozebrać. Zauważyłeś  chyba że  nie mam poręcznego wyposażenia do  sikania, a do tego  muszę ukucnąć  z gołą pupą w trawie, która nie jest skoszonym równiutko trawnikiem. No fakt, nie pomyślałem o tym. To pójdę i natoczę  ci wody, dobrze? 

Ciepła kąpiel z olejkiem sosnowym pomogły nieco Adeli. Po kąpieli siedziała w objęciach Emila  i lekko przysypiała, a on oglądał jakiś mecz tenisowy, co jakiś  czas podstawiając Adeli szklankę  z  piciem. Około 10,00 wieczorem Adela stwierdziła, że teraz to już by mogla  coś  zjeść, więc Emil odgrzał jej porcję zapiekanki. Gdy jadła powiedział - podziwiam  cię Maleństwo- zrobiliśmy  dziś około 20 a może i trochę ponad 20 kilometrów. Nieźle jak na takie  nieduże  stópki jak  twoje! I jak twój kontuzjowany paluszek, pokaż. A co on taki żółty- zdziwił się Emil. Adela  - uśmiechnęła  się - pewnie ma żółtaczkę od maści propolisowej. To świetna  maść, ma tylko jeden feler - kolorek dość paskudny,  a na dodatek dość trwały.

 Milek, ja już pójdę  spać, a ty? No przecież jasne, że ja też, muszę cię przecież do snu utulić. Utulona, wycałowana i wygłaskana  Adela przespała całą  noc  w objęciach Emila. 

Obudzili  się około 9 rano, Adela sprawdziła  czy ją już nic  nie boli i stwierdziła, że skoro pogoda nadal ładna, a ona w całkiem dobrej kondycji, to nie ma co się lenić i trzeba się gdzieś wybrać. A ponieważ już o 9 rano były 24 stopnie, to mogą się wybrać do Doliny Olczyskiej. Oczywiście będzie  fajnie, jeżeli i  rodzice  z nimi  się wybiorą.  Nie będzie tam z całą pewnością tłumów, wezmą swój turystyczny koc z impregnowanym spodem i będzie  się można trochę poopalać. Od razu, póki "świeżo  w głowie" Adela  naszykowała koc i słoik kremu i dwie cienkie czapeczki bawełniane  z  daszkiem, żeby osłonić  głowy od  słońca. W czasie  śniadania rodzice podjęli decyzję, że chętnie  wybiorą  się wraz  z nimi, więc wezmą samochód, podjadą na Jaszczurówkę skąd  się  zaczyna  szlak do Doliny Olczyskiej a samochód  zostawią na parkingu w pobliżu kaplicy.  Na hasło "poopalamy  się trochę" obaj panowie zrobili dziwne  miny, no ale jedyne  co mogli zrobić to zostać  w domu i wypuścić  swe panie by same wędrowały Doliną Olczyską a potem same się opalały. Ale takie  rozwiązanie  żadnemu z nich  nie podobało się. Obaj dostatecznie  długo byli  sami, bo jak określał to Emil - nie lubili się  "rozdrabniać".

Dolina Olczyska jest świetna na  słoneczne  dni, bo droga biegnie cały  czas lasem, jej  dnem płynie potok, który się kilka  razy przekracza. Poza tym nie jest to wielokilometrowa  droga.  Blisko wejścia do Doliny zauważyli na jednym   z drzew tabliczkę z informacją, że w stojącej w pobliżu willi można skonsumować truskawki z bitą śmietaną. Panowie mieli ochotę by zaraz przeprowadzić  degustację,  ale Adela stwierdziła, że jeśli to będzie śmietana zbierana z mleka  od "prawdziwej krowy" a nie z mleka  z mleczarni, to lepiej by zjedli to tuż przed powrotem  do  domu, bo nie  wiadomo jak ich wątroby zniosą taką prawdziwą, wiejską, pełnotłustą  śmietanę, a  na Polanie  Pod  Kopieńcami nie ma toalet.

Zgodnie   z przewidywaniami Adeli na Polanie  pod  Kopieńcami nie było turystów. Nic  dziwnego, bo widokowo hala nie jest ciekawa, a Kopieńce nie są tak atrakcyjnymi  szczytami jak  Kościelec czy Granaty lub chociażby  Koszysta. Było cicho, pusto, nieco sennie i tylko brzęczały różne owady.  Adela  była tu  kiedyś  zimą i teraz  stwierdziła, że  zimą było tu znacznie   ładniej - zabytkowe  szałasy pasterskie były zasypane  śniegiem i nie było ich  wcale widać- wyglądały po prostu jak kopce śniegu. Było jeszcze  ciszej niż teraz, bo nie brzęczały jakiekolwiek owady. Po dwóch  godzinach plażowania  wszyscy mieli dosyć  słońca i podjęli decyzję o odwrocie. Niestety truskawek z bitą śmietaną już nie było - widać ten  punkt  był znany okolicznym wczasowiczom.

Wracając obejrzeli dokładnie kaplicę, którą  zaprojektował Witkiewicz, propagator  stylu  zakopiańskiego, którego był  gorącym orędownikiem.  Budowa kaplicy rozpoczęła  się w 1904 roku, a jej ukończenie i poświęcenie  w 1907 roku. Jest ona typowym przykładem stylu  zakopiańskiego, jej konstrukcja  zrębowa jest na wysokiej,  kamiennej podmurówce a dach  jest kryty  gontem.

Gdy oglądali ów obiekt  Adela stwierdziła - tacy ludzie  jak Witkiewicz powinni  żyć  wiecznie. Był po prostu niezwykłym człowiekiem o bardzo  wielu  zdolnościach. Był malarzem, rysownikiem,  fotografikiem, dramaturgiem, powieściopisarzem, filozofem, teoretykiem i krytykiem  sztuki. I w gruncie rzeczy bardzo nieszczęśliwym  człowiekiem, który widział i odczuwał  więcej niż inni. Więc nic  dziwnego, że często wpadał w stany  depresyjne. W wieku 54 lat popełnił  samobójstwo na wieść, że Armia Czerwona zaatakowała  zbrojnie  Polskę. Podoba  mi się jedna  z jego myśli, która  staje  się coraz  bardziej  aktualna. "W świecie, który staje  się  globalną  wioską szaleństwo jest  zaraźliwe i powszechne".

Niewiele  wiem o Witkiewiczu - stwierdził Emil, ale  zawsze  słyszałem, że tworzył pod  wpływem narkotyków.

A wiesz o tym, że wszystkie jego seanse narkotyczne odbywały  się pod kontrolą lekarską? Czy któryś z ćpunów ćpa pod kontrolą  lekarską? Owszem,  chciał się sam przekonać co człowiek odczuwa po różnych substancjach halucynogennych. A wiele jego dzieł powstawało właśnie  w okresie ścisłej  abstynencji nawet od  alkoholu a zwykłej kawie  lub herbacie  dorabiał sam Witkiewicz "wyrazu" zmieniając  jej nazwę na bardziej intrygującą.

Emil przyciągnął Adelę do siebie i wyszeptał jej do ucha - dobrze, że nie żyję z nim równolegle - nie miałbym zapewne  wtedy u  ciebie żadnych  szans - przewyższałby mnie o kilka głów.  Adela roześmiała  się - no jasne, był wysoki,  dobrze  zbudowany i  ciemnowłosy. Ale ty kochanie, też nietuzinkowo myślisz i zapewne  dlatego udało nam  się w sobie  wzajemnie  zakochać.

No ale nie umiem ani malować,  ani rysować, nie piszę powieści ani dramatów - brnął dalej Emil. Już nawet od konstrukcji odszedłem. No ale  robisz coś innego, jesteś po prostu  dobry w innej dziedzinie, o której Witkiewicz nie miał pojęcia. Umiesz niezwykle  jasno i  zrozumiale  formułować  swoje  myśli, a wbrew pozorom  to wcale nie jest łatwe w tekstach  stricte  technicznych, które mają służyć również osobom nie związanym zawodowym  doświadczeniem  z techniką. Dla mnie jesteś pod  każdym względem najlepszym facetem  pod  słońcem.

Gdy wsiadali do samochodu Emil zapytał - no to co teraz  robimy? Ja to bym chętnie  coś zjadła - stwierdziła Adela. O Boże - cud! cud! Moja żona  jest głodna! - stwierdził Emil.  Musimy  z tego  skorzystać! Jedziemy  w takim razie na jakiś przyzwoity  lunch. Gdzie, kochanie, chcesz  dziś jeść? Może w tym hotelu co jest niedaleko od naszej  kwatery? Oczywiście, możemy tam, jeśli i  rodzicom  to odpowiada. To ja jakąś pizzę dziś  zjem -stwierdził Emil. Strasznie dawno pizzy nie jadłem. Adela  roześmiała  się - jeszcze chwila a  dowiem  się, że przestałeś  zajadać  się pizzą od dnia  w którym   mnie przywiozłeś uprzejmie do pracy, bo  ci  apetyt odebrałam.  A skądże! już  wcześniej przestałem bo nie mogłem nigdzie   znaleźć dobrej pizzy. Mam wrażenie, że to kwestia mąki, w końcu najwięcej  w pizzy to jest  ciasta. Te na cienkim cieście  były twarde jak  karton, a te na grubym były szalenie mocno traktowane pieprzem. A jak wiesz nie jestem  amatorem tej przyprawy sypanej  bez umiaru. A ty Maleństwo kiedyś zrobiłaś coś,  co nazwałaś , że to jest  prawie  pizza i to było pyszne. Adela wpadła w głęboki namysł - a pamiętasz co było na wierzchu?  Pamiętam - paski szynki i kawałki ananasa. I to było świetne! 

No to wiem co to  było - to było ciasto z gotowanych kartofli. Wpierw podpiekłam samo  ciasto a potem dołożyłam  szynkę i osączone  plastry ananasa z puszki i ponownie wstawiłam  do  piekarnika. I naprawdę udało się nadspodziewanie   dobrze. Ktoś mi kiedyś mówił, że w Polsce  szkodzi  mu każde pieczywo, a we Włoszech zajada się tamtejszymi chlebami, bułkami i  nic mu nie jest. I ten ktoś wysnuł teorię, że to kwestia  mąki, a tak  dokładnie  warunków uprawy pszenicy. Prawdopodobnie u nas stosuje  się  zbyt dużo środków ochrony  roślin. A przecież  część tego paskudztwa wnika do roślin, które uprawiamy. 

Maleństwo, a zróbmy któregoś  dnia taką niby pizzę. Obiorę kartofle, ugotuję a ty potem mi powiesz co  dalej.

Adela pokiwała głową- nie ma problemu- ugotujemy  kartofle, potem je rozgnieciesz na miazgę, dodamy jajko całe i pianę z jednego jajka, upieczemy ten spód, a potem go jeszcze podpieczemy z  jakimi będziesz  chciał dodatkami. Ogólnie rzecz ujmując to gotowanie  nie jest takie  strasznie trudne - najważniejsze to  nauczyć się  gotować to co  domownicy  lubią.  A co lubiłeś z meksykańskiej  kuchni? 

Gdyby nie  walili  do  wszystkiego tej pasty fasolowej i tej  piekielnie  ostrej  papryki to pewnie  bym lubił wszystko. Bo zasadniczo to były fajne główne  składniki, czyli mięso  albo  mielone  albo drobno krojone, tylko piekielnie  dużo  chili walili w to wszystko.Pod  koniec pobytu to najczęściej jadłem bataty w różnej  postaci, na tortille to się już  patrzeć nie mogłem. No ale nasze  naleśniki jakoś zjadałeś bez problemu. Po pierwsze to nasze naleśniki a ich to są dwie różne  bajki, tamte są z mąki kukurydzianej z b. małą  domieszką mąki pszennej.  No i pod  koniec to sam  sobie gotowałem. Dusiłem kawałki kurczaka i dodawałem do tego różne warzywka. A jak byłem  głodny to się opychałem  słodyczami. Dziwnym trafem do ciasta  nie pchali chili. A ty Maleństwo gotujesz wszystko co lubię i  wszystko mi smakuje  co zrobisz. No i pamiętaj, że nie mam oporów by w kuchni coś podziałać.

                                                                 c.d.n.

sobota, 11 czerwca 2022

Trudny wybór - 40

 Następnego dnia pojechali do Doliny Kościeliskiej. Umówili  się jeszcze  w  domu, że jeśli pogoda będzie dobra, a Adela nie będzie  zmęczona, to Emil z Adelą przejdą z Doliny Kościeliskiej  przez Przysłop Miętusi do Doliny Małej Łąki,  a rodzice  wrócą do  domu samochodem. A może, jeśli Adeli "odbije" to z Ornaku pójdą przez Iwaniacką Przełęcz do Doliny  Chochołowskiej. Picie i jedzenie  mają. A o ile  z Doliny  Małej  Łąki wrócą do  domu piechotką, to z Doliny  Chochołowskiej wrócą  autobusem, albo, jeśli będą  w dobrej  formie to wrócą Ścieżką pod Reglami.

Dolina  Kościeliska jest zdaniem  miłośników Tatr jedną  z najpiękniejszych i najciekawszych dolin tatrzańskich. I, jak stwierdziła Adela- z racji transmisji TV z biegów narciarskich  najbardziej  znaną. Dla niektórych w Zakopanem to tylko trzy rzeczy  są znane: Kasprowy, bo z niego się  zjeżdża zimą na  nartach, Gubałówka- bo jej  zboczem pełznie kolejka na jej  szczyt, który  zdaniem niektórych  jest  zimową plażą no i Dolina Kościeliska, bo tu czasem odbywają  się  biegi narciarskie. Dla  innych to znane są tylko Krupówki - nie ma zimą lepszego miejsca do błyśnięcia niż spacer Krupówkami z markowym sprzętem na ramieniu, w modnym narciarskim  stroju - a to, że taki delikwent tak naprawdę ledwo stoi na  nartach i głównie ryje nosem  w śniegu nie ma  zupełnie  znaczenia. Ale  ważne, że ma markowy sprzęt.

Piotr usiłował ich przekonać, że przecież mają łączność telefoniczną, więc mógłby po  nich podjechać albo  do Chochołowskiej albo do Małej  Łąki, ale Helena powiedziała: Piotreczku, wiemy  wszyscy , że tak można,  ale to już  duże dzieci i niech  robią jak im  pasuje. Będziesz się martwił gdy nie  wrócą do  domu do godziny 20,00. Poza tym jeśli Adela  będzie  zmęczona to na pewno  wtedy Emil cię  ściągnie albo do  wylotu Chochołowskiej  albo Małej Łąki. A Adela dodała- tatuniu, obydwie  drogi robiłam w zimie, gdy był śnieg i ślisko i dałam radę  bez problemu, to teraz, latem gdy praktycznie  nie ma  problemu ze znalezieniem  miejsca na przysiądnięcie  by chwilę odpocząć damy radę. I mam ze sobą całą masę plastrów.

Niewątpliwie Dolina  Kościeliska  jest  bardzo  ciekawą  doliną, kiedyś  eksploatowaną przez górnictwo. Od końca XV wieku zaczęto  tu wydobywać srebro, antymon i miedź, a od XVIII wieku również  rudy żelaza. Kiedyś  były tu  chaty  dla robotników, karczma, kuźnie, kościółek od którego  zapewne pochodzi jej  nazwa. Teraz mniej  więcej 40 minut drogi od wejścia jest kapliczka  zwana  "zbójnicką", ale była ona  ufundowana przez górników  a nie przez zbójników. Dolina ma  długość 9 km, wzdłuż niej płynie Potok  Kościeliski. W otaczających Dolinę Kościeliską   zboczach górskich odkryto 450 jaskiń. Część  z nich  można zwiedzać, chyba  najbardziej  znana i często odwiedzana to Jaskinia  Mroźna. Inne ciekawe miejsca w Kościeliskiej  to Wywierzysko,Wąwóz Kraków, Smreczyński  Staw, który jest powyżej  schroniska  na  Hali Ornak, otoczony lasem, głęboki na 5,3 m. Od Doliny Kościeliskiej  odchodzi też wiele szlaków. Podczas II wojny  światowej  znalazł tu schronienie oddział partyzantów im.Szczorsa. Ale ma też  Kościeliska swoją wadę -  tłumy turystów latem w  czasie  sezonu urlopowego.

Teraz nie było tłumów, było niemal pusto i nie było dookoła wrzeszczących i biegających dzieciaków. Fakt, że była jeszcze  wczesna pora i mogli spokojnie podziwiać widoki. Nim doszli do końca doliny, skręcili  do Wąwozu Kraków. Nie mieli  zamiaru przejść go do końca by wejść nie wiadomo po  co do jaskini zwanej Smoczą  Jamą. Usiedli na  chwilę na głazach  nad płynącym potokiem, gdy nie  wiadomo skąd pojawił  się mały chłopiec. Chude to było dziecko niemiłosiernie  a jego chudość podkreślał za duży na niego sweter. Stanął na wprost nich i się im przypatrywał. Patrząc na jego chudziutkie  ręce i patykowate nogi  Adela szybko sięgnęła do plecaka po opakowanie herbatników i wyciągając do niego rękę z nimi  powiedziała-  "a może zjadłbyś herbatniczka? są bardzo smaczne, proszę, weź". Mały spojrzał się na te herbatniki z odrazą i wyrzucił z siebie :  "ja tam wolę papierosa !"  Adela poczuła, jak jej szczęka opada w dół, ale się opanowała i powiedziała- no to masz pecha, bo nikt  z nas nie jest palaczem i nie mamy papierosów. A co ty robisz tu  sam, powinieneś  chyba  być w przedszkolu lub  szkole! Ile  ty masz lat? Siedem, we wześniu idem do skoły- wyseplenił. I sam tak wędrujesz  po górach?  -Adela  zgłębiała temat.  Mały pokręcił przecząco głową - ze starym jestem, owce sie pasie. No a gdzie jest ten "stary"-spytała  Adela?  Mały  machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. 

Adela rozejrzała  się, ale nikogo w wąwozie poza nimi nie było, zresztą nikt w kamienistym  wąwozie wszak owiec nie pasie. Ale może jednak zjesz herbatniczka, możesz wziąć całą paczkę to i "staremu" dasz- namawiała Adela, której  było żal chudziny. Ni, ni tsa, papierosa chciołem- odwrócił się na pięcie i odszedł. Gdy odszedł Helena powiedziała - ciekawa jestem czy on tego papierosa  chciał dla siebie  czy dla dziadka? Piotr ze smutną miną odpowiedział - podejrzewam, że jednak chciał dla siebie. Znajomi, którzy od lat jeżdżą do Zakopanego i mieszkają na Krzeptówkach u górala, byli świadkami jak sześciolatek wyjątkowo sprawnie jednym haustem przełknął pięćdziesiątkę czystej wódki i nawet się nie skrzywił, a męska  część rodziny była dumna  z potomka. Gdy przerażony tym mój  znajomy  zaczął tłumaczyć ojcu  dziecka, że nie powinien dawać  dziecku alkoholu, ten spojrzał na niego jak na wariata i powiedział- dałem mu lekarstwo, bo mówił, że go brzuch  boli. Boże, jęknęła Adela-ateistka- to może ten dzieciak chciał tego papierosa dla siebie?  To straszne! Schowała herbatniki do plecaka i powiedziała- no to idziemy , proszę  wycieczki, teraz do schroniska na  Ornaku i do Smreczyńskiego Stawu. Od  schroniska idzie się tam pół godziny - tyle szłyśmy z Alą tam  zimą. Do dziś nie wiem po co.

Gdy  doszli do schroniska  na Ornaku minęli je i poszli dalej do Smreczyńskiego Stawu. Szli cały czas  sami, nikt ani nie podążał w tę  stronę ani  z nad  Stawu  nie  wracał. Tu z każdym krokiem przybywało im wysokości i Adela  bacznie obserwowała  rodziców czy  aby to krótkie  a strome  podejście nie jest dla nich zbyt męczące. Nad Smreczyńskim Stawem chwilę odpoczęli i  zaczęli wędrówkę w dół,  do Schroniska. Tu wzmocnili  się  "drugim  śniadaniem",  czyli kawą i bardzo  smacznym  sernikiem.

Postanowili, że odprowadzą  rodziców niemal do początku Kościeliskiej, bo tam  zaczynał się  szlak na Przysłop Miętusi, będący częścią  Ścieżki  Nad Reglami. Przed rozstaniem się z rodzicami  obiecali, że gdy dotrą do Doliny Małej Łąki to na pewno o tym rodziców  powiadomią. Bo z całą pewnością trochę  w Dolinie   Małej Łąki posiedzą, bo  ta dolina jest niemal  zawsze pusta- Wielce Rasowi Turyści jak ich nazywała Adela potrzebują  wszak  schroniska i  wyżerki- komu się  chce w dzisiejszych  czasach brać  ze sobą picie i jedzenie?!

Szli pomału leśną ścieżką w górę. Oboje na  zmianę  zachwycali  się ojcem - odkąd "ozdrowiał z raka" wróciły mu siły, zmienił się o 180  stopni. Emil twierdził, że nie  tylko owo "cudowne  wyzdrowienie   z raka", którego wszak nie było, postawiło ojca do  pionu - po prostu ma teraz  dla kogo żyć, ma swoją Helenę, wie, że Emil ma żonę , która go kocha, a ojciec  kocha i Helenę i Adelę. I bardzo  się cieszy  z tego, że mieszkają  blisko  siebie, że Emil nie wyjeżdża na antypody. Emil  zachwycał się też Heleną- że taka wyrozumiała, kulturalna, że jest świetną organizatorką , ale tak  zawsze to "powykręca", że ojciec jest  przekonany, że  to on w tym  związku rządzi i wszystko wie i wszystko potrafi.  Któregoś  dnia mi powiedział - mamy synku obaj niesamowite szczęście - trafiliśmy na mądre  kobiety, które nas pokochały i  zechciały. Więc bądź wdzięczny swej żonie, że cię zechciała. A ja przecież poza  tobą świata  nie widzę- stwierdził Emil. 

To tak, mój  kochany, jak  ja - przesłoniłeś  mi sobą cały  świat. I nie uważam, że to jest złe. Jestem całkowicie  od  ciebie uzależniona. Podobno nie należy o tym mówić facetowi, bo  zaraz  mu rogi urosną i  wytnie  jakiś  łajdacki numer. Ale chcę, żebyś  wiedział, że nie ma  dla  mnie  życia  bez ciebie. Emil zatrzymał się i przyciągnął Adelę do siebie -Maleństwo- kocham  cię i wiem, że już nie potrafię być bez  ciebie. Jesteś moim szczęściem i największym  skarbem. Chodź, usiądziemy na chwilę na tamtych pniach po zrywce drzew. Powinniśmy się  trochę napić i może zjeść po herbatniczku wzgardzonym przez małego góralczyka. Adela rozejrzała  się dookoła- chyba za tą małą polanką zaczyna  się  schodzenie na  Przysłop. Dawno tu  nie byłam, a zresztą  zimą to  wszystko nieco inaczej wygląda. Szłam tędy z Alą. Bardzo się wtedy  spieszyłyśmy, było dość późno a w marcu  dzień  jeszcze nie jest tak długi  jak  w czerwcu. I też szłyśmy  cały czas  same. To mało uczęszczana trasa. Prawdę mówiąc to ja znam tylko dwie przełęcze w Ścieżce na Reglami - tę na którą teraz  idziemy czyli mówiąc po polsku Przełęcz Miętusią i  Przełęcz na Patykach, do której się dochodzi idąc do samego końca Doliną Białego. Na Przełęczy na Patykach przekonałam  się jak super  można  chodzić po lodzie w góralskich filcakach, bo one miały  podeszwę z bardzo miękkiej  gumy.Były cieplutkie i bardzo lekkie i nie było w nich  ślisko. Nie były eleganckie- to fakt. No ale w górach liczy  się użyteczność  a nie  elegancja- przynajmniej  dla mnie. 

A ta  nazwa "przysłop" to gwarowa  nazwa?  W pewnym  sensie tak, wiem tylko, że to z języka  wołoskiego. A Wołosi to był bardzo tajemniczy  lud, chyba  pasterski z północno- zachodniej Grecji i Macedonii,   który około IX wieku zaczął napływać na tereny wolnych od osadnictwa słowiańskiego Karpat Południowych. Ale  chyba  nadal niewiele o  nich wiadomo. Rumuni w dobie  kształtowania  się ich państwa twierdzili, że to ich przodkowie byli Wołochami, ale tak naprawdę to chyba jeszcze  nikt nie opracował  rzetelnie tego tematu.


Po dwudziestu  minutach ruszyli  dalej. Tak jak mówiła Adela, teren za łąką schodził dość łagodnie w dół. Oczarowała ich panorama rozpościerająca z Przysłopu  Miętusiego. Przed  nimi w oddali było widać Giewont, Czerwone  Wierchy, Kominiarski Wierch i  kilka innych szczytów, których jednak Adela nie  mogła rozpoznać.

Szlak sprowadził  ich  na Wielką Polanę Małołącką. Było tu pusto i bardzo  cicho. Dolina  Małej  Łąki ma  zaledwie 5,4 km  długości. Pod jej powierzchnią  są dwie najgłębsze polskie   jaskinie: Wielka  Śnieżna oraz  Śnieżna  Studnia. Nie  są do  zwiedzania i na szczęście mało kto o nich  wie. Za jaskiniami Adela nie przepadała,  nawet gdy były to bardzo  duże  jaskinie. W ogóle przebywanie pod  ziemią mało się jej podobało a wycieczka do kopalni Wieliczka była jednym  z mniej przyjemnych  wspomnień z lat szkolnych. 

Niespiesznie doszli do  wyjścia z Doliny i ścieżką pod Reglami ruszyli w  stronę "wylotu" Doliny Strążyskiej. Gdy już byli  niedaleko Strążyskiej  Emil zatelefonował do ojca, mówiąc, że  niedługo  dotrą już do  domu, więc nie ma potrzeby by ojciec po  nich  wyjeżdżał, bo oni już za kilkanaście minut będą szli ulicą Strążyską i najdalej za pół godziny będą w domu. 

                                                                             c.d.n.     

czwartek, 9 czerwca 2022

Trudny wybór - 39

 Wieczorem tego  dnia Adela "odkryła", że zrobił  się jej pęcherz na  najmniejszym palcu  stopy. Nogi zostały wymoczone, wycałowane, wygłaskane  i zostało  wdrożone   śledztwo- prowadził je oczywiście Emil - główne pytanie brzmiało "dlaczego to się  stało"? 

 Adela patrzyła na męża jak na kompletnego wariata, ale nic  nie mówiła. Ścisły  umysł Emila  wydedukował, że w jednej  skarpetce ze  szwu zwisała dość  długa  nitka z supełkiem na końcu i to ten  supełek śmiał uszkodzić  paluszek ukochanej żony. Druga  myśl, która  mu zaświtała to było totalne   zdziwienie  jak  można mieć tak delikatną  skórę na palcu stopy.  Wszelkie  pytania męża  zbyła krótko:  "nie wiem, ja mam często takie  atrakcje, ale po prostu taka moja  uroda". Latem nigdy  nie chodzę bez  skarpetek, bo chodzenie  bez  skarpetek zawsze kończy się otarciem. Powinnam  była po prostu wziąć  nieco grubsze  skarpety, zgapiłam się. Zaraz   zrobię  z tym porządek- wymoczę nogi, przekłuję pęcherz, posmaruję maścią z propolisem i  zalepię plastrem.  

Gdy Adela przekłuwała  pęcherz igłą  miała nieodparte  wrażenie, że przekłuwa Emilowi jakąś  wyjątkowo delikatną   część jego  ciała - ją to nic  nie bolało, ale on się krzywił i wyraźnie cierpiał. Oczywiście rodzice  zaraz  zostali poinformowani jaki to straszny  przypadek spotkał Adelę, a Helena  go "pocieszyła", że to nic  nowego- po prostu trzeba przekłuć pęcherz  i w ciągu  jednego  dnia wszystko wróci  do normy i nic jej z tego powodu  nie będzie. A następnego dnia będzie już pamiętać o  tym, żeby założyć skarpetkę  szwem na  zewnątrz, lub dokupić bezszwowe skarpety. 

W związku z tą "straszną kontuzją" następnego dnia postanowiono pojechać  na Gubałówkę - oczywiście samochodem, żeby nie nadwyrężać biednego małego  paluszka. 

Kolejka do wjazdu nawet nie  była tym  razem porażająca  swą  długością, pogoda  była  dobra więc i widokowo wszystko było w porządku. Można  było kupić oscypki,  w przystępnej  cenie te z mieszanego mleka  krowio-owczego i drogie,  ale "prawdziwe", czyli z mleka  owczego. Kupili po oscypku na rodzinę (tego "prawdziwego")by go wziąć  ze  sobą  do Warszawy i jeden  na teraz, ominęli stragan ze swetrami i skarpetami,  za to uwagę panów  przyciągnęła plackarnia i bohatersko  stanęli w długiej  kolejce,  a panie poszły  poszukać jakiejś ławki. Po trzech  kwadransach panowie  przynieśli usmażone, rumiane, pachnące placki  kartoflane. Było trochę  śmiechu, bo Helena   zauważyła, że jakieś  spore te  porcje, panowie  po sobie  spojrzeli i przyznali  się, że na każdym talerzu są po  dwie  porcje. I ci w kolejce  za nimi to chyba  mieli ochotę ich pobić. 

Nie da się  ukryć, że latem nie  za bardzo jest co robić  na  szczycie  Gubałówki więc zdecydowali  się na powrót. A że godzina jeszcze "młoda była" a pogoda  ładna pojechali  Drogą Oswalda  Balzera-przez Jaszczurówkę,Cyrhlę, Brzeziny, Zazadnią,Głodówkę  do parkingu na  Palenicy  Białczańskiej. Droga Balzera jest co prawda  wąska a w typowo turystycznym  tu sezonie , czyli w lipcu i sierpniu przyprawia  wszystkich o ból głowy bo droga  kręta  i  zatłoczona, ale  widoki są piękne.

Maleństwo,  a kim był ten Oswald Balzer?- bo jakoś  go   nie kojarzę - stwierdził Emil. Adela uśmiechnęła się-  nie kojarzysz, bo w  szkołach o nim nie uczą, a powinni. To był profesor, historyk, wykładowca  a potem rektor Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Był historykiem i napisał kilka dzieł historycznych, np. "Genealogia Piastów",  założył Towarzystwo  Naukowe we Lwowie. Reprezentował Polskę, a właściwie  rząd Galicji w  sporze z Węgrami o Morskie  Oko. Jego wywód dotyczący granicy trwał cztery  dni i granice, które  wtedy wyznaczył w Tatrach w rejonie  Rysów i  Żabiego Szczytu obowiązują do dziś. Poza tym w 1918 roku zaproponował i uzasadnił nazwę nowej  waluty - złoty polski, domagał  się skutecznie  by Orzeł Biały posiadał koronę a nazwa naszego państwa polskiego  brzmiała  Rzeczpospolita  Polska. A w 1921 roku został odznaczony Orderem Orła  Białego. Umarł w 1933roku, żył 75 lat, pochowany jest na cmentarzu Łyczakowskim  we Lwowie. Zakopiańczycy  wiedzą ile mu  zawdzięczają i ma pan profesor drogę  swego imienia- długą  i z pięknymi widokami. 

Na parkingu w Palenicy  Białczańskiej nie było tłoku - wszak jeszcze nie  wakacje- gdyby to była  druga połowa  czerwca to o tej porze nie byłoby  ani skrawka  wolnego  miejsca. Dalszą  drogę do Morskiego Oka można  było odbyć bryczką lub wozem i ewentualnie na własnych  nogach. Adela zaproponowała, by  przeszli się  spacerkiem w stronę Morskiego Oka, bo po drodze są Wodogrzmoty Mickiewicza , podejdą tam i zobaczą co  dalej. Z tego parkingu do Morskiego Oka jest spacerek długości około 8  kilometrów z kawałeczkiem , co może zająć dwie i pół godziny  dreptania  w jedną  stronę. Droga dobra, asfalt  gładki. Kiedyś  samochodem  można  było podjechać  bliżej, aż do  Polany Włosienica.  W trakcie króciutkiej narady ustalili, że gdy dojdą do Wodogrzmotów to zdecydują się czy idą odpocząć do schroniska w Dolinie  Roztoki, które jest oddalone od  Wodogrzmotów o 10 minut,  czy idą  dalej, nad Morskie Oko i  odpoczną w tamtejszym schronisku. Adela  z koleżanką dreptały tędy zimą aż  dwie i pół godziny i tylko  cudem udało im się załapać miejsce w Schronisku koło Morskiego  Oka. Umordowały  się,  bo były skazane na komunikację  autobusową z i do Zakopanego. 

Po tej minionej  trzydniówce  deszczowej  w Zakopanem w wyższych partiach gór było dość  biało, co tylko dodawało krajobrazowi  uroku. Wyminęli  z odrazą konne dorożki i wozy. Przy Wodogrzmotach  zdecydowali, że przedrepczą aż do Morskiego Oka.  Adela i tym razem  stwierdziła, że mimo  wszystko lepiej  się idzie szosą  latem  niż zimą. Szli cały  czas tą drogą,  chociaż  było klika skrótów, ale Adela  wiedziała, że te skróty to drogi leśne, kamieniste i nie chciała iść po kamieniach, bo była w adidasach  a nie w  wibramach. Emil się wciąż  dopytywał, czy nie boli ją  stopa, ale Adela naprawdę miała to "nadwyrężone" miejsce dobrze  zaopatrzone  specjalnym plastrem. Na Polanie Włosienica pozachwycali  się trzema  szczytami  Mięguszewieckimi-  Szczytem Czarnym, Pośrednim i Wielkim, Cubryną, Żabią  i Wołową Turnią. Masyw  "Mięguszy" robił wrażenie, to były góry dla  zaawansowanych, tych co "drapią się tam, gdzie ich  nie swędzi". Od masywnego Szczytu Mięguszowieckego Czarnego odchodząca Kazalnica Mięguszewiecka została  zdobyta latem  dopiero 1942 roku a zimą dopiero w 1957. A kultowa już ściana  zwana  Filar Kazalnicy  "padła" dopiero w 1962 roku, zdobyła go  czwórka  wspinaczy: Chrobak, Heinrich, Kurczab i Zdzitowiecki.

Szło im  się  dobrze, nie było "tabunów" turystów. Adela twierdziła, że gdy ostatni raz była tu  zimą to było znacznie  więcej  chętnych  niż teraz. Gdy tak wędrowali Emil powiedział - jak na osobę, która odżegnuje się od  wspinaczek to bardzo  dużo na temat gór i ludzi  z nimi związanych wiesz.  

No bo ja mam taki feler -jeżeli dokądś  jadę na dłużej niż jeden  dzień to staram  się poczytać o  tym miejscu. Tak było właśnie z Zakopanem. Przeczytałam  sporo książek o wspinaniu się, o górach  na  całym świecie i pewnie gdybym  była  normalna to nie poprzestałabym na czytaniu, tylko zajęła  się tym bardziej konkretnie, ale ja nie bardzo  wierzę we własne  możliwości fizyczne, więc poprzestałam  na  zachwycie osiągnięciami innych. Ja po prostu  nie mam predyspozycji  fizycznych,  mam słabą statykę  mięśni, znacznie  gorszą niż dynamikę  i  nie przepadam za umęczeniem  się fizycznym tak, że ledwo na oczy patrzę. I bardziej pociąga  mnie w facetach ich umysł niż siła fizyczna. 

Towarzystwo spoconych, brudnych, złachanych wspinaczy zupełnie mnie nie pociąga.  Gdy czytam o tym jak siedzą w wysokich górach w tych swoich  namiocikach i nawet wyjście za potrzebą fizjologiczną nie jest czymś oczywistym i normalnym, to zastanawiam  się kto tu jest normalny- ja  czy oni. Dziewczyny  z liną- bo i tych  nie brakuje- zawsze się zastanawiam czy one mają  wszystkie hormony  w porządku. Być może, że się mylę- ale w moim odczuciu  bycie wspinaczem to rodzaj ucieczki od  zwykłego życia. Tylko nie  wiem po jakie licho oni się żenią, płodzą  dzieci, nie rozumiem też tych  dziewczyn, że wiążą się z nimi. 

Tak na logikę -Tatry są maleńkie, złazi taki jeden  z drugim Tatry dość  wcześnie, no to trzeba jechać gdzie indziej- Dolomity, Alpy, Himalaje, Andy.  Fura  forsy na to potrzebna, to nie jest tani sprzęt- musi być dobry, a dobry znaczy drogi. I nie  da się pracować tydzień  za biurkiem a w piątek  wieczorem jechać  w góry prosto od  biurka. 

Znałam jednego, który wprawdzie się nie  wspinał, ale miał bzika  na punkcie nart i tenisa- zmarł na serce. Nie można cały tydzień siedzieć na  zadku a w weekendy letnie starać się być Nadalem a w zimowe super zjazdowcem. To się udaje przez krótki czas. I wiesz kogo mam na myśli.

Postanowili wpierw wyrównać poziom płynów  w  swych  organizmach i zacumowali w schronisku. Adela i Emil stwierdzili, że przejdą  się dookoła Morskiego Oka, a Helena i ojciec w tym czasie odpoczną i popilnują stolika, bo  obiad zjedzą  dziś w  schronisku.  Obejście jeziora dookoła zajęło młodym równo godzinę. Wypatrywali  w  jeziorze pstrągów i zastanawiali  się czy iść jeszcze po obiedzie nad Czarny Staw pod Rysami. No ale Adela stwierdziła, że właściwie to nie ma po co, skoro nie idą  na Rysy. A na Rysy  nie pójdą, bo w czerwcu chodzi się jeszcze  wariantem zimowym, potrzebne są raki. A tak ogólnie  rzecz ujmując to  aż tak ambitna to ona nie jest, żeby wchodzić na Rysy. A jeśli jej kiedyś odbije to na pewno wtedy poszłaby z wykwalifikowanym przewodnikiem. I zapewne wtedy musiałaby  zanocować  w Morskim  Oku, bo jak  się przeleci per pedes od  Palenicy  Białczańskiej pod Rysy to już nie będzie miała  siły by wchodzić na Rysy. 

Emil stwierdził, że w jego odczuciu Tatry w gruncie rzeczy  są  mało dostępne. Przecież gdyby im  się  zachciało pójść na Granaty,  czy  może jeszcze ambitniej na Orlą Perć czy też Świnicę to znów musieliby wlec  się na Halę Gąsienicową. A gdyby się im zamarzyło wejście na Świnicę od innej strony to musieliby wpierw  "upolować" miejsce w kolejce  linowej na Kasprowy i przewlec się granią przez  Beskid, Liliowe, przełęcz Świnicką, Świnicę, zejść potem  na Halę Gąsienicową przez Przełęcz Świnicką lub Liliowe i znów iść przez Boczań do Kuźnic. No właśnie- Adela aż klasnęła  w ręce- dobry jesteś- już załapałeś trochę tych gór!  Jedyna  pociecha, że tu, w porównaniu do Himalajów to są małe odległości.

Obiad im bardzo  smakował, po obiedzie  jeszcze napili się kawy i jak to określiła Adela wyruszyli w drogę  do  samochodu- po prostu Tatrzański Park  Narodowy  dba o to, by turystom nie odkładało się sadełko po obiedzie. Emil miał wielką ochotę by wziąć dorożkę, ale obydwie panie  gorąco  zaprotestowały mówiąc, że im końskie wyziewy po obiedzie  absolutnie nie odpowiadają. Po drodze  z pięć razy  musiała Adel  zapewniać  swego męża, że nic a nic nie boli   ją otarte miejsce na  małym palcu. Gdy dotarli na parking teść powiedział: no nie  wiem jak wy, ale ja to bym  mógł już  zjeść drugi obiad. Wszystko co zjadłem już wydatkowałem na tę przechadzkę.

W samochodzie teść przekonywał wszystkich, że stanowczo teraz  powinni udać się  do jakiejś restauracji na porządną obiado- kolację, ale obie  panie wyciszyły go mówiąc, że zrobią po prostu na kolację omlet z pieczarkami,  więc  na pewno nie pójdzie  spać  głodny.

W domu  Emilowi zamarzyło się, by obejrzeć obejrzeć "ten biedny  paluszek", ale na marzeniu  się skończyło, bo Adela stwierdziła, że teraz to ona  się zajmie   robieniem kolacji, więc  będzie  miło jeśli on pomoże jej  w tym zajęciu, a paluszek to obejrzy już po  kolacji, gdy Adela  będzie się kąpać. 

                                                                         c.d.n.


wtorek, 7 czerwca 2022

Trudny wybór - 38

 Trzy  dni opadów Adela  spędziła  głównie w pozycji  horyzontalnej, ograniczając do  minimum swą   aktywność. Bardzo  dużo spała, bardzo mało jadła. Emil dotrzymywał  jej  towarzystwa, też  sporo  spał i dużo  czytał. Helena i Piotr wychodzili  na krótkie  spacery a czasem spędzali czas przed telewizorem. Gdy  wreszcie przestało padać i pokazało się  słońce Adela  stwierdziła- "no to nie ma rady, trzeba iść w góry". Kto pójdzie  ze mną  do Strążyskiej? To taki  spacerek, w  sam raz  na rozruszanie  się po tym leżeniu odłogiem. Po raz pierwszy  będę w Strążyskiej nie  zimą a  latem. I po raz pierwszy  będę płaciła  za spacerek z widokiem Giewontu przed  nosem. 

Oczywiście  poszli wszyscy razem, jak na pierwszą połowę  czerwca to było nawet  sporo  osób. A że Dolina Strążyska krótka  jest, to jeszcze  poszli potem ścieżką Pod Reglami. Tak  im  się  dobrze szło, że doszli  niemal do Doliny Kościeliskiej i zawrócili.  Wiecie  co? właśnie odkryłam, że chodzenie  latem Pod  Reglami jest znacznie  fajniejsze niż  zimą- nie uciekają mi nogi  w różne  strony, no pełna kultura! -Adela  była pełna  entuzjazmu. To jutro możemy się wybrać do Doliny  Kościeliskiej albo do Chochołowskiej albo na Halę Gąsienicową. Tylko lojalnie uprzedzam - pod górę to ja  się  szalenie  wlokę.

Następnego  dnia pobudka  była już o 7 rano- nieduże  śniadanie, podjazd do  Kuźnic i wejście na szlak  przez  Boczań. Szli niespiesznie i bardzo  długo  byli na trasie  sami. Potem przemknęło koło  nich  kilka grupek młodych turystów, których  potem  "dogonili", gdy ci nieco zmęczeni kłusowaniem  w górę odpoczywali. A oni pomału,  bez przystawania,  niespiesznie  dotarli na  Halę  Gąsienicową. W  schronisku  zjedli  drugie śniadanie. Adela żałowała, że to  nie  pora  obiadowa,  bo wtedy byłyby zapewne  kopytka, ale "Murowańcowa" jajecznica też była dobra. 

Schronisko  Murowaniec,  jak  zwykle,  pełne było młodych  ludzi- nic  w tym  dziwnego,  bo z Hali Gąsienicowej jest  naprawdę  sporo dróg na okoliczne i  dalsze  szczyty.  Niektórzy  wyraźnie wybierali  się  na wspinaczki  z liną a Adela zastanawiała  się  ilu   z nich  przysporzy  bólu  głowy górskim  ratownikom.  Siedzący z prawej strony Adeli  młody  człowiek  trącił ją lekko łokciem i zagadnął: "a pani tak  sama idzie  w góry?" Adela spojrzała  się na  intruza i  z miną niewiniątka  odpowiedziała - nie  sama z mężem i rodzicami. A to przepraszam - młodzieniec był nieco speszony. Bo  wie pani, samemu niebezpiecznie jest  chodzić po górach. Siedzący po lewej  stronie Adeli  Emil poza jej plecami wyciągnął rękę i  poklepał chłopaka  po  ramieniu  mówiąc - "dobrze  kolego mówisz, ale nie przeszkadzaj  mojej żonie  w jedzeniu". Młody odsunął się szybciutko nieco  dalej od Adeli  i zajął się swoją  zupą mleczną.

Gdy wyszli ze schroniska Adela  zaczęła się  śmiać - chyba popsułeś temu  chłopakowi humor. No to pójdziemy teraz nad Czarny Staw Gąsienicowy a potem może jeszcze nad Zmarzły Staw. A może rodzice pospacerowali by sobie sami nad  obydwa Stawy, a my poszlibyśmy sobie na  Kościelec? To nie jest tak obłędnie  wysoko, jakieś dwa tysiące sto pięćdziesiąt osiem  metrów, czyli dla  nas do pokonania mniej  niż 700 metrów  w górę. A idąc  dziś  z Kuźnic zrobiliśmy  pięćset dwadzieścia metrów  w górę, bo Kuźnice są na wysokości tysiąca metrów nad poziomem morza. Różnica  głównie w kącie nachylenia, Boczań nie  był stromy, tu się niemal  z każdym krokiem  będzie  nabierało wysokości. 

Adela  wyciągnęła z tylnej  kieszeni  spodni kartkę i  zaczęła  czytać na głos:  nad Czarnym Stawem wybrać czarny  szlak na przełęcz Karb. Idziemy rumowiskiem, potem  kamiennymi  stopniami, teren urwisty. Wchodzimy  na   Mały  Kościelec, stąd  pięć  minut do przełęczy, nadal czarny szlak. Kamienne  schody  przechodzą w wąską ścieżkę. I-sza trudność- pokonanie wąskiego progu skalnego z pomocą rąk, brak ułatwień np. klamer lub  łańcuchów, wchodzimy na strome pochyłe skalne płyty (nie chodzić tam po deszczu i zimą), wygodny trawers. Dalej trudniej, duże skupisko kamieni, dochodzimy do skalnej ściany po głazach, blisko krawędzi. Kolejną ścianę pokonujemy wąską ścieżką,  przepaść blisko po prawej  stronie.  Ze szczytu oglądamy Orlą Perć, Świnicę, Kasprowy,  Giewont. Zejście  tą samą drogą. 1,5 godziny na szczyt. Jeszcze na nim nie byłam, bo zawsze byłam w Tatrach zimą. I głównie wygniatałam leżak na  Gubałówce albo wydeptywałam  dolinki  reglowe. I w związku z tym, może ze mną iść albo Emil albo ciocia, bo mają dobre buty. Tatko ma adidasy, więc przez te  dwa odcinki sprawa odpada. No i co wy na to?

Emil wpatrywał się w Adelę jakby ją pierwszy raz zobaczył na oczy, a właściwie  więcej  było w tym badawczym spojrzeniu  podejrzliwości, że jego ukochana żona nieco "odleciała" od  rzeczywistości. 

No co tak milczycie?  Dziwiła  się Adela. Jesteśmy przecież   w górach. Nie wiem czy będzie nam się chciało drugi raz dreptać na Halę Gąsienicową. Co prawda  znam takich, którzy niemal  codziennie tu bywali, bo zdobywali Granaty, robili wspinaczkę z liną na Fajki, przedreptali całą Orlą Perć ( w tym 3 Granaty), szli przez Świstówkę i Opalone do Morskiego Oka, a od Kuźnic do Murowańca szli tylko godzinę. Ja  aż tak ambitna to nie jestem. Nawet nad Granatami  się mało zastanawiam,  bo wiem od  "wtajemniczonych", że tam jest jedno  miejsce trudne do pokonania  dla osób z niedomogą  wzrostu . Bo wąska ścieżka  nagle kończy się stopniem o wysokości 95 centymetrów i niskie osoby  mają naprawdę  spory problem z pokonaniem go. 

Piotr wybuchnął śmiechem- no właśnie, zauważyłem, że mam mało ambitną  synową, która  z powodu  braku ambicji  jest magistrem prawa i  rzecznikiem patentowym. Porażający  jest ten twój  brak ambicji,  córeczko!

No dobrze, to ja pójdę  tobą na Kościelec- stwierdził Emil. A rodzice  zaczekają na nas  albo tu albo będą w Murowańcu. A chodziłeś już  kiedyś po górach? - zapytała  Helena. Nie, ale kiedyś trzeba  zacząć, stwierdził Emil. 

Maleństwo,  a co masz  w plecaku? Picie i kurtkę od deszczu, rękawiczki, czapkę, czekoladę -  lekki jest. To włóż to do mojego plecaka, a swój zostaw. Jeden plecak nam wystarczy. Gdy pakował zawartość plecaka  Adeli do swojego zdziwił się bardzo, że on też ma  w nim czekoladę, swoje rękawiczki i czapkę, której nigdy dotąd nie widział. A co to za czapka? Twoja, kupiłam ją specjalnie na wyjazdy - idąc w góry  trzeba  mieć zawsze  coś od  deszczu , rękawiczki i czapkę, bo góry są jeszcze bardziej pogodowo  niestabilne  niż psychika  kobieca. Zapomniałam ci o tym powiedzieć, przepraszam. A ta  czapka jest cienka, ale z wełny kaszmirowej, głowa się w niej  nie poci. A że są w tym  samym kolorze, to moja ma na czubku maluteńki pomponik, z innej  kolorem  włóczki, wielkości pięciu groszy. Kupiłam je od Aliny, przywiozła je kiedyś z Włoch, gdy już nie  byłam z Kamilem. Ciut się przeleżały w  mojej szafie. A wtedy Alina stwierdziła - no i fajnie, będziesz  miała na prezent dla kogoś, kto będzie  tego  wart. W ostatniej chwili  przed  wyjazdem przypomniałam sobie o tych  czapkach. A czekoladę to nam Helena dziś przyniosła. Pewnie  kupili  w tej pijalni czekolady.  Rękawiczki  się nam przydadzą, bo trzeba  będzie  sobie  tu pomóc trochę rękami na tych ściankach. Oooo, skoro tu jest pijalnia czekolady to musimy  się koniecznie tam  wybrać. No to chodź Maleństwo, idziemy tym czarnym szlakiem na tę jakąś przełęcz. Idź przede mną, wtedy  mi będzie łatwiej dostosować swoje  tempo do twojego. A co to jest właściwie "rumowisko" w nomenklaturze  wysokogórskiej? No po prostu różnego rodzaju ukruszone kamienie po zimowych lawinkach, pozostawione tak  jak upadły,  nie porządkowane w ścieżkę przez TOPR. W końcu i  kamienie kruszeją narażone jak rok  długi na zmienne warunki  atmosferyczne. 

Szło im  się  całkiem dobrze, chociaż  chwilami jak na gust Adeli było mało wygodne dreptanie po rumowisku. W półtorej godziny doczłapali się na  szczyt i  zapewne tylko dlatego, że to był dopiero początek sezonu byli jak na razie jedynymi turystami. I bardzo  dobrze, bo szczyt Kościelca jest mały, miejsca na nim góra dla pięciu osób. Oboje stali trwając w zachwycie. Adela zrobiła kilka zdjęć komórką, a Emil żałował, że nie  wziął ze sobą aparatu.

W drodze powrotnej Adela opowiedziała  nieco o Kościelcu. Jak niemal  wszystkie góry miał Kościelec na sumieniu ofiary. Jedną  z  nich był Mieczysław Karłowicz, kompozytor i dyrygent, autor powiedzenia "szanujcie  ciszę i majestat gór!", wielki propagator zimowej turystyki górskiej,  współzałożyciel Tatrzańskiego Ochotniczego  Pogotowia  Ratunkowego. Jak na ironię pierwszą akcją tegoż TOPR było odnalezienie ciała  Karłowicza zasypanego lawiną śnieżną, która zeszła z Kościelca. I jak po każdej takiej katastrofie wszyscy spekulowali czemu tak  się  stało - jedna z teorii mówiła o tym, że Karłowicz miał do nart umocowane  kawałki foczego futra by móc bez trudu  podchodzić w nich pod niewielkie  wzniesienia i po prostu  przez to nie mógł wykorzystać ich poślizgu i nie  zdołał uciec przed lawiną.A był znakomitym narciarzem.

Druga  znaną postacią był Jan Długosz, doświadczony alpinista, ratownik  TOPR, pisarz, który  podczas rutynowej kontroli Grani Kościelców, na Zadnim Kościelcu odpadł od ściany. A wcale  nie była to trudna wspinaczka ale o  wysokiej  ekspozycji i część społeczności taterników i  alpinistów podejrzewała, że Długosz po prostu  popełnił samobójstwo. Nie wiadomo jak to było, nie mniej teraz nie ma wytyczonej  drogi na Zadni  Kościelec, ale jeśli ktoś się uprze to musi   zgłosić w Murowańcu , że ma zamiar zdobyć ten  szczyt i wpisać  się do książki wyjść taternickich. A Długosz był naprawdę bardzo zdolnym  alpinistą, zrobił wiele pierwszych wejść nie tylko w Polsce ale i w Alpach. Gdy zginął miał zaledwie 33 lata.

A ty  Maleństwo masz jakieś ciągoty do wspinania  się? Adela odpowiedziała pytaniem- a czy ja wyglądam na osobę co ma świra i uwielbia ryzyko plus naprawdę spory wysiłek  fizyczny?  Lubię góry bo są malownicze, ten  spacerek na Kościelec starczy mi do końca naszego pobytu. Poza tym znacznie  lepiej się  czuję nad morzem, najlepiej  ciepłym i mocząc  się  w ciepłej  wodzie lub siedząc pod parasolem z zimnym piciem w  szklance. Na resztę pobytu przewiduję Dolinę Kościeliską z przejściem  na Ornak przez Iwaniacką przełęcz i dolinki reglowe. I może nawet Dolinę Chochołowską. Nawet nie chce mi  się wjechać na  Kasprowy. Możemy wjechać na Gubałówkę, bo  widokowo jest w porządku. Ale chciałabym przyjechać z tobą w końcu lutego lub w marcu do Zakopanego i pokazać  ci jak bardzo jest kolorowa  zima. 

Ale powiedz  mi , kochany, jak ci się podobała  ta  wycieczka?   No trochę się denerwowałem gdy szłaś przede mną i uświadomiłem sobie, że tak blisko jest ta ścieżka  przepaści. Ale widziałem, że idziesz jakoś tak bez żadnego  wahania, pomyślałem wręcz, że już tu byłaś. Nie byłam, ale nie jestem zbyt wrażliwa na ekspozycję,  wszak myłam okna na trzecim piętrze. I, jak  widać, nie  wypadłam. Nie mam lęku wysokości, ale bardzo uważam jak stawiam nogi, patrzę się ciągle na podłoże. Trochę mi to rumowisko tu nie pasowało.  Dobrze, że mam wibramy, bo chronią  kostki i dobrze przylegają  do  podłoża. A najfajniejsze to  było to, że cały czas  byliśmy na tej  drodze w obie  strony  sami, bo ścieżka naprawdę wąziutka i naprawdę trudno byłoby się z kimś wyminąć.

Rodziców "upolowali"  niedaleko Murowańca. Zjedli w  schronisku gorący krupnik i wyruszyli w  drogę powrotną  do Kuźnic. W samochodzie wspomogli się jeszcze czekoladą. A Emil, wsiadając do samochodu powiedział - ciągle  mnie to moje  Maleństwo zaskakuje. Szła tak, jakby od  dziecka chodziła po górach.

To dobrze  synu, to dobrze, nie będziesz szukał wrażeń po bokach - stwierdził Piotr. W kwadrans  później  już parkowali koło domu.

                                                             c.d.n.