niedziela, 5 lutego 2023

Lek na wszystko? - 51

 Wygłupiasz się - stwierdziła Teresa. Nie wygłupiam! Staniemy  na parkingu po drodze, to wtedy wyjmę wszystko z bagażnika  i poczytasz  sobie, że ja nie  żartuję. Słyszałem coś o tych nagrodach-stypendiach od ministerstwa,  ale w to nie  wierzyłem. Najbardziej mnie ubawiła ta kupka pieniędzy. O tym, że to będzie 20 tysięcy to już wiedziałem - rozśmieszyło mnie to, że  kilkuletni wysiłek  wyceniono na  taką  kwotę i że dają do ręki, a nie na przykład czek do realizacji w  banku. No ale  to komuś  się widocznie  wydało chwytem propagandowym. Jeszcze bardziej mnie zdziwiła ta  nagroda, bo mnie jakiś czas w  kraju nie było, a gdy to wszystko robiłem to nikt mi nic nie ułatwiał, o wszystko toczyłem  boje. Tak to wszystko wyglądało jakbym to wszystko wymyślał dla siebie,  a póki co samolotów nie  produkuję i ich  nie sprzedaję. Jedno co jest pewne - nie odejdę teraz z Instytutu, muszę tu te  trzy lata posiedzieć. No i tym sposobem tu będę robił doktorat. To już teraz  wiem dlaczego "stary" tak pochwalał mój plan. Będzie  Instytut  miał doktoranta, to zawsze ponoć podnosi prestiż placówki. No i co ty kochanie  na to? 

Cieszę się, bo wygląda na to, że teraz będziesz bardziej  zadowolony z  faktu, że pracujesz  w Instytucie. A dodatkowo, to się  cieszę, że nie  musieliśmy być na tej uroczystości. Widziałam po twojej minie, że nie  czujesz  się w tym  miejscu dobrze. Miło ze strony twego "szefa", że  nie  musieliśmy zostać na tej uroczystości.

A ja się cieszę, że szef cię poznał. Widział Ankę ze trzy razy i po ostatnim moim  tu Sylwestrze miałem  z nim rozmowę - niezbyt miłą, ale ja już wtedy  byłem w trakcie rozwodu. Szef mi wtedy powiedział, że choć nie jest  zwolennikiem rozwodów to w tym wypadku wręcz cieszy  się, że wreszcie przejrzałem na oczy i się rozwodzę i że nie może się nadziwić, że się z Anką ożeniłem. Dość brutalnie  mi wtedy powiedział kim jest  w jego mniemaniu Anka. A ja  mu powiedziałem dlaczego się z nią ożeniłem. Podejrzewam, że sobie z kumplami od  kieliszka nieźle pohulała.  Wiem, mogłem tu dziś przyjechać  sam, ale chciałem by wiedział i  zobaczył, że normalna, mądra i kulturalna kobieta zgodziła  się być moją żoną i mieć ze mną dziecko. Jestem  dumny z tego  powodu, że jesteś moją  żoną.

Zik, kocham cię, wiem jaki jesteś i według mnie postąpiłeś  wobec Anki jak dżentelmen. Szkoda  tylko, że twój ojciec wtedy głupio ci doradził, ale on zapewne  nic  nie  wiedział o Ance. I choć byliście już pełnoletni powinien był z nią i jej rodzicami porozmawiać i powiedzieć, że uznasz  dziecko jeśli się okaże po badaniach genetycznych, że jest twoim produktem.  Nie  wykluczam, że jestem podejrzliwą babą, ale nie  wiem dlaczego nie wydało ci się dziwne, że zaszła przy prawidłowo stosowanej barierze "anty" i że "poroniła" akurat wtedy gdy ty byłeś na Targach i ze szpitala wyszła po  jednym  dniu. Wyjątkowo dziwny zbieg okoliczności. Niemal jak tłumaczenia Robercika, że on to tylko  tak tylko do fotografii pozował.

Nie  da się ukryć, że i twoje i  moje pierwsze małżeństwo  było wynikiem naszej  niedojrzałości emocjonalnej, może też pokłosiem  głoszonych przez  rodziców ideałów. Oboje  dostaliśmy bolesną  lekcję. Ale najważniejsze, że jesteśmy razem, że się  w tym całym galimatiasie  odnaleźliśmy. Reszta się nie liczy. Nie stawajmy na parkingu, jedźmy  już do  domu. Może tylko wstąpimy po drodze do cukierni, trzeba  jakoś uczcić ten sukces. W domu poczytam ten dyplom i to pismo z ministerstwa.No, nasi to będą  zdziwieni, gdy tak  wcześnie wrócimy. Ja stawiałam, że wrócimy  najwcześniej  około siódmej  wieczorem.

Zrobiło mi się trochę smutno, gdy twój szef opowiadał o tym, że właściwie małżeństwo  mu się sypnęło. Ciekawe czy pani sekretarka ugra z nim  coś, skoro szef powiedział, że ona  nie jest w jego typie jako kobieta. A żona szefa była  ładna? Bo ja  wiem?- w głosie Kazika było słychać dużo wątpliwości. Była bardzo sympatyczna, dość pulchna blondynka, mówiąca do męża per  skarbie. Ale nie  miałem  bladego pojęcia, że była od  niego 15 lat młodsza,  nie  wyglądała na młodszą od niego, a już w  żadnym  wypadku na młodszą o piętnaście lat. 

Skoro mówisz, że była pulchna to może warstewka tłuszczyku dodawała jej optycznie lat - stwierdziła Teresa. Przecież nie  wszystkie  młode kobiety są bardzo  szczupłe i  wiotkie. Pamiętam, że w podstawówce to były ze dwie takie bardziej pulchne a w liceum w mojej klasie jedna. Ona to była wręcz ogromna, wszystkiego miała  w nadmiarze - i wzrostu i objętości. Ale  była  całkiem  równa  z niej  dziewczyna i nie  mizdrzyła  się do chłopaków, którzy do nas przychodzili z męskiego liceum na  szkolne zabawy. Nie lubiłam tych  zabaw i byłam  tylko na jednej. Ci chłopcy z Reytana byli jacyś z lekka porąbani.   

Kazik zaśmiał  się -Krystian chodził do Reytana i zapewne dlatego skończył prawo, bo tam co drugi szedł studiować  prawo, ale często po pierwszym roku zmieniali kierunek. A on twardo ukończył. On bardzo pasuje do tego zawodu, wygadany  jak licho. I wszystko ma u niego bardzo  wiele aspektów. Ojciec kiedyś powiedział, że według Krisa to kij ma cztery a nie  dwa  końce. I, tak z ręką na  sercu, to nie  wiem jak on się dogaduje z Aliną, bo według jej filozofii to kij ma tylko jeden koniec - ten do bicia, a ten  drugi to uchwyt. A przy tym  wszystkim to ona jest bardzo uczynna, chętnie innym pomaga, naszego tatę na  spacery wyprowadzała. 

No wyprowadzała, bo z własnym ojcem  to się nie  za bardzo dogadywała, a z tatą to się nawet  niemowa  dogada - stwierdziła Teresa. Sam widzisz jak tata zawsze  wie co zrobić żeby  mały był cały w skowronkach. I wiesz , jesteś naprawdę  cudownym facetem, że zgodziłeś  się by tata z nami mieszkał. Zauważyłeś  chyba jak bardzo mu się poprawiło zdrowie odkąd z nami jest stale. Jakiś cud się  zrobił- lepiej  widzi,  lepiej  słyszy, jakiś taki dziarski się  zrobił. Ostatnio uśmiałam  się, bo siedział z małym na loggii i cały czas mu opowiadał co widać. W pewnej chwili  słyszę: "o i pani sąsiadka z psem idzie ale mam nadzieję, że nie do nas. Mam nadzieję, że nie zna numeru  mieszkania." A po chwili : "przepraszam  cię Aleczku, pomyliłem  się, to inna pani szła, tylko piesek był podobny". Myślałam, że się rozpadnę ze śmiechu.

Gdy już dojechali  do Warszawy i odwiedzili ulubioną cukiernię zakupując  w niej całkiem spore pudełko różnych ciastek, Kazik zatelefonował do brata i poinformował go, że będą   w domu najdalej za 15 minut, a na pytanie Krisa co tak wcześnie wrócili odpowiedział - no cóż, nie podobało się nam, więc wyszliśmy wcześniej. A co u was? Och, wszystko jest w porządku, Alkowi jeden ząb już wyszedł, a drugi pewnie  wyjdzie jutro, bo prześwituje. No to fajnie, kupiliśmy właśnie ciacha, były jeszcze  twoje ulubione  "sokoły". Oj to super, przyjeżdżajcie szybko. W 17 minut  później wchodzili już do mieszkania. W windzie Kazik powiedział - tę gotówkę to ja mam zamiar rozdzielić na cztery części -  dla taty, Krisa, Aliny i Ciebie. Jeżeli mamy w domu koperty, to  zrobię to jeszcze  dziś. Ale....zaczęła Teresa- nie ma żadnych "ale" tak to sobie umyśliłem. Ja będę miał tę drugą pensję. Ale o niej to powiemy tylko tacie.  A może będzie lepiej dać im to na Mikołaja albo pod choinkę?- zaproponowała Teresa. No to może na Mikołaja, ale tak naprawdę to mam ochotę dziś się tym podzielić. No to zrobisz jak  zechcesz - stwierdziła.To przecież twoja forsa. Nasza, nasza- nie tylko moja- sprostował Kazik. Wszystko kochanie  mamy wspólne. No ale może masz rację, że będzie zabawniej, gdy dostaną w tym  roku zamiast prezentów rzeczowych gotówkę na  Mikołaja lub pod  choinkę. Odpadnie  nam czaszkowanie co komu kupić. No to w takim razie damy im to na  Mikołaja i zarządzimy, że w tym  roku nie robimy prezentów pod  choinkę. Zgadzasz się?- zapytał Kazik. No pewnie, że  się zgadzam. Zgadzam  się ze wszystkim co zarządzisz, bo ja tu tylko sprzątam - powiedziała  ze śmiechem.

Główną atrakcją dnia  było oglądanie pierwszego ząbka. No to ja jestem cała w nerwach jak to będzie z tym karmieniem piersią - zastanawiała  się na głos Teresa. Jeśli mnie dziabnie tym zębem to chyba mu dam klapa. Nie mam pojęcia jak można karmić piersią dziecko, które już ma zęby. Chyba jednak przejdę już tylko na karmienie butelką, najwyżej będzie dostawał więcej picia. Zresztą ja mam coraz mniej pokarmu - mówiła  do Kazika. Zadzwonię do poradni laktacyjnej i posłucham  co oni powiedzą. Mogę też przed porą karmienia ściągnąć pokarm i dać mu z butelki. Zobaczę jak to będzie dziś wieczorem. 

Tej  soboty zamiast lunchu z prawdziwego zdarzenia dorośli objadali się ciastkami. Kris nieomal piał z zachwytu nad mądrością swego bratanka, który cały dzień był grzeczny, a na dodatek miał już całkiem dobrze widoczny pierwszy ząbek. I wcale nie marudził z okazji wykluwania się ząbka. I gdyby mu nie  dali  skórki z chleba to pewnie by nie  zauważyli tego zęba, bo gdy mały zagryzł z  całej siły skórkę to zauważyli na  niej ślady krwi. Tata ich uspokajał, że to przecież normalne,  że to nic groźnego, że nawet go to nie bolało, skoro nie  płakał, ale Kris i Alina  byli wystraszeni. No to sobie oboje zapamiętajcie ten fakt, żebyście nie dostali oboje zawału gdy wasze  dziecko zacznie ząbkować - powiedziała  Alina. 

Ponieważ wszyscy wypytywali się o "imprezę" Kazik opowiedział tylko smętną historię swego szefa oraz nadał "otwartym tekstem" że zupełnie nie  czuł jakiejkolwiek  więzi z tym miejscem, w którym przecież  przez jakiś  czas często bywał, że nie  miał ochoty spotkać się z którymkolwiek  z dawnych kolegów, że nie czuje już pociągu do latania i w związku z tym odebrał nagrodę, odznaczenia, dyplomy itd i poprosił szefa by  zwolnił go z obowiązku odbierania tego wszystkiego osobiście na oczach widzów, a  szef, z którym  zawsze miał dobre układy zgodził się -bo go rozumiał.  Powiedział też, że zaprosił szefa by koniecznie  do nich wpadł gdy będzie  w Warszawie, a poza  tym to jest wielce prawdopodobne, że  szef będzie w  związku ze swoją sytuacją rodzinną potrzebować porady prawnej i wtedy zapewne zwróci się do Krisa. Oczywiście wie, że Kris nie zajmuje się rozwodami, ale on  ma  jakieś zawirowania z prawami własności i chciałby to wszystko powyjaśniać z prawnikiem. No a jak Kazik zna  szefa, to on na pewno ma wszystkie papiery w jednym miejscu i  zapewne będzie miał zrobioną listę pytań do  Krisa. Bo to jest wielce "uporządkowany" człowiek - zapewnił Krisa  Kazik.

No patrzcie państwo - wydziwiał Kris- przestał lubić latanie! Myślałem, że przyjedziesz i będziesz  się cały czas zachwycał nowym lotniskiem, marzył o jakimś locie, lub wręcz skorzystasz z okazji i  sobie polatasz. Kazik wzruszył ramionami - człowiek się po prostu zmienia i zmieniają  się jego upodobania. Ty kiedyś uwielbiałeś cukierki miętowe  i albo żarłeś wciąż miętówki albo żułeś  gumę o smaku miętowym a teraz to już zapach mięty ci przeszkadza i  nie zajadasz  się miętówkami.  Miałeś kiedyś świra na punkcie kwiatków doniczkowych i co? jakoś  nie widać u was w  mieszkaniu kwiatów doniczkowych.

Mnie nadal interesują nowe konstrukcje samolotów - wchodzą nowe materiały, można  więcej  rzeczy przebadać. Nie odchodzę od  konstrukcji, po prostu już mnie nie bawi prowadzenie samolotu- mam licencję pilota , gdybym musiał to bym poleciał, ale już nie mam z tej okazji frajdy. Dostatecznie  dużo adrenaliny mam często w zatłoczonej Warszawie w godzinach  szczytu. Mam żonę, mam dziecko, które przecież  musimy wychować. Nigdy nie  chciałem zostać zawodowym pilotem,  latanie to była dla mnie rozrywka. Robiłem uprawnienia, bo musiałem wiedzieć "namacalnie" o pewnych niuansach w trakcie  lotu- to trzeba  poznać  doświadczalnie a nie tylko z opowieści tych, którzy siedzieli za sterami. Miałem kolegę, który był "oblatywaczem". W pewnym  momencie stwierdził, że już musi przestać, bo zaczyna go ta praca męczyć. Ale ktoś, z kim latał na  zmianę nie przyszedł bo zachorował i on poleciał, tak trochę na przekór sobie. Żyje, ale jest wrakiem człowieka bo samolot się rozbił a on marzy by wreszcie umrzeć. Więc ja nie latam, bo nie jestem przekonany o celowości dla  mnie takiej rozrywki. Dla mnie rozrywką jest teraz zabawa z Aleksem, obserwowanie jak się rozwija i  zmienia.Najmilszym zajęciem - bycie  razem z Tesią i Małym. Najlepszym wypoczynkiem -bycie  z wami wszystkimi pod jednym dachem.

                                                                             c.d.n.

Lek na wszystko? - 50

 Po kilku godzinach narad i namysłu Teresa stwierdziła, że właściwie niczego nie musi kupować. Przymierzyła swój "garnitur" czyli uszyty na  miarę komplet z wełny - spodnie i żakiet. Gdy przymierzyła,  to Kazik wpadł w zachwyt i wielkie zdziwienie, że jeszcze  ani razu jej w tym nie widział. A czemu ty tego nigdy nie nosisz?- dopytywał się. Wyglądasz w tym super. No bo nie mam właściwie  gdzie tego nosić - to taki bardzo oficjalny strój. A poza tym to muszę do żakietu kupić guziki,  bo mi jeden odleciał i za nic  w świecie nie mogę znaleźć zapasowych, a dałabym sobie głowę uciąć , że miałam. To są normalne  skutki przeprowadzek. Muszę tylko kupić nowe guziki i może kupię takie  bardziej ozdobne, żeby nie był to taki bardzo oficjalny, biurowy  ubiór. Albo kupię masę fimo i  sama sobie zrobię. A pod  spód założę  półgolf, jasny, niebieski. On jest "śliski", więc  się będzie na  nim żakiet dobrze układał. Zresztą  był z myślą o tym garniturku kupiony. I wezmę krótkie  botki, bo są wygodniejsze i cieplejsze. I nie  wezmę tureckiego kożuszka bo mi kłaki z niego oblepią garniturek. Mam ładną kurtkę futrzaną z królika farbowanego na  czarno. Sięga mi tak z 10 centymetrów nad  kolana. I bardzo ją lubię, a jeszcze jej po ślubie  nie nosiłam, po prostu o niej zapomniałam no i nie  zapięłabym się w niej gdy byłam w ciąży. 

A ty, kochany, w czym pojedziesz? No nie wiem, musisz  mi doradzić.  Będziesz  wyglądała  szałowo, więc nie mogę  pojechać w byle czym. Garniturów  ci u  mnie  dostatek.  Tylko ja  nie lubię garniturów. Wolałbym  grube  dżinsy i ciepły  sweter na  ładną koszulę. Po prostu niefart, że to jednak zima. Mam taki granatowy, w kratkę z cienkich nitek o ton jaśniejszych. Made in Germany. No i wezmę cieplejszy płaszcz, też niemiecki.  I założę niebieską koszulę. Czapkę wezmę z opuszczanymi w  razie  wiatru nausznikami- bardzo nie  lubię gdy  mi coś  wieje w uszy.

Wieczorem przyszedł Kris i powiedział, że on tak sobie poustawia sprawy na dzień ich  nieobecności, że będzie mógł być cały dzień z tatą i Aleksem, zwłaszcza, że to będzie  sobota, więc nie będzie miał na ten dzień umówionych klientów. A jakieś notatki to przecież i u  nich może sobie  robić. No i Alina też pewnie będzie, ma tylko przed południem zamówione strzyżenie u  fryzjera. Prosił by Teresa tylko napisała co ma  mały zjeść i ile.  Kazik stwierdził, że on umówił się, że zjadą do Modlina około 12,00, o godz. 14,00 ma być ta uroczystość i on planuje, że najpóźniej w pół godziny po  jej zakończeniu ruszą z powrotem do Warszawy. Więc najpóźniej powinni być w domu około godz. 19,00, może 19,30. Teresa z kolei  powiedziała, że ona wszystko dla  małego przygotuje, poporcjuje i opatrzy kartką o której to  dziecku zaserwować. Wystarczy to wtedy wstawić na moment do mikrofalówki. Poza tym niech piszą sms-y, w razie  czego.

Tata się  trochę  z nich podśmiewał, bo w dzień imprezy oboje  mieli tak smętny nastrój, jakby  się wybierali na pogrzeb a nie na miłą  w końcu imprezę. Aleks został przez oboje  wyściskany i  wycałowany, w lodówce  stał cały zestaw różnej wielkości pojemników z karteczkami i szczegółowymi opisami. 

Wy to chyba  macie nas  za nieco  niedorozwiniętych umysłowo - stwierdził tata. Wyjeżdżacie raptem na kilka  godzin a przygotowaliście  dla  małego tyle  jedzenia,  jakby do wyżywienia  była trójka  dzieci a nie jeden Aleks. Zadzwońcie  koniecznie  gdy już dojedziecie na  miejsce. 

Do przejechania  mieli około 40 kilometrów,  ruchu  dużego na  drodze nie  było, nie  było też złych warunków  atmosferycznych, czyli  jak na  razie  prognoza   "meteoludkow" się  sprawdzała. Dobrze, że nie ma   ani śniegu ani  deszczu - cieszył się Kazik.  Wiesz, czuję  się tak  samo jak  wtedy, gdy pierwszy raz jechałem  do pracy gdy wróciłaś  z Aleksem  ze szpitala.  Cały czas się zastanawiałem jak  sobie  sama dasz radę, chociaż tak naprawdę nie  byłaś  sama, bo był z tobą tata.

A nie cieszysz  się na  spotkanie z różnymi  swoimi kolegami? Kazik  skrzywił  się-  nie mam pojęcia kto będzie. Wiesz- czas płynie, wszystko i  wszyscy  się zmieniają. Tak  w ogóle to jestem zdumiony tą nagrodą, bo nie  bardzo wiem czym  sobie  na  nią  zarobiłem. Nie  mniej jest kilku facetów z którymi  chętnie  się zobaczę. No i pochwalę się tobą. Tak ogromnie  się różnisz od  Anki, która była tu ze mną raz na Sylwestrze, że  chyba im  szczęki powypadają. Nim sama padła zapita w trupa wykończyła ze trzech, którym  się  wydawało, że mogą  dużo wypić. I ona  miała tu kumpli, nie ja. Ja się  nie nadaję do takiego towarzystwa, które każdy stres odreagowuje alkoholem. Nie rozumiem tego.

A nie  ciągnie  cię do latania?  Nie. Wystarcza mi prowadzenie  samochodu po Warszawie w godzinach szczytu. Gdy byłem jeszcze  w liceum to mnie to szalenie pociągało. I pierwszy lot szybowcem. Ale potem to jest tak jak z prowadzeniem  samochodu - "naumiesz  się" i tyle. A teraz to już nie mam ochoty na latanie. Nie marzy  mi się latanie z turystami na pokładzie. Marzy  mi się natomiast, żebyśmy razem pojeździli po Europie, jest sporo pięknych miejsc do odwiedzenia. Moglibyśmy pojechać do Włoch lub do Francji, a wcześniej pokręcić się chociażby po Niemczech. Oczywiście  mam na myśli  jeżdżenie  nie autostradami, tylko różnymi krajowymi szosami, żeby  zobaczyć , zwiedzić różne  miejsca. Jak nam  Aleks nieco podrośnie to sobie z nim pojeździmy.

"Impreza" była nie  tyle w samym Modlinie, ale w okolicy, w jednostce. Na bramie już czekała na nich przepustka i jakiś umundurowany  młodziak się nimi zaopiekował i zaprowadził "do  szefa". Szef wyściskał Kazika, szarmancko powitał Teresę, ucieszył się  z faktu, że Kazik ma  syna, przepytał czy  może mają ochotę się "przelecieć", a Teresa stwierdziła, że ona to raczej  z tych chodzących  po ziemi i co najwyżej  poruszających się samochodami. Chodźcie w takim razie trochę na  spacerek, przewietrzymy  się. Dawno tu  nie byłeś, zmieniło się tu trochę. Wyszli z budynku i gdy odeszli kawałek szef powiedział- tu wszędzie ściany mają uszy. Jak się chce  szczerze pogadać to najzdrowiej wyjść na  spacerek i ważne  rzeczy mówić ze spuszczoną  w dół głową.  A drzewa też podsłuchują? - zdziwiła  się Teresa.  Nie , one podglądają a specjalista od ruchu ust rozszyfruje o  czym się mówiło.  Opowiedz mi Kazik coś o  swoim synku  - chodzi już? Ile on ma lat?  Niedługo skończy  rok, ale sam jeszcze  nie chodzi, stoi w kojcu i raz na jakiś czas trzymając  się kojca kuca i wstaje, czasem jedną nóżkę odstawia. Oooo, to on lada moment zacznie  chodzić, wpierw trzymając się kojca. Szalenie słodkie są takie maluchy. On teraz to sobie ćwiczy i wzmacnia  mięśnie nóg. I nie pomagajcie mu czasem prowadząc za rączki- jak mu się mięśnie wzmocnią to sam ruszy w drogę. Dobrze, że go trzymacie  w kojcu. I żadnych "chodzików" nie dawajcie dziecku. Bardzo, bardzo się cieszę, że cię widzę. Gdy ostatni raz  się widzieliśmy wyglądałeś mocno nieszczególnie. Byłeś po rozwodzie - to był najlepszy wtedy krok w twoim życiu. A potem ponoć wyjechałeś z kraju.  Tak, pracowałem w Niemczech. Pozbierałem  się jakoś w  całość, poznałem bardzo fajnych ludzi, nawiązałem nowe przyjaźnie. I tam poznałeś żonę?  Nie, my się znamy od  bardzo wielu lat, była  żoną mego kolegi. Wpierw mnie się sypnęło małżeństwo, a  potem jej. A pani pracuje? - spytał Teresę- nie, jestem na bezpłatnym trzyletnim urlopie wychowawczym. Nawet gdybym pracowała  i nie  miała dziecka to i tak bym  musiała szukać pracy, bo pracowałam w CHZ. Po tym wychowawczym  będę  musiała szukać pracy. Nie jestem jedyna w takiej  sytuacji - transformacja systemowa nie jest łatwa i wszyscy ponosimy jej koszty. Ale przynajmniej dziecko będzie zadbane i mąż - stwierdziła Teresa. Nooo, Kazik to wygląda kwitnąco, co nie  znaczy, że się roztył. Ale wygląda na  faceta  zadowolonego z życia.

Jak się pani skończy urlop i będzie  pani szukała pracy to wtedy nie  zapomnijcie o mnie - ma się jeszcze trochę znajomych  w różnych  resortach. W wojskowości nie jest  źle, choć znacznie  gorzej niż kiedyś. Ale zatrudniamy całkiem sporo cywilnych pracowników. I niekoniecznie  są to żony i córki wojskowych.

Szefie, a co to za nagroda, bo ja naprawdę nie mogę się dokapować  za co - spytał Kazik. Nooo, za - no po prostu za  całokształt - byłeś i nadal jesteś dobrym konstruktorem lotniczym. Podobno doktorat zaczynasz- to prawda  czy plotka?  Prawda- chcę zrobić doktorat i przenieść się na  Politechnikę, bo jak na  razie to zawodowo tu  durnieję. Ale płacą, więc nie  narzekam. I słusznie - pochwalił szef.  A macie zdjęcie swego synka?  Ja mam i to nie jedno - od pierwszych godzin jego życia do teraz - pochwalił się Kazik. To chodźcie, wrócimy, bo chyba coraz  zimniej  się robi. Pani nie  zmarzła? Nie, jestem ciepło ubrana.  Obejrzę  sobie zdjęcia  waszego maluszka. A do kogo podobny? Aleks? - do nikogo, do siebie-  powiedziała  Teresa.  Jest jeszcze  za mały by określić czy podobny do Kazika czy do mnie. 

A czy twój  brat  Kaziu już jest adwokatem? O tak, zapracowany jest  po uszy. Ale  dziś został u nas by pomóc w opiece nad Aleksandrem. A pan ma jakiś problem z dziedziny prawa?  Jeśli nawet nie on sam by się zajął to ma  mnóstwo kolegów, którzy pomogą. Tesię nie on rozwodził,  a jego kolega. Bo on niezbyt chętnie  się zajmuje  rozwodami. Gdy będzie pan potrzebował prawnika to wtedy panów  skontaktuję. Nie  ma problemu.  A on już żonaty?  Tak i nawet spodziewają się na przełomie marca i kwietnia dziecka.  A żeby  było zabawniej, to jego żona jest przyjaciółką i to wieloletnią - mojej żony.  I teraz oboje czerpią od nas wiedzę o wychowie niemowląt.

Gdy wrócili sekretarka zrobiła kawę, do której były wyraźnie domowe ciasteczka. Szef spojrzał na  nie i powiedział - ona  mi  się wyraźnie podlizuje. Kazałem by kupiła w cukierni, to jak widać sama upiekła w domu, bo jak mówi te z cukierni to nie wiadomo  jaki tłuszcz mają w środku, a jej ciastka to nawet chory może  zjeść.   No fakt, domowe ciastka to zawsze są lepsze niż kupne - poparła tezę sekretarki Teresa.  No ale mnie to krępuje, bo ona  za nic w świecie nie chce wziąć za nie pieniędzy.  To nie  zostaje panu nic innego niż porozmawiać z tą panią poważnie, że przecież nie zwraca pan  za robociznę a tylko za składniki. Może  wtedy przyjmie te  pieniądze.  A wie pani, pani Tereniu- chyba tak  właśnie  jej to przedstawię. 

A jak się czuje pani Helena?- spytał Kazik. Helena- powtórzył szef- Heleny nie ma, wyjechała do swojej siostry do Kanady. I jak mi napisała w czerwcu, to ona już tu nie wróci. Bo jej się tam świetnie żyje. A tu nic i nikt jej nie trzyma. Bo według niej  dla mnie praca jest wszystkim i ona  się czuje niepotrzebna, a niepotrzebni mogą odejść. No i  właśnie z tego powodu jest mi potrzebny prawnik, bo są poplątane kwestie własnościowe. Po prostu pewnie się rozejdziemy po ponad dwudziestu latach małżeństwa. Oj, to przykre  - powiedział Kazik.  Eee, już się jakoś z tym pogodziłem. Ona jest ode mnie 15 lat młodsza, więc być może już ktoś inny obok niej leży. No ale nikogo  się na  siłę w małżeństwie nie utrzyma.  A pani sekretarka o tym wie? - spytała  cicho Teresa.  Chyba  się domyśla co jest grane. To miła  kobieta, ale ja już nie reflektuję na  kolejny związek. Dobre ciastka  to za mały atut , nie interesuje mnie jako kobieta, jako kucharka też nie, umiem nieźle gotować. Jeszcze trochę a "góra" nade mną zacznie się interesować moim życiem, więc muszę się zorientować na  czym stoję. Oczywiście na spotkanie z prawnikiem pojadę do Warszawy, ja mam tam kawalerkę, często nocuję w Warszawie. Dzieci nie mamy. Kiedyś  mieliśmy psa, ale już się przeniósł za Tęczowy Most.

No to pokażcie mi teraz zdjęcia  waszego synusia. Piękne imię wybraliście dla niego. To po moim ojcu- Teresa tak wymyśliła- wyjaśnił Kazik. Mam nawet dwa zdjęcia maluszka jeszcze z sali porodowej- jedno jeszcze z pępowiną i drugie gdy już odcięty,  ale jeszcze  nie "obrobiony" ale ssie. Bo to był trudny poród, trzeba było ciąć Tesię.  I ty byłeś przy porodzie? zdumiał się szef.  Byłem, ale nie zemdlałem, tylko się cholernie bałem o nią i dziecko. Byłem przy niej cały czas, trzymałem za rękę i głaskałem po twarzy. No tak, czytałem, że teraz  mężowie  mogą być na  sali porodowej- przypomniał  sobie  szef. To trudne chwile - powiedział Kazik- momentami miałem wrażenie, że to nie  dzieje  się naprawdę, że to tylko sen. I cieszę  się, że mogłem w tym  wszystkim brać udział. Wszyscy byliśmy zmordowani - i lekarz odbierający poród i chirurg i my oboje  z Tesią.

A teraz z kim zostawiliście małego?  Z moim tatą, bratem Kazika i bratową. Aleks ich  wszystkich świetnie zna, bo widujemy się niemal codziennie. Mój tata  mieszka z nami i mały jest do niego bardzo przyzwyczajony, zasypia u niego na rękach- wyjaśniła Teresa. A brat Kazika mieszka ze 2 kilometry od nas. 

Szefie, a nie mógłbym odebrać tej nagrody po cichu - tak szczerze mówiąc jakoś nie palę się do spotkania z byłymi kolegami. Nie miałem z nimi od  dawna kontaktu. I gdybym teraz  odebrał to wrócilibyśmy do Warszawy za dnia, a nie po ciemku. Szef zrobił "wielkie oczy" i cicho powiedział- mam do ciebie słabość- mogę ci to dać teraz, ale napisz mi oświadczenie, że z przyczyn rodzinnych  nie możesz wziąć udziału w tej uroczystości  i wszystko mi pokwitujesz. Oczywiście - już to piszę - odpowiedział Kazik.

Kazik zasiadł do pisania a szef  wyszedł do sąsiedniego pokoju i po chwili wrócił z  teczką, w której był dyplom, pismo z ministerstwa, jakaś odznaka i gotówka. Kazik w tym  czasie wydłubał z portfela swoją wizytówkę prywatną by ją dać szefowi. Szef wręczył mu teczkę mówiąc - przelicz gotówkę. Jeśli pan ją liczył to ja  już nie muszę - powiedział Kazik. I gdy pan się następnym razem wybierze do Warszawy, to proszę koniecznie  umieścić w  swoim planie  dnia pobyt w naszym domu. Aleks w naturze jest znacznie zabawniejszy niż na  zdjęciu. I pozna pan mego teścia, który jest dla mnie ojcem na pełny etat.

Gdy Teresa i Kazik ubierali  się szef wezwał dyżurnego i kazał odprowadzić gości do samochodu. Gdy wyjechali  już za bramę Kazik powiedział do  Teresy - gotówki jest niedużo,  ale zobacz co jest w  tym piśmie - mamy sfinansowany twój bezpłatny urlop - mam przez trzy lata drugą pensję.

                                                               c.d.n.


sobota, 4 lutego 2023

Lek na wszystko?- 49

 W końcu listopada zatelefonował Franek. Żalił się, że ojciec nie chce razem z nimi polecieć na Djerbę. A to taki czas, że wreszcie  można bez  omdlenia  z gorąca trochę po całej wyspie pojeździć. Trochę jest wtedy deszczowo, ale temperatury "przystępne" na ogół w  dzień to jest 18 stopni a w nocy o stopień niżej. I Franek wymyślił, żeby w takim razie pojechać  całą "kupą" - Kaziki z juniorem i seniorem oraz oni z ojcem Franka i wtedy starsi panowie będą się razem raźniej czuli. Kazik wysłuchał wszystkiego cierpliwie, na kartce napisał zdanie "ja się na to nie piszę" i powiedział do Franka - tak naprawdę to nie jestem za wyjazdem z tak malutkim  dzieckiem poza  Polskę, ale jeśli Tesia będzie bardzo  chciała jechać to być może pojedziemy, dam ci ją teraz  do telefonu. 

Teresa stwierdziła, że absolutnie nie pojedzie zimą z dzieckiem "w świat daleki", a jeśli Franek nie chce by ojciec  był sam w święta, to żaden problem - na czas nieobecności Franka i Joanny ojciec Franka  może bez  problemu zamieszkać w Warszawie, w mieszkaniu ich taty i wtedy spędzi też z nimi święta i Sylwestra. Starsi panowie  się lubią, świetnie dogadują no więc to tylko kwestia dogadania szczegółów. W końcu Otrębusy  nie są na drugiej półkuli i co kilka dni Kazik albo Krystian mogą podjechać z jego tatą by sprawdzić, czy " w domu i  zagrodzie" jest wszystko w porządku. Po tej rozmowie entuzjazm Franka odnośnie zimowego wyjazdu na Djerbę spadł w okolice 0. Dodatkowo Teresa poinformowała, że Alina jest w odmiennym  stanie, dziecko powinno się urodzić na przełomie marca i kwietnia, więc oni wolą nie wyjeżdżać z Polski, żeby być na  miejscu i w razie jakichś zawirowań wspomóc oboje. Na razie co prawda wszystko przebiega jak trzeba, no ale  ciąża to "rzecz nabyta" i może być różnie. No nie  miałem pojęcia, że taka u was jest sytuacja- oczywiście masz rację i dobrze, że tak podchodzicie do tej sprawy.

Po skończonej rozmowie Teresa powiedziała  do męża - myślałam, że jego starokawalerskie nawyki już mu minęły. Ale miło z jego strony, że planował byśmy wszyscy razem gdzieś się wybrali. Jak znam Franka i życie, to za kilka dni, najwyżej za tydzień stwierdzi, że w tym układzie wigilia ewentualnie pierwszy dzień świąt będzie u nich.  I w tym układzie zastanówmy się co wolimy by było u nas - wigilia  czy świąteczny obiad w pierwszy  dzień świąt. Ja myślę, że może by wigilię zrobić u nas, by po nocy nie tłuc się do tych Otrębusów.  Jeśli się w  wigilię zasiedzą to przenocują w mieszkaniu taty. Ale  nie  wykluczam, że pojadą na Djerbę  sami a Franek załatwi ojcu jakieś wczasy lecznicze. Nie mam pojęcia jakie są układy rodzinne Joanny, bo może jest bardziej związana z rodzicami niż to postrzega Franek. Jak nasz ślicznotek będzie  miał z 5 latek, to wtedy będziemy z nim wyjeżdżać na  zagraniczne wojaże. Z wielką przykrością  zauważyłam, że dalekowzroczne planowanie  nie jest w  tym kraju dobrą rzeczą - zupełnie jakby się żyło w pobliżu  wulkanu. Pewnie znów pojedziemy do Sophie i  Kurta - bardzo polubiłam oboje - bardzo mili, życzliwi i przytomni ludzie. Czułam się z nimi tak, jakbym  znała ich "od  zawsze". Sophie mi bardziej odpowiada psychicznie niż Alina bo zawsze  szuka  jakiegoś logicznego i dobrego rozwiązania a nie  wpada w panikę. Alina jej do pięt  nie dorasta. I myślę, że to nie tylko kwestia  wieku- bo wszak jest ode mnie  starsza- ale i usposobienia. 

Kazik uśmiechnął się - obaj  z Kurtem wiedzieliśmy, że się polubicie, bo macie ogromnie  dużo punktów stycznych. Z kolei my z Kurtem też  się świetnie  zawsze dogadujemy - i na linii służbowej i w życiu  prywatnym. Poza tym jeśli Kurt wie coś znacznie  lepiej ode  mnie to tak pokieruje rozmową, że mam szansę by  samemu na to wpaść i wtedy on jest w przysłowiowym  siódmym niebie, że na to wpadłem. To facet, który niczego ludziom nie  zazdrości i jak  zauważyłem to dość rzadka  cecha obecnie. Mam żywy przykład jak  być dobrym i mądrym ojcem. Gdy się dowiedział, że będziesz miała cesarkę to chciał byśmy do nich przyjechali i byś była tam operowana. I powiedział, że 80% szans, że druga ciąża  może  nie być taka jak pierwsza to za mało by ryzykować drugie dziecko i tylko teoretycznie cesarka to teraz "pestka". I tak fajnie  powiedział -wiesz, pestka jest malutka  ale też się można  nią udławić. I jest pełen podziwu dla ciebie, że wzięłaś ten trzyletni urlop, bo z góry wiadomo, że zawsze po takiej trzyletniej przerwie jest kłopot z powrotem  do pracy. A teraz tym bardziej. Ale na razie to nie ma problemu. My też  się hodowaliśmy w domu aż do chwili pójścia do szkoły i jakoś nam  to nie zaszkodziło.

Mnie  chyba jednak w jakiś  sposób  zaszkodziło chodzenie do szkoły - bardzo nie lubiłam chodzenia do szkoły. Nudziłam się tam straszliwie, bo już umiałam czytać i dostawałam  drgawek gdy  dzieci dopiero uczyły się liter. I potem te lekcje z tym dukaniem i składaniem liter w  wyraz. No normalnie roznosiło mnie. Oni gryzmolili  z trudem literę "a" a ja w tym czasie wyrysowałam pół strony literek i pół strony szlaczków. A i tak poszłam rok wcześniej do szkoły. W drugiej klasie to się nieco mniej nudziłam, ale chodziłam na ósmą do szkoły, więc musiałam wcześnie  wstawać by przed wyjściem  z domu zjeść śniadanie, co  mnie przyprawiało o mdłości. Dopiero wtedy mama wpadła na pomysł, bym rano jadła zupę z dnia poprzedniego- bo zupy to mi jakoś wchodziły, ale mleko i kakao to nigdy. A jajka to tylko w postaci kogla-mogla utartego z jedną łyżeczką kakao. A nie  miałam żadnej alergii pokarmowej czy też "skazy białkowej"- cokolwiek  to znaczy. Mama była przeze mnie wciąż nieszczęśliwa - miodu,dżemu do ust nie wzięłam, już sam widok ich na stole był mi niemiły. Każde mięso na talerzu podlegało u mnie rozkładowi na  czynniki pierwsze - najmniejszy skrawek tłuszczu lub jakaś żyłko czy też innego rodzaju włókienko było starannie wydłubane i odsunięte na brzeg talerza. Zresztą wolałam mięso  na  zimno. Na ciepło to pożerałam tylko serdelki. Nienawidziłam ryżu na  słodko, który  mama uwielbiała, więc ryżu nie  jadłam. Zupy pomidorowej  też nie jadałam -wg mnie to była trucizna. Ryby- tylko sardynki z puszki, żadnej  ryby smażonej lub gotowanej lub, nie daj Boże, w  galarecie. Raz jedyny w życiu byłam na koloniach letnich- przez miesiąc jedyne co tam jadłam to był razowy ,  bardzo świeży chleb z twarogiem doprawionym  cebulą. Chleb przyjeżdżał do nas prosto z piekarni i był często jeszcze  ciepławy. Dzieciaki po tym  chorowały, ale mnie nic  nie było. Schudłam wtedy 3 kilo- 3  kilo w 4 tygodnie u siedmiolatki to był chyba jakiś rekord. Dożywiałam  się  czarnymi jagodami, bo były w pobliskim lesie, do którego codziennie  chodziliśmy na  spacery. Nie  lubiłam  makaronów, wolałam   kartofle. Naleśniki też były trucizną, bo były z serem i dżemem.

Kazik wpatrywał się w Teresę z wielkim zdumieniem, w końcu powiedział - słucham tego jak  bajki o żelaznym wilku!  Co cię tak odmieniło?  Teresa  zaśmiała  się głośno - zdziwisz się, ale wyjście z domu rodzinnego. Mama była bardzo kochana, ale jakoś nie  wpadła na myśl, że kiedyś będę przecież  musiała coś  sama ugotować.  Zaczęłam kursować po księgarniach i kupiłam  sobie książeczkę o kuchni indyjskiej.

Przepisy  były głównie wegetariańskie. Wypróbowałam  wszystkie, tyle  tylko, że nie  waliłam do  wszystkiego ani tak dużo pieprzu ani cukru jak w przepisach. Zrobiłam z tego "kuchnię  indyjską w polskiej wersji i do dziś wiele przepisów nadal stosuję. Pokochałam łagodne curry i wiele innych przypraw w ich łagodnej  wersji. Potem połączyłam te przepisy z przepisami z "normalnej" książki kucharskiej i to jak teraz  gotuję to mariaż polskiej kuchni z różnymi  innymi narodowymi kuchniami- mam podejrzenie, że jedyne  czego Robercik do dziś żałuje, to właśnie moje gotowanie. Mamie i tacie też to moje  gotowanie  pasowało, tyle tylko, że  na ogół nie mówiłam nigdy "co jest w środku". A ja często robię i meksykańskie   jedzonko i chińskie i indyjskie. Dopóki sama nie zaczęłam pichcić to kurczaka nie  jadłam, a teraz sam widzisz - 80% mięsa u nas to drób. Jeden z naszych  znajomych, który miał okrutny pociąg do pichcenia zrobił "kurs gospodnika" i marzyło mu  się,byśmy razem otworzyli jakąś knajpkę. Ale ponieważ mu się nie tylko to marzyło, a mnie się nie marzyło w 100% to co jemu, no to "naszej knajpki" nie ma.

Kazik słuchał z wielkim  zainteresowaniem- w końcu zapytał- a ten facet ma jakąś restauracyjkę? A w ogóle co to za nazwa "gospodnik"?  Teresa  zaśmiewała  się - no tak naprawdę to nie wiem- tak  się ten kurs nazywał i dawał uprawnienia do otwarcia własnej niedużej knajpki lub baru. Widocznie  wyraz
"gospodnik" dobrze  się kojarzył poprzednim władzom. Bo słowo "restaurator" brzmi  zapewne zbyt burżuazyjnie czy też kapitalistycznie. Zapewne ów "gospodnik" to mógł założyć gospodę, czyli lokal o wiele niższej  randze niż restauracja. Po rosyjsku "gospoda" to pan, więc  chyba  nie tu trzeba  szukać pochodzenia nazwy  "gospodnik".  

Ja to  się nie nadaję do takiego biznesu i zapewne splajtowałabym po kilku miesiącach, bo wiem, że nie  da  się smacznie gotować z marnych surowców.  Sprawdzałam wtedy z tym facetem  - trzeba  mieć  niezłe  zaplecze finansowe na początek, żeby w końcu coś zarobić. W dwie osoby to byśmy nie  wyrobili - to musiałby być biznes rodzinny , zwłaszcza na początku.Poza tym jest tyle przy tym biznesie przepisów sanitarnych, że aż strach. I wcale  mnie nie  dziwią ceny w Europejskim, bo cena jedzenia  nie bierze się tylko z ceny produktów i ich obróbki cieplnej- jest cały sznureczek wydatków nim podasz  jedzenie na stół.  Facet twierdził, że mam naturę eksperymentatora i szalenie  mu moja kuchnia  odpowiadała. Bo ja ciągle mam ciągoty do wypróbowywania  kuchni innych narodów. Najmniej mi odpowiada kuchnia azjatycka. Obejrzałam  w życiu sporo filmów stricte kulinarnych i  zawsze  coś mi w głowie  z tego zostaje i mieszam naszą kuchnię z innymi . Na pewno moje risotto jest nieco inne niż prawdziwe  włoskie, ale moja paella i meksykańska różnią  się głównie ostrością. No i moje chili con  carne też  zapewne jest mało meksykańskie, bo ja nie lubię ostrego chili, ale połączenie fasoli, kukurydzy, mielonego mięsa i ryżu w mojej wersji jakoś wszystkim  smakuje. 

Wiesz kochany, każdy jeden biznes prywatny to jest jak włożenie głowy w pętlę sznura szubienicy - może się pętla zacisnąć w najmniej oczekiwanym momencie, a ja nie mam zacięcia ryzykantki. Poza tym życie mnie nauczyło, że rzadko można polegać w 100% na personelu, a wszystkiego nikt sam nie upilnuje. Poza tym już  się  ostatnio  "naszefowałam" i wcale  mnie nie ciągnie by być czyimś szefem. Zapewne jestem po prostu za mało ambitna.

Rozumiem  cię w pełni- mnie też  nie ciągnie  do szefowania. Na razie zbieram materiały do doktoratu a  potem  chyba się zatrudnię na  Politechnice. Wolę uczyć niż pilnować pracy dorosłych. I być może będzie to strzał w dziesiątkę. Na razie zbieram materiały. Czy pojechałabyś ze mną na jeden  dzień do Modlina? Jeden dzień to może  tata z Aleksem zostać. No ale po co ja mam tam z tobą jechać? - zdumiała  się Teresa. Co ja będę tam robić? Nie znam  się na  samolotach, za lataniem  to zbytnio  nie przepadam.

Nic tam  nie będziesz musiała  robić, po prostu będziesz  ze mną. Możemy  się nawet dla przyjemności przelecieć helikopterem, tam jest dobry sprzęt. A ty będziesz go pilotował?  Nie, będę siedział obok  ciebie i szeptał ci do ucha  czułe słówka -  jak wiesz umiem ci szeptać do uszka w różnych okolicznościach. Po prostu będzie  mi milej gdy będziesz ze mną, po drugie - uniknę w ten  sposób przyjęcia, bo powiemy, że musimy pędzić do dziecka. Poznasz kilku moich kolegów, którzy umierają z ciekawości z kim to się ten  totalny abstynent ożenił. A totalny dlatego, że nie tankuje i nie wodzi za sobą ze trzech, czterech panienek.

Ale, skoro nie chcesz byśmy polatali nad ziemią, to polatamy w kabinie symulatora. Powinno ci  się spodobać . I może pojedzie też z nami Kris. Tata powiedział, że spokojnie poradzi sobie z Aleksem- wyjedziemy z Warszawy rano, wrócimy około czwartej po południu. Będziemy  cały czas w kontakcie z tatą, w razie  czego wsiadamy w helikopter, a samochód ktoś dostarczy do Warszawy.

A kiedy to będzie? I co to za przyjęcie, na którym nie chcesz być? No  na cześć kilku nagrodzonych osób, wśród których i ja jestem. To będzie w przyszłą sobotę. Podobno ma być dobra pogoda wg ludków z meteo. Ojej, to powinnam się przelecieć do fryzjera i do kosmetyczki żeby ci wstydu nie  zrobić swym wyglądem. Ale po co? Wyglądasz pięknie bez makijażu, a ja ci tylko wyszczotkuję przez  dwa wieczory włosy. Nie  musisz sobie dodawać urody makijażem lub jakąś fryzurą. To powinnam  sobie coś szybko kupić na grzbiet. Oczywiście, jeżeli odczuwasz chęć kupienia  czegoś to oczywiście możemy się wybrać na  zakupy. Ale jak  widzę to wróciłaś już do dawnego rozmiaru. I możesz spokojnie ubrać  się pół -sportowo - jest zima i upału nie ma, więc pomyśl o  czymś cieplejszym. Możesz spokojnie pojechać w spodniach , kozaczkach na obcasie , jakimś ciepłym sweterku i  weźmiesz swój kożuszek turecki - wyglądasz w nim extra!  Tam jest zimny wychów, nigdzie się nie  zgrzejesz. I koniecznie czapkę na głowę- to jest lotnisko, wieje zewsząd. Na sali, jak  znam życie też nie będzie  ciepło. A ponieważ jedziemy tam  samochodem, to nie będzie problemu by  mieć jakieś zapasowe rzeczy. Ja to chyba nawet założę rajstopy, te  "termiczne", które kupiliśmy w Niemczech. Ty też je załóż pod  spodnie. Bo ma być pogodnie, ale niestety zimno.

                                                                     c.d.n.

czwartek, 2 lutego 2023

Lek na wszystko? - 48

 Nic nie trwa wiecznie a zwłaszcza ładna pogoda. Piękne jesienne dni były już tylko wspomnieniem - koniec października i listopad zniechęcały do życia deszczami, a listopad dołożył jeszcze  chłód. Teresa rzadko teraz wychodziła  z Aleksem na  spacer, sytuację ratowała  w pewien sposób loggia - na jesień i  zimę Kazik  zdemontował werticalową  zasłonę a wzdłuż balustrady zamontował zasłonę z grubego brezentu, by wiatr nie wpadał  wprost  na wózek, w którym spał Aleks. W wózku oprócz grubszego materacyka był zakupiony przez Tesię kocyk ze 100% wełny i cieplutki śpiworek z kapturem. Na  gresowej podłodze loggii rozłożona  była gruba mata a fotel,  na którym siedział tata był wyłożony owczymi futerkami, które wg  producenta  miały być "dywanikami do sypialni".  W sypialniach  (taty i Kazików) były koło łóżek dywaniki z kozich futerek, prezent od Franka. Aleksander "doroślał" -  miał plastikowe książeczki, którymi  się bawił w kąpieli i miał książeczki, które może nie były najwyższych artystycznych lotów, ale pies w nich namalowany wyglądał jak prawdziwy pies a kot jak kot- generalnie  wszystko wyglądało jak w naturze. Oczywiście w domu rósł pomału zbiór zabawek. 

W domu najważniejszym sprzętem był kojec, w którym mały spędzał niemal  cały dzień. Najbardziej lubił gdy ktoś z dorosłych  wchodził do środka i razem z nim "czytał". Umiał pokazać w książeczce pieska, kotka, domek, dziecko, kwiatek. Ponieważ  cierpliwość i konsekwencja  działają  cuda Aleks jadł nie tylko gotowaną marchewkę - jadł również buraczki i......marchewkę z brokułem. Jabłko nadal było ulubionym owocem, lubił też jabłka pieczone. Teresa przygotowywała go pomału, ale systematycznie do tego, by jadł to samo co oni. Przy obiedzie malec siedział na kolanach Teresy i dostawał zawsze jakieś smakołyki z jej talerza. Maluszek bardzo lubił....mięso. Wpierw było przemycane w marchwiance, a potem Teresa gotowała dla niego mięso mielone, ewentualnie rozdrabniała je blenderem. Nie lubił  jajek, co nie dziwiło Teresy, bo ona też nie przepadała za jajkami. Zupa "wzmocniona jajkiem była
"be", po pierwszej  łyżeczce buzia już nie  chciała  się  otwierać.Dostał też kilka  razy łyżeczkę gotowanej i przetartej przez  sitko soczewicy - oczywiście w towarzystwie marchewki. Poza tym dziecko wydawało coraz  więcej dźwięków. Lubił muzykę i......lubił tańczyć razem z mamą i tatą. Był wtedy obejmowany przez oboje, czyli była pełnia  szczęścia! I bardzo lubił razem z rodzicami leniuchować w łóżku, zaglądać im w usta, otwierać oczy ciągnąc za rzęsy, sprawdzać czy im włosy dobrze się trzymają na głowie. Sprawdzał też czy  wygodnie jest po  nich raczkować.

Kazik nieomal codziennie dziękował Teresie, że wzięła ten urlop wychowawczy i dziecko nie  musi bladym świtem być gdzieś transportowane i zostawiane w obcym miejscu na długie  godziny. A mały Aleks bardzo lubił też rodzinne kolacje, które były regularnie co dwa tygodnie. 

Tata Teresy był nieustannie zachwycony  swoim wnuczkiem. Zachwycało go nawet  to, że mały się tak chętnie do niego przytula i że  zawsze wita rano dziadka uśmiechem i wyciąga do niego rączki. Dziadek go uczył jakie dźwięki wydają z siebie zwierzątka namalowane w jego książeczce - jak na  razie to gdy go proszono o pokazanie pieska Aleks bez chwili wahania pokazywał psa i wydawał dźwięk  "uuu."

W dalszym ciągu był utrzymany reżim kąpieli raz na tydzień - tylko rączki, buzia i pupa dostępowały zaszczytu codziennych ablucji. Na szczęście  małemu bardzo się kąpiel podobała - Kazik się śmiał, że jak się  dzieciak  przyzwyczai do czytania w kąpieli to się rozpuści w wannie gdy już będzie  się kąpał sam. Ale Teresa zauważyła, że dopóki będzie  mieszkał z nimi to nie ma na to szans- oni przecież mają kabinę, nie ma  w tym domu wanny. Gdy Aleks już będzie stał na własnych nóżkach to będzie się kąpał tak jak oni - pod prysznicem. W kabinie nie ma  szans na czytanie.  No fakt - zgodził się Kazik. I będziesz  z nim golutka wchodziła  do kabiny? Teresa popatrzyła na niego jak na  wariata - przecież nie będę pod prysznicem stała w kombinezonie  narciarskim lub w piżamie. Teraz śpimy nago, jeszcze nas  dziecko nie widziało w piżamach. On od małego będzie  wiedział jaka jest różnica pomiędzy mężczyzną i kobietą i będzie to całkiem naturalne. Zapewne nie jeden raz będzie porównywał wasze męskie wyposażenie. 

Słuchaj - gdy jeszcze byłam panną byłam razem z tatą na plaży nudystów w Bułgarii. I jakoś nie  zemdlałam z wrażenia- ani na widok nagiego własnego ojca,  ani innych mężczyzn, ani kobiet.  Nie da  się ukryć, że golizna w pewnym wieku przestaje być estetyczna. Widok nagiego człowieka starego, mocno zatłuszczonego jest niestety niezbyt estetyczny i to niezależnie od płci.  Takie ponad stu kilowe i zaniedbane  ciało nie jest miłym widokiem- niezależnie od płci  i  czy taki osobnik jest w kąpielówkach czy nago to jest to tak  samo przykry widok.  Tyle tylko, że  kobiety z dużą nadwagą nieco lepiej wyglądają w dość mocno zabudowanych kostiumach ewentualnie w  sukienkach plażowych.  Ja podziwiałam jak ci ludzie siedzieli tym gołymi tyłkami na piachu. Ja to bym bez czegoś do siedzenia na piachu zmarła z wyczerpania od  ciągłego stania, bo za nic  w świecie nie usiądę nawet w majtkach  na piachu. Muszę mieć przynajmniej ręcznik frotowy by na  nim usiąść.

No to szkoda, że wtedy mnie tam nie było - stwierdził Kazik. Teresa  śmiała  się - tata cały czas  trzymał mnie tak, jakbyśmy byli parą - widocznie uważał, że to mnie uchroni przed ewentualną natarczywością jakichś  "niewyrobionych nudystów". Potem się śmiałam, że tata chronił swój harem - bo ja  chciałam iść  sama, ale się sprzeciwił.  

Wiesz Tesinko - nasz tata to jest naprawdę cudownym człowiekiem i jestem ogromnie szczęśliwy, że jest razem z nami. To bardzo mądry i bardzo dobry człowiek. I naprawdę bardzo go kocham, zresztą Krystian też. Muszę zajrzeć w notatki, bo chyba niedługo tata powinien mieć badania kontrolne, my zresztą też. Ja co prawda robiłem w WIMLu, no ale tu też mogę zrobić, żeby był porządek w papierach.

Ciekawy jestem jakiej płci jest dziecko Krystiana. Twierdzi, że mu to obojętne, grunt, że się ciąża jak na razie trzyma a Alina chyba za bardzo nie narzeka. Nooo, całkiem nieźle - stwierdziła Teresa i jak na razie to na nic  nie narzeka, choć coś ćwierkała, że chyba jej biust się powiększył. No i dobrze, zawsze jęczała że mógłby być większy.  

No bo wam, kobietom , to dość  trudno dogodzić- śmiał  się Kazik-  jak ma  duży  biust to narzeka, że jest  zbyt duży,  jak mały to jest jęczenie, że za mały. Jak ma któraś jasne  włosy to kombinuje jak je  przyciemnić i na  zmianę tylko zapuszczacie albo ścinacie  włosy. A wiesz czemu to robimy?- spytała Teresa. No nie wiem, ale podejrzewam, że chcecie  się podobać  swoim mężczyznom. 

Pudło! - stwierdziła  Teresa, nie trafiłeś. Robimy to, żeby  nie umrzeć  przy  was  z nudów, bo bardzo  szybko wpadacie w rutynę i coraz  mniej  się staracie.  A gdy my zmieniamy kolor  włosów lub uczesanie i wkładamy ciuchy, których jeszcze  nie  widzieliście to musicie  nieco wysilić umysł by nas w porę rozpoznać i nie palnąć jakiejś głupoty w stylu  "witaj nieznajoma, piękna  kobieto".  

No nie  wiem, bo ja to akurat prawie nie mam kobiet w pracy, a te co są to przeważnie widuję je góra raz w miesiącu gdy muszę coś rozliczyć- np. przejazdy służbowe. I w ogóle ich od  siebie nie odróżniam. Ale ostatnio to jak widzisz siedzę głównie w instytucie. Poza tym gdy jestem np. na  zakupach, to nie mogę  się oprzeć wrażeniu, że wszystkie kobiety się czeszą czy też strzygą u tego  samego fryzjera, a najlepiej  było to widać gdy jakiś fryzjer wymyślił asymetryczne strzyżenie i co druga dziewczyna była tak ostrzyżona. Taaaak? a gdy faceci nagle  wszyscy zaczęli mieć długawe włosy i grzywki to tego nie  zauważyłeś?   

No, zauważyłem, ale nigdy nie miałem włosów  niemal do nasady szyi ani grzywki. Jakoś nie nadążałem za modą. A teraz to gdy jesteśmy na  zakupach odzieżowych to ty mi wybierasz  rzeczy, w których ci się podobam i te  ciuchy  kupuję. Lubię z tobą chodzić na  zakupy, nawet gdy  mi każesz przymierzyć kolejno trzy pary spodni. A najbardziej lubię gdy mi sprawdzasz jak mi leżą na tyłku i zaraz  zaczyna  mi się spieszyć do domu.

A pamiętasz jak kiedyś byliśmy na jakiejś imprezie u Witka i była  zabawa w rozpoznawanie własnej żony tylko i wyłącznie po bosych stopach? Pamiętam tylko, że często bywaliśmy wy i my u Witka. Jego żona uwielbiała takie  nieco dziwne zabawy, które nie  wydawały  mi się wtedy zabawne. Teresa roześmiała  się - bo żona  Witka wtedy studiowała psychologię i część tych zabaw to były psychotesty. I wtedy po raz  pierwszy uświadomiłam  sobie, że Robert i ja nie pasujemy zupełnie do siebie. I że jeżeli chcemy być dalej  razem to trzeba coś w tym układzie zmienić. To była ta  zabawa,  w której wszystkie dziewczyny była zasłonięte prześcieradłami, każda miała doczepiony do prześcieradła  numer. A nasi mężowie mieli nas rozpoznać po wystawionej poza prześcieradło ręce bez pierścionków i obrączek oraz po nagich stopach. Wszystkie miałyśmy paznokcie rąk i stóp polakierowane takim samym lakierem. Zabawne, ale nikt nie rozpoznał swej partnerki po bosych stopach, ktoś jeden poznał swą żonę po dłoni- ona miała po prostu krzywy jeden palec w lewej ręce. I wtedy żona Witka powiedziała, że to był test, który powiedział nam wszystkim jak mało i powierzchownie znamy swego partnera. A wszystkowiedzący Robert stwierdził, że takie testy to głupota, że równie dobrze można by ogolić wszystkim panom owłosienie intymne i z wyglądu tylko tej części ciała kazać żonom wskazać swego męża. A któraś z dziewczyn powiedziała - byłoby zapewne łatwiej gdyby było trzeba tylko każdego opatrzyć imieniem i potem okazałoby  się, że  niektórzy są bardzo znani. I wszystkowiedzący już nic wtedy nie powiedział. Ze trzy lata wstecz spotkałam żonę Witka - byli po rozwodzie, bo, jak  to określiła, znudziła  mu  się rola królika doświadczalnego. Obydwie się spieszyłyśmy, więc gdy nadjechał autobus pomachałyśmy  sobie mówiąc : no to do miłego!

Pamiętam te zabawy u Witka. Gdyby teraz taka była to bez najmniejszego trudu rozpoznałbym w ten sposób ciebie - masz takie drobne paluszki stóp i inaczej układa ci  się skóra na stawie palca  wskazującego prawej ręki niż na innych palcach. Naprawdę?- zdumiała  się Teresa.  Naprawdę, zobacz sama. Teresa przyjrzała się uważnie swojej prawej dłoni- no rzeczywiście. Kiedyś miałam tu zdartą skórę, o coś zaczepiłam, chyba w trakcie jakichś kuchennych eksperymentów. I taka trochę bardziej  szorstka jest na tym stawie. No to będę w ten paluszek wmasowywał krem do rąk, mamy wszak w domu.

                                                                  c.d.n.




wtorek, 31 stycznia 2023

Lek na wszystko? -47

 Czas  mijał szybko  a dni były  podobne do siebie. Upalne  lato przechodziło w ciepłą i słoneczną jesień. Było mało opadów, w podwarszawskich lasach zapamiętali grzybiarze  snuli się zawiedzeni - przydałby  się solidny, kilkudniowy deszcz bo w takim wysuszonym lesie to tylko o pożar było  łatwo a  nie o grzyby. 

Z punktu  widzenia Teresy to ta jesień była piękna - administracja  osiedla dbała o zieleń, trawniki były równiótko przystrzyżone, codziennie dostawały odpowiednią porcję wody. Na każdym spacerze towarzyszył Teresie tata.  Często dołączał do nich Kazik, który zgodnie  ze  swym planem zaczął zbierać materiały do swej pracy doktorskiej. A oprócz Kazika  często mieli też towarzystwo sąsiadki taty z bloku,  w którym nie tak  dawno mieszkał. 

Sąsiadka "wytuptywała"  kilometry ze swą charcicą, która  za każdym razem witała się z tatą tak, jakby go rok  nie widziała. Ponieważ psica była bardzo grzeczna a Aleksander wielce nią  zainteresowany, to Teresa pozwoliła by mały kładł  swą malutką rączkę na jej sporym łbie. Psica jakimś cudem  wiedziała, że ta maciupka  rączka błądząca po jej łbie należy do dziecka i cierpliwie znosiła jego poklepywania. Wnuki pani sąsiadki były już kilkulatkami, ale  chyba psica pamiętała jak należy zachowywać  się przy   malutkich   dzieciach, bo zawsze była bardzo grzeczna i cierpliwa.

Kazik stwierdził, że świetnie mu się myśli w towarzystwie żony i dziecka. Śmiał się, że gdy tylko bierze na ręce Aleksa lub obejmuje Teresę to w  chwilę później wpadają mu do głowy różne  dobre rozwiązania konstrukcyjne. W kilka dni później Teresa wręczyła  mu dyktafon mówiąc - ile  razy wpadnie ci coś mądrego i ważnego w kwestii tego nad  czym rozmyślasz, to podziel  się  tym głosowo z tym pudełkiem, a na papier przelejesz to później.  Kazik był nie tylko zachwycony tym pomysłem,  ale i wzruszony. I to tak wielce, że opowiedział o tym swemu bratu. Kurczę - wybrała model, który jest w tej  chwili na rynku naj- naj. Ciekawe kto jej doradził ?- zastanawiał się Krystian.  

Internet- odpowiedział Kazik. Jak znam Tesię to przekopała  pół internetu szukając opinii użytkowników - ma to tego jakąś niespotykaną cierpliwość. A mnie najbardziej rozczuliło to, że pomyślała o tym, co by mi ułatwiło pracę.  Nie wiem skąd, ale ona  zawsze  wie, kiedy ja rozmyślam o temacie, który rozgryzam, bo wtedy nic nie mówi a w kwadrans  później na  stoliku ląduje kawusia i coś słodkiego do niej, Aleks zaraz  znika z mego pola  widzenia a Tesia albo  znika razem z nim,  albo siada w fotelu z książką lub coś "dziabie na drutach". I wolę, gdy ona jest ze mną w pokoju niż gdy  znika. Mam naprawdę cudowne warunki do pracy. I dzielnie znosi nawet to, gdy jej czasem opowiadam nad  czym pracuję a pytania, które mi wtedy zadaje świadczą o tym, że wie o czym ja mówię. I zastanawiam  się skąd ona to wie. A tak ogólnie -  uważam, że Tesia choć była jedynaczką to jest szalenie "uspołeczniona" - zero w niej egoizmu! Ten troglodyta Robert nie doceniał jej.  Tesia dba i martwi  się o  wszystkich których lubi a tym, których  kocha to chyba oddałaby nawet ostatnią kroplę  krwi. Ma jakiś dar  wczuwania  się w cudze odczucia. Nadal mnie to zadziwia. Mam wrażenie, że to dziedziczne po rodzicach. Mało pamiętam jej mamę. No a tata to przecież chodząca  dobroć, ja się z nim dogaduję lepiej niż kiedyś z naszym własnym tatą. Ciebie i Alinę traktuje tak  samo jak nas. Oczywiście zdaję sobie  sprawę, że łatwiej o dogadanie  się gdy się już jest dorosłym i na wiele spraw ma się taki sam pogląd.

A ja gdy pracuję to się zamykam w pokoju - muszę mieć do pracy ciszę, spokój i odosobnienie- stwierdził Krystian.   Już nauczyłem Alinę, że wtedy się do mnie nie mówi, o nic się mnie nie pyta. Pewnie mam małą podzielność uwagi. Alina się wtedy czuje nieco urażona. Nie ma zielonego pojęcia o mojej pracy, o tym, że zachowanie pełnej dyskrecji to jeden z jej aspektów. Jestem pewien, że Tesia  to rozumie, w końcu pracowała  w takim  dziale, który zbierał informacje o ludziach ale ich na  forum publicum  nie omawiał.

Kazik śmiał się - po prostu nie  miałeś koło siebie o pięć lat młodszego brata, przy którym trzeba było cały czas uważać  co się robi i jak  się robi, żeby go nie uszkodzić lub żeby nie wypaplał czegoś rodzicom gdy zaczął już ćwierkać. Gdybyś miał, to szybko byś automatycznie  sobie ową podzielność  uwagi wyrobił. 

A co do twojej pracy- po prostu wytłumacz jej, że nie zawsze twoimi klientami są sami uczciwi i poszkodowani ludzie, że czasem są i tacy nie kryształowi a mocno zmatowieni ale tych też w pewien sposób musisz bronić. I że musisz dbać o to, by każdy klient miał pewność, że zachowasz dyskrecję a publiczność nie dowie się więcej niż wymaga tego sprawa. Bo w tym wypadku Alina jest tylko publicznością. To, że jest twoją  żoną nie sprawia, że automatycznie ma wiedzieć o twoich klientach to co ty o nich  wiesz.  Tesia wie gdzie pracuję, ale nie  zwierzam się jej nad jakimi konstrukcjami myślę. Wie co już skonstruowałem, to nie jest tajemnica. Tajemnicą  są pewne  szczegóły, no ale one  są chronione chociażby patentami i o tym z nią nie rozmawiam.  Tesia boi się tylko tego, żebym latał. Wiem, to moja wina- gdy się w niej tak piekielnie zakochałem i jeszcze była z Robertem to powiedziałem jej, że mam ochotę ze sobą skończyć, bo kocham pewną mężatkę i nie mam szans na bycie z nią. Słowa nie pisnąłem, że to o nią  chodzi.Kusił mnie też skok z ósmego piętra i wtedy Tesia mi powiedziała, że wyrządziłbym jej wielką krzywdę, bo jestem jej jedynym przyjacielem z którym może o  wszystkim rozmawiać i że nie jest szczęśliwa w małżeństwie i gdy Robert wyjedzie na placówkę to ona  z ulgą zostanie tu sama w Warszawie i po jakimś czasie wystąpi o rozwód. Dzieci nie mają, nikt na tym nie ucierpi. No a co było dalej to już  wiesz. A o tożsamości owej mężatki dowiedziała  się na krótko  przed naszym ślubem. Doszliśmy wtedy zgodnie  do wniosku, że byliśmy parą idiotów nazywając miłość przyjaźnią. Ale jestem przekonany, że obydwa uczucia muszą iść w parze,  jeżeli ma to przetrwać latami.

No ale przecież gdzieś razem wyjeżdżaliście? - dziwił  się Krystian. No tak, byliśmy w Baligrodzie, spaliśmy nawet w jednym domku, w jednym łóżku. Z tym, że ona spała a ja przełaziłem niemal całą noc po terenie. Nie wiem jak to zrobiłem, ale tego dnia wróciliśmy do Warszawy po objechaniu pętli - cud, że nie spowodowałem żadnego wypadku, bo spałem ze  dwie godziny. Byłem niczym na dopingu, a jedyny doping to były uwielbiane przez Tesię orzechy laskowe w gorzkiej czekoladzie i kawa. Oboje  sporo tego pochłonęliśmy.

No tak, masz rację, że powinienem pewne sprawy omówić z Aliną. Jakoś wydawało mi się to tak oczywiste, że nawet nie  wpadłem na to, że może dla Aliny nie jest to takie  oczywiste. Muszę o tym z nią porozmawiać, żeby rozumiała moje zachowanie. Dobrze, że mi o tym powiedziałeś. Wiesz, czasem mam wrażenie, że Alina i Tesia to siostry. Przyjaźnią się odkąd trafiły  do liceum, przedtem się nie  znały. One zawsze myślą o sobie wzajemnie. Gdy kiedyś wyraziłem zdziwienie tym faktem Alina mi powiedziała- tak właśnie  wygląda prawdziwa przyjaźń. Z przyjaciółką chcesz się dzielić tym co dobre i wspomagać  ją gdy spotka  ją  coś niedobrego. Alina powiedziała, że  była  zdziwiona tym, że  Tesia wydała  się za Roberta. Wtedy i ty i Robert podobaliście  się jej, ale zdaniem Aliny Tesia uważała, że ty jesteś  poza jej zasięgiem, że  ona ci  się nie podoba i że uważasz ją za zbyt dziecinną. 

Podobać to mi się  Tesia wtedy podobała, ale ja wtedy szukałem dziewczyny do seksu, a Tesia w moim odczuciu to była  za porządna dziewczyna by była tylko do wyrka. Anka to mi  sama do łóżka wlazła, nie miała  żadnych oporów. A ja byłem taki naiwny, że  aż strach. Gdy mi powiedziała, że jest w  ciąży to sypialiśmy  ze sobą już niemal rok. Nie bywaliśmy nigdzie razem, ale spółkowaliśmy. Wydawało mi  się zawsze, że byłem jedynym użytkownikiem i dlatego jak ten głupek ożeniłem  się. A powinienem  był  wpaść po rozum  do własnej  głowy, że zawsze to było z zabezpieczeniem. Dopiero po rozwodzie dotarły do mnie  sygnały, że "użytkowników" mogło być więcej. Nasz tata też wykazał się naiwnością- nie mógł uwierzyć, że Anka była alkoholiczką. Bo on nie znał przecież  nigdy żadnej kobiety-alkoholiczki no i  nigdy  nie widział Anki pijanej. Ale Tesia ją widziała, o  czym potem dokładnie  opowiedziała  w sądzie. A ja po tej całej  aferze wyjechałem. Dobrze mi to zrobiło. 

Zmarnowaliśmy z Tesią dziesięć lat - gdybym wtedy nie związał się kretyńsko z Anką bylibyśmy cały  czas razem. A Tesia, gdy to mówię, zawsze powtarza - tak pewnie  musiało być, może wtedy to jeszcze nie  był nasz czas. Tesia wyszła za Roberta gdy już byłem żonaty. 

 I wiesz co, dopiero gdy się pobraliśmy  z Tesią zrozumiałem  jak bardzo  ważna jest w  związku rozmowa i że podstawą dobrego związku jest nie tylko miłość i seks ale właśnie to wzajemne przedstawianie swojego punktu  widzenia tak, by można ten świat oglądać  razem i zachwycać  się tym samym, do tego samego dążyć. Omawiamy razem  zawsze i te  ważne sprawy i te naprawdę mało istotne, o których każde z nas mogłoby z powodzeniem samo decydować  i za którymś  razem stwierdziliśmy, że może to jest dla kogoś z  zewnątrz śmieszne że naradzamy  się w jakim kolorze kupić zasłonę na balkon, ale jednocześnie to jest coś, co nas  w jakiś  sposób jeszcze bardziej  scala. Staramy  się jak najwięcej prac domowych  robić razem - tym sposobem  wiem, że bycie "panią  domu"  to nie jest rozrywka, jeśli chcemy by wszystko w tym domu dobrze  funkcjonowało - to nie  tylko mało fajna praca  fizyczna, tu trzeba  również sporo pomyśleć i zdobyć wpierw gdzieś te wiadomości. Nikt  z nas  nie rodzi  się omnibusem. Tesia jest świetnym  kierowcą i cudownym pasażerem obok kierowcy - świetnie obserwuje cały  ruch drogowy, dobrze przewiduje, marzy mi  się by  z nią pojeździć po Europie,  nie wpada z byle powodu w panikę. Niedawno doszedłem do  wniosku, że jestem w pewnym  sensie  od  niej uzależniony i że to jest  cudowne  uzależnienie. I życzę ci braciszku byś był tak  samo uzależniony od swej żony jak  ja. I mów jej często, jak najczęściej jak bardzo ją kochasz - warto. To działa lepiej niż kosmetyczka, fryzjer i masażysta razem  wzięci. 

Wiesz, szalenie żałuję, że rodzice  nie poznali naszych żon, że nie mogli się cieszyć naszym  szczęściem, że dzieci będą  miały tylko jednego dziadka - powiedział Krystian. Ale jako  ateista i heretyk w jednej osobie jestem przekonany, że jakimś cudem wiedzą o naszym szczęściu i cieszą  się razem  z nami. Popatrz - latamy w Kosmos, ale nie wiemy co się dzieje z naszą energią która nas ożywia.

                                                                        c.d.n.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

Lek na wszystko? - 46

 Przedpołudnie następnego dnia Teresa z dzieckiem spędziła  w Łazienkach Królewskich w towarzystwie, Krystiana, taty i Aleksa. Dla dziecka wzięła  dwie butelki przegotowanej wody, porcję   mleka w proszku, obowiązkowo jabłko i łyżeczkę do jego skrobania no i oczywiście pampersy. Gdy szykowała  wszystko dla  dziecka Kris wyraźnie notował w pamięci co się bierze na "wyprawę z dzieckiem". Była  zdecydowana by wybrać  się do Łazienek. Bracia zamienili się w  związku z tym samochodami- wszak fotelik samochodowy  był tylko w samochodzie Kazika. Nie omal w ostatniej  chwili przypomnieli  sobie, że skoro się zamieniają samochodami, to należy również wymienić  się  dowodami rejestracyjnymi.  Kris w drodze  do Łazienek stwierdził, że nie był w Łazienkach kilka dłuuugich lat. Nie martw się, ja też nie  byłem tu wiele lat- pocieszył go tata.  No to my z Zikiem jesteśmy lepsi od  was - byliśmy tu nim  się Aleks urodził. Lubię ten park. I nawet wycieczki mi nie przeszkadzają. Mam tu kilka swoich ulubionych  miejsc, które wycieczki omijają, na przykład  górkę za teatrem. Tam nawet pół wycieczki nie  zagląda, bo są  raptem dwie ławki i maleńkie oczko wodne. Odkryłam to miejsce gdy czasem wyciekałam ze szkoły. Co robiłaś? - w głosie taty brzmiało zdumienie. Noooo, czasem jakoś nie mogłam znaleźć drogi do szkoły. Czyli wagarowałaś? - doprecyzowywał tata. Dlaczego?  Bo nie lubiłam swojej szkoły, byłam  nią bardzo rozczarowana. Mama chciała  bym tam chodziła, to było żeńskie liceum - masakryczne. Wszystkie wagarowałyśmy, oczywiście nie jednocześnie. Jedyny plus, że się nauczyłam pływać, bo miałyśmy jeden rok w ramach  wychowania fizycznego naukę pływania.  Dlaczego ja o tym wszystkim  nie wiedziałem?- dziwił się tata. Teresa roześmiała  się - nie wiem. Widocznie mama  nie widziała  potrzeby  by cię o tym wszystkim informować. A teraz  z tą wiedzą lepiej  ci? - spytała. No nie - stwierdził po chwili milczenia. No widzisz- masz automatycznie odpowiedź dlaczego mama ci o  tym nie donosiła. No ale mimo tego wagarowania szkołę ukończyłam. Tato,  ja też często się urywałem ze  szkoły- przyznał się pan mecenas. Ale dlaczego- tata nie mógł tego pojąć.  Bo się piekielnie w  szkole nudziłem a na dodatek ciągle mi wszyscy na okrągło wypominali mego starszego genialnego brata. A ja  się  nudziłem w szkole jak mops uwiązany przy fotelu swej pańci.  

No popatrz  Kris - znamy się od wieków i dopiero teraz dowiadujemy się o sobie  takich ciekawych rzeczy- śmiała  się Teresa. Że też ja cię tu nigdy nie  spotkałam? Bo widocznie nigdy nie siedziałaś na amfiteatrze - ja tam grywałem w brydża. No nie bywałam - bo z amfiteatru najczęściej strażnicy i jacyś porządkowi przeganiali wagarowiczów. Fakt - raz  mnie  dorwali, ale jakoś się wyłgałem. To było jakoś tak przed  maturą i miałem już 18 lat i się odczepili. Ale u  mnie to tata wiedział, że ja  się czasem urywam ze  szkoły, ale nie wiem czy mama o tym  wiedziała. Bo raz mnie tata spotkał na  mieście w godzinach,  w których normalnie  bywałem  w  szkole, tak około 10 rano- szedłem  do kina.

No, to koniec wspominajek - podsumowała Teresa.  Mów teraz czego nie wiesz, co cię przerasta. W ramach ćwiczeń z ojcostwa dasz Aleksowi mleko, czyli przegotowaną wodę z mlecznym proszkiem. Teresa wytarła  ręce dezynfekującymi chusteczkami i przygotowała  mleko mówiąc- genialne jest  to mleko - rozpuszcza  się idealnie. Teraz go weź z wózka na kolana w pozycję pół leżącą i proszę- smoczek  do dzioba i obserwuj zawartość butelki- kąt nachylenia musi  być taki, żeby cały czas smoczek był napełniony mlekiem, żeby mały nie łykał przypadkiem powietrza. Oprzyj  się o oparcie  krzesła- moment- położę pieluchę pomiędzy twoją koszulą a małym, żeby  cię nie upaprał. Chyba  ci zrobię  zdjęcie i napiszę do Kazika, że mamy nianię do dziecka. Przy  dziecku wymagana  jest bardzo duża podzielność uwagi, zupełnie jak przy prowadzeniu samochodu, więc karm go i mów z czym  masz problem.

Ona często płacze. Gdy się pytam dlaczego  to słyszę, że się boi : porodu,  tego czy dziecko nie będzie miało jakichś  wrodzonych wad, czy ona da  sobie radę. Nieopatrznie powiedziałem, że sądziłem, że o takich rzeczach to się myśli  i je  sprawdza przed zajściem  w ciążę, a teraz to co będzie to będzie. No to ryczała z godzinę i potem ze mną nie rozmawiała, bo się czuła dotknięta i zlekceważona. Zupełnie nie wiedziałem co mam zrobić. 

Primo -nie przejmować  się - ona jest teraz pod  wpływem hormonów, potraktować jak nieszkodliwą  wariatkę. Objąć, przytulić, powiedzieć jak ślicznie w tej  ciąży wygląda i jak  się cieszysz, że będzie  dziecko. Potem  możesz dodać, że przecież, jeśli coś budzi jej niepokój to ma  swego lekarza i powinna jemu  wszystkie  swe niepokoje zgłosić. A na końcu możesz dodać, że dla dobra  dziecka powinna teraz  myśleć jak najbardziej  pozytywnie bo od pierwszego dnia  ciąży dziecko odbiera  wszystkie jej radości i  smutki, więc powinna być pogodna, bo jej niepokój  przechodzi na dziecko. Poczytaj razem  z nią lekturę którą  dostała ode mnie. 

Wiesz- ciąża to niby nic nienormalnego, ale jest to specyficzny stan i organizm matki jest cały  czas w stanie  wysilenia. Bądź czuły, pieść ją, niech nadal czuje  się pożądaną i atrakcyjną kobietą. W tej lekturze znajdziesz porady na każdą okoliczność. Ona nie ma dużego doświadczenia w  kwestiach damsko- męskich i musisz jej pewne rzeczy podpowiedzieć. My z Zikiem w pewnym  sensie  mieliśmy łatwiej, bo oboje już po jednym małżeństwie. 

Z jednej strony jest łatwiej a z drugiej wcale nie- zastanawiasz się mimo woli czy z twoim poprzednikiem robiła to samo i jak ty w tym układzie  wypadasz. I umówiliśmy  się na  samym  początku, że nie będziemy ukrywać co nam z tego co razem robimy daje  super frajdę lub że wręcz nam nie leży. I oboje  bardzo pilnujemy się by czegoś nie palnąć w rodzaju  "ty zupełnie jak xyz robisz to samo lub tak samo, a to mnie  wkurzało". Poza tym nie oszukujmy się - bycie ze  sobą 24 godziny na dobę naprawdę nie jest proste. Czasem każde z nas ma ochotę pobyć bez tej drugiej połówki - nie dlatego, że mu się partner  znudził, ale  dlatego, że każdy musi trochę pobyć sam z własnymi myślami. Ja wtedy znikam w łazience. Zik   musi "coś sprawdzić w samochodzie". A najdalej po pół godzinie wszystko się nam w środku wyzeruje i jest w porządku. I to nie jest wcale zmęczenie obecnością akurat tej osoby.

Ja nie usprawiedliwiam Aliny, ale ona wiecznie wysłuchiwała  żalów swej matki na temat tego, że kilka ciąż matki skończyło się poronieniem, że ojciec niezbyt elegancko zachowywał się  wobec matki i mam wrażenie, że jej matka w pewnej chwili uznała swą córkę za swą przyjaciółkę i na pewno nie było to dobre dla Aliny.  I myślę, że część lęków Aliny jest żywcem przeniesiona z jej matki na nią. 

Tak naprawdę nic się złego z tą jej ciążą nie  dzieje - nie ma porannych mdłości, krążenie jak na razie w  porządku bo nóżki jej nie puchną, nie ma jakichś absmaków ani dziwnych upodobań dietetycznych, wyniki krwi też są w porządku, nie ma anemii. To koniec pierwszego trymestru i na moje nie lekarskie oko to jest wszystko w porządku. Lekarz wie o perypetiach jej matki, ale jak na  razie u Alinki wszystko w porządku.  Wiesz - ja też marudziłam w czasie  ciąży, bo nie  wolno wtedy jeść serów pleśniowych, surowego mięsa. Złościło mnie to a poza  tym nawet przez  moment nie miałam stanu euforii z tej racji, że jestem w ciąży. W pewnym sensie było tak, jakbym stała  z boku i obserwowała siebie. Bałam się porodu, bo wiedziałam, że mamy poród był ciężki i że nie miała pokarmu. Ale nie wiem, tata też nie  wie jak tam dokładnie  było ze zdrowiem  mamy, bo wtedy nie było kontaktu z lekarzami. Teraz macie oboje kontakt z lekarzem, możesz  nawet sam z nim porozmawiać, bez Aliny. Możesz być obecny przy  porodzie, możesz nie być, twój wybór.

O wrażeniach  z porodu to możesz sobie porozmawiać z Zikiem, ale bierz poprawkę na to, że każdy poród jest inny. Ja miałam ustawienie pośladkowe, ten uparciuch szedł pupą do wyjścia i dlatego mnie kroili. Ten lekarz, który mnie prowadził to bardzo rozsądny facet - dziecko owszem ważne, ale matka ważniejsza.

Jeśli będzie rodziła "siłami natury" poproście o poród pod  znieczuleniem - będzie czuła napięcie mięśni, bo tego znieczulenie nie niweluje, to jest męczące, ale nie będzie  czuła z tej okazji bólu. Ja pod  tym znieczuleniem miałam operację. To znieczulenie nie  szkodzi też  dziecku, co jest ważne.

Kris - ile  razy Alina coś będzie majaczyć to weź głęboki wdech, potem się uśmiechnij i powiedz jej jak bardzo ją kochasz. I dziecko, na które  czekacie. To najlepsze lekarstwo.  A teraz oddaj  mi dziecko. Trzeba mu pampersa zmienić, połóż go w wózku. Kris ostrożnie ułożył swego bratanka w  wózku, a potem powiedział - jestem szczęściarzem- mam super bratową. Kocham cię tak, jakbyś była moją siostrą. I cieszę się, że po tej upiornej Ance Kazik ma taką cudowną żonę.

Mało znałam Ankę, jak dla mnie to była nie bardzo zrównoważona i może dlatego tak łatwo wpadła w nałóg. Tesiu - Kazik nigdy jej nie kochał- on tylko był cholernie lojalny i przyzwoity. A ciebie naprawdę kocha. Podoba mi się w tej Trou Madame, muszę tu przyjechać z Aliną. I nawet  nie ma  tłoku, patrz ile jest wolnych stolików. Tylko kolejka do lodów długa niemiłosiernie. No i powiem ci, że coś zgłodniałem. Muszę zobaczyć co tu można zjeść bardziej konkretnego niż melba. Nie wiem, może gofry z czymś, bo w okienku to są gofry oprócz lodów. Ja po tej melbie to pewnie z tydzień lodów  nie zjem- porcja jak dla górnika po dniówce. A może po prostu wrócimy do domu i coś zrobimy do jedzenia. Tylko zadzwoń do Zika, że zaraz wrócimy do domu.  

W dwadzieścia minut później już wsiadali do samochodu. W dwie minuty po tym gdy zaparkowali koło bloku Tesi i Kazika pod blok podjechał Kazik.  No to jedziemy wszyscy na górę, zaraz zrobię lunch, a potem możemy jeszcze gdzieś na łono natury pojechać-    może do Konstancina? - rzuciła propozycję Teresa. Ja to pojadę po Alinę - oświadczył Krystian. Tylko wpierw do niej  zadzwonię, bo nie wiem o której ona  dziś wychodzi - teoretycznie pracuje 8 godzin,  ale tam często teoria rozmija się z praktyką, bo czasem  jedzie na jakąś późniejszą  godzinę i wtedy wszystko jest poprzewracane do góry nogami. Tak to jest w prywatnym  biznesie. A to, że dziś pojechała  na 9,00  niczego mi nie  wyjaśnia. To nie zjesz teraz z nami lunchu?- dziwił się Kazik. Zadzwoń do niej, bo może ją przywieziesz  na lunch do nas. My jemy prawie dietetycznie, ciężarna może z nami jeść. No ale nie  chcę byśmy was objadali- jęknął Krystian. Oj, ty chyba także jesteś w ciąży i na mózg ci dodatkowo ta  ciąża padła. Wypikaj jej numer i daj  mi ją do telefonu- rozkazał Kazik- sam  z nią porozmawiam.  Krystian zrobił na czole wymowny  znak i  podał słuchawkę Kazikowi, który powiedział, że Kris zaraz po nią przyjedzie i wszyscy  razem  zjedzą lunch i jeśli będzie  musiała wrócić do pracy to ją Kris odwiezie. Ale ponieważ w firmie był jakiś  zastój  Alina miała  jakieś nadgodziny to bez problemu  mogli wszyscy razem zjeść lunch.

Po lunchu w ramach wypadu na łono natury pojechali do Wilanowa i spacerowali po pięknym przypałacowym parku, pustawym już o tej porze. Zresztą tu nigdy nie było tłumów, bowiem wstęp do parku był płatny. Potem wybrali  się na kawę do ogródka kawiarnianego przy kawiarni Hetmańskiej, gdzie najmłodszy członek  rodziny bez pośpiechu,  ale systematycznie pochłaniał jabłko. Teresa śmiała  się, że świetnie wychowują swego  synka - wędruje malec z jednej kawiarni do  drugiej. No i dobrze- przynajmniej będzie  się umiał zachować  w kawiarni -od "tyciego" będzie wiedział, że w kawiarni to  się  siedzi  a nie biega po niej wrzeszcząc na całego- podsumował tata.

                                                                c.d.n.

sobota, 28 stycznia 2023

Lek na wszystko? - 45

Sierpień tego roku był upalny i właściwie to dobrze  się złożyło, że wizyta chłopców  z Berlina  nie doszła  do skutku. Teresa  zamówiła w specjalistycznym  punkcie  żaluzje wertikalowe na loggię by można  było spędzać czas na  loggii, która od godziny 14,00 tonęła  w słońcu. "Duży pokój", z którego wychodziło się na loggię był teraz  najczęściej wykorzystywanym pomieszczeniem. Stał w nim kojec, w którym królował Aleksander. Nie  był w najlepszym nastroju bowiem ząbkował. I chociaż rodzice nakupowali "furę" przeróżnych gryzaczków mały zawzięcie "obgryzał" kojec. 

Pewnego popołudnia Alina zawitała do  nich prosto z pracy, bo jedna  z koleżanek przyniosła jej gryzak, który dwa lata  wcześniej służył jej dziecku - była to figurka zajączka, pozbawiona już namalowanych ongiś oczek i wąsików ale za to zajączek posiadał elegancko sterczące w górę uszy. Wykonany był z jakiegoś syntetycznego tworzywa, z którego ponoć  były robione jakieś protezy. Jak zapewniała koleżanka Aliny, ów zajączek bez uszczerbku na swej powierzchni przetrzymał ząbkowanie już trójki dzieci. Namalowane na jego pyszczku oczka i wąsiki zeszły w trakcie licznych  dezynfekcji, ponieważ tworzywo dobrze  znosiło wrzątek. Od podeszew  swoich tylnych łapek  do końca  sterczących w gorę uszek (które były delikatnie  zaokrąglone, a więc  bezpieczne  dla  dziecka, co zaraz  zauważył Kazik)  zajączek miał raptem 9 cm długości i bardzo dobrze się wpasowywał w małe  rączki swoich "oprawców". Gdy tylko został przez Teresę i Alinę wykąpany we wrzątku i dodatkowo przetarty spirytusem i osuszony, został przedstawiony Aleksowi. W 10 minut później maluszek znęcał się nad uszkami zajączka pracowicie  je zagryzając dziąsłami. A cztery dorosłe osoby przypatrywały  się  temu z zainteresowaniem. 

Alinie  się przypomniało, że pies jednej  z jej koleżanek z Otrębusów tak mocno zagryzał  swój ulubiony patyk, że można go było podnieść  do góry uwieszonego zębami na tym patyku i za którymś  razem patyk nie wytrzymał i się złamał. A nie był to cienki patyk, miał niemal 3 cm  średnicy.

Teresa  westchnęła  - ten mały potwór usiłował pozbawić mnie  brodawek jeszcze przed wakacjami, ale go oduczyłam - jak zaciskał te  swoje dziąsła to mu zaraz zatykałam nosek i odstawiałam od piersi.  Ale mały załapał, że nie  wolno tak robić i karmię go nadal raniutko i czasem koło północy, jeśli się obudzi. Bo nie  zawsze  się budzi - jeśli więcej  zje w ciągu  dnia to nie budzi się przed północą  żeby coś pojeść. A jak długo będziesz  go karmić piersią? - zapytała Alina.  Nooo, tego to nawet najstarsi ludzie nie wiedzą- odparła  ze śmiechem  Teresa. Teoretycznie , według WHO to powinno  się  karmić dziecko mlekiem  matki przez dwa lata, a obowiązkowo to rok.  Nie mam teraz oszałamiająco wiele  pokarmu - dobrze, że w ogóle mam , bo moja mama wcale  nie miała. Ale być może to zasługa tego lekarza co odbierał poród, bo mały jeszcze nie  był dokładnie "obrobiony" a już go przystawił  mi do piersi i dzieciak sobie possał siarę. I podobno to jest najlepsza metoda by "wywołać pokarm" - dać dziecku ssać wciągu najpóźniej 10 minut po porodzie. Ale nie  wszystkie  szpitale to stosują. To było nawet  zabawne - chirurg mnie zszywał a mały w tym czasie ssał, a Kazik mi szeptał do ucha czułe  słowa. Dobrze że nie musiałam jeszcze  w tym samym  czasie wypełniać  jakichś  papierów.

No nie wiem,  czy Krystian  będzie  chciał być obecny przy porodzie- powiedziała Alina. Ostatnio  się skaleczyłam  nożem to omal nie  zemdlał na widok krwi kapiącej na podłogę.  Ale on w trakcie porodu nie będzie  widział kapiącej krwi - co najwyżej  zobaczy dziecko jeszcze w mazi płodowej - tak to było zorganizowane, że to łóżko, które w razie potrzeby jest  stołem operacyjnym jest podzielone zasłoną-  ojciec dziecka  jest odizolowany od pola operacyjnego. No i przecież  nigdzie nie jest  napisane, że ty też będziesz  miała  cesarskie cięcie bo wasze  dziecko też będzie  miało nieprawidłowe ułożenie - tłumaczyła Alinie  Teresa. Aleks ustawił się pupą do wyjścia i miał pętlę z pępowiny na  szyjce. A ułożenie płodu  jest dziedziczne po mamie. Twoja mama  miała problemy hormonalne z zajściem i utrzymaniem ciąży i ty też je  masz. No ale jednak te hormony podane  z  zewnątrz pomogły i zaszłaś  w ciążę.  Prowadzi  cię ten sam lekarz  co mnie, to dobry  specjalista. Poza tym nie jest zagorzałym fanem porodów  tylko i  wyłącznie  siłami natury. Ty się go słuchaj, bo to naprawdę  dobry fachowiec z tej  branży. 

No i chyba już cholernie dużo dzieci sprowadził na ten świat bo on już jest po pięćdziesiątce choć wygląda naprawdę na młodszego. Najważniejsze, że należy do tych lekarzy, którzy  nie uważają kobiet za podgatunek człowieka. Jeszcze  kilka  wizyt i polubisz go, to facet z poczuciem  humoru i jest naprawdę bardzo kulturalnym facetem.  Nie  wciska ci  ciemnoty, że  żyjesz tylko po to by być inkubatorem, rozumie wszystkie nasze  babskie  fobie i wytłumaczy ci w przystępny sposób wszystko co dotyczy porodu i końcówki ciąży- na co wtedy trzeba zwracać uwagę itp. I dzięki temu udało się wydobyć Aleksa nim sobie tę pępowinę owinął kilka razy wokół szyjki. Generalnie to od połowy ciąży trzeba trochę więcej uwagi poświęcać sobie  samej,  ale bez wpadania w histerię.

Kazik słuchał bardzo uważnie tej  rozmowy i powiedział - jeszcze  trochę i stanę  się zazdrosny o tego pana, bo moja kochana  żona bardzo rzadko wyraża się tak sympatycznie o innych facetach. Dobrze, że nie planujemy drugiego dziecka, bo kto  wie czy by mnie facet nie wygryzł z roli jej  męża. Teresa spojrzała na niego z ukosa i powiedziała - jak na razie to mój  były mąż sam się wygryzł z roli mojego męża, więc  może uważaj byś sam  siebie  z tej roli nie wygryzł. I nie licz na to, że zainteresuję  się jakimś facetem. W klinice już jest cała  kolejka tych, co chciałyby żeby pan doktor choć na nie  spojrzał lub zaszczycił zaproszeniem na kawę, nie mówiąc już o tych którym się on marzy jako mąż. Bo facet jest rozwiedziony. Ale on  chyba jeszcze  dochodzi do  siebie po zakończonym  związku. Według krążących plotek to jego była żona nie  wyrobiła faktu, że on wciąż ogląda nagie  kobiety i to nieważne, że 95% z nich jest w  ciąży lub w trakcie porodu, który  siłą  rzeczy do estetycznych przeżyć trudno zaliczyć. Zapewne nie wyobrażała  sobie, że  zawód  lekarza to wymaga  pełnego poświęcenia, jeśli oczywiście chce  się  być dobrym lekarzem. Jeśli on obieca pacjentce, że będzie się nią opiekował w trakcie  porodu to nawet na  kwadrans nie  zniknie ci z pola widzenia. Będzie wszystko kontrolował. On mnie  nie  "kroił", robił to chirurg, ale on był cały  czas obok, on wydobywał ze mnie Aleksa. Patrzył na ręce pielęgniarki która zaopatrywała pępowinę i odsysała płyn  z buzi Aleksa i potem, gdy mały już possał jeszcze  raz go oglądał, osłuchał. Cenię tego faceta  za jego wiedzę i talent  do przekazania jej oraz  za to, że nie ma w rozmowie z nim jakichś podtekstów i że  mogę  z nim porozmawiać na temat rozrodu i wszystkich spraw z nim związanych bez bycia posądzoną o to, że usiłuję go poderwać. Dla mnie on jest tylko i wyłącznie  bardzo dobrym lekarzem. I nie palnij takiego tekstu przy Krystianie, bo młody może  zareagować nieco histerycznie. Już przy Franku dał próbkę a wtedy to on nawet nie  wiedział sam co czuje do Aliny, bo ledwo  ją znał. 

No ale  Franek mnie  nie podrywał przecież!- obruszyła  się Alina. No nie podrywał, ale  mówił do ciebie "pani Alineczko" i to ogromnie Krystiana ruszyło - wyjaśniła  jej Teresa. No to go po tym ochrzaniłam i powiedziałam, że nie jesteś  jego dziewczyną i każdemu wolno się do ciebie  zwracać tak jak  uważa za stosowne. I chyba  dopiero  wtedy Kris  się zastanowił co do ciebie  czuje i odkrył, że jesteś  tą jego jedyną.

Ojej- nie  miałam pojęcia, że była taka  sytuacja. A Franek to  miły facet, ale jakoś, jak dla  mnie, to  zupełnie  nie ponętny. No fakt, ponętny to on  nie jest - stwierdziła Teresa- ale ja znam go tyle lat, że jego wygląd mnie w niczym nie przeszkadza. Po prostu  wiem, że jest bardzo porządnym i odpowiedzialnym człowiekiem,  a że mało przystojny? Znałam kilku bardzo przystojnych i ponętnych  a byli zwykłymi , podłymi draniami. I nie mam tu na myśli mego ex-męża. To egzemplarz poza kategorią i aż mi wstyd, że był moim mężem. No ale byłam wtedy młoda i głupia. Tacie  się nigdy nie podobał. Mamie to go było żal, bo się wychowywał bez ojca.  Tata uśmiechnął się - to jest jedyny facet, którego jestem  w stanie rozgrzeszyć z tego, że wziął rozwód i wyprowadził się od  razu z  Polski zostawiając dziecko. Też bym uciekł od takiej baby, tylko nie  zostawiłbym jej dzieciaka.

Pogawędkę przerwał króciutki dzwonek do drzwi wejściowych na  dole - oooo, mój braciszek jest na  dole- stwierdził Kazik. Ojej, byłam tak przejęta  tym gryzakiem, że zupełnie zapomniałam zatelefonować do niego, że wpadnę po drodze  do was- zmartwiła  się Alina. Nie podejrzewałam, że się tak długo u was zagadam. Kazik wyszedł z pokoju i zaczekał na  brata już koło windy. Gdy Kris wysiadł powiedział - twoja  jest u nas, nie złość się na  nią, ale była degustacja gryzaczka- wydarzenie na  skalę światową. Babki w ciąży mają napady niepamięci gdy są w towarzystwie  małych  dzieci. Tak coś podejrzewałem, bo wczoraj mi coś ćwierkała na temat, że ma obiecany gryzaczek, ale  akurat coś pisałem i nie  zassałem o co jej biega- odpowiedział Kris. Stary -nie wiem jak przeżyję do końca  ciąży, bo wciąż  się  boję żeby jej czymś nie  zdenerwować lub  nie wystraszyć.  To zapisz  się na korepetycje do Tesi - ona  ci wszystko wytłumaczy. Nie  wiem czy  nie powinna zawodowo prowadzić kursów z gatunku "jak przeżyć z kobietą ciężarną i całkiem nie zwariować". Mógłbym jutro - stwierdził Kris - mam trochę luzu przed południem. To może bym wziął Tesię i Aleksa do Konstancina? Możesz- jeśli będzie  chciała - i weź tatę  to popcha  wózek i posiedzi z juniorem w cieniu. A wy spokojnie pogadacie. Ale nie umrzesz w pracy  z  zazdrości?- zażartował Kris? Nie, nie umrę, bo wszystko zostanie  wszak w rodzinie! I obaj w świetnych humorach weszli do pokoju.  Aleksander leżał na brzuszku podparty jedną  rączką, druga była zajęta zajączkiem wizytującym jego  dziąsełka.  Kris przywitał się ze  wszystkimi i poszedł umyć ręce, bo jak powiedział, chce sprawdzić ile przybrał na  wadze jego bratanek. A bratanek, który jakimś cudem wiedział, że ten facet tak bardzo podobny do taty to zawsze na  " dzień  dobry" bierze  dziecko na ręce, trzymał zajączka w buzi i wyciągał do Krisa rączki. 

Popatrz tato -powiedziała Teresa- ta nasza  śmiesznota jakoś ich rozróżnia - do Krisa wyciąga  łapki, a gdy podchodzi do niego Zik, to wydaje  taki dziwny  dźwięk pomiędzy "iiii" a "eee" i podrzuca do góry  brzuszek. Tata się zaśmiał - nie mam pojęcia  jak on ich rozróżnia, ale nie traktuje ich tak  samo. No i Kazika to zawsze zaraz obślinia bo usiłuje wziąć jego  nos do buźki.  Krystian od  razu powiedział, że następnego  dnia ma przed południem  trochę  wolnego  czasu, to może  zabrać tatę, Teresę i małego do Konstancina lub do Powsina. 

Gdy  w kuchni Kazik pomagał Teresie  w  szykowaniu kawy i  czegoś  do tej kawy, powiedział jej jaką to sprawę ma do niej jego brat. Nie ma  sprawy - zapewniła go Teresa- uświadomię go - w końcu  dobrze  znam Alinę i jej "odbicia". A ty, kochany. dołączysz  do nas? Tak, urwę  się jutro i przyjadę gdy sprawdzę gdzie jesteście. A może pojedziecie do Powsińskiego Ogrodu Botanicznego? Tam są świetne alejki i potem  można posiedzieć w kawiarence- o ile  będzie  czynna. Podejrzewam, że wylądujemy w Konstancinie- tam jednak jest  lepiej i można pójść na dobrą kawę w tej  zdrojowej kawiarence. A może wylądujemy w Wilanowie w kawiarni ogródkowej.  A że będę z Krisem to może po prostu pojedziemy do Łazienek- ławek do posiedzenia od  metra i dobra  kawiarnia z dużą ilością stolików. I.....pyszną melbą - mam na  myśli  kawiarnię  Trou Madame. Podjedziemy od  strony Szwoleżerów. Zik - a kochasz mnie jeszcze? Nie - ja cię nie kocham ale ubóstwiam- wciąż jesteś dla mnie wszystkim! 

Dziś wyłgałem  się od służbowego wyjazdu do Stanów. Patrzyli na  mnie jak na idiotę. Ale spokojna  głowa - na  moje miejsce  było z pięciu chętnych. Techniczny nie mógł pojąć, że nie chcę jechać. A dlaczego  nie chciałeś pojechać?  Bo jak raz pojadę to potem będę musiał tam regularnie latać. A ja nie chcę was zostawiać. Poza tym wiem z góry, że nic  z tego nie będzie. Ale wpadłem na pomysł by zrobić doktorat na Politechnice. Wtedy będę miał święty spokój. Jak się dobrze przyłożę to w dwa lata albo w trzy lata zrobię. Naczelny to mi przyklaśnie- już raz mi proponował, ale wtedy  nie  widziałem sensu. Teraz to nawet już mam pomysł. Czasem będę musiał zaglądać do Modlina i bywać na  WAT. Ale - zaczęła Teresa - Kazik mocno ją objął i przytulił - nie bój się, nie będę latał, ale muszę mieć symulator.

                                                                          c.d.n.