czwartek, 4 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 61

 Wracając z kliniki Marta poprosiła Wojtka,  by podjechali do laboratorium -  chciała od  razu zostawić zwolnienie  lekarskie i poinformować szefa, że "jeszcze  żyje" i że na szczęście ścięgna  całe. Szef był wzruszony, że pomimo   tak dotkliwej  kontuzji zahaczyła o laboratorium i stwierdził, że musi "obadać" sprawę tej szklanej  zlewki. Marta stwierdziła, że trudno będzie  to zbadać, tyko nie może  się nadziwić, że dzień  wcześniej nie  zauważyła żadnego uszkodzenia. Szef  stwierdził, że starannie  sam osobiście zebrał "szczątki" i jeszcze im  się przyjrzy, zwłaszcza, że na półce znalazł jakieś plamy. Poza tym wymógł na Marcie obietnicę, że oczywiście nic nikomu o tym nie powie, że dziwna ta  sprawa z tą  zlewką. Marta obiecała,  a szef powiedział, że gdy tylko dojdzie do jakiegoś  wniosku to od  razu do Marty zatelefonuje.

W domu już czekał na  nich ojciec z obiadem.Wojtek "zjadł w biegu"- musiał wrócić na uczelnię, bo gdy wyjeżdżał w pośpiechu to zostawił rozgrzebaną masę dokumentów i musiał  wrócić  by wszystko pochować. Wezwał taksówkę, uściskał ojca, wycałował Martę i pojechał z powrotem. 

Opatrzona ręka ukochanej  synowej zrobiła na teściu ogromne wrażenie - tak naprawdę to był przerażony. Sto razy się pytał czy na pewno nie są poprzecinane ścięgna,  zapewnił Martę, że bez najmniejszego problemu zajmie  się domem, czyli gotowaniem,  zakupami,  sprzątaniem, i że  oczywiście pojedzie z nią na  zmianę opatrunku. I, też oczywiście, wejdzie razem  z nią do gabinetu. Poza tym poprosił  by Marta  wszystko mu dokładnie opowiedziała. No i co chwilę powtarzał, że co za  szczęście, że Andrzej mógł się nią zająć osobiście. 

Marta się roześmiała i powiedziała -  jeszcze trochę to dojdziemy do wniosku,  że bardzo dobrze się  złożyło, że Wojtek zaczął chodzić na tę siłownię, że mu  "wyskoczyła" przepuklina, że go niemal na siłę zawiozłam na ostry dyżur do kliniki, że zaprzyjaźnił  się tak bardzo z Andrzejem, czyli że trafił się nam zbiór samych szczęśliwych przypadków z gatunku "szczęście w nieszczęściu", bo jeszcze trzeba do tego dodać, że ciebie Andrzej skierował do właściwego chirurga. No właśnie!- doskonale  to ujęłaś córeczko!  - zgodził  się teść.

Tatku - ale ja myślę, że ty zupełnie spokojnie możesz pracować, jeśli przez ten czas niesprawności mojej ręki  pomieszkasz u nas. Przecież ciebie nie będzie   w domu raptem 6 godzin , biorąc pod uwagę dojazdy do i z pracy. Będziesz wychodził z domu o 13,30 i wracał do domu około 19,00, czyli ja będę sama w domu bardzo krótko, bo Wojtek około 16,30 już jest w domu, czyli wychodzi na  to, że będę raptem sama w domu 3 godziny. A  w ciągu tych 3  godzin  nie muszę nic  robić poza  czytaniem ewentualnie oglądaniem czegoś w telewizorni. Albo obejrzę jakieś filmy z wypożyczalni. Więc wnieś jakąś poprawkę do tego co ogłosiłeś w  swojej pracy. Mogę ci solennie obiecać, że gdy będę sama w  domu to na pewno nie będę sprzątać, pichcić, robić sama zakupów. Będę po prostu sporo czytać. A na zakupy to pojedziemy z Wojtkiem jak  zwykle w  sobotę do któregoś dużego marketu. No i oczywiście  jeśli będziesz miał ochotę to przecież możesz zawsze jechać  z nami. Aaa - jak będziesz ze mną  w klinice to nie  zapomnij, że ja jestem  "bratową" Andrzeja - bo od  chwili operacji Wojtka mam taką ksywkę u Andrzeja. On po prostu traktuje Wojtka jak brata. 

Jak sam widzisz  niemal wszystko stoi w naszej rodzinie na głowie - ja do Pati mówię "mamo", Wojtek jest nagle  bratem Andrzeja i nieomal umieram  z ciekawości kim niebawem będzie  dla mnie  Michał. I pomyśl  przy tym, że tak naprawdę jestem jedynaczką, wychowaną przez rozwiedzionego faceta i mam tyle fajnych, bliskich  mi ludzi, którzy są dla mnie  prawdziwą rodziną. A dzieci Andrzeja mówią na ciebie "dziadek" i myślę, że to  wszystko razem jest po prostu cudowne.

Marta zatelefonowała jeszcze  do własnego taty, opowiedziała mu o tym że  jej szef ma  chyba  jakąś teorię na  temat tego jej  wypadku i chce  się temu bliżej przyjrzeć, umówiła  się, że dopóki nie  wydobrzeje i będzie  miała rękę unieruchomioną  to Misia będzie pod opieką rodziców. Tata obiecał, że wieczorem do niej wpadnie i niech Marta pomyśli w  czym on i Pati mogliby jej pomóc. Bo  może Marta  chce by Pati jej pomogła w kwestiach kosmetyczno - kobiecych, a może przy  kąpieli. Marta roześmiała  się  mówiąc, że etat kąpielowego już od dawna  jest obsadzony przez Wojtka, a teraz gdy jest kabina a  nie wanna to po prostu lewa  ręka aż do łokcia  będzie ubrana  w foliowy worek, żeby jej nie  zamoczyć. No i przy okazji, ponieważ będzie miała  czas to odwiedzi fryzjerkę, bo już ma stanowczo zbyt długie włosy. I że  teść będzie przez ten  cały czas nocował u nich no i gotował obiadki i robił drobne zakupy, bo te  większe to ona z Wojtkiem jak zwykle  zrobią w  sobotę.

Późnym wieczorem zatelefonował Andrzej, przepytał się jak się sprawuje  ręka, czy boli "sama z siebie", ucieszył się, że "sama z siebie" nie boli i że w takim  razie zamiast następnego  dnia rano niech Marta przyjedzie do kliniki pojutrze około godziny  szesnastej, prosto do jego gabinetu. No i oczywiście poprosił by nie  spała na lewym  boku tylko na prawym i najlepiej  żeby rękę ułożyła tak, by dłoń była nieco wyżej niż łokieć i by ręka nie była  zbyt mocno ugięta  w łokciu. Zróbcie między sobą piramidkę z poduszek  i jaśków, bo lepiej by ta ręka była na neutralnym podłożu a nie na męskim torsie - dwie lub trzy noce dasz radę tak pospać. 

A skąd ty wiesz jak ja śpię? zdziwiła  się Marta.  Andrzej  zaśmiał  się - bo my z Leną też tak  śpimy -  w końcu z jakiegoś powodu jesteśmy z Wojtkiem  braćmi. Oczywiście  my czasem mamy utrudnienie bo między  nami zdarza  się  któryś z  chłopców. Poduszka  lepsza, bo nie kręci  się, nie piszczy przez sen i nie wierzga a dzięki niej nic  nie  zagrozi twojej ręce. A nie drętwieją ci paluszki? Nie, nie drętwieją- zapewniła go Marta. No to daj mi na  chwilę brata jeśli jest gdzieś  blisko. On zawsze jest blisko mnie, nie ma problemu - stwierdziła  Marta i podała telefon mężowi.

Wojtek uważnie słuchał, na koniec  powiedział, że albo on przyjedzie z Martą  albo jego ojciec, bo jakaś masa nasiadówek go czeka, bo to wszak niedaleko jest do rozpoczęcia nowego roku akademickiego i jest  akcja "wszystkie ręce na pokład", bo nowy  rok ma  być lepszy organizacyjnie  od poprzedniego. No i jego też to dotyka, bo przecież  część jego pracy to dydaktyka. Koniec końców panowie doszli do wniosku, że w niedzielę około południa Andrzej z Leną wpadną sami, bez  dzieci do Marty i Wojtka. Tylko niech Marta nic  nie  szykuje. No jasne, że Marta nic  nie będzie  szykowała - z okazji tej nieczynnej ręki jest  z nami mój ojciec i on teraz zarządza w  domu kuchnią. I na pewno będzie  zachwycony tym, że do nas przyjedziecie - odpowiedział Wojtek. A komu je sprzedacie? Oooo, będą mieli chłopcy atrakcję, oby tylko była pogoda. Ojciec mi tu podpowiada, że możecie ich tu przywieźć, on ich spacyfikuje. Po tej swojej operacji to nabrał wiatru  w  żagle. Najlepiej to sam z nim porozmawiaj, masz jego numer. Możesz wszak sam rozmawiać z dziadkiem swoich  dzieci - śmiał się Wojtek. No dobrze - w takim razie Martę przywiezie ojciec i sobie od razu porozmawiacie, bo ja nie wiem jak wygląda pacyfikacja w wykonaniu mojego ojca.  Mnie z reguły pacyfikowała matka.

Gdy Wojtek skończył rozmowę z Andrzejem powiedział - coś Andrzejek  dziś w doskonałym humorze  - pewnie  dlatego, że ma wolną  niedzielę.  Strasznie absorbujący jest jego  zawód - no  ale z tego  co wiem, zawsze chciał być lekarzem. Jak był w podstawówce to jego ojciec miał nadzieję, że synuś będzie architektem, bo najlepiej gdy synuś kontynuuje marzenia ojca, który tym architektem  zamierzał być, ale jakoś jednak nie został, ale handlował nieruchomościami. No a Andrzej cichcem,  cichcem  przygotował się do zdawania na medycynę i tak  się przygotował, że  zdał bez problemu. Ponoć ojciec był bardzo niezadowolony z początku, ale teraz to sobie  chwali, że Andrzej ma wielu kolegów "po fachu". I często korzysta z ich usług, ale do Andrzeja się nie odzywa - to matka wydzwania i prosi syna o pomoc. Ojciec   jest śmiertelnie obrażony, że Andrzej  nie  chciał mieszkać pod  Warszawą w domu, który kupił jego ojciec i  z prawie  ruiny zrobił całkiem dobry  dom, a ten "podły syn" nie docenił i nie zamieszkał tam a na  dodatek uciekł w podróż poślubną  wprost z kościoła.  

Wizyta kontrolna Marty u Andrzeja wypadła  bardzo  dobrze. Andrzej  był bardzo  zadowolony z procesu gojenia   się tej ręki. Nic się nie paprało, ranki były suche, kciuk nawet za dotknięciem nie przyprawiał Marty o ból - dopiero teraz do Marty dotarło, że mięsień kciuka został  wewnątrz zszyty rozpuszczalnymi nićmi,  a te dwa szwy na rozcięciu to będą usunięte gdy całkiem zrośnie  się skóra. W sumie  to wszystko wyglądało bardzo  dobrze.

 Co do niedzielnej  wizyty - ojciec  Wojtka obiecał Andrzejowi, że w niedzielę podjedzie do nich, załaduje  w  samochód dzieci i razem z mamą Leny pojedzie z nimi do ZOO. Zawszeć będzie  to wygodniej niż wyprawa autobusami i tramwajem, chociaż  dzieciaki bardzo lubiły jazdę miejską komunikacją.  A wracając do sprawy zasadniczej, która przywiodła  tu Martę -po siedmiu  dniach od dnia  założenia szwów  szwy zostaną zdjęte a  założone tylko plasterki. Andrzej pokazał Marcie, że bardzo  niepokoił się o stan jednego ze ścięgien, bo u Marty było ono bardzo płytko położone i skóra nad nim i cieniutka  warstewka mięśnia marnie je  chroniła. Przewidywał, że po wygojeniu  się ręki trzeba  będzie się mu uważnie przyglądać, bo mu się  to ścięgno nie podoba. Naprawdę to cud  jakiś, że żaden kawałek szkła nie  skaleczył w tym miejscu ręki.

Tak jak  się umówili w niedzielę ojciec Wojtka pojechał samochodem z teściową Andrzeja i jego synkami do ZOO. Andrzej o całej tej  wyprawie  powiedział  dzieciakom  dopiero w niedzielny poranek - pisku i skakania z radości było z pół godziny a  niedzielne  śniadanie pochłonięte  bez margania, chociaż do jajek był dodany szczypiorek, którego obaj  chłopcy nie lubili. Ale tym razem perspektywa  wizyty w ZOO a do tego towarzystwo "dziadka Wieśka" poprawiły  wyraźnie  smak szczypiorku i chłopcy  bez  szemrania  go pochłonęli. 

Gdy tylko dzieciaki wyszły z domu i Andrzej przez okno sprawdził, że już odjechali  on i Lena pojechali do Marty i Wojtka. Lena wiozła  do  nich całą blachę orzechowych ciasteczek, bowiem wiedziała, że Marta ogromnie je lubi, więc wynalazła  w sieci przepis i je upiekła.

                                                                   c.d.n.



poniedziałek, 1 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 60

 W ostatnim tygodniu pracy Marta miała nieprzyjemny wypadek - rozleciała się  jej  szklana zlewka gdy ją zdejmowała  z półki  i Marta miała pokaleczoną w kilku miejscach lewą dłoń, a jedno przecięcie aż się prosiło o to, by je  zobaczył chirurg. Szef laboratorium  omal zawału nie  dostał z tego powodu, a z kolei Marta była wściekła, bo dla  niej ważna  była zawartość owego szklanego naczynia. Pomimo tego wypadku udało się jej uratować zawartość, zrobiła sobie prowizoryczny opatrunek,  wezwała na pomoc męża by ją odwiózł do domu bo sama nie obsłuży  samochodu i na koniec uspokoiła szefa  laboratorium, że przecież nadal ma pięć palców i że jej do śmierci jest jeszcze  daleko.  Natomiast była  szalenie  zdumiona,  że nie  zauważyła by naczynie  było pęknięte  gdy je wyjmowała  z szafki i napełniała dobę wcześniej  niewielką ilością  badanego "mazidła".

Wojtek przyjechał w  duecie z Michałem, który go po prostu podwiózł, żeby  było szybciej. W drodze udało mu się skontaktować z Andrzejem - Andrzej poprosił by Wojtek ominął recepcję w przychodni dalekim łukiem  i od razu przyprowadził Martę do jego gabinetu. On już na ten  dzień skończył z ćwiartowaniem pacjentów na sali operacyjnej i jest  w przychodni. Ale i tak zostawił wiadomość w recepcji, że zaraz przyjedzie jego bratowa, więc żeby nie  zapisały do niego jakiegoś pacjenta  na cito. Michał zaraz  wrócił swoim  samochodem do pracy, a Wojtek  siadł za kierownicą samochodu Marty. Był przerażony, ale nadrabiał miną i całą  drogę powtarzał : "jak to dobrze, że Andrzej jest  w przychodni a nie  na  sali operacyjnej", a Marta odpowiadała - tak kochanie, masz rację. 

Gdy wysiedli na  parkingu Wojtek spytał, czy ona da radę sama iść czy może on weźmie  z recepcji wózek.  Marta, która już się uspokoiła powiedziała- nie przewiduję bym szła na  rękach, a nogi to mam całe i nie pokaleczone. Gdy przechodzili koło recepcji panienka w różowym kitlu  zerwała  się z krzesełka mówiąc - pan doktor już  czeka w gabinecie i  "kurc galopkiem" powędrowała przed nimi do gabinetu. A Wojtek szepnął do Marty- pewnie następna zakochana w Andrzejku. Marta uśmiechnęła  się i powiedziała - wcale mnie to nie  dziwi, bo to kawałek przystojnego a do tego kulturalnego faceta. Wojtek zerknął na żonę i zapytał, siląc  się na  beztroski ton,  czy Marcie też  się Andrzej podoba.  

No jasne, że mi  się podoba, podoba  mi  się wielu facetów ale jestem twoją żoną, ciebie  kocham a nie innych facetów. To tak  jakbym spacerowała  w galerii z ładnymi  malowidłami. Jesteście obaj bardzo przystojni, lubię taki typ męskiej urody, ale kocham ciebie a nie Andrzeja. Po prostu go lubię i cenię bo to dobry  fachowiec. Poza tym milej jest się obracać wśród urodziwych i kulturalnych  ludzi niż  wśród facetów wyglądających i zachowujących się niczym brakujące ogniwo w teorii Darwina.

Panienka, która  ich wyprzedziła miała  w tym dniu dyżur w gabinecie chirurgicznym - dyrekcja kliniki doszła  do wniosku, że  chirurg ma ważniejsze zadanie  niż zmienianie opatrunku pacjentowi i zakładanie ewentualnie  nowego i  Andrzej dostał  "z urzędu" pomoc w postaci pielęgniarki przeszkolonej pod kątem chirurgii.

Andrzej jak  zwykle cmoknął Martę w czubek głowy i powiedział - oooo, jakiś nowy zapach masz na  sobie!  Siadaj, zobaczymy co sobie zrobiłaś. Boli cię? Czym i czy  w ogóle dezynfekowałaś?  Pani  Ewo, sam to zdejmę a panią poproszę na razie o zrobienie nam kawusi - ale moja  bratowa jej nie dostanie. A ty mów czym to dezynfekowałaś? 

Marta uśmiechnęła  się - zalałam wodą utlenioną, wypaprałam całą buteleczkę i zabrudziłam pół łazienki  w pracy. Ale mam nadzieję, że nie mam żadnych okruchów szkła w środku. I jeśli nie  ruszam kciukiem to mnie  to nawet nie boli i na pewno nie jest to bardzo głębokie skaleczenie i  chyba  żadne ścięgno nie jest walnięte. Najbardziej to jestem wściekła, bo będę musiała powtórzyć to badanie a zależało mi by jak najszybciej mieć jego wyniki. Pierwszy raz  w życiu  rozpadło mi  się szkło w ręce i dziwi mnie, że nie  widziałam by ta cholerna  zlewka była pęknięta gdy  wkładałam  do niej dobę wcześniej tę "maściugę", której ani nie  było dużo ani nie jest żrąca i była o temperaturze pokojowej, nie była podgrzewana  ani zamrażana czy też schładzana. To dla mnie prawdziwa zagadka.

Marciu- zaraz  pani Ewa zrobi ci zastrzyk znieczulający, bo muszę zajrzeć w każde rozcięcie, a to może być bolesne. No i sprawdzę czy na pewno nie  skaleczyłaś któregoś ścięgna - one są tu mało chronione tkanką mięśniową i skórną. I muszę cię pochwalić - dobrze, że zastosowałaś wodę utlenioną a nie  jodynę. Byłaś kiedyś na jakimś szkoleniu w udzielaniu pierwszej pomocy? 

Nie- odpowiedziała Marta- ale oglądałam program o weterynarzach  w Afryce i zapamiętałam, że według nich woda utleniona nalana  wprost na otwartą ranę jest najlepszym antybiotykiem, więc wywnioskowałam, że skoro to pomaga  afrykańskim zwierzakom  poranionym w buszu gdzie na pewno nie  brakuje bakterii wywołujących ropne  infekcje  to i człowiekowi na pewno  nie  zaszkodzi. Poza tym mam wrażenie, że  woda utleniona  nie niszczy tkanek a poza tym nie  szczypie. Ja raz na  tydzień myję Misi ząbki szmatką namoczoną  w  wodzie utlenionej. Patent omówiony  z weterynarzem. Misia nie protestuje bo potem dostaje ulubiony gryzaczek.  

Andrzej uśmiechnął się i powiedział do Wojtka - ty bracie to  musisz jakiś prezent  sprawić Marcie za dzielność i przytomność  umysłu.  Bo to ostrzykiwanie środkiem przeciw bólowym to niestety jest na początku dość bolesne,  a ona zniosła to bardzo dzielnie. 

Wojtek pokiwał przytakująco głową - znam ją niemal  całe życie, ona  zawsze  była szalenie  dzielna i nigdy nie  wpadała  w panikę i  zawsze, nie mam pojęcia  skąd, wiedziała  co trzeba zrobić. To zawsze podziwiałem i nadal podziwiam. Andrzej  bardzo starannie przejrzał wszystkie zranienia,  nigdzie  nie było odłamków  szkła, wszystkie ścięgna były  "całe i zdrowe". Ale i tak Marta "załapała" się na zastrzyk z antybiotyku. Najgłębsze rozcięcie na mięśniu  kciuka  zostało "udekorowane" dwoma szwami, które za tydzień  miały  być usunięte, pozostałe  zostały potraktowane plasterkami  zastępującymi  szycie. Marta dostała 10 dni  zwolnienia lekarskiego i  następnego  dnia miała przyjść na  zmianę opatrunku, ale na którą godzinę to Andrzej  miał jeszcze ją  zawiadomić rano, gdy będzie znał dokładnie swój plan  dnia.  No i oczywiście przez cały  tydzień  Marta będzie  osobą jednoręczną.

No to ojciec jutro pojedzie tylko na chwilę do pracy i zaraz  wróci- powiedział Wojtek  do Marty gdy już wyszli z gabinetu. Ale po co? dlaczego? - przecież prawą rękę mam sprawną- tłumaczyła  mężowi Marta. Zobaczysz sama - gdy dziś zobaczy twoją opatrzoną rękę to nawet batem go nie wypędzisz  z domu do pracy. Przecież ty jesteś jego oczkiem w głowie i nie  zostawi cię z tą ręką  samą  w domu. I to on cię jutro przywiezie do kliniki, jeśli  to będzie w godzinach przedpołudniowych. Bo ja  mam randkę z rektorem. I nie powinienem tego spotkania przekładać. Nie  jestem pewien czy ojciec pozwoli ci na  wzięcie głębszego oddechu żebyś  się czasem nie uszkodziła  podczas tej czynności - zaśmiał się Wojtek. I pewnie u nas  zanocuje, bo  w innym przypadku to się będzie  zamartwiał czy ja stanę na  wysokości zadania w kwestii opieki nad tobą. A poza tym nie  zapominaj, że on Andrzeja też traktuje jak własne  dziecko. On po prostu wreszcie swobodnie oddycha  we  własnym  rytmie a nie pod dyktando  swej byłej żony. Ojciec zawsze  sobie cenił spokój, więc dla "świętego  spokoju" działał pod  dyktando mojej  matki. I  latami  był pod jej dyktaturą. Najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że matka rządząc się niczym  szara gęś cały  czas wszystkim  wmawiała, że to on  rządzi  w domu, a on w to wierzył- tylko nie  wiem  czemu.

A kto u nas rządzi  w domu- zapytała Marta? U nas to  chyba Misia - śmiał się Wojtek. Chyba już zauważyłaś, że u nas to zawsze wszystkie ważne  sprawy omawiamy razem, niezależnie od tego czy one  dotyczą ciebie czy mnie. Pomijam już fakt, że te  mniej  ważne też omawiamy- my po prostu najczęściej "myślimy na  głos" i według mnie to jest cudowne, bo dzięki temu oboje  wiemy co które z nas myśli. U Michała to niemal całe  "zarządzanie"  spadło na Michała, bo Ala twierdzi, że on jest sporo od niej starszy więc lepiej się zna na życiu niż ona. Ona , tak twierdzi  Michał, wmówiła  w siebie, że to przez nią zginął jej mąż, bo to ona nie zaprotestowała gdy dzwonił  do niej przed  drogą, z której już nie  wrócił. I Michał się żalił do mnie, że nie wie jak jej to wybić z głowy. 

Nie wiedziałam o tym, choć Ala mi sporo o sobie opowiadała- stwierdziła Marta. Powiedz Michałowi by w takim  razie zarządził by poszła na terapię. Bo to samo z  siebie nie minie, skoro dotąd nie minęło. Może  się tylko pogorszyć ale nie polepszyć. Zapytam jutro Andrzeja, czy zna jakiegoś dobrego w te klocki psychoterapeutę. Bo to może zniszczyć ich małżeństwo. A Michał to fajny facet i chyba  bardzo kocha  Alę, więc  szkoda by się to dobre  stadło rozleciało przez jakieś idiotyczne wyrzuty  sumienia Ali. Mnie  mówiła, że jej pierwszy mąż  zawsze jeździł za  szybko, bo to go rajcowało. Ale nie  szarżował nigdy gdy jechali razem, bo wiedział, że Ala się  denerwuje. On nawet raz  w miesiącu jeździł do Poznania by pojeździć po torze wyścigowym. Miał Alfa Romeo na które  zarobił sam pracując za granicą, bo teść  Ali nie  chciał mu  się "dołożyć" do kupna tego właśnie samochodu, zwłaszcza, że zdaniem jego ojca ford, którym jeździł mąż Ali miał zaledwie trzy lata, więc kupno nowego samochodu przez  syna po prostu potępiał jako kaprys.

Miał rację Wojtek, że jego ojciec natychmiast przejmie ster rządów w domu - po wysłuchaniu dokładnej relacji z  całego  zdarzenia  zatelefonował do swego szefa do domu i powiedział, że na najbliższy tydzień  od zaraz bierze resztę zaległego urlopu bo musi się opiekować synową, która uległa  wypadkowi, a  co do następnego tygodnia to jeszcze na  razie  nic nie  wie. No  ale artykuł, który miał napisać oczywiście napisze tyle  tylko, że po prostu prześle go mailem i pani Jadzia będzie musiała tym razem samodzielnie dopilnować wydania biuletynu, bo on  w tym celu nie opuści biednej synowej.

Gdy teść skończył rozmowę Marta powiedziała do niego - tato, mówiłeś to wszystko takim tonem jakbym już stała nad  grobem bo mnie rozjechała  ciężarówka, ale ze mną nie jest źle, zostałam dokładnie  odkażona miejscowo wpierw przez siebie potem przez Andrzeja, dostałam antybiotyk, mam sprawną jedną rękę i do tego to prawa ręka, a jestem praworęczną osobą. Oczywiście będzie mi miło,  że  będziesz  ze mną w domu, ale naprawdę nie jest  to sytuacja tragiczna, co zresztą jutro powie ci to sam Andrzej, bo   chce jutro zmienić opatrunek. I też nie  wiem po co bo na mój gust mógłby to zrobić za dwa  dni. No ale to on jest chirurgiem  a nie ja. A  Wojtek ma jutro bardzo ważne spotkanie  służbowe i uznał, że jestem taka ciamajda, że nie potrafię wezwać taksówki by mnie odwiozła do kliniki.  Ta ręka mnie  nie boli tylko wygląda  tak intrygująco opatulona bandażem i na tej podkładce usztywniającej. Andrzej ją dał po to, by były wyprostowane a nie przykurczone palce a tym samym i ścięgna. Bo podobno bez podkładki to palce  i ścięgna  dążą do pozycji wielce  spoczynkowej i szybko robią się przykurcze i potem wymaga to rehabilitacji. Zresztą jutro Andrzej sam ci to wszystko opowie. Jedno jest pewne - nigdy więcej  nie będę łapać szklanego naczynia - pozwolę mu się rozbić na  drobne kawałki. Muszę zadzwonić do rodziców, żeby nie padli w progu z przerażenia na widok tej opatrzonej ręki gdy wdepną do nas pod  wieczór. Ciekawa jestem jak na tę rękę zareaguje Misia. Pewnie nie będzie  się jej podobał zapach, choć mnie  się wydaje, że jest całkiem neutralny. Ale psy to  chyba mają nieco inny gust niż my i czulszy  węch.

                                                                   c.d.n.




środa, 27 grudnia 2023

Córeczka tatusia - 59

 W dwa tygodnie później, po  wielu uzgodnieniach i kombinacjach udało  się  Marcie zorganizować spotkanie trzech par  małżeńskich.  Dzieciarnia Michała została już w piątek wieczorem odwieziona pod Warszawę, a do dzieci Leny i Andrzeja przyjechały aż dwie  babcie, czyli mama Leny i jej siostra. Andrzej był wdzięczny losowi  bo tym razem miał dyżur nocny z piątku na  sobotę i jakimś cudem żaden z pacjentów przyjętych na dyżurze nie wymagał natychmiastowej operacji, więc mógł się w swej "kanciapie" wyspać. Obie "dzieciate" pary nie ukrywały, że to bardzo miła okoliczność takie spotkanie bez obecności dzieci.  Bawili  się świetnie  i jakoś  cała  szóstka nie  mogła  się nadziwić, że tak się  świetnie towarzysko dobrali.  Bo my wszyscy nadajemy na tej samej fali, więc  się doskonale rozumiemy-podsumował Michał. Marta  tuż przed przybyciem  gości powiedziała do Wojtka, że ma wielką nadzieję, że obie pary "dzieciate"  nie zagłębią  się nagle w tematy ciąży, porodu i  wychowu  dzieci, a Michał z Wojtkiem nie ugrzęzną w tematach zawodowych. 

Około trzeciej nad ranem z wielkim żalem zakończyli wieczór i stwierdzili, że przynajmniej raz  w miesiącu będą robili takie  spotkanie. Poza tym wymyślili, że nie  byłoby  źle pojechać gdzieś  razem na  wakacje i może  właśnie do Sopotu i wtedy obie mamy namówiłyby na wyjazd swoje babcie. Wynajęliby wtedy 3 mieszkania typu M3, matki dzieciom gotowałyby na  zmianę i byłoby świetnie. 

Na tym spotkaniu była też Misia, która "przesiadała się" z jednych męskich kolan na  następne, by w końcu zasnąć na kolanach Wojtka z noskiem wciśniętym  w  zgięcie jego łokcia - na  szczęście w lewej ręce,  więc mógł swobodnie jeść.  Lena  się trochę dziwiła,  dlaczego Misia wolała bardziej  męskie kolana  niż damskie,  ale Wojtek jej wytłumaczył, że po prostu  Misia  szybko pojęła, że męskie kolana  są znacznie  stabilniejsze  bo z reguły tak się jakoś  zdarzało, że Marta  znacznie  częściej wstawała z krzesła  lub  fotela  i zostawiała  Misię  samą, a Misia jest tak rozbestwiona, że uważa to za wielki nietakt. A poza tym to Misia   najbardziej lubi siedzieć na kolanach jego taty, bo wtedy miksuje  się do wewnętrznej kieszeni bluzy dresowej ojca, w której chyba  czuje  się najbardziej utulona. A poza  tym gdy ojciec  wstaje  to nie  zostawia jej "samej" na krześle lub  fotelu  ale wszędzie zabiera ją wtedy ze  sobą. A oni, ze  względów bezpieczeństwa, żeby sobie  nie zrobiła  krzywdy wyuczyli ją, by sama nie zeskakiwała z krzesła na podłogę. Wyjątek stanowi łóżko w ich  sypialni, bo cała podłoga w  sypialni jest wyłożona grubą wykładziną a przy samym łóżku leżą jeszcze dodatkowo puszyste dywaniki. Gości najbardziej bawił fakt, że Misia, chociaż to miniaturowy piesek to ma dwa  domy i dodatkowo miejsce  w kwiaciarni.

Oczywiście nie obyło  się bez opowieści snutej przez  Wojtka jakim to sposobem "dorobili się" psa i że to Misia właśnie ich wybrała, bo się przywlokła na plaży do nóg Marty. No  a plaża nie była  tego dnia miejscem  bezludnym. A nie bałaś  się, że może cię ugryźć?- spytała Ala. Nie, nie bałam się, ona ma  taką malutką  mordkę, że nawet mi to do głowy  nie wpadło. Pierwsze co pomyślałam, to że  się komuś  zgubiła, potem dotarło do mnie, że jest potwornie wychudzona, nie ma nawet obróżki  i może  chora więc zabraliśmy  ją do weterynarza. I gdy powiedział, że psina  zdrowa ale  wygłodzona  to już wtedy wiedziałam, że pojedzie  z nami do Warszawy o ile nie zgłosi się właściciel. Bo wywiesiliśmy kartki w kilku miejscach, że  się taki piesek przybłąkał.  Weterynarz uważał, że  Misia jest wynikiem "mezaliansu" z jakiegoś domu, w którym była rasowa psina i być może nawet ktoś  szczeniaka wziął jako rasowy egzemplarz, a gdy okazało się, że to mieszaniec to ją wywiózł w okolice plaży i porzucił. Bo na ogół wydaje  się  szczeniaka z domu w wieku 7 tygodni, a  taki szczeniaczek w niczym  nie przypomina psa o nazwie swych rodziców.  Oddaje  się takie maleństwa, bo one wtedy już przestają  być karmione przez  sukę i łatwo przyzwyczajają się do nowego domu. Poza tym  weterynarz  mówił, że zaobserwował jakieś wynaturzenie wśród właścicieli psów, czyli celowe krzyżowanie  różnych ras i to często po  to by "otrzymać  nową rasę". Ewentualnie krzyżują ze sobą osobniki tej samej rasy tak, by potomstwo było albo dużo mniejsze  albo sporo większe od uznanego standardu. I to powinno być tępione. A gdy byli w tym roku w Sopocie  to byli sami, bo Pati orzekła, że pobyt w  Sopocie  może być stresem dla Misi, bo pieski są "pamiętliwe" no i Misia została u rodziców. Ale na następny  pobyt już jej nie  zostawią w Warszawie. Misia jest przyzwyczajona do trzech  miejsc, w których mieszka - w każdym ma swoją budkę do spania i posłanko koło budki i swoją "służbę", która o nią dba.  Poza tym to ona jest lekka i noszenie  jej na rekach ewentualnie w transportówce nie jest problemem. Na necie są nawet specjalne plecaki do noszenia małych zwierząt, mają  okienko, którego część jest ażurowa, żeby był dopływ  powietrza. Ale w Polsce ich jeszcze  nikt nie sprowadzał, bo polski modus vivendi w tej materii  to po prostu porzucenie psa lub kota na pastwę losu ewentualnie odwiezienie do schroniska lub w jego okolice.

Andrzej stwierdził, że może kiedyś, kiedyś,  gdy zgłupieje kompletnie i wybuduje  sobie  własny dom z ogrodem, albo dostanie w spadku po ojcu jego chałupę z ogrodem to na pewno będzie  miał psa i ku zgorszeniu okolicznych sąsiadów nie będzie go hodował w budzie koło domu, ale w  samym  domu. Ale jak zna  siebie i życie  to raczej nie  grozi mu taki pomysł by zamieszkać na starość w wolnostojącym domu, bo taki dom i ogród to stały  strup na głowie. Bo gdy się mieszka  w mieście w  wielorodzinnym budynku będącym własnością miasta lub spółdzielni, to nie obchodzi cię stan dachu, rynien i piwnic- jak coś jest źle to zgłaszasz to w administracji  i oni mają obowiązek zadbać o  to by dach był cały, rynny nie zatkane a piwnice nie  zalewane wodą z podłoża. A poza tym, gdy on już będzie na emeryturze to raczej jest mało prawdopodobne, że będzie miał siły  by z sensem zajmować  się takim wolno stojącym domem. Bo nie da  się ukryć, że zawód który wykonuje jest bardzo wyczerpujący i fizycznie i psychicznie. I wie, że ma niewątpliwie wielkie szczęście, że ma tak  bardzo mądrą i wyrozumiałą żonę, która doskonale  wie jaka to jednak bardzo  wyczerpująca praca.  I dlatego w pewnym momencie pomyślał, że może by zrobić specjalizację w chirurgii plastycznej, no ale Marta swoimi opowieściami o nawet nie inwazyjnej medycynie estetycznej przekonała  go, by się w to nie bawić. I zaraz wszyscy się zaczęli dopytywać co w takim razie Marta będzie robiła po ukończeniu studiów, więc Marta opowiadała jakie ma perspektywy po ukończeniu  studiów. 

Ala i Lena dziwiły  się trochę, że  zgodziła  się  pracować w ramach pół etatu w  czasie wakacji, ale ani Andrzej ani Michał nie dziwili  się. Andrzej  niemal w każde wakacje na studiach pracował  choć nie  miał wcale złej  sytuacji finansowej, Michał zresztą podobnie, choć przez cały czas obu utrzymywali  rodzice. Rodzice Michała wyemigrowali gdy był na drugim  roku studiów. Zresztą Wojtek podobnie- miał mieszkanie bo mieszkał z własną ciotką, ojciec płacił za jego  utrzymanie a Wojtek pracował i  dzięki temu  dorobił się mieszkania spółdzielczego na Ursynowie. Wojtek z Andrzejem opowiedzieli Michałowi, jak to Marta wymyśliła  zamianę mieszkań Wojtka i Andrzeja , potem Andrzej opowiedział ze  szczegółami jak wyglądała jego przeprowadzka dzięki ojcu Wojtka, a na końcu Marta opowiedziała historię jak poznała nową żonę  swego ojca i jak pokochała swego teścia, który naprawdę zasłużył by mieć miano taty.  

Prawdę mówiąc to jesteśmy wszyscy szczęściarzami - podsumowała Marta. Mamy bardzo odpowiedzialnych rodziców i to  dzięki nim mogliśmy  dojść do punktu,  w którym teraz jesteśmy. Ja pracuję  dlatego, że zdecydowałam  się na drugi  stopień tych studiów i to wszystko co teraz robię w pracy, ten kontakt z chemikami  jest dla  mnie bardzo cenny, bo dowiaduję się o rzeczach, o których mam raczej mgliste pojęcie i gdy będę się o  tym uczyła  nie będzie to dla mnie typowa terra incognita. Poza tym to laboratorium jest  dość blisko domu, w granicach naszej  dzielnicy i miałabym niezły dojazd , lepiej niż teraz  na uczelnię, bo teraz to się muszę przeprawiać na drugi brzeg Wisły. I jestem bardzo wdzięczna Wojtkowi i tacie, że mnie  zmusili  do zakupu samochodu, bo jednak jeżdżenie komunikacją miejską zabierało mi sporo czasu. Skłamałabym mówiąc, że robię tam jakąś poważną pracę, szef mi wciąż tłumaczy, że dla nich to jest pomoc bo całe życie nasze i rzeczy wielkie składają  się głównie  z małych kawałków, które zsumowane mają jednak znaczenie.  Teraz to nastawiam różne próbki, wszystko muszę opisać bardzo  szczegółowo, nawet godzinę z minutami o której nastawiłam, sprawdzić po określonym czasie  ich stan fizyczny jak gęstość, lepkość, zapach, wygląd, mazistość- na  szczęście nie muszę przeprowadzać  degustacji- to wszak nie wyroby spożywcze. Czasem tylko  mam dużo do czytania i muszę z tego co przeczytałam robić notatki. W sumie  to się sporo uczę. Ale mnie  się to podoba. Moje koleżanki to się wymownie w głowę stukały gdy się  dowiedziały, że ja w  wakacje będę w laboratorium pracować. One to sobie załatwiały wakacyjne praktyki w gabinetach kosmetycznych, bo ich  zdaniem wiedza na temat składu chemicznego danego kosmetyku nie jest konieczna, to nie  są środki które nabywa się tylko na podstawie  recepty, więc po co  sobie tym głowę obciążać. Ale one nie  wiedzą, że ja dostaję za tę pracę regularne wynagrodzenie a one w tych gabinetach to będą przynosić, podawać i  zamiatać głównie za frajer.  One w ogóle patrzą na mnie jak na wariatkę - wyszła  za mąż a nie jest w ciąży- no bo w niektórych  środowiskach tylko dlatego wychodzi  się za mąż jeśli się przypadkiem zajdzie.  Będę robiła drugi stopień a nie mam  w planie posiadania własnego salonu kosmetycznego.   Mało tego - nie lubię zajęć praktycznych - robię bo muszę a nie dlatego, że lubię a co gorsze - mam z tego ocenę "bdb" i to już jest wręcz skandal. I nie chodzę z nimi na kawusię i nie opowiadam z kim  się przesypiam i nie pokazuję swoich zdjęć z wakacji.

Andrzej się zaśmiewał w głos i powiedział - no to całe szczęście, że nie  wiedzą jak wiele masz dobrych wiadomości z tak zwanej medycyny ogólnej i jak dobrze masz  wszystko poukładane  w głowie. Ty  się dziecino marnujesz na tych studiach, powinnaś była jednak drugi raz podejść na medycynę i zdawać pod hasłem, że wybierasz nie ogólny lekarski ale medycynę estetyczną.  Bo pewnie tak zgłosiłaś?  No właśnie- tak właśnie  zgłosiłam. Nie było po prostu dokładnych informacji- ktoś czegoś  nie dopatrzył- powiedziała Marta. Ale  nie zrobiła  się z tego powodu dziura  w niebie.  Jeżeli nie wydarzy się nic  złego to mam zamiar skończyć za dwa lata tę uczelnię, popracować rok i wziąć  się za rozmnażanie. Tylko nie wiem, czy ja  się nadaję na matkę bo mam okropne  wymagania względem dzieci. O ile wyobrażałam  sobie zawsze własne zamążpójście ( ale tylko za Wojtka) o  tyle macierzyństwo jakoś  jest poza moją wyobraźnią. 

Lena popatrzyła na Martę i powiedziała - do wszystkiego trzeba po prostu dojrzeć emocjonalnie, choć w moim odczuciu to 3/4 populacji  kobiet rodzi dzieci nim dojrzeje do tego emocjonalnie. Ty należysz do tych, którzy łączą rozum z dojrzałością emocjonalną  i choć jak twierdzisz nie wyobrażasz sobie własnego macierzyństwa to ja uważam, że będziesz cudowną matką - moje dzieciaki ciągle  się o ciebie dopytują kiedy do nas przyjdziesz i będziesz z nimi rysować. A ponieważ Michał podniósł brwi wyrażając lekkie, choć nieme zdziwienie, Lena szybko opowiedziała jak Marta z jej dzieciakami  kolorowała obrazki. I teraz mamy w domu całe mnóstwo książeczek do kolorowania a rodzina dostała "prikaz" kupowania dla nich tylko takich książeczek, w których są albo ładne kolorowe fotografie zwierząt ewentualnie realistyczne ich obrazki a nie bohomazy mało przypominające prawdziwe zwierzęta. I "Starszy" poucza "Młodszego"  by nie wychodził kredką poza  kontur obrazka - powiedziała Lena.  I obiecałam im, że pojedziemy do ZOO, ale muszą wpierw przestać bałaganić w domu. Na razie marnie im to idzie, ale już pomalutku kumają, że jeśli skończą się czymś bawić to muszą to odstawić na miejsce. I niechcący sama siebie musiałam zmobilizować by zaraz chować  wszystko na miejsce, jeśli już czegoś w ciągu najbliższego czasu nie będę używać - przyznała się Lena.

                                                                      c.d.n.

                                                                    


poniedziałek, 25 grudnia 2023

Córeczka tatusia - 58

 W drodze powrotnej do domu Marta powiedziała do męża - mam ostatnio  szczęście do spotykania na  swej drodze ludzi z którymi bez najmniejszego trudu mogę złapać  "wspólny język". I Ala i Michał są naprawdę fantastyczni. Cieszę się bardzo, że ich poznałam. Po historii o tym, jak Alę potraktowali  jej rodzice uważam, że to co zrobiła moja matka to mały Pikuś, bo miałam i mam normalnego tatę. Jak  się okazuje to  jest jednak  sporo nieco  dziwnych rodziców  na świecie. Wojtek spojrzał na nią i powiedział - w moim odczuciu to jednak jest dość istotna  różnica  - ty byłaś  wtedy jeszcze  dzieckiem, a Ala już była dorosła. To jednak spora różnica. Ty wymagałaś  jeszcze opieki, nie byłaś samodzielna. Ala wg wszelkich reguł była  wtedy już osobą pełnoletnią i nie musiała  się podporządkowywać decyzji swoich rodziców. Ona jest niewiele młodsza od Michała, tylko że jest niewysoka, szczupła to wygląda na  dużo młodszą, a jest tylko 4,5 roku młodsza od Michała.

Ala  twierdzi, że ona już też przebolała to, że jej rodzice w tak paskudny  sposób ją potraktowali i to nawet wtedy, gdy wiedzieli, że jej mąż zginął w  wypadku. Usłyszała  wtedy, że to kara boska za to, że wyszła za niego za mąż. Całe szczęście, że jej teściowie stanęli wtedy na wysokości  zadania.  I że ze  zrozumieniem podeszli do tego, że ona  chce wyjść za Michała i  że nie  robili afery z tego, że on chce usynowić ich wnuka.  A sprawa szła przez  sąd rodzinny, więc oni  też się wypowiadali.

Ona gdy wyszła  za Michała - opowiadała dalej Marta- to wprowadziła  się do niego, czyli do mieszkania, w którym  kiedyś mieszkał razem z rodzicami  i zmieniła numer swego  telefonu zmieniając operatora. A mieszkanie, w którym mieszkała z ojcem  Mirka prawnie jest mieszkaniem jego rodziców  i oni z niego korzystają głównie  zimą gdy wpadają  do Warszawy  bo idą do teatru lub przyjeżdżają do dzieci czy też do swoich  znajomych. Bo ojciec pierwszego męża  Ali - ten "prosty badylarz  spod  Warszawy" skończył biotechnologię na SGGW i pracuje naukowo w jakimś instytucie. I ma w ogródku przydomową małą  szklarenkę, w której na użytek własny hoduje warzywka, ma w ogrodzie kilka jabłonek takich starych odmian, których już duże  sady nie hodują bo te  stare  odmiany to owocują dobrze co dwa lata a nie co rok. Jabłonki to ma w spadku po poprzednim właścicielu tej posesji.  Wpierw  chciał je usunąć, ale podobno one tak pięknie kwitną wiosną, że je  zostawił. A że żyje w  zgodzie z sąsiadami, którzy co prawda nie są po SGGW, ale każdy coś hoduje, to i cielęcinka dla wnusia jest i kurczaki własnego chowu i prawdziwa śmietana i masełko.

Ala się śmieje, że Michał to taki rodzaj anioła, który  się pojawił by zająć  się nią,  Mirkiem i ukoić nieco ból jej teściów.  A gdy Mirek po raz  pierwszy powiedział  "tata" to Michał się najzwyczajniej  w świecie popłakał  ze wzruszenia. I zaraz zatelefonował do dziadka, że Mirek powiedział "tata".  A gdy okazało się, że Ala jest w  ciąży to Michał zaraz poinformował  o tym wydarzeniu teściów Ali, a dopiero potem  swoich  rodziców.   Michał tak traktuje teściów Ali jakby oni byli jej  rodzicami. Ala, zapytana przez teściową czemu nie utrzymuje kontaktu ze  swymi rodzicami powiedziała jej tylko, że  oni na to miano nijak nie  zasługują i niech tak zostanie.  A gdy teściowa nieco  bardziej naciskała w końcu jej powiedziała, że nie podobało się jej rodzicom, że wyszła za mąż za ich syna, chociaż go  nie znali bo nie chcieli go poznać. 

Ale czemu nie  chcieli poznać?- dziwiła się teściowa.  Bo zestawili sobie  dwa fakty - on studiuje na SGGW i mieszka pod  Warszawą w miejscowości , w której mieszkają tzw. "badylarze". I że to oni ją "wypisali" z rodziny gdy wyszła za niego za mąż. A gdy zginął w  wypadku to stwierdzili, że to kara boska za to, że za niego wyszła. Teściowa przytuliła ją i powiedziała - dla  nas  nadal jesteś drugim dzieckiem, a waszą "pareczkę" kochamy tak samo jak Mireczka.  Rozumiem teraz twoje postępowanie. A Michała też pokochaliśmy. To dobry  chłopak.

A ja, naiwna, myślałam, że  tylko ja mam dziwne układy rodzinne bo mówię "mamo" do kobiety, która  wcale nie jest moją matką. Muszę przed końcem  swoich wakacji zrobić jakieś "party" i zaprosić oba nasze znajome  małżeństwa.  Mam nadzieję,  że oni też się polubią i będziemy wszyscy razem tworzyć zgraną paczkę.  Lena narzekała, że nie  mają fajnych  znajomych "dzieciatych" a ja już  zapowiedziałam, że o powiększaniu rodziny to pomyślę po studiach i zapewne dopiero po roku pracy  zawodowej. 

Wojtek rozejrzał się po pokoju i powiedział- no nie wiem jak to zrobimy- to przecież  będzie sześć osób dorosłych i pięcioro dzieci- nie porozmawiamy bo nas  dzieciaki zawrzeszczą. Marta popatrzyła  się na Wojtka z politowaniem - przecież chyba jasne, że zrobię  "spęd" tylko dla dorosłych. Najlepiej  w którąś sobotę, bo wtedy obie pary  mogą dzieci odstawić do dziadków lub dziadkowie przyjechać do dzieci.  Lena i Andrzej już rozglądają się za jakimś mieszkaniem na Ursynowie  dla rodziców, bo komunikacja między Wolą a Ursynowem jest dość  skomplikowana. A u Michała to mniejszy problem, bo dzieciaki szalenie lubią bywać u dziadków i mają tam też swoje  zabawki poza tym dziadek zawsze ich zabiera  do różnych sąsiadów żeby zobaczyły różne zwierzaki. 

Ala mi opowiadała jak dziadek dał lekcję Mirkowi, bo usłyszał, że ten nazywa swoje rodzeństwo gnojami.  Dziadek zaprowadził Mirka do dość odległego sąsiada, który ma  dwa konie, cztery świnki, krowę i w pewnej odległości od domu prawdziwą, wiejską gnojówkę. Oprowadził dzieciaka po oborze, stajni, potem był wykład o tym, że każde żywe stworzenie je a potem, po strawieniu  pokarm  wydala, no  ale zwierzątka  nie chodzą w tym celu do toalety ani nie korzystają z nocniczka więc  dobry gospodarz  sprząta codziennie ich pomieszczenia i wszystko jest wyrzucane  w jedno miejsce, czyli do gnojówki, bo te  wszystkie odchody ludzie nazwali gnojem. Oczywiście  cały wykład był gdy stali obok gnojówki. Mały zatykał nos, przestępował  z nogi na nogę, ale nie śmiał odejść bo dziadek cały czas opowiadał. Na koniec  zapytał Mirka dlaczego on nazywa swe rodzeństwo gnojami, skoro oni nie  są odchodami  zwierząt ani nie pachną brzydko. No i wtedy wyszło na jaw, że dzieciaki w przedszkolu tak się do siebie zwracają. Ale, jak  się śmieje Ala, smród gnojówki zmobilizował szare  komórki dziecka i mały powiedział sam, z własnej inicjatywy, że nigdy więcej nikogo nie nazwie  gnojem, nawet  w przedszkolu.

Dobre -  stwierdził Wojtek. Wyczytałem gdzieś, że coraz mniej  dzieci wie jak wygląda wieś bo takich prawdziwych  wsi to w pobliżu dużych  miast nie ma i właściwie takich prawdziwych wsi to już teraz nie ma, bo pomału, pomału, ale "cywilizacja" i do odleglejszych miejscowości dociera. Podobno już nawet w Bieszczadach  trudno znaleźć  "dzikie miejsca  zapomniane przez Boga i ludzi".  Jeden z kolegów nam opowiadał, że  "napaleńcy" starają  się za  wszelką cenę utrzymać choć trochę  "klimatu" z  czasów nie tak odległych, gdy można  było  przepaść w Bieszczadach bez śladu, bo i dróg porządnych nie było , niektóre wsie były wyludnione a opuszczone domostwa zostały przez  zaradnych rozebrane do podmurówek.  Jak twierdzi to jego jakiś daleki kuzyn uciekł od żony w Bieszczady ale co miesiąc przysyłał pieniądze na dziecko i za każdym razem z innego miasta w Polsce. Bardzo nas  rozbawiło jego opowiadanie, bo gdy ten kolega był kiedyś na urlopie  w Bieszczadach, to podeszło  do niego  jakieś kudłate, zarośnięte  indywiduum, klepnęło go ramię i ni to zapytało, ni stwierdziło - ty jesteś Bartek - no nie?   Bartka nieco zatkało, bo   nie przypominał  sobie, by znał kogoś  o takim wyglądzie i powiedział - może jestem, może nie jestem, a ty kim jesteś?  Wtedy facet powiedział kim jest i czym się zajmuje. Powiedział, że żenił się pod przymusem, że wcale a wcale nie jest pewien, że to on był sprawcą ciąży swej żony, bo panienka dość szczodrze dzieliła się z chłopakami swym ciałem a poza tym pamiętał, że on był zabezpieczony. A wtedy testy genetyczne nie były robione w prywatnych  laboratoriach analitycznych. Były wykonywane w państwowym laboratorium i  tylko na zlecenie  sądu.W stolicy było tylko jedno prywatne  laboratorium ale  nie robiło testów genetycznych. No to  się ożenił i jeszcze nim  się dziecko urodziło spłynął w Bieszczady. No a na pytanie gdzie on pracuje stwierdził, że  jest  smolarzem, czyli produkuje smołę drzewną. Bartek twierdził, że gdy to wtedy usłyszał to ponoć  nie bardzo wiedział czy ma się  śmiać  czy płakać, że jego kuzyn zamiast kontynuować studia został smolarzem w Bieszczadach.   

A ja byłam pewna, że  smołę to tylko z  węgla się robi - stwierdziła Marta- wciąż  mam  jednak  jakieś braki  z chemii.Wojtek roześmiał  się - pociesz  się, że większość  ludzi  nie wie nawet i tego, że smołę  robi  się z węgla i wcale  nie  są z tego powodu zmartwieni.  Ja z kolei nie mam nawet  bladego pojęcia z  czego są robione różne kosmetyczne  mazidła ale nie rwę włosów  z głowy   z tego powodu. Ty z kolei nie  masz pojęcia o programowaniu i też  się z tego powodu świat nie  zapada i nie kończy.  Nikt przecież nie jest w stanie wiedzieć wszystko  o  wszystkim. Ty wiesz i potrafisz uszyć sobie  sukienkę, ja to podziwiam, ale nie  rozpaczam, że tego nie potrafię.  Każdy człowiek ma jakieś zdolności, coś mu udaje  się świetnie,  ale raczej nie ma  na świecie wielu takich co potrafią i wiedzą  wszystko. A z reguły geniusze tacy jak choćby Einstein  czy inni wynalazcy w  sprawach bytowych byli kiepściuni i gdyby  nie ich kobiety to by chodzili  "goli i  bosi" bo nie bardzo potrafili  zadbać o  siebie. Z dziedziny kosmetyki to tylko wiem, że kremy mogą być na tłuszczach zwierzęcych lub roślinnych i że można się opalać smarując  się oliwą z oliwek, bo moja matka tak robiła i kojarzyła  mi  się z frytkami.  Ty to od początku byłaś dobra  z chemii, a mnie to jakoś chemia  zupełnie  nie  wchodziła do głowy. Do dziś pamiętam jak mnie odpytywałaś z chemii przed klasówkami. I chyba wtedy po raz  pierwszy dostałem 4+ z tej chemii.  Chemiczka podejrzewała, że na klasówce ściągałem, ale siedziałem z  Alkiem,  on był jeszcze gorszy z  chemii niż ja a siedzieliśmy w pracowni chemicznej tuż przy stole chemiczki. Alek miał wtedy na lewej dłoni wypisany jeden wzór, ale mu się rozmazał i mu się cyferki pomyliły i potem chemiczka rozdając klasówki powiedziała  mu, że takiego  głąba  jak on to jeszcze nie spotkała. A teraz  ten "głąb" podobno wygrał jakiś konkurs architektoniczny i to nie  w Polsce ale gdzieś w świecie.  Jego  rodzice wyjechali do Australii i on tam studiował.  Oni pojechali wpierw  bez niego, mieli wrócić po miesiącu, ale po miesiącu to tylko jego ściągnęli do Australii, bo jego ojciec dostał tam  dobrą pracę i Alek tam robił liceum. Takie wiadomości  mam od  Ziutka. Jemu ta Australia posłużyła, nie poleciał tam by szukać opali.

Szkoda, że się nam tak ta klasa rozjechała po świecie- byliśmy bardzo  zgraną bandą - powiedziała ze  smutkiem Marta. No nie wiem - wtedy byliśmy jeszcze  dziećmi, każdy z nas  się zmienił a na dodatek zmieniły  się też układy polityczne i gospodarcze w Europie i na świecie i nie wiem, czy dalej bylibyśmy "zgraną bandą"- zauważył trzeźwo Wojtek.

                                                                             c.d.n.

                                                                             c.d.n.


czwartek, 21 grudnia 2023

Córeczka tatusia - 57

 Wizyta u Michałów przeciągnęła  się  nieomal do północy. Ala nie ukrywała, że chociaż bardzo kocha swe dzieci to  byłaby wdzięczna losowi by ze  dwa razy  w miesiącu mogła być tylko z Michałem, bez trójki dzieciaków. Ale  po doświadczeniach starszego synka  z przedszkolem to czarno widzi sytuację gdy "pareczka" też wyląduje w przedszkolu.  Jakoś na  szczęście  jak dotąd "przedszkolak" nie  załapał żadnej infekcji i nie przywlókł niczego, poza dość niewybrednym słownictwem, do domu. Na szczęście  Michał jest dla  niego największym  autorytetem i szybko nauczył Mirka, których słów  i dlaczego nie powinien używać.  

Zapisaliśmy go do prywatnego przedszkola, ale jak widać w domach wielu dzieci nikt nie kontroluje tego jakimi słowami operuje przy  dziecku. A potem dziecko w taki sam sposób zwraca się w przedszkolu do swoich koleżanek i kolegów. Mnie kończy się  trzyletni bezpłatny urlop wychowawczy, więc muszę się zastanowić co dalej -  zdaniem Michała powinnam przestać pracować  zawodowo  ewentualnie znaleźć jakiś półetat, bo jednak troje  dzieci to nie jedno dziecko i pomimo wielu udogodnień to jednak sporo przy  nich jest pracy  w domu.  A ja z kolei  uważam, że powinnam  nadal  pracować, bo "złe nie śpi" i od  wypadku, w którym zginął mój  pierwszy  mąż  stale się boję, że pewnego dnia mogę zostać sama z trójką  dzieci.  Michał o tym wie i jeżeli  wie, że nie  wróci z jakiegoś powodu na czas do domu to zaraz mnie o tym informuje. 

Popatrz, teraz poszli z twoim do drugiego pokoju i jestem dziwnie pewna, że omawiają jakieś zawodowe sprawy. Michał to nie może  się wprost nachwalić twojego męża  jaki z niego mądry i porządny facet. I  jakoś bardzo  szybko poznał się ma twoim mężu. Teraz lepiej się znają niż na początku i nadal zdaniem Michała ( i podobno to nie tylko jego zdanie) to bardzo zdolny i mądry chłopak. A mój Michał bardzo, bardzo rzadko kogoś chwali.  Gdzie ty go wytrzasnęłaś?  

Marta roześmiała  się - ja go nie wytrzasnęłam, chodziliśmy razem do podstawówki i byliśmy wtedy parą. I tak nam zostało - widocznie oboje jesteśmy monotematyczni i wierni z natury. Przez czas liceum byliśmy rozdzieleni, bo jego rodzice zgarnęli go do Austrii, ale on tu wrócił na studia i tym samym  do mnie. Teraz mam w jego tacie wielbiciela, często u nas pomieszkuje, a poza tym gotuje nam obiadki. Rozszedł się z matką Wojtka, wrócił do Polski, a ona tam pozostała. A tak  w ogóle to nasi ojcowie kiedyś pracowali w jednej firmie. 

Do dziś pamiętam jak się mnie Wojtek zapytał czy będziemy ze sobą chodzić - byliśmy wtedy w siódmej klasie.  No i chodziliśmy. Do kina na macanki i całowanki, więc przeważnie bywaliśmy na tym samym filmie dwa razy - raz w kinie  a drugi raz by obejrzeć film, poza tym on mnie odprowadzał zawsze do domu.  I tak nam zostało. Znamy  się chyba lepiej niż łyse konie.  Gdy  wrócił tu na studia to ja nie wierzyłam, że on nie łazi  z innymi dziewczynami a on nie wierzył mi, że z żadnym  facetem się nie umawiam.  

Trochę mi głupio, że on już po studiach a ja nadal jeszcze  studiuję, ale  jakoś nie bardzo wiedziałam  jaki kierunek  wybrać. Zdawałam na medycynę, ale odpadłam, bo po prostu nie doceniłam trudu egzaminu  z chemii - byłam tak pewna  siebie, że chemię mam na mur opanowaną, że nawet nie raczyłam się choć trochę pouczyć. No ale trochę  się  douczyłam  i zdałam nie na  AM ale na studia medycyny estetycznej, na kosmetologię. Mam jeszcze dwa lata do magisterium. I widzę, że dobrze wybrałam- teraz w wakacje  pracuję na pół etatu w laboratorium kosmetycznym i już mi się podoba. Więc mam nadzieję, że jako mgr kosmetolog sprawdzę  się w tym laboratorium.  Bo ja dopiero na praktycznych zajęciach dowiedziałam się czegoś  o sobie - byłabym niezbyt dobrą kosmetyczką i pewnie połowę klientek bym posłała gdzie pieprz rośnie  a nie grzebałabym  radośnie w ich skórze usuwając  drobne defekty. 

Poza tym ja jestem mało nowoczesna i nie chcę by moim dzieckiem zajmował się wpierw  żłobek a potem przedszkole i tak samo nie chcę by potem siedziało po szkole  w świetlicy lub samo w domu jak ja. Bo tata pracował, a moja matka stale "wyciekała" gdzieś z domu i wracałam do pustego mieszkania. Wiesz- Wojtek o tym wszystkim wie i zgadza  się z tym moim poglądem.

Rozumiem cię doskonale - my  chyba po wakacjach zabierzemy Mirka z przedszkola a pareczki też wcale tam nie  wstawimy. Michał jest bardzo rozczarowany wychowaniem przedszkolnym w naszym mieście -stwierdziła Ala.  A to przecież  stolica  a nie  jakieś, z przeproszeniem,  zadupie. Ostatnio przeglądałam literaturę dotyczącą  wychowania przedszkolnego i może po prostu będę dla naszej trójki prywatną przedszkolanką. Niech dzieciaki biorą dość czynny udział w życiu rodziny- będą robić  ze mną zakupy, będę im też tłumaczyła i pokazywała wszystko co dotyczy prac domowych, w tym i gotowania. Nie wpadłam na to  sama, ale rozmawiałam z jedną bardzo miłą babeczką , która  w ten sposób hoduje dwójkę swoich dzieciaków.  Bo, jak mówi, w ten  sposób dzieciaki wychodzą z domu lepiej przygotowane do życia. A poza tym mogę Mirka już zacząć uczyć rozróżniania liter.  Co prawda mówiłam Michałowi, że powinnam wypracować  sobie  jakąś emeryturę, ale tylko machnął ręką. 

Poza tym  nie jest  wcale  pewne, że do  śmierci będziemy mieszkać  w Polsce. Michał ma jakieś tajemnicze plany, ale na razie wiem tylko tyle, że być może wyjedziemy stąd wszyscy.  Ale jak na razie  to nie ma jeszcze konkretnego kierunku.  Gdyby był sam to już zapewne od  dawna by był w którymś z krajów Europy. Bo na Antypody  to nie bardzo mu pasuje.

No właśnie - podchwyciła temat  Marta - mój to już od dość dawna coś na ten temat przebąkuje, no ale on to by chciał wpierw  zrobić doktorat. Był bardzo zaskoczony, gdy zaproponowano  mu pracę na  PW i jeszcze zrobienie  doktoratu. No ale ta praca nad doktoratem  to przecież nie kwestia kilku miesięcy ale kilku lat. Ciekawa jestem kto go na PW ściągnął - Wojtek twierdzi,  że do pracy na wyższych uczelniach jest wciąż zbyt mało chętnych, chociaż teraz wreszcie  zaczęli przyzwoicie płacić. On już kombinował jak się wyeksportować bo jego zdaniem informatycy są tu niedoceniani. 

Po prostu twój ślubny jest dobry w te klocki - powiedziała Ala. Michał był zaskoczony jakością  jego pracy magisterskiej i podzielił  się tą opinią z dziekanem, a potem to już  się jakoś  samo rozhuśtało. I ponoć  potrafi dobrze  wykładać materiał. Marta uśmiechnęła  się - ja nadal nie  zgłębiłam informatyki- nadal jestem nieco tępawym użytkownikiem  komputera i wiedza, którą posiada Wojtek  jakoś  zupełnie mnie  nie skaziła. Ala roześmiała  się - pociesz się, że ja także nie mam zacięcia w tym kierunku. Umiem tylko to co zwykły, mało bystry użytkownik. I zapewniam  cię, że jest mi z tym całkiem dobrze. I nie mam najmniejszego zamiaru rozszerzać  swoich umiejętności w  tym  zakresie.

Ala, a jak ty poznałaś Michała? Długo się znacie?    Nooo, jak na  dzisiejsze  standardy to długo. I poznałam go dość krótko po śmierci mego męża, Mirek miał wtedy trochę ponad  rok. Odpadło mi na ulicy koło od  wózka i usiłowałam je jakoś przymocować, ale ono po kilku obrotach odlatywało. I wtedy akurat przechodził tamtędy Michał- chyba mu się żal zrobiło jak popatrzył jak marnie mi to idzie, bo wpierw grzecznie przeprosił, że  się wtrąca i  zapytał co  się stało, a już prawie zapłakana powiedziałam, że po prostu nie umiem tego koła przymocować. No to może ja  spróbuję-  zaproponował. Pociechą  dla mojej godności  był fakt, że on też nie mógł go trwale przymocować, więc mi zaproponował, żebym chwilę spokojnie poczekała i nic nie robiła, on za moment podjedzie tu samochodem i podwiezie  mnie wpierw do jakiegoś warsztatu ślusarskiego, tam albo zrobią od  ręki albo zostawimy wózek a on mnie odwiezie  do domu i potem mój mąż odbierze  wózek.  Na to mu powiedziałam, że mąż nie odbierze, bo niedawno stracił życie. Przeprosił mnie, że wspomniał o mężu i stwierdził, że w takim razie on ten wózek odbierze i mi go dostarczy pod wskazany adres. No więc pojechaliśmy do małego warsztatu, w warsztacie powiedzieli, że wózek będzie gotowy na następny dzień, a Michał odwiózł mnie z dzieciakiem do domu i nawet wniósł Mirka po schodach. A że Mirek  się nawet zachowywał kulturalnie,  czyli się nie darł, to zrobiłam kawę i gadaliśmy ze trzy godziny. Był taki uważny, wypytywał się jak sobie radzę sama, czy ma mi może  w czymś pomóc, może coś trzeba  naprawić w mieszkaniu i czy mam uporządkowane sprawy materialne, bo na pewno powinnam dostawać jakąś rentę rodzinną z ZUSu.  Bo w razie  czego to on ma dobrego prawnika. Nie powiedział, że ten dobry prawnik to jego własny ojciec.

Nie ukrywałam, że  mój mąż zawsze jeździł za szybko i tym razem też na pewno jechał zbyt szybko, wpadł w poślizg i przegrał pojedynek z drzewem. I być może, gdyby to nie było o trzeciej  w nocy to szybciej by ten wypadek wpadł komuś w oko, ale to taka godzina, że mało kto o tej porze jeździ jeśli nie musi. A ten zawsze jeździł o jakichś nietypowych porach, bo jak twierdził wtedy było pusto na  szosach. I jak się okazuje nie  zawsze pusto na  szosie jest  oznaką bezpieczeństwa. 

Michał powiedział, że następnego  dnia on przywiezie mi ten wózek do domu i zapytał się o której będę w domu a mały  nie  będzie  spał, żeby on go nie obudził dzwonkiem domofonu.  Byłam tym wszystkim oczarowana i nieco zszokowana, bo już się przyzwyczaiłam do sytuacji, że  sama muszę o wszystko zadbać.  Moi rodzice, którym nie podobał się mój  mąż, bo jego rodzice byli , jak mówili moi rodzice, "zwykłymi badylarzami z okolic Warszawy",przestali ze mną rozmawiać gdy  powiedziałam, że i tak  wyjdę za tego  badylarza , nawet jeśli mnie "wypiszą z rodziny."  I wypisali.  Teściowie  kupili synowi swemu mieszkanie, w którym zamieszkaliśmy, takie  typu M3, czyli dwa pokoje  z kuchnią. Pierwszy miesiąc po urodzeniu dziecka spędziłam  w  domu teściów bo zdaniem teściowej  położnica powinna odpoczywać i jak najwięcej być ze  swoim maleństwem. Czułam się tam jak na najdroższych wczasach. Oczywiście  moi  rodzice  ani razu nie odwiedzili mnie tam. Mąż kończył studia na SGGW i jego rodzice raz  w tygodniu przyjeżdżali do nas z  zaopatrzeniem, żeby ich  synowa prawidłowo  się odżywiała i  jadła dużo witaminek wyhodowanych na prawdziwym nawozie  i niczym nie pryskanych.

Teściowie bardzo ciężko odczuli śmierć swego jedynego dziecka i  powiedzieli, że jeśli tylko mam ochotę  mogę u nich zamieszkać. Ale ja wolałam zostać w Warszawie. Teść nadal przywoził nie pryskane warzywa, teraz pod  hasłem by Mirek  miał dobrej  jakości warzywka. Poza tym teść przelał na moje konto sporą sumę pieniędzy, mówiąc, że teraz on się czuje odpowiedzialny za mnie i Mirka i żebym nie poszła do pracy  ale nadal została  z małym w domu, żeby nie musiał spędzać czasu w  żłobku. Weekendy spędzałam z Mirkiem u teściów, teść po nas przyjeżdżał w piątki wieczorem i odwoził  w poniedziałki rano do Warszawy.

A wracając do Michała - przywiózł mi ten naprawiony wózek, powiedział co było tam źle skonstruowane i że teraz jest to tak zrobione, że żadne koło już samo nie oderwie  się. Zaproponował byśmy się zaraz razem wybrali na  spacer, to od razu sprawdzę jak się sprawuje wózek.  Często  myślę, że malutkie  dzieci posiadają jakiś szósty  zmysł i wyczuwają jacy są ci, co się nad nimi pochylają i  coś do nich mówią.  A może po prostu Michał kojarzył się Mirkowi z własnym tatą, bo gdy  tylko Michał coś  do niego zagadał  mały wyciągnął do niego rączki i Michał z wielce radosnym uśmiechem wziął go na  ręce.

Do dziś się  śmieję, że to Mirek wybrał dla mnie męża a dla siebie ojca. Wtajemniczyłam  Michała w swoje dziwne układy  rodzinne  i w któryś weekend przyjechałam do teściów i z dzieckiem i z Michałem. Kilka miesięcy później  Michał poprosił bym została jego żoną. Powiedziałam "tak" i zaczęłam  się na głos zastanawiać jak na to zareagują  moi teściowie,  na co usłyszałam: "bardzo dobrze zareagują, bo ja już o tym rozmawiałem z nimi.  I powiedziałem też o tym, że chcę adoptować Mirka, dać mu swoje nazwisko i na to też się zgodzili.  Ze zdumienia milczałam ze dwie godziny starając  się nie rozryczeć, żeby Mirek nie wystraszył się, że ja płaczę. Na naszym ślubie byli moi teściowie z Mirkiem. Mirek miał wtedy dwa lata. Rodziców własnych nie zaprosiłam na ślub, a rodzice Michała  mieszkają za Wielką Wodą, ale mają komplet naszych zdjęć i korespondujemy z nimi i rozmawiamy na SKYPE.  I są oboje zachwyceni faktem, że mają teraz troje wnucząt. A my co tydzień staramy się jeździć do moich byłych teściów - dzieciaki są zachwycone bo zawsze im dziadkowie coś ciekawego pokażą. I, jak oboje  twierdzą, to cała trójka to ich wnuczęta, a nie tylko Mirek. Moja aktualna teściowa mi kiedyś napisała, że  przed laty, gdy jeszcze była panną , przyczepiła  się do niej jakaś stara Cyganka i koniecznie chciała jej powróżyć. Teściowa się wzbraniała mówiąc, że nie ma pieniędzy, ale ta Cyganka stwierdziła, że ona i za darmo powróży. I wtedy powiedziała  jego matce, że ona wyjdzie za mąż za chłopaka o imieniu Kornel, że urodzi syna i będzie  to dziecko bardzo zdolne a na dodatek o tak zwanym  wielkim  sercu i że na starość będzie mieszkała bardzo daleko od Warszawy.  Matka Michała  się śmiała, a potem wyjęła portmonetkę i dała Cygance 50 złotych mówiąc - dziękuję za wróżbę a te pieniążki to za to, że powróżyła mi pani za darmo, wiedząc, że  nie dam pieniędzy. I rzeczywiście ojciec Michała  ma na imię Kornel i rzeczywiście Michał jest człowiekiem o wielkim sercu i jego matka mieszka daleko od Warszawy bo w USA.

                                                                         c.d.n.



poniedziałek, 18 grudnia 2023

Córeczka tatusia -

 

 

      Wszystkim tu zaglądającym  i czytającym, niezależnie od tego czy się ujawniają, że czytają czy też nie -  życzę   bardzo, bardzo    Wesołych Świąt!!!!! 
 

sobota, 16 grudnia 2023

Córeczka tatusia - 56

 Przeprowadzka Andrzeja na nowe  mieszkanie od chwili obejrzenia go do dnia zamieszkania zajęła  całe dwanaście  dni, a ojcu Wojtka  powiększyła  się rodzina o drugiego syna, drugą synową i dwóch wnuków. Po dwóch  dniach znajomości z Leną i dziećmi, Andrzej  i Lena byli z ojcem Wojtka na ty, a chłopcy mówili na  niego "dziadek Wiesiek". 

"Ekipa  góralska"  była nieco zdziwiona, że w mieszkaniu, które  "dostał" Andrzej  było szalenie  mało poprawek, a ojciec Wojtka  był z kolei niepocieszony, że właściwie nie potrzeba  było żadnych nowych  mebli, więc tylko "wydusił" z Leny wiadomość, jaką glazurę ona chętnie widziałaby w łazience i jaki model kabiny prysznicowej jej odpowiada. Terakota udająca parkiet została ułożona w przedpokoju, kuchni i pokoju dziennym, pokój dzieci, który miał  "z urzędu" parkiet z mozaiki dostał   wykładzinę podłogową, na całej powierzchni, podobnie została pokryta wykładziną podłoga w sypialni Leny i Wojtka. Andrzej był zachwycony lokalizacją  mieszkania, nareszcie nie  musiał jeździć do pracy przez ponad  pół miasta. 

Marta przyglądając się teściowi stwierdziła, że odkąd teść jest codziennie z nimi to wyraźnie odmłodniał i podzieliła  się tym spostrzeżeniem z Pati. Pati przyznała  jej rację i  powiedziała - po prostu człowiek to stadne stworzenie, więc potrzebuje obecności innych, ich akceptacji i wtedy funkcjonuje prawidłowo. Widać po nim, że jest szczęśliwy z wami i chyba coraz rzadziej u was nocuje. On bardzo ceni sobie to, że kiedy nieco gorzej się  czuje  nie musi was pytać o to, czy  może zostać u was na  noc. Mówił o tym twojemu tacie. On nadal snuje marzenia żebyśmy wszyscy razem mieszkali w jednym budynku, ale zdaje sobie  sprawę z tego, że niestety  tereny pod zabudowę prywatną są coraz  dalej od  centrum  miasta a dopóki się pracuje zawodowo dojazdy do pracy są istotnym problemem dnia codziennego. A jaki dumny z tego, że  kardiolog jest zadowolony z jego wyników!  Sporo  zdrowia go kosztowała ta historia  z matką  Wojtka. A ona chyba wreszcie dała mu spokój.

Nie wiem - co ona robi, gdzie  i z kim,  ale poprosiłam Wojtka by do niej zatelefonował i poprosił ją  by nie przyjeżdżała  do nas bez uprzedzenia bo  ojciec się wtedy jej wizytą strasznie zdenerwował a  badania wykazały, że jest po zawale. A poza tym Wojtek jej powiedział, żeby nie wiązała  się z facetem sporo młodszym od niej, bo czasy dziś  takie, że  do seksu ślub nie jest potrzebny. Gdy tylko jej  to powiedział to zaraz bez  słowa  się rozłączyła.   No i chyba  się łaskawie obraziła, bo jak na razie to ani nie  dzwoni ani nas nie nachodzi.  No i niech tak  zostanie. A kiedyś wydawało  mi się, że ona to taka dobra, łagodna, dbająca o wszystkie  dzieci świata babka.

Martusiu - powiedz mi tak szczerze - a nie męczy cię ta praca w  wakacje?  Mamo, przecież ja tam jestem tylko 3 dni w tygodniu i jeszcze mi się nie zdarzyło bym wysiedziała do końca godzin. Szef mnie wyrzuca do domu wcześniej. Poza tym nikt tam we mnie  nie orze, mam z góry wyznaczone co mam robić, fizycznie  to dla mnie zero wysiłku, czasem mam więcej pisania jeśli akurat  było więcej próbek. Za  to dużo rozmawiam  z chemikami i dowiaduję się rzeczy, o których nie miałam  pojęcia, więc przy okazji  zdobywam sporo nowych  wiadomości. I będzie mi łatwiej na tym drugim etapie studiów.

A jak się mieszka waszym  przyjaciołom?  Andrzejowi to na pewno dobrze, bo wreszcie  nie zasuwa przez  całe miasto do pracy. A Lena jest zadowolona bo do sklepów ma blisko, podobają się jej place zabaw dla dzieci, już nawet  jakieś znajomości  zawarła na placu zabaw i jedna z matek jej powiedziała, żeby nie posłała starszego tu do przedszkola, bo ono co prawda prywatne, ale w opinii dzieci to jest tam bardzo niesmaczne jedzenie. Przychodnię dziecięcą ma blisko i już tam zarejestrowała  dzieci. Jak na razie to jedyny  problem, że jak  będą chcieli wybyć z domu bez  dzieci to będą je zawozić w okolice  starego ich mieszkania, bo jej matka to raczej tak daleko by nie przyjechała. Na razie  cały czas Lena robi rozeznanie. 

A samo mieszkanie szalenie się jej podoba.  A ja się cieszę, że mój pomysł się sprawdził. Bo te ich dwa pokoje z ciemną kuchnią na Woli to nie były fajne. Okno w jej kuchni wychodzi na Błonia Wilanowskie i nawet jeśli coś tam wybudują  z czasem to i tak będzie  fajnie, bo te Błonia są znacznie niżej niż ich bloki. A do mojego teścia dzieci mówią "dziadek Wiesiek". Andrzej miał co do tego obiekcje, że to zbyt duże spoufalenie,  ale Wojtek mu wytłumaczył, że skoro ojciec  sam tak powiedział by dzieci go nazywały dziadkiem to w czym problem? Ja przez najbliższe 3-4 lata na pewno nie będę  miała dziecka, więc niech  teść ma  takie przyszywane wnuki. Obaj wiedzą, bo Andrzej już ich przeszkolił, że nie wolno dziadka prosić by wziął któregoś na ręce albo z nimi biegał, bo dziadek ma chore serduszko. A malcy bardzo  się swego ojca  słuchają. Cieszę się, że mieszkają w sumie niezbyt daleko od nas. 

W przyszłym tygodniu idziemy "w gości" do Michała, tego co był promotorem Wojtka. Tam  z kolei jest trójka dzieci, jedno starsze z pierwszego małżeństwa żony Michała i pareczka- różnopłciowa, dzieło Michała. Bo Michał ożenił się z wdową. Ten starszy chłopaczek miał wtedy chyba rok,  a może dwa lata, już nie pamiętam.  A  Michał to ma świetne poczucie  humoru i w ogóle bardzo pozytywne  nastawienie do rzeczywistości. Podejrzewamy z Wojtkiem, że to zasługa Michała, że Wojtka zatrudnili na Politechnice i namówili na pisanie doktoratu. Ja się śmieję, że teraz musimy  po kolei poznawać tamtejsze rodziny.  

Najbardziej  mnie śmieszy, że Michał zawsze podkreśla, że jego dzieło to nie klony a zwykłe rodzeństwo, bo to dzieci dwujajowe. Bo ludzie błędnie  nazywają takie  dzieci bliźniakami - bliźniakami są tylko dzieci jednojajowe. A oni są po prostu rodzeństwem poczętym i urodzonym w tym samym czasie. Ale gdy się Michał ożenił to zaraz zaproponował żonie, by dziecku dać jego nazwisko, a mały odkąd zaczął mówić nazywa go tatą.  I się Michał zastanawia czasami kiedy mu o tym powiedzieć i  czy w ogóle mówić. Powiedziałam, że najzdrowiej  będzie jeśli o  tym powie mu gdy już będzie  dorosły a na pewno teraz jest jeszcze na to za mały a gdy będzie  w  wieku pokwitania to już absolutnie ani słowa o  tym, bo dzieciaki, a  zwłaszcza  chłopcy to są mało odporni psychicznie. Oczywiście uważam, że powinien chłopak o tym wiedzieć, ale to dopiero wtedy gdy już będzie dorosły.  

Ja miałam w liceum koleżankę, która była dzieckiem adoptowanym jeszcze w niemowlęctwie, ale o tym, że jest adoptowana powiedzieli jej dopiero wtedy gdy szła na studia.  Ale to była mądra dziewczyna i bardzo kochała  swych adopcyjnych rodziców i doskonale rozumiała, że poczęcie i urodzenie to jednak  nie jest wszystko, ważniejsze jest to kto dziecku da  swoje uczucie i wychowa je.

Spotkanie u Michała było zdaniem Marty bardzo miłe. Dzieci były w domu tylko przez pierwsze pół godziny, a potem przyjechała po  nie przyjaciółka  "pani domu" by zabrać towarzystwo do siebie na "dziecięce  party"  razem z noclegiem. Obiecała, że odwiezie dzieciaki w niedzielę około godziny siedemnastej trzydzieści. Gdy dzieci wyszły Michał powiedział - jestem pełen podziwu dla  kogoś, kto z własnej i nieprzymuszonej  woli robi u siebie w domu party dla bandy dzieciaków i to razem z noclegiem. Mnie nie stać na takie  ekscesy psychicznie.  Już trzy sztuki w domu to czasami  całe "mnóstwo dzieci". Było nie robić produkcji hurtowej i wydelegować tylko jeden  plemnik,  a nie całą  armię - powiedziała  ze śmiechem żona.  

Miał rację Michał, że jego żona i Marta szybko się "dogadają". Żona Michała  miała na imię Aldona i szalenie nie lubiła swego imienia i używała imienia Ala. Nie mam pojęcia  skąd moim rodzicom przyszło na myśl takie litewskie imię - narzekała  Ala. 

Ty się ciesz, że nie nazwali cię  Hipolitą lub Zenobią - pocieszała ją Marta. Albo Teodorą. Prawdę mówiąc to chyba  z połowa dziewcząt nie jest  zadowolona  z imienia które jej rodzice  wymyślili - powiedziała Marta. Mnie w  szkole dzieciaki czasem nazywały Warta, bo była jakaś stara  piosenka ze słowami "czy pani Marta jest  grzechu warta".  Uważam , że całkiem fajnie skróciłaś swoje  imię. Mój tata i Wojtek to z kolei wydłużają mi imię, dla nich jestem Martunia lub Martusia. A  Aldona to mi się jakoś z Mickiewiczem kojarzy, któraś z bohaterek chyba była Aldona. Ale tak na pewno to nie wiem. Lektury szkolne omijałam na ogół głębokim łukiem - przyznała  się Marta. One były strasznie nudne. Czytałam wszystkie książki z taty regału.W szkole jakaś tam lektura  a ja czytałam w tym czasie  Balzaca. A jedyna taty reakcja to było - "jeżeli czegoś nie będziesz  rozumiała to mi powiedz, ja ci wytłumaczę". I z całego serca  nienawidziłam uczenia się wierszy na pamięć.

Oooo, masz rację - poparła ją  Ala- dla mnie też to było koszmarem. A potem jeszcze  doszły wiersze rosyjskie - w mojej pamięci do dziś pokutuje  jakiś taki wiersz o białym żaglu, a że rosyjski mi jakoś nie  szedł to gdy go tłumaczyłam to do dziś się pewnie rusycystka (jeśli jeszcze  żyje) zarykuje  ze śmiechu bo przetłumaczyłam słowo "odinokij" nie jako samotny tylko jako "jednooki".  I jeszcze  mnie z klasy wyrzuciła.  

A Michał mi powiedział o swoim "magistrancie", że to facet niesamowicie zdolny a do tego ma fajną żonę, która przyjechała na obronę i  przesympatycznego teścia. Nie mogłam  się wręcz doczekać,  kiedy wy wreszcie  do nas przyjdziecie.

No to właśnie jesteśmy - a twój Michał to mnie prawie  nie  zna, ale mam podejrzenie, że nasi mężowie nas oplotkowali na tych spotkaniach roboczych, bo Michał mi powiedział, że ty i ja to się   szybko dogadamy- powiedziała Marta. A oni to się jakoś strasznie  szybko zaprzyjaźnili. 

A słyszałaś o tych działkach co je kupiła Politechnika? - spytała Ala. Słyszałam, ale my nie reflektujemy na jakąś  działkę- to jest jednak daleko i to bezludzie. My w pewnym momencie  chcieliśmy kupić mieszkanie w Sopocie żeby na nas  zarabiało, ale też zrezygnowaliśmy. Bo lokalizacja, która  się sprawdza na okres letni nie nadaje  się na bazę hotelową, więc mieszkanie zarabiałoby góra czerwiec, lipiec , sierpień a przez resztę  roku generowałoby koszty.  Taka  sama nieopłacalna inwestycja jak ta działka- wyjaśniła  Marta.  Bug wylewa  co roku i te działki są zalewane i dlatego ich właściciele migiem je  sprzedali bo znaleźli naiwnych. No i mając  działkę jesteś uwiązana  do jednego miejsca. Nie pojedziesz nad  morze, bo masz tę parszywą działkę nad Bugiem. Że już pominę  takie  drobiazgi, jak to, że z reguły działki są  okradane, że jednak nawet słabo zagospodarowana działka wymaga koszenia i zaglądania do niej poza sezonem. Marta- wlewasz balsam do mego serca- stwierdziła Ala.

                                                                      c.d.n.